Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
67 osób interesuje się tą książką
Witamy w Cape Carnage! Wystarczy raz tu zawitać, by zostać na zawsze.
Możesz ukryć się w najgłębszych zakamarkach piekła, a i tak cię stamtąd wyciągnę. Nawet diabeł nie uratuje cię przede mną.
Cape Carnage to nadmorskie miasteczko pełne kolorowych domów, nietypowych sklepów i wyróżniające się zaskakująco wysoką liczbą ofiar śmiertelnych. Niestety, wraz z napływem turystów pojawiają się kłopoty, więc utalentowana ogrodniczka Harper Starling, obdarzona instynktem zabójczyni, za wszelką cenę pragnie ochronić swój azyl. Kiedy uciążliwi turyści nie wyjeżdżają z Carnage, kończą jako nawóz dla rabatek kwiatowych kobiety.
Ale Nolan Rhodes nie jest przeciętnym turystą. Diabelsko przystojny, niezwykle czarujący i biegły w posługiwaniu się ostrzem mężczyzna dąży do zemsty. W każdą rocznicę wypadku drogowego, który zrujnował mu życie, zabija kolejną ofiarę ze swojej listy. Ale najlepsze zostawił dla pięknej Harper Starling.
Gdy do Cape Carnage przybywa amatorski śledczy specjalizujący się w rozwiązywaniu niewyjaśnionych spraw kryminalnych, Harper i Nolan zawierają rozejm. Jeśli mężczyzna pomoże jej chronić miasteczko, ona zachowa milczenie na temat jego łowieckich nawyków. Wkrótce jednak ich sojusz przeradza się w obsesję i grozi ujawnieniem wszystkich sekretów skrywanych przez Carnage – w tym ich kruchej miłości.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 525
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Tourist Season
Copyright © Brynne Weaver 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Aleksandra Krasińska, Kamila Grotowska, Natalia Szoppa
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Autor okładki i wyklejki: Jim Tierney
ISBN 978-83-8418-961-0 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Choć Tourist Season jest mroczną komedią romantyczną, która mam nadzieję rozbawi Was do łez zwariowaną fabułą, to nadal pozostaje mroczną historią! Proszę, podejdźcie do niej z rozwagą.
• Rozdrabniarki do drewna;
• kreatywne wykorzystanie karmników dla ptaków;
• gałki oczne i tym razem również oczodoły. Ech, wiem. Jeśli jesteście ze mną od dłuższego czasu, to wydaje mi się, że wszyscy pogodziliśmy się z tym, co nas czeka - gołym okiem widać, że to się prędko nie zmieni (gra słów zamierzona);
• aeratory do trawników;
• scrapbooking, ale w morderczym wydaniu;
• stalking i podglądanie;
• włamania, wtargnięcia i kradzieże;
• odniesienia do tortur fizycznych i psychicznych;
• sceny związane z topieniem;
• hamburgery. PRZEPRASZAM. Nie sądziłam, że do tego dojdzie, ale tak się… złożyło;
• ptaki gustujące w ludzkich przekąskach;
• wypadki drogowe;
• mnóstwo broni, w tym siekiery, noże, broń palna, igły, piły łańcuchowe, garoty oraz dziurkacze z trzema otworami;
• wulgarny język i bluźnierstwa;
• mordercze wykorzystanie lin;
• seksowne wykorzystanie lin;
• kontekst medyczny i związane z nim szczegóły, w tym działania w przypadku urazów, resuscytacja krążeniowo-oddechowa, szpitale oraz długotrwała rekonwalescencja;
• treści o charakterze bezpośrednio seksualnym, w tym praktyki BDSM, zabawy typu brat/brat tamer, ostry seks, zadawanie bólu oraz delikatne zabawy z nożem;
• to historia o dwóch seryjnych mordercach, którzy się w sobie zakochują, więc spodziewajcie się masowych morderstw i chaosu.
Choć zazwyczaj moje ostrzeżenia dotyczące treści poruszanych w książkach utrzymane są w lekkim tonie, chciałabym odnieść się do jednej sprawy z pełną powagą. W książce pojawia się postać starszej, bliskiej jednemu z głównych bohaterów osoby, która cierpi na łagodne zaburzenia poznawcze (MCI) oraz wczesne stadium choroby Alzheimera (AD). W powieści przedstawiono również obowiązki i wyzwania związane z opieką nad takim człowiekiem. Jako ktoś, kto stracił wielu najbliższych z powodu choroby Alzheimera i kto przez ponad dekadę pracował w obszarze badań nad tą chorobą, doskonale rozumiem wstrząs emocjonalny wywołany utratą osobowości na skutek demencji. Wiem też, jak wielkim wyzwaniem jest opieka nad kimś cierpiącym na obie te choroby. Choć mam nadzieję ukazać cudowną, zróżnicowaną osobowość tego starszego człowieka, począwszy od jego strachu i zagubienia, a skończywszy na poczuciu humoru i wytrwałości, proszę, miejcie świadomość, że dla niektórych czytelników ten wątek może okazać się trudny. Temat utraty pamięci może wywołać u nich bolesne emocje. Poniżej przedstawiam bardziej szczegółowe informacje, które mogą okazać się pomocne:
Łagodne zaburzenia poznawcze (MCI) – subtelne zmiany w zakresie pamięci i funkcji poznawczych mogące stanowić przejaw zmian w kierunku innych form demencji, takich jak choroba Alzheimera. Termin ten może być używany zamiennie z określeniem „wczesne stadium choroby Alzheimera”.
Choroba Alzheimera (AD) – postępująca, neurodegeneracyjna choroba, której objawy obejmują utratę pamięci, trudności z myśleniem, zmiany nastroju i zachowania, zaburzenia psychiczne (paranoja, depresja, halucynacje), nadpobudliwość oraz wiele innych niewymienionych tutaj symptomów. Choroba dzieli się na trzy główne stadia – łagodne, umiarkowane i ciężkie. Choć nie zostało to wyraźnie wspomniane w historii, a sytuację komplikują także inne problemy zdrowotne, postać z książki cierpiąca na tę chorobę wykazuje objawy od stadium łagodnego do umiarkowanego.
Demencja – zbiorczy termin medyczny obejmujący różne schorzenia neurologiczne objawiające się upośledzeniem co najmniej dwóch funkcji mózgowych. Zarówno łagodne zaburzenia poznawcze, jak i choroba Alzheimera są klasyfikowane jako schorzenia zaliczane do demencji.
Część dochodów uzyskanych ze sprzedaży tej serii zostanie przekazana na rzecz Alzheimer’s Association (US) i Alzheimer Society of Canada.
Harper
Jestem pewna, że nikt nie wyjeżdża na wakacje z myślą, że zostanie poćwiartowany i wrzucony do rozdrabniacza do drewna, ale niektórzy turyści są zwykłymi dupkami i zasługują na taki los.
