Trzy kroki od miłości, dwa kroki od śmierci - Jolanta Cywińska - ebook + audiobook + książka

Trzy kroki od miłości, dwa kroki od śmierci ebook

Jolanta Cywińska

3,0
19,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Historia czworga bohaterów, opowieść, która rozpoczyna się tuż przed wybuchem II wojny światowej i sięga lat 90. XX wieku. Na tle burzliwych dziejów rozgrywają się losy pochodzących z odmiennych sfer ludzi, którzy, zamiast oczekiwanego szczęścia, muszą stanąć przed trudnymi wyborami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 469

Oceny
3,0 (3 oceny)
1
0
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jolanta Cywińska

Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci

Saga

Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2020, 2021 Jolanta Cywińska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726815139

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział I

Jest piękna, ale te jej oczy, jakieś dziwne, takie nie z tego świata – stwierdził Andrzej wpatrując się w portret ciotki Marii wiszący nad komodą.

– Masz rację, była niesamowita. Tajemnicza, jakby naprawdę miała jakieś konszachty z zaświatami i to niekoniecznie z niebem. Ale piękna? Nigdy nikt jej za taką nie uważał.

– Od dawna nie żyje?

– Zdaje się, że zmarła w siedemdziesiątym dziewiątym. Nagle, tak jak żyła, tak umarła. Położyła się do łóżka i po kilku godzinach już jej nie było. Poczekała tylko na lekarza i jak wyszedł, ona też odeszła.

– Jesteś do niej podobna – zauważył Andrzej.

– Niemożliwe, to daleka rodzina – odpowiedziała Marta.

Od dłuższego czasu stali obydwoje przed portretem ciotki Marii i studiowali rysy jej twarzy. Portret wisiał w tym pokoju odkąd pamiętała. Był to przeciętny obraz przeciętnego malarza, ale miał w sobie coś intrygującego. Maria była w rodzinie legendą. Jej trudne życie przeorane wojną odzwierciedlała twarz przeorana przeżyciami. Właściwie, chociaż od jej śmierci upłynęło wiele lat, miało się wrażenie, że nadal jest obecna w tym pokoju i w tym starym domu, w którym spędziła niemal całe życie.

To był naprawdę jej pokój w pełnym tego słowa znaczeniu. Nikt tu nie mieszkał i nie sypiał, gdyż wśród rodziny miał złą renomę, jako że właśnie z tego miejsca dusza Marii ruszyła w zaświaty. Od tamtej chwili mówiono, że ciotka straszy, zwłaszcza odkąd jeden z nocujących tam wujów stwierdził, że nawiedziła go jakaś mglista postać snująca się wzdłuż ścian. Wuj uchodził w rodzinie za człowieka praktycznego, takiego z głową na karku, więc ze zrozumiałych względów wszyscy woleli feralny pokój omijać.

W chwili śmierci ciotki słyszano podobno stukanie obcasów, jakby jakaś kobieta w eleganckich butach przemieszczała się z pokoju do pokoju. Potem ciało Marii odjechało do zakładu pogrzebowego. Powróciło następnego dnia w czarnej sukni i pantoflach z klamerkami, żeby niemo i nieruchomo przyjmować ostatnich gości w salonie. Ciężkie wieko trumny położyło kres tym wizytom i dla Marii na zawsze zgasło wtedy ziemskie światło. Wszystko ucichło w majestacie śmierci i czas obrócił się w stronę żywych. Ten stary dom, pachnący zamierzchłymi czasami i dawno zapomnianymi dobrymi manierami już sam w sobie miał coś tajemniczego. Duch jak najbardziej pasował do tych wnętrz.

Nad domem przetoczyły się dwie wojny i dwa ustroje, później eksplozja nowoczesnej techniki i ręka nowoczesnego człowieka przetrząsała jego stare kąty. Domownicy przystosowali się do nowych czasów, ale portret ciotki Marii nadal intrygował, podobnie jak nieznane zakamarki jej życiorysu, których nikt w rodzinie do końca nie poznał, mimo wielu starań. Ciotka postanowiła zachować część przeżyć tylko dla siebie i nie chciała o nich mówić.

***

Było późne lato. W ogrodzie otaczającym piękną, ale już nieco podniszczoną willę, stał leżak, a na nim, z pochyloną głową, siedziała ubrana na czarno kobieta. Rzadko się poruszała i prawie nic nie mówiła. Kiedy była brzydka pogoda, albo zimą, tkwiła w ten sam sposób przy oknie. Właściwie wszyscy przywykli już do takiego trybu życia ciotki Marii. Od kilku lat do nikogo się nie odzywała, poza krótkimi żądaniami, bo ona nigdy o nic nie prosiła, zawsze rozkazywała. Miało się wrażenie, że z każdym rokiem robiła się coraz gorsza. Lekarzy sprowadzanych przez kuzynkę odprawiała, żadnych leków brać nie chciała. Z czasem wszyscy zaczęli poddawać w wątpliwość stan jej umysłu i powszechnie się przyjęło, że ciotce brakuje tak podstawowego elementu jak piąta klepka. Lecz kiedy matka Marty przyciszonym głosem rozprawiała któregoś razu ze znajomymi o tym ciotczynym defekcie, tamta nagle przemówiła:

– Czy widzieliście kiedykolwiek moi drodzy piątą klepkę?

Wszyscy podeszli do niej spoglądając wyczekująco, ale ona nic więcej nie powiedziała, tylko dziwny uśmiech pojawił się na jej twarzy.

– Może ona ma depresję, może by ją zawieść do jakiegoś psychologa, ba psychiatry nawet, niech na litość boską z nią porozmawia, albo coś z nią zrobi. Przecież ona nie może godzinami tak siedzieć – lamentowała matka Marty. – Nic tylko siedzi, siedzi i siedzi. Założę się, że dręczy się jakimiś sprawami z przeszłości. Żeby się tylko od tego rozpamiętywania nie rozchorowała, bo ja nie mam czasu zajmować się chorą osobą. W ogóle sobie tego nie wyobrażam, a jak ją oddamy do domu opieki, w jakim to nas postawi świetle? Ale co robić? Ja pracuję, Wojtek też, Marta jeszcze studiuje i na stypendium ma niedługo wyjechać, a tu taki kłopot byśmy mieli. W tym momencie spojrzała na córkę.

– To była kiedyś naprawdę wspaniała osoba. Nie zaprzeczam. Ty zresztą jej nie pamiętasz. Ale co z tego, że była wspaniała, kiedy sama rozumiesz, nie mogę się nią przez cały dzień zajmować. I tak dużo uwagi jej poświęcamy. No i sprawa domu – dodała ciszej i westchnęła.

– Jak go się kiedyś wyremontuje, będzie naprawdę piękny i sporo wart.

– A co tak naprawdę stało się z wujem? – zapytała Marta.

– Tak naprawdę to nikt nie wie. Trudno, żeby go żałowała czy kochała. Podobno był dla niej taki niedobry... wiesz, kochał inną, zresztą nie wiem czy on kogokolwiek kochał. Tamta kobieta zrobiła potem dobrą partię i gdyby nie wojna byłaby naprawdę szczęśliwa.

– Ale jakim cudem on się powiesił na tej klamce? To prawie niemożliwe. I nikt nic nie słyszał! Ciocia spała, dzieci spały, pies spał...

– Rano się kłócili, tak przynajmniej twierdziła ich gosposia, ale ona opowiadała jeszcze inne niestworzone rzeczy, jak to prosta kobieta. W każdym razie nikomu niczego nie udowodniono, a że nawet jego matka broniła synowej, więc uznano, że to było samobójstwo.

– Mówiłaś, że wujek Maurycy był dla niej okropny.

– Nie ma sensu tego roztrząsać. Lata minęły... Maria wyszła drugi raz za mąż za miejscowego lekarza. Podobno byli szczęśliwi. Do czasu. Ona, jak widzisz, ma bardzo trudny charakter, już sama nie wiem co z nią robić.

Gdy tak rodzina nad nią biadoliła, w głowie Marii działo się mnóstwo rzeczy. Nie chciało jej się żyć, dręczyły wspomnienia, wszystko ją nużyło. Ludzie, którym miała cokolwiek do powiedzenia, odeszli. Przyszły inne czasy i zmiotły znany jej świat, a w tym nowym przestała umieć się poruszać i nawet myślami nie potrafiła wgłębić się w jego obcość. Tak bardzo jej to nie wychodziło, że trafiła do szpitala psychiatrycznego.

