49,99 zł
Krzywdzi nas nie tylko to, czego doświadczyliśmy, lecz także to, czego nigdy nie było nam dane doznać.
Niewypowiedziane słowa, poczucie bycia nieważnym i niewysłuchanym, niespełnione nadzieje i obietnice, nieobecność tych, których najbardziej potrzebowaliśmy – te niewidzialne rany potrafią zadawać większy ból niż kłótnie, obelgi czy fizyczne ciosy. Łatwo je zbagatelizować, a jednak to właśnie ich wyleczenie stanowi niezbędny krok na drodze do spełnionego życia. Psychiatrka i psychoterapeutka Anabel Gonzalez w tej książce podpowie ci, jak to samodzielnie zrobić. Dowiesz się między innymi, jak:
• odważyć się snuć plany i spełniać marzenia, nawet jeśli życie wielokrotnie cię zawiodło,
• budować głębokie więzi i poczucie przynależności, nawet jeśli nieraz spotkałeś się z odrzuceniem,
• ufać ludziom, nawet jeśli dawniej doświadczyłeś zdrady ze strony najbliższych,
• żyć w szczerości i z pewnością siebie, nawet jeśli kiedyś byłeś zawstydzany i nieakceptowany,
• skończyć z przemilczaniem ważnych tematów,
• dać sobie pełne prawo do opowiadania własnej historii,
• poczuć się kompletnym i wyjść z cienia przeszłości.
To, co się nie wydarzyło jest brakującym elementem układanki, który pozwoli ci naprawdę poznać samego siebie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 240
Data ważności licencji: 4/28/2030
Kiedy zastanawiamy się nad tym, jakich największych krzywd doznaliśmy w naszym życiu, w pierwszej chwili przychodzą nam na myśl zdrady, bezpośrednie ciosy – wszystko to, co nam się przytrafiło. A jednak gdy przyjrzymy się głębiej, dojdziemy do wniosku, że najtrwalsze ślady w naszym wnętrzu odciska nieobecność, utrata oraz to, co było dla nas ważne, ale się nie wydarzyło. Słowa, których do nas nie wypowiedziano, ludzie, którzy nas nie dostrzegali, poczucie, że się nie liczymy, że nie istniejemy dla ważnych dla nas osób – to wszystko potrafi boleć bardziej niż zadany cios czy rzucona zniewaga.
Kiedy coś takiego dzieje się w dzieciństwie – i to w szerokim zakresie – nazywamy to zaniedbaniem. Choć jest to najczęstsza forma znęcania się nad dzieckiem, przeważnie umykа uwadze, ginąc wśród innych nadużyć. Co więcej, przybiera codzienną, znormalizowaną postać w wielu rodzinnych sytuacjach, które na pierwszy rzut oka wydają się całkowicie zwyczajne. W każdym wychowaniu pojawiają się braki. Co więcej, muszą wystąpić i dobrze, że się pojawiają. Zdrowe wychowanie nie jest stanem idealnej harmonii między opiekunami a dzieckiem; nie ma zapobiegać wszelkim niepokojom ani ich łagodzić. Wręcz przeciwnie, wystarczająco dobrzy opiekunowie to ci, którzy towarzyszą dziecku w złych chwilach, zajmują się nim, kiedy wpadnie w gorszy nastrój, pomagają mu przetrwać niepewność związaną z rosnącą autonomią i uczą ponoszenia odpowiedzialności stosownej do wieku. W dobrym wychowaniu też występują zawiedzione nadzieje, nieporozumienia, trudności i rozczarowania – a ich powodem są dzielni rodzice, którzy robią, co mogą, dla dzieci będących w nieustannym procesie zmian i adaptowania się do wcale niełatwych wyzwań.
Zatem kiedy to, co się nie wydarzyło, nabiera znaczenia? Czy nadajemy mu wagę, czy lekceważymy? Wszystko zależy od tego, jak głęboko braki wpłynęły na nasze życie. Jeśli doświadczamy problemów emocjonalnych, przeżywamy trudności w relacjach, jeśli nie czujemy się dobrze, warto sprawdzić, dlaczego tak się dzieje. Odpowiedź, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, kryje się w początkach naszej historii, przede wszystkim w relacjach z najbardziej znaczącymi postaciami w naszym życiu. Wtedy działy się zarówno wspaniałe, jak i przykre rzeczy. Czasem jednak problemem jest właśnie to, że coś się nie wydarzyło – przynajmniej nie w wystarczającym stopniu. Celem tej książki jest zaproszenie do odkrywczej podróży ku samym sobie – takiej, w której weźmiemy pod uwagę także ten ostatni brakujący element. To, co się nie wydarzyło, może stać się brakującym puzzlem potrzebnym do pełnego zrozumienia siebie.
W jaki sposób to, co się nie wydarzyło (a powinno było się wydarzyć), wpływa na nasze życie dziś? Często skutki są ciche i niewidoczne, ale dogłębne. Bardzo możliwe, że braki pozbawiły nas zdolności obserwowania tego, co się nam przytrafia, zaciekawienia tym, co się kryje w głębi nas samych, możliwości otwarcia się na innych po to, by spojrzeć na nasze wnętrze ich oczami. Dlatego pierwsze pytanie brzmi: jak wpływa na nas to, co się nie wydarzyło?
Żeby na nie odpowiedzieć, należy zwrócić uwagę na sytuacje, które mogą być spowodowane brakiem, pustką i stratą:
Kiedy jesteśmy odłączeni od naszych emocji.
Zauważenie obniżonego nastroju może sprawiać nam trudność i rozpoznajemy go dopiero wtedy, gdy nasze ciało krzyczy, a niepokój sięga zenitu, jednak odłączenie od emocji nie pozwala nam na bieżąco rozumieć, co się dzieje, co wywołało taką gwałtowną reakcję i jak to na nas wpływa. Może dostrzegamy złe samopoczucie, ale nie wiemy, czy jest fizyczne, czy emocjonalne, z czym dokładnie się zmagamy, co właściwie nas złości lub zawstydza. Emocje mogą się w nas kumulować, aż się wyleją, ponieważ dosłownie nie wiemy, co z nimi zrobić. Nie dajemy im upustu, nie dzielimy się nimi z innymi, nie opiekujemy się nimi, a one coraz bardziej wzbierają i wracają do nas w coraz trudniejszej do zniesienia postaci lub tymczasowo nas zalewają.
Kiedy przeważnie przyjmujemy postawę obronną.
Świat wydaje nam się wrogi, a innych postrzegamy jako potencjalnych wrogów. Zwykle nie dostrzegamy przyjaznych twarzy ani zaproszeń do bliskości i uważamy, że „ludzie już tacy są” lub że z jakiegoś niezrozumiałego powodu są tacy dla nas.
Kiedy próbujemy zadowolić cały świat.
