40,00 zł
Nowa powieść autora „Z tej strony Sam” zachwyci wszystkich, którzy znają już Olivera… i tych, którzy spotkają go po raz pierwszy.
Minął rok, odkąd Sam zginął w wypadku.
Oliver, choć wrócił do normalnego życia, wciąż pisze do niego esemesy. Wie, że nie dostanie odpowiedzi, ale nie potrafi się powstrzymać – zwłaszcza że zbliża się rocznica śmierci Sama, a wszystko wokół nieustannie mu o nim przypomina.
Któregoś wieczoru Oliver przez przypadek dzwoni, zamiast wysłać esemesa.
Ktoś odbiera…
Okazuje się, że Ben, student astronomii z Seattle, od miesięcy czyta jego najskrytsze wyznania. Między nimi iskrzy od pierwszej rozmowy. Piszą do siebie po nocach, rozmawiają o gwiazdach, o stracie i o tym, jak wygląda przyszłość, gdy wszystko wymyka się z rąk.
W końcu postanawiają się spotkać, ale to okazuje się trudniejsze, niż myśleli. Jakby czas i przestrzeń sprzysięgły się przeciwko nim.
Pełna tęsknoty i magii opowieść o tym, że trzeba zostawić przeszłość za sobą, by zobaczyć kogoś, kto od dawna jest tuż obok.
Myślę o tobie w każdej sekundzie.
Ale czas się pożegnać.
Dlatego to będzie chyba ostatnia wiadomość ode mnie.
Żegnaj, Sam.
Wybacz, że piszę to dopiero teraz.
Tęsknię za tobą bardziej, niż ci się zdaje.
Dustin Thao urodził się w Oregonie, a obecnie mieszka w Nowym Jorku, gdzie pracuje nad doktoratem. Kocha smutne książki i filmy, takie jak „Most do Terabithii” czy „Twoje imię”. Z tych inspiracji wyrósł jego debiut „Z tej strony Sam” (2023), który w Polsce zyskał status bestsellera. Napisał również inne powieści YA, m.in. „Kiedy był tu Haru” (2024) i „Tu Oliver”, w których wciąż podejmuje temat straty, dorastania i kolejnej szansy na miłość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 234
Tytuł oryginału
YOU’VE FOUND OLIVER
Copyright © 2025 by Dustin Thao
All rights reserved
Projekt okładki
Theresa Evangelista
Opracowanie wersji polskiej
Ewa Wójcik
Ilustracja na okładce
© 2025 by Zipcy
Redaktor prowadzący
Magdalena Sakowska
Redakcja
Joanna Serocka
Korekta
Katarzyna Kusojć
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-555-6
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Dla Alex Aster & Chloe Gang,
które pomyliły restauracje
i natchnęły mnie do napisania tej opowieści.
Wyobraźnia w swym działaniu odrywa nas
zarówno od przeszłości, jak i teraźniejszości,
otwierając się ku przyszłości.
Gaston Bachelard,
Poetyka przestrzeni1
1 Przekład Anna Tatarkiewicz.
PROLOG
PRZED
Tyle czasu minęło, a ja wciąż za nim tęsknię.
Zdaje się, jakby był tu zaledwie wczoraj. Kiedy otwieram oczy, słońce prześwituje przez gałęzie. Leżę na trawie, z rękami na brzuchu. Powoli odwracam głowę i z nieba spada kilka płatków. Sam siedzi obok mnie z notesem na kolanach. I nagle znowu jest wiosna w pierwszej klasie.
– Dobrze się spało? – pyta.
Znów opadają mi powieki.
– Nie spałem.
– O, doprawdy?
– Przymknąłem tylko oczy, żeby mi odpoczęły.
– Na czterdzieści minut? I chrapałeś dla niepoznaki?
– Czterdzieści minut? – Mrugam ze zdziwieniem. – Jezu, czemu mnie nie obudziłeś?
– Myślałem, że tylko przymknąłeś oczy – mówi Sam z lekkim uśmiechem. – Siada, odkładając ołówek na trawę. – Straciłem poczucie czasu. Musiałem dokończyć rysunek. – Wietrzyk mierzwi mu ciemne włosy. Mógłbym tak leżeć cały dzień i na niego patrzeć. – Nawet mi wyszedł.
– A co z zadaniem z matmy?
Wzdryga się.
– Zapomniałem…
– Sam, jutro mija termin! Od kogo mam ściągnąć?
