Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
236 osób interesuje się tą książką
„W tym dniu przysięgam uczynić twój gniew moim własnym, przetrwać burzę twojej zemsty i chronić cię po wsze czasy”.
Dwa lata.
Tylko tyle mieliśmy, zanim nasza przeszłość przypomniała o sobie.
Powstała z grobu z wrogimi zamiarami, wygłodniała i gotowa, by pogrzebać nas sześć stóp pod ziemią. Nagrobki naszych wrogów zostały przewrócone, co nam przypomniało, że nigdy nie uciekniemy z sideł korupcji.
Szukanie zemsty z powodu utraconej miłości pochłonęło moją przeszłość, ale ta przemoc i pragnienie wymierzenia kary wiszą teraz nad przyszłością najbliższych mi osób.
Mamy tylko jedną możliwość, jedną opcję.
Wrócimy do Ponderosa Springs. Albo poniesiemy konsekwencje swoich czynów.
Ale tym razem zagrożenie nie dotyczy jedynie niesławnych Hollow Boys.
Jest jeszcze ona.
Przeklęta.
Miraż kobiety zbyt upartej, by mogło to się dla niej skończyć dobrze.
Coraline Whittaker i ja mamy teraz wspólnego wroga. Jej strach przed nim i jego władza nad nią to jedyne powody, dla których zgadza się ze mną współpracować.
Przyrzekamy sobie wzajemną ochronę. Dzielimy ciężar jego powrotu i nieszczęście, jakie niesie jego obecność, póki śmierć nas nie rozłączy lub mężczyzna nękający jej sny nie zostanie w końcu wysłany do grobu.
Ona jednak nie wie, że łączy nas coś więcej niż wspólny wróg.
Nie chodzi jedynie o zemstę, której pragnę. Nie chodzi o satysfakcję ze zrujnowania miasta, które nas zniszczyło.
Pragnę jej.
Kolejny raz złożyłem przysięgę, że kogoś ochronię, przejąłem jej zemstę i uczyniłem ją swoją.
Cicha woda brzegi rwie.
Nie tylko Ponderosa Springs skrywa tajemnice. Ujawnię światu swoje sekrety, zanim mi ją zabiorą. To gnijące miasto wie, co robię ludziom, którzy zabierają mi to, co do mnie należy.
Powtórka z przeszłości?
Nawet sam Bóg nie wybawi ich od mojego zła.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 520
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 13 godz. 37 min
Rok wydania: 2026
Lektor: Marcin StecChrzanowska MonikaMonika Chrzanowska Marcin Stec
MONTY JAY
THE OATH WE GIVE
HOLLOW BOYS #4
Dla wszystkich, którzy nigdy nie wierzyli w bajki, bo rozumieli złoczyńcę. I dla mnie – za dokończenie serii życia.
„W końcu wszystko się łączy…”
– Charles Eames
To mroczny romans, który porusza drażliwe tematy. Obejmuje on między innymi: drastyczne sceny seksualne i przemoc, seryjne morderstwa, napaści seksualne, handel ludźmi, wzmianki o samobójstwie i myślach samobójczych, porwania i tortury. Jeśli którykolwiek z tych lub podobnych motywów wywołuje w tobie niepokój, proszę, nie kontynuuj czytania tej książki.
Ostrzeżenia dotyczące wszystkich historii z serii „Hollow Boys” znajdują się na dole strony internetowej:
https://www.montyjay.org/hollowboys
Cześć! To ja, Monty! Zanim zaczniesz czytać tę książkę, chciałabym powiedzieć ci kilka słów.
Po pierwsze, dziękuję za to, że ją czytasz. Kocham cię i doceniam.
Po drugie, ta książka porusza tematykę wielu zaburzeń zdrowia psychicznego. Mają one szerokie spektrum, które wpływa na każdego inaczej, dlatego w żadnym wypadku nie twierdzę, że stworzone przeze mnie postacie są wzorcowym przykładem konkretnych zaburzeń i chorób. W ciągu roku 43,8 milionów dorosłych doświadcza chorób psychicznych. 1 na 5 dorosłych w Ameryce cierpi na chorobę psychiczną. Prawie 1 na 25 (10 milionów) osób pełnoletnich w Ameryce żyje z poważną chorobą psychiczną. Sama żyję z zaburzeniami i skutkami błędnej diagnozy.
Chciałam więc tylko poinformować, że stworzenie postaci Silasa i Coraline wymagało szeroko zakrojonych badań i dużej staranności, ale w żadnym wypadku nie jestem ekspertką. Silas, jego osobowość i trauma, której doświadcza w tej książce, mogą nie odzwierciedlać tego, przez co przechodzą inni ludzie z chorobą tego typu. Proszę, nie sądź więc, że skoro tak opisałam tę postać, odzwierciedla to wszystkie osoby zmagające się z tego typu zaburzeniami i te żyjące z nimi. Jeśli masz pytania dotyczące tych chorób psychicznych, zachęcam cię do zwrócenia się do osób w twoim otoczeniu, które doświadczają ich na własnej skórze.
Po trzecie, chciałam również poświęcić chwilę na omówienie kilku powszechnie panujących błędnych przekonań dotyczących schizofrenii. To jedno z najgorzej rozumianych, a przez to najczęściej błędnie diagnozowanych zaburzeń zdrowia psychicznego. Jeśli więc przewrócisz stronę, znajdziesz tam informacje zaczerpnięte z serwisu WebMD.
Jeśli ty lub ktoś z twoich bliskich zmaga się z problemami psychicznymi, skontaktuj się z lekarzem i szukaj pomocy. Najtrudniejszą rzeczą dla każdego jest poproszenie o pomoc. To jednak nie czyni cię słabym, wręcz przeciwnie – sprawia, że jesteś silny.
Z miłością
MJ
Mit numer 1: Skoro chorujesz na schizofrenię, oznacza to, że cierpisz na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (DID).
To jedno z największych nieporozumień dotyczących schizofrenii. Jedno z badań wykazało, że 64% Amerykanów uważa, iż schizofrenia wiąże się z DID, co oznacza, że chory zachowuje się tak, jakby był dwiema lub więcej odrębnymi osobami. Do najczęstszych objawów schizofrenii należą jednak halucynacje i urojenia, w tym słyszenie głosów w głowie oraz działanie w oparciu o fałszywe przekonania. Nie jest to tożsame z objawami DID.
Mit numer 2: Większość osób cierpiących na schizofrenię jest agresywna lub niebezpieczna.
Kto w filmach i serialach telewizyjnych wciela się w rolę szalonego mordercy? Często jest to postać cierpiąca na tę chorobę. W rzeczywistości tak nie jest. Chociaż osoby cierpiące na schizofrenię mogą czasami zachowywać się w nieprzewidywalny sposób, większość z nich nie jest agresywna, zwłaszcza jeśli poddają się leczeniu. To chorzy częściej padają ofiarą przemocy. Są również bardziej skłonni do wyrządzania krzywdy sobie niż innym – wskaźnik samobójstw wśród ludzi cierpiących na schizofrenię jest wysoki. Kiedy osoby z tym zaburzeniem dopuszczają się aktów przemocy, zazwyczaj cierpią na inne schorzenia, takie jak zaburzenia zachowania w dzieciństwie lub nadużywanie substancji psychoaktywnych. Sama schizofrenia nie powoduje jednak agresji fizycznej.
Mit numer 3: Przyczyną jest złe wychowanie.
W przypadku wystąpienia schizofrenii często obwinia się rodziców, w szczególności matki. Jest to jednak choroba psychiczna. Ma wiele przyczyn, między innymi przeżytą traumę, nadużywanie narkotyków czy genetykę. Błędy wychowawcze popełnione przez rodziców nie spowodują, że dziecko zachoruje.
Mit numer 4: Jeśli rodzic ma schizofrenię, ty też na nią zachorujesz.
Geny odgrywają pewną rolę. Natomiast fakt, że jedno z rodziców cierpi na tę chorobę psychiczną, nie oznacza, że jesteś skazany na to samo. Ryzyko może być nieco wyższe, ale naukowcy nie uważają, że geny są jedyną przyczyną wystąpienia zaburzeń. Pewne wirusy, niedobór składników odżywczych przed urodzeniem i inne czynniki odgrywają rolę w aktywacji genów. Jeśli jedno z rodziców cierpi na schizofrenię, ryzyko zachorowania wynosi około 10%. Jeśli więcej niż jeden członek rodziny cierpi na tę chorobę, ryzyko wzrasta.
Mit numer 5: Osoby cierpiące na schizofrenię nie są inteligentne.
Niektóre badania wykazały, że osoby z tą chorobą mają większe trudności w testach sprawdzających zdolności umysłowe, takie jak koncentracja, zdolność uczenia się i pamięć. Nie oznacza to jednak, że nie są inteligentne.
W historii wiele kreatywnych i inteligentnych osób cierpiało na schizofrenię. Naukowcy badają nawet powiązania między genami, które mogą mieć związek zarówno z psychozą, jak i kreatywnością.
Mit numer 6: Jeśli cierpisz na schizofrenię, twoje miejsce jest w szpitalu psychiatrycznym.
Był czas, kiedy osoby z chorobami psychicznymi wysyłano do zakładów psychiatrycznych, a nawet do więzień. Obecnie jednak, gdy eksperci mają większą wiedzę na temat tej choroby, mniej osób wymaga pobytu w placówkach psychiatrycznych przez długi czas. Poziom opieki, jakiej potrzebujesz, zależy od tego, jak poważne są twoje objawy. Wiele osób cierpiących na schizofrenię prowadzi samodzielne życie, podczas gdy inne mieszkają z rodziną lub w mieszkaniach wspieranych w swojej społeczności. Ważne jest, aby pozostawać w bliskim kontakcie z lekarzem i mieć zapewnione wsparcie, które pomoże w kontynuowaniu leczenia w razie potrzeby.
Mit numer 7: Nie można utrzymać pracy, jeśli się na to choruje.
Schizofrenia może utrudniać znalezienie pracy i codzienne funkcjonowanie, ale dzięki odpowiedniemu leczeniu wiele osób jest w stanie znaleźć stanowisko odpowiadające ich umiejętnościom i możliwościom.
Mit numer 8: Schizofrenia sprawia, że ludzie stają się leniwi.
Choroba może utrudniać dbanie o codzienne potrzeby, takie jak ubieranie się i kąpiel. Nie oznacza to jednak, że osoby chore są leniwe. Potrzebują po prostu pomocy w codziennych czynnościach.
Mit numer 9: Choroba pojawia się wraz z nagłym załamaniem psychicznym.
