Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
21 osób interesuje się tą książką
Świat Słowian, ich wierzeń i dawnych bogów. Pełen szumu cichego wiatru buszującego między sitowiem. I krzyku niosącego się między starym a nowym. Ognistych iskier krążących w powietrzu niczym zwiastun nadchodzącego zmierzchu. I pieśń, która daje nadzieję…
Nadir doświadcza lęku przed nieznanym i jednocześnie tym, co utracone. Wrogowie najeżdżają jego osadę, mordują mu bliskich oraz porywają jego ukochaną. Chociaż serce krwawi, postanawia odnaleźć Mirę. Droga jego przeznaczenia jest jednak kręta.
Młody mężczyzna wkracza na ścieżkę pełną niebezpieczeństw, intryg oraz sekretów. Towarzyszy mu tajemniczy Gniewosz. Poznają świat, który jest Nadirowi obcy, oraz władzę, przed którą czasem trzeba się pokłonić.
Powieść na tle historycznych wydarzeń za panowania Piastów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 415
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojej Żonie i Synom – bez Was ta historia nigdy by nie powstała
Powieść przedstawia losy bohaterów na tle wydarzeń historycznych epoki.Część faktów i okoliczności ujęto swobodnie na potrzeby opowieści.
Czekam na Nawię1. Na jej chłodny dotyk – pieszczotę, która w lodowatym uścisku przyniesie mi śmierć. Jawi mi się jako istota o wielu twarzach – raz to stara kobieta o pustych, niewidzących oczach, raz młoda dziewczyna z burzą jasnych włosów, innym razem wilczyca o czarnym pysku. Każda z nich patrzy na mnie inaczej, ale wszystkie w końcu stapiają się w jedno – cichy cień, który stoi u granicy światów. W dłoniach trzyma kądziel z nicią życia, splątaną w misterne węzły, z których każdy opowiada inną historię. Nitka drży na wietrze, gotowa zerwać się przy najmniejszym podmuchu, ale jej ręce są pewne – splatają, wiążą, rozplatają. A może to tylko moja wyobraźnia.
Czekam jednak na nią jak na wybawicielkę, która uwolni mnie od ciężaru wspomnień i pozwoli mi się zanurzyć w niekończący się sen. Wpadnę tam w bezkresną pustkę i ciemność, gdzie nie ma niczego, nawet pamięci. Wiem za to, że nie trafię do nieba, o którym bajają kapłani nowego boga. Nie wierzę, że tam jest moje miejsce.
Moje ciało jest zmęczone, a wspomnienia ciężkie jak kamienie. Mgła spowija pamięć, ale są obrazy, które płoną w niej żywym ogniem – obrazy czasów, gdy byłem młody, głupi i pełen nadziei.
W nozdrzach wciąż czuję zapach dymu – nie takiego jak ten, który unosi się teraz nad moim paleniskiem, lecz gęstego, gryzącego, jakby spalenizna mieszała się z potem i krwią. To był swąd, który spowił naszą osadę tamtego dnia, jak zapowiedź nadchodzącego zniszczenia. Drapał gardło, wciskał się do płuc i osiadał na języku ciężką, oleistą warstwą. Pachniał nie tylko spopielonym drewnem, ale też czymś innym – czymś, co wypełniało powietrze po spaleniu domostw, skóry, ciał. Ten zapach towarzyszył mi od tamtego czasu i nigdy mnie nie opuścił.
W uszach wciąż słyszę szum wiatru w koronach starych dębów – jak szepty dawno umarłych bogów, którzy nie mogli nas obronić. W tym szumie, w tym jęku drzew, czuło się samotność i pustkę, jakbyśmy byli zdani tylko na siebie, bezbronni wobec nadchodzącej nawałnicy. Bogowie, których wzywałem, zdawali się być nieobecni, a moja modlitwa nigdy nie dotarła do ich uszu. Wtedy jeszcze wierzyłem w bogów, w ich litość i opiekę. Dziś wiem, że byli tylko milczącymi świadkami naszego upadku.
Pamiętam poranki nad jeziorem. Chłodne, spokojne, kiedy rosa lśniła na trawie, a ptaki śpiewały, nieświadome nadchodzącej burzy. Wierzyłem, że świat jest prosty i zrozumiały. Wtedy nie wiedziałem, co kryje się w głębi lasu ani co czeka za horyzontem, za siną linią morza.
I wówczas w moim życiu pojawił się on. Człowiek o wielu imionach – Gunnar, Otto, Gniewosz, Dausadr2. Imię to, choć brzmi jak echo północy, stało się ucieleśnieniem czegoś więcej. To on był tkaczem losów. Jego twarz, choć zamazana mgłą czasu, wciąż tkwi w mojej pamięci. Pamiętam jego spojrzenie – zimne, bezlitosne, a w źrenicach tańczyły płomienie piekielne. Było w nim coś, co jednocześnie fascynowało i przerażało. Coś, co obiecywało przygodę, a zwiastowało nieszczęście. Wydawało mi się, że w jego rękach były nici życia, które on sam, z niewzruszoną precyzją mógł splatać w nieznane nam kształty przeznaczenia. Czułem, że w każdej chwili mógł pociągnąć za sznurki, które odmieniałyby nasze losy, bez litości i bezpowrotnie.
Opowiem wam o tamtych dniach. O czasie, gdy stanąłem na skraju przepaści, nieświadomy, co czeka po drugiej stronie. Dniach, które były początkiem końca. Los splatał nici mojego życia w sieć, z której nie mogłem się wyrwać. A wszystko zaczęło się od zwykłego poranka, gdy wróciłem z polowania z dwoma zającami i przeczuciem, że coś złego wisi w powietrzu, ale wówczas słońce świeciło zbyt jasno, wiatr wiał zbyt cicho, a ptaki śpiewały zbyt żarliwie, jakby chciały zagłuszyć nadchodzące nieszczęście.
1. Nawia – w wierzeniach słowiańskich kraina zmarłych, miejsce, do którego trafiają dusze po śmierci.
2. Dausadr – imię utworzone z nordyckiego „Dauði” (śmierć) i „Sædr” (siewca), oznaczające „Siewca śmierci”.
Głosy zza palisady stawały się coraz wyraźniejsze, niosły się po wodzie i przebijały przez leśną gęstwinę. Nadir uśmiechnął się na myśl o ciepłym posiłku i Mirze. Las się przerzedzał, a promienie porannego słońca przebijały przez korony drzew, rzucając świetliste plamy na ściółkę. Poranna rosa chłodziła jego odzienie, a ciężar dwóch związanych zajęcy przypominał o udanych łowach.
Był zmęczony, ale sprawiało mu to przyjemność. Kroki miał wciąż sprężyste, a wilgotne od rosy łęczysko cisowego łuku odbijało blask słońca. Wnyki, które ustawił poprzedniego dnia, doskonale się sprawdziły. Matka na pewno się ucieszy.
W końcu dotarł do skraju lasu. Między drzewami dostrzegł znajome strzechy chat. W porannym słońcu osada zdawała się unosić nad złocistą taflą jeziora. Wiatr ledwie marszczył gładką powierzchnię wody, a dym z palenisk unosił się leniwie nad palisadą i dachami chat. Przy pomoście kołysały się drewniane czółna, a na brzegu rozwieszone sieci łagodnie falowały na wietrze. Zapach ryb i dymu mieszał się z wonią niedawno zrąbanego drzewa. Z oddali dobiegały radosne krzyki dzieci, a nad nimi niósł się miarowy stukot młota – ojciec już pracował w kuźni.
Pod stopami Nadira zadudnił głucho drewniany pomost. Przez uchyloną bramę dostrzegł solidne ściany z grubych bali najbliższych chat. Poranek dopiero się zaczynał, ale osada już tętniła życiem. Ledwie przekroczył bramę, a opadła go gromada rozczochranych dzieci.
– Nadir! Zające! – ekscytował się roześmiany mały chłopiec, wyciągając rękę w stronę zdobyczy.
– Dwa! I jakie tłuste! – dodał drugi, przepychając się do przodu.
Nadir uśmiechnął się szeroko.
– Widzę, że macie sokoli wzrok, urwisy. Co was tak wcześnie wygnało z chat?
– Polowanie! – odkrzyknął ten sam chłopiec. – Ja upoluję… – zastanowił się chwilę, patrząc w zamyśleniu na patyk w dłoni – …niedźwiedzia! – zawołał w końcu i uniósł patyk, udając, że celuje z łuku. W zapale potknął się i upadł z głośnym jękiem.
