Tęsknoty jeża - Toon Tellegen - ebook + audiobook

Tęsknoty jeża ebook i audiobook

Toon Tellegen

3,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Pewnego dnia jeż, który często czuje się samotny, postanawia zaprosić do siebie wszystkie zwierzęta. Jednocześnie wzdryga się na samą myśl o tym, ponieważ obawia się, że coś może pójść nie tak. A co, jeśli słoń naprawdę się pojawi… Czy nie zniszczy wszystkiego? A jeśli żaba zacznie rechotać, czy ktokolwiek w ogóle usłyszy, co jeż ma do powiedzenia?

Co jest gorsze: niespodziewani goście czy bezsenność spowodowana oczekiwaniem na wizytę? Tak naprawdę istnieje ogromna różnica między pragnieniem czegoś a tego spełnieniem.

Może jeż po prostu powinien odnaleźć radość w swojej samotności.

Tęsknoty jeża to część bestsellerowej holenderskiej serii autorstwa Toona Tellegena, która podbiła cały świat. Książki z serii zostały przetłumaczone na ponad 35 języków, a w samej Holandii sprzedało się ponad milion egzemplarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 97

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 28 min

Lektor: Andrzej Ferenc

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Het ver­lan­gen van de egel

Copy­ri­ght © 2014, Toon Tel­le­gen. First publi­shed by Em. Querido’s Uit­ge­ve­rij, Amster­dam Copy­ri­ght 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Opara

All rights rese­rved

Redak­cja: Kata­rzyna Nowa­kow­ska Korekta: Kata­rzyna Dzie­dzicka, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: Bri­gitte Slan­gen Ilu­stra­cja na okładce: Getty Ima­ges Adap­ta­cja okładki i pro­jekt stron tytu­ło­wych: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8457-070-8

1

Pew­nego dnia, u schyłku jesieni, jeż sie­dział przy oknie swo­jego domu i wyglą­dał na zewnątrz.

Miesz­kał sam i nikt ni­gdy go nie odwie­dzał. A jeśli ktoś przy­pad­kiem zna­lazł się w pobliżu jego domu, pomy­ślał: „Zaraz, czy tu nie mieszka jeż?”, i zapu­kał do drzwi, jeż albo spał, albo tak długo zwle­kał z ich otwar­ciem, że ów ktoś zdą­żył już sobie pójść.

Jeż przy­ci­snął nos do szyby, zamknął oczy i pomy­ślał o zna­nych mu zwie­rzę­tach, które bez prze­rwy nawza­jem się odwie­dzały – nawet ot tak, po pro­stu, gdy żadne z nich nie obcho­dziło uro­dzin ani nie było żad­nego innego powodu do świę­to­wa­nia. „A co, gdy­bym to ja kogoś zapro­sił?” – pomy­ślał.

W końcu do tej pory jesz­cze ni­gdy tego nie zro­bił.

Otwo­rzył oczy i podra­pał się z tyłu głowy, mię­dzy ster­czą­cymi kol­cami. Pomy­ślał jesz­cze chwilę, po czym napi­sał list:

Dro­gie zwie­rzęta,

zapra­szam Was wszyst­kie do sie­bie w odwie­dziny.

Przy­gryzł pióro, znów podra­pał się po gło­wie i dopi­sał poni­żej:

Ale jeśli nikt nie przyj­dzie, to też nic się nie sta­nie.

Zmarsz­czył czoło.

Zasta­na­wiał się, czy gdy prze­czy­tają list, nie pomy­ślą, że wła­ści­wie wcale nie życzy sobie odwie­dzin. Albo że muszą jak naj­szyb­ciej się do niego wybrać, bo lada chwila się roz­my­śli… Bo cią­gle zmie­nia zda­nie…

„Nie wiem” – pomy­ślał.

Wło­żył list do szu­flady szafy i pokrę­cił głową. „Nie wyślę go” – zde­cy­do­wał. Jesz­cze nie.

2

Jesz­cze nie. Jeż znów usiadł przy oknie i zamy­ślił się nad tymi sło­wami: jesz­cze i nie.

Zda­wały się tań­czyć w jego gło­wie. Jesz­cze co jakiś czas roz­glą­dało się nie­pew­nie dookoła. Nie krę­ciło się w kółko, sta­ran­nie odmie­rza­jąc kroki.

