Tkacz - Dariusz Bania - ebook
NOWOŚĆ

Tkacz ebook

Dariusz Bania

0,0

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Świat Słowian, ich wierzeń i dawnych bogów. Pełen szumu cichego wiatru buszującego między sitowiem. I krzyku niosącego się między starym a nowym. Ognistych iskier krążących w powietrzu niczym zwiastun nadchodzącego zmierzchu. I pieśń, która daje nadzieję…
Nadir doświadcza lęku przed nieznanym i jednocześnie tym, co utracone. Wrogowie najeżdżają jego osadę, mordują mu bliskich oraz porywają jego ukochaną. Chociaż serce krwawi, postanawia odnaleźć Mirę. Droga jego przeznaczenia jest jednak kręta.
Młody mężczyzna wkracza na ścieżkę pełną niebezpieczeństw, intryg oraz sekretów. Towarzyszy mu tajemniczy Gniewosz. Poznają świat, który jest Nadirowi obcy, oraz władzę, przed którą czasem trzeba się pokłonić.
Powieść na tle historycznych wydarzeń za panowania Piastów. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 415

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mo­jej Żo­nie i Sy­nom – bez Was ta hi­sto­ria ni­g­dy by nie po­wsta­ła

Po­wieść przed­sta­wia losy bo­ha­te­rów na tle wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych epo­ki.Część fak­tów i oko­licz­no­ści uję­to swo­bod­nie na po­trze­by opo­wie­ści.

PROLOG

Cze­kam na Na­wię1. Na jej chłod­ny do­tyk – piesz­czo­tę, któ­ra w lo­do­wa­tym uści­sku przy­nie­sie mi śmierć. Jawi mi się jako isto­ta o wie­lu twa­rzach – raz to sta­ra ko­bie­ta o pu­stych, nie­wi­dzą­cych oczach, raz mło­da dziew­czy­na z bu­rzą ja­snych wło­sów, in­nym ra­zem wil­czy­ca o czar­nym py­sku. Każ­da z nich pa­trzy na mnie ina­czej, ale wszyst­kie w koń­cu sta­pia­ją się w jed­no – ci­chy cień, któ­ry stoi u gra­ni­cy świa­tów. W dło­niach trzy­ma ką­dziel z ni­cią ży­cia, splą­ta­ną w mi­ster­ne wę­zły, z któ­rych każ­dy opo­wia­da inną hi­sto­rię. Nit­ka drży na wie­trze, go­to­wa ze­rwać się przy naj­mniej­szym po­dmu­chu, ale jej ręce są pew­ne – spla­ta­ją, wią­żą, roz­pla­ta­ją. A może to tyl­ko moja wy­obraź­nia.

Cze­kam jed­nak na nią jak na wy­ba­wi­ciel­kę, któ­ra uwol­ni mnie od cię­ża­ru wspo­mnień i po­zwo­li mi się za­nu­rzyć w nie­koń­czą­cy się sen. Wpad­nę tam w bez­kre­sną pust­kę i ciem­ność, gdzie nie ma ni­cze­go, na­wet pa­mię­ci. Wiem za to, że nie tra­fię do nie­ba, o któ­rym ba­ja­ją ka­pła­ni no­we­go boga. Nie wie­rzę, że tam jest moje miej­sce.

Moje cia­ło jest zmę­czo­ne, a wspo­mnie­nia cięż­kie jak ka­mie­nie. Mgła spo­wi­ja pa­mięć, ale są ob­ra­zy, któ­re pło­ną w niej ży­wym ogniem – ob­ra­zy cza­sów, gdy by­łem mło­dy, głu­pi i pe­łen na­dziei.

W noz­drzach wciąż czu­ję za­pach dymu – nie ta­kie­go jak ten, któ­ry uno­si się te­raz nad moim pa­le­ni­skiem, lecz gę­ste­go, gry­zą­ce­go, jak­by spa­le­ni­zna mie­sza­ła się z po­tem i krwią. To był swąd, któ­ry spo­wił na­szą osa­dę tam­te­go dnia, jak za­po­wiedź nad­cho­dzą­ce­go znisz­cze­nia. Dra­pał gar­dło, wci­skał się do płuc i osia­dał na ję­zy­ku cięż­ką, ole­istą war­stwą. Pach­niał nie tyl­ko spo­pie­lo­nym drew­nem, ale też czymś in­nym – czymś, co wy­peł­nia­ło po­wie­trze po spa­le­niu do­mostw, skó­ry, ciał. Ten za­pach to­wa­rzy­szył mi od tam­te­go cza­su i ni­g­dy mnie nie opu­ścił.

W uszach wciąż sły­szę szum wia­tru w ko­ro­nach sta­rych dę­bów – jak szep­ty daw­no umar­łych bo­gów, któ­rzy nie mo­gli nas obro­nić. W tym szu­mie, w tym jęku drzew, czu­ło się sa­mot­ność i pust­kę, jak­by­śmy byli zda­ni tyl­ko na sie­bie, bez­bron­ni wo­bec nad­cho­dzą­cej na­wał­ni­cy. Bo­go­wie, któ­rych wzy­wa­łem, zda­wa­li się być nie­obec­ni, a moja mo­dli­twa ni­g­dy nie do­tar­ła do ich uszu. Wte­dy jesz­cze wie­rzy­łem w bo­gów, w ich li­tość i opie­kę. Dziś wiem, że byli tyl­ko mil­czą­cy­mi świad­ka­mi na­sze­go upad­ku.

Pa­mię­tam po­ran­ki nad je­zio­rem. Chłod­ne, spo­koj­ne, kie­dy rosa lśni­ła na tra­wie, a pta­ki śpie­wa­ły, nie­świa­do­me nad­cho­dzą­cej bu­rzy. Wie­rzy­łem, że świat jest pro­sty i zro­zu­mia­ły. Wte­dy nie wie­dzia­łem, co kry­je się w głę­bi lasu ani co cze­ka za ho­ry­zon­tem, za siną li­nią mo­rza.

I wów­czas w moim ży­ciu po­ja­wił się on. Czło­wiek o wie­lu imio­nach – Gun­nar, Otto, Gnie­wosz, Dau­sadr2. Imię to, choć brzmi jak echo pół­no­cy, sta­ło się ucie­le­śnie­niem cze­goś wię­cej. To on był tka­czem lo­sów. Jego twarz, choć za­ma­za­na mgłą cza­su, wciąż tkwi w mo­jej pa­mię­ci. Pa­mię­tam jego spoj­rze­nie – zim­ne, bez­li­to­sne, a w źre­ni­cach tań­czy­ły pło­mie­nie pie­kiel­ne. Było w nim coś, co jed­no­cze­śnie fa­scy­no­wa­ło i prze­ra­ża­ło. Coś, co obie­cy­wa­ło przy­go­dę, a zwia­sto­wa­ło nie­szczę­ście. Wy­da­wa­ło mi się, że w jego rę­kach były nici ży­cia, któ­re on sam, z nie­wzru­szo­ną pre­cy­zją mógł spla­tać w nie­zna­ne nam kształ­ty prze­zna­cze­nia. Czu­łem, że w każ­dej chwi­li mógł po­cią­gnąć za sznur­ki, któ­re od­mie­nia­ły­by na­sze losy, bez li­to­ści i bez­pow­rot­nie.

Opo­wiem wam o tam­tych dniach. O cza­sie, gdy sta­ną­łem na skra­ju prze­pa­ści, nie­świa­do­my, co cze­ka po dru­giej stro­nie. Dniach, któ­re były po­cząt­kiem koń­ca. Los spla­tał nici mo­je­go ży­cia w sieć, z któ­rej nie mo­głem się wy­rwać. A wszyst­ko za­czę­ło się od zwy­kłe­go po­ran­ka, gdy wró­ci­łem z po­lo­wa­nia z dwo­ma za­ją­ca­mi i prze­czu­ciem, że coś złe­go wisi w po­wie­trzu, ale wów­czas słoń­ce świe­ci­ło zbyt ja­sno, wiatr wiał zbyt ci­cho, a pta­ki śpie­wa­ły zbyt żar­li­wie, jak­by chcia­ły za­głu­szyć nad­cho­dzą­ce nie­szczę­ście.

1. Na­wia – w wie­rze­niach sło­wiań­skich kra­ina zmar­łych, miej­sce, do któ­re­go tra­fia­ją du­sze po śmier­ci.

2. Dau­sadr – imię utwo­rzo­ne z nor­dyc­kie­go „Dau­ði” (śmierć) i „Sædr” (siew­ca), ozna­cza­ją­ce „Siew­ca śmier­ci”.

W CIENIU WILKA

Gło­sy zza pa­li­sa­dy sta­wa­ły się co­raz wy­raź­niej­sze, nio­sły się po wo­dzie i prze­bi­ja­ły przez le­śną gę­stwi­nę. Na­dir uśmiech­nął się na myśl o cie­płym po­sił­ku i Mi­rze. Las się prze­rze­dzał, a pro­mie­nie po­ran­ne­go słoń­ca prze­bi­ja­ły przez ko­ro­ny drzew, rzu­ca­jąc świe­tli­ste pla­my na ściół­kę. Po­ran­na rosa chło­dzi­ła jego odzie­nie, a cię­żar dwóch zwią­za­nych za­ję­cy przy­po­mi­nał o uda­nych ło­wach.

Był zmę­czo­ny, ale spra­wia­ło mu to przy­jem­ność. Kro­ki miał wciąż sprę­ży­ste, a wil­got­ne od rosy łę­czy­sko ci­so­we­go łuku od­bi­ja­ło blask słoń­ca. Wny­ki, któ­re usta­wił po­przed­nie­go dnia, do­sko­na­le się spraw­dzi­ły. Mat­ka na pew­no się ucie­szy.

W koń­cu do­tarł do skra­ju lasu. Mię­dzy drze­wa­mi do­strzegł zna­jo­me strze­chy chat. W po­ran­nym słoń­cu osa­da zda­wa­ła się uno­sić nad zło­ci­stą ta­flą je­zio­ra. Wiatr le­d­wie marsz­czył gład­ką po­wierzch­nię wody, a dym z pa­le­nisk uno­sił się le­ni­wie nad pa­li­sa­dą i da­cha­mi chat. Przy po­mo­ście ko­ły­sa­ły się drew­nia­ne czół­na, a na brze­gu roz­wie­szo­ne sie­ci ła­god­nie fa­lo­wa­ły na wie­trze. Za­pach ryb i dymu mie­szał się z wo­nią nie­daw­no zrą­ba­ne­go drze­wa. Z od­da­li do­bie­ga­ły ra­do­sne krzy­ki dzie­ci, a nad nimi niósł się mia­ro­wy stu­kot mło­ta – oj­ciec już pra­co­wał w kuź­ni.

Pod sto­pa­mi Na­dira za­dud­nił głu­cho drew­nia­ny po­most. Przez uchy­lo­ną bra­mę do­strzegł so­lid­ne ścia­ny z gru­bych bali naj­bliż­szych chat. Po­ra­nek do­pie­ro się za­czy­nał, ale osa­da już tęt­ni­ła ży­ciem. Le­d­wie prze­kro­czył bra­mę, a opa­dła go gro­ma­da roz­czo­chra­nych dzie­ci.

– Na­dir! Za­ją­ce! – eks­cy­to­wał się ro­ze­śmia­ny mały chło­piec, wy­cią­ga­jąc rękę w stro­nę zdo­by­czy.

– Dwa! I ja­kie tłu­ste! – do­dał dru­gi, prze­py­cha­jąc się do przo­du.

Na­dir uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Wi­dzę, że ma­cie so­ko­li wzrok, urwi­sy. Co was tak wcze­śnie wy­gna­ło z chat?

– Po­lo­wa­nie! – od­krzyk­nął ten sam chło­piec. – Ja upo­lu­ję… – za­sta­no­wił się chwi­lę, pa­trząc w za­my­śle­niu na pa­tyk w dło­ni – …niedź­wie­dzia! – za­wo­łał w koń­cu i uniósł pa­tyk, uda­jąc, że ce­lu­je z łuku. W za­pa­le po­tknął się i upadł z gło­śnym ję­kiem.

