Król ulicy - Magdalena Szweda - ebook + audiobook + książka

Król ulicy ebook i audiobook

Szweda Magdalena

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Viktor Scarpone od najmłodszych lat był świadkiem okrucieństwa. Szkolony przez ojca, w krótkim czasie stał się niebezpiecznym mężczyzną, a jedyne ukojenie dawały mu nielegalne walki. Teraz przyjdzie mu zawalczyć po raz ostatni – by udowodnić światu, kto jest prawdziwym królem ulicy.

 Chloe Medison bardzo szybko została wepchnięta do brutalnego świata dorosłych, w którym doświadczyła samotności i odrzucenia. Każdego dnia musiała walczyć o przetrwanie, a decyzje, jakie podejmowała, często nie napawały jej dumą. Gdy w jej życiu niespodziewanie pojawia się młodsza siostra, Chloe za wszelką cenę postanawia zapewnić dziewczynce prawdziwy dom przepełniony miłością.

 Kobieta musi dokonać trudnego wyboru, a konsekwencje jej czynów doprowadzają ją przed oblicze owianego złą sławą króla ulicy. Chloe staje się przypadkowym świadkiem zabójstwa, przez co naraża się na gniew mężczyzny. Ucieka, ale nie wie jeszcze, że Viktor zrobi wszystko, aby ją dopaść.

 Od tego momentu rozpoczyna się pościg, a stawką jest nie tylko życie Chloe, ale przede wszystkim jej serce.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 489

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 21 min

Lektor:

Oceny
4,5 (696 ocen)
484
115
59
30
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bodzio86
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Dwoje ludzi, dwa różne światy, dwie złamane dusze, jeden przypadek który połączył ich losy. Chloe Medison córka narkomanki i siostra małej Matildy. Los od początku rozdawał jej słabe karty i rzucał kłody pod nogi ale walczy aby utrzymać i dobrze wychować swoją siostrę. Jest w stanie zrobić dla niej wszystko. Zdesperowana dziewczyna podczas nielegalnej próby zarobku znajduję się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Od tego momentu zaczyna wyścig z czasem aby wyjść z tego żywa. Viktor Scarpone niekwestionowany król ulicy, wychowany przez ojca w przeświadczeniu iż inni ludzie to robaki. Człowiek bez uczuć, maszyna do zabijania. Jedyną kotwicą w jego życiu jest jego starsza siostra. W trakcie pracy,do której został stworzony, zostaje przyłapany przez młodą kobietę. W myśl zasady zero świadków, wydaje na nią wyrok śmierci i rusza za nią w pościg. Magdalena Szweda po raz kolejny wprowadza nas w świat mafi w którym króluje brutalność i niesprawiedliwość. Jednak gdy przez przypadek zderza...
40
madlenna1
(edytowany)

Z braku laku…

Król ulicy ? chyba sezamkowej 🤣 Bez szału,
63
kasiula6563

Z braku laku…

Niestety nie za bardzo przypadła mi do gustu...
31
JuliaUbar

Nie oderwiesz się od lektury

Wow poprostu petarda od pierwszej strony Nie spałam ,nie gotowałam, nie sprzątałam a po pracy marzylam zeby czytać dawno tak nie miałam chyba nigdy Czekam na kolejne książki I to debiut? Kurcze jedna z najlepszych książek jakie ostatnio czytałam do tego lektor który podkreślił poziom książki na medal
20
ewasadel

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna :)
20

Popularność




Król Ulicy

Copyright © Magdalena Szweda

Copyright © Wydawnictwo Magdalena Szweda

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rightsreserved.

Wydanie pierwsze, Tarnowskie Góry 2023

Redakcja: Dominika Bronk

Korekta: Elżbieta Pawlik

Ewa Szulejewska

Projekt okładki: Justyna Sieprawska (www.facebook.com/justyna.es.grafik)

Fotografia na okładkę: @Pavel (Adobe Stock)

Skład i łamanie tekstu: Marlena Sychowska (Akuszerki Wydawnicze)

Numer ISBN: 978-83-67443-24-1

www.instagram.com/magdalena.szweda_

www.tiktok.com/@magdalena_szweda

twitter.com/M_Szweda_

www.facebook.com/MagdalenaSzwedaAutorka

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgodywydawcy.

rozdział 1

Chloe

Otuliłam się szczelnie płaszczem, uważając przy tym, by przedmioty schowane w kieszeniach nie wyślizgnęły się i nie wylądowały na ziemi, przez co pewnie roztrzaskałyby się w drobny mak. Wtedy moje starania związane z dzisiejszym wieczorem spełzłyby na niczym, a nie mogłam sobie pozwolić na utratę towaru, który znaczył dla mnie zbyt wiele. Tylko dostarczenie go bez najmniejszych uszkodzeń będzie skutkowało zapłatą. Nie chciałam korzystać z rady mojej wiecznie naćpanej matki. Gdybym potraktowała ją poważnie, właśnie stałabym na ulicy i oferowała swoje ciało za kilka dolarów. Straciłabym wtedy do siebie resztki szacunku; te, które jeszcze mi pozostały. Stoczyłabym się na samo dno, przy okazji pociągając za sobą siostrę, a ta nie była niczemu winna. Miała po prostu pecha, że urodziła się w tak popieprzonejrodzinie.

Potrząsnęłam głową, aby pozbyć się niechcianych myśli. Powinnam się skupić na zadaniu; tylko dzięki niemu, choć na chwilę, odmienię marny los, poczuję odrobinę normalności. Co w moim życiu zdarzało się bardzo rzadko.

Zatrzymałam się przed pasami, a następnie czekałam, aż światło zmieni się na zielone. Jeszcze tylko trzy przecznice i w końcu pozbędę się balastu, który od godziny ciążył mi nie tylko w kieszeni płaszcza, ale i na sumieniu.

Nie lubiłam tego robić, ale nie widziałam innego wyjścia. Matka zabrała wszystkie pieniądze i poszła imprezować ze swoim facetem. Pozostawiła mnie bez środków do życia, za to z wizją rychłej bezdomności, o ile wkrótce nie zapłacę zaległego czynszu. Już teraz ukrywałam się przed zarządcą budynku. Wiedziałam jednak, że nie mogłam robić tego w nieskończoność. W końcu będę musiała stanąć z nim twarzą w twarz – albo z pieniędzmi w ręku, albo ze spakowaną torbą, w której znajdzie się cały mój dobytek. To smutne, że wszystko, czego się przez lata dorobiłam, mieściło się w małej podróżnej torbie. Oprócz kilku zdjęć i rzeczy osobistych nie miałam zupełnie nic.

Ta kobieta w ogóle nie powinna nazywać siebie matką. Na dodatek sprowadziła do domu mężczyznę, który coraz częściej wzbudzał we mnie niepokój. Przyłapywałam go na ukradkowych, pożądliwych spojrzeniach kierowanych w stronę mojej młodszej siostry. Matilda miała tylko pięć lat, więc nie podejrzewała go o nic niestosownego, ja jednak skończyłam dwadzieścia jeden i doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, co Lukasowi chodziło po głowie. Dorosły mężczyzna spoglądający na dziecko w taki sposób… to nie była normalna sytuacja, tylko zboczenie. Takich potworów powinno się kastrować tępym scyzorykiem, aby już nigdy nikogo nie skrzywdzili.

Od pewnego czasu spałam z nożem pod poduszką. Czekałam na moment, w którym będę zmuszona go użyć, aby obronić siebie i Matildę. Przekonana, że ten dzień z pewnością kiedyś nastąpi, wolałam być przygotowana na atak potwora.

Czy żałowałabym decyzji o pozbawieniu życia tego śmiecia?

Nie.

Liczyło się tylko to, aby przetrwać. Wiedziałam, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach. Przeszłam dobrą szkołę życia.

Przez pewien czas mieszkałyśmy z matką na ulicy. Szybko zostałam brutalnie wepchnięta do świata dorosłych. Nie dla mnie były bajki o księżniczkach, czekających na swoich rycerzy w lśniących zbrojach. Już jako mała dziewczynka nauczyłam się funkcjonować w bezwzględnym i prawdziwym świecie. Potrafiłam żebrać, kraść i uciekać, i robiłam to naprawdę dobrze – te umiejętności nieraz wybawiały mnie z opresji. Pozwalały przetrwać w tych trudnych warunkach, w jakich przyszło mi żyć.

Niestety, nawet gdy dorosłam, czasami przypominałam sobie tamte złe czasy i sięgałam po cudzą własność. Również dzisiaj nastał ten dzień, kiedy niepostrzeżenie weszłam do sklepu i przygarnęłam coś, co nie należało do mnie. Nie miałam wyjścia – moim obowiązkiem było zadbać o podstawowe potrzeby siostry. Tylko ona coś dla mnie znaczyła, tylko ona mi pozostała. Przypominała mi, że na tym świecie istniało jeszcze dobro; znajdowało się w takich małych dobrych duszyczkach jak ona. Gdy się do mnie uśmiechała, dzień od razu stawał się lepszy. Wówczas prawie nie dostrzegałam tego brudu, który szerzył się naokoło w postaci pijaków stojących w bramach czy dziwek oferujących swoje usługi za marnych kilka dolców.

To właśnie dla Matildy znajdowałam siły, by walczyć każdego dnia. Dążyłam do tego, żeby otrzymała namiastkę prawdziwego domu, chociaż sama nigdy go nie doświadczyłam. Nie oferowałam jej wiele, tylko własną miłość. Ale na razie to musiało wystarczyć. Może za kilka lat uda mi się odmienić los, a wtedy otrzyma ode mnie wszystko, czego tylko zapragnie.

Uśmiechnęłam się do tego marzenia. Często to robiłam; uciekałam przed prawdziwym światem, chowając się we własnym umyśle. Tam byłam sobą – młodą dziewczyną z ambicją i planami na przyszłość, a nie biedną Chloe, która codziennie walczyła o swój byt.

Światło zmieniło się na zielone, a to wyrwało mnie z otępienia. Zrobiłam krok i znalazłam się na ulicy.

– Uważaj, jak idziesz!

Dźwięk klaksonu zmusił mnie do odskoczenia z powrotem na chodnik. Balansowałam ciałem, by utrzymać równowagę. Gdy tylko udało mi się stanąć pewnie na nogach, spojrzałam w stronę odjeżdżającego samochodu.

