Ukryte blizny - Magdalena Szweda - ebook + audiobook

Ukryte blizny ebook i audiobook

Szweda Magdalena

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

"Czasem mam wrażenie, że tam, pośród gwiazd, kryją się dusze tych, których już z nami nie ma."

Emma Hayes chce zerwać z przeszłością, przez którą jej serce jest rozdarte. Zmienia uczelnię i próbuje odbudować swoje życie na nowo. Jednak ból i poczucie winy nieustannie przypominają jej o przeżytym koszmarze. Emma składa sobie obietnice: nie angażować się w relacje, nie ufać nikomu i przede wszystkim nie wracać do tego, co zostawiła za sobą.

Gdy w pobliżu akademika zostaje odnalezione ciało studentki, kampus przestaje być bezpieczną przystanią. Korytarze wypełniają się strachem, anonimowe wiadomości zaczynają mieszać Emmie w głowie, a niewinne plotki zamieniają się w brutalne oskarżenia. Każdy coś ukrywa. Każdy może być winny.

W dodatku na drodze Emmy staje Caleb Turner – kapitan drużyny hokejowej i największa gwiazda uczelni. Wszyscy go podziwiają, ale niewielu wie, że pod perfekcyjną fasadą rokującego sportowca kryje się ktoś zupełnie inny: chłopak zmęczony oczekiwaniami, niepewny przyszłości oraz rozdarty między tym, co powinien zrobić, a tym, czego naprawdę pragnie. Tylko przy Emmie potrafi być sobą, lecz im bardziej się do niej zbliża, tym wyraźniej dostrzega, że dziewczyna coś ukrywa.

Caleb i Emma będą musieli się zmierzyć nie tylko z mrocznymi sekretami kampusu, lecz także z własnymi lękami, traumami i uczuciami, które mogą się okazać równie niebezpieczne co prawda czekająca na odkrycie. Bo czasem największe zagrożenie nie kryje się w cieniu… lecz w sercu drugiego człowieka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 305

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 27 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sylwia Jackowska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Emma

Słońce muskało moją twarz, a delikatny wiatr targał włosy. Uniosłam głowę i przymknęłam powieki, rozkoszując się chwilą samotności – czymś, czego dawno nie doświadczyłam.

Rozpostarłam ramiona i wykonałam obrót. Lód pod łyżwami zaskrzypiał złowieszczo, ale zupełnie się tym nie przejęłam. Niesiona radością i poczuciem wolności, zapomniałam o wszelkich zasadach bezpieczeństwa. Liczyła się jedynie adrenalina krążąca w moich żyłach, dodająca mi pewności siebie. Przez ten cały czas czułam, że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać.

W mojej głowie rozbrzmiewała melodia najnowszego układu. Tańczyłam, zatracając się w swoim świecie. Znajdowałam się w nim tylko ja – nikogo innego tutaj nie wpuszczałam. Nawet Sama, który był moim najlepszym przyjacielem i jednocześnie partnerem na lodzie. Tworzyliśmy jedność, dlatego z większości zawodów przywoziliśmy medale z najcenniejszego kruszcu. Eksperci wróżyli nam światową karierę. Już teraz nazywali nas złotą parą. Liczyłam, że ten przydomek utrzyma się przez długie lata aż do chwili, gdy na dobre odwieszę łyżwy.

Wiatr się wzmógł, ale ja nie przestawałam kręcić piruetów. Raz za razem powtarzałam sekwencję kroków, coraz bardziej z siebie zadowolona. Tak mocno pochłonęła mnie praca nad układem, że nie zauważyłam, jak bardzo zbliżyłam się do ujścia pobliskiej rzeki.

Moment otrzeźwienia przyszedł, gdy usłyszałam trzask, a potem kolejny. Przerażona zatrzymałam się i patrzyłam, jak na tafli lodu pojawiają się niewielkie pęknięcia. Moje ciało zadygotało ze strachu, a oddech stał się nierówny. Nie wiedziałam, jak zachować się w obliczu zagrożenia. Z pomocą przyszedł mi Sam. Stał na brzegu i próbował zapanować nad sytuacją.

– Połóż się na lodzie! – krzyknął.

Mimo paraliżu ogarniającego coraz bardziej moje ciało udało mi się wykonać polecenie.

– Dobrze, maleńka! – dodał mi otuchy. – A teraz zacznij się czołgać w moją stronę!

Starałam się opanować strach, ale było to niezwykle trudne. Na dodatek przenikliwy chłód blokował moje ruchy. Powoli jednak posuwałam się do przodu. Gdy znalazłam się już blisko brzegu, lód pode mną nie wytrzymał i wpadłam do wody.

Wymachiwałam rękoma, starając się utrzymać na powierzchni. Ale im zacieklej walczyłam, tym głębiej wpadałam w otchłań. Woda zaczęła zalewać mi płuca i dotarło do mnie, że umieram. Urywki mojego życia przelatywały mi przed oczami, budząc wspomnienia szczęśliwych chwil. Odczuwałam żal za utraconymi marzeniami i tęsknotę za tym, czego już nie będę mogła doświadczyć.

Nagle obrazy przestały atakować mój umysł, za to otulił mnie mrok i nie zamierzał wypuszczać ze swoich macek.

Spadałam i nikt nie mógł mnie uratować. Śmierć wyciągnęła w moim kierunku kościstą dłoń i choć desperacko trzymałam się życia, ostatecznie uległam i podałam jej swoją.

Rozdział 1

Emma

– Dasz radę, Em, dasz radę – dopingowałam się na głos, starając dodać sobie otuchy.

Całe szczęście, że nikt nie słyszał, jak gadam sama do siebie. Pewnie uznaliby mnie za kompletną wariatkę. Zresztą i tak trzymałam się na uboczu, a większość ludzi na kampusie zapewne nawet nie zauważała mojej obecności. A jeśli już ktoś mnie dostrzegł, to tylko po to, żeby zaraz o mnie zapomnieć. W sumie to akurat mi pasowało – nie lubiłam rzucać się w oczy.

Siedziałam w samochodzie, co chwilę zerkając w stronę budynku, w którym odbywała się impreza. Rok akademicki zaczął się dwa tygodnie temu, ale dopiero teraz zdecydowałam się wyjść do ludzi – chociaż tak naprawdę jeszcze nie wykonałam tego kroku, bo moje cztery litery nadal grzały fotel kierowcy, ale byłam na dobrej drodze, by opuścić pojazd i poznać nowych znajomych. Plan naprawdę wydawał się świetny, gorzej z jego realizacją.