– Ha­ha­ha! Nie­doj­da… Ła­ma­ga! – drwi­li ze śmie­chem po­zo­sta­li chłop­cy.

– Ej, daj­cie mu spo­kój! – Na­dir pod­szedł do le­żą­ce­go i po­mógł mu wstać. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Ko­la­no… boli – mruk­nął chło­piec.

– Mu­sisz uwa­żać. – Na­dir po­kle­pał go po ra­mie­niu. – A z tym niedź­wie­dziem… to może po­cze­kaj, aż uro­śniesz. Na po­czą­tek wy­star­czy wie­wiór­ka.

W tym mo­men­cie zza jed­nej z chat wy­szła Edna, po­pra­wia­jąc chu­s­tę na gło­wie.

– Na­dirze, wró­ci­łeś! Bo­go­wie czu­wa­li. – Uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko, ale w jej oczach cza­ił się cień nie­po­ko­ju. – Uwa­żaj w tym le­sie, chłop­cze. Coś tam się dzie­je. Wil­ki wyją… ale to nie jest zwy­kłe wy­cie. Jest w nim coś… zło­wiesz­cze­go.

– Wiem, Edno. Dzię­ku­ję za tro­skę. – Na­dir ski­nął gło­wą i po­pa­trzył na za­ją­ce. – Przy­nio­słem coś na obiad.

– O, to wspa­nia­le! Mat­ka bę­dzie rada. A te wil­ki… – Po­krę­ci­ła gło­wą, spo­glą­da­jąc w stro­nę lasu.

Sie­dzą­cy przed cha­tą Dra­gor w sku­pie­niu opra­wiał brze­chwy strzał. Uniósł wzrok na Na­dira i Ednę.

– Edno, zno­wu te two­je stra­chy? – Po­ki­wał gło­wą z uśmie­chem. – Utop­ce, upio­ry… Wil­ki to tyl­ko wil­ki. Na­dir jest już nie­mal do­ro­sły i po­tra­fi o sie­bie za­dbać.

– Obyś miał ra­cję, Dra­go­rze – od­par­ła Edna. – Ale ja czu­ję… – za­mil­kła na chwi­lę, szu­ka­ła od­po­wied­nich słów – …jak­by cień padł na na­szą osa­dę.

Dra­gor spoj­rzał na za­ją­ce i uśmiech­nął się lek­ko pod gę­stą bro­dą.

– Do­bry łow­ca z cie­bie wy­ra­sta, Na­dirze – rzekł, kła­dąc cięż­ką dłoń na ra­mie­niu chłop­ca. – Ale pa­mię­taj, las to nie tyl­ko two­ja zdo­bycz. Ma swo­je pra­wa. Nie bierz wię­cej niż ci po­trze­ba, bo Le­szy3się roz­sier­dzi, a wte­dy i naj­lep­szy my­śli­wy nie wró­ci do domu. – Zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc w kie­run­ku pusz­czy. – A od pół­no­cy, sły­sza­łem, krę­cą się ja­cyś obcy. Mó­wią w ję­zy­ku, któ­re­go nie ro­zu­mie­my, a na pier­siach no­szą dziw­ne zna­ki, krzy­że ja­kieś. Mó­wią, że to znak ich boga, któ­re­go po­dob­no sami za­bi­li… Ach, nie zro­zu­mie czło­wiek tych in­no­ści… Ale to nie mogą być do­brzy lu­dzie, sko­ro swe­go boga do drze­wa przy­bi­li i jesz­cze jako znak to no­szą. Le­piej miej ostrą włócz­nię przy boku. Lu­dzie – za­wie­sił głos – lu­dzie są gor­si niż wil­ki Edny. Wilk za­bi­je, by prze­żyć, ale czło­wiek… Czło­wiek po­tra­fi za­bi­jać dla za­ba­wy i chci­wo­ści. A ci obcy… Ci, co ich spo­tka­li, mó­wi­li, że w ich oczach wi­dzie­li tyl­ko chci­wość.

Na­dir ski­nął gło­wą.

– Będę pa­mię­tał.

Las od za­wsze go po­cią­gał i przy­zy­wał. Za­nu­rza­jąc się w jego par­ne ostę­py, czuł nie­mal na­ma­cal­ną ci­szę i ciem­ność. Od­gło­sy były peł­ne ta­jem­ni­czo­ści – sze­lest li­ści, da­le­ki krzyk pta­ka, ci­che chrzęsz­cze­nie ga­łę­zi pod ła­pa­mi nie­wi­docz­nych stwo­rzeń. Wą­skie stru­gi świa­tła z tru­dem prze­bi­ja­ły się przez splą­ta­ne ko­ro­ny wie­ko­wych drzew, two­rząc na mchu i ściół­ce pla­my zło­ta i głę­bo­kie­go cie­nia. Tam czuł obec­ność Le­sze­go – cię­żar w pier­si, dreszcz na kar­ku, wra­że­nie, że ktoś go ob­ser­wu­je. Chwi­la­mi, prze­my­ka­jąc wy­dep­ta­ny­mi przez zwie­rzę­ta ścież­ka­mi, na­gle przy­sta­wał, czu­jąc, jak je­ży­ły mu się wło­ski na kar­ku. Sły­szał wte­dy le­d­wie sły­szal­ny po­mruk, jak­by echo szep­tu wia­tru, a w gło­wie roz­brzmie­wa­ły opo­wie­ści bab­ki o le­śnych du­chach strze­gą­cych swe­go kró­le­stwa przed ludz­ką chci­wo­ścią.

Bab­ka ma­wia­ła, że Le­szy to pan lasu, isto­ta o wie­lu twa­rzach – cza­sem uka­zy­wał się jako sta­rzec z korą za­miast skó­ry, cza­sem jako ol­brzym o oczach pło­ną­cych jak żar. Po­tra­fił być opie­ku­nem, ale i złym du­chem, któ­ry wo­dził na ma­now­ce tych, co nie oka­za­li mu sza­cun­ku. Dla­te­go przed wej­ściem do lasu za­wsze na­le­ża­ło zo­sta­wić ofia­rę – skib­kę chle­ba, garść ja­gód lub szczyp­tę soli. Inni szep­ta­li, że idąc w las, naj­le­piej no­sić przy so­bie też ga­łąz­kę je­mio­ły, by od­stra­szyć Wiły4, któ­re uwiel­bia­ły plą­tać ścież­ki i ku­sić po­dróż­nych swym śpie­wem.

Gdy wy­cho­dził z gę­stwi­ny na słoń­ce, te uczu­cia zni­ka­ły, roz­pra­sza­ne cie­płem i świa­tłem. Wsty­dził się wte­dy, że dał się po­nieść wy­obraź­ni. Ale w głę­bi du­szy wie­dział, że las to nie tyl­ko drze­wa i krze­wy. Był kró­le­stwem Le­sze­go, peł­nym ta­jem­nic i du­chów, któ­re pa­mię­ta­ły cza­sy, gdy lu­dzie skła­da­li im ofia­ry pod świę­ty­mi dę­ba­mi, za­nim przy­szli obcy ka­pła­ni z krzy­ża­mi i ogniem.

Cha­ta pach­nia­ła świe­żym chle­bem, cie­płem. Po pro­stu do­mem. Mat­ka, krzą­ta­jąc się przy pa­le­ni­sku, rzu­ci­ła ukrad­ko­we spoj­rze­nie w stro­nę Na­dira, jak­by chcia­ła się upew­nić, że nic mu się nie sta­ło.

– Wresz­cie je­steś – mruk­nę­ła.

Kie­dy pod­nio­sła wzrok, jej oczy lśni­ły głę­bo­kim brą­zem – nie­mal czar­ne, a jed­nak cie­płe. Skó­ra mia­ła oliw­ko­wy od­cień, inny niż u ko­biet we wsi. Wło­sy, gę­ste i ciem­ne jak skrzy­dła kru­ka, opa­da­ły na ple­cy w cięż­kich splo­tach. Nie­któ­rzy wciąż pa­trzy­li na nią z dy­stan­sem – pa­mię­ta­li, że nie jest stąd. Mimo lat wciąż czu­ła się tu obca, jak wów­czas, gdy zna­le­zio­no ją na brze­gu mo­rza, wy­rzu­co­ną przez fale. Jej daw­ne ży­cie prze­pa­dło wraz z ło­dzią po­chło­nię­tą przez sine i zim­ne wody. Na­dal tę­sk­ni­ła za su­chym do­ty­kiem wia­tru i piesz­czo­tą pu­styn­ne­go słoń­ca, za wi­ra­mi pia­sku, któ­re wiatr two­rzył na bez­kre­snych rów­ni­nach. Czu­ła wciąż w ustach sło­dycz dak­ty­li, któ­re to­wa­rzy­szy­ły jej we wspo­mnie­niach o domu. Ale dla Na­dira była po pro­stu mat­ką.

– Wiesz, że nie lu­bię, jak włó­czysz się no­ca­mi po le­sie. A ostat­nio… – urwa­ła, a na jej twa­rzy po­ja­wił się cień smut­ku. – Mam złe prze­czu­cia. Coś wisi w po­wie­trzu. A te wil­ki… wyły ina­czej. Nie­po­ko­ją­co. Jak­by cier­pia­ły.

– Ga­dasz jak sta­ra Edna, mamo – po­wie­dział żar­to­bli­wie, ale wi­dząc, że mat­ka pa­trzy na nie­go po­waż­nie, sam rów­nież spo­waż­niał.

– A co? Edna głu­pia? – Mat­ka unio­sła brew. – Ko­bie­ty wie­dzą swo­je, a ty my­ślisz, że je­steś mą­drzej­szy od daw­nych opo­wie­ści i od… – za­wa­ha­ła się, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów – od tego, co ser­ce pod­po­wia­da.

– No do­brze, mamo, do­brze. – Na­dir uniósł ręce w ge­ście pod­da­nia. – Już nie będę się śmiał. Ale to pew­nie tyl­ko wil­ki.

– Obyś miał ra­cję, synu – wes­tchnę­ła, spo­glą­da­jąc w stro­nę okna.

Po chwi­li prze­nio­sła wzrok na nie­go i pa­trzy­ła dłu­go, jak­by chcia­ła za­pa­mię­tać każ­dy rys jego twa­rzy. W jego spoj­rze­niu od­naj­dy­wa­ła echo wła­sne­go ludu – moc­ne ko­ści po­licz­ko­we, ciem­niej­sze wło­sy, cień da­le­kich kra­in, któ­rych już ni­g­dy nie uj­rzy. Nada­ła mu imię Na­dir, bo w jej ję­zy­ku, któ­ry już le­d­wo pa­mię­ta­ła, sło­wo to ozna­cza­ło coś rzad­kie­go i wy­jąt­ko­we­go. Był jej da­rem od losu, je­dy­nym skar­bem, któ­re­go nie mo­gła jej ode­brać żad­na bu­rza, żad­na fala, żad­na obca zie­mia.

– Ale… – za­mil­kła na chwi­lę. – Coś się zmie­ni­ło. Czu­ję to.

– Tyl­ko wil­ki. Zwy­kłe wil­ki – od­po­wie­dział, pró­bu­jąc do­dać so­bie i mat­ce otu­chy.

– Zwy­kłe? – Mat­ka unio­sła brew jesz­cze wy­żej. – A sły­sza­łeś je? Na­praw­dę sły­sza­łeś? To nie był głód, Na­dirze. To był… żal. Roz­pacz. Jak­by coś stra­ci­ły. Albo ko­goś. Pa­mię­tam, jak w dzie­ciń­stwie opo­wia­da­no mi, że wy­cie dhi’b, wil­ka, to głos dżin­nów, któ­re zgu­bi­ły się w wi­rach wia­tru.

