Teoria śnienia - Ava Reid - ebook
NOWOŚĆ

Teoria śnienia ebook

Ava Reid

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Wróć do wciągającego, tętniącego życiem baśniowego świata Studium zatracenia, bestsellerowej pozycji fantasy z gatunku dark academia. Pokłosie pierwszego odkrycia Effy i Prestona porywa ich w ostatnią przygodę i wieńczy ich przejmującą historię miłosną w zachwycającej ostatniej części dylogii.

 

Wszystkie historie mają swój koniec.

Effy przekonała się o tym, gdy pokonała Baśniowego Króla. Choć być może nigdy się nie dowie, co tak właściwie wydarzyło się w Hiraeth, to uwolniła się od koszmarów i wraz z Prestonem zajęła się pisaniem pracy naukowej na temat ukochanej baśni narodowej Angharad. W końcu zdobyła miejsce na wydziale literatury, stając się pierwszą kobietą w historii, która podjęła studia na tym kierunku.

 

Lecz pewne sny są niebezpieczne, zwłaszcza gdy stają się rzeczywistością. Cały uniwersytet – a wkrótce i naród – czeka, aż dziewczyna poniesie porażkę. Po obnażeniu prawdy o dziedzictwie Myrddina Effy nie może już dłużej uciekać w świat fantazji.

 

Kiedy dziewczyna znajduje się w niebezpieczeństwie, Preston odkrywa z zaskoczeniem, że w jego wnętrzu tli się gniew dźwięczący mu w uszach niczym dzwony. Zaczyna śnić o pałacu pod powierzchnią morza, świecie, w którym jest królem – wizje te zaczynają prześladować go nawet na jawie.    

 

Gdy wybucha wojna między Llyrem a Argantem, Effy i Preston wpadają w krzyżowy ogień: ona traci sny, a on zatraca się we własnych.    

Lecz czy sny są zawsze tylko snami?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: A Theory of Dreaming

Copyright © Ava Reid 2025

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Martyna Góralewska, Monika Baran

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Projekt okładki: Ann Marie Christin Engelberth

ISBN 978-83-8418-535-3 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Dwadzieścia jeden

Dwadzieścia dwa

Dwadzieścia trzy

Dwadzieścia cztery

Dwadzieścia pięć

Dwadzieścia sześć

Dwadzieścia siedem

Dwadzieścia osiem

Dwadzieścia dziewięć

Trzydzieści

Trzydzieści jeden

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla Jamesa, znów i na zawszeI dla Antonii

MIŁOŚCI MojA, ucieknij ze mną

w podwodnego pałacu odmęty.

Tam opowieść swą, ni starą ni nową

opowie król w złotych szatach zaklęty.

LAURENCE ARDOR, „OGRÓD W KAMIENIU”, LORD LANDEVALE, 82 AD

UNIWERSYTET LLYRSKI W MIEŚCIE CAER-ISEL

kierowany przez Szanownego Dziekana Fogga

KOLEGIUM ARCHITEKTURY

Opiekun – Mistrz Corbenic (poprzedni)

Barwy – karmazyn i czerń

Herb – jeleń

Motto – Od zamku po kryptę

KOLEGIUM HISTORII

Opiekun – Mistrz Shanks

Barwy – czerń i biel

Herb – gronostaj

Motto – Mądrość ponad bogactwem

KOLEGIUM SZTUK PIĘKNYCH

Opiekun – Mistrz Beilock

Barwy – lazur i żonkil

Herb – syrena

Motto – Ze snów utkane

KOLEGIUM LITERATURY

Opiekun – Mistrz Gosse

Barwy – szmaragd i złoto

Herb – smok

Motto – Atrament to krew królów

KOLEGIUM MUZYKI

Opiekun – Mistrz Trimble

Barwy – fiolet i srebro

Herb – łabędź

Motto – Każdy głos odbije się echem

SIEDMIU ŚPIĄCYCH LLYRU

Bard Aneurin

Perceval ab-Owain

Tristram Marlais

Gelert Bedwyn-Lawes

Robin Crother

Laurence Ardor, lord Landevale

Emrys Myrddin

Jakże dziwnie jest żyć tak długo w towarzystwie cieni, by bez nich czuć się osieroconym i spragnionym ciemności.

– PAMIĘTNIKI ANGHARADY MYRDDIN, 201 AD

Jeden

STUDENCI UNIWERYSTETU KWESTIONUJĄ DZIEDZICTWO MYRDDINA

Dwoje studentów Uniwersytetu Llyrskiego przedstawiło dokumenty dowodzące, jak utrzymują, że uwielbiana powieść Emrysa Myrddina Angharad to trwająca od dziesięcioleci misterna fabrykacja. Studenci twierdzą, że Angharad tak naprawdę została napisana przez Angharadę Myrddin (z domu Blackmar), żonę zmarłego autora, i że on sam oraz osoby z jego otoczenia spiskowały, by opublikować powieść pod jego nazwiskiem i przedstawić jako jego własną pracę.

Angharad to wysoko cenione dzieło literackiego dziedzictwa Llyrian, a niedawny pochówek Myrddina w Muzeum Snu odzwierciedla skalę jego kulturowego oddziaływania. Pierwotnie opublikowana w 191 roku Angharad opowiada historię młodej kobiety uwiedzionej i więzionej przez Baśniowego Króla, piękne, ale groźne chtoniczne bóstwo1. Powieść szczyci się tym, co profesor literatury i badacz Myrddina, Cedric Gosse, nazywa „uniwersalnym przekazem” i pozostaje ceniona zarówno przez krytyków, jak i czytelników.

