Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Daumnum to najmłodszy z braci, spokojny i stroniący od przygód. Nie interesują go chłopięce zabawy, geografia krainy, w której mieszka ani sztuki walki. Jednak pewnego dnia za namową brata postanawia podjąć się wyzwania i zostać rycerzem. Nie jest to proste do osiągnięcia. A z pewnością nie jest to misja dla młodego mężczyzny, który wcześniej nie miał takich ambicji i nie wykazuje predyspozycji do podołania takiemu zadaniu… Główny bohater jednak postara się dotrzymać obietnicy, jaką złożył starszemu bratu. Jego zmagania, aby zostać rycerzem, przerodzą się w swego rodzaju podróż, której prawdziwym celem będzie dojrzewanie i poznanie siebie.
„Terantik. Wyspa Równin” to interesująca propozycja zarówno dla miłośników fantasy, jak i czytelników, którzy dopiero poznają tej gatunek. Powieść wyróżnia się bogatym światem przedstawionym i zajmująco nakreślonymi bohaterami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 401
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opieka redakcyjna
Agnieszka Gortat
Redaktor prowadzący
Ewa Tadrowska
Korekta
Słowa na warsztatAgata Czaplarska
Opracowanie graficzne i skład
Marzena Jeziak
Projekt okładki
Aleksandra Sobieraj
© Copyright by Mikołaj Stępniak© Copyright by Borgis 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Wydanie I
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68768-47-3ISBN (e-book) 978-83-68768-48-0
Wydawca
Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis
Wydrukowano w Polsce
Druk: Sowa Sp. z o.o.
To dla Ciebie babciu.Dziękuję za wszystko.
Ostatnie dni spokoju
Table of Contents
Cover
Ostatnie dni spokoju
Damnum otworzył oczy. Zasłaniając dłońmi promienie słońca dostające się przez małe okno, szukał źródła dźwięku, który wybudził go ze snu. Przy wejściu do pokoju stał ojciec, który zmęczonym wzrokiem patrzył w jego stronę. Ze skrzyżowanymi rękoma czekał, aż chłopiec stanie przed nim i będzie gotowy.
– Przepraszam, ojcze... czy coś się stało? – powiedział ospale chłopiec. Walczył ze swoim ciałem, gdyż jego powieki, nieprzyzwyczajone do blasku porannego słońca, usilnie chciały się zamknąć, a mięśnie nóg skulił.
– Już pora, żebyś wychodził... Nawet można powiedzieć, że zaspałeś. – Westchnął mężczyzna, kończąc zdanie z przymrużonymi oczami, po czym wziął glinianą miskę, w której znajdowały się resztki orzeszków, i wyszedł z pokoju.
Damnum rozluźnił się i ze spokojem rozejrzał po pokoju, szukając przygotowanych rzeczy na wyprawę. Cały czas dręczył go wzrok ojca, który miał w sobie nie zmęczenie, co zwykle u niego bywało, a nowe, drażniące myśli chłopca, uczucie, którego nie potrafił opisać. Wyruszali w las, dlatego starannie ubrał się w strój łowiecki. Wybrał go, ponieważ był zrobiony z o wiele lżejszej skóry niż inne ubrania, co pozwalało mu na wykonywanie zwinniejszych ruchów w gęsto zarośniętym terenie.
Gotowy stanął przy wejściu. Powitał go ostry, gorzki zapach. To mama ubijała zioła lecznicze, natomiast siostra Mikka bawiła się małą kopią gitary wykonaną i podarowaną przez niego w dniu jej ósmych urodzin. Zerkał w poszukiwaniu ojca, lecz tu go nie było, jedynie ruszające się jeszcze koraliki ze słomy, służące jako drzwi, świadczyły o tym, że musiał wyjść na zewnątrz.
– Czy spałeś dobrze, Damnumie? – zapytała go mama, odkładając drewniane zielarskie szczypce.
– Cały czas męczyła mnie wystająca deska – odpowiedział z uśmiechem, po czym przywitał się z siostrą, całując ją w czoło.
Czuł woń świeżej pokrzywy w powietrzu. Był to naturalny zapach w ich domu, ponieważ mama była zielarką we wsi Damnuma, a ta roślina miała najwięcej właściwości leczniczych ze wszystkich ziół i występowała w pobliskich lasach. Wziął głęboki wdech i podszedł do koralikowych drzwi.
– Wrócisz późno?
– Nie wiem... pewnie tak. – Westchnął, patrząc na zwisające z sufitu skóry królików. – Na początek mamy iść na wzgórza, żeby sprawdzić moją kondycję, a potem czyste ćwiczenia.
– Rozumiem, uważaj na siebie, Dam. – Kiwnęła głową ze zrozumieniem, jednocześnie zabierając Mikce pudełko z wanilią, która była ulubionym przysmakiem małej.
– A to dopiero pierwszy dzień... – Obserwował, jak jego siostra siłowała się z mamą, próbując ukryć wanilię za gitarą. Ten widok go rozweselił i na chwilę oddalił myśli o nadchodzącej podróży. Promienie słońca bijące prosto w jego oczy przez kuchenne okno przypomniały mu jednak o ojcu. Wziął więc sakwę wypełnioną wodą i ostatni raz spojrzał w stronę rodziny. – Będę się zbierał... Mikka, bądź grzeczna.
Dziewczynka na jego słowa uniosła głowę i uśmiechnęła się, co prawdopodobnie znaczyło zgodę.
– Postaram się zdążyć na twój wieczorny śpiew, nie chcę go przegapić. Dlatego nie zaśnij za wcześnie! – powiedział z entuzjazmem, na co Mikka ucieszyła się i brzdąknęła parę razy na gitarce.
Damnum wyszedł z domu i od razu poczuł powiew wiatru. Ojciec czekał na niego przed bramą południową, rzadziej używaną, lecz stanowiącą jedyne wejście do lasu. Zazwyczaj korzystali z niej tylko łowcy.
Jego wioska była wielka, choć nie mieszkało w niej aż tylu ludzi, jak można by sądzić. Większość jej terenów stanowiły pola uprawne, które sięgały nawet do dróg kupieckich, wijących się daleko stąd. Granic nie wyznaczały żadne mury, oprócz dwóch bram: jednej na północy, a drugiej na południu. Domy stały blisko siebie, tworząc owalny kształt osady. Na jej środku było małe wzgórze zieleni, pełne kwiatów i leśnych jagód, na którym rósł też potężny dąb – symbol jedności tej wsi.
Wszyscy znali się tu tak dobrze, że nie potrzebowali żadnych ogrodzeń wokół swoich domów, woleli w zamian sadzić kwiaty. Niektórzy starsi mieszkańcy wysiewali pod swoimi oknami po jednym nasionku z każdego gatunku warzyw. Była to ich stara tradycja mówiąca, że jeśli gospodarz jest dobry i poczciwy, to te nasiona urosną szybciej niż te na polach. Z warzyw tych gotuje się potem zupę dla całej wioski. Dzięki takiemu umiłowaniu do roli, jak i uczciwości tutejszych ludzi mijający osadę handlarze nazywali ją „wioską odpoczynku”. Oczywiście odpoczynek był tylko dla wędrownych, praca na roli wymagała nieustającego wysiłku.
Damnum podszedł do bramy, witając się jednocześnie z ludźmi, którzy szli do pracy na pola. Poranne słońce, wychodzące zza drzew, oślepiało go, dlatego dopiero po chwili zauważył, że przy wyjściu oprócz ojca stał również jego brat. Rozmawiali. Gdy podszedł do nich, zobaczył, że ojciec był zdenerwowany, marszczył swoje grube brwi, ale zauważywszy swojego młodszego syna, zmienił szybko swój nastrój, odchrząkując przy tym na boku.
– Damnum, bracie! – pozdrowił go głośno Edward i przytulił z całych sił do siebie. Przewyższał chłopca o głowę, ale był od niego o wiele chudszy. Miał długie czarne włosy zawinięte z tyłu głowy. Cieszył się z widoku młodszego brata. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, tak samo jak błysk zielonych oczu. Dumnie pokazywał swoją kozią bródkę. Dawała mu nadzieję, że któregoś dnia na jego twarzy zawita piękna bujna broda, o której marzył, będąc jeszcze dzieckiem.
– Ileż można spać?! – Zaśmiał się, dając ojcu do ręki brzęczący mieszek. – Wiesz, że w stolicy budzimy się o świcie? Nawet nie myśl, że będziesz tak spał w zamku!