Na­dir umilkł, nie­pew­ny, co od­po­wie­dzieć. Ni­g­dy wcze­śniej mat­ka nie mó­wi­ła o wil­kach w taki spo­sób. Do­tych­czas opi­sy­wa­ła je jako dra­pież­ni­ki, któ­rych na­le­ży się wy­strze­gać.

– Może… może masz ra­cję, mamo – po­wie­dział w koń­cu. – Może wil­ki na­praw­dę coś stra­ci­ły. Może…

– Może to znak – prze­rwa­ła mu mat­ka, a jej głos za­drżał. – Znak od bo­gów. Mó­wią, że wil­ki są ich po­słań­ca­mi. Że przy­no­szą wie­ści o do­brych i złych cza­sach. A to wy­cie… to brzmi, jak­by zwia­sto­wa­ły nie­szczę­ście.

Do cha­ty wpadł młod­szy brat Na­dira, Ra­do­mir. Wsko­czył na bra­ta z en­tu­zja­zmem i uwie­si­ła mu się na ra­mie­niu. Jego wło­sy, ciem­ne, lecz ja­śniej­sze niż u mat­ki, roz­czo­chra­ły się w wi­rze ru­chu. Miał jej oczy – ten sam głę­bo­ki brąz, któ­ry zda­wał się po­chła­niać świa­tło.

– Ile zła­pa­łeś? Dwa? – za­wo­łał z eks­cy­ta­cją. – Ja też kie­dyś pój­dę z tobą na po­lo­wa­nie! Na­uczysz mnie, praw­da? Wi­dzia­łeś ja­kieś śla­dy? Wil­ki były bli­sko? Sta­ra Edna mó­wi­ła, że to nie są zwy­kłe wil­ki… – Urwał, gdy za­uwa­żył mat­kę, któ­ra zmarsz­czy­ła czo­ło. Jej spoj­rze­nie, za­wsze peł­ne cie­pła, te­raz było jak ostrze­że­nie.

– Opo­wiedz mi, jak je zła­pa­łeś! – wtrą­ci­ła Mi­le­na, sio­stra Na­dira, pod­ska­ku­jąc z nie­cier­pli­wo­ścią. Jej śnia­da cera, odzie­dzi­czo­na po mat­ce, ró­żo­wi­ła się od emo­cji. – Czy ucie­ka­ły? Były szyb­kie? A może scho­wa­ły się pod krza­ka­mi?

W cha­cie zro­bi­ło się gwar­no. Śmie­chy i okrzy­ki dzie­ci wy­peł­ni­ły wnę­trze. Mat­ka po­krę­ci­ła gło­wą z uśmie­chem, ale w jej oczach na­dal wid­niał cień nie­po­ko­ju. Pa­trzy­ła na syna – na jego oliw­ko­wą skó­rę i ciem­ne oczy, któ­re tak bar­dzo przy­po­mi­na­ły jej wła­sne. Cza­sem draż­ni­ło ją, że miesz­kań­cy wsi wi­dzą w nim „ob­ce­go”, ale jed­no­cze­śnie czu­ła dumę. Był ży­wym do­wo­dem jej prze­trwa­nia.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie! – Na­dir za­śmiał się, wi­dząc ich pod­eks­cy­to­wa­nie. – Były spryt­ne, ale moje pu­łap­ki oka­za­ły się spryt­niej­sze. Ale to – mru­gnął do sio­stry – se­kret my­śli­we­go. Może kie­dyś was za­bio­rę, jak tro­chę pod­ro­śnie­cie.

– Aku­rat! – prych­nę­ła dziew­czyn­ka. – Pew­nie za­bie­rzesz Mirę. – Spoj­rza­ła na bra­ta za­dzior­nie. – A kie­dy się z nią oże­nisz?

Na­dir zmarsz­czył brwi, za­sko­czo­ny, ale Mi­le­na kon­ty­nu­owa­ła z uśmie­chem.

– Wiesz, była tu i o cie­bie py­ta­ła. Po­wie­dzia­łam, że cię nie ma. Jak jej nie upil­nu­jesz, to Zby­lut ci ją sprząt­nie!

– Mira tu była? Kie­dy? – za­py­tał Na­dir, sta­ra­jąc się ukryć za­sko­cze­nie. Cie­pło, któ­re na­gle roz­la­ło się po jego po­licz­kach, kon­tra­sto­wa­ło z oliw­ko­wym od­cie­niem skó­ry.

– Wczo­raj wie­czo­rem. Przy­nio­sła ja­go­dy albo orze­chy. Już nie pa­mię­tam. Wy­glą­da­ła na zmar­twio­ną.

– Zmar­twio­ną? Dla­cze­go?

– A skąd ja mam wie­dzieć? – prych­nę­ła Mi­le­na i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Może dla­te­go, że zno­wu włó­czy­łeś się po nocy po le­sie? Albo dla­te­go, że ostat­nio nie umó­wi­li­ście się na swo­je se­kret­ne spo­tka­nia? – do­da­ła z prze­ką­sem.

Na­dir po­czuł, jak krew na­pły­wa mu do twa­rzy.

– Skąd wiesz o…?

– O tym, że się spo­ty­ka­cie? – prze­rwa­ła mu dziew­czyn­ka i wy­buch­nę­ła śmie­chem. – Prze­cież wszy­scy wie­dzą, że się wy­my­ka­cie ra­zem. To żad­na ta­jem­ni­ca! Wi­dzia­łam was raz, jak wra­ca­li­ście o świ­cie. Trzy­ma­li­ście się za ręce, a Mira mia­ła wło­sy peł­ne li­ści. My­ślisz, że je­stem śle­pa?

Na­dir spoj­rzał na sio­strę z wy­rzu­tem, ale w jego gło­sie było wię­cej za­kło­po­ta­nia niż gnie­wu.

– Mi­le­no…

– No co? – we­szła mu w sło­wo. – Nie uda­waj, że to wiel­ka ta­jem­ni­ca. Na­wet sta­ra Edna mó­wi­ła, że wi­dzia­ła was nad je­zio­rem. A Zby­lut… – urwa­ła, wi­dząc, jak brat marsz­czy czo­ło.

Mat­ka, któ­ra do tej pory mil­cza­ła, unio­sła brew.

– Mił­ka – za­czę­ła, ale ta jej prze­rwa­ła.

– No co, mama? Prze­cież to nic złe­go! Mira by­ła­by jak star­sza sio­stra, a Na­dir – spoj­rza­ła na bra­ta z prze­ką­sem – może wresz­cie prze­sta­nie uda­wać, że mu się nie po­do­ba.

– A Zby­lut krę­ci się koło Miry – wtrą­cił ci­cho Ra­do­mir.

Mat­ka spoj­rza­ła na Ra­do­mi­ra i w jego ry­sach do­strze­gła echo da­le­kich kra­in – ten sam kształt ust, któ­ry ostat­nio za­uwa­ży­ła u prze­jeż­dża­ją­cych kup­ców z po­łu­dnia i wi­dy­wa­ła w swo­im od­bi­ciu, gdy spo­glą­da­ła w ta­flę wody. Cza­sem my­śla­ła, że jej dzie­ci są jak żywe mo­sty mię­dzy dwo­ma świa­ta­mi: tym, któ­ry utra­ci­ła, a tym, któ­ry zbu­do­wa­ła. Ale dziś, gdy wil­ki wyły ina­czej, czu­ła, że ten most może się za­wa­lić.

– Wi­dzia­łem ich ra­zem nad je­zio­rem. Śmia­li się.

– Zby­lut? – Za­zdrość za­pie­kła Na­dira ni­czym ukłu­cie igły. – Kie­dy to było?

– Wczo­raj po po­łu­dniu – od­parł brat. – Ga­da­li o czymś i… no wiesz. Śmia­li się.

Mi­le­na za­chi­cho­ta­ła.

– Może to o to­bie roz­ma­wia­li? Może Zby­lut opo­wia­dał jej, że za­miast zaj­mo­wać się dziew­czy­na­mi, ła­piesz za­ją­ce!

Na­dir par­sk­nął z uda­wa­ną iry­ta­cją.

– Bar­dzo śmiesz­ne. Głu­pia je­steś, smar­ku­lo! – rzu­cił i szturch­nął sio­strę lek­ko w ra­mię.

– Sam je­steś głu­pi! I wca­le nie je­stem smar­ku­lą! – Mi­le­na od­po­wie­dzia­ła z obu­rze­niem, ale za­raz jej oczy roz­bły­sły psot­nym uśmie­chem. – Mira po­wie­dzia­ła, że masz ład­ne oczy! „Jak dwa wę­gle w ogniu” – par­sk­nę­ła. – Ta­kie ta­jem­ni­cze i głę­bo­kie – chi­cho­ta­ła, prze­drzeź­nia­jąc za­chwyt Miry.

Na­dir po­czuł, jak cie­pło roz­le­wa się na jego po­licz­kach. Od­wró­cił wzrok, a jego ciem­ne rzę­sy opa­dły, ma­sku­jąc zmie­sza­nie.

– Co ty wy­ga­du­jesz?

– Mó­wię, jak było! – Dziew­czyn­ka za­śmia­ła się, wi­dząc, jak go za­wsty­dzi­ła.

Mat­ka prze­rwa­ła ich prze­ko­ma­rza­nie sta­now­czym to­nem:

– Dość już tego! Na­dir, sia­daj. Ja­gły z su­szo­ny­mi śliw­ka­mi i mio­dem już cze­ka­ją. – Jej głos był cie­pły, ale gdy spoj­rza­ła na syna, w jej oczach po­ja­wił się le­d­wo za­uwa­żal­ny błysk nie­po­ko­ju. Za­sta­na­wia­ła się, czy kto­kol­wiek we wsi ro­zu­mie, że te oczy, któ­re tak urze­kły Mirę, są czę­ścią dzie­dzic­twa star­sze­go niż cała ich osa­da.

Na­dir spoj­rzał na mi­skę pa­ru­ją­cą na sto­le. Aro­mat słod­kich śli­wek i mio­du przy­pra­wił go o bur­cze­nie w brzu­chu.

– Już jem, mamo – od­parł i usiadł na ła­wie.

Wziął drew­nia­ną łyż­kę i na­brał so­lid­ną por­cję ka­szy. Cie­pło po­sił­ku roz­la­ło się po jego cie­le, od­pę­dza­jąc zmę­cze­nie noc­nej wy­pra­wy.

Mat­ka po­de­szła do okna i spoj­rza­ła w stro­nę kuź­ni, skąd do­bie­gał mia­ro­wy stu­kot mło­ta. Na jej twa­rzy po­ja­wił się cień po­wa­gi.

– Twój oj­ciec – za­wa­ha­ła się na mo­ment, po czym wes­tchnę­ła ci­cho. – Cze­ka na cie­bie w kuź­ni. I nie wy­glą­da na za­do­wo­lo­ne­go. Le­piej się po­spiesz.

Na­dir po­chło­nął po­si­łek. Łap­czy­wie prze­łknął ostat­ni kęs ka­szy, wy­dra­pał li­po­wą łyż­ką mi­skę i wstał od sto­łu. Wy­tarł usta wierz­chem dło­ni, rzu­cił mat­ce uspo­ka­ja­ją­ce spoj­rze­nie i po­wie­dział:

– Już idę.

Wy­szedł z cha­ty, czu­jąc na ple­cach cię­żar jej za­tro­ska­ne­go wzro­ku. Stu­kot mło­ta sta­wał się co­raz wy­raź­niej­szy.

– Nie jest do­brze – mruk­nął pod no­sem i po­szedł w stro­nę kuź­ni.

Wie­dział, że oj­ciec bę­dzie nie­za­do­wo­lo­ny. Obie­cał po­móc od rana, ale las… jak za­wsze stra­cił tam wię­cej cza­su, niż pla­no­wał.