Potrzeby innych przedkładamy nad własne. Co więcej, naszych tak naprawdę nie dostrzegamy. Aby pojąć, czego nam potrzeba, musimy dokładnie zrozumieć to, co czujemy. Ale gdy nie mamy połączenia z emocjami, znaczenie tego, co na nas wpływa, i tego, czego nam brak, pozostaje poza naszą świadomością. A ponieważ nie czujemy się ważni, próbujemy być niezbędni. Gdy potrzeby innych uznajemy za priorytet, z biegiem czasu stajemy się coraz bardziej niedożywieni. Tak jednak było zawsze, dlatego nie zauważamy tego emocjonalnego głodu.
Kiedy nie prosimy o pomoc, a gdy ją otrzymujemy, nie dajemy sobie pomóc.
Jeśli nigdy nie dostawaliśmy troski, wsparcia i uwagi, to logiczne, że nie liczymy na nie w naszych relacjach. Oznacza to, że nie mówimy, kiedy jest nam źle, nie pokazujemy smutku ani nie lubimy, gdy ktoś go zauważa. Kiedy podupadamy na duchu lub czujemy niepokój, dążymy do izolowania się, nie szukamy pomocy ani u rodziny, ani u specjalistów, nawet gdy mamy się kiepsko. Czasami nawet porzucamy samych siebie, pozwalamy sobie upaść, zaniedbujemy się lub robimy rzeczy, które tylko pogarszają nasz stan.
Kiedy dopada nas głęboki wstyd, przez który nie potrafimy zebrać myśli.
Przez każdą najmniejszą porażkę czujemy, że zawodzimy, że jesteśmy gorszymi lub wadliwymi ludźmi. Odnosimy wrażenie, że patrzy na nas cały świat, i dlatego ukrywamy się przed spojrzeniami innych, ponieważ mamy poczucie, że jeśli naprawdę nas poznają, zdadzą sobie sprawę, jak bardzo niedoskonali jesteśmy. Wstyd, który nami kieruje, wpływa na nasze zachowanie, sprawiając, że robimy wszystko, żeby się nie uaktywnił: usiłujemy być idealni i unikamy sytuacji, w których moglibyśmy ponieść porażkę, żeby inni nie dostrzegli naszych ewentualnych błędów albo wręcz nas samych.
Kiedy próbujemy być niewidzialni, przemknąć
niezauważenie, znaleźć się poza centrum uwagi.
Co ciekawe, właśnie w takim położeniu znajdowaliśmy się w dzieciństwie, gdy nie byliśmy zauważani i nie czuliśmy się ważni ani wyjątkowi dla nikogo. Relacje międzyludzkie sporo nas kosztują, wmawiamy sobie, że lepiej nie mieć nikogo, a w naszym wnętrzu czujemy, że nie można nas kochać i że nie jesteśmy warci uwagi.
Kiedy podejmowanie decyzji wiele nas kosztuje.
Z jednej strony dzieje się tak z powodu trudności z dostępem do naszych potrzeb, pragnień i intuicji. Pozbawieni go, przetwarzamy wszystko na poziomie racjonalnym, nie kontaktując się z naszym wnętrzem. Z drugiej strony podjęcie decyzji oznacza ryzyko pomyłki, która może spowodować strach i wstyd. Poza tym decyzje mogą oznaczać wejście w konflikt z innymi, ponieważ niosą ze sobą konsekwencje, z których nie wszyscy zawsze będą zadowoleni. Może to skutkować paraliżem w obliczu najmniejszych dylematów.
Kiedy się ukrywamy, udajemy kogoś innego, bez przerwy kłamiemy.
Wydaje nam się, że tylko odgrywamy rolę; rolę osoby, która robi to, czego się od niej oczekuje, rolę, którą należy odegrać w danej sytuacji i którą każdy powinien odegrać, a wówczas czujemy się oszustami, pozbawionymi autentyczności.
Kiedy jesteśmy ciągle niezadowoleni.
Rozpaczliwie szukamy osób, które dadzą nam to, czego nam brakuje, ale nigdy nie czujemy się zaspokojeni. Myślimy, że wszyscy ludzie są egoistami, że niesprawiedliwie nas traktują, że prawdziwi przyjaciele nie istnieją. A jeśli już mamy grono przyjaciół, wymagamy od nich takiej perfekcji, że ostatecznie zostajemy sami i często czujemy się odrzuceni lub pominięci.
Kiedy wiążemy się z nieobecnymi partnerami, którzy nas nie zauważają, za to skupiają się na własnych potrzebach.
Odczuwany przez nas wstyd doskonale wpisuje się w relację z kimś, kto postrzega nas jako nieważnych lub niekompetentnych. Nasze wrażenie bycia niewidzialnym współgra z zachowaniem osoby, która nas ignoruje. Możemy też dążyć do podporządkowania się komuś dominującemu, kto wyraźnie określa, co powinniśmy robić, ponieważ daje nam to złudne poczucie ulgi i zmniejsza nasze poczucie niepewności.
Kiedy nie czujemy się częścią rzeczywistości, nie pasujemy do niej.
Chodzimy po świecie, który wydaje nam się obcy i nas nie cieszy. Snujemy się z opuszczonymi rękami, nie potrafiąc ich podnieść, żeby pokazać, że coś nas ciekawi, żeby odepchnąć to, co nam przeszkadza, czy poprosić o pomoc. Jeśli ktoś podaje nam rękę, nie potrafimy jej przyjąć. Choć jest ciepło, marzniemy. Chociaż przebywamy wśród ludzi, zawsze czujemy się samotni.
Mimo że wiele z tych objawów może mieć początek w opowieści o porzuceniu i nieobecności, pamiętajmy, że trudności z życiem emocjonalnym i relacjami międzyludzkimi nie rządzą się regułami matematycznymi, ale mają wiele różnych przyczyn. Dlatego zrozumienie naszej historii jest naprawdę ważne. Celem nie jest doszukiwanie się wszędzie traum, ale poznanie siebie w jak najszerszym znaczeniu tego słowa, bez wywracania wszystkiego do góry nogami czy zadręczania się. Dzięki spojrzeniu za siebie możemy pojąć, jak zaczęło się to, co nam się przytrafia, jak staliśmy się takimi ludźmi, jakimi jesteśmy teraz. W tej książce prześledzimy różne scenariusze związane z tym, co się w naszym życiu nie wydarzyło, a co jednak obecnie na nas wpływa.
Zostawiam was z wierszem Istoty pozbawione Cristiny Gufé. Lubię go, ponieważ bardzo trafnie opisuje odczucia, które często trudno ubrać w słowa. Spójrzmy, czy czegoś nam nie przypomina:
W tamtym świecie Ludzie, kiedy się budzili, Czuli, że czegoś im brakuje: byli istotami pozbawionymi. Włóczyli się sami po miastach, Popołudniami i porankami Pełnymi minut: Potrafili to znieść, Chcieli miłości, a byli sami; Kiedy zbliżyła się miłość, Stali się jeszcze bardziej samotni; Byli obcy taki był świat istot pozbawionych. Wymyślili pocałunki, żeby uwierzyć W koniec samotności, Ale kiedy pocałunki nabierały mocy, Wierciły w nich dziurę: W niej kiełkowała inna identyczna osoba, Która błąkała się sama, drugi człowiek, Inny ktoś, inny kandydat na istotę. Trudno było żyć na tamtym świecie; Lepiej mi w piekle; Tu nie ma Boga ani miłości, Nie ma łez, Wszystko jest czyste, suche, prawdziwe. Choć dla ciebie zmieniłabym wszystko, Dałabym ci piekło Jeśli zabierzesz mnie Stąd: tam, gdzie istniejesz ty1.