Fakt: U niektórych osób poważne zdarzenia psychiczne prowadzą do diagnostyki, a w jej efekcie do rozpoznania schizofrenii. Objawy mogą jednak pojawiać się stopniowo i często są trudne do zauważenia. Jeśli masz wczesne objawy schizofrenii, możesz:
– być mniej towarzyski,
– wykazywać mniejsze zainteresowanie normalnymi czynnościami,
– wycofywać się z codziennego życia.
Inne objawy, takie jak zachowania wynikające z urojeń i halucynacje, mogą pojawić się później.
Mit numer 10: Nie da się tego wyleczyć.
Chociaż nadal nie wynaleziono lekarstwa na schizofrenię, leczenie może pomóc w radzeniu sobie z objawami i zmniejszyć ich wpływ na życie chorego. Neuroleptyki (leki przeciwpsychotyczne) są w stanie wesprzeć pacjenta w ustabilizowaniu stanu zdrowia i zmniejszyć ryzyko wystąpienia objawów w przyszłości. Terapia rozmową oraz terapia poznawczo-behawioralna to również pomocne narzędzia, które mogą pokazać, jak lepiej radzić sobie ze stresem i funkcjonować na co dzień. Zaburzenia schizofreniczne mogą z czasem się nasilać, dlatego podjęte leczenie należy najczęściej kontynuować przez resztę życia. Dzięki lekom i terapii wiele osób z tą chorobą może jednak prowadzić pełne i produktywne życie.
Przed wolnością
Luty
– Nie jesteś chory na schizofrenię.
Dziesięć lat.
Czekałem dziesięć lat, aż ktoś inny niż Rosemary Donahue powie mi te słowa. Aż ktoś żywy i cholernie kompetentny potwierdzi to, o czym wiedziałem od tak dawna.
To stwierdzenie nie wywołuje żadnej reakcji w moim spojrzeniu. Utrzymuję kontakt wzrokowy z Jennifer L. Tako z Evergreen Health Institution. Widuję ją trzy razy w tygodniu od prawie roku. Ta niska, siwowłosa kobieta ze znamieniem w kolorze czerwonego wina tuż pod lewym okiem powiedziała mi jedyne, co potrzebowałem usłyszeć, odkąd byłem młody.
Czekam. Czekam kilka minut w komfortowej ciszy. Czekam, aż spadnie ze mnie ciężar, aż poczuję, że to wszystko ma sens… To jednak nigdy nie nadchodzi. Nie potrafię poczuć niczego poza akceptacją.
Większość swojego życia spędziłem w kłamstwie stworzonym po to, by chronić innych. Tych, którzy nie zasługiwali na moje milczenie, i tych, którzy bez wahania zawsze je otrzymywali. A teraz muszę tu siedzieć z tą prawdą – swoją prawdą – i próbować zrozumieć, co to oznacza dla mojej przyszłości.
Czy potrafię żyć tak, by to nie było kłamstwo?
Jennifer poprawia cienkie, owalne okulary na grzbiecie nosa, zakładając jedną nogę na drugą, z kwaśnym wyrazem twarzy. Zastanawiam się, czy terapeuci zdają sobie sprawę, że oferują nam narzędzia, byśmy mogli odczytać również ich myśli.
– Nie mam pojęcia, jaki lekarz uznał tę diagnozę za słuszną. To było niezwykle lekkomyślne. Ten człowiek zasługuje na to, by ponownie rozpatrzyć jego uprawnienia lekarskie. – Jej spojrzenie nieco łagodnieje, gdy patrzy na mnie znad stolika kawowego stojącego między nami. – Przykro mi, że nigdy nie będziemy mogli zapytać go o uzasadnienie tej diagnozy, Silasie. Przynajmniej ty zasługujesz na wyjaśnienia.
Przygryzam wnętrze policzka, powstrzymując się od komentarza.
Mieszkańcy Ponderosa Springs, miasta, którego ona nigdy nie zrozumie, są w stanie posunąć się do drastycznych środków, by ukryć swoje ohydne sekrety i korupcję. Nie ma na świecie wystarczająco silnej przysięgi Hipokratesa, by powstrzymać kogokolwiek, nawet lekarza, przed kłamstwem, jeśli może dzięki niemu uniknąć przykrych konsekwencji.
– Tak – mówię po prostu. – Mnie również.
Nie mam żadnych pytań do tego lekarza. Wiem, dlaczego okłamał moich rodziców, dlaczego sfałszował raporty medyczne, by pasowały do jego diagnozy. Żałuję tylko, że zginął w wypadku na łodzi, zanim zdążyłem zmusić go do przełknięcia własnych rzepek za to, co jej zrobił.
Oczywiście Jennifer o tym wszystkim nie wie. Nie musi tego wiedzieć, żeby mnie właściwie ocenić. Nikt nigdy się nie dowie, dlaczego Ronald Brewer sprawił, by kochający rodzice i ludzie z tego okrutnego miasteczka uwierzyli, że dwunastoletni chłopiec cierpi na schizofrenię.
Sekret. Przysięga, którą postanowiłem zabrać ze sobą do grobu. Do dziś dotrzymałem danego dziewczynie słowa. To był jedyny sposób, bym mógł ją nadal chronić.
Chociaż moja obietnica, że zapewnię jej bezpieczeństwo, przestała obowiązywać w dniu, gdy umarła, przysiągłem przy grobie, że nikt nie uniknie kary za skrzywdzenie Rosemary Donahue. Nigdy więcej.
Zapłatą za głowę Stephena Sinclaira był funt mięsa, a ja byłem gotów splunąć Bogu w twarz, by go zdobyć.
– Chciałabym powiedzieć, że jestem zaskoczona twoją reakcją – zauważa Jennifer, lekko przechylając głowę. – Ale odkąd cię poznałam, Silasie Hawthornie, zawsze byłeś spokojną taflą wody. Nikt nie wie, co kryje się w głębi, prawda?
W odpowiedzi drga mi kącik ust.
– Od jak dawna wiesz, że nie jesteś schizofrenikiem?
Opadam plecami na obite skórą krzesło, rozglądając się po biurze ze szkła i stali, krzyżuję ramiona na szerokiej klatce piersiowej i wydaję ciężkie westchnienie.
– Od piętnastego roku życia.
Wiedziałem, gdy miałem dwanaście lat. Wiedziałem, co zobaczyłem, ale oni okazali się tak dobrzy w przekonywaniu mnie, że to wszystko moja wyobraźnia. Wydawali się nieugięci. Ciągle tylko powtarzali: „Nie ma żadnej dziewczyny. Nigdy nie było żadnej dziewczyny”.
Ona nie istniała. Jej głos wybrzmiewał tylko w mojej głowie. To jakaś chora zabawa, w którą bawił się ze mną mój umysł.
W kółko.
Nieważne, co mówiłem – nikt mi nigdy nie wierzył.
W końcu się poddałem i zamilkłem. Po co się odzywać, skoro nikt nie przywiązuje wagi do twoich słów? Tak dobrze mnie uwarunkowali, że przez chwilę nawet sam w to uwierzyłem.
– To wtedy przestałeś brać leki?
Kiwam powoli głową.
– Brałem tabletki z witaminą B.
Na jej ustach pojawia się uśmiech. Jestem pewien, że moja terapeutka nie powinna akceptować samowolnego odstawiania leków, ale Jen zawsze była w tym względzie wyrozumiała. Myślę, że biorąc pod uwagę moją nietypową sytuację, ten uśmiech jest uzasadniony.
– Ten epizod, który miałem, kiedy ja… – Milknę, nienawidząc się za to, że muszę o to pytać. Nienawidzę tego, że przez nich tak bardzo zwątpiłem w swój umysł, ale potrzebuję zapewnienia. – Kiedy mnie tu umieszczono… Ten epizod, co to było?
Pamiętam przebłyski z zeszłej wiosny, fragmenty koszmaru. Sage Donahue powracająca do Ponderosa Springs po śmierci swojej siostry. Głosy, które usłyszałem po raz pierwszy w życiu, patrząc, jak dom Franka Donahue staje w płomieniach, a demony tańczą wśród nich.
Widzę te chwile, te obrazy, w których uczestniczyłem, i w połowie przypadków mam wrażenie, jakbym to wcale nie był ja. Jakbym tylko oglądał film, gdzie główny bohater wygląda praktycznie tak samo jak ja.
– Epizod, który doprowadził do twojej hospitalizacji, to załamanie psychotyczne. Doświadczyłeś niewyobrażalnej traumy: śmierci osoby, z którą byłeś emocjonalnie związany. Ta trauma w połączeniu z latami, gdy nikt ci nie wierzył, wpędziła cię w spiralę myśli, a jej nie mógłbyś zatrzymać, nawet gdybyś tego chciał. To niefortunny zbieg okoliczności, ale nie tak objawia się schizofrenia. – Jennifer przegląda papiery leżące na jej kolanach. Marszczy brwi i kontynuuje: – Gdybym miała zgadywać, to ten epizod odnotowany w przeszłości, gdy byłeś dzieckiem, też nie świadczył o tej chorobie. W dokumentacji doktora Brewera jest bardzo mało informacji, zdecydowanie za mało, by postawić tak poważną diagnozę w tym wieku.
Nie mogąc się powstrzymać, wybucham szyderczym śmiechem.
Mój pierwszy epizod.
Byłem dzieciakiem wołającym o pomoc. Nie z powodu halucynacji czy urojeń. Nikt mnie nie słuchał; nie chcieli nic usłyszeć. Panikowałem, czułem się przerażony, a nikt nie wierzył w to, co wtedy zobaczyłem.
– Z tego, co udało mi się ustalić na podstawie relacji twoich rodziców i skąpych zapisów, wykazywałeś wczesne oznaki depresji, co prawdopodobnie było powodem, dla którego rodzice zabrali cię do lekarza. Obawiali się twojej nagłej zmiany zachowania i myślę, że zawsze mieli wobec ciebie jak najlepsze intencje. Nadal je mają, ale ich zaufanie zostało nadużyte. Przykro mi, że to ty musiałeś zapłacić za to cenę, Silasie.
Ponownie spoglądam na Jen i widzę, że jest to szczere. Że jakaś jej część troszczy się o mnie i o to, co się wydarzyło. To właśnie autentyczna troska o moje zdrowie doprowadziła ją do tego wniosku.
Tego wyjaśnienia. Odpowiedzi.
Zapewnienia, którego – choć niechętnie to przyznaję – potrzebowałem.
Kiedy zostałem tu umieszczony, wierzyłem we wszystko, co o mnie mówili. W każdy szept, każde kłamstwo, plotkę i naciąganą prawdę.