– Nie chcesz zobaczyć mojego rysunku? – Zerka na mnie. – Narysowałem twój portret.
Mrużę oczy.
– Pokaż…
Sam podaje mi zeszyt. Rysunek przedstawia mnie leżącego na trawie z ręką za głową, w otoczeniu kwiatów. Jeszcze nikt mnie nie rysował.
– Nie bardzo umiem cieniować – stwierdza.
– Narysowałeś to, kiedy spałem?
– Możesz mi powiedzieć, jeśli ci się nie podoba.
– Jest okej. – Wskazuję na swój portret. – Tylko ramiona ci nie wyszły. Mam znacznie bardziej wyrzeźbione mięśnie.
Sam drapie się po brodzie.
– Faktycznie… coś mi nie pasowało…
Śmiejemy się, oddaję mu zeszyt.
– Podobają mi się te kwiaty. Róże, prawda?
– Białe róże. Moje ulubione.
– Moje też – mówię.
Prawdę mówiąc, nigdy nie miałem ulubionych kwiatów. Ale teraz już mam.
– Wiesz, o czym myślałem? – rzuca Sam. – Faceci dostają za mało kwiatów.
– Zgadzam się. Trzeba to zmienić.
Sam się uśmiecha.
– Mogę cię o coś zapytać? – mówi po chwili ciszy.
– Dawaj.
– Kto to jest Zach?
Tego się nie spodziewałem. Skąd wie o Zachu?
Sam zerka na moją komórkę leżącą między nami.
– Wybacz, widziałem, że pisał do ciebie kilka razy.
– Kolega – odpowiadam wymijająco.
– Czemu jeszcze go nie poznałem?
– Mieszka aż w Redmond. – To miasteczko w stanie Waszyngton, tuż za Seattle, jakieś półtorej godziny drogi od Ellensburga.
– Super. Długo się znacie?
Przesuwam ręką po trawie, nie mam ochoty odpowiadać na to pytanie.
– Czy ja wiem? Niezbyt długo. – Piszemy ze sobą dopiero od kilku tygodni. Nawet jeszcze się nie widzieliśmy. Głupio mi o tym mówić, zwłaszcza że mało kto w szkole wie o mojej orientacji.
– Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć – zapewnia Sam.
Waham się. Przyjaźnimy się od siódmej klasy i jest niewiele rzeczy, których o sobie nie wiemy. Niektórych wolałbym jednak na razie nie zdradzać.
– Wiem – odpowiadam.
Sam znów się uśmiecha i spogląda na jezioro.
– Woda przyjemnie dziś wygląda – zauważa, zmieniając temat. – Może powinniśmy popływać.
Prycham.
– I odłożyć matmę?
Wzdycha.
– Masz rację. Musimy być odpowiedzialni.
Mrużymy oczy i wymieniamy spojrzenia. To taka nasza zabawa. Czekam na jego uśmiech, a potem zrywamy się z miejsca i pędzimy na pomost, rzucając za siebie koszulki. Wskakujemy do wody i wszystko wokół znika, a wspomnienie się zmienia…
***
Eleganckie półbuty stukają o marmurową podłogę w hotelowym holu. Stoimy z Samem przed salą bankietową, w koszulach i pod muchą. Z sali płynie muzyka i Sam zagląda do środka.
– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – pyta.
– A co się może stać?
– Mogą nas aresztować.
– Bo wkręciliśmy się na wesele?
Sam wzdycha.
– Nie wiem, jak ci się udało mnie do tego namówić.
Jest jesień. Druga klasa liceum. Sagamore to najładniejszy hotel w Ellensburgu. Mijaliśmy go setki razy i żartowaliśmy, że kiedyś się tam zakradniemy. Jeśli mam być szczery, nigdy nie sądziłem, że naprawdę to zrobimy, a jednak. Chwytam Sama za barki.
– Wchodzimy, łapiemy po kawałku tortu i spadamy. No, może coś wypijemy. Nikt się nie połapie.
– Może mają koktajl z krewetek.
– Dobrze kombinujesz.
Poprawiamy sobie nawzajem kołnierzyki i ruszamy. Wejście tonie w kwiatach, a my kierujemy się w stronę tłumu gości weselnych. Widać, że mają kasę, bo rzeźby z lodu są większe od nas. Dotykam jednego z lodowych łabędzi.
Sam mnie popycha.
– Zostaw.
– Sprawdzałem, czy jest prawdziwy.
