Trylogia 4MK. Szóste dziecko - Barker J. D. - ebook + audiobook

Trylogia 4MK. Szóste dziecko ebook i audiobook

Barker J. D.

4,6
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Trylogia #4MK

Nie można bawić się w Boga, nie znając diabła…

Od jakiegoś czasu odnajdywane są zwłoki. Przy nich każdorazowo zostawiono tajemniczą wiadomość –Przebacz mi ojcze!Wszystko wskazuje na to, że za zbrodniami stoi jeden sprawca. Tylko jak wytłumaczyć ofiary oddalone o setki kilometrów?

Gdy FBI i policja w Chicago zmagają się z wszechogarniającym chaosem, w ręce służb oddaje się główny podejrzany w głośnej sprawie Zabójcy Czwartej Małpy. Jego historia nie tylko wywróci śledztwo do góry nogami, ale wpłynie też na życie wszystkich zaangażowanych w nie osób. Gdy przeszłość wyjdzie na jaw, nic już nie będzie takie samo.

Jedna z najlepszych trylogii o seryjnym mordercy jaką kiedykolwiek napisano.

BookReporter.com

J.D. Barker w genialny sposób łączy przerażające obrazy w fabułę, aby stworzyć ten diabelnie mroczny thriller.

Library Journal

Być może J.D. Barker zaczął od inspirowania się takimi literackimi królami, jak Stephen King, Thomas Harris czy Dean Koontz, ale teraz podąża już swoją indywidualną mroczną ścieżką...

Fresh Fiction

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 542

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 17 godz. 35 min

Lektor: Marcin Hycnar

Oceny
4,6 (1540 ocen)
1097
318
83
33
9
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
iCate0

Nie oderwiesz się od lektury

Co za finał!! Co za trylogia! Zajebista ❤️
20
piwonia_iwa
(edytowany)

Całkiem niezła

Czegoś mi brakowało, nie porywało aż tak. Zakończenie też jakoś szczególnie mnie nie zdziwiło. Duża część książki za bardzo mi się dłużyła, pod koniec denerwowało mnie już to zagmatwanie, które przestało mnie intrygować. Z tej trylogii pierwsza część dla mnie była najlepsza. W dodatku lektor mi nie podszedł. Szkoda, po tylu dobrych ocenach spodziewałam się czegoś lepszego.
10
Rylska

Nie polecam

To już nie thriller, to fantastyka... Trup ściele się gęsto, ale bez żadnego sensu. Żadnego. Dramat. Nie czytajcie, jeśli nie musicie.
10
agadom

Z braku laku…

Taka sobie, ale dobrnelam do konca
00
L3IN4D

Nie oderwiesz się od lektury

świetna seria!
00



1

Tray

Dzień piąty, 5.19

– Ej, gnoju, czy to ci, kurwa, wygląda na pen­sjo­nat?

Głos był szorstki, chro­po­waty. O tej porze to mógł być tylko poli­cjant, ochro­niarz albo może wku­rzony miesz­ka­niec któ­re­goś z oko­licz­nych domów. Tak czy ina­czej zawi­nięta w stę­chłą narzutę Tray Sto­uf­fer nawet nie drgnęła. Cza­sem, kiedy czło­wiek się w ogóle nie rusza, dają spo­kój. Cza­sem im się nudzi i odcho­dzą.

Znowu kop­nię­cie cięż­kim butem – szyb­kie i mocne. Pro­sto w żołą­dek.

Tray chcia­łaby krzyk­nąć, zła­pać tę nogę i wal­czyć. Nic takiego jed­nak nie zro­biła. Pozo­stała w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu.

– Psia­krew, mówię do cie­bie!

Kolejny kop­niak, jesz­cze sil­niej­szy niż poprzedni, tym razem w żebra.

Tray stęk­nęła, nie mogła się powstrzy­mać. Moc­niej otu­liła się kapą.

– Masz poję­cie, co się dzieje z cenami nie­ru­cho­mo­ści przez cie­bie i two­ich kum­pli, któ­rzy też tutaj koczują? Dzie­ciaki się was boją. Starsi ludzie nie chcą wycho­dzić z domu. To nie fair, że muszą się poty­kać o takiego śmie­cia, żeby wyjść do sklepu.

Czyli miesz­ka­niec.

Tray już to wszystko sły­szała.

– Wiesz, co ja tu robię o pią­tej rano, kiedy ty sobie uci­nasz drzemkę? Kiedy ty się wyle­gu­jesz w cie­pełku na naszym progu? Wła­śnie skoń­czy­łem zmianę w pie­karni, dzie­sięć godzin. Wczo­raj w nocy sie­dzia­łem tam dwa­na­ście godzin. Za dzie­sięć godzin muszę wra­cać. Tak zara­biam na życie i na to miesz­ka­nie. To mój wkład w spo­łe­czeń­stwo. Ja się nie szla­jam po uli­cach jak wy, lenie pier­do­lone. Znajdź se jakąś pracę! Ogar­nij się!

Dla czter­na­sto­latki nie było żad­nej pracy. Przy­naj­mniej legal­nej. Musia­łaby dostać zgodę od rodzi­ców, a na to nie miała naj­mniej­szych szans.

Tray przy­go­to­wała się na kolej­nego kop­niaka.

Męż­czy­zna jed­nak nie kop­nął, tylko szarp­nął za narzutę i zerwał ją z niej, odrzu­cił na bok. Kapa wylą­do­wała w kałuży na wpół stop­nia­łego śniegu u pod­nóża scho­dów.

Tray zadrżała, zwi­nięta w kłę­bek, w oba­wie przed cio­sem.

– Ej, prze­cież to dziew­czyna. Jesz­cze z cie­bie dzie­ciak – powie­dział męż­czy­zna, a z jego tonu ulot­niła się złość. – Bar­dzo prze­pra­szam. Jak masz na imię?

– Tracy – odparła. – Ale mówią mi Tray. – Gdy tylko słowa opu­ściły jej usta, natych­miast tego poża­ło­wała. Wie­działa, jak to jest, kiedy zaczyna z nimi gadać. Lepiej trzy­mać buzię na kłódkę, nie rzu­cać się w oczy.

Męż­czy­zna przy­klęk­nął, w lewej ręce dyn­dała mu papie­rowa torba. Nie był bar­dzo stary, może po dwu­dzie­stce. Gruby płaszcz. Brą­zowe włosy pod gra­na­tową weł­nianą czapką. Piwne oczy. Zawar­tość torby pach­niała nie­zwy­kle ape­tycz­nie.

Zauwa­żył, że mu się przy­gląda.

– Ja mam na imię Emmitt. Jesteś głodna, Tray?

Ski­nęła głową. Wie­działa, że to rów­nież błąd. Ale naprawdę była głodna. Okrop­nie głodna.

Się­gnął do papie­ro­wej torby i wyło­wił z niej nie­duży boche­nek chleba. Chru­piąca skórka paro­wała w mroź­nym powie­trzu, jak zwy­kle zimą w Chi­cago, i Tray na chwilę zapo­mniała o prze­ni­kli­wym wie­trze znad jeziora, który hulał po ulicy w wyją­cych pory­wach.

Zabur­czało jej w brzu­chu tak gło­śno, że oboje to usły­szeli.

Emmitt podał jej odła­many kawa­łek chleba, który Tray pożarła dwoma kęsami, wła­ści­wie nie żując. To był praw­do­po­dob­nie naj­smacz­niej­szy chleb, jaki w życiu jadła.

– Chcesz jesz­cze?

Tray poki­wała głową, choć wie­działa, że nie powinna.

Emmitt sap­nął. Wycią­gnął dłoń i pogła­dził ją po policzku boczną stroną palca wska­zu­ją­cego. Palec zsu­nął się na jej szyję, wśli­zgnął pod koł­nierz swe­tra.

– Może chodź do mnie? Dosta­niesz tyle chleba, ile będziesz chciała. Mam też inne rze­czy do jedze­nia. Prysz­nic z cie­płą wodą. Wygodne łóżko. Zro­bię…

Tray obiema rękami wal­nęła męż­czy­znę w ramiona. Przy­klę­kał chwiej­nie na jed­nym kola­nie i nie spo­dzie­wał się ciosu. Runął w tył, torba wypa­dła mu z rąk, wyrżnął głową w meta­lową poręcz przy scho­dach do budynku.

– Ty dziwko! – wrza­snął.

Zanim zdą­żył się pozbie­rać, Tracy zerwała się na nogi. Zła­pała papie­rową torbę, porwała swój ple­cak, zbie­gła po pię­ciu stop­niach, zacze­pia­jąc się narzutą, i ruszyła ulicą Mer­cer. Nie będzie jej gonił; rzadko im się chciało, ale cza­sem…

– Nie pró­buj tu wra­cać! Jak jesz­cze raz cię tu zła­pię, dzwo­nię po poli­cję!

W końcu odwa­żyła się zer­k­nąć za sie­bie – Emmitt wstał, pozbie­rał swoje rze­czy i wcho­dził już do budynku. Nawet z takiej odle­gło­ści wyda­wało jej się, że czuje cie­pło w holu wej­ścio­wym.

Zwol­niła dopiero przy ogro­dze­niu cmen­ta­rza Rose Hill. O tej porze brama była zamknięta, ale Tray była szczu­pła, więc już po chwili prze­śli­zgnęła się mię­dzy prę­tami z kutego żelaza, wcią­ga­jąc za sobą ple­cak i narzutę.

W Chi­cago było sporo noc­le­gowni, ale miała już doświad­cze­nie. O tej porze były zamknięte na głu­cho. Wszę­dzie zamy­kali mię­dzy dzie­więt­na­stą a pół­nocą i nikogo nie wpusz­czali po godzi­nach. A nawet gdyby, na pewno i tak pękały w szwach. Kolejki usta­wiały się cza­sem już od połu­dnia, zawsze bra­ko­wało miejsc. Tray czuła się zresztą bez­piecz­niej na ulicy. Tacy Emmitci byli wszę­dzie, zwłasz­cza w noc­le­gowniach, a z dwojga złego lepiej już spo­tkać takiego na scho­dach budynku miesz­kal­nego albo w uliczce osło­nię­tej przed wia­trem, niż spę­dzić z nim noc za zamknię­tymi drzwiami. Cza­sem nawet z wię­cej niż jed­nym. Emmitci zwy­kle trzy­mali się razem i polo­wali w sta­dach.

Tray nie bała się cmen­ta­rzy. Przez ostat­nie dwa lata spała przy­naj­mniej raz na każ­dym w mie­ście. Rose Hill nale­żał do jej ulu­bio­nych z uwagi na mau­zo­lea. W prze­ci­wień­stwie do Oakwood i Gra­ce­land na Rose Hill nie zamy­kano ich na noc. A cho­ciaż zatrud­niano wielu pra­cow­ni­ków ochrony, w taką zimną noc na pewno grali w karty w dyżurce, oglą­dali tele­wi­zję albo po pro­stu spali. Widy­wała ich czę­sto przez okna tej ich kan­ciapy.

Prze­brnęła przez zasy­paną świe­żym śnie­giem Tra­nqu­ility Lane. Nie­szcze­gól­nie mar­twiła się o ślady – wie­działa, że zasy­pie je wiatr. Mimo wszystko nie chciała ryzy­ko­wać, więc kiedy dotarła na szczyt wzgó­rza, nie skrę­ciła w lewo w Bliss Road, lecz prze­szła na drugą stronę Tra­nqu­ility i wśli­zgnęła się do nie­du­żego lasku rosną­cego wzdłuż Bliss.

Nie paliły się żadne świa­tła, ale księ­życ był nie­mal w pełni, a kiedy w polu widze­nia poja­wiła się sadzawka, Tray nie mogła się nie zatrzy­mać i na nią nie popa­trzeć. Skuta lodem powierzch­nia lśniła pod cienką war­stewką świe­żego śniegu. Na brzegu stały mil­czące mar­mu­rowe posągi, a pomię­dzy nimi – tkwiły kamienne ławki. To było takie ciche, spo­kojne miej­sce.

Tray nie od razu zauwa­żyła dziew­czynę klę­czącą na kra­wę­dzi wody, odwró­coną do niej tyłem. Po ple­cach spły­wały jej dłu­gie blond włosy. Wyglą­dała jak jeden z posą­gów – nie­ru­choma, twa­rzą zwró­cona do sadzawki. Miała okrop­nie bladą skórę, nie­mal tak bez­barwną jak jej biała sukienka. Nie miała na sobie kurtki ani butów, tylko tę białą sukienkę, z mate­riału tak cien­kiego, że zda­wał się prze­źro­czy­sty. Dło­nie trzy­mała sple­cione na wyso­ko­ści piersi, jakby pogrą­żona w modli­twie, głowę prze­chy­loną na bok.

Tray nic nie powie­działa, ale pode­szła bli­żej. Zorien­to­wała się, że war­stewka śniegu leżąca na wszyst­kim wokół pokrywa także dziew­czynę. Kiedy obe­szła ją dookoła, zauwa­żyła, że to wcale nie dziew­czyna, lecz doro­sła kobieta. Ude­rza­jącą biel jej skóry prze­ła­my­wała cienka czer­wona kre­ska bie­gnąca spod wło­sów w dół twa­rzy. Druga kre­ska zaczy­nała się z boku lewego oka, niczym stru­mień czer­wo­nych łez, a trze­cia – w kąciku ust. Ta ostat­nia nada­wała jej war­gom jaskra­wo­czer­woną barwę, niczym szminka.

Miała coś napi­sane na czole.

„Nie, zaraz, to nie jest napi­sane”.

Na zasy­pa­nych śnie­giem kola­nach leżała srebrna taca. Taka, jaką można zna­leźć na ele­ganc­kim przy­ję­ciu w dro­giej restau­ra­cji – nawet w wieku zale­d­wie czter­na­stu lat Tray dobrze wie­działa, że ni­gdy nie zoba­czy takiego miej­sca na żywo, co naj­wy­żej w kinie czy tele­wi­zji.

Na tacy leżały trzy nie­duże białe pude­łeczka. Każde mocno prze­wią­zano czar­nym sznur­kiem.

