Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8-30-511547-X
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 511
Rok wydania: 1966
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Stanisław Strumph Wojtkiewicz
TIERGARTEN
KSIĄŻKA I WIEDZA
TIERGARTEN
TEGOŻ AUTORA
Sikorski i jego żołnierze. Szkice. 1946
Gwiazda Władysława Sikorskiego. Biografia. 1946
Na Atlantyku. Opowiadania. 1946
Emigranci. Powieść. 1948
Generał Komuny. Powieść. 1950
Opowieść o Bronisławie Szwarcem. 1953
Sierakowski. Powieść. 1954
Bitwa o Paryż. 1955
W służbie wolności. Opowiadania. 1956
Droga Mickiewicza. Szkic biograficzny. 1955
Put Mickiewicza (po rosyjsku). 1955
Traugutt. Powieść. 1957
Zdobywcy przestworzy. Reportaże. 1958
Wbrew rozkazowi. Wspomnienia. 1959
Agent nr 1. Powieść. 1959
Złote guziki. Nowele. 1959
Patrol na Biskaju. Nowele. 1960
Ziemia i gwiazdy. Powieść. 1961
Burzliwe dzieje T. T. Jeża. Opracowanie. 1961
Książka szła za emigrantem. Szkice. 1963
Powstanie styczniowe. Album. 1962
Korsarze Wilhelma II. Szkic historyczny. 1965
Romans dowódcy. Powieść historyczna. 1965
Gen. J. Dąbrowski. Opowieść historyczna. 1967
Noc nad Omylną. Powieść z roku 1945. 1967
Gra wojenna. Powieść. 1969
Urlop w Nigerii. Szkice. 1970
Siła złego. Rzecz o Gibraltarze. 1971
Piąta kolumna w Bristolu. Powieść. 1971
Czachowski i inni. Powieść. 1973
Czata Brańszczyk. Nowele. 1973
Stanisław Strumph Wojtkiewicz
TIERGARTEN
POWIEŚĆ Z LAT 1939-1945
Wydanie szóste
Książka i Wiedza — 1986
Okładkę projektował RENĆ MULAS
Redaktor
I JAN GAJEWSKI I
Redaktor techniczny ŚWIETLANA SUCHOCKA
Korektorzy
EWA DŁUGOSZ-JURKOWSKA i DARIUSZ STACHOWIAK
Wydawnlotwo „Książka i Wiedza", RSW „Prasa—Książka—Ruch",
Warszawa, listopad 1986 r.
Wyd. VI. Nakład 99 6B0+350 egz.
ObJ. ark. wyd. 19,4.
ObJ. ark. druk. 21+1 ark. wkładki rotograwiurowej.
Papier offset, kl. V, 70 g, rola 61 cm.
Oddano do składu w marcu 198B r.
Podpisano do druku w czerwcu 1986 r.
Skład 1 diapozytywy wykonały
Zakłady Graficzne, Ciechanów, ul. Monluakl 17.
Druk z diapozytywów wykonała
Łódzka Drukarnia Dziełowa, Łódź, ul. Rewolucji 1905 r. nr 45. Zam. nr 828/1100/86. N-70.
Dwanaście tysięcy dwieście czterdziesta dziewiąta publikacja ,JCIW"
© Copyright by Stanisław Strumph Wojtkiewicz Warszawa 1966
ISBN 83 — 05—11547 — X
Defilada aktorów
Był późny grudniowy wieczór roku 1945. Po sześcioletniej tułaczce emigracyjnej od paru tygodni znów mieszkałem w miejscu oznaczonym jako „Warszawa". Tego wieczoru nadawałem kolejny felieton o pierwszych wrażeniach z kraju. Jasne i ciepłe studio w ocalałym pałacyku w Alejach Ujazdowskich, gdzie Polskie Radio otrzymało wówczas swoją siedzibę, dawało miłe wrażenie łączności ze światem, a personel z obsługi mikrofonu czynił wszystko, aby mi te audycje ułatwiać. Przyjeżdżałem tu z mojego pokoiku na Pradze stareńkim samochodem wysyłanym przez Radio i w takiż sposób wyprawiano mnie z powrotem. Straszliwy obraz niemal doszczętnie zrujnowanej stolicy już obejrzałem wielokrotnie, ale dotychczas towarzyszyli temu ludzie, którzy mrowili się przy odbudowie dawnego życia, lub też mijałem wszystko w pędzie, podążając do swoich zajęć. Sam na sam z ponurą warszawską rzeczywistością jeszcze się nie spotkałem. Dopiero wtedy...ył późny grudniowy wieczór roku 1945. Po sześcioletniej tułaczce emigracyjnej od paru tygodni znów mieszkałem w miejscu oznaczonym jako „Warszawa". Tego wieczoru nadawałem kolejny felieton o pierwszych wrażeniach z kraju. Jasne i ciepłe studio w ocalałym pałacyku w Alejach Ujazdowskich, gdzie Polskie Radio otrzymało wówczas swoją siedzibę, dawało miłe wrażenie łączności ze światem, a personel z obsługi mikrofonu czynił wszystko, aby mi te audycje ułatwiać. Przyjeżdżałem tu z mojego pokoiku na Pradze stareńkim samochodem wysyłanym przez Radio i w takiż sposób wyprawiano mnie z powrotem. Straszliwy obraz niemal doszczętnie zrujnowanej stolicy już obejrzałem wielokrotnie, ale dotychczas towarzyszyli temu ludzie, którzy mrowili się przy odbudowie dawnego życia, lub też mijałem wszystko w pędzie, podążając do swoich zajęć. Sam na sam z ponurą warszawską rzeczywistością jeszcze się nie spotkałem. Dopiero wtedy...
Samochód nie powrócił na czas z trudnych rejsów przez oceany spiętrzonych w katastrofie gruzów. Oczekiwałem daremnie, wreszcie. — mimo życzliwych przestróg — postanowiłem wracać piechotą. Troski i obawy kolegów redaktorów wydawały mi się śmieszne: bo i czego obawiać się mogłem tutaj, nareszcie pośród rodaków, w dodatku najgłębiej dotkniętych ze mną razem utratą, jakiej nie sposób wymierzyć.
Z Alei Ujazdowskich droga wiodła przez kamienistą dolinę, co pozostała z placu Trzech Krzyży, a dalej zamienionym w kapryśny wąwóz Nowym Światem i kanionem Krakowskiego Przedmieścia, do poszczerbionego hotelu „Bristol". Stamtąd zejść należało drewnianymi schodkami ulicy Karowej na drewniany prowizoryczny most przez Wisłę, żeby dopiero na Pradze znaleźć się w dzielnicy zamieszkanej. O tej porze, niemal już nocnej, tylko przy moście i za nim mogłem napotkać ludzi, bo pierwsza część drogi prowadziła zupełnym pustkowiem, wąskimi ścieżynkami wydeptanymi za dnia poprzez pełne zasadzek bezdroże dawnych chodników i jezdni. Pamiętałem, że w środku skrzyżowania Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi wyrasta wśród rozpadlin olbrzymie usypisko gruzu, przez które trudno się szło nawet w jasny dzień, a także wiedziałem, jak niebezpieczne są doły w pobliżu resztek domu na rogu Foksal, gdzie — jak mówiono — urządził sobie na zimę ciche piwniczne legowisko wypłoszony z niespokojnych pól i lasów bor-ouk. Tu miał zaciszniej.
Na owym cmentarzu dwustu tysięcy zamordowanych warszawian, jakim się stała stolica, lepiej się istotnie powodziło wówczas zwierzętom niż ludziom. Zające śmiało hasały w pobliżu dawnego śródmieścia, a w kanałach i zawalonych piwnicach niezliczone chmary szczurów jeszcze nie zakończyły swojej uczty. Świadomość tych bolesnych spraw przepełniła mnie od razu, ledwo znalazłem się na ulicy.
Śnieg pobielił otaczające ruiny, ale w jasnym świetle miesiąca złowieszczo czerniły się gdzieniegdzie resztki otworów okiennych i poszarpane wybuchami, zakopcone dymem 'pożarów ułomki, szczerby i kikuty murów. I oto znalazłem się sam, zupełnie sam, jakby zagubiony w przerażającej kosmicznej pustce na fantastycznych, iście księżycowych wertepach.
Prawie naprzeciw tymczasowej siedziby Polskiego Radia, skąd dopiero co wyszedłem, piętrzyły się gruzy wielkiego domu, gdzie — jak pamiętałem — mieszkała przed wojną jedna z młodych kobiet, których dzieje złożyły się znacznie później na postać mojej Sabiny. Mniejsza z tym, czy była to dorodna, zajadła w leczeniu biedoty warszawskiej .doktor Zofia, czy także lekarka, Helena, zwana „Anką", która aż do śmierci opatrywała partyzantów i chłopów w Kieleckiem, czy prostolinijna, mocna ciałem i duchem Lilka, czy pełna ambicji życiowych Jadzia-brzydula, czasu wojny akowska kurierka, a może i na pozór oschła i chłodna, lecz gorąco oddana sprawom opieki społecznej Róża, czy istny fenomen kobiecej żarliwości — Paulinka, lub wreszcie — skupiona w sobie, tajemnicza agentka Teresa. Z wiadomości, które mnie osaczyły kąśliwym rojem zaraz po powrocie do kraju, wynikało, że pierwsza zginęła pod gruzami szpitala jeszcze podczas oblężenia Warszawy w
roku 1939, drugą zastrzelili Niemcy w partyzanckiej potyczce niedaleko Iłży, trzecia padła w jednej z niezliczonych egzekucji w Warszawie, czwarta zaginęła bez wieści na tajnym a ryzykownym szlaku kurierskim, piąta padła na Starym Mieście podczas powstania, szóstą także dosięgła śmierć żołnierska, tylko o Teresie nic mi jeszcze nie powiedziano prócz tego, że znalazła się bardzo daleko. Z przyjaciół-mężczyzn również większość zginęła. Tak więc, idąc warszawską pustynią, brnąłem przez proch i pył dzielnych ludzkich istnień.
U zbiegu ulicy Wilczej z Alejami przystanąłem nad żelazną pokrywą kanałowego włazu. W miejscu tym wychodzili na powierzchnię ci z powstańców, którzy w roku 1944 zdołali szczęśliwie przebyć gehennę podziemnego odwrotu z Górnego Mokotowa i ulicy Chełmskiej. Wielogodzinna, trudna do wyobrażenia wędrówka mężczyzn i kobiet w śliskich, smrodliwych ściekach, pośród martwych ciał ludzkich i drapieżnych szczurów, pod ustawiczną grozą zrzucanych z góry niemieckich granatów, to wszystko wbiło -) mi się w pamięć z kilku rzeczowych relacji, zawsze ze sobą przerażająco zgodnych. A takich przepraw kanałami dokonano podczas powstania wiele. Nie pozostawało wątpliwości: oni przechodzili tu istne piekło, z wszelkimi jego odmianami. Przypomniały mi się słowa pewnego naszego pułkownika, który na froncie włoskim perswadował swoim oficerom: „Braciszkowie, czego tu się bać? Uzbrojeni po zęby, z czołgami, wspierani przez lotnictwo, możemy najwyżej zginąć. Mamy też ogromne szanse zwycięstwa, a w każdym razie nie grozi nam straszliwa, powolna tortura. Tysiącami doświadczali jej nasi rodacy w różnych katowniach, na które skazywała ich bezbronność i bezradność... Więc czego się tu bać?"
Tortura zadana Warszawie i całej Polsce mogła je obie zabić — lub zahartować, już na wieczność. Ruszyłem z tego miejsca dalej na półndc, w zastygłą na mrozie dolinę placu Trzech Krzyży. Z prawej strony naprawdę głucho i niemo było w ruinach Instytutu Głuchoniemych, z lewej gwiazdy i księżyc zimno zaglądały w rozbity czerep kościelnej kopuły. „Czego się bać?" — powtórzyłem sobie mimo woli. Wszystko, co najgorsze, już przecież było.