Wypuściłam powietrze z płuc i mocno chwyciłam kierownicę. Przez głowę przebiegła mi myśl, by przekręcić kluczyk i wrócić do mieszkania. Zaszyć się w swoim pokoju i przestać udawać kogoś, kim już nie jestem. Miałam świadomość, że dawna Emma nie powróci w magiczny sposób, i może musiałam się z tym w końcu pogodzić.

Ponownie spojrzałam na budynek i na morze ludzi wokół niego. Ava – moja współlokatorka, którą poznałam w czasie letnich zajęć, a na dodatek dusza towarzystwa – pod groźbą wyrządzenia mi krzywdy namówiła mnie na dzisiejszą imprezę. Nie chciałam się tu pojawiać, ale wymachiwała mi przed oczami wielkim nożem, czym skutecznie przekonała mnie do zmiany zdania. Momentami bywała przerażająca.

Dlatego tu tkwiłam. Lekko zlękniona, z czarnymi myślami i ogromną chęcią stania się niewidzialną, przyszłam do miejsca, w którym roiło się od podpitych facetów i piszczących studentek łaknących uwagi. Zamierzałam wejść do jaskini rozpusty. Jak się z tym czułam? Niezbyt dobrze.

Wzdrygnęłam się, przypominając sobie, jak wyglądało moje życie rok temu. Byłam wtedy inna – uwielbiałam zabawę i bycie częścią szkolnej elity. Tamte czasy już minęły, pozostawiając jedynie mgliste wspomnienia, do których, prawdę mówiąc, wolałabym nie wracać.

Odetchnęłam głęboko i wysiadłam z pojazdu. Głośna muzyka wybrzmiewająca z budynku od razu uderzyła mnie swoją intensywnością. Na trawniku przed domem – oprócz szalejących pijanych ludzi – stały zaparkowane samochody. Lawirowałam między nimi, starając się jak najszybciej dostać do środka.

Bałam się, że stchórzę i wrócę do mieszkania, a tego Ava by mi nie wybaczyła. Zachowywała się jak despotka nieznająca słowa „nie”.

Kiedy przekroczyłam próg domu, zderzyłam się z wielką postacią. Szybko się zorientowałam, że wpadłam na mężczyznę, który patrzył na mnie szklistym wzrokiem. Od razu zrozumiałam, że w jego żyłach płynął alkohol, więc postanowiłam, że najlepiej będzie uniknąć jakiejkolwiek konfrontacji. Podpici kolesie kompletnie mnie nie interesowali. Już i tak ledwo się trzymałam, więc nie chciałam dokładać sobie więcej powodów do stresu.

Opuściłam głowę, burknęłam pod nosem: „przepraszam” i minęłam wielkoluda, wchodząc głębiej do pomieszczenia. Chłopak nie próbował mnie zatrzymać, za co podziękowałam w myślach Bogu.

Wytarłam spocone dłonie o spodnie i rozejrzałam się po rozległym salonie, w którym ściskał się tłum studentów. Tańczyli i śmiali się głośno. Wydawało się, że wszelkie troski spoczywające na ich barkach przez te kilka godzin kompletnie nie miały znaczenia. Zazdrościłam im tego luzu. Poświęciłabym wiele, by móc przez jeden wieczór w pełni oddać się zabawie. Ale moje życie wyglądało zupełnie inaczej niż ich. Już nigdy nie zaznam takiej radości.

Poszukałam wzrokiem Avy, ale nigdzie jej nie dostrzegłam. Zaczęłam się denerwować – to właśnie ona namówiła mnie na dzisiejszą imprezę, a teraz wyglądało na to, że wystawiła mnie do wiatru. Zacisnęłam zęby i zaczęłam przedzierać się przez gęsty tłum, szukając miejsca, w którym mogłabym się ukryć. W końcu wypatrzyłam kąt po drugiej stronie salonu. Gdy tam dotarłam, odetchnęłam z ulgą i przycisnęłam plecy do ściany.

Wyciągnęłam z kieszeni obcisłych spodni komórkę i odszukałam czat ze współlokatorką. Nie było sensu dzwonić – przez muzykę i tak nic bym nie usłyszała – więc pozostała mi komunikacja za pomocą wiadomości.

Ja: Gdzie jesteś?

Wbiłam spojrzenie w ekran telefonu, czekając na odpowiedź. Ale minuty mijały, a ona nie przychodziła. Jęknęłam sfrustrowana całą sytuacją i schowałam komórkę z powrotem do kieszeni. Nie tak wyobrażałam sobie ten wieczór. Obecność Avy dodałaby mi odwagi; bez niej znalazłam się w obcym miejscu, otoczona chmarą nieznajomych.

Im bardziej impreza się rozkręcała, tym tłum stawał się gęstszy. Nie wierzyłam, że na tak stosunkowo niewielkiej powierzchni mogło zmieścić się tyle osób. Czułam, jak zaczynam się dusić pod naporem ciał. Potrzebowałam kilku minut dla siebie, bo bałam się ataku paniki. Nie chciałam przeżywać go na oczach obcych ludzi.

Przeciskałam się w kierunku schodów, licząc, że na piętrze znajdę choć odrobinę spokoju. Tam również przebywało sporo studentów, ale ich obecność nie przytłaczała mnie już tak bardzo.

Szłam korytarzem, szukając pustego pokoju. Większość pomieszczeń była zamknięta albo zajęta przez pary w dość dwuznacznych sytuacjach. Nie należałam do przesadnie wstydliwych osób, ale widok dwóch kotłujących się w pościeli ciał sprawił, że moje policzki oblały się gorącym rumieńcem.

Na szczęście po chwili odniosłam sukces – zamek w drzwiach jednego z pokoi ustąpił. Na początku wsunęłam do środka tylko głowę, a gdy upewniłam się, że nikogo tam nie ma, weszłam głębiej. Zamknęłam za sobą drzwi i przekręciłam zamek, by nikt mi nie przeszkadzał.

Rozejrzałam się po wnętrzu; zaskoczył mnie panujący tam porządek. Pokój wyglądał, jakby nikt tu nie mieszkał – może czekał na nowego lokatora? Nie zamierzałam jednak nad tym rozmyślać. Przyszłam tu w innym celu, a nie po to, by zaprzątać sobie głowę takimi drobiazgami.

Podeszłam do wielkiego łóżka i opadłam na nie całym ciałem. Splotłam dłonie na brzuchu i wbiłam wzrok w sufit. Muzyka na piętrze nie była tak głośna jak na dole, ale mimo to nie pozwalała mi się wyciszyć. Przymknęłam powieki, lecz zaraz je otworzyłam, bo mój umysł zaatakowały wspomnienia. Zawsze tak się działo, gdy zostawałam sama ze swoimi myślami. Poczucie winy dręczyło mnie od ponad roku i nie pozwalało zapomnieć, co wydarzyło się nad jeziorem.

