Upiór - Maciej Siembieda - ebook + książka

Upiór ebook

Maciej Siembieda

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

58 osób interesuje się tą książką

Opis

Mroczna pasja może zawładnąć nawet największymi umysłami.

Początek XX wieku. Władysława Reymonta, wybitnego pisarza i zarazem spirytystę, dręczy obsesja - paniczny lęk przed pogrzebaniem żywcem.

Ponad sto lat później ekskluzywny Dom Pogrzebowy Kopczyńskich staje się ofiarą ponurego skandalu: w trumnie, w której powinny spoczywać zwłoki znanego polityka, znajduje się zupełnie inne ciało...

Czy to możliwe, że dom pogrzebowy z nienaganną, budowaną przez dwadzieścia lat reputacją, mógł sobie pozwolić na taką pomyłkę? A jeśli nie, komu zależało na zamianie zwłok?

Kłopoty rodzinnej firmy zwracają uwagę towarzystwa ubezpieczeniowego Hathor, w którym Kopczyńscy mieli wykupioną lukratywną polisę. Sprawa wymaga szczegółowego dochodzenia. Tylko gdzie zniknął najlepszy śledczy Hathoru, były prokurator IPN Jakub Kania?

Mroczny świat biznesu pogrzebowego, tajemnice, które zmarli zabrali ze sobą do grobu i obsesja związana z postacią polskiego noblisty Władysława Reymonta.

Maciej Siembieda mistrzowsko wplata prawdziwe wydarzenia w porywającą, sensacyjną intrygę i udowadnia, jak wielki wpływ na życie człowieka może mieć jedna książka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 304

Rok wydania: 2026

Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
magbeth

Nie oderwiesz się od lektury

Chyba najlepsza część serii z Kania.
00

Popularność




Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Klara Gryglicka

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

© copyright by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

© copyright by Maciej Siembieda, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-514-6

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
Spis treści

Część pierwsza

Środa, 5 grudnia 2018 roku

Sobota, 8 grudnia 2018 roku. Trzy dni później

Trzydzieści lat wcześniej. Rok 1988

Poniedziałek, 10 grudnia 2018 roku

Dwadzieścia lat wcześniej. Rok 1998

Czwartek, 20 grudnia 2018 roku

Dziesięć lat wcześniej. Rok 2008

Czwartek, 14 marca 2019 roku

Jedenaście lat wcześniej. Rok 2008

Rok później

Pół roku później

Część druga

Środa, 5 grudnia 2018 roku

Trzy dni później

Styczeń 2019 roku. Miesiąc później

Marzec 2019 roku. Dwa miesiące później

Kwiecień 2019 roku. Cztery dni później

Część trzecia

Środa, 5 grudnia 2018 roku

Sobota, 5 grudnia 2015 roku. Trzy lata wcześniej

Grudzień 2015 roku. Dwa dni później

Kwiecień 2019 roku

Kilkanaście miesięcy wcześniej

Kwiecień 2019 rok

Trzy dni później

Kwiecień 2019 roku. W tym samym czasie

Kwiecień 2019 roku. Kilka dni później

Kwiecień 2019 roku. Cztery dni do Świąt Wielkanocnych

Część czwarta

Środa, 5 grudnia 2018 roku

Cztery miesiące później

Dzień później

Maj 2019 roku

Tydzień później

Dzień później

Siedem miesięcy wcześniej

Kilka dni później

Siedem miesięcy później

Kilka miesięcy później

Epilog

Posłowie

Podziękowania

 
 

Nie śmierci się boimy, ale myśli o śmierci.

 

Lucjusz Anneusz Seneka, Listy moralne do Lucyliusza

tłum. Wiktor Kornatowski

 
 
CZĘŚĆ PIERWSZA
 
 
Środa, 5 grudnia 2018 roku

To był dzień tak zwyczajny, że dałoby się go opisać wzruszeniem ramion i ziewnięciem.

Jakub Kania, główny detektyw działu antyfraudowego Towarzystwa Ubezpieczeń Hathor Polska, obudził się o tej samej porze co zwykle. Tradycyjnie zrezygnował z porannej gimnastyki, wziął standardowy pięciominutowy prysznic, ogolił się i ubrał. Błękitna koszula, szara marynarka, granatowe dżinsy, czarne buty. Bezpretensjonalnie.

Przygotował proste śniadanie i powtarzanym codziennie klepnięciem dłoni w obudowę nakłonił opieszały ekspres do zaparzenia kawy.

Wyszedł z domu, wyjechał, jechał i dojechał do biura na Mokotowie, mieszcząc się w przedziałach czasu, jakie zwykle zajmowały mu te czynności.

Pierwszą część dnia spędził na sporządzaniu raportu ze stereotypowej sprawy wyłudzenia odszkodowania.

W drugiej napisał kilka prozaicznych mejli oraz odbył jedenaście rozmów: digitalowych callów z użyciem Skype’a lub telefonu oraz analogowych wymian zdań w siedzibie firmy. Jedne i drugie dałoby się określić mianem kurtuazyjnych i banalnych. Parę minut po wyjściu z biura nie potrafiłby odtworzyć żadnej z nich.

Zjadł niewyszukany obiad przerwany w pewnej chwili dźwiękiem zarezerwowanym w smartfonie do przypomnień. „19.00. Basen” – informowało urządzenie. Kolejny typowy punkt agendy dnia. Jednego z tych jałowych, kiedy nie dzieje się nic.

 

Dokładnie o dziewiętnastej ratownik Pływalni Polonez na Targówku spojrzał na zegar ścienny, a potem na wyjście z męskiej szatni, w którym pojawił się facet z ubezpieczeń. Jak zwykle co do minuty. Skubany przychodził na siódmą w każdą środę, a ratownik nieźle by zarobił na zakładach, że się nie spóźni. Gdyby tylko było się z kim zakładać.