Minąć należało kilka dalszych punktów i miejsc, które jakby wytyczały jedną z wielu krzyżowych dróg Warszawy. Pod zwałami kamienicy czynszowej na rogu Chmielnej, właśnie naprzeciw owego legowiska borsuczego, śmierć poniosło wiele chroniących się w piwnicy rodzin, a dalej na trasie wiele było bram i resztek murów, pod którymi w masowych egzekucjach patrzyli oprawcom w oczy nieszczęśni skazańcy, czasem przywożeni z więzień z gipsem w ustach. Przy wlocie Nowego Światu w Krakowskie Przedmieście przejść musiałem okropne miejsca, gdzie zaledwie szesnaście miesięcy temu czołgi niemieckie, nacierając na powstańców, pędziły przed sobą gromadę kobiet i dzieci. Z ocalałą dziewczynką, Basią Grembecką, która stanowiła wówczas cząstkę niemieckiej tarczy, tak szczególnie pomyślanej przez hitlerowskich rycerzy, właśnie tego dnia rozmawiałem.
Przepełniony setkami i tysiącami podobnych skojarzeń, składających się na żałobę kraju, wszystkich jego miast i miasteczek, wsi i lasów żałobę milionów ludzi żywych po milionach pomordowanych rodaków, po raz pierwszy zrozumiałem w pełni, że obrót wojny ocalił nas od zagłady, w ostatniej niemal chwili wyrywając naród z morderczego chwytu ludobójców. A że ludobójców tych liczyć należało również na miliony, więc zatroskałem się o przyszłość. Jakże ułożyć stosunki z tym narodem sąsiedzkim, gdzie nawet kobiety oklaskiwały z entuzjazmem wyczyny „bohaterów" z rodzaju, który tak dokładnie rozpoznaliśmy. Postanowiłem już wtedy nauczyć się bolesnej historii tych lat, przeżyć ją, przekazać innym jej sens.
Stąd więc nowa książka i nowe świadectwo, że pisarz pragnie coś obronić i ocalić. Barwy, zanim spłowieją? Żywe uczucia przed uwię-dnięciem? Ludzkie działania? Fakty, gubiące się na zawsze w czasach i przestrzeni, tak jak łzy giną bez śladu w morzach? Najpewniej chodziło mi o wszystko razem i jeszcze o wiele innych spraw. Jednakże w całości powieściowego zamierzenia trudno nie dostrzec autora. To on, mówiąc technicznym językiem, jest kronikarzem, reżyserem i kamerzystą tematów i problemów, on też będzie przewodnikiem czytelniczej wyprawy w region długo i pracowicie formowany z różnych elementów, także i tych przez niego osobiście przeżytych.
Nowa książka — a więc ogromny trud, przy tym zawsze samotniczy, z osobną historią wzlotów i zwątpień, bo tak zwykle dzieje się tam, gdzie ostateczny wynik stanowi niewiadomą. I choć autor, niby mityczny siłacz, udźwignie nareszcie odtworzony przez siebie świat, jednak dopiero później wyjdzie na jaw — jeśli nie istotna miara wysiłku, to charakter jego wizji: imponujący glob Atlasa <5kazać się może zwykłym balonem, lśniącą, lecz pustą bańką mydlaną. Mam nadzieję, że podobnego zawodu sobie i Czytelnikom nie sprawię, a to głównie dlatego, że wkładam w tę powieść taki zasób wiedzy i uczuć, na jakie mnie tylko stać.
W każdym razie mogę zapewnić, że blisko i dobrze poznałem pierwszych moich towarzyszy podróży, czyli jej bohaterów. Na czoło wybija się pośród nich stary znajomy, Michał Rybikowski, alias Adam Michałowski, alias Adam lub Andrzej Paszkowski, ochrzczony w pewnym kółku warszawskich znajomych „Rudym" (o czym z pewnością on sam nie wiedział), w innych przyjaznych środowiskach zwany „Rybikiem", tu i ówdzie, w konspiracji, Adamem, względnie po prostu, po rodzinnemu, Michasiem. Pewni ludzie, było to przeważnie w Finlandii i na Łotwie, zapamiętali go może w postaci jowialnego handlowca lana Jacobsena, a znów inne osoby, pośród nich sporo kobiet — Niemek, Szwedek i innych damulek — dotychczas gotowe są przysięgać, że był to owiany tajemniczością Peter Iwanow, ich beztroski kompan rodem z dalekiej Mandżurii. Co do Niemców, to wiedzieli oni, że ktoś taki istnieje i działa, ale niemal do końca nie zorientowali się, kim właściwie jest.
Rozgryźć naturę tego człowieka można raczej przyjazną intuicją niż chłodną analizą. Dokonajmy tej próby. Trudność przeniknięcia natury „Rybika" nie pochodzi bynajmniej z faktu, że był on oficerem przedwojennej „dwójki", czyli Oddziału II Sztabu Głównego. Znałem i widywałem ludzi tego autoramentu, niesłusznie uważanych za jakiś odrębny gatunek. W istocie rzeczy, analogicznie do innych mężczyzn, podlegali oni zwykłym namiętnościom, zdarzało się więc, że goniąc za upragnionym połowem — wpadali w zastawione na nich sieci z prawdziwie chłopięcą naiwnością. Tym bardziej w trudnych sytuacjach wojennych, szczególnie wobec klęski, niewielu z nich odznaczyło się hartem, odwagą i zdol^ nością do działania i myślenia samodzielnego. „Rybik" należał niewątpliwie do tych ostatnich, dobrze więc reprezentował nie tyle tę kategorię rodaków, do której automatycznie należał, ile romantyczny polski patriotyzm.
Już na długo przed rokiem 1939 zastanawiał mnie ów przypadkowo poznany oficer z upodobaniami niezwykłymi w jego sferze.
Szukał przede wszystkim towarzystwa ludzi wykształconych, chętnie towarzysząc im w ożywionych dyskusjach. Wieczorem ślęczał nad podręcznikami, żeby samemu dojść sensu uczonych wywodów, na przykład wyrażanych przez profesorów fizyki — Bia-łobrzeskiego i Wolfkego. Kiedy indziej, choć zwykle raczej zamknięty w sobie, wybuchał entuzjazmem dla dociekań, które snuli prehistoryk Poniatowski, architekt i podróżnik Balcer czy astronom Kamieński.
— Gdzie pan się spotyka ze swoimi naukowcami? — zapytałem.
— W naszym kółku dyskusyjnym. Nadzwyczajni ludzie! Chce pan? Za kilka dni zbieramy się w obserwatorium. Sam odkrywca pokaże nam kometę Wilka. Nowa! Profesor Kamieński objaśni panu jeden kamyk. Fantazja! Takie kawałki spadły na ziemię po erupcji słońca. Profesor przywiózł kilka z Tokio, od japońskich uczonych...
A pewnego dnia, bardzo skupiony, jakby budząc się z zamyślenia, powiedział:
— Będziemy latać!
Kiedy raz jeszcze powtórzył to zdanie, i to z wielką mocą, zdziwiony odparłem:
— Jak to — będziemy? Latamy przecież!
— Nie o to chodzi — odrzekł z przekonaniem. — Ludzie będą fruwać samodzielnie. Bez silników! Sami! Niby ptaki. Wie pan?
— Skądże taki optymizm?
— To nie optymizm, to stwierdzone. Naukowo. Powiedział nam o tym antropolog. Cała historia! Na podstawie badań.
— Jakich badań?
— Szczegółowych. Antropologia stwierdziła, że kości ludzkie stają się coraz lżejsze. Z czasem dojdziemy do ptasich możliwości, szkielet człowieka stanie się lekki, więc — rozumie pan?
— Kiedyż ten proces umożliwi latanie?
— Już za parę milionów lat! — tryumfalnie odrzekł Rybikows-ki.
Takie bywały nasze rozmowy, kiedy od czasu do czasu pojawiał się w Warszawie, po czym na długie miesiące znowu znikał. Za każdym powrotem z początku promieniowała z niego radość życia, później posępniał, zdradzał roztargnienie, gniótł w sobie jakieś kalkulacje czy idee. I nieprędko, dopiero słysząc, że pochodzi
z Laudy, skojarzyłem sobie „Rybika" z innym człowiekiem, zresztą legendarnyrA w naszej historii. Tak jest! Bo gdyby wielkiemu wieszczowi odebrać poetycki geniusz, pozostałby skłonnym do różnych dociekań, zagłębionym w sobie, podejrzliwym i małomównym Litwinem z głębokiej prowincji. Ta właśnie ziemia wydaje ludzi o zdrowym jak ziarno sercu, o temperamencie wybuchowym, lecz zahamowanym przez bardzo intensywnie kiełkujące życie wewnętrzne. O tamtym ktoś pisał, że sto kilkadziesiąt lat temu sławny poeta przewidywał — jakimś „duchem Bożym" — skrzyneczkę, z której można będzie słuchać koncertów, a także i przemówień politycznych. Więc i owe „będziemy latać" Rybikowskie-go, i jego milcząca dociekliwość, i przebłyski entuzjazmu dla nauki, i pozorny chłód, i ogień wewnętrzny — to wszystko nałożyło mi się — toutes proportions gardśes — na sylwetkę dobrze znaną z historii literatury.
Sam zaintrygowany swoim spostrzeżeniem spytałem:
— Panie Michale, a pamięta pan, kto napisał dwuwiersz taki: „Raczej żelazo rozpalone w dłoni, niźli prawicę krzyżacką uściskać"?
Skinął głową, bo wiedział o swoim sławnym ziomku wszystko, co potrzeba. I jakoś ze smutkiem odrzekł:
— Niestety, ja to muszę robić. I to często. Przecież pan wie, czym się zajmuję? Nie? Jestem oficerem wywiadu i pracuję na terenie Rzeszy.
Major Rybikowski nie był zresztą w tym zakresie nowicjuszem. Najpierw, co prawda, służył w podchorążówce piechoty w Ostro-wie-Komorowie, ale później zdał egzamin do Wyższej Szkoły Wojennej, gdzie zaczął gromadzić materiały o przemyśle i handlu III Rzeszy. Następnie, przydzielony do sztabu 17 dywizji w Gnieźnie, sporządził tam czterystustronicowe opracowanie poświęcone gospodarce niemieckiej. Ocena tej roboty wypadła pozytywnie, więc w roku 1933 przydzielono go do Biura Studiów Niemieckich Oddziału II Sztabu Głównego. Hitler znalazł się wtedy u władzy. Od tego czasu Rybikowski stale już jeździł do Niemiec, a po krótkim stażu w 25 pułku piechoty w Piotrkowie wrócił do wywiadu prze-ciwniemieckiego, wiosną 1936 roku objął referat „przygotowań wojennych", wreszcie w roku 1939 przeszedł do kierownictwa wywiadu ofensywnego na Niemcy. Mój bohater istniał naprawdę.
Ale, rzecz jasna, powieściowa inwencja autorska w niejednym fragmencie przydała lub ujęła tej postaci niejedną sytuację.
Tyle na razie o „Rybiku".
Nie znałem osobiście drugiej naczelnej postaci tej powieści, kapitana Alfonsa Jerzego Jakubiańca, ale opowiedzieli mi o nim ludzie, którzy go znali wyśmienicie. „Futek", jak go w rodzinie i w szkole nazywano, od wczesnych lat kierował się patriotyczną ambicją. Pragnął jakoś dorównać żołnierzom, którzy mu imponowali, ba — w skrytości ducha zamierzał ich przewyższyć. „Za późno się urodziłem" — myślał markotnie, bolejąc nad faktem, że miał tylko dziewięć lat, gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, a zaledwie trzynaście w chwili odzyskania przez ojczyznę niepodległości. Strzelcy, drużyniacy, sokoli, legioniści, ułani spod Rokitny, Kre-chowiec czy Jazłowca, „bajończycy" i „błękitni" z Francji, wreszcie pierwsi polscy lotnicy wydawali mu się herosami, co zresztą na każdym kroku można było stwierdzić naocznie. Mundury herosów strojne były w niezliczone wstążeczki, baretki i metalowe pamiątki, owiewała je chwalebna legenda, za nimi goniły rozmarzone oczy Polek. Zresztą wszędzie, jak szeroki i długi był kraj, mnożyły się okazje do uroczystości, podczas których place miast i miasteczek, tudzież bitewne szlaki i pobojowiska dzwoniły marszową muzyką, łopotały biało-czerwoną flagą i zamierały w czci dla masywnych orłów i haftowanych srebrem i złotem sztandarów. „Ech, spóźniłem się" — bolał „Futek".