Należał do tych z najwyższej półki. Czarna karoseria lśniła nowością, a za kółkiem pojazdu siedział bogaty dzieciak, który zapewne od urodzenia spał w złotej kołysce. Zazdrościłam mu, ale nie pieniędzy, tylko szansy, jakiej ja nie otrzymałam. On stanie się w życiu kimś, a ja? Nie skończyłam nawet liceum, bo zajęłam się siostrą. Przez pewien czas matka pomagała mi w opiece nad małą, ale w końcu powiedziała, że nie będzie niańczyć cudzego bachora i mam radzić sobie sama.

Tak naprawdę Matilda to moja przyrodnia siostra. Pewnego dnia do drzwi naszego domu zapukała kobieta z niemowlakiem na rękach. Położyła je pod drzwiami, informując, że jest to dziecko mojego ojca, a ona nie zamierza się nim dłużej opiekować. Próbowałam przekonać ją do zmiany decyzji, ale nie chciała nawet słuchać moich argumentów. Odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając nam płaczącą Matildę. Skontaktowałam się potem z dawcą plemników, który niestety potwierdził wersję kobiety. Oczywiście nie planował zająć się dziewczynką, więc cała misja wychowywania siostry spadła na mnie. Starałam się godzić naukę z obowiązkami domowymi, ale już kilka miesięcy takiego życia mnie przerosło. Musiałam z czegoś zrezygnować, a wiadomo, że Matilda była na pierwszym miejscu, więc szkoła poszła w odstawkę. Gdybym nawet dała radę cofnąć się w czasie i odwrócić bieg wydarzeń, niczego bym nie zmieniła. Wybrałabym siostrę.

– Chloe, to ty?

Obejrzałam się, by sprawdzić, kto mnie woła. Po chwili wbiłam wzrok w kobietę stojącą tuż obok mnie. Od razu ją rozpoznałam; to matka Morgan, mojej byłej przyjaciółki. Byłej dlatego, że nie potrafiła sobie poradzić z moim stylem życia. Ze wszystkich sił starała się sprowadzić mnie na dobrą drogę. Nie docierało do niej, że mój los nie zależał ode mnie, tylko został z góry określony. Odcięłam się od niej, by jasno dać do zrozumienia, że skończyłam naszą przyjaźń. Do dziś pamiętam jej smutne spojrzenie, gdy informowałam ją o swojej decyzji. Byłam gotowa zranić bliską mi osobę, by w końcu zaznać świętego spokoju.

– Dzień dobry, pani Louis, jak się miewa Morgan? – zapytałam, szczerze zaciekawiona, jak potoczyło się jej życie. Z tego, co słyszałam, poszła na socjologię. Czyli spełniła moje marzenie. Chciałam studiować, by móc pomagać takim jak ja, biednym, samotnym, nie mającym własnego miejsca na ziemi. Życie jednak szybko zweryfikowało moje plany.

– Wiedziałam, że to ty. – Posłała mi słaby uśmiech, który nie sięgał jej oczu.

Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na kobietę z większym zaciekawieniem, a ta po chwili dodała:

– Domyślam się, że nie wiesz, co przydarzyło się mojej córce. – Zamrugała, próbując odpędzić łzy.

Nie interesowałam się życiem dawnych znajomych, bo tak naprawdę nie mieliśmy ze sobą wspólnych tematów. Chciałam też zapomnieć o tym, co straciłam. Dlatego zamknęłam się w szczelnym kokonie i nikogo do siebie nie dopuszczałam. Odgrodziłam się od ludzi i ich szczęśliwego życia, zatracając się w smutku i samotności. Tak było lepiej.

– Już od kilku lat się z nią nie kontaktowałam – przyznałam szczerze i opuściłam wzrok na chodnik, aby nie spoglądać w jej rozczarowane oczy. Odczuwałam wstyd na samą myśl o tym, jak potraktowałam Morgan, która po prostu chciała mi pomóc. Pani Louis nie zrozumiałaby, dlaczego tak postąpiłam.

– Zniknęła miesiąc temu – wyznała szeptem; tak cicho, że ledwie ją usłyszałam.

Uniosłam głowę i ponownie spojrzałam w smutne matczyne oczy, w których brakowało dawnego blasku.

– Jak to zniknęła? – zapytałam, nie wierząc w te rewelacje. Ludzie ot tak nie znikali. Zawsze był ku temu jakiś powód.

– Pewnego dnia wyszła z domu i już do niego nie wróciła. – Kobieta nie powstrzymywała już rozpaczy. Sięgnęła do torebki po chusteczkę i zaczęła ocierać mokre od łez policzki.

– Policja nic nie robi w jej sprawie – ciągnęła. – Mówią, że jest dorosła i pewnie sama z własnej woli opuściła rodzinny dom, ale ja w to nie wierzę. Moja Morgan by tego nie zrobiła! – powiedziała z mocą w głosie.

Zgadzałam się z nią. Ta dziewczyna ceniła sobie rodzinę i była bardzo zżyta z matką. Nie zostawiłaby jej bez słowa wyjaśnienia, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ta oszalałaby z niepokoju.

– To do niej niepodobne – rzekłam po chwili. Przygryzłam dolną wargę i zastanawiałam się nad powodem zniknięcia przyjaciółki. – A może Morgan spotykała się z kimś i to on namówił ją do wyjazdu?

– Nie wiem, kochanie, może tak było. – Westchnęła załamana. – Z tej rozpaczy chwytam się już każdej możliwości, ale z dnia na dzień mam coraz mniej pomysłów, gdzie mogłaby być moja córeczka. Tak bardzo za nią tęsknię, a ta niewiedza mnie dobija.

Dopiero teraz lepiej się jej przyjrzałam. Zmarszczki koło oczu świadczyły o nieubłagalnie uciekającym czasie. Trudy ostatniego miesiąca również dały jej się we znaki. Od ostatniego naszego spotkania mocno schudła. Już nie wyglądała na zadbaną czterdziestkę, a raczej na kobietę po pięćdziesiątce, w dodatku mocno doświadczoną przez los. Tak po ludzku było mi jej żal. Oszalałabym, gdyby moja siostra zniknęła i nie dawała znaku życia. Co miała więc powiedzieć ta kobieta, dla której córka znaczyła wszystko.

– Proszę się nie martwić. – Podeszłam bliżej i położyłam dłoń na jej ramieniu. Chciałam choć w taki sposób okazać wsparcie. – Na pewno odnajdzie się cała i zdrowa.

Nie wierzyłam w to, ale nigdy nie odebrałabym jej nadziei. Jeśli Morgan zniknęła i od miesiąca nie poinformowała matki o miejscu swojego pobytu, to na pewno stało się coś złego.

– Dziękuje ci, kochana, twoje słowa wiele dla mnie znaczą. – Sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej kartonik. – Proszę, to mój numer. Jeśli ją spotkasz, zadzwoń do mnie.

Chwyciłam karteczkę, od razu chowając ją do kieszeni płaszcza.

– Oczywiście, zrobię to natychmiast – zapewniłam, na co kobieta uśmiechnęła się szeroko.

Współczułam jej. Nie zasłużyła na taki los. Nikt nie zasłużył na takie cierpienie.

– Przepraszam, ale powinnam już iść – rzekłam i zrobiłam krok w tył.

Chciałam uciec. Gdy sytuacja mnie przytłaczała, odwracałam się na pięcie i wtapiałam się w tłum. Czułam się w nim bezpiecznie, a w moim życiu tylko to się liczyło.

– Idź, nie chcę cię zatrzymywać. Wierzę, że podczas następnego spotkania będę miała do przekazania dobre wieści.

– Mam nadzieję – odpowiedziałam, po czym ruszyłam w kierunku starych garaży.

Dzisiejszy wieczór już mnie przybił, a wiadomość o zniknięciu Morgan tylko pogorszyła ten stan. To, że ją odepchnęłam, nie znaczyło, że przestałam o niej ciepło myśleć. Mimo że pochodziła z bogatego domu, nigdy nie zadzierała nosa i zawsze przejmowała się losem takich osób jak ja. Śmiałam się z niej, że ta dobroć kiedyś ją zgubi. Czy miałam rację i faktycznie chciała komuś pomóc, a ten, zamiast podziękować, ją skrzywdził? Ludzie się od siebie różnią; niektórzy przyjmowali ofiarowane serce, a niektórzy to serce deptali i wyrzucali do pobliskiego rynsztoka.

Potrząsnęłam głową, by pozbyć się obrazu uśmiechniętej Morgan. To nie był odpowiedni czas, by rozmyślać nad tym, gdzie przebywa moja przyjaciółka; musiałam skupić się na zadaniu. Po tym, jak wrócę do domu, zastanowię się nad tą sprawą.

Właśnie zbliżałam się do miejsca, gdzie sprzedawałam fanty. W tej słabo oświetlonej części miasta trzeba pamiętać o ostrożności, inaczej można się potknąć o kamienie. Kiedy zmierzałam do celu, na nikogo się nie natknęłam. Po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. Zawsze go odczuwałam, gdy miało stać się coś złego. Zatrzymałam się i przez chwilę nasłuchiwałam odgłosów; na szczęście nic nie wzbudziło mojego niepokoju, więc odrobinę spokojniejsza kontynuowałam marsz.

Gdy w końcu dotarłam do celu mojej podróży, podeszłam do metalowych drzwi i zapukałam znanym tylko mi sygnałem. Po minucie usłyszałam odgłos otwieranego zamka i moim oczom ukazał się Benito.

– Co ty tutaj robisz, mała? – zapytał podejrzliwie, rozglądając się na boki.

– Wiesz, byłam w okolicy i postanowiłam cię odwiedzić. Chciałam z tobą porozmawiać na temat potencjalnego życia na obcej planecie. Co o tym sądzisz? Czy myślisz, że jak do końca zaśmiecimy naszą matkę ziemię, to będziemy mogli wyemigrować na inną planetę, by tam dokonać kolejnego zniszczenia?

Podrapał się po swoich przerzedzonych włosach, krzywiąc się przy tym, jakby coś uwierało go w tyłek.

– Eee…

Elokwentna odpowiedź. Przewróciłam oczami. Dzięki Bogu, głupota nie była zaraźliwa.

– Dobra, a teraz na poważnie. Przyniosłam coś dla ciebie.

Odpięłam płaszcz, by wyciągnąć towar z wewnętrznych kieszeni.

– W końcu się zdecydowałaś.

Podniosłam wzrok i momentalnie zmrużyłam gniewnie oczy, gdy się domyśliłam, co chodziło mu po głowie.

Stary zboczeniec.

– Porzuć swoje zbereźne myśli, bo nie po to tu przyszłam.

– Szkoda, wiele byś zarobiła.

– Nie planuję pójść w ślady matki.

Oficjalnie nie była dziwką. Nieoficjalnie każdy wiedział, czym się zajmuje.

Sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjęłam trzy nowiutkie telefony. Wręczyłam je Benitowi, który z błyskiem w oczach zaczął się im dokładnie przyglądać.

– No, niezły towar – pochwalił moje zdobycze.

Uśmiechnęłam się w duchu, pewna, że Benito zaraz sypnie dolarami. Może za te pieniądze uda mi się zapłacić czynsz i kupić jedzenie, pomyślałam.

– Najwyższa półka. Ile mi za nie dasz? – spytałam, oczekując powalającej kwoty, która oddali ode mnie widmo bezdomności.

– Sam nie wiem. – Potarł ręką swoją zarośniętą brodę, udając, że się zastanawia. – Mogę dać ci za nie najwyżej sto dolców.

Moja szczęka chrupnęła o ziemię.

– Ile?! – sapnęłam zaskoczona. To chyba żart. To na pewno był żart.

– Słyszałaś, sto dolarów. – Wzruszył ramionami.

– Przecież to rozbój! W sklepie są warte dwa tysiące!

Przed kradzieżą zrobiłam dobre rozeznanie. Skoro już postanowiłam się narażać, to za odpowiednią kwotę.

– To idź i tam je sprzedaj. – Uśmiechnął się kpiąco.

Doskonale wiedział, że wezmę tyle pieniędzy, ile mi zaoferuje. Żerował na ludziach bez grosza przy duszy. Przychodziłam jednak do niego, bo nie znałam nikogo innego, kto przyjąłby ode mnie towar.

– Decyduj się, bo nie mam całego wieczoru.

– Dobra, niech będzie. – Westchnęłam zrezygnowana i opuściłam ramiona w geście poddania. Sto dolarów to zawsze coś. Na czynsz nie wystarczy, ale na jedzenie już tak.

– Poczekaj tutaj, zaraz wracam. – Odwrócił się, po czym zamknął za sobą drzwi. Zostałam sama w ciemnościach.

Zapięłam szczelnie płaszcz, chroniąc ciało przed chłodem, który na otwartej przestrzeni jeszcze bardziej dawał o sobie znać. Próbowałam wytężyć wzrok, by dojrzeć cokolwiek, ale na nic to się zdało. Nadal nic nie widziałam.

Po kilku minutach nerwowego oczekiwania w końcu drzwi się uchyliły i ponownie stanął w nich Benito, tym razem z banknotem w ręku. Gdy już chciałam po niego sięgnąć, oświetlił nas nagły snop światła.

– Stać! Policja!

Zastygłam przerażona, słysząc złowrogi głos mężczyzny. Za to Benito nie stracił zimnej krwi – odepchnął mnie na bok, a sam rozpłynął się w ciemnościach. Nie byłam w stanie powstrzymać się przed upadkiem i z głośnym hukiem wylądowałam na ziemi. Gdy dotarła do mnie powaga sytuacji i to, że niewątpliwie wpadłam w kłopoty, próbowałam się podnieść i za przykładem Benita dać nogę, ale potężny mężczyzna powalił mnie ponownie na chodnik.

– Nie ruszaj się! Jesteś zatrzymana pod zarzutem paserstwa.

No to pięknie. Czy ten dzień mógł stać się jeszcze gorszy?

Rozdział 2

Viktor

Przedzierałem się przez gęsty tłum gości, który z godziny na godzinę się powiększał. Mimo że był środek tygodnia, klientów w klubie nie brakowało. Uśmiechnąłem się pod nosem, nadal nie dowierzając, że połowa lokalu należała do mnie. Leonardo, przepisując na mnie część udziałów, chyba oszalał. Oczywiście nie miałem zamiaru zagłębiać się w stan psychiczny wspólnika, tylko cieszyłem się własnym szczęściem. Nieczęsto otrzymywaliśmy od losu szansę, by stać się kimś lepszym. I to wszystko właśnie dzięki dupkowi, który oddał swoje jaja kobiecie niesięgającej mu nawet do ramion. Emily była wrzodem na tyłku, ale doskonale wiedziała, jak postępować z Leonardem, by ten jadł jej z ręki. Pochodzili z dwóch różnych światów, ale udało im się odnaleźć wspólną drogę, więc szczerze cieszyłem się z ich związku. Zasługiwali na dobreżycie.

Wydostałem się z głównej sali i udałem prosto do gabinetu Leonarda. Gabinetu, który od niedawna należał także do mnie. Nie cieszyła mnie perspektywa dzielenia się przestrzenią, ale lokal był za mały na wygospodarowanie osobnego pomieszczenia. Zaproponowałem wspólnikowi, aby przeniósł się do piwnicy, ale nie był tym pomysłem zachwycony. Mało tego – zagroził, że odstrzeli mi jaja. Dlatego wolałem się wycofać i zacisnąć zęby. Ostatecznie starałem się znieść jego obecność i to, że oddychał tym samym powietrzem co ja. Nie chciałem się kłócić, bo szkoda mi było moich bezcennych klejnotów.

Nie czekając ani chwili dłużej, bez pukania wszedłem do środka. Rozejrzałem się po wnętrzu i dostrzegłem Leonarda pochylonego nad stosem papierów. Mężczyzna uniósł głowę, po czym zerknął na mnie zaskoczony, marszcząc przy tym brwi.

– Może byś w końcu zaczął pukać, a nie wchodził jak do siebie? – Zgromił mnie spojrzeniem, na co posłałem mu jedynie szeroki uśmiech.

Chciałem mu przypomnieć, że gabinet w połowie należał do mnie, ale nie dał mi dojść do słowa, bo dalej marudził:

– Co by było, gdyby właśnie w tej chwili Emily obciągała mi pod biurkiem? – Jak zwykle nie owijał w bawełnę.

– Nic. – Wzruszyłem ramionami i wszedłem głębiej do pomieszczenia. Zamknąłem za sobą drzwi z głośnym hukiem. Leonardo zacisnął usta, ale nie skomentował mojego zachowania, choć widziałem po jego minie, że bardzo chciał to zrobić. – Popatrzyłbym na niezłe przedstawienie. A tak w ogóle, jeśli już o tym mówimy, to dlaczego ona może wchodzić bez pukania, a ja, współwłaściciel, już nie? – zapytałem, szczerze zaciekawiony jego odpowiedzią.

Leonardo przez chwilę tylko się mi przyglądał, po czym westchnął dramatycznie i przemówił:

– Ona ze mną sypia, a na dodatek jest ładna, więc mam na co popatrzeć. Nie to, co twoja brzydka gęba, której nie mogę już znieść.

O, jak milusio. Leo wręcz tryskał dzisiaj humorem.

– I tak jestem od ciebie przystojniejszy, tylko nie potrafisz się jeszcze do tego przyznać – odpyskowałem. – Ale spokojnie, popracujemy nad tym. – Puściłem mu oczko.

Wiedziałem, że igram z ogniem, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Odkąd zostałem jego wspólnikiem, nabrałem większej pewności siebie. Oczywiście, Leonardo nadal bez mrugnięcia okiem mógł mnie zabić. Miałem jednak duże względy u jego dziewczyny, o czym doskonale wiedział. Emily odcięłaby mu jaja, gdyby coś mi się stało z jego winy.

– Cały czas się zastanawiam, dlaczego pozwalam ci żyć? – Rozsiadł się wygodnie w fotelu, splótł dłonie na brzuchu i posłał mi przeszywające na wylot spojrzenie.

Na plecach poczułem nieprzyjemny dreszcz, ale udało mi się go szybko opanować.

– Bo Emily mnie lubi – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, poprawiając mankiety śnieżnobiałej koszuli.

Podszedłem do barku i nalałem sobie drinka. Przytknąłem szklankę z bursztynowym płynem do ust i pociągnąłem pierwszy łyk. Gdy tylko poczułem w gardle przyjemne ciepło, momentalnie się rozluźniłem. Odwróciłem się do Leonarda i zapytałem:

– Możesz mi powiedzieć, o co ci chodziło w wiadomości, którą od ciebie otrzymałem godzinę temu? – Ze szklaneczką w dłoni skierowałem się w stronę kanapy. Po chwili z głośnym stęknięciem opadłem na nią swoim obolałym ciałem. Byłem już za stary na trójkąty. Musiałem w końcu zacząć mierzyć siły na zamiary i do łóżka zapraszać tylko jedną kobietę.

– Nie potrafisz czytać ze zrozumieniem? – Uniósł brew i posłał mi kpiący uśmiech.

– „Przyjdź do mnie natychmiast” zrozumiałem, ale nie raczyłeś wyjaśnić po co. – Zacząłem nerwowo stukać palcami o szkło.

Leonardo podrapał się po niewielkim zaroście i po chwili zdradził powód, dla którego ściągnął mnie do gabinetu.

– Mamy problem z Adamem i Robertem.

Zmarszczyłem brwi, starając się sobie przypomnieć, kim byli wymienieni mężczyźni. Minęło kilka sekund, zanim przed oczami stanęły mi twarze dwójki szczurów, współpracujących z nami od lat.

– Co z nimi? – zapytałem od niechcenia.

– Zabrali towar, a kasy nie dostarczyli.

W myślach zacząłem liczyć, ile czasu zwlekali z zapłatą. I byłem szczerze zaskoczony, że dopiero teraz upominaliśmy się o pieniądze.

– To blisko trzy miesiące – zwróciłem się do Leonarda.

– No właśnie, i o dwa za długo. Całkiem o nich zapomniałem. – Wzrok utkwił w punkcie przed sobą. Sprawiał wrażenie zamyślonego, jakby przebywał we własnym świecie. Pragnąłem choć na moment znaleźć się w jego głowie. Zobaczyć, co w niej siedziało. Podejrzewałem, że nic, ale i tak chciałem wiedzieć.

– Starzejesz się – zakpiłem z niego. Odstawiłem szklankę na mały stolik obok kanapy i uśmiechnąłem się pod nosem tak, by tego nie widział.

– Musimy się rozmówić z nimi dzisiaj – zadecydował, nie komentując moich wcześniejszych słów. Leonardo miał problem z tym, że byłem od niego o pięć lat młodszy. Najwyraźniej dopadł go kryzys wieku średniego.

Mężczyzna wyciągnął komórkę z kieszeni marynarki, wystukał numer i położył ją na biurku. Po chwili usłyszeliśmy głos jednego z dłużników.

– Tak? – zapytał Adam, a jego ton wskazywał na niepewność.

Spojrzałem na mojego wspólnika i po jego minie zauważyłem, że myślał o tym samym. Nasi odbiorcy nie mieli ani pieniędzy, ani towaru. Za to mieli duży problem.