Gdybym tylko mogła cofnąć czas… Niestety było to niemożliwe. Ze wszystkich sił starałam się żyć dalej, nawet jeśli doskonale wiedziałam, że oszukuję samą siebie. Moje życie skończyło się w momencie, gdy mój przyjaciel poszedł na dno, oddając mi to, co najcenniejsze. Już nic nigdy nie będzie takie samo.

Łza spłynęła po moim policzku. Wściekła wytarłam ją wierzchem dłoni. Nie mogłam pozwolić sobie na rozpacz – już wystarczająco wiele łez uroniłam przez ostatnie miesiące. Wróciłam z piekła, naiwnie wierząc, że czas leczy rany. Ale to nieprawda. Codziennie brakowało mi Sama, a nawet zmiana środowiska na takie, w którym byłam obca i nikt nie znał mojej historii, nie pomogła.

Zastanawiałam się, co by było, gdyby… Gdybym nie weszła na ten przeklęty lód i nie sprowadziła na siebie śmiertelnego zagrożenia, to czy Sam nadal by żył? Nigdy nie wybaczę sobie, że zachowałam się tak nieodpowiedzialnie.

Podobno człowiek uczy się na błędach. Szkoda, że mój kosztował ludzkie życie.

Moje myśli brutalnie przerwał dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Zerwałam się z łóżka i spanikowanym wzrokiem powiodłam po pokoju, szukając kryjówki. Nie powinnam tu wchodzić. Co ja w ogóle sobie myślałam?

W akcie desperacji podbiegłam do wielkiej szafy zajmującej sporą część pokoju. Otworzyłam drzwiczki i ukryłam się w mroku. Wstrzymałam oddech, czekając w napięciu na rozwój sytuacji. Nagle ktoś zasłonił mi usta dłonią, a potężna sylwetka unieruchomiła moje ciało. Zaczęłam się szamotać, ale w starciu z górą mięśni nie miałam najmniejszych szans.

– Uspokój się, bo cię usłyszą – wyszeptał głębokim głosem wprost do mojego ucha. – Chyba nie chcesz być posądzona o włamanie do czyjegoś pokoju.

Dlaczego odniosłam wrażenie, że się uśmiecha? I dlaczego rozmyślałam o tym, gdy groziło mi niebezpieczeństwo? Postanowiłam posłuchać nieznajomego i przestałam się wyrywać.

Nagle drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym hukiem. Podskoczyłam przerażona, a mężczyzna stojący za moimi plecami przyciągnął mnie bliżej siebie. Najwyraźniej jemu również zależało, by nie zdradzić naszej kryjówki.

– Ani słowa – szepnął, a ja poczułam jego ciepły oddech na policzku. Do moich nozdrzy dotarła przyjemna woń wody po goleniu.

Znajdowałam się w nieciekawym położeniu, a jedyne, o czym teraz byłam w stanie myśleć, to nieziemski zapach nieznajomego.

Czy nie powinnam być przerażona?, zastanawiałam się.

– Nie ma go tu – odezwał się jakiś chłopak. – Cały dzień się przede mną ukrywa.

– Zjebał na ostatnim meczu, więc co się dziwisz – prychnął inny i od razu zajął miejsce na materacu, na którym chwilę wcześniej leżałam.

Przez szparę w drzwiach miałam idealny widok na dwie masywne postacie. Podejrzewałam, że to członkowie studenckiej drużyny hokejowej. Nie znałam ich osobiście, bo nie interesowałam się tym sportem, ale ich sylwetki mówiły same za siebie. Przy moim niewielkim wzroście górowali nade mną przynajmniej o głowę, jeśli nie więcej.

– Nie wiem, co się z nim dzieje. – Chłopak stojący przy oknie przykuł moją uwagę. – Od początku sezonu jest jakiś inny, tak jakby… – urwał.

– Nie chciał z nami grać. Jakby mu nie zależało – dokończył jego przyjaciel.

– Dokładnie. Słyszałem, jak trener opierdalał go ostatnio za to, że się nie stara. Jego kariera wisi na włosku, a przecież z całej drużyny to właśnie on najbardziej zasługuje na zawodowstwo.

Typ, który nadal trzymał mnie w ramionach, spiął się i mruknął coś pod nosem.

Intuicja podpowiadała mi, że to właśnie on był tematem rozmowy dwójki nieznajomych. Co oznaczało, że ukrywałam się w szafie z właścicielem pokoju.

Przymknęłam powieki, czując palący wstyd. Leżałam na jego łóżku, a on wszystko widział ze swojego miejsca obserwacji. Ale dlaczego się ukrywał? Czy rzeczywiście unikał swoich przyjaciół?

– Nic tu po nas, lepiej zejdźmy na dół – rzucił ten siedzący na łóżku, po czym wstał i rozejrzał się po pomieszczeniu. – Mogę dać sobie uciąć jaja, że nie było go dziś w pokoju.

Próbowałam stłumić śmiech, ale to okazało się niemal niemożliwe. Na dodatek chyba obśliniłam rękę, która wciąż zasłaniała mi usta. Właśnie osiągnęłam najwyższy poziom żenady. Nie wiedziałam, jak się po tym pozbieram.

Chwilę później rozmowa dwójki sportowców ucichła, a po sekundzie usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi.

Otuliła mnie przerażająca cisza. Zostałam sam na sam z nieznajomym mężczyzną, który najwyraźniej nie zamierzał zdradzić mi swojej tożsamości. Przełknęłam głośno ślinę, czekając na jego ruch. Nadal mnie nie puścił – wręcz odniosłam wrażenie, że zacieśnił chwyt na mojej talii.

Na płatku ucha poczułam delikatne muśnięcie warg. Zupełnie mnie to zaskoczyło. Ta nagła pieszczota sprawiła, że oddech nieznacznie mi przyspieszył.

– Uciekaj, lisiczko – rozkazał, a jego złowrogi ton natychmiast wyrwał mnie z zamyślenia i przywołał do rzeczywistości.

Nieznajomy zabrał dłoń i wypuścił mnie ze swoich objęć. Przestraszona dosłownie wypadłam z szafy, potykając się o własne nogi, i pognałam w stronę drzwi. Wybiegłam na korytarz, taranując po drodze pijaną dziewczynę. Nie miałam jednak czasu sprawdzić, czy nic jej się nie stało. Odniosłam wrażenie, że sam diabeł depcze mi po piętach. Może trochę przesadzałam, ale w tej chwili liczyła się tylko ucieczka przed mężczyzną, który nakrył mnie w swoim pokoju.