Za pude­łecz­kami, oparta o piersi kobiety, stała tek­tu­rowa tabliczka, podobna do tych, z któ­rymi Tray pró­bo­wała zbie­rać pie­nią­dze na jedze­nie. Tyle że ona ni­gdy nie wypi­sy­wała takich słów jak na tym kar­to­nie:

OJCZE, PRZE­BACZ MI

Tray zro­biła jedyne, co mogła w tej sytu­acji. Ucie­kła.

2

Poole

Dzień piąty, 5.28

Cześć, Sam,

domy­ślam się, że nie wiesz, o co cho­dzi.

Domy­ślam się, że drę­czą Cię pyta­nia.

Mnie też. Na­dal mam wiele pytań.

Pyta­nia sta­no­wią fun­da­ment wie­dzy, ucze­nia się, odkry­wa­nia i odkry­wa­nia na nowo. Docie­kliwy umysł nie ma zewnętrz­nych ścian. Docie­kliwy umysł jest jak maga­zyn o nie­ogra­ni­czo­nej powierzchni, jak pałac pamięci o nie­skoń­czo­nej licz­bie kom­nat, pię­ter i błysz­czą­cych cacek. Cza­sem jed­nak umysł doznaje urazu, jakaś ściana się kru­szy, pałac pamięci wymaga remontu, kom­naty przy­po­mi­nają raczej zde­wa­sto­wane klitki. Oba­wiam się, że Twój umysł pod­pada pod tę drugą kate­go­rię. Foto­gra­fie wokół Cie­bie, pamięt­niki – oto klu­cze, które pomogą Ci w pro­ce­sie prze­ko­py­wa­nia gru­zów, prze­bu­dowy.

Jestem przy Tobie, Sam.

Zawsze tu będę, tak jak od zawsze byłem.

Prze­ba­czy­łem Ci, Sam. Może inni też prze­ba­czą. Nie jesteś już tam­tym czło­wie­kiem. Jesteś czymś znacz­nie wię­cej.

– Anson1

– Co to ma być? – wark­nął agent spe­cjalny Frank Poole, odkła­da­jąc wydruk na bok. Zamknął oczy i przy­ci­snął dło­nie do skroni. Doku­czał mu okropny ból głowy. Pró­bo­wał się prze­spać w samo­lo­cie z Nowego Orle­anu, ale oka­zało się to nie­moż­liwe. Tele­fon sate­li­tarny się ury­wał. Dzwo­nili przede wszyst­kim z nowo­or­le­ań­skiego biura FBI, któ­rego funk­cjo­na­riu­sze na­dal prze­cze­sy­wali kan­ce­la­rię adwo­kacką Sarah Wer­ner i znaj­du­jące się nad nią miesz­ka­nie; zale­d­wie dzie­więć godzin wcze­śniej Poole zna­lazł ciało praw­niczki na jej wła­snej kana­pie – patrzyła na niego męt­nym wzro­kiem, na kola­nach miała zgniłe resztki kola­cji, a na środku czoła mały czarny otwór po kuli. Koro­ner potwier­dził, że kobieta nie żyła przy­naj­mniej od kilku tygo­dni, znacz­nie dłu­żej, niż Poole z początku sądził. Ziden­ty­fi­ko­wano ją jako Sarah Wer­ner, co ozna­czało, że kobieta, z którą w ostat­nich dniach widy­wano detek­tywa Sama Por­tera, nie mogła być osobą, za którą się poda­wała. Była pod­sta­wioną oszustką. Wspól­nie wycią­gnęli z miej­sco­wego wię­zie­nia jedną z osa­dzo­nych i prze­wieźli ją przez pół kraju, do Chi­cago.

Pomię­dzy roz­mo­wami z oddzia­łem tere­no­wym tele­fon był zajęty przez part­nera Por­tera. Zna­leźli detek­tywa w Guy­onie, opusz­czo­nym hotelu w Chi­cago. Więź­niarka, któ­rej pomógł uciec, leżała zastrze­lona w holu. Por­ter, w sta­nie bli­skim kata­to­nii, sie­dział w pokoju na czwar­tym pię­trze, obwie­szo­nym foto­gra­fiami przed­sta­wia­ją­cymi go w towa­rzy­stwie Ansona Bishopa, seryj­nego mor­dercy zna­nego jako Zabójca Czwar­tej Małpy, pod ręką miał stertę zapi­sa­nych notat­ni­ków, a na ekra­nie sto­ją­cego na biurku lap­topa wyświe­tlała się powyż­sza wia­do­mość.

Z tego, co mu powie­dziano, poli­cja Chi­cago usta­liła, że lap­top miał zwią­zek z serią dzi­wacz­nych zabójstw, do któ­rych doszło w ostat­nich dniach – kilka nasto­la­tek pod­ta­piano i resu­scy­to­wano, dopóki ich orga­ni­zmy wytrzy­my­wały, a do tego na naj­róż­niej­sze spo­soby mor­do­wano osoby doro­słe mające zwią­zek z opieką medyczną nad nie­ja­kim Pau­lem Upchur­chem, obec­nie ope­ro­wa­nym w szpi­talu imie­nia Stro­gera.

Kiedy Poole aku­rat nie wisiał na tele­fo­nie z Nowym Orle­anem albo detek­ty­wem Nashem, roz­ma­wiał z detek­tyw Clair Nor­ton, która prze­by­wała w tymże szpi­talu – wła­śnie wybu­chła tam epi­de­mia wywo­łana przez Bishopa, Upchur­cha, a być może także inne osoby.

Jedyną osobą, która się jesz­cze nie ode­zwała, był jego bez­po­średni prze­ło­żony, agent dowo­dzący Hur­less. Poole dobrze wie­dział, że może spo­dzie­wać się tego tele­fonu w każ­dej chwili, a wolałby mieć już wtedy jakieś sen­sowne infor­ma­cje.

– Daj­cie mi z nim poga­dać – popro­sił detek­tyw Nash, gdzieś za jego ple­cami w pokoju obser­wa­cyj­nym.

Poole wciąż trzy­mał się za głowę.

– Nie ma mowy.

Po dru­giej stro­nie lustra wenec­kiego Por­ter sie­dział na meta­lo­wym krze­śle, zgar­biony nad rów­nież meta­lo­wym sto­łem. Nie skuto go kaj­dan­kami. Poole zaczy­nał kwe­stio­no­wać słusz­ność tej decy­zji.

– Ze mną będzie chciał roz­ma­wiać – upie­rał się Nash.

Por­ter do nikogo się nie ode­zwał. Nie wydu­sił ani słowa.

– Nie.

– Sam nie jest złym czło­wie­kiem. Nie jest w to zamie­szany.

– Tkwi w tym po uszy.

– Nie Sam.

– Kobieta, którą wycią­gnął z wię­zie­nia, ma śmier­telną ranę postrza­łową z broni, którą przy nim zna­leź­li­śmy. Por­ter ma wyraźne ślady pro­chu na dłoni. Nawet nie pró­bo­wał ukry­wać broni ani ucie­kać. Sie­dział i cze­kał, aż go aresz­tu­je­cie.

– Nie wiemy, czy na pewno ją zabił.

– Nie wypiera się tego – zari­po­sto­wał Poole.

– Jeśli to zro­bił, to wyłącz­nie w obro­nie wła­snej.

Poole puścił jego słowa mimo uszu.

– Zadzwo­nił do szpi­tala Stro­gera i prze­ka­zał detek­tyw Nor­ton infor­ma­cje, któ­rych nie mógłby posia­dać, gdyby nie był w to zamie­szany. Wie­dział, że Upchurch ma gle­jaka. Skąd w ogóle znał jego nazwi­sko? Wie­dział o obu dziew­czy­nach. Znał szcze­góły, któ­rych nie­winny czło­wiek nie miał prawa znać.

– Sły­sza­łeś, co mówiła Clair. Że to Bishop mu powie­dział.

– Bishop mu powie­dział – powtó­rzył znie­cier­pli­wiony Poole. – Bishop mu powie­dział, że wstrzyk­nął wirusa SARS dwóm zagi­nio­nym dziew­czy­nom. Zosta­wił je w domu z Upchur­chem jak jakie­goś konia tro­jań­skiego.

Poole tego też nie mógł zro­zu­mieć. Kati Quigley i Larissa Biel, obie zagi­nione, obie zna­le­zione w domu Upchur­cha. Por­ter twier­dził, że wstrzyk­nięto im szczep wirusa SARS. Zablo­ko­wano wszyst­kie wyj­ścia ze szpi­tala, a tym­cza­sem prze­pro­wa­dzano bada­nia krwi, żeby spraw­dzić, czy groźba ma pokry­cie w rze­czy­wi­sto­ści. W naj­lep­szym razie cho­dziło o głupi żart. W naj­gor­szym…

– Bishop sobie z nim pogrywa – stwier­dził Nash. – To jego spe­cjal­ność.

– Powie­dział Clair, że „zje­bał sprawę”. Prze­pra­szał. Nie­winny czło­wiek nie mówi takich rze­czy.

– Za to winny ucieka. Nie sie­dzi spo­koj­nie, cze­ka­jąc na gliny. Zaciera ślady, znika.

– Ukradł dowody – odparł Poole. – Prze­ciw­sta­wił się roz­ka­zom. Zwiał do Nowego Orle­anu, pomógł jakiejś kobie­cie uciec z wię­zie­nia, zosta­wił za sobą trupa. Tutaj kolej­nego. Wła­śnie dla­tego nie możesz z nim roz­ma­wiać: jesteś zbyt bli­sko, żeby zoba­czyć praw­dziwy obraz. Zapo­mnij, że to twój part­ner, twój przy­ja­ciel. Spójrz na dowody, potrak­tuj go jak podej­rza­nego. Dopóki nie zdo­łasz tak na niego patrzeć, nie zacho­wasz obiek­ty­wi­zmu. A jeśli nie będziesz obiek­tywny, to tylko zaszko­dzisz, zamiast pomóc.

Poole wziął do ręki wydruk i jesz­cze raz prze­stu­dio­wał tekst.

– Gdzie jest teraz ten lap­top?

– U naszych infor­ma­ty­ków, na górze.

– Zadzwoń do nich i powiedz, żeby dali sobie spo­kój. Nie chcę, żeby wasi ludzie go doty­kali. Nie jeste­ście już wia­ry­godni. Tech­nicy FBI roz­biorą kom­pu­ter i prze­ana­li­zują dane – powie­dział Poole. – A zdję­cia i zeszyty, które przy nim zna­leź­li­ście?

Nash mil­czał.

– Nie każ mi znowu pytać.

– Zdję­cia są cią­gle w pokoju czte­ry­sta pięć w hotelu Guyon. Kaza­łem moim ludziom obfo­to­gra­fo­wać cały pokój i zagro­dzić wej­ście. Jeden mun­du­rowy pełni wartę na pię­trze, dodat­kowa dwójka pil­nuje przed budyn­kiem – zre­la­cjo­no­wał Nash. – Zeszyty przy­wio­złem tutaj i oso­bi­ście zare­je­stro­wa­łem jako mate­riał dowo­dowy.

– Zostaw­cie wszystko, jak jest. Od tej pory wasi ludzie mają się niczego nie tykać.

Nash nie odpo­wie­dział. Poole wstał, a od nagłego ruchu głowa zapul­so­wała mu takim bólem, jakby kula od krę­gli obi­jała mu się od środka o ściany czaszki. Znowu potarł się po skro­niach.

– Słu­chaj, wyświad­czam wam przy­sługę. Nie wia­domo, co się dzieje z Samem, ale jeśli ta sprawa trafi do sądu, wasz zespół musi się odciąć od śledz­twa. Jeśli tego nie zro­bi­cie, każdy adwo­kat z praw­dzi­wego zda­rze­nia roz­wali was w drobny mak. Zaczną od Sama, potem będziesz ty, Clair, Klo­zow­ski i wszystko, czego się tknę­li­ście. Od tej chwili jeste­ście tylko obser­wa­to­rami. Wszy­scy. W prze­ciw­nym razie popeł­ni­cie zawo­dowe samo­bój­stwo.

– Nie opusz­czam przy­ja­ciół.

– Nie, ale oni cza­sem opusz­czają cie­bie.

Poole się­gnął do klamki drzwi sali prze­słu­chań, otwo­rzył i wszedł do środka. Meta­liczny brzęk zamy­ka­nych drzwi wydał mu się jed­nym z naj­gło­śniej­szych dźwię­ków, jakie kie­dy­kol­wiek sły­szał.

3

Clair

Dzień piąty, 5.36

Clair kich­nęła.

– O ja pier­dolę – mruk­nął Klo­zow­ski, patrząc na nią z dru­giego końca ich tym­cza­so­wego biura urzą­dzo­nego w sta­rym gabi­ne­cie lekar­skim w szpi­talu imie­nia Johna H. Stro­gera Jr.

– Mówi się raczej „na zdro­wie” – odparła Clair, po czym wydmu­chała nos.

– Skóra mi się lepi od potu. Gar­dło mam wysu­szone. Wszystko mnie boli – wyli­czał Klo­zow­ski. – A wiesz, jakie atrak­cje nas jesz­cze cze­kają? Następna jest bie­gunka. Nie ma nic gor­szego niż sraczka, kiedy nie możesz się zamknąć we wła­snej łazience. Potem zaczną nam się roz­ta­piać narządy wewnętrzne, oczy też nam popłyną. Opu­ścimy ten świat jako dwie mokre plamy. Nie spo­dzie­wa­łem się takiej śmierci. Odkąd się zapi­sa­łem do poli­cji, zakła­da­łem, że zginę w jakiejś efek­tyw­nej strze­la­ni­nie, pod­czas nalotu czy akcji SWAT. A nie tak.

– Chcia­łeś chyba powie­dzieć „efek­tow­nej” – wtrą­ciła Clair. – Poza tym jesteś infor­ma­ty­kiem. Ner­dom to wszystko nie grozi. Nasta­wi­ła­bym się raczej na śmierć od zacię­cia się kartką albo nie­for­tun­nego wypadku z kla­wia­turą. – Zgnio­tła chu­s­teczkę w kulkę i wyrzu­ciła do sto­ją­cego pod sto­łem kosza na śmieci, w któ­rym na­dal spo­czy­wał kom­plet doku­men­ta­cji medycz­nej Upchur­cha. – Objawy też ci się pomie­szały. Masz na myśli ebolę. SARS nie roz­ta­pia narzą­dów.