– Za pół godziny. Tam, gdzie zwykle – wydał dyspozycję Leonardo.

W telefonie przez krótką chwilę panowała cisza, po czym dłużnik odezwał się przerażony:

– Dobrze, będziemy.

Leonardo zakończył połączenie i z powrotem schował komórkę do kieszeni marynarki.

– Przygotuj broń – rozkazał. – Będzie nam dzisiaj potrzebna.

– W takich sytuacjach brak mi Stevena – przyznałem.

– Dlaczego?

– Bo to on sprzątał bałagan, którego narobiliśmy, a teraz, gdy go nie ma, sam muszę się wszystkim zająć. – Jęknąłem sfrustrowany. – Ja się brzydzę krwią!

Leonardo się zaśmiał. Odkąd związał się z Emily, zdarzało mu się to coraz częściej. Zrzucał wtedy maskę, a w jego oczach dostrzegałem odrobinę człowieczeństwa. Nie był już robotem bez uczuć i emocji. W takim wydaniu dał się lubić. Ale tylko trochę.

– Skończ w końcu pierdolić i się zbieraj. – Powrócił Leonardo dupek. Jego posępna mina nie wróżyła nic dobrego. – Idziemy się zabawić. – Klasnął w dłonie, a na jego ustach pojawił się nikczemny uśmiech. Dzisiaj ponownie ulice spłyną krwią. Kolejne mroczne dusze zawitają przed bramami piekieł, a my będziemy towarzyszyć im w tej ostatniej podróży.

Na samą myśl o dzisiejszej akcji poczułem pod skórą przyjemne mrowienie. Ostatnio zrobiliśmy się zbyt grzeczni. Miękkie cipki, które słuchały się jednej, małej kobiety. Emily trzymała za jaja nie tylko Leonarda, ale w jakiś dziwny sposób również i mnie. Nie mogłem się na nią wściekać, bo traktowałem ją jak młodszą siostrę. I zamierzałem ją chronić, nawet za cenę własnego życia. Rodzonej siostry nie potrafiłem przestrzec przed złem tego świata, dlatego wyznaczyłem sobie cel – bezpieczeństwo Emily stało się moim priorytetem. Już nigdy nie stanie się jej żadna krzywda.

Leonardo wstał z fotela i nie potrafiąc pohamować swojej radości, ruszył do wyjścia. Poklepałem się po broni, którą ukrywałem pod marynarką, i również się podniosłem. Nie czekając ani sekundy dłużej, podążyłem za wspólnikiem.

Rozdział 3

Chloe

Zostałam brutalnie wciśnięta na tylną kanapę niewielkiego radiowozu. Mimo drobnej sylwetki było mi strasznie niewygodnie. Na tak mikroskopijnej przestrzeni nie potrafiłam przyjąć odpowiedniej pozycji. Westchnęłam ciężko i wbiłam spojrzenie w dwóch policjantów. Dzieliła mnie od nich tylko metalowa krata – standardowe zabezpieczenie w tego typu pojazdach, mające chronić przed ewentualną agresją ze strony zatrzymanych. W żadnym wypadku nie planowałam się na nich rzucać; byłam słaba i bez problemu by mnie pokonali. Ale najwyraźniej mężczyźni mieli inne zdanie na ten temat, bo dodatkowo skuli moje nadgarstki kajdankami. Zimny metal wbijał mi się w skórę, powodując nieprzyjemny ból, co zapewne poskutkuje otarciami. Próbowałam wpłynąć na policjantów, żeby mnie uwolnili, ale wydawali się głusi na moje racjonalne argumenty. Dlatego, zrezygnowana, oparłam głowę na wezgłowiu kanapy, po czym przymknęłam powieki i wsłuchałam się w uspokajający, cichy szmersilnika.

W tych dość nieprzyjemnych okolicznościach starałam się oczyścić umysł i wymyślić plan ucieczki. Po cichu liczyłam, że uda mi się jakoś z tego wszystkiego wywinąć. Nie powiedziałam mężczyznom o Matildzie. Na samo jej wspomnienie poczułam w piersi strach, który z każdym przebytym kilometrem jeszcze bardziej się nasilał. Bałam się, że gdybym powiedziała im prawdę, moja siostrzyczka zostałaby zabrana do pogotowia opiekuńczego. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, jak mocno byłaby przerażona, mając wokół siebie zupełnie obcych ludzi. Stanowiłam jej jedyną rodzinę i tylko mi ufała. Wiedziała, że ochronię ją przed złem tego świata. Niestety, jak się właśnie okazało, pokładała we mnie chyba zbyt duże nadzieje.

Na razie znajdowała się w bezpiecznym miejscu. Opiekowała się nią Lucy, sąsiadka mieszkająca po drugiej stronie ulicy. Od czasu do czasu pomagała mi, gdy tak jak dziś szłam na robotę. Nie lubiłam prosić Lucy o przysługę, bo niechętnie mi ją wyświadczała, ale nie miałam wyjścia. Ktoś musiał mieć oko na Matildę. Dlatego chowałam dumę do kieszeni i zaciskałam zęby, znosząc przykre słowa, które kobieta kierowała pod moim adresem za każdym razem, kiedy mnie widziała.

Z ociąganiem rozwarłam powieki i ponownie spróbowałam przemówić policjantom do rozsądku. Walczyłam o wolność w każdy możliwy sposób. Jeśli będzie trzeba, zacznę nawet błagać.

– Nic złego nie zrobiłam – powiedziałam mocnym głosem. Chciałam sprawiać wrażenie osoby pewnej siebie, zdeterminowanej. – To jest jakaś pomyłka. – Przybliżyłam twarz do kraty, by móc lepiej ich widzieć. Mężczyźni nawet na mnie nie spojrzeli. Zachowywali się tak, jakbym była niewidzialna. Dopiero po chwili jeden z nich się odezwał:

– Taaa, pomyłka – zakpił ten, który prowadził. – I co, pewnie byłaś na spacerze w tej okolicy i zabłądziłaś akurat pod drzwi garażu Benita?

– Dokładnie! Z ust mi pan to wyjął. – Przykleiłam do twarzy szeroki, nieszczery uśmiech. Liczyłam, że uwierzą w moją bajeczkę. Starałam się być bardzo przekonywająca w swoim kłamstwie.

Oczywiście nikt przezorny nie zapuściłby się w te niebezpieczne tereny, gdzie nie stała nawet jedna pieprzona latarnia. Zdawałam sobie sprawę, że wystarczyło tam tylko na kogoś krzywo spojrzeć, by oberwać za to nożem. Byłam aż nazbyt świadoma zagrożenia, ale nie miałam innego wyjścia. Dlatego zagrzebałam strach głęboko w sobie i z wysoko uniesioną głową robiłam to, co do mnie należało. Czyli starałam się przetrwać.

– Obserwowaliśmy Benita od kilku tygodni i doskonale wiemy, czym się zajmuje po godzinach, kiedy nie naprawia samochodów. Jest paserem, skupuje kradziony towar i sprzedaje dalej – poinformował mnie policjant, jakbym sama o tym nie wiedziała.

– Skoro obserwowaliście go od tak długiego czasu, to dlaczego zamiast jego w tym samochodzie znajduję się ja? – sprowoko-wałam ich.

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Chyba dopiero teraz dotarło do nich, że zamiast złapać prawdziwego przestępcę, zgarnęli niewinną osobę. No dobra, może i nie byłam taką znowu niewinną osobą, jednak nic nie zmieniało faktu, że Benito to gruba ryba i to jego powinni przymknąć.

– Może panowie by mnie jednak wypuścili? – poprosiłam, licząc na to, że skruszę ich twarde jak głazy serca.

Jeden z mężczyzn już miał mi odpowiedzieć, gdy dzwonek telefonu przerwał tę próbę.

Ten, który siedział na miejscu pasażera, sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął z niej komórkę, podobną do tych, które dzisiaj zwinęłam ze sklepu. Miałam wątpliwości, czy pensja policjanta wystarczała na takie cacko. Na pewno prowadził jakieś lewe interesy i dorabiał sobie na boku.

– Cholera, to Leonardo! Co robić? – zapytał swojego partnera, spoglądając na niego przerażonym wzrokiem.

Zaciekawiła mnie jego reakcja. Nastawiłam uszu, aby nie uronić ani jednego słowa z rozmowy, której zaraz miałam być świadkiem. Czułam dziwne podekscytowanie.

– Teraz sobie o nas przypomniał! – krzyknął drugi. Wściekły uderzył o kierownicę. Drgnęłam, zaskoczona tym nagłym wybuchem. Zaraz jednak opanowałam nerwy i z otwartą buzią śledziłam rozwój sytuacji.

– Odbierz. Znajdzie nas, nawet jeśli tego nie zrobisz. – Westchnął zrezygnowany.

Robiło się coraz ciekawiej.

– Dobra. – Kiwnął głową, po czym nacisnął zieloną słuchawkę. – Tak, Leonardo? – zaczął rozmowę. Nie uszło mojej uwadze drżenie jego głosu. Bał się i w ogóle nie starał się tego ukryć.

Zaczęłam uważniej obserwować mężczyzn. Ten, który trzymał kierownicę, tak mocno zaciskał na niej palce, że aż pobielały mu knykcie. Za to policjant rozmawiający przez telefon zbladł, a pot spływał mu strużką po skroni.

Ciekawe, kim był ten cały Leonardo, skoro dwoje funkcjonariuszy dosłownie robiło w gacie na dźwięk jego imienia. Nie ukrywałam satysfakcji, gdy widziałam ich takich przerażonych.

– Dobrze, Leonardo. Będziemy. – Zakończył połączenie i wypuścił z ulgą powietrze.

– Co jest grane? – spytał jego partner.

– Chce się z nami spotkać.

– Ale dlaczego teraz? – W głosie policjanta znów usłyszałam strach. Zauważyłam, jak jego ciałem wstrząsnął niekontrolowany dreszcz.

– Nie wiem. – Mężczyzna pocierał palcami skronie, jakby walczył z migreną. – Myślałem, że o nas zapomniał – burknął pod nosem.

– Co robimy z dziewczyną?

Obaj spojrzeli na mnie z dziwnym błyskiem w oku. Przełknęłam głośno ślinę i skuliłam się na siedzeniu. Marzyłam o tym, by stać się niewidzialną. Przez głowę przeszła mi przerażająca myśl: Czy oni chcieli się mnie pozbyć? Byłam tylko nic nieznaczącym obywatelem, którego przecież nikt nie będzie szukał.

– Może ją wypuścimy? – zaproponował jeden z nich.

