Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kilkoro nastolatków.
Wiktoriańska willa.
I gra, w której granica pomiędzy prawdą a wyzwaniem staje się zbyt cienka…
To miała być tylko zabawa. Krótkie wakacje spędzone w odciętej od świata posiadłości. A przede wszystkim udział w reality show, który zapewni grupie wybranych osób popularność i pieniądze.
„Truth or Dare” to program, do którego trafia sześcioro spragnionych wrażeń nastolatków. Z pozoru proste wybory i niewinne zadania zdają się szansą na nawiązanie głębszych relacji, jednak szybko się okazuje, że prawda ukryta jest znacznie głębiej.
Z każdym dniem gra coraz mniej przypomina rozrywkę. Pytania ranią celniej niż oskarżenia, a wyzwania zmuszają uczestników do upokorzeń, zdrad i konfrontacji z tym, co miało pozostać ukryte.
Wiktoriańska willa żyje. Słucha szeptów, zamyka drzwi, obserwuje każdy ruch. Gdy jeden z uczestników programu niespodziewanie znika, wszyscy zaczynają rozumieć, że stawką nie są popularność i pieniądze, lecz przetrwanie.
To historia o strachu, manipulacji i cienkiej granicy między tym, kim jesteśmy, a tym, jak chcemy, by nas widziano. O grze, w której największym ryzykiem jest utrata samego siebie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 418
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Między prawdą a kłamstwem istnieje tylko niewielka, ledwie dostrzegalna szczelina. Tak cienka, że niewielu osobom udaje się przez nią przecisnąć.
Nie jest to jednak całkowicie niemożliwe.
Uwierzysz, że wszystko jest moją winą?
Helikopter ląduje kilkadziesiąt metrów dalej, wywołując przy tym silne podmuchy wiatru. Odgarniam z twarzy rude pasma włosów, które wpadają mi do ust i przymrużonych oczu, potem się odwracam, by spojrzeć na stojących tuż za mną rodziców.
– Jesteś pewna, że chcesz wziąć w tym udział? – dopytuje ojciec, na jego czole pojawiają się zmarszczki.
Są niemal tak głębokie jak obawa w oczach matki, która kładzie wypielęgnowaną dłoń na moim ramieniu.
– Nie zmieniłam zdania! – mówię. Staram się brzmieć pewnie, chociaż trudno jest ukryć fakt, że od kilku minut z nerwów trzęsą mi się kolana. W myślach wmawiam sobie jedno: Chcę tego. W końcu to ostatnie wakacje przed rozpoczęciem studiów, pora zrobić coś szalonego.
– Gdybyś się rozmyśliła, to wiesz, że możesz… – włącza się mama, ale widząc moją minę, nie kończy zdania.
– Tak. Wiem, mamo. Nie musisz się martwić.
To samo powtarzam w duchu. Nie chcę zaśmiecać głowy obawami, ale starania zdają się na nic w obliczu decyzji, którą muszę teraz podjąć.
– Kelly Collins? – woła zbliżający się do nas mężczyzna najwyraźniej będący pilotem tej głośnej maszyny.
Skupiam się na jego czarnych jak węgiel oczach, które teraz wwiercają się w moją czaszkę. Stephen lekko poklepuje mnie po ramieniu, przez co się orientuję, że w żaden sposób nie zareagowałam.
– Tak, to ja – potwierdzam więc niepewnie.
Nasze przywitanie jest krótkie, przepełnione zimnym dystansem. Pilot nie zdradza swojego imienia ani nie pyta o moje samopoczucie. W sumie nie mówi kompletnie nic, a jedynie mocno ściska mi lekko spoconą dłoń. Po chwili rozgląda się dookoła i chwyta za kraciastą walizkę, którą pakowałam przez pół nocy.
– Jakie wybrałaś dla siebie imię? – pyta w końcu.
– Gabriella. Gabriella Jones – odpowiadam automatycznie.
Mężczyzna kiwa głową z aprobatą, a potem dodaje:
– Kiedy wsiądziesz do tego helikoptera, musisz pamiętać, że twoja prawdziwa tożsamość na jakiś czas przestaje istnieć.
Wiem. Znam zasady programu. Chyba nawet lepiej niż on.
– Wezmę twój bagaż, a ty pożegnaj się z rodzicami. – Mężczyzna rzuca ponaglające spojrzenie.
Pospiesznie zerkam przez ramię, próbując zdusić w zarodku obawę. Krzyżuję spojrzenie z ojcem, potem przytulam go szybkim, sztywnym ruchem. Podobnie postępuję z matką, zauważając, jak ukradkiem ociera łzę.
– Nie płacz, to tylko głupie telewizyjne show. – Staram się rozładować atmosferę, ale ona nawet się nie uśmiecha. Pociąga nosem i patrzy na mnie jak na kawałek rozbitej porcelany, z nostalgią, której nie poświęcam ani sekundy dłużej.
– Będziemy z ojcem tęsknić. Pamiętaj, że jeśli chciałabyś się wycofać…
– Dobrze, mamo – ucinam.
Zmuszam się do sztucznego uśmiechu, a zanim głos rozsądku przejmie nade mną kontrolę, kieruję kroki do helikoptera.
Siadam na ostatnim wolnym miejscu, tuż za pilotem. Ciasną przestrzeń zajmują jeszcze dwie młode dziewczyny. Bez cienia skrępowania taksują mnie pełnymi ciekawości spojrzeniami.
– Cześć, jestem Olivia – odzywa się siedząca obok blondynka. Uśmiecha się zachęcająco, a jej przycięte do ramion włosy powiewają na wietrze, kiedy maszyna odrywa się od ziemi.
Poprawiam słuchawki, które chwilę wcześniej nałożyłam, i posyłam nowej znajomej łagodny uśmiech.
– Jestem Ke… Gabriella – poprawiam się. W normalnych warunkach być może zdobyłabym się nawet na uścisk dłoni, jednak tutaj jest zbyt ciasno oraz niewygodnie.
– To Emma – ciągnie Olivia, wskazując palcem na siedzącą z przodu filigranową brunetkę, która jak na zawołanie odwraca się w moją stronę. Wypływający na okrągłą twarz uśmiech jest nieśmiały, niepewny, jakby nieco wymuszony, jasne zielone oczy przeskakują pomiędzy mną a siedzącą tuż obok Olivią.
– Tak, cześć. Miło cię poznać, Gabriello – mówi na tyle cicho, że nie wiem, czy to trzaskanie w słuchawkach, czy naprawdę usłyszałam jej pozbawiony odwagi ton.
Odpowiadam skinieniem głowy, staram się rozluźnić.
– Jestem na maksa podekscytowana. Jak myślicie, gdzie się mieści ta bajeczna posiadłość? – Głos Olivii wyrywa mnie z zamyślenia.
Odwracam spojrzenie od okna, za którym w dole rozciąga się miniaturowy Londyn.
– Chciałaś powiedzieć „upiorna”? – poprawia ją Emma.
Przechylam głowę w nadziei, że któraś z nich powie coś więcej, ale Olivia w odpowiedzi jedynie się śmieje.
Odchylam się w fotelu i zerkam przez okno. Nie myślę, na jakiej wysokości się znajdujemy, a także ignoruję głosy, które podpowiadają mi tragiczne scenariusze tej wycieczki – od rozbicia się na przypadkowym drzewie, po awarię silnika. Zastanawiam się nawet, czy po ewentualnej katastrofie lotniczej byłoby możliwe zidentyfikowanie zwłok.
Nagle czuję szturchnięcie – to Olivia.
– Dobrze się czujesz? Pobladłaś. – Obrzuca mnie czujnym spojrzeniem.
– Tak. Po prostu nie przepadam za wszystkim, co związane z wysokością – wyznaję.
Na chwilę znów zapada między nami milczenie. Mój żołądek związuje się w supeł i jeśli kiedykolwiek rozważałam, czy odpowiada mi poruszanie się takim środkiem transportu, teraz wiem, że nie.
– Liczę na gromadkę superatrakcyjnych chłopaków – zagaja Olivia.
Staram się przestać skupiać na odległości dzielącej nas od ziemi.
– A ty, Emmo, na co liczysz najbardziej? – Kieruję pytanie do drugiej nowo poznanej koleżanki, która odwraca się na te słowa, poprawia mikrofon, potem zawiesza na mnie enigmatyczne spojrzenie.
– Na dobrą zabawę.
Gdy lądujemy, cały widok dookoła przecinają drobne krople deszczu. Na początku jest to tylko mżawka, ale wystarczy zaledwie kilka minut, by się na dobre rozpadało. Mrużę powieki i nasuwam na głowę kaptur zbyt cienkiej, jak na tę pogodę, kurtki. Zastanawiam się, w której części Anglii dokładnie się znajdujemy. W tym momencie trudno jest to określić. Wiem jedynie, że jest tutaj chłodniej i bardziej wilgotno, niż zakładałam. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe oraz długość lotu, mogę szacować, że znalazłyśmy się spory kawałek za Londynem.
Opuszczamy śmigłowiec, a pilot pomaga nam wyciągnąć walizki, które podczas lotu trzymałyśmy pomiędzy nogami. Niewiele przy tym rozmawiamy, zupełnie jakby miejsce to rządziło się swoimi prawami, a nadrzędnym z nich było zachowanie ciszy. Po naszej lewej stronie rozciągają się pozbawione wyraźnego koloru zarośnięte pola, a po prawej skupisko gęstych drzew. Żałuję, że nie śledziłam dokładniej widoku, gdy leciałyśmy, ale szczerze mówiąc, byłam zbyt zajęta poznawaniem nowych koleżanek, by to robić. Teraz niewiele mogę powiedzieć na temat naszej dokładniejszej lokalizacji. Mglista szarość przechodzi w brudną zieleń, a mnie udziela się ponury nastrój tego miejsca.
– Musicie się kierować cały czas tą ścieżką. Na jej końcu zobaczycie posiadłość, w której zamieszkacie podczas trwania programu – wyjaśnia pilot i wskazuje na wąską, nierówną dróżkę, którą dostrzegam dopiero po chwili.
Ciągnie się w prawo, potem znika w gęstwinie drzew. To niebywałe, że show z udziałem ludzi w naszym wieku ma się odbyć na takim odludziu. Czyj to w ogóle pomysł?
– Idziemy do lasu? – pyta Olivia.
Mężczyzna przytakuje. Liczyłam na większą wylewność z jego strony.
