Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dwie siostry, Felicja i Klotylda, urządzają wspólne urodziny w dworku pod lasem, na które zapraszają całą rodzinę.
W trakcie uroczystości Felicja zjada kawałek szarlotki z cynamonem, na który od lat ma alergię. Kto z zaproszonych gości podał kobiecie ciasto?
Rodzina zbiera się na dole przy martwym ciele jubilatki, próbując rozwiązać zagadkę jej śmierci. Ktoś z nich jest winny, ale komu najbardziej zależało na śmierci właścicielki dworku pod lasem?
W lokalnej prasie pojawia się artykuł sugerujący, że w posiadłości Felicji został ukryty skarb. Dlaczego rodzina, zamiast szukać winnego, woli zajmować się poszukiwaniem kosztowności?
Czy zdziwaczały Makary, który recytuje makabryczne wierszyki, ma z tym coś wspólnego? Kim jest ten odstający od reszty rodziny mężczyzna?
Czy odpowiedź kryje się w przeszłości sióstr?
Testament zbrodni to kryminał w stylu Agathy Christie, w którym rodzinne sekrety powoli wychodzą na światło dzienne.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
Tamten wieczór
Noc była niezwykle ciemna. Na niebie nie lśniła ani jedna gwiazda. Jedynie jasna kula księżyca odbijała się w ciemnej tafli wody. Wiatr szumiał cichutko w koronach drzew, z których dało się usłyszeć śpiewające ptaki. Poza tym wokół panowała cisza.
Jeszcze przed chwilą słychać było jej krzyk, ale teraz świat zamilkł. Pod stopami czuła każdą wypukłość drewnianego mostka, jakby poszczególne słoje odciskały swe piętno, raniąc delikatne stopy nienawykłe do takich niewygód. Jej wzrok wwiercał się w czarną mętną wodę, szukając w niej oznak zanikającego życia. Na próżno.
Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? Przecież raptem przed kilkoma chwilami jeszcze słyszała wołanie o pomoc, jeszcze widziała te wielkie i silne ręce, które z chlustem biły pianę w stawie, a teraz wszystko zniknęło. W niemej rozpaczy zwróciła wzrok ku górze, jakby zza chmur miał się wyłonić Bóg czy też sam diabeł, ale nic takiego nie nastąpiło. Niebo było równie ciemne, a woda pod nią gęsta jak krew.
Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? Czy to było w ogóle możliwe? Czy to sen, a raczej koszmar, z którego lada moment się obudzi?
Rozejrzała się wokół siebie, ale poza nimi nie było nikogo. Wsłuchała się w targający jej postrzępioną sukienkę wiatr, a wraz z nim dobiegły do niej odgłosy tanecznej zabawy, która trwała w najlepsze tuż obok. Jak to możliwe, że kilkanaście metrów stąd ludzie tańczyli, śpiewali i bawili się, kiedy to obok rozegrał się największy dramat jej życia? Jak w ogóle do tego doszło? Przecież jeszcze godzinę temu sama pysznie się bawiła, śmiała się i piła, zapominając o wszelkich troskach i zupełnie nie myśląc o przyszłości. Jak mogła do tego dopuścić?
Patrzyła niczego nierozumiejącym wzrokiem na twarz, która była tuż obok, dając się opleść ramionami, które nie przynosiły oczekiwanego ukojenia. Rozumiała doskonale, że w ten sposób chciano ją pocieszyć, ale czy w tej sytuacji to w ogóle realne? Próbowała skupić się na własnym oddechu, który wciąż był przyspieszony, ale nawet to wydawało się ponad jej siły. Jakby tak naturalna i samoistna czynność, którą wykonywał jej organizm, stała się nagle nie do opanowania. Czy teraz ona sama przestanie istnieć? Czy to był jej koniec? Jeśli na świecie istniała jakakolwiek sprawiedliwość, to los powinien ją właśnie ukarać. Teraz, natychmiast! Ale… nic się nie działo. Była tylko ona, niebo nad nią, ziemia pod nią i ta twarz tuż obok. Tak bliska i znajoma, a jednocześnie niesamowicie daleka przez to, co się tu wydarzyło.
Jak to się stało, że jeszcze chwilę temu on stał tu obok niej, a teraz go nie ma? Jak w ułamku sekundy znalazł się w ciemnej mętnej wodzie? I czy ten krzyk to na pewno był jego? To on krzyczał? Czy może ona? A może zwariowała? Czy tak się dzieje, kiedy człowiek traci zmysły? Czy już nic jej nie czeka?
Nagle przed oczami ujrzała obraz jej samej uwięzionej w jakimś białym pokoju bez możliwości wyjścia, z łóżkiem, do którego przypięto ją pasami. Na samą myśl o tym przeszedł ją dreszcz niepokoju. Ale to przecież całkiem możliwy scenariusz na przyszłość.
Błądziła wzrokiem wokół siebie, lecz poza pustką, ciemnością i tym przeklętym wiatrem nie czuła nic. Zupełnie jakby wyrwano jej serce. Ale czy tak się nie stało? Kim ona teraz będzie? Jak wygląda ktoś, kto nie ma serca? Ktoś, kto przez resztę życia i tuż po nim będzie smażył się w ogniu piekielnym? Właśnie tak. To ona.
Ta znajoma twarz coś do niej mówiła. Usta się poruszały, dźwięki z nich wychodziły, ale zanim doleciałyby do jej uszu, wyparowywały, wnikały w ten drewniany mostek, który wciąż utrzymywał ciężar dwóch osób.
Opadła z sił, chciała wejść do tej wody. Pragnęła poczuć przenikające do szpiku kości zimno, poczuć lepkość oplatających ją mętnych macek, które wciągały ją niczym bagno i ukarały, pozbawiając życia, dusząc, topiąc i mordując. Ale nic takiego się nie działo. Ktoś ją mocno chwycił pod pachami i podciągnął, nie pozwalając zapomnieć o tym koszmarze. To ta twarz, to ona nie dość, że nie chciała odejść, to jeszcze nie pozwalała jej opuścić tego świata. Dlaczego? Przecież powinna zniknąć, powinna odpokutować. A jeśli… Jeśli cała reszta życia miała być tą pokutą? Ale jak żyć z takim piętnem?
Ta twarz znowu coś mówiła, ale słowa nadal nie dochodziły. Może to one zatapiały się w ciemnej wodzie stawu? Może wnikały głęboko, naznaczając to miejsce krwią i śmiercią? Może ludzie, którzy przybędą tu po niej, usiądą na tym drewnianym mostku i wsłuchując się w odgłosy przyrody, usłyszą jej historię? Może będą jej współczuć, a może wręcz przeciwnie? Może będą ją potępiać za to, co zrobiła? Ale czy na pewno to ona zrobiła?
Pamiętała tylko te krzyki oraz ręce próbujące wydostać się na zewnątrz, a potem ta wszechogarniająca cisza. Jakby nic się nie stało. Nie wiedziała, co było gorsze. Te krzyki czy ta cisza? I czy na pewno to ona była winna? A może była ofiarą?