– A nie, no to spoko, hura.

Clair wska­zała głową lap­top Klo­zow­skiego.

– Poli­czy­łeś wszyst­kich?

– Nie chcesz wie­dzieć.

– Muszę.

– Dwa­dzie­ścioro troje – odparł.

Clair wyraź­nie się oży­wiła.

– Spo­dzie­wa­łam się wię­cej. Mogłoby być znacz­nie gorzej.

Klo­zow­ski poki­wał pal­cem.

– Ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy dwa­dzie­ścia trzy poten­cjalne ofiary z akt Upchur­cha i spro­wa­dzi­li­śmy je do szpi­tala razem z rodzi­nami. Jeśli doli­czyć mężów, żony i dzieci, suma rośnie do osiem­dzie­się­ciu sied­miorga.

– Szlag – rzu­ciła Clair.

Kiedy poli­cja zorien­to­wała się, że Upchurch i jego wspól­nik zabi­jają osoby odpo­wie­dzialne, ich zda­niem, za nie­po­wo­dze­nie kura­cji Upchur­cha, Clair zebrała wszyst­kich i spro­wa­dziła do szpi­tala, z myślą, że to jedyne bez­pieczne miej­sce dla tak dużej grupy. Sprawcy jed­nak tylko na to liczyli – dwóm ostat­nim ofia­rom Upchur­cha, Laris­sie Biel i Kati Quigley, wstrzyk­nęli zaraź­liwy pato­gen, bo wie­dzieli, że i dziew­częta zostaną prze­wie­zione do naj­bliż­szego szpi­tala.

W ciągu zale­d­wie kilku godzin nara­zili na zaka­że­nie nie tylko pozo­sta­łych ludzi, któ­rych śmierci pra­gnął Upchurch, lecz także wszyst­kich innych prze­by­wa­ją­cych w szpi­talu. W tym Clair Nor­ton i Edwina Klo­zow­skiego.

Dowie­działa się o tym przez tele­fon od Por­tera, który powie­dział jej także, że pato­ge­nem był wirus SARS, wspól­ni­kiem Upchur­cha zaś – Anson Bishop. W szpi­talu natych­miast zarzą­dzono blo­kadę. Zgod­nie z pro­to­ko­łem dyrek­cja powia­do­miła CDC, Cen­trum Kon­troli Cho­rób, które nie­zwłocz­nie wysłało ekipę ze sta­cji kwa­ran­tanny na lot­ni­sku O’Hare. Dotarli na miej­sce w ciągu dwu­dzie­stu sied­miu minut, Kloz zmie­rzył im czas. Cze­ka­jąc na ich przy­jazd, zmie­rzył też sobie tem­pe­ra­turę. Czte­ro­krot­nie.

Clair na­dal pró­bo­wała zro­zu­mieć, o co cho­dziło w ostat­niej roz­mo­wie z Por­te­rem.

Czło­wiek, który do niej zadzwo­nił, nie brzmiał jak ten, któ­rego znała.

Spra­wiał wra­że­nie poko­na­nego, zała­ma­nego.

Wie­dział o rze­czach, o któ­rych nie powi­nien mieć poję­cia.

Kiedy Nash i oddział SWAT zro­bili nalot na dom Upchur­cha, zna­leźli go na pię­trze, w dziew­czę­cej sypialni. Nie było jed­nak żad­nej dziew­czynki, tylko mane­kin w dziew­czę­cych ubra­niach, oto­czony plu­szo­wymi maskot­kami i rysun­kami. Dziew­czynka oka­zała się posta­cią z jakie­goś nie­uda­nego komiksu stwo­rzo­nego przez Upchur­cha. On sam pod­dał się bez pro­te­stów. W piw­nicy zna­leźli Larissę Biel, odu­rzoną lekami i nie­przy­tomną. Potem dowie­dzieli się, że połknęła szkło. Z początku sądzili, że Upchurch ją do tego zmu­sił, ale oka­zało się, że zro­biła to sama, żeby nie wyko­rzy­stał jej tak jak innych dziew­cząt. Zeznała na piśmie, że Upchurch pod­ta­piał ofiary aż do utraty przy­tom­no­ści, a potem je oży­wiał – wszystko w ramach cho­rego eks­pe­ry­mentu mają­cego na celu prze­ko­na­nie się, czy ist­nieje życie po śmierci. Skoro Larissa połknęła szkło, to była uszko­dzona, nie nada­wała się już do udziału w eks­pe­ry­men­cie.

Clair nie mogła sobie wyobra­zić, że pod­ję­łaby taką decy­zję. Larissa Biel oka­zała nie­wia­ry­godną siłę, bio­rąc los we wła­sne ręce i nie pozwa­la­jąc, żeby zade­cy­do­wał o nim sza­le­niec. Obec­nie docho­dziła do sie­bie po ope­ra­cji, pod­czas któ­rej usu­nięto szkło oraz zaszyto rany gar­dła, strun gło­so­wych i żołądka. Cho­ciaż wszystko wska­zy­wało na to, że wydo­brzeje po ura­zach, któ­rych doznała w domu Upchur­cha, poja­wiły się u niej objawy zaka­że­nia wiru­sem, który Anson Bishop wstrzyk­nął w jej spo­nie­wie­rane ciało. Pozo­sta­wało nie­wia­domą, czy wyzdro­wieje także z tego.

Na stole w kuchni Upchur­cha zna­leźli nie­przy­tomną Kati Quigley. W ręku trzy­mała białe pude­łeczko prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem, znak roz­po­znaw­czy Ansona Bishopa. W środku znaj­do­wał się klu­czyk do szafki w szpi­talu. Zna­leźli w niej akta medyczne Paula Upchur­cha oraz jabłko z wbitą strzy­kawką. Por­ter twier­dził, że w strzy­kawce znaj­duje się tylko próbka pato­genu. Bishop miał mu powie­dzieć, że jeśli Upchurch umrze, on roz­nie­sie wirusa na więk­szą skalę gdzieś w mie­ście.

„Śnieżka też dała się zła­pać”, powie­dział Por­ter.

Paul Upchurch leżał w tej chwili na sali ope­ra­cyj­nej – zasłabł po aresz­to­wa­niu przez poli­cję. Cier­piał na raka mózgu, gle­jaka w czwar­tym sta­dium. Por­ter powie­dział też Clair, że musi namie­rzyć nie­ja­kiego Ryana Bey­era, neu­ro­chi­rurga ze szpi­tala Johnsa Hop­kinsa. Zle­ciła to zada­nie Klo­zow­skiemu – infor­ma­ty­kowi zajęło to nie­całe dzie­sięć minut. Wów­czas Clair zadzwo­niła do Franka Poole’a, a on zała­twił trans­port dok­tora Bey­era z Bal­ti­more do Chi­cago na pokła­dzie jed­nego z pry­wat­nych odrzu­tow­ców FBI. Samo­lot wystar­to­wał tuż po pół­nocy z mię­dzy­na­ro­do­wego lot­ni­ska imie­nia Thur­go­oda Mar­shalla i o dru­giej dwa­dzie­ścia jeden wylą­do­wał na O’Hare. Stam­tąd dok­tor Beyer poje­chał pod eskortą poli­cji do szpi­tala Stro­gera, gdzie drogą okrężną – żeby nie zara­ził się od tych nara­żo­nych na kon­takt z wiru­sem – zapro­wa­dzono go na blok ope­ra­cyjny na trze­cim pię­trze. Upchurch cze­kał tam już na zabieg, przy­go­to­wany przez tam­tej­szych leka­rzy. Wraz z Bisho­pem zamor­do­wał wiele osób, ponie­waż uznał, że nie zapew­niono mu wła­ści­wej opieki medycz­nej do wyle­cze­nia jego cho­roby. Nie dało się ukryć, że tymi czy­nami, jak­kol­wiek ponuro to zabrzmi, prze­niósł się na pierw­sze miej­sce bar­dzo dłu­giej listy ocze­ku­ją­cych – wła­śnie w tej chwili w gło­wie grze­bał mu naj­wy­bit­niej­szy spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie neu­ro­chi­rur­gii.

Ktoś zapu­kał do drzwi. Do środka zaj­rzała Sue Miflin, szpi­talna salowa.

– Prze­pra­szam, ale dok­tor Beyer wyszedł z sali ope­ra­cyj­nej. Chciałby z wami poroz­ma­wiać.

4

Poole

Dzień piąty, 5.38

Kiedy Poole wszedł do sali prze­słu­chań, detek­tyw Sam Por­ter nie pod­niósł głowy. W ogóle nie zare­ago­wał na jego obec­ność. Sie­dział bez ruchu, nie­świa­domy, co się wokół niego dzieje, wargi poru­szały mu się bez­gło­śnie, jakby pro­wa­dził jakąś pry­watną roz­mowę. Wzrok wbi­jał w dło­nie. Palce drgały mu bez­wied­nie. Poole’owi przy­wo­dziło to na myśl chwilę tuż przed zaśnię­ciem, kiedy ciało rzuca się w nagłych wstrzą­sach, żeby pozbyć się resz­tek świa­do­mo­ści. Por­ter nie wyglą­dał jed­nak na zaspa­nego, wręcz prze­ciw­nie. Oczy miał czujne jak ćpun, który wła­śnie wcią­gnął trze­cią ścieżkę koki, mety czy amfy. Wyostrzone zmy­sły, roze­dr­ga­nie, wście­kłość, ale jed­no­cze­śnie wyra­cho­wa­nie. Goni­twa zło­żo­nych myśli, które nie mia­łyby żad­nego sensu dla nikogo poza samym zain­te­re­so­wa­nym.

Poole nie znał Sama Por­tera szcze­gól­nie dobrze, nie lepiej niż pozo­sta­łych człon­ków ekipy pier­wot­nie zaj­mu­ją­cej się sprawą Zabójcy Czwar­tej Małpy (czy też 4MK, jak okre­ślano go skró­towo), ale znał się na ludziach. Poole szczy­cił się, że potrafi doko­nać oceny na pierw­szy rzut oka, zro­zu­mieć czy­jeś moty­wa­cje i lęki, oce­nić poziom inte­lek­tu­alny i praw­dziwe inten­cje. Kiedy poznał detek­tywa, instynkt pod­po­wie­dział mu, że ma do czy­nie­nia z dobrym gli­nia­rzem. Wie­rzył, że Por­ter naprawdę chciał zła­pać Zabójcę Czwar­tej Małpy i wsa­dzić go za kratki. Dostrze­gał w nim bystrego poli­cjanta, sta­rego wyja­da­cza, sza­no­wa­nego i podzi­wia­nego przez współ­pra­cow­ni­ków. Ideał, do któ­rego Poole dążył każ­dego dnia, odkąd dostał odznakę. Cho­ciaż Por­ter nie­wiele mówił przez ten krótki czas, który spę­dzili razem, Poole mógłby się zało­żyć, że męż­czy­zna bar­dzo dużo rozu­miał. Nie wycią­gał pochop­nych wnio­sków, podą­żał za dowo­dami. Przej­mo­wał się ofia­rami, wal­czył o pamięć po nich. Docho­dził spra­wie­dli­wo­ści dla tych, któ­rzy zostali.

Detek­tyw Sam Por­ter, któ­rego poznał Frank Poole, był czło­wie­kiem pra­wym.

Męż­czy­zna sie­dzący w sali prze­słu­chań nie był tam­tym Samem Por­te­rem. Ta osoba była pustą sko­rupą.

Czło­wie­kiem zła­ma­nym.

Wygnie­cione ubra­nia cuch­nęły bru­dem i potem. Od wielu dni się nie golił. Roz­bie­gane, prze­krwione oczy wyzie­rały znad wiel­kich, ciem­nych worów, cięż­kich z nie­wy­spa­nia.

Poole opadł na krze­sło naprze­ciwko Por­tera i splótł dło­nie na stole.

– Sam?

Por­ter wciąż gapił się na swoje ręce, a jego usta na­dal pro­wa­dziły roz­mowę sły­szalną tylko dla niego samego.

Poole pstryk­nął pal­cami.

Nic.

– Sły­szysz mnie, Sam?

Nic.

Poole uniósł prawą rękę i wal­nął otwartą dło­nią w blat, naj­moc­niej, jak potra­fił.

Cho­ler­nie zabo­lało.

Por­ter pod­niósł głowę i zmru­żył oczy.

– Frank.

Ton, jakim wymó­wił imię Poole’a, nie był pyta­jący, nie świad­czył też o tym, że go roz­po­znał – po pro­stu bez­na­mięt­nie stwier­dzał fakt. Poje­dyn­cze słowo było nie­wiele gło­śniej­sze od wes­tchnię­cia, przy­po­mi­nało raczej wydech niż wypo­wiedź.

– Musimy poroz­ma­wiać, Sam.

Por­ter oparł się na krze­śle i znów spu­ścił wzrok.

– Chcę poroz­ma­wiać z Sarah Wer­ner.

– Nie żyje.

Por­ter uniósł głowę.

– Jak to?

– Zamor­do­wana strza­łem z broni pal­nej w głowę, przy­naj­mniej trzy tygo­dnie temu. Zna­la­złem ją na kana­pie w jej miesz­ka­niu w Nowym Orle­anie.

Por­ter pokrę­cił głową.

– Nie, nie z nią, z tą drugą. Z tą inną Sarah Wer­ner.

– Powiedz mi, gdzie jej szu­kać, to ją spro­wa­dzę.

Por­ter nie odpo­wie­dział.

– Zda­wa­łeś sobie sprawę, że zabiła praw­dziwą Sarah Wer­ner?

– Nie wiemy na pewno, czy to zro­biła.

Na pod­sta­wie sza­co­wa­nego czasu zgonu usta­lili, że Por­ter był jesz­cze w Chi­cago, kiedy zamor­do­wano praw­dziwą Sarah Wer­ner. Por­ter miał zresztą rację – pomi­ja­jąc fakt, że tajem­ni­cza kobieta przy­brała jej toż­sa­mość, nie mieli żad­nego dowodu, że rów­nież ją zabiła.

– Ta twoja Sarah Wer­ner, oszustka… Wiesz, kim ona naprawdę jest? – spy­tał Poole.

– A ty wiesz?