Zamknął oczy. „W ten spo­sób lepiej je widzę” – pomy­ślał. Nie mocno ści­skało jesz­cze, a jesz­cze tuliło się do nie. Tań­czyły i nie widziały poza sobą świata.

Wtedy nie­spo­dzie­wa­nie otwo­rzyły się drzwi i ktoś wszedł do środka. Było to długo, zauwa­żył jeż. Roz­po­znał je po płasz­czu, który za nim powie­wał.

Długo pode­szło do jesz­cze i nie, wci­snęło się pomię­dzy i zaczęło z nimi tań­czyć.

Jeż wes­tchnął. Miał wra­że­nie, że do środka nagle weszło coś jesz­cze, coś nie­wi­dzial­nego. Coś, co jed­no­cze­śnie jest i czego nie ma.

„Nie­moż­liwe” – pomy­ślał. „To nie­moż­liwe. Nawet nie da się go zoba­czyć”.

Po chwili długo sobie poszło i do środka weszło wciąż. Miało na sobie grubą puchową kurtkę i kap­tur na gło­wie. Ono także wci­snęło się pomię­dzy jesz­cze i nie.

Jeż poczuł, że koła­cze mu serce, i wyda­wało mu się, że tań­czące słowa prze­su­wają się w jego stronę, że prze­ci­nają jego myśli, cze­goś od niego ocze­kują, coś chcą z nim zro­bić. Nie wie­dział tylko co.

Cała trójka wsko­czyła na stół i tań­czyła dalej, coraz szyb­ciej i bar­dziej gwał­tow­nie. Jeż ledwo mógł na to patrzeć. Miał już w myślach zamknąć oczy, a potem otwo­rzyć je w rze­czy­wi­sto­ści, wtedy jed­nak wciąż nagle znik­nęło.

Jesz­cze i nie zeszły ze stołu i sta­nęły nie­zde­cy­do­wane na ziemi. Popa­trzyły po sobie. Tań­czyć dalej? Jesz­cze unio­sło brwi, wpraw­dzie miało na to ochotę, ale nie pokrę­ciło głową.

Roz­legł się hałas. Drzwi otwo­rzyły się ponow­nie i do środka wszedł raz. Był pod­eks­cy­to­wany, pod­ska­ki­wał i szcze­bio­tał. Na gło­wie miał dziwne czer­wone piórko.

Chwy­cił jesz­cze oraz nie, które w mgnie­niu oka się uspo­ko­iły, i cała trójka zaczęła z ostrożna ze sobą tań­czyć.

W miesz­ka­niu jeża zapa­dła ciem­ność.

„Jesz­cze raz nie” – pomy­ślał jeż.

I nagle, gdy tak tań­czyły, wydały mu się wspa­niałe, pomy­ślał: „Tańcz­cie dalej, tańcz­cie do końca świata”. Bo poza tymi sło­wami wszystko spo­wite było w mroku.

3

„Harce i zabawy” – pomy­ślał jeż i znów otwo­rzył oczy. Dosyć tego. Tu cho­dzi o odwie­dziny, a to nie prze­lewki.

Poło­żył się na łóżku i pomy­ślał o leżą­cym w szu­fla­dzie liście.

„Być może wszy­scy odpi­szą, że nie przyjdą” – przy­szło mu do głowy. Na pewno mają ku temu swoje powody.

Już widział, jak spod drzwi wpa­dają do środka dzie­siątki listów. Pod­no­sił je i czy­tał jeden za dru­gim:

Jeśli mam przyjść z wizytą, życzę sobie trzy­pię­tro­wego cia­sta mio­do­wego obto­czo­nego w cukrze, z fon­tanną na czubku, z któ­rej będzie wypły­wać śmie­tana, i z lukro­wym nie­bem ponad nią; choć raczej nie sądzę, żebym przy­szedł.

Już raz przy­szłam, żeby Cię odwie­dzić, ale mi nie otwo­rzy­łeś. Widzia­łam przez okno, jak pospiesz­nie cho­wasz się pod łóż­kiem.

Dzię­kuję za zapro­sze­nie! Przyjść do Cie­bie w gości – jak miło! Aż pod­sko­czy­łem z rado­ści, gdy prze­czy­ta­łem Twój list. W odwie­dziny do jeża… Mimo to nie przyjdę.

Nie wydaje mi się, żebym przy­szła, choć jesz­cze nie wiem dla­czego.

Przyjdę, ale w myślach.