Złapała się za głowę, chcąc wyrzucić z niej wszystkie wspomnienia, obrazy, które wciąż stały jej przed oczami. Choć nie miała pewności, czy to prawda, pragnęła ze wszystkich sił o tym zapomnieć. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, obudzić się dziś rano na nowo i móc przeżyć ten dzień inaczej. Czy przyszłaby tu ponownie? Na pewno nie.
Nagle z krzaków wokół stawu wyłoniła się jakaś postać. Czy to diabeł przyszedł po nią, by zabrać ją do piekła? Czy to potwór ze stawu? Może on jednak wcale nie utonął i przybył się zemścić? Sylwetka zbliżała się coraz bardziej, ale ona nie potrafiła rozpoznać w niej człowieka. Było zbyt ciemno, i choć księżyc starał się, jak mógł, nie był w stanie obnażyć prawdziwej twarzy postaci.
Kiedy ten ktoś był na wyciągnięcie ręki, ona kuliła się w sobie, gdyż odczuwała najprawdziwszy strach. Nie wiedziała, czy to strach przed konsekwencjami, czy też przed tym, co za chwilę nadejdzie, ale on ją paraliżował, obezwładniał. Znów upadła na mostek, ale tym razem znajoma twarz oddalała się, a ręce nie próbowały jej ponownie podnieść.
Postać weszła na mostek, uśmiechnęła się, choć nie powinna była, i wtedy blask księżyca na moment padł na jej oblicze. Ona tutaj? Jak to? Jak się tu znalazła? Przecież miała być na tej zabawie, tańczyć, śmiać się i bawić. Jak to?
Postać odciągnęła na bok znajomą twarz, o czymś zawzięcie dyskutowała, lecz ona mogła jedynie się temu przyglądać. Nie słyszała nic, nie chciała brać w tym udziału. Jedyne, czego pragnęła, to zniknąć. Ale nie mogła. Jej ciało ogarnął ogromny ból, którego do tej pory z nadmiaru emocji nie odczuwała. Teraz wszystko do niej dochodziło, wróciło. Zaczęła krzyczeć, tak samo, jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej. Krzyczała i krzyczała, płosząc okoliczne ptaki, a jej głos niósł się w dal i niknął w ciemnej toni stawu.
Rozdział 1
Felicja
Teraz
Omiatam wzrokiem nakryty białym obrusem stół, na którym piętrzą się pyszności przygotowane przeze mnie i siostrę. Sałatki, pieczone mięsa, patery wędlin i ciast. Do tego nie może zabraknąć potraw na ciepło. Rosół pyrka sobie od kilku godzin na gazie, udka dochodzą w piekarniku, a jak gościom będzie mało, to podgrzeje się jeszcze bigos.
Wreszcie cała rodzina razem. Nie praktykowaliśmy tego od lat i może właśnie w tym tkwi sedno wszystkiego. Może gdybyśmy regularnie się spotykali, wiedziałabym, na kogo mogę liczyć, kto mógłby przyjść mi z pomocą… Mimo to uważam, że te urodziny to świetny pomysł. Będzie okazja przyjrzeć się wszystkim wspólnie i każdemu z osobna. Jestem też ciekawa, czy moje przeczucie się sprawdzi. No cóż… pożyjemy, zobaczymy.
Poprawiam delikatnie kilka talerzy, które nie stoją idealnie, oraz serwetki, by były bardziej rozłożyste, i uśmiecham się bezwiednie do stołu, przy którym jeszcze nikt nie siedzi.
Spoglądam za okno, skąd mam widok na las, który oświetlony jest przez piękne letnie słońce. Ten las od zawsze miał coś w sobie, z jednej strony mnie uspokajał, ale z drugiej napawał niepokojem, jakby czaił się w nim jakiś zły duch. A może właśnie tak jest? Czyż chatka, w której nieopodal mieszka Tekla wraz z Makarym, nie jest czymś w tym rodzaju?
Niebo pokryte jest kilkoma białymi obłokami, które niespiesznie suną w jakimś nieznanym kierunku. Wiatr delikatnie porusza liśćmi, które szumią, dając ukojenie podczas upałów. Idealna pogoda na… No właśnie, na co?
Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk zawieszonych nad gankiem dzwonków. Mimowolnie przechodzi mnie dreszcz, który jest jakby zapowiedzią dzisiejszego popołudnia. Nigdy nie lubiłam tych dzwonków, to był pomysł Klotyldy i tak jakoś zostało. Nie wiem, co ona w nich widziała, ale gdy słyszę, jak dzwonią, mam złe przeczucia i wrażenie, że nie jestem tu sama, że ktoś patrzy na mnie z ukrycia i knuje przeciwko mnie.
Mimo niepokoju wychodzę na zewnątrz, gdyż właśnie przed domem parkuje pierwszy samochód, a to oznacza pierwszych gości.
– Dzień dobry, ciotuniu!
Z auta wyłania się Dorota. Poprawia fryzurę dłonią i nakłada na twarz swój wymuszony uśmiech. Wcześniej jej nie lubiłam, a teraz jest mi jej żal. Może mylę współczucie z niechęcią? Kto wie? Macham jej na powitanie i również się uśmiecham, a co mi tam. W końcu jestem tu gospodynią, więc muszę zachowywać się odpowiednio.
Tuż za nią z czerwonego samochodu, którego marki nie znam, gdyż kompletnie nie mam pojęcia o motoryzacji, wysiada jej mąż.
W przeciwieństwie do Doroty Ewaryst jest naburmuszony, jakby przyjechał tu na siłę. Być może tak jest, bo jego strój według mnie również pozostawia wiele do życzenia. Rozchełstana koszula, na której nawet z daleka widoczne są zagniecenia, przetarte jeansy i nieogolona twarz. Krzywię się nieznacznie na jego widok, ale dość szybo reflektuję się i ponownie przywdziewam maskę uprzejmej starszej pani. A moja początkowa niechęć niknie wraz z blachą ciasta, które podaje mi Dorota.
– Upiekłam dla cioci jako dodatek do prezentu. Poza tym pomyślałam, że tyle nas tu będzie, że jeszcze jedna blacha ciasta jest jak najbardziej wskazana.
– Och, dziękuję, ale nie trzeba było. – Odbieram podarunek.
– Widzisz, mówiłam ci, że niepotrzebnie piekłaś.
Z auta wysiada również nastolatka. Czy to możliwe, że czas aż tak szybo płynie? Pamiętam ją jako małą dziewczynkę, ale to musiało być jakieś dziesięć, a nawet piętnaście lat temu. Serafina to już pannica! Kto by pomyślał, że tak szybko wyrośnie.
Ale czemu wygląda tak dziwnie? Spodziewałam się, że na urodziny do starej ciotki włoży jakąś sukienkę za kolano w pastelowym kolorze, być może w kwiaty, i zwiąże włosy atłasową wstążką.
Tymczasem przede mną staje ubrana na czarno od stóp do głów dziewczyna, która ma w nosie i brwiach jakieś dziwne kolczyki. Czy to nowy rodzaj biżuterii, czy co?