– Mamy być niewidzialni, pamiętasz? – Sam patrzy na mnie z dezaprobatą. Następnie rozgląda się po sali i rzuca: – Chwila, czy to fotobudka?
– Fotobudka?
Wbiegamy do środka. Kilka zdjęć później bierzemy odbitki i ruszamy do bufetu. Twarz Sama rozjaśnia się na widok truskawek w czekoladzie. Kładzie dwie na talerzu.
– Wszystko wygląda przepysznie – stwierdza.
– A nie mówiłem, że to świetny pomysł?
– Wyobraź sobie własne wesele w takim stylu.
Wzruszam ramionami.
– Trochę przegięli.
– Ale chciałbyś się ożenić, nie?
Zastanawiam się nad tym.
– Może. A ty?
– Jasne. To znaczy jeśli spotkam właściwą osobę. – Wodzi wzrokiem po sali, jakby wyobrażał sobie własną imprezę. – Ale raczej bez takiej pompy.
– Na ślubie człowiek dostaje kwiaty – zauważam.
– Fakt. – Sam z zadowoloną miną skupia się na deserze.
Szkoda, że nie mogę mu powiedzieć, jak świetnie dzisiaj wygląda. Jak światło dokoła nas podkreśla głęboki brąz jego oczu. Znajdujemy stolik i delektujemy się jedzeniem. Potem idziemy na parkiet, żeby zobaczyć zespół. Stoimy zasłuchani, kiedy podchodzi do nas wysoki mężczyzna.
– Przepraszam – mówi. – Chyba was tu jeszcze nie widziałem.
Wymieniamy nerwowe spojrzenia. Na szczęście stojący za nim facet z aparatem ratuje nas z opresji.
– Kilka słów dla młodej pary?
Patrzymy po sobie. Sam mnie szturcha.
– Uhm… oczywiście – bąkam. Obejmuję Sama ramieniem i uśmiecham się do obiektywu. – Dziękujemy za tak piękny wieczór. Chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że jesteście dla siebie stworzeni. To była czysta przyjemność patrzeć, jak się w sobie zakochujecie. Wszystkiego najlepszego dla… – Zamieram, bo nie znam imion młodej pary.
– …was, gołąbeczki! – uzupełnia Sam.
– Przestań, bo się wzruszę – mówię, wachlując oczy.
Mężczyzna się odwraca, a Sam łapie moją rękę. Pękam ze śmiechu, kiedy odciąga mnie z zaniepokojoną miną.
– Spadamy, Oliver.
– Ale jeszcze nie kroili tortu!
– Nie chcę, żeby nas nakryli.
– Wyluzuj, nikt się nie połapał.
– Wystarczy – nalega. – Idę po kurtkę, spotkamy się przy drzwiach.
– Ale ty jesteś!
Odchodzi, zanim go powstrzymuję. A tak fajnie grali. Nagle wpadam na pewien pomysł. Idę do kapeli, na szczęście gitarzysta zna utwór, o który proszę. Czekam, aż zagrają, gdy Sam wraca na parkiet.
– Co tak długo? Miałeś być przy drzwiach.
– Może jeszcze jedna piosenka? – proponuję.
– Zostań, jak chcesz. Ja poczekam w samochodzie.
– No weź, Sammy. – Łapię go za rękę, ale on się wyrywa.
– Poczekam na zewnątrz.
Rusza do wyjścia, gdy jak na komendę rozlegają się znajome takty. Sam natychmiast je rozpoznaje. Zastyga w miejscu. Jest tylko jeden utwór, który mógł go zatrzymać. Escape Ruperta Holmesa, powszechnie znany jako Piña Colada Song. To jedna z ulubionych piosenek Sama, musiałem słuchać jej z tysiąc razy. Kilka lat temu wymyśliliśmy do niej układ na rocznicę jego rodziców.
Odwraca się powoli, świdrując mnie wzrokiem. Z uśmiechem podchodzę do niego, kołysząc się do rytmu. Wreszcie Sam postukuje nogą o parkiet, jakby muzyka wzięła nad nim górę, a gdy rozlega się refren, poddaje się i tańczy wraz ze mną. Ku mojemu zdziwieniu, pamiętamy kroki niemal bezbłędnie. Uwielbiam na niego patrzeć, gdy śpiewa z wokalistą, jakby nikt poza nami nie istniał.