– Proszę dać jej spokój, nie zmuszać na siłę do rozmowy – powiedział psychiatra, gdy opuszczała szpital. – Ona żyje w swoim świecie i nic na to nie poradzimy.

Maria, która słyszała co o niej mówią, miała wielką ochotę odpowiedzieć mu, że on też żyje w dziwnym świecie socjalizmu i nie świadczy o jego zdrowiu fakt, że tak świetnie się do tego przystosował. Nie rozumiała czego ci wszyscy ludzie od niej chcą. Czy koniecznie trzeba stale coś paplać? Powiedziała już w życiu wszystko co miała do powiedzenia. Teraz przyszedł czas na milczenie, zresztą wewnątrz niej był krzyk rozpaczy i jednocześnie zdziwienie, że człowiek wszystko może wytrzymać. Ale krzyczeć głośno o tym co czuje nie potrafiła. Była zbyt dobrze wychowana. Niech ją mają za nienormalną. Jej świat lepszy czy gorszy istniał przed wojną. Wtedy na ogół była szczęśliwa. Potem przyszła wojna, czas szaleństwa, w którym nie mogła się połapać. Miała matkę i ojca, a potem już nie miała, pukała do drzwi koleżanek, które właśnie umarły, albo miały umrzeć w nieznanych miejscach. Tylko te zapłakane twarze matek, łudzące się nadzieją. Z owych zaginięć, śmierci i klęsk wyłonił się nowy ład, zupełnie jej obcy. Był jak podróż na odległą planetę, na której panuje inny porządek i inne prawa moralne. Jednak kiedy pod koniec wojny powołano go do życia, pewna część jej koleżanek i kolegów, którzy akurat nie umarli, wpadła w entuzjazm i ten cudaczny rodzaj istnienia zaczęła nazywać „sprawiedliwym”, niosącym „wolność i równość”. W rzeczywistości niósł niesamowite perspektywy oratorskie. Można było mnóstwo mówić o dobru a czynić zło, można było plugawość zagadać słowami o sprawiedliwości dziejowej. Wystarczyło tylko przymknąć oczy, żeby niczego nie dostrzegać. Dla własnego bezpieczeństwa.

Gdyby Adam, jej przedwojenny narzeczony, bardziej ją kochał i nie zawieruszył się gdzieś podczas wojny, mogliby zostać małżeństwem i przechować w swoim domu kawałek dawnego świata. On jednak zakochał się w jakiejś córze ruchu robotniczego, a po wojnie z nonszalanckiego młodzieńca stał się wystraszonym panem w średnim wieku z głębokimi bruzdami smutku na twarzy. Chciał tylko świętego spokoju i swoich czterech ścian, które by mu ten spokój gwarantowały. Zresztą wtedy również jej nie kochał, więc nic już nie miało znaczenia. Poszła inną drogą uczuciową i jak się okazało w złą stronę. Z czasem jednak doszła do wniosku, że lepiej byłoby gdyby bardziej się postarała, bo z dwojga złego wolałaby być niekochana przez Adama, niż nie kochana przez Maurycego. Żeby nie rodzice i ich namowy nie wyszłaby za niego i nie cierpiała tych wszystkich upokorzeń. On dla nikogo nie był dobry, podobno przed wojną skatował służącą, z którą najpierw sypiał. Dziwne plotki o nim powtarzano. Mimo to, pewnego okupacyjnego dnia, zdecydowała się za niego wyjść. Zresztą wszystkim wydawał się w dobrym guście, z dobrej rodziny, z dobrymi manierami, dobrze ułożony, kulturalny, znakomicie powtarzający wszystkie usłyszane lub wyczytane frazesy, co postrzegane było jako inteligencja. Maria z żalem obserwowała, że syn poszedł właśnie w niego. Był jak fotografia Maurycego zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Nieraz mówiła o nim czule „moje bydlątko”. Nie mógł jej tego darować. Był zawzięty, po ojcu.

Czasami przywoływała do siebie syna i długo mu się przyglądała, a wtedy na jego twarzy pojawiał się grymas zniecierpliwienia, taki sam jak u Maurycego. Wydawało się, że coś chce mu powiedzieć, ale kiedy się nad nią pochylał, słowa nie mogła wykrztusić. Potem uciekł za granicę i wcale nie odwiedzał matki. Nikt nie wiedział, gdzie jest i co robi. Jedni mówili, że zbił majątek, inni, że kiepsko mu się powodzi. Wszyscy byli zgodni co do jednego, że lubił imponować i każdego pouczać, zupełnie jak jego ojciec. A że nie umiano domowymi sposobami dojść do żadnych konkretnych wniosków, w końcu zapomniano, że Maria w ogóle miała syna i skupiono się na córce.Ta jednak odeszła zanim przekroczyła próg dorosłości. Jej śmierć zostawiła w sercu Marii pustkę, której niczym nie potrafiła zapełnić.

Kiedy wspomnieniami wracała do Adama i ich niefortunnego narzeczeństwa, z którego nic nie wynikło, nie mogła zrozumieć, dlaczego jej nie docenił, spokojnej, miłej wtedy dziewczyny i bardzo w nim zakochanej. Był pierwszym mężczyzną w jej życiu, więc jak miała się nie zakochać? W dodatku był przystojny, nonszalancki, wysportowany, miał wszystkie zalety jakich oczekiwała. Niestety nie awansowała z narzeczonej dalej, a potem wybuchła wojna i to rodzice postanowili zadbać o jej szczęście w zalewającym świat nieszczęściu. Obydwoje zresztą tłumaczyli, że chcieliby tylko jednego, uszczęśliwić swoją jedynaczkę zanim umrą. I rzeczywiście ojciec zmarł rok po ich ślubie, a matka cztery lata później. Maria i Maurycy zostali sami ze sobą i czas ten wykorzystywali na wzajemne pretensje i awantury. Matka często powtarzała: – Córeczko bez męża będziesz bardzo samotna, a źle jest samotnej kobiecie. Nigdy nie mogła zrozumieć o co matce właściwie chodziło, bo osobiste doświadczenia Marii nie potwierdziły jej słów.

***

To popołudnie było wyjątkowo piękne i Adam na długo je zapamiętał. Niósł je w sobie przez całą wojnę i wiele lat później, po tym, gdy jego świat i ład znalazł się w krainie rozpędzonego absurdu, w którym trzeba było ułożyć sobie normalne życie. Zajęło mu to mnóstwo czasu, aż do starości, ale wtedy jego świat znowu zrobił w tył zwrot i stało się nienormalnie normalnie. Jednak on już odwykł od normalności, dlatego zdiagnozował ją jako szaloną. Tamten czas był wyjątkowy, czerwiec 1939 roku, ostatnie tygodnie pokoju...

Rodzice już wyjechali na letnisko do Brwinowa, chociaż ojciec nie chcąc zamykać swojej kancelarii, co kilka dni wracał do Warszawy. W powietrzu wyczuwało się napięcie spowodowane zbliżającą się wojną, w którą na dodatek prawie nikt nie wierzył, dlatego Adam odnosił wrażenie, że ojciec wraca do stolicy, żeby nadstawić ucha na bieżące wiadomości. W Brwinowie nie miały one takiej mocy, a niekiedy wydawały się wręcz nierealne. Owszem był to jeden z wakacyjnych tematów i okazja do ożywionej rozmowy, której konkluzją zawsze była opinia, że wojnę mamy właściwie wygraną, jeżeli w ogóle Niemcy odważą się nas zaatakować.