Lubił tego punktualnego faceta.

Na tyle, że sprawdził w biurze jego karnet wykupiony przez firmę Hathor, a nawet wybaczył draniowi z innej ubezpieczalni, który dwa lata temu zaniżył mu szkodę parkingową i teraz ratownik zamiast nowego zderzaka miał używany. Ze szrotu.

Odpowiedział na pozdrowienie Jakuba Kani powściągliwym, ale serdecznym gestem dłoni, jakim z oddali witają się starzy znajomi, i przeniósł wzrok na ambitnego tatusia z tatuażami, który wepchnął dzieciaka na zbyt głęboką wodę.

Kuba płynął rozsądnie.

Nie czuł potrzeby udowadniania, że jest lepszy od Otylii Jędrzejczak. Poruszał się miarowo i rozkładał siły, aby wystarczyło mu ich na godzinę zmagań z nadwagą. Trochę niezgrabnie zrobił zwrot na końcu toru, odbił się stopami i pokonał kilkanaście metrów w pełnym zanurzeniu. Po czym mocno rozsunął wodę, szeroko rozkładając ramiona, i zastygł w tej pozycji.

Ratownik dostrzegł go w tej samej chwili, w której usłyszał przeraźliwy krzyk kobiety z sąsiedniego toru. Głos po wodzie niesie się z prędkością półtora kilometra na sekundę. Prawie pięć razy szybciej niż w powietrzu.

Ciało migdałowate mózgu ratownika natychmiast przetworzyło emocje, a kora przedczołowa zdecydowała o podjęciu decyzji, zanim ukończyła kontrolę otrzymanych bodźców. Ludzie przygotowani na potencjalne niebezpieczeństwo potrafią działać automatycznie.

Kilka sekund później ratownik płynął olimpijskim kraulem w kierunku Kuby, który dryfował nieruchomo pod wodą, jakby wpatrywał się w mozaikę dna. Od dołu nie było widać wokół jego nosa i ust baniek powietrza, co oznaczało, że nie oddycha. Z góry wyglądał jak ktoś, kogo ukrzyżowano, a potem dla pewności utopiono.

Dwóch innych mężczyzn pomogło wyciągnąć nieprzytomnego na obrzeże basenu. Trzeci przeganiał gapiów, którzy otoczyli Kubę kokonem niezdrowej ciekawości.

Ratownik błyskawicznie wyświetlił w głowie slajd ze szkolenia porządkujący czynności RKO, czyli resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Był w połowie pierwszych trzydziestu ucisków klatki piersiowej, gdy szczupły brunet biegł do niego, gubiąc klapki i ślizgając się na mokrych płytkach.

– Niech pan dzwoni po karetkę! – krzyknął. – Ja go przejmę. Jestem lekarzem.

Szczęście w nieszczęściu – pomyślał ratownik, jakby obecność medyka w gumowym czepku i kąpielówkach była równoznaczna z gwarancją przeżycia. Gdy wrócił z komórką w dłoni i komunikatem, że pomoc już jedzie, z powodu tamtej myśli zrobiło mu się głupio. Jakub Kania nadal nie dawał znaku życia, a ręce szczupłego lekarza mdlały od ucisków w tempie sto dwadzieścia na minutę. Ratownik natychmiast go zastąpił, przejął masaż serca i pozostawił pod kontrolą zdyszanego medyka worek ambu przyniesiony z kącika pierwszej pomocy. Lekarz musiał mieć z nim wcześniej do czynienia, bo umiejętnie wentylował płuca nieprzytomnego.

Ekipa karetki pojawiła się po dwudziestu sześciu minutach reanimacji.

Pacjent został podłączony do specjalistycznego defibrylatora z monitorem, który szybko ocenił stan serca i już wiedział, jaki impuls elektryczny będzie najlepszy, aby przywrócić jego prawidłowy rytm.

Kuba wstrząśnięty prądem elektrod przyłożonych do klatki piersiowej silnie drgnął, ale na monitorze urządzenia pojawiła się linia izo.

Bezwzględnie i nieubłaganie prosta.

Bez najmniejszych załomków sygnalizujących życie.

 
 
Sobota, 8 grudnia 2018 rokuTrzy dni później

Mistrz ceremonii Domu Pogrzebowego Kopczyńskich w Warszawie udał, że poprawia mankiet koszuli, aby dyskretnie sprawdzić czas. Zaklął w duchu i przeniósł wzrok z tarczy zegarka na twarz swojej szefowej siedzącej w drugim rzędzie żałobników.

Beatę Kopczyńską przepełniał służbowy żal, ale mistrz ceremonii znał ją nie od dziś. Potrafił bezbłędnie rozpoznać oznaki zdenerwowania ukryte pod maską współczucia dla bliskich zmarłego.

Był nim czterdziestoparoletni mężczyzna, z punktu widzenia śmierci człowiek młody. Zabił go rozległy zawał. Nagle i bezpardonowo, jakby to była egzekucja, a nie medyczne zatrzymanie krążenia z szansą na reanimację.

Człowiekowi z pękniętym sercem nie robiło to już żadnej różnicy. Leżał na wznak zamknięty w prostej drewnianej trumnie i jako jedynemu w kaplicy nie udzielała mu się coraz bardziej nerwowa atmosfera.

Wywoływało ją oczekiwanie na najbliższą osobę zmarłego, która w chwili jego śmierci była na drugim końcu świata. Gdy tylko zaczął działać silny środek uspokajający, który podano jej w hotelu w australijskiej Nowej Południowej Walii, złapała taksówkę na lotnisko w Sydney, a stamtąd pierwszy samolot na północny zachód. Po trzynastu godzinach lotu, półprzytomna z bólu i zmęczenia, wylądowała w Indiach, a następnego dnia na płycie portu lotniczego Hamad w Katarze.