Otacza nas dym z maszyny na scenie. Sam idzie w tamtą stronę, a ja za nim. Muzyka cichnie, kiedy znikamy w oparach, i wspomnienie znowu się zmienia…
***
Dym przechodzi w mgłę, kiedy w sobotni wieczór wysiadam z autobusu. Jest wpół do ósmej. Zach mieszka półtorej godziny od Ellensburga. Spotykamy się wreszcie po trzech miesiącach korespondowania. Jeszcze nigdy nie byłem na randce. Wybrałem śródziemnomorską knajpkę, bo kiedyś wspomniał o niej przez telefon. Siadam przy stoliku i czekam na niego.
Zach się spóźnia. Wysyłam mu kolejną wiadomość.
Hej, właśnie dotarłem.
Siedzę przy stoliku
w głębi po lewej stronie.
Oby niedługo się zjawił. Kelnerka przychodzi po moje zamówienie.
– Czekam na kolegę – mówię.
Mija dwadzieścia minut. Czemu jeszcze mi nie odpisał? Wyglądam przez szybę w nadziei, że go zobaczę. Wreszcie powraca kelnerka.
– Przepraszam, niedługo przyjdzie.
– W porządku, skarbie, ale mamy dziś długą listę oczekujących.
Zach nadal się nie odzywa. Mam nadzieję, że wszystko gra. Po kolejnych dwudziestu minutach jestem zmuszony zwolnić stolik i poczekać na zewnątrz. Zaczyna kropić. Stoję na chodniku pod daszkiem, żeby mi włosy nie zmokły.
Mój telefon wibruje. Wiadomość od Zacha. Nareszcie.
Sorry, nie dam rady.
W pierwszej chwili myślę, że żartuje.
Jak to? Coś się stało?
Nie jestem na to gotowy.
Mogłem ci wcześniej powiedzieć.
Przecież prosiłeś, żebym przyjechał,
taki kawał drogi.
Wiem, przepraszam.
Po prostu nie mogę.
Nie wiem, co na to odpisać. Razem to zaplanowaliśmy.
Spróbujemy kiedy indziej?
Wiadomość nie przechodzi. Najpierw myślę, że nie mam zasięgu, po czym sprawdzam aplikację i widzę, że nie ma jego profilu. Szukam naszych starych wiadomości, ale wyparowały. To chyba jakaś pomyłka, nie? Jak go znajdę? Pada coraz bardziej. Następny autobus mam dopiero za parę godzin. Nie sądziłem, że czeka mnie samotny wieczór. Wpatruję się w pusty ekran. Wysyłam kolejną wiadomość i znajduję ławkę, aby usiąść.
Nie wiem, ile upływa czasu, ale w pewnym momencie ktoś staje obok i osłania mnie parasolem. Nie muszę nawet sprawdzać, kto to taki.
– Dlaczego mokniesz? – Wciąż trzyma nade mną parasol. Unoszę głowę. Musiał wyjść wcześniej z treningu piłkarskiego, żeby po mnie przyjechać.
– Ach, no wiesz… chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza.
– W Redmond?
Może powinienem wyznać mu prawdę. Jak by nie było, tłukł się taki kawał. Wypuszczam powietrze.
– Miałem spotkać się pierwszy raz z Zachem. Ale nie przyszedł.
– Wiedział, że przyjeżdżasz?
– Od dawna to planowaliśmy. – Wskazuję na restaurację. – Powiedziałem mu, że mogę przyjechać autobusem, ale chyba tylko straciłem czas.
– Przykro mi, Oliver.
Wzruszam ramionami.
– Nic się nie stało. Mogło być gorzej, co nie?
– Jasne, on i tak na ciebie nie zasługuje.
– Jesteś moim najlepszym kumplem, musisz tak mówić.
– Ale to prawda – zapewnia. – Zasługujesz na kogoś lepszego, jasne? Na kogoś, kto da ci kwiaty.
Szkoda, że to nie możesz być ty – oczywiście zachowuję tę myśl dla siebie. Wstaję z ławki i kładę mu głowę na ramieniu.
– Dzięki, że po mnie przyjechałeś. Wracajmy do domu.
– Ale skoro już tu jesteśmy. – Sam ogląda się na restaurację i znów patrzy na mnie. – Może jeszcze mają otwarte, jeśli chcesz iść.
– Ani mi się śni.
Sam parska śmiechem.
– To chodźmy na pizzę.