Odkąd pamiętał w ich letniskowym domu zawsze było pełno gości, przyjeżdżała rodzina, kuzyni, kuzynki, znajomi. Matka była bardzo towarzyska, a duża willa mogła pomieścić wszystkich. Do jesieni dom tętnił życiem, dopiero we wrześniu przenosili się z powrotem do Warszawy. Tak miało być i w tym roku, w każdym razie rodzice, w przeciwieństwie do historii, żadnych zmian nie planowali. Wyglądali jak na obrazie impresjonisty. Wszystko prześwietlone słońcem i grupa siedząca na tarasie przy okrągłym stoliku. Stara Janowa wniosła właśnie tacę z kawą i ciastkami, gdy wuj Władysław zagrzmiał swoim basem, przy którym wszystkie inne głosy miały wartość westchnienia:

– Drodzy państwo, ja rozumiem wasze obawy, ale nie wpadajmy w przesadę. O wojnie mówiło się i mówi od dawna. Hitler się zbroi, Hitler zajął Austrię i Czechosłowację, Hitler, to Hitler tamto... Zgoda, ale to są małe kraje, tam była zupełnie inna sytuacja. Nas, Polaków on tylko szantażuje. Zresztą dzięki niemu mogliśmy się wreszcie upomnieć u Czechów o nasze Zaolzie, więc tylko na tym skorzystaliśmy. My, to co innego niż taka Czechosłowacja, mamy świetną armię i potężnych sojuszników i wspomnicie państwo moje słowa, jeśli Hitler zaatakuje Polskę, zgotuje sobie prawdziwe piekło.

– Niedawno Józef dał sto złotych na Fundusz Obrony Narodowej, a ja dołożyłam jeszcze dwa złote pierścionki – wtrąciła pani Zofia, matka Adama.

– No więc i ofiarność naszego społeczeństwa i sprawność naszej armii, odstraszą Hitlera! A niech sobie pokrzyczy, w tym jest dobry – ciągnął wuj Władysław. – Minister Beck powiedział w maju, że my w Polsce nie znamy pokoju za wszelką cenę, bo dla nas najważniejszą wartością jest nasz honor – wuj rąbnął pięścią w stolik i dodał nieco ciszej: – Ten Beck taki sobie polityk, nigdy nie miałem do niego przekonania, ale tymi słowami naprawdę mnie ujął.

– To niewątpliwie piękne słowa – wtrącił ojciec Adama – ale jednak Niemcy coraz natarczywiej domagają się przyłączenia Gdańska i autostrady przez Pomorze, w dodatku od lat intensywnie rozbudowują przemysł zbrojeniowy, podczas gdy w naszej armii na wszystkim się oszczędza. Ale być może perspektywa wojny na dwa fronty ich odstraszy – stwierdził ojciec Adama, który jakoś nie ufał optymistom.

– Wojna nerwów, nic więcej – ryknął wuj i znowu walnął pięścią w stół, aż podskoczyły filiżanki, a matka Adama zrobiła niecierpliwy gest, jakby chciała je szybko sprzątnąć, albo wuja wyprosić. – Przecież to wariat, histeryk, wrzeszczy, rzuca się, i doprawdy nie mogę pojąć jakim cudem, bądź co bądź zrównoważony naród niemiecki słucha takiego szaleńca.

– Podobno ich czołgi są zrobione z kartonu – dodał pan Stanisław, ojciec narzeczonej Adama.

– Otóż to, otóż to, też coś słyszałem na ten temat, a i te ich samoloty... Podobno szybko im się kończy paliwo, więc jak do nas dolecą? To oczywiste, że w tak krótkim czasie nie da się przyzwoicie uzbroić armii – podchwycił ochoczo wuj.

– Moi panowie, dosyć tej polityki. Już nie mogę słuchać ani o wojnie ani o Hitlerze, a tymczasem lato takie piękne, ogród cały w kwiatach, po co stale mówić o rzeczach niemiłych – wpadła mu w słowa pani Zofia. – Zapraszam państwa na spacer.

Narzeczona Adama,Maria z wdziękiem wstała od stolika, rzuciła w jego stronę zalotne spojrzenie i lekko się uśmiechnęła. Właściwie z tym narzeczeństwem sprawa nie była jeszcze przesądzona i Adam dopiero zamierzał się Marii oficjalnie oświadczyć, ale stale z tym zwlekał wyszukując rozmaite preteksty, teraz akurat wykorzystywał zbliżającą się wojnę. Państwo Besztyccy mieli willę letniskową w pobliskiej Podkowie Leśnej i wspólnych znajomych w Warszawie. Pan Besztycki pracował w Ministerstwie Oświecenia i był skrupulatnym urzędnikiem oraz bardzo dokładnym i pedantycznym człowiekiem. W bliżej nieokreślonych okolicznościach rodzice stwierdzili, że byłaby z nich doskonała para i tak powolutku, powolutku w imieniu Adama zacieśniali znajomość z Marią i z Besztyckimi, aż prawie została jego narzeczoną. Wstępnie sprawę omówiono, ale dopóki Adam nie skończy studiów i nie zacznie zarabiać, o ślubie nie mogło być mowy. A on się wcale nie spieszył. Właściwie nic mu nie przeszkadzało w obecnej sytuacji i gdyby tylko ojciec zechciał scedować na niego obiecany pakiet akcji Lewaru, mógłby już teraz nieźle prosperować. Niestety, warunkiem było skończenie studiów, bo prawdę mówiąc już się rodzice niecierpliwili różnorodnością jego zainteresowań, które były przyczyną ciągłej zmiany kierunków i uczelni.

– Przecież nawet wielcy ludzie długo szukali swojej drogi. A co dopiero ja – myślał Adam, który za nikogo wielkiego się nie uważał. No może, za wielkiego lenia, ale z tym nie zdradziłby się przed nikim, zwłaszcza przed rodzicami. – A z drugiej strony wszystkie te szkoły są na jedno kopyto, sformalizowane, nie pozostawiające miejsca na indywidualizm. Dlatego stale muszę poszukiwać. Tymczasem rodzice uważają, że zamiast poszukiwać, powinienem po prostu skończyć studia, a potem osiąść na dobrej posadzie i ożenić się z odpowiednią panną, którą w ich oczach jest Maria. Od tego momentu ma się dla mnie zacząć prawdziwe życie ojca rodziny i obywatela, dobrego katolika i dobrego Polaka – żalił się sam przed sobą.

Wprawdzie próbował w jakikolwiek sposób dorosnąć, ale stale mu nie wychodziło. Stał się więc z małego chłopca dużym chłopcem i obawiał się, żeby w dalszej kolejności nie przeistoczyć się w starego chłopca, gdyby w odpowiednim momencie życia nie udało mu się złapać mocno liny dorosłości, która pociągnie go w pożądane miejsce, czyli to, na którym chcą go widzieć rodzice. Jemu Maria była obojętna, a w każdym razie nie wzbudzała w nim żadnych konkretnych uczuć, a już zwłaszcza miłości. Nie była w jego typie, lubił ją jednak i doceniał. Wiedział też, że dobra z niej partia, chociaż czasami zastanawiał się po co robi się takie dobre partie. Czyżby liczono na to, że brak miłości z dwóch stron w sumie da jedną solidną miłość małżeńską? Jego zdaniem Maria była uprzejma, dobrze wychowana i nijaka. Kiedy jej nie widział z trudem sobie ją przypominał. Interesowała się muzyką, przepisami kulinarnymi, kwiatami i jak Adam kiedyś stwierdził, byłaby świetną partią dla jego matki. W dodatku pięknie haftowała i poprawnie grała na pianinie. Poprawnie, bo tym interpretacjom czegoś brakowało. W swojej daleko posuniętej próżności Adam zastanawiał się niekiedy, czy Maria jednak nie jest w nim zakochana, bo był przecież przystojnym mężczyzną, z upodobaniem grającym w tenisa, a w dodatku duszą towarzystwa swojej korporacji akademickiej, o czym jednak wiedzieć nie mogła. Ale jeśli nawet tak było, okazywała uczucia skrupulatnie i poprawnie z właściwym sobie brakiem ożywienia, który zapewne odziedziczyła po ojcu, nudnym urzędniku.

Maria zeszła ze schodów tarasu robiąc gest w jego stronę. Adam wziął ją pod rękę i po drodze zdążył się dowiedzieć, że stokrotki chociaż skromne mają niesamowity wdzięk oraz że Maria, gdyby była kwiatem, chciałaby być właśnie stokrotką, na co Adam zapytał:

– Dlaczego nie różą?

Spojrzała mu w oczy i stwierdziła, że stokrotki mają w sobie dzikie piękno, poinformowała go również, że w lipcu wyjeżdża z rodzicami do Włoch.

– Chce pani na miejscu zorientować się co planuje Mussolini? – zażartował.