Ojciec Damnuma otworzył lekko worek i spojrzał nieregularne kształtem, mieniące się złote monety.
– Nie sądzisz, że to trochę za wcześnie? – zapytał Edwarda, krzywiąc się w stronę woreczka. – Nie wiadomo, czy go przyjmą... zresztą... może Damnum chce zostać tutaj w wiosce?
Zwrócił się do najmłodszego syna z nadzieją, że ten mu przytaknie, lecz Edward, nie gubiąc uśmiechu z twarzy, zbliżył się do brata.
– O nie, nie pozwolę, by mój brat marnował swój potencjał! – odpowiedział stanowczo i klepnął go w plecy tak mocno, że chłopiec prawie stracił równowagę. – To wojownik i przyniesie dumę naszej rodzinie! Zresztą... poprosiłem już Perdita, by poparł mój pomysł, a starostwo w stolicy przystało na to! Pamiętałem o wszystkim! – dodał.
Zdumienie opanowało twarz ojca. Jego usta trzęsły się, jakby chciał powiedzieć jeszcze jakieś ostatnie słowo za tym, by Damnum został z nim w wiosce, jednak wiadomość, że jego synowie poprosili o to samo starostę, odebrała mu mowę. Edward czekał na jego odpowiedź, lecz ten westchnął tylko i odwrócił wzrok, czując w duchu, że przegrał.
Perdit to trzeci z braci, młodszy od Edwarda i starszy od Damnuma. Jego zdolności zauważył sam władca w czasie turnieju młodych serc, organizowanym co dwadzieścia lat na wyspie. Jego sztuka walki oraz władanie bronią, były tak czyste i poprawne, że już w młodym wieku wyruszył do stolicy, by uczyć się u boku syna władcy. Mówiono, że obudził swój żywioł. Jest znany na całej wyspie.
Edward poszedł do konia, by jeszcze raz przejrzeć swoją torbę, chciał mieć pewność, że niczego im nie brakuje. Ojciec patrzył z łzami w oczach na swojego najmłodszego syna. Pamiętał dokładnie, jak odprowadzał na pierwsze treningi jego starszych braci. Nie zgadzał się z decyzjami synów, lecz był dumny z ich dokonań i tylko ta duma mu pozostała.
Po powrocie Edwarda ojciec otworzył bramę i punktualnie, gdy słońce całkowicie wyszło zza drzew, bracia wyruszyli przed siebie. Gdy Damnum odwrócił się, zobaczył, że nawet Mikka, trzymając za rękę mamę, wyszła, by ostatni raz pomachać mu na drogę.
Tego dnia niebo było czyste. Ptaki latały, ogrzewając swoje skrzydła promieniami jesiennego słońca. Bracia szli przez las, który otaczał wioskę. Był on gęsty i obfity w zwierzynę, a przeważały w nim grube i stare drzewa liściaste. Często las ten był celem myśliwych, niektórzy nawet nocowali w wiosce, by następnego dnia z samego rana pójść na upragnione łowy.
Po pewnym czasie młodzieńcy skręcili z głównej drogi na mniej ubitą ścieżkę, prowadzącą głębiej w las.
– Gdzie zaczniemy trening? – zapytał Damnum, poprawiając jednocześnie swój pasek.
– Pójdziemy do Puszczy Wilków – odparł Edward, ciesząc się jak dziecko.
Damnumowi nie spodobała się jednak ta odpowiedź.
– Czemu akurat tam? – Zaniepokoił się tak bardzo, że prawie wypuścił swoją torbę. – Nikt tam nie podróżuje, nie mówiąc już o tym, że jest tam niebezpiecznie!
– Dziękuję, że wyręczyłeś mnie w odpowiedzi, bracie. – Uśmiechnął się do niego Edward. – Właśnie dlatego tam: cisza, spokój... i okazja do wypraktykowania miecza na bandytach.
– Nawet myśliwi nie chcą tam chodzić. – Damnum nie dawał za wygraną, nie chciał tam odbywać treningu. Słyszał straszne historie od starszych w wiosce; o łowczych błądzących w gęstości krzewów i drzew, którym już nigdy nie dane było zobaczyć swojej wioski, albo o wilczych duchach szukających zemsty na ludziach i zwierzętach za swoją śmierć od strzały myśliwego. Dowodem, że starsi mówią prawdę, miał być skowyt wilków w środku nocy dochodzący z tamtych terenów. Nie wyły one jednak normalnie, tak jak to miały w zwyczaju, lecz jakby obdzierano je ze skóry. Mówi się, że oznacza to znalezienie i pochwycenie swojej ofiary. Chłopiec nigdy nie odważył się wyjść w nocy i samemu sprawdzić, czy to prawda, ale wierzył starcom.
– Wojownicy nie są jak myśliwi – powiedział z dumą w głosie Edward, bijąc się jednocześnie w pierś. – Przestań wymyślać wymówki i poczuj ten zapach lasu, te odgłosy natury... piękne warunki na trening.
Edward był dumny z tego, że służy jako rycerz w stolicy, od zawsze było to jego marzenie. W dzieciństwie cały czas trenował walkę na miecze. Gdy miał wolną chwilę od pracy, udawał, że patroluje teren, a nawet uczył się musztry i hymnów. Jego bracia byli wtedy zbyt młodzi na treningi, więc prosił starszych chłopów z wioski o sparing. Gdy zaś wojsko przejeżdżało nieopodal, zawsze zdawał raport, czy nie ma żadnych zasadzek po drodze, dzięki temu zdobył sympatię u rycerzy i niejaką sławę, co pomogło mu w rycerskim sprawdzianie.
Gdy dotarli do miejsca, gdzie Edward chciał rozpocząć naukę, dał Damnumowi czas na odpoczynek ponieważ szli długą i po jakimś czasie nierówną drogą przez las. Polem treningowym była niewielka, porośnięta dziką trawą polana na szczycie jednego ze wzgórz. Przypominała bardzo arenę, z równym, gdzieniegdzie piaszczystym placem pośrodku, który otaczały gęsto rosnące drzewa. Z boku znajdowało się nawet miejsce na ognisko, z naszykowanymi kamieniami i drewnem. Edward podszedł do jednego z drzew i wyjął z opuszczonej dziupli schowaną przez niego wcześniej broń: topory jedno- i dwuręczny, łuk z kilkoma strzałami, miecz dwuręczny specjalnie obciążony, by oddać w walce jego prawdziwy ciężar, młot i jeszcze jeden dodatkowy miecz.
– Dobra, to zaczynajmy. – Klasnął w ręce, z ekscytacją patrząc na swojego brata. – Widzisz, masz przed sobą najpopularniejsze formy broni, oczywiście drewniane dla naszych treningów. Zauważyłem już w czasie drogi, że masz w sobie potrzebne pokłady siły, co jest kluczowe! – podkreślił. – Ale nie wiesz pewnie jeszcze, jaką bronią ci jest najłatwiej walczyć i którą będziesz miał zawsze przy sobie... dlatego wypróbujemy wszystkie.
Damnum zgodził się i zastanowił, którą broń wybrać. W końcu zdecydował się na miecz, ponieważ miał z nim jakie takie doświadczenie. Widoczne było to w czasie walki, doskonale parował ataki starszego brata. Edward pochwalił go, po czym kazał mu wybrać inną broń i tu zaczął się problem. Każdy pojedynek kończył się dla Damnuma fatalnie. Chłopak nie wiedział, jak poprawnie trzymać poszczególne narzędzia walki, ciężko mu było wyprowadzać ataki i je odbijać, jednocześnie utrzymując właściwą pozycję i postawę. Do tego przewracał się o własne nogi albo tracił równowagę po wyprowadzeniu ciosu. Jego brat, widząc to, zarządził chwilę odpoczynku. Podał mu sakwę z wodą, a sam ważył w ręku pozostałe bronie.
– Nie tego oczekiwałem – przyznał Edward, spoglądając na brata. – Nie umiesz walczyć żadną z broni i choć mieczem dawałeś radę odeprzeć moje ciosy, to nie wyprowadziłeś żadnego sensownego ataku, jeśli w ogóle chciałeś go wyprowadzić.
– Po prostu nie umiem atakować, nic na to nie poradzę – powiedział zdyszany Damnum, łapczywie pijąc wodę.
Edward westchnął.
– Za tydzień sprawdzian... Myślałem, że lepiej się przygotowałeś – przyznał, patrząc mu w oczy.