– Hahaha! Niedojda… Łamaga! – drwili ze śmiechem pozostali chłopcy.
– Ej, dajcie mu spokój! – Nadir podszedł do leżącego i pomógł mu wstać. – Wszystko w porządku?
– Kolano… boli – mruknął chłopiec.
– Musisz uważać. – Nadir poklepał go po ramieniu. – A z tym niedźwiedziem… to może poczekaj, aż urośniesz. Na początek wystarczy wiewiórka.
W tym momencie zza jednej z chat wyszła Edna, poprawiając chustę na głowie.
– Nadirze, wróciłeś! Bogowie czuwali. – Uśmiechnęła się szeroko, ale w jej oczach czaił się cień niepokoju. – Uważaj w tym lesie, chłopcze. Coś tam się dzieje. Wilki wyją… ale to nie jest zwykłe wycie. Jest w nim coś… złowieszczego.
– Wiem, Edno. Dziękuję za troskę. – Nadir skinął głową i popatrzył na zające. – Przyniosłem coś na obiad.
– O, to wspaniale! Matka będzie rada. A te wilki… – Pokręciła głową, spoglądając w stronę lasu.
Siedzący przed chatą Dragor w skupieniu oprawiał brzechwy strzał. Uniósł wzrok na Nadira i Ednę.
– Edno, znowu te twoje strachy? – Pokiwał głową z uśmiechem. – Utopce, upiory… Wilki to tylko wilki. Nadir jest już niemal dorosły i potrafi o siebie zadbać.
– Obyś miał rację, Dragorze – odparła Edna. – Ale ja czuję… – zamilkła na chwilę, szukała odpowiednich słów – …jakby cień padł na naszą osadę.
Dragor spojrzał na zające i uśmiechnął się lekko pod gęstą brodą.
– Dobry łowca z ciebie wyrasta, Nadirze – rzekł, kładąc ciężką dłoń na ramieniu chłopca. – Ale pamiętaj, las to nie tylko twoja zdobycz. Ma swoje prawa. Nie bierz więcej niż ci potrzeba, bo Leszy3się rozsierdzi, a wtedy i najlepszy myśliwy nie wróci do domu. – Zmarszczył brwi, spoglądając w kierunku puszczy. – A od północy, słyszałem, kręcą się jacyś obcy. Mówią w języku, którego nie rozumiemy, a na piersiach noszą dziwne znaki, krzyże jakieś. Mówią, że to znak ich boga, którego podobno sami zabili… Ach, nie zrozumie człowiek tych inności… Ale to nie mogą być dobrzy ludzie, skoro swego boga do drzewa przybili i jeszcze jako znak to noszą. Lepiej miej ostrą włócznię przy boku. Ludzie – zawiesił głos – ludzie są gorsi niż wilki Edny. Wilk zabije, by przeżyć, ale człowiek… Człowiek potrafi zabijać dla zabawy i chciwości. A ci obcy… Ci, co ich spotkali, mówili, że w ich oczach widzieli tylko chciwość.
Nadir skinął głową.
– Będę pamiętał.
Las od zawsze go pociągał i przyzywał. Zanurzając się w jego parne ostępy, czuł niemal namacalną ciszę i ciemność. Odgłosy były pełne tajemniczości – szelest liści, daleki krzyk ptaka, ciche chrzęszczenie gałęzi pod łapami niewidocznych stworzeń. Wąskie strugi światła z trudem przebijały się przez splątane korony wiekowych drzew, tworząc na mchu i ściółce plamy złota i głębokiego cienia. Tam czuł obecność Leszego – ciężar w piersi, dreszcz na karku, wrażenie, że ktoś go obserwuje. Chwilami, przemykając wydeptanymi przez zwierzęta ścieżkami, nagle przystawał, czując, jak jeżyły mu się włoski na karku. Słyszał wtedy ledwie słyszalny pomruk, jakby echo szeptu wiatru, a w głowie rozbrzmiewały opowieści babki o leśnych duchach strzegących swego królestwa przed ludzką chciwością.
Babka mawiała, że Leszy to pan lasu, istota o wielu twarzach – czasem ukazywał się jako starzec z korą zamiast skóry, czasem jako olbrzym o oczach płonących jak żar. Potrafił być opiekunem, ale i złym duchem, który wodził na manowce tych, co nie okazali mu szacunku. Dlatego przed wejściem do lasu zawsze należało zostawić ofiarę – skibkę chleba, garść jagód lub szczyptę soli. Inni szeptali, że idąc w las, najlepiej nosić przy sobie też gałązkę jemioły, by odstraszyć Wiły4, które uwielbiały plątać ścieżki i kusić podróżnych swym śpiewem.
Gdy wychodził z gęstwiny na słońce, te uczucia znikały, rozpraszane ciepłem i światłem. Wstydził się wtedy, że dał się ponieść wyobraźni. Ale w głębi duszy wiedział, że las to nie tylko drzewa i krzewy. Był królestwem Leszego, pełnym tajemnic i duchów, które pamiętały czasy, gdy ludzie składali im ofiary pod świętymi dębami, zanim przyszli obcy kapłani z krzyżami i ogniem.
Chata pachniała świeżym chlebem, ciepłem. Po prostu domem. Matka, krzątając się przy palenisku, rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę Nadira, jakby chciała się upewnić, że nic mu się nie stało.
– Wreszcie jesteś – mruknęła.
Kiedy podniosła wzrok, jej oczy lśniły głębokim brązem – niemal czarne, a jednak ciepłe. Skóra miała oliwkowy odcień, inny niż u kobiet we wsi. Włosy, gęste i ciemne jak skrzydła kruka, opadały na plecy w ciężkich splotach. Niektórzy wciąż patrzyli na nią z dystansem – pamiętali, że nie jest stąd. Mimo lat wciąż czuła się tu obca, jak wówczas, gdy znaleziono ją na brzegu morza, wyrzuconą przez fale. Jej dawne życie przepadło wraz z łodzią pochłoniętą przez sine i zimne wody. Nadal tęskniła za suchym dotykiem wiatru i pieszczotą pustynnego słońca, za wirami piasku, które wiatr tworzył na bezkresnych równinach. Czuła wciąż w ustach słodycz daktyli, które towarzyszyły jej we wspomnieniach o domu. Ale dla Nadira była po prostu matką.
– Wiesz, że nie lubię, jak włóczysz się nocami po lesie. A ostatnio… – urwała, a na jej twarzy pojawił się cień smutku. – Mam złe przeczucia. Coś wisi w powietrzu. A te wilki… wyły inaczej. Niepokojąco. Jakby cierpiały.
– Gadasz jak stara Edna, mamo – powiedział żartobliwie, ale widząc, że matka patrzy na niego poważnie, sam również spoważniał.
– A co? Edna głupia? – Matka uniosła brew. – Kobiety wiedzą swoje, a ty myślisz, że jesteś mądrzejszy od dawnych opowieści i od… – zawahała się, szukając właściwych słów – od tego, co serce podpowiada.
– No dobrze, mamo, dobrze. – Nadir uniósł ręce w geście poddania. – Już nie będę się śmiał. Ale to pewnie tylko wilki.
– Obyś miał rację, synu – westchnęła, spoglądając w stronę okna.
Po chwili przeniosła wzrok na niego i patrzyła długo, jakby chciała zapamiętać każdy rys jego twarzy. W jego spojrzeniu odnajdywała echo własnego ludu – mocne kości policzkowe, ciemniejsze włosy, cień dalekich krain, których już nigdy nie ujrzy. Nadała mu imię Nadir, bo w jej języku, który już ledwo pamiętała, słowo to oznaczało coś rzadkiego i wyjątkowego. Był jej darem od losu, jedynym skarbem, którego nie mogła jej odebrać żadna burza, żadna fala, żadna obca ziemia.
– Ale… – zamilkła na chwilę. – Coś się zmieniło. Czuję to.
– Tylko wilki. Zwykłe wilki – odpowiedział, próbując dodać sobie i matce otuchy.
– Zwykłe? – Matka uniosła brew jeszcze wyżej. – A słyszałeś je? Naprawdę słyszałeś? To nie był głód, Nadirze. To był… żal. Rozpacz. Jakby coś straciły. Albo kogoś. Pamiętam, jak w dzieciństwie opowiadano mi, że wycie dhi’b, wilka, to głos dżinnów, które zgubiły się w wirach wiatru.