Bo kiedy Sage wróciła i zbliżała się pierwsza rocznica śmierci Rosemary, zacząłem widzieć i słyszeć coś, czego nie było. Widziałem różne rzeczy, a one dręczyły mnie tak długo, aż uznałem je za prawdziwe. Aż zaufałem temu, co mi mówiły, i nadałem wartość ich fałszywym słowom.
Pomyślałem: „O kurwa mać. Mieli rację; Mam schizofrenię i nie biorę leków od pierwszej klasy liceum”.
Mój umysł stał się przerażającym miejscem. To znaczy był nim już wcześniej, ale to okazało się czymś zupełnie innym. W tym roku z nikczemnych korzeni wyrosły śmiercionośne kolce. Z mojego umysłu wyciekał czarny szlam, który zapychał każdy por skóry i dusił mnie oszustwem.
Skręcał się i pełzał. Pełzał z istotami zbyt przerażającymi, by większość ludzi mogła je sobie choćby wyobrazić. Moimi potworami, moimi demonami i cieniami, które zsuwały się ze ścian i przybierały humanoidalne kształty. Paraliżowały ludzi strachem.
Mimo że odeszły i nie wróciły od czasu mojej hospitalizacji, pogodziłem się z pamięcią o ich istnieniu, przyzwyczaiłem się do tego. Zdałem sobie sprawę, że to ja zawsze będę straszniejszą bestią niż mój umysł i zło, które potrafi zrodzić.
Jestem znacznie gorszy.
Bo jestem i zawsze byłem prawdziwy.
– Czy powiesz mieszkańcom Ponderosa Springs, że pseudonim „Psychol” nie ma już zastosowania?
Pochylam się do przodu, opierając łokcie na udach, i obserwuję, jak twarz Jennifer wykrzywia się ze smutku. W kącikach jej oczu pojawiają się zmarszczki, gdy próbuje obdarzyć mnie łagodnym, uspokajającym uśmiechem.
„Jakie to straszne…” – myśli – „…że ten biedny chłopak musiał przez to wszystko przejść”.
– Sądzę, że twoi przyjaciele i rodzina pomogą przekazać tę wiadomość, gdy tylko zostaniesz stąd wypisany.
Bez ostrzeżenia moje ciało się napina, ramiona opadają, a żołądek się skręca.
– Nie – mówię tak wyraźnie, jak to tylko możliwe, bez miejsca na wątpliwości.
– Silasie. – Z zaskoczenia unosi brwi aż do linii włosów. – Mogę przedstawić obszerne dowody medyczne i dane, które zebrałam podczas twojego pobytu tutaj. Jestem twoim dowodem na to, że ta diagnoza jest błędna.
W gardle czuję swędzenie. Coś mnie drapie i szarpie tkanki w ustach. W drogach oddechowych utknął mi kawałek waty. Zaciskam dłonie i bezwiednie stukam o siebie kciukami.
Potrząsam głową.
– Nie chcę im mówić. Jeszcze nie. Nie jestem… – Marszczę brwi i zaciskam usta. – Obowiązuje tajemnica lekarska. Nikomu nie powiem. I ty też nie.
Jennifer obserwuje mnie w milczeniu, analizując każdy najmniejszy ruch i grymas na mojej twarzy. Jestem tego pewien. Niezależnie od tego, co jej dyplom mówi o moim zachowaniu, nie zmienię zdania.
Ona to wie.
– Wykorzystano ciebie i twoją rodzinę. Zaufaliście profesjonaliście, który miał zadbać o wasze zdrowie, a on wykorzystał was wszystkich, gdy byliście najsłabsi. To, najdelikatniej określając, błąd w sztuce lekarskiej. Żadne przeprosiny nie naprawią tego, co zrobił. Ale od dzisiaj możesz pracować nad uzdrowieniem. Ty, twoi rodzice, twoi przyjaciele.
– Nadal mam depresję – zaznaczam, znów odchylając się na oparcie fotela. Splatam dłonie za głową i wpatruję się w sufit. – Czuję się chronicznie, kurwa, smutny. Nie jestem całkowicie wyleczony i zdrowy, pani Tako.
Jej westchnienie irytacji z powodu mojego uporu sprawia, że drgają mi usta. Minął cały miesiąc, zanim się do niej odezwałem, a nawet wtedy zajęło mi trochę czasu, żebym zaczął składać normalne zdania, zamiast odzywać się półsłówkami. Ona wie, że jeśli nie chcę czegoś zrobić, to tego nie zrobię.
Nigdy jednak nie powstrzymało jej to przed kolejnymi próbami dotarcia do mnie. Podziwiałem ją za to. Jen to silna, twarda kobieta.
– Zdrowie psychiczne to skomplikowana sprawa. To dożywotni wyrok pełen pytań, na które jest niewiele odpowiedzi, i mnóstwo chwil samotności. Masz prawo żywić nadzieję – tłumaczy. – Masz prawo zacząć od nowa i obrać nowy kierunek, Silasie.
Zaciskam zęby na języku, a mięśnie szczęki drgają mi z nerwów. Mam wrażenie, że spojrzeniem zaraz wypalę dziurę w suficie w kolorze stalowej szarości.
– Nie uwierzą mi, ale nie winię ich za to – mówię na głos. W głębi duszy tak właśnie o tym myślę.
Nadzieja.
Wszystkie te momenty, kiedy próbowałem powiedzieć o tym rodzicom – z nadzieją, że mi uwierzą. Aż pewnego dnia się poddałem.
Te chwile, kiedy chciałem wyznać to chłopakom – z nadzieją, że mnie wysłuchają, ale zawsze się powstrzymywałem.
Po raz pierwszy żywiłem tak głęboką nadzieję, kiedy poznałem Rosemary, wiedziałem, że mam na tym pieprzonym świecie jedną osobę, która zna prawdę. I co mi teraz pozostało z tej nadziei?
Tylko ból związany z jej utratą.
Pieprzyć nadzieję, bo ona mnie już dawno wyruchała.
– Jeśli nigdy nie dasz im szansy, nie zyskają okazji, by cię zaskoczyć.
Kiwam głową, ponieważ nie ma sensu się z nią kłócić. Ona by tego nie zrozumiała. Nie istnieje taki dyplom, który pomógłby jej pojąć coś, czego ja nauczyłem się w bardzo młodym wieku.
Zawsze lepiej milczeć, niż ryzykować wypowiedzenie słów, w które nikt nie wierzy.
Przygasłe gwiazdy
Coraline
Osiem miesięcy wolności
Listopad
Kartka, którą trzymam w dłoni, jest pognieciona.
Leżała głęboko schowana w moim pomarańczowym Vansie stojącym w głębi szafy. Dziwię się, że zachowała ten sam biały kolor, jaki miała w dniu, gdy ją otrzymałam.
Gładzę kciukiem nabazgrane cyfry, a księżyc zapewnia mi wystarczająco dużo blasku, bym mogła je bez problemu odczytać. Opieram się plecami o ścianę domu rodziców, białe listwy wbijają mi się w plecy, a dachówki uwierają mnie w uda.
Nocne niebo prezentuje się dzisiaj wspaniale. Niewiele osób wie, że dzięki całkowitemu brakowi zanieczyszczenia światłem wybrzeże Oregonu zapewnia jeden z najlepszych widoków na gwiazdy i Drogę Mleczną.
Był czas, kiedy spędzałam na tym dachu długie godziny, leżąc na plecach, wydmuchując kółka z dymu i rozmyślając o tym, jak ogromny jest nasz Wszechświat. Uśmiechałam się do siebie, gdy gwiazdy mrugały do mnie figlarnie, jakby mówiły: „Nigdy nie poznasz wszystkich naszych tajemnic, ale możesz podziwiać to, co zdradza nasze światło”.
Łzy moczą moje policzki, płyną tak swobodnie, że nawet ich nie zauważam, dopóki nie zawieje wiatr.
Zazwyczaj nie jestem taka płaczliwa i smutna. Rzadko wychodzę pijana na dach rodziców, by użalać się nad sobą i nad tym, co mnie spotkało. Życie to nieustanne wahadło bólu. Każdy tego doświadcza, a ja nie jestem wyjątkiem.
Może to właśnie ten drogi koniak ojca, ukradziony z jego gabinetu, albo zapach deszczu niesiony przez wiatr budzi te emocje, które tak starannie w sobie pogrzebałam.
Ciągle myślę, że jeśli po prostu będę robić to, co robiłam wcześniej, jeśli zmienię się w osobę, którą byłam, zanim mnie porwano, życie wróci do normy. W zeszłym tygodniu spotkałam się z przyjaciółmi z liceum. Usiedliśmy w kawiarni, do której chodziliśmy w każdy czwartek podczas wakacji. Wczoraj moja macocha i ojciec zażądali, żebym poszła na wystawę sztuki, więc to zrobiłam. A dzisiaj wieczorem siedzę na dachu i patrzę w gwiazdy.
Herbata w Luca’s Cafe była jednak gorzka i zimna. Przyjaciele, których kiedyś znałam, stali się obcymi ludźmi z dynamicznie zmieniającym się życiem, podczas gdy moje stoi w miejscu. Sztuka, dotąd zawsze sprawiająca mi radość, straciła swój blask. A gwiazdy nie wydają się już tak jasne.
Kiedy stoję przed lustrem, wyglądam tak samo. Wyglądam jak Coraline, którą rozpoznają moja rodzina i przyjaciele, ale jestem inną osobą. Nigdy wcześniej nie bałam się tak bardzo. Nigdy tak bardzo nie bałam się oddychać, poruszać się, żyć.
W środku nadal jestem Kirke.
Fizycznie opuściłam tę piwnicę, ale mentalnie nadal w niej mieszkam.
Nienawidzę tego. Gardzę sobą za to, że żyję w strachu, stoję w miejscu i nie idę po prostu dalej ze swoim życiem. Zostałam porwana, pobita, zgwałcona. No i co z tego? Miliony ludzi tego doświadczają. Mam szczęście. Nie powinnam czuć się tak cholernie smutna.
Moje łóżko, które mam od pierwszej klasy liceum, jest zbyt miękkie. Zawsze jest za dużo słońca, a wszystko wydaje się zbyt głośne. Jedzenie przestało mi smakować, stało się jedynie pożywieniem potrzebnym do przetrwania. Nie umiem już odczuwać radości. To marzenie, którego spełnienie leży poza moim zasięgiem.
Życie nie powinno być tak trudne.