Na poparcie swoich twierdzeń o autorce Angharad, studenci przedstawili pamiętnik i zbiór listów należących rzekomo do Angharady Myrddin i, jak zapewniają, niezbicie dowodzących, że Myrddin nie był faktycznym autorem powieści. Kopie dziennika i tych listów zostały pozyskane na wyłączność przez „Times” i obecnie nasz zespół redakcyjny poddaje je analizie. Zostaną zweryfikowane przez zarząd i jeśli pojawi się możliwość, by zagwarantować ich autentyczność, „Times” je upubliczni.

– Znaczenia tych materiałów nie da się przecenić – powiedział Gosse, kierujący Kolegium Literatury na Uniwersytecie Llyrskim w Caer-Isel. – Przez znaczną część stulecia Emrysa Myrddina owiewała zasłona tajemnicy i zagadek. Te listy nie tylko zapewniają wgląd w okoliczności towarzyszące tworzeniu i publikacji Angharad, lecz także pozwalają poznać życie i charakter tego człowieka. Muszę przyznać, że jestem podekscytowany. To najbardziej niesamowity moment w mojej karierze naukowej.

Thomas Wetherell, pełnomocnik majątkowy Myrddina, odmówił komentarza w sprawie śledztwa. Sama Angharada Myrddin również nie zgodziła się na rozmowę.

„Times” skontaktował się z jej ojcem, Colinem Blackmarem, autorem poematu Sny Śpiącego Króla i jednym z bliskich współpracowników Emrysa Myrddina. Ten oświadczył, że dokumenty te są „bez wątpienia sfałszowane” i że nie zawaha się podjąć kroków prawnych przeciwko naszej gazecie, jeśli zostaną one opublikowane.

Kitteridge Marlowe, naczelna wydawnictwa Greenebough Publishing, wieloletniego wydawcy Myrddina, podtrzymała jego stanowisko.

– Te zarzuty to jawne oszczerstwa i kłamstwa – oświadczyła Marlowe w rozmowie telefonicznej – a ci studenci to nic innego jak oportunistyczni wichrzyciele. Jednym z nich jest kobieta, na miłość Świętych, a drugi to Argantianin.

„Times” może potwierdzić, że jedna z tych osób to kobieta – pierwsza przyjęta na prestiżowe studia literackie na uniwersytecie – a drugim pozostaje obywatel Argantu.

Trwająca dwanaście lat wojna z Argantem wciąż się toczy i nie widać jej końca, a pośmiertnie przyznany Myrddinowi status narodowego autora wielu postrzega jako niezbędny do utrzymania potęgi armii Llyru i morale żołnierzy. W odpowiedzi na obawy, jak te rewelacje mogą wpłynąć na działania wojenne, Ministerstwo Obrony Llyru wydało krótki komunikat:

– Ufamy, że nasi koledzy z Ministerstwa Kultury skrupulatnie analizują te roszczenia. Aby jednak przeprowadzić takie dochodzenie, ministerstwo musi otrzymać swobodę działania z zachowaniem dyskrecji, bez nacisków i podburzania opinii publicznej. Gdy prawda kryjąca się za tymi twierdzeniami zostanie ostatecznie potwierdzona, ministerstwo podejmie stosowną decyzję.

Nie udało się uzyskać komentarza dwojga studentów: Euphemii Sayre i Prestona Héloury’ego.

ARTYKUŁ Z „LLYRIAN TIMES”, OPUBLIKOWANY DWUDZIESTEGO TRZECIEGO DNIA ZIMY, 238 AD

Effy, jak nigdy dotąd, poczuła się sparaliżowana na widok własnego imienia. Wydrukowane surowym, czarnym atramentem wyglądało jak upomnienie, a nawet ostrzeżenie.

– Fogg obiecał. – Preston owinął palce na papierze, zasłaniając tytuł artykułu. – Obiecał, że nie poda „Timesowi” naszych nazwisk.

– Przynajmniej nikt nie rozwiesił listów gończych – podsumowała ponuro.

Jeszcze nie.

Preston odetchnął i schował gazetę do torby. Następnie szturchnął ją, by znalazła się pod markizą kiosku. Zaczął padać deszcz.

W Caer-Isel deszcz nigdy nie dawał zapomnieć o sobie na długo, lecz Effy pragnęła, by chmury powstrzymały się choć na kilka chwil dłużej. W obecnej sytuacji przyjdzie jej przebiec sprintem przez dziedziniec, a i tak dotrze na zajęcia spóźniona, przemoczona, zdyszana i nie zrobi tak dobrego pierwszego wrażenia, na jakie liczyła.

Preston wsunął okulary na grzbiet nosa i je przytrzymał – nerwowy odruch, który sprawiał, że na jego skórze tworzyły się małe, różowe wgłębienia, sprawiające wrażenie bolesnych i utrzymujących się przez wiele dni. Dziewczyna wiedziała, że gdyby pod markizą było więcej miejsca, zacząłby dreptać dookoła.

Delikatnie chwyciła go za nadgarstek i odciągnęła mu dłoń od twarzy. Rzuciła okiem na jego zegarek.

Trzy minuty.

Chłopak zamrugał, nagle ożywiony – jakby wybudzony ze snu – i stwierdził:

– Musisz iść. Nie chcę, żebyś się spóźniła.

– Wiem. – Przygryzła wargę i spojrzała na dziedziniec.

Pomnik Siona Billowsa, założyciela uniwersytetu, pokrywała warstwa szronu, ale deszcz spadał na niego jak salwa pocisków i zaczął kruszyć śnieżną skorupę.

– Jakieś rady?

– Idziesz na wykład profesora Tinmewa, prawda? To formalista, więc nie spodziewaj się wymiany zdań. To zwykły, suchy wykład. Na każdych zajęciach odpowiada na dwa pytania. – W oczach Prestona pojawiło się lekkie rozbawienie. – Raz postawił mi pałę za styl, ale szóstkę za treść i uśrednił ocenę do trójki, bo uznał moje pismo za niechlujne.