Przedzierałam się przez tłum studentów, aż w końcu dotarłam do głównego wyjścia. Poczułam minimalną ulgę, gdy znalazłam się na trawniku. Szybko przecięłam ulicę i wpadłam do swojego samochodu. Zamknęłam się od środka i położyłam dłonie na kierownicy. Dyszałam ciężko, próbując uspokoić oddech. Dźwięk wiadomości wyrwał mnie z odrętwienia. Sięgnęłam po telefon i odczytałam SMS-a od Avy.

Ava: Zostałam u Roberta. Nie pojawię się na imprezie.

– Cholera! – wrzasnęłam, uderzając dłonią w kierownicę. Syknęłam, gdy przeszył mnie ból. Jeszcze tego brakowało, żebym zrobiła sobie krzywdę i skończyła z ręką w gipsie.

Spojrzałam w stronę budynku, z którego kilka minut temu uciekłam. Ava zmusiła mnie, żebym dziś tutaj przyszła. A potem wystawiła mnie do wiatru. Obiecała mi okazać wsparcie, a jedyne, co od niej otrzymałam, to lakoniczną wiadomość.

Wściekła na współlokatorkę, próbowałam odpalić silnik, ale bezskutecznie. Dopiero za czwartym razem udało mi się obudzić go do życia. Włączyłam się do ruchu i przez całą drogę do mieszkania w mojej głowie szalały przeróżne myśli, a każda z nich kręciła się wokół nieznajomego z szafy. Kim tak naprawdę był? I dlaczego się ukrywał? A może, tak jak ja, postanowił schować się w obcej sypialni, żeby odpocząć od tłumu imprezowiczów?

Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi.

Rozdział 2

Szła chodnikiem w kierunku parku, nieświadoma zagrożenia, które na nią czyhało. Miasto, pogrążone w mroku i ciszy, sprawiało wrażenie uśpionego świadka nadchodzących wydarzeń. Wydarzeń, które miały odmienić jej życie. A raczej je zakończyć.

Podążał za nią, starając się nie hałasować. Jej długie, miedziane włosy falowały na wietrze, rozpuszczone, jakby celowo chciała podkreślić swoją naturalność. To piękno powodowało, że jego serce zachowywało się dziwnie. I nie tylko serce. Czuł niepohamowaną potrzebę dotknięcia jej mlecznobiałej skóry i policzenia piegów na nosie, zdobiących delikatną twarz. Pragnął zapamiętać każdy szczegół, by potem w samotności odtwarzać w pamięci obraz jej ciała.

Przyspieszył. Zanurzył się w świecie fantazji, nie zauważając, że oddalił się od swojego celu. Bał się, że zaraz mu się wymknie. Nie mógł do tego dopuścić – czekał na nią zbyt długo.

Dziewczyna zatrzymała się na środku chodnika i wyciągnęła telefon z torebki. On ukrył się za drzewem, by nie zdradzić swojej obecności. Obserwował ją uważnie. Rozmawiała z kimś, żywo gestykulując. Po chwili zaśmiała się, a on zacisnął dłonie w pięści. To z jego żartów powinna czerpać radość. Śmiech dla innych był zdradą, której nie mógł wybaczyć.

Patrzył, jak kończy rozmowę, chowa telefon i zdejmuje szpilki. Trzymając buty w prawej dłoni, ponownie ruszyła, kierując się w stronę domu. Tyle że nigdy tam nie dotrze. On się o to postara.

Na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech, gdy znów zaczął za nią iść. Oprócz nich park był pusty. Tylko nieliczne latarnie, ustawione po lewej stronie chodnika, rzucały słabe światło. Starał się nie stracić jej z oczu. Zbliżali się do miejsca pogrążonego w całkowitym mroku. Skóra na jego ciele mrowiła z podekscytowania, a serce biło coraz szybciej.

Dziewczyna musiała coś przeczuwać, bo zerknęła przez ramię. Gdy go dostrzegła, ruszyła szybciej. Chciał, by zaczęła biec. Myśl o pościgu za ofiarą była podniecająca. Już teraz penis w spodniach napierał mocno na rozporek, więc co będzie, gdy wreszcie zanurzy się w jej ciele? Pragnął jej. Pragnął jej krzyku i bólu.

Nic innego nie miało znaczenia. Mógłby dalej fantazjować, obserwować ją z daleka, wzdychać nocami. Ale cierpiał i tylko ona mogła ukoić ten ból palący go od środka.

Zacisnął zęby. Dziewczyna coraz bardziej się oddalała, więc znów przyspieszył, choć nie na tyle, by ją złapać. Jeszcze nie. Postanowił się zabawić. Nakarmić się jej strachem.

Krzyknęła.

W jej głosie wybrzmiała desperacja, gdy zawołała: „Pomocy!”. Naiwnie wierzyła, że ktoś uratuje ją przed złem, które podążało za nią krok w krok.

Nie mógł dłużej czekać. Przestał się droczyć. Czas uwolnić ją od strachu.

Zaczął biec…

Rozdział 3

Caleb

Impreza skończyła się dobrych kilka godzin temu, a ja nadal odczuwałem jej skutki. Ledwo żyłem – tak mocno zostałem sponiewierany przez wypity alkohol. Unikałem kumpli przez cały wieczór, ale w końcu mnie dopadli i przez resztę nocy dotrzymywali mi towarzystwa. Oczywiście nie mogliśmy w spokoju posiedzieć; musieli zasypywać mnie gradem pytań na temat mojej ostatniej porażki na lodowisku. Nienawidziłem, gdy ktoś komentował moją grę. Próbowałem jakoś ich zbyć, zmienić temat na bardziej neutralny, ale uparte dupki nie dawały za wygraną.

Wkurzały mnie ich współczujące spojrzenia. Coś przeczuwali, ale nie potrafili pojąć, co było przyczyną mojej słabszej kondycji. I dobrze. Nie zamierzałem się im zwierzać – nie chciałem, by ktokolwiek się nade mną litował. Sam musiałem ogarnąć swoje sprawy, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.

Jęknąłem i przewróciłem się na plecy, wbijając zamglony wzrok w sufit. Promienie słoneczne wpadały do pokoju przez niezasłonięte okno, drażniąc moje zmęczone oczy. Przejechałem dłońmi po policzkach i z głośnym świstem wypuściłem powietrze z płuc. Potrzebowałem zimnego prysznica, bo obolałe mięśnie dawały mi się we znaki. Po wczorajszym treningu i drinkach ciało błagało o regenerację.