– Przepraszam... – Damnum schylił głowę ze zmęczenia. Wstydził się tego, jak zaprezentował się bratu, czuł, że go zawiódł.
Edward usiadł przy nim i napił się wody. Wpatrywali się w czerwone niebo, zabarwione przez zachodzące słońce. Ptaki dawno pochowały się do swoich gniazd, tylko od czasu do czasu powietrze przecinał świst spłoszonych skrzydeł. Gdzieś z głębi lasu słyszeli odgłosy jakichś zwierząt, niektóre w poszukiwaniu jedzenia nawet podchodziły w ich stronę.
– Piękne miejsce... – rzekł z podziwem Damnum.
– Wiem, dlatego je wybrałem. Tutaj uczyłem się z ojcem, gdy zaczynałem. – Edward wskazał drzewa pokryte śladami cięcia mieczem. – Moja celność była na najwyższym poziomie... – zażartował, próbując podnieść na duchu Damnuma po nieudanym treningu, co niestety nie dało upragnionego skutku.
– Czy gdy trenowaliście... ty lub Perdit... miał ktoś z was takie same problemy jak ja?
Edward chciał powiedzieć coś, co by mu poprawiło humor, lecz nic nie wymyślił i tylko pokręcił przecząco głową.
– Widocznie ja i Perdit mieliśmy talent... A... ale spokojnie, to pewnie dlatego, że trenowaliśmy więcej niż ty – dodał od razu, gdy zobaczył smutek w oczach młodszego brata. Westchnął cicho. – Słuchaj, nie musisz zająć pierwszego miejsca... po prostu dostań się do koszar i potem w stolicy będę mieć więcej czasu dla ciebie. Wcale nie musisz mieć talentu. Ciężka praca to klucz do sukcesu! Spokojnie dorównasz do mojego poziomu! – próbował go pocieszyć.
– Sprawdzian będzie w stolicy?
– Tak, będą to pojedynki jeden na jednego wybraną bronią. Musisz dwa razy wygrać i już biorą cię na szkolenia do stolicy. To nie będzie trudne.
Damnum odzyskał humor i na jego twarzy pojawił się nawet uśmiech. Nie zauważyli, kiedy słońce zaszło już za drzewa i nastał wieczór. Niezliczone ilości gwiazd pojawiły się na niebie, które było nieskazitelnie czyste, bez najmniejszej chmury. Wiatr lekko kołysał liśćmi, a wokoło panowała cisza, którą przerywały tylko trzaski z ogniska. Edward nucił swoją ukochaną melodię, którą któregoś razu usłyszał od Mikki. Była spokojna i piękna, koiła serce jak nic innego.
– Boli mnie, że nie zdążę na jej koncert – mruknął Damnum, wpatrując się w płomienie.
– Jeśli zostaniemy tu na noc, będziemy mogli jutro dłużej poćwiczyć – oznajmił Edward i dołożył drewna do ogniska. – Pojutrze wyjeżdżam... więc jutro będzie nasz ostatni trening.
Damnum się zaniepokoił.
– Ale mieliśmy trenować codziennie... – rzekł z wyrzutem. – Nie dam rady przejść sprawdzianu, jeśli nie będziesz mnie uczył...
– Spokojnie, jutro pokażę ci proste ćwiczenia. Będziesz je powtarzał i dasz radę – odparł chłodno.
– Ale będziesz wtedy w stolicy?
Po tym pytaniu Edward pomyślał chwilę i jeszcze raz ciężko westchnął.
– Nie, wyruszam na zachód kontynentu... Tam muszę patrolować pewne miejsce, dostałem takie zadanie już bardzo dawno temu. W sumie to rzadko bywam w stolicy... – Widział zaniepokojenie na twarzy Damnuma, przypomniał sobie, że przecież obiecał mu codzienne treningi. – Ale spokojnie, poproszę, by dano mi przerwę i wtedy poćwiczymy od świtu do wieczora...
– Od świtu do wieczora... – powtórzył jak echo Damnum. – Czy to prawda, że Perdit dał radę przywołać swojego patrona?
Edward ucieszył się na to pytanie, nie chciał dłużej ciągnąć tematu swojej nieobecności w stolicy.
– Nie, to tylko plotka. Rozmawiałem z nim i na razie udało mu się tylko obudzić swój żywioł. Myślę, że jeszcze długa droga przed nim.
– A ty go obudziłeś?
– Tak, i to już dawno. – Zaśmiał się. – Moim żywiołem jest ziemia, a Perdita wiatr – uprzedził następne pytanie. – Są bardzo duże szanse, że ty też go odnajdziesz. Musisz być tylko cierpliwy i ciężko trenować!
Damnum poczuł ekscytację, rozmyślał o tym, jaki będzie jego żywioł. Tak samo jak bracia pragnął mieć wiatr lub ziemię, co pomogłoby mu stać się silnym.
W międzyczasie Edward zaczął przygaszać ognisko, by łatwiej dało się je kontrolować.
– Dobrze, idź spać. Jeśli chcemy jutro trenować od świtu, musisz być wypoczęty – powiedział, dając mu swoją torbę, która była na tyle miękka, że mógł oprzeć o nią głowę do snu. Sam usiadł obok niego i czuwał przy ognisku. Gdy zobaczył, że jego brat już śpi, przygasił jeszcze bardziej płomienie, tak że światło dawały tylko malutkie iskierki wylatujące z paleniska. Wpatrywał się w nie, powoli zasypiając.
* * *
Następny dzień był ciężki dla Damnuma. Brat obudził go, gdy słońce chowało się jeszcze za drzewami. Zeszłej nocy przed snem Edward poprawił wyrytą w korze tarczę, która służyła mu do treningów, gdy jeszcze mieszkał w wiosce. Podał chłopcu łuk i kazał pokazać, co potrafi.
Damnum nie radził sobie zbyt dobrze, żadna strzała nie trafiła środka tarczy, a tylko niektóre zdołały ją w ogóle przebić. Edward starał się dawać rady młodszemu bratu, ale nawet z ich pomocą chłopak nie zdołał wykonać poprawnej serii przynajmniej pięciu celnych trafień. Trening strzelecki trwał aż do południa, kiedy bracia zrobili sobie przerwę na łyk wody i lekki posiłek z resztek, które zostały z poprzedniego dnia.
– Władanie łukiem jest ważne, gdy twój przeciwnik jest daleko od ciebie lub walczy bronią o dużym zasięgu. Musisz znać chociaż podstawy, jak go trzymać, poprawnie naciągnąć, pozycja ciała. Dzięki temu w niebezpiecznych sytuacjach będziesz mógł go używać do rozpoczęcia walki, by zmusić przeciwnika do zmniejszenia dystansu lub obrony. Nigdy nie wiadomo, kiedy stracisz swoją broń – mówił, pokazując mu, jak on strzela z łuku, by zobaczył, jak to wygląda poprawnie.
Następnie ćwiczyli pojedynki, tak samo jak wczorajszego dnia. Pogoda dopisywała, nie było wiatru, słońce kryło się za chmurami, a gdy czasami wychodziło, drzewa dawały cień na całe pole treningowe. Nawet te doskonałe warunki nie pomogły Damnumowi wykazać się w walce. Jedyne, co poprawił, to chwyt broni, dzięki czemu mógł odpierać ciosy Edwarda pewniej i skuteczniej, lecz nadal nie był w stanie wyprowadzić udanego ataku bez straty swojej pozycji. Każdy jego cios kończył się kontratakiem.
– Ruchy! Damnum! – zawołał Edward, gdy brat znowu skontrował jego atak. – Nawet ślepy by zauważył, że wykonujesz zamach, postaraj się! – próbował go zmotywować, lecz nic to nie dawało.
Tak mijało południe, a gdy słońce pokazywało godzinę czternastą, bracia zrobili sobie przerwę.
Usiedli pod drzewem, które wcześniej posłużyło im za tarczę strzelniczą, było na tyle duże, że mogli osłonić się całkowicie przed słońcem. Gdy Damnum odpoczywał, Edward nie tracił czasu i rozłożył naprzeciwko nich wszystkie bronie, którymi dotychczas ćwiczyli, by jeszcze raz dać jakąś wskazówkę i opisać, w jaki sposób prawidłowo się nimi włada. Mówił wyczerpująco, starał się przekazać całą wiedzę, jaką miał, młodszemu bratu, który siedział skulony, łapiąc oddech. Po pewnym czasie Damnum przerwał mu i z rezygnacją w oczach powiedział cicho:
– Myślę, że tracimy tu tylko czas.