Obejmuje mnie i ruszamy chodnikiem. Znajdujemy lokal po drugiej stronie ulicy. Sam otwiera przede mną drzwi. Kiedy wchodzę do środka, wspomnienie znowu się zmienia, ciągnąc mnie gdzie indziej…
***
Wchodzę do kawiarni tonącej w słonecznym blasku. Jest popołudnie, pełno ludzi. Sam stoi za ladą, wołając klienta po zamówienie. To jego pierwszy tydzień w tej pracy. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę, może przy okazji dostanę coś gratis.
– Przepraszam. – Kaszlę, nadając głosowi głębsze brzmienie. – Chciałbym wiedzieć, czym różni się cappuccino od latte. Muffinki wypiekacie na miejscu?
– Po pierwsze, to sconesy, a nie muffinki – uściśla Sam. – I od kiedy to pijesz kawę?
Unoszę rękę.
– W taki sposób się zwraca do klienta? – pytam z udawanym oburzeniem. – Domagam się rozmowy z kierownikiem.
– Spadaj.
Wybuchamy śmiechem. Opieram się o ladę.
– Okej, Skalmarze. Jak ci idzie w pierwszym tygodniu roboty?
– Nabieram wprawy – odpowiada, przerzucając ścierkę przez ramię. – Szkoda, że nie było cię tu w godzinach szczytu. Dwie kobiety się na mnie darły. Jednocześnie. – Odwraca się i sięga po coś.
– Mam nadzieję, że korzystasz z darmowych napojów.
– Właśnie robię jeden…
Stawia na ladzie parującą filiżankę. Pianka jest posypana cukrem.
– Ładnie wygląda – mówię.
– Lawendowa latte z miodem. Ale to nie dla mnie. – Przez chwilę myślę, że może dla mnie, gdy Sam wskazuje stolik w głębi kawiarni. – Dla tej dziewczyny za tobą.
– Aha.
– Zamówiła taką ostatnio. Ma na imię Julie.
Przyglądam się jej dyskretnie. Ma brązowe matowe włosy, siedzi sama i pisze coś w notesie. Jeszcze nigdy jej tu nie widziałem.
– Trochę się wstydzę – przyznaje Sam.
– Rozmawialiście już?
– Niezupełnie – odpowiada. – Chodzimy razem na zajęcia. Chyba przeniosła się tu kilka miesięcy temu. Myślisz, że mogę postawić jej kawę? Nie będzie dziwnie? Może nie powinienem. Chyba że to dobry pomysł twoim zdaniem.
Korci mnie, żeby mu to wyperswadować. Ale widzę, że naprawdę chce. Chyba rzeczywiście mu się spodobała. Nie mam zamiaru stawać im na drodze.
– Po prostu spróbuj. Nic nie ryzykujesz.
– A jeśli pomyśli, że jestem dziwny?
– Trochę jesteś – przyznaję. – Ale może ona takich lubi.
– Okej, masz rację. – Sam nabiera tchu i wypuszcza powietrze. – Idę.
Patrzę, jak podchodzi do stolika i stawia przed nią filiżankę. Jestem za daleko, żeby słyszeć, co mówi, ale chyba dobrze mu idzie, bo dziewczyna się uśmiecha. W pewnym momencie Sam wysuwa krzesło i siada obok niej. Liczyłem, że mnie też zrobi coś do picia, ale nie chcę im przeszkadzać. Czekam jeszcze chwilę i wychodzę. I tak pewnie zapomniał, że tu jestem.
***
Wspomnienie znowu się zmienia. Kiedy wychodzę z toalety, muzyka dudni przez ściany. Jest dyskoteka na zakończenie drugiej klasy. Mam na sobie czarną koszulę i mokre włosy. Myję ręce, gdy drzwi się otwierają i wchodzi Sam.
– Oliver! Tu jesteś. – Uśmiecha się szeroko. – Kiedy przyszedłeś?
– Dosłownie przed momentem. Chciałem się trochę wysuszyć.
Zakręcam kran i biorę papierowy ręcznik. Sam podchodzi i patrzy na mnie w lustrze nad umywalką.
– Co się stało?
– Nic.
– Na pewno?
Próbuję to zatuszować uśmiechem, lecz Sam zawsze wie, gdy coś mnie gryzie.
– Nic takiego – mówię. – Ojczym znowu awanturował się o samochód. Dlatego przyjechałem rowerem.
Oczywiście to nie wszystko, ale nie mam ochoty wchodzić w szczegóły.