A jak jej się tak przyglądam, to jest to całkiem ładna dziewczyna. Gdyby tylko starła z rzęs ten czarny tusz i wyjęła te dziwaczne kolczyki…
– Ależ, Serafino, to bardzo miłe ze strony twojej mamy, że upiekła ciasto. Na pewno jest pyszne i posmakuje gościom. – Odchylam delikatnie ściereczkę w kratę, którą przykryte jest ciasto, i zaciągam się zachęcającym zapachem szarlotki.
W odpowiedzi dziewczyna robi jakąś dziwną minę i od razu kieruje się do drzwi.
– Piękny jest ten dworek! Chyba nigdy tu nie byłem! A może… Może w dzieciństwie jednak bywałem? – zastanawia się Ewaryst, wpatrując się z dumą w budynek.
Zupełnie jakby sam chciał tu zamieszkać. A może właśnie tego pragnie? W końcu ponoć jego masarnia od dłuższego czasu ma same długi. Kto wie jak długo jeszcze pociągnie.
– Tak, mnie też się bardzo podoba. Jestem wdzięczna memu ojcu, że zapisał mi go w spadku. Na stare lata jest moją jedyną pociechą – wzdycham.
– A właśnie, zapomniałbym… – Mężczyzna kieruje się do bagażnika, wyciąga z niego wielkie balony w kształcie liczb. Siedem i pięć. – Proszę, ciociu. – Wręcza mi je.
– Wszystkiego najlepszego i żyj nam sto lat! – dołącza się Dorota z prezentem owiniętym kolorową wstążką.
Czy mnie się tylko wydawało, czy ich życzenia nie były zbyt szczere? Naprawdę życzą mi sto lat czy ostrzą już sobie pazurki na mój ukochany dworek?
– Dziękuję, kochani, zapraszam do środka. – Ja też umiem grać i prowadzę gości do stołu.
Po chwili zauważam, że pod domem parkuje kolejne auto, więc wybiegam na powitanie gości. Tym razem przyjechała Dobrawa z Klotyldą.
– Już mamy! – wykrzykuje radośnie Klotylda, wysiadając i pokazując mi majonez, którego nam zabrakło do jednej z sałatek. – Jakie to szczęście, że Dobrawa była w pobliżu, prawda, córeczko? – Patrzy na nią z czułością, której Dobrawa niestety nie odwzajemnia.
Zdaje się jednak, że tylko ja zauważam to napięcie między nimi. Przynajmniej prezencja mojej siostrzenicy jest bardziej uroczysta niż bratanka z rodzinką. Dziewczyna ma białą sukienkę i starannie wykonany makijaż oraz niezmiennie krótkie jasnoblond włosy. Przypomina mi Marylin Monroe z czasów jej świetności. Choć jest od niej dużo szczuplejsza. Nie myślałam, że to w ogóle możliwe, ale kiedy spoglądam na Dobrawę, dochodzę do wniosku, że jednak tak.
Klotylda już pędzi w kierunku kuchni, a ja zastanawiam się, skąd ona ma tyle energii. Jest ode mnie o pięć lat starsza i dziś również obchodzi urodziny. Osiemdziesiąte! Czy i ja dożyję tego pięknego wieku?
– Chodźcie do środka, dziewczęta. – Zapraszam je gestem. – Upał dziś daje się we znaki, a stare mury dworku jednak chłodzą i ciała, i umysły.
– A ten co tu robi? – Dobrawa staje nagle jak wryta i patrzy na ścianę lasu. – Przecież to ten dziwoląg!
– Stary Makary, co kocha zegary, a sam jest tak straszny jak z sennej mary.
Córka Klotyldy recytuje upiorny wierszyk, który przylgnął do tego mężczyzny lata temu. Momentalnie robi mi się przykro, przecież to nie jego wina, że jest, jaki jest. Takie jest życie. Ale dlaczego jest sam?
– Zaprosiłam go – wchodzę jej w słowo, przełykając gulę żółci, która zdążyła podejść mi do gardła.
– Co takiego? Ale dlaczego? – pyta, nie spuszczając wzroku z kręcącego się w kółko starzejącego się mężczyzny.
Dla kogoś z boku mógłby być to dziwaczny czy wręcz niepokojący widok, ale nie dla mnie.
– A dlaczego nie? Tekla przecież nie może go zostawić samego. Wiesz, że on mógłby zrobić sobie krzywdę – tłumaczę.
– Krzywdę? Prędzej puściłby z dymem tę drewnianą chatkę, w której mieszka! Dziwię się Tekli, że nadal się nim opiekuje, zamiast oddać do jakiegoś ośrodka – prycha.
– Nie mów tak, proszę. To też człowiek, chce żyć tak samo, jak my wszyscy – staram się naprawić sytuację, ale Dobrawa tylko coś mruczy pod nosem i poprawia swoją torebkę, która z pewnością kosztowała kilka, jak nie kilkanaście tysięcy.
Dobrawa jest taka elegancka, zadbana, zwyczajnie piękna, ale w środku… no cóż… jej wnętrze pozostawia wiele do życzenia i chyba nie tylko ja tak myślę, skoro do dziś nie ma męża, a już dawno przekroczyła czterdziestkę.
Podchodzę do Makarego, biorę go delikatnie za rękę, chcąc pokazać mu, że jestem tuż obok, że nie musi się bać. On jak zawsze nie patrzy na mnie, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, jest w swoim świecie. Spoglądam z niepokojem w głąb lasu, bo nie wyobrażam sobie, że mógłby przyjść tu zupełnie sam. Choć ma już pięćdziesiąt lat, to wciąż zachowuje się jak małe dziecko. Chyba Tekla nie jest aż tak nieodpowiedzialna, by zostawić go bez opieki?
– Makary!
Słyszę jakby z oddali i momentalnie się odwracam.
– Och, co za szczęście w nieszczęściu – oznajmia moja kuzynka Tekla, widząc, że jestem tuż obok nadal zagubionego mężczyzny. – Nie zauważyłam, kiedy wyszedł z domu, i biegłam ile sił w nogach, żeby go odnaleźć. A wiesz dobrze, kochana, że nogi już nie te… – Zatrzymuje się i próbuje łapczywie złapać oddech.
Widać, że jest zmęczona. Imponuje mi jej energia. Jest ode mnie starsza o dwa lata, a mimo to potrafi wykrzesać z siebie hart ducha.
– Na szczęście wszystko dobrze się skończyło – dodaję z wyraźną ulgą, popychając wszystkich delikatnie do środka. – Zapraszam do stołu, częstujcie się, proszę. Czym chata bogata! – Śmieję się.
Ewaryst z rodziną już zajęli miejsca, ale wydają się nieobecni. Czy to przypadek, czy też celowe działanie, że zasiedli każdy z innej strony stołu? Do tego obrazka dołącza Dobrawa, która domyka czwartą stronę tejże biesiady. Kiedy wyjmuje z torebki malutkie pakieciki, które są zapewne prezentami, od razu rzuca mi się w oczy, jak wielka jest różnica pomiędzy nią, a Ewarystem. Nibyrodzeństwo, nibypodobni, ale jakże odmienni. Wielka karierowiczka samotniczka oraz człowiek sukcesu bez życiowych ekscesów. Normalnie nie czuję, że rymuję, i uśmiecham się do siebie w duchu. Rymowanie od zawsze jest moją mocną stroną.