– Może to już ostatnia okazja – odpowiedziała.

– Ja wybieram się w Bieszczady, chcę wdrapać się na Pop Iwana i zobaczyć wreszcie „Białego Słonia”.

– „Biały Słoń”? Pan ze mnie żartuje Adamie.

– Ależ nic podobnego, nie słyszała pani o „Białym Słoniu”? Tam jest nasze obserwatorium astronomiczne, hucznie otwarte niespełna rok temu z udziałem oficjeli i tych wszystkich naszych jaśnie oświeconych generałów, co nas teraz mają własną piersią bronić przed Hitlerem. Niech pani zapyta ojca, na pewno będzie wiedział co to jest. Mówią nawet, że to nie tylko obserwatorium, ale i obiekt wojskowy, przecież w czasie pierwszej wojny światowej na Pop Iwanie były linie obrony, do tej pory są tam zasieki. Dlatego zamierzam to wszystko obejrzeć z bliska, póki jeszcze czas. Jak będzie wojna, a wierzę, że za kilka miesięcy będzie, nie zdążę. Zresztą może powołają mnie do wojska.

– Jaka wojna?! Ojciec pracuje przecież w ministerstwie i mówi, że na razie wojny nie będzie, a jeżeli nawet to szybko się skończy. Damy Niemcom nauczkę i już po wojnie. Nieprędko wywołają następną.

– Oby pani słowa się sprawdziły – powiedział Adam i pocałował ją w rękę. Spojrzała mu w oczy, a potem spuściła powieki. To jej zmieszanie dodało mu pewności siebie, więc porwany romantycznym nastrojem zaczął szeptać. Jednego serca tak mało, tak mało...

Maria się zaczerwieniła. I tę scenę ogrodową też zapamiętał i przywoływał ją w pamięci, kiedy na świat spłynął brud wojny i już nic nie było ani delikatne ani pachnące, lecz brutalne, cuchnące prochem, krwią i fetorem rozkładających się trupów, a romantyzm czy miłość wyrywało się wojnie jak kawałek chleba, gdy konało się z głodu.

Wieczorem matka wezwała go na rozmowę.

– Adamie, kiedy cię obserwuję odnoszę wrażenie, że stajesz się obojętnym na wszystko cynikiem. Przy stole toczy się dyskusja, ty jednak wyglądasz jakbyś niczego nie słuchał. Przecież masz już swoje lata, jesteś dorosłym człowiekiem, a siedzisz z tym swoim ironicznym uśmiechem, jakbyś zjadł wszystkie rozumy. Co sobie państwo Besztyccy pomyślą, albo i Maria. Przecież ty w ogóle nie okazujesz jej zainteresowania, a to ma być twoja przyszła żona.

– Jak to nie okazuję. Wyrecytowałem jej dzisiaj zwrotkę wiersza o miłości, po którym słabo jej się zrobiło.

– Jakiego znowu wiersza? Mam nadzieję, że przyzwoitego?

– Liryka w dobrym gatunku.

– Chwała Bogu – odetchnęła pani Zofia. – Dobrze, że taka dziewczyna jest twoją narzeczoną, wiesz przecież jaka to solidna rodzina, a ty?... Lekkoduch dwa lata w seminarium, rok na medycynie, teraz politechnika. Inni w twoim wieku już skończyli studia, ty zaledwie w połowie jesteś.

– No widzi mama, w seminarium poznawałem ludzką duszę, na medycynie ciało, a teraz zgłębiam mechanizmy funkcjonowania wszechświata, siłę grawitacji, energię, elektryczność...

– Dosyć! Nie kpij ze mnie.

– Ale ja się nie nadaję na takiego nudnego, pedantycznego urzędnika jak jej ojciec. Trafiła pod zły adres. Czy to w ogóle ma sens swatanie ludzi, żeby potem przez całe życie nie mogli na siebie patrzeć? Przecież wy z ojcem tworzycie właśnie takie małżeństwo. Myślicie, że nie wiem dlaczego tak marne stosunki utrzymujemy z jego bratem. Przecież ty mamo...

– To nie jest tak jak myślisz, przestań mnie dręczyć, nie masz szacunku, ani dla mnie, ani dla ojca. Nie mam ochoty o tym z tobą rozmawiać.

Matka plątała się coraz bardziej, a na jej twarzy pojawiły się czerwone plamy świadczące o zdenerwowaniu.

– Zawsze tak mówisz, dlatego rodzinne tajemnice muszę poznawać od służby.

– Janowa coś ci mówiła? – zapytała z trwogą.

– Nie, nie ona, inne służące też są rozmowne, zwłaszcza w pewnych okolicznościach.

– Znalazłeś sobie doborowe towarzystwo.

– Może nie doborowe, ale znacznie bardziej bezpośrednie.

– Skończmy tę rozmowę. Już mi się nie chce tego słuchać. Do ciebie w żaden sposób nie można dotrzeć. Pamiętaj, jeżeli zamierzasz zmarnować sobie życie i być nieszczęśliwym, to twoja sprawa, ja cię w każdym razie ostrzegałam. Dłużej nie mam siły...

– Wojna nas wszystkich wzmocni – stwierdził Adam.

– Przestań! – krzyknęła matka wyciągając chusteczkę, bo chociaż do wzruszeń była nieskora, lubiła udowadniać, że jest inaczej. Kryła więc w chusteczkę suche oczy i rozgrywała swoje partie z mistrzostwem sprawnego szachisty. Adam już poznał jej kunszt i próbował się nie dawać, co z kolei wpędzało go w konflikty z ojcem.

Gdy wreszcie znalazł się w swoim pokoju, poczekał aż u rodziców zgaśnie światło, a potem ostrożnie, kuchennymi drzwiami wydostał się na zewnątrz, przeskoczył do ogrodu warzywnego, zdeptał jakieś grządki, przemierzył parkan i znalazł się na ulicy. Parę minut później zatrzymał się przed małym domkiem. Furtka była zamknięta. Kiedy usiłował przejść przez płot, w czym od dzieciństwa był dobry, rozszczekał się pies i to z taką pasją, że wolał nie ryzykować.

– Poszedł! – krzyknął odważnie, ale w konsekwencji to on musiał sobie pójść.

Po chwili jednak usłyszał znajomy kobiecy głos:

– Misiek – do budy, no już.

Misiek jednak w poczuciu psiego obowiązku najpierw musiał odgonić obcego. I dopiero wzięty ostro za kark nieco się uciszył.

– Późno jesteś – powiedziała dziewczyna przekręcając klucz w furtce.

– Mieliśmy gości – odpowiedział Adam. – Wiesz jaka jest moja matka, zawsze każdego zatrzymuje.

Gdy znaleźli się w małym, skromnym pokoiku dziewczyny wyszeptał, przytulając ją:

– Janka... Janka tęskniłem za tobą.

– Jasne – odpowiedziała – mrużąc oczy.

W jej głosie wyczuł złośliwość.

– Janka – wyszeptał jeszcze raz i zaczął ją całować po twarzy. Ona też go kilka razy pocałowała, ale była jakaś inna niż zwykle, widział, że coś ją martwi. Może dowiedziała się o Marii?

– Dionizego aresztowali – powiedziała wreszcie i rozpłakała się.

– Za co?

– Przecież wiesz, jest działaczem. Coś tam przenosił dla swoich, czy przewoził, już sama nie wiem. Dzisiaj rano poszłam do domu. Ojciec już od rana był pijany, ale Tadzio mi powiedział. Mój mały Tadzio, taki zabiedzony, Dionizy im pomagał, ale teraz się skończy, bo matka co zarobi u ludzi to z ojcem przepiją. Szkoda, że tyle dzieci mają.

– Po jaką cholerę on się miesza do polityki i to jeszcze z komunistyczną hołotą się zadaje. Ja rozumiem, jakaś inna organizacja, ale ci przeciwko Polsce działają. W dwudziestym roku razem z Ruskimi szli na Warszawę...

– A niby gdzie ma działać, na salony go przecież nie wpuszczą, tak jak ciebie kiedyś tam – warknęła Janka

– Ja tak chciałam być nauczycielką, ale przez tego starego pijaka ledwo zawodu się wyuczyłam. Na ulicę mnie wysyłał, rozumiesz, na ulicę! Żeby zdechł! I jeszcze matkę rozpił. Dionizy starego trzymał krótko, jak trzeba to go umiał uspokoić... a teraz... – szlochała.