Wiatr porusza małą kartką w moich palcach. Drżącą dłonią wybijam siedem cyfr na komórce. Nigdy nie sądziłam, że zadzwonię pod ten numer. Obiecałam sobie, że tego nie zrobię. Ale nie mam już siły, więc co mi szkodzi.
Kiedy słyszę sygnał, od razu chcę się rozłączyć. To głupota. Przetrwałam, wyszłam z tego, a u boku mam bogatą rodzinę czekającą tylko na to, by znów uczynić mnie nową i lśniącą. Mogło być gorzej.
Już unoszę palec nad przyciskiem zakończenia połączenia, kiedy z głośnika dochodzi ochrypły głos:
– Coraline.
Moje imię spływa z jego języka, jakby lekko ospale. Nie spieszy się, nie skraca go, trzyma je w ustach, aż do wypowiedzenia ostatniej sylaby.
– Skąd wiedziałeś, że to ja?
Serce wali mi głośno o żebra, szaleję z nerwów. Nie spodziewałam się, że odbierze. Może część mnie miała nadzieję, że połączenie potrwa tak długo, aż system przekieruje je na pocztę głosową.
– Jestem spadkobiercą firmy zajmującej się cyberbezpieczeństwem – mówi, jakby to było oczywiste. – Wszystko w porządku?
To trzy proste słowa ułożone w zdanie, które od ośmiu miesięcy słyszę w kółko. Ale kiedy padają z jego ust, sprawiają, że łzy napływają mi do oczu, a w piersi czuję ucisk.
Boże, nienawidzę tego.
Nie umiem tego wyjaśnić, ale wiem, że on naprawdę się martwi. Nie pyta jedynie z grzeczności, czekając, aż skłamię i powiem, że wszystko w porządku. W jego głosie, brzmiącym jak noc i trzaskające węgle, kryje się prawdziwa troska.
Szloch, który odbija się echem w klatce piersiowej, uwalnia się z mojej krtani. Zakrywam usta dłonią, by resztę zatrzymać w środku. Zaciskam mocno oczy, a moje ciało drży. Nienawidzę płakać. Nie znoszę okazywać tej słabości, tej wrażliwości, bo na nią nie ma miejsca w moim życiu ani w tym mieście.
– Gdzie jesteś?
– Nie, nie, wszystko w porządku – wypowiadam te słowa szybko, potrząsając głową, choć nikt tego nie widzi. Słyszę w słuchawce, jak szurają jego buty. Jakby wstawał, by mi pomóc.
Zupełnie obca osoba, która nawet mnie nie zna.
Zaciskam zęby na dolnej wardze, by nie drżała.
– Obudziłam cię?
– Nie – odpowiada krótko.
Do tej pory nie miałam żadnego planu. Nie jestem nawet pewna, czy naprawdę wiedziałam, dlaczego zanurkowałam w głąb szafy, by wygrzebać ten numer z zapomnianej pary butów.
Kiedy przyszedł mnie odwiedzić w szpitalu, byłam zgorzkniała.
Myślałam, że nienawiść do siebie i gniew pomogą mi przejść przez życie. Napędzą mój instynkt przetrwania, ale z biegiem czasu wściekłość się ulotniła. Jak powietrze z przebitego balonu. Teraz pozostała mi tylko pustka w piersi przypominająca uczucie, jakby ktoś wbijał mi noże nasączone wspomnieniami.
Przez jakiś czas chodziłam do terapeuty i on mi wyjaśnił, że to żałoba. Opłakuję dziewczynę, która zginęła w piwnicy, i próbuję pogodzić się z tą, która pozostała. Myślę jednak, że jestem po prostu zmęczona.
Sen rzadko przychodzi bez koszmarów, a dni wypełniają niepokój, ciągłe oglądanie się przez ramię i czekanie… Czekanie na dzień, gdy mój potwór dotrzyma swojej obietnicy.
Ta presja jest zbyt wielka. Ciężar ten gniecie mi ramiona, a ja jestem zmęczona duszeniem się. Nie mogę oddychać. Dlaczego nikt tego nie widzi? Czy nie widzą, jak sinieję z braku powietrza? Jak dłonie mojego umysłu mnie duszą?
Bo za każdym razem, gdy patrzę w lustro, widzę to.
– Powiedziałeś mi, że wiesz, jak to jest walczyć z demonami, których nie widać – zaczynam, nie wiedząc, dokąd zmierzam, ale liczę, że ma to sens. – Mówiłeś poważnie?
Słychać więcej odgłosów w tle, skrzypienie łóżka i szelest koca. Stłumione w nocy głosy. Moje policzki robią się gorące, gdy potrząsam głową. To było głupie.
– Przepraszam, pewnie jesteś zajęty…
– Mówiłem poważnie – wyrzuca z siebie, przerywając moją próbę zakończenia rozmowy.
Opieram głowę o ścianę domu, patrzę w gwiazdy i zastanawiam się, czy gdziekolwiek on się teraz znajduje dostrzega, jak ciemne jest zwykle jasne niebo, czy może to tylko efekt uboczny tego, co mi się przydarzyło.
Między nami zapada cisza, a cały gwar dochodzący z jego telefonu cichnie po tym, jak w moim uchu rozbrzmiewa trzask zamykanych drzwi. Zastanawiam się, co teraz robi, czy jest w stanie żyć dalej po tym wszystkim, co się wydarzyło, czy to tylko ja, do cholery, wciąż tkwię w tym samym miejscu.
Przerywa ciszę głosem chrapliwym jak żwir:
– Czemu tak naprawdę do mnie dzwonisz?
Roześmiałabym się, gdybym mogła. Zadałabym dokładnie to samo pytanie, gdyby dziewczyna, którą ledwo znam, zadzwoniła do mnie o pierwszej w nocy. No bo dlaczego do niego dzwonię? Kim on w ogóle dla mnie jest?
– Ja…
– Nie kłam. – Nie brzmi to jak okrutne wtrącenie ani rozkaz. To zwyczajne stwierdzenie faktu, jakby wiedział, co chodzi mi po głowie, zanim cokolwiek powiedziałam. – Jestem tylko głosem w słuchawce. Nie myśl o mnie jak o osobie. Tylko głos.
Nie jest mi nic winien. Ani odrobiny życzliwości, ani kolejnej sekundy tej absurdalnej rozmowy, ale i tak to ciągnie. I to właśnie ta czuła hojność coś we mnie łamie.
Nie mam nikogo.
Otaczają mnie ludzie i życzenia, ale ze swoimi myślami jestem całkowicie sama. Nie ma nikogo, z kim mogłabym porozmawiać o doświadczeniu, które nawiedza moje sny i powoli mnie pochłania.
Nikt nie rozumie tego strachu ani wstydu. Jak to się stało, że nie zniknęły, kiedy mnie uratowano. Że istnieją tuż pod powierzchnią mojej skóry. A jednak nikogo nie obchodzi to na tyle, by zdjąć pierwszą warstwę. Wszyscy za bardzo boją się tego, jak ciemna okaże się moja krew, gdy się na nich wyleje.
Chcą jednak usłyszeć o tych okropnościach, które przeżyłam w piwnicy. Stacje telewizyjne pragną ekskluzywnego wywiadu, gazety – bezpośrednich wypowiedzi, by zaspokoić ludzką ciekawość, ale nikogo nie obchodzą skutki tego, co to ze mną zrobiło.
Dla Ponderosa Springs jestem tylko nagłówkiem w gazecie. Trofeum dla moich rodziców.
– Nie mam nikogo innego… – Przełykam tę gęstą prawdę, która utknęła mi na języku. – Nie sądzę, żeby ktokolwiek rozumiał, co się ze mną dzieje.
– Oni nie widzą demonów, prawda?
Kręcę głową, płacz zaciska mi gardło, gdy zmagam się, by wydusić z siebie prostą odpowiedź:
– Tak.
Nikt tego nie widzi. Jak w jednej chwili czuję się silna, by moment później się załamać. Jak nienawidzę siebie za to, co się stało, i jak zżera mnie poczucie winy z powodu mojej słabej woli. To wstyd, którego nie życzyłabym nikomu.
– Dzisiaj mija rok od mojego porwania.
Nie odzywa się, pozwalając, by cisza się przedłużała. Wiem, że robi to, by dać mi przestrzeń, miejsce na zebranie odwagi, abym mogła dalej mówić. W końcu wypowiedzieć na głos słowa, które pogrzebałam wraz ze starą Coraline.
Osiem miesięcy wolności, osiem miesięcy zamknięcia w nowym więzieniu, ale tym razem to ja jestem jego naczelnikiem. Nie powiedziałam o tym nikomu: ani policji, ani terapeucie, ani rodzinie. To skarbiec ukryty w moim wnętrzu. Wmawiałam sobie, że jeśli tylko będę go trzymać pod kluczem, w końcu zniknie.
Ale on nie jest osobą, z którą rozmawiam.
To tylko głos.
– Wychodziłam właśnie z imprezy. – Zaciskam mocno powieki, mając nadzieję, że kiedy je otworzę, cofnę się do tamtej nocy i postanowię nie wychodzić z domu. – To była pierwsza impreza na studiach, na którą poszłam. Myślałam, że pierwsza z wielu.
Z moich ust wydobywa się pozbawiony radości śmiech, gdy przypominam sobie tequilę, którą wypiliśmy z przyjaciółmi.
– Nic złego się nie dzieje, kiedy dopiero zaczynasz życie, prawda? Takie rzeczy nie dotyczą bogatych i sprawiedliwych, a tym bardziej mnie. Na pewno nie mnie.
Są fragmenty tej nocy, które pamiętam bardzo wyraźnie. Głośna muzyka house, wszyscy ludzie, których znałam, i ci zupełnie nieznajomi. Kieliszki z czymś, co chyba było tequilą. I to, jak bardzo bolał mnie brzuch od śmiechu.
Obejmowałam swoją najlepszą przyjaciółkę z liceum – dziewczynę, która teraz jest dla mnie obcą osobą – i krzyczałam: „To najlepsza noc w moim życiu!”.
– Miał mnie odwieźć przyjaciel, ale się upił i zasnął na kanapie. Nie chciałam spać w jakimś obcym miejscu, więc postanowiłam po prostu wrócić pieszo na kampus. To było tylko kilka kilometrów, nie więcej. Pamiętam jeszcze, jak wyszłam z tamtego domu. A dalej już nic. To wielka czarna dziura w mojej głowie. Ale kiedy…
Przyciągam kolana do klatki piersiowej, opieram na nich czoło i pozwalam ciału poczuć ból, kiedy przyciskam telefon do ucha. Pozwalam sobie na wspomnienia i płacz bez ograniczeń, gdy nikt nie patrzy.