– Nie wydaje się profesorem bagatelizującym spóźnienia.

– No nie – zgodził się – ale pali fajkę pod daszkiem przed każdymi zajęciami. Dasz sobie radę, jeśli się pospieszysz.

Effy poczuła, jak jej serce puchnie przepełnione sympatią do tego człowieka. Podniosła się na czubki palców, by pocałować go w policzek.

– Dziękuję – szepnęła.

Następnie poprawiła czarną wstążkę przytrzymującą jej włosy, wzięła głębszy wdech, by się zmobilizować, i ruszyła przez dziedziniec w zimowym, zacinającym deszczu.

Główny budynek Kolegium Literatury, najbardziej prestiżowy z pięciu kolegiów Uniwersytetu Llyrskiego, był tak okazały, jak pałac króla. Chociaż Effy bez żalu porzuciła studia architektoniczne, wciąż potrafiła docenić wyszukane i bogate detale gmachu. Gzymsy zostały bardzo szczegółowo wyrzeźbione, z motywami wijących się pnączy, kwiatów i twarzy zielonych postaci wyłaniających się z liści. Niektóre ze wsporników uległy erozji – co pozostawało zrozumiałe, jako że kolegium przez ponad sto lat opierało się niepogodzie i wojnie – ale wciąż dało się je w większości rozróżnić. Siedem kamiennych smoków, o długich, pokrytych łuskami ciałach pozwijanych niczym mięczaki w muszlach, podtrzymywało nadproże, na którym wyryto imiona Śpiących.

Bard Aneurin. Perceval ab-Owain. Tristram Marlais.

Gelert Bedwyn-Lawes. Robin Crother. Laurence Ardor.

Lord Landevale. Emrys Myrddin.

Na widok tego ostatniego imienia dziewczyna zatrzymała się na schodach. Ogarnęło ją poczucie krzywdy, coś, co zdawało się skręcać i szarpać jej duszę. Złość przyszła pierwsza i okazała się łatwa do zniesienia. Ciepło oplotło jej kręgosłup. Żal, który nadciągnął później, wydrążył ją do cna. Czuła się pusta jak muszla, miotana raz po raz przez fale i przetarta do granic wytrzymałości.

Nagle poczuła się bardzo zmęczona.

Potrząsnęła głową. Kropelki wody spłynęły z jej wilgotnych blond włosów. Nie mogła wciąż myśleć o Myrddinie, nie teraz, nawet gdy wchodziła do budynku ozdobionym jego imieniem. Nie mogła dać się rozproszyć, stchórzyć. To jej pierwszy dzień jako studentki literatury i postanowiła (z pewnością siebie i determinacją, której nie potrafiła w tej chwili wykrzesać), że stanie się znakomita.

Kompetentnato za mało. Musiała być wyjątkowa. Musiała udowodnić, że tu pasuje, że nie jest zbyt roztrzepana, zbyt beztroska, zbyt próżna. Dla siebie, dla Angharady i dla wszystkich kobiet przyjętych od przyszłego roku na ten kierunek. Dziekan Fogg to obiecał.

Effy starała się nie myśleć, że dziekan już złamał jedną ze swoich obietnic.

Dwoje studentów, Euphemia Sayre i Preston Héloury…

Uparcie odganiała od siebie te myśli. Potem pchnęła drzwi i po raz pierwszy weszła do Kolegium Literatury.

Hol przyniósł natychmiastową i mile widzianą ulgę, choć dziewczyna ze zdziwieniem i pewnym przerażeniem odkryła, że świeci pustkami. Spojrzała na zegar, wskazywał drugą piętnaście, co oznaczało, że wszyscy pozostali studenci literatury musieli już siedzieć na swoich miejscach. Żołądek wywrócił się jej na drugą stronę. Otworzyła torbę, sprawdziła jeszcze raz sylabus, a następnie pospieszyła korytarzem do odpowiedniej sali, pierwszej po lewej.

LL101 Wstęp do literatury: Sala 113

Żywiła pełne przekonanie, że się spóźniła, że zostanie upokorzona już pierwszego dnia, ale powinna bardziej zaufać Prestonowi. Chociaż prawie wszystkie miejsca w sali wykładowej okazały się zajęte, na mównicy nikogo nie było. Odetchnęła z ulgą.

Ruszyła żwawo przejściem, z uniesionym podbródkiem, przeczesując wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu wolnej przestrzeni. Wielokrotnie odtwarzała w myślach ten moment, wyobrażając sobie, jak ruszy w dostojnej ciszy, nie rumieniąc się i nie wzdrygając. Nawet gdy dziesiątki osób podniosło głowy, a ich nieufne, wrogie spojrzenia skupiły się na niej, obiecała sobie, że nie ulegnie.

Wszyscy i tak ją rozpoznają, czy to z powodu skandalu z mistrzem Corbenicem, czy przez krótką i beznamiętną wypowiedź dziekana Fogga o nowej studentce – kobiecie – podejmującej naukę w Kolegium Literatury, czy też dzięki artykułowi na pierwszej stronie „Llyrian Times”, znajdującego się już w rękach setek studentów. Przygotowała się na szepty i niewybredne obelgi.

Zabijała potwory i przeżyła utonięcie. Pokonała mroczne wody, rozgromiła pradawne zło i wydarła na powierzchnię prawdę, jakby wyciągnęła miecz z dawno zapomnianego kamienia. To także zdoła wytrzymać.

Lecz przemierzając salę, Effy zauważyła coś osobliwego: wszyscy studenci mieli na sobie identyczne stroje: czarne marynarki i czarne spodnie, do tego białe koszule zapinane na guziki. Marynarki miały zielone i złote lamówki, a krawaty były w tych samych barwach, jedwab lśnił w słabym świetle sali, a guziki błyszczały jak skorupy chrząszczy.