Przenoszę wzrok na Dorotę, która zdaje się obecna jedynie ciałem i zastanawiam się, co widzi czy też widziała w takim mężczyźnie jak syn mojej siostry. Czy uwierzyła w jego plan rozwoju firmy, czy też brnęła na fali pierwszego zauroczenia? I co z tej miłości zostało? Nastoletnia córka, która wygląda jak jakiś dziwoląg, a mówią, że to Makary nim jest. Tymczasem jest on jedyną osobą przy stole, która zdaje się naprawdę cieszyć z tego, że tutaj jest. Może nie do końca rozumie ten cały spęd, brakuje mu wyczucia sytuacji, ale przynajmniej jest i ciałem, i duchem na tyle, na ile umysł mu pozwala.
– Częstujcie się, proszę, gorący rosołek!
Do pokoju wkracza dziarskim krokiem Klotylda, niosąc wazę z zupą. Tuż za nią dostrzegam upchane w kącie balony w kształcie liczb osiem oraz zero. Czyli prezenty od jej syna nie są zbyt wyszukane.
– Pachnie obłędnie, mamo! Niczym zapach dzieciństwa – ożywia się mój siostrzeniec.
– A to akurat zasługa Felicji. Rosół to zawsze była jej specjalność – tłumaczy siostra, obdarzając mnie pełnym uznania spojrzeniem.
– A to ciekawe, że urządziłyście te urodziny razem. Tyle lat nie miałyście kontaktu… byliśmy przekonani, że się nienawidzicie.
Dobrawa wsadza kij w mrowisko.
– Wiesz… – zaczynam, ale przerywa mi nadejście kolejnego gościa.
– A ona co tutaj robi? – dziwi się Ewaryst.
– Dzień dobry, Emilko! Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że przyjechałaś! – Biegnę i przytulam ją na powitanie.
Udaje mi się dostrzec, że jako jedyna w tym towarzystwie jest ubrana adekwatnie do sytuacji.
Emilia to młoda kobieta z klasą, której brakuje Dobrawie, która stara się ją zatuszować drogimi ubraniami i makijażem. Emilka postawiła na małą czarną i delikatnie podkreśliła oczy i usta. Wygląda przepięknie, a przy tym nadal naturalnie.
– Nie byłam pewna, czy powinnam… ale nie chciałam sprawić pani przykrości, a poza tym ojciec…
– Daj spokój, najważniejsze, że jesteś. I tyle razy prosiłam cię, żebyś mówiła do mnie ciociu, a nie żadna pani.
– Dobrze, ciociu… – Nieco się waha. – Proszę, wszystkiego najlepszego i przede wszystkim dużo zdrówka i dla pani również. – Wręcza prezenty mnie i Klotyldzie. – Pomyślałam, że skoro po latach się pogodziłyście i będziecie utrzymywać dobre relacje, to bransoletki przyjaźni będą dobrym pomysłem. Obydwie są do siebie podobne, ale gdy się im przyjrzycie, to zobaczycie, że nieznacznie się od siebie różną. Zupełnie jak siostry.
– Są piękne, dziękujemy serdecznie! – Rozpakowuję prezent, który naprawdę mi się podoba.
– Zgadzam się, dziękuję ci, dziecko, ale naprawdę nie trzeba było. Jesteś gościem Felicji, a ja… – dodaje siostra.
– A pani również ma dzisiaj urodziny i to wspólne święto. Muszę przyznać, że to niesamowite, że urodziłyście się tego samego dnia chociaż w odstępie pięciu lat. Przecież czegoś takiego nie da się zaplanować. To cud!
– A może boski plan? Albo diabelski? – wtrąca Tekla.
Proszę Emilię, aby usiadła ze wszystkimi, i nalewam jej talerz rosołu. Ta dziewczyna wydaje się jedyną normalną w tym towarzystwie, ale muszę pamiętać, że pozory mogą mylić i nie powinnam uśpić mej czujności. To piękna młoda kobieta, która choć ma stabilną sytuację zawodową, w odróżnieniu od niektórych tu obecnych, to jednak pragnie się wciąż rozwijać. Nie dziwi mnie to; gdyby nie spotkało mnie w przeszłości to, co spotkało, być może też bym taka była. Czy za obliczem tej pięknej dziewczyny o długich kasztanowych włosach w czarnej prostej sukience kryje się coś więcej? Coś mrocznego?
Rozmowa toczy się na temat pogody, starannie omijając politykę, która jak wiadomo szybciej rwie rodzinne więzy niż je zacieśnia.
W milczeniu obserwuję całe towarzystwo i wszyscy wyglądają tak zwyczajnie.
Czy cieszy mnie ich obecność? Z jednej strony tak, w końcu to moja najbliższa rodzina, ale z drugiej… ja ich w ogóle nie znam! Od lat nie miałam z nimi kontaktu, jedynie z Klotyldą, ale utrzymywałyśmy ten fakt w tajemnicy. Teraz wydaje mi się, że to jednak nie miało sensu, takie ukrywanie się przed resztą rodziny. W imię czego?
Z Teklą jest podobnie, dzieliło nas milczenie. Dopiero kilka lat temu, kiedy osiadłam tu na stałe, częściej się spotykałyśmy i starałam się jej pomóc przy Makarym na tyle, na ile mogłam. Mimo to mam ogromne wyrzuty sumienia, bo codzienność z nim z pewnością nie należała do lekkich, a ona poświęciła mu całe swoje życie i w rezultacie nie założyła rodziny. Z drugiej strony jeśli miałaby być to taka rodzina jak Dorota, Ewaryst i ich córka… Cóż… Może i lepiej, że tak się stało?
– Dzień dobry wszystkim! Dzień dobry szanownym jubilatkom!
Nagle nie wiadomo skąd pojawia się nasz kuzyn Idzi.
– Witaj, mój drogi. – Wstaję i całuję go w policzki. – Cieszę się, że jesteś.
– Dzień dobry, dzień dobry. – Klotylda dołącza do mnie. – Nie rozumiem, dlaczego uparłeś się żeby jechać autobusem, skoro przejeżdżałam przez miasteczko z Dobrawą. Mogłyśmy cię zabrać!
– E tam. – Macha ręką. – Najważniejsze, że dotarłem. A to dla was, drogie kuzynki. – Wręcza nam po bukiecie kwiatów, składając życzenia.
Chyba jego obecność, poza Makarym oczywiście, sprawia mi najwięcej radości. Idzi ma już swoje lata, ale w ogóle się nie zmienił. Owszem, posiwiał, ale niezmiennie nosi okulary o tym samym kroju, a jego uśmiech jest szczery. I w dodatku wydaje się najlepiej ubranym mężczyzną w tym towarzystwie. Elegancka koszula, spodnie zaprasowane w kant, a do tego marynarka. Zapewne pod nią kryją się szelki, z którymi się nie rozstaje od lat, ale przynajmniej ich nie widać.
Uroczystość trwa w najlepsze, wszyscy jedzą, piją i bawią się. Lepiej lub gorzej, ale przecież o to chodziło w tych urodzinach. Dyskretnie spoglądam na każdego z nich, ale na razie nie wzbudzają moich podejrzeń. Może powinnam sama ich w jakiś sposób sprowokować? Ale jak?
– Serafino, zauważyłam, że nic nie jesz – wtrąca Klotylda. – Może chociaż skusisz się na kawałek ciasta?
– Dziękuję, ale nie. – Nastolatka wpatrzona jest w ekran telefonu.
Mnie nie wypada, ale jej rodzice powinni zwrócić jej uwagę.
– Jestem na diecie, a poza tym jestem weganką, więc nie mogę zjeść niczego, co znajduje się na tym stole.
– Wega… czym? – pytam. – I niby dlaczego nie możesz?
– Weganką, ciociu. Prowadzi niezwykle zdrowy styl życia. Ja sama jestem wegetarianką – odpowiada Dorota, patrząc wymownie w stronę męża – i podziwiam Serafinę, że jest bardziej restrykcyjna ode mnie. Unika nie tylko mięsa, ale wszelkich produktów pochodzenia zwierzęcego. To wbrew pozorom bardzo zdrowe!
– Boże, mamo, błagam, tylko nie Serafina. Jestem Finka! – oburza się dziewczyna.
– Finka? A co to za dziwaczne zdrobnienie? Masz przepiękne imię, kochanie. To tradycja, że w naszej rodzinie nadajemy wszystkim piękne i niespotykane imiona – dodaję.
– Ja tam oddałabym duszę za zwykłą Kaśkę, Baśkę czy Olę.
Tym oddaniem duszy to mnie zaciekawiła, czyżby to ona mogłaby się posunąć do jakiegoś karygodnego czynu?
– Ech tam, ci młodzi… – ożywia się Idzi. – Lepiej wypijmy za zdrowie moich pięknych i wciąż młodych kuzynek! Toast za zdrowie jubilatek! – Podnosi kieliszek, a Ewaryst mu wtóruje.
No tak, tam gdzie alkohol, wszystko inne zostaje odsunięte na boczny tor.
Rozmowa toczy się coraz bardziej swobodnie, zapewne za sprawą trunków z procentami, ale może to rozwiąże komuś język? A może…
– Słuchajcie, pójdę po nasz rodzinny album. Skoro jesteśmy tu wszyscy razem po latach, to może jest to odpowiedni czas, by powspominać stare dobre czasy? – proponuję.
– Stare dobre czasy? – dziwi się Dobrawa. – A to takie były w naszej rodzinie? Przecież ty i mama od lat się do siebie nie odzywałyście, a teraz wyskoczyłyście z tymi urodzinami niczym filip z konopi!
Czemu ona tak drąży ten temat? Jakieś takie to podejrzane…
– Daj spokój, po co rozdrapywać stare rany? – dodaje Emilia.
Ona zawsze mi się podobała. Ma w sobie jakąś taką naturalność, której pozostałym ewidentnie brakuje.
– Ale przecież Makary nie należy do rodziny! I w ogóle dlaczego on tu dzisiaj z nami siedzi? I tak nic nie powie, bo to niemowa jest! – oburza się Ewaryst.
Spoglądam kątem oka na Makarego, który dłubie coś widelcem w talerzu, i jakoś tak serce mi mięknie. Jest ubrany staromodnie, ale widocznie Tekla nie kupiła mu niczego nowego od lat. I tak doceniam, że dziś włożył koszulę, chociaż jest ona z krótkimi rękawami, a on nie ma do niej żadnej marynarki, o krawacie nawet nie wspomnę. Jestem skłonna mu wiele wybaczyć. Już wczoraj rozczulił mnie, gdy wręczył w prezencie urodzinowym bukiet polnych kwiatów, których własnoręcznie nazrywał.
– A może właśnie należy? Ciociu Teklo, może chcesz coś nam powiedzieć na ten temat? – wtrąca swoje trzy grosze Dorota.
– Nie mam na ten temat nic do powiedzenia. Skoro Klotylda i Felicja zaprosiły go na urodziny, to widocznie uznały, że chcą, by był na nich obecny. Koniec kropka.
– I na tym zakończmy. – Siostra staje po mojej stronie.
– To ja poszukam albumu na górze i przyniosę – reflektuję się.
Niespiesznie wspinam się po starych i trzeszczących schodach. Ten dworek ma wiele lat, ale to jedynie dodaje mu uroku. Jest ogromny. Od dawna nie korzystam z większości pomieszczeń, które pozostają puste, pokryte kurzem straconych lat i wspomnień.
Może powinnam pomyśleć, co z nim zrobić? Szkoda, by tak stał i niszczał, a ja nie potrzebuję aż tylu pokoi. Chciałabym dać mu jakieś nowe życie, tchnąć w niego coś, co go ożywi. Tyle pięknych wspomnień z dzieciństwa mam związanych z tym miejscem… Nie chciałabym, aby zostały pogrzebane wraz ze mną, po mojej śmierci.
Tylko co można by tu zrobić? Odremontować? Ale jak? Jak to zrobić, by nie zaprzepaścić piękna tego budynku?
Z tymi myślami udaję się do jednej z sypialni gościnnych, do której nie zachodzę zbyt często. Od progu uderza we mnie zapach stęchlizny, ale to nic. Jest swojsko, jakoś tak miło, choć pewnie przydałoby się tutaj wywietrzyć, lecz tym będę zawracać sobie głowę kiedy indziej.
Otwieram ogromną szafę, w której powinnam znaleźć rodzinne pamiątki i zdjęcia. Gdzieś zza pleców dobiegają mnie ożywione odgłosy toczącej się rozmowy. Im więcej alkoholu, tym bardziej języki robią się rozwiązłe. Ale to dobrze, naprawdę dobrze. Szperam w szafie, aż wreszcie udaje mi się znaleźć odpowiedni album, ten z czasów mojej młodości.
– Proszę, kawałek ciasta na osłodę.
Odwracam się i widzę wyciągniętą w moją stronę dłoń, która podaje mi talerzyk z kawałkiem szarlotki, którą przywiozła Dorota.
– Dziękuję, w tych przygotowaniach i dbaniu o moich gości nie pomyślałam o sobie. Chętnie zjem coś słodkiego. – Uśmiecham się.
Z uwielbieniem odkrawam kawałeczek, nabijam go na widelczyk i wkładam do ust. Ciasto jest przepyszne, na języku czuję słodko-cierpki smak jabłek oraz słodycz kruchego ciasta. Jest boskie! Przypomina mi smak dzieciństwa i szarlotki, którą gdyby tylko mogła, piekłaby moja mama.
Dorota ma prawdziwy talent kulinarny. Smaki przenikają się, mieszają, wybuchają feerią doznań, wprawiając moje podniebienie w zachwyt. Do czasu. Gdzieś nieznacznie pomiędzy słodyczą a kwasowością owoców dociera smak i zapach cynamonu. Niezwykle aromatycznej przyprawy, której od dzieciństwa unikałam jak ognia, od której mama starała się mnie chronić, a jednocześnie uczulała na ten fakt całą resztę naszej rodziny. Alergia na cynamon.