W miej­sce wizyty załą­czam pozdro­wie­nia.

Jeż wes­tchnął. Oczy­wi­ście, że nikt nie przyj­dzie.

Poło­żył list na ziemi przy łóżku i odwró­cił się na plecy. Czuł zara­zem ulgę i smu­tek. „Samot­ność jest czę­ścią mnie – pomy­ślał – tak samo jak kolce. Gdy­bym zamiast nich miał skrzy­dła, nie czuł­bym się aż tak samotny. Fru­wał­bym sobie, gdzie tylko bym chciał, i niczego wię­cej bym nie pra­gnął”.

Chciał pójść spać, ale nie mógł zasnąć. „Może jed­nak przyjdą” – pomy­ślał.

Zadrżał, wstał i zapa­rzył her­batę. Tylko dla sie­bie. Dwie fili­żanki.

4

Po wypi­ciu her­baty wyjął z szu­flady list i go prze­czy­tał.

„A może przyjdą już jutro – zasta­no­wił się – wszy­scy jed­no­cze­śnie. Z samego rana”.

Zro­biło mu się zimno i odło­żył list na bok. Już sły­szał, jak zwie­rzęta nad­cho­dzą, cały las zda­wał się trząść z pod­eks­cy­to­wa­nia.

Zwie­rzęta tło­czyły się pod jego drzwiami i wołały jedno przez dru­gie: „Jeżu, jeste­śmy! My, twoi goście! Dzię­ku­jemy za zapro­sze­nie! Przy­szły­śmy wszyst­kie, co do jed­nego!”.

Otwo­rzyły drzwi na oścież i tłum­nie ruszyły do środka. Więk­szość z nich przy­szła, przy­le­ciała lub przy­peł­zła, lecz szczu­pak i karp, a nieco póź­niej także wie­lo­ryb i rekin, przy­pły­nęły wraz z wielką falą, która przy oka­zji wdarła się do środka.

– Ależ tu miło, jeżu! – wołały zwie­rzęta. – Jest może her­bata? A cia­sto?

Zwie­rząt było za dużo, aby naszy­ko­wać dla nich wszyst­kich her­batę. Do tego jeż miał tylko jedno małe odstałe cia­sto. Bez­rad­nie roz­ło­żył ręce.

– Nic nie szko­dzi – krzyk­nęły zwie­rzęta. – Za to sobie potań­czymy.

Objęły się ramio­nami i zain­to­no­wały:

– Jeste­śmy w gościach, w gościach u jeża. Wpraw­dzie nie ma her­baty, ale mamy wszystko, czego nam trzeba. – I zaczęły tań­czyć wokół stołu.

– Nie boicie się mnie? – spy­tał jeż i nastro­szył kolce naj­bar­dziej, jak tylko potra­fił.

– Nic z tych rze­czy – zakrzyk­nęły zwie­rzęta. – Jeste­śmy zbyt szczę­śliwe, żeby się bać.

Wciąż tań­czyły, gdy nagle zarwała się pod nimi pod­łoga, a z powsta­łej w ten spo­sób dziury wyszli kret z dżdżow­nicą, woła­jąc, że oni także przy­szli z wizytą. Przy­nie­śli ze sobą błotne cia­sto, które według nich pozo­sta­wało zdatne do spo­ży­cia przez wiele lat, ale które jed­no­cze­śnie musiało zostać nie­zwłocz­nie zje­dzone.

– Kto by pomy­ślał? – dobie­gały zewsząd okrzyki.

„Na pewno nie ja” – pomy­ślał jeż. Ukrad­kiem wyszedł na zewnątrz i wczoł­gał się w zaro­śla za swoim domem.

Wkrótce potem zwie­rzęta prze­stały tań­czyć. Zatę­sk­niły za nim.

– Jeżu, jeżu! – wołały.

Ich okrzyki nio­sły się daleko po lesie, tak że nawet wiel­błąd i ter­mit czym prę­dzej przy­bie­gli z pustyni, nie chcąc niczego prze­ga­pić.

– Jeżu, jeżu, jeżu… – wołały bez prze­rwy wszyst­kie zwie­rzęta.

Ale jeż tylko wszedł jesz­cze głę­biej w zaro­śla.

Pokrę­cił głową, zmie­nił „Was wszyst­kie” na „jedno z Was”, przed tym dodał jesz­cze „co naj­wy­żej” i ponow­nie prze­czy­tał swój list.