– Cii, nie płacz, ja przecież wam mogę pomóc, mam trochę pieniędzy i... spróbuję – powiedział trochę niepewnie, bo nie bardzo na to pomaganie miał pomysł, wszystko na razie brał od ojca, a te jego studia prawdę mówiąc, rzeczywiście się trochę ślimaczyły.

– Pomóż, pomóż – Janka przytuliła się do niego, lecz za chwilę, dodała:

– Jak ty nam możesz pomóc, kiedy sam na łasce rodziców jesteś. I co ty w ogóle masz do mnie, co ja ciebie obchodzę, ożenisz się ze mną? Co? Wiadomo, że nie. Tak będziesz mi tylko głowę zawracał, a ja głupia wierzę. I kocham cię, jak głupia, a ten Wacek coraz bardziej do mnie lgnie, u stolarza pracuje, zarabia, za mąż mogłabym wyjść, ale ty...

– Janka, jak skończę wreszcie studia, to też będę zarabiał, a zresztą może niedługo zostanę żołnierzem, a ty sanitariuszką.

– Jak to? – zdziwiła się. – Ja jestem krawcową i do tego dobrą, twoja matka nawet mnie chwali i inne panie, którym szyję, po co mi w szpitalu pracować.

– Przecież będzie wojna, a potem... zobaczymy, pożyjemy, albo i nie.

– Ja nie chcę żadnej wojny, chociaż – zawahała się – Dionizy też o wojnie ciągle mówił...

– Jakie to wszystko straszne – wyszeptała znowu tuląc się do niego.

Gdy tak wzajemnie się przytulali, Adam przypomniał sobie pierwsze z nią spotkanie. Było to wczesną jesienią ubiegłego roku. Siedział właśnie na tarasie i przeglądał gazety, gdy odwiedziła ich mieszkająca na tej samej ulicy pani Wyżyńska. Przyszła z nią śliczna dziewczyna. Adam wlepił w nią zachwycone oczy, a ona zamiast zaczerwienić się i zawstydzić, spojrzała na niego hardo.

– A to twarda sztuka – pomyślał i zrozumiał, że tym sposobem co z innymi kobietami, które uwodził, tutaj nie poradzi. Jednocześnie zapragnął tej dziewczyny całym sercem i całym ciałem. Sam nie wiedział czy to miłość od pierwszego wejrzenia, czy po prostu jakaś ogłupiająca fascynacja, ale czuł, że musi ją mieć. Tymczasem pani Wyżyńska coś do niego mówiła i o coś pytała, czego w ogóle nie słuchał. W końcu dotarło do niego, że chce rozmawiać z matką. Kiedy obydwie weszły do hallu, natychmiast za nimi podążył. Okazało się, że ślicznotka, która takie na nim zrobiła wrażenie jest krawcową, a pani Wyżyńska rekomenduje ją matce, jako bardzo dobrą w swoim fachu. Adam w pierwszej chwili nawet się ucieszył.

Krawcowa! W takim razie światowemu chłopakowi jak on, który otarł się o kilka uczelni, powinno pójść z nią łatwo, zwłaszcza, że ma w tym względzie pewne doświadczenie i podoba się kobietom. Jednak gdy wychodziły, dziewczyna nie pofatygowała się nawet, żeby na niego spojrzeć, co go jeszcze bardziej rozczarowało i jednocześnie zachęciło. Złapał się nawet na tym, że podszedł do lustra i spojrzał na siebie, po raz pierwszy w życiu krytycznie. Jednak po dokładniejszych oględzinach własnej osoby uznał, że wygląda wspaniale i co tu dużo mówić, jest naprawdę przystojny.

– No cóż, jakoś sobie poradzę.

Miał przecież u płci przeciwnej duże powodzenie. Hmm, nawet niedawno spodobał się samej hrabiance Zapiskiej, którą poznał w klubie tenisowym. Świetnie grała, a jakie miała piękne oczy, jakie maniery, a jej ród był podobno tak stary, że jego początki sięgały czasów, kiedy większość ludzi siedziała jeszcze na drzewach. I gdybym tylko chciał się postarać, to kto wie, może zostałaby moją narzeczoną zamiast Marii? Ta przynajmniej trochę życia w sobie miała, a nie same dobre maniery – rozmyślał.

Ale na wakacje Zapiska wyjechała do swojej rodzinnej posiadłości w Rudach, gdzie podobno mieli piękny pałac i sporo ziemi. Jednakże rodzice Adama, którzy od pewnego czasu każdą kobietę, którą się interesował traktowali w sposób matrymonialny, zaraz skądś się dowiedzieli, że rodzina Zapiskich tonie w hipotekach, więc o ile z punktu widzenia koligacji jest to związek pożądany, o tyle finansowo ryzykowny. Na tym rozmowy się skończyły, ani go nie zachęcali ani nie odradzali, widocznie wada hipoteczna i zaleta koligacyjna na tyle się znosiły, że sami nie wiedzieli co z tym zrobić, czekali więc aż los sam podsunie im szczęśliwe rozwiązanie. Adam zupełnie nie rozumiał, dlaczego nie pozwalali mu na razie po prostu żyć i cieszyć się życiem, ciągle tylko mówili o stabilizacji i korzyściach płynących z odpowiedniego ożenku, a kto wie co tu jeszcze będzie?

– Wojna wisi na włosku i miej tu żonę w takich czasach. A jeśli nawet wojny teraz nie będzie, to też nie warto spieszyć się z ożenkiem, bo najdalej za kilka lat wybuchnie. W każdym razie rodzina może poczekać, a ojczyzna? Też może poczekać...

Lubił się w swoim białym letnim garniturze, lubił swoją beztroskę, a przede wszystkim swobodę, której w obecnej sytuacji miał pod dostatkiem. Tyle jeszcze miejsc chciał zobaczyć, tyle przygód mieć, tyle kobiet poznać. Na decyzję kim dokładnie chciałby zostać, nie był w dalszym ciągu gotowy. Czuł w sobie dziwny bezwład decyzyjny i mimo czynionych wysiłków, nie widział siebie w żadnej konkretnej roli. Ta nowopoznana krawcowa była zapowiedzią kolejnej szelmowskiej przygody, zdobywania, romansu i oczywiście w konsekwencji porzucenia. Nieraz już tak było i nic sobie z tego nie robił. Czy takie kobiety w ogóle mają uczucia? Pewnie tak, ale to już nie jego sprawa.

Szybko dowiedział się gdzie Janka mieszka i jak spędza dzień. Miał do niej niedaleko. Wynajmowała pokój w małym domku, blisko ich willi, gdzie całymi dniami szyła. W ciepłe dni, z otwartego okna dochodził turkot maszyny. Rano chodziła na targ, w niedzielę do kościoła. Było to życie nudne i pracowite. Czasami bywał u niej jakiś młody mężczyzna o wyglądzie takim, że mimo woli Adam nie chciałby go spotkać w ciemnej uliczce. Zresztą gości przyjmowała nielicznych, z wyjątkiem klientek, które kręciły się u niej od rana do wieczora.

Kiedy wychodziła z domu, trudno było do niej podejść, miała jakąś niedostępną, surową twarz i nawet na niego nie spojrzała, gdy przypadkiem kręcił się w pobliżu. Widocznie przywykła do męskich zaczepek, jako, że była bardzo ładna i wiedziała, że się podoba. Jego kandydatury z pewnością nie mogła traktować poważnie, bo on sam siebie poważnie nie traktował.