Słyszy mnie tylko rozmówca po drugiej stronie. I tylko on może ocenić.
– Kiedy się obudziłam, byłam naga i zmarznięta. Obmyli mnie za pomocą węża ogrodowego i obejrzeli. Nocami wciąż czuję ich dłonie, widzę błysk flesza na skórze i słyszę ich głośne komentarze o moim ciele. Szacowanie, ile mogliby za mnie dostać. Nawet nie wiem, czy próbowałam krzyczeć, bo narkotyki sprawiły, że wszystko było zamglone. Pozostawałam na takim pieprzonym haju do czasu, aż Ste… – Zaciskam zęby tak mocno, że metaliczny smak krwi wypełnia mi usta. Przez to imię czuję mdłości. – Przez pierwsze kilka tygodni w tej piwnicy przechodziłam detoks. Sama. Pokryta wymiocinami, z szalonymi skurczami mięśni. To była fizyczna i psychiczna agonia, a stanowiła dopiero początek. Chciałam tam umrzeć.
Łkanie odbiera mi głos, gęste łzy znaczą policzki, gdy szlocham do słuchawki telefonu, do głosu, który nie jest mi nic winien.
– Chcę tam wrócić i umrzeć. To odebrało mi tak wiele. Dlaczego po prostu nie mogło zabrać wszystkiego? Dlaczego zostawiło mnie tak cholernie pustą?!
Krzyczę te ostatnie słowa w ciemne niebo, błagając o odpowiedź, której nigdy nie otrzymam. Każdego dnia zadaję sobie milion pytań i ani razu nie udało mi się znaleźć jakiejkolwiek odpowiedzi.
Dlaczego byłam taka słaba? Dlaczego ja? Dlaczego kochałam go tak bardzo, że wciąż czuję, jak żar tej miłości pali moje żyły? Jakim cudem miał nade mną taką władzę?
Moje galopujące myśli zatrzymują się w reakcji na odpowiedź. Nie od gwiazd, ale od głosu po drugiej stronie słuchawki:
– Aby wypełnić.
– Co? – Marszczę brwi.
Jego ton jest niczym spokojna woda.
– Życie pozostawiło w tobie pustkę, byś miała miejsce na jej wypełnienie. Jesteśmy pustymi skorupami tylko wtedy, gdy pozwalamy sobie na to.
– Jak? Od czego mam w ogóle zacząć? Ja nie…
– Naucz się, Coraline. Żyjesz z jakiegoś powodu. Dowiedz się z jakiego.
– Nie miałeś być tylko kimś, kto słucha? – Śmieję się lekko i wdycham głęboko świeże powietrze. Kręci mi się w głowie od tych wszystkich emocji.
– I głosem w słuchawce – zauważa i choć go nie widzę, słyszę w tonie uśmiech.
Lekki deszcz moczy mi ramiona. To sposób, w jaki natura daje znać, że moja sesja uzewnętrzniania się dobiega końca. Ale zostaję jeszcze przez kilka minut, ciesząc się ulgą, że mam coś, cokolwiek, co pozwala mi pozostać na ziemi jeszcze przez parę sekund.
Nie muszę być Coraline Whittaker, ocalałą z Domu Grozy Sinclairów. Nie jestem wielokrotnie nagradzaną artystką, cudownym dzieckiem ani królewską córką Jamesa Whittakera. Nie jestem starszą siostrą dziewczyny, dla której uwięziłam się w tym mieście.
Jestem Coraline. Nie czuję się z tym dobrze, jednak w tej chwili to musi wystarczyć.
– Nie chcę umierać – szepczę.
– Więc nie umieraj.
Deszcz pada nieco mocniej, odbija się od dachu. Zlizuję kroplę z ust, pozwalając wodzie zmyć łzy z mojej twarzy. Może jeśli będzie padać wystarczająco mocno, nie zdołam odróżnić jednego od drugiego.
– Ale też nie wiem, jak żyć.
– Nikt tego nie wie.
Nie zważając na granice, proszę go o kolejną radę. Może się z tego powodu rozłączyć, bo nie wiem o człowieku po drugiej stronie słuchawki zbyt wiele. Docierały do mnie plotki i czasem spotykałam go tu i ówdzie. Ale wszyscy wiedzą, kim była dla niego Rosemary Donahue.
– Jak udało ci się przeżyć po stracie Rosemary?
Zawsze uważałam, że jego żal był piękny. Żywe wspomnienie miłości utraconej zbyt wcześnie.
Ku mojemu zaskoczeniu nie rozłącza się ani nie każe mi się odpierdolić. Zamiast tego wzdycha. Przez głośnik dobiega odgłos kliknięcia zapalniczki.
– Nie przeżyłem.
– Więc jesteś martwy?
– Nie wiesz? – prycha. Wyobrażam sobie tylko jego usta, lekko uniesione w kącikach. – Mówią, że jestem martwy w środku.
– Mnie nazywają przeklętą. Zastanawiam się, co jest gorsze.
Deszcz coraz bardziej się wzmaga. Muszę wejść do środka, zanim ześlizgnę się z dachu i faktycznie zrealizuję swoje myśli samobójcze. Czy można umrzeć przez przypadek, jeśli planowało się popełnienie samobójstwa?
– Dziękuję za rozmowę. Jestem ci wdzięczna – mówię cicho, z gardłem obrzmiałym od płaczu.
– W porządku – mruczy. Nie naciska, bym powiedziała mu więcej, niż jestem gotowa. Akceptuje moje oświadczenie.
Błyskawica rozjaśnia niebo, a w oddali rozlega się grzmot.
– Nie oddzwaniaj do mnie. Ja też nie zadzwonię. Po prostu…
– Wiem – przerywa. – Nie musisz mi niczego tłumaczyć. Jestem tylko głosem, pamiętasz?
Pojmuję, że ta rozmowa telefoniczna mnie nie naprawi. Nie uleczy moich lęków ani nie pozbawi traumy, chociaż desperacko tego pragnę. Ale miło jest żyć i gdy nie czujesz się dobrze, mieć kogoś, z kim można porozmawiać. Wiedzieć, że gdzieś tam jest ktoś, kto rozumie, że walczę o każdy oddech.
Potem będę musiała znów stać się zimna, odrętwiała i nieczuła, żeby jakoś przetrwać dzień. Pozwalam sobie na tę jedną chwilę słabości, ale już nie na więcej.
– Coraline – zatrzymuje mnie, zanim zdążę się rozłączyć.
– Tak, Silasie?
Jego ton po raz kolejny przypomina mi, że nie jest tylko głosem w słuchawce. Że to osoba, która też odczuwa ból, tę wewnętrzną pustkę, i szuka czegoś, co wypełni braki.
– Musiałem się nauczyć, że nie żyję dla traumy i straty. Żyję wbrew nim. Nie pozwól mu wygrać.
Cicha woda brzegi rwie
Silas
Dwa lata wolności
Marzec
Życie to strata.
Te chwile pomiędzy są po prostu próbą znalezienia sposobu, by sobie z tym poradzić. Odwróceniem uwagi od wszystkich nieuniknionych doświadczeń, ucieczką przed faktem, że w końcu wszyscy umrzemy.
– Już prawie skończyliśmy, panie Hawthorne. Za moment sprawdzimy jeszcze raz pańskie parametry życiowe i będzie pan mógł stąd wyjść.
– Przez sekundę myślałem, że mój ojciec powstał z martwych, Taylor. – Tata śmieje się lekko ze swojego żartu. – Już kilka razy prosiłem, byś mówiła do mnie Scott.
Na jego twarzy pojawia się uśmiech skierowany do młodej kobiety w czerwonym fartuchu, mimo że ciało ma obecnie naszpikowane chemikaliami.
Mógłby się uśmiechać przez resztę dnia, to bez znaczenia. Oczy jednak nigdy nie kłamią, a teraz zdradzają, że jest cholernie zmęczony. Kiedy pielęgniarka kończy sprawdzać urządzenie i wychodzi po cichu, zostawiając nas samych w pokoju, schylam się i podnoszę pustą miskę z podłogi.
Moje krzesło szura o podłogę, gdy przysuwam się bliżej, trzymając naczynie przy jego klatce piersiowej. Tak samo płynnie, jak wcześniej się uśmiechał, pochyla głowę i opróżnia zawartość żołądka.
Odwracam wzrok w stronę ściany w kolorze skorupki jajka. Tata nienawidzi, gdy inni dostrzegają jego słabość. Gdy patrzą na niego w najgorszym stanie. Zawsze tak było. Robię, co w mojej mocy, by chronić dumę ojca, próbując myśleć o czymkolwiek innym niż choroba, która powoli go zabija.
Ale właśnie w tym momencie, w tej chwili pomiędzy…
Przygotowuję się do życia bez niego. Zbieram siły, by nauczyć Leviego i Caleba, jak radzić sobie bez niego. Wzmacniam mięśnie ramion, by udźwignąć ciężar żalu mojej matki.
Lecz na śmierć można się przygotować tylko w ograniczonym stopniu. Można zaplanować pogrzeb, kupić miejsce na cmentarzu i przeczytać poradniki o żałobie, ale ostatecznie to nie ma znaczenia. Śmierć i tak za każdym razem potrafi usunąć ci grunt spod nóg.
Nowotwór jest w zaawansowanym stadium. Wiedzieliśmy o tym od początku. Te zabiegi są dla mojej matki, co – jak sądzę – wiem tylko ja. Tata nie chce umrzeć, zanim jej nie udowodni, że starał się być z nią tak długo, jak tylko mógł.
To egoistyczne, jeśli spojrzeć na to dosłownie, dla niektórych może nawet okrutne, ale czy ludzie nie są egoistyczni wobec tych, których kochają?
Poza tym Scott Hawthorne nigdy nie rezygnuje z rzeczy, które kocha, a już na pewno nie zrezygnuje z mojej matki.
– Przepraszam – mruczy, ściskając serwetkę w dłoni i podnosząc ją, by wytrzeć usta. – Powiedziałem twojej mamie, że ten jogurt w lodówce był zepsuty.
Jogurt. Jasne.
To wcale nie tak, że wymioty są jednym z wielu poważnych skutków ubocznych chemioterapii.
– Następnym razem spróbujemy owsianki – odpowiadam, nie zawracając sobie głowy tym, co powiedział.
Ojciec nie jest ślepy ani naiwny. Po prostu nie chce głośno przyznać przed swoim najstarszym synem, że choroba go niszczy. Chociaż ja doskonale go przejrzałem.
Kiedy rodzice zdają sobie sprawę, że po pewnym czasie my też zaczynamy ich analizować?