Nadir umilkł, niepewny, co odpowiedzieć. Nigdy wcześniej matka nie mówiła o wilkach w taki sposób. Dotychczas opisywała je jako drapieżniki, których należy się wystrzegać.
– Może… może masz rację, mamo – powiedział w końcu. – Może wilki naprawdę coś straciły. Może…
– Może to znak – przerwała mu matka, a jej głos zadrżał. – Znak od bogów. Mówią, że wilki są ich posłańcami. Że przynoszą wieści o dobrych i złych czasach. A to wycie… to brzmi, jakby zwiastowały nieszczęście.
Do chaty wpadł młodszy brat Nadira, Radomir. Wskoczył na brata z entuzjazmem i uwiesiła mu się na ramieniu. Jego włosy, ciemne, lecz jaśniejsze niż u matki, rozczochrały się w wirze ruchu. Miał jej oczy – ten sam głęboki brąz, który zdawał się pochłaniać światło.
– Ile złapałeś? Dwa? – zawołał z ekscytacją. – Ja też kiedyś pójdę z tobą na polowanie! Nauczysz mnie, prawda? Widziałeś jakieś ślady? Wilki były blisko? Stara Edna mówiła, że to nie są zwykłe wilki… – Urwał, gdy zauważył matkę, która zmarszczyła czoło. Jej spojrzenie, zawsze pełne ciepła, teraz było jak ostrzeżenie.
– Opowiedz mi, jak je złapałeś! – wtrąciła Milena, siostra Nadira, podskakując z niecierpliwością. Jej śniada cera, odziedziczona po matce, różowiła się od emocji. – Czy uciekały? Były szybkie? A może schowały się pod krzakami?
W chacie zrobiło się gwarno. Śmiechy i okrzyki dzieci wypełniły wnętrze. Matka pokręciła głową z uśmiechem, ale w jej oczach nadal widniał cień niepokoju. Patrzyła na syna – na jego oliwkową skórę i ciemne oczy, które tak bardzo przypominały jej własne. Czasem drażniło ją, że mieszkańcy wsi widzą w nim „obcego”, ale jednocześnie czuła dumę. Był żywym dowodem jej przetrwania.
– Spokojnie, spokojnie! – Nadir zaśmiał się, widząc ich podekscytowanie. – Były sprytne, ale moje pułapki okazały się sprytniejsze. Ale to – mrugnął do siostry – sekret myśliwego. Może kiedyś was zabiorę, jak trochę podrośniecie.
– Akurat! – prychnęła dziewczynka. – Pewnie zabierzesz Mirę. – Spojrzała na brata zadziornie. – A kiedy się z nią ożenisz?
Nadir zmarszczył brwi, zaskoczony, ale Milena kontynuowała z uśmiechem.
– Wiesz, była tu i o ciebie pytała. Powiedziałam, że cię nie ma. Jak jej nie upilnujesz, to Zbylut ci ją sprzątnie!
– Mira tu była? Kiedy? – zapytał Nadir, starając się ukryć zaskoczenie. Ciepło, które nagle rozlało się po jego policzkach, kontrastowało z oliwkowym odcieniem skóry.
– Wczoraj wieczorem. Przyniosła jagody albo orzechy. Już nie pamiętam. Wyglądała na zmartwioną.
– Zmartwioną? Dlaczego?
– A skąd ja mam wiedzieć? – prychnęła Milena i wzruszyła ramionami. – Może dlatego, że znowu włóczyłeś się po nocy po lesie? Albo dlatego, że ostatnio nie umówiliście się na swoje sekretne spotkania? – dodała z przekąsem.
Nadir poczuł, jak krew napływa mu do twarzy.
– Skąd wiesz o…?
– O tym, że się spotykacie? – przerwała mu dziewczynka i wybuchnęła śmiechem. – Przecież wszyscy wiedzą, że się wymykacie razem. To żadna tajemnica! Widziałam was raz, jak wracaliście o świcie. Trzymaliście się za ręce, a Mira miała włosy pełne liści. Myślisz, że jestem ślepa?
Nadir spojrzał na siostrę z wyrzutem, ale w jego głosie było więcej zakłopotania niż gniewu.
– Mileno…
– No co? – weszła mu w słowo. – Nie udawaj, że to wielka tajemnica. Nawet stara Edna mówiła, że widziała was nad jeziorem. A Zbylut… – urwała, widząc, jak brat marszczy czoło.
Matka, która do tej pory milczała, uniosła brew.
– Miłka – zaczęła, ale ta jej przerwała.
– No co, mama? Przecież to nic złego! Mira byłaby jak starsza siostra, a Nadir – spojrzała na brata z przekąsem – może wreszcie przestanie udawać, że mu się nie podoba.
– A Zbylut kręci się koło Miry – wtrącił cicho Radomir.
Matka spojrzała na Radomira i w jego rysach dostrzegła echo dalekich krain – ten sam kształt ust, który ostatnio zauważyła u przejeżdżających kupców z południa i widywała w swoim odbiciu, gdy spoglądała w taflę wody. Czasem myślała, że jej dzieci są jak żywe mosty między dwoma światami: tym, który utraciła, a tym, który zbudowała. Ale dziś, gdy wilki wyły inaczej, czuła, że ten most może się zawalić.
– Widziałem ich razem nad jeziorem. Śmiali się.
– Zbylut? – Zazdrość zapiekła Nadira niczym ukłucie igły. – Kiedy to było?
– Wczoraj po południu – odparł brat. – Gadali o czymś i… no wiesz. Śmiali się.
Milena zachichotała.
– Może to o tobie rozmawiali? Może Zbylut opowiadał jej, że zamiast zajmować się dziewczynami, łapiesz zające!
Nadir parsknął z udawaną irytacją.
– Bardzo śmieszne. Głupia jesteś, smarkulo! – rzucił i szturchnął siostrę lekko w ramię.
– Sam jesteś głupi! I wcale nie jestem smarkulą! – Milena odpowiedziała z oburzeniem, ale zaraz jej oczy rozbłysły psotnym uśmiechem. – Mira powiedziała, że masz ładne oczy! „Jak dwa węgle w ogniu” – parsknęła. – Takie tajemnicze i głębokie – chichotała, przedrzeźniając zachwyt Miry.
Nadir poczuł, jak ciepło rozlewa się na jego policzkach. Odwrócił wzrok, a jego ciemne rzęsy opadły, maskując zmieszanie.
– Co ty wygadujesz?
– Mówię, jak było! – Dziewczynka zaśmiała się, widząc, jak go zawstydziła.
Matka przerwała ich przekomarzanie stanowczym tonem:
– Dość już tego! Nadir, siadaj. Jagły z suszonymi śliwkami i miodem już czekają. – Jej głos był ciepły, ale gdy spojrzała na syna, w jej oczach pojawił się ledwo zauważalny błysk niepokoju. Zastanawiała się, czy ktokolwiek we wsi rozumie, że te oczy, które tak urzekły Mirę, są częścią dziedzictwa starszego niż cała ich osada.
Nadir spojrzał na miskę parującą na stole. Aromat słodkich śliwek i miodu przyprawił go o burczenie w brzuchu.
– Już jem, mamo – odparł i usiadł na ławie.
Wziął drewnianą łyżkę i nabrał solidną porcję kaszy. Ciepło posiłku rozlało się po jego ciele, odpędzając zmęczenie nocnej wyprawy.
Matka podeszła do okna i spojrzała w stronę kuźni, skąd dobiegał miarowy stukot młota. Na jej twarzy pojawił się cień powagi.
– Twój ojciec – zawahała się na moment, po czym westchnęła cicho. – Czeka na ciebie w kuźni. I nie wygląda na zadowolonego. Lepiej się pospiesz.
Nadir pochłonął posiłek. Łapczywie przełknął ostatni kęs kaszy, wydrapał lipową łyżką miskę i wstał od stołu. Wytarł usta wierzchem dłoni, rzucił matce uspokajające spojrzenie i powiedział:
– Już idę.
Wyszedł z chaty, czując na plecach ciężar jej zatroskanego wzroku. Stukot młota stawał się coraz wyraźniejszy.
– Nie jest dobrze – mruknął pod nosem i poszedł w stronę kuźni.
Wiedział, że ojciec będzie niezadowolony. Obiecał pomóc od rana, ale las… jak zawsze stracił tam więcej czasu, niż planował.