– Nie, mylisz się. – Uśmiechnął się. – Im więcej będziesz trenował i ciężej, tym...
– Nie nadaję się do walki – przerwał mu Damnum. Podniósł się nerwowo z ziemi. – Nie ćwiczyłem nic, gdy wy poświęcaliście na to całe życie. Nie mam takiego talentu jak wy, a tygodniowy trening tego nie zmieni.
Edward wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym wstał i popatrzył w dal.
– Masz rację, nie masz talentu tak jak ja i Perdit. – Głos Edwarda coraz bardziej się załamywał, lecz cały czas utrzymywał swoją kamienną twarz. – A... ale proszę cię, wygraj te dwie walki.
– Czemu aż tak bardzo ci na tym zależy? Mogę być potrzebny tutaj tacie, mamie, Mikce. Już i tak to wy jesteście chlubą naszej rodziny. Po co mam się pchać bez sensu do wojska, to znaczy... zostanie rycerzem jest wielkim wyróżnieniem, lecz naprawdę nie widzę sensu dalszego treningu.
– Po prostu to zrób – powiedział Edward stanowczo. – Chce cię mieć na oku tam w stolicy. – Po chwili milczenia dodał: – I jeśli wszystko pójdzie tak jak chcę, to Mikka też będzie z nami mieszkać i szkolić się na wojownika.
– Mikka? – Zaskoczyło go to. – A co na to rodzice?
– Nic jeszcze nie wiedzą... – Spojrzał na chmury i przez dłuższą chwilę milczał. – Słabi znikają w cieniu tych silniejszych. – Westchnął i położył rękę na ramieniu Damnuma. – Niestety, w tych czasach jeśli silny nie zobaczy w słabym żadnego pożytku, nie pomoże mu. Nie mogę ci powiedzieć wszystkiego, dlatego proszę cię o jedno... wygraj.
Ich zielone oczy wpatrywały się w siebie tak mocno, że widzieli swoje dusze. Damnum od zawsze czuł respekt do Edwarda, a teraz jego słowa wypowiedziane twardym, lecz braterskim tonem połączonym z dowódczą pewnością siebie sprawiły, że młodszy z braci nie był w stanie się ruszyć, i pewnie gdyby Edward odszedł, Damnum nadal by stał niczym kamień. Gdy jednak się ocknął, kiwnął w odpowiedzi głową na znak, że się z nim zgadza.
* * *
Do sprawdzianu zostały niecałe cztery dni, a licząc dojazd na miejsce, dwa dni. Edward już dawno wrócił do stolicy, by przygotować się do wypłynięcia na kontynent. Zostawił Damnuma samego z treningami. Jednak na pożegnanie podarował mu miecz. Było to prawdziwe stalowe ostrze, wykute przez niego samego, którego używał do pierwszych treningów pod okiem nauczycieli w stolicy.
Poprosił Damnuma jeszcze, by trenował tylko tym mieczem. Nie widział sensu, by jego brat uczył się walki inną bronią, najważniejsza była wygrana, a z mieczem miał największe szanse. Damnum posłuchał swojego brata i od tamtej pory, od świtu do wieczora, chodził w miejsce treningów, gdzie zaczynał walkę z niewidzialnym przeciwnikiem. Czasami przychodził do niego ojciec, by zobaczyć, jak sobie radzi, oraz by dać mu możliwość poćwiczenia przeciwko drugiej osobie. Starszy już mężczyzna nie był wybitnym wojownikiem, umiał wyłącznie podstawy, które ledwo wystarczyły, by walka była równa. On też starał się dawać jakieś wskazówki. Chciał się podzielić tym, co pamiętał jeszcze z czasów, gdy uczył Edwarda, lecz Damnum nie usłyszał nic nowego. Postawa, przewidywanie ruchów, równowaga, miał w głowie tysiące porad i każdą chciał wykorzystać, choć każda próba kończyła się porażką. Coraz bardziej czuł, jakby jedynym jego przeciwnikiem był on sam. Nie zdołał wygrać ani jednego pojedynku ze swoim ojcem.
Po tych sparingach zrozumiał, że lepiej będzie, gdy poćwiczy w samotności. Podziękował ojcu od tej pory wychodził na leśną arenę sam. Im szybciej zbliżał się termin sprawdzianu, tym Damnum bardziej czuł strach i coraz to podawał w wątpliwość swoje umiejętności, poruszanie się, ciosy, odbicia. Po pewnym czasie nie wiedział nawet, czy robi jakikolwiek postęp, a dni wydawały się mijać coraz szybciej. Jedynym momentem wytchnienia i zapomnienia o stresie były wizyty w domu, tylko tam mógł się odprężyć. Ludzie w wiosce często pytali go, czy mu w czymś pomóc. Chcieli odwzajemnić jego wieloletnie poświęcanie się na rzecz wioski. Starsi opowiadali mu historie, jak to sami byli kiedyś walecznymi rycerzami, dorośli zapewniali pomoc jego rodzicom, a dzieci starały się poprawiać mu humor. Oczywiście był wdzięczny za te gesty, cała wioska była dla niego jak rodzina, lecz to dom był tym upragnionym miejscem, do którego tęsknił po dniu treningu. Mieli tam zasadę, by nie mówić o sprawdzianie czy treningach. Jego rodzina wiedziała, że po to tu przychodzi, by zapomnieć o wszystkich sprawach i cieszyć się spokojem i miłością domowego ogniska. Jednak nastał dzień, kiedy trzeba było zacząć o tym rozmowę.
Damnum siedział na wykonanym z drewna bujanym krześle i popijał krowie mleko z miodem. Był w pokoju dziennym, gdzie zwykle spotykała się cała rodzina. Duża i przytulna izba z małymi oknami, miejscem na ognisko i piecem, służyła przede wszystkim do gotowania obiadów. Obok niego siedziała Mikka, która nuciła jego ulubioną melodię, skutecznie zagłuszając odgłosy z dworu lekkimi brzdąknięciami gitarki. Damnum był tak zamyślony, że nawet nie zauważył, kiedy do pokoju wszedł ojciec.
– Damnum... – zaczął poważnym głosem. – Pojutrze jedziemy do stolicy. Wiem, że nie powinienem tutaj o tym mówić, ale w końcu musimy o tym porozmawiać.
Damnum wyprostował się i westchnął. Ojciec poprosił Mikkę, by opuściła pokój, co zrobiła posłusznie.
– Ciężko trenowałeś... – Odchrząknął. Widać było, że nie wiedział, jak zacząć. Cały czas próbował patrzeć prosto w oczy chłopca, lecz szybko skapitulował. Nie był w stanie znieść ciągłego kontaktu wzrokowego, był dokładnym przeciwieństwem swojego najstarszego syna, Edwarda.
– Muszę wygrać, a bez treningów nie dam rady tego zrobić – odpowiedział Damnum z szacunkiem, dając ojcu szansę na zmianę tematu i rozpoczęcie rozmowy na nowo.
– Czy na pewno tego chcesz? – powiedział ojciec jednym tchem. – Czy chcesz wygrać i zostać w stolicy?
Zdziwiło go to pytanie i zmieszany odpowiedział:
– Przecież to już postanowione...
– Przez Edwarda czy przez ciebie? – Ojciec odzyskał pewność siebie i jego ton zmienił się na bardziej stanowczy.
– Przez... nas obu – rzekł niepewnie. – Podobno Edward rozmawiał ze starszyzną ze stolicy, więc i tak nie jesteśmy w stanie nic zmienić – zauważył.
– Nieprawda – zaprzeczył ojciec, szybko sprawdzając, czy Mikka na pewno sobie poszła, i nie słucha z drugiego pokoju, jak to miała w zwyczaju. – Wiesz, na czym polega wybór kandydatów do sprawdzianu? – Damnum przecząco pokręcił głową. – Co roku bierze w nim udział osiem osób, każda z innej wioski. Czy w tym roku to będzie nasza wioska, decyduje sołtys... Wiesz, do czego zmierzam? – Spojrzał mu w oczy. – Sołtys także zgłasza kandydata, nie tylko wioskę. Rozmawiałem z nim i twierdził, że nie podał jeszcze imienia osoby zgłaszanej i nic nie wie o starszyźnie!
– Czemu Edward miałby kłamać?