– Wiem, że z twoją pomocą wycią­gnęła z nowo­or­le­ań­skiego wię­zie­nia jedną z osa­dzo­nych. Kobietę uwa­żaną za matkę Ansona Bishopa, czyli 4MK. Wiem, że wspól­nie prze­wieź­li­ście ucie­ki­nierkę przez kilka sta­nów, aż do Chi­cago. Wiem też, że zeszłego wie­czoru ucie­ki­nierka ta została zastrze­lona w hotelu Guyon pisto­le­tem, w któ­rego posia­da­niu byłeś wkrótce po zda­rze­niu. Wiem, że tamta kobieta roz­pły­nęła się w powie­trzu, a ty nie mia­łeś czasu albo chęci zmyć sobie z rąk resz­tek pro­chu przed wkro­cze­niem SWAT. – Poole wes­tchnął. – Wiem wystar­cza­jąco dużo. Teraz może powiedz mi, co ty wiesz.

– To matka Bishopa – odparł Por­ter cicho.

– Ta zabita? Wła­śnie to powie­dzia­łem.

– Nie ta zabita, tylko ta, która była ze mną. Ta druga Sarah Wer­ner. Oszustka. Tuż przed tym, jak ode­szła z Bisho­pem, po tym jak to on, a nie ja, zastrze­lił więź­niarkę, powie­dzieli mi, że ona jest tak naprawdę matką Bishopa.

– Wie­rzysz im? Po tym wszyst­kim, co ci zgo­to­wał?

Wzrok Por­tera znów powę­dro­wał do nie­spo­koj­nych dłoni.

– Muszę prze­czy­tać pamięt­niki, wszyst­kie pamięt­niki, wszystko, co zosta­wił w tam­tym pokoju. To wszystko tam jest. Wszystko, czego potrze­bu­jemy. Wszyst­kie odpo­wie­dzi. Wszystko tam jest. Wszystko.

– Sam, bre­dzisz. Musisz odpo­cząć.

Por­ter pod­niósł oczy i nachy­lił się ku Poole’owi.

– Muszę prze­czy­tać te pamięt­niki.

– Mowy nie ma. – Poole pokrę­cił głową.

– W tych pamięt­ni­kach są wszyst­kie odpo­wie­dzi.

– Sądzę, że te zapi­ski to ściema – zaopo­no­wał Poole.

Por­ter pokrę­cił głową.

– Zna­la­złem jezioro. Dom. Też widzie­li­ście, prawda? Byli­ście tam. Wiem, że tam byli­ście. One naprawdę ist­nieją. – Ści­szył głos do kon­spi­ra­cyj­nego szeptu. – W piw­nicy jest plama krwi, dokład­nie tam, gdzie miała być według jego opisu. Tam, gdzie umarł Car­ter.

– Poroz­ma­wiajmy o tym, Sam. Czy po raz pierw­szy byłeś w Simp­so­nville w Karo­li­nie Połu­dnio­wej? Pod nume­rem dwu­na­stym przy Jen­kins Crawl Road?

Por­ter wytrzesz­czył na niego oczy.

– Co? Oczy­wi­ście, że tak. A czemu?

– Razem z sze­ryfką z Simp­so­nville spraw­dzi­li­śmy kar­to­tekę nie­ru­cho­mo­ści. Twoje nazwi­sko jest na akcie wła­sno­ści.

Por­ter jakby go nie sły­szał.

– Zna­leź­li­ście Car­tera w jezio­rze? – spy­tał.

– Wycią­gnę­li­śmy z wody sześć ciał. Pięć w cało­ści, jedno w wor­kach na śmieci, poćwiar­to­wane.

– Car­ter – powie­dział Por­ter cicho.

– Akt wła­sno­ści działki, Sam. Dla­czego jest zapi­sana na cie­bie?

Por­ter znów wbi­jał wzrok w dłoń i bez­gło­śnie poru­szał war­gami.

– Sam?

Pode­rwał gwał­tow­nie głowę.

– Co?

– Dla­czego twoje imię wid­nieje na akcie wła­sno­ści nie­ru­cho­mo­ści numer dwa­na­ście przy Jen­kins Crawl Road?

Por­ter mach­nął ręką.

– Robota Bishopa. Pod­ro­bił, sfał­szo­wał, pod­mie­nił… nie­ważne. On to zro­bił, nie ma to żad­nego zna­cze­nia. – Opadł na opar­cie krze­sła, a wargi roz­cią­gały mu się w coraz szer­szym uśmie­chu. – Zna­leź­li­ście Car­tera. Zna­leź­li­ście… Car­tera. Ja pier­dolę, zna­leź­li­ście Car­tera.

Poole przy­glą­dał się dło­niom detek­tywa, wciąż drżą­cym spa­zma­tycz­nie na stole. Por­ter chyba w ogóle nie zda­wał sobie z tego sprawy.

– Kiep­sko z tobą, Sam. Musisz odpo­cząć.

Por­ter pla­snął dłońmi w stół i pochy­lił się do przodu.

– Muszę prze­czy­tać te pamięt­niki!

– Czyje ciała wyło­wi­li­śmy z jeziora? To było pię­cioro ludzi.

– Nie mam poję­cia.

– To twoja działka.

Por­ter otwo­rzył usta, jakby chciał odpo­wie­dzieć, ale zaraz znów je zamknął. Ponow­nie spu­ścił wzrok, splótł palce, ale nie­mal natych­miast je roz­łą­czył.

– To sprawka Bishopa. On tak wła­śnie działa. Wypeł­nia świat kłam­stwami.

– W takim razie dla­czego wie­rzysz w to, co napi­sał w pamięt­ni­kach? – skon­tro­wał Poole. – Skoro Bisho­powi nie można wie­rzyć, dla­czego obcho­dzi cię treść tych zapi­sków?

Por­ter uniósł głowę, w jego oczach poja­wiła się iskierka nadziei.

– Gdzie są zeszyty? Zostały w Guy­onie?

– O coś cię pyta­łem, Sam.

– Te wasze ciała będą w pamięt­ni­kach.

– Nie wiesz tego na pewno.

Por­ter nachy­lił się bli­żej. W kąciku ust błysz­czała mu strużka śliny.

– Wiemy, że to prawda, bo zna­leź­li­ście ciało Car­tera, dokład­nie tam, gdzie twier­dził, że będzie. Wiemy, że to prawda, bo w piw­nicy jest plama krwi, a na drzwiach lodówki wisi kłódka. On chce, żeby­śmy się dowie­dzieli, co się stało. Cała reszta, na przy­kład moje nazwi­sko na jakimś tam papie­rze, to wszystko zmyłki, to wła­śnie ściema, to wła­śnie trzeba zigno­ro­wać.

Poole odsu­nął się nieco na krze­śle, nie odry­wa­jąc wzroku od męż­czy­zny naprze­ciwko. Tym razem Por­ter nie odwró­cił wzroku. Ode­zwał się nagle niskim, głu­chym gło­sem:

– „Nazy­wała się Rose Finicky i zasłu­gi­wała na śmierć, zasłu­gi­wała na to, żeby umrzeć sto razy, wcale nie była czy­sta”.

– Co?

– Bishop powie­dział to tuż po tym, jak strze­lił jej w głowę.

– Tej kobie­cie, którą zna­leź­li­śmy w holu Guyon?

Por­ter ski­nął głową.

– Ta druga kobieta, ta, którą mia­łem za Sarah Wer­ner, to matka Bishopa. Wyko­rzy­stał mnie, żeby spro­wa­dzić je obie do Chi­cago. Twier­dził, że ma bombę.

– Masz na dłoni ślady pro­chu z tam­tej broni.

– Wyrwa­łem mu broń i odda­łem strzał ostrze­gaw­czy. Nie ja ją zastrze­li­łem, tylko on.

– Skoro mia­łeś broń, to dla­czego ich puści­łeś? Czemu ich nie aresz­to­wa­łeś?

– Wiesz czemu.

– Cho­dzi ci o to, co powie­dzia­łeś Clair?

Por­ter przy­tak­nął.

– Wstrzyk­nął tym dziew­czy­nom SARS i zosta­wił próbkę w jabłku w szpi­talu, żeby udo­wod­nić, że naprawdę dys­po­nuje wiru­sem. Powie­dział mi, że ma tego wię­cej, a jeśli go nie wypusz­czę, to już zała­twił, żeby ktoś roz­prze­strze­nił cho­robę. Nie mogłem ryzy­ko­wać, że mówi prawdę. Musia­łem ich wypu­ścić. Kazał mi zadzwo­nić z pokoju czte­ry­sta pięć. Powie­dział, że znajdę tam kolejne dowody.

– Robi­łeś, co ci kazał?

– A jakie mia­łem wyj­ście?

Poole chciał mu powie­dzieć, że miał wiele róż­nych opcji. Od chwili przy­ję­cia tej sprawy aż do teraz Por­ter podej­mo­wał liczne decy­zje, ale za każ­dym razem nie­wła­ściwe. Miał tak zmą­cony ogląd sytu­acji, że rów­nie dobrze mógłby być ślepy. Sprawa przy­po­mi­nała zawiły labi­rynt, a Por­ter i Bishop zda­wali się dobu­do­wy­wać kolejne ściany.

– Jest coś jesz­cze. Coś, o czym musisz wie­dzieć. – Iskra w oczach Potera roz­bły­sła niczym żarówka pod­czas skoku napię­cia. Zamru­gał. Sku­pił wzrok na Poole’u. – Nie­które ele­menty jego rela­cji są praw­dziwe: dom, jezioro, Car­te­ro­wie… Wydaje mi się, że one wszyst­kie odpo­wia­dają rze­czy­wi­sto­ści, ale inne nie. Teraz to widzę. To coś w ryt­mie tego tek­stu, w dobo­rze słów. Zosta­wił wska­zówki. Sądzę, że potra­fię odróż­nić prawdę od fik­cji. Prze­bić się przez ten styl sta­ro­świec­kich opo­wia­stek o roz­ra­bia­kach. Ty też to zauwa­ży­łeś, prawda?

Poole odczu­wał nara­sta­jącą fru­stra­cję.

– Te pamięt­niki mają tylko odwró­cić naszą uwagę.

– Nie! – Por­ter naj­wy­raź­niej nie zamie­rzał odpo­wie­dzieć aż tak gło­śno, bo sku­lił się na dźwięk wła­snego głosu i wci­snął głę­biej w krze­sło. – Nie, te pamięt­niki sta­no­wią klucz do wszyst­kiego. Musimy tylko roz­wią­zać zagadkę.

– Ja muszę tylko zła­pać zabójcę.

– Zabój­ców – popra­wił Por­ter.

– Jak to?

– Zanim zosta­wili mnie w tam­tym hotelu, matka Bishopa powie­działa: „Dla­czego naopo­wia­da­łeś temu miłemu panu, że twój ojciec nie żyje?”. Wspo­mniała też o pamięt­niku. – Por­ter znów przy­su­nął się bli­żej stołu. – Nie rozu­miesz? Ja teraz już to widzę. Krzy­czy do mnie ze stron tych zeszy­tów. Widzę to tak wyraź­nie, jakby fałsz i prawda zostały zapi­sane róż­nymi kolo­rami. Widzie­li­ście ciało Libby McIn­ley, nie sądzę, żeby to Bishop ją zabił. Myślę, że pró­bo­wał ją chro­nić. Jeśli to nie był Bishop… – Jego palce znów się spla­tały i roz­pla­tały, wiły się, jakby zagnia­tał nie­wi­dzialne cia­sto. – Oni wszy­scy są zabój­cami: matka, ojciec i sam Bishop, myślę też, że cała trójka jest teraz w Chi­cago. Chcą dokoń­czyć coś, co zaczęło się lata temu, jesz­cze w dzie­ciń­stwie Bishopa. Coś, co jest w tych pamięt­ni­kach, ukryte wśród kłamstw. – Zaczął kiwać głową, a na jego ustach poja­wił się uśmiech. – Teraz już to coś widzę. – Spoj­rzał na Poole’a. – Musisz mi zaufać.

Poole patrzył na niego przez dłu­gie sekundy.

– Nie­któ­rzy uwa­żają, że to ty możesz być ojcem Ansona Bishopa.

Stru­my­czek śliny z kącika ust Por­tera kap­nął na meta­lowy blat, two­rząc malutką kałużę. Otarł wargi i spoj­rzał Poole’owi pro­sto w oczy.

– A ty jak sądzisz?

– Sądzę, że w twoim pokoju w Guy­onie zna­leź­li­śmy prze­ko­nu­jące dowody.

Por­ter par­sk­nął.

– Foto­gra­fie? Bła­gam. Dobrze wiesz, jak łatwo coś takiego sfa­bry­ko­wać.

– Nie­które z tych zdjęć mają ponad dwa­dzie­ścia lat – odparł Poole. – Nawet gdyby Bishop chciał je sfał­szo­wać, to skąd wziąłby takie stare foto­gra­fie? Jak długo go znasz, Sam?

– Nie­całe pół roku – odpo­wie­dział Por­ter. – Pozna­łem go tego samego dnia co Nash, po tam­tym wypadku auto­bu­so­wym, kiedy uda­wał, że pra­cuje w chi­ca­gow­skiej poli­cji. Zba­daj­cie mnie wykry­wa­czem kłamstw, jeśli to was uspo­koi, dla mnie to nie pro­blem. Nie mam nic do ukry­cia. Z tymi zdję­ciami jest tak samo jak z aktem wła­sno­ści: Bishop pró­buje odwró­cić waszą uwagę od prawdy.

– Prawdy, którą tylko ty potra­fisz wyczy­tać z jego pamięt­ni­ków.

Por­ter nie odpo­wie­dział. Znowu odpły­nął gdzieś myślami. Poole sta­rał się nie oka­zy­wać fru­stra­cji.

– Kim jest Rose Finicky?

– Musi­cie mi pozwo­lić prze­czy­tać pamięt­niki. Wie­cie, że by ich nie zosta­wił, gdyby nie były ważne. Na pewno rozu­miesz przy­naj­mniej to.

– Popro­szę moich ludzi, żeby je przej­rzeli.

– Nie ma na to czasu. Nie wie­dzą, czego szu­kać. Nie będą potra­fili prze­bić się przez ściemę do prawdy. Ja znam Bishopa.

– Ach tak? – zari­po­sto­wał Poole. – Jak dobrze?