Na przykład ten facet z pubu Buoy and Beacon, który w zeszłym roku zapędził Selmę Dayton w kąt obok toalet. Siedziałam niedaleko i słyszałam, że mu odmówiła, ale kiedy wyszłam zza rogu od strony baru, próbował ją pocałować i wsunąć rękę pod bluzkę. Ohydny typ.
Rozdrabniacz do drewna.
Albo ten koleś, który się nawalił i naćpał, a potem z impetem wjechał przez ogrodzenie na farmę Dale’a Lindena i zaczął ganiać jego konie po polu. Zwierzęta oczywiście spanikowały, przez co jedno z nich się przewróciło i złamało nogę. Dale musiał je uśpić. Mimo że wezwał gliny, szeryf Yates okazał się zbyt leniwy, żeby zrobić cokolwiek poza spisaniem raportu policyjnego. Tak jak zwykle.
Rozdrabniacz do drewna.
Albo ten mężczyzna, właściciel odciętej dłoni tkwiącej właśnie w mojej ręce – pan Bryce Mahoney. Widziałam go w sklepie Carnage Country Grocery, jak próbował robić telefonem zdjęcia pod spódnicami kobiet. Gdy ukradłam mu portfel i go sprawdziłam, okazało się, że już wcześniej został przyłapany i oskarżony o to samo wykroczenie w dwóch innych stanach. A mimo to kręcił się po Carnage, jakby był pieprzonym właścicielem tego miejsca, i nie starał się nawet ukrywać, że znowu zamierza popełnić to samo świństwo.
Zdecydowanie rozdrabniacz do drewna.
Nucę pod nosem, przyglądając się dłoni – ma bladą skórę, przez co przypomina woskową imitację prawdziwej. Jest zimna i cięższa, niż się spodziewałam, zwłaszcza przy tak grubych palcach. Odwracam ją i przesuwam opuszką po sieci żył biegnących nad kośćmi. Jeszcze kilka godzin temu tętniło w nich życie, a właściciel znał ich układ. Pewnie mógłby mi opowiedzieć, skąd wzięła się ta postrzępiona blizna nad jedną z kostek. Sądzę, że posiadał ciekawą historię o tym, skąd wzięły się szwy, które pozostawiły na jego skórze drobne blizny. Być może powinnam mieć wyrzuty sumienia, że odpowiadam za odebranie mu wspomnień.
– Ale nie mam – przyznaję przed samą sobą, po czym wrzucam fragment ciała do podajnika niebieskiego rozdrabniacza do drewna.
Ciasteczkowy Potwór okazał się moim niezastąpionym narzędziem do pozbycia się zwłok dwunastu turystów, w tym pana Mahoneya. I za każdym razem jest spragniony kolejnych ofiar, tak jak ja.
Warkot rozdrabniarki cichnie o kilka tonów, gdy zaczyna mielić kości i mięso, rozrzucając resztki na płachtę rozłożoną obok klombu.
Dawniej prawdopodobnie żałowałabym tego, co teraz robię. Ale wyzbyłam się tamtej wersji siebie, kiedy cztery lata temu przybyłam do Cape Carnage i rozpoczęłam nowe życie. To właśnie wtedy przysięgłam, że nie zdradzę nikomu prawdy o własnej przeszłości i za wszelką cenę ochronię tę oazę pełną tajemnic.
I nie zamierzam pozwolić, żeby ktoś taki jak ten pieprzony Bryce Mahoney zniszczył moje miasto.
Wodzę wzrokiem po ogrodzie. Panuje teraz okres przejściowy między wiosną a latem, więc dopiero co zakwitły żonkile, tulipany i przebiśniegi. A mimo to turyści już zaczęli tu przyjeżdżać, by wynajmować łodzie rybackie, wypożyczać sprzęt i rezerwować wycieczki do zatopionego HMS Carnage, od którego nasze miasto wzięło swoją nazwę, oraz do wielu innych wraków ukrytych wzdłuż skalistego wybrzeża. Zwiedzają również muzeum, spacerują po artystycznej, uroczej i nieco ekscentrycznej starówce oraz wspinają się po stu pięćdziesięciu dwóch stopniach prowadzących do latarni morskiej Cape Carnage. A wieczorami odwiedzają lokalne destylarnie i winnice, by skosztować przeróżnych whiskey i win.
Może to dziwne, momentami trochę makabryczne, ale dla mnie to raj.
W naszym małym miasteczku na stałe mieszka zaledwie kilka tysięcy osób, wliczając mnie. Gdy pod koniec lata sezon turystyczny osiąga apogeum wraz z odbywającym się festiwalem kulinarnym Smaki Grozy, przyjezdni znacznie przewyższają nas liczebnie. I naprawdę to rozumiem, bo logiczne, że Cape Carnage chce wykorzystać swoją niezwykłą nazwę i historię, by przyciągnąć urlopowiczów. Te krótkie, cenne miesiące lata pozwalają nam przetrwać mroźną zimę, kiedy nikt się tu nie pojawia. Dlatego bardzo poważnie traktuję swoją rolę polegającą na pielęgnowaniu piękna tego miejsca, tak samo jak troskliwie dbam o jego bezpieczeństwo.
Ponownie skupiam się na zakrwawionej plastikowej reklamówce u moich stóp. To, co najlepsze, zostawiłam na koniec – podudzie Bryce’a Mahoneya. Na bladej woskowatej skórze, pokrytej gęstym owłosieniem, widnieje tandetny tatuaż przedstawiający pstrąga – odrażająca ryba maskująca płaską bliznę. Marszczę nos, a potem wpycham fragment ciała do podajnika, przygotowując się na poczucie głębokiego spokoju, które niewątpliwie mnie ogarnie, gdy maszyna pochłonie każdy cal tkanek i kości.
Tyle że nic takiego się nie dzieje.
Rozdrabniacz zaczyna piszczeć i zgrzytać. Natychmiast podnoszę ręce, by osłonić głowę, podczas gdy zapach palonej gumy wdziera się do moich nozdrzy, drażniąc wszystkie zmysły, przez co tracę orientację. Zanim zdaję sobie sprawę, że muszę działać, mija zbyt wiele czasu. Uderzam w wyłącznik awaryjny przy traktorze napędzającym rozdrabniacz, żeby zatrzymać wałek mocy, ale nim zdążę to zrobić, rozlega się tak głośny huk, że aż dzwoni mi w uszach.
Wyłączam silnik i zaskoczona wpatruję się w maszynę.
– Jezu, Ciasteczko. Co to, kurwa, miało być? – syczę.