Rodzina Jakubiańców w 1920 roku opuściła rodzinne Święciany i kipiący niecierpliwością chłopak uczył się początkowo w Toruniu, dopiero później w gimnazjum Zygmunta Augusta w Wilnie, wreszcie powrócił do Święcian. Wiedział już, że chce być tylko żołnierzem, naturalnie oficerem, przyszłym obrońcą kraju i spadkobiercą tamtych bohaterów. Jednakże osiągnięcie tego celu widział głównie w sprawności fizycznej. Nie godził się z nudą gramatyki lub podręcznika fizyki, ale cóż — bez świadectwa maturalnego trudno byłoby zdobyć pierwszy stopień wojskowego wtajemniczenia, jaki stanowiła szkoła podchorążych, musiał więc co nieco trenować także głowę. Trzeba przyznać: szedł z klasy do klasy z mozołem i nie bez ponurych klęsk, ale za to przodował pośród rówieśników w sporcie, wytrzymałości i harcie fizycznym.
Małe Święciany były miasteczkiem typowym dla mozaikowego układu stosunków na wschodzie ówczesnej Polski. Naprzeciw gimnazjum polskiego mieściło się przy ulicy 3 Maja gimnazjum litewskie. Oprócz tego młodzież tamtejsza uczyła się w seminarium nauczycielskim, w gimnazjum żydowskim, w krawiecko-gospoda-rskiej szkole zawodowej i wreszcie w szkole rolniczej. Światek młodych ciągle się burzył, bo w tamtych stronach ludzie zawsze kochali i nienawidzili na serio, a zamiary swoje, choć pokrywane przysłowiową litewską czy białoruską skrytością, przeprowadzali z niezwykłym uporem. Na Wileńszczyźnie wszystkie różnice i niechęci występowały daleko ostrzej niż w lekkomyślnej Warszawie, układnym Krakowie i rozsądnym Poznaniu; tu również i młodzież różnych narodów bezwzględnie i twardo stała przy takiej czy innej tradycji swoich dziadów czy ojców. Kiedy więc w samo święto narodowe chłopcy litewscy wystawili u siebie w szkolnym oknie tekturowego orła białego z postronkiem na szyi, omal nie doszło do lokalnej święciańskiej wojny polsko-litewskiej. Bohaterami dla stron obu zostali wówczas oni dwaj: chwilowo aresztowany za obrazę godła państwowego jakiś chłopak litewski oraz właśnie „Futek", który z szaleńczą desperacją wtargnął „sprintem" do wrogiego obozu i spomiędzy setki zaskoczonych Litwinów szczęśliwie wyrwał i uniósł obrażone godło.
Nauczyciele i w ogóle ludzie starsi nie różnili się tam zbytnio od swoich wychowanków, zwykle podzielając ich upodobania i aspiracje. W Wilnie, u „czerwonego" Stralla, aż roiło się od różnej maści miejscowych i prowincjonalnych szachistów, obserwujących, jak uczniak Frydman kolejno bije kalwińskiego księdza z ulicy Zawalnej i dyrektora gimnazjum z Oszmiany, albo i profesora matematyki ze Święcian. Ale i w samych Święcianach, trenując przez całą zimę bieg dookoła miasteczka, „Futek" miał wiernego partnera nie w kim innym, jak w tym profesorku. Mimo mrozów ubrani w same koszulki i spodenki zaczynali kłusować sprzed mieszkania przy ulicy Strunojskiej (co prowadziła do Strunojć), dalej biegli przez Dworcową do ulicy 3 Maja, wpadali na Blakiską (tę, co do Blakiszek) i koło cmentarza nawracali na Polską (później Żwirki i Wigury), aby tu finiszować. Według stoperów bywali dość pewni sukcesu, ale z wiosną, jeśli tylko pojawiał się jakiś przyjezdny gwiazdor lekkoatletyki, nadzieja ta zazwyczaj pryskała.
W każdym razie, chociaż daleko za takim mistrzem jak uproszony o przyjazd na „święcianiadę" Kucharski, ale drugie miejsce miał właśnie Jakubianiec, czyli w skrócie „Futek", z czasem awansowany na poważniejszego „Kubę".
W roku 1926, kiedy w Warszawie rozegrała się bratobójcza walka, „Kuba" nie miał żadnych wątpliwości politycznych. Przede wszystkim decydował o tym prosty fakt, że Józef Piłsudski, który sięgnął po dyktatorską władzę, posiadał stopień marszałka, a więc w siłach zbrojnych najwyższy. Dla młodego święciańskiego maturzysty, który tegoż roku wstępował do upragnionej Szkoły Podchorążych w Ostrowie-Komorowie, skrzyżowane hetmańskie buławy na mundurze marszałka znaczyły niewiele tylko mniej niż orzeł w herbie czy święta pamiątka z Ostrej Bramy. Poza tym ród Piłsudskich wywodził się właśnie ze stron tamtejszych i przyjemnie było myśleć, że na czele wszystkich polskich obywateli stanął . człowiek jakby swój, znakomity ziomek z Litwy. Wreszcie, od pierwszej chwili służby wojskowej Alfons Jakubianiec wciąż się obracał pośród dawnych wifernych żołnierzy i ślepych wielbicieli „Dziadka", jak powszechnie nazywano marszałka. Z biegiem lat taka swojska „junta" wojskowa kompletnie opanowała wyższe i średnie szczeble w rządzie i wojsku, każdy więc z młodych oficerów obracał się już niemal wyłącznie w środowisku byłych legionistów. Tak i Jakubianieę, razem z innymi, został niejako automatycznie „piłsudczykiem", nic bardziej zrozumiałego i prostszego przed sobą nie widząc, jak poddanie się dyscyplinie, co zresztą uczynił chętnie, a nawet z radością. Myśleć samodzielnie zaczął później.
W takiej to postawie utwierdził go również pierwszy porucznik- , -instruktor, właśnie znany n&m już Michał Rybikowski, tak samo „Litwin", jeno z Laudy, i z tej samej polskiej formacji kresowej, która od wieków służyła królom, książętom i kolejnym insurekcjom za niewyczerpany rezerwat dobrych żołnierzy, a niekiedy i znakomitych budzicieli ducha narodowego, jak ongiś generał Kościuszko, a po nim twórca „Dziadów" i „Pana Tadeusza". Ów porucznik, jako zbyt młody, sam legionistą także być nie mógł, ale zdążył nawąchać się prochu, a nawet zapisał się w roku 1920 jako podchorąży w historii 85 pułku piechoty, otrzymując krzyż „Virtuti Militari". W siedem lat później podchorąży Jakubianiec wraz z całym plutonem mógł być dumny z takiego dowódcy.
Z rokiem 1929, kiedy świeżo upieczony podporucznik Jakubia-niec otrzymał przydział do jednego z pułków 1 dywizji Legionów w Wilnie, mit o „piłsudczykach" jeszcze bardziej się utwierdził w młodym oficerze. Pułki prezentowały się znakomicie. Panował tu istny kult dla marszałka, ten zaś z dalekiego warszawskiego Belwederu wciąż widział w świetnej wileńskiej dywizji jakby pepi-nierę najbliższych i najbardziej zaufanych współpracowników; stąd właśnie wychodzili później, już do zadań politycznych wyznaczani, generał Skwarczyński, pułkownicy Wenda, Stachiewicz i Pełczyński. Dziesięć lat później, pełniąc służbę na stanowiskach najwyższych pod drugim z kolei marszałkiem, ukazać się mieli oni podkomendnym i całemu narodowi w świetle daleko mniej korzystnym, ale wówczas nikt z młodzieży oficerskiej nie śmiałby wątpić w autorytety, które ustanowić raczył i namaścił sam legendarny „Dziadek".
Z okresu, kiedy Jakubianiec służył w 5 pułku piechoty Legionów, pochodzą różne o nim opinie. Był dobrym narciarzem i zapalonym myśliwym. „On tańcując mazura jak sam święty Jerzy" — mawiały zachwycone umundurowanym elegantem wileńskie damy. Ale bezpośredni dowódca gorszył się: „Coś za elegancko się pan ubierając, panie poruczniku! Przepisowa barwa mundu-ra ma być jak dobrze dojrzały szczaw, a nie dziecięce szczyny. Znaczy się, trzeba panu porucznikowi znosić ta szczypiorkowa mundura na ćwiczeniach i pokazywać mi się w nim publicznie zakazuję!" Nie przytaczam komentarzy ze strony podchorążych, których Jakubianiec tak gorliwie musztrował, że musieli odbywać wielokilometrowe marsze, przy czym często w maskach gazowych, podczas gdy z rozkazu porucznika podkadzano marszowe szlaki dymnymi świecami. Wszakże jako wykładowca „historii najnowszej" porucznik Jakubianiec tolerował śmiałe poglądy niektórych pupilów i na ogół zachowywał umiar polityczny, a imponował niezwykłą pamięcią. To sprawiało, że i sam szybko się uczył języków obcych, między innymi zaś po trosze i zwrotów japońskich, kiedy na staż do pułku przybył z Japonii major Mizuno.
Małego Japończyka i smukłego Polaka widywano wówczas często, jak z końca ulicy Kalwaryjskiej, gdzie 5 pułk kwaterował, razem szli sobie na jarząbki do „Żorża" albo — zależnie od sezonu — na raki czy rydze z patelni podawane przez fertyczne Żydóweczki w lokalikach za Zielonym Mostem. Major Mizuno sprawnie wychylał kielich za kielichem i mówił:
— Ojciec znowu przestrzega mnie. Miałem list z Tokio. Napisał teraz tak: „Synu mój, uważaj, bo w kraju, gdzie jesteś, wódka jest podobno bardzo tania". Ma niezwykły wywiad, prawda?
— No, to za zdrowie twojego ojca! — podnosił szklankę porucznik.
Później już, przeniesiony do Korpusu Ochrony Pogranicza, a następnie awansowany na kapitana, kierując placówką wywiadowczą w Grodnie Jakubianiec o tym swoim egzotycznym przyjacielu nie zapominał, więc listy pomiędzy garnizonami w Japonii a Grodnem wciąż krążyły. W efekcie przyniosło to po latach skutki korzystne, gdy po wrześniu 1939 oficer nasz wraz z innymi znalazł się na tułaczce. Japończyk nie zapomniał wtedy o ludziach z kraju, w którym co prawda tania jest wódka, ale gdzie — jako najdroższą cnotę — pielęgnuje się miłość ojczyzny.