Tu zastała ją wiadomość o terminie kremacji zwłok ukochanego. Albo jutro, albo po kilku dniach. „Zdążysz?” – pytała rodzina, która zajęła się pogrzebem, a do esemesa dołączyła dwa emotikony: czarne serce i smutna twarz z płynącą po niej łzą.

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ekran otępiona benzodiazepinami i karcona pomrukiwaniem strumienia pasażerów, który płynął przez terminal, ciągnąc walizki na kółkach, i omijał ją znieruchomiałą na środku przejścia.

„Będę w Warszawie o dziewiątej rano” – odpisała, zaglądając dla pewności do kart pokładowych samolotu do Frankfurtu i drugiego – na Okęcie. „Zdążę”.

Nie zdążyła.

Personelowi Lufthansy nie spodobały się nowe zasady przyznawania premii i okazał to godzinnym strajkiem, zamykając niebo nad Niemcami. Z tego powodu kobieta od trzech dni podróżująca z Sydney, którą przy życiu trzymała tylko rozpacz, kwadrans po dwunastej wciąż znajdowała się w taksówce kilometr od zakładu pogrzebowego, gdzie czekano na nią od południa.

Wreszcie zamajaczyła w oszklonych drzwiach sali pożegnań Domu Pogrzebowego Kopczyńskich, upuszczając na posadzkę niewielki plecak. I nagle szmer żałobników niecierpliwie kręcących się na krzesłach umilkł jak nożem uciął.

Kobieta, na którą czekano, chwiejnym krokiem podeszła do trumny i położyła na niej dłoń. Drżała. Chciało jej się płakać, ale nie miała już łez, wszystkie wsiąkły w dziesiątki chusteczek higienicznych z logotypami kilku linii lotniczych.

– Chcę go zobaczyć – powiedziała nie swoim głosem do mistrza ceremonii, a ten uniżenie skinął głową, choć ciało od kilkunastu minut powinno być w drodze do krematorium. Gestem dyrygenta oznaczającym adagio nakazał mężczyznom w czarnych liberiach otworzyć wieko trumny.

Kobieta mocno zacisnęła powieki, a potem unosiła je bardzo powoli, jakby chciała się oswoić z widokiem.

Spojrzała, wydała zdławiony okrzyk i osunęła się na posadzkę. Mistrz ceremonii w ostatniej chwili zdołał ją chwycić i ocalić przed uderzeniem o kamienne płyty.

Żałobnicy z pierwszego rzędu rzucili się na ratunek. Ktoś przewrócił krzesło, ktoś się poślizgnął, a reszta ruszyła w stronę katafalku. Ale ku zdumieniu mistrza ceremonii ludzie nagle stracili zainteresowanie omdlałą kobietą. Stanęli jak wryci, wbijając przerażone spojrzenia w twarz zmarłego.

Kilka sekund później martwą ciszę rozdarł paniczny okrzyk:

– Kto to jest?!

A potem rozpętało się piekło.

 
 
Trzydzieści lat wcześniejRok 1988

Oczy psa gasły, a drgawki, które nim wstrząsały jeszcze przed chwilą, nagle ustały, podobnie jak krwawienie z nozdrzy. Czamba, dwuletni owczarek niemiecki, miał przed sobą kilka ostatnich oddechów, ale jego oczy wyrażały wdzięczność, że odchodzi głaskany przez swojego pana. Byli razem od dnia, w którym Czamba zaczął swoje życie, a Marek Kopczyński swoje zmienił. Całkowicie.

Wychował się w podrzędnej mieścinie, na trasie Warszawskiej Kolei Dojazdowej, o której nikt nie mówił inaczej jak „dziura”, dodając zdanie o psach szczekających wiadomo czym. Miejsce generalnie było parszywe, a tacy jak on nie mieli tu łatwego życia.

Już w podstawówce uchodził za dziwaka. Zeszyty ozdabiał upiornymi bohomazami i wiecznie nawijał o duchach. Bibliotekarka skarżyła się, że w nieskończoność przetrzymuje powieść Reymonta pod tytułem Wampir.

Wtedy jeszcze chciał, żeby wszyscy go lubili, a nie znajdując wspólnego języka z rówieśnikami, starał się kupić ich sympatię. Choć sam nie palił, zawsze miał przy sobie papierosy i wspaniałomyślnie nimi częstował. Zapraszał na melbę do podłej kawiarni w miasteczku. Dawał ściągać. Był aktywnym uczestnikiem szkolnego czarnego rynku i tu przypadkiem odnalazł swoją tożsamość.

Kiedy ojciec pracujący na budowie fabryki kwasu siarkowego w Iraku kupił mu kaseciaka, Marek wystawił na aukcję niepotrzebną już taśmę do magnetofonu szpulowego z muzyką nagrywaną miesiącami z Radia Luxemburg. W zamian mógł żądać, czego chciał, wybrał więc plakat Black Sabath. Nie znał tej kapeli, ale szalała za nią dziewczyna, w której się wtedy zakochał.

Biznes okazał się udany. Dziewczyna, którą zaprosił do swojego pokoju pod nieobecność rodziców, była tak zapatrzona w ścianę z plakatem, że pozwoliła Markowi włożyć rękę pod stanik. Przeżywał to potem przez wiele tygodni, onanizując się bez opamiętania. To nauczyło go cenić osobiste doznania wyżej niż rozkładówkę „Playboya” zdobytą na bazarze i pokrytą sztywnymi plamami.

Dziewczyna wkrótce wyparowała z jego świadomości, ale plakat pozostał. A na nim Ozzy Osbourne, inny niż pozostali członkowie grupy, którzy wyglądali, jakby należeli do cygańskiego taboru i używali szamponu zwiększającego puszystość włosów. Ozzy był elektryzujący.