– Nie wiem... może chce, byś podążał jego śladami? To nieważne, pomyśl, nie wszystko jeszcze stracone, możesz mieć własne zdanie i wybrać swoją ścieżkę! – Czuć było coraz większą ekscytację w jego głosie. – Możesz tu zostać i żyć razem z rodziną.
Damnum nie odzywał się. Próbował poukładać sobie w głowie to, co usłyszał, a jednocześnie wspominał rozmowę z Edwardem, gdy razem trenowali. Jego prośby, by przystąpił do pojedynków, by wygrał, odbijały mu się w głowie echem. Zapewnienie Edwarda, że chce sprowadzić do stolicy nie tylko Damnuma, ale też Mikkę z rodzicami. Nie rozumiał tego, przez cały czas myślał, że jego brat powiedział o swoim planie również ojcu, lecz zamiast tego skłamał. Damnum chciał zostać w wiosce, kochał to miejsce i swoją rodzinę, utrata tego wszystkiego będzie dla niego koszmarem, z drugiej strony jednak ufał bratu i wierzył, że nie ma on żadnego powodu, by kłamać, to nie w jego stylu. Edward był zawsze dla niego wzorem, silny, pomocny, honorowy, w jego oczach starszy brat nie miał żadnych wad.
Na dworze powoli zaczęło się ściemniać. Damnum wpatrywał się w ostatnie chmury chowające się. Czasami zerkał na swój miecz oparty o jedną ze ścian pokoju. Ojciec czekał cierpliwie na odpowiedź.
– Rozumiem, że potrzebujesz czasu, lecz nie możemy tego przeciągać w nieskończoność...
– Wiem, już zdecydowałem – powiedział z głębokim westchnięciem.
– Czyli zostajesz? – W głosie ojca Damnum usłyszał nadzieję, od razu odwrócił się do niego i przecząco pokręcił głową. Ojciec zdziwił się. – Czemu? Przecież chciałeś... znaczy, czuję, że tego chcesz, zostać tu. Nie nadajesz się na rycerza, nie jesteś jak Perdit czy Edward, nie musisz za nimi podążać.
– Wiem o tym dobrze.
– To czemu to robisz? – Jego głos zaczął się znowu załamywać. – Czy nie obchodzi cię już rodzina, którą zostawisz, jeśli przejdziesz ten sprawdzian? Co będzie z Mikką, z twoją mamą?
– Nie zostawię was, będę przyjeżdżać, kiedy tylko będę mógł, by wam pomagać – zapewniał.
– Będziesz przyjeżdżać... tak samo mówili Edward i Perdit – powiedział przez zęby. – Przypomnij mi, kiedy ostatnio widziałeś obu swoich starszych braci tutaj w wiosce? Bo wydaje mi się, że miałeś wtedy dziesięć lat! – krzyknął, ciężko łapiąc oddech. Po chwili się uspokoił. – Przepraszam, to twój wybór i nie powinienem się wtrącać. – Westchnął głośno i chciał już wyjść, lecz Damnum go zatrzymał.
– Nie zapomnę o was, tu jest mój dom i zawsze będzie. Nie miej mi tego za złe... ostatnie, czego potrzebuję, to twojego gniewu...
Ojciec uśmiechnął się na te słowa i pokręcił głową.
– Nigdy cię nie odrzucę, tylko zrozum, że pojutrze pożegnam swojego ostatniego syna, który tak samo jak tamci obiecuje... i niestety tylko obiecuje.
Damnum nie odpowiedział, a gdy ojciec wyszedł z pokoju, złapał się za pierś. Czuł, że podjął właściwą decyzję, jednak jego serce cały czas wołało ze wszystkich sił, by zatrzymał ojca i krzyknął radośnie, że zostaje. Chciał iść do kuchni pomóc mamie w szykowaniu posiłku, przytulić mocno Mikkę i wsłuchiwać się w ułożoną przez nią melodię – spokojne życie – to jego marzenie. Lecz gdy spojrzał przez okno, przestał śnić, zrozumiał, że to nie czas, by rozmyślać o swojej utopii. Ojciec ma rację – nie umie walczyć, dlatego nie powinien marnować czasu.
„Jutro jest ostatni dzień przed wyjazdem... Powinienem powtórzyć serię ćwiczeń, jakie zalecił mi Edward” – pomyślał chłopak.
Na dworze panowała ciemność, zakłócana gdzieniegdzie przez lampy sąsiadujących domów. Nie miał najmniejszej ochoty na trening, lecz wiedział, że nie może odpoczywać, a rozmowa z ojcem jeszcze bardziej go w tym upewniła, więc łapiąc głęboki oddech, wziął swój miecz i wyszedł z pokoju, by powiadomić swoją mamę, że wróci jutro wieczorem.
Tylko księżyc towarzyszył Damnumowi, gdy szedł znaną mu doskonale dróżką. Zamierzał wrócić do wioski następnego dnia, dlatego wziął ze sobą torbę z prowiantem. Miecz miał przypięty do pasa, nienawidził tego ciężaru, lecz chciał się jak najszybciej do niego przyzwyczaić.
Pochodnia rozjaśniała mu drogę, a gdy dotarł na miejsce, gdzie razem z Edwardem odbył pierwszy trening, rozpalił ognisko. Był już środek nocy, lecz on nie czuł się ani trochę senny, co raz to grzebał swoim mieczem w ognisku dla zabawy. Jedyne, co słyszał, to dźwięk trzaskających gałązek, zmieszany z szelestem starych, zwiędłych liści. By zmusić się do snu, postanowił zmęczyć się treningiem.
Ćwiczył głównie postawę, czasami wykonując wymach mieczem, oraz odbicie ciosu. Widział u siebie poprawę, lecz wiedział, że i tak nie jest nawet bliski przejścia całego sprawdzianu. „Muszę być silniejszy, muszę się skupić!” – cały czas powtarzał sobie w głowie, coraz bardziej stanowczo, i tak samo zwiększał siłę ciosów. Gdy spróbował zamachnąć się ostrzem wyżej, nie opanował ciężaru broni i zarysował sobie nogę.
Nie czuł bólu, nie była to zbyt duża rana, raczej zadraśnięcie, z którego powoli leciała krew. Ciął dalej w powietrzu, aż wreszcie poczuł zmęczenie. Chciał wrócić do ogniska, drzewo, które wybrał na przeciwnika treningowego, było oddalone parę metrów dalej. Nagle usłyszał dziwny dźwięk, jakby krzyk unoszący się wśród koron drzew. „Pewnie jakieś zwierzę”. Zignorował to. „Nienawidzę tej puszczy”. Zaraz po tym usłyszał go jeszcze raz, tym razem głośniej. Damnum nie miał już żadnych wątpliwości, że był to krzyk człowieka. Od razu wyciszył się i uważnie nasłuchiwał. Nie mógł stać bezczynnie, jeśli ktoś potrzebował pomocy. „Duchy wilków?” Poczuł dreszcze plecach. „Z północy... nie... z zachodu?” Nie był pewny, skąd dochodził dźwięk, który z czasem stawał się coraz cichszy, aż do momentu, kiedy zginął w ciemności puszczy. Nie chciał tego zignorować, więc szybkim ruchem wziął pochodnię i ruszył w stronę, która wydawała mu się najbardziej właściwa.
Biegł z całych sił, mijając krzaki i wyrastające z ziemi korzenie. Nie widział przed sobą za wiele, las był gęsty, miejscami tylko wśród koron prześwitywał księżyc. Zatrzymał się na chwilę, nadal nie słyszał nic niepokojącego. Nagle ujrzał w górze spłoszone czymś ptaki. „To tam”, położył rękę na mieczu i podbiegł w kierunku, skąd uciekały.
Czuł, że ktoś go obserwuje. Rozglądał się dookoła, do czasu, gdy w oddali usłyszał strzęp rozmowy. Powoli wychylił się zza krzaka, i ujrzał małą polanę, na której leżał człowiek. Damnum nie widział z tej pozycji za wiele, ale zauważył, że to był mężczyzna, opierał się o kamień, trzymając rękę na tułowiu, a wzrok miał zwrócony przed siebie. Chłopiec chciał zbliżyć się do niego, by lepiej ocenić sytuację, lecz w tym samym momencie spostrzegł, że naprzeciw mężczyzny stanął czarny wilk. Był ogromny, jego świecące białe oczy wraz z bliznami na pysku sprawiały, że Damnum odczuł niepewność i lęk. Przez chwilę miał wrażenie, jakby wilk go widział, lecz i tak zbliżał się do mężczyzny.