5

„Nie – pomy­ślał. – Na­dal ist­nieje ryzyko, że wszy­scy przyjdą naraz”.

Przy­gryzł pióro i chwilę się zasta­no­wił. „Jeśli nie wyślę listu, to tak czy ina­czej nikt nie przyj­dzie. Co do tego mam pew­ność. Nie zja­wią się ot tak, bez zapro­sze­nia”.

Na jego czole wystą­piły głę­bo­kie zmarszczki. „Naprawdę się mnie boją – uzmy­sło­wił sobie – nie mają tylko odwagi mi tego powie­dzieć. Moje kolce budzą w nich postrach. Gdy się spo­ty­kają, mówią do sie­bie, że cokol­wiek by się wyda­rzyło, nie przyjdą do mnie z wizytą”.

– Cho­dzę w odwie­dziny do wszyst­kich, tylko nie do jeża.

– Ja też nie.

– Te jego kolce…

– Tak, te straszne kolce…

– Wiesz, na co mu one?

– Nie.

– Żeby nas odstra­szyć.

– Doprawdy?

– Ależ tak.

Jeż z powro­tem odło­żył list.

„Mają rację – pomy­ślał – odstra­szam innych”. Zadrżał, a jego kolce się zako­ły­sały.

Miał poczu­cie, jakby w środku niego ktoś bie­gał w tę i z powro­tem, potrzą­sa­jąc wszyst­kim, co napo­tkał na swo­jej dro­dze, i chciał się wydo­stać. „Wcale nie budzę postra­chu!” – wykrzy­czał w myślach jeż.

Zapra­gnął otwo­rzyć drzwi, sta­nąć na zewnątrz na pal­cach i zawo­łać: „Zwie­rzęta! To ja! Jeż! Jestem bar­dzo miły! Nie odstra­szam!”.

Wów­czas otwo­rzy­łyby się im oczy i odkrzyk­nę­łyby mu chó­rem: „Jeżu, masz rację! Nikogo nie odstra­szasz! Nie mógł­byś! Jesteś naj­mil­szym zwie­rzę­ciem, jakie znamy. Jeśli nas zapro­sisz, wszyst­kie przyj­dziemy do cie­bie z wizytą. Twoje kolce o niczym nie świad­czą…”.

Jeż poczuł, jak na jego czole pomię­dzy kol­cami powstają jesz­cze głęb­sze zmarszczki, a wtedy dopi­sał pod listem:

Moje kolce o niczym nie świad­czą!

Przy­gryzł pióro, zadu­mał się i znów odło­żył list do szu­flady.

„Moje kolce jed­nak o czymś świad­czą – doszedł do wnio­sku – moje kolce świad­czą o czymś waż­nym”.

Ski­nął głową. „Waż­niej­szym niż ja sam”.

6

„Być może w tej wła­śnie chwili zwie­rzęta na całym świe­cie odwie­dzają sie­bie nawza­jem” – pomy­ślał chwilę póź­niej. Może nawet pytają jedno dru­gie:

– Tak mię­dzy nami, nie wybie­rasz się przy­pad­kiem w odwie­dziny do jeża?

– Nie, a ty?

– Nie, ja też nie. Nie zapro­sił mnie do sie­bie.

– Mnie też nie.

– Szkoda, co?

– Tak, wielka szkoda.

– Gdyby mnie zapro­sił, to bym poszedł.

– Ja też.

– Na pewno to wie.

– Tak. Skoro on nas nie zapra­sza, my też go nie zapra­szamy.

– Otóż to.

Po czym wzru­szają ramio­nami. Wła­śnie teraz. W tej chwili. W każ­dym zakątku lasu. I w morzu. Na pustyni. Za górami. Wszy­scy wszyst­kich odwie­dzają, tylko nie mnie. Tań­czą, a w mię­dzy­cza­sie dys­ku­tują na mój temat i wzru­szają ramio­nami.

Jeż poczuł, jak ogar­nia go doj­mu­jący smu­tek. Wyszedł na zewnątrz i nasłu­chi­wał, czy skądś nie dobie­gają odgłosy przy­ję­cia.

Ale w lesie pano­wała cisza. Daleko w oddali usły­szał, jak z drzewa spada słoń, a nieco bli­żej, jak żaba usi­łuje wykum­kać kilka nut, które są dla niej za wyso­kie. Nie dostrzegł za to żad­nych oznak świad­czą­cych o trwa­ją­cym aku­rat przy­ję­ciu albo o zwie­rzę­tach, które wła­śnie prze­by­wają u sie­bie z wizytą.