Zima zniweczyła jego plany. Wrócił do Warszawy, studiował i udzielał się towarzysko, zwłaszcza w swojej studenckiej korporacji, gdzie życie toczyło się nie tylko w szybkim, ale również bardzo wesołym tempie. Kto by tam pamiętał o jakiejś nadąsanej krawcowej. Przypomniał sobie o niej nagle i to w bardzo dziwnych okolicznościach. Szedł właśnie Krakowskim Przedmieściem, gdy niedaleko uniwersytetu minęła go para młodych ludzi. Zwłaszcza dziewczyna zwróciła jego uwagę, była ładna i założyłby się, że gdzieś już ją widział. Mimo woli obejrzał się, wtedy zauważył, że przy jednej z bram dołączył do nich jakiś wysoki mężczyzna. Wszyscy troje stanęli w miejscu, jakby na coś czekali. Przystanął i Adam wlepiając oczy w słup ogłoszeniowy. Na słupie kolorowy plakat zachęcał do wizyty w kabarecie, na nim znana aktorka Zozo Lipka prowokacyjnie pokazywała długą nogę, obok czerwono -czarne litery zapraszały na dancing. Adam czekał w napięciu. Przeczuwał, że za chwilę będzie draka. Kolejna jaka w ostatnich latach przetoczyła się przez warszawskie ulice. Scenariusz zawsze był podobny. Kilkudziesięciu młodych ludzi – mniejsza draka, kilkuset – większa. Na ulicy ścierały się różne pomysły na Polskę, na Polaków, na życie. Można powiedzieć, że idee obiegały ulice konkurując ze sobą coraz ostrzej i wszyscy byli gotowi na wszystko. Nadchodził czas rozstrzygnięć.

Gdy po raz kolejny wzrok Adama padł na długą nogę aktorki Zozo, nie wiadomo skąd na ulicy pojawiła się spora grupa młodych mężczyzn z transparentami. Zaczęło się. Tupot, wyzwiska, bijatyka, krzyki:

– Precz z nacjonalizmem, precz z faszyzmem!

– Podpalić Berezę, uwolnić więźniów!

– Precz z żydokomuną, precz z sowiecką agenturą!

Odwrócił się, by obejrzeć znane już sobie wcześniej sceny. Tym razem „falangowcy” starli się radykalnymi bojówkami lewicowymi, co jak zwykle miało krwawy przebieg. Na wyższych balkonach pojawili się gapie kibicując wydarzeniu. Bezpiecznie było, bo wysoko, czasami tylko poleciała jakaś szyba wybita kamieniem.

Natychmiast zjawiła się policja, która wcześniej wiedziała, że zanosi się na awanturę, dlatego dość licznie obsadziła okolicę. Teraz energicznie policjanci zabrali się za rozpędzanie tłumu. Nie wiadomo kiedy Adam znalazł się w samym środku zawieruchy, popychany to w jedną, to w drugą stronę z trudem dopadł jakiejś bramy, obrywając po drodze kamieniem. Wydawało mu się, że tutaj każdy bije każdego. Ludzkie kłębowisko piorące się po mordach. Idea zniknęła za maską agresji, ręce dopadły kudłów przeciwnika a pięści jego twarzy. Okładano się, charczano, sapano, dając ulgę wzajemnej nienawiści. W tłumie mignęła mu tamta dziewczyna. Ciągnięto ją do policyjnego wozu. Krzyczała i wyrywała się policjantom jak wściekła. „Jak nic ma zapewniony pobyt w Berezie” – pomyślał. – „Ile ona może mieć lat? Z osiemnaście?”. Była jeszcze zbyt młoda, żeby liczyć się z porażką, więziennym smrodem i miesiącami jałowej pokuty za jedną chwilę działania. I właśnie wtedy Adam spostrzegł, że jest bardzo podobna do Janki. Ta sama sylwetka, twarz, włosy. Gdyby była trochę starsza można by je pomylić. Nagle spostrzegł przed sobą kłęby białego dymu, oczy zaszły mu łzami, w gardle poczuł pieczenie.

– Gazy łzawiące! – ktoś zawołał i grupa młodych ludzi rzuciła się do ucieczki. Adam powoli posuwał się wzdłuż ulicy i przytrzymując się ścian kamienic. Wrócił do bramy, w której schronił się poprzednio i usiłował doprowadzić oczy do porządku. Ale gdzie tam. Piekły jak diabli.

– Rozejść się, rozejść – padały komendy, potem rozległy się strzały, ktoś krzyknął przeraźliwie, leciały kamienie, leciały wyzwiska. Jakiś ranny człowiek wił się z bólu na chodniku tuż przed nim, ale sytuacja powoli się uspokajała. Zatrzymano kilka osób, reszta uciekła, kilku rannych pakowano do karetki, która tymczasem zdążyła nadjechać. Adam powoli wysunął się ze swojej kryjówki. Otrzepał płaszcz, poprawił kapelusz i chwiejnym krokiem ruszył przed siebie, starając się iść jak najbardziej poprawnie, żeby nie wzbudzić niczyjego zainteresowania. Przedstawienie skończone, ulica wracała do normy, ci, którzy nadchodzili w to miejsce już byli nieświadomi niedawnych wydarzeń.

– No i oberwała czerwona zaraza, z takimi trzeba krótko – zaczął nobliwie wyglądający pan w śmiesznym przydużym kapeluszu – co to będzie w tym kraju, co to będzie...

– Ledwie kraj się dźwignął, ledwie z kryzysu wyszedł, a tu już go komuniści destabilizują. Pamiętam jak w dwudziestym roku szli ramię w ramię z Sowietami i...

W tej chwili zachwiał się i runął na chodnik, jak się okazało pchnięty przez jakiegoś chłystka w czapce na bakier, który szybko gdzieś zniknął.

– A to dranie – ktoś krzyknął.

– Lekarza, lekarza – wołano.

– Nie, nie potrzeba, już się podnosi.

Jakiś chłopak w studenckiej czapce krzyczał do kolegów:

– Lewacy biją naszych, wpadli do auli i zaczęli te swoje sowieckie hasła wyszczekiwać. Już od rana zbierali się przed bramą. Plują na nas, na Polskę plują, czerwona hołota! Takich to od razu pod murem stawiać za zdradę ojczyzny! Oni kiedyś się doczekają...

Adam sympatyzował wprawdzie z narodowcami, ale ci „falangowcy” jego zdaniem przesadzali. Czerwonych trzeba zwalczać, zgoda, pokazali przecież co potrafią, ale upaństwawianie zagranicznych czy żydowskich przedsiębiorstw i dzielenie udziałów w nich między pracowników, to przecież naruszenie świętego prawa własności, rozdawanie cudzego. Każdy może ponieść wtedy straty. A jego akcje Lewaru? Co z nimi by się wtedy stało? Komuniści też chcą nacjonalizować w imię sprawiedliwości społecznej. Czy ważne w jakie imię się coś głosi, jeśli to taki sam absurd? Do czego to wszystko doprowadzi? Sanacja też nie odpuszcza, właściwie odkąd umarł marszałek, tylko kłócą się między sobą, stroszą piórka i wysyłają do Berezy. Nie będzie sanacji to inni zaczną wysyłać. Tak czy siak zawsze pojedziesz. Każda nowa władza, gdy zdobywa władzę, zaraz potem wkracza na wytyczoną przez poprzedników ścieżkę.

Niee, zabawa w politykę jest nie dla mnie. Ja chcę po prostu żyć, korzystać z młodości, z miłości, z miłostek. Czy każdy musi zaraz wkładać mundur, albo mieć wzniosłe ideały? A gdzie brydż, gdzie wieczór w Adrii? Dla takich wieczorów warto żyć. Ach, te wszystkie ideowe okrzyki, dlaczego oni tak krzyczą? Wkrzykują w ludzi rzeczy, w które pewnie sami nie wierzą, ale ludzie im wierzą. Cudowny mechanizm absurdu.

W te szalone dni, kiedy z daleka pohukiwała wojna, Maria nie przeżywała jeszcze zbyt mocno braku miłości Adama do siebie, bo nie bardzo umiała określić to, co od niego dostaje. Wszystko więc sobie na dobre tłumaczyła. Tak było dla niej lepiej. Natomiast Adam próbował znaleźć swoje miejsce w historii, która traciła równowagę. Miejsce godne takiego jak on dżentelmena, rozważnego i jednocześnie brawurowo szalonego. Janka szyła ostatnie sukienki przed awansem społecznym, którego się spodziewała, gdyby wszystko poszło dobrze. Trochę tylko martwiła się o brata, ale dzięki grypsowi z więzienia wiedziała, że żyje i jako tako się trzyma. Potem, gdy historia zawirowała, z trudem usiłowała złapać nić sensu w tym co się działo dookoła niej. Bywa, że człowiek nie rozumie świata, który tworzy i tak właśnie było z Janką.