– Kim jesteś? – zapytał cicho nieznajomy, łapczywie chwytając oddech. – To nie ma sensu... To wszystko, co robicie... Proszę, znaj litość...
Po tych słowach jego oczy się zamknęły, a głowa opadła z wycieńczenia. Wilk chciał rzucić się na niego z wielkimi złotymi pazurami, lecz na jego drodze pojawił się Damnum. Wymachiwał pochodnią prosto przed oczami bestii, co sprawiło, że zaskoczona zrobiła krok do tyłu. Nie trwało to jednak długo, bo wilk obrał sobie teraz chłopca za swój cel. Pochodnia wypadła z rąk Damnuma, ograniczając mu widoczność. Wycofał się bliżej mężczyzny, wyciągnął miecz i skierował na wilka. Bestia ryknęła, sprawiając, że plac dookoła stał się jasny jak w dzień, a Damnum poczuł, jak jego miecz staje się coraz to cięższy. Chwycił go drugą ręką, by wspomóc się przy obronie. Jego całe ciało trzęsło się z przerażenia. Stracił czucie w dłoni i wypuścił broń. Odgłos odbijającego się od ziemi ostrza rozszedł się po lesie. Bestia skierowała wzrok na rękojeść miecza. Syczała, ślina powoli kapała z jej pyska, z którego czuć było odór zgnilizny. Przyłożyła swój nos do broni. Z obrzydzeniem spojrzała na chłopca i wycofała się w głąb lasu, a za nią znowu nastała ciemność w miejscu walki.
Damnum złapał się za serce. Łapczywie wdychał powietrze, by uspokoić szalone tętno. Wpatrywał się w miejsce, gdzie ostatni raz widział wilka. Sporo czasu minęło, zanim zdołał odnaleźć pochodnię. Spojrzał na mężczyznę. Słyszał dokładnie, jak próbuje złapać powietrze przez zadrapane gardło. Dookoła niego było mnóstwo krwi.
– S... słyszy mnie pan?! – zapytał Damnum, próbując go ocucić, lecz nic to nie dawało. Zauważył, że obok ciała leży torba. Otworzył ją, szukając czegoś, co mógłby użyć, by zatamować krwawienie. Znalazł świeże liście rośliny, której nie znał, lecz kształtem idealnie nadawała się na bandaż, dlatego postanowił ją wykorzystać. Gdy zabezpieczył ranę, spróbował ponownie ocucić nieznajomego, niestety ten nadal nie odpowiadał.
Damnum starał się go podnieść, lecz bezwładne ciało okazało się zbyt ciężkie, a trzymanie jednocześnie pochodni było niewykonalne. Oparł zatem rannego o drzewo, na którym wyrył mieczem znak „x”.
– Wrócę tu, poczekaj, sprowadzę pomoc.
Po tych słowach wziął ze sobą torbę i pobiegł w stronę drogi obok obozowiska, gdzie trenował. Nie słyszał żadnego dźwięku od czasu, gdy widział wilka. Las wydawał się martwy. Gdy Damnum minął pole treningowe, wszedł na ścieżkę. Ciemność sprawiała, że nie wiedział, w którą stronę powinien biec, by dojść do wioski, nie miał też pewności, czy tamten mężczyzna jeszcze żyje.
Na końcu drogi zauważył światło przemieszczające się z dużą prędkością. „Kupiec, o tej porze? Dziwne... lecz może mi pomoże”. Wybiegł mu naprzeciw, machając rękoma, by go zatrzymać. Był to podróżny na koniu, teraz Damnum widział, że nie jest to kupiec, a raczej wędrowiec.
– Proszę, pomóż mi. W głębi lasu jest człowiek, który potrzebuje pomocy...
Nieznajomy zszedł z konia, miał na sobie chustę zasłaniającą twarz oraz latarnię w ręku. Zbliżył się do Damnuma pewnym krokiem. Obrzucił uważnym spojrzeniem najpierw jego, a potem torbę, którą chłopak zabrał rannemu mężczyźnie z lasu.
– Skąd ją masz? – zaciekawił się, a Damnum skamieniał.
„Czy on myśli, że jestem złodziejem?”
– Znalazłem przy nim i... – Nie zdążył dokończyć, bo wędrowiec uderzył go pięścią w twarz. Chłopiec nie spodziewał się tego, czuł, jak krew powoli płynie mu z nosa. Oparł się o drzewo i skierował automatycznie miecz na przeciwnika, była to pierwsza rzecz, o jakiej pomyślał.
– Naprawdę taki szczur jak ty będzie się jeszcze bronił?! Jak śmiesz kierować we mnie ten miecz! – krzyknął nieznajomy i jednym prostym ruchem pozbawił Damnuma broni.
Chłopak nie wiedział, co zrobić, był sparaliżowany strachem. Mężczyzna ścisnął jego prawą rękę i trzymając ją, by nie uciekł, uniósł miecz w geście wymierzenia kary.
– N... nie, proszę nie... – wydusił z siebie Damnum, a w jego oczach pojawiły się łzy.
Mężczyzna wykonał cięcie, lecz ostrze zatrzymało się przed ręką Damnuma. Gdy ten otworzył oczy, zobaczył, że między mieczem a nim pojawiła się drewniana laska. Mężczyzna odsunął się, mierząc teraz ostrzem w osobę, która stanęła między nimi.
– Czego tu szukasz, starcze? – zapytał nieznajomego, cały czas skupiając wzrok na Damnumie, który dochodził do siebie.
– Sprawiedliwości – odpowiedział tamten. Był średniego wzrostu, miał lekki zarost ukrywający zmarszczki. – Ale chyba pomyliłem wyspy.
– Wyspa Równin to najbardziej sprawiedliwe miejsce na całym świecie – warknął zamaskowany jeździec, poprawiając swój drogi, czysty ubiór. – Kim jesteś, by mówić takie herezje przed Bendem, królewskim posłańcem?!
– Maxwel... – odparł starzec, w zamyśleniu patrząc na chłopca. – Choć nie lubię tego imienia... Od kiedy pachołki króla mogą zabijać niewinnych ludzi?
Damnum schował się za plecami swojego wybawcy.
– Tamten chłopak jest złodziejem. Ukradł torbę i próbował zwieść mnie z drogi i, a potem mnie zabić! – odparł Bend, łapiąc ciężko powietrze ze złości.
– Ten chłopiec? – Przyjrzał mu się starzec. – W Nicosal nie uczą was walki, że boisz się byle wieśniaka?
– Spójrz na ranę na jego nodze – warknął Bend, Damnum dopiero teraz zauważył ranę spowodowaną przez nieuwagę na treningu. – Jeszcze świeża, co oznacza, że przed chwilą walczył. A z kim walczył? Z tym, któremu ukradł torbę.
Starzec zmarszczył siwe brwi i spojrzał na ranę i jeszcze raz na torbę. Damnum szepnął do niego:
– Proszę, to nie ja.
– Musi ponieść karę, a jeśli stawiasz się za niego – posłaniec skierował ostrze na starca – to ciebie też potnę za sprzeciwianie mi się – powiedział z pewnością w głosie, lecz tamten nawet się nie ruszył. – Niech i tak będzie.
Bend wyprowadził cięcie, nie spodziewając się żadnej obrony, lecz jego ostrze odbiło się od płaszcza Maxwela. Zdziwiony tym posłaniec, wcelował prosto w serce, ale starzec w tym momencie wyjął srebrną buławę i jednym ruchem wytrącił mu miecz z dłoni. Broń starca nie była zwykła, wokół niej unosiła się czarna mgła. Miecz Benda zmienił się w czarny pył od razu po kontakcie z ziemią. Damnum nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył, tak samo jak posłaniec.
– Jak... – Pokręcił głową Bend. – Czy to ciemność...? – zniżył ton. – Czy to znaczy, że jesteś...? – Starzec podszedł do niego, a on nerwowo poprawił chustę. – Nie zbliżaj się! Tkniesz mnie, a całe królestwo się o tobie dowie! Będziesz ścigany wszędzie, nawet na kontynencie...! N-nie ujdzie ci to płazem! – Starzec zamachnął się. – Litości... – jęknął cicho Bend.