– Mogłeś mi powiedzieć, przyjechałbym po ciebie.
Macham ręką.
– Nie ma o czym mówić. Do twarzy mi z mokrymi włosami.
– Cieszę się, że dotarłeś – szepcze, ściskając moje ramię. – Chciałem ci coś dać.
Ma białą różę przypiętą do koszuli. Patrzę, jak odpina ją ostrożnie i przypina do mojej piersi.
– Gotowe.
– Dajesz mi ją?
– Wiedziałem, że ty będziesz z nią ładniej wyglądał.
Sam nie wiem, jak to rozumieć. Jeszcze nigdy nie dostałem od nikogo kwiatów.
– Dzięki – mówię.
Sam się uśmiecha.
– Fajnie, że ci się podoba. Chodźmy.
Światła wirują na sali gimnastycznej, kiedy idziemy na parkiet. Wszyscy tłoczą się wokół didżeja, tańcząc do utworu The Weeknd. Żaden z nas nie ma dziś pary, więc gdy leci wolny kawałek, stoimy i się kiwamy. Wygląda super z włosami zaczesanymi na bok. W innym świecie poprosiłbym go do tańca. Ciekawe, czy by się zgodził.
Zjawia się nasza koleżanka Sarah i klepie mnie w ramię.
– Cześć, Oliver. Masz ochotę zatańczyć?
– Zdecydowanie.
Obejmujemy się i kołyszemy w rytm muzyki. Widzę, że Taylor poprosiła Sama do tańca. Często jesteśmy z nimi w parze na angielskim. Tańczymy razem kilka piosenek, po czym Sarah i ja postanawiamy iść na górę po coś do picia. Kiedy wracamy na parkiet, Sama nie ma. Pytam kilka osób, czy widziały, dokąd poszedł.
– Chyba na zewnątrz – słyszę od kogoś.
– Mówił, po co?
Ale nikt nie wie. Może chciał łyknąć świeżego powietrza. Wychodzę z sali gimnastycznej i idę korytarzem. Po wyjściu z budynku zaraz go zauważam. Tańczy z Julie wolny taniec na parkingu. Obserwuję ich ze ściśniętym sercem. Nawet nie wiedziałem, że ona tu dzisiaj będzie. Sam bierze ją za rękę, a ona opiera mu głowę na piersi.
Żałuję, że go w ogóle szukałem. Zanim wracam do środka, sprawdzam, czy nadal mam różę przypiętą do koszuli. Wszystko blaknie dokoła mnie i wspomnienie znowu się zmienia.
***
Na imprezę halloweenową w trzeciej klasie liceum zakładam czarną maskę. Motyw przewodni to: „nierozłączni”. Rozważaliśmy z Samem kilka pomysłów, ale w końcu padło na Batmana i Robina. Oświadczyłem, że mogę być Robinem, po cichu wolałem złotą pelerynę. Poza tym zieleń to podobno mój kolor.
Znajduję Sama w kuchni, gawędzi z Taylor i Sarah, które siedzą na blacie, przebrane za Velmę i Daphne. Kiedy podchodzę, Sam rzuca mi puszkę napoju.
– Batman i Robin? – prycha Taylor. – Ależ wy jesteście oryginalni…
Unoszę brwi i mierzę ją wzrokiem.
– Velma i Daphne? Przynajmniej nie musimy rywalizować z psem.
– A czy Daphne nie jest ruda? – pyta Sam.
Taylor przewraca oczami i rzuca blond czupryną.
– Nie mam zamiaru farbować włosów na imprezę.
– To mogłaś być Fredem – stwierdzam.
Wszyscy się śmieją.
– Tak w ogóle gdzie jest Julie? – pyta Sarah.
– Pojechała do taty do Seattle – mówi Sam.
Ludzie kierują się w stronę dużego pokoju, gdzie zaczyna się gra w piwnego ponga. Dostaję długą wiadomość od mamy i zatrzymuję się, by ją odczytać. Coś się dzieje w domu. Przed wyjściem miałem złe przeczucia. Ostatnio mamy problemy z ojczymem. Liczyłem, że sytuacja się poprawi. Odpisuję, że zaraz będę. Zwracam się do Sama.
– Mógłbym pożyczyć twój samochód?
– A co?
– Muszę na chwilę wrócić do domu.
– Coś się stało?
Nie mam ochoty o tym mówić, ale on sam zgaduje.