Z ociąganiem usiadłem na skraju materaca. Zawartość żołądka podeszła mi do gardła. Oparłem łokcie na kolanach i ukryłem twarz w dłoniach, próbując zapanować nad atakującymi mnie mdłościami. Pragnąłem umrzeć.

Moje użalanie się nad sobą przerwał dźwięk komórki. Leżała na szafce nocnej, więc sięgnąłem po nią i zerknąłem na wyświetlacz. W pierwszym odruchu naszła mnie ochota, aby odrzucić połączenie, ale doskonale znałem matkę – wiedziałem, że będzie dzwonić, aż wreszcie odbiorę, dlatego niechętnie przyłożyłem telefon do ucha.

– Cześć, mamo. Czemu dzwonisz tak wcześnie? – zapytałem, powstrzymując ziewnięcie.

– Jest południe, a po twoich słowach wnioskuję, że dopiero co wstałeś – odparła z nutą nagany w głosie.

Cholera, nie zdawałem sobie sprawy, że zrobiło się już tak późno.

– Wczoraj uczyłem się do późna, dlatego położyłem się dopiero po północy – skłamałem gładko.

Gdyby dowiedziała się o imprezie, zaczęłaby suszyć mi o to głowę. Wolałem więc trochę nagiąć prawdę, żeby uniknąć kolejnej pogadanki o tym, jak bardzo jestem nieodpowiedzialny, bawiąc się w środku tygodnia.

– Dlaczego ci nie wierzę? – westchnęła, wyraźnie rozczarowana. A to, niestety, zdarzało się dość często.

Miałem ciężką noc i marzyłem, żeby się rozłączyć.

– Dzwonisz w konkretnej sprawie czy tylko po to, żeby spieprzyć mi dzień?

Nie pohamowałem gniewu i na nią naskoczyłem. Nie powinienem tego robić, ale to było silniejsze ode mnie. Nasze rozmowy zawsze wyglądały tak samo – ona atakowała, ja się broniłem.

– Chciałam z tobą porozmawiać o wczorajszym meczu.

Mogłem się domyślić, że właśnie o to chodziło. Matka dzwoniła głównie wtedy, kiedy zawalałem na lodowisku. Za to ojciec był tym, który we mnie wierzył i udzielał mi wsparcia. Po jego śmierci rodzicielka próbowała przejąć tę rolę. Szkoda tylko, że na tym polu odnosiła raczej marne sukcesy.

– Rozmawiałam z Travisem. Jest zaniepokojony twoimi ostatnimi wynikami.

Oczywiście trener nie mógł zatrzymać mojej porażki dla siebie; musiał podzielić się nią z matką. Lubiłem go – był przyjacielem ojca, kiedyś grali razem w drużynie. Odkąd jednak został moim trenerem, próbował wywierać na mnie większą presję. Tak jakby dawna znajomość dawała mu prawo opieki nade mną po śmierci taty. Przynajmniej w kwestii sportu i tego, jak pokieruję swoją karierą.

– Dopadł mnie gorszy dzień, to wszystko – próbowałem się tłumaczyć.

– To nie tylko jeden dzień. Trener mówi, że widzi u ciebie spadek formy. Jeśli nie weźmiesz się w garść, twoja kariera zakończy się, zanim się w ogóle zaczęła.

Zacisnąłem mocno szczękę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego później mógłbym żałować. Wizja wyrzucenia z siebie wszystkiego, co od dawna mnie dręczyło, była naprawdę kusząca.

– Musisz ostro trenować. To twój ostatni rok, szkoda by było zmarnować wszystko, na co pracowałeś przez ostatnie lata.

– To tylko zmęczenie. Ono spowodowało, że moja wydajność spadła. To już się więcej nie powtórzy – starałem się ją udobruchać, karmiąc kolejnymi kłamstwami.

– Mam nadzieję. Chyba nie chcesz, żeby tata się na tobie zawiódł.

Te słowa zawsze mnie raniły, a ona doskonale o tym wiedziała. Używała ich z premedytacją, żeby wzbudzić we mnie poczucie winy. Od zawsze starałem się zadowolić ojca. Jego śmierć wstrząsnęła mną i sprawiła, że nad moim życiem kontrolę przejęła matka.

By mieć święty spokój, zgadzałem się na wszystkie jej pomysły. W konsekwencji uczyniło mnie to słabym. Uległem jej wpływom, pozwalając sobą kierować. Ten dziwny układ, jaki ze sobą zawarliśmy, coraz bardziej mi doskwierał. Osaczała mnie i nieustannie wyznaczała nowe cele, którym nie umiałem sprostać. To wszystko sprawiało, że odczuwałem coraz większą frustrację.

Nie było dnia, bym nie zastanawiał się nad swoją przyszłością i dalszą karierą w NHL. Podobno miałem talent – dar od Boga, tak mawiała matka. Tylko że gra nie sprawiała mi już takiej przyjemności, jak jeszcze kilka lat temu. Do niedawna za każdym razem, gdy zakładałem łyżwy, ogarniała mnie ekscytacja. Teraz opadałem z sił, traktując to jak przykry obowiązek.

Oczywiście nikomu nie przyznałem się do swojej wewnętrznej walki. Nie chciałem zdradzić przyjaciołom, że poważnie rozważałem porzucenie sportu, który kochał mój ojciec. No właśnie. Kochał ojciec, nie ja.

To nie tak, że nie lubiłem grać. W drużynie odnalazłem swoje miejsce, ale ta presja, narzucona od najmłodszych lat, skutecznie zniechęciła mnie do dalszej rywalizacji i gonienia nie swoich marzeń. Pragnąłem od życia czegoś zupełnie innego, ale odnosiłem wrażenie, że nikt nie liczył się z moim zdaniem. Każdy tylko żądał ode mnie niemożliwego.

Nie wiedziałem już, jak dotrzeć do matki i przekonać ją, by wreszcie mi odpuściła. Wszelkie próby rozmów na ten temat zawsze kończyły się kłótnią i wyrzutami sumienia, kiedy przywoływała wspomnienie ojca. Dlatego nadal się uśmiechałem i udawałem, że wszystko gra, choć tak naprawdę w środku czułem niewyobrażalną pustkę.

Ze szponów myśli wyrwał mnie głos matki:

– Mam nadzieję, że przyjedziesz na weekend.

Wolałbym dać sobie wyrwać zęba na żywca, niż spędzić z nią całe dwa dni.

– Wybacz, nie dam rady. Mam dodatkowy trening.

Oszukiwanie jej przychodziło mi z łatwością. Na poczekaniu potrafiłem wymyślić przekonującą wymówkę.