Nie chodziło o to, że ich nie rozpoznała; wręcz przeciwnie. To mundurki Uniwersytetu Llyrskiego, w kolorystyce Kolegium Literatury. Dostała własny zestaw przy wejściu (oczywiście w czarno-czerwonej kolorystyce Kolegium Architektury) i chociaż informator uniwersytecki teoretycznie określał, że mundurki należy nosić na wszystkich zajęciach, pozostawało to archaiczną zasadą i jej nie egzekwowano. Przez wszystkie dni spędzone na uniwersytecie Effy nigdy nie widziała nikogo w takim stroju. Wydawał się nie na miejscu, niemal dziecinny, jak drapiące wełniane swetry, które musiała nosić w podstawówce i szkole średniej, zdobione patriotycznymi kolorami.

Może to zwyczaj panujący tylko w Kolegium Literatury, zastanawiała się Effy, ale przecież Preston na pewno by jej o tym powiedział. Zdezorientowana i z narastającym niczym lód w żyłach poczuciem upokorzenia, znalazła najbliższe siedzenie i zapadła się w nim. Chłopak obok niej odsunął się nieco, wykrzywiając wargi.

Nie chowaj głowy w piasek. Effy chwyciła materiał spódnicy w coraz bardziej wilgotne palce.

W takich chwilach, gdy czuła, że zaczyna tracić grunt pod nogami, myślała o Angharadzie. Uwięziona w zatopionych w wodzie murach Dworu Hiraeth, kołyszących się wokół niej niczym zwykły pijaczyna, z podłogą coraz bardziej skrzypiącą pod jej stopami, podjęła walkę. Nie dokonywała wielkich czynów – nie wymachiwała mieczem, nie przywdziewała zbroi – a mimo to trwała, raz po raz mierząc się z Baśniowym Królem w tej cichej, lecz nieustającej wojnie.

W porównaniu z tamtym jej sytuacja wydawała się drobną bitwą. Effy uniosła głowę i starała się opanować drżenie rąk, gdy zaczęła wyjmować książki z torby.

W tym momencie drzwi do sali wykładowej zaczęły niemiłosiernie skrzypieć. Jeden ze studentów siedzących najbliżej wejścia poderwał się i otworzył je w pośpiechu. Przytrzymał uchylone, gdy w końcu profesor Tinmew pojawił się w progu.

Nie był tak stary, jak Effy sobie to wyobrażała, a już na pewno nie tak stary, jak sugerował jego chwiejny chód. Okazał się wysokim i szczupłym mężczyzną o pająkowatych kończynach i kosmykach siwo-brązowych włosów zdających się przylegać sztywno do jego czaszki. Nosił okulary w kwadratowych oprawkach, a w kieszeni jego tweedowej marynarki spoczywała fajka. Nawet siedząc w trzecim rzędzie, dziewczyna mogła wyczuć zapach dymu tytoniowego.

Profesor Tinmew niespiesznie udał się w stronę mównicy. Gdy tylko tam dotarł, inny student podskoczył i postawił na pulpicie kubek z parującą jeszcze herbatą. Prowadzący podniósł naczynie, pociągnął głęboki łyk i odstawił je na miejsce. Otarł chusteczką kącik mocno wilgotnych ust, po czym w końcu przemówił.

– Niezbyt stosowna pogoda – zauważył – jak na temat naszego dzisiejszego wykładu. Nieprzemijający ogród, czyli ogród w wiecznym rozkwicie.

Studenci w sali wybuchnęli śmiechem, jakby to zdanie stanowiło jakiś wielki żart. Effy zamrugała, a potem spróbowała wykrzesać z siebie uśmiech.

– No dobrze – mruknął. – Skończyliśmy na czwartej linijce, piętnastej strofie. Zanim przejdziemy do interpretacji, przeanalizujmy strukturę metryczną.

Strukturę metryczną? Effy gorączkowo przewróciła stronę zaznaczoną wczoraj wieczorem po przejrzeniu sylabusa. Dołączyła do grupy w połowie semestru i nie miała jeszcze czasu, aby dokładnie zapoznać się z tekstem.

Był to Ogród w Kamieniu, długi wiersz Laurence’a Ardora, lorda Landevale. Laurence Ardor pozostawał szóstym Śpiącym, więc dziewczyna mijała jego szklaną trumnę w muzeum i przyglądała się jego galaretowatej twarzy. Nie wywarła ona na niej szczególnie silnego wrażenia. Jego usta pozostawały ściągnięte w nieodgadnionym grymasie mogącym wyrażać zarówno ogrom bólu, jak i pogardy; nie potrafiła tego rozstrzygnąć.

Zanim zdążyła znaleźć wspomniane miejsce, podniosły się wokół niej chóralne głosy uczniów.

– Raz, dwa, cztery, raz, trzy, dwa, trzy – recytowali.

Nie czułaby się bardziej zaskoczona, gdyby zaczęli mówić po argantcku. Spojrzała w dół na kartkę, jakby mogła dostrzec tam te liczby, ale widniały tam tylko słowa Lorda Landevale’a (Znalazłem moją śmierć nieśmiertelną w snach).

Oniemiała z przerażenia i z niemałą dozą narastającej paniki, zerknęła na książkę ucznia obok niej. Zobaczyła, że nad każdym słowem tekstu naskrobał ołówkiem liczbę, od jednego do czterech. Liczby, jej starzy wrogowie, których – jak sądziła – z radością zostawiła za sobą, gdy rzuciła studia architektoniczne. Teraz znów złośliwie powróciły.