Mój ojciec będzie upierał się do samego końca, a ja zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby mu pomóc trwać w tej iluzji.
– Przejrzałeś już dane, które ci wysłałem?
– Moje przemyślenia i ocena firmy Sync Tech są już na twoim mailu, tato.
Podchodzę do kosza na śmieci, wyrzucam brudny pojemnik, a potem się odwracam.
– Podoba ci się pomysł zarządu, żeby ich wykupić?
Komputery zawsze były moją pasją. Są dla mnie zrozumiałe; nie zadają pytań, a kiedy coś się spieprzy, zazwyczaj istnieje kod, który pozwala to naprawić. Zrozumienie zasad rządzących firmą mojej rodziny nie stanowi dla mnie problemu; problemem są ludzie, którzy tam pracują.
Ludzie to nie moja bajka. Nigdy nie byli i pewnie nigdy nie będą. Rozumiem emocje, czuję je, ale aktywnie ich nienawidzę w każdej sekundzie dnia. A ludzie mają ich od cholery. Za to brakuje im instrukcji obsługi. Nie da się przejąć kontroli nad ich systemami, a w połowie przypadków to, co widzisz, nigdy nie jest tym, co faktycznie dostajesz.
Wzdycham, wracając na swoje miejsce i zapadając się w fotelu. Mam ochotę na papierosa. Szukam czegokolwiek, co usunie zapach wymiocin i kliniczny zapach szpitali.
Wydaje się, jakby te ostatnie dwa lata zleciały w okamgnieniu, jakby ktoś włączył przyspieszenie. Jakby świat zauważył, że zacząłem zdrowieć, i powiedział: „Proszę. Oto wszystko, co przegapiłeś, kiedy przeżywałeś żałobę”.
Sprawy, którymi muszę się zajmować, powodują u mnie nieustanny ból głowy.
– Ich doradztwo w zakresie bezpieczeństwa robi wrażenie. Marże są przyzwoite. Rozumiem, dlaczego zarząd jest nimi zainteresowany.
– Ale?
Kiedy spoglądam na niego, widzę, że uniósł brew. Ma zapadnięte oczy, a z każdym dniem wydaje się coraz bardziej wycieńczony. Może nie zawsze rozumiem, jak działają ludzie, ale potrafię ich odczytać – i właśnie to wyczuwam u mężczyzny leżącego przede mną.
– To nie wystarczy, bym chciał ich wykupić. Mają słaby system wykrywania zagrożeń. Delikatnie mówiąc. Reakcje na pojawiające się incydenty są zbyt powolne. – Przyciskam palce do oczu z nadzieją, że dzięki temu ustąpi pulsowanie w głowie. – I cholernie nie lubię właściciela tej firmy.
Śmieje się. Tym samym śmiechem, który słyszałem prawie codziennie przez całe swoje życie. Płynącym z głębi brzucha. Zastanawiam się, czy ten dźwięk będzie rozbrzmiewał w korytarzach, kiedy ojciec odejdzie, czy jednak czas odbierze mi również to wspomnienie.
Śmierć nie jest wrogiem.
To czas nim jest.
– Tak, trochę z niego dupek.
Prycham. To łagodna ocena.
– Synu. – Kładzie dłoń na moim ramieniu i ściska je lekko. – Wiem, że to dla ciebie dużo. Zwłaszcza w twoim wieku. Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, zastanawiałem się, do którego baru pójść. Nigdy nie chciałem powierzać ci firmy tak wcześnie, ale…
– Wiem – odpowiadam po prostu. Nie musi tracić energii na mówienie mi czegoś, co już rozumiem. – W porządku.
– Zawsze ci to dobrze wychodziło. – Na jego twarzy pojawia się uśmiech. – Bycie mądrym.
Surowa diagnoza, jaką jesienią ubiegłego roku postawiono mojemu ojcu, oznaczała, że w wieku zaledwie dwudziestu dwóch lat przejmę kierownictwo nad Hawthorne Technology jako pełniący obowiązki dyrektora generalnego, aż do momentu, gdy przekażę firmę następcy. Ukończyłem studia przed terminem i już wcześniej zacząłem pracować pod pieczą ojca w firmie, co budziło niezadowolenie wielu osób…
Może pomogłoby im, gdyby wiedzieli, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnę, jest przejęcie firmy wartej wiele miliardów dolarów. Pojmuję jednak, że nie chodzi im o mój wiek.
Wszyscy musimy ponosić ofiary. A ja dla taty jestem w stanie pogodzić się z tym, że w biurze muszę wysłuchiwać szeptów na temat moich zdolności umysłowych. On mnie kocha, wiele dla mnie poświęcił, więc zapewnienie mu spokoju ducha, że dziedzictwo naszej rodziny jest w dobrych rękach, to minimum, jakie mogę mu ofiarować.
– Masz dobry instynkt. Najlepszy, Silasie. Zawsze mu ufaj. Nie zawiedziesz – mówi surowym głosem, dodając mi pewności siebie. – Poinformuję zarząd, że nie będziemy kontynuować współpracy z Sync Tech.
Kiedy kiwam głową, mój telefon wibruje w kieszeni. Wyciągam go i widzę SMS-a od Rooka. Po odblokowaniu ekranu odczytuję z grupowego czatu wiadomość ze zdjęciem, na którym przyjaciel leży na plaży z jointem w ustach.
Słońce odbija się od czarnych okularów przeciwsłonecznych na jego nosie, a skórę ma tak opaloną, jak jeszcze nigdy. Klatkę piersiową zdobi kilka nowych tatuaży, co sprawia, że myślę o wszystkim, co przegapiliśmy w życiu drugiej osoby z powodu dystansu. Jego uśmieszek pokazuje jednak, że to wciąż Rook – ten sam chłopak, którego znam od zawsze.
Thatcher: Twoja klata wygląda jak ławka w gimnazjum.
Rook: Przytulałem kaktusy, które były milsze od ciebie.
W gardle czuję irytację. Obaj nie wyrośli jeszcze ze szczenięcych sprzeczek. Jeśli nikt ich nie powstrzyma, będą trwały w nieskończoność, aż któryś z nich poczuje się urażony. I na pewno będzie to Rook.
Wszystkie uczucia Thatchera są przeznaczone dla Lyry. Nie zostało już nic dla reszty z nas.
Alistair: Zamknij się, do cholery.
Oto on. Tata Caldwell na ratunek. Dziwię się, że nie powiedział Rookowi, żeby nałożył krem z filtrem. Oddaliliśmy się od siebie, ale w głębi serca wiemy, że będziemy się przyjaźnić, aż osiwiejemy.
Czas, przestrzeń, odległość, śmierć.
Nic nigdy nie odbierze nam tego, co wiemy na pewno – że poznaliśmy się do głębi naszych istot. Nie mówimy na głos, to po prostu oczywiste.
Jesteśmy tym, kim jesteśmy. Bez względu na to, dokąd pójdziemy i jak się zmienimy, zawsze pozostanie ta splątana, poskręcana nić, która łączy nas wszystkich. To, co znaleźliśmy w sobie jako dzieci, jest czymś, czego nigdy nie zamierzamy puścić.
Są dla mnie jak bracia. Każdy z nich. Łączy nas więź – większa niż jakiekolwiek więzy krwi.
Thatch to jedyna osoba, z którą widuję się regularnie – obaj zdecydowaliśmy się zostać w Ponderosa Springs po aresztowaniu Stephena Sinclaira. Ukończyliśmy nawet razem studia, a reszta chłopaków przyjechała nas wspierać.
Dwa lata.
Minęły dwa lata, odkąd rozpoczęliśmy nasze życie bez zemsty. Wydaje mi się, że minęły tak szybko, jakbym dopiero wczoraj zakopywał ciała.
W głębi serca jednak to czuję.
Czas, który przeciekł mi przez palce.
Mierzę go swoim smutkiem i jego etapami.
Akceptacja okazała się najbardziej bolesna.
– Jak chłopaki? – pyta mój ojciec, kaszląc w dłoń, prawdopodobnie już zerknąwszy mi przez ramię na ekran telefonu. Zawsze był wścibski.
– Żyją – mruczę, zapadając się głębiej w fotel.
– Szokujące.
Kąciki moich ust drgają. Nie ma pojęcia, jak bardzo jest to szokujące. To, że przetrwaliśmy wszystkie zdrady i śmierć bez szwanku i jakoś udało nam się ruszyć dalej, jakby to się w ogóle nie wydarzyło.
Tak to wygląda z zewnątrz, oczywiście.
Każdy z nas nosi blizny, one nigdy nie znikną. To głębokie rany, które się ze sobą łączą i które widzimy tylko my. Wyszliśmy z tego żywi, ale nie bez szwanku.
– Alistair właśnie się ożenił – opowiadam, bo tak właśnie normalni ludzie mówią o swoich przyjaciołach. Dzielą się z innymi zwykłymi wiadomościami ze swojego dorosłego życia.
Czuję na sobie ciężar spojrzenia ojca i spoglądam w jego stronę. Ma szeroko otwarte oczy, a sceptycyzm pogłębia mu zmarszczki na czole.
– A dziewczyna była chętna? Szła do ołtarza z własnej woli?
Z mojego gardła wydobywa się prychnięcie.
– Na to wygląda.
Tata kręci głową, jakby nie mógł uwierzyć w to, co mu powiedziałem. Nie mam mu tego za złe. Alistair Caldwell nigdy nie wydawał się dobrym typem na męża. Bardziej pasował do roli samotnika siedzącego w kącie aż do śmierci.
Ojciec widział go tylko w dwóch wersjach: jako wściekłego lub pakującego nas w kłopoty. Są rzeczy dotyczące chłopaków, których moja rodzina nigdy by nie zrozumiała. Nigdy wprost nie powiedzieli, że nie aprobują moich przyjaźni, ale widziałem to po ich twarzach. Nie chcieli jednak odebrać mi niczego, co mogłoby sprawić, że byłbym nieszczęśliwy.
Lecz oni nigdy nie poznają ich tak jak ja. Nikt ich tak nie pozna.
Nigdy nie widzieli, jak bardzo Alistair troszczy się o ludzi. Jak bez wahania oddałby własne życie za kogoś, kogo kocha.
Na nasz własny, popieprzony sposób myślę, że zależy nam bardziej niż większości.
– Planujesz stanąć przed ołtarzem, zanim wykorkuję? Albo dać mi wnuki?
Przewracam oczami, patrząc na niego.
– Za dużo czasu spędzasz na słuchaniu mamy.