– Z tego, co mówił mi Travis, to nieprawda. Cała drużyna ma w tym czasie wolne.

Cholera, zapomniałem, że znała dokładnie mój harmonogram treningowy.

– Inni może tak, ale ja postanowiłem spędzić najbliższe dni na poprawie kondycji.

Nie żebym naprawdę zamierzał to robić.

– Skoro tak stawiasz sprawę… – W jej głosie wybrzmiało zadowolenie. – Nie będę ci już przeszkadzać. Pamiętaj, że najbliższe miesiące zdecydują o twojej przyszłości – powiedziała na pożegnanie.

Zakończyła połączenie, a mnie od razu zrobiło się lżej na sercu. Rzuciłem komórkę na materac, po czym wstałem i udałem się pod prysznic. Liczyłem, że chłodna woda pomoże mi wrócić do świata żywych. Ostatni raz uczestniczyłem w imprezie w środku tygodnia. Na szczęście dzisiaj miałem tylko jeden wykład, na którym i tak nie musiałem się pojawić. Nauka nigdy nie sprawiała mi problemów, więc profesorowie przymykali oko na moje nieobecności. Dodatkowo, jako obiecujący sportowiec, i tak dostawałem większe fory niż inni studenci.

Kiedy już doprowadziłem swoje ciało do przyzwoitego stanu, zszedłem na dół, by wtoczyć w organizm trochę węglowodanów. Moje myśli pierwszy raz od przebudzenia powędrowały ku wczorajszemu wieczorowi i małej lisiczce, która niepostrzeżenie zakradła się do mojego pokoju.

Chwilę wcześniej ukryłem się w szafie, bo Ryder bombardował mnie wiadomościami i wiedziałem, że zaraz po mnie przyjdzie. Nie sądziłem jednak, że kilka minut później zamiast przyjaciela ujrzę małego rudzielca. Widać było, że szukała miejsca, by w spokoju przetrwać imprezę. Jej drobne, ale nad wyraz krągłe ciało leżało na moim materacu, kusząc mnie do tego stopnia, że zapragnąłem wyjść z ukrycia i dowiedzieć się, kim jest ta nieznajoma.

Znałem wiele osób na kampusie – w końcu byłem gwiazdą studenckiej drużyny – ale ją widziałem po raz pierwszy. Zaintrygowała mnie i tylko resztkami sił udało mi się nad sobą zapanować, by nie zdradzić swojej obecności.

Pech jednak mnie nie opuszczał. Kilka minut później dziewczyna ze strachem wymalowanym w oczach zerwała się z materaca i wpadła wprost w paszczę lwa. A raczej – w jego ramiona.

Moje ramiona.

Zadziałałem instynktownie. Zakleszczyłem ją w uścisku i zasłoniłem usta dłonią. Nie mogłem pozwolić, by nas wydała.

Gdy przyciskałem jej plecy do swojego torsu, do moich nozdrzy dotarł jej słodki zapach. Czekolada z nutką pomarańczy katowała moje zmysły, wywołując niezbyt pożądaną reakcję ciała. Penis w spodniach boleśnie napierał na rozporek, przypominając o swojej obecności. Jakbym mógł o nim zapomnieć. Przecież byliśmy połączeni na zawsze.

Chyba że wreszcie trener spełni swoją groźbę i urwie mi jaja za to, że ostatnio nie przykładałem się do treningów i szkodziłem drużynie.

– Boże, ale mam kaca – dotarł do mnie głos przyjaciela.

Wyciągnąłem głowę z lodówki i spojrzałem na Eastona. Siedział przy wyspie kuchennej, z twarzą ukrytą w dłoniach. Chyba on też miał ciężką noc. W sumie tak jak my wszyscy. Picie w środku tygodnia nikomu nie służyło. W ogóle alkohol to zło, którego postanowiłem się wystrzegać. Przynajmniej na jakiś czas.

Podrapałem się po karku, a potem sięgnąłem po butelkę wody, odkręciłem ją i wypiłem połowę zawartości. W domu nie było ani grama jedzenia, więc próbowałem oszukać żołądek. Planowałem wyskoczyć na miasto i coś przekąsić, ale najpierw musiałem przepytać Eastona. Może on wiedział coś o tajemniczej dziewczynie niedającej mi od wczoraj spokoju.

Usiadłem naprzeciw niego i nie spuszczałem wzroku z kumpla. Uniósł głowę i również mi się przyjrzał. W końcu nie wytrzymał i przerwał milczenie.

– No co? – zapytał z tępym wyrazem twarzy.

– Widziałeś tu wczoraj małego rudzielca? – Wyciągnąłem rękę, wskazując około półtora metra od podłogi. Nieznajoma nie mogła być wiele wyższa. Sięgała mi do ramienia, a mierzyłem metr osiemdziesiąt siedem.

Bruzda między jego brwiami pogłębiła się, gdy intensywnie zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Nie kojarzę. – Pokręcił głową. – Chociaż zaraz… – Rozpromienił się, jakby nagle przypomniał sobie coś istotnego. – Była taka jedna.

Wierciłem się na krześle, czekając, aż zdradzi mi więcej szczegółów. Położyłem dłonie na stole i zacząłem uderzać palcami o blat.

– Ryder zamknął się z nią w pokoju, jeszcze zanim impreza zdążyła się na dobre rozkręcić. – Wyszczerzył zęby. – Potem przemknęła mi, zaliczając spacer wstydu. – Wydał z siebie dźwięk przypominający chrumkanie małego prosiaka. Jego śmiech zawsze mnie rozbawiał, ale nie tym razem.

Moje zainteresowanie dziewczyną spadło do zera. Jeśli tak szybko wskoczyła do łóżka kumplowi z drużyny, nie była warta uwagi. Zamierzałem porzucić swój dziwkarski styl życia na rzecz stałej relacji. Nie sądziłem jednak, że będzie to takie trudne. Znalezienie kogoś wartościowego, kto – tak jak ja – szukał stabilizacji, a nie przygody na jedną noc, okazało się niełatwym zadaniem. Bałem się, że wręcz niemożliwym.

Zacisnąłem dłonie w pięści, tłumiąc napad złości. Nie żebym zapałał do nieznajomej jakimś gorącym uczuciem, ale zaintrygowała mnie i chciałem dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Po prostu ją poznać. Okazała się jednak taka sama jak reszta dziewczyn, które się wokół nas kręciły, licząc, że je zauważymy.

Nagle do kuchni wszedł powód mojego gniewu. Łypnąłem na niego złowrogo, a on uśmiechnął się szeroko.