Kuź­nia, jak zwy­kle, roz­brzmie­wa­ła od­gło­sa­mi. Ryt­micz­ny dźwięk ku­cia mie­szał się z sy­kiem har­to­wa­ne­go me­ta­lu i skrzy­pie­niem mie­cha. Po­wie­trze było cięż­kie od za­pa­chu dymu, potu i go­rą­ce­go że­la­za.

Oj­ciec, po­chy­lo­ny nad pa­le­ni­skiem, na­wet nie pod­niósł gło­wy, gdy Na­dir wszedł. Za­ci­śnię­ty­mi usta­mi po­ru­szał mie­chem, roz­pa­la­jąc ogień do czer­wo­no­ści.

– Zno­wu w le­sie? – rzu­cił szorst­ko, nie pa­trząc na syna. Jego głos był chra­pli­wy od wy­sił­ku i tłu­mio­nej zło­ści. – Sier­py cze­ka­ją na ostrze­nie – cią­gnął, wciąż nie pa­trząc na chło­pa­ka. – A ra­dło dla Bol­ka samo się nie zro­bi. Po­go­da się psu­je, plo­ny trze­ba ze­brać, za­nim desz­cze wszyst­ko znisz­czą.

Na­dir za­ci­snął pię­ści, czu­jąc, jak iry­ta­cja za­czy­na na­ra­stać.

– Wiem – od­parł, opa­no­wu­jąc gniew. – Ale mię­so też jest waż­ne.

– Wszy­scy się czymś zaj­mu­ją – kon­ty­nu­ował oj­ciec i wresz­cie pod­niósł wzrok. – Tyl­ko cie­bie jak zwy­kle nie ma, kie­dy je­steś po­trzeb­ny.

– Mię­so się przy­da. Po­trze­bu­je­my go tak samo jak na­rzę­dzi, ziar­na i wszyst­kie­go in­ne­go. A to, że przy­nio­słem je­dze­nie, nic nie zna­czy? – od­parł z prze­ką­sem.

Oj­ciec od­wró­cił się po­wo­li. Zmę­czo­ne oczy spo­tka­ły się ze wzro­kiem Na­dira. W jego spoj­rze­niu od­bi­ja­ły się nie tyl­ko złość i fru­stra­cja, ale tak­że coś głęb­sze­go – za­wód i ból.

– Wiem, Na­dirze. Wiem – po­wie­dział. – Ale to nie wy­star­czy. Mu­sisz my­śleć o przy­szło­ści – oznaj­mił, a jego głos stał się tward­szy. – Myśl o plo­nach, o bez­pie­czeń­stwie. Pra­ca w kuź­ni jest po­trzeb­na, a ko­wal sza­no­wa­ny. Mu­sisz się uczyć. Myśl o nor­mal­nym ży­ciu. Nie tyl­ko o – za­milkł na mo­ment, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go sło­wa – włó­czę­go­stwie.

– Włó­czę­go­stwie?! – wy­buch­nął Na­dir. Jego głos za­drżał z gnie­wu. – My­ślisz, że to za­ba­wa? Po­lu­ję, uczę się strze­lać, wal­czyć… Kie­dyś sam mó­wi­łeś, że męż­czy­zna musi być od­waż­ny, za­rad­ny i za­wsze bro­nić swo­ich naj­bliż­szych! A te­raz? Cho­wasz się w kuź­ni i kle­piesz że­la­zo! Za­po­mnia­łeś, jak to jest trzy­mać miecz w dło­ni? To jest to nor­mal­ne ży­cie, ja­kie­go chcesz dla mnie? A co bę­dzie, jak Nie­mi się po­ja­wią? Dra­gor mó­wił, że są co­raz bli­żej nas.

Oj­ciec ścią­gnął brwi. Na jego twa­rzy po­ja­wił się gniew, a w gło­sie po­brzmie­wa­ła groź­ba. W jego oczach jed­nak było coś wię­cej niż tyl­ko złość – było tam coś, co przy­po­mi­na­ło cień prze­szło­ści. Może wi­dział już ko­goś, kto szedł tą samą ścież­ką, a może sam kie­dyś stał w tym sa­mym miej­scu, z tym sa­mym ogniem w pier­si, go­tów spa­lić się w imię nie­zna­nej jesz­cze praw­dy. A może wi­dział sie­bie – młod­sze­go, bar­dziej po­ryw­cze­go, zde­ter­mi­no­wa­ne­go, by zmie­nić coś, cze­go zmie­nić się nie dało. Może wła­śnie dla­te­go gniew mie­szał się w nim z czymś jesz­cze – cie­niem lęku, któ­re­go nie chciał na­zwać.

– Nie wiesz, o czym mó­wisz, Na­dirze – wark­nął, za­ci­ska­jąc dło­nie na rę­ko­je­ści mło­ta. – Nie masz po­ję­cia, co wi­dzia­łem. Nie masz po­ję­cia, czym jest praw­dzi­wa wal­ka. Uwierz mi, to nie jest ży­cie, ja­kie­go bym dla cie­bie pra­gnął. Nic nie wiesz…

– Strach cię spa­ra­li­żo­wał! – wy­krzyk­nął Na­dir i nie po­tra­fił już po­wstrzy­mać po­to­ku słów. – Je­steś tchó­rzem! Ow­szem, nic nie wiem o to­bie, bo za­wsze mnie zby­wasz. Ile mu­sia­łem pro­sić, abyś cho­ciaż tro­chę chciał mnie na­uczyć wal­czyć… Nie dzi­wię się tym, co nie po­tra­fią wal­czyć, ale ty po­tra­fisz… i dla­te­go mi wstyd, że się cho­wasz… tchórz!

Sło­wa, jak ude­rze­nia, roz­brzmia­ły echem w kuź­ni. Oj­ciec za­marł, a jego dłoń za­ci­snę­ła się na rę­ko­je­ści mło­ta tak moc­no, że kost­ki zbie­la­ły. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że rzu­ci się na syna. Na­dir stał przez mo­ment, drżąc z gnie­wu, a po­tem od­wró­cił się na pię­cie i wy­biegł, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Za nim po­zo­sta­ła tyl­ko ci­sza, prze­ry­wa­na trza­ska­niem ognia w pa­le­ni­sku.

Oj­ciec stał nie­ru­cho­mo. Sło­wo „tchórz” wże­ra­ło się w jego umysł. Gdzieś w głę­bi ser­ca po­czuł, jak bo­le­sne wspo­mnie­nia za­czy­na­ją po­wra­cać. Ob­ra­zy, któ­re każ­dej nocy na­wie­dza­ły go, gdy tyl­ko za­mknął oczy.

Pa­mię­tał woj­nę i bi­twy. Ten brud­ny, cha­otycz­ny wir krwi, bólu i śmier­ci. Pa­mię­tał wy­cie ran­nych, jęki umie­ra­ją­cych, smród ciał gni­ją­cych w upa­le. Wi­dział wo­jow­ni­ków, przy­po­mi­na­ją­cych bar­dziej zwie­rzę­ta niż lu­dzi – pi­ja­nych i trzę­są­cych się ze stra­chu. Sto­ją­cych w mu­rze tarcz i ro­bią­cych pod sie­bie. Pa­mię­tał twarz swo­je­go bra­ta, młod­sze­go o dwa lata, umie­ra­ją­ce­go w jego ra­mio­nach, z ocza­mi peł­ny­mi zdzi­wie­nia i bólu. To wte­dy po­sta­no­wił: dość. Po­rzu­cił miecz. Po­rzu­cił wo­jen­ne ży­cie, by chro­nić ro­dzi­nę. Zna­lazł spo­koj­ne miej­sce w tej za­gu­bio­nej w ostę­pach osa­dzie. Chciał spo­ko­ju dla swo­jej żony i dzie­ci. Ale te­raz… te­raz wła­sny syn na­zwał go tchó­rzem.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem pod­szedł do sta­rej, za­ku­rzo­nej skrzy­ni w rogu kuź­ni. Otwo­rzył ją ostroż­nie. W środ­ku, sta­ran­nie owi­nię­ty w po­żół­kłe płót­no, spo­czy­wał po­dłuż­ny przed­miot. Roz­wi­nął go po­wo­li. Miecz. Ostrze wciąż lśni­ło jak nowe. Dłu­ga, pro­sta głow­nia po­ły­ski­wa­ła w pół­mro­ku, a na jej po­wierzch­ni wiły się sub­tel­ne wzo­ry ta­jem­nych zna­ków. W świe­tle pa­da­ją­cym z okna do­strzegł de­li­kat­ne srebr­ne nit­ki, któ­re zdo­bi­ły stal, ukła­da­jąc się w geo­me­trycz­ne kształ­ty i krzy­że. Na sa­mym szczy­cie ostrza, tuż przy rę­ko­je­ści, po­ły­ski­wał znak przy­po­mi­na­ją­cy słoń­ce – ro­ze­ta z pro­mie­nia­mi, któ­ra zda­wa­ła się tchnąć w broń du­szę daw­nych cza­sów.

Rę­ko­jeść mie­cza była pro­sta, ale wy­ra­zi­sta. Gdy ob­ró­cił ostrze, wpa­trzył się w wy­tra­wio­ny bli­sko niej na­pis – le­d­wo wi­docz­ny, ale na­dal czy­tel­ny znak płat­ne­rza, któ­ry chciał, by jego imię prze­trwa­ło lata.

Miecz był cięż­ki, ale do­sko­na­le wy­wa­żo­ny. Każ­dy ruch ostrza wy­da­wał się na­tu­ral­ny, jak­by broń sta­wa­ła się czę­ścią dło­ni, któ­ra ją trzy­ma­ła. To nie była zwy­kła stal – to była broń wo­jow­ni­ka, któ­ry wal­czył na po­lach wie­lu bi­tew i za­wsze no­sił ją z dumą. Ostrze, choć no­si­ło śla­dy wie­lu lat, wciąż było pięk­ne. W jego lśnią­cej po­wierzch­ni za­klę­ta była pa­mięć o po­przed­nich wła­ści­cie­lach i ich bo­jach. Na­wet te­raz, po la­tach spę­dzo­nych w ciem­no­ści skrzy­ni, miecz zda­wał się szep­tać hi­sto­rie o daw­nej chwa­le i już za­po­mnia­nych bi­twach.

Na­zna­czo­ne bli­zna­mi dło­nie za­ci­snę­ły się na rę­ko­je­ści. Cię­żar mie­cza był zna­jo­my i przy­no­sił ze sobą wspo­mnie­nia – bra­ter­stwa, stra­ty, bólu i żalu. Dumy. Spoj­rzał na ostrze i do­strzegł w nim od­bi­cie swo­je­go daw­ne­go ży­cia.

Czy Na­dir zro­zu­mie? Czy bę­dzie mu­siał po­dą­żyć tą samą ścież­ką, by po­jąć, co oj­ciec wi­dział i cze­go do­świad­czył?

Za­mknął oczy, po­zwa­la­jąc wspo­mnie­niom ogar­nąć jego umysł. Czuł, jak w gło­wie za­czy­na­ją kłę­bić się ob­ra­zy z daw­nych dni. Po chwi­li, z cięż­kim wes­tchnie­niem, otwo­rzył je po­wo­li. Sta­ran­nie za­wi­nął ostrze w płót­no i scho­wał miecz z po­wro­tem do skrzy­ni.

Nie. Nie te­raz. I oby ni­g­dy.

A Na­dir biegł, emo­cje wi­ro­wa­ły w nim jak nie­spo­koj­na bu­rza. Wście­kłość mie­sza­ła się z ża­lem, tar­ga­ły nim sprzecz­ne my­śli. Krew pul­so­wa­ła w skro­niach ni­czym ude­rze­nia bęb­na, a w uszach wciąż roz­brzmie­wa­ły peł­ne zło­ści sło­wa rzu­co­ne ojcu w twarz. Każ­dy krok na chrzęsz­czą­cej ścież­ce przy­po­mi­nał mu o wy­rzu­tach su­mie­nia, ale gniew sku­tecz­nie je za­głu­szał.