***

Z czasem w puste miejsce po Adamie, którego porwał wir wojny, w życie Marii wkroczył Maurycy. On również, zanim się poznali, kochał inną, albo tak mu się przynajmniej wydawało. Miłość do tej innej, wyidealizowana przez lata małżeństwa i jemu zatruwała życie. Na pociechę miał swój paskudny charakter. Maria jednak nabrała przekonania, że nie sposób jej pokochać i przeszła przez życie bez miłości, za to w towarzystwie psychiatrów. Nigdy więcej w żadnym mężczyźnie nie umiała się już zakochać, a życie traktowała jak swoistą grę, w której jedne pionki oznaczają cierpienie, a inne zadowolenie zrodzone głównie z wygody bytowania. Ciążące jej sprawy raz na jakiś czas wypluwała z siebie w szpitalu psychiatrycznym.

– Jaka to pora roku? – zapytała Maria budząc się z odrętwienia.

– Wiosna, już za kilka dni na dobre się zazieleni i będzie można wyjść do ogrodu na spacerek – poinformowała ją pielęgniarka.

– Już tylko kilka dni i wszystko się zmieni – wyszeptała Maria.

Pielęgniarka z marsową miną i tabletkami w ręku stała nad nią wyczekująco.

– Proszę to wziąć – rozkazała tonem, jakim tylko personel medyczny potrafi przemawiać.

– Co to jest, co to za leki? – dopytywała się Maria. Patrzyła teraz zupełnie przytomnie i pod wpływem tej jej przytomności kobieta w białym fartuchu poczuła się niepewnie. Choroba pacjenta dodawała pielęgniarce pewności siebie, wtedy każdy wiedział co ma robić, pacjent chorował, lekarz zalecał, pielęgniarka podawała. Ale jak działać, gdy leczony próbował wyzdrowieć i żyć znowu tak jak inni, narażając się jednocześnie na ujemne skutki stanu jakim jest życie.

– No, pani Mario, niech pani to weźmie, to konieczne – powiedziała pojednawczo.

Maria poruszyła się niespokojnie.

– Czy jest jeszcze wojna? Słyszę jakieś okropne krzyki na korytarzu, ktoś strzela z pistoletu. Ooo...

Pielęgniarka natychmiast przestała się wahać.

– No już, bierzemy leki, raz, dwa. Przywieźli chorego, drze się jak opętany, zaraz sobie z nim poradzą. Aha, wojna już dawno się skończyła.

– Nie ma wojny? – zdziwiła się Maria.

– Nie ma. Jest spokój, budujemy nową Polskę, prawie nie mamy analfabetów i... a zresztą – machnęła ręką. – Do kogo ja o tym wszystkim mówię.

Maria nagle zerwała się z łóżka.

– Gdzie ja jestem, kim pani jest? Kto powiesił Maurycego?

– No nie ja moja droga, ani nie pan doktor.

– W takim razie kto!?

– Ciii, proszę się uspokoić, bo zawołam lekarza, proszę natychmiast wziąć tabletki. Siostra już całkowicie odzyskała pewność siebie. Jednak w tej chwili Maria gwałtownie zerwała się i wypadła na korytarz. Pognała przed siebie nie zastanawiając się dokąd. Liczyła, że gdzieś tam spotka lepszych ludzi, którzy ją bardziej zrozumieją. W korytarzu prowadzącym do izby przyjęć grupka sanitariuszy pracowała nad nieokrzesanym pacjentem. Był już prawie związany kaftanem bezpieczeństwa, jeszcze tylko krzyczał coś niewyraźnie i wierzgał nogami, ale moc szpitala już nad nim panowała, a jego mamrotaniem nikt się nie przejmował. Wiedziano, że za kilka minut zastrzyk zacznie działać i pacjent przynajmniej chwilowo uodporni się na żywioł życia, który go tu przywiódł, stawiając przed nim wyzwania, z którymi bez białego kaftana nie umiał sobie poradzić. Pielęgniarka szybko dopędziła Marię, miała wprawę w łapaniu oszalałych pacjentów.

– Chodź stąd – warknęła biorąc ją za rękę – bo za chwilę i ciebie tak urządzą.

– Czy wojna już się skończyła? – Maria powtórzyła swoje pytanie i z trwogą rozejrzała się dookoła. – Ja się boję. Wypuśćcie mnie. Ja nic nie zrobiłam.

– Jest rok siedemdziesiąty pierwszy, wszystko już się skończyło.

– Skończyło? Ja jeszcze nie uporządkowałam swoich spraw. Dzisiaj w nocy śnił mi się Maurycy, on tu często do mnie zagląda. Gdzie on teraz jest?

– Kto? – zapytała pielęgniarka.

– Maurycy, mój mąż. On jest bardzo podstępny, lubi podsłuchiwać pod drzwiami, lepiej nic nie mówić, bo znowu zacznie mnie dusić, ale nikt mi nie wierzy!!! Boże jaka ja jestem samotna.

– Chodź – ponaglała siostra ciągnąc Marię korytarzem. – Wracamy do sali, tam weźmiesz leki i zaraz Maurycy sobie pójdzie. Kobieto, ja nie mam czasu zajmować się wojną i tym twoim Maurycym, inni chorzy czekają – burknęła.

Te przebudzenia w psychiatryku, gdy wracała Marii świadomość były okropne. Nie mogła pojąć dlaczego tutaj trafiła, a nikt nie chciał jej tego wyjaśnić. Sądziła, że przez pomyłkę, bo zawsze wtedy zabierano ją z powrotem do domu. Podczas tych przerywanych normalnym życiem pobytów w szpitalu, najlepiej lubiła malować. Wtedy urzeczywistniała na popierze przeżycia kłębiące się w jej głowie, ale nie umiała wznieść się poza banalny domek i jakieś drzewka. Dopiero, gdy poczuła się nieco lepiej, uświadomiła sobie, że ten stale malowany przez nią dom z czarnymi oknami, to właśnie ich przedwojenna willa w Podkowie. Tak się wszystko splotło, że spędziła tam najszczęśliwszy i jednocześnie najgorszy okres w życiu. Stamtąd już za okupacji wyszedł pewnego dnia do pracy jej ukochany ojciec i nie wrócił. Umarł podobno śmiercią naturalną, w firmie, w której zaczepił się jako magazynier. Tego dowiedziały się z matką od osób, które przy tym były. Jednak nigdy nie udało im się odzyskać zwłok i jak należy go pochować, nawet nie wiedziały gdzie jest jego grób. Przez całe życie na niego czekała, najpierw z matką, a potem sama. Wiedziała, że to absurd, że nawet gdyby żył, już musiałby umrzeć, a jednak czekała. W jego życiu brakowało odpowiedniego zakończenia w postaci uroczystego pochówku w rodzinnym grobie na Powązkach, zniknął po śmierci jakby rozpłynął się w nicości. Czy mogła go z tym zostawić?

Do szpitala psychiatrycznego Maria trafiała regularnie. Rodzina twierdziła, że to z troski o nią i że tak będzie dla niej najlepiej. Jeśli się nie odzywa, trzeba ją leczyć. Nie ma rady, człowiek mówić musi, to go odróżnia od zwierząt. Czasami miesiącami nie wiedziała gdzie jest, ale kiedy wracała z tych swoich podróży w psychiczny niebyt, czuła ból, tak jakby jednocześnie wszystkie części ciała dawały znać, że żyją. A życie musi boleć. Dlaczego? Tego nie da się wytłumaczyć, chociaż wszyscy próbują, aż w końcu ludzkość wymyśliła środki znacznie łagodzące jednostkę chorobową zwaną banalnie „bólem istnienia”. Szafarzami ich są psychiatrzy oraz domy otuchy psychicznej czyli psychiatryki.

– Odkręćcie mnie, odkręćcie! Ratunku! – krzyczał ktoś na korytarzu. – Nie zostawiajcie mnie tutaj, ratuuunku, przykręcili mnie do krzesła, ja muszę iść do księgowości. Puszczajcie nooo... Ja nie mam czasu, ja się spieszę – ryczał pacjent w pokoju obok i za nic nie dał sobie wytłumaczyć, że tutaj można przestać się spieszyć, a i tak ze wszystkim się zdąży. Znowu słychać tupanie wielu nóg, jakieś szorstkie odgłosy i czyjeś problemy zostały natychmiast rozwiązane. Zapanowała cisza. Jakie to proste. A jednak tutaj jeszcze bardziej jak gdzie indziej trzeba uważać, żeby nie zwariować.