Wtedy się zasta­no­wił: „Być może nastał koniec wszel­kich wizyt, może od dzi­siaj są zabro­nione”.

Wyobra­ził sobie ogromne tablice z napi­sem:

OD DZI­SIAJ CHO­DZE­NIE W ODWIE­DZINY DO INNYCH JEST SUROWO ZABRO­NIONE

i

OD DZI­SIAJ PRZYJ­MO­WA­NIE WIZYT JEST SUROWO ZABRO­NIONE

Być może nikt już nikogo nie odwie­dza i zwie­rzęta tylko pisują do sie­bie listy, ale i te stają się coraz rzad­sze i krót­sze:

Dzień dobry, jeżu,

to wszystko.

oraz:

Droga mucho,

jeż.

I nic wię­cej.

W takim przy­padku też nie musiałby nikogo zapra­szać.

Nad­sta­wił uszu. Wyda­wało mu się, że sły­szy, jak prze­peł­nione smut­kiem zwie­rzęta wzdy­chają w oddali, w końcu niczego nie lubią robić bar­dziej niż cha­dzać do sie­bie w odwie­dziny i pisać listy.

Ale zakaz to zakaz.

„Co powi­nie­nem zro­bić?” – zada­wał sobie pyta­nie. Wycią­gnął z szu­flady list, prze­czy­tał go dwu­krot­nie, spoj­rzał na palce u stóp, zamy­ślił się, po czym odło­żył go z powro­tem.

„Nie wiem” – stwier­dził.

7

Jeż sta­nął przed szafą, pomy­ślał o liście i pokrę­cił głową. Po chwili jed­nak zmie­nił zda­nie, ski­nął, znów pokrę­cił głową, po czym jesz­cze raz ski­nął.

Cza­sami powta­rzał ten rytuał aż sto razy w ciągu dnia. „Jedyne, czego jestem pewien – myślał – to że moje zda­nie nader czę­sto się zmie­nia, a ja tylko przy­glą­dam się mu z boku i nie mam nic do powie­dze­nia na jego temat”.

Odkaszl­nął, wypro­sto­wał się i pomy­ślał o zwie­rzę­tach, które dobrze znał i które na pewno przy­szłyby go odwie­dzić, gdyby tylko je zapro­sił.

Weźmy takiego chrząsz­cza… Podra­pał się po poty­licy.

„Nie – pomy­ślał – zapo­mi­nam się, chrząszcz na pewno by nie przy­szedł, nie­chęt­nie odczy­tałby moje zapro­sze­nie. Ot, ktoś, kto cze­goś od niego chce. W odpo­wie­dzi napi­sałby tak:

Drogi jeżu,

nie przyjdę do Cie­bie z wizytą.

Chcesz, żebym coś dla Cie­bie zro­bił.

Chcesz skóry pozba­wio­nej kol­ców.

Albo dwóch czuł­ków na gło­wie (kto by nie chciał).

Albo poru­szać się bez­sze­lest­nie.

Albo wszystko to naraz.

Dla­czego nie pozo­sta­niesz taki, jaki jesteś?

Samotny, niczego nie­pewny, tro­chę nie­szczę­śliwy,

a tro­chę jed­nak tak?

Dla­czego nie wymy­ślisz sobie zwie­rząt, które by Cię odwie­dziły,

poroz­ma­wiały z Tobą, zatań­czyły, powie­działy, że lubią Twoje towa­rzy­stwo,

o wiele bar­dziej, niż przy­pusz­czały?

Chrząszcz

Dokład­nie tak by napi­sał” – pomy­ślał jeż.

Znów ski­nął głową i napi­sał odpo­wiedź do chrząsz­cza:

Drogi chrząsz­czu,

dzię­kuję za Twój list.

Masz rację: chcę wszyst­kich tych rze­czy.

Wymy­ślę sobie gości i pozo­stanę taki, jaki jestem.

Jeż

Napi­sał ten list od nowa jesz­cze dzie­sięć razy, za każ­dym razem coś opusz­cza­jąc, aż z jego pier­wot­nej tre­ści nie zostało pra­wie nic.

„To bez róż­nicy – stwier­dził – chrząszcz i tak nie przyj­dzie, co do niego aku­rat jestem pewien”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki