To, co się nie wydarzyło. Jak dać sobie miłość, opiekę i wsparcie, których zabrakło w dzieciństwie - Anabel Gonzalez - ebook

To, co się nie wydarzyło. Jak dać sobie miłość, opiekę i wsparcie, których zabrakło w dzieciństwie ebook

Gonzalez Anabel

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Krzywdzi nas nie tylko to, czego doświadczyliśmy, lecz także to, czego nigdy nie było nam dane doznać.

Niewypowiedziane słowa, poczucie bycia nieważnym i niewysłuchanym, niespełnione nadzieje i obietnice, nieobecność tych, których najbardziej potrzebowaliśmy – te niewidzialne rany potrafią zadawać większy ból niż kłótnie, obelgi czy fizyczne ciosy. Łatwo je zbagatelizować, a jednak to właśnie ich wyleczenie stanowi niezbędny krok na drodze do spełnionego życia. Psychiatrka i psychoterapeutka Anabel Gonzalez w tej książce podpowie ci, jak to samodzielnie zrobić. Dowiesz się między innymi, jak:

• odważyć się snuć plany i spełniać marzenia, nawet jeśli życie wielokrotnie cię zawiodło,

• budować głębokie więzi i poczucie przynależności, nawet jeśli nieraz spotkałeś się z odrzuceniem,

• ufać ludziom, nawet jeśli dawniej doświadczyłeś zdrady ze strony najbliższych,

• żyć w szczerości i z pewnością siebie, nawet jeśli kiedyś byłeś zawstydzany i nieakceptowany,

• skończyć z przemilczaniem ważnych tematów,

• dać sobie pełne prawo do opowiadania własnej historii,

• poczuć się kompletnym i wyjść z cienia przeszłości.

To, co się nie wydarzyło jest brakującym elementem układanki, który pozwoli ci naprawdę poznać samego siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 240

Data ważności licencji: 4/28/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Wprowadzenie

Skutki tego, co się nie wydarzyło

Kiedy zasta­na­wiamy się nad tym, jakich naj­więk­szych krzywd dozna­li­śmy w naszym życiu, w pierw­szej chwili przy­cho­dzą nam na myśl zdrady, bez­po­śred­nie ciosy – wszystko to, co nam się przy­tra­fiło. A jed­nak gdy przyj­rzymy się głę­biej, doj­dziemy do wnio­sku, że naj­trwal­sze ślady w naszym wnę­trzu odci­ska nie­obec­ność, utrata oraz to, co było dla nas ważne, ale się nie wyda­rzyło. Słowa, któ­rych do nas nie wypo­wie­dziano, ludzie, któ­rzy nas nie dostrze­gali, poczu­cie, że się nie liczymy, że nie ist­nie­jemy dla waż­nych dla nas osób – to wszystko potrafi boleć bar­dziej niż zadany cios czy rzu­cona znie­waga.

Kiedy coś takiego dzieje się w dzie­ciń­stwie – i to w sze­ro­kim zakre­sie – nazy­wamy to zanie­dba­niem. Choć jest to naj­częst­sza forma znę­ca­nia się nad dziec­kiem, prze­waż­nie umykа uwa­dze, ginąc wśród innych nad­użyć. Co wię­cej, przy­biera codzienną, znor­ma­li­zo­waną postać w wielu rodzin­nych sytu­acjach, które na pierw­szy rzut oka wydają się cał­ko­wi­cie zwy­czajne. W każ­dym wycho­wa­niu poja­wiają się braki. Co wię­cej, muszą wystą­pić i dobrze, że się poja­wiają. Zdrowe wycho­wa­nie nie jest sta­nem ide­al­nej har­mo­nii mię­dzy opie­ku­nami a dziec­kiem; nie ma zapo­bie­gać wszel­kim nie­po­ko­jom ani ich łago­dzić. Wręcz prze­ciw­nie, wystar­cza­jąco dobrzy opie­ku­no­wie to ci, któ­rzy towa­rzy­szą dziecku w złych chwi­lach, zaj­mują się nim, kiedy wpad­nie w gor­szy nastrój, poma­gają mu prze­trwać nie­pew­ność zwią­zaną z rosnącą auto­no­mią i uczą pono­sze­nia odpo­wie­dzial­no­ści sto­sow­nej do wieku. W dobrym wycho­wa­niu też wystę­pują zawie­dzione nadzieje, nie­po­ro­zu­mie­nia, trud­no­ści i roz­cza­ro­wa­nia – a ich powo­dem są dzielni rodzice, któ­rzy robią, co mogą, dla dzieci będą­cych w nie­ustan­nym pro­ce­sie zmian i adap­to­wa­nia się do wcale nie­ła­twych wyzwań.

Zatem kiedy to, co się nie wyda­rzyło, nabiera zna­cze­nia? Czy nada­jemy mu wagę, czy lek­ce­wa­żymy? Wszystko zależy od tego, jak głę­boko braki wpły­nęły na nasze życie. Jeśli doświad­czamy pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych, prze­ży­wamy trud­no­ści w rela­cjach, jeśli nie czu­jemy się dobrze, warto spraw­dzić, dla­czego tak się dzieje. Odpo­wiedź, dla­czego jeste­śmy tacy, jacy jeste­śmy, kryje się w począt­kach naszej histo­rii, przede wszyst­kim w rela­cjach z naj­bar­dziej zna­czą­cymi posta­ciami w naszym życiu. Wtedy działy się zarówno wspa­niałe, jak i przy­kre rze­czy. Cza­sem jed­nak pro­ble­mem jest wła­śnie to, że coś się nie wyda­rzyło – przy­naj­mniej nie w wystar­cza­ją­cym stop­niu. Celem tej książki jest zapro­sze­nie do odkryw­czej podróży ku samym sobie – takiej, w któ­rej weź­miemy pod uwagę także ten ostatni bra­ku­jący ele­ment. To, co się nie wyda­rzyło, może stać się bra­ku­ją­cym puz­zlem potrzeb­nym do peł­nego zro­zu­mie­nia sie­bie.

W jaki spo­sób to, co się nie wyda­rzyło (a powinno było się wyda­rzyć), wpływa na nasze życie dziś? Czę­sto skutki są ciche i nie­wi­doczne, ale dogłębne. Bar­dzo moż­liwe, że braki pozba­wiły nas zdol­no­ści obser­wo­wa­nia tego, co się nam przy­tra­fia, zacie­ka­wie­nia tym, co się kryje w głębi nas samych, moż­li­wo­ści otwar­cia się na innych po to, by spoj­rzeć na nasze wnę­trze ich oczami. Dla­tego pierw­sze pyta­nie brzmi: jak wpływa na nas to, co się nie wyda­rzyło?

Żeby na nie odpo­wie­dzieć, należy zwró­cić uwagę na sytu­acje, które mogą być spo­wo­do­wane bra­kiem, pustką i stratą:

Kiedy jeste­śmy odłą­czeni od naszych emo­cji.

Zauwa­że­nie obni­żo­nego nastroju może spra­wiać nam trud­ność i roz­po­zna­jemy go dopiero wtedy, gdy nasze ciało krzy­czy, a nie­po­kój sięga zenitu, jed­nak odłą­cze­nie od emo­cji nie pozwala nam na bie­żąco rozu­mieć, co się dzieje, co wywo­łało taką gwał­towną reak­cję i jak to na nas wpływa. Może dostrze­gamy złe samo­po­czu­cie, ale nie wiemy, czy jest fizyczne, czy emo­cjo­nalne, z czym dokład­nie się zma­gamy, co wła­ści­wie nas zło­ści lub zawsty­dza. Emo­cje mogą się w nas kumu­lo­wać, aż się wyleją, ponie­waż dosłow­nie nie wiemy, co z nimi zro­bić. Nie dajemy im upu­stu, nie dzie­limy się nimi z innymi, nie opie­ku­jemy się nimi, a one coraz bar­dziej wzbie­rają i wra­cają do nas w coraz trud­niej­szej do znie­sie­nia postaci lub tym­cza­sowo nas zale­wają.

Kiedy prze­waż­nie przyj­mu­jemy postawę obronną.

Świat wydaje nam się wrogi, a innych postrze­gamy jako poten­cjal­nych wro­gów. Zwy­kle nie dostrze­gamy przy­ja­znych twa­rzy ani zapro­szeń do bli­sko­ści i uwa­żamy, że „ludzie już tacy są” lub że z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łego powodu są tacy dla nas.

Kiedy pró­bu­jemy zado­wo­lić cały świat.

Potrzeby innych przed­kła­damy nad wła­sne. Co wię­cej, naszych tak naprawdę nie dostrze­gamy. Aby pojąć, czego nam potrzeba, musimy dokład­nie zro­zu­mieć to, co czu­jemy. Ale gdy nie mamy połą­cze­nia z emo­cjami, zna­cze­nie tego, co na nas wpływa, i tego, czego nam brak, pozo­staje poza naszą świa­do­mo­ścią. A ponie­waż nie czu­jemy się ważni, pró­bu­jemy być nie­zbędni. Gdy potrzeby innych uzna­jemy za prio­ry­tet, z bie­giem czasu sta­jemy się coraz bar­dziej nie­do­ży­wieni. Tak jed­nak było zawsze, dla­tego nie zauwa­żamy tego emo­cjo­nal­nego głodu.

Kiedy nie pro­simy o pomoc, a gdy ją otrzy­mu­jemy, nie dajemy sobie pomóc.

Jeśli ni­gdy nie dosta­wa­li­śmy tro­ski, wspar­cia i uwagi, to logiczne, że nie liczymy na nie w naszych rela­cjach. Ozna­cza to, że nie mówimy, kiedy jest nam źle, nie poka­zu­jemy smutku ani nie lubimy, gdy ktoś go zauważa. Kiedy pod­upa­damy na duchu lub czu­jemy nie­po­kój, dążymy do izo­lo­wa­nia się, nie szu­kamy pomocy ani u rodziny, ani u spe­cja­li­stów, nawet gdy mamy się kiep­sko. Cza­sami nawet porzu­camy samych sie­bie, pozwa­lamy sobie upaść, zanie­dbu­jemy się lub robimy rze­czy, które tylko pogar­szają nasz stan.

Kiedy dopada nas głę­boki wstyd, przez który nie potra­fimy zebrać myśli.

Przez każdą naj­mniej­szą porażkę czu­jemy, że zawo­dzimy, że jeste­śmy gor­szymi lub wadli­wymi ludźmi. Odno­simy wra­że­nie, że patrzy na nas cały świat, i dla­tego ukry­wamy się przed spoj­rze­niami innych, ponie­waż mamy poczu­cie, że jeśli naprawdę nas poznają, zda­dzą sobie sprawę, jak bar­dzo nie­do­sko­nali jeste­śmy. Wstyd, który nami kie­ruje, wpływa na nasze zacho­wa­nie, spra­wia­jąc, że robimy wszystko, żeby się nie uak­tyw­nił: usi­łu­jemy być ide­alni i uni­kamy sytu­acji, w któ­rych mogli­by­śmy ponieść porażkę, żeby inni nie dostrze­gli naszych ewen­tu­al­nych błę­dów albo wręcz nas samych.

Kiedy pró­bu­jemy być nie­wi­dzialni, prze­mknąć

nie­zau­wa­że­nie, zna­leźć się poza cen­trum uwagi.

Co cie­kawe, wła­śnie w takim poło­że­niu znaj­do­wa­li­śmy się w dzie­ciń­stwie, gdy nie byli­śmy zauwa­żani i nie czu­li­śmy się ważni ani wyjąt­kowi dla nikogo. Rela­cje mię­dzy­ludz­kie sporo nas kosz­tują, wma­wiamy sobie, że lepiej nie mieć nikogo, a w naszym wnę­trzu czu­jemy, że nie można nas kochać i że nie jeste­śmy warci uwagi.

Kiedy podej­mo­wa­nie decy­zji wiele nas kosz­tuje.

Z jed­nej strony dzieje się tak z powodu trud­no­ści z dostę­pem do naszych potrzeb, pra­gnień i intu­icji. Pozba­wieni go, prze­twa­rzamy wszystko na pozio­mie racjo­nal­nym, nie kon­tak­tu­jąc się z naszym wnę­trzem. Z dru­giej strony pod­ję­cie decy­zji ozna­cza ryzyko pomyłki, która może spo­wo­do­wać strach i wstyd. Poza tym decy­zje mogą ozna­czać wej­ście w kon­flikt z innymi, ponie­waż niosą ze sobą kon­se­kwen­cje, z któ­rych nie wszy­scy zawsze będą zado­wo­leni. Może to skut­ko­wać para­li­żem w obli­czu naj­mniej­szych dyle­ma­tów.

Kiedy się ukry­wamy, uda­jemy kogoś innego, bez prze­rwy kła­miemy.

Wydaje nam się, że tylko odgry­wamy rolę; rolę osoby, która robi to, czego się od niej ocze­kuje, rolę, którą należy ode­grać w danej sytu­acji i którą każdy powi­nien ode­grać, a wów­czas czu­jemy się oszu­stami, pozba­wio­nymi auten­tycz­no­ści.

Kiedy jeste­śmy cią­gle nie­za­do­wo­leni.

Roz­pacz­li­wie szu­kamy osób, które dadzą nam to, czego nam bra­kuje, ale ni­gdy nie czu­jemy się zaspo­ko­jeni. Myślimy, że wszy­scy ludzie są ego­istami, że nie­spra­wie­dli­wie nas trak­tują, że praw­dziwi przy­ja­ciele nie ist­nieją. A jeśli już mamy grono przy­ja­ciół, wyma­gamy od nich takiej per­fek­cji, że osta­tecz­nie zosta­jemy sami i czę­sto czu­jemy się odrzu­ceni lub pomi­nięci.

Kiedy wią­żemy się z nie­obec­nymi part­ne­rami, któ­rzy nas nie zauwa­żają, za to sku­piają się na wła­snych potrze­bach.

Odczu­wany przez nas wstyd dosko­nale wpi­suje się w rela­cję z kimś, kto postrzega nas jako nie­waż­nych lub nie­kom­pe­tent­nych. Nasze wra­że­nie bycia nie­wi­dzial­nym współ­gra z zacho­wa­niem osoby, która nas igno­ruje. Możemy też dążyć do pod­po­rząd­ko­wa­nia się komuś domi­nu­ją­cemu, kto wyraź­nie okre­śla, co powin­ni­śmy robić, ponie­waż daje nam to złudne poczu­cie ulgi i zmniej­sza nasze poczu­cie nie­pew­no­ści.

Kiedy nie czu­jemy się czę­ścią rze­czy­wi­sto­ści, nie pasu­jemy do niej.

Cho­dzimy po świe­cie, który wydaje nam się obcy i nas nie cie­szy. Snu­jemy się z opusz­czo­nymi rękami, nie potra­fiąc ich pod­nieść, żeby poka­zać, że coś nas cie­kawi, żeby ode­pchnąć to, co nam prze­szka­dza, czy popro­sić o pomoc. Jeśli ktoś podaje nam rękę, nie potra­fimy jej przy­jąć. Choć jest cie­pło, mar­z­niemy. Cho­ciaż prze­by­wamy wśród ludzi, zawsze czu­jemy się samotni.

Mimo że wiele z tych obja­wów może mieć począ­tek w opo­wie­ści o porzu­ce­niu i nie­obec­no­ści, pamię­tajmy, że trud­no­ści z życiem emo­cjo­nal­nym i rela­cjami mię­dzy­ludz­kimi nie rzą­dzą się regu­łami mate­ma­tycz­nymi, ale mają wiele róż­nych przy­czyn. Dla­tego zro­zu­mie­nie naszej histo­rii jest naprawdę ważne. Celem nie jest doszu­ki­wa­nie się wszę­dzie traum, ale pozna­nie sie­bie w jak naj­szer­szym zna­cze­niu tego słowa, bez wywra­ca­nia wszyst­kiego do góry nogami czy zadrę­cza­nia się. Dzięki spoj­rze­niu za sie­bie możemy pojąć, jak zaczęło się to, co nam się przy­tra­fia, jak sta­li­śmy się takimi ludźmi, jakimi jeste­śmy teraz. W tej książce prze­śle­dzimy różne sce­na­riu­sze zwią­zane z tym, co się w naszym życiu nie wyda­rzyło, a co jed­nak obec­nie na nas wpływa.

Zosta­wiam was z wier­szem Istoty pozba­wione Cri­stiny Gufé. Lubię go, ponie­waż bar­dzo traf­nie opi­suje odczu­cia, które czę­sto trudno ubrać w słowa. Spójrzmy, czy cze­goś nam nie przy­po­mina:

W tam­tym świe­cie Ludzie, kiedy się budzili, Czuli, że cze­goś im bra­kuje: byli isto­tami pozba­wio­nymi. Włó­czyli się sami po mia­stach, Popo­łu­dniami i poran­kami Peł­nymi minut: Potra­fili to znieść, Chcieli miło­ści, a byli sami; Kiedy zbli­żyła się miłość, Stali się jesz­cze bar­dziej samotni; Byli obcy taki był świat istot pozba­wio­nych. Wymy­ślili poca­łunki, żeby uwie­rzyć W koniec samot­no­ści, Ale kiedy poca­łunki nabie­rały mocy, Wier­ciły w nich dziurę: W niej kieł­ko­wała inna iden­tyczna osoba, Która błą­kała się sama, drugi czło­wiek, Inny ktoś, inny kan­dy­dat na istotę. Trudno było żyć na tam­tym świe­cie; Lepiej mi w pie­kle; Tu nie ma Boga ani miło­ści, Nie ma łez, Wszystko jest czy­ste, suche, praw­dziwe. Choć dla cie­bie zmie­ni­ła­bym wszystko, Dała­bym ci pie­kło Jeśli zabie­rzesz mnie Stąd: tam, gdzie ist­nie­jesz ty1.

Część 1. Element układanki

Jak odkryć to, co się nie wydarzyło?

Książka ta opo­wiada o pustych miej­scach, o ich wypeł­nia­niu i obsie­wa­niu. Pierw­szym kro­kiem ku zro­zu­mie­niu, jak na nas one wpły­nęły, jest okre­śle­nie, w czym ode­grało rolę to, co powinno było się wyda­rzyć, a jed­nak się nie wyda­rzyło. Ta próż­nia nie doty­czy wyłącz­nie sytu­acji, w któ­rej żyjemy; prze­nik­nęła do naszego wnę­trza i ukształ­to­wała nasz spo­sób funk­cjo­no­wa­nia. Wiąże się z tym, czego w nas nie ma – w naszym spo­so­bie bycia w świe­cie i radze­nia sobie z tym, co dzieje się w naszym wnę­trzu. Cza­sami sta­jemy się dla sie­bie naj­gor­szymi wro­gami i toczymy walkę sami ze sobą, a kiedy indziej zacho­wu­jemy się tak, jak­by­śmy nie mieli dla sie­bie zna­cze­nia, jak­by­śmy nie potra­fili sta­nąć po wła­snej stro­nie. W takich momen­tach porzu­camy samych sie­bie, cho­wamy się gdzieś w środku, przesta­jemy spraw­dzać, czego potrze­bu­jemy, a z cza­sem nie­mal zapo­mi­namy, że w ogóle cze­goś nam bra­kuje. W trud­nych chwi­lach przy­gniata nas nasz wła­sny cię­żar. Idziemy przez życie z opusz­czo­nymi ramio­nami i bez sił, a choć inni wycią­gają do nas pomocną dłoń, nie przyj­mu­jemy jej. To, co dzieje się na zewnątrz, odzwier­cie­dla to, co dzieje się wewnątrz, czę­sto sta­no­wiąc po pro­stu jego lustrzane odbi­cie.

Sporo myśla­łam o tym, jak napi­sać tę książkę, żeby jej lek­tura mogła pod­no­sić na duchu. Z mojego doświad­cze­nia w towa­rzy­sze­niu innym wynika, że poru­sza­nie tego tematu zawsze jest trudne, ponie­waż doświad­cze­nie porzu­ce­nia i braku potrafi być wyjąt­kowo przy­gnę­bia­jące. Praca z ofia­rami prze­mocy fizycz­nej wydaje się w pew­nym sen­sie prost­sza, bo przy­naj­mniej doty­czy cze­goś uchwyt­nego i jasno okre­ślo­nego. Inne doświad­cze­nia, takie jak emo­cjo­nalne znę­ca­nie się lub mole­sto­wa­nie sek­su­alne, są znacz­nie bar­dziej dez­orien­tu­jące i wywo­łują nie­zwy­kle zło­żone emo­cje. Gdy zapyta się osoby dotknięte takimi doświad­cze­niami, co było naj­gor­sze, zwy­kle wspo­mi­nają nie tyle samą krzywdę, ile tych, któ­rzy ich nie obro­nili, nie uwie­rzyli im albo wręcz nie zauwa­żyli ich cier­pie­nia. To bywa gor­sze od samego zra­nie­nia jako takiego, bo dzięki wspar­ciu rany goiłyby się szyb­ciej, a brak reak­cji, obrony i tro­ski spra­wia, że cier­piący pozo­stają bez­bronni w obli­czu nie­na­zwa­nego bólu, o któ­rym nie wolno im roz­ma­wiać, któ­rego nie są w sta­nie opła­kać i któ­rego nie pozwala im się czuć. Rany porzu­ce­nia przy­po­mi­nają czarną dziurę zie­jącą w miej­scu, które powinno być wypeł­nione miło­ścią, a wej­ście do tego obszaru można porów­nać do bycia wcią­ga­nym przez otchłań. Dla­tego do lek­tury tej książki warto się przy­go­to­wać – nie należy sia­dać do niej ot tak, po pro­stu.

Droga wiodąca do rozwiązania

Aby nasza reflek­sja przy­nio­sła owoce i pomo­gła nam zbli­żyć się do roz­wią­za­nia, któ­rego szu­kamy, w roz­dzia­łach tej książki postę­po­wać będziemy zgod­nie ze sche­ma­tem:

Naj­pierw nauczymy się przyj­mo­wać rze­czy­wi­stość bez sprze­ciwu, z nasta­wie­niem: „jest tak, jak jest” – po to, by móc dostrzec to, co dotąd pozo­sta­wało nie­wi­doczne. Kiedy lepiej zro­zu­miemy, w jakiej sytu­acji się znaj­du­jemy, zaczniemy zasie­wać ziarno. Sed­nem zadość­uczy­nie­nia porzu­ce­niu są umie­jęt­no­ści odczu­wa­nia i patrze­nia na sie­bie, ota­cza­nia sie­bie opieką i doda­wa­nia sobie otu­chy, by móc robić postępy.

Zaak­cep­tujmy bez walki: koniec z krę­ce­niem się w kółko

Poroz­ma­wiamy teraz o poczu­ciu pustki, nie­uzna­niu, nie­obec­no­ści, błę­dach i nie­do­bo­rach – to ważne tematy, bo pozwolą nam lepiej zro­zu­mieć sie­bie, odna­leźć sens wielu doświad­czeń i zaak­cep­to­wać nasze braki. Wnik­niemy w nie bez obwi­nia­nia się, że nie zro­bi­li­śmy tego wcze­śniej, bez oskar­żeń i błą­dze­nia w labi­ryn­cie bez­sil­no­ści czy „powin­no­ści”. To pro­ces, w który należy wcho­dzić stop­niowo, odkry­wa­jąc war­stwę po war­stwie, aż dotrzemy do sedna – do tego, co naj­waż­niej­sze i naj­głęb­sze.

Zada­wa­nie sobie w kółko pytań: „dla­czego to mi się przy­tra­fiło?” albo „jak to moż­liwe, że nikt się nie zorien­to­wał?”, czy też powta­rza­nie w myślach: „nie mogę tego znieść”, pro­wa­dzi jedy­nie do coraz więk­szego odcię­cia od wła­snych uczuć. Jeśli pój­dziemy tą drogą, ta książka zamiast pomóc, jedy­nie pogłębi nasz ból. Braki są czę­ścią tego, kim jeste­śmy, należą do naszej histo­rii i współ­two­rzą naszą toż­sa­mość. Nie skła­damy się jed­nak wyłącz­nie z nich, bo jeste­śmy także isto­tami w pro­ce­sie roz­woju. Możemy, wycho­dząc od naszego pier­wot­nego surowca, dalej ewo­lu­ować – pod warun­kiem że dostrze­żemy go takim, jakim jest, i bez­wa­run­kowo go zaak­cep­tu­jemy.

To nie­zwy­kle trudne, bo być może prze­trwa­li­śmy wła­śnie dla­tego, że nie zaglą­da­li­śmy w pustkę, ale sta­ra­li­śmy się ją wypeł­nić, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc zasy­pać bez­denne dziury, żeru­jąc emo­cjo­nal­nie na innych ludziach albo bun­tu­jąc się prze­ciwko wła­snej, nie­od­wra­cal­nie zapi­sa­nej histo­rii. Dla­tego przy­stę­pu­jąc do lek­tury tej książki wła­śnie z takiej pozy­cji, przy­po­mnijmy sobie, że tylko jeśli sta­niemy oko w oko z tym, jacy jeste­śmy naprawdę, możemy z prze­ko­na­niem wyzna­czyć kie­ru­nek zmian, jaki nas inte­re­suje.

Cza­sami wal­czymy z naszymi emo­cjami, wspo­mnie­niami lub tym, co nam się przy­tra­fia, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, co robimy. Wów­czas pyta­nia, jakie sobie sta­wiamy, wydają się nam przy­tła­cza­jąco logiczne. Kryje się w nich jed­nak pułapka: raz po raz wra­camy przez nie do punktu wyj­ścia jak w błęd­nym kole. Poza tym nie zada­jemy ich sobie ze szcze­rego zacie­ka­wie­nia, które pomo­głoby nam lepiej zro­zu­mieć sie­bie, ale z inten­cją oceny („jak to moż­liwe, że…?”), zamiast wyro­zu­mia­łego spoj­rze­nia na to, co się nam przy­tra­fia. Cza­sami są jak śmi­gła heli­kop­tera, któ­rym prze­la­tu­jemy nad innymi, głęb­szymi i bole­śniej­szymi emo­cjami, przy któ­rych – mniej lub bar­dziej nie­świa­do­mie – pró­bu­jemy nie lądo­wać. Dla­tego spy­tajmy sie­bie o co innego, na przy­kład: „Czy to pyta­nie do cze­goś mnie pro­wa­dzi?” albo „Jaki rodzaj odpo­wie­dzi by mnie zado­wo­lił?”. Być może roz­wią­za­niem byłoby powie­dze­nie sobie: „Po co roz­pa­mię­ty­wać coś, czego nie można zmie­nić?”. Przyj­rzymy się błęd­nym kołom i wysią­dziemy z heli­kop­tera. W ten spo­sób zbli­żymy się o krok do nowych pytań, które mogą nam przy­nieść przy­datne odpo­wie­dzi.

Nauczmy się dostrze­gać: Pomóżmy sobie zauwa­żyć wspie­ra­jące doświad­cze­nia

Praw­do­po­dob­nie to, czego nam zabra­kło, zaist­niało gdzie indziej, może w bar­dzo nie­wiel­kich daw­kach, tak małych, że nie dało się ich dostrzec. Być może był ktoś, kto nas widział, ale te nie­znane dotąd spoj­rze­nia tonęły w naszej pustce. Spoj­rze­nia innych osób – nie tych, któ­rych potrze­bo­wa­li­śmy, by czuć się ważni i wyjąt­kowi – nie nio­sły nam wspar­cia, a cza­sem wręcz pogar­szały nasze samo­po­czu­cie. Może tak mocno wle­pia­li­śmy wzrok w pod­łogę, że ich nie zauwa­ży­li­śmy. Może żywili wobec nas cie­płe uczu­cia, ale nie dali­śmy im szansy nam poma­gać ani nas poko­chać, zauwa­żyć czy doce­nić. Zamiast dostrze­gać pozy­tywne sygnały, które mogłyby ogrzać nasze wnę­trze, czu­li­śmy tylko ból i powta­rza­li­śmy w myślach: „Dla­czego moi rodzice tacy nie są?”, „Dla­czego nie mogła tego zro­bić osoba, którą kocham?”.

Być może skoro nas nie dostrze­gano, nasze oczy same nie nauczyły się patrzeć, nie wyćwi­czyły umie­jęt­no­ści roz­glą­da­nia się i obser­wo­wa­nia świata. W takim przy­padku czeka nas długa droga, byśmy nauczyli się widzieć rze­czy takie, jakie są – droga wyma­ga­jąca cier­pli­wo­ści i umie­jęt­no­ści korzy­sta­nia z waż­nego narzę­dzia, które posiada każdy z nas: naszej uwagi.

Nie dostrze­ga­jąc spoj­rzeń innych ludzi i prze­ga­pia­jąc szansę na bycie zauwa­żo­nymi, zamy­kamy się w sobie na prze­różne spo­soby, nie dopusz­cza­jąc do sie­bie tego, czego potrze­bu­jemy. Wygląda to tak:

Jeśli funk­cjo­nu­jemy w ten spo­sób, jakie­kol­wiek odrzu­ce­nie wydaje się nam ponad nasze siły, bez względu na to, czy jest zna­czące, czy nie. Jeste­śmy ślepi na wspar­cie, które ofe­rują nam inni, lub odrzu­camy je, ponie­waż nie jest dokład­nie takie, jakiego ocze­ku­jemy. Poza tym nie pozwa­lamy sobie odczu­wać wdzięcz­no­ści i zamie­niamy ją w coś innego – baga­te­li­zu­jemy zna­cze­nie wycią­gnię­tej do nas pomoc­nej dłoni albo podej­rze­wamy, że kryje się za nią zło­śli­wość czy mani­pu­la­cja. Z takim nasta­wie­niem, przy­po­mi­na­ją­cym lupę, która powięk­sza cier­pie­nie, zatrza­sku­jemy drzwi przed tym, czego naprawdę potrze­bu­jemy. Nega­tywne emo­cje rosną w siłę, ponie­waż nie dopusz­czamy do sie­bie uczuć, które mogłyby je zła­go­dzić lub zrów­no­wa­żyć. Dla­tego musimy na nowo zapro­jek­to­wać nasze fil­try, a to nie­ko­niecz­nie dzieje się natu­ral­nie. Gdy postę­pu­jemy według opi­sa­nego sche­matu, nasze uprze­dze­nia – mapa, zgod­nie z którą orien­tu­jemy się w świe­cie – oka­zują się nie­ak­tu­alne. Prze­ko­na­nia doty­czące ludzi i rela­cji blo­kują napływ nowych doświad­czeń. Nasz mózg, nasta­wiony na prze­trwa­nie, sku­pia się na uni­ka­niu powtó­rze­nia daw­nej krzywdy. Tym­cza­sem potrze­bu­jemy go prze­pro­gra­mo­wać tak, aby zapro­wa­dził nas w stronę bez­pie­czeń­stwa i pozwo­lił żyć peł­nią życia.

Wspie­rajmy roz­wój: jak spra­wić, by zda­rzyło się to, co się nie wyda­rzyło

Nasza histo­ria nie deter­mi­nuje naszego przy­szłego losu, ale kształ­tuje w nas auto­ma­tyczne reak­cje, któ­rych nie da się po pro­stu „roz­broić” siłą woli. Jedną z nich bar­dzo czę­sto jest pętla odrzu­ce­nie–samoodrzu­ce­nie. Sku­piamy się przede wszyst­kim na doświad­cze­niach, w któ­rych czu­li­śmy się samotni, bez­bronni i nie­do­strze­gani, bo nikt nie prze­ka­zał nam wzorca obec­no­ści, towa­rzy­sze­nia lub opieki. Reak­cje osób, które poma­gały nam dora­stać, na nasze emo­cje prze­kształ­cają się w sche­mat odtwa­rzany póź­niej auto­ma­tycz­nie przez nasz umysł. Jeśli ktoś akcep­to­wał nasz smu­tek, uczymy się trosz­czyć o sie­bie, gdy jeste­śmy smutni. Jeśli jed­nak tej emo­cji nie dostrze­gano, zapewne i my nauczymy się jej nie zauwa­żać i się nią nie zaj­mo­wać. Kiedy czu­jemy się samotni i odrzu­ceni, ważne są nie tylko same te uczu­cia, ale także towa­rzy­sząca im ten­den­cja do bier­no­ści – odpusz­cza­nia sobie, porzu­ca­nia sie­bie i pozwa­la­nia sobie na upa­dek.

Samo­odrzu­ce­nie pogłę­bia i prze­dłuża skutki doświad­czeń opusz­cze­nia i nie­obec­no­ści, a także zwią­za­nych z nimi uczuć. Dobra wia­do­mość jest taka, że zmie­nia­jąc spo­sób, w jaki obcho­dzimy się z wła­snymi emo­cjami, możemy real­nie wpły­nąć na naszą histo­rię. Mamy moż­li­wość wyj­ścia z błęd­nego koła i zmie­nie­nia naszych wzor­ców. Wymaga to cier­pli­wej pracy nad samo­świa­do­mo­ścią i goto­wo­ści, by świa­do­mie się­gać po to, czego naprawdę potrze­bu­jemy. Jeśli wytrwamy w tym posta­no­wie­niu i nauczymy się korzy­stać z dostęp­nych zaso­bów, posią­dziemy klu­czowy ele­ment, który pozwoli nam wpro­wa­dzić głę­bo­kie i trwałe zmiany.

Notat­nik wspie­ra­ją­cych zaso­bów

Pora na krótką reflek­sję. Zasta­nówmy się, wobec jakich osób lub istot żywych obec­nych w naszym życiu czu­jemy naj­więk­szą wdzięcz­ność. Jakie chwile – te ważne i te mniej zna­czące – potra­fimy dziś naj­bar­dziej zauwa­żyć i doce­nić? Jeśli przy­wo­ły­wa­nie naszej histo­rii budzi trudne wspo­mnie­nia, dobre momenty mogą nie wra­cać do nas z łatwo­ścią. Nie rezy­gnujmy jed­nak z prób.

Gdy to zada­nie okaże się zbyt trudne, wyobraźmy sobie, że sto­imy w morzu, a wzbu­rzony pia­sek nie pozwala nam dostrzec dna. Wystar­czy pocze­kać, aż woda się uspo­koi. Miejmy cier­pli­wość. Jeśli przy­wo­ły­wa­nie wspo­mnień dużo nas kosz­tuje, zatrzy­majmy się, odpocz­nijmy i spró­bujmy ponow­nie. Nie szu­kamy niczego spek­ta­ku­lar­nego – mamy się sku­pić na dro­bia­zgach.

Się­gnijmy po notat­nik przy­go­to­wany spe­cjal­nie w tym celu i zapi­sujmy w nim to, co przy­cho­dzi nam do głowy. Nie róbmy tego na luź­nych kart­kach. Nazwijmy go Notat­ni­kiem wspie­ra­ją­cych zaso­bów i nośmy zawsze przy sobie. Jeśli pojawi się w nas jakie­kol­wiek „ale”, odsuńmy je od sie­bie. Się­gajmy po notat­nik za każ­dym razem, gdy przy­po­mnimy sobie wspie­ra­jące doświad­cze­nie lub osobę, która wnio­sła coś dobrego w nasze życie.

W trak­cie lek­tury tej książki zapi­sujmy w Notat­niku wspie­ra­ją­cych zaso­bów wszystko, co nas wspiera: rze­czy, za które jeste­śmy wdzięczni, ludzi, któ­rzy są dla nas opar­ciem, chwile, które przy­no­szą uko­je­nie, zmiany, jakie wpro­wa­dzamy, momenty, kiedy zaczy­namy rozu­mieć coś, co wcze­śniej było dla nas nie­ja­sne, sprawy, na które zaczy­namy patrzeć ina­czej. Być może na początku poja­wią się myśli: „Ale po co?”, „Nic mi to nie da”, „To wszystko nie ma sensu”. To natu­ralne, że odzywa się głos pustki, która nie chce ustą­pić. Nie walczmy z nim. Zamiast tego zapy­tajmy sie­bie: „Co mi szko­dzi spró­bo­wać?”. Pod koniec tej książki zoba­czymy, co nas wspiera. Uwaga: nie zapi­su­jemy zdań w rodzaju „Tak, ale…”, „Jak to moż­liwe, że…?”, „Muszę…”, „Nie mogę”. Takie sfor­mu­ło­wa­nia czę­sto przy­cho­dzą nam na myśl, ale pozo­stawmy je i nauczmy się sku­piać na innych. Jak powta­rzała mi moja dobra przy­ja­ciółka San­dra Baita, psy­cho­lożka, tera­peutka i autorka wielu ksią­żek, Notat­nik wspie­ra­ją­cych zaso­bów to swego rodzaju książka kuchar­ska. Dopóki nie nauczymy się „prze­pi­sów” na pamięć, Notat­nik będzie nam słu­żył do dzia­ła­nia zgod­nie z prze­pi­sem, a sam pro­ces sta­nie się dzięki niemu bar­dziej wizu­alny, kon­kretny i zewnętrzny. Będziemy mogli sku­pić się na naszych zapi­skach i dobrze je zapa­mię­tać. Zatem na razie owe wspie­ra­jące zasoby są skład­ni­kami, które krok po kroku będziemy ze sobą mie­szać i two­rzyć z nich to, co naj­lep­sze.

Gdzie mieszka pustka

Samot­ność tego, co nie­wi­dzialne, jest głęb­sza od samot­no­ści jakie­go­kol­wiek czło­wieka.

H.G. Wells, Nie­wi­dzialny czło­wiek

Już wiemy, jak się przy­go­to­wać do naszej wyprawy. Teraz zobaczmy, jakie kra­iny zamie­rzamy odwie­dzić, w jakich oko­licz­no­ściach pustka i nie­obec­ność sta­no­wią naj­waż­niej­sze ele­menty, co nam to mówi o nas samych i jak można zasiać coś w miej­scach, które do tej pory były puste. Jeśli potrze­bu­jemy się wzmoc­nić przed wyru­sze­niem w drogę, wróćmy do naszego Notat­nika wspie­ra­ją­cych zaso­bów. Czy­tajmy go powoli, poświę­ca­jąc dłuż­szą chwilę na każdy zapi­sany wers, i zapi­sujmy odczu­cia, jakie w nas wywo­łuje. Jeśli napo­tkamy trudne emo­cje – posta­rajmy się je zro­zu­mieć, lecz skupmy się na tych wspie­ra­ją­cych, ponie­waż to je będziemy wzmac­niać. Gdy znów poja­wią się myśli typu „tak, ale…” – odsuńmy je. To czas czysz­cze­nia terenu i przy­go­to­wy­wa­nia gleby pod nowe zasiewy. Nie spieszmy się. Zatrzy­majmy się tyle razy, ile będzie konieczne, i wra­cajmy do tego, co nas wspiera. Nasz notat­nik może być dobrym towa­rzy­szem tej podróży.

Ruchome planety

Mam pewną pla­netę. Na niej żyje rodzina, którą chcia­ła­bym mieć, przy­ja­ciele, któ­rzy zawsze są obok i ni­gdy nie zawo­dzą, miłość mojego życia, która tylko czeka, by dać mi to, czego mi bra­ko­wało, dzieci, które dojdą do tego, do czego ja nie mogłam (…). Ucie­kam tam, kiedy życie robi się zbyt chłodne lub przy­tła­cza­jące i rze­czy­wi­stość staje się nie do wytrzy­ma­nia (…). Bez mojej pla­nety nie mam nic.

Kiedy ota­cza­jący nas wszech­świat lub to, co się nie wyda­rza, unie­moż­li­wia nam czer­pa­nie rado­ści z życia, two­rzymy pla­nety, na któ­rych pró­bu­jemy ukryć to, co nas uniesz­czę­śli­wia, lub szu­kamy schro­nie­nia, sądząc, że to ochroni nas przed pustką i nie­obec­no­ścią. Ważne jest jed­nak, by pra­co­wać nad zasie­wa­niem nowego ziarna w pustych miej­scach, w któ­rych wyro­śnie to, czego naprawdę potrze­bu­jemy.

Kiedy nie można się­gnąć do wewnątrz, ponie­waż połą­cze­nie się z cier­pie­niem i zamę­tem, który kryje się na dnie, jest zbyt trudne, potężna wyobraź­nia dziecka two­rzy magiczne światy, w któ­rych zdoła ono zna­leźć schro­nie­nie. Gdy dziecko dora­sta w próżni, jego umysł two­rzy dzięki fan­ta­zji to, czego potrze­buje. To natu­ralny mecha­nizm prze­trwa­nia – jed­nak jego efekt to złu­dze­nie, które z cza­sem zaczyna wyda­wać się lep­sze od rze­czy­wi­sto­ści. Pewna osoba po mie­sią­cach tera­pii opo­wie­działa mi histo­rię swo­jej rodziny – bar­dzo różną od tej, którą rela­cjo­no­wała na początku:

Wiesz, o co cho­dzi? Wymy­śli­łam sobie matkę, ponie­waż wsty­dzi­łam się opo­wia­dać w szkole o rze­czach, które robiła moja praw­dziwa mama. Zaczę­łam więc opo­wia­dać wszyst­kim o matce, którą chcia­łam mieć, o czu­łej mamie, która zawsze się mną zaj­mo­wała. Z cza­sem prze­sta­łam widzieć praw­dziwą matkę, tę z krwi i kości, i kiedy myśla­łam o niej, mia­łam przed oczami jedy­nie tę wymy­śloną. Chcia­łam myśleć, że ta praw­dziwa nie ist­niała, więc mój umysł ją wyparł.

Jed­nak takie schro­nie­nie nie ist­nieje po to, żeby zapew­nić nam uczu­cia, któ­rych kie­dyś nie otrzy­ma­li­śmy. To fan­ta­zja, ode­rwana od miej­sca, gdzie kryją się nasze potrzeby, ponie­waż znaj­duje się tam także ból. To, z czym nie nawią­zu­jemy połą­cze­nia, nie może ewo­lu­ować i dla­tego chowa się w naszym wnę­trzu na zawsze. Światy wyobra­żone także nie ewo­lu­ują ani nie pozwa­lają nam się roz­wi­jać.

A tak wyglą­dała pla­neta innej osoby:

Mam trzy szu­fladki. W jed­nej kryje się gówno, tej nie chcę otwie­rać. W dru­giej jest to, nad czym muszę popra­co­wać, żeby zro­bić różne rze­czy i pocią­gnąć je do przodu. W trze­ciej znaj­duje się mój wymy­ślony świat. Nie jest to żaden nad­zwy­czajny świat, to miej­sce, gdzie mam nor­malne życie, part­nera, z któ­rym cza­sami się kłócę, dzieci, które nie zawsze mnie słu­chają, naj­nor­mal­niej­szą pracę pod słoń­cem. Ale tam, w trze­ciej szu­fladce, pro­blemy się roz­wią­zują, a ja nie cier­pię. Jestem jak boha­terka filmu.

Świat, który opi­suje ta kobieta, to miej­sce bez bólu, bez pro­ble­mów nie do roz­wią­za­nia czy poczu­cia nie­mocy i odrzu­ce­nia. I choć sta­no­wił tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, gdy nie było innego, to nie roz­wią­zał jej pro­ble­mów, a teraz jedy­nie przy­spa­rza jej dodat­ko­wych trud­no­ści, ponie­waż spra­wia, że żyje tylko „tak jakby”, za maską uśmie­chu. Dogłębna zmiana ozna­cza zro­bie­nie porządku we wszyst­kich szu­fla­dach i upo­rząd­ko­wa­nie na nowo naszego umy­słu. Jak zoba­czymy póź­niej, wszyst­kie zmiany zacho­dzą dzięki połą­cze­niu.

Wyima­gi­no­wane pla­nety to ważne, choć kru­che schro­nie­nia. Dziecko, wyobra­ża­jąc sobie tro­skliwą matkę, tak inną od tej, którą naprawdę ma, intu­icyj­nie wie, czego mu bra­kuje, ale gdyby spoj­rzało zbyt głę­boko, musia­łoby zmie­rzyć się z prawdą, że cze­goś nie dostało. Wyobraź­nia two­rzy deko­ra­cję bez głębi. Bywa, że nawet te ide­alne wizje rodzą pyta­nia takie jak: „dla­czego nie może tak być w moim domu?” lub „co zro­bi­łem, że mnie tak nie trak­tują?”. Z cza­sem te pyta­nia zamie­niają się w wewnętrzne tor­tury, a wyobra­że­nie innego świata staje się jedy­nie formą tym­cza­so­wej ucieczki.

Pro­blem poja­wia się, gdy trzeba wró­cić do praw­dzi­wego świata, który ni­gdy nie jest tak kuszący ani ide­alny, więc w porów­na­niu ze sferą marzeń zawsze wypada blado. Realne doświad­cze­nia, z któ­rych mogli­by­śmy czer­pać siłę, wydają się zbyt nie­do­sko­nałe lub nie­istotne, więc odrzu­camy je. A gdy coś wstrzą­śnie naszym wyobra­żo­nym świa­tem, cała kon­struk­cja roz­pada się jak domek z kart. Kiedy do tego docho­dzi, żyjemy na karu­zeli ilu­zji i ułudy, popa­damy w stan per­ma­nent­nego nie­za­do­wo­le­nia i cał­ko­wi­cie izo­lu­jemy się od rze­czy­wi­sto­ści, która mogłaby zbu­rzyć nasze złu­dze­nia. Dla­tego wyima­gi­no­wana pla­neta staje się ważną prze­szkodą na dro­dze do praw­dzi­wej zmiany.

Zaak­cep­tujmy bez walki

Pierw­szym kro­kiem ku roz­wo­jowi jest zawsze zro­zu­mie­nie, gdzie się zna­leź­li­śmy. Ozna­cza to spoj­rze­nie na naszą pla­netę marzeń jako na drugą stronę tego, czego nam zabra­kło. Gdzie było to, za czym tak bar­dzo tęsk­ni­li­śmy? A jeśli przez chwilę nale­żało do nas, kiedy to stra­ci­li­śmy? Choć od tych pytań może się nam zakrę­cić w gło­wie, a zada­wa­nie ich sobie może wywo­łać cier­pie­nie, to ważne, aby­śmy przyj­rzeli się swoim wspo­mnie­niom, bo uni­ka­nie ich tylko potę­guje pro­blemy. Gdy odwra­camy wzrok od wspo­mnień, kryją się za zasłoną wstydu, przez co cho­wane pod nimi uczu­cia stają się coraz trud­niej­sze do przy­ję­cia. Tym­cza­sem jeśli spoj­rzymy lękowi pro­sto w oczy, ten, choć na początku może być inten­sywny, z cza­sem zacznie słab­nąć. Czę­sto potrze­bu­jemy, żeby ktoś pomógł nam odróż­nić cień od praw­dzi­wego zagro­że­nia, prze­szłość od teraź­niej­szo­ści, to, jacy byli­śmy kie­dyś, od tego, kim jeste­śmy teraz.

Czy podzie­li­li­śmy się z kimś któ­rąś z takich chwil? Czy jeśli poroz­ma­wiamy o niej z tą osobą, będzie to dla nas cho­ciaż tro­chę pomocne? Jeśli tak, opiszmy to wspo­mnie­nie i to, co nam pomo­gło, w Notat­niku wspie­ra­ją­cych zaso­bów, żeby zawsze mieć je pod ręką. Zatrzy­majmy się na moment, żeby je zapa­mię­tać. Jeśli jesz­cze nikomu o nim nie mówi­li­śmy, wyobraźmy sobie, że możemy zwie­rzyć się oso­bie, która nas wysłu­cha i zro­zu­mie. Pozwólmy sobie pomy­śleć o tym i zano­to­wać, co dobrego by z tego wyni­kło.

Przy­glą­da­nie się temu, co ukryte, boli, ale ucie­ka­nie od tego tylko prze­dłuża cier­pie­nie. Żeby uzdro­wić ból, trzeba go przy­jąć do sie­bie. Tak, to bar­dzo trudne, możemy wręcz czuć się tak, jak­by­śmy brali w ramiona cier­nie – wydaje się, że ból nas zła­mie, ale to klu­czowy krok. Jeśli spró­bu­jemy go wytrzy­mać cho­ciaż przez krótką chwilę, która może wyda­wać nam się nie­skoń­czo­no­ścią, cier­pie­nie może zacząć się wyci­szać, zni­kać, pusz­czać. Jeśli to moż­liwe, spró­bujmy spoj­rzeć na nie w ten spo­sób także oczami kogoś, kto potrafi nas zro­zu­mieć. Zazna­czam, zróbmy to, tylko jeśli to moż­liwe, ponie­waż jeżeli zaczy­namy od zera, pozwo­le­nie, by ktoś nas naprawdę zoba­czył – zwłasz­cza naszą naj­bar­dziej wraż­liwą i bez­bronną twarz – i się nami zaopie­ko­wał, może się wyda­wać przy­tła­cza­jące. Warto nauczyć się poka­zy­wać sie­bie samych i pozwa­lać się objąć wspar­ciem; możemy to wyćwi­czyć jak każdą umie­jęt­ność, ale powin­ni­śmy zacząć od małych kro­ków i z cza­sem przejść do tych więk­szych, cier­pli­wie kro­cząc drogą ku temu, czego potrze­bu­jemy.

Jeśli pod­czas lek­tury tej książki odzy­skamy połą­cze­nie z bole­snymi wspo­mnie­niami, które jed­nak okażą się do wytrzy­ma­nia, w ramach ćwi­cze­nia pozo­stańmy z nimi dosłow­nie przez minutę. Włączmy sto­per i wytrzy­majmy sześć­dzie­siąt sekund w kon­tak­cie z emo­cjami pły­ną­cymi ze wspo­mnień. Kiedy usły­szymy odgłos ozna­cza­jący upływ ostat­niej sekundy, wstańmy, poruszmy się, zwróćmy uwagę na to, co nas ota­cza, i przy­po­mnijmy sobie, że to tylko dawne wspo­mnie­nie. Teraz nie jeste­śmy już w tam­tej sytu­acji.

Jeśli to zbyt trudne, wyobraźmy sobie, że oglą­damy dane wspo­mnie­nie z ostat­niego rzędu w kinie albo jak stare, wybla­kłe zdję­cie – z pew­nego dystansu, lecz bez cał­ko­wi­tego odłą­cze­nia. Pozwólmy, by wywo­łało w nas emo­cje, ale nie zanu­rzajmy się w nie do końca.

Możemy też sobie wyobra­zić, że jedziemy pocią­giem w stronę naszych wspo­mnień i oglą­damy przez okno kra­jo­braz, obser­wu­jąc, jak się zbliża, a potem oddala.

Kiedy przez całe życie usi­łu­jemy nie pamię­tać o tym, co nas boli, zbli­że­nie się do tego obrazu choćby o pół kroku może nas wiele kosz­to­wać, ale da się tego nauczyć. Nie znie­chę­cajmy się, jeśli przy­cho­dzi nam to z tru­dem, wróćmy do zada­nia innego dnia i spró­bujmy jesz­cze raz. Jeżeli ten pod­punkt wywo­łał w nas trudne emo­cje, głę­boko zaczerp­nijmy powie­trza i powoli je wypu­śćmy, pró­bu­jąc cał­ko­wi­cie opróż­nić płuca. Pozwólmy, by przy­kre odczu­cie opu­ściło nas wraz z wyde­chem. Możemy prak­ty­ko­wać ten rodzaj oddy­cha­nia, licząc do trzech przy wde­chu i do sze­ściu przy wyde­chu. To pro­sty spo­sób, by uspo­koić ciało i ukoić emo­cje.

Nauczmy się dostrze­gać

To, co kryje się na naszej pla­ne­cie, odzwier­cie­dla nasze potrzeby, dla­tego nie warto od razu tego nisz­czyć. Ważne jest dla nas, aby prze­cho­wy­wane tam wizje mogły się urze­czy­wist­nić, zejść na zie­mię i zadzia­łać w praw­dzi­wym świe­cie, choć oczy­wi­ście nie będzie miało takiego roz­ma­chu ani barw jak w naszej wyobraźni. Pamię­tajmy, że uczu­cia możemy zna­leźć u osób, dla któ­rych jeste­śmy ważni, choćby nie była to bez­wa­run­kowa miłość rodzi­ców lub part­nera, o jakiej marzymy. Aby je dostrzec, musimy opu­ścić gardę i wyrzu­cić z naszego słow­nika stwier­dze­nia typu „tak, ale…”, które zasi­lają nasz stan per­ma­nent­nego nie­za­do­wo­le­nia. Ważne jest, byśmy spoj­rzeli przez szkło powięk­sza­jące na chwile, w któ­rych ktoś naprawdę nam pomaga, doce­nia nas, słu­cha i rozu­mie. Ludzie z krwi i kości nie zawsze nam towa­rzy­szą, ponie­waż sami mie­rzą się ze swo­imi pro­ble­mami, ogra­ni­cze­niami i nie­do­sko­na­ło­ściami. Nie zawsze są w stu pro­cen­tach do naszej dys­po­zy­cji, ale nie trak­tujmy tego jako dowód, że i tak by nie zare­ago­wali albo że nie warto im zaufać – na­dal możemy cie­szyć się pię­cioma pro­cen­tami uwagi, które mają nam do zaofe­ro­wa­nia. A wie­lo­krot­ność tych pię­ciu pro­cent może dać nam to, czego potrze­bu­jemy, i to z nawiązką.

Czego potrze­bu­jemy?

Żeby­śmy nauczyli się zauwa­żać wła­sne potrzeby, warto zasta­no­wić się nad naszymi marze­niami i pra­gnie­niami, mogą­cymi sta­no­wić dla nas wska­zówkę. Co dokład­nie sobie wyobra­żamy? Wybierzmy naj­czę­ściej powta­rza­jącą się potrzebę. Póź­niej poszu­kajmy w pamięci osób, któ­rych wspar­cie pomo­gło nam ją zaspo­koić, choćby tylko raz i w nie­wiel­kim stop­niu. Zano­tujmy nasze reflek­sje poni­żej w odnie­sie­niu do wymie­nio­nych potrzeb.

Potrzeba bycia zaopie­ko­wa­nymi, zro­zu­mia­nymi, pokrze­pio­nymi: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Potrzeba zyska­nia apro­baty dowo­dzą­cej, że jeste­śmy wystar­cza­jąco dobrzy tacy, jacy jeste­śmy: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Potrzeba zaufa­nia naszej zdol­no­ści do dzia­ła­nia, wyko­ny­wa­nia zadań, roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Potrzeba bez­pie­czeń­stwa i ochrony: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Potrzeba sta­no­wie­nia czę­ści cze­goś więk­szego, poczu­cia, że przy­na­le­żymy do grupy lub miej­sca: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zapa­mię­taj, co się wyda­rzyło w każ­dej z tych chwil. Zano­tuj pły­nące z ciała wra­że­nia, które towa­rzy­szyły tym doświad­cze­niom. Z pew­no­ścią dostrze­żesz poja­wia­jące się mie­szane uczu­cia, ale skup się na tych pozy­tyw­nych – na wspie­ra­ją­cej czę­ści wszyst­kich odczuć. Nie szko­dzi, jeśli jest nie­wielka, nie­mal nie­zau­wa­żalna. Opisz ją taką, jaka jest. Na razie odłóż na bok wszel­kie nie­po­koje i „ale” - zaj­miemy się nimi póź­niej.

Wspie­rajmy roz­wój

Aby te ćwi­cze­nia odży­wiły nasze wnę­trze, musimy je poczuć, oddy­chać nimi jak powie­trzem oraz zauwa­żyć, jakie wra­że­nia wywo­łują w naszym ciele. Na początku skup się na kilku pozy­tyw­nych emo­cjach, które zdo­łasz zano­to­wać, bo gdy się na nich skon­cen­tru­jesz, spo­tę­gują się i łatwiej będzie ci je poczuć. Oczy­wi­ście trud­niej to zro­bić, gdy przy­jem­nym wra­że­niom towa­rzy­szą inne, bole­sne, które łatwo nas przy­tła­czają, oraz natrętne myśli, które prze­szka­dzają, zamiast poma­gać. Jed­nak dzięki cier­pli­wo­ści i deter­mi­na­cji z cza­sem coraz łatwiej będziesz odnaj­dy­wać więź z pozy­tyw­nymi emo­cjami.

Duże zna­cze­nie małych gestów

Na przy­kład takim drob­nym, ale wspie­ra­ją­cym wspo­mnie­niem mogłaby być chwila, gdy nauczy­cielka zauwa­żyła nasze trud­no­ści, choć nie odwa­ży­li­śmy się jej o nich powie­dzieć. Praw­do­po­dob­nie wrócą do nas także wspo­mnie­nia pro­ble­mów wraz z towa­rzy­szą­cymi im nie­po­ko­ją­cymi odczu­ciami, ale jeśli zatrzy­mamy się i przyj­rzymy się im uważ­nie, poczu­jemy łagodne cie­pło, myśląc o spoj­rze­niu tej nauczy­cielki.

Mogą się poja­wić nega­tywne wra­że­nia, ale pamię­taj o tym cie­ple. Poczu­jesz wstyd, że ktoś cię zoba­czył, ale pamię­taj o tym cie­ple. Będzie ci trudno, ale obser­wuj je, nie zmu­sza­jąc się do niczego. Zwróć uwagę, jak twój umysł odciąga cię od pozy­tyw­nego odczu­cia, ale sta­raj się z niego czer­pać. Za każ­dym razem gdy to robisz, twój mózg uczy się reago­wać w nowy spo­sób. Uzbrój się w cier­pli­wość.

A teraz zbierz wszyst­kie drobne, miłe chwile, które cię spo­tkały, wraz z emo­cjami, które zauwa­żasz lub odczu­wasz, i zapisz je w naszym Notat­niku wspie­ra­ją­cych zaso­bów.

Nie ma nic złego w tym, że pozwa­lamy sobie poczuć emo­cje wywo­łane przez pla­netę marzeń – wręcz prze­ciw­nie, może nam to pomóc. Dzięki temu dowiemy się, jak to jest być przy­tu­lo­nym przez wyobra­żoną matkę, kiedy jeste­śmy smutni, lub gdy poma­gają nam i nas wspie­rają nie­za­wodni przy­ja­ciele. Dzięki temu wycho­wamy nasze wyma­rzone dzieci tak, jak sami chcie­li­śmy być wycho­wani. Żeby to osią­gnąć, warto wyobra­zić sobie, jakby to było naprawdę żyć tymi wra­że­niami. Pozwo­le­nie sobie na ich odczu­wa­nie może nam pomóc w ich roz­po­zna­wa­niu – każda dawka pozy­tyw­nego uczu­cia, którą doświad­czamy w rze­czy­wi­sto­ści, sta­nie się dla nas punk­tem odnie­sie­nia. Jeśli weź­miemy do ręki grudkę złota, poznamy jego barwę, blask i fak­turę, łatwiej dostrze­żemy jego okru­chy na dnie rzeki. Jeste­śmy poszu­ki­wa­czami złota, ale pamię­tajmy, by nie dać się oma­mić legen­dzie o El Dorado. Z cza­sem zapra­gniemy być dziećmi, które zbie­rają błysz­czące, kolo­rowe kamyczki. Dzieci dobrze wie­dzą, że kamyczki są waż­niej­sze niż złoto. Podob­nie jak ono, wiel­kie, wyide­ali­zo­wane marze­nia znikną z naszego hory­zontu.

Przez sam prosty fakt istnienia

Jeśli nikt cię nie widzi, to czy naprawdę ist­nie­jesz?

Patrick Ness, Sie­dem minut po pół­nocy

W 1975 roku ame­ry­kań­ski psy­cho­log Edward Tro­nick wraz z zespo­łem prze­pro­wa­dził eks­pe­ry­ment Still Face (ang. kamienna twarz). Poka­zał w nim reak­cję nie­mow­lę­cia, kiedy jego matka nagle prze­stała wyra­żać miną jakie­kol­wiek emo­cje. Nie wyda­wała się zła ani smutna, po pro­stu nic nie było po niej widać. Dziecko począt­kowo było zasko­czone, potem pła­kało, pró­bu­jąc zwró­cić uwagę matki, następ­nie tra­ciło nadzieję, aż w końcu się pod­da­wało – wszystko to działo się bar­dzo szybko.