Zakiełkował we mnie mały promyk nadziei.

– Nie możemy. Poinformowałem centralę, że ją zatrzymaliśmy i wieziemy na posterunek.

No i nadzieja zgasła tak szybko, jak się pojawiła.

– W tej sytuacji jedzie z nami.

– Cholera, nie było tego w planach. – Sfrustrowany mężczyzna przeczesał ręką swoje przerzedzone włosy. – Jak zwykle odezwał się w nieodpowiednim momencie – zawodził, spoglądając na swojego towarzysza.

– Wiem – westchnął – ale nie mamy wyjścia. Leonardowi się nie odmawia. Dodatkowo nie lubi spóźnialskich. Więc nawet gdybyśmy zabrali dziewczynę na posterunek, to i tak musielibyśmy wypełnić stos papierów, co zajęłoby nam sporo czasu. Dla naszego bezpieczeństwa lepiej zabrać ją ze sobą.

Kiedy przysłuchiwałam się ich wymianie zdań, wiedziałam, że to moja jedyna szansa na ucieczkę. W duchu zaczęłam się uśmiechać. Wystarczyło, że zostawią mnie na parę minut samą; więcej czasu nie potrzebowałam, aby im się wywinąć.

– Dobra, ale żeby nie wynikły potem z tego problemy. Jeśli odkryje jej obecność, nie daruje nam tego.

– Zaparkujemy daleko, tak, żeby Leonardo jej nie widział.

Dziwiło mnie, dlaczego bali się tego całego Leonarda, a nawet nie pomyśleli, że mogłabym wygadać się o wszystkim na komendzie. Przecież byłam jedynie niewygodnym świadkiem.

Moi towarzysze nagle zamilkli i pogrążyli się we własnych myślach. Wolałam iść za ich przykładem i również nie otwierać niepotrzebnie ust. W ciszy obmyślałam plan ucieczki. Trzeba dobrze to rozegrać. Nie popełnię żadnego błędu, bo ewentualne potknięcie może mnie zbyt wiele kosztować. I nie mówię tu tylko o pozbawieniu wolności, ale również o zamieszaniu w życiu Matildy.

Spojrzałam na skute nadgarstki i zaczęłam oceniać zamek w kajdankach. Uwolnienie się będzie niezwykle proste, wręcz dziecinnie łatwe. Wystarczyła tylko jedna wsuwka do włosów, by go otworzyć, a na szczęście taka spinała moją grzywkę, więc odpowiedni sprzęt już miałam. Zdecydowanie większy kłopot sprawi mi wydostanie się z samochodu. Zdawałam sobie sprawę, że będę musiała wybić szybę, nawet jeśli zaalarmuje to policjantów. Miałam jednak niewiele do stracenia, więc postanowiłam zaryzykować.

Po kilku minutach jazdy ulicami miasta skręciliśmy w polną drogę. Nigdy nie byłam w tych rejonach, dlatego wytężyłam wzrok i starałam się dojrzeć cokolwiek na zewnątrz. Chciałam zapamiętać jak najwięcej szczegółów, by w razie ucieczki bez problemu znaleźć drogę powrotną. Aby mój plan się powiódł, muszę być kilka kroków przed policjantami. Znajomość terenu ułatwi mi zdanie, dlatego teraz skupiłam się z całych sił.

Odkleiłam wzrok od szyby i spojrzałam przed siebie. Wyczułam, że samochód zwolnił, by po chwili całkowicie się zatrzymać. Zaparkowaliśmy tuż obok wielkich zarośli. Nie umknęło mojej uwadze to, że dokładnie wiedzieli, gdzie ukryć pojazd, tak, aby nie został przez nikogo zauważony.

– Zaraz wrócimy, nie powinno nam to zająć wiele czasu.

Nie odezwałam się, tylko kiwnęłam głową, a w duchu nie potrafiłam się już doczekać, aż zejdą mi z oczu.

Mężczyźni spojrzeli na mnie, ze zmarszczonymi brwiami. Czy oni domyślali się, co planowałam? Jeśli tak, to już po mnie.

Posłałam im słaby uśmiech męczennicy. Liczyłam, że wyglądałam wystarczająco niewinnie. Najwyraźniej tak, bo policjanci po chwili odwrócili wzrok i opuścili pojazd.

Wypuściłam z płuc powietrze, które nieświadomie wstrzymałam. Ulga zalała moje ciało i gdy tylko funkcjonariusze zniknęli z zasięgu wzroku, przystąpiłam do wykonania planu. Wyciągnęłam wsuwkę z włosów i zaczęłam majstrować przy kajdankach. Po chwili ogłosiłam sukces. Zamek ustąpił i zwrócił mi wolność. Rozmasowałam nadgarstki i nie tracąc więcej czasu, sięgnęłam do klamki przy drzwiach. Nie wierzyłam we własne szczęście – okazało się, że policjanci najwyraźniej zapomnieli zablokować drzwi.

Rozprostowałam obolałe ciało, które skostniało z chłodu oraz niewygodnej pozycji, w jakiej przez długi czas się znajdowałam. Rozejrzałam się po okolicy, nasłuchując jednocześnie, czy mężczyźni nie wracają już do pojazdu. Nie usłyszałam niczego niepokojącego, dlatego zadowolona zaczęłam iść w stronę, z której przyjechaliśmy.

Nagle ciszę przerwał huk wystrzału, a po chwili dołączył do niego kolejny. Zastygłam przerażona i zerknęłam w kierunku, z którego dobiegł mnie hałas. W oddali spostrzegłam dwóch mężczyzn z bronią w ręku. Stali nad martwymi ciałami, a ja doskonale wiedziałam, kim byli denaci.

Bałam się choćby drgnąć, by nie zaalarmować morderców o swojej obecności. Na pewno myśleli, że są tam sami, i niech tak pozostanie. Niespodziewanie jeden z nich podniósł głowę, a wtedy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Przez ułamek sekundy spoglądaliśmy na siebie, po czym mężczyzna uniósł broń i we mnie wycelował.

Moje ciało zareagowało szybciej niż mózg. Odwróciłam się i zaczęłam biec przed siebie. Strach, który wcześniej mnie paraliżował, ustąpił miejsca woli przetrwania. Chciałam żyć, choć oprócz siostry nie miałam dla kogo.

Przedzierałam się przez gęste krzaki, szukając drogi ucieczki. Po części odsłonięta, starałam się trzymać nisko głowę. Po kilku sekundach usłyszałam wystrzał. Na szczęście nie zostałam trafiona, kula przeleciała tuż obok mojego ucha. Pędziłam dalej, nie zważając na to, że zarośla kaleczyły mi twarz. Musiałam jak najszybciej się stąd wydostać.

Nagły huk i tępy ból w ramieniu powaliły mnie na ziemię. Jęknęłam głośno i dotknęłam zranionego miejsca, na którym poczułam lepką wilgoć. Nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że to krew.

Zacisnęłam mocno zęby, podniosłam się z ziemi i skulona, ponownie próbowałam wyrwać się ze szponów śmierci. Biegłam na oślep, byle dalej od osoby, która bawiła się w myśliwego. Wiedziałam, że im bardziej oddalam się od napastnika, tym moje szanse na przeżycie rosły.

Zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać. Pragnęłam położyć się na ziemi i odpocząć. Nie mogłam jednak pozwolić sobie na choćby chwilę słabości. Zagrożenie znajdowało się blisko i tylko czekało, aż opadnę z sił, by zaatakować ze zdwojoną siłą.

Po morderczym biegu w końcu dotarłam do drogi. Chciałam ucałować asfalt. Na dodatek szczęście mnie nie opuściło i w oddali dostrzegłam parę reflektorów.

Podniosłam ręce do góry, ignorując ból, i resztkami sił zaczęłam nimi machać, by zwrócić na siebie uwagę kierowcy. Po chwili samochód zatrzymał się tuż przede mną. Gdy szyba opadła, zobaczyłam staruszkę.

– Dziecko, potrzebujesz podwózki? – zapytała, spoglądając na moje ramię. Na szczęście nie skomentowała wyraźnie widocznej na płaszczu krwi.

– Jeśli byłaby pani tak uprzejma zabrać mnie do miasta... – Uśmiechnęłam się promiennie, starając się uspokoić kobietę.

– Jasne, wsiadaj – zachęciła, otwierając od środka drzwi.

Wsunęłam się do pojazdu i gdy tylko usadowiłam swój tyłek na wygodnym siedzeniu, chciałam zapłakać z ulgi. Udało mi się uciec przed śmiercią, która trzymała mnie już w swoich objęciach.

Tym razem jednak to ja zwyciężyłam i tak miało pozostać.

Rozdział 4

Viktor

Po dwudziestu minutach zaparkowaliśmy samochód w umówionym miejscu, tuż obok starych magazynów na obrzeżach miasta. Kiedyś to miejsce tętniło życiem; odbywał się tutaj regularny handel, co zapewniało okolicznym mieszkańcom dostatek. Kryzys gospodarczy spowodował jednak, że większość firm trzymających tutaj swój towar, upadło. W ciągu kilku lat teren opustoszał i zostały tu już tylko ruiny dawnych budynków. Jedynie zardzewiałe tabliczki, przytwierdzone do łuszczącej się elewacji, przypominały o dawnej świetności tej częścimiasta.

– Jeszcze ich nie ma – rzekł spokojnie Leonardo, gdy wysiadł z auta. Zerknąłem na zegarek i poszedłem w jego ślady. Dołączyłem do mężczyzny, który przenikliwym spojrzeniem zaczął rozglądać się po okolicy. Dzięki wciąż działającemu – przynajmniej w większości – oświetleniu, każdy zakamarek terenu był widoczny.

– Mają jeszcze dziesięć minut – przypomniałem wspólnikowi.

Również zacząłem przeczesywać wzrokiem rozległą przestrzeń. W naszym fachu trzeba zawsze zachować czujność. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie nastąpi atak wroga. Chwila nieuwagi i mogło się zrobić naprawdę nieciekawie. Byłem zbyt młody, żeby umierać, a na dodatek miałem misję do wykonania. Musiałem pozostać przy życiu przynajmniej do chwili, aż odnajdę siostrę.

– Niby tak, ale wolałbym mieć to już za sobą. – Leonardo potarł swój jednodniowy zarost na policzkach.

– Ostatnio stałeś się zbyt niecierpliwy. – Oparłem się tyłkiem o bok samochodu i skrzyżowałem ramiona na piersi. Z zaciekawieniem zacząłem przyglądać się mężczyźnie. Nie przypominał już starego Leonarda. W ciągu ostatnich kilku miesięcy bardzo się zmienił i nie potrafiłem ocenić, czy na lepsze.