– Ktoś tu wstał lewą nóżką – zakpił, sięgając po kubek i nalewając sobie kawy z ekspresu.

Świecił nam przed oczami nagim torsem, a jego blond włosy żyły własnym życiem, stercząc na wszystkie strony.

– Uczesałbyś się – warknąłem, na co Ryder się roześmiał.

– Wścieka się, bo zwinąłeś mu dziewczynę sprzed nosa – wtrącił Easton. Miałem ochotę mu przywalić za niepotrzebne otwieranie jadaczki.

Ryder podszedł do stołu i usiadł obok mnie. Odłożył na blat kubek z parującą kawą i westchnął głęboko, po czym delikatnie poklepał mnie w ramię.

– Przepraszam, stary. Gdybym wiedział, to bym ją sobie odpuścił. Ale wierz mi, nie masz czego żałować. Jej cipka nie była ze złota. – Mrugnął do mnie porozumiewawczo.

Mieszkałem z bandą kretynów, którzy na każdym kroku udowadniali, że ich poziom IQ jest niższy niż u ameby.

Strzepnąłem jego rękę, a na koniec dość mocno uderzyłem go w tył głowy. Jęknął, jakbym naprawdę zrobił mu krzywdę, i pomasował sobie to miejsce.

– Przez ciebie dostałem wstrząsu mózgu – zawodził jak dzieciak.

– Żeby dostać wstrząsu, najpierw trzeba mieć mózg – odgryzłem się.

Podniosłem się z krzesła i skierowałem do wyjścia.

– A ty dokąd?! – zawołał za mną Easton.

– Na siłownię. Muszę wypocić resztki alkoholu.

– A kto posprząta ten syf? – zapytał z nutką przerażenia w głosie.

Zwróciłem uwagę na porozrzucane po podłodze butelki i śmieci po wczorajszej imprezie i uśmiechnąłem się szeroko.

– Ty – powiedziałem i zatrzasnąłem za sobą drzwi.

Rozdział 4

Emma

Od dziesięciu minut siedziałam w samochodzie i nie robiłam nic innego, jak tylko przekręcałam ten cholerny kluczyk w stacyjce, licząc, że uda mi się przywrócić pojazd do życia. Już dwa dni temu ledwo co ruszyłam spod domu, w którym odbywała się impreza. Miałam jednak nadzieję, że to chwilowy bunt maszyny, a nie jej ostatnie tchnienie. Nie stać było mnie na kupno nowego auta.

Jęknęłam i oparłam czoło o kierownicę. Przymknęłam na moment powieki i wzięłam głęboki wdech. Potrzebowałam chwili, aby się uspokoić. Po kilku minutach wyprostowałam się i zerknęłam na zegar w komórce. Skrzywiłam się, gdy uświadomiłam sobie, że jest tak późno. Musiałam się pospieszyć, jeśli chciałam zdążyć na pierwsze zajęcia.

Nie mając wyboru, wygramoliłam się z samochodu i zabrawszy ze sobą torbę, ruszyłam w stronę uczelni.

Dwadzieścia minut później zdyszana wpadłam do sali i zajęłam swoje miejsce. Ledwo udało mi się przyjść na czas przed wykładowcą. Wyciągnęłam potrzebne materiały i odwiesiłam torbę na oparcie krzesła. W spokoju czekałam na rozpoczęcie zajęć.

Po kilku minutach do pomieszczenia wszedł profesor Stanley. Przywitał się ze studentami i rozpoczął wykład. Wszyscy w skupieniu go słuchali, oprócz mnie. Moje myśli zawędrowały do nieznajomego z szafy. Nurtowało mnie, kim był mężczyzna, który od dwóch dni cały czas siedział mi w głowie i nie chciał jej opuścić. Najprawdopodobniej to jeden z zawodników drużyny hokeja. Tak przynajmniej wywnioskowałam z rozmowy dwóch studentów, przed którymi się ukryłam.

Przypomniałam sobie jego cedrowy zapach wody po goleniu oraz to, jak przyciskał moje plecy do swojego umięśnionego torsu. Mimo że nie widziałam jego twarzy, to i tak zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Oczywiście miałam nadzieję, że już nigdy nie spotkam go na swojej drodze. Jeśli tak się stanie, to chyba spalę się ze wstydu. Co mi w ogóle strzeliło do głowy, by zakradać się do cudzego pokoju? Powinnam była wyjść z imprezy i wrócić do siebie, zamiast udawać, że wszystko jest w porządku, a moje życie nie przypomina jednego wielkiego bałaganu.

Zamyśliłam się do tego stopnia, że przegapiłam moment zakończenia zajęć. Studenci zaczęli podnosić się z miejsc i kierować w stronę wyjścia. Szybko zebrałam swoje rzeczy i ruszyłam za nimi. Nie zapisałam nawet słowa w notatniku i w sumie nie wiedziałam, o czym był wykład. Musiałam się ogarnąć, bo przede mną ważny projekt, który w poniedziałek prezentowałam u profesora Andersona. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, aby jak najlepiej się przygotować. Dlatego opuściłam budynek i udałam się w zaciszne miejsce obok uczelni, aby móc w spokoju przejrzeć notatki. Lubiłam uczyć się na świeżym powietrzu, a dzisiaj pogoda stwarzała do tego idealne warunki.

Usiadłam na murku i wyciągnęłam zeszyt. Położyłam go na kolanach i zaczęłam przeglądać.

– Przestaniesz się w końcu na mnie boczyć? – Na białe kartki padł cień.

Uniosłam wzrok na Avę, która popatrzyła na mnie oczami zbitego szczeniaczka, a potem usiadła obok mnie. Nie zwracałam na nią uwagi, bo nie zamierzałam tak łatwo ulegać. Postanowiłam nadal trzymać ją w niepewności co do przyszłości naszej relacji. Zacisnęłam usta i starałam się skupić na zapisanych przeze mnie słowa. I właśnie wtedy Ava wyrwała mi zeszyt z ręki.

Posłałam jej mordercze spojrzenie, na co ona uśmiechnęła się przepraszająco, ale nie zwróciła mi mojej własności. Jeśli myślała, że takim zabiegiem wkupi się ponownie w moje łaski, to była w dużym błędzie. Tylko bardziej mnie zirytowała.

– Oddaj – warknęłam. Wyciągnęłam w jej kierunku dłoń, którą zignorowała.

– Nie, dopóki ponownie nie zostaniemy przyjaciółkami. – Powachlowała notatkami.