Wiatr niósł za nim gry­zą­cy za­pach dymu z kuź­ni, wdzie­ra­ją­cy się w noz­drza ni­czym przy­po­mnie­nie o nie­zre­ali­zo­wa­nych ocze­ki­wa­niach. Na brze­gu je­zio­ra zo­ba­czył Mirę. Jej zwy­kle pro­mien­na twarz była te­raz za­my­ślo­na, a w oczach cza­ił się nie­po­kój. Po­de­szła do nie­go po­wo­li, a jej ręce unio­sły się w ge­ście, jak­by chcia­ły go ob­jąć, ale jego wzrok spra­wił, że je cof­nę­ła.

– Na­dirze, co się sta­ło? – za­py­ta­ła ci­cho, do­ty­ka­jąc tyl­ko jego ra­mie­nia de­li­kat­nie. – Wi­dzia­łam, jak wy­bie­głeś z kuź­ni. Zno­wu po­kłó­ci­łeś się z oj­cem?

Jego spoj­rze­nie było peł­ne fu­rii.

– On po pro­stu mnie nie ro­zu­mie! – wark­nął, a jego głos drżał od tłu­mio­nej zło­ści. – Cią­gle po­wta­rza, że je­stem lek­ko­myśl­ny, że nie mam po­ję­cia o od­po­wie­dzial­no­ści! A sam? Cały czas tyl­ko kuź­nia, rola, jak­by to był cały świat! Za­po­mniał, co to zna­czy żyć! I mnie też chce ska­zać na taki los. Ni­g­dy mi nie opo­wie­dział o swo­jej prze­szło­ści. Mil­czy, jak gdy­by to była ja­kaś ta­jem­ni­ca.

Mira cof­nę­ła się o krok, za­sko­czo­na jego gwał­tow­ną re­ak­cją.

– Na­dirze, twój oj­ciec… – za­czę­ła, ale za­wa­ha­ła się, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Je­steś dla nie­go nie­spra­wie­dli­wy. On nie za­wsze taki był. Wszy­scy w osa­dzie pa­mię­ta­ją, że kie­dyś był kimś in­nym. A te­raz, bez nie­go i jego pra­cy, by­ło­by nam trud­no. Wszy­scy go po­trze­bu­ją.

– Kim?! – prze­rwał jej Na­dir gorz­kim śmie­chem, któ­ry bar­dziej przy­po­mi­nał pe­łen bólu krzyk. – Kim?! Mó­wisz, że był kimś in­nym, a ja o tym nic nie wiem! Tyl­ko ja­kieś plot­ki. Dla­cze­go?! Dla­cze­go mu­szę żyć w tej cho­ler­nej nie­wie­dzy?! Może ci wszy­scy, o któ­rych mó­wisz, są dla nie­go waż­niej­si niż ja. A dla mnie ma tyl­ko po­ła­jan­ki.

Mira pa­trzy­ła na nie­go z nie­po­ko­jem, a w jej oczach po­ja­wi­ły się łzy.

– Na­dirze, pro­szę, uspo­kój się – wy­szep­ta­ła i pró­bo­wa­ła go ob­jąć.

– Nie do­ty­kaj mnie! – wy­ce­dził przez za­ci­śnię­te zęby, od­su­wa­jąc się gwał­tow­nie.

Jego ręka w od­ru­chu unio­sła się w po­wie­trzu – nie żeby ją ude­rzyć, ale jak­by chciał od­gro­dzić się od wszyst­kie­go, na­wet od niej. Mira drgnę­ła i cof­nę­ła się jesz­cze bar­dziej, a jej spoj­rze­nie w jed­nej chwi­li wy­peł­ni­ło się czymś, co ści­snę­ło go w żo­łąd­ku. Nie był to tyl­ko strach – to było coś wię­cej.

Roz­cza­ro­wa­nie.

Jak­by w tej jed­nej chwi­li prze­sta­ła go po­zna­wać.

– On mnie za­wiódł, Miro. – Jego głos był twar­dy, nie­prze­jed­na­ny. – Za­wsze go po­dzi­wia­łem, a te­raz… te­raz wi­dzę, że jest tchó­rzem.

I wte­dy po­wie­dział coś, cze­go od razu po­ża­ło­wał.

– Może ty też go tak bro­nisz, bo tak samo bo­isz się praw­dy… jak Zby­lut.

Zo­ba­czył, jak Mira otwie­ra usta, ale nie wy­do­by­wa się z nich ani jed­no sło­wo. Jej po­licz­ki bla­dły, a po­tem czer­wie­ni­ły się, jak­by zo­sta­ła ude­rzo­na.

– O czym ty mó­wisz? – szep­nę­ła.

– O tym, że za­wsze znaj­dziesz sło­wa na obro­nę tych, któ­rych lu­bisz. – W jego gło­sie po­ja­wi­ła się go­rycz, któ­rej na­wet nie pró­bo­wał ukryć. – Może dla­te­go tak do­brze do­ga­du­jesz się ze Zby­lu­tem? On też nie ma w so­bie od­wa­gi, po­ta­ku­je wszyst­kim, słu­cha się ro­dzi­ców, za to jest miły, praw­da? Miły, przy­stoj­ny… a na­wet za­baw­ny.

Mira pa­trzy­ła na nie­go, nie ro­zu­mie­jąc.

– Na­dirze. – Jej głos drżał, ale nie było w nim już gnie­wu, tyl­ko ból. – To o to cho­dzi? Na­praw­dę my­ślisz, że…

Nie do­koń­czy­ła. Za­ci­snę­ła usta i po­trzą­snę­ła gło­wą, jak­by nie wie­rzy­ła, że wła­śnie to usły­sza­ła.

– Idę. – Na­dir od­wró­cił się, nie pa­trząc na nią. – Mu­szę być sam.

Rzu­cił się w stro­nę lasu i znik­nął mię­dzy drze­wa­mi.

Mira otar­ła po­li­czek, spo­glą­da­jąc za nik­ną­cą w le­sie syl­wet­ką.

Zno­wu to zro­bił… Zno­wu. Nie wie­dzia­ła, co się z nim ostat­nio dzie­je. Może mają ra­cję, że to krew jego mat­ki bu­rzy się w nim te­raz. Za­wsze go bro­ni­ła, gdy mó­wi­li, że to przez obcą, złą krew. Wie­rzy­ła, że jest naj­lep­szym chło­pa­kiem na świe­cie. Ale w ta­kiej chwi­li jak ta, trud­no jej było utrzy­mać w so­bie tę wia­rę.

Nie chcia­ła o tym my­śleć. Nie te­raz. Nie w ten spo­sób.

Bez­wład­nie usia­dła na mo­krym pia­sku. Za­ci­snę­ła po­wie­ki, by przy­wo­łać inne chwi­le. Te, któ­re były tyl­ko ich.

Wi­dzia­ła sie­bie, jak bie­ga boso po mięk­kim mchu, a on śmie­je się za jej ple­ca­mi, uda­jąc, że nie na­dą­ża. Jak w chłod­nym cie­niu so­sen chwy­ta ją za rękę, cią­gnie do przo­du, aż obo­je wpa­da­ją na po­la­nę, gdzie wy­so­kie pa­pro­cie ko­ły­szą się w ryt­mie cie­płe­go wia­tru. Jak ukry­wa­ją się przed desz­czem pod gę­sty­mi ga­łę­zia­mi, śmie­jąc się, gdy kro­ple spa­da­ją na ich unie­sio­ne ku nie­bu twa­rze.

Pa­mię­ta­ła staw, ukry­ty głę­bo­ko w pusz­czy, gdzie nie do­cie­rał nikt oprócz nich. Woda tam była ciem­na, ci­cha i gład­ka jak ta­fla lodu. Nie po­ru­sza­ła się, na­wet gdy wiatr wpra­wiał nad­brzeż­ne trzci­ny w po­wol­ny ta­niec. Pa­mię­ta­ła, jak sta­nę­ła na omsza­łym ka­mie­niu, po­wo­li zsu­wa­jąc suk­nię z ra­mion. Przez uła­mek chwi­li czu­ła na so­bie jego wzrok, cie­pły i ba­daw­czy, za­nim ma­te­riał opadł ci­cho na zie­mię.

Wcho­dzi­ła do wody ostroż­nie, czu­jąc, jak chłód otu­la jej skó­rę, prze­ni­ka sto­py, łyd­ki, uda. Za­drża­ła – czy z zim­na, czy z cze­goś in­ne­go? On wciąż stał na brze­gu, jak­by za­pa­mię­ty­wał każ­dy jej ruch, każ­dy gest. Do­pie­ro gdy od­wró­ci­ła się i wy­cią­gnę­ła ku nie­mu rękę, uśmie­cha­jąc się lek­ko, on wszedł za nią. Pierw­szy krok był nie­pew­ny, ale po­tem ta­fla za­czę­ła stop­nio­wo, de­li­kat­nie roz­cho­dzić się wo­kół nie­go.

Pa­mię­ta­ła jego do­tyk, czu­łość w tym, jak przy­cią­gnął ją do sie­bie. Pa­mię­ta­ła ich od­de­chy, w któ­rych mie­sza­ły się wil­goć i ży­wicz­ny za­pach boru. Pa­mię­ta­ła, jak le­że­li po­tem na tra­wie – na­gie cia­ła otu­lo­ne zio­ła­mi i okry­wa­ne kwia­ta­mi, któ­re opa­dły z drzew. Wil­got­ne płat­ki przy­kle­ja­ły się do ich skó­ry, a w gęst­nie­ją­cym zmierz­chu sły­sze­li tyl­ko wła­sne od­de­chy i szum drzew nad sobą.

I jesz­cze uro­czy­sko, za­snu­te mgła­mi o świ­cie. Szli tam po­wo­li, jak­by z czcią, w mil­cze­niu, by nie spło­szyć du­chów lasu. Pach­nia­ło wil­got­ną zie­mią, omsza­ły­mi ka­mie­nia­mi, czymś pier­wot­nym i pra­daw­nym. Byli tyl­ko oni – jej dłoń w jego dło­ni, cie­pło, któ­re pły­nę­ło od jego cia­ła.

Był jej ca­łym świa­tem.

Za­ci­snę­ła pal­ce na skraw­ku suk­ni. Nie chcia­ła czuć bólu. Chcia­ła pa­mię­tać je­dy­nie to. Ich śmiech. Cie­pło jego skó­ry. Błysk w ciem­nych, głę­bo­kich oczach, gdy pa­trzył tyl­ko na nią.

Ale echo jego gniew­nych słów wciąż drża­ło w jej my­ślach.

A Na­dir biegł. Biegł co­raz szyb­ciej, czu­jąc, jak jego gniew ustę­pu­je miej­sca zmę­cze­niu i cha­oso­wi my­śli. Ga­łę­zie chło­sta­ły go po twa­rzy, a ostre kol­ce je­żyn dra­pa­ły skó­rę, ale on igno­ro­wał ból.

Las sta­wał się co­raz gęst­szy, a ci­sza wo­kół nie­go na­ra­sta­ła. Ga­łę­zie drzew za­my­ka­ły się nad nim. Tyl­ko echo wła­snych kro­ków i da­le­kie wy­cie wil­ka prze­ry­wa­ło tę zło­wro­gą mar­two­tę.

W koń­cu, wy­czer­pa­ny, do­tarł do zna­jo­me­go miej­sca – wiel­kie­go, sta­re­go dębu. Ko­rze­nie drze­wa, jak ra­mio­na pra­daw­ne­go straż­ni­ka, ota­cza­ły ka­wa­łek zie­mi ni­czym na­tu­ral­ne schro­nie­nie. Pień dębu, na­zna­czo­ny głę­bo­ką szra­mą po pio­ru­nie, zda­wał się pul­so­wać spo­ko­jem i siłą.

Na­dir opadł na zie­mię i oparł ple­cy o szorst­ką korę. Jego od­dech stop­nio­wo zwal­niał, a my­śli kłę­bi­ły się ni­czym bu­rzo­we chmu­ry. Czuł, jak za­czy­na mu wi­ro­wać w gło­wie.