Przełykam niebiański w smaku kawałek i powoli osuwam się na podłogę, a talerzyk z resztą słodkości upada z brzękiem gdzieś obok mnie. Zanim zamknę oczy, dostrzegam jeszcze pełen perfidii uśmiech i dobiega mnie myśl, że mogłabym się tego spodziewać po każdym z dzisiejszych gości, ale na pewno nie po tej osobie, która z premedytacją wręczyła mi szarlotkę, licząc, że zejdę z tego świata szybciej, niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać.
Rozdział 2
Felicja
Wcześniej
Otwieram rodzinny album z nabożną czcią. Nie chcę, by strony się porwały, a zdjęcia uległy zniszczeniu. To dla mnie ważna pamiątka. Upijam łyk herbaty, lecz zamiast aromatu jaśminu do moich nozdrzy docierają zapachy wspomnień nieco przyprószone kurzem. Ostatkiem sił powstrzymuję się przed kichnięciem i na szczęście udaje mi się to.
Z pierwszej strony patrzy na mnie piękna młoda dziewczyna w ramionach równie przystojnego mężczyzny. Zdjęcie z młodości mojej mamy. Odziedziczyłam po niej oczy, włosy i sylwetkę, za to Klotylda ma po ojcu charakterystyczny nos i szerokie barki.
Na tej fotografii ci młodzi ludzie są tacy szczęśliwi, jakby całe życie było przed nimi.
Na pewno tak wtedy myśleli, pomimo widma nadchodzącej wojny nie przejmowali się, żyli chwilą, miłością i namiętnością. Uczucia, które zdają się w tym wieku ważniejsze niż wszystko wokół, niż rzeczywistość, która brutalnie rozdzielała rodziny, więzy i marzenia o lepszym jutrze. Trochę im zazdroszczę tego uczucia, tej młodzieńczej naiwności, tej miłości, którą mieli i która była wszystkim.
Przewracam kartkę i patrzę na zdjęcie mojej siostry jako kilkulatki. Jest taka radosna, taka niewinna. Nie dziwi mnie to, w końcu na tym zdjęciu wojna niemal całkowicie poszła w niepamięć, a tę patrzącą na mnie z albumu dziewczynkę przepełnia dziecięca radość. Aż sama uśmiecham się do siebie na ten widok.
Patrzę obok na siebie samą jakieś siedemdziesiąt lat temu i muszę przyznać, że w tamtym czasie w jednym byłam podobna do siostry. Też myślałam, że życie jest piękne, że to pasmo niekończących się sukcesów, marzeń i planów, które z pewnością się ziszczą.
Cóż… trudno nie myśleć w ten sposób, mając takiego ojca jak ja. Wysoko postawionego urzędnika, który w latach pięćdziesiątych miał uznanie, pieniądze, odpowiednie stanowisko, piękną żonę oraz dwie cudne córeczki.
Ech… dziś wiem, że życie to nie jest bajka i w każdej chwili wszystkie sny o przyszłości mogą przeistoczyć się w prawdziwy koszmar.
Powstrzymuję napływające do oczu łzy, bo nie po to zagłębiam się we wspomnieniach, by rozpaczać. Upijam kojący moje nerwy łyk herbaty i wracam do tych zdjęć, które przywołują jedynie dobre wspomnienia. Dostrzegam również kuzynkę Teklę oraz kuzyna Idziego. To z nimi utrzymywałam kontakt w młodości, tak samo, jak z Klotyldą, ale do czasu. Czy dobrze zrobiłam?
Więź z siostrą wydawała mi się niezwykle bliska, niemalże nierozerwalna, ale życie napisało inny scenariusz. Kątem oka patrzę na uwieczniony moment pewnej potańcówki, we dwie szczerzymy się jak głupie, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak ten wieczór się skończy. Wieczór, który wszystko zmienił, który nas rozdzielił, choć powinnam raczej myśleć, że w pewnym sensie na połączył. Od tamtej pory wszystko się zmieniło.
Wyjechałam, starałam się zapomnieć i żyć. Po prostu jakoś żyć, ale z taką raną w sercu to raczej nie jest możliwe. Egzystowałam. To bardziej odpowiednie słowo. Skończyłam studia, co było jakimś fenomenem w tamtych czasach, i w nauce próbowałam znaleźć sens życia, gdy tymczasem był on zgoła gdzie indziej. Nawet wyszłam za mąż i próbowałam rozpalić domowe ognisko, ale szybko okazało się, że po tym wszystkim to zupełnie niemożliwe. Moje małżeństwo skończyło się szybciej, niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać.
Przewracam kolejne kartki, patrzę na dzieci mojej siostry, które są do niej podobne, przynajmniej fizycznie. Praktycznie ich nie znam. Przez fakt, że usunęłam się w cień, że taką decyzję podjęłyśmy, nasza rodzina już nigdy nie była tak silna jak wtedy, gdy miałyśmy te kilka lat.
Czy da się to jeszcze zmienić? Czy to w ogóle ma sens?
Staję przy oknie, które wychodzi na ścianę lasu. Dworek, który odziedziczyłam po ojcu, latami stał pusty. Dopiero niedawno, na starość, postanowiłam się tu przeprowadzić ze względu na ciszę i spokój oraz otaczające tę posiadłość piękno przyrody, ale nie tylko. Sąsiedztwo Tekli nie jest bez znaczenia.
Dziś zastanawiam się, czy wtedy dobrze postąpiłam. Jeśli podjęłabym inną decyzję, jak teraz wyglądałoby moje życie? Czy więzy rodzinne nie uległyby degradacji? A może mimo wszystko nie wiedziałabym wiele o dzieciach Klotyldy? Może to tylko takie moje mrzonki? To wie już tylko Bóg. Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczy…
Patrzę na głęboką zieleń lasu, który z jednej strony mnie do siebie przyciąga, a z drugiej ma w sobie coś mrocznego. Las jest niezwykle przerażający. Nie wiem, jak moja kuzynka może mieszkać w samym jego środku w drewnianej leśniczówce. Nie boi się? A jeśli wieczorami czy nocami pod okna podchodzi jakiś dziki zwierz? Matko, co ja bredzę? Przecież sama mieszkam na skraju lasu i zwierzęta równie dobrze mogą się pojawić pod moimi oknami. Jedyna różnica jest w tym, że dworek jest zdecydowanie większy niż leśniczówka.
Zza okien dochodzą do mnie dźwięki ptasich treli, słońce nieśmiało wychyla się zza chmur, a wiatr przepędza te ciemne, by rozjaśnić wiosenny dzień.
I wtedy zauważam, że ktoś się zbliża. Początkowo nie rozpoznaję go, gdyż za każdym razem, kiedy się spotykamy, ten fakt mnie zadziwia. Jakbym po tylu latach nadal nie wierzyła, że ten człowiek istnieje. A jednak. To on. Idzie jakoś tak niezgrabnie. Na sobie ma flanelową koszulę w kratę oraz wysłużone spodnie i ciemne adidasy czy tenisówki. Nie wiem, jak na takie buty mówi się w dzisiejszych czasach.
Zaraz za nim pojawia się Tekla z naręczem kwiatów. Coś do niego mówi, ale Makary jest w swoim świecie. Na pewno ją słyszy, Tekla opowiadała, jak zabrała go kiedyś na badanie słuchu. Słyszy ją, ale nie odpowiada. Uśmiecha się, patrząc gdzieś przed siebie. Na moment moje serce zamiera, bo mam wrażenie, że nasze spojrzenia się spotkały i że ten uśmiech jest przeznaczony dla mnie, ale jak zwykle się mylę.
Makary patrzy przed siebie, przeze mnie, zdaje się patrzeć głęboko w dal. Jest tu ciałem, ale z pewnością nie duchem. Mimo to macham mu, choć on pewnie nie jest w stanie dostrzec tego gestu, w który wkładam całe serce.
Tekla też nie wydaje się zainteresowana moim towarzystwem. Może wyszli jedynie na spacer? Makary zatrzymuje się i zaczyna kręcić w kółko, trzepocąc przy tym rękoma. To takie dziwne i piękne jednocześnie. Uwielbiam tak na niego patrzeć, fascynuje mnie w jakiś sposób. Może powinnam wybiec i zatrzymać ten jego pęd, ale nie potrafię. Patrzę i patrzę, chcąc zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół tego dnia, tej chwili.
Będę ją później odtwarzać w głowie niczym najpiękniejsze wspomnienie. Będę je pielęgnować niczym najcenniejszy skarb. Już mam wybiec i zaprosić ich na filiżankę herbaty jaśminowej, ale oni w tym momencie zawracają i znikają między drzewami. Zupełnie jakby las ich pochłonął. Jakby zagarnął moich bliskich, wyciągając swoje macki, by mnie od nich odseparować.
I coś w tym jest. Niebo natychmiast ciemnieje, jakby cały świat był przeciwko mnie.
Zrywa się wiatr, poruszając koronami drzew w demonicznym rytmie. Już nie słyszę śpiewu ptaków, robi mi się nieprzyjemnie, przechodzi mnie dreszcz niepokoju. Czy to naprawdę ma związek z Teklą i Makarym? Czy to przypadek, że kiedy go przed chwilą widziałam, to było spokojnie, słońce opromieniało wszystko wokół, a wiatr dawał przyjemny chłodek? Kiedy obydwoje zniknęli z zasięgu mojego wzroku, wszystko w jednej chwili się zmieniło.
Czy to znak, że powinnam pokutować za moje grzechy? Ale czy tak właśnie nie jest? Stoję tu sobie w pięknym dworku, który opuszczam jedynie po to, by pójść po zakupy. Jestem niczym więzień. Tylko ja i moje wspomnienia. Siedzę całymi dniami i rozpamiętuję przeszłość, rozkładając ją na czynniki pierwsze. Nieustannie zastanawiam się, co by było gdyby…
I co to zmienia? Nic! Zupełnie nic!
Powinnam przestać myśleć o tym, co było, a zacząć zastanawiać się nad przyszłością. Mam prawie siedemdziesiąt pięć lat, ile jeszcze pożyję?
I czy tylko mnie się wydaje, czy Tekla nie nadąża chodzić za Makarym? Ona też już ma swoje lata. Jest ode mnie starsza, a opiekuje się dorosłym mężczyzną, którego nie można zostawić nawet na chwilę. Mógłby zrobić krzywdę komuś lub sobie. Oczywiście nie specjalnie. Ona też na pewno nie ma siły.
Boże, jestem okrutna! Siedzę sobie sama, użalając się nad własnym losem, a przecież Tekla ma dużo więcej problemów niż ja. Co prawda, sama tak postanowiła, ale to było tak wiele lat temu… Dziś z pewnością nie podjęłaby takiej decyzji. Nie mogła przewidzieć, jak potoczy się jej życie. Jest sama. Tylko ona i Makary. Nie założyła rodziny, całe życie poświęciła jemu. W imię czego?
Znów do oczu napływają mi łzy, ale ocieram je wierzchem dłoni, chcąc skupić się na tym, co mogę zrobić, na czymś realnym zamiast tym ciągłym zastanawianiu się. Co było, to było, tego już nie zmienię i czasu nie cofnę. Muszę myśleć o przyszłości.
Tekla z pewnością długo tak nie pociągnie, powinnam jej jakoś pomóc. Ale jak?
Odwracam się od okna, podchodzę do stołu, na którym pozostawiłam otwarty album oraz resztkę herbaty. Dopijam ją jednym haustem i wtedy przychodzi mi do głowy pewna myśl. Rzut oka na album dodatkowo ją potęguje.
Odstawiam filiżankę z głośnym brzdękiem i szukam tych kilku zdjęć, które mogą się okazać furtką do przyszłości. Zatrzymuję wzrok na jakichś urodzinach sprzed lat, na których jesteśmy wszyscy. Nie pamiętam, jak to się stało, ale byłam tam. Byli też Tekla, Idzi oraz Klotylda z dziećmi, wtedy jeszcze małymi. Co się teraz z nimi dzieje? Na pewno mają swoje rodziny, dzieci. Coś kojarzę, że Ewaryst ma taką malutką córeczkę… Dzisiaj pewnie to już pannica! A Dobrawa? Czy wyszła za mąż? Nie pamiętam.
W jednej sekundzie uświadamiam sobie, jak niewiele wiem o swojej rodzinie, jak mało mamy wspólnych wspomnień. Gdyby nie ten album, w ogóle nie miałabym pojęcia, że oni gdzieś tam są. A przecież jesteśmy złączeni więzami krwi, łączy nas coś więcej niż jakaś tam fotografia. Powinnam coś z tym zrobić, poznać ich bliżej. Może będą mogli mi w jakiś sposób pomóc? Ale jak?
Urodziny… Zdjęcia, na które patrzę, są z urodzin. Dziś już nie pamiętam czyich, może Idziego? To nie jest teraz ważne. Ale urodziny to doskonały pomysł. Powinnam je urządzić i zaprosić ich wszystkich do tego dworku. W końcu siedemdziesiąt pięć lat to doskonała okazja. A Klotylda? Ona skończy w tym roku osiemdziesiątkę! I to jest dopiero okazja! Podwójna okazja do świętowania! Może uda mi się ją namówić na wspólne przyjęcie?
Wiem, że rodzina będzie zdziwiona, w końcu latami wszyscy żyli w przekonaniu, że ja i Klotylda się nienawidzimy, że poróżniło nas coś w przeszłości. I coś w tym jest, tyle że nigdy nie pałałyśmy do siebie nienawiścią. Wręcz przeciwnie. To siostrzana miłość połączyła nas na wieki wspólnym sekretem.
Tak! Urodziny to jest dokonała myśl! Poza tym Ewaryst i Dobrawa chętniej przyjadą na urodziny matki niż zapomnianej ciotki. Do tego zaproszę jeszcze Idziego i Teklę z Makarym. O tak! Oni będą najważniejszym gośćmi. Jestem ciekawa, jak reszta zareaguje na Makarego. W końcu od tego wszystko zależy. Kto mi pomoże na stare lata, jak nie najbliższa rodzina? Nie wiem, czy to się uda, ale nie dowiem się, póki nie spróbuję.
Zamykam album, chowając go na dnie szafy, i udaję się do kuchni, by przygotować kolejną filiżankę herbaty. Nakładam sobie jeszcze na talerzyk drożdżówkę. Wiem, że mój lekarz nie byłby zadowolony, ale co mi tam. W końcu wpadłam na genialny pomysł, więc chyba zasłużyłam, prawda?
Biorę tacę, stawiam na niej talerzyk z bułką słodką oraz herbatą i wychodzę na ganek. Siadam w fotelu ogrodowym i napawam się widokiem przyrody wokół mnie. Jak na zawołanie pogoda ponownie się zmieniła. Wyszło słońce, wiatr przegonił ciemne chmury i uspokoił się, a ptaki znów wyśpiewują swoje trele, karmiąc mnie pięknymi dźwiękami.
Zamykam oczy i wsłuchuję się w ten piękny świat. Wreszcie widzę światełko w tunelu. Jestem szczęśliwa, bo jeśli mój plan wypali, to wszystko się zmieni. I to na lepsze. Jeszcze jest nadzieja, jeszcze nie wszystko stracone. I przyroda wokół mnie daje mi znak, że dobrze myślę. Obmyślam już, co ugotuję, jak ugoszczę całą rodzinę, i sprawia mi to radość. Dworek na nowo będzie rozbrzmiewać śmiechem, rozmową, będzie tętnił życiem! Oby tylko wszyscy przybyli na nasze urodziny, bo że Klotylda się zgodzi na ten cały plan, to jestem więcej niż pewna!
Rozdział 3
Klotylda
Wcześniej
Siadam przy oknie z kubkiem gorącej herbaty w ręku i patrzę na piękny zimowy krajobraz. Śnieg osiadł na okolicznych drzewach, dachach oraz ławkach, otulając je białym puchem, który skrzy się w ostrych promieniach słońca. Lubię ten moment w ciągu dnia, gdy spoglądam na to, co dzieje się wokół mnie. To daje mi poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony jestem w ciepłym domu, popijając gorący napar, a tuż obok toczy się inne życie, ktoś gdzieś pędzi, ktoś spaceruje, ktoś wraca z pracy czy ze szkoły.
Zastanawiam się, czy to ostatnia zima w moim życiu. Za kilka miesięcy skończę osiemdziesiąt lat, czy to nie wystarczający wiek, by opuścić ten padół łez? Nie wiem, czy to za sprawą słońca, czy też ze względu na fakt, że ostatnimi czasy zrobiłam się dość sentymentalna, ale jakoś tak oczy zaszły mi mgłą.
Ocieram je wierzchem dłoni i wyciągam z pawlacza rodzinny album.
Zdjęcia pochodzą głównie z czasów mojej młodości, później niewiele ich powstało. I choć technika poszła do przodu, aparaty fotograficzne stały się bardziej przystępne, to ten album zupełnie tego nie odzwierciedla. Stało się to za sprawą Felicji. Jeden wieczór sprawił, że zmieniło się całe nasze życie. Moje dzieci praktycznie wcale nie znają mojej siostry, a co więcej, są przekonane, że od lat się nienawidzimy.
To nieprawda, ale żadna z nas nie wyprowadziła ich nigdy z tego błędu. Dlaczego? Tak jest lepiej, łatwiej, wygodniej. Zakopałyśmy tamte wspomnienia, naszą wschodzącą młodość w ciągu jednej nocy i od tamtej pory staramy się jakoś iść do przodu, nieważne, że odbija się to na naszych relacjach; tak jest zwyczajnie łatwiej. Żadna z nas nie chce stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami decyzji, którą podjęłyśmy wiele lat temu. Może tak miało być?
Przekładając strony albumu, skupiam się na własnych dłoniach, które pokryte są siatą niebieskich żył oraz plamami wątrobowymi. Kiedy to się stało? Jak to życie szybko przeminęło… A jeszcze niedawno byłam młoda. Ba! Byłam dziewczynką, a dziś jestem u schyłku życia. Patrzę na fotografię mamy z miłością jej życia. Są tacy szczęśliwi, młodzi i zakochani. Jeszcze wtedy nie wiedzieli, że wojna ich brutalnie rozdzieli raz na zawsze. Pamiętam, jak matka opowiadała mi tę historię.
Pomimo toczących się walk miłość Zosi i Alojzego kwitła w najlepsze. I rozwijała się w takim tempie, że w czterdziestym czwartym mama była już w ciąży. Tak, to był skandal, w końcu nie mieli ślubu, ale wojna przesłoniła wszystkim tego typu niuanse. Pomiędzy hukiem wystrzałów a walącymi się wokół kamienicami oni kradli sobie nawzajem pocałunki, szukali swoich rąk pośród uciekających tłumów, spotykali pod osłoną nocy, gdy inni kryli się w okolicznych bunkrach i piwnicach.
Aż nastał schyłek lipca i termin porodu zbliżał się nieubłaganie. Było wiadomo, że mama może urodzić w każdej chwili. Prosiła tatę, by ten nieco odpuścił, by nie angażował się tak w działania operacyjne, bo za chwilę będzie ojcem, a to ogromna odpowiedzialność. Niestety. On uparł się, że musi wziąć udział w Powstaniu Warszawskim. Zosia rozumiała go; gdyby nie była w ciąży, to z pewnością również miałaby w nim czynny udział. Przecież zanim nosiła mnie pod sercem, opatrywała rannych, udzielała pomocy wszędzie tam, gdzie była taka potrzeba.
Alojzy chciał być honorowy względem swojej ojczyzny. Obiecywał, że po powstaniu, które miało dla niego szczególne znaczenie, wreszcie odpuści, zajmie się ukochaną oraz owocem ich miłości.
Kiedy Zosia patrzyła w błękit jego oczu, była skłonna uwierzyć we wszystko, w każdą obietnicę. On twierdził, że niedługo najgorsze minie i roztaczał przed nią wizję przyszłości, w której to odbudowują kraj po wojnie oraz zakładają rodzinę, biorą ślub, wychowują wspólnie dzieci i cieszą się zwykłymi codziennymi sprawami bez obawy o własne życie.
Zosia czekała cierpliwie, modliła się, by dziecko wytrzymało, by urodziło się po powstaniu. Pragnęła mieć Alojzego obok siebie, gdy zacznie się poród. Ale natura rządzi się swoimi prawami. Gdy wybiła godzina „W”, Zosia poczuła pierwszy przeszywający skurcz. Zupełnie jakby to było z góry zaplanowane, jakby ktoś robił sobie żarty z ich uczucia czy też karał za to, że dziecko będzie bękartem.
Kiedy każdy, kto miał w sobie choć odrobinę odwagi i chęci do walki, stawał w pełnej gotowości, by zmierzyć się z wrogiem, Zosia w piwnicy krzyczała z bólu, rodząc swoją pierwszą córkę, czyli mnie. Czuwały przy niej inne kobiety, które skryły się tam wraz ze swoimi dziećmi. A moja matka odarta z godności i ubrań przez kilka godzin wydawała mnie na świat. Kiedy wreszcie nastąpił ten cud narodzin, zasnęła omdlała z cierpienia i braku sił.