Kuźnia, jak zwykle, rozbrzmiewała odgłosami. Rytmiczny dźwięk kucia mieszał się z sykiem hartowanego metalu i skrzypieniem miecha. Powietrze było ciężkie od zapachu dymu, potu i gorącego żelaza.
Ojciec, pochylony nad paleniskiem, nawet nie podniósł głowy, gdy Nadir wszedł. Zaciśniętymi ustami poruszał miechem, rozpalając ogień do czerwoności.
– Znowu w lesie? – rzucił szorstko, nie patrząc na syna. Jego głos był chrapliwy od wysiłku i tłumionej złości. – Sierpy czekają na ostrzenie – ciągnął, wciąż nie patrząc na chłopaka. – A radło dla Bolka samo się nie zrobi. Pogoda się psuje, plony trzeba zebrać, zanim deszcze wszystko zniszczą.
Nadir zacisnął pięści, czując, jak irytacja zaczyna narastać.
– Wiem – odparł, opanowując gniew. – Ale mięso też jest ważne.
– Wszyscy się czymś zajmują – kontynuował ojciec i wreszcie podniósł wzrok. – Tylko ciebie jak zwykle nie ma, kiedy jesteś potrzebny.
– Mięso się przyda. Potrzebujemy go tak samo jak narzędzi, ziarna i wszystkiego innego. A to, że przyniosłem jedzenie, nic nie znaczy? – odparł z przekąsem.
Ojciec odwrócił się powoli. Zmęczone oczy spotkały się ze wzrokiem Nadira. W jego spojrzeniu odbijały się nie tylko złość i frustracja, ale także coś głębszego – zawód i ból.
– Wiem, Nadirze. Wiem – powiedział. – Ale to nie wystarczy. Musisz myśleć o przyszłości – oznajmił, a jego głos stał się twardszy. – Myśl o plonach, o bezpieczeństwie. Praca w kuźni jest potrzebna, a kowal szanowany. Musisz się uczyć. Myśl o normalnym życiu. Nie tylko o – zamilkł na moment, szukając odpowiedniego słowa – włóczęgostwie.
– Włóczęgostwie?! – wybuchnął Nadir. Jego głos zadrżał z gniewu. – Myślisz, że to zabawa? Poluję, uczę się strzelać, walczyć… Kiedyś sam mówiłeś, że mężczyzna musi być odważny, zaradny i zawsze bronić swoich najbliższych! A teraz? Chowasz się w kuźni i klepiesz żelazo! Zapomniałeś, jak to jest trzymać miecz w dłoni? To jest to normalne życie, jakiego chcesz dla mnie? A co będzie, jak Niemi się pojawią? Dragor mówił, że są coraz bliżej nas.
Ojciec ściągnął brwi. Na jego twarzy pojawił się gniew, a w głosie pobrzmiewała groźba. W jego oczach jednak było coś więcej niż tylko złość – było tam coś, co przypominało cień przeszłości. Może widział już kogoś, kto szedł tą samą ścieżką, a może sam kiedyś stał w tym samym miejscu, z tym samym ogniem w piersi, gotów spalić się w imię nieznanej jeszcze prawdy. A może widział siebie – młodszego, bardziej porywczego, zdeterminowanego, by zmienić coś, czego zmienić się nie dało. Może właśnie dlatego gniew mieszał się w nim z czymś jeszcze – cieniem lęku, którego nie chciał nazwać.
– Nie wiesz, o czym mówisz, Nadirze – warknął, zaciskając dłonie na rękojeści młota. – Nie masz pojęcia, co widziałem. Nie masz pojęcia, czym jest prawdziwa walka. Uwierz mi, to nie jest życie, jakiego bym dla ciebie pragnął. Nic nie wiesz…
– Strach cię sparaliżował! – wykrzyknął Nadir i nie potrafił już powstrzymać potoku słów. – Jesteś tchórzem! Owszem, nic nie wiem o tobie, bo zawsze mnie zbywasz. Ile musiałem prosić, abyś chociaż trochę chciał mnie nauczyć walczyć… Nie dziwię się tym, co nie potrafią walczyć, ale ty potrafisz… i dlatego mi wstyd, że się chowasz… tchórz!
Słowa, jak uderzenia, rozbrzmiały echem w kuźni. Ojciec zamarł, a jego dłoń zacisnęła się na rękojeści młota tak mocno, że kostki zbielały. Przez chwilę wydawało się, że rzuci się na syna. Nadir stał przez moment, drżąc z gniewu, a potem odwrócił się na pięcie i wybiegł, nie czekając na odpowiedź. Za nim pozostała tylko cisza, przerywana trzaskaniem ognia w palenisku.
Ojciec stał nieruchomo. Słowo „tchórz” wżerało się w jego umysł. Gdzieś w głębi serca poczuł, jak bolesne wspomnienia zaczynają powracać. Obrazy, które każdej nocy nawiedzały go, gdy tylko zamknął oczy.
Pamiętał wojnę i bitwy. Ten brudny, chaotyczny wir krwi, bólu i śmierci. Pamiętał wycie rannych, jęki umierających, smród ciał gnijących w upale. Widział wojowników, przypominających bardziej zwierzęta niż ludzi – pijanych i trzęsących się ze strachu. Stojących w murze tarcz i robiących pod siebie. Pamiętał twarz swojego brata, młodszego o dwa lata, umierającego w jego ramionach, z oczami pełnymi zdziwienia i bólu. To wtedy postanowił: dość. Porzucił miecz. Porzucił wojenne życie, by chronić rodzinę. Znalazł spokojne miejsce w tej zagubionej w ostępach osadzie. Chciał spokoju dla swojej żony i dzieci. Ale teraz… teraz własny syn nazwał go tchórzem.
Z ciężkim westchnieniem podszedł do starej, zakurzonej skrzyni w rogu kuźni. Otworzył ją ostrożnie. W środku, starannie owinięty w pożółkłe płótno, spoczywał podłużny przedmiot. Rozwinął go powoli. Miecz. Ostrze wciąż lśniło jak nowe. Długa, prosta głownia połyskiwała w półmroku, a na jej powierzchni wiły się subtelne wzory tajemnych znaków. W świetle padającym z okna dostrzegł delikatne srebrne nitki, które zdobiły stal, układając się w geometryczne kształty i krzyże. Na samym szczycie ostrza, tuż przy rękojeści, połyskiwał znak przypominający słońce – rozeta z promieniami, która zdawała się tchnąć w broń duszę dawnych czasów.
Rękojeść miecza była prosta, ale wyrazista. Gdy obrócił ostrze, wpatrzył się w wytrawiony blisko niej napis – ledwo widoczny, ale nadal czytelny znak płatnerza, który chciał, by jego imię przetrwało lata.
Miecz był ciężki, ale doskonale wyważony. Każdy ruch ostrza wydawał się naturalny, jakby broń stawała się częścią dłoni, która ją trzymała. To nie była zwykła stal – to była broń wojownika, który walczył na polach wielu bitew i zawsze nosił ją z dumą. Ostrze, choć nosiło ślady wielu lat, wciąż było piękne. W jego lśniącej powierzchni zaklęta była pamięć o poprzednich właścicielach i ich bojach. Nawet teraz, po latach spędzonych w ciemności skrzyni, miecz zdawał się szeptać historie o dawnej chwale i już zapomnianych bitwach.
Naznaczone bliznami dłonie zacisnęły się na rękojeści. Ciężar miecza był znajomy i przynosił ze sobą wspomnienia – braterstwa, straty, bólu i żalu. Dumy. Spojrzał na ostrze i dostrzegł w nim odbicie swojego dawnego życia.
Czy Nadir zrozumie? Czy będzie musiał podążyć tą samą ścieżką, by pojąć, co ojciec widział i czego doświadczył?
Zamknął oczy, pozwalając wspomnieniom ogarnąć jego umysł. Czuł, jak w głowie zaczynają kłębić się obrazy z dawnych dni. Po chwili, z ciężkim westchnieniem, otworzył je powoli. Starannie zawinął ostrze w płótno i schował miecz z powrotem do skrzyni.
Nie. Nie teraz. I oby nigdy.
A Nadir biegł, emocje wirowały w nim jak niespokojna burza. Wściekłość mieszała się z żalem, targały nim sprzeczne myśli. Krew pulsowała w skroniach niczym uderzenia bębna, a w uszach wciąż rozbrzmiewały pełne złości słowa rzucone ojcu w twarz. Każdy krok na chrzęszczącej ścieżce przypominał mu o wyrzutach sumienia, ale gniew skutecznie je zagłuszał.