Nie dziwi mnie ani trochę, że go w to wciągnęła. Jeśli spróbuje mi opowiedzieć o kolejnej samotnej córce swojej przyjaciółki, przestanę chodzić na rodzinne kolacje.
Zrobiłbym, co tylko jest możliwe, żeby dać ojcu wszystko, o co prosi, zanim odejdzie. Ale poślubić kogoś? Nie ma mowy.
– Wiem, że utrata Rosemary była dla ciebie trudna. – Kładzie mi na ramieniu wątłą dłoń. – Masz jednak prawo, by znów kogoś pokochać, synu.
Zaciskam szczęki.
Wszyscy uwielbiają mi to powtarzać. „Rosemary chciałaby, żebyś był szczęśliwy”. „Masz prawo ruszyć dalej”. „Ona by ci tego życzyła”. Jakby znali ją lepiej niż ja.
Czy oni serio myślą, że tego nie wiem? Że się nie domyślam, iż pragnęłaby, abym miał dobre życie oraz znalazł kogoś, kogo będę kochał? Rosie prawdopodobnie przewróciła się w grobie co najmniej milion razy, widząc wszystko, co zrobiłem. Wiem, że chciałaby, abym ruszył naprzód.
I po części to zrobiłem. Spędziłem ostatnie dwa lata, godząc się z tym, że jej już nie ma i nigdy nie wróci. To nie moja miłość do Rosie powstrzymuje mnie przed oddaniem serca innej osobie.
Zawsze wierzyłem, że miłość jest jak woda, która płynie między ciałami i duszami. Nie można zatrzymać jej przepływu, bo ma jasno wyznaczony cel. Po prostu znajdzie inną ścieżkę.
Jest też ta druga część mnie, która nie chce znów kochać. Zablokowałem swoją duszę, bo wiem, jak wygląda ból utraty kogoś bliskiego. Nie zrobię sobie tego ponownie.
– Taaa. – To jedyna odpowiedź, jakiej udzielam. Co innego miałbym powiedzieć?
Telefon wibruje w mojej dłoni, a kiedy spoglądam na zablokowany ekran, tym razem nie jest to wiadomość z czatu grupowego. To e-mail.
Wyciszam służbową skrzynkę, kiedy jestem poza biurem i towarzyszę tacie podczas chemioterapii – bardzo odpowiedzialne z mojej strony – więc to na moją prywatną skrzynkę przyszła nowa wiadomość. Otwieram ją, spodziewając się spamu, ale gdy się wyświetla, marszczę brwi.
To mail od nieznanego nadawcy z załączonym zaszyfrowanym plikiem wideo i jedną linijką tekstu:
Jeszcze z wami nie skończyłem, chłopaki. Czas wracać do domu.
Gdy zaczynam pobierać plik, w głębi serca mam nadzieję, że to wirus próbujący wykraść moje dane bankowe. Pielęgniarka wraca, odwracając ode mnie zaciekawione spojrzenie ojca. Skupia się na niej, gdy kobieta odłącza go od pompy do chemioterapii.
Drobne włoski na karku powoli się jeżą, jeden po drugim, a w pokoju robi się trochę za zimno. Ściskam telefon mocniej, gdy plik nadal się ładuje. Bez względu na to, jak bardzo mam nadzieję, że jest inaczej, wiem, że to nie jest przypadkowy haker.
Szczęście nigdy nie jest po mojej stronie.
Głosy ojca i pielęgniarki cichną w tle, coraz bardziej oddalając się od moich myśli. Skupiam się na filmie. Szybko się upewniam, że wyciszyłem dźwięk, zanim nacisnę „Odtwórz”.
Wita mnie ciemność, ale trwa to tylko kilka sekund. Wkrótce ekran się rozjaśnia, a osoba nagrywająca przesuwa kamerę w górę. Przed moimi oczami rozgrywa się scena, którą już widziałem.
Scena, którą przeżyłem.
Rook, Alistair i ja stoimy w kręgu wokół rozpalającego się ogniska. Van Doren podsyca płomienie, podczas gdy Caldwell i ja chwytamy okaleczone zwłoki Connera Godfreya i wrzucamy je do ognia.
Wszyscy jesteśmy pokryci krwią, gdy w środku nocy pozbywamy się ciała na podwórku Lyry Abbott. Nasze twarze są dobrze widoczne – nie da się zaprzeczyć ani uniknąć kary, nawet jeśli zatrudnimy najlepszych prawników.
Każda minuta została nagrana. Na czyimś telefonie – Bóg jeden wie, kurwa, czyim. Ludzi, których nie znam, ludzi, którzy czegoś od nas chcą.
Szczęka mi drga, mięśnie napinają się boleśnie. Ogarnia mnie fala emocji. Zbyt wielka, bym sobie z nimi poradził. Mieszają się, huczą i splatają w gniewie.
– Wszystko w porządku, synu? – słyszę jakby z daleka.
Dwa lata. To wszystko?
Dwa lata, zanim to pieprzone miasto powróciło z martwych i dało o sobie znać. Nie zadowoliło się odrobiną krwi. Chce nas pożreć w całości.
Kiwam głową, podnosząc wzrok znad telefonu, by spojrzeć w zatroskane oczy ojca.
Utrzymujemy kontakt wzrokowy. Patrzę na twarz, którą znam od zawsze. Na człowieka, który kochał mnie bez zastrzeżeń i strachu, wspierał, a ja nie wiem, jak z nim rozmawiać.
Nie mogę być szczery.
Gorycz i przytłaczające poczucie winy palą mnie od środka, skręcając moje wnętrzności w supeł. Te emocje, ten pieprzony ciężar, który towarzyszy mi od chwili, gdy zostałem błędnie zdiagnozowany, są kajdanami, ciężkimi i nie do zniesienia, ciągnącymi się za mną przy każdym kroku.
Chcę mu powiedzieć. Wszystko.
Że nie mam schizofrenii. Nigdy nie miałem. Że milczałem, żeby chronić Rosemary. Że po wyjściu z oddziału nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa, bo nie chciałem, żeby nienawidził siebie za to, że nie uwierzył mi wcześniej i nie zabrał mnie do innego lekarza.
Jest tyle rzeczy, które pragnę mu powiedzieć, a jego czas się kończy.
Czy ojciec umrze, nie poznając w pełni swojego syna?
Czy nadejdzie czas, kiedy będę mógł być z nim szczery? Kiedy słowa nie okażą się tak bolesne.
Czy wszystko w porządku? Nie. Ale po raz kolejny kiwam głową.
Zawsze wolałem milczeć, niż ryzykować wypowiedzenie słów, w które nikt nie uwierzy.
Pech
Coraline
Czy jestem jedyną osobą w tej restauracji, która czuje się jak manekin?
Ustawiona w odpowiedniej pozie, ubrana i wystawiona na pokaz. Kiedy ktoś przechodzi obok i rzuca okiem, może podziwiać, jak dobrze się prezentuję. Jak elegancki jest mój strój, jak lśniące są moje włosy.
Nikt z nich nie podejrzewa, że jestem z plastiku. A może właśnie odkryli ten sekret? Kelnerzy, którzy uzupełniają mi wodę bez pytania, elita z Ponderosa Springs przechodząca obok, by porozmawiać z moim ojcem – wszyscy oni czują zapach plastiku z mojego ciała. Wszyscy wiedzą, że jestem fałszywa, że jestem oszustką, ale po prostu nic nie mówią.
Pozostaję złamaną, słodką dziewczyną, ledwo dającą radę emocjonalnie, próbującą z całych sił wtopić się z powrotem w ten powierzchowny świat rekinów, choć czuję się tylko płotką. Ich ulubionym żartem.
Odsuwam widelcem kolejny kawałek drogiego łososia. Ta ryba zginęła tylko po to, by ją rozgotowano i podano ludziom, którzy prawdopodobnie i tak nie czują smaku z powodu lat palenia i kłamstw wypalających języki.
– Przestań bawić się jedzeniem.
Zaciskam palce na sztućcu. Nie dźgnij jej. Nie w miejscu publicznym.
Za dwa miesiące – w maju – skończę dwadzieścia dwa lata, a jednak siedzę tu i pod nosem mamroczę przeprosiny pod adresem macochy, żeby nie wywołać awantury. Gdy czuję, że odwraca ode mnie krytyczne spojrzenie i wraca do wcześniejszej rozmowy, rozluźniam uścisk na widelcu.
Przez długi czas nie rozumiałam, dlaczego Regina tak bardzo mnie nie lubi. Od zawsze wolała wcielać się w rolę złej macochy, zamiast kochać przybraną córkę. Dopiero gdy dorosłam, zrozumiałam, co widziała, patrząc na mnie.
Jestem wybojem na jej drodze gładkiego życia. Owocem romansu, strachu przed ślubem marzeń. Spędziła mnóstwo czasu, zmuszając mnie do płacenia za grzechy mojego ojca. Za to, że zakochał się w innej kobiecie.
– Wybrałaś już sukienkę na zbiórkę funduszy, Coraline? – Głęboki głos ojca niemal sprawia, że delikatna porcelana drży.
James Whittaker to potęga. Pożądany w pokoju pełnym innych ofert. Odpowiedź na wszystkie jego pytania zawsze brzmi „tak”, a patrzenie mu w oczy wiąże się z ryzykiem.
Spoglądamy na siebie. Im starsza jestem, tym wyraźniejsza staje się różnica w naszym wyglądzie. Z każdym dniem coraz bardziej przypominam matkę, a to tylko podsyca jego nienawiść do mnie. Stanowię ciągłe przypomnienie miłości, którą stracił, miłości, dla której planował poświęcić wszystko.
Co sprawia, że zamożny mężczyzna rezygnuje z przyszłości pełnej sukcesów i sławy na rzecz niestabilnej, przeciętnej kobiety?
Przeklętej.
Kiedyś byliśmy blisko, w czasach, kiedy moje oczy wydawały się bardziej zielone niż brązowe. Nazywał mnie swoim kumplem, dopóki nie skończyłam trzynastu lat, a każdą niedzielę spędzaliśmy na przystani. Ja rysowałam w szkicowniku, a on łowił ryby. Potem dwa kosmyki moich włosów posiwiały i przestaliśmy spędzać razem czas.
Wmawiałam sobie, że oddaliliśmy się od siebie z powodu mojego porwania, ale to tylko pocieszające kłamstwo. Jego zaangażowanie w sprawy Halo, które, jak twierdzi, było efektem szantażu ze strony kolegów ze studiów, jeszcze bardziej nadwyrężyło naszą napiętą więź.