Ktoś zapu­kał w lustro wenec­kie. Ciężka pięść. Dwa szyb­kie stuk­nię­cia.

Poole jesz­cze przez chwilę sie­dział nie­ru­chomo, nie odry­wa­jąc wzroku od Por­tera, który odwza­jem­niał jego spoj­rze­nie. Nie potra­fił nic wyczy­tać z jego twa­rzy. Bar­dzo chciał, ale nie potra­fił. Jeśli Por­ter kła­mał, nie zdra­dzała tego mowa ciała. Wie­rzył we wszystko, co mówił.

„To jesz­cze nie czyni tego prawdą”, upo­mniał się Poole.

Wstał i pod­szedł do drzwi.

Za ple­cami usły­szał jesz­cze Por­tera:

– Nie zła­pie­cie go beze mnie. Żad­nego z nich nie zła­pie­cie.

5

Clair

Dzień piąty, 5.43

Clair pod­nio­sła wzrok na salową sto­jącą w wej­ściu do gabi­netu. Kobieta pra­co­wała od ich przy­jazdu i wyglą­dała nie­wiele lepiej niż reszta z nich – prze­krwione białka pod­krą­żo­nych oczu, zgar­biona syl­wetka. Jed­nak ani myślała zwal­niać. Clair podej­rze­wała, że nie zro­biła sobie nawet krót­kiej prze­rwy.

– Pan dok­tor jest na linii czwar­tej – powie­działa, wska­zu­jąc brodą tele­fon wiszący na ścia­nie.

Clair podzię­ko­wała i wstała. Stawy zatrzesz­czały gło­śniej niż stare meta­lowe krze­sło, na któ­rym spę­dziła ostat­nie kilka godzin.

Wszystko ją bolało.

Łamało w kościach. Dra­pało w gar­dle. Nawet oczy pul­so­wały bólem. Nos zmie­nił się w fabrykę smar­ków, w żaden spo­sób nie mogła się ogrzać.

Kloz ze znu­że­niem przy­glą­dał jej się ze swo­jego kąta. Wyglą­dał nie­wiele lepiej.

Pode­szła do tele­fonu, się­gnęła po słu­chawkę i wci­snęła pod­świe­tlony guzik.

– Mówi detek­tyw Nor­ton.

– Z tej strony dok­tor Beyer.

Z powodu kwa­ran­tanny nie miała jesz­cze oka­zji poznać go oso­bi­ście. Wyobra­żała go sobie jako skrzy­żo­wa­nie Geo­rge’a Clo­oneya, Patricka Demp­seya i tego uro­czego chło­paka z Hożych dok­to­rów, bo taka wizja wywo­ły­wała uśmiech na jej twa­rzy, a w tej chwili bar­dzo potrze­bo­wała cze­goś pozy­tyw­nego. Głos miał niski, szorstki, chro­po­waty. To był głos czło­wieka, który przez całe życie bar­dzo ostroż­nie dobie­rał słowa, zanim się ode­zwał.

Odchrząk­nął i powie­dział jej dokład­nie to, czego naj­bar­dziej się oba­wiała.

– To bez­na­dziejny przy­pa­dek. Zdaje sobie pani z tego sprawę, prawda? Tego pacjenta nie da się ura­to­wać.

Clair zer­k­nęła na Kloza. Porzu­cił na chwilę grze­ba­nie w kom­pu­te­rze i nie odry­wał od niej wzroku. Przy­ci­snęła słu­chawkę moc­niej do ucha i ści­szyła głos.

– Jeśli ten czło­wiek umrze, ist­nieje spore praw­do­po­do­bień­stwo, że Anson Bishop wypu­ści wirusa SARS gdzieś na tere­nie mia­sta. Życie tysięcy ludzi może być zagro­żone.

– To nie zmie­nia fak­tów, pro­szę pani. Ten męż­czy­zna ma gle­jaka w fazie ter­mi­nal­nej. Bar­dzo agre­sywny guz uszko­dził znaczną część jego mózgu. Usu­ną­łem wszystko, co się dało, ale po pro­stu nie da się napra­wić już wyrzą­dzo­nych szkód. Szcze­rze mówiąc, jestem zasko­czony, że on w ogóle jesz­cze żyje. Oprócz zani­ków pamięci i utraty funk­cji moto­rycz­nych nowo­twór spo­wo­do­wał też uszko­dze­nie tyl­nej kory cie­mie­nio­wej oraz pier­wot­nej i dru­go­rzę­do­wej kory rucho­wej. Po ope­ra­cji na pewno będzie potrze­bo­wał respi­ra­tora, to mini­mum. Zauwa­ży­li­śmy nie­pra­wi­dło­wo­ści rytmu serca, sądzę też, że doszło do uszko­dze­nia wzroku. Jakość życia pacjenta…

Clair zamknęła oczy, słu­cha­jąc wywodu leka­rza.

– Powie­dziano nam, że pan może go ura­to­wać, zna pan jakąś kura­cję…

– W Hop­kin­sie zaj­muję się tera­pią wiązką fal ultra­dź­wię­ko­wych – prze­rwał dok­tor Beyer. – To nie­in­wa­zyjna metoda lecze­nia gle­jaka, ale jeste­śmy dopiero na począt­ko­wym eta­pie badań kli­nicz­nych. Gdyby skie­ro­wano go do mnie kilka lat temu, na wcze­śniej­szym sta­dium, to być może mógł­bym jakoś pomóc, ale teraz? Cho­roba jest zbyt zaawan­so­wana. Na tym eta­pie nie ma już żad­nej zna­nej kura­cji ani drogi do wyzdro­wie­nia. Jest za późno.

– Co jesz­cze może pan zro­bić?

– Wła­ści­wie nic. Trzeba go usta­bi­li­zo­wać, zapew­nić kom­fort i cze­kać na nie­unik­nione. Zdzi­wił­bym się, gdyby w obec­nym sta­nie prze­żył dłu­żej niż dzień czy dwa.

Clair zer­k­nęła na Kloza. W jego oczach malo­wała się nadzieja. Odwró­ciła się i cią­gnęła roz­mowę.

– Musi pan powie­dzieć dzien­ni­ka­rzom, że ope­ra­cja prze­bie­gła lepiej, niż można się było spo­dzie­wać. Paul Upchurch jest w sta­nie sta­bil­nym, a pan pla­nuje kon­ty­nu­ować lecze­nie w Hop­kin­sie, kiedy tylko pacjent będzie mógł podró­żo­wać. Musi ich pan prze­ko­nać, że opty­mi­stycz­nie widzi jego szanse.

Dok­tor Beyer nie odpo­wie­dział.

Clair rzu­ciła okiem na zega­rek.

– Panie dok­to­rze, Anson Bishop na­dal gdzieś tam jest. Musi uwie­rzyć, że robimy wszystko, co w naszej mocy, że Upchurch jest leczony zgod­nie z ich żąda­niami. Nie musi się pan zagłę­biać w szcze­góły, w razie czego pro­szę się zasło­nić tajem­nicą lekar­ską, ale cho­dzi o to, żeby pozo­sta­wić odpo­wied­nie wra­że­nie.

– Pro­szę pani, ja muszę myśleć o moim pacjen­cie i repu­ta­cji…

– Może pan w ten spo­sób ura­to­wać życie tysięcy osób. Ten czło­wiek, Paul Upchurch, upro­wa­dził i zamor­do­wał przy­naj­mniej kilka dziew­cząt. Dwie z jego ofiar leżą w tym szpi­talu, wal­czą o życie. Kiedy umrze, będę ska­kała z rado­ści, ale jeśli cho­dzi o opi­nię publiczną, a zwłasz­cza o Ansona Bishopa, to pro­gnozy dla pacjenta muszą się wyda­wać pozy­tywne. Przy­naj­mniej na razie.

Długo nic nie mówił.

– Będę się musiał nad tym zasta­no­wić. Być może skon­sul­to­wać się z praw­ni­kiem. Co jeśli Bishop ma wtyki w szpi­talu, ktoś nas obser­wuje i o wszyst­kim mu donosi? Nie znam oso­bi­ście żad­nej z osób, które towa­rzy­szyły mi na sali ope­ra­cyj­nej. Moi ludzie są w Bal­ti­more, w Hop­kin­sie.

Clair wes­tchnęła, pró­bu­jąc roz­cze­sać pal­cami koł­tuny we wło­sach.

– Nie mogę się ruszyć z tego pokoju. Z nimi też musi pan poroz­ma­wiać. Wyja­śnić im, o jaką stawkę toczy się gra.

– Dużo pani ode mnie wymaga.

– Zrobi pan to?

– Dam pani znać.

Roz­łą­czył się, zanim zdą­żyła coś dodać. Clair stała jesz­cze przez chwilę przy tele­fo­nie, po czym odwie­siła słu­chawkę.

– No i co, jak z nim? – zapy­tał Kloz.

– Fan­ta­stycz­nie.

Nie dane mu było nic odpo­wie­dzieć, bo znowu ktoś zapu­kał do drzwi. Za szybą Clair roz­po­znała Jar­reda Maltby’ego z CDC. Nie wyglą­dał na zachwy­co­nego.

6

Poole

Dzień piąty, 5.48

Od kiedy Poole poszedł do Por­tera, grono zebra­nych w pokoju obser­wa­cyj­nym powięk­szyło się o dwie osoby. Oprócz Nasha był tam teraz rów­nież kapi­tan Henry Dal­ton, a także ktoś, kogo Poole nie znał.

Choć Dal­ton był nie­mal o głowę niż­szy od Poole’a, roz­ta­czał wokół sie­bie aurę auto­ry­ta­tyw­no­ści, dzięki któ­rej zda­wał się więk­szy. Nawet o szó­stej rano był gładko ogo­lony i rześki, jakby świeżo po prysz­nicu. Poole dałby się pokroić za prysz­nic.

– Nie może­cie go trzy­mać – rzu­cił Dal­ton, nie zawra­ca­jąc sobie głowy uprzej­mo­ściami.

– A wła­śnie że tak.

– Jeśli prasa się dowie, że został aresz­to­wany, nie zosta­wią na nim suchej nitki.

– Domy­ślam się, że został pan poin­for­mo­wany o sytu­acji, kapi­ta­nie. Sam sobie nawa­rzył tego piwa. Nie dość, że jest podej­rzany o zabój­stwo w Guy­onie, to jesz­cze poszu­kuje się go w spra­wie wycią­gnię­cia tam­tej kobiety, teraz już mar­twej, z wię­zie­nia w Nowym Orle­anie i prze­wie­zie­nie jej przez kilka sta­nów. Zigno­ro­wał pań­skie roz­kazy i wyje­chał z Chi­cago, żeby ści­gać Bishopa niczym jakiś samo­zwań­czy stróż prawa. W jego przy­padku ryzyko ucieczki jest nie­zwy­kle wyso­kie. Ni­gdzie nie pój­dzie. Nie obcho­dzi mnie, co powie­dzą dzien­ni­ka­rze. – Poole łyp­nął na dru­giego męż­czy­znę. – A pan to kto?

Schlud­nie ostrzy­żony siwy pięć­dzie­się­cio­la­tek w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze wycią­gnął dłoń na powi­ta­nie.

– Anthony War­nick z gabi­netu bur­mi­strza.

Poole nie uści­snął mu ręki i zwró­cił się znów do Dal­tona.

– Potrze­buję wglądu w akta per­so­nalne Por­tera. Wery­fi­ka­cja prze­szło­ści, bada­nia psy­cho­lo­giczne, testy… Wszystko, co macie. Muszę sobie poskła­dać do kupy jego histo­rię.

– Moim zda­niem musi pan raczej zro­bić kilka kro­ków wstecz i prze­my­śleć to wszystko – powie­dział Dal­ton. – Wszyst­kim nam się to przyda.

Wtrą­cił się War­nick.

– Mie­sza­nie poli­cjanta w zbrod­nie tak ohydne jak te popeł­nione przez Ansona Bishopa, bez peł­nej zna­jo­mo­ści wszyst­kich fak­tów, byłoby nie­od­po­wie­dzialne. Prasa jest jak sfora wygłod­nia­łych bez­pań­skich psów. Porwą każdy ochłap, jaki się im rzuci, i go wyko­rzy­stają, nie bacząc na kon­se­kwen­cje. Ktoś pstryk­nie fotkę, jak pro­wa­dzi pan detek­tywa Por­tera w kaj­dan­kach, i zaraz nie tylko on pad­nie ofiarą ata­ków, ale wszyst­kie organy ści­ga­nia, z pań­ską agen­cją włącz­nie. Nie ogra­ni­czą się do niego. Was wszyst­kich uznają za zde­mo­ra­li­zo­wa­nych. Mia­sto nie może sobie na to pozwo­lić, nie teraz. W świe­tle ostat­nich wyda­rzeń, zwłasz­cza sytu­acji w Stro­ge­rze, wszy­scy są pod­mi­no­wani.

Ści­szył głos i poło­żył dłoń na ramie­niu Poole’a, ale ten ją strzą­snął. Nie­zra­żony urzęd­nik mówił dalej.

– Jeśli rze­czy­wi­ście ma coś wspól­nego z tymi mor­der­stwami, będzie jesz­cze czas wymie­rzyć spra­wie­dli­wość. Nic nie stoi na prze­szko­dzie, żeby­śmy po cichu zba­dali sprawę, upew­nili się, że wszystko wiemy, a dopiero potem powia­do­mili opi­nię publiczną. Tak się postę­puje roz­waż­nie i odpo­wie­dzial­nie.

– To nie jest Sam.

Słowa padły z ust Nasha. Stał przy lustrze wenec­kim i zaglą­dał do sali prze­słu­chań.

– Roz­tar­gniony, nie­zor­ga­ni­zo­wany… Wygląda, jakby od wielu dni nie spał. Nawet po tym, jak zamor­do­wano jego żonę, nie było z nim tak źle. Jak zabie­rze­cie mu tę sprawę, może się zała­mać.

– Już się zała­mał – stwier­dził Poole.

– Musi dopro­wa­dzić sprawę do końca. Potrze­buje to domknąć.

– Co pro­po­nu­jesz?

Nash wzru­szył ramio­nami.

– Daj­cie mu te zeszyty. Pamięt­niki.