Marek też chciał taki być.

Zapuścił włosy, które uporczywie falowały, więc spał w pończosze naciągniętej na głowę. Wykopał skądś stary trykot z długimi rękawami i nosił go przez okrągły rok, nawet zimą pod długi skórzany płaszcz, za który dał stary dwuścieżkowy magnetofon. Płaszcz i trykot były czarne. Identycznie jak solidne wojskowe buty, które zorganizował mu kolega służący w wojsku. W czołgach, bo piechota chodziła w brązowych.

Gdy włosy ustąpiły pończosze i jako tako się wyprostowały, ufarbował je na czarno. W miasteczku to się nie spodobało.

Rodzice surowo zakazali swoim nastoletnim dzieciom kontaktów z młodym Kopczyńskim. Społeczność lokalna uznała go za homoseksualistę. Dewotki wyklęły. A ksiądz ogłosił Marka satanistą. Publicznie. Podczas kazania.

To ostatnie uratowało chłopaka przed linczem.

Nawet najbardziej krewcy przeciwnicy, skłonni ogolić Kopczyńskiego do gołej skóry, a potem wybić mu z łysej głowy dziwactwa, się zawahali. No bo co, jeśli ksiądz mówił prawdę? Logika małych miasteczek jest prosta: jeśli ktoś wygląda jak upiór, to jest upiorem. Zwłaszcza że chłopak lubił po zmroku włóczyć się między grobami.

Któregoś wieczoru, gdy wychodził z cmentarza, natknął się na dwie starsze kobiety akurat przechodzące ulicą.

Jedna się przeżegnała, ale druga zdobyła na odwagę.

– A ty się nie boisz tak chodzić na cmentarz po ciemku? – spytała.

– Jak żyłem, to się bałem – wyrecytował zasłyszany gdzieś tekst, uśmiechając się w duchu na widok ich min.

Od tamtej pory w miasteczku zapanowała ostrożność w kontaktach ze świrem, który może mieć po swojej stronie diabła.

A Marek Kopczyński przez nikogo nieniepokojony pogrążał się w mroku.

 

Matka weszła do jego pokoju, gdy przygryzając język, podkreślał kontur oczu czarną kredką.

– Synku – jęknęła – czy ty nie możesz być taki jak inni?

– Mam palić fajki, pić jabcoka z siarą i dawać w żyłę? Bo tacy właśnie są inni – odparł, nie odrywając wzroku od okrągłego kieszonkowego lusterka.

To był argument. Chłopak gardził używkami. Może i dziwnie się ubierał, ale lepsze to niż ćpanie brudnej polskiej heroiny, po której jego rówieśnicy umierali w melinach.

– Przyszedł list od ojca – zmieniła temat. – Pyta, czy korepetycje z matmy ci pomagają?

– Mamo – jęknął – nie chcę studiować na politechnice. Kiedy to wreszcie do niego dotrze? Idę na filozofię. Interesuje mnie badanie sensu życia, a nie wytrzymałości kolejnego mostu przez Wisłę – wyjaśnił, sięgając po buty stojące pod łóżkiem.

– Wychodzisz?

– Jadę do Warszawy, do kina.

– Sam? – spytała z nadzieją. Marek był już w klasie maturalnej, ale żadna z dziewczyn nie miała odwagi się z nim pokazać.

– Sam.

– Na co się wybierasz?

– Na Kobietę-Węża – odpowiedział, nie odrywając wzroku od lustra i kredki od oczu.

– W takim makijażu?

– To horror, mamo. Dzieje się w Kornwalii. Potwór morduje ludzi, a małżeństwo, które się tam osiedliło, stara się rozwiązać zagadkę. Superklimat. Jest tam taka scena z osobą pochowaną żywcem...

– Jezu – jęknęła matka i dodała: – Dużo czytałeś o tym filmie.

– Niczego nie czytałem, bo w Polsce nikt o tym nie pisze. Po prostu idę na niego szósty raz.

Matka westchnęła i przez ułamek sekundy przemknęło jej przez myśl, że może papieros i szklaneczka jabłkowego wina byłyby jednak zdrowsze.

 

Rektor Uniwersytetu Warszawskiego zmarszczył czoło na widok profesora filozofii, który stał przed wejściem do auli w towarzystwie swojej kopii sprzed trzydziestu lat.

Profesor miał na sobie biały golf i nosił długie, siwe włosy; młody człowiek, z którym żywo rozprawiał – czarny golf i włosy koloru węgla. Jeszcze dłuższe.

Gdy rektor podszedł, obaj się ukłonili, a profesor chrząknął.

– Jego Magnificencja pozwoli, że przedstawię. Pan doktor Kopczyński, mój najzdolniejszy student, a obecnie asystent. U pana rektora leży podanie o etat adiunkta. – Wskazał Marka oczami.

– Zobaczymy, zobaczymy – mruknął rektor. – A cóż to za temat tak panów pochłonął? – spytał zaciekawiony.

– Śmierć. – Profesor ucieszył się z pytania. – Marek jest wybitnym ekspertem od jej postrzegania w subkulturach młodzieżowych.

Rektor się skrzywił i najwyraźniej miał ochotę na komentarz, ale Kopczyński pochylił głowę i przeprosił, bo za chwilę zaczynał zajęcia.

Ruszył korytarzem w stronę sali, w której prowadził ćwiczenia z filozofii dla studentów polonistyki. Był zły na profesora, że wyjechał z tą śmiercią, co nie spodobało się rektorowi i mogło mieć wpływ na decyzję o etacie i podwyżce.