Wiatr niósł za nim gryzący zapach dymu z kuźni, wdzierający się w nozdrza niczym przypomnienie o niezrealizowanych oczekiwaniach. Na brzegu jeziora zobaczył Mirę. Jej zwykle promienna twarz była teraz zamyślona, a w oczach czaił się niepokój. Podeszła do niego powoli, a jej ręce uniosły się w geście, jakby chciały go objąć, ale jego wzrok sprawił, że je cofnęła.
– Nadirze, co się stało? – zapytała cicho, dotykając tylko jego ramienia delikatnie. – Widziałam, jak wybiegłeś z kuźni. Znowu pokłóciłeś się z ojcem?
Jego spojrzenie było pełne furii.
– On po prostu mnie nie rozumie! – warknął, a jego głos drżał od tłumionej złości. – Ciągle powtarza, że jestem lekkomyślny, że nie mam pojęcia o odpowiedzialności! A sam? Cały czas tylko kuźnia, rola, jakby to był cały świat! Zapomniał, co to znaczy żyć! I mnie też chce skazać na taki los. Nigdy mi nie opowiedział o swojej przeszłości. Milczy, jak gdyby to była jakaś tajemnica.
Mira cofnęła się o krok, zaskoczona jego gwałtowną reakcją.
– Nadirze, twój ojciec… – zaczęła, ale zawahała się, szukając odpowiednich słów. – Jesteś dla niego niesprawiedliwy. On nie zawsze taki był. Wszyscy w osadzie pamiętają, że kiedyś był kimś innym. A teraz, bez niego i jego pracy, byłoby nam trudno. Wszyscy go potrzebują.
– Kim?! – przerwał jej Nadir gorzkim śmiechem, który bardziej przypominał pełen bólu krzyk. – Kim?! Mówisz, że był kimś innym, a ja o tym nic nie wiem! Tylko jakieś plotki. Dlaczego?! Dlaczego muszę żyć w tej cholernej niewiedzy?! Może ci wszyscy, o których mówisz, są dla niego ważniejsi niż ja. A dla mnie ma tylko połajanki.
Mira patrzyła na niego z niepokojem, a w jej oczach pojawiły się łzy.
– Nadirze, proszę, uspokój się – wyszeptała i próbowała go objąć.
– Nie dotykaj mnie! – wycedził przez zaciśnięte zęby, odsuwając się gwałtownie.
Jego ręka w odruchu uniosła się w powietrzu – nie żeby ją uderzyć, ale jakby chciał odgrodzić się od wszystkiego, nawet od niej. Mira drgnęła i cofnęła się jeszcze bardziej, a jej spojrzenie w jednej chwili wypełniło się czymś, co ścisnęło go w żołądku. Nie był to tylko strach – to było coś więcej.
Rozczarowanie.
Jakby w tej jednej chwili przestała go poznawać.
– On mnie zawiódł, Miro. – Jego głos był twardy, nieprzejednany. – Zawsze go podziwiałem, a teraz… teraz widzę, że jest tchórzem.
I wtedy powiedział coś, czego od razu pożałował.
– Może ty też go tak bronisz, bo tak samo boisz się prawdy… jak Zbylut.
Zobaczył, jak Mira otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich ani jedno słowo. Jej policzki bladły, a potem czerwieniły się, jakby została uderzona.
– O czym ty mówisz? – szepnęła.
– O tym, że zawsze znajdziesz słowa na obronę tych, których lubisz. – W jego głosie pojawiła się gorycz, której nawet nie próbował ukryć. – Może dlatego tak dobrze dogadujesz się ze Zbylutem? On też nie ma w sobie odwagi, potakuje wszystkim, słucha się rodziców, za to jest miły, prawda? Miły, przystojny… a nawet zabawny.
Mira patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
– Nadirze. – Jej głos drżał, ale nie było w nim już gniewu, tylko ból. – To o to chodzi? Naprawdę myślisz, że…
Nie dokończyła. Zacisnęła usta i potrząsnęła głową, jakby nie wierzyła, że właśnie to usłyszała.
– Idę. – Nadir odwrócił się, nie patrząc na nią. – Muszę być sam.
Rzucił się w stronę lasu i zniknął między drzewami.
Mira otarła policzek, spoglądając za niknącą w lesie sylwetką.
Znowu to zrobił… Znowu. Nie wiedziała, co się z nim ostatnio dzieje. Może mają rację, że to krew jego matki burzy się w nim teraz. Zawsze go broniła, gdy mówili, że to przez obcą, złą krew. Wierzyła, że jest najlepszym chłopakiem na świecie. Ale w takiej chwili jak ta, trudno jej było utrzymać w sobie tę wiarę.
Nie chciała o tym myśleć. Nie teraz. Nie w ten sposób.
Bezwładnie usiadła na mokrym piasku. Zacisnęła powieki, by przywołać inne chwile. Te, które były tylko ich.
Widziała siebie, jak biega boso po miękkim mchu, a on śmieje się za jej plecami, udając, że nie nadąża. Jak w chłodnym cieniu sosen chwyta ją za rękę, ciągnie do przodu, aż oboje wpadają na polanę, gdzie wysokie paprocie kołyszą się w rytmie ciepłego wiatru. Jak ukrywają się przed deszczem pod gęstymi gałęziami, śmiejąc się, gdy krople spadają na ich uniesione ku niebu twarze.
Pamiętała staw, ukryty głęboko w puszczy, gdzie nie docierał nikt oprócz nich. Woda tam była ciemna, cicha i gładka jak tafla lodu. Nie poruszała się, nawet gdy wiatr wprawiał nadbrzeżne trzciny w powolny taniec. Pamiętała, jak stanęła na omszałym kamieniu, powoli zsuwając suknię z ramion. Przez ułamek chwili czuła na sobie jego wzrok, ciepły i badawczy, zanim materiał opadł cicho na ziemię.
Wchodziła do wody ostrożnie, czując, jak chłód otula jej skórę, przenika stopy, łydki, uda. Zadrżała – czy z zimna, czy z czegoś innego? On wciąż stał na brzegu, jakby zapamiętywał każdy jej ruch, każdy gest. Dopiero gdy odwróciła się i wyciągnęła ku niemu rękę, uśmiechając się lekko, on wszedł za nią. Pierwszy krok był niepewny, ale potem tafla zaczęła stopniowo, delikatnie rozchodzić się wokół niego.
Pamiętała jego dotyk, czułość w tym, jak przyciągnął ją do siebie. Pamiętała ich oddechy, w których mieszały się wilgoć i żywiczny zapach boru. Pamiętała, jak leżeli potem na trawie – nagie ciała otulone ziołami i okrywane kwiatami, które opadły z drzew. Wilgotne płatki przyklejały się do ich skóry, a w gęstniejącym zmierzchu słyszeli tylko własne oddechy i szum drzew nad sobą.
I jeszcze uroczysko, zasnute mgłami o świcie. Szli tam powoli, jakby z czcią, w milczeniu, by nie spłoszyć duchów lasu. Pachniało wilgotną ziemią, omszałymi kamieniami, czymś pierwotnym i pradawnym. Byli tylko oni – jej dłoń w jego dłoni, ciepło, które płynęło od jego ciała.
Był jej całym światem.
Zacisnęła palce na skrawku sukni. Nie chciała czuć bólu. Chciała pamiętać jedynie to. Ich śmiech. Ciepło jego skóry. Błysk w ciemnych, głębokich oczach, gdy patrzył tylko na nią.
Ale echo jego gniewnych słów wciąż drżało w jej myślach.
A Nadir biegł. Biegł coraz szybciej, czując, jak jego gniew ustępuje miejsca zmęczeniu i chaosowi myśli. Gałęzie chłostały go po twarzy, a ostre kolce jeżyn drapały skórę, ale on ignorował ból.
Las stawał się coraz gęstszy, a cisza wokół niego narastała. Gałęzie drzew zamykały się nad nim. Tylko echo własnych kroków i dalekie wycie wilka przerywało tę złowrogą martwotę.
W końcu, wyczerpany, dotarł do znajomego miejsca – wielkiego, starego dębu. Korzenie drzewa, jak ramiona pradawnego strażnika, otaczały kawałek ziemi niczym naturalne schronienie. Pień dębu, naznaczony głęboką szramą po piorunie, zdawał się pulsować spokojem i siłą.