Kontakty japońsko-polskie w ogóle nasiliły się w tamtym okresie. Wobec aspiracji japońskich do opanowania Chin, nie mówiąc już o zagarnięciu Korei i Mandżurii, sztab cesarski poszukiwał odpowiedzi na pytanie, jak może się przedstawiać przyszły układ sił. Stażystów, studentów i obserwatorów, przybyszów z Dalekiego Wschodu, namnożyło się wówczas w całym świecie, a więc i w Polsce. Ludzie są jednak wszędzie i zawsze tylko ludźmi, więc i Japończycy mimo woli nabierali sympatii do krajów, w których gościli, gdzie zbierali wiadomości i gdzie nasiąkali nastrojem czy poglądami. Z Niemiec wyjeżdżali pełni respektu, a z Polski — z żalem. Dla naszych oficerów zaś, wychowywanych w kulcie dla „Dziadka", przyjaźń polsko-japońska stanowiła jakby przedłużenie polityki sprzed ćwierćwiecza, kiedy to Piłsudski, wtedy jeszcze jako „socjalista", wyprawił się do Tokio w poszukiwaniu sojuszu dla walki z caratem. Toteż i Jakubianiec rad przyjmował zapewnienia majora Mizuny, że zawsze będzie pamiętał oficerskie szaleńcze biegi urządzane na św. Huberta, a w ogóle — całą polską dzielność i wielki polski patriotyzm. Jednakże prócz wymiany grzeczności i serdeczności musiały wydarzać się niekiedy także i fachowe przysługi, bo w tymże czasie słyszałem z ust Rybikows-kiego luźno czynione wzmianki na temat pewnych korzyści wynikających z przyjaznego dla nas usposobienia Japończyków. Ludzkość powoli toczyła się ku wojennej katastrofie; informacji i sojuszników poszukiwano, gdzie się tylko dało, powszechnie; agentury wywiadu panoszyły się i krzyżowały na całym świecie.
Ofiarą tego rodzaju zabiegów stała się między innymi znana w warszawskich salonach dorodna hrabianka Magdusia, zresztą przez samą naturę predestynowana do roli, którą kazano jej zagrać. Należała do rodziny niezamożnej, lecz skoligaconej z rodami książęcymi i hrabiowskimi, pyszniła się tytułem i świetną edukacją, ale kiecki z niej oblatywały i zawsze cierpiała na brak obuwia. Magdusia pisywała niezłe wierszyki i łapczywie inkasowała honoraria, aż wreszcie wynikł projekt wysłania tak inteligentnej osoby na studia zagraniczne. Akcja składkowa na ten cel objęła najbardziej dystyngowane sfery, ale — tytułem pożyczki — panna wycyganiła coś niecoś także i od swoich zwykłych znajomych. Pojechała, żeby studiować opiekę socjalną, powróciła zaś w parę lat potem z filozofią, potocznie nazywaną dziś egzystencjalną. W Mag-dusinej wersji oznaczało to kompletne zerwanie z tak zwanymi „zasadami".
Czego nie usłyszałem od niej, gdy znalazła się znowu w Warszawie!
— Wymykałyśmy się z internatu wieczorami i udawałyśmy na ulicach prostytutki — opowiadała z ożywieniem. — Pyszna zabawa!
— Zabawa? Mam nadzieję, że to było „na niby"!
— Wcale nie na niby! Moim pierwszym klientem był marynarz. Bardzo dobrze zagrałam rolę, nie połapał się głupiec do końca. I jeszcze zapłacił!
— To mają być panny z najlepszych domów Europy!? Same — jak mówisz — hrabianki i księżniczki?
— Nam, w naszej sferze, wszystko wolno — odpowiadała. — Zresztą, jaka jestem, taka jestem — i już! A ty, jak widzę, wciąż siedzisz w starych ideałach i jeszcze nie dojrzałeś do rozumienia ludzi i świata, voil&! Always stupid! Immer dumm!
W jakiś czas potem, gdzieś na początku roku 1939, dawno nie widziana Magdusia raz jeszcze zwróciła się do mnie z prośbą. W tym wypadku nie okazywała dawnego tupetu, a w tonie jej usłyszałem nowe nutki: maskowanego strachu i jeszcze staranniej skrywanej czujnej drapieżności.
— Stasiu — mówiła ze sztuczną rzewnością — jestem na rozdrożu. Zakochałam się, wiesz? I on mnie kocha! Wspaniały typ! Lovely boy! Przedstawił.mi go radca ambasady niemieckiej, Thilo von Trotha, z ich arystokracji.
— Kimże jest ów desperat?
— Rudolf von Scheliha, też dyplomata, ze śląskich Szeligów. Rudi jest również radcą w ambasadzie niemieckiej. Ma herb polski. Esteta, znawca kobiet, wybredniś pod każdym względem. W hazardzie — szalony, ale zawsze szczęśliwy. Rozwodzi się dla mnie, you see? Nie uśmiechaj się, bo może to my, ja i Rudi, skierujemy wszystko na właściwe tory. Niemcy i Polacy, będąc w zgodzie, mogą dokonać cudów!
— Domyślam się tych torów, domyślam!
— Nic nie wiesz, my dear! On pochodzi od Szeligów, naszych Piastowiczów. W rodzinie mają i naszego biskupa Bodzantę, i pruskich arystokratów. Gościli mnie w zamku von Trotlfów pod Szczecinem, wiesz?
— Dobrze, dobrze. O cóż ci jednak chodzi?
— Otóż, Stasiu, czy nie mógłbyś zapytać któregoś ze swoich znajomych, najlepiej oficera ze sztabu, jak oni tam widzą moje częste wizyty w ambasadzie? Bo widzisz, Rudi załatwił mi tam niezłą posadę. Po prostu udzielam lekcji języka polskiego. Nie chciałabym jednak, żeby o tym źle sądzono, you see? Zapytasz? Do it for me, please!
— Dobrze. Zgłoś się za kilka dni. Ale już widzę, że zaplątałaś się.
— Rudi uważa, że Polacy powinni iść z Niemcami — odpaliła. — Au von Trothów mówią zupełnie szczerze, co myślą. Widzisz, niemiecka arystokracja czeka, aż Hitler załatwi jej to, czego nie mogła osiągnąć sama. A potem oni z Hitlerem skończą, wiesz?
— Albo on z nimi — odrzekłem. — Iz nami też...
W kilka dni potem, kiedy się pokazała, oświadczyłem:
— Powtarzam dwie krótkie rozmowy z kimś kompetentnym. W pierwszej przedstawiłem sprawę. W drugiej usłyszałem, co następuje: „Radzę panu zaniechać z nią wszelkich stosunków". Wyrażone to było jednak daleko dobitniej.
Hrabianka Magdusia, o której jeszcze będzie mowa, zbladła, jakby usłyszała wyrok śmierci. Tym „kimś kompetentnym", do którego się zwracałem, był major Rybikowski.
Wiele jest jeszcze postaci figurujących w powieści, podobnie jak
Magdusia, na jej dalszych planach. Pewnego lotnika, nazwijmy go tu Hubertowiczem, widziałem kilka razy, w Warszawie, w Londynie i znów w Polsce, ale zajrzeć w głąb tej przewrotnej indywidua-, lności pomogła mi kobieta. Jeśli chodzi o nasz wywiad w Pradze i Królewcu, to oryginalne sprawozdanie kierownika Placówki Wywiadowczej „G" mam na stole u siebie. Ów pracowity i rozważny agent służby specjalnej mimo woli odmalował i Jakubiańca, i samego siebie bardzo plastycznie, jednakże mój bohater Duszkie-wicz łączy dzieje trzech osób. Japońskich oficerów i dyplomatów szkicuję na podstawie tegoż sprawozdania i zanotowanej przeze mnie relacji „Rybika". Jak widać, budowałem opowieść z elementów rzeczywistych, z fragmentów i szczątków odtwarzając kształty, których należałoby się domyślać lub je wyczuwać. A relacje okupacyjne niewiast, wplecione pomiędzy rozdziały, niech mówią Czytelnikowi o realiach przeciętnego ludzkiego bytowania w tamtych strasznych czasach.
Teraz o Sabinie, a raczej o jednej z tych młodych kobiet, których losy uogólniłem w jednej powieściowej postaci. W literaturze poli-tyczno-wywiadowczej nazwana jest rzeczywiście Sabiną; podobnie zapisano ją w pamięci niektórych Polaków, a także w aktach gestapo.Niechże pozostanie i u mnie Sabiną-bez-nazwiska, choć w istocie nosiła imię zupełnie inne, podobnie jak zagubił swoje prawdziwe miano inny bohater, mianowicie magazynier z Dortmundu, były pomocnik kowala wiejskiego spod Kalisza. Kryje się w tych i podobnych im postaciach tak potężny ładunek patriotycznej gotowości do ofiary z życia, że wolno mi uczynić z nich symbole charakterystyczne dla naszej zbiorowości. Dlatego też pozwoliłem sobie najgłębsze pobudki działania i najbardziej śmiałe decyzje kilku znanych mi kobiet niejako skumulować i przyswóić tej właśnie skądinąd autentycznej Sabinie. Jakkolwiek bowiem wyobrażalibyśmy sobie moją kobietę-bez-nazwiska, jej przeszłość czy jej wygląd, będzie to raczej obojętne w świetle służby, którą jakby w samym piekle dobrowolnie pełniła na podobieństwo innych jej rodaczek, bohaterek najczęściej bezimiennych i nic nie znaczących, a które istotnie można porównać do łez przepadających w oceanie.
Pozostałaby kwestia, skąd mogłem się dowiedzieć o doznaniach i decyzjach Sabiny czy którejś z innych kobiet, które złożyły się na jej powieściowy model. Można by to uznać za wymysł, ale trafniej byłoby dopuścić okoliczność, że autor z tych czy innych względów zasłużył sobie czasu wojny na sporo zwierzeń, nawet najbardziej poufnych. Wystarczy wyobrazić sobie którąś z niezliczonych możliwych sytuacji, kiedy jeden człowiek wyznaje drugiemu tajemnice najbardziej osobiste. Bywa tak w niebezpieczeństwie, w przeczuciu bliskiej śmierci, albo po torturze więziennych i obozowych osamotnień lub wreszcie wówczas, kiedy się coś robi pro publico bono, czyli ze względów najwyższych. Moja Sabina nie jest więc całkiem prawdziwa, ale jej przeżycia, rysy jej charakteru i pobudki jej działań nie mają też nic wspólnego z wymysłiem. Namawiam więc Czytelników, by uwierzyli w prawdę we wszelkich możliwych jej postaciach, a najbardziej wtedy, gdy zaprzątnęła ona twórczą wyobraźnię pisarza.
Z tą moją Sabiną rozmawiałem na krótko przed wojną i tylko raz jeden, ale trwało to parę długich godzin, bardzo męczących dla nas obojga. Osobiście nie znoszę zaglądania w zakamarki cudzych istnień, kobiecie zaś niełatwo było wyjąkać i objaśnić perypetie świadczące o prawdzie jej niezwykłych słów. Jednakże pani ta zwracała się do mnie z pełnym zaufaniem, a mnie znów nie wypadało uchylać się od wysłuchania jej, tym bardziej że w grze znalazła się okoliczność rzeczywiście godna uwagi. Krótko mówiąc, chodziło o dziwną rolę oficera wojsk lotniczych, Hubertowicza, a trochę i o męża Sabiny, porucznika-lekarza. Z początku wydawało mi się, że w życiu tej pani wydarzył się tylko banalny trójkąt, zresztą dziejący się w terenie również wytyczonym przez trzy punkty: pewną małą puszczańską mieścinę, Grodno i Druskienni-ki, ale relacja Sabiny wkrótce nabrała dla mnie sensu o wiele poważniejszego niż przysłowiowe skojarzenia geometryczne.
— A więc — pytałem — coś wynikło u was w okolicznościach raczej romansowych?
— Tak — przyznała. — Jednakże stało się coś znacznie gorszego-
— Ale mąż? Słyszałem, że pani wyszła za mąż, że jesteście szczęśliwi, a nawet widziałem was razem na jakimś pułkowym święcie. Nie pamiętam — może w „krechowieckim" w Augustowie? Albo w Podbrodziu u tak zwanych „prawosławnych" ułanów?
— Owszem, bywaliśmy i w Augustowie, i w Podbrodziu — odrzekła. — Ale widzi pan, tamto już skończone. Na zawsze. Mam wrażenie, że to wszystko działo się bardzo, bardzo dawno temu. Od tego czasu...