Wszedł do audytorium, sprawdził listę obecności, po czym włączył diaskop, który zaczął mruczeć w swoim mechanicznym języku i świecić coraz bardziej intensywnie. Marek dał mu czas, aby się dobrze nagrzał, wyjął z teczki plik tekstów oraz rysunków na arkuszach przezroczystej folii i ułożył je na biurku w kolejności wyświetlania.

Kiwnął dłonią w stronę studenta, który siedział najbliżej kontaktu. Chłopak zrozumiał w lot. Wstał, nacisnął przycisk i w sali zrobiło się mroczno jak w głowie Schopenhauera.

W tym samym momencie otworzyły się drzwi, a w nich stanęła studentka, której Marek dotąd na swoich zajęciach nie widywał.

Nie należała do tych oszałamiająco urodziwych, ale uznał, że jest zjawiskowa. Mówił coś, przerwał jednak w pół zdania i na moment wstrzymał oddech. Dziewczyna wzięła to za oburzenie z powodu spóźnienia i zaczęła gorączkowo przepraszać. Ale doktor Kopczyński jej nie słyszał. Patrzył jak urzeczony.

Stała przed nim smukła brunetka w konsekwentnej czerni. Miała na sobie bluzkę z rękawami rozszerzanymi na wysokości nadgarstków, sznurowany gorset, spódnicę z wielu warstw zwiewnych tkanin i oryginalne glany, jakich raczej nie sprzedawano w Domach Towarowych „Centrum” przy Marszałkowskiej. Gotka. Tak idealnie autentyczna, że nikt ze studentów nie zauważył zachwytu wykładowcy, bo wszyscy patrzyli na nią.

A ona na Marka.

Miała krótko ostrzyżone i zmierzwione włosy oraz duże czarne oczy podkreślone bielą makijażu. Wyglądała, jakby właśnie wyszła z londyńskiego koncertu Sisters of Mercy albo została przysłana z zaświatów, aby zawładnąć duszą doktora Marka Kopczyńskiego.

Bo zawładnęła.

Tak działa fenyloetyloamina, związek chemiczny, z którego można zrobić amfetaminę, ecstasy oraz miłość.

Pierwsze dwa narkotyki kupuje się u dilera, trzeci jest legalny i za darmo. W prezencie od organizmu, który w chwili zakochania sam go wytwarza i aplikuje. Działa dokładnie tak samo. Wywołuje stan euforii, uniesienia i odklejenia od rzeczywistości.

 

Dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie.

Po zajęciach Kopczyński poprosił nową studentkę, aby została, bo musi ją wpisać na listę. Miała na imię Ania.

– Świetny styl – powiedział z podziwem, kaligrafując jej nazwisko w notesie.

– Podoba się panu? – zdziwiła się. – Na ulicach raczej nie wzbudza zachwytu.

– Może dlatego, że u nas to ciągle kuriozum. Żaden sklep nie odważyłby się nawet sprzedawać takich rzeczy.

– A ja – powiedziała hardo dziewczyna – gdybym nie studiowała, to otworzyłabym taki sklep. Mam ciotkę w Berlinie, po tamtej stronie muru, ona mi to wszystko przysłała. Czyli towar by był.

– Popyt też?

Ania ułożyła płasko otwartą dłoń i wykonała nią poziomą linię nad głową.

– Potąd – stwierdziła. – Wie pan, ile osób zaczepia mnie na kampusie, żeby zapytać, gdzie kupiłam te ciuchy? A buty to już w ogóle. Pan też się interesuje kulturą gotów?

– Jestem gotem – powiedział dumnie Kopczyński.

Dziewczynę zamurowało.

– Pan? – szepnęła. – Myślałam, że ten czarny strój to tylko tak, dla elegancji.

Marek podciągnął rękaw swetra. Na przedramieniu miał wytatuowane „memento mori” napisane teksturą. Dziara – marzenie każdego gota. W Polsce prawie nieosiągalne.

Oczy Ani rozbłysły.

Już wcześniej dostrzegła maślany wzrok wykładowcy, ale uznała go za efekt odważnego dekoltu i talii mocno podkreślonej gorsetem. Teraz stanęła jej przed oczami scena z filmu opowiadającego o świecie po wojnie nuklearnej: jedyna dziewczyna, która przeżyła zagładę, po wielu miesiącach samotności widzi na plaży jedynego ocalałego chłopaka. Chłopak się do niej uśmiecha, a przez ciemną chmurę okrywającą Ziemię przebija słońce.

– Lubi pan kino? – spytała pod wpływem tej refleksji.

Doktor Kopczyński wyglądał na zakłopotanego.

– Przepraszam – wycofała się. – Posunęłam się za daleko. Jestem studentką, pan moim wykładowcą...

– Nie w tym rzecz – odpowiedział. – Możemy pozostać w relacji... – poszukał odpowiedniego słowa – ...akademickiej, a poza nią być kolegami. Marek – wyciągnął dłoń.

– Anka. To skąd to zakłopotanie?

– Bo ja lubię dość specyficzne kino.

– Czyli?

– Legendę piekielnego domu, Kobietę-Węża...

– Nigdy jej nie widziałam – przerwała. – Choć zawsze o tym marzyłam.

– Kolega ma na wideo – powiedział Marek. – Mogę go poprosić, żeby cię... żeby nas zaprosił. Bo ja nie mam magnetowidu.

– Ja mam – ucieszyła się Ania. – Od ciotki.

Spojrzeli sobie w oczy przestraszeni tempem, w jakim wszystko się działo. Z absolutnym przekonaniem, że nie da się już tego zatrzymać.