Nadir opadł na ziemię i oparł plecy o szorstką korę. Jego oddech stopniowo zwalniał, a myśli kłębiły się niczym burzowe chmury. Czuł, jak zaczyna mu wirować w głowie.
Dlaczego ojciec nigdy mi nic nie powiedział? Czy Mira mnie teraz znienawidzi? Dlaczego wszystko jest takie skomplikowane?
Zamknął oczy, pozwalając, by ciężar zmęczenia w końcu go pokonał. Choć słońce wciąż wisiało wysoko na niebie, wiatr niósł już zapowiedź nadchodzącego chłodu. Cień dębu otaczał go niczym kołyska, dając schronienie od mocnych promieni dnia. Atmosfera tego miejsca – cisza lasu, szum liści, zapach ziemi – działała na niego kojąco, cała przyroda starała się go ukołysać. W oddali zawył wilk – przeciągle, żałośnie, jak gdyby przestrzegając przed czymś, co miało nadejść.
Nadir zasnął, lecz w jego umyśle wciąż brzmiały pytania bez odpowiedzi. We śnie ponownie usłyszał wycie wilka, a jego echo niosło się po opustoszałej krainie…
3. Leszy – słowiański duch lasu.
4. Wiła – słowiański demon o dwoistej naturze, łączący cechy nimfy wodnej i leśnej boginki, uwodzący śpiewem i plączący ścieżki.
Wilgotne mury lochu ociekały wodą, a w powietrzu unosił się przytłaczający zapach stęchlizny zmieszanej z zastarzałym odorem krwi i moczu. Krople skapujące ze sklepienia rozbijały się o kamienną posadzkę z jednostajnym, niemal hipnotyzującym dźwiękiem. Pośród tego ponurego miejsca, w mdłym świetle pochodni, rozlegały się przytłumione jęki i urywane krzyki. W ciemnych zakamarkach snuły się cienie szczurów. Ich czerwone oczy błyskały w półmroku. Zardzewiałe obręcze, do których zazwyczaj przykuwano więźniów, pokrywała zaschnięta krew, a w zakamarkach kamiennej podłogi zbierały się kałuże cuchnącej wody. Loch śmierdział pleśnią, moczem i krwią.
Bernhard von Plötzkau, margrabia Marchii Północnej, stał oparty o masywny stół z grubo heblowanych desek. Jego spojrzenie utkwione było w pochodni. Mrużył w zamyśleniu oczy, wpatrując się w pełgający płomień. Surowa twarz, poorana zmarszczkami, zdradzała człowieka, który wiele widział i jeszcze więcej przeżył. Był wysoki, barczysty, a jego postawa zdradzała siłę fizyczną i oddawała władzę, którą sprawował. Ciemne włosy, miejscami przyprószone siwizną, opadały nieco na czoło, a krótka, gęsta broda nadawała mu groźnego wyglądu.
Nie nosił dziś niczego nadmiernie ozdobnego. Wdział grubą, wełnianą tunikę w ciemnym kolorze, spiętą szerokim skórzanym pasem. Na ramiona zarzucił płaszcz, którego brzegi zdobił jedynie niewyszukany haft.
Obok niego stał jego młodszy kuzyn, Bernhard zum Berg – kolejne z długiej listy imion, które ród Plötzkau przekazywał z ojca na syna od pokoleń, niczym zaklęcie mające chronić przed zapomnieniem. W ich rodzinie imię Bernhard było jak pieczęć – nosili je margrabiowie i rycerze. Dumni synowie i zapomniane bękarty, których groby już dawno porósł mech. Każdy z nich miał jakiś przydomek, choć nie zawsze był trafny i przynoszący chlubę. Ten otrzymał swój nie z powodu gór, których w Marchii brakowało, ale przez sztuczne wzniesienie, na którym stał gródek jego ojca5. Kopiec usypany rękami chłopów, by choć trochę wznosić się nad okoliczną równiną.
Młody Bernhard często słyszał, jak szydzą z jego przydomku.
– Patrzcie, oto pan z góry! – kpił niedawno jeden z najemników, gdy prowadził oddział przez bagna. – Góra z gliny i kamieni, co runie przy pierwszym podmuchu!
Był wyraźnie młodszy od swego kuzyna, o szczuplejszej sylwetce i mniej surowym obliczu. Jego twarz miała niemal chłopięcy rys, ale coś w spojrzeniu zdradzało zepsucie. W kącikach ust igrał lekki, niemal rozbawiony uśmiech, gdy kolejne wrzaski rozdzierały ciszę. Jego wzrok błyszczał, jakby czerpał perwersyjną satysfakcję z dźwięków bólu dochodzących z lochów. Jego oczy, błękitne i zimne jak lodowe odłamki, odbijały pełgający blask żagwi. Nie było w nich współczucia. Palce zaciskały się na rękojeści sztyletu przy pasie – nie w napięciu, a raczej w wyczekiwaniu.
Krzyki, dochodzące z lochów, nie ustawały. Starszy Bernhard nie drgnął, jakby te dźwięki były mu obojętne – albo po prostu zbyt dobrze znane. Młodszy zaś zdawał się delektować każdą chwilą, jak gdyby była to makabryczna melodia wygrywana specjalnie dla niego.
W komnacie panował półmrok. Kamienne ściany rozświetlane płomieniem pochodni mieniły się, a powietrze było ciężkie od wilgoci i zapachu palonego tłuszczu.
Młodszy Bernhard przekrzywił głowę, wsłuchując się w przeciągły wrzask, który dobiegał z lochów. Jego wargi uniosły się w lekceważącym grymasie.
– Kwiczy jak zarzynana świnia – mruknął i odwrócił się w stronę kraty oddzielającej ich od miejsca przesłuchania. – Myślisz, że długo jeszcze pociągnie?
– Krzyk to tylko dźwięk – odpowiedział spokojnie ten starszy. – Ważne jest to, co następuje potem. Ból zmienia człowieka. W odpowiednich rękach staje się on miękki jak wosk. Ból przypomina mu, że życie ma wartość, że może jeszcze nie musi umrzeć, i zaczyna mówić.
Młodszy westchnął cicho, obracając sztylet w dłoni, jakby coś ważył w myślach.
– Ale… – zaczął powoli, wodząc kciukiem po krawędzi ostrza. – Jest coś przyjemnego w tym dźwięku, nieprawdaż? W tej bezradności. W tym, jak próbują walczyć, zanim zrozumieją, że nie mają już nic.
Margrabia spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi.
– To dziecinne, Bernhardzie. Ból jest po to, by wydobywać prawdę, nie dla pustej zabawy.
Przyglądał się kuzynowi z mieszaniną dezaprobaty i zastanowienia. Czy to okrucieństwo było oznaką siły czy słabości?
Młodszy uśmiechnął się kątem ust, a jego spojrzenie pociemniało.
– A jeśli można mieć jedno i drugie?
Przez chwilę starszy Bernhard milczał, jakby rozważał, czy w ogóle warto odpowiadać. Potem odwrócił wzrok z powrotem na płomień.
– Będzie krzyczał, wrzeszczał, przeklinał – powiedział cicho. – A potem będzie mówił. Zawsze mówią.
Kolejny wrzask przeciął ciszę. Berg uśmiechnął się szerzej.
Oprawca podszedł bliżej i zerknął przez kraty.
– Już ledwo dycha, panie. Jeszcze walczy, ale to tylko kwestia czasu.
Starszy Bernhard skinął głową.
– Widzisz, chłopcze? Ludzie są jak liny. Naciągaj je powoli, z wyczuciem, bo pękną w najmniej spodziewanym momencie. I niczego się nie dowiesz.
Młody uśmiechnął się lekko.
– Czasem warto poczekać, przeciągać. A jak pęknie, no cóż…
Von Plötzkau uniósł brew.
– Nie, kuzynie. Lepiej, gdy pękają wtedy, gdy my tego chcemy.
Chłopak skrzywił się lekko, ale w jego oczach błysnął cień zadowolenia.
– Mieliśmy szczęście, że go dorwaliśmy. Gdyby nie ludzie Warcisława6, udałoby mu się uciec.
Starszy Bernhard parsknął pogardliwie.
– Dopisał im łut szczęścia, że go złapali. Mało brakowało, by mu się udało zbiec. Drugiemu dogorywający książę zdążył wbić sztylet w gardło. Gdyby nie to, pewnie dzisiaj obaj by się kryli po lasach i chwalili, jak łatwo przyszło im zamordowanie pana, któremu ślubowali wierność.