– Wyskoczę tylko na chwilę – dorzucam.
– Dobra, jadę z tobą.
– Nie trzeba…
– Pojadę – nalega.
Wyciąga kluczyki, wychodzimy na zewnątrz i wsiadamy do samochodu. Rzucam pelerynę na tylne siedzenie, on włącza silnik. Na szczęście mamy blisko. Denerwuję się, kiedy podjeżdżamy przed mój dom. Furgonetka ojczyma stoi w garażu, co znaczy, że jeszcze jest w domu. Proszę Sama, żeby poczekał w samochodzie, lecz on idzie ze mną.
– Zostań, naprawdę.
– Idę z tobą – powtarza.
Biorę głęboki oddech i otwieram drzwi wejściowe. Widzę porozrzucane ciuchy, ale poza tym wszystko wygląda jak zawsze. Wtedy zauważam rozbite naczynie na podłodze.
– Mamo? Jesteś w domu?
Następuje chwila ciszy, po czym otwierają się drzwi sypialni. Wychodzi mama z małą torbą. Ojczym krzyczy coś z wnętrza pokoju.
– Co się dzieje? – pytam.
Mama potrząsa głową.
– Nic takiego, Oliver – szepcze.
Stawia torbę na stole i chowa do niej portfel.
– To dlaczego on wrzeszczy?
– Nie zwracaj na niego uwagi, dobrze? Pomóż mi zabrać rzeczy.
Nagle zaczynam rozumieć. Pewnie znowu się pokłócili. Sam i ja wymieniamy spojrzenia. W sumie jestem zadowolony, że ze mną przyszedł.
– Nic się nie martw, pomożemy ci się spakować.
Wracam z nią do pokoju, gdzie ojczym siedzi przed telewizorem. Odwraca głowę w naszą stronę, wiatrak kręci się pod sufitem. Rzadko tu wchodzę podczas jego obecności.
– Pukać to nie łaska? – burczy.
Milczę. Mama też się nie odzywa, tylko bierze z szafy drugą torbę.
– A ty dokąd?
Nie zwraca na niego uwagi, tylko wyciąga ubrania.
– Odpowiedz, jak do ciebie mówię.
Nie cierpię jego głosu. Ani tego, jak się do niej zwraca. Nie wiem, o co im poszło, ale to nieważne. Kiedy się podnosi, ściska mnie w żołądku. Nie jest szczególnie rosły, ale nadrabia wrzaskiem.
– Odpowiadaj, kiedy cię pytam.
– Nie odzywaj się tak do niej.
Pierwszy raz tak na niego wsiadłem.
– Oliver – karci mnie mama.
– Pilnuj tego chłopaka. I nigdzie nie pójdziesz. – Kiedy łapie jej torbę, coś we mnie wstępuje. Podchodzę i go odpycham. Przewraca się, strącając lampę. Patrzy na mnie oniemiały.
Kiedy się podnosi, Sam staje między nami i kładzie mi ręce na barkach.
– Pomóżmy twojej mamie się spakować – mówi ze spokojem.
Ale ojczymowi daleko do jego spokoju. Bierze lampę i ciska nią w lustro, które idzie w drobny mak.
Aż mnie strzela.
– Myślisz, że się ciebie boję?! – wrzeszczę.
– Wynocha! – odwrzaskuje.
– Z chęcią! Nigdy nie chciałem tu mieszkać.
– Zabieraj matkę i żebym was tu więcej nie widział. – Odwraca się do niej. – Widzisz, co narobiłaś? Co chwilę łaziłaś przed telewizorem i nie mogłem oglądać meczu.
Nagle zaczynam rozumieć.
– A więc to o to chodziło? O głupią telewizję? – Zdarzało się już, że wrzeszczał, bo mu zasłaniała albo niechcący zmieniła kanał. Raz nawet rzucił w nią pełnym talerzem. Zaprzeczała, ale słyszałem z pokoju, jak trafił w ścianę.
– Uważaj, do kogo mówisz – ostrzega.
– Do dupka, a do kogo?
– Wynocha z mojego domu!
Sam stoi między nami, pilnując, żeby do niczego nie doszło. Wreszcie mama kończy się pakować i zapina torby.
– Idziemy, chłopcy – mówi.
Sam bierze jedną z toreb i rusza do drzwi.
– Miłego spania na ulicy – warczy ojczym.
Zaciskam pięść i zwracam się do Sama.
– Idź z mamą do samochodu – szepczę.