– To mate­riał dowo­dowy, nie­wy­klu­czone, że obcią­ża­jący jego samego. Nie ma mowy, żebym mu je oddał. Muszę je wysłać do Jed­nostki Ana­liz Beha­wio­ral­nych w Quan­tico. Jeśli coś w nich jest, oni to znajdą.

Dal­ton wymie­nił spoj­rze­nia z przed­sta­wi­cie­lem władz mia­sta.

– Możemy je tutaj zdy­gi­ta­li­zo­wać i pań­scy ludzie za kilka godzin dostaną pliki. Sam też może je przej­rzeć. Powiemy mu, że jeśli chce prze­czy­tać pamięt­niki, musi to zro­bić tutaj, na komen­dzie, ale nie będzie aresz­to­wany, zosta­nie tu z wła­snej woli. Jeśli coś znaj­dzie, to świet­nie. Jeśli nie, to przy­naj­mniej nie wyj­dzie. Będziemy mogli mieć go na oku. A pań­scy ludzie będą mieli czas, żeby zba­dać też to, co zna­leź­li­ście w Karo­li­nie Połu­dnio­wej.

Sie­dzący w sali prze­słu­chań Por­ter znów trzy­mał na stole dło­nie z mocno sple­cio­nymi pal­cami. Na­dal ruszał war­gami w bez­gło­śnym mono­logu.

Zadzwo­nił tele­fon Nasha. Poli­cjant wyszedł na kory­tarz, żeby poroz­ma­wiać.

– Może tak być?

Znowu War­nick.

Teraz roz­dzwo­nił się też tele­fon Poole’a. Wyło­wił go z kie­szeni i zer­k­nął na wyświe­tlacz.

Agent dowo­dzący Hur­less.

Uniósł wypro­sto­wany palec.

– Prze­pra­szam, muszę ode­brać.

Hur­less nie cze­kał nawet na „halo?”.

– Mamy nowe ciało pasu­jące do metody Bishopa. Kobieta na cmen­ta­rzu w Chi­cago. Rose Hill. Ekipa już tam jedzie. Macie Por­tera?

Poole zer­k­nął przez lustro wenec­kie.

– Tak.

– Spły­wają raporty od Gran­gera w Karo­li­nie Połu­dnio­wej, z wię­zie­nia w Nowym Orle­anie i od CDC, ze szpi­tala. Inte­gru­jemy wszyst­kie infor­ma­cje w oddziale tere­no­wym. Kiedy skoń­czysz na miej­scu zbrodni, masz się do mnie zgło­sić.

– Tak jest.

Hur­less się roz­łą­czył.

Nash wró­cił do pokoju, twarz miał bladą. Zer­k­nął na Dal­tona, potem na Poole’a.

– Mamy kolejne ciało.

– Wła­śnie też się dowie­dzia­łem. Zaraz tam jadę.

Nash wypu­ścił powie­trze i zwró­cił się do swo­jego prze­ło­żo­nego.

– Dopóki nie usu­niemy ciała z torów, czer­wona linia będzie wyłą­czona z ruchu. Trzeba dać ogło­sze­nie, uprze­dzić pasa­że­rów.

Poole zmarsz­czył brwi.

– Tory? Ciało jest prze­cież na cmen­ta­rzu.

Twarz Nasha jakimś cudem zro­biła się jesz­cze bled­sza.

– Do mnie dzwo­nili w spra­wie ciała zna­le­zio­nego na torach czer­wo­nej linii metra, w oko­li­cach sta­cji Clark. Kobieta, upo­zo­wana, a obok niej trzy białe pude­łeczka prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem.

7

Nash

Dzień piąty, 6.13

Detek­tyw Brian Nash zatrzy­mał swo­jego czę­ściowo odre­stau­ro­wa­nego che­vro­leta novę z 1972 roku za ambu­lan­sem zapar­ko­wa­nym na dru­giego na Lake Street, przy LaSalle. Zna­lazł tabliczkę z napi­sem „POLI­CJA” w nad­kolu po stro­nie pasa­żera i umie­ścił ją na desce roz­dziel­czej. Parę minut wcze­śniej Clair zadzwo­niła z naj­now­szymi infor­ma­cjami. Cią­gle z nią gadał.

– Są tego pewni? – zapy­tał, prze­su­wa­jąc dźwi­gnię zmiany bie­gów w tryb par­ko­wa­nia. Wolną dłoń przy­trzy­mał nad kratką ogrze­wa­nia – powie­trze leciało, ale nie­wiele cie­plej­sze niż wiatr od jeziora.

– Maltby z CDC mówi, że prze­pro­wa­dzili wszyst­kie testy dwa razy – powie­działa Clair. – Igła, którą zna­leź­li­śmy w jabłku, razem z aktami Upchur­cha, zawiera czy­sty wirus SARS, jak wyho­do­wany w labo­ra­to­rium.

– Szlag.

– No, szlag – przy­tak­nęła Clair. – Roz­dają tu wszyst­kim leki anty­wi­ru­sowe całymi gar­ściami, ale poza tym nie­wiele można zro­bić. Nie ma żad­nej pro­fi­lak­tyki. Zamknęli szpi­tal na wszyst­kie spu­sty, trud­niej tu wejść niż w dupę uczen­nicy ze szkoły kato­lic­kiej.

Nash par­sk­nął śmie­chem, który szybko prze­szedł w mokry kaszel.

– Chry­ste, nie brzmisz za dobrze.

– Bie­rze mnie jakieś prze­zię­bie­nie czy coś. Nie dosy­piam, pogoda paskudna, orga­nizm nie daje rady. Zaczyna się to w końcu na mnie odbi­jać.

– Dieta oparta na fast foodzie i bato­nach też raczej nie pomaga. Ciało jest podobno świą­ty­nią, a ty trak­tu­jesz swoje jak wła­ści­ciel rudery liczący na to, że dosta­nie odszko­do­wa­nie za pożar.

Nash zer­k­nął na opa­ko­wa­nia z McDo­nalda wala­jące się pod sie­dze­niami i zmie­nił temat.

– Przed chwilą sły­sza­łem w radiu leka­rza Upchur­cha. Wygląda na to, że przy­naj­mniej na tym fron­cie mamy spo­kój.

– To wszystko ściema. Dok­to­rek nas kryje, żeby­śmy zyskali na cza­sie. Upchurch nie­długo się odmel­duje. Zostały mu góra dwie doby. Pil­nuję wszyst­kich, któ­rzy mają z nim kon­takt, żeby nikt się nie dowie­dział o jego sta­nie.

– Jeśli zadzwo­ni­łaś, żeby pod­nieść mnie na duchu, to słabo ci idzie, Eklerku.

Jakiś mun­du­rowy wynu­rzył się z wyj­ścia z metra, schy­lił się, żeby przejść pod żółtą taśmą poli­cyjną, i ruszył ku novie Nasha. Wiatr wzbi­jał śnieg wokół jego stóp; biały pył wiro­wał w powie­trzu. Kiedy poli­cjant zorien­to­wał się, czyje to auto, poma­chał Nashowi bez więk­szego entu­zja­zmu i od razu zawró­cił.

– To ciało to robota Bishopa?

– Jesz­cze tam nie zsze­dłem – odparł Nash. – Ale tak to brzmiało.

– Wie­rzysz w to, co Sam powie­dział o rodzi­cach Bishopa?

– Nie wiem już, w co wie­rzyć.

– Bo to mogłoby być też jedno z nich. Albo nikt z tej trójki. Może jakiś naśla­dowca.

Nash wyłą­czył nawiew i włą­czył go ponow­nie. Cho­lerne ustroj­stwo wiało zim­nym powie­trzem. Skórę miał lodo­watą, nie mógł się ogrzać.

– Sam kazałby nam się sku­pić na dowo­dach, bo wszystko inne to tylko szum. I tak zro­bimy.

– Widzia­łeś go, prawda? – zapy­tała Clair po chwili waha­nia.

– Nie jestem pewny, co widzia­łem. Nie wiem, czy on da radę dojść do sie­bie po tym wszyst­kim.

Clair na moment umil­kła.

– Ten agent FBI wie, że tam jesteś?

– Tak, wie. Usta­lił para­me­try.

– Jakie para­me­try?

Nagle ktoś zapu­kał w szybę, serce pode­szło Nashowi do gar­dła.

– Jezu!

– Co? – spy­tała Clair.

Nash odwró­cił się w bok. Obok samo­chodu stała Lizeth Loudon z Chan­nel 7. Wci­skała ręce głę­boko do kie­szeni pod­bi­tej futrem kurtki i prze­ska­ki­wała z nogi na nogę, pró­bu­jąc się zagrzać.

– Muszę lecieć, Clair. Zadzwo­nię póź­niej.

Roz­łą­czył się i prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Sil­nik zachar­czał, jakby nie był pewny, czy chce się wyłą­czyć, ale w końcu umilkł. Wygra­mo­lił się z auta, zatrza­snął drzwi i prze­pchnął się obok Loudon do wej­ścia do metra.

– Nie zamie­rzam z panią roz­ma­wiać.

– Jak nic pan nie powie, to będę sama musiała coś zmy­ślić – odparła, rusza­jąc za nim.

– Gdzie ma pani kame­rzy­stę?

Poka­zała kciu­kiem na fur­go­netkę zapar­ko­waną trzy miej­sca za nim.

– Sie­dzi w cie­pełku.

– Może powinna pani do niego dołą­czyć.

– Wiem, że macie tam ciało. Poten­cjalną ofiarę 4MK.

– Nie ma żad­nego ciała.

Pode­tknęła mu pod nos swoją komórkę. Na ekra­nie wyświe­tlał się post z Face­bo­oka.

– To mi wygląda na ciało.

Nash zako­no­to­wał nazwi­sko użyt­kow­nika.

– Mnie to wygląda na foto­mon­taż.

Schy­lił się pod taśmą odgra­dza­jącą miej­sce zbrodni. Pró­bo­wała iść za nim, ale poja­wił się tam­ten mun­du­rowy i kazał jej się odsu­nąć.

– Jestem z nim – powie­działa.

Nash pokrę­cił głową i ruszył w dół po scho­dach.

– Nie, wcale nie jest ze mną.

– Gdzie detek­tyw Por­ter? – zawo­łała za nim. – Nie powinno go tu być?

Nash nie odpo­wie­dział. Zszedł na peron, podą­ża­jąc za szme­rem gło­sów.

Na sufi­cie paliły się jarze­niówki, ale jesz­cze jaśniej świe­ciły cztery duże lampy halo­ge­nowe usta­wione na torach – emi­to­wały kulę bia­łego świa­tła pod żół­tym bla­skiem pły­ną­cym z góry. Przy wschod­nim końcu tunelu stał zatrzy­many pociąg, a od zachodu drogę blo­ko­wał ford F150 wypo­sa­żony w spe­cjalne felgi. Włą­czone reflek­tory samo­chodu oświe­tlały tory, ale nie miały szans prze­bić gęstej ciem­no­ści na wię­cej niż pięt­na­ście metrów.

Na pero­nie skie­ro­wano Nasha do spe­cjal­nych schod­ków, któ­rymi mógł zejść na tory.

– Trze­cia szyna jest pod napię­ciem. Nie możemy jej odłą­czyć, żeby nie spa­ra­li­żo­wać całej linii – powie­dział ktoś za jego ple­cami. – Pro­szę patrzeć pod nogi.

I tutaj roz­cią­gnięto żółtą taśmę – ogra­dzała spory odci­nek torów mię­dzy pocią­giem a pika­pem. Halo­geny roz­pro­szyły mroki. Przed taśmą stało kilka osób – mun­du­rowi, dwoje tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki z chi­ca­gow­skiej poli­cji, kolej­nych troje z FBI. Za taśmą nie było nikogo. Wszy­scy skie­ro­wali na niego wzrok. Roz­mowy przy­ci­chły, a potem cał­kiem umil­kły.

Nash schy­lił się pod taśmą i pod­szedł na śro­dek torów.

Przy­klęk­nął, wyjął komórkę i zadzwo­nił do Poole’a.

– Opisz mi wszystko – ode­zwał się Frank, gdy tylko ode­brał. – Każdy szcze­gół. Nie śpiesz się. Niczego nie pomi­jaj.

Nash szybko rzu­cił okiem na trójkę agen­tów FBI i sto­ją­cych obok nich kry­mi­nal­nych. Wszy­scy patrzyli na niego i nie spra­wiali wra­że­nia zado­wo­lo­nych z faktu, że odsta­wiono ich na boczny tor.

Kiedy oka­zało się, że ciała są dwa, a Poole pró­bo­wał prze­jąć sprawę, War­nick zadzwo­nił do bur­mi­strza, bur­mistrz do dyrek­tora FBI, a ten z kolei do prze­ło­żo­nego Franka. Po pię­ciu minu­tach Poole dostał roz­kaz, żeby nie tylko infor­mo­wać o wszyst­kim chi­ca­gow­ską poli­cję, lecz także włą­czyć funk­cjo­na­riu­szy do swo­jego zespołu. Naj­wy­raź­niej góra uwa­żała, że współ­praca to naj­lep­szy spo­sób na zacho­wa­nie twa­rzy przed opi­nią publiczną. Poole pró­bo­wał zgła­szać sprze­ciw, ale natych­miast go uci­szono. Nash nie miał żad­nych złu­dzeń, dla­czego prze­ło­żony agenta tak chęt­nie się zgo­dził – FBI wolało mieć kozła ofiar­nego pod ręką. Gdyby cokol­wiek poszło nie tak, chcieli mieć na kogo zwa­lić winę, na kogoś spoza FBI. Typowa tak­tyka orga­nów naszego wspa­nia­łego rządu.

Nash odchrząk­nął.

– Kobieta, eee… Nie jestem pewny wieku. Strze­lał­bym, że po trzy­dzie­stce, może czter­dzie­stce. Trudno oce­nić. Ma na sobie biały szla­frok z cien­kiego mate­riału. Nic wię­cej, przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka. Na miej­scu nie ma ani butów, ani bie­li­zny, ani płasz­cza, ani żad­nej innej odzieży. Skórę ma pokrytą jakimś bia­łym pyłem. Włosy też.

– A ubra­nia?

– Nie.

– Czyli ubrano ją po śmierci?

– Na to wygląda.

– Co jesz­cze?