Dla­cze­go oj­ciec ni­g­dy mi nic nie po­wie­dział? Czy Mira mnie te­raz znie­na­wi­dzi? Dla­cze­go wszyst­ko jest ta­kie skom­pli­ko­wa­ne?

Za­mknął oczy, po­zwa­la­jąc, by cię­żar zmę­cze­nia w koń­cu go po­ko­nał. Choć słoń­ce wciąż wi­sia­ło wy­so­ko na nie­bie, wiatr niósł już za­po­wiedź nad­cho­dzą­ce­go chło­du. Cień dębu ota­czał go ni­czym ko­ły­ska, da­jąc schro­nie­nie od moc­nych pro­mie­ni dnia. At­mos­fe­ra tego miej­sca – ci­sza lasu, szum li­ści, za­pach zie­mi – dzia­ła­ła na nie­go ko­ją­co, cała przy­ro­da sta­ra­ła się go uko­ły­sać. W od­da­li za­wył wilk – prze­cią­gle, ża­ło­śnie, jak gdy­by prze­strze­ga­jąc przed czymś, co mia­ło na­dejść.

Na­dir za­snął, lecz w jego umy­śle wciąż brzmia­ły py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. We śnie po­now­nie usły­szał wy­cie wil­ka, a jego echo nio­sło się po opu­sto­sza­łej kra­inie…

3. Le­szy – sło­wiań­ski duch lasu.

4. Wiła – sło­wiań­ski de­mon o dwo­istej na­tu­rze, łą­czą­cy ce­chy nim­fy wod­nej i le­śnej bo­gin­ki, uwo­dzą­cy śpie­wem i plą­czą­cy ścież­ki.

PRZED BURZĄ

Wil­got­ne mury lo­chu ocie­ka­ły wodą, a w po­wie­trzu uno­sił się przy­tła­cza­ją­cy za­pach stę­chli­zny zmie­sza­nej z za­sta­rza­łym odo­rem krwi i mo­czu. Kro­ple ska­pu­ją­ce ze skle­pie­nia roz­bi­ja­ły się o ka­mien­ną po­sadz­kę z jed­no­staj­nym, nie­mal hip­no­ty­zu­ją­cym dźwię­kiem. Po­śród tego po­nu­re­go miej­sca, w mdłym świe­tle po­chod­ni, roz­le­ga­ły się przy­tłu­mio­ne jęki i ury­wa­ne krzy­ki. W ciem­nych za­ka­mar­kach snu­ły się cie­nie szczu­rów. Ich czer­wo­ne oczy bły­ska­ły w pół­mro­ku. Za­rdze­wia­łe ob­rę­cze, do któ­rych za­zwy­czaj przy­ku­wa­no więź­niów, po­kry­wa­ła za­schnię­ta krew, a w za­ka­mar­kach ka­mien­nej pod­ło­gi zbie­ra­ły się ka­łu­że cuch­ną­cej wody. Loch śmier­dział ple­śnią, mo­czem i krwią.

Bern­hard von Plötz­kau, mar­gra­bia Mar­chii Pół­noc­nej, stał opar­ty o ma­syw­ny stół z gru­bo he­blo­wa­nych de­sek. Jego spoj­rze­nie utkwio­ne było w po­chod­ni. Mru­żył w za­my­śle­niu oczy, wpa­tru­jąc się w peł­ga­ją­cy pło­mień. Su­ro­wa twarz, po­ora­na zmarszcz­ka­mi, zdra­dza­ła czło­wie­ka, któ­ry wie­le wi­dział i jesz­cze wię­cej prze­żył. Był wy­so­ki, bar­czy­sty, a jego po­sta­wa zdra­dza­ła siłę fi­zycz­ną i od­da­wa­ła wła­dzę, któ­rą spra­wo­wał. Ciem­ne wło­sy, miej­sca­mi przy­pró­szo­ne si­wi­zną, opa­da­ły nie­co na czo­ło, a krót­ka, gę­sta bro­da nada­wa­ła mu groź­ne­go wy­glą­du.

Nie no­sił dziś ni­cze­go nad­mier­nie ozdob­ne­go. Wdział gru­bą, weł­nia­ną tu­ni­kę w ciem­nym ko­lo­rze, spię­tą sze­ro­kim skó­rza­nym pa­sem. Na ra­mio­na za­rzu­cił płaszcz, któ­re­go brze­gi zdo­bił je­dy­nie nie­wy­szu­ka­ny haft.

Obok nie­go stał jego młod­szy ku­zyn, Bern­hard zum Berg – ko­lej­ne z dłu­giej li­sty imion, któ­re ród Plötz­kau prze­ka­zy­wał z ojca na syna od po­ko­leń, ni­czym za­klę­cie ma­ją­ce chro­nić przed za­po­mnie­niem. W ich ro­dzi­nie imię Bern­hard było jak pie­częć – no­si­li je mar­gra­bio­wie i ry­ce­rze. Dum­ni sy­no­wie i za­po­mnia­ne bę­kar­ty, któ­rych gro­by już daw­no po­rósł mech. Każ­dy z nich miał ja­kiś przy­do­mek, choć nie za­wsze był traf­ny i przy­no­szą­cy chlu­bę. Ten otrzy­mał swój nie z po­wo­du gór, któ­rych w Mar­chii bra­ko­wa­ło, ale przez sztucz­ne wznie­sie­nie, na któ­rym stał gró­dek jego ojca5. Ko­piec usy­pa­ny rę­ka­mi chło­pów, by choć tro­chę wzno­sić się nad oko­licz­ną rów­ni­ną.

Mło­dy Bern­hard czę­sto sły­szał, jak szy­dzą z jego przy­dom­ku.

– Pa­trz­cie, oto pan z góry! – kpił nie­daw­no je­den z na­jem­ni­ków, gdy pro­wa­dził od­dział przez ba­gna. – Góra z gli­ny i ka­mie­ni, co ru­nie przy pierw­szym po­dmu­chu!

Był wy­raź­nie młod­szy od swe­go ku­zy­na, o szczu­plej­szej syl­wet­ce i mniej su­ro­wym ob­li­czu. Jego twarz mia­ła nie­mal chło­pię­cy rys, ale coś w spoj­rze­niu zdra­dza­ło ze­psu­cie. W ką­ci­kach ust igrał lek­ki, nie­mal roz­ba­wio­ny uśmiech, gdy ko­lej­ne wrza­ski roz­dzie­ra­ły ci­szę. Jego wzrok błysz­czał, jak­by czer­pał per­wer­syj­ną sa­tys­fak­cję z dźwię­ków bólu do­cho­dzą­cych z lo­chów. Jego oczy, błę­kit­ne i zim­ne jak lo­do­we odłam­ki, od­bi­ja­ły peł­ga­ją­cy blask ża­gwi. Nie było w nich współ­czu­cia. Pal­ce za­ci­ska­ły się na rę­ko­je­ści szty­le­tu przy pa­sie – nie w na­pię­ciu, a ra­czej w wy­cze­ki­wa­niu.

Krzy­ki, do­cho­dzą­ce z lo­chów, nie usta­wa­ły. Star­szy Bern­hard nie drgnął, jak­by te dźwię­ki były mu obo­jęt­ne – albo po pro­stu zbyt do­brze zna­ne. Młod­szy zaś zda­wał się de­lek­to­wać każ­dą chwi­lą, jak gdy­by była to ma­ka­brycz­na me­lo­dia wy­gry­wa­na spe­cjal­nie dla nie­go.

W kom­na­cie pa­no­wał pół­mrok. Ka­mien­ne ścia­ny roz­świe­tla­ne pło­mie­niem po­chod­ni mie­ni­ły się, a po­wie­trze było cięż­kie od wil­go­ci i za­pa­chu pa­lo­ne­go tłusz­czu.

Młod­szy Bern­hard prze­krzy­wił gło­wę, wsłu­chu­jąc się w prze­cią­gły wrzask, któ­ry do­bie­gał z lo­chów. Jego war­gi unio­sły się w lek­ce­wa­żą­cym gry­ma­sie.

– Kwi­czy jak za­rzy­na­na świ­nia – mruk­nął i od­wró­cił się w stro­nę kra­ty od­dzie­la­ją­cej ich od miej­sca prze­słu­cha­nia. – My­ślisz, że dłu­go jesz­cze po­cią­gnie?

– Krzyk to tyl­ko dźwięk – od­po­wie­dział spo­koj­nie ten star­szy. – Waż­ne jest to, co na­stę­pu­je po­tem. Ból zmie­nia czło­wie­ka. W od­po­wied­nich rę­kach sta­je się on mięk­ki jak wosk. Ból przy­po­mi­na mu, że ży­cie ma war­tość, że może jesz­cze nie musi umrzeć, i za­czy­na mó­wić.

Młod­szy wes­tchnął ci­cho, ob­ra­ca­jąc szty­let w dło­ni, jak­by coś wa­żył w my­ślach.

– Ale… – za­czął po­wo­li, wo­dząc kciu­kiem po kra­wę­dzi ostrza. – Jest coś przy­jem­ne­go w tym dźwię­ku, nie­praw­daż? W tej bez­rad­no­ści. W tym, jak pró­bu­ją wal­czyć, za­nim zro­zu­mie­ją, że nie mają już nic.

Mar­gra­bia spoj­rzał na nie­go spod zmarsz­czo­nych brwi.

– To dzie­cin­ne, Bern­har­dzie. Ból jest po to, by wy­do­by­wać praw­dę, nie dla pu­stej za­ba­wy.

Przy­glą­dał się ku­zy­no­wi z mie­sza­ni­ną dez­apro­ba­ty i za­sta­no­wie­nia. Czy to okru­cień­stwo było ozna­ką siły czy sła­bo­ści?

Młod­szy uśmiech­nął się ką­tem ust, a jego spoj­rze­nie po­ciem­nia­ło.

– A je­śli moż­na mieć jed­no i dru­gie?

Przez chwi­lę star­szy Bern­hard mil­czał, jak­by roz­wa­żał, czy w ogó­le war­to od­po­wia­dać. Po­tem od­wró­cił wzrok z po­wro­tem na pło­mień.

– Bę­dzie krzy­czał, wrzesz­czał, prze­kli­nał – po­wie­dział ci­cho. – A po­tem bę­dzie mó­wił. Za­wsze mó­wią.

Ko­lej­ny wrzask prze­ciął ci­szę. Berg uśmiech­nął się sze­rzej.

Opraw­ca pod­szedł bli­żej i zer­k­nął przez kra­ty.

– Już le­d­wo dy­cha, pa­nie. Jesz­cze wal­czy, ale to tyl­ko kwe­stia cza­su.

Star­szy Bern­hard ski­nął gło­wą.

– Wi­dzisz, chłop­cze? Lu­dzie są jak liny. Na­cią­gaj je po­wo­li, z wy­czu­ciem, bo pęk­ną w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie. I ni­cze­go się nie do­wiesz.

Mło­dy uśmiech­nął się lek­ko.

– Cza­sem war­to po­cze­kać, prze­cią­gać. A jak pęk­nie, no cóż…

Von Plötz­kau uniósł brew.

– Nie, ku­zy­nie. Le­piej, gdy pę­ka­ją wte­dy, gdy my tego chce­my.

Chło­pak skrzy­wił się lek­ko, ale w jego oczach bły­snął cień za­do­wo­le­nia.

– Mie­li­śmy szczę­ście, że go do­rwa­li­śmy. Gdy­by nie lu­dzie War­ci­sła­wa6, uda­ło­by mu się uciec.

Star­szy Bern­hard par­sk­nął po­gar­dli­wie.

– Do­pi­sał im łut szczę­ścia, że go zła­pa­li. Mało bra­ko­wa­ło, by mu się uda­ło zbiec. Dru­gie­mu do­go­ry­wa­ją­cy ksią­żę zdą­żył wbić szty­let w gar­dło. Gdy­by nie to, pew­nie dzi­siaj obaj by się kry­li po la­sach i chwa­li­li, jak ła­two przy­szło im za­mor­do­wa­nie pana, któ­re­mu ślu­bo­wa­li wier­ność.