Przyjrzałem się jej uważnie, gdy zaczęła snuć opowieść. Wydała mi się zupełnie inna niż kiedykolwiek. Sprzed kilku lat pamiętałem ją jako dziewczęcy pączuszek silący się na przedwczesną powagę, później, z okresu jej warszawskich „szaleństw", jako rozbawioną i może nadto śmiałą panienkę, wreszcie w ostatniej z ról — jako szczęśliwą i podobno gospodarną małżonkę, mimo drobnego wzrostu królującą pośród kresowych oficerskich żon dzięki edukacji i różnym kobiecym talentom, a także dzięki temu, że miała w rodzinie wujka-generała. Ale oto wszystkie dawne maseczki gdzieś przepadły, okrągła twarz pani Sabiny wyrażała teraz najgłębszą troskę, a w jej ciemnych oczach nie znać było żadnej gry obliczonej na wywołanie efektu. Przelotnie tylko sprawdziwszy, czy słucham, patrzyła w przestrzeń i beznamiętnie, z wielką rozwagą ciągnęła spowiedź.
Najpierw pokrótce o rozejściu się z młodym oficerem-lekarzem.
— Zdradzał? — zagadnąłem.
Energicznie machnęła ręką i odrzekła:
— To mniej ważne! Ale właśnie przy tego rodzaju okazji wyszło na jaw, że najwidoczniej znalazł się pod wpływem agitatorki-ko-munistki. Zresztą był ze mną szczery. „Nie biliśmy się o taką niepodległość" — powtarzał. Zaczął uważać komunizm za jedyne słuszne wyjście dla całej ludzkości, a więc i dla nas, Polaków. Kiedy mi to wyznał, moje uczucia dla niego zgasły. Dyskutowaliśmy ze sobą w ciągu wielu wieczorów, ale nic to nam już nie pomogło. Sytuacja pogorszyła się, kiedy sprawa doszła do oficerów kontrwywiadu w Grodnie, dokąd męża wzywano dla indagacji. Podobno tamta kobieta z kolei zarzuciła swoje sieci na kogoś innego, przyłapano ją na tym, rozpoczęto badanie jej znajomych, a więc i mojego męża. Wyjechałam wtedy do Warszawy i rozpoczęłam kroki rozwodowe.
Kiedy tak mówiła, w oczach przesunęły mi się jedna po drugiej znajome twarze kilku oficerów, przeważnie owych „żelaznych" poruczników, z tych czy innych względów nie awansowanych i skazanych już tylko na mizerną emeryturkę. Po roku 1920 obrali oni służbę zawodową w armii, ale kariera wojskowa nie uśmiechnęła się do nich. Zarabiali tylko na takie opinie o sobie jak uprawianie pijaństwa, niesforność służbowa i nielojalność polityczna, rzecz zaś w tym, że na ogół cechowało ich poszukiwanie nowych dróg, jak to się przydarza najczęściej ludziom rozgoryczonym, a mającym trochę wolnego czasu na rozmyślania. Niejeden z takich zawiedzionych oficerów skłaniał się ku teoriom ultraradykalnym. Mąż mojej rozmówczyni należał do nich.
Tymczasem pani Sabina ciągnęła opowieść o dramatycznym epizodzie, który ją spotkał w Druskiennikach, dokąd pojechała dla wypoczynku i tak zwanej zmiany wrażeń.
Z Druskiennik przywoziło się wówczas tamtejsze specjalności, mianowicie drobne politurowane wyroby z jasnego drewna. Piękna pani także posiadała pamiątkę z nadniemeńskiego uzdrowiska: drewniany nożyk do rozcinania kartek. Na nożu był wyżłobiony napis: „Pamiątka z Druskiennik". U nasady trzonka wyryta była jeszcze data z inicjałami. „Aby jak najdłużej zachować się w pani myślach" — powiedział tamten pilot, pracowicie operując scyzorykiem w celu dodania niewinnej pamiątce znaczeń intymnych.
Otworzywszy torebkę, pani Sabina pokazała mi teraz druskien-nicką pamiątkę i wyryte na niej litery i cyfry.
— Naturalnie słyszał pan o nim? — zapytała, wymieniając imię i nazwisko.
Potwierdziłem, lotnik bowiem, którego nazywam Hubertowi-czem, cieszył się niemałą wówczas popularnością, a w północno-wschodnim kącie kraju, skąd pochodził, stał się wzorem dla młodzieży męskiej i „bóstwem" dla pensjonarek — po prostu jakby gwiazdą pierwszej wielkości. Nadlatując czasami od strony Warszawy i popisując sią karkołomną akrobacją, gasił tam od razu lokalne sławy, takie jak znakomity jeździec porucznik Jankowski, a nawet nasz niezrównany mazurzysta Jakubiaaiiec. Która z tamtejszych dam nie marzyła o flircie z wysokim, a lekceważącym wszystkich i wszystko lotniku, zwycięzcą nad zdradliwym żywiołem i absolutnym panem potężnych mocy ukrytych w lśniącej maszynie? Zresztą był on — w razie wybuchu wojny — kandydatem na bohatera prawdziwego.
— No więc i ja — rzeczowo powiedziała pani Sabina. — W tych Druskiennikach...
Z tego, co usłyszałem dalej, wynikało, że flirt między damą, trochę podobną do przymilnej, lecz niebezpiecznej kotki, a bezwzględnym i postawnym drapieżnkiem, na jakiego zawsze mi wyglądał Hubertowicz, nie miał przebiegu, o jakim marzą kobiety. Lotnik zdążał do swojego celu zbyt brutalnie i obcesowo. Omijając konwenanse, zaczepił samotną rozwódkę i przy pierwszym już spotkaniu jakby w roztargnieniu oświadczył jej swoje zachwyty i uczucia, a także zapowiedział ponowny przyjazd do Druskiennik. Można się było domyślać, że zuchwalec wywarł wrażenie na pozbawionej domu i męża kobiecie, budząc w niej może jakieś nadzieje, a każdym razie ciekawość. Zjawiwszy się w Druskienni-kach ponownie, Hubertowicz bez ceregieli zabrał nową znajomą na przejażdżkę łódką po Niemnie.
— Siłą ubrał mnie wtedy w czerwony sweterek, zresztą bardzo niebrzydki — mówiła pani Sabina. — Było gorąco, chciałam ten łaszek zdjąć, ale on uparł się, rzekomo z wielkiej troski o to, abym się nie zaziębiła. Proszę się nie dziwić, że o tym wspominam, ale to ma znaczenie. Co do niego, to był ubrany po cywilnemu i nosił płócienną białą czapeczkę. Z pewnością taką miał umowę...
— Z kimże? — zdziwiłem sią^
— Z kirrfś, kto nas obserwował z litewskiego, wysokiego brzegu — odrzekła. — Ale niech pan słucha dalej.
Wyobraziłem sobie teraz scenerię Druskiennik. Ze stacji Porze-cze jeździło się tam brzegiem jeziora do miasteczka, na plac Kościelny. Tuż zaraz był sosnowy park wysokopienny z solankowym zakładem kąpielowym, a nad samym Niemnem — deptak i muszla koncertowa. Z tamtej strony rzeki — płowe urwisko, na które wylęgała ludność litewskej wsi Bałturzyszki dla słuchania koncertów. Któż interesował się w tej wsi łódeczką, na której przekomarzała się flirtująca para, ona w czerwonym (niebrzydkim, podobno...) sweterku, on zaś w białej czapeczce?
Ze skróconej, lecz bardzo jednoznacznej relacji domyślałem się nastrojów i w ogóle romantycznego klimatu owego dnia. Po wycieczce w pięknym i nasłonecznionym krajobrazie do reszty rozmarzył panią Sabinę smaczny obiad, naturalnie spożyty we dwoje, po czym wyruszono na długi daleki spacer. Nie pytałem, dokąd poszli, czy ścieżką po trawiastym zboczu nad rwącą rzeczką Rot-niczanką, czy też na stary, pełen uroku cmentarzyk. W każdym razie zrozumiałem, że epilog eskapady rozegrał się już w ciemnościach.
— Byłam... byłam wtedy jakoś niezwykle wzburzona — ciągnęła Sabina. — Sama nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Kipiała we mnie prawdziwa mieszanina radości i gniewu, tryumfu i furii.
— Furii? Po tym, co zaszło?
— No tak! Bo pozostawił mnie samą, wieczorem, w ciemnym lesie. Znikł tak samo nagle, jak nagle i bezczelnie robił wszystko. Poczułam głębokie upokorzenie i od razu znienawidziłam w nim brutala, a przecież gnało mnie coś do niego. Więc zerwałam się i pobiegłam z powrotem. Chciałam spoliczkować go albo rozpłakać się...
— Na jego piersi?
— Niech pan nie kpi. Tylko kobieta zrozumiałaby mnie. Zresztą nie to jest ważne.
— Więc pobiegła pani do niego?
— Jak prawdziwa wariatka. Pokazał mi jeszcze za dnia pensjonat, w którym się zatrzymywał, nawet werandę należącą do jego pokoju. Nikt mnie nie zauważył, gdy prawie bez tchu wleciałam na piętro i od razu znalazłam ten pokój z werandą. Biała czapeczka leżała na stoliku, zresztą i bez niej wiedziałabym, że to on tu mieszka, nikt inny. No i ukryłam się. Naiwnie i głupio. Na tamtej werandzie, za wysokim fotelem, co stał w kącie, pod samym oknem, bo pomiędzy werandą a pokojem było okno. Otwarte. Sama nie wiem, po co to wszystko zrobiłam. Jak pensjonarka, prawda?
— Hm! — przyznałem poważnie. — Niech będzie pensjonarka.
— Ale ja nie po to wszystko to panu opowiedziałam, żeby pomnożyć pańską wiedzę o kobietach. Tu chodzi o innego rodzaju wiedzę. Musi pan zrozumieć, jak doszło do rzeczy najważniejszej. Mimo woli stałam się świadkiem czegoś strasznego, niepojętego.
— Słucham.
— Zaledwie w. tym swoim kącie odetchnęłam, usłyszałam ich kroki na schodach, potem na korytarzu. Ich — to znaczy jego i tego drugiego. Wreszcie weszli. Na razie nie odzywali się. Zaczęli mówić, ale dopiero po zamknięciu drzwi, kiedy zasiedli w pokoju, tuż za oknem, koło którego siedziałam jak ta mysz pod miotłą.
— Rozmawiali?
— Tak! Najpierw nie bardzo uważałam, tylko chciałam przeczekać, aż ten drugi sobie pójdzie. Zresztą już ochłonęłam i gotowa byłam w ogóle uciec z tego miejsca. Tymczasem, proszę pana, oni — po łyknięciu jakiegoś alkoholu — zaczęli mówić o swoich sprawach. Rozmawiali po niemiecku, a ja ten język znam doskonale, ze Szwajcarii. Pan może słyszał, że moi rodzice rozeszli się? Wtedy na parę lat ojciec oddał mnie do internatu szkolnego pod Zurychem. Więc niemiecki stamtąd... Proszę pana, niech pan teraz uważa.
Wzburzona, zerwała się.
— Hubertowicz to szpieg! — krzyknęła. — Szpieg i zdrajca!
Oniemiałem.
— Tak jest — potwierdziła, pragnąc się opanować. — To szp*ieg! I nie byle jaki!
— Taki świetny oficer? Lotnik? Nie do wiary!
— Tak jest, może nie do wiary, ale to prawda. Najpierw Niemiec, bo to był Niemiec, nadmienił, że widział nas z tamtego brzegu, i zapytał o damę w czerwonym swetrze. „Przygodna znajomość" — odrzekł na to mój amant. Roześmieli się. Następnie przeszli do samej rzeczy. Niemiec zagadnął o materiał. Hubertowicz odrzekł, że materiału nie da, ale wszystko podyktuje. Niemiec wyraził niezadowolenie. Teraz Hubertowicz zapytał, czy umówiona suma została wpłacona. Ile, na jakie konto i gdzie? Niemiec najwidoczniej okazał jakiś dokument, bo zaszeleścił papier. Przez chwilę mówili trochę ciszej. Z kolei Hubertowicz rozpoczął dyktować. Mówię to panu pokrótce, ale gdzie należy, powiem bardzo dokładnie. Proszę pana, on mu wtedy podyktował spis naszych jednostek lotniczych, które z nich należą do poszczególnych armii, a które są w dyspozycji wodza naczelnego, wymieniał liczby i typy samolotów, nazwiska dowódców i pilotów, wreszcie powiedział wszystko o lotniskach, o składach paliwa, nawet o przewidywanych lotniskach polowych i o jakichś węzłach lotniczych. A Niemiec zapisywał i wciąż mruczał „schón". To był długi drobiazgowy wykład, więc Niemca zadowolił. Jeszcze zadał kilka pytań, a Hubertowicz mu odpowiadał. W ostatnim zapytaniu chodziło o to, co Hubertowicz zrobi ze sobą, gdy wybuchnie wojna.