– W ulotce przy zgłoszeniu czytałam, że program ma być emitowany ze starej eleganckiej posiadłości jednego z reżyserów – włącza się Emma. Jej przepełniony cichym podnieceniem głos wybrzmiewa tuż obok. Dziewczyna podchodzi do mnie i uśmiecha się zachęcająco.
Odpowiadam tym samym, następnie rozglądam się uważnie, by dokładniej zapamiętać miejsce, w którym wylądowałyśmy. Tak na wypadek, gdybyśmy później musiały tutaj wrócić.
Otwieram usta, by zapytać pilota, czy potrzebujemy kluczy albo jakiegoś hasła, żeby wejść do środka, oraz jak dokładnie trafimy na miejsce, ale orientuję się, że właśnie wsiada do helikoptera i najzwyczajniej w świecie postanawia nas tutaj zostawić.
– No dobra, dziewczyny, przygoda się zaczyna! Jestem ciekawa naszej willi! Chodźmy, szkoda marnować cenny czas – oświadcza radośnie Olivia, obejmująca dowodzenie.
Dopiero teraz zauważam, jaka jest wysoka. Wyższa ode mnie oraz Emmy.
Wymieniamy z brunetką krótkie spojrzenia, następnie ruszamy za samozwańczą przewodniczką. Wilgotne powietrze sprawia, że moje włosy zaczynają wykręcać się na wszystkie strony, jak to się dzieje zawsze podczas deszczowej pogody.
– To fascynujące, że będziemy pierwszymi uczestniczkami nowego show. Jestem przekonana, że po powrocie do domu na kontach społecznościowych zaleje mnie fala nowych obserwatorów – ekscytuje się Olivia.
Emma przytakuje z uśmiechem, a ja nie mogę pozbyć się nurtującej myśli o tym, w jak dziwnej części Anglii się znalazłyśmy. Po wylądowaniu nie dostrzegłam tutaj żadnego domu czy nawet chatki. Zupełnie jakby miejsce to nigdy nie było zamieszkane.
– Mam nadzieję, że polubimy się z resztą uczestników. – Głos Emmy jest tak cichy, że łatwo pomylić go z szumem deszczu i trzaskaniem gałązek, które łamią się pod naszymi stopami, gdy wchodzimy pomiędzy gęstwinę drzew.
Musimy nieść walizki, bo prowadzenie ich po tak nierównej nawierzchni graniczy z cudem. Nic nie mówię. Zamiast tego podświadomie zestawiam ze sobą obie uczestniczki programu – ubraną w pastelowe kolory, nieśmiałą Emmę oraz wystylizowaną niczym modelka na wybiegu Olivię, z której ruchów i słów tryskają pewność siebie oraz optymizm.
Nawet nie wiem, kiedy niebo zostało przysłonięte przez korony potężnych drzew, wyższych i szerszych, niż widywałam w rodzinnym Londynie.
Idziemy w milczeniu, jakbyśmy podświadomie czekały na polecenia wydawane nie wiadomo skąd i od kogo. Powietrze przesycone jest zapachem mchu i mokrej ziemi, a ja się zastanawiam, czy gdybym utknęła w tym odizolowanym od świata miejscu, nawet ze znikomym zasięgiem w telefonie, to czy ktokolwiek byłby w stanie mnie znaleźć.
Kręcę głową, by odgonić czarne scenariusze, po chwili zza gęstych drzew wyłania się widok zapierający dech w piersiach.
To ogromna wiktoriańska budowla zwieńczona czarnym jak smoła dachem. Bordowe ściany udekorowane są przecinającymi je złotymi zdobieniami. Sięgający piętra bluszcz rozrósł się tak gęsto, że łatwo pomylić budynek z tworem dzikiej natury.
– Obrzydlistwo – stwierdza nagle Olivia, wyrywając mnie z osłupienia.
Kręcę głową z niedowierzaniem, następnie skupiam spojrzenie na wysokim czarnym ogrodzeniu otaczającym posiadłość. Dokładnie na wprost widzę otwartą na oścież bramę, a po obu stronach stoją posągi lwów.
– Wow! – woła Emma, która do tej pory szła kilka kroków za mną, a teraz boleśnie uderza w moje plecy. – Przepraszam.
– Była jakaś wzmianka w zgłoszeniu, że zamieszkamy w takim osobliwym miejscu? – pyta Olivia, zerkając na nas przez ramię.
– Doczytałam tylko, że program będzie nagrywany poza Londynem, w prywatnej posiadłości pomysłodawcy całego show – przypomina Emma.
Patrzymy po sobie, nie bardzo wiedząc, co dalej. Wreszcie, pchana nieznanym impulsem, ruszam w kierunku willi. Kółka walizek stukają o kamienistą nawierzchnię, gdy przekraczamy teren posiadłości, a na myśl, że zamieszkamy tutaj sami, nagle po plecach przechodzą mi dreszcze. Ekscytacja miesza się z obawą. Jedyne, czego jestem pewna, to że nie ma już odwrotu.
Mijamy zwierzęce posągi, aż dochodzimy pod szerokie schody zabezpieczone solidną balustradą. Chyba wszystkie walizki są tak samo ciężkie, ale żadna z nas nie mówi tego na głos. Nasze sapanie w rytm dźwigania bagażu zdaje się wystarczająco wymowne.
Stajemy przed drzwiami z napisem „Rozgrywka zaczyna się teraz”. Olivia bez wahania naciska klamkę, która ustępuje i odsłania wnętrze wielkiego klasycznego domu o przytłaczająco ciemnych, ciężkich barwach brązu oraz czerni.
Stawiamy bagaże na środku holu, wydając przy tym odgłos niosący się po wysokim pomieszczeniu. Chwilę milczenia przerywa radosny chichot Emmy.
– Wspaniale! – Klaszcze w dłonie.
Olivia kieruje się w stronę salonu. Ja natomiast wchodzę do pomieszczenia naprzeciwko, które okazuje się jadalnią z całkiem nietypowo osadzoną biblioteczką. Czy w każdym z pomieszczeń znajdę książki? Nie mam pojęcia, gdzie poszła Emma, ale wiem, że każda z nas podążyła w innym kierunku, przyciągnięta tylko sobie znanym magnetyzmem.
– Mamy tyle miejsca, że mogłybyśmy urządzić zawody w bieganiu! – komentuje Olivia, przemykając akurat po parterze domu. Pojawia się i znika niczym światło w kuli dyskotekowej, a przy tym nie przestaje mówić. – Musicie zobaczyć tę wspaniałą kuchnię i ogromną, świetnie wyposażoną spiżarnię! Jedzenia wystarczy nam na rok!
– Nie spędzimy tutaj tyle czasu – śmieje się Emma, która nagle zjawia się tuż obok.
Wzdrygam się, ale szybko udziela mi się radosny nastrój, tak różny od tego ciemnego, jednak niezaprzeczalnie fascynującego wnętrza, w którym unosi się zapach skórzanych obić foteli oraz żywicy. W większości pomieszczeń ściany pokryte są wzorzystymi tapetami.
Kilka chwil później wspólnie z Emmą zaglądamy do łazienki wyłożonej marmurem, a potem do wspomnianej przez Olivię kuchni, wyposażonej chyba w każdy możliwy sprzęt. W salonie podziwiam wysoki, zdobiony sufit, a następnie kieruję wzrok na jedną ze ścian prawie w całości zasłoniętą półkami uginającymi się pod ciężarem najróżniejszych książek.
Podchodzę bliżej i sięgam po jedną z nich – Wichrowe Wzgórza. Kartkuję dobrze znaną powieść, gdy niespodziewanie coś przykuwa moją uwagę. To dziwny, mechaniczny i ledwie słyszalny dźwięk rozbrzmiewający gdzieś obok. Rozglądam się badawczo, aż natrafiam na metalową półkulę w suficie, która musi być kamerą.
Zaczynam się zastanawiać, czy program już się zaczął, a jeśli tak, to co właściwie powinnyśmy teraz zrobić. Chcę o to zapytać którąś z uczestniczek, ale orientuję się, że nigdzie ich nie ma. Nagle robi się tutaj cicho i pusto, a obce wnętrze zdaje się nie tylko zbyt duże, ale też przesycone jakąś nieznaną wszystkim historią.
Odkładam książkę na miejsce, przesuwam opuszkami palców po grzbietach pozostałych woluminów. Robię to odruchowo, prawie w ogóle nie skupiając się na tym, po jaką książkę sięgam, a gdy wyjmuję z półki Alicję w Krainie Czarów, wzdrygam się na brzmienie czyjegoś głosu.
– Gabriello!
Mrugam i szybko się reflektuję, że to przecież moje nowe imię. Zerkam przez ramię na Olivię, która macha z uśmiechem, a po chwili wspina się na piętro. W tym wielkim domu dźwięki wydają się dziwnie zniekształcone, ale szybko dochodzę do wniosku, że to pewnie tylko moja wyobraźnia.
– Chodź, zobacz, co jest na górze – dodaje drugi głos, z pewnością należący do Emmy.
Wsuwam książkę między pozostałe i wychodzę do wysokiego holu, w którym znajdują się schody prowadzące wyżej. Są solidne, dębowe i szerokie.
Idę na górę, mijając po drodze obrazy zawieszone na ścianie. Skupienie się na nich utrudnia butelkowozielona tapeta w geometryczne wzory, ale i tak nie mogę od nich oderwać oczu. Przedstawiają najróżniejsze sceny: miskę z budyniem i czymś, co wygląda na sok malinowy, dalej portret nieznajomej kobiety tulącej dziecko, zachód słońca na jesiennym krajobrazie oraz pustą scenę w teatrze.
– Jesteś! Już myślałam, że zabłądziłaś – stwierdza stojąca u szczytu schodów Olivia. – Znalazłyśmy dwie sypialnie.
Gdy docieram do dziewczyny, zerkam na korytarz, który skrywa wiele pomieszczeń. Olivia wskazuje na dwoje drzwi. Widnieją na nich napisy: „Pokój dziewczyn” i „Pokój chłopaków”.
– A reszta? – pytam, bo nie wiem czemu, ale najwyraźniej doszłam do wniosku, że Olivia i Emma prawdopodobnie już obejrzały pozostałą część domu.
– Tamte pokoje są zamknięte. – Moja rozmówczyni wzrusza ramionami i robi niezadowoloną minę.
Unoszę brwi. Zamknięte?
Jest tu aż siedmioro drzwi – każde muszą przecież dokądś prowadzić.