Dziecko roz­po­znaje się w obra­zie, które poka­zują mu ota­cza­jący go ludzie. Prze­waż­nie osoby doro­słe naśla­dują i wyol­brzy­miają wyraz twa­rzy dziecka, powta­rzają jego próby wypo­wie­dze­nia słowa, zamie­nia­jąc je na pełne wyrazy, z dużą prze­sadą i wyraźną gesty­ku­la­cją. W ten spo­sób dziecko uczy się postrze­gać sie­bie za pośred­nic­twem innych.

Z kolei brak reak­cji emo­cjo­nal­nej doro­słych, choćby byli fizycz­nie obecni, może w nega­tywny spo­sób wpły­nąć na roz­wój dziecka. Nie cho­dzi tu tylko o obo­jęt­ność – cza­sami opie­ku­no­wie są emo­cjo­nal­nie nie­obecni, nie­któ­rzy rodzice mogą w pierw­szych latach życia dziecka mieć obni­żony nastrój, bywają też zaab­sor­bo­wani wła­snym cier­pie­niem wywo­ła­nym traumą lub stra­tami, wyczer­pani prze­wle­kłymi cho­ro­bami lub przy­tło­czeni poważ­nymi pro­ble­mami. Część opie­ku­nów czuje się nie­kom­for­towo w obsza­rze uczuć i natu­ralne potrzeby dziecka ich prze­ra­stają. Dzieci mogą wzra­stać bez emo­cjo­nal­nej pożywki w postaci spoj­rzeń i uwagi swo­ich rodzi­ców i krew­nych z wielu róż­nych powo­dów.

Dziecko przed lustrem

Za pośred­nic­twem spoj­rzeń rodzi­ców powstaje prze­strzeń, w któ­rej ich poto­mek może spoj­rzeć w głąb sie­bie. Bez tego wewnętrz­nego spoj­rze­nia maluch dora­sta „ślepy” na emo­cje. Wszy­scy znamy opo­wie­ści o dzie­ciach wycho­wa­nych przez zwie­rzęta lub pozba­wio­nych kon­taktu z czło­wie­kiem, które nie tylko zma­gały się z wie­loma pro­ble­mami, ale też bra­ko­wało im języka do wyra­ża­nia sie­bie. Choć nie­które z nich osta­tecz­nie opa­no­wały umie­jęt­ność mówie­nia, potrze­bo­wały na to o wiele wię­cej czasu niż dzieci pod­da­wane wła­ści­wej sty­mu­la­cji w odpo­wied­nim wieku.

Możemy zatem wzra­stać nie­wy­po­sa­żeni w język emo­cjo­nalny. Nie­któ­rym oso­bom bra­kuje umie­jęt­no­ści myśle­nia w kate­go­riach emo­cjo­nalnych; to zja­wi­sko psy­cho­lo­giczne nazy­wamy alek­sy­ty­mią. Ame­ry­kań­scy psy­chia­trzy J.C. Nemiah i P.E. Sif­neos ukuli ten ter­min w 1973 roku, żeby opi­sać fakt, że alek­sy­ty­micy nie potra­fią odda­wać emo­cji za pomocą sym­boli ani słów. Rze­czy­wi­ście osoby dotknięte tym syn­dro­mem nie ope­rują kon­cep­tami emo­cjo­nal­nymi także na pozio­mie umy­sło­wym, a nawet mają trud­no­ści z fan­ta­zjo­wa­niem i korzy­sta­niem z wyobraźni. Choć alek­sy­ty­mia może wyni­kać z wro­dzo­nych cech, które obec­nie nazy­wamy neu­ro­róż­no­rod­no­ścią (na przy­kład spek­trum auty­zmu), to może wyni­kać także z kwe­stii zwią­za­nych ze sty­lem wycho­wa­nia. Przy­kła­dowo wycho­wa­nie bazu­jące na stwier­dze­niu, że „chło­paki nie pła­czą”, może wpły­wać na wyż­szy wskaź­nik alek­sy­ty­mii u męż­czyzn. Sza­cuje się, że dotyka ona około jed­nej na dzie­sięć osób.

Aby spraw­dzić, czy możemy nale­żeć do grupy osób z alek­sy­ty­mią, sprawdźmy, z iloma z poniż­szych stwier­dzeń się zga­dzamy.

Nie wiem za dobrze, co dzieje się w moim wnę­trzu.

Cza­sami nie odróż­niam, czy moje złe samo­po­czu­cie ma cha­rak­ter emo­cjo­nalny, czy fizyczny.

Trudno mi zna­leźć słowa, by opi­sać uczu­cia.

Doznaję odczuć fizycz­nych, któ­rych nie rozu­miem i któ­rych leka­rze nie potra­fią wytłu­ma­czyć.

Zwy­kle nie ana­li­zuję za bar­dzo pro­ble­mów i nie zasta­na­wiam się, co dla mnie zna­czą.

Zauwa­żam złe samo­po­czu­cie, ale nie odróż­niam, czy czuję smu­tek, strach czy gniew.

Wolę zacze­kać, aż coś minie samo, nie zasta­na­wia­jąc się, dla­czego w ogóle się poja­wiło.

Czuję dys­kom­fort przy bar­dzo emo­cjo­nal­nych ludziach czy roz­mo­wach.

Z tru­dem przy­cho­dzi mi okre­śle­nie, jak się czuję w rela­cjach, albo roz­ma­wia­nie o tym.

Wyra­że­nie naj­skryt­szych uczuć sporo mnie kosz­tuje, nawet w roz­mo­wie z bli­skimi.

Inni ludzie mnie nama­wiają, żebym oka­zy­wał wię­cej uczuć.

Kiedy zauważę u sie­bie złość lub zmę­cze­nie, nie bar­dzo wiem, dla­czego tak się czuję.

Wolę roz­ma­wiać z innymi o czyn­no­ściach, nie uczu­ciach.

Wolę oglą­dać pro­ste i roz­ryw­kowe filmy, a nie te, w któ­rych trzeba doszu­ki­wać się głęb­szego zna­cze­nia.

Nawet jeśli roz­po­zna­jemy sie­bie w wielu z tych stwier­dzeń, sam fakt, że czy­tamy tę książkę, ozna­cza, że zapewne nie cier­pimy na skrajną postać tego zabu­rze­nia. Osoby sil­nie alek­sy­ty­miczne zwy­kle nie inte­re­sują się emo­cjami, a jeśli w ogóle zdają sobie sprawę ze swo­jego pro­blemu, to tylko dla­tego, że inni ludzie doma­gają się od nich wyra­ża­nia uczuć. W jed­nym z badań, nad któ­rym pra­co­wa­łam, ana­li­zo­wa­li­śmy wła­śnie ten czyn­nik. Czę­sto obser­wo­wa­li­śmy, że osoby poważ­niej dotknięte alek­sy­ty­mią wcale się z nią nie iden­ty­fi­ko­wały – uwa­żały, że dobrze rozu­mieją i wyra­żają emo­cje. Żeby dostrzec wła­sne braki emo­cjo­nalne, potrzebna jest zdol­ność do auto­re­flek­sji, a tej wła­śnie im bra­kuje.

Nie­które osoby z alek­sy­ty­mią są zagu­bione we wła­snych emo­cjach i odczu­ciach fizycz­nych; nie potra­fią powie­dzieć, co dzieje się w ich wnę­trzu. Czują się nie­swojo w świe­cie emo­cji i wolą mówić o tym, co zro­biły, niż o tym, jak się czuły. Filmy o zło­żo­nych posta­ciach, pełne zagma­twa­nych wąt­ków psy­cho­lo­gicz­nych, je nudzą, a auto­ana­liza szybko je męczy – dla­tego kie­rują się raczej tym, „co należy zro­bić”. Mogą się zło­ścić, pła­kać z roz­pa­czy i dostrze­gać, że coś nie działa, ale nie potra­fią powie­dzieć, jakie emo­cje się za tym kryją, i przy­pi­sują ich wystą­pie­nie pro­ble­mom fizycz­nym. Reflek­sja nad emo­cjami, ich prze­ży­wa­nie i roz­mowa o nich z innymi poma­gają je regu­lo­wać. Jed­nak osoby alek­sy­ty­miczne nie potra­fią tego robić i przez to kumu­lują w sobie „emo­cjo­nalne tok­syny”, które cza­sami wywo­łują soma­ty­za­cję i trud­no­ści psy­cho­so­ma­tyczne. Czę­sto odwie­dzają kolej­nych leka­rzy, szu­ka­jąc dia­gnozy, któ­rej nie da się posta­wić, ale nie zamie­rzają szu­kać spe­cja­li­stycz­nej pomocy psy­cho­lo­gicz­nej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cri­stina Gufé, Los seres caren­tes, w: Límites de reali­dad, Antología 1982–2016, Madrid: Sial Pig­ma­lión 2017. [wróć]