— Cóż odrzekł?
— Że będzie walczył zupełnie tak samo, jak inni lotnicy polscy. Coś niezrozumiałego! Szpieg, a walczyć zamierza!
— A Niemiec?
— Powiedział raz jeszcze swoje „schón", napił się i poszedł, a
Hubertowicz z nim. Z werandy dostrzegłam, jak ich cienie przemknęły w stronę rzeki. Uciekłam wtedy — i prosto do Warszawy. Ja tego ukryć nie mogę, nie wiem tylko, do kogo trzeba iść. Wujowi przecież takich rzeczy o sobie nie powiem, w ogóle nikomu bez pana rady. Niech pan wskaże! Milczeć o tym nie będę! Trzeba ratować sytuację. Niech w sztabie naszym wiedzą, że tamci dostali wszystko?11 że to straszny zdrajca!
Nie chciało mi się samemu plątać w tak drażliwe sprawy, więc zapytałem:
— A nie lepiej było załatwić to w Grodnie?
— Nie mogłam, proszę pana! Proszę zrozumieć, tam mnie zha-ją. Z kapitanem Jakubiańcem nieraz tańczyłam. I w ogóle... Dopiero co skandal z mężem, teraz ten...
Nikt prócz majora Michała Rybikowskiego nawet nie przyszedł mi wtedy na myśl. Spowiedź Sabiny tchnęła odwagą i szczerością. Niejeden oschły, cyniczny głuptas mógłby doszukiwać się w niej aktu kobiecej zemsty, ba! nawet obrazy korpusu oficerskiego. Rzecz całą należało wziąć i do rozumu, i do tej wewnętrznej komó-reczki, którą nazywamy sumieniem. „Tylko Rybikowski — zdecydowałem — niech on to rozstrzyga". Jego zatem numer telefoniczny podałem wówczas pani Sabinie.
O dalszych losach sprawy nieprędko się dowiedziałem.
„Wojny nie będzie"
Sabinie me udało się dotrzeć do majora Rybikowskiego choć — jak sądzę — w ciągu tego lata próbowała kilka razy skorzystać z udzielonego jej numeru telefonu. Major był wciąż nieuchwytny, a zresztą chyba i samą kobietę od początku nękały wątpliwości, bo z chwilą zwierzenia tajemnicy komuś innemu przestała wierzyć sobie samej. Po wielu latach przyznała mi się, że to, co podsłuchała z werandy w druskiennickim pensjonacie, zaczęło chwilami wydawać się jej jakimś złym snem, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością. Rozpamiętując niebywały incydent, dociekała: „Może to napad gorączki? Może to była gra wyobraźni?" A tymczasem, zanim jeszcze doszła do przekonania, że była i jest całkiem przytomna, incydent powoli tracił na znaczeniu wobec innych wydarzeń. Zresztą Sabinie przychodziło na myśl i to, że — któż to wie — może Hubertowicz świadomie wprowadzał Niemca w błąd, dając mu fałszywe informacje. Podobno rzeczy takie dzieją się w wywiadzie. A jeśli nawet i było inaczej, to przecież jeden człowiek nie spowoduje klęski tak wspaniałego narodu, jakim wydawał się wówczas — gotów do obrony i wszelkich ofiar — naród polski.abinie me udało się dotrzeć do majora Rybikowskiego choć — jak sądzę — w ciągu tego lata próbowała kilka razy skorzystać z udzielonego jej numeru telefonu. Major był wciąż nieuchwytny, a zresztą chyba i samą kobietę od początku nękały wątpliwości, bo z chwilą zwierzenia tajemnicy komuś innemu przestała wierzyć sobie samej. Po wielu latach przyznała mi się, że to, co podsłuchała z werandy w druskiennickim pensjonacie, zaczęło chwilami wydawać się jej jakimś złym snem, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością. Rozpamiętując niebywały incydent, dociekała: „Może to napad gorączki? Może to była gra wyobraźni?" A tymczasem, zanim jeszcze doszła do przekonania, że była i jest całkiem przytomna, incydent powoli tracił na znaczeniu wobec innych wydarzeń. Zresztą Sabinie przychodziło na myśl i to, że — któż to wie — może Hubertowicz świadomie wprowadzał Niemca w błąd, dając mu fałszywe informacje. Podobno rzeczy takie dzieją się w wywiadzie. A jeśli nawet i było inaczej, to przecież jeden człowiek nie spowoduje klęski tak wspaniałego narodu, jakim wydawał się wówczas — gotów do obrony i wszelkich ofiar — naród polski.
Patriotyczne i pewne siebie oświadczenia mężów stanu, bojowa postawa żołnierzy, długie kolejki cywilów, jak długa i szeroka Polska niosących złoto i oszczędności do kas państwowych, karabiny maszynowe w imieniu społeczeństwa przekazywane jako dar dla wojska — to wszystko podnosiło na duchu nie tylko Sabinę, ale i wielu innych, zagłuszając wątpliwości i niwelując troski. Hubertowicz — no cóż: był albo zdrajcą, albo wielkim graczem (oby tak było...). Na przemian martwiąc się i pocieszając, Sabina obróciła parę razy pomiędzy Warszawą a okolicami, gdzie stopniowo likwidowała swoje sprawy prowincjonalne.
Wuj-generał ucieszył się z przybycia energicznej, a lubianej przez niego osóbki, która ożywiła mu pusty dom. Po stracie żóny generał czuł się bardzo samotny. „Wybieraj, gdzie zamieszkasz" — powiedział do siostrzenicy, kiedy już obejrzeli wszystkie nie zajęte pokoje w sporej willi na kolonii Staszica. „Wybieraj" — powtórzył, gdy oświadczyła mu, że chce się postarać o posadę. Stosunki generała okazały się tak rozgałęzione, że w istocie wybór posad przedstawiał się dość bogato. Od centralnego biura Związku Izb Przemy słowo--Handlowych na Wiejskiej po rozwijającą się fabryczkę części motorowych na Czerniakowie i od Komisji Dewizowej, urzędującej przy placu Napoleona, po eleganckie przedstawicielstwo samochodów w hotelu. „Bristol" — wszędzie młodą osobę, władającą obcymi językami, a zaprotegowaną przez starego generała, powitano by z całą gotowością. Co zatem wybrać? Sekretarzowanie stareńkiemu już eks--ministrowi na Wiejskiej? Zbieranie zamówień dla fabrykanta? Praktykę bankową? A może rozmówki z klientami oraz korespondencję handlową w pięknie urządzonym salonie samochodowym?
Eks-minister z Wiejskiej dobrotliwie oświadczył:
— Chętnie porozmawiam z tobą, moje dziecko, ale tymczasem zaczekaj trochę, aż ukończę podpisywanie papierzysk. Pójdziemy razem na śniadanie i wszystko sobie ułożymy.
W poczekalni wyglądającej raczej na salonik Sabina mimo woli wysłuchała dyskursu głośno toczonego przez dwóch starszych panów. Wymiana zdań brzmiała tak:
— Północne Towarzystwo Akcyjne to dopiero złoty interes! — powiedział z nabożnym zachwytem pierwszy.
Drugi jegomość przytaknął:
— Piętnaście milionów wzięli jak nic, oprócz zysków normalnych!
— A kto pierwszy wpadł na ten pomysł?
— Naturalnie sam Perlmutter. Przedstawił w Ministerstwie Komunikacji szczegółowe obliczenie dochodów, jakie mogą przypaść kolejom żelaznym, jeśli przejmą na siebie część przewozów samochodowch. Kogo należy, opłacono. W rezultacie powstała sławna taryfa WR-20. Północne Towarzystwo mogło przewozić za pół darmo zbiorcze ładunki odebrane liniom samochodowym. I z tego źródła właśnie wpłynęło piętnaście milionów prowizji. Wspaniała afera.
Pierwszy zrobił szybkie obliczenie:
— Za piętnaście milionów można by na prżykład zamówić 10 tysięcy podwozi i puścić je w ruch po kraju. Wojskowość stawia za cel wprowadzenie do gospodarki 80 tysięcy ciężarówek. A więc mielibyśmy już ósmą część.
— A mielibyśmy, oczywiście... Może mniej, ale coś około tego.
— W razie wojny — kilka dywizji zmotoryzowanych, to już byłoby coś, prawda?
Drugi przytaknął, lecz machnął ręką.
— Nie damy rady i tak. My — Niemcom?
— Poza tym trąbi się o motoryzacji, nawołuje, popiera transport samochodowy... Wszystko na niby! Bo z drugiej strony kolej podcina go. Taryfa WR-20 to w naszych warunkach śmierć ciężarówki. Właśnie o tym chcę mówić z ministrem.
— Ma pan o co się martwić! Pecunia non olet, mój panie.
Rozmowa znudziła Sabinę i zgorszyła. Przeprosiła sekretarkę i
wyszła. A następnego dnia stary wyjadacz, emerytowany pułkownik, właściciel dobrze rozwijającej się fabryczki, mówił:
— Dla ślicznej siostrzenicy mojego przyjaciela-generała robotę mam, oczywiście. Pensja plus procent, dobrze?
Zacierając ręce wyjaśniał, że chce od razu wprowadzić młodą kobietę w tok interesów:
— Procent będzie od zamówień, które pani uzyska dla mnie. Na początek mam świetną okazję!
Złośliwie uśmiechał się i aż mlaskał z zachwytu, roztaczając dalsze perspektywy.
— Sytuacja jest taka. Na gwałt tworzy się brygadę pancerno--motorową, którą ma zorganizować i przeszkolić niejaki pułkownik Rowecki. Biedaczek ma różne trudności, bo lepi swoją brygadę z niczego, a nasi biurokraci wszystko mu opóźniają. Chłopak jest z prowincji, z jakiegoś tam pułku, więc nie umie, poczciwiec, dać sobie tutaj rady. W Warszawie można zrobić wszystko, ale trzeba umieć żyć z ludźmi. Rozumie pani?
Otworzywszy dłoń, przyłożył ją do boku, a drugą dłonią przybił. Zrazu Sabina nie miała pojęcia, co to może oznaczać.
— Widzi pani, nas, przemysłowców, mało obchodzą budżety, etaty, programy wyszkolenia i tak dalej. Ale słyszę, że Roweckie-mu, jak zresztą dowódcom również innych jednostek, brak jest zwykłych żelaznych uchwytów do karabinów maszynowych, a ja mogę je trzaskać tysiącami. Tymczasem sprawa zamówień trwa długo i nie może się doczekać załatwienia.
— Dlaczego? — zdziwiła się Sabina.
— A dlatego, że każdy wojskowy projekt techniczny musi być przyjęty przez odpowiednią komisję, a członkowie komisji chcą też zarobić na boczku. Od fabrykanta. W tym wypadku — ode mnie.
— Oficerowie? Chcą zarobić?
— A jakże,-a jakże moja miła pani. Wszędzie i wszystkim trzeba się opłacać, tak już jest u nas. Tamten pułkownik tego właśnie nie zrozumiał. Przedstawił w ministerstwie dwa projekty uchwytów, jeden na samochody, drugi na motocykle, no i myśli, że już sprawę załatwił. Ale to mu nie przejdzie, bo zresztą inne podobne projekty leżą od roku po różnych szufladach. Otóż my z panią dopomożemy biedakowi. Absolutnie wszyscy będą zadowoleni. I ja, i moi robotnicy, i pani, i oficerowie z komisji, no i ta nieszczęsna brygada. Należy przede wszystkim zjednać członków komisji. Najlepiej będzie, jeśli pani wuj zaprosi do siebie, po kolei, paru oficerów, których nazwiska mu podam, a także i mnie. Przy kieliszku szybko dojdę do ładu z każdym. Bez posmarowania nic nie ruszy, a my oliwy nie pożałujemy... He-he-he...