– Ta chata to jakiś totalny odlot – zachwyca się Olivia. Wkłada dłonie w kieszenie jeansowych dzwonów, a następnie kołysze się w przód i w tył.
– Sądziłam, że nie podoba ci się ten wystrój – zauważam.
– Zgadza się, ale elektronika i te wszystkie gadżety nadrabiają. Chodź, musisz zobaczyć sypialnię – oświadcza, więc ruszam w krok za nią.
Wchodzimy do pokoju, w którym jest już Emma. Wnętrze jest spore, ma wysoki sufit, ciężkie zasłony, trzy duże łóżka, ogromną toaletkę z podświetlanym lustrem i rozsuwaną szafę, z mnóstwem szuflad oraz wieszaków. W rogu dostrzegam szeroko otwarte drzwi prowadzące do jasnej łazienki.
– Patrz na to! – Głos Olivii ocieka ekscytacją.
Wyczekująco spoglądam na dziewczynę, ale nic się nie dzieje aż do momentu, gdy ta nie wydaje komendy:
– Zgaś wszystkie światła.
Wtedy robi się ciemno. Zasunięte zasłony przepuszczają jednak minimalną ilość światła, dlatego czekam, aż oczy przyzwyczają się do panującego półmroku.
– Włącz – odzywa się tym razem Emma, a pokój na powrót wypełnia się ciepłym blaskiem żyrandola.
– Teraz – kontynuuje Olivia – zamknij pokój na klucz.
Obracam się w stronę uchylonych drzwi, przez które przed chwilą weszłam, a te jak na zawołanie się zamykają i wydają szczęk przekręcanego klucza.
– Nieźle – wyduszam oszołomiona.
– Ten dom nas słyszy – zauważa Emma, siadając na brzegu jednego z łóżek.
Olivia podpiera się pod boki i przytakuje z satysfakcją.
– Moja droga, ten dom nas słucha – stwierdza.
Uśmiecham się w odpowiedzi na jej zadziorne spojrzenie, chociaż wewnątrz czuję dziwną mieszankę podenerwowania oraz niepewności. Czy to oznacza, że każde nasze słowo jest na podsłuchu? A co z mikrofonami? Instrukcjami?
Przełykam ślinę i mówię:
– Otwórz pokój.
Ciszę przecina dźwięk mechanizmu odblokowującego zamek.
Marszczę brwi w zamyśleniu. To ciekawe. Podchodzę do okna, odsłaniam brązowe zasłony, wpuszczając do pomieszczenia więcej światła. Wyglądam na zewnątrz. Widzę miejsce, gdzie będziemy rozpalać wieczorne ogniska, piec kiełbaski i rozmawiać do białego rana, oraz ogród, który być może kiedyś był dziełem sztuki, ale dziś pozostały po nim puste doniczki i żwirowe ścieżki.
– W zgłoszeniu napisali, że nie ma tutaj Internetu. – Z zamyślenia wyrywa mnie spokojny głos Emmy. Dziewczyna podchodzi bliżej i również zatapia spojrzenie w krajobrazie.
– Więc jak to wszystko działa? – zastanawiam się głośno.
Za plecami Olivia przemyka do łazienki. Krząta się tam, szperając w szafkach, co rusz wydaje okrzyki podniecenia w stylu: „Mamy kilka zestawów suszarek i prostownic” lub „Wiedziałyście, że nasz prysznic ma funkcję masażu?!”. Nie pozostaje mi nic innego, jak pójść w jej ślady i zobaczyć wszystko na własne oczy.
Gdy przekraczam próg wyłożonego białym marmurem pomieszczenia, mnie też zapiera dech. Łazienka, ogromna niczym drugi pokój, jest podświetlana, a z głośników cicho płynie muzyka.
– Uwielbiam Ghost of You – przyznaję, podchodząc do pozłacanych kranów. Zerkam w odbicie w lustrze.
Kosmyki moich rudych, sięgających pasa włosów zdążyły się skręcić, a deszcz rozmazał mi tusz na powiekach, więc brudne smugi ścieram pospiesznie palcem.
– Zażyczyłam sobie muzykę i proszę bardzo. Ten dom nie tylko nas słucha, ale też spełnia życzenia. – Olivia również przegląda się w podświetlanym niebieskim światłem lustrze i wydyma wargi do odbicia.
– Robi wrażenie – podsumowuje Emma, która weszła tutaj za mną.
– Może rozejrzymy się po pozostałej części pomieszczeń? – proponuję.
W tym samym momencie dochodzą do nas odgłosy z dołu. Przez moment w ciszy nasłuchujemy, a gdy jesteśmy niemal pewne, że to nie muzyka z głośników, ale rzeczywiste rozmowy, szerzej otwieramy oczy.
– Chłopaki! – zauważamy z Olivią równocześnie.
Pospiesznie wychodzimy z łazienki, wracamy na parter. Czuję ulgę na myśl, że nie będziemy same.
– Zajebiście! – woła jakiś męski głos.
– Stary, tu jest jak w jakimś filmie! – odzywa się inny, bardziej energiczny.
Dom jest duży, jednak akustyka pozwala nam zrozumieć, co mówią jego goście.
Słyszymy w dole kroki i wymieniamy z Emmą pełne podniecenia spojrzenia.
– Matko, już tutaj są… – zaczyna dziewczyna, potem zakrywa usta dłońmi.
Olivia przyspiesza i prawie potyka się na schodach.
– Zabawę czas zacząć! – rzuca przez ramię.
W salonie mieszczą się ustawione w półokręgu dwie duże sofy, na których łącznie zmieściłoby się chyba z dwadzieścia osób. Ja, Olivia oraz Emma zajmujemy jedną, naprzeciwko nas siedzą trzej uczestnicy programu. Dzieli nas długi kawowy stolik, w który wpatruję się ze skrępowaniem, by po chwili przenieść spojrzenie na nowych gości.
Samuel. Ethan. Liam.
Muszę to zapamiętać. Koniecznie, bo nie ma nic bardziej krępującego w nawiązywaniu nowych znajomości niż zapomnienie czyjegoś imienia.
Nowi zdradzili, że dotarli tutaj limuzyną z przyciemnianymi szybami, i twierdzą, że byli zbyt zajęci rozmową, by się zorientować, w jakim kierunku od Londynu znajduje się posiadłość.
Samuel wygląda na najbardziej wyluzowanego, jest typem sportowca. Ma krótko przycięte ciemne włosy, włożył szeroką bluzę z kapturem i gdybym miała zgadnąć, co robi na co dzień, to powiedziałabym, że pewnie przez dziewięćdziesiąt procent czasu snuje się po mieście, a na uszach ma słuchawki, w których wybrzmiewa energiczna muzyka. Co chwilę się uśmiecha, jego twarz nabiera wtedy przyjaznego wyrazu i sprawia, że atmosfera staje się odrobinę luźniejsza.
Tuż obok niego w jasnej eleganckiej koszuli z kołnierzykiem siedzi już mniej uśmiechnięty Ethan. Najchętniej sparowałabym go z Emmą, bo chyba zaczyna ich łączyć jakaś cienka nić porozumienia. Założę się, że na co dzień dobrze się uczy i zdobywa wysokie stopnie z przedmiotów ścisłych. Co prawda nie ma na nosie okularów, ale sądzę, że byłoby mu w nich do twarzy. Jego spokojne usposobienie łagodząco wpływa na moje podenerwowanie.
Właśnie na mnie zerka, więc odpowiadam mu czymś na kształt uśmiechu, co niestety szybko go peszy.
Wreszcie spoglądam na ostatniego z nich. To Liam, a przynajmniej takie imię zapamiętałam, gdy jeszcze chwilę temu się przedstawiał. Ten ciemnowłosy chłopak o ostrych rysach twarzy i lekceważącym uśmieszku wydaje się mieć niewyczerpalne źródło pewności siebie. Jego spojrzenie należy do tych, które zawstydzają oraz sprawiają, że ludzie czują się przy nim skrępowani. Jednocześnie ma w sobie jakiś rodzaj magnetyzmu. Za taką mieszanką skrycie przepadam. Liam jest z nich wszystkich najwyższy, co zauważyłam, jak tylko zeszłam po schodach. Ma też najgłębszy głos, a gdy mówi, wszyscy inni cichną.
To nie dotyczy Olivii, której buzia praktycznie się nie zamyka, nawet jeśli słowa wydostające się z jej ust to tylko ciąg powtarzających się zachwytów.
– Skoro już się sobie przedstawiliśmy, może zapoznamy się z regulaminem, bo to chyba on leży na stole – proponuje Liam, co zyskuje aprobatę większości.
Wlepiam tępe spojrzenie w zwinięty kawałek papieru.
– Dobry plan! – woła Samuel i pierwszy dopada stołu.
– Może któraś z dziewczyn chciałaby przeczytać? – Liam posyła nam pytające spojrzenie, Samuel odkłada regulamin z powrotem na miejsce.
Spoglądamy wszyscy po sobie, aż wreszcie decyduję się sięgnąć po rulon grubego papieru, następnie go rozwijam. Na kartce zauważam pochyłe pismo, które szybko odczytuję:
Drodzy uczestnicy,
pragniemy Was serdecznie powitać w programie „Truth or Dare”. Mamy nadzieję, że to miejsce spełni Wasze oczekiwania i zachwyci Was w równym stopniu jak fakt, że od teraz będziecie mogli poznawać pozostałych uczestników i brać udział w przygotowanych atrakcjach. Zapewne wiecie już, że udział w show jest nie tylko szansą na nawiązanie przyjaźni, dobrą zabawę oraz spędzenie wyjątkowych wakacji w gronie nowo poznanych osób, ale także okazją na zdobycie głównej nagrody, jaką jest spora suma pieniędzy!
Olivia z zachwytem klaszcze w dłonie, wśród chłopaków słychać pogwizdywanie. Na chwilę odrywam wzrok od tekstu i patrzę na Liama. Jego przenikliwe spojrzenie wdziera się do mojego wnętrza, więc szybko wracam do czytania:
Prawdopodobnie znacie zasady gry, jednak w tym miejscu chcemy zaznaczyć, że nasza wersja będzie bardziej skomplikowana. Jesteśmy przekonani, że świetnie sobie z nią poradzicie. Waszym zadaniem jest postępowanie wedle otrzymanych instrukcji. Uczestnicy, którzy nie odpowiedzą na pytanie bądź nie podołają wyzwaniu, niestety zostaną wykluczeni z dalszej rozgrywki. Osoba dokonująca najszybszych oraz najbardziej trafnych wyborów przejdzie do finału i stanie przed szansą wygrania stu tysięcy funtów.