– Chyba faktycznie się starzeję. Może zabijanie nie jest już dla mnie – zastanawiał się, marszcząc czoło. Przez moment jego wzrok stał się nieobecny, zamyślony.

Uniosłem wysoko brwi, słysząc tę rewelację z ust bezwzględnego zabójcy. Leonardo miał na rękach krew wielu swoich wrogów. Kiedy popełniał kolejne zbrodnie, nigdy nie odczuwał wyrzutów sumienia. Czasami odnosiłem wrażenie, że rozkoszował się cierpieniem ofiar. Tym bardziej zaskoczyły mnie jego słowa. Może to pod wpływem Emily zmieniał się w miękką faję? Dlatego właśnie nie planowałem się zakochać. Miłość sprawiała, że człowiek stawał się słaby, oddawał kontrolę. Na dodatek zobowiązywał się troszczyć o drugą osobę i starać się zapewnić jej bezpieczeństwo.

Pokręciłem głową. Nie, zdecydowanie miłość nie była dla mnie.

– Zapomnij, że będę tyrał sam – ostrzegłem go.

Często sięgałem po broń. Stało się to dla mnie rutyną. Jednak nie zgadzałem się, by robił ze mnie chłopca od wszystkiego. Byliśmy wspólnikami i powinniśmy dzielić się zadaniami po równo.

– A dlaczego? – zapytał, uśmiechając się kpiąco. – Dostałeś władzę, więc z niej korzystaj.

Zacisnąłem dłonie w pięści, próbując zapanować nad gniewem. Na przestrzeni lat nauczyłem się kontrolować w obecności Leonarda. Nieraz miałem ochotę wyciągnąć broń i strzelić mu między oczy. Ale to on był szefem. Stało za nim wiele oddanych osób, choć od zdrady Davida grono jego fanów wyraźnie się skurczyło. Jako jeden z nielicznych trwałem po jego stronie.

– Nie przypominam sobie, abyś rok temu robił cokolwiek, a miałeś tej władzy zdecydowanie więcej – wysyczałem przez zęby.

– I chyba postradałem zmysły, że ci ją oddałem. – Skrzywił się. – Od brudnej roboty miałem ludzi, między innymi ciebie. – Uśmiechnął się szeroko.

– Oddałeś mi tylko część. – Włożyłem ręce do kieszeni spodni.

– To i tak za dużo.

Przestaliśmy się licytować, bo usłyszeliśmy odgłos kroków. Wyciągnąłem dłonie z kieszeni, po czym oderwałem się od samochodu i podszedłem do Leonarda. Obaj spoglądaliśmy na dwóch mężczyzn, którzy szli w naszym kierunku. Już z daleka widziałem, jak napięte były ich ciała. Szybko dostrzegłem też pot spływający po ich czołach. Na moich ustach zagościł szeroki uśmiech. Bali się. Wyczuwałem w powietrzu strach tych facetów.

– Nie spodziewaliśmy się telefonu od ciebie. – Jeden z nich zwrócił się bezpośrednio do Leo.

Specjalnie zignorowali moją obecność. Za każdym razem mnie to wkurwiało. Wiedziałem, że niektórzy nie byli jeszcze przyzwyczajeni do szybkiego awansu, który otrzymałem. Ale oni nic nie znaczyli i powinni okazać mi większy szacunek.

– Do spotkania powinno dojść już dwa miesiące temu, więc nie rozumiem tego zaskoczenia. Gdzie są moje pieniądze? – Leonardo nie należał do cierpliwych. Od razu przechodził do konkretów.

Obaj zaczęli się trząść niczym osiki. Gołym okiem było widać, że nie mieli naszej kasy.

– Daj nam tydzień. Oddamy wszystko co do centa. – Robert wyciągnął chusteczkę z kieszeni i zaczął wycierać mokre czoło. Jego towarzysz wbił wzrok w ziemię.

Próbowali grać na czas. Ale dostali go już i tak za dużo.

– To było proste zadanie. – Leonardo podszedł do Roberta. Mężczyzna przygarbił się, strzelając przerażonym spojrzeniem wokół. Szukał drogi ucieczki. Pokręciłem głową, nie wierząc w jego naiwność. Gdy raz z nami zadarłeś, nie miałeś szans wyjść cało z opresji. – Zabrać towar, rozprowadzić go, a pieniądze przynieść nam. Powiedz mi, co po drodze poszło nie tak? – zapytał, wbijając wściekły wzrok w policjanta.

– Jakoś tak się rozeszły – wtrącił drugi z mężczyzn. – Żona chciała pojechać na wakacje, to było jej marzenie. Nie mogłem odmówić.

Parsknąłem śmiechem, słysząc jego głupie tłumaczenie. Nieważne na co wydał kasę. Mógł nawet zapłacić za leczenie chorej córki albo rozdać potrzebującym. Niewiele nas to obchodziło. Zasady były proste. Jeśli położyłeś łapy na cudzych pieniądzach, to te łapy traciłeś. Taka była brutalność świata, w którym żyliśmy.

Ująłem broń. Czekałem na znak Leonarda, by posłać złodziei do piachu. Nie potrafiłem doczekać się momentu, kiedy huk wystrzału z mojego pistoletu zakłóci ciszę. Pod skórą poczułem przyjemne mrowienie, a adrenalina zaczęła krążyć w moich żyłach.

– Cieszę się, że twoja żona miała udane wakacje. Szkoda tylko, że ostatnie w twoim towarzystwie.

Nie zdążyłem nawet mrugnąć, gdy Leonardo uniósł pistolet i strzelił prosto w głowę mężczyzny. To był dla mnie znak. Wymierzyłem lufę w Adama i nacisnąłem spust.

Ciała upadły na ziemię, a obok głów zaczęła wzbierać się czerwona kałuża. Ich krew mieszała się ze sobą, a zapach drażnił moje nozdrza. Nawet nie sprawdzałem; wiedziałem, że mężczyźni nie żyli. Jeszcze kilka sekund temu ich serca biły ze strachu w szaleńczym rytmie. Teraz na próżno szukać u nich jakichkolwiek oznak życia.

Oderwałem wzrok od trupów i uniosłem głowę. Jakaś niewidzialna siła kazała mi spojrzeć w zarośla. Widok skradającej się tam kobiety mnie zaskoczył. Nie przypuszczałem, że mieliśmy publiczność. Nasze spojrzenia na ułamek sekundy się spotkały. Z tej odległości nie widziałem jej oczu, ale założyłbym się o wszystkie pieniądze świata, że krył się w nich strach. Jej lęk był jak najbardziej uzasadniony. Już za kilka sekund spotka się ze śmiercią. Była niewygodnym świadkiem, którego musiałem zlikwidować.

Uniosłem broń i skierowałem lufę prosto w dziewczynę. Myślałem, że strach ją sparaliżuje, ona jednak mnie zaskoczyła. Odwróciła się i zaczęła biec przez chaszcze, naiwnie licząc, że zdoła uratować swoje życie. Westchnąłem ciężko. Odwlekała nieuniknione. Czy to wydarzy się teraz, czy za kilka sekund – nie miało to znaczenia. Dziewczyna przypieczętowała swój los, gdy zdradziła mi swoją obecność.

Zmrużyłem powiekę i nacisnąłem spust. Pierwszy strzał był pudłem. Nie zamierzałem się jednak poddawać, ponownie wycelowałem i strzeliłem. Na szczęście tym razem kula dosięgnęła celu.

– Nieźle – pochwalił mnie Leonardo. – Z takiej odległości to wyczyn. – Kiwnął głową z uznaniem.

Schowałem broń do kabury i skierowałem swoje kroki w stronę kobiety.

– A ty dokąd? Trzeba posprzątać.

Spojrzałem przez ramię na mężczyznę, który stał nad ciałami policjantów.

– Zajmij się tym, idę dobić naszego świadka.

– Ale nie taka była umowa! – Rozłożył bezradnie ręce. Czasami zachowywał się jak ostatnia sierota.

– Zacznij się przyzwyczajać do brudnej roboty. Dłużej nie mam zamiaru jej wykonywać.

Posłał mi wkurwione spojrzenie, ale nie skomentował moich słów. Uśmiechnąłem się, po czym znów ruszyłem przed siebie.

Czy czułem wyrzuty sumienia, gdy pozbawiałem niewinną osobę życia? Mógłbym skłamać i powiedzieć, że nie. Ale wtedy oszukiwałbym samego siebie. Miałem czarne serce i czarną duszę. Lata temu przestałem czuć cokolwiek. Jednak czasami atakowały mnie niechciane emocje, co przypominało mi, że nadal gdzieś tam w środku byłem człowiekiem. Wszystko wina Sophii – to właśnie ona starała się zaszczepić we mnie dobro. Nie udało się jej tego dokonać, ale pozostawiła po sobie niewielkie szkody.

Pokręciłem głową, by wybić z niej myśli o siostrze. Skup się na zadaniu, a nie na rozpamiętywaniu starych czasów, ochrzaniłem się w myślach.

Przedzierając się przez gęste krzaki, zastanawiałem się, co ta kobieta tutaj robiła. Przecież nikt z własnej woli nie zapuszczał się w te tereny, i to na dodatek o tak późnej porze. Mimo że nadal działało tu oświetlenie, to okolica i tak nie była na tyle bezpieczna, by odbywać samotne spacery.

Gdy dotarłem w końcu do miejsca, w którym powinna leżeć, zastałem tylko pustą ziemię. Zacząłem rozglądać się na boki z nadzieją, że ujrzę ledwo oddychającego świadka. Nigdzie jej jednak nie dostrzegłem.

– Kurwa! – przekląłem, wściekły na patową sytuację, w której się znalazłem. Przeczesałem dłonią włosy, kombinując, co dalej począć. Istniało ryzyko, że ta kobieta nas wyda. Jej zeznania posłałyby nas na wiele lat do więzienia. Policja ciągle interesowała się naszymi biznesami, ale zawsze byliśmy dwa kroki przed nimi. Tylko raz Leonardo stracił czujność, przez co trafił na cztery miesiące do więzienia. Nie mogliśmy dopuścić do podobnej sytuacji.

Postanowiłem z nim pogadać. Może wspólnie uda nam się wymyślić coś, aby nie pójść do paki na długie lata.

Wróciłem do samochodu i podszedłem do mężczyzny, który z lekkim obrzydzeniem pakował ciała policjantów do bagażnika.

– Leonardo, jest problem.

– Jaki? – zapytał, zamykając klapę.

– Nie ma dziewczyny, uciekła.