Oddycham ciężko i patrzę na sprzęt tak, jakby to rozdrabniacz osobiście wyrządził mi krzywdę. Ale kiedy w końcu otwieram pokrywę i dostaję się do ostrzy, okazuje się, że problem wcale nie tkwił w maszynie, tylko w pieprzonym Bryce’u, drwiącym ze mnie zza grobu. Wyciągam z podajnika zmasakrowaną nogę – kość została roztrzaskana, a jej części już nie ma. Druga połowa pozostaje zespolona z tytanową płytką za pomocą śrub chirurgicznych. Za to fragment ogona pstrąga wciąż nie został naruszony i przylega do poszarpanej skóry. Najwyraźniej nie doceniłam blizny ukrytej pod czernią, szarością i zielenią tatuażu. Nie przyszło mi do głowy, że ten dupek może mieć metalowe płytki pod tym obrzydliwym rybskiem i zdaję sobie sprawę, że ten głupi błąd może mnie prześladować do końca pieprzonego świata.
Upuszczam nogę na plastikową reklamówkę i wzdycham głośno.
– Skurwysyn.
Zanim poświęcę zbyt wiele czasu na wyobrażanie sobie szyderczego uśmiechu Bryce’a zza grobu, ruszam do szopy po zapasowe śruby ścinane i narzędzia. Usunięcie uszkodzonych części i wymiana ich na nowe zajmuje mi prawie pół godziny. Zauważam, że ostrza zostały zniszczone, ale na razie muszą wystarczyć. Potem toporkiem odrąbuję kość powyżej tytanowej płytki i oczyszczam ją z pozostałości tkanki, po czym ponownie uruchamiam silnik i wrzucam resztę nogi do podajnika. Tym razem wszystko idzie zgodnie z planem. Wciąż jednak czuję się zbyt roztrzęsiona po tym, jak Ciasteczkowy Potwór omal nie uległ całkowitemu zniszczeniu, by móc spokojnie obserwować, jak ostatnie fragmenty ciała Bryce’a Mahoneya rozpryskują się po płachcie.
Gdy z zakrzywionego dozownika nie wydostaje się już nic więcej, wyłączam wszystko, po czym klękam obok sterty i słyszę znajome kra, kra, co zwraca moją uwagę na drzewo w pobliżu furtki do ogrodu. Spoglądam w stronę czarnego cienia ukrytego wśród gałęzi.
– Mniam, mniam. Nakarm mnie – żąda kruk.
– Daj mi chwilę – odpowiadam.
Ale ptak ponownie kracze i ponawia prośbę, a jego głos brzmi niemal jak idealna kopia mojego. Okazuje się, że kiedy wychowuje się osieroconego kruka, niezwykle łatwo jest go nauczyć mówić, gdy karmi się go odrobiną świeżego mięsa. Jedynym minusem pozostaje to, że te ptaki potrafią okazać się bardzo uparte, kiedy zauważą coś, czego pragną.
– Wiesz, że wkrótce cię nakarmię, więc się uspokój, bo przyciągniesz mewy.
Wkładam rękawiczkę, zbieram trochę papki i zanoszę ją do karmnika – czarnej konstrukcji z gotyckimi filarami podtrzymującymi spadzisty dach. Zrobiłam go specjalnie dla Morfeusza, który właśnie zeskakuje na kamienny mur otaczający ogród, by obserwować każdy mój ruch, a jego atramentowe pióra mienią się czernią, indygo i głęboką leśną zielenią. Rozkładam na podwyższeniu zmielone mięso i kości, ale zanim udaje mi się cofnąć o dwa kroki, kruk już ląduje na karmniku i zanurza dziób w brei. Dostrzegam w tym pewną harmonię – podły człowiek karmi dzikie zwierzę. W zamknięciu tego błędnego koła kryje się coś, co zapewni mi chwilę spokoju.
Odwracam się z powrotem do sterty, czyli przed chwilą Bryce’a Mahoneya, i podnoszę łopatę leżącą obok plandeki. Jedną szuflę po drugiej wyrzucam resztki i połamane kości do dołków wydrążonych wcześniej w grządce, co jakiś czas robiąc sobie przerwę, by posadzić niegotowe jeszcze do rozkwitu kwiaty – różaneczniki, irysy, dalie i lilie. Wkrótce ciało znika, pogrzebane wśród młodych roślin – posłuży im za pokarm, tak jak wcześniej stał się pożywieniem dla Morfeusza i dla tego, co się we mnie kryje. Ta tajemnicza siła z każdym mijającym sezonem nabiera coraz większego apetytu i nigdy tak naprawdę nie staje się w pełni zaspokojona.
Sprzątam po sobie i odkładam narzędzia, po czym spryskuję rozdrabniacz preparatem Piss-Off. Wyszłam z założenia, że skoro wybielił moje plastikowe meble ogrodowe, pożółkłe od moczu Douga – bezpańskiego kota z sąsiedztwa – to zadziała również na krew. Zabieram do chaty pozostały fragment kości z nogi Bryce’a, owijam go folią aluminiową i wkładam do lodówki, a potem idę na górę. Dopiero gdy odkręcam wodę pod prysznicem i czekam, aż się nagrzeje, przyglądam się uważnie swojemu odbiciu. Na twarzy mam smugi krwi i brudu, a we włosach fragmenty ciała Bryce’a, mieniące się wśród ciemnych kosmyków. Wyglądam jak dzikuska, zupełnie tak jak wtedy, gdy uciekłam z domu grozy obserwowanego przez sępy siedzące na drzewie. Miałam w tamtej chwili szalone spojrzenie i rozdarte serce. Być może stałam się teraz bardziej opanowana niż dawniej, a także rzadziej nawiedzana przez koszmarne wspomnienia i świeżą żałobę, ale w moim odbiciu wciąż czai się coś nieobliczalnego. Jakbym w każdej sekundzie mogła rzucić to wszystko i uciec w najodleglejsze zakątki świata, nie oglądając się za siebie.
Ale ogarnia mnie determinacja, by tego nie robić. Tutaj czuję się najbezpieczniej. Odkrycie Cape Carnage po tym, jak bezskutecznie próbowałam uciec od smutku i żalu, przypominało znalezienie magicznego portalu do krainy, gdzie mogłam się stać kimkolwiek tylko zapragnęłam. Niekoniecznie był to dla mnie nowy początek, ale na pewno coś najbardziej zbliżonego do tego, o czym mogłam jedynie pomarzyć. Teraz to mój dom i jestem tu potrzebna.
Pochylam się przed lustrem, przybliżając się do własnego odbicia, aż oddechem sprawiam, że szkło zaparowuje. Odgarniam grzywkę z jasnej skóry czoła i dostrzegam tam cienkie pasmo jaśniejszych włosów, płynnie przechodzące w brąz tak ciemny, że wydaje się niemal czarny – odrosty. Czasami odnoszę wrażenie, jakby moje ciało walczyło z tym, kim postanowiłam się stać.
Przygryzając dolną wargę, zwracam uwagę na telefon leżący na blacie i loguję się na fałszywe konto na prywatnym forum poświęconym nierozwiązanym sprawom. To amatorska grupa internetowych detektywów, którą od czasu do czasu obserwuję. Członkowie tej właśnie społeczności poszukiwali mnie najaktywniej po pierwszym zniknięciu i co jakiś czas moje imię wciąż pojawia się na ich stronie. Wchodzę na wątek ogólny, gdzie toczą się najważniejsze dyskusje, i przeglądam najnowsze posty. Ktoś wspomina o nierozwiązanej sprawie w stanie Waszyngton, niektórzy o seryjnym mordercy zamordowanym w Luizjanie, a jeszcze inni o kilku zaginionych osobach. Ale w tym potoku wiadomości nie znajduję niczego konkretnego ani niepokojącego, a tym bardziej żadnej wzmianki o swojej pieprzonej przeszłości. Wraz z upływem czasu nawet takie historie jak moja zwyczajnie odchodzą w zapomnienie. Łatwiej przychodzi zniknąć, gdy nie ma się już żadnej rodziny pielęgnującej pamięć o nas.
Wzdycham z ulgą i zapisuję w telefonie notatkę, żeby kupić więcej farby do włosów, po czym odkładam smartfon i wchodzę pod prysznic.
Około południa wychodzę z chaty położonej na południowym skraju rozległej posiadłości i ruszam ze zmiażdżoną kością Bryce’a w torbie w stronę Lancaster Manor – imponującej kamiennej rezydencji, której obecność stanowi symbol wielopokoleniowego bogactwa w Cape Carnage. Jeszcze bardziej onieśmielający niż sam dom wydaje się mieszkający w nim mężczyzna. Moja ulubiona postać w miasteczku i najlepszy przyjaciel.
Jestem jedną z zaledwie dwóch osób, którym pozwala ot tak wejść na teren swojej posiadłości.
Gdy przekraczam próg holu, nic mnie nie wita, przez co zaczynam odczuwać lekki niepokój. Zazwyczaj panuje tu nieustanna kakofonia dźwięków, zdająca się ocieplać surowe kamienne mury – muzyka klasyczna, stare filmy albo Arthur rozmawiający ze sobą cichym, monotonnym głosem. Cisza jest tu naprawdę rzadkością.
– Arthur?! – wołam, wchodząc do salonu reprezentacyjnego, ale mężczyzna mi nie odpowiada. Marszczę brwi i ruszam dalej, w stronę biblioteki, gdzie gospodarz spędza większość czasu, czytając przy kominku nawet w cieplejsze dni. – Arthur… przyszłam przygotować ci coś na lunch.
Właśnie mijam korytarz prowadzący do kuchni, kiedy właściciel posiadłości wyskakuje zza posągu, trzymając nóż w zębach, co wydaje się nie lada wyczynem dla osiemdziesięciolatka poruszającego się o kulach.
– Cholera jasna…
Staje prosto, po czym chwyta za rękojeść i celuje czubkiem we mnie.
– Kim jesteś?
– To ja, Harper.
Robi krok w moim kierunku z chodzikiem i groźnie obraca ostrze.
– Jeśli przyszłaś mnie okraść, to poderżnę ci…
– Nie przyszłam cię okraść. Jestem Harper, twoja ogrodniczka. Mieszkam w chatce. – Pod wpływem moich słów na jego sędziwej twarzy pojawia się chwilowa dezorientacja. – Przyszłam przygotować ci coś dobrego na lunch, tak jak każdego dnia.
– Lunch…?
– Co powiesz na ulubioną kanapkę? Pastrami na chlebie żytnim. Jesteś głodny?
Mruga, marszcząc gęste, białe brwi, podczas gdy mgła zdaje się rozrzedzać na tyle, że mężczyzna opuszcza ostrze, a ja odnoszę wrażenie, że wraz z tym gestem tracę część serca. Wyciągam w jego kierunku rękę, a on wpatruje się w nią tak, jakby próbował poznać sekrety skrywające się pod liniami biegnącymi w poprzek mojej skóry.
– Harper – odzywa się w końcu i kładzie mi rękojeść noża na dłoni. – Oczywiście. Myślałem, że jesteś złodziejką.
Gdy unoszę brwi, z niedowierzaniem mruży oczy.
– Ciągle ktoś tu przychodzi i mnie okrada.
Staram się nie okazywać emocji, gdy biorę go pod ramię i prowadzę do kuchni.
– Skąd te podejrzenia?
– Zniknęły mi buty.
– Ktoś je ukradł?
– Tak.
– Dlaczego…?
– Bo to buty z kolekcji Stefano Ricci – burczy pod nosem, najwyraźniej oczekując, że wiem, co to znaczy.
– I ktoś chciałby je zabrać, bo…?
– Bo to buty z kolekcji Stefano Ricci – powtarza, przewracając oczami, jakby uznał mnie za największe utrapienie na świecie. – Są wyjątkowe.
– Okej – rzucam, gdy wchodzimy do kuchni, po czym prowadzę go do miejsca, gdzie zwykle jemy śniadania. Po tym, jak pomagam mu usiąść, kładę torbę na marmurowym blacie i myję ręce. – Czyli ktoś ukradł twoje wyjątkowe używane buty dla prawdziwego dżentelmena. A może się zdarzyło, że nikt się nie włamał, by wziąć twoje cudowne obuwie. Mogę ich później poszukać. Tak na wypadek, gdybyś je gdzieś zgubił. Mogę ci jeszcze w czymś pomóc?
– Mogłabyś też poszukać mojej cukierniczki od Swarovski Signum.
Patrzę na niego, mrugając z niedowierzenia.
– Ktoś ukradł ci cukierniczkę?
– To bardzo kosztowna rzecz.
– Porównujemy raczej do cen w lombardzie Pauly’ego czy bardziej do cen na międzynarodowym czarnym rynku?
Posyła mi gniewne spojrzenie, ale wiem, jak bardzo lubi, gdy się z nim droczę. To właśnie dzięki temu się zaprzyjaźniliśmy.
Kiedy cztery lata temu przybyłam do Carnage, nie przypuszczałam, że mogę się czuć onieśmielona jego zrzędliwym zachowaniem i pokaźnym majątkiem, a jemu sprawiało to ogromną radość.
– Pauly nie odróżniłby Wassily’ego od podróbki Modwaya, ty prostacka dziewucho.
– Nie mam pojęcia, co właśnie powiedziałeś.
– Na litość boską, Harper, chodzi mi o krzesła.
– Tylko nie krzesła od Wassily’ego – komentuję, przykładając dłoń do czoła. – Jestem zbulwersowana.