 

Parę lat później klęczał nad Czambą, który już powoli stygł. Marek ciągle głaskał jego sierść, wycierając łzy wierzchem dłoni i odwlekając chwilę, kiedy będzie musiał wstać, iść do szopy po szpadel i pochować psa razem z jego bratem bliźniakiem. Nugata znalazł wcześniej. Był martwy, ale nietrudno było się domyślić, że walczył, dopóki starczyło mu sił. Padł dopiero pod siatką ogrodzeniową przeciętą obcęgami. Ścigał złodziei do końca.

Marek podniósł się po dłuższej chwili, otrzepał spodnie z ziemi i rozejrzał się, czy w pobliżu nikogo nie ma.

Zakopał owczarki w głębi ogrodu.

Wrócił do domu umorusany ziemią, z oczami zaczerwienionymi od płaczu.

– Co się stało? – zapytała Ania, podnosząc się znad stołu, przy którym pisała pracę magisterską. Przerwała studia po zajściu w ciążę, ale teraz, gdy córeczka była już odchowana, postanowiła się obronić.

– Otruli psy.

– Boże. – Pobladła. – Złodzieje?

Marek skinął głową.

– Co im zwierzęta winne, tym bydlakom? – Głos jej zadrżał, a w oczach pojawiły się łzy.

– Pilnowały tuneli.

– Tuneli... Marek... – Rozpłakała się na dobre. – Po co my się tu przeprowadziliśmy? Po co?

Przytulił ją, choć sam z trudem powstrzymywał łzy.

Minął rok, od kiedy dotarło do niego, że byt nie oznacza pojęcia w ontologii, ale czynsz, rachunki, jedzenie, ubranie i przetrwanie. Zjawisko, które nie ma nic wspólnego z gotycką bajką, jaką sobie napisali.

Przez pierwszy semestr ukrywali swój związek, co było podwójnie ekscytujące, bo miało smak zakazanego owocu. Na uczelni byli normalnymi dziwakami, poza uniwersytetem zamieniali się w wampirów. Marek pozwalał sobie na odważniejszy strój i makijaż, a Anka dbała o to z całą konsekwencją i skupieniem, z jakim goci traktują swoją modę.

Chodzili do klubów z muzyką punkową, a potem, kiedy do Warszawy dotarła brytyjska fala, słuchali już tylko gotyckiego rocka. Wynajęli kawalerkę na Bemowie i sami urządzali imprezy, podczas których puszczali przysłane przez ciotkę płyty zespołów Bauhaus, The Cure i Joy Division.

Potrafili do świtu dyskutować o mrocznych aspektach sztuki, hipnotyzując się obrazami starego Beksińskiego i słuchając w radiowej Trójce audycji młodego. Często wracali do Wampira, którym zaraził Annę, gdy tylko się poznali. Zakochani w grozie nie odpuszczali żadnej kinowej ani telewizyjnej projekcji horrorów. A zwłaszcza tych, które miały „to coś”.

Ich spory były równie namiętne jak seks.

Obydwoje byli zafascynowani śmiercią, ale zupełnie inaczej. Jego kręciła magia umierania, siły nadprzyrodzone i wszystko, co jest po przeniesieniu się człowieka w inny wymiar.

Dla niej nie istniało żadne „po”. Śmierć uznawała za naturalny koniec życia. Interesowała się przemijaniem, rozkładem i pustką, która po nich następuje.

Wszystkie te fanaberie przeszły im, gdy Ania zaszła w ciążę i urodziła się Beata. Po łacinie – szczęśliwa. Po polsku – skazana na peerelowski syf.

Wtedy wkroczyli rodzice.

Marka, bo ci od Ani pracowali w szkole, a jakie pojęcie o życiu mogą mieć ludzie, którzy decydują się uczyć cudze dzieci?

– Postanowiliśmy z tatą – stwierdziła matka podczas niedzielnego rosołu – że za dolary z Iraku my kupimy sobie jakieś mieszkanko w Warszawie, a wam się zostawi ten dom.

– A po co nam ten dom? – zdziwił się Marek.

– Żeby dziecko miało świeże powietrze, a wy, żebyście mieli z czego żyć.

– Żyć z domu?

– Z ogrodu. Za resztę dolarów ojca postawi się tu tunele foliowe z pomidorami. To pewny biznes. Nie ma się co czarować. – Obrzuciła niechętnym spojrzeniem przestraszoną synową. – Z pensji na uniwerku nie stać was będzie na mleko w proszku, pieluchy i śpiochy.

Dzięki podwarszawskiemu pragmatyzmowi goci zostali badylarzami.

 

– Co zrobiłeś z psami? – spytała Ania, ciągnąc go za rękaw do kuchni, żeby nie obudzić Beatki śpiącej w łóżeczku obok stołu z magisterką.

– Zakopałem pod czereśniami.

– I co teraz?

– Idę do Boronia – stwierdził z determinacją.

– Marek – powstrzymała go, kładąc mu dłoń na przedramieniu – nie rób tego. To gangster.

– W Polsce Ludowej nie ma gangsterów – Marek idealnie parodiował jednego z prowadzących Dziennik Telewizyjny. – Zapomniałaś? – Delikatnie odsunął jej dłoń. – Od kiedy założyliśmy to cholerne ogrodnictwo, staliśmy się poligonem dla miejscowych złodziei. Przecinają siatkę, niszczą folie i rozkradają uprawę. Jak myślisz, dlaczego? Bo lubią zupę pomidorową? Nie. Bo się na nas szkolą. Dopóki zdarzało się to sporadycznie, przymykałem oko. Potem kupiłem psy. A oni je zabili. Co będzie dalej? Nie, Anka, mam dość. Milicja trzy razy pisała protokół i umarzała dochodzenie. Tylko Boroń może tu coś zaradzić. I wiesz co? Mam gdzieś, czy on jest tylko cinkciarzem, czy naszym Donem Corleone.

– A jeśli to Boroń szkoli złodziei?

Marek pokręcił głową.

– Nie jego liga. Ale na pewno wie, kto to robi.

– I sądzisz, że ci powie?

– Jeśli będzie trzeba, zapłacę mu za ochronę – stwierdził i wyszedł, nawet nie myjąc rąk.

Piętrowy dom Boroniów o ścianach wyłożonych kawałkami potłuczonych talerzy i oknach zasłoniętych gęstymi firankami stał na końcu ich ulicy. Posesję otaczał solidny parkan bez najmniejszej szpary, przez którą można by zajrzeć do środka.

Marek podszedł do furtki wzmocnionej sztabami długich zawiasów i nacisnął dzwonek. Odważne posunięcie, na które nie pozwalał sobie nawet dzielnicowy. Zasłona w oknie balkonowym lekko się poruszyła, a Kopczyński uniósł głowę, aby zostać rozpoznany. Odczekał kilka minut, wreszcie usłyszał dźwięk otwieranych drzwi domu i zgrzyt klucza w zamku furtki.

– Dzień dobry, panie Boroń – przywitał się, ale właściciel posesji nie odpowiedział. Patrzył tylko pytająco, nie zapraszając gościa dalej.

– Mam kłopot – zaczął Marek i rozejrzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu. – Mówił pan, że jakby co, to mogę przyjść.

– No? – ponaglił go tamten.

– Znowu się do mnie włamali.

Boroń wzruszył ramionami.

– A co jak mam z tym wspólnego? Nawet nie lubię pomidorów.

Marek pokiwał głową.

– Ja wiem, że pan nie ma nic wspólnego, ale...

– Ale co?

– Mieszka pan tu dłużej niż my. Może się pan domyśla, którzy to... Dziś w nocy otruli mi psy – dodał z desperacją.

Człowiek stojący w furtce przez chwilę się zastanowił.

– Posłuchaj – powiedział. – Od latania po mieście za złodziejami jest mentownia. Ja tego robił nie będę, rozumiesz? Pytał ludzi też nie będę. Ale mogę pomyśleć, bo wiszę ci przysługę. Przyjdź jutro koło południa – skwitował i zamknął furtkę bez pożegnania. A potem przekręcił klucz, zapalił papierosa i uśmiechnął się do swoich myśli. Od dawna czekał na taką okazję.

 

Mariola Boroń malowała paznokcie w swoim pokoju, gdy usłyszała na schodach ciężkie kroki i sapanie. Szybko narzuciła na siebie szlafrok, bo ojciec zawsze wchodził bez pukania, nie przejmując się tym, czy jest ubrana, czy nie.

Wiosną skończyła osiemnaście lat, ale ciągle mieszkała z rodzicami. Taka była wola starego, a jemu lepiej się było nie sprzeciwiać. Boroń zdecydował, że nie wypuści córki w świat, dopóki jej nie ustawi. Mariola, która od dziecka nienawidziła szkoły, musiała iść do liceum i zdać maturę. Z matematyką radziła sobie całkiem nieźle, ale polski i te wszystkie brednie z lektur stanowczo ją przerastały. Nie miała szans na pozytywny wynik egzaminu dojrzałości, ale była zbyt sprytna, aby kuć po nocach i próbować szczęścia.

Namówiła starego, żeby zagadał z Kopczyńską, nową sąsiadką, która była po polonistyce na uniwersytecie i choć teraz uprawiała z mężem pomidory, to mogła pomóc. Nazywało się to korepetycjami, ale tak naprawdę polegało na tym, że Kopczyńska ukryta w szkolnej szatni dostała tematy maturalne pięć minut po wręczeniu ich uczniom. Po czym przez godzinę napisała pracę i odesłała ją na salę egzaminacyjną tą samą drogą. Wszystko zorganizowała Mariola, która mimo alergii na wiedzę miała głowę na karku i umiała sobie radzić. Od roku prowadzała się ze starszym chłopakiem, który w Hotelu Forum załatwiał dewizowym klientom panienki i dobry kurs wymiany walut. Czasami sama raiła mu koleżanki, które chciały zarobić na dżinsy, sweterki i perfumy z Pewexu. Egzamin dojrzałości z życia miała już za sobą i zdała go celująco.

Z polskiego dostała piątkę. Stary Boroń nie podziękował Kopczyńskim, których odwiedził w dniu ogłoszenia wyników matur, ale powiedział coś znacznie ważniejszego. Że ma u nich dług.

– Doczekałaś się – powiedział, wchodząc do pokoju córki i otwierając okno, żeby wywietrzyć ostry zapach zmywacza do paznokci. – Zaczynasz swoją grę, lalka.

Spojrzała na niego zaciekawiona.

– Był u mnie ten satanista od pomidorów, wiesz.

Córka skinęła głową.

– Gówniarze go okradają, a dzisiaj otruli mu psy.

Popatrzyła na niego zaniepokojona. Jeśli stary chciał się odwdzięczyć Kopczyńskim, karząc złodziei, to dla morderców psów byłoby lepiej, żeby natychmiast wynieśli się bardzo daleko i na bardzo długo. Znalezienie ich i zlecenie połamania nóg zajmie ojcu pół godziny. Wystarczy rozpowiedzieć na mieście, że Boroń ich szuka, a ci, którzy chcieli u niego zapunktować, dostarczą sprawców w bagażniku samochodu.

Uspokoiła się, gdy rozsiadł się w jej fotelu i oświadczył:

– Nie będę sobie brudził rąk jakimiś gnojami. Za cienki temat dla mnie – dodał, zapalając papierosa. – Zresztą wiesz, jak jest. Dziś dostaną wpierdol, a za jakiś czas zemszczą się na Kopczyńskich. Mam lepszy pomysł. – Wypuścił dym, a potem wszystko jej opowiedział.

 

– Ale jak to spółka? – Marek głośno przełknął ślinę. – Ja z panem?