– Oliver…
– Idź.
Sam zaciska usta, po czym wyprowadza ją z pokoju. Pewnie będę tego żałował, ale złość, która wzbierała we mnie cztery lata, wreszcie puszcza jak tama. Łapię kij golfowy, który trzyma za komodą, i uderzam nim w ekran telewizora. A potem rzucam kij na podłogę.
– Proszę. Sprawa załatwiona.
Ojczym oblewa się purpurą i wrzeszczy jak opętany, ale ja się zmywam, zanim rozpęta się prawdziwe piekło. Słyszę głos Sama. Kiedy wychodzę z domu, owiewa mnie nocne powietrze i wspomnienie zmienia się po raz ostatni…
***
Na chwilę wszystko wokół mnie ciemnieje. Potem niebo rozjaśniają punkciki światła, kiedy ognisko ożywa za moimi plecami. Ostatni wieczór wspólnego wyjazdu z okazji zakończenia liceum. Stoję na zboczu, wpatrzony w góry. Kiedy odwracam głowę, Sam stoi obok. Spoglądamy na siebie chwilę. Inni piją i śmieją się w tle.
– Co ty dzisiaj taki cichy? – rzuca.
Wzruszam ramionami.
– Znasz mnie… Myślę.
– O czym?
– O wszechświecie. O sensie życia. O tym, że pewnie tego nie powtórzymy. – Z westchnieniem wkładam ręce do kieszeni. – No wiesz, skoro wyjeżdżasz.
– Nie dramatyzuj. Będę zaledwie kilka godzin stąd.
– Jakbyś wyjechał za granicę.
Sam przenosi się do Portland w stanie Oregon, idą tam z Julie do college’u. Spotykają się prawie trzy lata, a mam wrażenie, jakby wczoraj rozmawiali ze sobą pierwszy raz.
– Przecież wiesz, że będę przyjeżdżał – zapewnia. – I mamy dla siebie całe lato. Wyskoczymy gdzieś we dwóch.
– Obiecujesz?
Sam się uśmiecha.
– Dokąd tylko zechcesz.
Od razu mi lepiej. Ruszymy razem w podróż. Odkąd spotyka się z Julie, jest inaczej. Znów wyjechała na tydzień do Seattle, do taty. Ulżyło mi na wieść, że dzisiaj jej tu nie będzie. Myślałem o tym, żeby mu wyznać, co czuję. Tyle razy wyobrażałem sobie tę chwilę, a wciąż nie mogę znaleźć odpowiednich słów.
Sam patrzy w ogień. Na pewno chce dołączyć do pozostałych, ja chyba też powinienem. Do końca roku zostało tak mało czasu, kto wie, czy jeszcze będzie okazja. Nabieram tchu.
– Sam… chciałbym ci coś powiedzieć.
– Tak?
– Sam nie wiem, jak to ująć. Nie chcę, żeby coś się między nami zmieniło… – Milknę.
– Wykrztuś to wreszcie.
– Okej, chciałem powiedzieć, że…
Ale Sam dostaje powiadomienie. Zerka na wyświetlacz komórki.
– O raju.
– Co się stało?
– Mam dziesięć nieodebranych połączeń od Julie – mówi. – Miałem ją odebrać godzinę temu! Chyba wraca pieszo do domu. – Próbuje oddzwonić, ale włącza się poczta głosowa. Odwraca się znowu do mnie. – Czekaj, chciałeś coś powiedzieć.
Chwila minęła. Uśmiecham się do niego.
– Nieważne. Powiem ci innym razem.
– Naprawdę przepraszam. Napiszę, jak wrócę do domu, dobrze?
– Nie przyjedziesz już tutaj?
Sam marszczy brwi.
– Raczej nie. Do Julie mam ponad godzinę drogi, a muszę ją odwieźć.
– Naprawdę szkoda.
– No wiem. Ale wyskoczymy gdzieś w weekend, obiecuję.
Kiedy obejmujemy się na pożegnanie, ogarnia mnie dziwne przeczucie. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale mam ochotę go zatrzymać. Uczucie nie mija, kiedy odprowadzam go wzrokiem.
Nie wiedziałem wtedy, że widzę go po raz ostatni. Że nie będzie żadnego później. Że przez cały wieczór będę czekał na wiadomość, która nie nadejdzie. Że go straciłem. I nawet o tym nie wiedziałem.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
PROLOG
Okładka