Książka ta opowiada o pustych miejscach, o ich wypełnianiu i obsiewaniu. Pierwszym krokiem ku zrozumieniu, jak na nas one wpłynęły, jest określenie, w czym odegrało rolę to, co powinno było się wydarzyć, a jednak się nie wydarzyło. Ta próżnia nie dotyczy wyłącznie sytuacji, w której żyjemy; przeniknęła do naszego wnętrza i ukształtowała nasz sposób funkcjonowania. Wiąże się z tym, czego w nas nie ma – w naszym sposobie bycia w świecie i radzenia sobie z tym, co dzieje się w naszym wnętrzu. Czasami stajemy się dla siebie najgorszymi wrogami i toczymy walkę sami ze sobą, a kiedy indziej zachowujemy się tak, jakbyśmy nie mieli dla siebie znaczenia, jakbyśmy nie potrafili stanąć po własnej stronie. W takich momentach porzucamy samych siebie, chowamy się gdzieś w środku, przestajemy sprawdzać, czego potrzebujemy, a z czasem niemal zapominamy, że w ogóle czegoś nam brakuje. W trudnych chwilach przygniata nas nasz własny ciężar. Idziemy przez życie z opuszczonymi ramionami i bez sił, a choć inni wyciągają do nas pomocną dłoń, nie przyjmujemy jej. To, co dzieje się na zewnątrz, odzwierciedla to, co dzieje się wewnątrz, często stanowiąc po prostu jego lustrzane odbicie.
Sporo myślałam o tym, jak napisać tę książkę, żeby jej lektura mogła podnosić na duchu. Z mojego doświadczenia w towarzyszeniu innym wynika, że poruszanie tego tematu zawsze jest trudne, ponieważ doświadczenie porzucenia i braku potrafi być wyjątkowo przygnębiające. Praca z ofiarami przemocy fizycznej wydaje się w pewnym sensie prostsza, bo przynajmniej dotyczy czegoś uchwytnego i jasno określonego. Inne doświadczenia, takie jak emocjonalne znęcanie się lub molestowanie seksualne, są znacznie bardziej dezorientujące i wywołują niezwykle złożone emocje. Gdy zapyta się osoby dotknięte takimi doświadczeniami, co było najgorsze, zwykle wspominają nie tyle samą krzywdę, ile tych, którzy ich nie obronili, nie uwierzyli im albo wręcz nie zauważyli ich cierpienia. To bywa gorsze od samego zranienia jako takiego, bo dzięki wsparciu rany goiłyby się szybciej, a brak reakcji, obrony i troski sprawia, że cierpiący pozostają bezbronni w obliczu nienazwanego bólu, o którym nie wolno im rozmawiać, którego nie są w stanie opłakać i którego nie pozwala im się czuć. Rany porzucenia przypominają czarną dziurę ziejącą w miejscu, które powinno być wypełnione miłością, a wejście do tego obszaru można porównać do bycia wciąganym przez otchłań. Dlatego do lektury tej książki warto się przygotować – nie należy siadać do niej ot tak, po prostu.
Aby nasza refleksja przyniosła owoce i pomogła nam zbliżyć się do rozwiązania, którego szukamy, w rozdziałach tej książki postępować będziemy zgodnie ze schematem:
Najpierw nauczymy się przyjmować rzeczywistość bez sprzeciwu, z nastawieniem: „jest tak, jak jest” – po to, by móc dostrzec to, co dotąd pozostawało niewidoczne. Kiedy lepiej zrozumiemy, w jakiej sytuacji się znajdujemy, zaczniemy zasiewać ziarno. Sednem zadośćuczynienia porzuceniu są umiejętności odczuwania i patrzenia na siebie, otaczania siebie opieką i dodawania sobie otuchy, by móc robić postępy.
Zaakceptujmy bez walki: koniec z kręceniem się w kółko
Porozmawiamy teraz o poczuciu pustki, nieuznaniu, nieobecności, błędach i niedoborach – to ważne tematy, bo pozwolą nam lepiej zrozumieć siebie, odnaleźć sens wielu doświadczeń i zaakceptować nasze braki. Wnikniemy w nie bez obwiniania się, że nie zrobiliśmy tego wcześniej, bez oskarżeń i błądzenia w labiryncie bezsilności czy „powinności”. To proces, w który należy wchodzić stopniowo, odkrywając warstwę po warstwie, aż dotrzemy do sedna – do tego, co najważniejsze i najgłębsze.
Zadawanie sobie w kółko pytań: „dlaczego to mi się przytrafiło?” albo „jak to możliwe, że nikt się nie zorientował?”, czy też powtarzanie w myślach: „nie mogę tego znieść”, prowadzi jedynie do coraz większego odcięcia od własnych uczuć. Jeśli pójdziemy tą drogą, ta książka zamiast pomóc, jedynie pogłębi nasz ból. Braki są częścią tego, kim jesteśmy, należą do naszej historii i współtworzą naszą tożsamość. Nie składamy się jednak wyłącznie z nich, bo jesteśmy także istotami w procesie rozwoju. Możemy, wychodząc od naszego pierwotnego surowca, dalej ewoluować – pod warunkiem że dostrzeżemy go takim, jakim jest, i bezwarunkowo go zaakceptujemy.
To niezwykle trudne, bo być może przetrwaliśmy właśnie dlatego, że nie zaglądaliśmy w pustkę, ale staraliśmy się ją wypełnić, rozpaczliwie próbując zasypać bezdenne dziury, żerując emocjonalnie na innych ludziach albo buntując się przeciwko własnej, nieodwracalnie zapisanej historii. Dlatego przystępując do lektury tej książki właśnie z takiej pozycji, przypomnijmy sobie, że tylko jeśli staniemy oko w oko z tym, jacy jesteśmy naprawdę, możemy z przekonaniem wyznaczyć kierunek zmian, jaki nas interesuje.
Czasami walczymy z naszymi emocjami, wspomnieniami lub tym, co nam się przytrafia, nie zdając sobie sprawy z tego, co robimy. Wówczas pytania, jakie sobie stawiamy, wydają się nam przytłaczająco logiczne. Kryje się w nich jednak pułapka: raz po raz wracamy przez nie do punktu wyjścia jak w błędnym kole. Poza tym nie zadajemy ich sobie ze szczerego zaciekawienia, które pomogłoby nam lepiej zrozumieć siebie, ale z intencją oceny („jak to możliwe, że…?”), zamiast wyrozumiałego spojrzenia na to, co się nam przytrafia. Czasami są jak śmigła helikoptera, którym przelatujemy nad innymi, głębszymi i boleśniejszymi emocjami, przy których – mniej lub bardziej nieświadomie – próbujemy nie lądować. Dlatego spytajmy siebie o co innego, na przykład: „Czy to pytanie do czegoś mnie prowadzi?” albo „Jaki rodzaj odpowiedzi by mnie zadowolił?”. Być może rozwiązaniem byłoby powiedzenie sobie: „Po co rozpamiętywać coś, czego nie można zmienić?”. Przyjrzymy się błędnym kołom i wysiądziemy z helikoptera. W ten sposób zbliżymy się o krok do nowych pytań, które mogą nam przynieść przydatne odpowiedzi.
Nauczmy się dostrzegać: Pomóżmy sobie zauważyć wspierające doświadczenia
Prawdopodobnie to, czego nam zabrakło, zaistniało gdzie indziej, może w bardzo niewielkich dawkach, tak małych, że nie dało się ich dostrzec. Być może był ktoś, kto nas widział, ale te nieznane dotąd spojrzenia tonęły w naszej pustce. Spojrzenia innych osób – nie tych, których potrzebowaliśmy, by czuć się ważni i wyjątkowi – nie niosły nam wsparcia, a czasem wręcz pogarszały nasze samopoczucie. Może tak mocno wlepialiśmy wzrok w podłogę, że ich nie zauważyliśmy. Może żywili wobec nas ciepłe uczucia, ale nie daliśmy im szansy nam pomagać ani nas pokochać, zauważyć czy docenić. Zamiast dostrzegać pozytywne sygnały, które mogłyby ogrzać nasze wnętrze, czuliśmy tylko ból i powtarzaliśmy w myślach: „Dlaczego moi rodzice tacy nie są?”, „Dlaczego nie mogła tego zrobić osoba, którą kocham?”.
Być może skoro nas nie dostrzegano, nasze oczy same nie nauczyły się patrzeć, nie wyćwiczyły umiejętności rozglądania się i obserwowania świata. W takim przypadku czeka nas długa droga, byśmy nauczyli się widzieć rzeczy takie, jakie są – droga wymagająca cierpliwości i umiejętności korzystania z ważnego narzędzia, które posiada każdy z nas: naszej uwagi.
Nie dostrzegając spojrzeń innych ludzi i przegapiając szansę na bycie zauważonymi, zamykamy się w sobie na przeróżne sposoby, nie dopuszczając do siebie tego, czego potrzebujemy. Wygląda to tak:
Jeśli funkcjonujemy w ten sposób, jakiekolwiek odrzucenie wydaje się nam ponad nasze siły, bez względu na to, czy jest znaczące, czy nie. Jesteśmy ślepi na wsparcie, które oferują nam inni, lub odrzucamy je, ponieważ nie jest dokładnie takie, jakiego oczekujemy. Poza tym nie pozwalamy sobie odczuwać wdzięczności i zamieniamy ją w coś innego – bagatelizujemy znaczenie wyciągniętej do nas pomocnej dłoni albo podejrzewamy, że kryje się za nią złośliwość czy manipulacja. Z takim nastawieniem, przypominającym lupę, która powiększa cierpienie, zatrzaskujemy drzwi przed tym, czego naprawdę potrzebujemy. Negatywne emocje rosną w siłę, ponieważ nie dopuszczamy do siebie uczuć, które mogłyby je złagodzić lub zrównoważyć. Dlatego musimy na nowo zaprojektować nasze filtry, a to niekoniecznie dzieje się naturalnie. Gdy postępujemy według opisanego schematu, nasze uprzedzenia – mapa, zgodnie z którą orientujemy się w świecie – okazują się nieaktualne. Przekonania dotyczące ludzi i relacji blokują napływ nowych doświadczeń. Nasz mózg, nastawiony na przetrwanie, skupia się na unikaniu powtórzenia dawnej krzywdy. Tymczasem potrzebujemy go przeprogramować tak, aby zaprowadził nas w stronę bezpieczeństwa i pozwolił żyć pełnią życia.
Wspierajmy rozwój: jak sprawić, by zdarzyło się to, co się nie wydarzyło
Nasza historia nie determinuje naszego przyszłego losu, ale kształtuje w nas automatyczne reakcje, których nie da się po prostu „rozbroić” siłą woli. Jedną z nich bardzo często jest pętla odrzucenie–samoodrzucenie. Skupiamy się przede wszystkim na doświadczeniach, w których czuliśmy się samotni, bezbronni i niedostrzegani, bo nikt nie przekazał nam wzorca obecności, towarzyszenia lub opieki. Reakcje osób, które pomagały nam dorastać, na nasze emocje przekształcają się w schemat odtwarzany później automatycznie przez nasz umysł. Jeśli ktoś akceptował nasz smutek, uczymy się troszczyć o siebie, gdy jesteśmy smutni. Jeśli jednak tej emocji nie dostrzegano, zapewne i my nauczymy się jej nie zauważać i się nią nie zajmować. Kiedy czujemy się samotni i odrzuceni, ważne są nie tylko same te uczucia, ale także towarzysząca im tendencja do bierności – odpuszczania sobie, porzucania siebie i pozwalania sobie na upadek.
Samoodrzucenie pogłębia i przedłuża skutki doświadczeń opuszczenia i nieobecności, a także związanych z nimi uczuć. Dobra wiadomość jest taka, że zmieniając sposób, w jaki obchodzimy się z własnymi emocjami, możemy realnie wpłynąć na naszą historię. Mamy możliwość wyjścia z błędnego koła i zmienienia naszych wzorców. Wymaga to cierpliwej pracy nad samoświadomością i gotowości, by świadomie sięgać po to, czego naprawdę potrzebujemy. Jeśli wytrwamy w tym postanowieniu i nauczymy się korzystać z dostępnych zasobów, posiądziemy kluczowy element, który pozwoli nam wprowadzić głębokie i trwałe zmiany.
Notatnik wspierających zasobów
Pora na krótką refleksję. Zastanówmy się, wobec jakich osób lub istot żywych obecnych w naszym życiu czujemy największą wdzięczność. Jakie chwile – te ważne i te mniej znaczące – potrafimy dziś najbardziej zauważyć i docenić? Jeśli przywoływanie naszej historii budzi trudne wspomnienia, dobre momenty mogą nie wracać do nas z łatwością. Nie rezygnujmy jednak z prób.
Gdy to zadanie okaże się zbyt trudne, wyobraźmy sobie, że stoimy w morzu, a wzburzony piasek nie pozwala nam dostrzec dna. Wystarczy poczekać, aż woda się uspokoi. Miejmy cierpliwość. Jeśli przywoływanie wspomnień dużo nas kosztuje, zatrzymajmy się, odpocznijmy i spróbujmy ponownie. Nie szukamy niczego spektakularnego – mamy się skupić na drobiazgach.
Sięgnijmy po notatnik przygotowany specjalnie w tym celu i zapisujmy w nim to, co przychodzi nam do głowy. Nie róbmy tego na luźnych kartkach. Nazwijmy go Notatnikiem wspierających zasobów i nośmy zawsze przy sobie. Jeśli pojawi się w nas jakiekolwiek „ale”, odsuńmy je od siebie. Sięgajmy po notatnik za każdym razem, gdy przypomnimy sobie wspierające doświadczenie lub osobę, która wniosła coś dobrego w nasze życie.
W trakcie lektury tej książki zapisujmy w Notatniku wspierających zasobów wszystko, co nas wspiera: rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni, ludzi, którzy są dla nas oparciem, chwile, które przynoszą ukojenie, zmiany, jakie wprowadzamy, momenty, kiedy zaczynamy rozumieć coś, co wcześniej było dla nas niejasne, sprawy, na które zaczynamy patrzeć inaczej. Być może na początku pojawią się myśli: „Ale po co?”, „Nic mi to nie da”, „To wszystko nie ma sensu”. To naturalne, że odzywa się głos pustki, która nie chce ustąpić. Nie walczmy z nim. Zamiast tego zapytajmy siebie: „Co mi szkodzi spróbować?”. Pod koniec tej książki zobaczymy, co nas wspiera. Uwaga: nie zapisujemy zdań w rodzaju „Tak, ale…”, „Jak to możliwe, że…?”, „Muszę…”, „Nie mogę”. Takie sformułowania często przychodzą nam na myśl, ale pozostawmy je i nauczmy się skupiać na innych. Jak powtarzała mi moja dobra przyjaciółka Sandra Baita, psycholożka, terapeutka i autorka wielu książek, Notatnik wspierających zasobów to swego rodzaju książka kucharska. Dopóki nie nauczymy się „przepisów” na pamięć, Notatnik będzie nam służył do działania zgodnie z przepisem, a sam proces stanie się dzięki niemu bardziej wizualny, konkretny i zewnętrzny. Będziemy mogli skupić się na naszych zapiskach i dobrze je zapamiętać. Zatem na razie owe wspierające zasoby są składnikami, które krok po kroku będziemy ze sobą mieszać i tworzyć z nich to, co najlepsze.
Samotność tego, co niewidzialne, jest głębsza od samotności jakiegokolwiek człowieka.
H.G. Wells, Niewidzialny człowiek
Już wiemy, jak się przygotować do naszej wyprawy. Teraz zobaczmy, jakie krainy zamierzamy odwiedzić, w jakich okolicznościach pustka i nieobecność stanowią najważniejsze elementy, co nam to mówi o nas samych i jak można zasiać coś w miejscach, które do tej pory były puste. Jeśli potrzebujemy się wzmocnić przed wyruszeniem w drogę, wróćmy do naszego Notatnika wspierających zasobów. Czytajmy go powoli, poświęcając dłuższą chwilę na każdy zapisany wers, i zapisujmy odczucia, jakie w nas wywołuje. Jeśli napotkamy trudne emocje – postarajmy się je zrozumieć, lecz skupmy się na tych wspierających, ponieważ to je będziemy wzmacniać. Gdy znów pojawią się myśli typu „tak, ale…” – odsuńmy je. To czas czyszczenia terenu i przygotowywania gleby pod nowe zasiewy. Nie spieszmy się. Zatrzymajmy się tyle razy, ile będzie konieczne, i wracajmy do tego, co nas wspiera. Nasz notatnik może być dobrym towarzyszem tej podróży.
Mam pewną planetę. Na niej żyje rodzina, którą chciałabym mieć, przyjaciele, którzy zawsze są obok i nigdy nie zawodzą, miłość mojego życia, która tylko czeka, by dać mi to, czego mi brakowało, dzieci, które dojdą do tego, do czego ja nie mogłam (…). Uciekam tam, kiedy życie robi się zbyt chłodne lub przytłaczające i rzeczywistość staje się nie do wytrzymania (…). Bez mojej planety nie mam nic.
Kiedy otaczający nas wszechświat lub to, co się nie wydarza, uniemożliwia nam czerpanie radości z życia, tworzymy planety, na których próbujemy ukryć to, co nas unieszczęśliwia, lub szukamy schronienia, sądząc, że to ochroni nas przed pustką i nieobecnością. Ważne jest jednak, by pracować nad zasiewaniem nowego ziarna w pustych miejscach, w których wyrośnie to, czego naprawdę potrzebujemy.
Kiedy nie można sięgnąć do wewnątrz, ponieważ połączenie się z cierpieniem i zamętem, który kryje się na dnie, jest zbyt trudne, potężna wyobraźnia dziecka tworzy magiczne światy, w których zdoła ono znaleźć schronienie. Gdy dziecko dorasta w próżni, jego umysł tworzy dzięki fantazji to, czego potrzebuje. To naturalny mechanizm przetrwania – jednak jego efekt to złudzenie, które z czasem zaczyna wydawać się lepsze od rzeczywistości. Pewna osoba po miesiącach terapii opowiedziała mi historię swojej rodziny – bardzo różną od tej, którą relacjonowała na początku:
Wiesz, o co chodzi? Wymyśliłam sobie matkę, ponieważ wstydziłam się opowiadać w szkole o rzeczach, które robiła moja prawdziwa mama. Zaczęłam więc opowiadać wszystkim o matce, którą chciałam mieć, o czułej mamie, która zawsze się mną zajmowała. Z czasem przestałam widzieć prawdziwą matkę, tę z krwi i kości, i kiedy myślałam o niej, miałam przed oczami jedynie tę wymyśloną. Chciałam myśleć, że ta prawdziwa nie istniała, więc mój umysł ją wyparł.
Jednak takie schronienie nie istnieje po to, żeby zapewnić nam uczucia, których kiedyś nie otrzymaliśmy. To fantazja, oderwana od miejsca, gdzie kryją się nasze potrzeby, ponieważ znajduje się tam także ból. To, z czym nie nawiązujemy połączenia, nie może ewoluować i dlatego chowa się w naszym wnętrzu na zawsze. Światy wyobrażone także nie ewoluują ani nie pozwalają nam się rozwijać.
A tak wyglądała planeta innej osoby:
Mam trzy szufladki. W jednej kryje się gówno, tej nie chcę otwierać. W drugiej jest to, nad czym muszę popracować, żeby zrobić różne rzeczy i pociągnąć je do przodu. W trzeciej znajduje się mój wymyślony świat. Nie jest to żaden nadzwyczajny świat, to miejsce, gdzie mam normalne życie, partnera, z którym czasami się kłócę, dzieci, które nie zawsze mnie słuchają, najnormalniejszą pracę pod słońcem. Ale tam, w trzeciej szufladce, problemy się rozwiązują, a ja nie cierpię. Jestem jak bohaterka filmu.
Świat, który opisuje ta kobieta, to miejsce bez bólu, bez problemów nie do rozwiązania czy poczucia niemocy i odrzucenia. I choć stanowił tymczasowe rozwiązanie, gdy nie było innego, to nie rozwiązał jej problemów, a teraz jedynie przysparza jej dodatkowych trudności, ponieważ sprawia, że żyje tylko „tak jakby”, za maską uśmiechu. Dogłębna zmiana oznacza zrobienie porządku we wszystkich szufladach i uporządkowanie na nowo naszego umysłu. Jak zobaczymy później, wszystkie zmiany zachodzą dzięki połączeniu.
Wyimaginowane planety to ważne, choć kruche schronienia. Dziecko, wyobrażając sobie troskliwą matkę, tak inną od tej, którą naprawdę ma, intuicyjnie wie, czego mu brakuje, ale gdyby spojrzało zbyt głęboko, musiałoby zmierzyć się z prawdą, że czegoś nie dostało. Wyobraźnia tworzy dekorację bez głębi. Bywa, że nawet te idealne wizje rodzą pytania takie jak: „dlaczego nie może tak być w moim domu?” lub „co zrobiłem, że mnie tak nie traktują?”. Z czasem te pytania zamieniają się w wewnętrzne tortury, a wyobrażenie innego świata staje się jedynie formą tymczasowej ucieczki.
Problem pojawia się, gdy trzeba wrócić do prawdziwego świata, który nigdy nie jest tak kuszący ani idealny, więc w porównaniu ze sferą marzeń zawsze wypada blado. Realne doświadczenia, z których moglibyśmy czerpać siłę, wydają się zbyt niedoskonałe lub nieistotne, więc odrzucamy je. A gdy coś wstrząśnie naszym wyobrażonym światem, cała konstrukcja rozpada się jak domek z kart. Kiedy do tego dochodzi, żyjemy na karuzeli iluzji i ułudy, popadamy w stan permanentnego niezadowolenia i całkowicie izolujemy się od rzeczywistości, która mogłaby zburzyć nasze złudzenia. Dlatego wyimaginowana planeta staje się ważną przeszkodą na drodze do prawdziwej zmiany.
Zaakceptujmy bez walki
Pierwszym krokiem ku rozwojowi jest zawsze zrozumienie, gdzie się znaleźliśmy. Oznacza to spojrzenie na naszą planetę marzeń jako na drugą stronę tego, czego nam zabrakło. Gdzie było to, za czym tak bardzo tęskniliśmy? A jeśli przez chwilę należało do nas, kiedy to straciliśmy? Choć od tych pytań może się nam zakręcić w głowie, a zadawanie ich sobie może wywołać cierpienie, to ważne, abyśmy przyjrzeli się swoim wspomnieniom, bo unikanie ich tylko potęguje problemy. Gdy odwracamy wzrok od wspomnień, kryją się za zasłoną wstydu, przez co chowane pod nimi uczucia stają się coraz trudniejsze do przyjęcia. Tymczasem jeśli spojrzymy lękowi prosto w oczy, ten, choć na początku może być intensywny, z czasem zacznie słabnąć. Często potrzebujemy, żeby ktoś pomógł nam odróżnić cień od prawdziwego zagrożenia, przeszłość od teraźniejszości, to, jacy byliśmy kiedyś, od tego, kim jesteśmy teraz.
Czy podzieliliśmy się z kimś którąś z takich chwil? Czy jeśli porozmawiamy o niej z tą osobą, będzie to dla nas chociaż trochę pomocne? Jeśli tak, opiszmy to wspomnienie i to, co nam pomogło, w Notatniku wspierających zasobów, żeby zawsze mieć je pod ręką. Zatrzymajmy się na moment, żeby je zapamiętać. Jeśli jeszcze nikomu o nim nie mówiliśmy, wyobraźmy sobie, że możemy zwierzyć się osobie, która nas wysłucha i zrozumie. Pozwólmy sobie pomyśleć o tym i zanotować, co dobrego by z tego wynikło.
Przyglądanie się temu, co ukryte, boli, ale uciekanie od tego tylko przedłuża cierpienie. Żeby uzdrowić ból, trzeba go przyjąć do siebie. Tak, to bardzo trudne, możemy wręcz czuć się tak, jakbyśmy brali w ramiona ciernie – wydaje się, że ból nas złamie, ale to kluczowy krok. Jeśli spróbujemy go wytrzymać chociaż przez krótką chwilę, która może wydawać nam się nieskończonością, cierpienie może zacząć się wyciszać, znikać, puszczać. Jeśli to możliwe, spróbujmy spojrzeć na nie w ten sposób także oczami kogoś, kto potrafi nas zrozumieć. Zaznaczam, zróbmy to, tylko jeśli to możliwe, ponieważ jeżeli zaczynamy od zera, pozwolenie, by ktoś nas naprawdę zobaczył – zwłaszcza naszą najbardziej wrażliwą i bezbronną twarz – i się nami zaopiekował, może się wydawać przytłaczające. Warto nauczyć się pokazywać siebie samych i pozwalać się objąć wsparciem; możemy to wyćwiczyć jak każdą umiejętność, ale powinniśmy zacząć od małych kroków i z czasem przejść do tych większych, cierpliwie krocząc drogą ku temu, czego potrzebujemy.
Jeśli podczas lektury tej książki odzyskamy połączenie z bolesnymi wspomnieniami, które jednak okażą się do wytrzymania, w ramach ćwiczenia pozostańmy z nimi dosłownie przez minutę. Włączmy stoper i wytrzymajmy sześćdziesiąt sekund w kontakcie z emocjami płynącymi ze wspomnień. Kiedy usłyszymy odgłos oznaczający upływ ostatniej sekundy, wstańmy, poruszmy się, zwróćmy uwagę na to, co nas otacza, i przypomnijmy sobie, że to tylko dawne wspomnienie. Teraz nie jesteśmy już w tamtej sytuacji.
Jeśli to zbyt trudne, wyobraźmy sobie, że oglądamy dane wspomnienie z ostatniego rzędu w kinie albo jak stare, wyblakłe zdjęcie – z pewnego dystansu, lecz bez całkowitego odłączenia. Pozwólmy, by wywołało w nas emocje, ale nie zanurzajmy się w nie do końca.
Możemy też sobie wyobrazić, że jedziemy pociągiem w stronę naszych wspomnień i oglądamy przez okno krajobraz, obserwując, jak się zbliża, a potem oddala.
Kiedy przez całe życie usiłujemy nie pamiętać o tym, co nas boli, zbliżenie się do tego obrazu choćby o pół kroku może nas wiele kosztować, ale da się tego nauczyć. Nie zniechęcajmy się, jeśli przychodzi nam to z trudem, wróćmy do zadania innego dnia i spróbujmy jeszcze raz. Jeżeli ten podpunkt wywołał w nas trudne emocje, głęboko zaczerpnijmy powietrza i powoli je wypuśćmy, próbując całkowicie opróżnić płuca. Pozwólmy, by przykre odczucie opuściło nas wraz z wydechem. Możemy praktykować ten rodzaj oddychania, licząc do trzech przy wdechu i do sześciu przy wydechu. To prosty sposób, by uspokoić ciało i ukoić emocje.
Nauczmy się dostrzegać
To, co kryje się na naszej planecie, odzwierciedla nasze potrzeby, dlatego nie warto od razu tego niszczyć. Ważne jest dla nas, aby przechowywane tam wizje mogły się urzeczywistnić, zejść na ziemię i zadziałać w prawdziwym świecie, choć oczywiście nie będzie miało takiego rozmachu ani barw jak w naszej wyobraźni. Pamiętajmy, że uczucia możemy znaleźć u osób, dla których jesteśmy ważni, choćby nie była to bezwarunkowa miłość rodziców lub partnera, o jakiej marzymy. Aby je dostrzec, musimy opuścić gardę i wyrzucić z naszego słownika stwierdzenia typu „tak, ale…”, które zasilają nasz stan permanentnego niezadowolenia. Ważne jest, byśmy spojrzeli przez szkło powiększające na chwile, w których ktoś naprawdę nam pomaga, docenia nas, słucha i rozumie. Ludzie z krwi i kości nie zawsze nam towarzyszą, ponieważ sami mierzą się ze swoimi problemami, ograniczeniami i niedoskonałościami. Nie zawsze są w stu procentach do naszej dyspozycji, ale nie traktujmy tego jako dowód, że i tak by nie zareagowali albo że nie warto im zaufać – nadal możemy cieszyć się pięcioma procentami uwagi, które mają nam do zaoferowania. A wielokrotność tych pięciu procent może dać nam to, czego potrzebujemy, i to z nawiązką.
Czego potrzebujemy?
Żebyśmy nauczyli się zauważać własne potrzeby, warto zastanowić się nad naszymi marzeniami i pragnieniami, mogącymi stanowić dla nas wskazówkę. Co dokładnie sobie wyobrażamy? Wybierzmy najczęściej powtarzającą się potrzebę. Później poszukajmy w pamięci osób, których wsparcie pomogło nam ją zaspokoić, choćby tylko raz i w niewielkim stopniu. Zanotujmy nasze refleksje poniżej w odniesieniu do wymienionych potrzeb.
Potrzeba bycia zaopiekowanymi, zrozumianymi, pokrzepionymi: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba zyskania aprobaty dowodzącej, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba zaufania naszej zdolności do działania, wykonywania zadań, rozwiązywania problemów: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba bezpieczeństwa i ochrony: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba stanowienia części czegoś większego, poczucia, że przynależymy do grupy lub miejsca: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Zapamiętaj, co się wydarzyło w każdej z tych chwil. Zanotuj płynące z ciała wrażenia, które towarzyszyły tym doświadczeniom. Z pewnością dostrzeżesz pojawiające się mieszane uczucia, ale skup się na tych pozytywnych – na wspierającej części wszystkich odczuć. Nie szkodzi, jeśli jest niewielka, niemal niezauważalna. Opisz ją taką, jaka jest. Na razie odłóż na bok wszelkie niepokoje i „ale” - zajmiemy się nimi później.
Wspierajmy rozwój
Aby te ćwiczenia odżywiły nasze wnętrze, musimy je poczuć, oddychać nimi jak powietrzem oraz zauważyć, jakie wrażenia wywołują w naszym ciele. Na początku skup się na kilku pozytywnych emocjach, które zdołasz zanotować, bo gdy się na nich skoncentrujesz, spotęgują się i łatwiej będzie ci je poczuć. Oczywiście trudniej to zrobić, gdy przyjemnym wrażeniom towarzyszą inne, bolesne, które łatwo nas przytłaczają, oraz natrętne myśli, które przeszkadzają, zamiast pomagać. Jednak dzięki cierpliwości i determinacji z czasem coraz łatwiej będziesz odnajdywać więź z pozytywnymi emocjami.
Duże znaczenie małych gestów
Na przykład takim drobnym, ale wspierającym wspomnieniem mogłaby być chwila, gdy nauczycielka zauważyła nasze trudności, choć nie odważyliśmy się jej o nich powiedzieć. Prawdopodobnie wrócą do nas także wspomnienia problemów wraz z towarzyszącymi im niepokojącymi odczuciami, ale jeśli zatrzymamy się i przyjrzymy się im uważnie, poczujemy łagodne ciepło, myśląc o spojrzeniu tej nauczycielki.
Mogą się pojawić negatywne wrażenia, ale pamiętaj o tym cieple. Poczujesz wstyd, że ktoś cię zobaczył, ale pamiętaj o tym cieple. Będzie ci trudno, ale obserwuj je, nie zmuszając się do niczego. Zwróć uwagę, jak twój umysł odciąga cię od pozytywnego odczucia, ale staraj się z niego czerpać. Za każdym razem gdy to robisz, twój mózg uczy się reagować w nowy sposób. Uzbrój się w cierpliwość.
A teraz zbierz wszystkie drobne, miłe chwile, które cię spotkały, wraz z emocjami, które zauważasz lub odczuwasz, i zapisz je w naszym Notatniku wspierających zasobów.
Nie ma nic złego w tym, że pozwalamy sobie poczuć emocje wywołane przez planetę marzeń – wręcz przeciwnie, może nam to pomóc. Dzięki temu dowiemy się, jak to jest być przytulonym przez wyobrażoną matkę, kiedy jesteśmy smutni, lub gdy pomagają nam i nas wspierają niezawodni przyjaciele. Dzięki temu wychowamy nasze wymarzone dzieci tak, jak sami chcieliśmy być wychowani. Żeby to osiągnąć, warto wyobrazić sobie, jakby to było naprawdę żyć tymi wrażeniami. Pozwolenie sobie na ich odczuwanie może nam pomóc w ich rozpoznawaniu – każda dawka pozytywnego uczucia, którą doświadczamy w rzeczywistości, stanie się dla nas punktem odniesienia. Jeśli weźmiemy do ręki grudkę złota, poznamy jego barwę, blask i fakturę, łatwiej dostrzeżemy jego okruchy na dnie rzeki. Jesteśmy poszukiwaczami złota, ale pamiętajmy, by nie dać się omamić legendzie o El Dorado. Z czasem zapragniemy być dziećmi, które zbierają błyszczące, kolorowe kamyczki. Dzieci dobrze wiedzą, że kamyczki są ważniejsze niż złoto. Podobnie jak ono, wielkie, wyidealizowane marzenia znikną z naszego horyzontu.
Jeśli nikt cię nie widzi, to czy naprawdę istniejesz?
Patrick Ness, Siedem minut po północy
W 1975 roku amerykański psycholog Edward Tronick wraz z zespołem przeprowadził eksperyment Still Face (ang. kamienna twarz). Pokazał w nim reakcję niemowlęcia, kiedy jego matka nagle przestała wyrażać miną jakiekolwiek emocje. Nie wydawała się zła ani smutna, po prostu nic nie było po niej widać. Dziecko początkowo było zaskoczone, potem płakało, próbując zwrócić uwagę matki, następnie traciło nadzieję, aż w końcu się poddawało – wszystko to działo się bardzo szybko.
Dziecko rozpoznaje się w obrazie, które pokazują mu otaczający go ludzie. Przeważnie osoby dorosłe naśladują i wyolbrzymiają wyraz twarzy dziecka, powtarzają jego próby wypowiedzenia słowa, zamieniając je na pełne wyrazy, z dużą przesadą i wyraźną gestykulacją. W ten sposób dziecko uczy się postrzegać siebie za pośrednictwem innych.
Z kolei brak reakcji emocjonalnej dorosłych, choćby byli fizycznie obecni, może w negatywny sposób wpłynąć na rozwój dziecka. Nie chodzi tu tylko o obojętność – czasami opiekunowie są emocjonalnie nieobecni, niektórzy rodzice mogą w pierwszych latach życia dziecka mieć obniżony nastrój, bywają też zaabsorbowani własnym cierpieniem wywołanym traumą lub stratami, wyczerpani przewlekłymi chorobami lub przytłoczeni poważnymi problemami. Część opiekunów czuje się niekomfortowo w obszarze uczuć i naturalne potrzeby dziecka ich przerastają. Dzieci mogą wzrastać bez emocjonalnej pożywki w postaci spojrzeń i uwagi swoich rodziców i krewnych z wielu różnych powodów.
Za pośrednictwem spojrzeń rodziców powstaje przestrzeń, w której ich potomek może spojrzeć w głąb siebie. Bez tego wewnętrznego spojrzenia maluch dorasta „ślepy” na emocje. Wszyscy znamy opowieści o dzieciach wychowanych przez zwierzęta lub pozbawionych kontaktu z człowiekiem, które nie tylko zmagały się z wieloma problemami, ale też brakowało im języka do wyrażania siebie. Choć niektóre z nich ostatecznie opanowały umiejętność mówienia, potrzebowały na to o wiele więcej czasu niż dzieci poddawane właściwej stymulacji w odpowiednim wieku.
Możemy zatem wzrastać niewyposażeni w język emocjonalny. Niektórym osobom brakuje umiejętności myślenia w kategoriach emocjonalnych; to zjawisko psychologiczne nazywamy aleksytymią. Amerykańscy psychiatrzy J.C. Nemiah i P.E. Sifneos ukuli ten termin w 1973 roku, żeby opisać fakt, że aleksytymicy nie potrafią oddawać emocji za pomocą symboli ani słów. Rzeczywiście osoby dotknięte tym syndromem nie operują konceptami emocjonalnymi także na poziomie umysłowym, a nawet mają trudności z fantazjowaniem i korzystaniem z wyobraźni. Choć aleksytymia może wynikać z wrodzonych cech, które obecnie nazywamy neuroróżnorodnością (na przykład spektrum autyzmu), to może wynikać także z kwestii związanych ze stylem wychowania. Przykładowo wychowanie bazujące na stwierdzeniu, że „chłopaki nie płaczą”, może wpływać na wyższy wskaźnik aleksytymii u mężczyzn. Szacuje się, że dotyka ona około jednej na dziesięć osób.
Aby sprawdzić, czy możemy należeć do grupy osób z aleksytymią, sprawdźmy, z iloma z poniższych stwierdzeń się zgadzamy.
Nie wiem za dobrze, co dzieje się w moim wnętrzu.
Czasami nie odróżniam, czy moje złe samopoczucie ma charakter emocjonalny, czy fizyczny.
Trudno mi znaleźć słowa, by opisać uczucia.
Doznaję odczuć fizycznych, których nie rozumiem i których lekarze nie potrafią wytłumaczyć.
Zwykle nie analizuję za bardzo problemów i nie zastanawiam się, co dla mnie znaczą.
Zauważam złe samopoczucie, ale nie odróżniam, czy czuję smutek, strach czy gniew.
Wolę zaczekać, aż coś minie samo, nie zastanawiając się, dlaczego w ogóle się pojawiło.
Czuję dyskomfort przy bardzo emocjonalnych ludziach czy rozmowach.
Z trudem przychodzi mi określenie, jak się czuję w relacjach, albo rozmawianie o tym.
Wyrażenie najskrytszych uczuć sporo mnie kosztuje, nawet w rozmowie z bliskimi.
Inni ludzie mnie namawiają, żebym okazywał więcej uczuć.
Kiedy zauważę u siebie złość lub zmęczenie, nie bardzo wiem, dlaczego tak się czuję.
Wolę rozmawiać z innymi o czynnościach, nie uczuciach.
Wolę oglądać proste i rozrywkowe filmy, a nie te, w których trzeba doszukiwać się głębszego znaczenia.
Nawet jeśli rozpoznajemy siebie w wielu z tych stwierdzeń, sam fakt, że czytamy tę książkę, oznacza, że zapewne nie cierpimy na skrajną postać tego zaburzenia. Osoby silnie aleksytymiczne zwykle nie interesują się emocjami, a jeśli w ogóle zdają sobie sprawę ze swojego problemu, to tylko dlatego, że inni ludzie domagają się od nich wyrażania uczuć. W jednym z badań, nad którym pracowałam, analizowaliśmy właśnie ten czynnik. Często obserwowaliśmy, że osoby poważniej dotknięte aleksytymią wcale się z nią nie identyfikowały – uważały, że dobrze rozumieją i wyrażają emocje. Żeby dostrzec własne braki emocjonalne, potrzebna jest zdolność do autorefleksji, a tej właśnie im brakuje.
Niektóre osoby z aleksytymią są zagubione we własnych emocjach i odczuciach fizycznych; nie potrafią powiedzieć, co dzieje się w ich wnętrzu. Czują się nieswojo w świecie emocji i wolą mówić o tym, co zrobiły, niż o tym, jak się czuły. Filmy o złożonych postaciach, pełne zagmatwanych wątków psychologicznych, je nudzą, a autoanaliza szybko je męczy – dlatego kierują się raczej tym, „co należy zrobić”. Mogą się złościć, płakać z rozpaczy i dostrzegać, że coś nie działa, ale nie potrafią powiedzieć, jakie emocje się za tym kryją, i przypisują ich wystąpienie problemom fizycznym. Refleksja nad emocjami, ich przeżywanie i rozmowa o nich z innymi pomagają je regulować. Jednak osoby aleksytymiczne nie potrafią tego robić i przez to kumulują w sobie „emocjonalne toksyny”, które czasami wywołują somatyzację i trudności psychosomatyczne. Często odwiedzają kolejnych lekarzy, szukając diagnozy, której nie da się postawić, ale nie zamierzają szukać specjalistycznej pomocy psychologicznej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Cristina Gufé, Los seres carentes, w: Límites de realidad, Antología 1982–2016, Madrid: Sial Pigmalión 2017. [wróć]