Na razie Sabina nie powtórzyła rozmowy staremu generałowi i nie chciała go martwić swoimi spostrzeżeniami. Odwiedzając dawne przyjaciółki i starych znajomych, stopniowo traciła entuzjazm dla Warszawy, do której przecież zawsze tęskniła. Ludzie z kresów, gdzie spędziła ostatnie lata, wydawali się jej tieraz daleko poczciwsi i rzetelniejsi od warszawiaków z kręgu, w którym się teraz obracała. Wciąż wychodziły tu wobec niej na jaw tajemnice niejako już w stolicy publiczne. O poszczególnych ministrach czy generałach i pułkownikach wiedziano, że są zainteresowani tantiemami i prowizją przypadającą im z tytułu tak różnych spraw, jak zakupy i zamówienia broni czy sprzętu, sprzedaż za granicę 100 samolotów i 260 dział przeciwpancernych i przeciwlotniczych, pozwoleń na zakup dewiz i import towarów. Uprawiane pod pozorami legalności przekupstwo zostało jakby usankcjonowane przez tzw. „górę".
— Przyjmiemy panią, bo ruch u nas coraz większy — powiedziano Sabinie w Komisji Dewizowej. — Dziś, kto tylko ma jakieś poparcie, przekazuje pieniądze do banków zagranicznych, choć jednocześnie twierdzi, że wszelkie obawy są bezpodstawne.
— Pieniądze leżą na ulicy, tylko je brać — mówiła jedna z koleżanek Sabiny. — Bo wiesz, chcę kupić samochód, ale dotychczas nie wiedziałam, za co. No i wyratował mnie mój znajomy, minister. „Dam ci — powiada — list importowy, tylko dowiedz się u hurtowników na Ptasiej, czego tam chcą: pomarańczy, migdałów, daktyli, fig czy jeszcze czegoś w tym rodzaju. Powiesz kupcom, że potrzebujesz dwóch lub trzech tysięcy dolarów, a już oni sami ci podyktują, o co im chodzi". No i wszystko załatwiłam. Pójdę teraz z tobą i przy okazji obejrzę mercedesa...
W eleganckim salonie samochodowym w hotelu „Bristol" królował wykwintnie ubrany polski hrabia. „Bardzo przystojny, kuzyn włoskiego króla — szeptała koleżanka Sabiny. — I niezwykle sprytny. Zbudował własny model samochodu, wszyscy u nas byli dumni z tego i nawet gazety zaczęły o tym pisać, ale pewna firma zagraniczna nie chciała, żebyśmy zaczęli jeździć własnymi samochodami, więc pierwszy polski samochód pewnego razu spalił się, a hrabia poszedł pracować właśnie do tej firmy. Widocznie za mało mu płacili, więc powtórzył sztukę, ale i drugi jego samochód, podobno jeszcze lepszy, też się spalił, i to razem z rysunkami. Wtedy znowu zaczął pracować w przedstawicielstwie zagranicznym. A teraz pracuje tu..."
W salonie zastali, oprócz hrabiego, dwóch niemieckich inżynierów czy handlowców. Jeden z nich był niepozorny i krępy, o pyzatej twarzy naznaczonej studenckimi rapierami, drugi, zgrabny i pełen kokieterii blondyn, zastanawiał anielską niewinnością różowej twarzy, z którą kontrastowały zimne, blisko siebie osadzone oczy. Objeżdżając przedstawicielstwa swojej firmy, przybyli pięknym sportowym wozem do Warszawy i właśnie wybierali się do Wilanowa, a potem do Żelazowej Woli, bo przystojniejszy z Niemców inleresował się Chopinem. „Niech panie jadą z nimi i pokażą im Warszawę" — zaproponował hrabia, a po chwili koleżanka Sabiny, już w najlepszej komitywie z dwoma cudzoziemcami, tryumfalnie zasiadała obok wytwornego kierowcy.
— Czemuż pani im odmówiła? — pytał hrabia Sabinę. — Może dlatego, że to Niemcy?
Skinęła głową i odpowiedziała:
— Proszę pana, przecież my przekazujemy naszym żołnierzom karabiny maszynowe, które będą do Niemców strzelać, jeżeli tylko na nas napadną. Niepotrzebne mi takie znajomości.
— Po pierwsze — odrzekł pouczająco hrabia — zatargi polityczne nie powinny wykluczać stosunków towarzyskich. Po drugie, przecież pani chce pracować u mnie, a więc w ich firmie. Po trzecie, żadnej wojny nie będzie. A te karabiny maszynowe to bluff, proszę pani, zwyczajny bluff.
— Jak to bluff?
— Ano bluff, mydlenie oczu prostaczkom.
— Sama widziałam! — zaprotestowała.
— Gdzie?
— W moich okolicach. Odbywa się to bardzo uroczyście!
Hrabia roześmiał się.
— Bierze się te karabiny z wojskowych magazynów, reżyseruje całą uroczystość z paradą, mowami, dziećmi i wiązankami kwiecia i powtarza się to samo bez końca. Nie wiedziała pani? Proszę zapytać pana generała.
W sumie wrażenia odniesione w Warszawie latem 1939 roku przez młodą osobę, która tu zjechała z kresów, nie mogły wypaść budująco. Tam prowincjonalna rzetelność serca i naiwna wiara w moralność dygnitarzy ze stolicy, tutaj — atmosfera cynizmu i afer i w ogóle jakieś nastroje podejrzane. Jeśli więc Hubertowicz został rzeczywiście zdrajcą, to z pewnością nie jedynym. Przypomnieć się musiały Sabinie długie i gorzkie dyskusje z eks-mężem, który, jak mówił, ostatecznie już zwątpił o wartości „gnijącej klasy". Zwrot ów co prawda irytował Sabinę, ale i ona sama inaczej myśleć nie mogła o swoich pierwszych spotkaniach w Warszawie. Czy to np. prawda, że międzynarodowy handlarz bronią, niejaki Katelbach, za udzieloną mu przez ministra spraw wojskowych koncesję dał generałowi intratną dodatkową posadę w Towarzystwie Budowy Hoteli? A kochance generała-ministra, kiepskiej artystce, stałą i sutą gażę w swoim przesiębiorstwie filmowym? Pytania tego rodzaju mnożyły się bez końca.
Zagadnięty w tej czy owej drażliwej materii wuj-generał posępniał, chrząkał i kostkami palców bębnił w rozdrażnieniu po stole. Odpowiedzi jego, choć zdawkowe, nie brzmiały optymistycznie. Na żarliwy atak Sabiny, kiedy mu wreszcie zdała relację ze swoich obserwacji i zasłyszeń, odpowiedział żałosnym spojrzeniem wyblakłych oczu i wymruczał, że — istotnie — świat solidnością nie grzeszy. „I ja także uczciwy nie jestem" — nadmienił melancholijnie, kiedy w jego domu zaczęto wałkować delikatną sprawę zamówień na uchwyty do karabinów maszynowych. Sabina widziała wówczas w przelocie postać żebrzącego o swoją brygadę pancerną pułkownika Roweckiego, który w pielgrzymkach po warszawskich „wszystkich świętych" przywędrował i do nich. „To nie są oficerowie, panie generale, to są jacyś pseudooficerowie" — mówił Rowecki do generała akurat, kiedy zaniosła im do gabinetu herbatę. „On jest jak i ja, z prowincji, pełen złudzeń" — pomyślała Sabina. W zasadzie jednak wszystko się działo przeważnie za sprawą takich właśnie ludzi, których Rowecki nazywał pseudooficerami i pseudoministrami, a mówiąc ogólnie — za sprawą pseudopatrio-tów, którym zależało na utrzymaniu wysokich stanowisk, intratnych posad, tantiem i dochodów. Gdy groza najazdu zdawała się nieuchronna, oni to odpowiadali krótko, że „wojny nie będzie". Czaiła się za tymi słowami ich gotowość do kompromisu dla ocalenia władzy i pieniędzy, jasnego życia i ciemnych powiązań.
Był to okres najpewniej bardzo ciężki dla Sabiny. Usiłowała między innymi szukać wyjaśnienia u człowieka, któremu zaufała historię druskiennicką, a więc u mnie, jednakże i ja sam, pośród innych, znalazłem się wówczas jakby na marginesie czasu i wydarzeń, przebywając głównie poza Warszawą. Wiele było wtedy osób skazanych na taką przymusową bezczynność.
Losy kraju ważyły się. Dygnitarzom wciąż marzyło się odnowienie niemieckiej życzliwości, bo dalsze zachowanie przez nich władzy tylko od tego zależało. W roku poprzednim, podczas hitlerowskiej inwazji na Czechosłowację, sam prezydent Rzeczpospolitej po naradzie z naczelnym wodzem nawet nie odpowiedział na list, w którym Czesi prosili go o przyjęcie samolotów, czołgów i wozów pancernych, razem z warsztatami i obsługą. Przeciwnie, polskie lotniska obstawiono wówczas reflektorami i gotową do strzelania artylerią przeciwlotniczą.
A w tym roku najwyższy dostojnik państwa serdecznie przyjmował odwiedziny von Ribbentropa, zaś komendant policji — samego Himmlera, nie mówiąc już o awansach ministra sprawiedliwości dla doktora Hansa Franka podczas jego wizyty w Polsce. Ale, mimo to wszystko, Hitler żądał od ambitnych polskich dyktatorów nie równorzędnej współpracy, lecz zupełnego posłuszeństwa. Niejeden z rządzącej kliki gotów był zgodzić się i na to, pod warunkiem, aby kapitulację ubrać jednak w jakieś pozory, gdyż rewolucja niemal wisiała na włosku: naród gotów był bronić swojej niezależności wbrew „górze", armia zaś nie poszłaby wbrew powszechnej opinii. Toteż zwolennicy sojuszu z III Rzeszą zostali niejako zmuszeni do zajęcia postawy patriotycznej. Ale o tym wszystkim nie wiedziała Sabina, nie wiedział całej prawdy nawet uczciwy — jak tylu innych — oficer Oddziału II Sztabu Głównego, major Michał Rybikowski, właśnie wędrujący po „gorącym drucie", jak nazywał swoje marszruty na Zachód.
Trasa rzekomego kupca łotewskiego Jacobsena, przedstawiciela firm mających główną siedzibę w Rydze, ale działających także w Tallinie i Helsinkach, prowadziła, jak opiewały wizy na wysłużonym już paszporcie z łotewskimi gryfami i orłami, poprzez Polskę i Austrię do kilku wielkich miast w III Rzeszy, gdzie solidni importerzy mogli poświadczyć niewinny charakter podróży przedsięwziętej przez cudzoziemca. Poza tym robocza teka typowego pasażera wagonów sypialnych i restauracyjnych zawierała niejeden plik korespondencji handlowej, a stosowne katalogi i próbki wypełniały jedną z jegó dużych waliz, ozdobionych nalepkami renomowanych hoteli Europy środkowej i wschodniej. Jednakże major Michał Rybikowski liczył głównie na siebie samego, na przymioty osobiste, które — otrzymane od natury — niejako predestynowały go do trudnej służby, obranej przed laty, wkrótce po odejściu ze służby liniowej do prac w sztabie. Solidnego wzrostu, ale o nieco pochyłej postawie i trochę przygarbionych ramionach, w niczym nie przypominał wojskowego, przyuczonego do zuchowatych manier i swoistego oficerskiego drylu. Po kupiecku towarzyski i ciekawski, ale zarazem — jako handlowiec — niby ostrożny i „wiedzący swoje", łatwo dawał się poznać przygodnym towarzyszom podróży, a przy kontrolach granicznych, policyjnych i celnych szybko umiał rozwiewać podejrzenia i wątpliwości. Zachowywał się po przyjacielsku, traktował wszystkich jak dobrych znajomych, do rozmów zręcznie wplatał temat interesujących go transakcji, z reguły zaś roztaczał opiekę nad współpasażerką, jeśli tylko los albo i jakiś przemyślny, obcy rozkaz skierował do jego przedziału mniej lub bardziej nadobną towarzyszkę.