Nash zdjął czarne skó­rzane ręka­wiczki, wyjął z kie­szeni parę latek­so­wych i nacią­gnął je na dło­nie, do kom­pletu zakła­da­jąc jesz­cze maseczką chi­rur­giczną, na wypa­dek gdyby biały puder oka­zał się szko­dliwy dla zdro­wia. Nachy­lił się niżej.

– Oczy ma zamknięte, ale wydaje mi się, że prawe usu­nięto. W kąciku widać tro­chę zaschnię­tej krwi. – Powoli odgar­nął włosy denatki. – Nie ma jed­nego ucha. Upo­zo­wano ją… Jest w takiej pozy­cji, jakby się modliła. Klę­czy.

Się­gnął do ust, pró­bo­wał je otwo­rzyć.

– Sztywna. Nie mogę otwo­rzyć jej ust.

– Stę­że­nie pośmiertne?

– Nie wydaje mi się. Może to z zimna.

– Nic na siłę – powie­dział Poole. – Koro­ner spraw­dzi, czy usu­nięto język. Masz tam trzy pude­łeczka? Prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem?

– Tak – potwier­dził Nash. – Ale zwy­kle nie tak je znaj­du­jemy. Bishop wysyła pudełka pocztą, poje­dyn­czo, przez mniej wię­cej tydzień. Nie zosta­wia wszyst­kich trzech naraz.

– Zro­bił tak z tam­tym cia­łem, które zna­leź­li­ście z Por­te­rem w tune­lach. To był dyrek­tor finan­sowy Tal­bota – zauwa­żył Poole.

– Gun­ther Her­bert – uści­ślił Nash.

Bishop powie­dział Por­te­rowi, że tor­tu­ro­wał Her­berta, żeby wycią­gnąć z niego infor­ma­cje o sytu­acji finan­so­wej Arthura Tal­bota. Infor­ma­cje te obcią­żały poten­tata na chi­ca­gow­skim rynku nie­ru­cho­mo­ści, który, jak się oka­zało, maczał palce w licz­nych zbrod­niach pół­światka.

– Tak samo było z Libby McIn­ley – dorzu­cił Poole. – Zosta­wił trzy pudełka na sto­liku kawo­wym.

– Sprawca wyciął jakimś ostrzem napis na czole ofiary.

– Co napi­sał?

– „Jestem zła”.

Libby rów­nież została pocięta. Tysiące malu­teń­kich nacięć brzy­twą na całym ciele.

– Her­berta i McIn­ley tor­tu­ro­wano dla wycią­gnię­cia infor­ma­cji – powie­dział Nash cicho. – Róż­nili się od pozo­sta­łych ofiar.

– Co jesz­cze?

Nash schy­lił się jesz­cze niżej. Denatka wyglą­dała bar­dziej jak posąg niż jak żywy czło­wiek. Ni­gdy jesz­cze nie widział tak upo­zo­wa­nego ciała.

Jakby się modliła.

Zmru­żył oczy.

– Opuszki pal­ców…

– Co z nimi?

– Chyba są… spa­lone.

– Usu­nięto jej odci­ski?

– Na to wygląda – przy­tak­nął Nash, pró­bu­jąc się dokład­niej przyj­rzeć, nie rusza­jąc przy tym dłoni ofiary. – Ni­gdy wcze­śniej cze­goś takiego nie robił.

– Jest jakiś pod­pis?

– Pod­pis?

– Kawa­łek tek­tury, kartka papieru… Cokol­wiek napi­sane gdzieś w pobliżu zwłok?

Nash rozej­rzał się dookoła.

– Nic nie widzę… A nie, cze­kaj.

– Co tam?

Nash wstał i pod­szedł do ściany. Obej­rzał się na obser­wu­ją­cych go funk­cjo­na­riu­szy.

– Ktoś się orien­tuje, czy to świeże?

Nikt nie odpo­wie­dział.

– Co? – dopy­ty­wał Poole.

Nash ostroż­nie dotknął farby. Była jesz­cze mokra.

OJCZE, PRZE­BACZ MI

8

Poole

Dzień piąty, 6.22

Przez całą roz­mowę z detek­ty­wem Nashem Poole nie odry­wał wzroku od ciała. Kobieta klę­czała na brzegu sadzawki, jakby się modliła. Przed nią na srebr­nej tacy leżały trzy białe pude­łeczka prze­wią­zane czar­nym sznur­kiem. „Ojcze, prze­bacz mi” na tabliczce opar­tej o ciało. Napis „Jestem zła” wycięty na jej czole.

Z pew­nej odle­gło­ści przy­glą­dała mu się ekipa tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki FBI. Był też ktoś z biura koro­nera. Podob­nie jak na sta­cji metra wszyst­kim kazano trzy­mać się z dala.

Poole przy­klęk­nął w śniegu i przyj­rzał się jej pal­com. Choć dło­nie były przy­ci­śnięte do sie­bie, zauwa­żył opa­rze­nia na opusz­kach. Opa­rze­nie che­miczne, pew­nie kwa­sem – siar­ko­wym, może sol­nym.

Się­gnął do ust denatki i pró­bo­wał otwo­rzyć je siłą, ale nie ustą­piły. Tak jak mówił Nash. Zbyt sztywne jak na stę­że­nie pośmiertne. Być może zamar­z­nięte. Tem­pe­ra­tura powie­trza wyno­siła jakieś minus dzie­sięć stopni. W nocy było minus kil­ka­na­ście, a odczu­walna jesz­cze niż­sza z powodu sil­nego wia­tru.

Tu też był biały pro­szek. Kobieta była zasy­pana śnie­giem, więc trudno było go dostrzec, ale tak, był. Cienka war­stewka pokry­wa­jąca ciało, ale nie sukienkę. Ubrano ją po tym, jak pył obsy­pał jej skórę. Lśnił deli­kat­nie, niczym krysz­tałki.

Sól?

Paul Upchurch, z pomocą Bishopa, topił swoje ofiary w zbior­niku ze słoną wodą. Czy to mógł być jakiś osad z tego zbior­nika?

Zadzwo­nił tele­fon Poole’a. Wyło­wił go z kie­szeni, ale nie roz­po­znał numeru.

– Mówi agent Poole.

– Z tej strony Bani­ster, sze­ryfka z Simp­so­nville. Prze­pra­szam, że tak wcze­śnie zawra­cam panu głowę. Jest pan jesz­cze w Nowym Orle­anie?

– Już z powro­tem w Chi­cago – odparł Poole. Wstał i dał tech­ni­kom znać, że mogą roz­po­cząć pro­ces doku­men­ta­cji i kata­lo­go­wa­nia. – Czym mogę pani słu­żyć?

– Mam… mam tu ciało. – Spra­wiała wra­że­nie roz­trzę­sio­nej. Głos jej drżał. – Zna­le­ziono je na scho­dach sądu, jakieś dwie godziny temu. Tak… tak jakby klę­czy. Pra­wie jakby się modliło. Tak przy­naj­mniej to wygląda. Do tego trzy białe pudełka obwią­zane sznur­kiem. Ktoś napi­sał też coś na scho­dach.

– „Ojcze, prze­bacz mi” – mruk­nął Poole.

– Tak! Skąd pan wie­dział?

– Domy­śla się pani, kim ona jest?

– To nie ona, tylko on. I świet­nie wiem, kto to jest.

9

Clair

Dzień piąty, 6.29

Clair kich­nęła i wycią­gnęła nową chu­s­teczkę z pudełka na stole.

– Będzie nam potrzebne więk­sze pudło – Kloz spa­ra­fra­zo­wał cytat ze Szczęk, siląc się na akcent z Nowej Anglii. Zro­bił wdech przez nos, wcią­ga­jąc z powro­tem smarki.

Clair łyp­nęła na niego spode łba.

– Bar­dzo bym nie chciała tu z tobą umrzeć.

Kloz roz­parł się na krze­śle. Stary metal zatrzesz­czał.

– Gdy­byś mogła wybrać, gdzie i z kim umrzeć, kto by to był?

Zasta­no­wiła się chwilę.

– Mat­thew McCo­nau­ghey. Zawsze uwa­ża­łam, że sek­sowny jest jak na bia­łasa. Ale McCo­nau­ghey po czter­dzie­stce, nie ten mło­dziak z Uczniow­skiej balangi. Dorósł do tej twa­rzy dopiero póź­niej.

– Gdzie?

– Może na plaży na Bar­ba­do­sie.

Kloz pokrę­cił głową.

– No nie wiem, czy to taki dobry pomysł. Na plaży można umrzeć tylko od pogry­zie­nia przez rekina. Nikt by nie chciał zostać zeżarty przez rekina.

– Debilna ta gra.

Kloz zigno­ro­wał jej uwagę.

– Ja bym wybrał Jen­ni­fer Law­rence, ale tylko gdyby miała na sobie to skó­rzane wdzianko z Igrzysk śmierci.

– A gdzież to chciał­byś umrzeć w takim towa­rzy­stwie?

– Toledo w Ohio. Bez dwóch zdań.

– Czemu w Toledo?

Wzru­szył ramio­nami.

– Zero reki­nów.

– No tak, to oczy­wi­ste.

– Poza tym w Toledo nie ma co robić, więc gdy­bym utknął tam z odzianą w skórę Jen­ni­fer Law­rence w jakimś pod­łym motelu…

Clair zaci­snęła powieki i zatkała uszy.

– Dość. Nie chcę wie­dzieć, co się dzieje w two­jej gło­wie. Ani teraz, ani ni­gdy.

– Pró­bo­wa­łem tylko tro­chę roz­luź­nić atmos­ferę.

– Wiem.

– Nie chcę tu umrzeć.

– Wiem.

– Nie możemy stąd wycho­dzić, zaczy­nam dosta­wać klau­stro­fo­bii.

– Wiem.

Kloz ode­pchnął się prawą stopą od pod­łogi i zaczął się powoli krę­cić w kie­runku prze­ciw­nym do ruchu wska­zó­wek zegara.

– Okres inku­ba­cji wirusa SARS może trwać nawet dzie­sięć dni. Nasz miły pan z CDC jesz­cze nie powie­dział nam tego wprost, ale zgod­nie z ich pro­to­ko­łem kwa­ran­tanna będzie musiała potrwać przy­naj­mniej dzie­sięć dni od ostat­niego przy­padku zacho­ro­wa­nia. Jeśli nawet wirus nas nie zabije, to przez pra­wie dwa tygo­dnie nas stąd nie wypusz­czą.

– Nie będą nas tu tak długo trzy­mać.

– Czemu niby nie? – zaopo­no­wał Kloz. – Mamy łóżka, jedze­nie, dostęp do leków i sprzętu medycz­nego, jeste­śmy odizo­lo­wani. Przy­cho­dzi ci do głowy lep­sze miej­sce, gdzie można by nas wszyst­kich trzy­mać? Nie będą chcieli ryzy­ko­wać prze­nie­sie­nia wirusa poza ten budy­nek.

– Bishop ma wirusa. Może być teraz wszę­dzie.

– A jeśli zarazi innych ludzi, ci z CDC naj­praw­do­po­dob­niej ścią­gną ich na lecze­nie wła­śnie tutaj, z tych samych powo­dów, dla któ­rych będą pró­bo­wali zatrzy­mać tu nas wszyst­kich: łóżka, leki, jedze­nie, izo­la­cja. Zamkną nas tutaj i pocze­kają, aż wirus przez nas prze­le­zie, wyczer­pie się. Skoro nie ma żad­nego lekar­stwa, tylko to ma sens. Nikt nie będzie ryzy­ko­wał epi­de­mii. Nawet jeśli dzi­siaj zła­pią Bishopa i go zamkną, nas nie wypusz­czą, póki możemy zara­żać.

Clair wie­działa, że kolega ma słusz­ność, ale nie zamie­rzała przy­zna­wać mu racji. Zmięła chu­s­teczkę i rzu­ciła ją do kosza. Śmieć wylą­do­wał pra­wie pół metra od celu.

Trzy szyb­kie stuk­nię­cia do drzwi.

Pod­nie­śli głowy.

Zanim któ­re­kol­wiek zdą­żyło coś powie­dzieć, do pokoju wpa­ro­wał Jerome Stout.

Szef szpi­tal­nej ochrony nie spo­czął ani na chwilę od czasu ich przy­jazdu i wyglą­dał na rów­nie zmar­no­wa­nego co wszy­scy inni. Na ogo­lo­nej gło­wie zaczy­nał się poja­wiać cień odro­stu, a na ochro­niar­skim uni­for­mie pod pachami miał plamy potu. Sły­szała, że objął tę posadę po odej­ściu z poli­cji pięć lat temu, jako pięć­dzie­się­cio­la­tek. Nie pisał się na coś takiego. Biała maseczka chi­rur­giczna na jego ustach tłu­miła zmę­czony głos.

– Musi pani pójść ze mną.

– Dla­czego?

Ner­wowo zer­k­nął na Klo­zow­skiego sie­dzą­cego w kącie, a potem znów na nią.

– Mamy ciało. Kiep­ska sprawa.

– Szlag – mruk­nął Kloz pod nosem.

Clair wstała i ruszyła do drzwi.

– Pro­szę to zało­żyć – poin­stru­ował Stout, wska­zu­jąc brodą na maskę, którą wcze­śniej dostała.

Nacią­gnęła ją na twarz, dopa­so­wu­jąc paski na uszach, i pośpie­szyła za nim.