Skuliła się. Głośne, choć zupełnie nieczułe głosy studentów zdawały się napierać na nią i tylko na nią, jakby samo powietrze wiedziało, że jest intruzem. A potem, powoli, zaczęły zanikać w oddali, jej uszy wypełnił biały szum, trzymając dźwięki na dystans. Ciało izolowało umysł od strachu i niebezpieczeństwa.

Nie, skarciła się surowo. Nie mogła sobie pozwolić na ucieczkę. Zresztą, dokąd miałaby uciec? Nie istniał inny świat ukryty pod tym prawdziwym, nic poza ponurą i mroczną nicością. Baśniowy Król odszedł i zabrał ze sobą krainę snów.

Effy wbiła paznokcie w miękką, białą skórę po wewnętrznej stronie nadgarstka. Ból, ostry i nagły, przywrócił ją do rzeczywistości. Przywrócił zmysły, przenosząc ją z powrotem do miejsca, gdzie nie znajdzie klapy w podłodze ani pęknięcia w ścianie.

Bajarz jest kłamcą, ale historia, którą opowiada, jest prawdziwa.

– PAMIĘTNIKI ANGHARADY MYRDDIN, 194 AD

Dwa

– Nie powiedziałeś mi, że rozmawiałeś z prasą.

Przypominający wydobywające się z kotła opary pióropusz dymu niemal pochłonął głowę mistrza Gosse’a. Zaciągnął się papierosem tak gwałtownie, że dym przesłonił mu większą część twarzy, a po chwili uniósł się złowrogo w stronę Prestona, na co chłopak się cofnął i zdusił kaszel.

– Co to miało znaczyć, Héloury? – zapytał profesor stłumionym głosem.

Czując się wykluczony z całego przedsięwzięcia, student zgasił swojego papierosa.

– Pierwsza strona „Llyrian Times”. Przeprowadzili z tobą wywiad do artykułu o Myrddinie.

Dym się rozproszył, a za nim ukazała się twarz mistrza. Miał napięte i wiecznie zaróżowione policzki, jakby dopiero co wyszedł na mróz. Wrażenie to potęgowały jego podkręcone wąsy oraz zmierzwione, czarne włosy, wyglądające jakby potargał je wiatr. Zdawało się, że te nigdy nie zostały nawoskowane ani przyczesane. Mężczyzna miał błękitne oczy, czasami sprawiające wrażenie tak ciemnych, jak odłamki przydymionego szkła.

– Tego bym nie powiedział – odparł w końcu profesor i zaciągnął się papierosem po raz kolejny.

– Czego by profesor nie powiedział?

– Nazwałeś to artykułem o Myrddinie – doprecyzował. – Myślę, że to raczej artykuł o tobie.

Preston zesztywniał i pochylając się do przodu, zapytał:

– Wiedział pan o tym? Że dziekan Fogg zamierzał przekazać gazecie nasze nazwiska?

Mistrz stuknął papierosem o krawędź popielniczki, następnie uśmiechnął się pobłażliwie.

– Trafienie na pierwszą stronę „Llyrian Times” dzięki twojemu stypendium to nie lada wyczyn – skwitował. – Ile masz lat, Héloury? Dziewiętnaście?

– Dwadzieścia. – Chłopak z trudem rozluźnił mięśnie szczęk. – I ten artykuł raczej nie traktował o moim stypendium.

– Mam nadzieję, że nie zapomnisz o swoim starym opiekunie, gdy będziesz ściskał dłonie politykom i pozował do okładek magazynów. – Oczy Gosse’a rozbłysły. – Twój wspólnik ma całkiem niezłą prezencję, by znaleźć się na rozkładówkach, nie sądzisz? To mogłoby rozgrzać masy Llyru do czerwoności.

Sama myśl o pojawieniu się w brukowcu sprawiła, że Prestona ogarnęły mdłości.

– Effy i ja chcemy tylko, aby ta sprawa została załatwiona z należytą powagą. Tu chodzi o prawdę, obiektywną prawdę, a nie plotki i sławę…

Profesor zaśmiał się cicho.

– Powinieneś był o tym pomyśleć, zanim oskarżyłeś najsłynniejszego literata w historii Llyru o oszustwo – zauważył Gosse, a Preston otworzył usta, by zaprotestować, ale mężczyzna kontynuował: – Tak, wiem, że cię do tego namówiłem, ale każdy uczony potrzebuje nieco kontrowersji w swojej karierze. To dodaje energii jak lodowata kąpiel.

– Dziękuję za słowa pokrzepienia – mruknął ponuro chłopak. – Czy to dlatego chciał pan się ze mną zobaczyć?

– Nie – zaprzeczył Gosse. Niemal natychmiast radość i humor zniknęły z jego oczu. Na jego twarzy pojawiła się maska pełna powagi, a głos przybrał poważny ton. – Bynajmniej.

Wstał zza biurka i podszedł do okna. Zimowy deszcz spływał po szybie, sprawiając, że szkło zrobiło się marmurkowe i półprzezroczyste. Preston miał nadzieję, że Effy zdążyła dotrzeć na zajęcia, zanim burza rozpętała się na dobre. Liczył też, że będzie uważać na siebie po powrocie do akademika. Na rogach ulic zalegało błoto pośniegowe, a chodniki stały się zdradliwe przez pokrywający je lód.

Myślenie o niej zawsze wywoływało przypływ sympatii, a potem strachu. Wiersze miłosne jakoś nigdy nie zawierały tej nutki grozy. Czyżby miał zdecydowanie złe nastawienie do tego uczucia? Stał się zbyt niespokojny, zbyt zalękniony, by kochać bezwarunkowo? A może obiekt jego westchnień pozostawał wyjątkowo kruchy?

Kiedy patrzył, jak tamtego ranka opuszcza go i przemyka przez dziedziniec, znikając w deszczu pomieszanym ze śniegiem i szarej mgle, toczył wojnę z samym sobą. Pokusa, by ją chronić, brutalnie walczyła z pragnieniem, by pozwolić jej na zaznanie wolności. Gdyby trzymał ją w zamknięciu z powodu własnego strachu, nie okazałby się lepszy od Ianto, nie lepszy niż Myrddin.

Mistrz wpatrywał się w okno przez długi czas, choć z pewnością nie widział wiele poza zbierającym się na szybach szronem lub słabym żółtym blaskiem ulicznych latarni, włączonych przedwcześnie, by oświetlić drogę zasnutą mgłą i śniegiem. Panowała niesamowita cisza, przerywana stukotem kropel deszczu o szyby i wężowym syczeniem kaloryfera. Dyskomfort spowił Prestona płaszczem zimna, a chłopak sięgnął po kolejnego papierosa.

W tym momencie Gosse się odwrócił.

– Czy wierzysz w duchy, Héloury?

Student cieszył się, że papieros nie trafił jeszcze do jego ust, bo by się nim zakrztusił. Profesor lubił żartować, ale młody człowiek nie dostrzegł w oczach mistrza ani krzty humoru. Zamiast tego spojrzenie mężczyzny pozostało intensywne, skupione niczym wzrok drapieżnika na zdobyczy.

– Nie – odpowiedział, gdy otrząsnął się z szoku. – Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie.

– Hmm. A co z wróżkami?

Poczuł, że napina się każdy jego mięsień.

– Nie.

– Interesujące. – Gosse ruszył w jego stronę. – Żadnego błądzenia wzrokiem po urzekających mrokach świata. Co zatem sądzisz o naszych Śpiących? Czy ich ciała są zakonserwowane chemikaliami jak kwiaty w cieplarni, jak twierdzi Ministerstwo Kultury, czy też magia utrzymuje je w nienaruszonym stanie, jak głoszą Południowe przesądy?

Nacisk, z jakim jego opiekun powiedział słowo naszych, sprawił, że Preston poczuł się wykluczony – jakby nie brano go pod uwagę. Skórę chłopaka przeszyły chłód i niepokój, jakby mroźne zimowe powietrze przedostało się przez okno. Być może doszukiwał się czegoś na siłę. Może po prostu w tym momencie zbyt dotkliwie zdawał sobie sprawę, że jest obywatelem Argantu.

– Nie sądzę, by istniało coś, czego nauka nie zdołałaby opisać – wyjaśnił.

A jednak głos mu drżał, bo Effy miała rację… Fatalny z niego kłamca.

Kiedy byliśmy w Hiraeth, a ja spałem w gabinecie Myrddina, zdarzało się, że rano budził mnie dźwięk dzwonów za oknem. Czy ty też je kiedyś słyszałaś?

Nawet teraz wspomnienie tego dźwięku odbijało się echem w jego umyśle, dźwięczne i wyraźne. Był to doniosły, pradawny pogłos pochłoniętego wodą miasta.

Nie, odpowiedziała Effy, a na jej twarzy odmalował się taki smutek, że pożałował swojego pytania. Nigdy ich nie słyszałam.

I tak Preston pozostał sam z tą wiedzą, a ta chwilami przypominała samotność – ponieważ niechętnie i z wielkim trudem wkroczył do świata rządzonego nie przez rozum, gdzie prawda i mądrość kruszyły się i ustępowały miejsca wyłącznie ciemności.

– W takim razie musiałeś dojść do wniosku, że pamiętnik Angharady Myrddin to obłąkańcze bazgroły wariatki – oświadczył Gosse. Jego ton brzmiał lekko, niemal żartobliwie.

Preston zacisnął palce na skórzanym obiciu fotela. Oczywiście przeczuwał, że ten moment nadejdzie. Nie raz się zastanawiał, czy mądrym posunięciem nie okazałoby się, by utajnić niektóre fragmenty dziennika. Czy magia, wspomniana przez Angharadę tak, jakby była prawdziwa, nie podważyłaby wiarygodności reszty jej opowieści. Prawda wydawała się tak krucha – stanowiła jedynie wątłą ochronę przed zawistnym osądem.

Nigdy jednak nie wyraził swoich obaw na głos. Wiedział, że Effy nigdy by na to nie pozwoliła i że stałoby się to zdradą lojalności wobec pani Myrddin. Preston się zastanawiał, czy to nie przejaw tchórzostwa z jego strony, tak kurczowo trzymać się konkretnego obrazu prawdy jak boi na wzburzonym morzu, zamiast dać się porwać falom i sprawdzić, czy uda mu się przetrwać. Effy robiła to przez całe życie, samotnie dryfując po bezlitosnych wodach. On mógł przynajmniej spróbować.

Czy ty też je kiedyś słyszałaś?

Natomiast niezależnie od tego, ile czasu poświęcił temu zagadnieniu w ciągu ostatnich tygodni, wciąż miotał się bezradnie.

– Ona jest pisarką – stwierdził. Jego głos wydawał się bezbarwny, co odbierało wiarygodności słowom. – Bardzo utalentowaną. Stworzyła metaforyczny świat i to w nim mogła wyrazić swoje nadzieje i obawy.

– A jednak – zaoponował mistrz – gdyby spojrzeć na jej opowieści bez woalu alegorii, w całej ich dosłowności, łatwo przyszłoby uwierzyć w istnienie magii.

Preston skierował wzrok na swojego mentora. Słowa napływały do niego, zalewały go, ale nie potrafił ułożyć z nich ani jednego zdania. Przez długi czas pokój spowijała cisza.

– Naprawdę jesteś cholernie lojalny wobec tej koncepcji prawdy – stwierdził w końcu Gosse tonem wyrażającym zarówno sympatię, jak i pogardę. – Miej się na baczności, Héloury. Może się okazać, że ślepo czcisz rozum, tak jak pobożni czczą świętych.

– Nie powiedziałbym, że te dwie rzeczy są równoważne – oznajmił zwięźle Preston.

A potem nie powiedział już nic więcej. W tym momencie życzył sobie, by jakaś gigantyczna fala przebiła się przez podłogę i pochłonęła ich obu. Żeby cokolwiek uwolniło go spod jarzma tej rozmowy coraz bardziej przypominającej przesłuchanie.

Jedyną reakcją Gosse’a okazało się pochylenie. Wyjął z kieszeni mały, złoty kluczyk, po czym włożył go do zamka dolnej szuflady biurka. Przekopał się przez kilka teczek, a po chwili wyjął gruby pęk papierów związanych sznurkiem. Zamknął szufladę i wstał z lekko zmierzwionymi od wysiłku włosami, a następnie położył zawiniątko na biurku. Klucz wrócił do jego kieszeni.

Preston nachylił się w fotelu, by przyjrzeć się papierom. Natychmiast rozpoznał charakter pisma i przeszył go dreszcz niepokoju. To fotokopie dziennika Angharady.

– Weźmy na przykład tego Baśniowego Króla – zaproponował profesor. – Pisze o nim co najmniej tak często, jak o innych osobach w swoim życiu. O mężu i synu. Jakby pozostawał tak samo realny jak oni.

Preston zacisnął zęby.

– Zarówno Ianto, jak i Emrys stanowili dla Angharady źródło bólu. Nietrudno sobie wyobrazić, dlaczego stworzyła ten oddzielny byt, na który mogła przenieść wszystkie przejawy ich nadużyć i deprawacji, a jednocześnie zachować wyobrażenie o prawdziwej rodzinie, uważać ją za dobrą i kochającą.

– Ach, więc twierdzisz, że  j e s t  szalona.

–  N i e  – oświadczył stanowczo Preston. – Mówię tylko, że robiła, co mogła, by przetrwać.

Gosse zamilkł na chwilę i zaczął przeglądać skopiowane dokumenty. Kiedy chłopak zauważył, że ich treść została popodkreślana, opatrzona adnotacjami i znacznikami, wezbrała w nim nieoczekiwana, ale ogromna wściekłość. Wiedział, że tak się stanie, że pamiątki po Angharadzie trafią pod lupę nadętych uczonych, zapatrzonych w swoje oderwane od życia teorie, ale potwierdzający to widok budził w nim odrazę.

– Nie jestem twoim wrogiem, Héloury – odezwał się w końcu profesor. Spojrzał w górę i napotkał przeszywające spojrzenie swojego studenta, które zdawało się go unieruchamiać. – Ani w tej sprawie, ani w żadnej innej. Potraktuj to jako trening kreatywności. Pobudź swoją wyobraźnię. Być może tylko szaleństwo pozwala dostrzec całą prawdę.

Preston przełknął ślinę. Czy kiedykolwiek…

– Załóżmy przez moment, odkładając na bok twoje przywiązanie do nauki, że Angharada Myrddin tworzyła przy zdrowych zmysłach i trzeźwym spojrzeniu. Że te pozorne dziwy natury mogą zaistnieć i  s ą  prawdziwe. Że Baśniowy Król to rzeczywistość i że istnieje świat magii  w y k r a c z a j ą c y   p o z a  rozum, czający się gdzieś ponad, poniżej lub  w e w n ą t r z  znanego nam świata.

– Jestem uczonym – zaznaczył Preston, lecz nawet we własnych uszach jego głos brzmiał dziwnie, odlegle jak echo docierające spod wody. – Nie  m a g i e m .

Ale ty je słyszałeś, szepnął jego podstępny umysł. Dzwony, dzwony, ich nieprawdopodobne brzmienie.

– Być może to tylko rozdźwięk w semantyce.

Preston zaczął się zastanawiać, czy mistrz Gosse nie wypił wcześniej swojej szklaneczki szkockiej, co zwykł robić o szóstej wieczorem, bo taki wyjątek nie zdarzyłby się pierwszy raz. Lecz każde słowo jego rozmówcy zostało wypowiedziane z pełną powagą.

– W takim razie dla dobra sporu – kontynuował, ogarnęło go jednak zmęczenie. – Co by było, gdyby słowa Angharady okazały się prawdą? Co by pan zrobił?

– Cóż – rzekł profesor – przypuszczam, że zostałbym zobowiązany, jako uczony, spróbować zdobyć ostateczny dowód ich autentyczności. Poszukiwanie obiektywnej prawdy… z pewnością się zgodzisz, że to nadrzędny cel nauki, prawda, Héloury?

Pragnąc skończyć tę niekończącą się rozmowę, chłopak skinął głową z niesmakiem.

– A ktokolwiek by udowodnił, że coś takiego jest faktem… może zapomnieć o głupich kłótniach o dziedzictwo Myrddina. – Oczy Gosse’a rozszerzyły się i rozbłysły niesamowicie. – Zapomnij o układaniu się z dziekanem Foggiem, a nawet o zjednywaniu sobie polityków i dziennikarzy. Ktokolwiek potrafiłby udowodnić coś takiego, rzuciłby na kolana cały ten kraj, całą tę wyspę.

Mistrz mógł w rzeczywistości raczyć się czymś mocniejszym niż szkocka.

– W najbliższej przyszłości być może lepiej poświęcić czas na pisanie pracy – wtrącił Preston. – A nie na… hmm, udowadnianie istnienia magii i wzbudzanie trwogi wśród rządzących.

Gosse powędrował wzrokiem do okna pokrytego szronem i widoku z pewnością pozostającego nieprzeniknionym dla jego oczu. Chyba że dostrzegł tam coś, czego Preston nie zauważył.