Słowa te zaskoczyły Maxwela, przez chwilę nawet się zawahał. Nie trwało to jednak długo i starzec, odwracając wzrok, jednym ciosem uderzył w głowę posłańca, tak że cała się rozpaćkała. Z martwego ciała wychodził czarny dym, który uniósł się do broni starca, sprawiającej wrażenie, jakby go wciągała. Damnum przyglądał się temu, był przestraszony, chciał uciec z tego miejsca jak najdalej. Próbował wykorzystać sytuację, że nieznajomy był zajęty oglądaniem trupa, i uciec stamtąd. Już chciał pobiec, gdy usłyszał głos starca:
– Czemu chcesz uciec, boisz się czegoś?
Damnum przełknął ślinę. Gdy patrzył na ciało Benda, wydawało mu się, że będzie następny.
Starzec zbliżał się do niego, na co Damnum odsuwał się, czując przy tym ból w nodze, rana otworzyła się na nowo. Był wyczerpany, fizycznie biegiem przez las oraz psychicznie po tym, co widział. Szedł do tyłu, do czasu aż nie przewrócił się o korzeń. Poczuł dodatkowy ból w plecach, a przez zmęczenie nie był w stanie się podnieść.
– To nie ja... To nie ja...– powtarzał jakby do siebie. Zamykając oczy, widział Maxwela powoli schylającego się do niego. Zemdlał z wyczerpania.
* * *
Promienie słońca obudziły go ze snu. Znajdował się przed wejściem do jaskini, ale nie poznawał w ogóle otoczenia. Nie czuł żadnego bólu. Gdy spojrzał na swoją nogę, nie widział nic, nawet zadrapania w miejscu rany. Rozejrzał się dookoła, nie miał przy sobie miecza. Nagle usłyszał, że ktoś wychodzi z jaskini. Mrużąc jeszcze oczy, zobaczył, że był to Maxwel. Odruchowo wstał i cofnął się do najbliższego drzewa.
– Spokojnie. Czego się boisz? – Starzec powtórzył pytanie, które zadał przy pierwszym spotkaniu w lesie.
– Pana siły... – Słaby głos chłopca nikł w powietrzu.
Na tę odpowiedź Maxwel prychnął.
– To było zwykłe uderzenie, a tamten człowiek nie bronił się tylko dlatego, że pogodził się ze śmiercią. Idiota... Jeśli boisz się walki, to po co masz tę broń? – Starzec rzucił w jego stronę miecz, który chłopiec dostał od Edwarda. Damnum obejrzał go, nie był nawet zarysowany. – Ozdoba czy prezent? Tamta rana świadczy, że chyba to jednak prezent na pogrzeb.
Chłopiec miał dosyć jego wyśmiewania, lecz wiedział, że nie może nic odpowiedzieć, miał cały czas spuszczoną głowę.
– Dziękuję, że mnie uratowałeś – wydusił z siebie i skłonił się przed nim.
Starzec zaciekawił się jego zachowaniem, przestał nawet się śmiać. Mrucząc pod nosem, poszedł do jaskini.
W tym samym czasie Damnum próbował zrozumieć, gdzie się znajduje. Jaskinia była schowana w lesie, idealna kryjówka, trudna do znalezienia. Z góry zwisały grube liany, a skały pokryte były zielonym mchem. Jej czubek nie był wyższy od drzew dookoła. Naprzeciwko wejścia rozciągała się malutka polanka, pełna kwiatów i jagód.
Maxwel wyszedł z jaskini, trzymając miskę pełną jakiegoś płynu. Nakazał mu wypicie go.
– Jak to zrobiłeś? – zapytał Damnum, unosząc wywar do ust. Gdy tylko kropla spadła na jego język, skrzywił się przez kwaśność płynu. Spojrzał na starca, a ten kiwając głową, kazał mu pić dalej. Po chwili poczuł, jak odzyskuje siły.
– Liście rośliny z kontynentu. To, co pijesz, to wyciśnięty z nich sok – wyjaśnił Maxwel. – Rzadka roślina, chyba że wiesz, gdzie jej szukać.
– Czemu mi pomagasz?
– Potrzebuję od ciebie informacji, o tym, co widziałeś przy tamtej osobie w lesie.
Damnum się zdziwił. Zdołał już zapomnieć o prawdziwym powodzie swojego błądzenia po lesie. Skupił się, przypominając sobie wszystko to, co uważał za najistotniejsze.
– Zaatakował go wielki czarny wilk... Miał białe oczy, a gdy ryczał, wokół stawało się jasno jak w dzień. – Starzec uważnie go słuchał. Damnum czuł jego wzrok na sobie. – Nie przyjrzałem się tamtemu człowiekowi zbyt dobrze, wziąłem jego rzeczy w pośpiechu, nie chciałem ich ukraść... – zaczął się tłumaczyć, ale Maxwel mu przerwał i wskazał na torbę.
– Jest to torba zrobiona ze skóry węży pochodzących z pustyni Addów. Lekka niczym piórko i twarda jak kamień. Wiesz może, kto najczęściej ich używa? – Damnum pokręcił przecząco głową. – Elfy. Dlatego wiedziałem, że to nie ty go zabiłeś. Nie wysłaliby idioty na tę wyspę, tylko kogoś, kto umiałby się obronić przed dzieciakiem.
– T... to był elf? – Zdziwił się. – Ale przeżył... znalazłeś go?
– Nie mam pewności, ponieważ nie było nigdzie ciała. – Maxwel wzruszył ramionami. – Pewnie to był ich zwiadowca czy łącznik.
Chłopiec przełknął ślinę, słysząc te słowa. Kręcił głową z niedowierzaniem, miał ciągle przed oczami tamtego mężczyznę.
– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać?
– Po zwierzętach... i krwi pewnego dzieciaka, który biegł przez las. – Westchnął. – Na drzewie wyryłeś „x”, prawda? – Zdziwienie w oczach chłopca odebrał jako przytaknięcie. – Nie potrafię zrozumieć jednego... Czemu ten patron cię nie zabił...
Gdy starzec się zastanawiał, Damnum przypomniał sobie, po co tak naprawdę tam przyszedł i że nawet nie wie, ile spał.
– Ile czasu byłem nieprzytomny? – zapytał.
– Całą noc, aż do teraz – odpowiedział Maxwel ze spokojem.
– Muszę się spieszyć do domu, proszę, pomóż mi wrócić.
Starzec zdziwił się, lecz po wysłuchaniu wyjaśnień Damnuma o treningu i sprawdzianie w stolicy zrozumiał jego pośpiech.
– Nie ma sensu, byś tam jechał – powiedział ze spokojem, na co Damnum się zdziwił. – Nie wygrasz ani jednej walki.
Te słowa przywarły do jego serca, wiedział, że Maxwel jest silny, więc ta opinia bolała go jeszcze bardziej.
– Mój brat powiedział, że jeśli dalej będę ćwiczył, to...
– Twój brat powie ci wszystko, by nie sprawić ci przykrości. – Wziął łyk napoju i skrzywił się. – Dlatego powinnyśmy brać opinię bliskich do serca i jak najdalej od naszego rozumu.
Chłopiec wstał i podszedł do starca.
– Uda mi się, wierzę w to – powiedział stanowczo. – Mój brat mnie trenował.
– Wybacz, że ci to mówię, lecz z twoich umiejętności wynika, że twój brat jest słabym nauczycielem.
– Może przekonamy się w walce? – zapytał, biorąc miecz do ręki. Na twarzy Damnuma nie było wcale odwagi. Nie był pewny, czy to, co teraz powiedział, było mądre.
– Co się zmieniło od wczorajszej nocy, że myślisz, iż wygrasz? – Maxwel ze spokojem wpatrywał się w niego.
– Nic nie tracę, a mogę zyskać doświadczenie. Poza tym obraziłeś mego brata.
Starzec zmarszczył brwi. Rozmyślał, wpatrując się w pochmurne niebo. Chłopiec pochrząkiwał nieśmiało, by przypomnieć mu o swojej obecności. On jednak wcale nie zwracał na niego uwagi.
– Jeśli przejdziesz ten sprawdzian... będziesz cały czas w zamku?
– Tak... – powiedział niepewnie. – Będę trenował wraz z moim bratem.
Maxwel westchnął i poszedł w stronę lasu, a gdy zauważył, że Damnum za nim nie podąża, machnął ręką.
– No, na co czekasz?
* * *
Było już pochmurne południe. Damnum zaprowadził starca na pole treningowe Edwarda, by odbyć walkę.
– Masz inną broń niż swój miecz? – spytał go Maxwel, łamiąc gałąź jednego z drzew, by zrobić sobie z niej laskę.