– Myślałem, że obiecałaś mi pastrami.
– W rzeczy samej. – Kłaniam się nieznacznie i kieruję się do lodówki, po czym otwieram stalowe drzwiczki z zamiarem znalezienia wędliny i sera provolone. Ale w środku zauważam coś więcej niż tylko mięso i ser. – Ta twoja wyjątkowa cukierniczka… czy ona nie ma czasami zielonego koloru?
– Tak i na pokrywce ma kryształ Swarovskiego.
Unoszę pokrywkę cukierniczki stojącej na półce na wysokości moich oczu i wzdycham.
– Czyli… na przykład… taka? – Odwracam się do niego, trzymając niewielki pojemnik w ręce.
Chwilowy przebłysk zaskoczenia w jego oczach szybko ustępuje miejsca gniewowi, jakby to sama cukierniczka ponosiła winę.
– To nie ja ją tam włożyłem – oświadcza.
I choć mogłabym się z nim spierać, że nikt nie wchodzi do jego domu, by kraść mu buty czy przenosić cukierniczkę w miejsce, gdzie jej nie znajdzie, nie robię tego, bo wiem, że nic bym tym nie osiągnęła poza zdenerwowaniem go. On po prostu tego nie pamięta, tak jak pewnego dnia kompletnie zapomni także o mnie.
Bierze gazetę do ręki, bawi się nerwowo rogiem kartki i przygląda mi się przez dłuższą chwilę, aż w końcu spuszcza wzrok. Wcześniej nigdy tego nie robił i nie miał w zwyczaju majstrować przy przedmiotach czy też patrzeć na mnie tak, jakby nie potrafił mnie rozgryźć. Odkąd przybyłam do Cape Carnage, tylko on tak naprawdę mnie rozumiał. Teraz jednak odnoszę wrażenie, że sami tworzymy między sobą bariery, próbując zachować w nim tego, kim on wciąż chce być. I może to właśnie sprawia mi największy ból, gdy obserwuję jego pogłębiającą się niemoc.
Odchrząkuję, po czym wyjmuję telefon z tylnej kieszeni i zaczynam pisać wiadomość.
– Założę się, że to Lukas przez przypadek włożył cukierniczkę do lodówki. Zaraz do niego napiszę, żeby miał tego świadomość.
Właśnie obarczyłam Cię winą przed Twoim surowym dziadkiem.
– Tak, dziękuję. Powiedz, że nie wolno mu tego więcej robić – odpowiada Arthur, po czym cmoka z niezadowoleniem. – To musiał być Lukas. Przekaż mu, że następnym razem, jak tu przyjdzie, powinien obchodzić się ostrożniej z moimi rzeczami.
Mój telefon zaczyna wibrować.
Kurwa mać, Harper. Jeden z destylatorów właśnie eksplodował i nie mam absolutnie pojęcia, co ja tu, kurwa, robię. Nie uśmiecha mi się, by dodatkowo dziadek karcił mnie za coś, czego nie zrobiłem.
Za późno. To go uszczęśliwi. Przyjmij karę z godnością i pogódź się ze swoim losem.
Pierdol się.
– Wydaje mi się, że Lukas zrobił się ostatnio jakiś rozkojarzony – stwierdzam, a potem przygryzam wargę, żeby stłumić sarkastyczny śmiech, czując, jak adrenalina związana z perspektywą wygrania kolejnej rundy w rozgrywkach sabotażowych buzuje mi w żyłach.
– Masz rację. Jest ostatnio trochę roztargniony. Napisz, że ma przyjść wyczyścić rynny. Trochę świeżego powietrza dobrze mu zrobi.
Twój surowy dziadek mówi, że masz do niego przyjść i zaczerpnąć trochę świeżego powietrza przy czyszczeniu rynien.
Ale ja nienawidzę wysokości.
Wiesz, ostatnio załączył się alarm bezpieczeństwa w szambie. Miałam wezwać fachowca, żeby to naprawił, ale może zaproponuję to zamiast czyszczenia rynien?
Powiedz, że przyjdę do niego w środę.
Naprawdę Cię nienawidzę.
– Załatwione. Lukas przyjdzie w środę. – Uśmiecham się, chowając telefon z powrotem do kieszeni, po czym ponownie myję ręce pod czujnym, oceniającym spojrzeniem Arthura i chwilę później słyszę jego pomruk aprobaty. – Jak się mają sprawy w destylarni? Poinformował cię już o wszystkim?
Gdyby przebudowa destylarni Lancaster miała miejsce dwa lata temu, Arthur z pewnością przedstawiłby mi szczegółową listę tego, co postępuje zgodnie z planem, a co nie. Teraz jednak się waha, uderzając krzywymi palcami o stół z drewna wiśniowego.
– Wszystko w porządku – oznajmia w końcu, a potem znów skupia się na gazecie.
Uśmiecham się, bo choć wiem, że wcale nie jest tak kolorowo, jak mu się wydaje, to nie chcę dokładać przyjacielowi dodatkowego stresu, zwłaszcza że i tak ma inne zmartwienia. Na przykład cukierniczkę w lodówce albo wyimaginowanego złodzieja grasującego po domu w czasie, gdy on śpi.
– Cieszę się z tego powodu.
Kończę przygotowywać kanapkę, a on prosi o włączenie spokojnej muzyki w tle – opery Mozarta Don Giovanni. Przypuszczam, że nie ma nic lepszego niż słuchanie podczas lunchu opowieści o nadprzyrodzonej statule pokonującej aroganckiego szlachcica, zwłaszcza po odnalezieniu zagubionej ozdobnej cukierniczki.
Ale kim ja jestem, żeby narzekać? Dzięki temu czuje się szczęśliwy. I mimo że często z jego ust padają ostre słowa, pozostaje dobrym człowiekiem… tak myślę. Na pewno jest samotny, więc towarzyszę mu podczas jedzenia. Rozmawiamy o miasteczku, a także o pojawiających się tu turystach. Wspomina dawne czasy. Mimo choroby Alzheimera łatwiej mu pamiętać o nich niż o ostatnich wydarzeniach, gdyż te trudniej przychodzi mu sobie przypomnieć. Opowiada mi, jak wyglądało Cape Carnage, kiedy jeszcze nikt tu nie przyjeżdżał i nie organizowano festiwali kulinarnych, wycieczek po wraku statku ani nocnych wędrówek z duchami w przebraniach i z lampionami. A potem wspomina o czasach sprzed renowacji wiktoriańskich domów i przed pojawieniem się karaoke w pubie Buoy and Beacon.