Maria w chwilach świadomości jak nożem przejeżdżała po swoim wnętrzu bolesnymi wspomnieniami. Dlaczego miała ich aż tyle? Psychiczne odrętwienie zapewniało jej stan wygodnej półświadomości, wtedy przeżywała połowicznie, półwspominała i połowicznie cierpiała. W jej pamięci ciągle majaczyło cudowne lato 1939 roku, ostatni okres kiedy była naprawdę szczęśliwa, a wszystko wydawało się takie radosne i piękne. Była zakochana i to po raz pierwszy w życiu, tak mocno, jak tylko pierwszą miłością można kochać, bez żadnego ale... Odkryła miłość, tę młodzieńczą, absolutną, kiedy człowiek nie zna jeszcze rozczarowań i nie zdąży się na nie uodpornić stwierdzeniem „że ludzie tacy są”. Na razie był Adam i cały jej świat krążył wokół niego. Czuła wprawdzie, że ona kocha go bardziej, a on ją mniej, ale był przy niej, wykonywał obowiązki narzeczonego i wiele wskazywało na to, że już na zawsze zostaną razem, chyba, że będzie koniec świata. Z daleka dochodziły pomruki zbliżającej się wojny, ale przecież wszyscy mówili, że będzie krótka, albo w ogóle jej nie będzie. Hitler wrzeszczał coraz bardziej, jednak brano to za bezsilny krzyk furiata, który pokrzyczy i przestanie, jak wszyscy furiaci. Ba, nawet znany jasnowidz powiedział, że wojny zdecydowanie nie będzie, wszystko to tylko wojna nerwów, które Hitler ma najwyraźniej słabe, a potem zapewniał jeszcze jak wszyscy, że Anglia, że Francja, że nie dopuszczą, żeby nam ktoś krzywdę zrobił. Jak więc się bać? Chociaż jej ukochany zapowiadał, że na wojnę, jeśli wybuchnie, oczywiście się wybierze, ale świadomość, że może zginąć w ogóle do niej nie docierała. Jeśli sprawa ma być wygrana, to dlaczego Adam miałby zginąć? Wróci jak bohater, z odznaczeniami. Przypadkowości ślepej kuli zabijającej podstępnie tego jednego, choćby wszyscy inni mieli przeżyć, jakoś nie brała pod uwagę. „Niech ta wojna już będzie za nami” – myślała.

Sama w razie czego zamierzała zostać sanitariuszką, żeby również odegrać jakąś rolę w szalejącej historii. A potem on i ona wezmą ślub, wśród wiwatów kolegów z pułku i wzruszenia rodziny. Ona w białej jedwabnej sukni, z głową zaplątaną w welon, obok niej Adam z orderami na piersi. Nad ich głowami słońce będzie świeciło i niebo będzie błękitne, bo ceremonia odbędzie się wiosną następnego roku. Daleko potrafią sięgać marzenia młodej dziewczyny. Gdyby los zechciał je realizować, świat byłby o wiele piękniejszy. Wojna za ojczyznę imponująco wygląda w słowach, ale paskudnie w rzeczywistości. O tym nie myśleli, bo jak pogodzić wzniosłość wiecznej chwały, czy brawurowego bohaterstwa z brakiem nogi, wybitym okiem czy ropiejącą raną? Wtedy jednak chyba obydwoje wierzyli w piękno takiej walki, a nadchodząca wojna miała produkować bohaterów, nie kaleki.

Tak więc przeczucie nadciągającej wojny, szybkość wydarzeń politycznych, miłość, bohaterstwo, wszystko to w jej umyśle tworzyło napięcie, jakie towarzyszy nieznanym, ciekawym i tylko trochę niebezpiecznym zdarzeniom. Trudno się dziwić Marii, gdyż prawie każdy wokół niej tak myślał, mimo doświadczeń z pierwszej wojny światowej. Wojskowi tamtym tempem obliczali ruchy wojsk, cywile bali się gazów bojowych, ale nikt nie drżał przed czymś, czego nie był w stanie sobie wyobrazić. Na rzeczy niezrozumiałe mówiono po prostu „niemożliwe” i to kończyło sprawę.

Niekiedy szczęście Marii mąciła postawa Adama. Czuła, że nie kocha jej tak, jakby pragnęła. W jego zachowaniu wyczuwała chłód konwenansów, który nakładał się na entuzjazm jego rodziców. Miała wrażenie, że jest w nim jakaś pustka uczuciowa, której ona nie potrafi wypełnić. Pocieszała się jednak, że, może po ślubie uda jej się go lepiej zrozumieć i sprawić, żeby cały był jej, tak jak marzyła. Słyszała nieraz opowieści o takiej późniejszej małżeńskiej miłości, ale słyszała też o miłości pozamałżeńskiej. Co wybierze Adam? Gdy ze swoich przeczuć zwierzyła się matce usłyszała:

– Adam to wspaniały mężczyzna, tylko zbyt mocno zaangażowany w światowe rozrywki. Tak już bywa z młodymi mężczyznami, muszą się wyszumieć w młodości. Kobiety są inne. Staraj się spodobać jego rodzicom, zwłaszcza pani Zofii, ona ma na syna ogromny wpływ. Cieszę się, że udało się was skojarzyć. Dwoje ludzi o podobnym pochodzeniu i majątku powinno być razem szczęśliwych.

– Powinno – szepnęła Maria. Jakoś to słowo źle współgrało z jej stanem uczuć.

– Mamo, ale dlaczego ja mam się podobać jego matce, ja chcę się jemu podobać, tylko jemu.

– Jesteś jeszcze młoda, nie znasz życia, tobie wszystko wydaje się takie proste i oczywiste, a życie tak nie wygląda – odpowiedziała ze znawstwem matka. Takie słowa słyszała przed laty od swojej matki i mniej więcej się sprawdziły, więc teraz z tych zasobów czerpała dla córki.

– Ale jeśli on mnie nie kocha? Mamo, gnębi mnie pewna myśl. Słyszałam, że zeszłego lata Adam był w kimś zakochany, w kimś kogo poznał w swojej korporacji akademickiej.

Matka zamiast odpowiedzieć popatrzyła jej w oczy i stwierdziła:

– Dziecko, mężczyźnie czasami trzeba dużo wybaczyć.

– Masz ci los – westchnęła Maria – już muszę wybaczać, chociaż dopiero jestem narzeczoną, a co będzie jak zostanę żoną? Ja tak nie chcę.

– Na życie musisz spojrzeć z pewnej perspektywy i postarać się, żeby wszystkie jego elementy układały się w zgrabną całość. Musisz pilnować, żebyś miała odpowiedni status społeczny i dostała odpowiednią oprawę od losu. Wpatrywanie się w szczegóły niczemu dobremu nie służy, a tylko zniechęca – perorowała matka.

Ale Maria już kochała. Stworzyła sobie swój prywatny świat pierwszej miłości, zgodnie z tym co sobie o tym stanie wyobrażała na podstawie przeczytanych książek i kina. Na niektóre filmy chodziła po kilka razy zanim nasyciła się pulsującą w nich siłą uczuć mężczyzny do kobiety. Tylko on i ona, tak wpatrzeni w siebie, że wszystko inne wokół nich dzieje się jakby machinalnie, a w każdym razie oni niczego poza sobą nie dostrzegają. – tak powinno być również z nimi – a dopiero dalej inni ludzie, kraj i ta wojna, na którą się zanosiło i zanosiło. Jednak czym jest wojna wobec miłości. Przecież nie może być wojny skoro zakochani planują ślub!

– Zamówię ci dwie nowe sukienki. Ta krawcowa, którą poleciła mi pani Zofia nadzwyczaj pięknie szyje – zaproponowała matka.

– Sukienki! Nowe, jedwabne sukienki! Czy można się dłużej zamartwiać wobec perspektywy ich otrzymania? Maria nie potrafiła.

– Jak ta krawcowa się sprawdzi, zamówimy u niej suknię, w którą przebierzesz się w dniu swojego wesela o północy.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.