Clair nie chciała prze­cho­dzić przez sto­łówkę, ale zanim zdą­żyła spy­tać o inną drogę, szef ochrony wkro­czył do pomiesz­cze­nia. W chwili, gdy wszy­scy ją zauwa­żyli, nastą­pił wybuch. Kiedy poli­cja spro­wa­dziła do szpi­tala osiem­dzie­siąt sie­dem poten­cjal­nych ofiar Bishopa, zabro­niono im wycho­dzić poza tę salę i dwa przy­le­głe pokoje socjalne dla pra­cow­ni­ków. Nie licząc Klo­zow­skiego, była jedyną przed­sta­wi­cielką poli­cji na miej­scu, więc natych­miast ją roz­po­znali. Nie­któ­rzy mieli maski, inni nie, ale wszy­scy krzy­czeli. Ludzie wsta­wali i szli w jej stronę, w oczach mieli gniew. Chcieli odpo­wie­dzi, tak samo jak ona, ale nie miała im co powie­dzieć. Prze­pchnęła się naj­szyb­ciej, jak się dało, powta­rza­jąc wszyst­kim wokół, żeby zacho­wali spo­kój, bo nie­długo będzie po wszyst­kim. Wyczuli jed­nak fałsz. Było wśród nich wielu leka­rzy, znali się na rze­czy. Ścią­gnięto tu ich dzieci, współ­mał­żon­ków. Pood­su­wali stoły pod ściany, wiele osób zaczęło budo­wać namioty ze szpi­tal­nych prze­ście­ra­deł, odgra­dza­jąc się od innych. Bra­ko­wało przy­naj­mniej dwu­dzie­stu czy trzy­dzie­stu osób. Z tego, co mówiono jej wcze­śniej, nie­które rodziny dostały osobne sale, ale nie dla wszyst­kich star­czyło. Więk­szość osób była zatrud­niona w szpi­talu, więc poszli do swo­ich gabi­ne­tów, jeśli je mieli, inni prze­jęli szat­nie. Część per­so­nelu udała się nawet nor­mal­nie na obchód, jak gdyby ni­gdy nic. Pró­bo­wano ich pozbie­rać, zanim roz­niosą wirusa, ale więk­szość per­so­nelu wie­działa, że już na to za późno. Wirusa będzie trzeba zatrzy­mać w murach szpi­tala, tak jak mówił Kloz.

Stout zapro­wa­dził ją do wind. Wes­tchnęła, kiedy drzwi się zamknęły, odgra­dza­jąc ją od wście­kłego tłumu. Zostali sami.

– Kilka osób pró­bo­wało roz­wa­lić szklane drzwi w holu i wydo­stać się na zewnątrz, ale poli­cja wysta­wiła tam oddział anty­ter­ro­ry­styczny – powie­dział Stout. – Są w peł­nym rynsz­tunku. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś prze­kro­czył gra­nicę.

To Clair zasu­ge­ro­wała spro­wa­dze­nie anty­ter­ro­ry­stów, ale nie zamie­rzała mu o tym mówić. Przez wszyst­kie lata pracy w chi­ca­gow­skiej poli­cji trzy razy miała do czy­nie­nia z „nie­po­ko­jami spo­łecz­nymi” (poli­cja nie prze­pa­dała za okre­śle­niem „zamieszki”). Za każ­dym razem coś wisiało wcze­śniej w powie­trzu, jakaś zapo­wiedź wyda­rzeń. W szpi­talu aż cuch­nęło taką zapo­wie­dzią i nie ona pierw­sza to zauwa­żyła. Osoby z per­so­nelu pra­co­wały w nie­mal abso­lut­nej ciszy, bacz­nie przy­glą­dały się sobie nawza­jem oraz tłu­mowi zgro­ma­dzo­nemu w sto­łówce. Rodzice ska­kali wokół dzieci, a naj­cich­sze kaszl­nię­cie czy kich­nię­cie spo­ty­kało się z mor­der­czym spoj­rze­niem. Mówiło się o odizo­lo­wa­niu cho­rych przez CDC. Roz­ma­wiali wcze­śniej z kie­row­nic­twem o wydzie­le­niu jed­nego skrzy­dła na dru­gim pię­trze, ale jeśli cokol­wiek zro­biono w tym kie­runku, to nikt nie zdra­dził jej żad­nych szcze­gó­łów planu.

Wje­chali windą na czwarte pię­tro.

Kiedy drzwi się otwo­rzyły, Stout popro­wa­dził ją kory­ta­rzem po lewej stro­nie. Na ścia­nie wisiała tablica z napi­sem „Kar­dio­lo­gia”.

– Pie­lę­gniarka zna­la­zła go jakieś dzie­sięć minut temu.

– Kogo?

Nie odpo­wie­dział. Skrę­cił bez słowa w kolejny kory­tarz, potem w trzeci, weszli chyba do jakie­goś skrzy­dła admi­ni­stra­cyj­nego. Więk­szość drzwi była poza­my­kana, zasłony poza­cią­gane.

– Dru­gie drzwi po lewej – powie­dział.

Clair podą­żyła wzro­kiem za jego pal­cem. Tabliczka na drzwiach gło­siła „Dr Stan­ford Pentz”. Jej dłoń powę­dro­wała do kolby broni służ­bo­wej przy­pa­sa­nej na bio­drze.

– Nie będzie to pani potrzebne.

Clair mimo wszystko odpięła skó­rzany pasek kabury i wzmoc­niła chwyt, drugą ręką się­ga­jąc do gałki. Drzwi otwo­rzyły się do środka, uka­zu­jąc gabi­net. Po lewej stała kanapa, po pra­wej – maho­niowe biurko i dwa oka­załe skó­rzane fotele. Na ścia­nach wisiały roz­ma­ite dyplomy, a na biurku stało zdję­cie rodzinne: męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce z żoną i na oko dwu­na­sto­let­nim syn­kiem, wszy­scy uśmiech­nięci i odświęt­nie ubrani.

Na środku pomiesz­cze­nia, ple­cami do Clair, a twa­rzą do dużego okna zaj­mu­ją­cego całą ścianę gabi­netu, klę­czał męż­czy­zna. Głowę miał pochy­loną do przodu, pod­bró­dek opie­rał się na klatce pier­sio­wej. Nie miał na sobie butów. Obok stała para czar­nych moka­sy­nów.

Clair pode­szła bli­żej.

Sto­jący w drzwiach Stout odchrząk­nął, ale nic nie powie­dział.

Clair obe­szła męż­czy­znę dookoła, sta­nęła mię­dzy nim a oknem, i wtedy wła­śnie zauwa­żyła krew oraz trzy małe pude­łeczka uło­żone na pod­ło­dze.

10

Nash

Dzień piąty, 8.31

Nash wyplą­ty­wał się wła­śnie z kurtki, kiedy drzwi windy otwo­rzyły się w pod­zie­miach komendy poli­cji Chi­cago. Zwy­kle wylud­niony hol dziś aż buzo­wał. Zanim Nash zdą­żył wysiąść, jakiś dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek wpa­ko­wał się do środka z wóz­kiem zała­do­wa­nym pudłami na doku­menty.

Nash znał te pudła.

– Gdzie to zabie­rasz?

– Na Roose­velt – odparł dzie­ciak.

Nash zauwa­żył przy jego pasku odznakę FBI.

– Na czyj roz­kaz?

Chło­pak wycią­gnął rękę i naci­snął guzik par­teru. Kciu­kiem wska­zał w stronę holu.

– Jeśli ma pan jakieś pyta­nia, radzę zwró­cić się do agenta Poole’a.

Kiedy drzwi zaczęły się zamy­kać, Nash wci­snął mię­dzy nie stopę. Zanim znów się otwo­rzyły, się­gnął jesz­cze do panelu ste­row­ni­czego windy i powci­skał wszyst­kie guziki.

Gdy tylko wyszedł z windy, minął go kolejny młody agent z sze­ścioma pudłami doku­men­tów.

Już od kilku lat grupa śled­cza zaj­mu­jąca się sprawą 4MK pra­co­wała w pokoju narad znaj­du­ją­cym się na pozio­mie piw­nicy. Łatwiej było im się sku­pić pod zie­mią niż w dużej sali z wszyst­kimi innymi detek­ty­wami. Zbyt wiele pytań, zbyt wiele wścib­skich oczu, zbyt wiele prze­cie­ków do prasy. Izo­la­cja roz­wią­zała wszyst­kie te pro­blemy. No, przy­naj­mniej więk­szość z nich. Przed kil­koma mie­sią­cami, gdy Anson Bishop oka­zał się Zabójcą Czwar­tej Małpy i uciekł, sprawę prze­jęło FBI. Zajęli rów­nież pomiesz­cze­nie vis-à-vis pokoju narad. Por­ter z początku obsta­wiał, że to tym­cza­sowe. Albo Bishop zosta­nie ujęty, albo FBI odda sprawę lokal­nej poli­cji, kiedy już sprawa zej­dzie z pierw­szych stron gazet, ale ni­gdy do tego nie doszło. Co wię­cej, sytu­acja eska­lo­wała. Zro­biło się jesz­cze gorzej.

Nash naj­pierw zaj­rzał do gabi­netu FBI – czworo agen­tów, żad­nego nie koja­rzył. Wszy­scy byli zajęci pako­wa­niem kar­to­nów i usta­wia­niem ich przy drzwiach.

Po dru­giej stro­nie kory­ta­rza, w pokoju narad, zastał agenta spe­cjal­nego Franka Poole’a – sie­dział naprze­ciwko wej­ścia, patrząc na trzy białe tablice detek­ty­wi­styczne.

Nash poczuł, że z wście­kło­ści robi się czer­wony jak burak.

– Co tu się odwala, Frank?

– Agent dowo­dzący Hur­less chce wszystko skon­so­li­do­wać w biu­rze tere­no­wym FBI przy Roose­velt. Dosta­jemy coraz wię­cej danych z Nowego Orle­anu i Simp­so­nville: o tych sze­ściu cia­łach zna­le­zio­nych w jezio­rze… o domu… o wszyst­kim, czego Sam się dotknął od wyjazdu z Chi­cago do chwili, gdy zna­leź­li­śmy go w hotelu Guyon.

– Czemu nie możemy tego robić tutaj?

– To nie ja podej­muję decy­zje. – Nie odry­wa­jąc wzroku od tablic, Poole dodał: – Jak dobrze znasz bur­mi­strza?

– Ja? Spo­tka­łem go ze dwa razy na jakichś uro­czy­sto­ściach, poda­łem rękę, zro­bili nam zdję­cie. Podej­rze­wam, że nie ma poję­cia o moim ist­nie­niu.

– A Anthony War­nick z jego biura?

– Pozna­łem go dzi­siaj. A co?

Poole na­dal nie pod­no­sił wzroku.

– War­nick zadzwo­nił do bur­mi­strza, on zadzwo­nił do prze­ło­żo­nego mojego prze­ło­żo­nego i pięć minut póź­niej dosta­łem roz­kaz, żeby włą­czyć was do śledz­twa. Dzie­sięć minut wcze­śniej Hur­less chciał, żebym zamknął cię razem z Samem. Ktoś tu ma na kogoś haka. Tylko to tłu­ma­czy ten nagły zwrot o sto osiem­dzie­siąt stopni.

Poole wstał, pod­szedł do pierw­szej tablicy i wska­zał dwa słowa wśród innych infor­ma­cji o Arthu­rze Tal­bo­cie: „Zna­jomy bur­mi­strza”.

– To Sam musiał napi­sać – stwier­dził Nash. – Wiemy, że Tal­bot grał z bur­mi­strzem w golfa. Wspie­rał też jego kam­pa­nię. Wszyst­kie jego inwe­sty­cje budow­lane były na wielką skalę. Domy­ślam się, że takie pro­jekty nie mają szans, jeśli bur­mistrz w jakimś zakre­sie nie bie­rze w nich udziału.

– Powią­za­li­ście go z czymś nie­le­gal­nym?

Nash pokrę­cił głową.

– Nic nie wyszło. Zresztą nie sądzę, żeby kto­kol­wiek szu­kał. Inte­re­so­wał nas Tal­bot, nie bur­mistrz.

– Wydaje mi się, że masz być tutaj jego czło­wie­kiem – powie­dział Poole wprost.

Nash uśmiech­nął się krzywo.

– Skoro tak, to źle wybrał. Nie zamie­rzam z nim gadać.

Poole na chwilę zamilkł, po czym spy­tał:

– Ma coś na cie­bie?

Tym razem Nash roze­śmiał się w głos.

– Myślisz, że spró­buje mnie jakoś zmu­sić?

Poole wzru­szył ramio­nami.

– Nic z tego – oznaj­mił Nash sta­now­czo. – Nic na mnie nie ma. Jestem anioł­kiem.

Poole otwo­rzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć, ale zmie­nił zda­nie i tylko odchrząk­nął.

– Skupmy się na spra­wie.

– Tak, dobry pomysł.

Poole ryt­micz­nie zabęb­nił pal­cami w poręcz krze­sła, po czym prze­niósł oczy z powro­tem na tablice.

– Parę godzin temu dzwo­niła do mnie sze­ryfka z Simp­so­nville. Na scho­dach sądu zna­la­zła zwłoki męż­czy­zny, upo­zo­wane iden­tycz­nie jak te dwie kobiety, które zna­leź­li­śmy tutaj. Oko, ucho i język usu­nięte i umiesz­czone w bia­łych pude­łecz­kach prze­wią­za­nych czar­nym sznur­kiem. Obok napi­sano „Ojcze, prze­bacz mi”. Ciało pokryte biały prosz­kiem, tak jak tamte dwie. Nie mam jesz­cze wie­ści z labo­ra­to­rium, ale wydaje mi się, że to sól.

– Szlag. To zna­czy, że mamy dziś już cztery ciała – odparł Nash.

– Jak to?

– Do mnie z kolei dzwo­niła Clair. Też ma denata, leka­rza nazwi­skiem Stan­ford Pentz. Iden­tyczny przy­pa­dek jak pozo­stałe, łącz­nie z pudeł­kami i bia­łym pyłem.

– A napis?

Nash przy­tak­nął.

– „Ojcze, prze­bacz mi”. Na bloczku z recep­tami leżą­cym na biurku.

– Coś na czole?

– Nie, to jedyna róż­nica.

– Ten w Simp­so­nville też nic nie miał. – Poole zamy­ślił się na chwilę. – Szpi­tal jest zamknięty – zauwa­żył. – Usta­liła czas zgonu? Jak kto­kol­wiek mógł się tam dostać?

Do pokoju weszła trójka agen­tów i zaczęła pako­wać wszystko do pudeł, które usta­wiali pod drzwiami.

– Tablice zostaw­cie – poin­stru­ował ich Poole.

Ski­nęli gło­wami i wró­cili do pracy.

Poole odwró­cił się z powro­tem do tablic.

– Cztery ciała odkryte na prze­strzeni kilku godzin. Dwa na mie­ście, jedno w szpi­talu zamknię­tym na wszyst­kie spu­sty, ostat­nie ponad tysiąc kilo­me­trów stąd. To nie może być robota wyłącz­nie Bishopa.