Chłopiec wyciągnął drewniane bronie ze schowka i dał mu wybór. Starzec krzywił się za każdym razem, gdy ten proponował mu którąś. W końcu wybrał swój kij.
– Jesteś pewny? – spytał zaskoczony Damnum. – Chcesz, żebym walczył drewnianym mieczem?
– Nie, nie musisz – powiedział cicho, odsuwając się na pozycję. – Zacznijmy więc!
Stali naprzeciw siebie, patrząc sobie w oczy. Damnum w pozycji do obrony czekał na ruch przeciwnika, ten jednak nie drgnął nawet o krok. Przez cały czas stał i wpatrywał się w Damnuma. Chłopiec zaczął się niecierpliwić. Poczuł irytację, gdy starzec wyjął po chwili mały nożyk, by strugać swój kij.
– Walczymy? – zapytał nieśmiało, na co Maxwel zmarszczył brwi i przytaknął, jakby nie wiedząc, czemu Damnum zadał to pytanie.
Chłopiec postanowił wyprowadzić pierwszy cios, szarżując na starca, jednak od razu zatrzymał się, gdy ten skierował na niego kij. Dopiero teraz zauważył, że był on o wiele dłuższy niż jego miecz, co dawało przeciwnikowi przewagę. Nie minęło wiele czasu, gdy zorientował się, że nie jest w stanie podejść, a co dopiero wyprowadzić uderzenia. Za każdym razem, gdy ośmielił się jednak spróbować, starzec szyderczo uderzał go w głowę lub brzuch, co sprawiało, że chłopiec tracił równowagę. Błagalnie czekał na moment, kiedy to on zaatakuje, lecz jedyne, co starzec robił, to upiększanie swojej broni i mruczenie pod nosem. Po dłuższym czasie Damnum nie wytrzymał.
– Przegrałem... – szepnął, gryząc wargę ze złości.
Maxwel przerwał zabawę kijem i spojrzał na niego.
– Słucham?
– Przegrałem – syknął, tym razem głośniej. – Nie mogę nawet do ciebie podejść, gdybym miał szansę...
– Szansy ci brakuje? – Zaśmiał się. – Niech będzie... masz jedną szansę.
Po tych słowach zdjął swoją szatę i zaczął iść w jego stronę. Damnum nie spodziewał się tego i z paniką w oczach ustawił miecz tak, by się bronić, a w głowie mieszały mu się wszystkie rady, jakie dostawał od brata. Postawa starca wywoływała u niego niepokój, a im bliżej był, tym bardziej czuł dziwną aurę, która zmuszała Damnuma do porzucenia miecza. Nie zauważył nawet, kiedy Maxwel wyprowadził cios, czuł tylko dotyk w każdym miejscu ciała, nie wiedział, czy starzec wykonał już atak, czy jeszcze nie. Nie potrafił zaufać swoim zmysłom. Nagle poczuł, jak jego brzuch drętwieje, po czym upadł, wypuszczając miecz i zamykając oczy. Gdy je otworzył, leżał już na ziemi, a pierwsze, co zobaczył, to jego przeciwnik, wpatrujący się w niego z szyderczym uśmiechem.
– Jesteś słabszy, niż myślałem. – Maxwel powrócił do zdobienia kija. – Widzisz, że twój przeciwnik bierze broń dłuższą, kontrującą cię, a ty biegniesz na niego z mieczykiem. Brawo.
– Co miałem zrobić innego? – pytał z żalem, wstając.
– Racja, gdyby była jakaś broń, która pozwala uderzyć z odległości i zmusić przeciwnika do skrócenia dystansu. – Wskazał kijem na łuk, który leżał w stosie broni, proponowanej mu wcześniej przez Damnuma. – O proszę, a co my tu mamy?
– Nie wiedziałem, że mogę...
– W czasie prawdziwej bitwy będziesz czekał na pozwolenie od przeciwnika? Szukaj drogi do zwycięstwa, gdy brak ci możliwości, a walka jest na korzyść twojego przeciwnika. Nie wygrasz żadnego pojedynku na sprawdzianie.
Damnum na te słowa odwrócił wzrok od starca. Był zły na siebie, a przypominanie mu o czekającym go zadaniu sprawiało, że chciał płakać. Spodziewał się, że nie będzie tam tak silnych osób, jak Maxwel, lecz to, co od niego usłyszał, kłuło go w sercu i niszczyło zapał. Uspokajał się tym, że zna podstawy i na sprawdzianie będzie lepiej, jednocześnie wiedział, że to może nie wystarczyć i ośmieszy siebie oraz braci.
– Ośmieszenie, ból, zawiedzione nadzieje, nienawiść... Możesz to sobie darować. – Starzec jakby czytał w jego myślach, doskonale wiedział, czego Damnum się bał. – Jeśli mi pomożesz, ja pomogę tobie.
Chłopiec patrzył na niego z uwagą, czuł podstęp.
– Co miałbym zrobić?
– Gdy już będziesz w stolicy, co kilka dni będziesz dostarczać mi informacje, co aktualnie planuje starszyzna.
– Starszyzna? – Spojrzał pytająco na Maxwela.
– Tak się nazywają ludzie, którzy decydują o najważniejszych sprawach w królestwie i są prawą ręką króla...
– Jak mam to zrobić? – Przestraszył się. – Nie wiem nawet, jak wygląda zamek, nigdy tam nie byłem...
– Spokojnie, będę ci pomagać – przerwał mu starzec, podając bez zastanowienia dłoń w oczekiwaniu na podjęcie decyzji.
– Jeśli się zgodzę to... nauczysz mnie walczyć?
– Powiedzmy. – Zaśmiał się. – Raczej dam ci zdolność, której nie będzie posiadał nikt z twoich przeciwników. – Damnum natychmiast się zaciekawił. – Obudzę w tobie żywioł.
Tym razem to chłopiec się zaśmiał.
– Mam trzy dni, a nie trzy tygodnie, w dodatku nie wiadomo, czy go w ogóle posiadam.
– Słyszałeś może, jak kiedyś sprawdzano, czy ma się w sobie żywioł? – Wziął strzałę, która leżała obok łuku i zaczął poprawiać jej grot. – Nie jest to może najbardziej humanitarny sposób... dlatego też się o nim nie mówi, lecz jest sprawdzony.
– Co masz na myśli...
– Stań przy tamtym drzewie.
Damnum coraz bardziej się bał, jednak zapowiedź, że może być silniejszy, okazała się zbyt kusząca. Posłusznie wykonał polecenie. Starzec wyjął ze swojej torby naczynie z wodą oraz pochodnie, które postawił obok chłopca, a sam wycofał się, biorąc łuk i naciągając cięciwę.
– Czekaj!
– Jeśli twój żywioł to woda, zmiękczy w locie strzałę, która nie doleci nawet do ciebie; jeśli wiatr – skieruje strzałę na bok; jeśli ziemia – stworzy małą ścianę, broniąc cię; jeśli ogień – strzała spali się w locie.
– A... a jeśli nie, to...?
– Mówiłem, że to nie jest humanitarny sposób, prawda? Ale za to szybki. – Zniżył głowę. – Więc jak, chcesz wygrać?
Damnum zastanawiał się. Jego serce biło coraz mocniej. Perdit i Edward mają żywioł, więc jest spora szansa, że on też go ma. W czasie gdy rozmyślał, starzec mówił w starożytnym, niezrozumiałym języku. Gdy skończył, spojrzał na niego, a chłopiec kiwnął głową, że jest gotowy.
– Żywiole! Strzała ta zabić chce twoje dziecko! Ochroń je więc, ratując jego duszę przed strzałą lecącą prosto w jego serce niewinne!
Po tym wypowiedział słowa „ogień, ziemia, woda, wiatr” w najstarszym języku Addów i wypuścił strzałę. Damnum wpatrywał się w nią, dla niego ta chwila wydawała się wiecznością. Przed oczyma miał swoich braci, Mikkę, rodziców, przepraszał ich w duchu za to, co robi, choć nie widział innego sposobu. Strzała była już przy nim, gdy nagle spod jego stóp wyrosła ściana sięgająca aż do jego twarzy, przyjmując strzałę na siebie. Damnum upadł na ziemię. Ze strachu mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa.
– A więc ziemia, tak? – Starzec podszedł do niego, podając mu kij, który strugał podczas walki. Uśmiechnął się. – Opanujmy ją zatem.