Młod­szy za­ci­snął usta, ale nie od­po­wie­dział.

Mar­gra­bia wpa­try­wał się w nik­ną­ce pło­mie­nie po­chod­ni, jak­by wi­dział tam coś wię­cej niż tyl­ko ogień.

– Taka już ich na­tu­ra – rzu­cił ci­cho. – Sło­wia­nie. Dzi­cy byli i dzi­cy po­zo­sta­ją. Chrzest zmył im brud z czo­ła, ale nie się­gnął du­szy.

Bern­hard zum Berg, sto­ją­cy opo­dal, uśmiech­nął się z prze­ką­sem.

– Za to łasi są na sre­bro. I po­ży­tecz­ni, gdy się im po­ka­że kij i mar­chew.

Mar­gra­bia po­ki­wał gło­wą.

– Trze­ba ich zła­mać. Albo się pod­po­rząd­ku­ją, albo trze­ba ich wy­ple­nić do ostat­nie­go. Ina­czej za­wsze będą szu­kać spo­so­bu, by pod­nieść gło­wy.

Za­mil­kli na chwi­lę. W koń­cu młod­szy z ku­zy­nów ode­zwał się z na­my­słem:

– Jak dzi­kie ko­nie…

– Tak – przy­tak­nął mar­gra­bia. – Dum­ne, nie­ujarz­mio­ne, kło­po­tli­we. Ale raz zła­ma­ne, będą ci wier­ne do śmier­ci. Mu­szą jed­nak czuć nad sobą siłę.

– I tak do­cho­dzi­my do sed­na. – Bern­hard zum Berg spoj­rzał na nie­go ba­daw­czo. – Kto zy­skał na śmier­ci War­ci­sła­wa?

Star­szy uśmiech­nął się lek­ko, bez cie­nia we­so­ło­ści.

– Nie oni, to pew­ne. Ale ktoś na tym sko­rzy­stał. Trze­ba się do­wie­dzieć kto, nim spra­wy wy­mkną się spod kon­tro­li.

– Czy­li nie był to przy­pa­dek?

Mar­gra­bia wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Przy­pa­dek? Rzad­ko bywa przy­pad­kiem coś, co pach­nie zdra­dą.

Zum Berg skrzy­wił się.

– A je­śli to gra Bo­le­sła­wa7?

– Nie twier­dzę, że to jego ręka dzier­ży­ła nóż. Ale mógł dać ko­muś po­wód, by go użył. War­ci­sław pró­bo­wał wszyst­kich prze­chy­trzyć. Nam skła­dał hoł­dy, wśród swo­ich uda­wał wol­ne­go księ­cia, ma­mił obiet­ni­ca­mi Bo­le­sła­wa. Taki nie prze­trwa dłu­go.

– Więc Bo­le­sław szu­kał ko­goś bar­dziej od­po­wied­nie­go do swo­ich pla­nów?

– Moż­li­we. Lo­tar8 nie chce woj­ny na pół­no­cy. Po­trze­bu­je so­jusz­ni­ków, nie kło­po­tów. A Bo­le­sław to wilk w owczej skó­rze. Klę­kał w Mer­se­bur­gu9, ale jego lu­dzie już prze­kra­cza­ją na­sze gra­ni­ce.

– I kon­tak­tu­je się z Po­mo­rza­na­mi?

– Tak mó­wią. Je­śli wy­sy­łał po­słań­ców nie tyl­ko do nich, ale i chciał za mo­rze, to może War­ci­sław był mu już za­wa­dą. Jemu z Duń­czy­ka­mi ni­g­dy nie było po dro­dze.

– A Ra­ci­bor10?

– Ma krew wil­ka, nie lisa. Nie bę­dzie się kła­niał ani nam, ani Duń­czy­kom.

Za­pa­dło krót­kie mil­cze­nie.

– A co z Ar­ko­ną11? – za­py­tał młod­szy. – Póki ta świą­ty­nia stoi…

– Po­mo­rze nie bę­dzie na­sze – do­koń­czył mar­gra­bia. – Każ­dy my­śli, jak ją znisz­czyć i złu­pić. A mimo to kró­lo­wie i ksią­żę­ta ślą tam dary. Jed­ną ręką bu­du­ją ko­ścio­ły, dru­gą opła­ca­ją po­gań­skich ka­pła­nów.

– Gdy Ar­ko­na pad­nie, bę­dzie to znak koń­ca ich świa­ta.

– I po­czą­tek na­sze­go. Ale to nie na­stą­pi z dnia na dzień.

– Więc kto to zro­bi?

– Ten, kto uzna, że nie ma już nic do stra­ce­nia. Albo wszyst­ko do zy­ska­nia.

Mar­gra­bia po­pra­wił skó­rza­ną rę­ka­wi­cę.

– Cha­os to nie tyl­ko za­gro­że­nie. To rów­nież oka­zja. Po­mo­rza­nie się boją, Lo­tar ma inne zmar­twie­nia, a w Gnieź­nie, my­ślę, już dzie­lą łupy.

– My­ślisz o Bo­le­sła­wie.

– My­ślę o każ­dym, kto gra na wię­cej niż jed­nym fron­cie. War­ci­sław pró­bo­wał. Zo­bacz, jak skoń­czył. Ale in­nych to nie od­stra­sza.

Zum Berg ski­nął gło­wą.

– Je­śli Ra­ci­bor przej­mie ste­ry, wszyst­ko może się zmie­nić.

– Tak. Eryk12 na pół­no­cy nie bę­dzie za­do­wo­lo­ny. My­śli, że śmierć War­ci­sła­wa da mu wol­ną rękę. Ale Ra­ci­bor to nie pio­nek.

– To zna­czy…

– To zna­czy, że dro­gi Ery­ka i Bo­le­sła­wa mu­szą się prze­ciąć. Musi dojść do spię­cia. I wte­dy my mu­si­my być go­to­wi.

– My­ślisz, że ten ktoś, ten, kto po­cią­ga za sznur­ki, to ktoś z ze­wnątrz?

Mar­gra­bia ro­ze­śmiał się krót­ko, bez cie­nia ra­do­ści.

– Za­wsze ktoś z ze­wnątrz. Chy­ba nie wie­rzysz, że to po­mysł ja­kichś za­wszo­nych dzi­ku­sów z pusz­czy.

W tym mo­men­cie do lo­chu wszedł straż­nik.

– Mar­gra­bio – po­wie­dział, kła­nia­jąc się. – Już moż­na…

Straż­nik za­wró­cił do lo­chu, a Bern­hard i jego krew­ny po­dą­ży­li za nim. W chłod­nej i wil­got­nej kom­na­cie, w któ­rej Bern­hard zwykł prze­słu­chi­wać więź­niów, na drew­nia­nej ła­wie, roz­cią­gnię­ty do gra­nic moż­li­wo­ści le­żał Wie­le­ta13. Jego dło­nie i sto­py były przy­wią­za­ne do ko­ło­wro­tów, a jego cia­ło roz­cią­gnię­te do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści. Był le­d­wo żywy, bla­dy i wy­czer­pa­ny. Na jego na­gim tor­sie wid­nia­ły śla­dy tor­tur. Skó­ra była po­pa­rzo­na i po­si­nia­czo­na, z licz­nych głę­bo­kich ran są­czy­ła się krew. Już na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że część sta­wów mu po­wy­ry­wa­no. Jego opuch­nię­tą twarz po­kry­wa­ły si­nia­ki, a ze sczer­nia­łych warg wy­do­by­wał się rwa­ny char­kot. Każ­dy od­dech był dla nie­go wi­docz­nym wy­sił­kiem. Te sta­wy… Cho­dził to on już nie bę­dzie – po­my­ślał Bern­hard, spo­glą­da­jąc na Wie­le­tę z obo­jęt­no­ścią. Cie­ka­we, czy coś z nie­go da się wy­cią­gnąć.

Nie zwra­ca­li uwa­gi na odór krwi i eks­kre­men­tów. Ich twa­rze nie wy­ra­ża­ły żad­nych emo­cji – ani współ­czu­cia, ani obrzy­dze­nia.

W gło­wie mar­gra­bie­go kłę­bi­ły się my­śli. Za­sta­na­wiał się, kto mógł­by stać za śmier­cią War­ci­sła­wa. Czy to byli Duń­czy­cy, czy może ktoś z jego wła­sne­go oto­cze­nia? Kto? Kto?

Bern­hard, ob­ser­wu­jąc Wie­le­tę z da­le­ka, spoj­rzał z dez­apro­ba­tą na opraw­cę, któ­ry nie­ru­cho­mo stał nad le­żą­cym więź­niem. Jesz­cze tro­chę, a nic nie po­wie. Prze­sa­dził. Gor­li­wość bywa też wadą – po­my­ślał, krę­cąc gło­wą z za­nie­po­ko­je­niem.

Berg zbli­żył się po­wo­li i po­chy­lił nad ofia­rą.

– Mar­nie wy­glą­dasz – po­wie­dział to­nem, w któ­rym nie było ani krzty współ­czu­cia. – Ale za­ufaj mi, je­śli nie za­czniesz mó­wić, bę­dzie znacz­nie go­rzej.

Tor­tu­ro­wa­ny pod­niósł na nie­go otę­pia­łe z bólu spoj­rze­nie. Oczy miał za­puch­nię­te, nie­mal czar­ne od siń­ców. Od­dy­chał płyt­ko, a każ­de sło­wo zda­wa­ło się kosz­to­wać go ogrom­ny wy­si­łek.

– Nie… wiem… nic – wy­chry­piał.

Mar­gra­bia Bern­hard wes­tchnął, jak­by był roz­cza­ro­wa­ny.

– Nie wiesz? – po­wtó­rzył po­wo­li. – To cie­ka­we, bo ja wiem, że nie dzia­ła­li­ście sami.

Młod­szy Bern­hard uśmiech­nął się, od­wró­cił na mo­ment i pod­niósł że­la­zne szczyp­ce. Przy­glą­dał się im przez chwi­lę z uwa­gą, po czym przy­kuc­nął przy więź­niu.

– Po­dob­no zdra­da to dla was chleb po­wsze­dni – rzu­cił.

– Nie… wiem… nic – wię­zień za­drżał.

Berg na­chy­lił się nad tor­tu­ro­wa­nym i mó­wił spo­koj­nie, nie­mal ła­god­nie:

– Po­słu­chaj mnie uważ­nie. Masz dwie dro­gi.

Z uda­wa­nym za­my­śle­niem ki­wał przed twa­rzą męż­czy­zny na­rzę­dziem, na któ­rym wi­dać było za­schnię­te śla­dy krwi.

– Mo­żesz umrzeć szyb­ko. Jed­no cię­cie, jed­no pchnię­cie i bę­dzie po wszyst­kim. – W jego gło­sie nie było emo­cji, tyl­ko rze­czo­wa kon­sta­ta­cja fak­tu. – Albo mo­żesz cier­pieć.

Wię­zień od­dy­chał płyt­ko, nie był w sta­nie już na­wet po­krę­cić gło­wą.

– Już cier­pię… – za­char­czał, a krew po­cie­kła mu po bro­dzie.

Młod­szy Bern­hard uśmiech­nął się, ale w jego błę­kit­nych oczach nie było ani cie­nia cie­pła.

– Nie, jesz­cze nie. Ale mo­żesz się prze­ko­nać, jak dłu­go czło­wiek po­tra­fi bła­gać o śmierć.

Męż­czy­zna się szarp­nął. Przez mo­ment wy­da­wa­ło się, że po­wie coś jesz­cze, ale tyl­ko za­ci­snął oczy.

Star­szy Bern­hard wes­tchnął z roz­cza­ro­wa­niem.