Rozbiliśmy ją na kawałki wiele lat temu i nigdy nie zadaliśmy sobie trudu, by je ponownie zebrać. Zamiast tego postanowiliśmy stanąć nad nimi jak obcy, pozwalając, by potłuczone szkło raniło nas w podeszwy stóp.
Lepiej pozostać w bólu, niż przyznać się do prawdy.
Jestem jednak za to wdzięczna. Za jego niechęć do mnie.
Dzięki temu, kiedy wydostałam się z tej piwnicy, odrobiłam najważniejszą lekcję w życiu.
Nie ma na tym świecie ani jednej osoby, która zadba o ciebie lepiej niż ty sama.
– Nie wybieram się tam. – Chwytam szklankę stojącą przede mną i biorę mały łyk, przygotowując się na grad pytań i pasywno-agresywnych obelg.
Jesteśmy w miejscu publicznym, co oznacza, że ta rozmowa będzie prowadzona szeptem i przy wymuszonych uśmiechach. Otaczające nas sępy nie mogą się doczekać, aż z czyjegoś stolika spadną okruchy plotek, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnie mój ojciec, jest jeszcze więcej negatywnej uwagi.
To mi pomaga, bo nie będą na mnie zbytnio naciskać, skoro tyle osób ma na nich oko. W końcu to ja jestem tym dzieckiem, które przeżyło. Ich własnym, pieprzonym Harrym Potterem. Gdyby pokazali, jak mało im na mnie zależy, musieliby się potem mierzyć ze złą prasą.
– Dlaczego nie? Wszyscy oczekują, że pojawimy się tam jako rodzina. Powiedziałam nawet synowi senatora Blooma, że nie możesz się doczekać spotkania z nim.
Carson Bloom to egocentryczny dupek, który próbował namówić mnie do zażycia kokainy w łazience podczas imprezy z okazji reelekcji jego ojca, nie wierzy w zmiany klimatyczne i uważa się za drugie wcielenie Chrystusa.
Oczywiście nic z tego nie ma znaczenia. Szczerze mówiąc, mógłby okazać się członkiem partii komunistycznej, a oni by się tym nie przejmowali. Nie obchodzi ich to, z kim się zwiążę, o ile tylko wyjdę bogato za mąż, dzięki czemu pula genów pozostanie przepełniona krwawymi pieniędzmi i prestiżem.
W ten sposób, kiedy będą o mnie rozmawiać ze swoimi rówieśnikami, wyliczą w punktach wszystkie moje osiągnięcia. Jakby to, do czego dojdę w życiu, w jakiś sposób stanowiło odzwierciedlenie ich znakomitego rodzicielstwa.
Zaciskam zęby i uśmiecham się nieznacznie.
– Będziesz musiała złożyć kondolencje w moim imieniu. Tego wieczoru prowadzę zajęcia.
Regina prycha.
– Na pewno możesz to odwołać. Te zajęcia nie są obowiązkowe. I tak spędzasz z tymi dziewczynami mnóstwo czasu, nie wspominając o zbliżającej się charytatywnej gali sztuki. Jestem pewna, że zrozumieją, jeśli opuścisz jeden dzień.
Ten zrzędliwy ton sprawia, że znów ogarnia mnie chęć dźgnięcia jej widelcem, co pozostawia metaliczny posmak w moim gardle. Mam ochotę krzyczeć tak głośno, aż rozbije się szkło, albo zniszczyć wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce, żeby zebrani tu ludzie mogli zobaczyć, co naprawdę ukrywam w środku.
Żeby pokazać im i całemu temu gnijącemu miastu, jaka jestem wściekła i ohydna pod powierzchnią. Że nie jestem z plastiku. Że wypełniona jestem siłą nienawiści do samej siebie i nieszczęścia, którym mogłabym zatruć ich senne życie.
Sama moja obecność tak bardzo by ich przerażała, że nikt już nigdy nie wypowiedziałby głośno mojego imienia.
Czuję czyjąś delikatną dłoń na swojej skórze. Nie zauważyłam, że ścisnęłam w pięści materiał sukienki na udzie, dopóki miękkie palce nie wylądowały na moich. Puszczam ciemnoniebieską tkaninę, kierując w stronę dziewczyny uspokajający uśmiech.
Ona nieustannie przypomina mi, dlaczego siedzę cicho podczas tych kolacji, jak marionetka z rękami społeczeństwa wsadzonymi w tyłek, i połykam każde nieszczęsne słowo. Gryzę się w język i łykam ich pompatyczne bzdury.
Moja młodsza siostra.
– Nie miałyby nic przeciwko – przyznaję. – Ale te zajęcia są jedną z niewielu rzeczy, dzięki którym te dziewczyny mogą w zdrowy sposób dać ujście swoim emocjom. To wydaje się ważniejsze niż nawiązywanie kontaktów towarzyskich, prawda?
Wbijam widelec w kawałek ryby, wkładam go do ust i żuję powoli, czekając na ich odpowiedź. W duchu liczę, że dadzą mi powód, bym wybuchła. Trzymam jednak język za zębami, by chronić Lilac, ale jest granica tego, ile mogę znieść.
– Myślę, że to, co robisz, jest niesamowite, Cora. – Delikatny głos siostry działa jak balsam na moją rozgrzaną skórę. Spoglądam na jej delikatne blond loki, wdzięczna, że mimo wszystko wyrosła na życzliwą osobę. – Te dziewczyny cię uwielbiają.
Gdyby nie ona, znajdowałabym się już daleko stąd, z dala od tego popieprzonego miejsca. Nie mam jednak żalu do Lilac o to, że jest taka młoda, ani o to, że Ponderosa Springs jeszcze przez rok będzie trzymać ją w swoich szponach. Potem zabiorę ją daleko, daleko stąd, gdzie stanie się, kimkolwiek zechce, na własnych warunkach.
Nie zrobiła niczego złego i kochała mnie przez każdą sekundę swoich siedemnastu lat. W oczach dziewczyny nigdy nie byłam przeklęta. Pozostawałam jej starszą siostrą. Nie zasługuje na to, by porzuciła ją jedyna osoba, która naprawdę ją kocha, tylko dlatego, że nie potrafi poradzić sobie z presją.
Pocierpię w milczeniu jeszcze przez rok, a potem obie się uwolnimy.
Tym razem na dobre.
– Jaka dobroduszna – grucha Regina, podnosząc kieliszek za nóżkę i kręcąc czerwonym płynem. – Jak zamierzasz znaleźć męża, skoro tyle czasu poświęcasz działalności charytatywnej? Nie stajesz się przecież młodsza.
Otwieram usta, ale ojciec szybko mi przerywa:
– Kochanie, wiesz, że cię wspieramy, zwłaszcza twoją sztukę. To, co robisz dla tych dziewcząt, jest godne podziwu, ale…
– Ale? – cedzę, odwracając głowę w jego stronę.
Wzrokiem rzucam mu wyzwanie, by dokończył, a James nie potrafi odpuścić, gdy ktoś go prowokuje, więc kończy:
– Nie powinnaś spędzać tyle czasu w otoczeniu takich ludzi. To nie jest dla ciebie zdrowe.
No i proszę.
W końcu pojawiła się w tej rozmowie odrobina prawdy.
Mówienie ludziom, że zdobyłam Nagrodę Artystyczną Młodego Pokolenia, robi wrażenie. Artykuły o tym, że moja przyszła twórczość może odmienić świat sztuki, brzmią imponująco. To, że prowadzę zajęcia plastyczne dla ocalałych z Halo, sprawia, że uchodzę za dobrą i współczującą osobę. Problem w tym, że tak naprawdę gówno mnie to obchodzi.
Musisz udawać, że jesteś człowiekiem, że masz serce. Tutaj, w Ponderosa Springs, jest to tak istotne dla reputacji, że aż trudno w to uwierzyć. Ale w głębi duszy musisz być zimny i dbać o to, jak wyglądasz, oraz o oszałamiającą sumę pieniędzy na koncie bankowym.
To bez znaczenia, że dzieło, które zdobyło tę głupią, pieprzoną nagrodę, stworzyłam w dniach po mojej nieudanej próbie samobójczej. Że ten wewnętrzny głos i chęć stworzenia czegoś większego ode mnie były jedynymi rzeczami, które powstrzymały mnie przed śmiercią.
Nie powinnam przejmować się garstką kobiet, które przychodzą dwa razy w tygodniu na zajęcia.
Wszystkie są albo wyrzutkami, albo narkomankami – zgniłymi jabłkami plamiącymi mój wizerunek. To miasto ma gdzieś, że te kobiety nie mogą iść naprzód, bo to, co się im przytrafiło, sprawia, że pozostają w bezruchu.
Przez bolesne doświadczenia i traumy sięgają po narkotyki. Niektóre z nich tak desperacko pragną odrętwienia i zapomnienia, że faszerują swoje ciała chemikaliami. Nie są w stanie podjąć normalnej pracy, bo większość z nich boi się wyjść z domu. Nikogo nie obchodzi, co się z nimi dzieje, bo przecież powinny czuć się szczęśliwe, że przeżyły.
Jakby to, kurwa, wystarczyło.
Żaden z mieszkańców Ponderosa Springs nie zaryzykowałby swoją reputacją, by zrozumieć je tak jak ja. Ale w głębi serca? Nie różnię się niczym od żadnej z dziewczyn, które pojawiają się na zajęciach.
Po prostu mam pieniądze, by zamaskować swoją traumę parą szpilek od Manolo Blahnika.
– Takich ludzi, czyli jakich? Ocalonych? – Wycieram usta, próbując pozbyć się gorzkiego smaku. – Wiesz, że do mojego studia przychodzi piętnastolatka? Piętnastolatka. Miała trzynaście lat, kiedy została porwana, a potem sprzedana. Powiedz mi, James, jakim człowiekiem ona właściwie jest?
– Coraline – ostrzega ojciec, spoglądając wokół, by przypomnieć mi, gdzie jesteśmy.
Jakby mnie to obchodziło.
Kręcę głową z niedowierzaniem na myśl o ich uprzywilejowanej sytuacji i rzucam serwetkę na talerz przed sobą.
– Przepraszam. Może powinniście przeczytać lokalną gazetę, żeby odświeżyć sobie pamięć. Wygląda na to, że zapomnieliście o najważniejszym. Ja też byłam jedną z tych dziewczyn uratowanych z siatki handlarzy ludźmi. – Spoglądam na ojca zimnym wzrokiem. – Czy powinnam podziękować ci, kochany tatusiu, że twoja przyjaźń ze Stephenem uchroniła mnie przed sprzedażą? A może powinnam podziękować matce za te przeklęte geny, które sprawiły, że byłam na tyle wyjątkowa, żeby mnie zatrzymać?