Młodszy zacisnął usta, ale nie odpowiedział.
Margrabia wpatrywał się w niknące płomienie pochodni, jakby widział tam coś więcej niż tylko ogień.
– Taka już ich natura – rzucił cicho. – Słowianie. Dzicy byli i dzicy pozostają. Chrzest zmył im brud z czoła, ale nie sięgnął duszy.
Bernhard zum Berg, stojący opodal, uśmiechnął się z przekąsem.
– Za to łasi są na srebro. I pożyteczni, gdy się im pokaże kij i marchew.
Margrabia pokiwał głową.
– Trzeba ich złamać. Albo się podporządkują, albo trzeba ich wyplenić do ostatniego. Inaczej zawsze będą szukać sposobu, by podnieść głowy.
Zamilkli na chwilę. W końcu młodszy z kuzynów odezwał się z namysłem:
– Jak dzikie konie…
– Tak – przytaknął margrabia. – Dumne, nieujarzmione, kłopotliwe. Ale raz złamane, będą ci wierne do śmierci. Muszą jednak czuć nad sobą siłę.
– I tak dochodzimy do sedna. – Bernhard zum Berg spojrzał na niego badawczo. – Kto zyskał na śmierci Warcisława?
Starszy uśmiechnął się lekko, bez cienia wesołości.
– Nie oni, to pewne. Ale ktoś na tym skorzystał. Trzeba się dowiedzieć kto, nim sprawy wymkną się spod kontroli.
– Czyli nie był to przypadek?
Margrabia wzruszył ramionami.
– Przypadek? Rzadko bywa przypadkiem coś, co pachnie zdradą.
Zum Berg skrzywił się.
– A jeśli to gra Bolesława7?
– Nie twierdzę, że to jego ręka dzierżyła nóż. Ale mógł dać komuś powód, by go użył. Warcisław próbował wszystkich przechytrzyć. Nam składał hołdy, wśród swoich udawał wolnego księcia, mamił obietnicami Bolesława. Taki nie przetrwa długo.
– Więc Bolesław szukał kogoś bardziej odpowiedniego do swoich planów?
– Możliwe. Lotar8 nie chce wojny na północy. Potrzebuje sojuszników, nie kłopotów. A Bolesław to wilk w owczej skórze. Klękał w Merseburgu9, ale jego ludzie już przekraczają nasze granice.
– I kontaktuje się z Pomorzanami?
– Tak mówią. Jeśli wysyłał posłańców nie tylko do nich, ale i chciał za morze, to może Warcisław był mu już zawadą. Jemu z Duńczykami nigdy nie było po drodze.
– A Racibor10?
– Ma krew wilka, nie lisa. Nie będzie się kłaniał ani nam, ani Duńczykom.
Zapadło krótkie milczenie.
– A co z Arkoną11? – zapytał młodszy. – Póki ta świątynia stoi…
– Pomorze nie będzie nasze – dokończył margrabia. – Każdy myśli, jak ją zniszczyć i złupić. A mimo to królowie i książęta ślą tam dary. Jedną ręką budują kościoły, drugą opłacają pogańskich kapłanów.
– Gdy Arkona padnie, będzie to znak końca ich świata.
– I początek naszego. Ale to nie nastąpi z dnia na dzień.
– Więc kto to zrobi?
– Ten, kto uzna, że nie ma już nic do stracenia. Albo wszystko do zyskania.
Margrabia poprawił skórzaną rękawicę.
– Chaos to nie tylko zagrożenie. To również okazja. Pomorzanie się boją, Lotar ma inne zmartwienia, a w Gnieźnie, myślę, już dzielą łupy.
– Myślisz o Bolesławie.
– Myślę o każdym, kto gra na więcej niż jednym froncie. Warcisław próbował. Zobacz, jak skończył. Ale innych to nie odstrasza.
Zum Berg skinął głową.
– Jeśli Racibor przejmie stery, wszystko może się zmienić.
– Tak. Eryk12 na północy nie będzie zadowolony. Myśli, że śmierć Warcisława da mu wolną rękę. Ale Racibor to nie pionek.
– To znaczy…
– To znaczy, że drogi Eryka i Bolesława muszą się przeciąć. Musi dojść do spięcia. I wtedy my musimy być gotowi.
– Myślisz, że ten ktoś, ten, kto pociąga za sznurki, to ktoś z zewnątrz?
Margrabia roześmiał się krótko, bez cienia radości.
– Zawsze ktoś z zewnątrz. Chyba nie wierzysz, że to pomysł jakichś zawszonych dzikusów z puszczy.
W tym momencie do lochu wszedł strażnik.
– Margrabio – powiedział, kłaniając się. – Już można…
Strażnik zawrócił do lochu, a Bernhard i jego krewny podążyli za nim. W chłodnej i wilgotnej komnacie, w której Bernhard zwykł przesłuchiwać więźniów, na drewnianej ławie, rozciągnięty do granic możliwości leżał Wieleta13. Jego dłonie i stopy były przywiązane do kołowrotów, a jego ciało rozciągnięte do granic wytrzymałości. Był ledwo żywy, blady i wyczerpany. Na jego nagim torsie widniały ślady tortur. Skóra była poparzona i posiniaczona, z licznych głębokich ran sączyła się krew. Już na pierwszy rzut oka widać było, że część stawów mu powyrywano. Jego opuchniętą twarz pokrywały siniaki, a ze sczerniałych warg wydobywał się rwany charkot. Każdy oddech był dla niego widocznym wysiłkiem. Te stawy… Chodził to on już nie będzie – pomyślał Bernhard, spoglądając na Wieletę z obojętnością. Ciekawe, czy coś z niego da się wyciągnąć.
Nie zwracali uwagi na odór krwi i ekskrementów. Ich twarze nie wyrażały żadnych emocji – ani współczucia, ani obrzydzenia.
W głowie margrabiego kłębiły się myśli. Zastanawiał się, kto mógłby stać za śmiercią Warcisława. Czy to byli Duńczycy, czy może ktoś z jego własnego otoczenia? Kto? Kto?
Bernhard, obserwując Wieletę z daleka, spojrzał z dezaprobatą na oprawcę, który nieruchomo stał nad leżącym więźniem. Jeszcze trochę, a nic nie powie. Przesadził. Gorliwość bywa też wadą – pomyślał, kręcąc głową z zaniepokojeniem.
Berg zbliżył się powoli i pochylił nad ofiarą.
– Marnie wyglądasz – powiedział tonem, w którym nie było ani krzty współczucia. – Ale zaufaj mi, jeśli nie zaczniesz mówić, będzie znacznie gorzej.
Torturowany podniósł na niego otępiałe z bólu spojrzenie. Oczy miał zapuchnięte, niemal czarne od sińców. Oddychał płytko, a każde słowo zdawało się kosztować go ogromny wysiłek.
– Nie… wiem… nic – wychrypiał.
Margrabia Bernhard westchnął, jakby był rozczarowany.
– Nie wiesz? – powtórzył powoli. – To ciekawe, bo ja wiem, że nie działaliście sami.
Młodszy Bernhard uśmiechnął się, odwrócił na moment i podniósł żelazne szczypce. Przyglądał się im przez chwilę z uwagą, po czym przykucnął przy więźniu.
– Podobno zdrada to dla was chleb powszedni – rzucił.
– Nie… wiem… nic – więzień zadrżał.
Berg nachylił się nad torturowanym i mówił spokojnie, niemal łagodnie:
– Posłuchaj mnie uważnie. Masz dwie drogi.
Z udawanym zamyśleniem kiwał przed twarzą mężczyzny narzędziem, na którym widać było zaschnięte ślady krwi.
– Możesz umrzeć szybko. Jedno cięcie, jedno pchnięcie i będzie po wszystkim. – W jego głosie nie było emocji, tylko rzeczowa konstatacja faktu. – Albo możesz cierpieć.
Więzień oddychał płytko, nie był w stanie już nawet pokręcić głową.
– Już cierpię… – zacharczał, a krew pociekła mu po brodzie.
Młodszy Bernhard uśmiechnął się, ale w jego błękitnych oczach nie było ani cienia ciepła.
– Nie, jeszcze nie. Ale możesz się przekonać, jak długo człowiek potrafi błagać o śmierć.
Mężczyzna się szarpnął. Przez moment wydawało się, że powie coś jeszcze, ale tylko zacisnął oczy.