– Wi­dać, że ma ocho­tę na dłuż­szą roz­mo­wę.

Mar­gra­bia zmru­żył oczy, jak­by ana­li­zo­wał stan więź­nia, ni­czym ku­piec oce­nia­ją­cy znisz­czo­ny to­war.

– Może nie zda­jesz so­bie z tego spra­wy – po­wie­dział nie­mal ła­god­nie – ale na­praw­dę nie masz już wie­le do stra­ce­nia.

Wie­le­ta wy­szcze­rzył czer­wo­ne od krwi zęby.

Młod­szy Bern­hard wes­tchnął te­atral­nie i spoj­rzał na straż­ni­ka.

– Może trze­ba mu to uświa­do­mić.

Opraw­ca bez sło­wa uniósł dłu­gi nóż i po­wo­li prze­cią­gnął jego ostrzem po roz­pię­tej pier­si więź­nia, do­da­jąc ko­lej­ną głę­bo­ką, moc­no krwa­wią­cą rysę. Dru­gą ręką przy­bli­żył do rany kop­cą­cą ża­giew i po­wo­li za­czął wci­skać w ranę. Po celi roz­szedł się wstręt­ny, dła­wią­cy smród pa­lo­ne­go mię­sa.

Wię­zień za­wył.

– Kto? – Py­ta­nie za­wi­sło w śmier­dzą­cym spa­lo­nym cia­łem lo­chu.

– Na wy­spie… w pusz­czy… – wy­chry­piał tor­tu­ro­wa­ny. – Może to był ko­wal…

Star­szy Bern­hard uniósł brew.

– Może? To za mało.

Wię­zień za­ci­snął po­wie­ki.

– Nie wiem… nie wi­dzia­łem go. Sły­sza­łem o nim…

Młod­szy ry­cerz spoj­rzał na uno­szą­cy się znad przy­pa­lo­nej rany dym i po­krę­cił gło­wą.

– To roz­cza­ro­wu­ją­ce.

Berg pod­szedł bli­żej i po­chy­lił się nad męż­czy­zną.

– Po­wiedz mi – po­wie­dział ci­cho – czy ci, któ­rzy cię wy­na­ję­li, też by tak cier­pie­li? Czy oni też by cię tak bro­ni­li? Czy po­zwo­li­li­by, że­byś zno­sił te ka­tu­sze bez sen­su, w imię cze­go? Mę­czy­li­by się tak jak ty, by cie­bie ochro­nić? Na pew­no nie!

Wię­zień otwo­rzył oczy i po raz pierw­szy wi­dać było w nich coś wię­cej niż tyl­ko ból, przez któ­ry te­raz prze­bi­jał cał­ko­wi­ty brak na­dziei.

Zum Berg uniósł że­la­zne szczyp­ce. W za­du­mie oglą­dał je, jak­by wa­żył w dło­ni cię­żar de­cy­zji, któ­rą miał pod­jąć.

– Może po­trze­bu­jesz ma­łej za­chę­ty? – za­py­tał ci­cho, nie­mal ła­god­nie.

Je­niec po­trzą­snął gło­wą, a jego oczy już nie wy­ra­ża­ły ni­cze­go poza cier­pie­niem.

– Nie… pro­szę… – wy­szep­tał, ale jego głos był już tyl­ko sła­bym echem w zim­nym po­wie­trzu lo­chu.

Młod­szy Bern­hard uśmiech­nął się, a w jego oczach po­ja­wił się błysk, któ­ry mar­gra­bia już nie raz wi­dy­wał.

– Nie bój się. To tyl­ko chwi­la.

Za­ci­snął szczyp­ce na po­pa­rzo­nej skó­rze więź­nia i szarp­nął, wy­ry­wa­jąc krwa­wy strzęp mię­sa. Męż­czy­zna za­wył z bólu, a dźwięk ten od­bił się echem od ka­mien­nych ścian.

Mar­gra­bia uniósł brew.

– Wi­dzę, że z po­wo­dze­niem mo­żesz go za­stą­pić? – za­py­tał, wska­zu­jąc na sto­ją­ce­go nie­ru­cho­mo opraw­cę, a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła kpi­na.

Młod­szy Bern­hard z trza­skiem rzu­cił szczyp­ce na stół, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z ku­zy­na.

– Cza­sem trze­ba sa­me­mu po­bru­dzić so­bie ręce, żeby lu­dzie cię sza­no­wa­li. A jak nie sza­nu­ją, to niech się boją. – Od­wró­cił się do więź­nia, któ­re­go cia­łem szar­pa­ły nie­kon­tro­lo­wa­ne dresz­cze, i do­dał: – Ode­rint, dum me­tu­ant14. Niech nie­na­wi­dzą, by­le­by się bali. Czy nie tego mnie uczo­no? Czy ty sam nie po­wta­rza­łeś mi tego wie­lo­kroć?

Mar­gra­bia za­marł na mo­ment, za­sko­czo­ny nie tyl­ko okru­cień­stwem mło­de­go Bern­har­da, ale też tym, jak cy­tat z Ka­li­gu­li wy­pły­nął z jego ust. Wie­dział, że chło­pak ni­g­dy się nie gar­nął do na­uki kla­sycz­nej, wy­bie­ra­jąc ra­czej bie­głość w wal­ce niż ła­ciń­skie trak­ta­ty. A jed­nak ta sen­ten­cja wi­docz­nie za­pa­dła mu w pa­mięć. Po­wta­rzał mu ją nie­raz jego na­uczy­ciel, za­kon­nik, któ­ry nie za­wsze był za­kon­ni­kiem. Mó­wio­no, że za­nim wło­żył ha­bit, słu­żył jako na­jem­nik w Ita­lii, a może na­wet jako dwo­rza­nin ce­sar­ski, lecz ni­g­dy o tym nie wspo­mi­nał. Je­dy­nie cza­sem, w chwi­lach za­du­my, po­zwa­lał so­bie na uwa­gę, któ­ra nie pa­so­wa­ła do po­ko­ry mni­cha. Miał w twa­rzy i spoj­rze­niu coś, co przy­wo­dzi­ło na myśl wszyst­ko, tyl­ko nie za­kon­ne za­ci­sze. To on pod­su­nął Bern­har­do­wi myśl, że strach po­tra­fi być na­rzę­dziem sku­tecz­niej­szym niż miecz. Może sam na­uczył się tego w miej­scach, gdzie pra­wo i li­tość były sła­bo­ścią, a ży­cie na­le­ża­ło do tych, któ­rzy nie mie­li skru­pu­łów.

– Uczo­no cię, że strach może być na­rzę­dziem – od­parł w koń­cu, mie­rząc ku­zy­na wzro­kiem. – Ale nie mó­wi­li chy­ba, że­byś stał się na­rzę­dziem stra­chu.

Mło­dy uśmiech­nął się po­now­nie, ale tym ra­zem w jego oczach nie było już bły­sku – tyl­ko zim­ne okru­cień­stwo.

– A czy to nie to samo? – za­py­tał, a jego głos był tak spo­koj­ny, że aż nie­po­ko­ją­cy.

Z iro­nicz­nym uśmie­chem pa­trzył w oczy mar­gra­bie­go. Po­now­nie uniósł szczyp­ce, ale z ocią­ga­niem opu­ścił je.

– Chcesz coś mi jed­nak po­wie­dzieć? – zwró­cił się do jeń­ca.

Wie­le­ta po­trzą­snął gło­wą.

Berg wska­zał na ża­rzą­ce się łu­czy­wo.

– Użyj jesz­cze raz tego – po­wie­dział z trza­skiem, rzu­ca­jąc szczyp­ce na ka­mien­ną po­sadz­kę.

Opraw­ca, po­słusz­ny roz­ka­zo­wi, przy­ło­żył roz­ża­rzo­ną ża­giew do oka­le­czo­ne­go męż­czy­zny. Skó­ra syk­nę­ła i za­czę­ła się dy­mić, a w po­wie­trzu uniósł się swąd pa­lo­ne­go cia­ła. Wię­zień wy­prę­żył się na ła­wie, a z jego ust wy­rwał się stłu­mio­ny jęk. Opraw­ca, nie oka­zu­jąc żad­nych emo­cji, przy­ło­żył łu­czy­wo raz jesz­cze i przy­pa­lał skó­rę ofia­ry miej­sce przy miej­scu, wci­ska­jąc ją pod pa­chy. Wstręt­ny smród pa­lo­nej skó­ry wy­peł­niał im noz­drza. Wie­le­ta wył. Jego cia­ło drża­ło, z za­gry­zio­nych warg pły­nę­ła struż­ka krwi. Wy­prę­żył się na­gle, szarp­nął gwał­tow­nie, i cia­ło zwiot­cza­ło. Krew są­czy­ła mu się z ran i ust. Bern­hard i jego krew­ny pa­trzy­li na nie­go przez chwi­lę w mil­cze­niu. Obaj wie­dzie­li, że nie wy­cią­gną z tego czło­wie­ka już nic wię­cej. Że pew­nie już się nie ock­nie. Ko­wal na wy­spie… To było wszyst­ko, co wie­dzie­li. Albo aż tyle. Bo o ko­wa­lu na wy­spie sły­sze­li już wcze­śniej.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

5. Berg (niem.) – „góra”, „wzgó­rze”. W na­zwach miej­sco­wych: miej­sce po­ło­żo­ne na wy­nie­sie­niu.

6. War­ci­sław I – ksią­żę Po­mo­rza Za­chod­nie­go z dy­na­stii Gry­fi­tów, pa­nu­ją­cy w la­tach 1106–1135. Zo­stał za­mor­do­wa­ny, a po jego śmier­ci wła­dzę ob­jął jego brat, Ra­ci­bor I.

7. Bo­le­sław III Krzy­wo­usty – ksią­żę Pol­ski (1107–1138), pro­wa­dził woj­ny o Po­mo­rze i Śląsk.

8. Lo­tar III z Sup­plin­bur­ga – nie­miec­ki ce­sarz Świę­te­go Ce­sar­stwa Rzym­skie­go.

9. Zjazd w Mer­se­bur­gu (1135) – spo­tka­nie mię­dzy ce­sa­rzem Lo­ta­rem III a Bo­le­sła­wem Krzy­wo­ustym, na któ­rym pol­ski ksią­żę zło­żył hołd len­ny, uzna­jąc ce­sar­ską zwierzch­ność nad Po­mo­rzem i Ru­gią.

10. Ra­ci­bor I – ksią­żę po­mor­ski z rodu Gry­fi­tów, młod­szy brat księ­cia War­ci­sła­wa I, po któ­re­go śmier­ci ob­jął wła­dzę nad czę­ścią Po­mo­rza.

11. Ar­ko­na – głów­ny ośro­dek re­li­gij­ny Sło­wian po­łab­skich na Ru­gii, miej­sce kul­tu boga Świę­to­wi­ta.

12. Eryk II Pa­mięt­ny – król Da­nii w la­tach 1134–1137, z dy­na­stii Es­tryd­se­ni­dów.

13. Wie­le­ci – sło­wiań­ski lud po­łab­ski, za­miesz­ku­ją­cy te­re­ny mię­dzy dol­ną Odrą a Łabą.

14. Ode­rint, dum me­tu­ant – „Niech nie­na­wi­dzą, byle się bali”; ła­ciń­ska mak­sy­ma przy­pi­sy­wa­na ce­sa­rzo­wi Ka­li­gu­li.

Pro­jekt okład­ki: Pa­weł Pan­cza­kie­wicz / Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja: Ali­cja Ma­ty­jas

Ko­rek­ta: Ka­mi­la Re­cław

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Goł­dyn

Kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Ele­men­ty gra­ficz­ne w tek­ście: @mar­chew­ka

Co­py­ri­ght © 2026

@ by Da­riusz Ba­nia

@ for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-978740-4-6

Wy­daw­nic­two Wolf

Wy­da­nie I

Go­rzów Wiel­ko­pol­ski 2026

Wy­pro­du­ko­wa­no w Pol­sce