„Brat-łata", „dobry kumpel", takie po sobie pozostawiał wrażenie na trasach swoich podróży. Napotykane kobiety szybko dochodziły do przekonania, że krzepkiemu w sobie pośrednikowi handlowemu z Rygi, dopiero co wyrwanemu spod czułej opieki domowej, nieobce są pokusy natury sentymentalnej. Tak czy inaczej było naprawdę, major nie skąpił kobietom opieki, zawsze gotów do drobnych usług, a przede wszystkim do opłacania tragarzy lub taksówek (czego na ogół panie same czynić nie lubią), a nawet do nagłego przerwania podróży, o ile nastręczał się po temu jakiś pretekst. Z pozoru łatwo ulegając przypływom szczerości, jakby rozklejał się i ujawniał troski osobiste, chętnie też wyciągał z portfelu listy polecające, których miał wiele. Najcenniejsze z nich nosiły podpis łotewskiego ministra Balodisa i fińskiego marszałka Mannerheima. Tak usypiał podejrzenia, a prezencikami w postaci próbek ryskich nalewek i cygar czy też koronek i bursztynów jednał sobie dalszą sympatię. O tym, że nieregularne rysy jego wyrazistej, rumianej twarzy mogą stanowić szczególną maskę, nikt nie pomyślał nawet, zresztą każdy niemal od razu dostrzegał w nim skłonność do ujawniania długo hamowanych odruchów. Tak oto przyrodzona skrytość człowieka rodem z zaścianka nad litewską Niewiażą służyć miała oficerowi, który udawał się w objazd agentów pracujących dla polskiego wywiadu w samym gnieździe wroga.
Nie był nowicjuszem, przeciwnie, w latach poprzednich sygnalizował rozwijanie hitlerowskich brygad pancernych w dywizje, a także dostarczył fachowej analizy przemarszu ciężkich jednostek niemieckich do Wiednia podczas tak zwanego Anschlu-ssu. Około 30 procent czołgów stanęło wówczas po drodze, ale — z drugiej strony — Niemcy przekonali się, że jedną szosą można posuwać cały zmotoryzowany korpus. Wreszcie major Rybikowski dziś jeszcze gorzko £ię uśmiecha na wspomnienie sensacji, jaką w swoim czasie wywołał zwięzłym meldunkiem, że do zajęcia Sudetów wyznaczone zostały pod dowództwem generała-majora wojsk pancernych Guderiana „wojska szybkie" w składzie czterech dywizji pancernych i dwóch zmotoryzowanych dywizji piechoty. Był to dowód,że niemiecka idea całych armii pancernych wchodziła w życie, a więc należało się z tym liczyć. Jednakże w kraju tajemnicze wpływy wciąż obracały z trudem zdobyty, groźny pewnik w jakąś próbę zastraszenia czy szantażu.
„Im lepiej pracujemy, im częściej dostarczamy alarmujących wiadomości, tym bardziej przeszkadzamy Warszawie" — myślał w tamtych czasach niejeden z oficerów wywiadu.
Perypetie ludzi z wywiadu i kontrwywiadu wydają się wielu Czytelnikom niezwykle zajmujące, są one zdolne szczególnie do rozkołysania młodej wyobraźni. Gdzież większa sensacja od dociekliwej penetracji utajonych planów wroga! Cóż bardziej zuchwałego od posuwania się ryzykownym bezdrożem pomiędzy czeluściami klęski a szczytami tych tryumfów, które zabezpieczają ojczyznę od podstępnego zaskoczenia? Urzekająca romantyka tajnej służby zdaje się promieniować także z jej bezimienności i z milczenia osłaniającego przed rozgłosem i chwałą tak samo tragedie, jak i największe zasługi. Już sama rezygnacja z nagrody, jaką stanowi ujawnienie najwyższej ofiary lub jakiegoś wspaniałego czynu, zawiera satysfakcję szczególną, bo usto-krotnioną przez świadomość własną, nie rozmienioną na dźwięki i blaski publicznych fanfar. Tak się te sprawy z daleka mogą wydawać: ponętnie i wabiąco niby sekretne wyprawy po tajemniczy kwiat paproci.
Rzeczywistość świadczy wszakże o służbie człowieka wywiadu tysiącami pospolitych życiowych detali i tą męczącą nieustającą czujnością, która winna ostro kontrolować wszystkich i wszystko, lecz najsurowiej samego siebie — własne odruchy, pragnienia i uczucia. W praktyce oznaczać to może nie tylko maskowanie nienawiści, ale — co gorsza — symulację przyjaźni i miłości, a także niezbyt honorową zdradę zaufania, zawsze w imię wyższego interesu. Poza tym wywiadowcy grożą, jeśli tylko zostanie pochwycony, tortury, ocalałemu zaś — już chyba na zawsze — pozostaje zimna postawa wewnętrzna, bliska siostra cynizmu.
„Pracownik wywiadu zdany jest wyłącznie na swoje siły — mówił mi po latach Rybikowski. — Przekleństwem w tej robocie jest całkowita samotność. W razie «wpadunku» — możliwość uratowania skóry bardzo mała, chyba w drodze wymiany, co niekiedy tylko bywa praktykowane. Nie wolno pozwolić sobie na żadną chwilę słabości. Najmniejsza nieostrożność prowadzi do zguby, a tymczasem trzeba udawać właśnie kogoś całkiem nieostrożnego. Zasadą jest nie zwracać na siebie uwagi i upodobnić się do otoczenia, a więc do obcych z języka i obyczaju. W Niemczech, gdzie hitleryzm wprowadził powszechną inwigilację, zawsze musiałem zachowywać się tak, jakbym nic absolutnie do ukrycia nie miał. I wreszcie trzeba się liczyć z ludzką głupotą, złą wolą i zawiścią zarówno wśród agentów, jak i w swoim własnym sztabie, któremu dostarcza się wiadomości. Czujność wskazana była nawet po powrocie do kraju, gdyż nieprzyjaciel penetruje nasze życie tak samo, jak my penetrujemy jego kraj, a przy tym pozostaje jeszcze ewentualność najgorsza z najgorszych, mianowicie że z tych czy innych powodów olbrzymi nasz wysiłek okaże się daremny... Że tam, u góry, nie będą chcieli uwierzyć w niezbitą prawdę, jeśli nie odpowiada ich koncepcjom..."
Rzetelni oficerowie Biura~ Studiów, jak Rybikowski czy sławny później z obrony Westerplatte major Henryk Sucharski, mieli niejedną okazję do zwątpienia w mądrość i zacność przełożonych. Jednakże — jak to w wojsku — obowiązywał ich rygor, a choć dyskusji nikt nie zakazywał, to przecież toczyły się one raczej w kręgu koleżeńskim. Kapitan czy major do woli spierał się czy poglądy uzgadniał z majorem czy kapitanem, ale powiązani solidarnością pułkownicy głuchli natychmiast, skoro tylko docierał do nich z dołu głos krytyczny, a im bardziej ograniczony umysłowo był pułkownik czy generał, tym wynioślej odgradzał się od trzeźwo i uczciwie myślących oficerów, tym szczelniej zaciskał w pogardzie usta. Niższy stopniem do racji nie miał prawa, chyba wyjątkowo, gdy na przykład piastował wysokie godności w tajnej loży „pił-sudczyków".
Nic też dziwnego, że nieraz szły na marne nawet największe sukcesy pracowników wywiadu, zdobyte dzięki wieloletnim poświęceniom i niezliczonym aktom odwagi. Trzeba się nam cofnąć o parę lat, aby zrozumieć beznadziejność ich wysiłków. Tak na przykład oficerowie z Biura Studiów nie wiedzieli, czym wytłumaczyć zlekceważenie najważniejszych materiałów, dostarczonych przez agenta z Dortmundu, którego nazwiemy tu „Albinem". Był nim Polak, dawny pomocnik kowala wiejskiego spod Kalisza, później zatrudniony jako ślusarz i specjalista-metalowiec na Dolnym Śląsku, a wreszcie majster w zakładach Kruppa. Awansowany na magazyniera w Dortmundzie, stał się jednym z najbardziej cennych informatorów „Madrasu", czyli placówki polskiej w Essen, skąd przez inną placówkę, „Bilbao" w Hamburgu, nadsyłał fotokopie rysunków technicznych — dotyczących produkcji zbrojeniowej Kruppa. W ten sposób Warszawa dowiadywała się o detalach i ich zespołach coraz to ulepszanych przez Niemców dział, czołgów i ciągników artyleryjskich.
„Albin" na szczęście nie wiedział, że w Warszawie odmówiono mu wiary, kiedy po długiej i cenionej współpracy przysłał z kolei bardzo niecodzienne rysunki techniczne. Fachowcy od balistyki po zbadaniu ich orzekli, iż Krupp najwidoczniej rozpoczyna produkcję działa o kolosalnej średnicy 72 cm. Ponieważ czegoś podobnego jeszcze nie było, natychmiast rozpoczęły się medytacje różnych sztabowych mądrali na temat, czy można ufać agentowi, który nadsyła tak mało prawdopodobny materiał. Tylko oficerowie francuscy, pomni na bombardowanie Paryża z „Grubej Berty" w roku 1914, okazali nieco większe zainteresowanie tą sprawą, ale ostatecznie także i oni odnieśli się do niej sceptycznie. Dopiero w parę lat później, kiedy wypadki wojenne potoczyły się lawiną, przypomniano sobie o zmarnowanej zasłudze już nie żyjącego magazyniera z Dortmundu. Gigantyczne działo nie miało zastosowania we Francji, ale w roku 1941, podczas oblężenia Sewastopola, pociski o średnicy wynoszącej niemal trzy czwarte metra potwierdziły polski przedwojenny meldunek o tajnych przygotowaniach Kruppa.
Jeszcze większe komentarze musiała w Biurze Studiów wywołać sprawa Sosnowskiego, który nadsyłał z Niemiec nie tylko ścisłe i potwierdzające się meldunki, ale także mnóstwo fotokopii najbardziej tajnych dokumentów. Z czasem materiał pochodzący od Sosnowskiego trudno było zmieścić w dwu potężnych kufrach; on też, na kilka lat przed wojną, tak sygnalizował przygotowania Hitlera do „Blitzkriegu":
„W Stuttgarcie będzie formowana 4 brygada pancerna. Prócz tego powstaną trzy dywizje zmotoryzowane typu «leichte» (lekkie). W skład takiej dywizji wchodzą dwa zmotoryzowane pułki piechoty, pułk rozpoznawczy, pułk artyleryjski, batalion czołgów i pododdziały specjalne. Wchodzą one w skład XV korpusu. W organizacji są cztery zmotoryzowane pułki piechoty, które wejdą w skład XIV korpusu. Trzy dywizje pancerne formują korpus XVI z dowództwem w Berlinie. Te trzy korpusy podlegają dowództwu 4 grupy operacyjnej z siedzibą w Lipsku. Dowodzić grupą będzie gen. von Brauchitsch".
Sosnowski zawczasu więc dawał znać o tym, co miało po latach wydać straszny plon.
Znakomity as wywiadu, zwany potocznie „Jurkiem", zlekceważył dwie naczelne zasady obowiązujące w tajnej służbie. Po pierwsze, z całą świadomością zachowywał się tak, jakby chciał zwrócić na siebie ogólną uwagę, a po drugie — zapewne upojony sukcesami — dopuścił się wreszcie nieostrożności już nie zamierzonych.