Naszej znajomości nie nazwałabym przyjaźnią po grób, ale postanowiłam jej tego nie uświadamiać. Ava wszystkich traktowała jak przyjaciół. Ze mną było zupełnie odwrotnie. Nie ufałam ludziom, bo boleśnie doświadczyłam odrzucenia i zdrady i nie chciałam się ponownie zawieść. Po wypadku wiele osób się ode mnie odwróciło. Obwiniali mnie o to, co się stało. Dlatego trzymałam wszystkich na dystans i nikogo do siebie nie dopuszczałam. Wyjątek stanowiła Ava, która do mojego życia wtargnęła niczym huragan i wywróciła je o sto osiemdziesiąt stopni. Już pierwszego dnia, gdy poznałyśmy się na letnich zajęciach, nazwała mnie swoją przyjaciółką, i tak pozostało. Nie miałam serca wyprowadzać jej z błędu.

Przeczesałam dłonią włosy i skapitulowałam.

– Dobra, nadal się przyjaźnimy. Zadowolona? – zapytałam i westchnęłam żałośnie, pozwalając ramionom opaść.

– Tak. – Wyszczerzyła się i wręczyła mi plik kartek.

Zabrałam je szybko i przycisnęłam do piersi jak najcenniejszy skarb. Musiałam walczyć o każdą dobrą ocenę, by utrzymać wysoką średnią, która gwarantowała mi stypendium. Nie mogłam liczyć na pomoc rodziców, bo oni nie zaakceptowali zmiany kierunku studiów i wyjazdu do innego stanu. Próbowali mnie zatrzymać, lecz z marnym skutkiem. Musiałam wyrwać się ze swojego środowiska, bo na każdym kroku przypominało mi o tym, co zrobiłam. Dlatego tak ważna była dla mnie końcowa średnia. Fakt, dopiero co rozpoczęliśmy rok, ale wolałam już teraz uczyć się na bieżąco, niż potem zarywać noce.

Ava wstała i otrzepała pośladki z drobinek piasku. Jak zwykle wyglądała idealnie. Jej jasnoróżowe spodnie przylegały do ciała niczym druga skóra, a obcisła, biała bluzeczka uwydatniała to, co trzeba. Długie blond włosy zaczesała w gładki, wysoki kucyk, odsłaniając smukłą szyję. Delikatny makijaż podkreślający błękit jej oczu dopełniał całości. Ava przypominała jasny promyk, który przyciągał uwagę. Trochę zazdrościłam jej pewności siebie i tego, że potrafiła cieszyć się z małych, czasami w ogóle nieistotnych rzeczy. Do niedawna byłam taka sama, ale wszystko się zmieniło blisko dwa lata temu. Poczucie winy cały czas głęboko we mnie siedziało i nawet na chwilę nie pozwalało zapomnieć o koszmarze, do którego się przyczyniłam.

– Idziesz? – spytała, sięgając po leżącą na ziemi torbę. Zarzuciła ją sobie na ramię i czekała, aż do niej dołączę.

Kolejne zajęcia zaczynały się za około piętnaście minut, więc musiałam już się zbierać. Profesor Anderson nie znosił studentów, którzy nie traktowali poważnie jego przedmiotu. Dlatego obecność okazywała się obowiązkowa, a spóźnienie, choćby tylko kilkuminutowe, mogło skutkować wyrzuceniem z sali. Wolałam nie ryzykować i pojawić się o czasie.

Podniosłam się, zabrałam swoje rzeczy i w asyście Avy weszłam do budynku uczelni. Dziś na kampusie wyjątkowo panował spokój. Przeważnie na korytarzach było tłoczno, ale w piątki większość studentów urywało się z wykładów, by rozpocząć weekend wcześniej.

– Będę dzisiaj późno, bo mam dodatkowy trening i z pewnością Camile przetrzyma nas dłużej. – Skrzywiła się, wypowiadając imię swojej trenerki.

Ava należała do klubu łyżwiarstwa figurowego, tak samo jak ja kiedyś. Moja współlokatorka nie wiedziała, czym zajmowałam się jeszcze rok temu, i oby tak zostało. Postanowiłam nie chwalić się swoją przeszłością, aby nie tylko nie rozgrzebywać ran, lecz także nie musieć opowiadać, co takiego wydarzyło się w moim życiu, że porzuciłam łyżwy. Nie bałam się, że mnie rozpozna, bo startowałyśmy w różnych zawodach i nasze drogi nigdy się nie przecięły.

– Po zajęciach zaszyję się w bibliotece i jeszcze raz przejrzę notatki do projektu, więc zorganizuję sobie czas do twojego powrotu. – Uśmiechnęłam się, a następnie przytuliłam Avę, która odwzajemniła uścisk.

Chwilę później pożegnałyśmy się, po czym każda z nas poszła w swoją stronę. Moje zajęcia odbywały się w prawym skrzydle budynku. Gdy byłam w połowie drogi do sali, zderzyłam się z górą mięśni. Tak mocno pochłonęły mnie myśli, że naprawdę nie zauważyłam nacierającego na mnie chłopaka.

– Przepraszam – mruknął pod nosem.

Uniosłam głowę i utonęłam w niebieskich tęczówkach. Obserwowałam, jak zmarszczka na czole nieznajomego się uwydatnia, a ramiona napinają pod białą obcisłą koszulką.

Jego intensywny wzrok palił mi skórę. Czułam, że płomienie zajmują całą powierzchnię mojego ciała, prowadząc do podwyższenia temperatury. Potrzebowałam się ochłodzić, a najlepiej uciec spod jego spojrzenia.

Pokręciłam głową, wybudzając się z transu, i zamierzałam go minąć, ale wtedy chwycił mnie za łokieć i zatrzymał w miejscu. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Popatrzyłam ponownie na twarz mężczyzny. Kąciki jego ust nieznacznie się uniosły. Nic a nic nie podobał mi się ten uśmiech. Przez niego wyglądał jak drapieżnik tuż przed pożarciem swojej ofiary.

Przełknęłam głośno ślinę i próbowałam się wyrwać, ale on tylko zwiększył nacisk.

– Znów się spotykamy, lisiczko – przemówił niskim głosem, od którego motylki w moim brzuchu nieśmiało zatrzepotały.

To nie mogła być prawda. Nie stałam teraz przed typem, który dwa dni temu nakrył mnie na myszkowaniu w swoim pokoju. Najwidoczniej pech nie chciał mnie opuścić.

Moja dłoń od stresu zwilgotniała, a po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Nie wiedziałam, co zrobić, by uwolnić się spod intensywnego spojrzenia niebieskich oczu. Nieznajomy mnie onieśmielał. Jego masywna sylwetka powodowała, że mój mózg nie działał prawidłowo.

– Jak masz na imię? – zapytał po chwili, przerywając ciszę.