Boroń przecząco pokręcił głową.

– Z moją córką.

– Z tą... maturzystką?

W pytaniu wyraźnie zabrzmiała wyższość Kopczyńskiego, ale Boroń nie zareagował.

– Może i ona była słaba z polskiego – przyznał. – Ale jeśli chodzi o biznes, to mogłaby cię, synku, sprzedać, a potem odkupić za pół ceny i nawet byś o tym nie wiedział.

Marek zaczerwienił się jak pomidor.

– Ale jak pan to sobie wyobraża? – spytał.

– Normalnie. – Boroń wzruszył ramionami. – Pójdziemy do jakiegoś cwanego papugi i spiszemy umowę. Wszystko będziesz miał na papierze. Koszty i zyski fifty-fifty.

Kopczyński rozejrzał się po pokoju, w którym rozmawiali. Solidne fotele obite zieloną skórą z poręczami rzeźbionymi w lwie łapy stały po dwóch stronach ławy z tego samego kompletu, o blacie wyłożonym beżowymi kafelkami. Nad ławą wisiał cepeliowski kilim, a na nim dwie skrzyżowane szable. Repliki, podobnie jak obraz Kossaka na przeciwległej ścianie. Obok komoda z płaskorzeźbami lwich głów na drzwiczkach. Na komodzie kolorowy japoński telewizor w towarzystwie magnetowidu tej samej marki. Marek domyślił się, że to wszystko miało robić wrażenie na gościach i działać na ciemny lud jak barokowy wystrój kościoła.

– Czyli ja daję teren, namioty foliowe, produkcję i towar – podsumował. – A pan... to znaczy pańska córka, co? – chciał wiedzieć.

– Zbyt.

– Mam zbyt. Większość warzywniaków na Żoliborzu bierze ode mnie pomidory.

– Z pomidorami koniec – stwierdził Boroń. – Idziemy w kwiaty.

– Kwiaty?

– Goździki, frezje, gerbery – wyjaśnił ojciec jego potencjalnej wspólniczki, pomagając sobie szerokim gestem.

– Ale kwiaty to niepewny interes. – Marek się skrzywił. – Warszawa jest nimi zawalona. Człowiek jeść musi, ale dawać komuś kwiaty już niekoniecznie.

– Człowiek je, bo musi żyć – zgodził się Boroń. – Ale musi też umrzeć.

Kopczyńskiego przeszedł dreszcz.

– Nie rozumiem, co pan... – zaczął niepewnie, ale stary mu przerwał.

– Nie zamierzam sprzedawać z wiaderka pojedynczych badyli dla zakochanych na Starym Mieście. Chcę je opychać hurtowo. Do wieńców pogrzebowych.

– Niech pan o tym zapomni. – Marek z rezygnacją machnął ręką. – Ci od wieńców i wiązanek to zamknięta kasta. Trzepią na tym duże pieniądze, bo człowiek dotknięty śmiercią kogoś bliskiego nigdy się nie targuje, tylko płaci tyle, ile mu powiedzą. Znajomy ma szklarnię z goździkami w Łomiankach. Rozmawiał chyba z kilkunastoma producentami dekoracji nagrobnych i wszyscy go pogonili. Mimo że dawał najniższe ceny.

– Bo to frajer – stwierdził Boroń. – Mnie nikt nie pogoni, rozumiesz? Obstawimy temat od Wilanowa po Tarchomin i wszystkie hieny cmentarne będą brać kwiatki tylko od nas. To znaczy od ciebie i Mariolki.

Marek znów poczuł się nieswojo.

– Muszę się jeszcze zastanowić. – Uciekł wzrokiem w bok.

Boroń wstał i nerwowo przeszedł się po pokoju.

– Ty, synek, głupi jesteś czy co? – spytał, gdy ochłonął. – Masz na talerzu pewny interes. Moja córcia zainwestuje w sadzonki i zapewni sprzedaż. Ty tylko dajesz plac, tunele i doglądanie kwiatków. Wszystko na umowie. Zarobisz parę razy tyle co teraz – wyliczał. – Nadal będziesz szefem. Więc co ci tu, kurwa, nie pasuje?

Kopczyński w zakłopotaniu masował czoło opuszkami palców.

– Niech mi pan da czas do jutra – poprosił. – Żeby moja Ania nie miała wrażenia, że załatwiłem wszystko za jej plecami. Może tak być?

Stary rozłożył ręce.

– Jasne – zgodził się bez wahania, bo już był pewien, że rybka połknęła haczyk. – Pozdrów żonkę. I powiedz jej, że od momentu, gdy miasto się dowie, że jesteś wspólnikiem mojej córki, możesz spać spokojnie. Nikt więcej się do was nie włamie. – Protekcjonalnie klepnął go w plecy i odprowadził do furtki.

Gdy wrócił, na krześle zajmowanym wcześniej przez Marka siedziała Mariola.

– Słyszałaś, lalka? – spytał, pierwszy raz częstując ją papierosem.

Aż pokraśniała z dumy.

– Każde słowo. Chcesz go przekręcić na te tunele, tatuś?

Boroń spojrzał na nią zaskoczony.

– A skąd! Od dawna rozglądam się za biznesem na pełnym legalu. Zadbamy o to. Będziemy najuczciwszymi prywaciarzami w okolicy. Sami na siebie napiszemy parę anonimów i donosów, żeby ściągnąć kontrole.

– Po co? – zdziwiła się.

– Chodzi o to, żeby przyszli i zobaczyli: porządek w księgach, rozliczenia co do złotówki, żadnego chachmęcenia, a szef firmy to doktor z uniwerku. Z kartoteką czystą jak dupa anioła. Pomyśl, lalka. Może być lepsza przykrywka?

 

[...]