– No to ją znajdź. – Wzruszył ramionami, w ogóle nie przejmując się powagą sytuacji. Poprawiał mankiety koszuli, jakby od tego zależało jego życie.

– Ciekawe, kurwa, jak?

– Nie wiem, wymyśl coś. Ja tu jestem tylko od brudnej roboty. – Uśmiechnął się kpiąco.

Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami, ja pierwszy przerwałem tę małą wojnę. Zachowywaliśmy się jak gówniarze, a mieliśmy na głowie poważniejsze problemy.

– Dobra, pozbądź się ciał. – Wskazałem ręką na samochód. – Ja zajmę się radiowozem.

Leonardo skinął głową, wsiadł za kierownicę swojego czarnego SUV-a i odjechał, zostawiając mnie samego z własnymi myślami i robotą do wykonania. Postanowiłem na razie przestać rozmyślać o dziewczynie, a skupić się na zadaniu.

Podszedłem do radiowozu, który przypominał puszkę po sardynkach. Jak oni w dwóch się w nim mieścili? Nie miałem pojęcia. Był tak mały, że będę musiał wybić dziurę w dachu, aby do niego wejść.

Westchnąłem zrezygnowany, żałując, że jednak nie pojechałem z trupami. Chwyciłem za klamkę, by otworzyć drzwi, gdy moją uwagę zwrócił różowy przedmiot, leżący tuż obok pojazdu. Gdy rozpoznałem, co to takiego, na moich ustach zagościł szeroki uśmiech. Nachyliłem się i podniosłem portfel zaginionej dziewczyny. Czym prędzej go otworzyłem i zajrzałem do środka w poszukiwaniu jakiegoś dokumentu, który doprowadziłby mnie do mojej zguby. Po chwili wyciągnąłem dowód. Zacząłem obracać go w palcach i już wiedziałem, że jeszcze dziś złożę Chloe małą wizytę.

Rozdział 5

Chloe

Napędzana adrenaliną, wbiegłam do domu i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Oparłam się o nie, próbując zapanować nad galopującym sercem. Przyłożyłam dłoń do piersi i zaczęłam powoli wypuszczać powietrze z płuc, by po chwili znów je nabrać. Kilka wydechów później moje tętno zwolniło, jednak nie na tyle, bym uznała, że w stu procentach sięuspokoiłam.

Przymknęłam powieki, starając się pozbyć przerażających obrazów, które od kilkudziesięciu minut nieprzerwalnie atakowały mój umysł. Upadające ciała. Krew. Ci mężczyźni stojący nad zwłokami. Broń w ich dłoniach. To wszystko już na zawsze wypaliło się w mojej pamięci. Do tej pory widziałam wiele, nieraz byłam świadkiem okrucieństwa, ale nigdy nie morderstwa. Chwyciłam włosy i zaczęłam za nie szarpać, a potem krzyknęłam, naiwnie licząc, że odgonię od siebie koszmary. Pierwszy raz w ciągu całego swojego życia czułam się tak bardzo bezsilna.

Zsunęłam się na podłogę i objęłam ramionami kolana, przytykając do nich policzek. Pod powiekami poczułam wilgoć. Naprawdę się starałam, ale z góry byłam skazana na porażkę. Łzy płynęły, ale nie oznaczały ukojenia, tylko rozpacz.

Straciłam poczucie czasu. Nie wiedziałam, czy minęły godziny, czy dopiero minuty, gdy tak skulona siedziałam na podłodze. Wiedziałam natomiast, że powinnam wziąć się w garść. Ale było to takie trudne… znów udawać silną przed światem.

W końcu uniosłam swoje obolałe, zdrętwiałe ciało. Podeszłam do barku, w którym moja matka trzymała alkohol. Nie żywiłam zbyt dużej nadziei, że cokolwiek w nim znajdę, ale musiałam spróbować. Uklęknęłam, otworzyłam drzwiczki i zaczęłam przeszukiwać zawartość szafki. Po chwili ogłosiłam niewielki sukces. Między pustymi, zakurzonymi butelkami odnalazłam resztki whisky. Uśmiechnęłam się zwycięsko i odkręciłam korek. Byłam niecierpliwa, więc nawet nie pomyślałam o tym, by szukać szklanki, tylko pociągnęłam duży łyk z prosto z butelki. I to był mój błąd. Alkohol palił przełyk. Zakrztusiłam się i część płynu wylądowała na podłodze. Nie miałam pojęcia, jak moja matka dawała radę pić takie świństwo. Liczyłam na to, że bursztynowy napój ukoi moje nerwy, ale zamiast spokoju, poczułam jeszcze większe zdenerwowanie.

Odstawiłam butelkę z powrotem na miejsce, a następnie wstałam z podłogi. Skrzywiłam się, gdy poczułam przeszywający ból w ramieniu. Zerknęłam na rękaw, na którym widniała spora czerwona plama. Westchnęłam ciężko, po czym odpięłam guziki płaszcza i tak, aby nie podrażnić rany, ściągnęłam go z ramion. Spojrzałam ponownie na sączącą się krew i zauważyłam, że, na szczęście, kulka tylko mnie drasnęła, nie wyrządzając większych szkód.

Na drżących nogach weszłam do łazienki. Zdawałam sobie sprawę, że trzeba oczyścić ranę, by nie wdało się zakażenie. Podeszłam do szafki i stając na palcach, sięgnęłam po apteczkę. Wyciągnęłam z niej bandaż oraz wodę utlenioną. Gdy przemywałam draśnięcie, syknęłam z bólu, który nasilał się z każdą minutą. Byłam świadoma, że kiedy opadnie poziom adrenaliny, cierpienie stanie się nie do zniesienia. Zaczęłam bandażować ramię i po kilku minutach w końcu udało mi się wykonać prowizoryczny opatrunek. Schowałam wszystko z powrotem do szafki i opuściłam łazienkę, kierując się prosto w stronę kanapy. Gdy opadłam na miękkie poduszki, jęknęłam głośno.

Postanowiłam chwilę odpocząć, zanim pójdę po Matildę. Było już późno i zbliżała się godzina odbioru mojej siostry. Czułam się jednak wykończona – nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Dzisiejszy dzień naprawdę dał mi w kość. Marzyłam tylko o tym, by zakopać się w pościeli i zapomnieć o bożym świecie.

Potarłam zmęczone oczy i usiadłam na skraju kanapy. Przestań się nad sobą użalać, zbeształam samą siebie w myślach. To, co dzisiaj zobaczyłam, nie powinno zaważyć na moim dalszym życiu. Każdego dnia dochodziło do zabójstw, a mordercy przebywali bezkarnie na wolności. Nie zamierzałam przypisywać sobie roli Boga, by zbawiać cały świat. Zło było, jest i będzie obecne w naszym życiu. Jedynym, co mogliśmy zrobić, to się do tego przyzwyczaić. Ci policjanci na pewno nie stanowili wzoru cnót. Zadarli z niebezpiecznymi ludźmi i ponieśli konsekwencje swoich czynów. Nie wiedziałam, o co dokładnie chodziło, ale z pewnością prowadzili szemrane interesy. Gdyby było inaczej, na pewno nie leżeliby teraz w kałuży krwi, tylko cieszyli się dobrym zdrowiem.

Z ociąganiem wstałam z kanapy, po czym sięgnęłam po płaszcz i dokładnie zaczęłam się mu przyglądać, oceniając szkody, jakie wyrządziła kula. Niestety, po dokładnej inspekcji z żalem stwierdziłam, że nadawał się już tylko do kosza.

Zrezygnowana, zaczęłam opróżniać kieszenie. Wyciągnęłam telefon oraz wizytówkę mamy Megan. W środku powinna znajdować się jeszcze jedna rzecz. Drżącymi dłońmi sprawdziłam ponownie i przerażona odkryłam, że jej tam nie ma. Najprawdopodobniej zgubiłam w radiowozie portfel z dokumentami.

– Cholera! – przeklęłam.

Rzuciłam płaszczem przez pokój, wściekła na własną głupotę. Zaczęłam krążyć po pomieszczeniu, zastanawiając się nad dalszym planem. Jak mogłam być tak nieostrożna?, pytałam samą siebie w myślach. Dosłownie podłożyłam się im pod nóż. Jeśli znaleźli portfel, to z pewnością znają już mój adres i to tylko kwestia czasu, kiedy zapukają do moich drzwi. Przepraszam, oni nie zapukają, a kopniakiem je wyważą. Boże, w co ja się wpakowałam?!

Przeczesałam ręką włosy, przy okazji czochrając fryzurę, a następnie zaczęłam rozglądać się nerwowo po pokoju. Próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie. Nie miałam zbyt wielu opcji do wyboru, tak naprawdę to nie miałam żadnej. Wiedziałam jednak, że głupotą byłoby pozostać dłużej w moim mieszkaniu. Musiałam jak najszybciej się stąd wydostać.

Podbiegłam do starej szafy i wyciągnęłam z niej niewielką sportową torbę oraz ubrania moje i Matildy. Pakowałam tylko niezbędne rzeczy, resztę zostawiłam. Nie potrzebowałam zbędnego balastu, który trzeba byłoby za sobą ciągnąć.

Gdy ogarnęłam już naszą garderobę, narzuciłam na siebie cienką kurtkę, zdecydowanie nieadekwatną do panującej na zewnątrz pogody, ale innej nie miałam. Do czasu, aż nie załatwię sobie czegoś nowego, to okrycie będzie musiało mi wystarczyć.

Schowałam do kieszeni komórkę oraz wizytówkę, a następnie z torbą przerzuconą przez ramię podeszłam do drzwi i chwyciłam za klamkę. Otworzyłam i stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam znajomą postać na korytarzu.

– Wybierasz się gdzieś, Chloe? – zapytał mężczyzna z moich koszmarów. Uśmiechał się leniwie kącikiem ust. Jednak na próżno szukałam wesołości w jego oczach. Tak naprawdę czaił się w nich mrok, który próbował pochłonąć i moją duszę.

Na krótką chwilę sparaliżował mnie strach, szybko jednak powróciłam do rzeczywistości i spróbowałam zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Nieznajomy niestety przewidział mój ruch i naparł na nie całym ciałem, otwierając je szeroko. Siła była tak wielka, że odskoczyłam na bok i z głośnym hukiem upadłam na podłogę. Skrzywiłam się z bólu, a potem uniosłam wzrok na intruza, który wszedł do środka i zamknął drzwi na klucz. Gdy zaczął iść w moim kierunku wolnym krokiem, w jego oczach zauważyłam dziwny błysk.