Znów zerkam na siedzących na sofach uczestników, wlepiających we mnie zaciekawione spojrzenia. Cisza i skupienie w ich oczach dają mi do zrozumienia, że traktują tę grę poważnie i nie chcą niczego przeoczyć. Ja też nie powinnam. Przełykam ślinę, czytam dalej:
W domu zainstalowano monitoring, a wszystkie Wasze rozmowy są nagrywane. Musicie być uważni i bacznie obserwować pozostałych uczestników. Na piętrze w jednym z pokoi znajduje się telefon, dzięki któremu będziecie się mogli skontaktować ze światem zewnętrznym, gdy przyjdzie na to stosowny moment. Posiłki przygotowujecie sami. Zrobicie je ze składników, które znajdziecie w spiżarni. Instrukcje obsługi wszystkich urządzeń znajdują się w szafce w kuchni. Dom jest w pełni zautomatyzowany, nie znajdziecie tutaj kluczy do drzwi ani do bramy. Zapewne zauważyliście też, że oświetleniem czy muzyką możecie sterować za pomocą głosu. Prosimy, aby do wieczora każdy z Was włożył telefon do sejfu, który znajduje się pod obrazem „Słoneczniki”. Odzyskacie je po zakończeniu programu.
Słyszę, jak Samuel ze świstem wciąga powietrze, a potem, gdy się orientuje, że wszyscy na niego patrzą, rzuca jedynie:
– Wakacje bez telefonu brzmią jak opalanie bez kremu z filtrem. Będzie bolało! – stwierdza z wymuszonym rozbawieniem.
Nikt inny nie podejmuje tematu, więc czytam ostatnie wersy:
Bawcie się dobrze, przeżywajcie przygody, kolekcjonujcie wspomnienia, a przede wszystkim poznajcie się bliżej. Powodzenia!
Pamiętajcie! Najważniejszą zasadą jest nieopuszczanie posiadłości!
Gdy kończę czytać, w salonie zapada głucha cisza. Podejrzewam, że w głowach każdego z nas kłębi się jedna myśl: Co dalej? Rozglądam się po twarzach pozostałych osób, szybko uświadamiając sobie, że nie tylko ja jestem obserwatorem. Już po chwili Liam podnosi się z sofy i wsuwa dłonie w kieszenie spodni. W jego ślady idzie Samuel, który znów odzywa się jako pierwszy.
– Może zacznijmy od przygotowania obiadu!
Kierujemy się do ogromnej eleganckiej kuchni wyłożonej połyskującymi perłowymi kafelkami. Na środku znajduje się spora wyspa, a meble oraz sufit obudowane są ciemnym drewnem. Zauważam, że w większości pomieszczeń światła włączają się automatycznie. To zapewne kwestia czujnika ruchu, fotokomórki czy innych technologii, o których mam niewielkie pojęcie.
– Robi wrażenie. – Liam zatrzymuje się w wejściu.
– Nie oglądaliście jeszcze domu? – rzucam zdziwiona, chociaż doskonale wiem, że nie mieli na to czasu.
– Mam nadzieję, że wy nas oprowadzicie – włącza się Samuel i kładzie mi ciepłą dłoń na ramieniu.
Długie palce przylegają teraz ciasno do materiału mojego swetra i nie mam pojęcia, czy powinnam zignorować ten gest, czy jednak wyznaczyć od razu granicę. W normalnym życiu niewielu osobom pozwalam na taką poufałość. Bliskie więzi z rówieśnikami nigdy nie były moją mocną stroną. Ale może nastała idealna okazja, by wreszcie to zmienić.
Zerkam na Liama, jednak on podziwia teraz wystrój wnętrza. Podążam za jego spojrzeniem i napotykam duży ekran, na którym wyświetlił się komunikat:
Obiad.
– Widzieliście to? – pytam głośniej, niż zamierzałam.
Olivia przebiega obok i zatrzymuje się tuż przed plazmowym monitorem, po czym sprawdza, czy przypadkiem nie jest dotykowy.
– Napisano tylko słowo „obiad” – stwierdza z niezadowoleniem. – A jakaś instrukcja?
– Przepisy są tutaj – słyszymy cichy głos Emmy, która zajęła się w tym czasie przeglądaniem zawartości szuflad, a teraz kartkuje gruby plik przepisów.
Niemal podskakuję, gdy z głośników rozlega się kliknięcie. Na ekranie wyskakuje kolejny komunikat:
Lazania, strona 45.
Olivia i Ethan głośno wyrażają zdumienie, Emma przytakuje w milczeniu i zaczyna szukać podanej na ekranie strony, Samuel unosi z podziwem brwi. Przez chwilę się zastanawiam, czy to tylko zbieg okoliczności, czy ktoś faktycznie bacznie nas obserwuje, ale w tej samej chwili przypominam sobie, że przecież bierzemy udział w telewizyjnym show, i mimo że nie ma tutaj operatorów i scenarzystów, każdy z nas odgrywa swoją rolę. Dyskretnie zerkam w stronę kamer. W kuchni lokalizuję trzy niewielkie kule przyczepione do sufitu, każda znajduje się w innej części pomieszczenia. Łapię się na tym, że ja i Liam znów patrzymy w tym samym kierunku, ale żadne z nas tego nie komentuje.
– To co? Gotujemy? – zachęca Olivia.
Porozumiewawczo uśmiecham się do Liama, który wciąż zerka w moją stronę, co lekko mnie zawstydza.
Odwracam spojrzenie, by skupić uwagę na czymś innym. Nawet nie wiem, kiedy Samuel się oddalił, ale teraz spostrzegam, że podszedł do Olivii, by pomóc jej w znalezieniu garnków i talerzy. Emma wertuje książkę z przepisami, Ethan właśnie zlokalizował spiżarnię, więc sięga po potrzebne składniki.
Liam pochyla się nad Emmą na tyle blisko, iż jestem przekonana, że może ona poczuć jego zapach. Nie mam pojęcia, czemu czuję się niezręcznie, przyglądając się tej scenie.
Powinnam zająć się czymś równie produktywnym jak reszta uczestników, niestety kompletnie nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Wreszcie decyduję się dołączyć do spokojnego, opanowanego Ethana.
– Co wziąć? – pytam, a wtedy on wskazuje na ekran, na którym wyświetliła się cała lista potrzebnych składników do przygotowania obiadu dla sześciu osób. Kręcę z niedowierzaniem głową.
– Już wiem, że wykorzystam ten patent w moim rodzinnym domu! – słyszę głośny komentarz Olivii.
– Jak ci się tutaj podoba? – Ethan podaje mi trzy opakowania makaronu, sam wyjmuje po chwili przecier pomidorowy, a następnie szuka przypraw.
– Jest dość… – szukam słowa.
– Tajemniczo? – podpowiada.
Przytakuję.
– No wiesz… ta myśl, że ktoś tam po drugiej stronie kamer może śledzić nasze życie… – wyjaśniam.
Chłopak kiwa głową, jakby doskonale rozumiał, co mam na myśli.
Idziemy w kierunku wyspy kuchennej, zostawiamy na niej produkty i zerkamy na ekran, na którym zdążył się pojawić dokładny przepis. Nagle wybrzmiewa energiczna muzyka, a my, nieco zaskoczeni, wymieniamy rozbawione spojrzenia.
Staram się zlokalizować źródło dźwięku i już po chwili odnajduję trzy niewielkie głośniki idealnie scalające się z kolorem kuchennych mebli.
Olivia uśmiecha się szeroko. Zaczyna podrygiwać w rytm You Know I’m No Good Amy Winehouse. Nawet Emma wydaje się trochę rozluźniać. Samuel chwyta za metalowe łyżki i uderza nimi w blat, wydając raniące uszy dźwięki. Wszystko to skontrastowane z klimatycznym wiktoriańskim wnętrzem sprawia wrażenie dość nietypowej mieszanki.
Nie patrzę na Liama, chociaż wyczuwam, że właśnie zmierza w moją stronę.
– Zajmiemy się mięsem? – pyta tak po prostu.
– Powinno być w lodówce – zauważam.
– Idealnie – włącza się Olivia. – Jestem mistrzynią w przygotowywaniu lazanii!
Po ugotowaniu obiadu siadamy do nakrytego przez Emmę oraz Ethana stołu w ciepłej, klasycznej jadalni. Ściany zdobi tutaj brązowa tapeta w geometryczne kształty. Gdy ostatnia z osób opuszcza kuchnię, muzyka, towarzysząca nam podczas gotowania, samoczynnie się wyłącza.
Siadamy do stołu, a wtedy mój żołądek daje o sobie znać. W tej chwili mam jedynie ochotę zapchać usta kalorycznym jedzeniem i nie myśleć o niczym innym, bo z głodu prawie zaczyna mi się kręcić w głowie.
Ciche dźwięki Flightless Bird, American Mouth w wykonaniu Iron and Wine wypełniają pomieszczenie.
– Matko, znowu – jęczę, na co Ethan i Emma jedynie się uśmiechają.
– Mogliby dawać chociaż jakieś znaki ostrzegawcze, w stylu: „Uwaga, zaraz was zaskoczymy” – dodaje Samuel, puszczając do mnie oko.
Olivia upija łyk napoju z wysokiej szklanki, następnie pyta:
– Co wy na to, żeby trochę lepiej się poznać?
Przytakujemy w milczeniu. Samuel rzuca pomiędzy kęsami, że to świetny pomysł.
– No dobra, więc może opowiedzcie, jak to się stało, że się tutaj znaleźliście – proponuje Liam.
Olivia odsuwa od siebie talerz z lazanią, z której skubnęła kilka kęsów, a potem podpiera brodę na złączonych dłoniach.
– O programie dowiedziałam się od mamy. To ona znalazła w skrzynce list. Wspólnie wysłałyśmy zgłoszenie i… proszę bardzo! – oświadcza z dumą w oczach. – Poza tym właśnie skończyłam szkołę i mam zamiar na poważnie wdrożyć się w pracę w rodzinnej firmie zajmującej się kobiecą biżuterią. Na początek tyle, bo i tak nie zapamiętacie.