Starszy Bernhard westchnął z rozczarowaniem.
– Widać, że ma ochotę na dłuższą rozmowę.
Margrabia zmrużył oczy, jakby analizował stan więźnia, niczym kupiec oceniający zniszczony towar.
– Może nie zdajesz sobie z tego sprawy – powiedział niemal łagodnie – ale naprawdę nie masz już wiele do stracenia.
Wieleta wyszczerzył czerwone od krwi zęby.
Młodszy Bernhard westchnął teatralnie i spojrzał na strażnika.
– Może trzeba mu to uświadomić.
Oprawca bez słowa uniósł długi nóż i powoli przeciągnął jego ostrzem po rozpiętej piersi więźnia, dodając kolejną głęboką, mocno krwawiącą rysę. Drugą ręką przybliżył do rany kopcącą żagiew i powoli zaczął wciskać w ranę. Po celi rozszedł się wstrętny, dławiący smród palonego mięsa.
Więzień zawył.
– Kto? – Pytanie zawisło w śmierdzącym spalonym ciałem lochu.
– Na wyspie… w puszczy… – wychrypiał torturowany. – Może to był kowal…
Starszy Bernhard uniósł brew.
– Może? To za mało.
Więzień zacisnął powieki.
– Nie wiem… nie widziałem go. Słyszałem o nim…
Młodszy rycerz spojrzał na unoszący się znad przypalonej rany dym i pokręcił głową.
– To rozczarowujące.
Berg podszedł bliżej i pochylił się nad mężczyzną.
– Powiedz mi – powiedział cicho – czy ci, którzy cię wynajęli, też by tak cierpieli? Czy oni też by cię tak bronili? Czy pozwoliliby, żebyś znosił te katusze bez sensu, w imię czego? Męczyliby się tak jak ty, by ciebie ochronić? Na pewno nie!
Więzień otworzył oczy i po raz pierwszy widać było w nich coś więcej niż tylko ból, przez który teraz przebijał całkowity brak nadziei.
Zum Berg uniósł żelazne szczypce. W zadumie oglądał je, jakby ważył w dłoni ciężar decyzji, którą miał podjąć.
– Może potrzebujesz małej zachęty? – zapytał cicho, niemal łagodnie.
Jeniec potrząsnął głową, a jego oczy już nie wyrażały niczego poza cierpieniem.
– Nie… proszę… – wyszeptał, ale jego głos był już tylko słabym echem w zimnym powietrzu lochu.
Młodszy Bernhard uśmiechnął się, a w jego oczach pojawił się błysk, który margrabia już nie raz widywał.
– Nie bój się. To tylko chwila.
Zacisnął szczypce na poparzonej skórze więźnia i szarpnął, wyrywając krwawy strzęp mięsa. Mężczyzna zawył z bólu, a dźwięk ten odbił się echem od kamiennych ścian.
Margrabia uniósł brew.
– Widzę, że z powodzeniem możesz go zastąpić? – zapytał, wskazując na stojącego nieruchomo oprawcę, a w jego głosie pobrzmiewała kpina.
Młodszy Bernhard z trzaskiem rzucił szczypce na stół, nie spuszczając wzroku z kuzyna.
– Czasem trzeba samemu pobrudzić sobie ręce, żeby ludzie cię szanowali. A jak nie szanują, to niech się boją. – Odwrócił się do więźnia, którego ciałem szarpały niekontrolowane dreszcze, i dodał: – Oderint, dum metuant14. Niech nienawidzą, byleby się bali. Czy nie tego mnie uczono? Czy ty sam nie powtarzałeś mi tego wielokroć?
Margrabia zamarł na moment, zaskoczony nie tylko okrucieństwem młodego Bernharda, ale też tym, jak cytat z Kaliguli wypłynął z jego ust. Wiedział, że chłopak nigdy się nie garnął do nauki klasycznej, wybierając raczej biegłość w walce niż łacińskie traktaty. A jednak ta sentencja widocznie zapadła mu w pamięć. Powtarzał mu ją nieraz jego nauczyciel, zakonnik, który nie zawsze był zakonnikiem. Mówiono, że zanim włożył habit, służył jako najemnik w Italii, a może nawet jako dworzanin cesarski, lecz nigdy o tym nie wspominał. Jedynie czasem, w chwilach zadumy, pozwalał sobie na uwagę, która nie pasowała do pokory mnicha. Miał w twarzy i spojrzeniu coś, co przywodziło na myśl wszystko, tylko nie zakonne zacisze. To on podsunął Bernhardowi myśl, że strach potrafi być narzędziem skuteczniejszym niż miecz. Może sam nauczył się tego w miejscach, gdzie prawo i litość były słabością, a życie należało do tych, którzy nie mieli skrupułów.
– Uczono cię, że strach może być narzędziem – odparł w końcu, mierząc kuzyna wzrokiem. – Ale nie mówili chyba, żebyś stał się narzędziem strachu.
Młody uśmiechnął się ponownie, ale tym razem w jego oczach nie było już błysku – tylko zimne okrucieństwo.
– A czy to nie to samo? – zapytał, a jego głos był tak spokojny, że aż niepokojący.
Z ironicznym uśmiechem patrzył w oczy margrabiego. Ponownie uniósł szczypce, ale z ociąganiem opuścił je.
– Chcesz coś mi jednak powiedzieć? – zwrócił się do jeńca.
Wieleta potrząsnął głową.
Berg wskazał na żarzące się łuczywo.
– Użyj jeszcze raz tego – powiedział z trzaskiem, rzucając szczypce na kamienną posadzkę.
Oprawca, posłuszny rozkazowi, przyłożył rozżarzoną żagiew do okaleczonego mężczyzny. Skóra syknęła i zaczęła się dymić, a w powietrzu uniósł się swąd palonego ciała. Więzień wyprężył się na ławie, a z jego ust wyrwał się stłumiony jęk. Oprawca, nie okazując żadnych emocji, przyłożył łuczywo raz jeszcze i przypalał skórę ofiary miejsce przy miejscu, wciskając ją pod pachy. Wstrętny smród palonej skóry wypełniał im nozdrza. Wieleta wył. Jego ciało drżało, z zagryzionych warg płynęła strużka krwi. Wyprężył się nagle, szarpnął gwałtownie, i ciało zwiotczało. Krew sączyła mu się z ran i ust. Bernhard i jego krewny patrzyli na niego przez chwilę w milczeniu. Obaj wiedzieli, że nie wyciągną z tego człowieka już nic więcej. Że pewnie już się nie ocknie. Kowal na wyspie… To było wszystko, co wiedzieli. Albo aż tyle. Bo o kowalu na wyspie słyszeli już wcześniej.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
5. Berg (niem.) – „góra”, „wzgórze”. W nazwach miejscowych: miejsce położone na wyniesieniu.
6. Warcisław I – książę Pomorza Zachodniego z dynastii Gryfitów, panujący w latach 1106–1135. Został zamordowany, a po jego śmierci władzę objął jego brat, Racibor I.
7. Bolesław III Krzywousty – książę Polski (1107–1138), prowadził wojny o Pomorze i Śląsk.
8. Lotar III z Supplinburga – niemiecki cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego.
9. Zjazd w Merseburgu (1135) – spotkanie między cesarzem Lotarem III a Bolesławem Krzywoustym, na którym polski książę złożył hołd lenny, uznając cesarską zwierzchność nad Pomorzem i Rugią.
10. Racibor I – książę pomorski z rodu Gryfitów, młodszy brat księcia Warcisława I, po którego śmierci objął władzę nad częścią Pomorza.
11. Arkona – główny ośrodek religijny Słowian połabskich na Rugii, miejsce kultu boga Świętowita.
12. Eryk II Pamiętny – król Danii w latach 1134–1137, z dynastii Estrydsenidów.
13. Wieleci – słowiański lud połabski, zamieszkujący tereny między dolną Odrą a Łabą.
14. Oderint, dum metuant – „Niech nienawidzą, byle się bali”; łacińska maksyma przypisywana cesarzowi Kaliguli.
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / Panczakiewicz Art.Design
Redakcja: Alicja Matyjas
Korekta: Kamila Recław
Redakcja techniczna: Mariusz Gołdyn
Konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Elementy graficzne w tekście: @marchewka
Copyright © 2026
@ by Dariusz Bania
@ for this edition by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-978740-4-6
Wydawnictwo Wolf
Wydanie I
Gorzów Wielkopolski 2026
Wyprodukowano w Polsce