– Dobrze – odparł opiekun, spoglądając na niego. – Oczywiście informuj mnie na bieżąco o swoich postępach i daj mi znać, jeśli będę mógł jakoś pomóc.

Student skinął głową. Chciał wstać, ale nieustępliwe spojrzenie profesora zdawało się wciskać go z powrotem w fotel i nie pozwalało się ruszyć.

– Jeszcze jedno – dodał Gosse.

Znieruchomiał, na wpół siedząc i na wpół wstając z fotela.

Wykonując przemyślane ruchy, uczony pochylił się ponownie i otworzył górną szufladę biurka. Wyjął z niej coś, co wyglądało na zawiniątko z ubraniami, i położył je przed Prestonem.

– Masz swój mundurek z college’u, prawda? – zapytał Gosse.

– Tak – odparł, mrugając. – Ale dlaczego…

– Nowa polityka – przerwał. – A właściwie nie nowa, ale od niedawna egzekwowana. Dziekan Fogg wystosował pismo. Oczekuje się, że wszyscy studenci zaczną nosić mundurki zarówno na wykładach, jak i na innych wydarzeniach i zajęciach na uczelni.

Preston podniósł się w końcu z krzesła i spojrzał w dół na zawiniątko. Spomiędzy czarnych fałd materiału wyzierały zielone i złote lamówki – kolory Kolegium Literatury. Wyglądał jak jego własny strój, a jednak w jakiś sposób różnił się od niego, wydawał się mniejszy.

– To dla twojej wspólniczki – wyjaśnił opiekun. – Nie sądzę, by miała komplet w barwach naszego wydziału. I nie przypuszczam, byś miał coś przeciwko, by jej to dostarczyć.

Ociekający konspiracją ton Gosse’a sprawił, że ciało chłopaka przeszły ciarki. Rozwinął paczuszkę. Była tam marynarka, krawat i czarna, plisowana spódnica.

– Czy dziekan Fogg uzasadnił w jakikolwiek sposób tę nową zasadę?

Mistrz uniósł brew.

– Nie chciałbym snuć domysłów. Ale biorąc pod uwagę całe wywołane przez ciebie zamieszanie i rosnącą nieskuteczność działań wojennych, spodziewam się, że odczuwa presję, by przygotować się na nadciągającą burzę.

Dość eufemistyczny sposób ujęcia sprawy, pomyślał Preston. Nagły zwrot w kierunku tradycjonalizmu pozostawał oczywisty. I rzeczywiście był to zwrot – uczelniane zasady wracały do bardziej konserwatywnych korzeni. Do czasów, gdy – jak wielu wspominało z sentymentem – wśród studentów nie znajdowały się kobiety, nie dało się spotkać nikogo spoza arystokratycznego kręgu krwi i rodowodu, a już na pewno nie przyjęto w ich szeregi Argantianinów.

Mięsień w szczęce Prestona zadrżał.

– Rozumiem.

– Nie brałbym tego do siebie – dodał mu otuchy Gosse lekkim tonem, po czym sięgnął do kieszeni. – Może to poprawi ci humor.

Wyciągnął rękę. Na otwartej dłoni spoczywała mała, złota przypinka w kształcie smoka. Została wypolerowana na wysoki połysk, a w miejscu oka znajdował się mały, zielony kamień. Preston od razu rozpoznał stworzenie widniejące w herbie Kolegium Literatury.

– Co to jest? – zapytał.

– Żywię przekonanie, że znasz rolę legata kolegium. Oprócz przywrócenia mundurków przekonałem dziekana Fogga, by wskrzesił również tę tradycję. Jako legat zostaniesz przełożonym studentów, moimi oczami i uszami wśród uczniów. Nie martw się, to głównie honorowa rola. Kolejne osiągnięcie w i tak już imponującym życiorysie.

Preston zastygł zszokowany. Gosse musiał chwycić go za nadgarstek, rozewrzeć mu palce i włożyć przypinkę do ręki. Dopiero wtedy student odwrócił miniaturowego smoka, wyczuwając wypukłą fakturę jego łusek. A jednak jedyne, co przychodziło mu do głowy, to fakt, że on jako pierwszy pochodzący z Argantu mógł jej dotknąć.

– Cóż, mógłbyś mi  p o d z i ę k o w a ć  – dodał mentor, udając obrażonego. – Inny mistrz wybrałby być może jakiegoś lizusa… jak Southey, ten czwartoroczny. Ale ja zawsze ceniłem sobie odrobinę wyniosłości. Często mnie samego oskarżano o arogancję i kapryśność, ale…

Głos mistrza Gosse’a przycichł, gdy Preston spojrzał w dół na smoczą przypinkę. Mimo całego przepychu, nieskazitelnego blasku zieleni i złota, tkwiła w niej jakaś niepokojąca martwota. Nie był to zwykły przedmiot, w który nigdy nie tchnięto życia, ale ponura surowość stworzenia, niegdyś żywego, a teraz zaklętego w kamień. Przypominało mistyczne zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią.

Preston zacisnął palce na symbolu, pozwalając, by chłód metalu wniknął w jego skórę. Ponownie spojrzał na mężczyznę.

– Lepiej już idź, Héloury – ponaglił go profesor. – Inaczej obaj utkniemy w tym gabinecie, mając do dyspozycji tylko ćwierć butelki szkockiej. I weź ten mundurek dla swojej wspólniczki. – Jego usta rozciągnęły się w olśniewającym uśmiechu. – Być może trzeba go poszerzyć w biuście.

Preston z rozpaloną twarzą porwał z biurka zawiniątko z ubraniami. Wsunął je pod pachę, planując jak najlepiej ochronić materiał przed sypiącym śniegiem, po czym bez słowa opuścił gabinet uczonego.

1 chtoniczne bóstwo – bóstwo świata podziemnego (przyp. tłum.).