Po tym wszystkim zaczyna snuć opowieść o miasteczku, gdzie żałoba pozostawała nie tylko dziedzictwem, ale też czymś namacalnym, równie rzeczywistym jak mgła spowijająca skały ukryte pośród fal i czekające, by zniszczyć kadłuby statków oraz pochłonąć ludzkie życia. Gdy Arthur był młody, życie w odizolowanej osadzie rybackiej, takiej jak Cape Carnage, utrzymującej się głównie z połowów na zdradliwych wodach u wybrzeży północnej części stanu Maine, nigdy nie należało do łatwych. Śmierć czaiła się na każdym kroku w postaci gwałtownej burzy, niewidocznej na pierwszy rzut oka skały czy też surowej zimy.
To nie miasteczko, jakie znam, choć echo jego przeszłości wciąż wybrzmiewa w pomnikach poświęconych zatopionym statkom, wzniesionych na szczycie cypla i zwróconych przodem do morza. Ale kiedy tak opowiada o Cape Carnage, mam wrażenie, że powierzył mi rolę opiekunki tych historii, jakby chciał, bym pielęgnowała wspomnienia, o których powoli zapomina.
Gdy Arthur kończy posiłek, podaję mu tabletki i zmywam naczynia, po czym odprowadzam go do biblioteki. Mimo że burczy mi w brzuchu, a ból głowy spowodowany nadmierną ilością kofeiny daje o sobie znać, zostaję z mężczyzną, dopóki nie zasypia w ulubionym fotelu z rozłożoną na kolanach książką, jak to ma w zwyczaju podczas popołudniowej drzemki.
Posyłam staruszkowi ostatni, słodko-gorzki uśmiech, a następnie opuszczam posiadłość i ruszam do Cape Carnage.
Do mojego miasteczka.
Nolan
Wiatr niesie słoną bryzę znad morza, więc biorę głęboki wdech, pozwalając, by wypełniła moje płuca. Ludzie są przekonani, że zapach oceanu działa orzeźwiająco i że oczyszcza organizm. W pewnym sensie to prawda. Mówią, że ten zapach przynosi spokój, choć w rzeczywistości jest to odór śmierci i rozkładu.
Unoszę lekko kącik ust, patrząc na wodę. To prawda, powiew śmierci dodaje mi sił.
I nie mogę się już doczekać, by dokonać zemsty w Cape Carnage.
Podchodzę do bagażnika wypożyczonego samochodu, wyjmuję z niego walizki i spoglądam po raz ostatni na ocean, a następnie wchodzę po schodach do pensjonatu Capeside Inn. Kolano zdrętwiało mi po długiej podróży, tak jak łokieć, a kiedy przechylam głowę na boki, kręgi szyjne trzeszczą i strzelają. W myślach układam plan na pierwszy dzień.
Po pierwsze, zamelduję się w hotelu. Po drugie, wybiorę się na spacer, by trochę się rozruszać, i może wrzucę coś na ząb. A potem zapoluję na tę sukę, by zafundować jej powolną, bolesną śmierć, na jaką zasługuje za to, że skazała mnie na ogromny smutek, ból, tortury i upokorzenie. I po czwarte, wezmę kąpiel w jacuzzi.
Uśmiecham się jeszcze szerzej, gdy wchodzę do lobby.
Każdego roku w rocznicę katastrofy, w której zginął mój brat, a ja sam ledwo przeżyłem, odbieram życie kolejnej osobie. Ta kobieta stanie się ostateczną nagrodą za moje coroczne wyprawy w imię sprawiedliwości i najbardziej pożądanym trofeum.
Zapowiadają się zajebiście udane wakacje.
Gdy kładę torbę na szkarłatnym dywanie, za ladą nikogo nie ma, ale z zaciemnionego pomieszczenia po lewej stronie dobiega ciche chrapanie.
Odchrząkuję, lecz nic się nie dzieje – ktoś nadal chrapie.
– Przepraszam – odzywam się, ale wciąż nikt nie odpowiada.
Wtedy dostrzegam oprawioną tabliczkę stojącą obok małego mosiężnego dzwonka. Napisano na niej dużymi literami:
ZADZWOŃ, BO INACZEJ BĘDĘ DALEJ CHRAPAŁ.
Poniżej, drobniejszym drukiem, dodano:
NIE ŻARTUJĘ. ZADZWOŃ, W PRZECIWNYM WYPADKU NIE DOSTANIESZ KLUCZY.
Naciskam dzwonek.
W ciemności słyszę ciche chrząknięcie.
– Spokojnie, już idę.
Z pomieszczenia dobiegają odgłosy powłóczystych kroków. Niska, starsza kobieta kieruje się w stronę recepcji, a po drodze chucha na szkła okularów i wyciera je o haftowany fartuch. Z każdym posuwistym krokiem jej białe włosy falują, a widniejący na ustach uśmiech pogłębia zmarszczki na cerze o ciepłym odcieniu. Gdy w końcu staje przy ladzie, zakłada okulary, po czym przesuwa zamglonym wzrokiem po każdym najdrobniejszym szczególe mojej twarzy. Wszystko zajmuje jej więcej czasu, niż powinno – każde mrugnięcie i każdy oddech. Odchrząkuje, a potem przełyka głośno ślinę.
– Chciałby się pan zameldować?
– Tak – odpowiadam, przesuwając po ladzie prawo jazdy i kartę kredytową. – Dokonałem rezerwacji na nazwisko Nolan Rhodes.
Recepcjonistka chwyta moje dokumenty zdeformowanymi dłońmi i po chwili odkłada papiery, by otworzyć oprawioną w skórę księgę.
– Witam w Cape Carnage – oznajmia, przerzucając kolejne strony. – Mam na imię Irene.
– Miło mi cię poznać, Irene – rzucam, choć ona właściwie nie zwraca uwagi na moje słowa.
Zaczyna w kółko powtarzać moje nazwisko, przesuwając palcem w dół rejestru. Pochyla się nad nim coraz mocniej i mocniej, a potem bierze lupę i nachyla się jeszcze bardziej.
– Nolan Rhodes – odzywa się z dumą, gdy odnajduje w końcu moje nazwisko. – Widzę, że wymeldowuje się pan z hotelu piętnastego lipca. Pokój o numerze sto siedemnaście jest wolny.
– To ten z jacuzzi, prawda?
– Tak, zgadza się. – Odwraca się w stronę tablicy na tylnej ścianie, gdzie na mosiężnych haczykach wiszą klucze. – Przyjechał pan na wakacje?
– Tak, proszę pani.
– By zobaczyć Carnage?
Kaszlę, by stłumić cichy śmiech.
– Można tak powiedzieć, proszę pani.
– Woda nadal może się okazać zimna, ale powinna być dość czysta. Wallie wypożycza pianki neoprenowe, jeśli nie ma pan własnej. Sklep Wallie’s Watersports znajdzie pan przy przystani. Proszę trzymać się drogi Harborside wzdłuż klifu, a potem kierować się znakami. Nie da się go przegapić – tłumaczy, wskazując mniej więcej w stronę morza.
Znam plan miasteczka na pamięć i wiem, że moja rozmówczyni wcale nie wskazuje mi właściwego kierunku, ale mimo to przytakuję, a ona wręcza mi klucz, wyraźnie zadowolona.
– Śniadania serwujemy codziennie od szóstej do dziesiątej w jadalni. W apartamencie znajduje się aneks kuchenny, ale w okolicy natrafi pan też na kilka ciekawych miejsc, gdzie można coś zjeść. – Przesuwa broszurę po ladzie, a potem obciąża moją kartę kredytową, informując, że udzieliła mi pozasezonowej zniżki, bo podoba jej się mój sposób bycia, cokolwiek to, kurwa, znaczy.
Sięgam po swoje dokumenty, dziękując jej z uśmiechem, po czym biorę bagaże i ruszam korytarzem do pokoju.
Choć pensjonat prowadzi osoba w naprawdę sędziwym wieku, w tym miejscu panuje tradycyjny klimat i wyrafinowana, ponadczasowa atmosfera. Mój pokój to apartament o jasnoniebieskich ścianach, wyposażony w meble z mahoniu i przeszklone drzwi wychodzące na balkon z widokiem na morze. Do dyspozycji gości pozostaje również niewielkie patio z ogrodzeniem zapewniającym prywatność oraz kryte jacuzzi z bulgoczącą wodą. Przez dłuższą chwilę stoję na zewnątrz i wpatruję się w klify, a po paru minutach wracam do środka, zatrzymuję się przed łóżkiem, rozkładam szeroko ramiona i dosłownie padam na miękką kołdrę. Rękojeść noża przypiętego do pasa uderza mnie w żebra, przypominając o czekających mnie wspaniałych chwilach. Udało mi się wytargować całe sześć pieprzonych tygodni wolnego. Trzeba przyznać, że jeśli pracuje się w służbach poszukiwawczo-ratowniczych, to nie jest to łatwe. Przez ostatnie cztery lata wyobrażałem sobie tę podróż niezliczoną ilość razy, a teraz wreszcie tu jestem, gotowy, by spełnić jedyne pragnienie napędzające mnie i pozwalające mi przetrwać najmroczniejsze chwile – dokonam zemsty.
Wyciągam sztylet z pochwy i obracam go w dłoni, sprawdzając kciukiem jego ostrość. Gdy się nim przez przypadek ranię i pojawia się kropla krwi, uśmiecham się pod nosem.
– Nie zdołasz się przede mną ukryć. Już nie.
Odkładam nóż na stolik obok łóżka, po czym wstaję i szukam plastra w bagażu, zanim zacznę się rozpakowywać. Wyjmuję świeże ubrania, kosmetyczkę, laptopa i ładowarkę, a potem rozglądam się po pokoju, by się upewnić, że nikt mnie nie obserwuje, i sięgam po swój najcenniejszy skarb.
Album wypełniony wspomnieniami.
Otwieram go na pierwszej stronie. Nie jestem typem faceta, na którego można spojrzeć i pomyśleć: „Tak, on na pewno prowadzi coś takiego”. Ale kiedy człowiek przebywa dwa miesiące w szpitalu, całkowicie pogrążony w smutku, cierpieniu i pragnieniu zemsty, czasami znajduje sobie nowe hobby. Pierwsze strony wydają się nieco chaotyczne, z pogniecionymi krawędziami lub pęcherzykami powietrza pod powierzchnią. Wyglądają tak, jakby ktoś przyklejał fotografie trzęsącą się ręką. Ale im dalej, tym album staje się schludniejszy. Zawiera zdjęcia ukazujące mnie w towarzystwie siostry i rodziców, uczącego się chodzić na nowo podczas rehabilitacji, stawiającego pierwsze kroki za pomocą chodzika. Pamiętam, co tamtego dnia powiedział mój ojciec ze łzami w zmęczonych oczach: „Jesteśmy z ciebie dumni, synu. Nie ma na tym świecie nikogo bardziej zdeterminowanego niż Nolan Rhodes”.
Może zabrzmiało to trochę przesadnie, ale to naprawdę wspaniały tata, a właśnie w ten sposób reagują najlepsi ojcowie, gdy ich dziecko cudem przeżywa wypadek drogowy, a sprawca katastrofy ucieka z miejsca zdarzenia. I nie bez powodu wspomniał również o determinacji, gdyż tej z pewnością mi nie brakuje. Choć może nie w taki sposób, jakiego by się spodziewał.
Większość ludzi stwierdziłaby zapewne, że aby dojść do siebie po takiej tragedii, jaka mnie spotkała, trzeba odnaleźć promyk nadziei w otaczającym nas mroku. Oczekiwali, że po tym traumatycznym wydarzeniu, wywracającym moje życie do góry nogami, znajdę w sobie siłę, by żyć dalej, kierując się pozytywnym myśleniem. Na przykład akceptując to, czego nie mogłem zmienić, wyzwalając się od bólu i gniewu, a także dając sobie szansę na ukojenie i przebaczenie. Ale sama myśl, że miałbym komukolwiek wybaczyć, budziła moją odrazę.
Natomiast ja postąpiłem inaczej. To nie nadzieja ani pozytywne nastawienie zmotywowały mnie do odstawienia leków przeciwbólowych, ponownej nauki samodzielnego jedzenia ani do stawienia czoła upokorzeniu doświadczanemu, gdy inni musieli mnie myć i ubierać. To nie one pomogły mi pogodzić się z brakiem tego, co straciłem.
W tej bezdennej otchłani rozpaczy nic nie przynosiło ukojenia.
Odkryłem za to najgłębszą, najmroczniejszą pustkę ziejącą w moim wnętrzu. To stamtąd zniknął znany mi niegdyś człowiek, przestał istnieć, a na jego miejscu pojawił się ktoś zupełnie nowy.
Dlaczego miałby wybaczyć czterem osobom, które jechały tamtej nocy samochodem, potrąciły mnie i zostawiły samego, bym umierał powolną i bolesną śmiercią? Miałbym im przebaczyć, że odebrali mi brata?
– Billy. – Przyciskam dłoń do piersi.
Wciąż czuję ból za każdym razem, gdy wypowiadam to słowo. Teraz już prawie nigdy tego nie robię. Zawsze, gdy z moich ust pada imię brata, to nie wspomnienia z naszego dzieciństwa pojawiają się jako pierwsze. Nie słyszę wtedy śmiechu chłopaka i nie mam przed oczami tej cudownej radosnej twarzy.
Widzę jedynie, jak wpatruje się martwymi oczami w moje, podczas gdy z jego ust spływają szkarłatne strużki krwi, zbierając się w kałużę na asfalcie. Słyszę również stłumiony szept wydobywający się spomiędzy jego warg – ostatni oddech rozgrzewający krew w nocy.
Nie, nigdy im nie wybaczę.
Dlatego kurczowo trzymam się tego mroku i pielęgnuję go w sobie, podsycając pogardą oraz nienawiścią. A on w zamian utrzymuje mnie przy życiu.
Daje mi motywację, siłę i cel, do jakiego warto dążyć, oraz misję. W jej imię jestem gotów walczyć.
Przewracam kolejną stronę w albumie.
I widzę Marca Beaumonta.
Jego twarz została utrwalona nie tylko na papierze, lecz także w mojej pamięci, pozostawiając w myślach trwały ślad, podobny do blizny. Przypomina wspomnienie ciepłej, letniej bryzy, ostatniego blasku zachodzącego słońca czy zapachu igieł sosnowych porastających stromą ścieżkę, wiodącą od plaży przy skalistym wybrzeżu Calvert Cliffs w stanie Maryland. Pamiętam, jak chrzęściły pod butami, gdy wraz z Billym wspinaliśmy się w kierunku drogi.
Wybrałem się tam w weekend z okazji Dnia Niepodległości, w ramach zorganizowanej na szybko wycieczki, aby zobaczyć się z młodszym bratem. Kilka miesięcy wcześniej przeprowadził się do Baltimore, a ja wciąż mocno za nim tęskniłem. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłem, ponownie słysząc jego śmiech, gdy objąłem go ramieniem. Właśnie rozmawialiśmy o piwach, które zamierzaliśmy wypić, gdy zaczęliśmy przechodzić przez ulicę, by wrócić na kemping. Ale nigdy tam nie dotarliśmy, nie po tym, jak nagle zza ostrego zakrętu wyjechał samochód i w nas uderzył.
A tamta chwila zapadła mi w pamięć najsilniej ze wszystkich. Do dziś mam przed oczami zszokowaną minę Marca Beaumonta, siedzącego na miejscu pasażera, nadal słyszę pisk opon na sekundę przed przeszywającym bólem i wciąż pamiętam, jak brat wykrzykiwał moje imię – to ostatni dźwięk, jaki kiedykolwiek z siebie wydobył.
Powrót do zdrowia po odniesionych obrażeniach zajął mi wiele miesięcy, a zanim odzyskałem siły, upłynęły kolejne tygodnie. Każdą wolną chwilę poświęcałem na zdobywanie nowych umiejętności, uczyłem się polować na inny rodzaj ofiary. A w pierwszą rocznicę wypadku to właśnie Marc Beaumont stał się moim celem.
– Powiedz mi, jak nazywają się ci dwaj mężczyźni jadący z tobą w tamtym samochodzie – szepczę pod nosem, gdy powraca do mnie pamiętny moment.
Możliwe, że siedzę teraz w pokoju w pensjonacie Capeside Inn, ale przed oczami wciąż mam to przerażenie w spojrzeniu Marca. Przesuwam zdrętwiałym palcem po zdjęciu jego twarzy, a kiedy opuszczam powieki, nadal słyszę jego stłumione błagania. Pamiętam, jaką satysfakcję sprawiło mi zerwanie taśmy z jego ust.
– Powiedz mi, jak się nazywają, to może pozwolę ci żyć. – Nie ustępowałem.
– Nie wiem, o czym mówisz. Proszę, proszę, puść mnie.
Strach w jego głosie okazał się dla mnie pewnego rodzaju przebudzeniem, objawieniem. To właśnie dzięki niemu zdałem sobie sprawę, że zemsta znajdująca się na wyciągnięcie ręki pozostawała dokładnie tym, czego potrzebowałem – narkotykiem mającym przynieść mi ukojenie i którego nigdy nie miałbym dość.
Miałem już pewne podejrzenia, kto tamtej nocy jechał z nim w aucie, ale musiałem się upewnić. Marc zeznał policji, że podczas wypadku przebywał sam w domu, a nie ze swoją dziewczyną, mimo że widziano go z nią na imprezie niecałą godzinę przed zdarzeniem. Upierał się, że nie wie nic o wypadku, w którym zginął mój brat, a ja ledwo uniknąłem śmierci. Podobno kierowczyni również zginęła, gdy po ucieczce z miejsca zdarzenia rozbiła się w niewielkiej odległości od punktu, gdzie zostawili nas na pewną śmierć – przebiła autem barierki, a samochód runął z klifu do morza.
Ale ja znałem prawdę – był tam. Siedział na miejscu pasażera, a z tyłu znajdowało się jeszcze dwóch mężczyzn. Pamiętam ich rozmazane sylwetki i twarze w oddali, kiedy wysiadali z wozu, kłócąc się ze sobą, czy zostać na miejscu wypadku, czy odjechać.
Wystarczyło im zaledwie kilka chwil, by podjąć decyzję o ucieczce, podczas gdy właścicielka samochodu wsiadła do niego i odjechała z piskiem opon. Jedyną rzeczą, jaką pamiętam z tych kilkunastu sekund, zanim ból całkowicie pozbawił mnie świadomości, pozostaje widok martwych oczu mojego brata wpatrzonych we mnie, gdy wykrzykiwałem jego imię.
Przenoszę wzrok ze zdjęcia Marca na drugą stronę.
– Trevor Fisher – wyznał w końcu po kilku ciosach. – I Dylan Jacobs. Pracuje w studiu tatuażu Instinctive Ink w Graywood.
Przywiązałem mu ręce do krzesła i przypominam sobie, jak spojrzał na swoje przedramię, kiedy to powiedział. Wykręciłem mu rękę. Tatuaż wciąż był wyraźny, a kontury liter – choć skóra zdążyła się już zagoić – pozostawały ostre i czyste.
Memento Mori
– Niech zgadnę – podjąłem, puszczając jego rękę. – Dylan i Trevor mają taki sam tatuaż, prawda?
– T-tak – jąkał się.
– To dobrze. – Odwróciłem się w stronę stołu z narzędziami tylko czekającymi na to, by zatopić je we krwi. – Tak właśnie czułem, że najdzie mnie ochota na trofeum.
Biorę głęboki wdech i mrugam, aby pozbyć się tych wspomnień, dzięki czemu znów znajduję się w pokoju w pensjonacie. Spoglądam na nóż leżący na stoliku przy łóżku, jego ostrze pozostaje tak samo ostre jak w dniu, gdy pozyskałem nim pierwsze trofeum. Wymierzając sprawiedliwość po raz pierwszy. Potem spuszczam wzrok na cienki kawałek skóry o nierównych brzegach przymocowany do kartki.
Memento Mori
Pamiętaj, że musisz umrzeć.