Na czworakach cofałam się w stronę ściany. Wiedziałam, że moja podróż zaraz się skończy, ale instynkt kazał mi walczyć, nie poddawać się i przetrwać za wszelką cenę. Przez wiele lat unikałam śmierci, a teraz miałam zginąć, bo znalazłam się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Widziałam coś, czego widzieć nie powinnam. Los ponownie ze mnie zadrwił. Po co Bóg trzymał mnie tak długo przy życiu, skoro i tak z góry zakładał, że nie dożyję swoich dwudziestych drugich urodzin?

– Wstań! – rozkazał mężczyzna, podchodząc jeszcze bliżej.

Strach znów mną zawładnął, a niewidzialne liny spętały moje nogi. Nie byłam w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Jedyne, co mogłam zrobić, to nadal siedzieć na podłodze i wbijać wzrok w mordercę. Przestałam nawet mrugać, by nie przegapić momentu, w którym wyciągnie z kabury broń i mnie zastrzeli.

– Chyba nie zrozumiałaś, co do ciebie mówię.

Dobrze zrozumiałam, ale nie potrafiłam wykonać jego polecenia. Mężczyzna westchnął, po czym się zbliżył i chwycił mnie za ramiona, by unieść moje bezwładne ciało. Skrzywiłam się z bólu, gdy dotknął rany. Przymknęłam powieki, starając się nie rozpłakać w jego obecności. Nie dałam jednak rady dłużej ukrywać swoich emocji. Otworzyłam oczy i zamglonym od łez wzrokiem popatrzyłam na oprawcę. Dopiero teraz zauważyłam, jaka byłam przy nim malutka. Jednym tylko ruchem złamałby mnie na pół, a ja nawet nie zdążyłabym się obronić. Znalazłam się w beznadziejnej sytuacji, zdana na jego łaskę. A kiedy widziałam determinację w jego spojrzeniu, nie łudziłam się, że mi jej udzieli.

– A teraz sobie porozmawiamy. – Przybliżył twarz do mojej. – I wiesz co, Chloe? To nie będzie miła pogawędka.

Przełknęłam głośno ślinę, a serce ze strachu chciało mi wyskoczyć z piersi. Jeśli wcześniej myślałam, że przeżyłam paskudny dzień, to byłam w wielkim błędzie. Dopiero teraz stanęłam oko w oko ze śmiercią. Dosłownie czułam jej oddech na karku oraz kościste dłonie, które trzymały mnie w żelaznym uścisku. Zaczęłam się trząść, nie panując nad ciałem.

Umrę – tylko to jedno słowo huczało mi w głowie. Myślałam, że w ostatnich minutach życie przeleci mi przed oczami w postaci obrazków, ale nic takiego się nie wydarzyło. Za to gdy tylko przymykałam powieki, widziałam twarz mężczyzny, który patrzył na mnie z taką intensywnością, jakby chciał wedrzeć mi się do umysłu i odkryć wszystkie moje sekrety. Musiałam go rozczarować, nie miałam żadnych. Byłam nudna, a jedyne, co mógł tam znaleźć, to bagaż przykrych doświadczeń. Pragnęłam jedynie jakoś przetrwać i być niewidzialną. Czy naprawdę tak wiele wymagałam od świata?

Mężczyzna dotknął mojego policzka i opuszką palca przejechał po rozgrzanej skórze. Mimowolnie się wzdrygnęłam. Zauważył to i uśmiechnął się szeroko, przez co wyraz twarz momentalnie się mu zmienił. Nie był już taki niebezpieczny i niedostępny, jednak w jego oczach nadal tkwił błysk szaleństwa. Próbował mnie oszukać, lecz już dawno wyzbyłam się naiwności. Stanowił uosobienie zła, które wniknęło pod moją skórę, siejąc w organizmie spustoszenie. Chciał mną zawładnąć. Zabrać duszę i rozkoszować się widokiem mojego końca. Zbyt słaba, aby się sprzeciwić, bez walki mu na to pozwoliłam.

Rozdział 6

Viktor

Zaparkowałem swojego lexusa po drugiej stronie ulicy. Przez chwilę siedziałem w samochodzie i obserwowałem okolicę czujnym okiem. Skrzywiłem się, widząc stare elewacje budynków, a w niektórych oknach odnotowałem nawet brak szyb. Nikogo nie dziwił widok dziwek stojących w bramach oraz narkomanów, którzy nie przejmując się publicznością, dawali sobie w żyłę na środku chodnika. Smród biedy unosił się w powietrzu. Tutaj nikt nie przejmował się losem drugiego człowieka. Bo i po co? Każdy tylko patrzył na swój interes i walczył, by mieć co do gara włożyć dzieciom. Wydawało się, że nawet Bóg zapomniał o tymmiejscu.

Doskonale pamiętałem takie dzielnice z dzieciństwa. Ojciec zawsze przestrzegał mnie przed zabawą z dziećmi z biednych rodzin. Ładował mi do głowy stek bzdur, pokazując, że ci ludzie byli gorsi od nas. Że nie zasługiwali na to, by żyć. Przez wiele lat się z nim zgadzałem. Tak bardzo wyprał mi mózg, że zatraciłem granicę między dobrem a złem. Byłem dzieckiem, a nienawidziłem drugiego człowieka. Ojciec z pewnością odczuwał dumę z tego, że wytresował sobie tak posłusznego pieska. W tamtym czasie miałem równie spaczone poglądy, co on. Gdyby nie siostra, która starała się nade mną czuwać, pewnie do dziś żyłbym w tym świecie obłudy.

Oczywiście, ojciec wpływał na mnie i w dużej mierze ukształtował jako człowieka. Nawet Sophia nie dała rady całkowicie mnie zmienić. Zło, które zostało we mnie zakorzenione, często dawało o sobie znać. Wychodziło z nory, by złapać w swoje szpony kolejną niewinną ofiarę. I właśnie teraz stała się nią Chloe Medison. Siedziałem przed kamienicą dziewczyny, która pechowo znalazła się w nieodpowiednim miejscu. Musiałem ją zabić, nie miałem wyboru, chociaż całe moje serce krzyczało, bym tego nie robił, bym pozwolił jej żyć. Jednak jak mogłem odpuścić, skoro była niewygodnym świadkiem, którego trzeba się pozbyć?

Niechętnie wysiadłem z samochodu i powolnym krokiem ruszyłem w stronę budynku, który, jak na moje oko, zaraz miał się zawalić. Naprawdę nie potrafiłem zrozumieć, jak ktoś mógł zdecydować się żyć w takich warunkach. Skrzywiłem się, bo znów wyszedł ze mnie bogaty dzieciak, który posiadał wszystko, dosłownie srał złotem już od chwili, gdy tylko się urodził. Gdyby była tu Sophia, wygłosiłaby pogadankę o tym, jak wielkim jestem dupkiem. Uśmiechnąłem się, bo jako jedyna z mojej rodziny dawała mi wsparcie i miłość, której wtedy nawet nie chciałem przyjąć. Za to teraz oddałbym wszystko, by jeszcze raz usłyszeć jak bluzga, wyzywając mnie od kretynów.

Potrząsnąłem głową, aby pozbyć się z niej siostry. Czekała na mnie misja do wykonania, a wspomnienie Sophii jedynie mnie rozpraszało.

Pchnąłem drewniane drzwi i wszedłem na klatkę schodową. Przywitała mnie ciemność. Próbowałem wymacać włącznik światła, ale szybko poległem. I tak z pewnością na próżno szukać tutaj żarówki. W końcu stanowiła towar niezwykle pożądany i często padała łupem złodziei.

Westchnąłem zrezygnowany, a następnie wyciągnąłem z kieszeni spodni komórkę i włączyłem latarkę. Chloe mieszkała na pierwszym piętrze, więc właśnie tam skierowałem swoje kroki. Ciekawe, czy była świadoma tego, że idzie po nią sam diabeł, że jest tuż za drzwiami. Może właśnie teraz szykowała się do snu, wolna od strachu i pełna nadziei na przyszłość.

Gdy w końcu dotarłem do celu, miałem zamiar wyważyć drzwi kopniakiem. One jednak same się otworzyły i w progu stanęła drobna, przerażona kobieta. Zauważyłem jeszcze przewieszoną przez ramię sportową torbę. Dziewczyna była gotowa do wyjścia, a raczej do ucieczki. W duchu śmiałem się z jej naiwności.

– Wybierasz się gdzieś, Chloe? – zapytałem opanowanym głosem.

Próbowała zamknąć mi drzwi przed nosem, ale byłem szybszy. Pchnąłem je i wszedłem do środka. Dziewczyna pod wpływem uderzenia zachwiała się i runęła na podłogę. Wyczuwałem w powietrzu jej strach. Przeważnie lubiłem, gdy moje przyszłe ofiary się mnie bały. Jednak w jej przypadku poczułem żal, że taka młoda dziewczyna, która miała całe życie przed sobą, zaraz zginie.

Wszedłem do środka i zamknąłem drzwi na klucz. Spojrzałem na Chloe, po czym zacząłem iść w jej kierunku. Instynktownie cofała się w stronę ściany, licząc, że uda jej się uciec.

– Wstań! – rozkazałem tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Kobieta nadal patrzyła na mnie swoimi przerażonymi, czekoladowymi oczami i nie wykonała dotąd żadnego ruchu. Zaczynało mnie to pomału wkurwiać.

– Chyba nie zrozumiałaś, co do ciebie mówię.

Podszedłem do niej, nachyliłem się i chwyciłem ją za ramiona, unosząc do góry jej wątłe ciało. Skrzywiła się i momentalnie przymknęła powieki, ale nie odezwała się ani jednym słowem.

Gdy tak trzymałem ją w objęciach, mogłem zobaczyć, jaka była mała i krucha. Sama skóra i kości. Czy ona w ogóle cokolwiek jadła? Czy ktokolwiek się nią opiekował? W duchu zrugałem sam siebie. Co mnie obchodziło jej życie? Była dla mnie nikim. Anonimową kobietą, która najpewniej sprowadziłaby na mnie kłopoty.

Chloe uniosła powieki i od razu dojrzałem łzy w jej oczach. Nawet nie próbowała ich ukrywać. Ten widok w połączeniu z drobnymi piegami na nosie poruszył coś w moim sercu. Coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować.

Zacisnąłem usta w wąską linię, wściekły na niechciane uczucia, które zaczęły atakować mnie z każdej strony. Po co ona w ogóle pojawiła się w tych starych magazynach? Powinna siedzieć w domu, a nie samotnie spacerować po niebezpiecznych terenach.

Przez głowę przelatywały mi różne scenariusze.