Mrużę powieki, próbując zlokalizować na jej ciele kolczyki, jakiś łańcuszek, czy chociażby bransoletkę, ale zamiast tego dostrzegam jedynie ukryty za uchem minimalistyczny tatuaż w kształcie diamentu. Nie jestem pewna, co powinnam o tym myśleć, ale wtedy głos przejmuje siedząca na lewo od niej Emma, a mówi na tyle cicho, że aby ją usłyszeć, przestaję przeżuwać kęs, który właśnie włożyłam do ust.
– Ja… cóż… Oprócz tego, że planuję zdawać na literaturę angielską, to uwielbiam też fotografię. Przyszłam do programu, bo chciałabym się trochę otworzyć na ludzi. Na co dzień jestem raczej nieśmiała i nie mam odwagi, by podejmować nowe wyzwania, ale wraz z ukończeniem szkoły postanowiłam, że czas coś zmienić.
Głosy uznania pozostałych uczestników niosą się po pokoju, a gdy cichną, ich oczy utkwione są we mnie.
– Teraz ja? – upewniam się, co zapewne zdradza moją nerwowość.
Łapię spojrzenie Liama, który unosi kąciki ust w leniwym uśmiechu. Przypominam sobie, że przecież żadna ze zgromadzonych tutaj osób mnie nie zna. Moja przeszłość i teraźniejszość są dla nich białą kartką, po której mogę malować do woli.
– Właściwie to… – zaczynam. – W liceum uwielbiałam biologię, zresztą chciałabym w przyszłości pomagać ludziom, mieć poczucie, że robię coś wartościowego, posiąść wiedzę i umiejętności, które mogłyby przyczynić się do pomocy innym. Chciałabym zostać terapeutką.
– Nieźle! – Samuel unosi brwi z uznaniem i dodaje: – Czyli wiemy, do kogo możemy się zgłaszać, gdy nasza psychika zacznie szwankować.
Śmieję się cicho i przytakuję.
– A czemu tutaj jesteś? – pyta nagle Liam bez cienia emocji w głosie.
Biorę wdech, by przypomnieć sobie ćwiczoną od kilku dni przemowę.
– Chciałabym przeżyć prawdziwą przygodę. To zapewne najdłuższe wakacje w moim życiu, dlatego miło byłoby dla odmiany spędzić je w innym miejscu niż tam, gdzie do tej pory wyjeżdżałam. Do wzięcia udziału w programie namówili mnie rodzice.
Uczestnicy kiwają głowami w geście zrozumienia.
– A ty, Samuelu? – zwracam się szybko do kolejnej osoby, bo chcę zdjąć z siebie ciężar odpowiedzi.
– No dobra. – Chłopak odchyla się na krześle. Wygląda na zrelaksowanego i jednocześnie godnego zaufania. – Ja poświęciłem się dla sportu. Mój ojciec hobbistycznie trenuje koszykówkę, więc zaraził mnie tą pasją, gdy ledwie odrosłem od ziemi. Pokochałem to, zrobiłem, co w mojej mocy, by uzyskać stypendium sportowe i… się udało! Rozmawiacie z zawodnikiem uniwersyteckiej drużyny koszykarskiej.
Olivia klaszcze w dłonie, Emma śmieje się cicho. Samuel ma w sobie ten rodzaj poczucia humoru, który przyciąga do niego ludzi, budzi zaufanie, niweluje dystans. Czyli wszystko to, czego mnie zawsze brakowało.
Czas na wyznanie Ethana, który kilkukrotnie poprawia kołnierz koszuli, potem chrząka w pięść, co jest dość zabawne, zważywszy na fakt, że to przecież luźne spotkanie towarzyskie, a nie rozmowa o pracę.
– No więc… jak już wiecie, mam na imię Ethan. Interesuję się komiksami i je kolekcjonuję. Do programu przyszedłem, bo… bo nie mam zbyt wielu znajomych. Chciałbym to zmienić.
Olivia z uznaniem przytakuje, a potem rzuca:
– Masz to jak w banku.
Wszyscy rechoczemy. Ethan również się rozpogadza, Emma posyła mu pocieszający uśmiech. Nie wyczuwam w jego słowach fałszu, może jedynie głęboko tłumioną prawdę, ale na ten moment jeszcze za wcześnie, by móc wysnuć jakiekolwiek wnioski.
Upijam łyk soku pomarańczowego i mimowolnie spoglądam na następnego w kolejce Liama. W tym momencie oblewam się napojem, a rumieniec zawstydzenia wspina się po mojej szyi. Mam nadzieję, że kamery tego nie uchwyciły.
– Do tej pory ze względu na pracę rodziców nie chodziłem do szkoły, miałem nauczanie domowe – pada z jego ust, a ja znów skupiam na nim całą uwagę. – Oboje są cyrkowcami, chcieli, żebym też nim został, ale znalazłem na siebie inny pomysł. Po programie chciałbym rozpocząć studia.
– Na jakim kierunku? – docieka Olivia, pochylając się nad stołem.
– Myślę o architekturze wnętrz – odpowiada.
– Pasuje to do ciebie – słyszę cichy głos Emmy. – Ten zawód oczywiście – dodaje niepewnie.
Czy mi się wydaje, czy ta dziewczyna się do niego uśmiecha? Liam odwzajemnia gest. Tłumaczę to sobie tym, że Emma po prostu jest miła. Cicha, spokojna, miła. Właśnie tak.
– Czemu przyszedłeś do programu? – dopytuje Samuel, a Liam już chce coś powiedzieć, gdy nagle przerywa nam sygnał dochodzący z wnętrza domu. To miarowy i niemożliwy do zignorowania hałas przypominający odliczanie.
– Dochodzi z salonu – zauważa Olivia, która już zdążyła wstać.
Wszyscy w pośpiechu kierujemy się do źródła dźwięku. Gdy wpadamy do salonu, szybko lokalizujemy, że sygnał pochodzi z jednej ze ścian, na której zamontowano wielki ciemny ekran. Pod nim wisi kilka niewielkich obrazów przedstawiających martwą naturę – złamaną gałąź drzewa, lekko podwiędnięte róże i krajobraz zamglonego lasu. Dość dziwne połączenie.
– Nie ma nigdzie pilota ani żadnego guzika – dziwi się Samuel. Rozgląda się w poszukiwaniu urządzenia, którym mógłby włączyć telewizor.
Okazuje się to zbędne, gdyż po chwili ekran sam się włącza, a przed nami pojawia się obraz szczupłej blondynki ubranej w kwiecistą sukienkę i siedzącej za biurkiem w bardzo przyjemnym wakacyjnym studiu nagraniowym.
– Witajcie, nazywam się Jessica Scars i mam zaszczyt przekazać wam kilka cennych wskazówek – mówi głosem przepełnionym słodyczą. – Pewnie jesteście ciekawi, co się właściwie dzieje.
Kiwamy posłusznie głowami, niepewni, czy ta na oko czterdziestoletnia kobieta nas widzi, czy to nagranie, które zmontowano specjalnie na nasz przyjazd i teraz jest jedynie odtwarzane.
– Usiądźcie wygodnie, a ja wszystko wam wytłumaczę – ciągnie.
Posłusznie zajmujemy miejsca na sofach i patrzymy na ekran, z którego kobieta wciąż się do nas uśmiecha.
Mimowolnie zerkam w stronę kamery migającej zielonym światłem tuż nad wyświetlanym obrazem.
– Mam nadzieję, że dom wam się podoba. Jesteście szczęśliwcami, którzy jako pierwsi odwiedzili moją posiadłość. Możecie czuć się wyróżnieni, zapewne rzesze fanów przed telewizorami pozazdroszczą wam takiej przygody.
Olivia przytakuje energicznie i rzuca:
– O tak! Tu jest obłędnie… choć trochę przerażająco!
Mnie uderza inna rzecz. Byłam przekonana, że właścicielem tej posiadłości jest starszy mężczyzna, ale jak widać – myliłam się. Przyjazna blondynka o promiennym uśmiechu jakoś średnio pasuje mi do tej posiadłości pozbawionej światła oraz młodzieżowego polotu.
– Mam nadzieję, że zdążyliście już napełnić żołądki i rozejrzeć się po wnętrzu, bo czeka na was pierwsze zadanie. To ono przygotuje was do właściwej rozgrywki. – Kobieta odgarnia blond loki, odsłaniając swoją perfekcyjnie umalowaną twarz. Pomimo doskonałej prezencji w kącikach jej oczu widać zmarszczki, które pozostawił po sobie upływający czas.
Samuel zaciera ręce na hasło „zadanie”, a mnie oblewa zimny pot. W pulsującym oczekiwaniu zaciskam pięści, podświadomie licząc na to, że nie będzie to żadna sportowa rywalizacja, bo w tej dziedzinie nie jestem najlepsza.
Przemyślenia przerywa głos prowadzącej:
– Spędzicie resztę tego dnia na poznawaniu płci przeciwnej. Udacie się na spotkania w parach. Olivio i Samuelu, przejdziecie do pokoju numer jeden. Ethanie oraz Emmo, na was czeka pokój numer dwa. Liamie oraz Gabriello, pokój numer trzy jest gotowy na wasze przybycie. Rozpakujcie teraz bagaże. Za pół godziny spotkajcie się w wyznaczonych miejscach. Nie zapomnijcie o dobrym humorze, a także o tym, by zapamiętać z tych spotkań jak najwięcej szczegółów! Życzę wam przyjemnej zabawy. Do zobaczenia!
Ekran gaśnie, w salonie zapada cisza.
– Do zobaczenia? – odzywa się Olivia.
– To chyba znaczy, że będziemy się z nią widywać częściej – stwierdza Samuel.
Pełni ekscytacji i oczekiwań spoglądamy na siebie nawzajem.
Coś pod moją skórą lekko pulsuje, gdy znów zerkam na Liama.
Czyżby to strach?
Gabriella rozpuściła rude włosy tak, że teraz gładko opadają na blade ramiona i dekolt. Dziewczyna ma miękkie, dziecięce rysy, a w oczach coś, co każe mi wierzyć, że to tylko maska, pod którą kryje się ponadprzeciętna dojrzałość.
– Idziemy? – pyta.
Wzruszam ramionami, potem naciskam klamkę. Drzwi ustępują. Gabriella wydaje ciche westchnienie, coś między fascynacją a zdumieniem. Posyłam jej pytające spojrzenie, na co jedynie kręci głową.
– Po prostu… wcześniej… Olivia twierdziła, że wszystkie drzwi są zamknięte.
Marszczę brwi, przenoszę wzrok na jej dłonie, które na zmianę zaciska i rozluźnia, a gdy się orientuje, że to widzę, opuszcza je.
– To dom zagadek – stwierdzam, bo wszystko w tej dziewczynie sprawia, że mam chęć mówić o wiele więcej, niż powinienem.
Jej wielkie sarnie oczy błądzą po pokoju, do którego akurat wchodzimy.
– Dom zagadek? – Unosi brwi.
– Moja mama o nim wspominała. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie właściwie się znajduje. Opowiadała, że wszystko w nim jest jednocześnie stare i nowe, banalnie proste i zadziwiająco skomplikowane. Dom, w którym życie staje się grą. Mówiła, że na pewno gdzieś istnieje, choć przyznam szczerze, nie miałem pojęcia, że to właśnie tutaj trafimy.
Dziewczyna wpatruje się w bladoróżowe ściany i zdobiony sufit, z którego zwisa biały żyrandol w kształcie rozkwitającej róży. Potem przenosi wzrok na niewielki stolik, na którym ułożono szachownicę. Oboje zauważamy również ekran umieszczony na bocznej ścianie po prawej stronie. Jest wyłączony, a ja zaczynam dochodzić do wniosku, że podobne urządzenia mieszczą się chyba w każdym pokoju.
– Co jeszcze wiesz o tej grze? – pyta, gdy podążam w stronę stolika.
Zatrzymuję się i o kilka sekund za długo zastanawiam nad jej słowami. Wsadzam dłonie w kieszenie spodni, przybieram beztroski wyraz twarzy i się do niej odwracam.
– Nic więcej. Zresztą to tylko pomówienia cyrkowców. Być może kompletnie zmyślone – wyznaję i macham od niechcenia dłonią.
Kątem oka widzę, jak jej ciemne oczy taksują moją sylwetkę. Im dłużej patrzy, tym spojrzenie staje się bardziej śmiałe i dociekliwe. Gdy dociera do twarzy, szybko pochyla głowę, a na jej piegowatych policzkach pojawia się niewinny rumieniec. Po chwili podchodzimy do niewielkiego białego stolika i zajmujemy miejsca naprzeciwko siebie.
– Mam nadzieję, że potrafisz grać w warcaby? – pytam, przypatrując się z zaciekawieniem Gabrielli.
Przez ułamek sekundy dostrzegam na jej twarzy wahanie. Dziewczyna wydaje się spięta, rozbiegany wzrok przeskakuje szybko po szachownicy, chwilę później osadza się na mojej twarzy. Zmuszam się do niewinnego uśmiechu.
– Chyba każdy potrafi w to grać – zauważa.
Prycham z rozbawieniem, przyznając jej rację.
– Nie wiem, czy uczą tego w szkole. Jak wspominałem, wcale do niej nie chodziłem.
Gabriella przytakuje, jednak mam wrażenie, że pomimo lekkości w jej ruchach, dziewczyna analizuje każde moje zdanie. Słowo po słowie. Tylko po to, by wreszcie się uśmiechnąć i rzucić:
– Tak, pamiętam, co mówiłeś przy obiedzie.
Wybrałem czarne pionki, dlatego zanim zacznę, muszę poczekać na ruch Gabrielli. Kiedy wydaje się gotowa, w pokoju znów rozlega się dźwięk. Instynktownie kieruję spojrzenie w stronę ekranu, przeczucie mnie nie myli. Na ciemnym tle białym pochyłym pismem utworzył się napis:
Witajcie w pokoju szachowym. Zaczniemy od prostej gry zwanej warcabami.
Napisy zmieniają się na tyle szybko, że muszę mocno się skupić, by nadążyć z czytaniem. Po krótkim komunikacie wyświetla się instrukcja – ją również postanawiam przestudiować na wypadek, gdyby reguły różniły się od tych, które tłumaczył mi kiedyś Pablo. To przyjaciel rodziny, iluzjonista. Często spędzał ze mną czas, gdy rodzice byli zbyt zajęci przygotowaniami do występów. Wciąż pamiętam jego słowa: „Trudność tej gry polega na rozpracowaniu ruchów przeciwnika”. Do dziś mam przed oczami jego pogodne szare oczy przysłonięte wielkimi okrągłymi okularami oraz charakterystyczny kapelusz, który zawsze nosił.
Bawcie się dobrze, ale nie zapomnijcie, że chodzi o wygraną!
Gabriella cmoka i znów przenosi wzrok na planszę. Z głośników płynie cicha melodia wygrywana na pianinie, a ja zaczynam zachodzić w głowę, czy kiedykolwiek zdołam do tego przywyknąć.
– Uważasz, że wynik będzie miał wpływ na dalsze losy w programie? – odzywa się i przestawia pierwszego pionka.
Przytakuję.
– Cały nasz pobyt tutaj to gra. Nie może być zbyt łatwo. – Wykonuję swój ruch.
Ciemne oczy Gabrielli przesuwają się po wolnych polach, analizując kolejne ruchy.
– Skąd jesteś? – pytam, a potem się odchylam i z dystansu patrzę na jej zgarbioną nad stolikiem sylwetkę.
– Londyn – rzuca.
– Pasuje do ciebie.
Unosi zaskoczone spojrzenie.
– Skąd taki wniosek?
– Jesteś dość blada. Jak na londyńską bezsłoneczną aurę przystało – mówię bez ogródek.
Chyba się uśmiecha, znów przesuwa pionek, następnie marszczy brwi, odchyla się, zaplata ramiona na piersiach i bacznie mi przygląda.
– A ty? – Jej spokojna twarz nie zdradza ani cienia podenerwowania, mimo że widziałem je jeszcze chwilę temu.
– Co ja?
– Skąd jesteś? – odbija pytanie.
Pochylam się nad rozgrywką, przez chwilę myślę nad ruchem, następnie kładę pionek tam, gdzie już wcześniej zamierzałem go przestawić. Gabriella wykonuje sprytne zagranie, przez co tracę punkt, ale już wkrótce się odgrywam, gdy zbijam dwa jej pionki.
Gra jest szybka, cicha i całkowicie pochłania nasze myśli. Odzywam się dopiero po serii kilku kolejnych rund.
– Edynburg. Tam się urodziłem, ale najdłużej mieszkałem w okolicach Londynu.
Przez chwilę oboje milczymy, analizując pozycje. Mam o jednego pionka mniej na planszy, co bez wątpienia zauważa również moja przeciwniczka. Widzę to po sposobie, w jaki unosi prawy kącik ust i tłumi zadowolenie.
– A zwierzęta lubisz? – zmieniam temat, przyglądając jej się z zaciekawieniem.
– Zwierzęta? – powtarza, na co przytakuję. – Miałam kota o imieniu Nico. Nie lubił wychodzić, dlatego prawie cały czas siedział w domu. Przygarnęliśmy go, gdy był jeszcze mały i miał uszkodzoną łapkę. Ludzie są okrutni, że porzucają takie bezbronne istoty.
Gdy opowiada, śledzę ruch jej dłoni oraz zmarszczkę, która pojawia się pomiędzy łagodnie zarysowanymi brwiami. Przez chwilę gramy w ciszy, zbijamy pionki, odkładamy je poza szachownicę.
– Jak się ma teraz… Nico? – wypowiadam te słowa cicho bez większego namysłu, bardziej skupiając się na rozgrywce. Mój wzrok przeskakuje pomiędzy pionkami i wiem, że jeszcze moment, a cel zostanie osiągnięty.
Unoszę głowę znad szachownicy, bo dopiero teraz się orientuję, że Gabriella wciąż nie odpowiedziała.
Patrzy w moją stronę, jakbym był przezroczysty, gdy wyznaje:
– Niestety nie wiem. Uciekł. Miałam wtedy niewiele ponad osiem lat.
– Od tamtej pory nie miałaś żadnych zwierząt? – podłapuję.
Kręci głową.
– Nie, choć z pewnością jakieś by mi się przydało. Samotność jest do kitu – dodaje w zamyśleniu.
– Cóż, teraz ci ona nie grozi. Przynajmniej przez najbliższy czas – kwituję.
Nagle jej wzrok przytomnieje, na usta wkrada się uśmiech.
Marszczę brwi, zastanawiając się, która jej wersja jest prawdziwa.
– Masz rację. To będą cudowne wakacje – stwierdza, a potem bez uprzedzenia bije trzy moje pionki, zdobywa damkę i podaje mi dłoń. – Świetnie grałeś.
Chociaż staram się podziękować, moje myśli pochłania teraz pytanie… Gdzie popełniłem błąd?
– Wygrałem z Olivią w Scrabble! – chwali się Samuel przy kolacji.
Zdążyłam usłyszeć to zdanie jakieś pięć razy, odkąd przekroczyłam próg kuchni. Tym razem nie towarzyszy nam płynąca z głośników muzyka ani też instrukcja przygotowania posiłku. Mamy pełną dowolność, więc połowa z nas decyduje się na tosty, reszta pałaszuje znalezione w lodówce gotowe dania z długą datą przydatności do spożycia.
Jestem w tej drugiej grupie i właśnie wlewam na talerz sos jogurtowy, gdy Ethan odzywa się po raz pierwszy.
– My z Emmą graliśmy w UNO. To karcianka.
– Chyba każdy to zna – rzuca Olivia, która po przegranej rozgrywce wydaje się mocno podminowana.
Widzę rezygnację w jej spojrzeniu. Ewidentnie nie ma apetytu, bo wzięła do ust zaledwie dwa kęsy tostu.
– Sądzicie, że wygrana w parach na coś nam się przyda? – pyta cicho Emma.
– Być może – mówi Liam, który usiadł naprzeciwko mnie.
Okazało się, że nasze spotkania miały na celu nie tylko lepsze poznanie siebie nawzajem, ale również rywalizację, w której wygrana musi mieć swoją cenę. Nikt z nas nie wie jednak, czego się spodziewać.
Po kolacji zgodnie postanawiamy udać się do jadalni. Jeśli sądziliśmy, że tego dnia uda nam się przemycić telefony, to srogo się pomyliliśmy, bo gdy odchodzimy od stołu, na ekranie w jadalni wyświetla się komunikat informujący, że sejf został otwarty.
Posłusznie wkładamy do niego urządzenia, a gdy jako ostatnia zostawiam komórkę, pojawia się zielona lampka. Sejf samoczynnie się zamyka, jakby któreś z nas wcisnęło automatyczny guzik.
– To dopiero technologia! – zachwyca się Samuel. Pozostali bez większego entuzjazmu jedynie kiwają głowami.
Chociaż wyobrażałam sobie, że tej nocy babskie rozmowy nie będą miały końca, okazało się, że gdy tylko przyłożyłyśmy głowy do poduszek, nasze powieki stały się zbyt ciężkie, by zaczynać jakąkolwiek pogawędkę.
Zanim jednak zasnę, leżąc w tym wielkim, obcym domu, wciąż analizuję zachowania i słowa innych osób, a przede wszystkim Liama, który nosi w sobie jakąś tajemnicę. Uparcie chciałabym ją poznać, a jednocześnie nie mam pewności, czy w ogóle mi się to spodoba. Ten chłopak emanuje jakimś rodzajem magnetyzmu, który przyciąga, mimo że wcale nie chcę, aby ktokolwiek z uczestników wywoływał we mnie takie emocje.
Zaciskam mocniej powieki, w nadziei, że w ten sposób odgonię natrętne myśli, ale to nie pomaga. Tak samo jak nucenie cichych melodii pamiętanych z dzieciństwa albo snucie wizji przyszłości, która zdaje się tak samo niejasna jak ten dom pełen zagadek.
Dom zagadek. Co to za absurdalny pomysł?
Budzi mnie hałas dochodzący z łazienki. Po chwili wychodzi z niej Ethan, a na jego twarzy odmalowuje się zawstydzenie.
– Stłukłem wazon – wyjaśnia z przejęciem.
Samuel, który również musiał się zbudzić chwilę temu, prycha z rozbawieniem.
– Ten dom pełen jest antycznych rupieci, więc jeden wazon mniej nikomu różnicy nie zrobi – stwierdza, a potem jego głowa znów opada na poduszkę.
Ethan chowa do walizki plecak, który miał ze sobą w łazience.
Po co mu plecak?
Wciąż jest w slipkach, jego hebanowe włosy z pewnością jeszcze nie przeżyły spotkania z grzebieniem. Unoszę brwi, patrząc, jak nerwowo snuje się po pokoju. Najwyraźniej nie wie, co ze sobą zrobić.
– Dawno wstałeś? – pytam.
Kręci głową i uśmiecha się nerwowo.
– Chwilę przed tobą.
– Gdyby nie to uporczywe burczenie w brzuchu, spałbym jeszcze kilka godzin, ale słowo daję, ten dom wysysa ze mnie energię – odzywa się Samuel. Odgarnia kołdrę na bok i po chwili znika w łazience.
Mimowolnie zerkam na Ethana, który grzebie w walizce. Dopiero teraz zauważam, jaka jest mała, zupełnie jakby chłopak przyjechał tutaj tylko na weekend, a nie na cały miesiąc. To nie jest moja sprawa, więc pozostawiam tę kwestię bez komentarza, czego nie robi Samuel. Tuż po wyjściu z łazienki potyka się o bagaż Ethana i wyje z bólu, łapiąc się za palec u stopy.
– Kto tutaj postawił te graty?! – huczy.
– Sorry, obok mojego łóżka skończyło się miejsce – tłumaczy Ethan.
Istotnie, większą część wolnej przestrzeni zajmują porozrzucane rzeczy Samuela.
– Mamy jakiś milion półek. – Wskazuję na drugą część pokoju, gdzie mieszczą się wysokie szafy w przepięknym wiktoriańskim stylu. Sam już wczoraj zdążyłem tam wpakować zawartość walizki, zanim poszedłem spać.
– Jasne… wiem… właśnie chciałem to zrobić – mówi Ethan.
Odnoszę wrażenie, że coś z tym gościem jest nie tak. Czyżby w rzeczywistości był to typ nieporadnego chłopaka, który nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości?
Postanawiam, że będę go miał na oku, bo z doświadczenia wiem, że tacy z reguły mają za uszami więcej niż pozostali.
Schodzimy na śniadanie. Dziewczyny krzątają się w kuchni. Emma wertuje stos przepisów, siedząc na hokerze. Gdy nas widzi, unosi nieśmiało dłoń w krótkim geście przywitania. Olivia oraz Gabriella, podpierając się o kuchenny blat, prowadzą cichą dyskusję na temat tego, czy przygotować sok z większej liczby świeżych owoców, czy jednak zacząć oszczędnie dysponować zapasami.
Przenoszę spojrzenie na Samuela, który stoi w progu, ziewa i ostentacyjnie się przeciąga, aż coś mu strzyka w kręgosłupie.
– Siema! – woła. – Co na śniadanie?
Olivia posyła mu minę w stylu „to, co sam sobie przygotujesz”, a Gabriella zerka w moim kierunku. Podchodzę bliżej, podpieram się biodrem o wyspę kuchenną, ramiona krzyżuję na piersiach.
– Mogę nakryć do stołu – proponuję, na co Ethan przebąkuje, że mi pomoże.
Od wczoraj coś się w tej kuchni zmieniło, chociaż nie potrafię określić, co dokładnie. Być może światło poranka wlewające się przez jedno z wysokich okien nadaje temu pomieszczeniu przytulności, a może zwyczajnie dopiero teraz mogę się przyjrzeć wszystkiemu na spokojnie.
– Jak nocka, dziewczyny? – pyta Samuel i zaczyna bez celu kręcić się po pomieszczeniu.
– Nie wyspałam się. Wybrałam łóżko najbliżej okna, które chyba nie jest do końca szczelne, bo wiatr gwizdał przez nie jak szalony – skarży się Olivia. Mówi z takim przejęciem, że jej jasne włosy kołyszą się wokół ładnej porcelanowej twarzy niczym aureola.
Podchodzę do szafki i zaczynam wyjmować potrzebne naczynia.
– Zastanawiam się, kiedy pierwsze rozegranie – odzywa się Gabriella.
Nagle znajduje się blisko mnie, chwyta kilka talerzy.
– Obstawiam, że cały nasz pobyt tutaj jest jedną wielką rozgrywką – stwierdzam.
Ethan hałasuje sztućcami, a kiedy odlicza ich odpowiednią liczbę, włącza się do rozmowy.
– Najdziwniejsze jest to, że podano bardzo mało szczegółowych informacji w opisie tego programu – zastanawia się na głos, a ja słucham go jednym uchem. – Niby wszyscy wiemy, na czym polega „prawda czy wyzwanie”, ale rozgrywka w starej wiktoriańskiej posiadłości musi się czymś różnić.
– Faktem, że jesteśmy odcięci od świata zewnętrznego – śmieje się Samuel.
Zerkam na niego przez ramię. Jak sądziłem, wciąż robi dużo hałasu, a mało z tego pożytku.
Kieruję kroki w stronę jadalni, trzymając pod pachą ręczniki papierowe i kilka szklanek.
– Oraz od Internetu – dorzuca Olivia.
– Nawet pokój, z którego rzekomo możemy dzwonić, wciąż jest zamknięty – odzywa się Gabriella.
Talerze w jej dłoniach chwieją się niebezpiecznie, ale nie decyduję się tego skomentować.
– Już chcesz dzwonić do rodziców? – dziwi się Olivia i rzuca rudowłosej pełne politowania spojrzenie, na co tamta tylko wzrusza ramionami.
Odkładam szklanki i kieruję się po następne, gdy z głośników wybrzmiewa cicho płynąca muzyka. To znów Amy Winehouse, a ja ledwo się powstrzymuję, by nie przewrócić oczami.
– Zmień utwór – mówię w przestrzeń, a oczy Gabrielli zatrzymują się na mnie przez dłuższą chwilę. – Przecież wczoraj poinformowali nas o możliwości sterowania muzyką za pomocą głosu.
Samuel przygląda mi się z rozbawieniem.
– Kompletnie o tym zapomniałem! – przytakuje ochoczo.
– Jak większość z nas – zauważa Gabriella, gubiąc moje spojrzenie.
Dociera do nas zapach pankejków. Dopiero teraz się orientuję, że Emma zajęła się ich smażeniem. Podchodzę do kuchenki i wyjmuję z szafki kolejną patelnię.
– Pomogę ci – deklaruję, bo obawiam się, że w tym tempie zjemy śniadanie za trzy dni.
Dziewczyna pochyla głowę w taki sposób, że ciemne kosmyki przysłaniają jej oczy, a potem szepcze ciche:
– Dzięki.
– Lubisz gotować? – pytam, choć wcale mnie to nie interesuje. Chcę po prostu zniwelować to niepotrzebne napięcie, które tworzy Emma.
Wzrusza ramionami.
– Akurat w domu sporo gotuję, natomiast jeśli chodzi o pankejki, to mam w nich wyjątkową wprawę. Jestem najstarsza z rodzeństwa, a moi bracia i siostry przepadają za takimi słodkimi śniadaniami.
Uśmiecham się delikatnie.
– Ilu was jest? W sensie ciebie oraz rodzeństwa? – pytam i ochoczo zerkam na jej łagodną twarz.
– Piątka – stwierdza i chyba słyszę jakąś dumną nutę w tej wypowiedzi.
– Wiedzieliście, że mamy tutaj nawet alkohol? – słyszę dochodzący z bliska głos Olivii.
Odwracam spojrzenie na paradującą po kuchni dziewczynę, która z lubością trzyma butelkę wysokoprocentowego napoju, jakby złapała Złoty Znicz.
– Do śniadania to chyba nie bardzo – zauważam.
Samuel wybucha śmiechem, jakbym powiedział najzabawniejszy żart pod słońcem.
– W spiżarni jest tego więcej. – Olivia w sugestywny sposób porusza brwiami.
– Chyba wszyscy tutaj jesteśmy pełnoletni? – odzywa się Ethan, a ja znów powstrzymuję się przed przewróceniem oczami.
Wylewam ciasto na patelnię i szukam pokrywki. Emma podaje mi ją bez słowa, z głośników dla odmiany płynie utwór zespołu Palaye Royale, który wprawia mnie w lepszy nastrój.
Podczas śniadania rozmawiamy o wystroju wnętrza, starych zegarach na ścianie oraz tapetach, których żadne z nas nie umieściłoby w rodzinnym domu, jednak zgodnie stwierdzamy, że tutaj pasują idealnie.
Zwracam uwagę na przemyślane rozmieszczenie oświetlenia w centralnych punktach pokoju: trzy lampy nad podłużnym stołem, jedna nad stolikiem z wysokim wazonem oraz dwie przy drewnianej biblioteczce, podobnej do tej, która znajduje się w salonie. Jest jednak węższa, ale też wyższa, zajmuje niemal całą wysokość ściany i składają się na nią trzy wysokie regały. W pierwszej chwili wszystkie wydają się identyczne, ale na szczycie i po bokach zauważam niuanse w ręcznie wyrzeźbionych zdobieniach. Na każdym z trzech regałów poukładane są inne książki. Na pierwszym klasyki, wśród których dostrzegam ulubione tytuły: Portret Doriana Graya, Annę Kareninę, Opowieść Wigilijną czy Wichrowe Wzgórza. Kolejny regał z dołu do góry wypełniony jest literaturą skierowaną do dzieci – od klasycznych baśni Andersena po komiksy z serii Scooby-Doo. Zatrzymuję wzrok na wyjątkowo oryginalnym wydaniu Ani z Zielonego Wzgórza, następnie spoglądam na ostatnią część biblioteczki, gdzie znajduje się mieszanka powieści młodzieżowych, obyczajowych, trochę fantastyki oraz literatury science fiction. Z pewnością każde z nas znalazłoby coś dla siebie.
Instynktownie zerkam na sufit. Dokładniejsza obserwacja sprawia, że zaczynam rozmyślać nad tym, czy ułożenie świateł przy środkowej części biblioteczki aby na pewno jest przypadkowe. Dochodzę do wniosku, że to wątpliwe, ponieważ zarówno jadalnia, jak i reszta domu, którą do tej pory obejrzałem, zdają się doskonale zaprojektowane, przemyślane w najmniejszym nawet szczególe. A przecież rozmieszczenie punktów świetlnych jest jedną z kluczowych zasad dobrego zagospodarowania przestrzeni.
– Ziemia do Liama! – Samuel macha mi przed twarzą.
– Tak? – reflektuję się, napotykając wpatrzone we mnie spojrzenia.
– Pytaliśmy, kto po śniadaniu ma się ochotę wybrać na małe zwiedzanie otoczenia strasznego dworku – odpowiada chłopak. – Trzeba się zorientować w sytuacji.
Wracam myślami do pozostałych uczestników programu i zmuszam się do uśmiechu.
– Jasne, zwiedzanie ogrodu brzmi kusząco.
Poranek jest przyjemny. Chociaż mamy środek wakacji, nie opuszcza mnie przeświadczenie, że pogoda tutaj żyje własnym życiem. Ciepłe promienie słońca padają na nasze twarze, gdy kierujemy się do ogrodu na tyłach posiadłości. Obrośnięte bluszczem posągi oraz wąskie ścieżki, wokół których kwitną dzikie odmiany kwiatów, dają mi do zrozumienia, że o ile dom jest wyposażony w nowoczesną technologię, o tyle ogród zwyczajnie został zaniedbany.
Podczas wędrówki nie tylko ja staram się namierzyć kamery. Zdaję sobie sprawę, że ten spacer nie ma na celu jedynie zacieśniania więzów i czerpania przyjemności ze wspólnie spędzonego czasu, ale jest też okazją do dokładniejszego zorientowania się w sytuacji i do odnalezienia miejsc wolnych od kamer oraz mikrofonów.
Oddalamy się od budynku, mijamy palenisko, które wcześniej dostrzegłem z okna sypialni. Wygląda na to, że nikt od dawna nie korzystał z uroków tego miejsca. Stare drewniane deski służące najprawdopodobniej jako ławki wyglądają tak, jakby miały się połamać, gdy tylko ktoś na nich usiądzie. Miejsce na ognisko pełne jest popiołu, a ziemia niemal czarna.
– Milusio – komentuje Olivia, idąca przede mną.
– Mmm… – dorzuca Samuel.
– To program o grze, nie o randkowaniu – przypominam mu, gdy równa ze mną krok, na co chłopak śmieje się nerwowo.
Dochodzimy do sterty drewna, dalej mijamy niewielki domek na narzędzia, który okazuje się zamknięty. Nikogo to jednak nie dziwi. Mam wrażenie, że wszyscy zaczynamy się przyzwyczajać, iż to miejsce kryje wiele tajemnic. Ja natomiast upewniam się w swojej teorii, która zakłada, że jest to również element gry.
Przyglądam się dokładnie mijanym drzewom i słabo widocznym do tej pory ścieżkom. Lokalizuję miejsca pozostające pod nadzorem kamer i zauważam, że robi to znaczna większość z nas. Jedynie Gabriella zdaje się zbyt pochłonięta, może przerażona otaczającą nas przestrzenią, by się na tym skupić.
– Nie jest tak luksusowo jak w środku – kwituje Olivia.
Nikt nie ciągnie tematu, zamiast tego Samuel stara się rozładować atmosferę, bo rzuca serię nieśmiesznych żartów.
– A znacie to: czerwone, twarde i szkodzi na zęby? – pyta.
Zgodnie kręcimy głową, a Emma zerka z zaciekawieniem.
– Co? – ponagla, gdy żadne z nas się nie kwapi, by zadać to pytanie.
– Cegła.
Prycham, potem łapię spojrzenie Gabrielli, która uśmiecha się z rozbawieniem, ale po chwili na powrót poważnieje. A przynajmniej się stara. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że z każdą godziną coraz częściej przyłapuję ją na spoglądaniu w moją stronę. Odganiam te myśli i skupiam się na rytmicznym marszu, przeplatanym następnymi żartami Samuela. Każdy kolejny jest głupszy od poprzedniego. Snujemy się po posesji, a kiedy przechodzimy obok zamkniętej bramy, żadne z nas nie próbuje jej nawet przesunąć. To przecież wbrew zasadom.
Zastanawiam się jedynie, czy ona również zamknęła się automatycznie.
Jest już południe, gdy znów kręcimy się w pobliżu kuchni. Raz po raz zerkamy na ekrany rozmieszczone wewnątrz domu, ale od wczoraj zdają się wyłączone. Zaczynam się zastanawiać, co by się stało w razie nagłej awarii prądu i czy w posiadłości znajduje się jakikolwiek agregat prądotwórczy – przecież w przypadku tak zaawansowanej technologicznie budowli to chyba rzecz niezbędna.
Emma siada obok mnie na sofie, tak blisko, że czuję jej subtelne różane perfumy. W pierwszym odruchu chcę się odsunąć. Szybko dochodzę do wniosku, że przecież pierwszy zająłem to miejsce. Beznamiętnie wpatruję się w jej profil. Spuściła wzrok i nerwowo przełyka ślinę, co sprawia, że mam ochotę rozpocząć rozmowę. Nie wiem, czym spowodowana jest reakcja Emmy, ale odnoszę wrażenie, że chciałaby nieśmiało zagadać na jakiś trudny temat, a ja nie mam pewności, czy jestem najlepszym kompanem do takich dyskusji.
– Wszystko w porządku? – rzucam.
Przenosi na mnie spojrzenie wielkich, chyba trochę wystraszonych oczu. Są jasne jak bezchmurne niebo.
– Trochę tęsknię za domem – mówi.
– Przecież nie ma cię tam zaledwie drugi dzień.
Dziewczyna przytakuje w odpowiedzi.
– Zgadza się, ale zazwyczaj nie zostawiałam dzieciaków na tak długo.
– Ty nie zostawiałaś? – Unoszę ze zdziwieniem brwi. – To brzmi, jakbyś była za nich odpowiedzialna.
Nie odpowiada, wzrusza tylko ramionami, jednak grymas na jej twarzy daje do zrozumienia, że najpewniej dotknąłem jakiegoś czułego punktu. Już się nastawiam, że utnie temat, obróci go w żart albo odejdzie – ona wzdycha ciężko, a potem mówi:
– Może nie jest to najlepszy moment na takie wyznania, ale duszę to w sobie od wczoraj. Widzę, jak się śmiejecie, rozmawiacie, jacy jesteście beztroscy, ile macie planów na przyszłość.
– Ty przecież też na pewno jakieś masz. Mówiłaś, że interesujesz się fotografią… Może chcesz działać w tym kierunku? – zauważam.
Zerkam w stronę kuchni. Krzątają się tam pozostali. Chciałem zaraz do nich dołączyć i pomóc przy obiedzie, ale cztery pary rąk wydają się w tym momencie wystarczające.
– To raczej marzenia. – Cichy głos Emmy sprawia, że ponownie na nią patrzę, potem zatrzymuję wzrok na bransoletce, którą bez namysłu obraca na nadgarstku. Na czerwonym cieniutkim sznureczku widzę pięć małych muszelek. – Odkąd moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, wychowywało nas wujostwo. Teraz pozostała tylko ciocia i nasza piątka. Czy tego chciałam, czy nie, musiałam zająć się rodzeństwem. Gdyby nie upór cioci, jej miłość oraz poświęcenie, pewnie by nas rozdzielono i trafilibyśmy do rodzin zastępczych.
Czemu mi o tym mówi?
Marszczę czoło i mimowolnie zerkam w stronę kamer w salonie.
Dlaczego wybrała na rozmowę właśnie to miejsce?
Współczuję dziewczynie, chociaż sposób, w jaki to okazuję, być może nie jest zbyt wylewny. Opieram dłoń na jej ramieniu, a ona zerka na mnie spod opadających na twarz ciemnych długich kosmyków włosów.
– Robiłam dużo… – zaczyna, ale przerywa nam czyjeś chrząknięcie.
Olivia stoi kilka metrów przed nami, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni.
– Mogę cię na chwilę porwać? – Jej głos przecina ciężką atmosferę niedopowiedzeń. – Jeśli oczywiście nie przerwałam wam jakiejś szalenie angażującej rozmowy.
Mimo że ton ma lekki i żartobliwy, siedząca obok Emma momentalnie zaciska dłonie, które oparła o kolana. Już chcę coś powiedzieć, gdy niespodziewanie sama się odzywa:
– Nie rozmawialiśmy o niczym ważnym.
Z jej słów bije pewność, której się po niej nie spodziewałem.
– Idealnie! – Olivia nagle klaszcze w dłonie. – Więc pożyczam cię, Liamie.
Podnoszę się z sofy, ostatni raz porozumiewawczo zerkam w stronę Emmy, która uśmiecha się teraz łagodnie do koleżanki. Domyślam się, że nie zdążyła jej wyjawić swojego sekretu.
– Potrzebna pomoc w kuchni? – zagajam, gdy równam krok z Olivią.
– Niekoniecznie. Raczej w naszej sypialni, bo coś jest nie tak z moim oknem.
