Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy można odnaleźć światło, gdy serce ogarnia rozpacz, a każdy krok prowadzi głębiej w mrok własnych lęków?
Trzecia część Tenebris to opowieść o przeszłości i poszukiwaniu nadziei, tam, gdzie wydaje się, że już jej nie ma. Ostatnia z serii prowadzi do wyjaśnienia wszystkich zagadek.
***
Jedna tragedia odsłania sieć kłamstw, win i sekretów skrywanych przez lata. „Cień” to mroczna opowieść o tym, jak przeszłość potrafi dosięgnąć nawet tych, którzy próbowali o niej zapomnieć.
Biegający Bibliotekarz
Ostatni tom to prawdziwy rollercoaster. Dynamiczna intryga splata przeszłość z teraźniejszością, trzyma w napięciu nie pozwalając złapać oddechu i budzi chęć odkrycia tajemnicy Cienia.
Zagubieni w świecie książek
Nienawiść i chęć zemsty potrafi człowieka doprowadzić do ostateczności. Ta historia Wami wstrząśnie i pokaże, że niektórzy aby zdobyć swój upragniony cel, są w stanie zrobić wszystko. Dosłownie wszystko!
Żyć nie umierać
Historia, o której nie da się zapomnieć. Perfekcyjne zwieńczenie trylogii. Emocje gwarantowane!
Książkowe poczynania
Finałowy tom cyklu, który osacza i wciąga w wir zła. Być może tej zimy nie przeczytasz mocniejszej powieści
Diabeł poleca
Gęsty klimat, narastające napięcie i mroczne tajemnice prowadzą czytelnika przez świat, w którym nic nie jest takie, jak się wydaje. To mistrzowskie połączenie kryminału i thrillera, pełne zaskakujących zwrotów akcji, które trzymają
w niepewności aż do ostatnich stron. A gdy wydaje się, że wszystko zostało wyjaśnione ,finał uderza z podwójną siłą i zostaje w pamięci na długo.
Notatnik recenzentki
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jolanta Bartoś Tenebris 3. Cień okładka
Imorce – Małgosi,
za ciągłą motywację i wieczne marudzenie
o więcej takich książek..
Prolog
Nienawiść jest jak cień, który nie potrzebuje światła, by istnieć. Rodzi się cicho, w zakamarkach duszy, gdzie kiedyś mieszkała nadzieja. Nie krzyczy od razu. Najpierw szepcze. Z czasem jej szept staje się wrzaskiem, który zagłusza rozsądek. Ma smak żelaza i zapach ziemi przesiąkniętej krwią. Nie zna litości, nie szuka pokoju. Jest jak ogień, który nie ogrzewa, lecz trawi. Jak lód, który nie koi, lecz paraliżuje. Zamienia serce w kamień, spojrzenie w ostrze, a słowa w truciznę. I choć wydaje się potężna, zawsze nosi w sobie cień słabości – bo tam, gdzie nie ma miłości, nie ma też życia.
Rozdział 1
Październik 2025
Pusta stacja, gdzieś na końcu świata. Dalej tylko las spowity mgłą, niczym niekończącym się welonem utkanym ze snu – gęstą, ciężką, niemal namacalną. Jakby powietrze zrezygnowało z przejrzystości, żeby ukryć tajemnicę lub wstyd, jaki ze sobą niosła. Ziemia oddychała nią powoli, a drzewa stawały się cieniami siebie. Każdy krok był, jak wejście w tajemnicę, każdy dźwięk stłumiony, jakby świat zapomniał, jak się mówi. Mgła wchłaniała wszystko – myśli, wspomnienia, drogę powrotną. W jej objęciach świat zwalniał, a przestrzeń traciła granice.
Marta szła powoli, w jej oczach malowała się rozpacz. Nic nie miało sensu. Każdy krok rozbrzmiewał głucho, jakby ziemia nie chciała go przyjąć. Spojrzała na wyświetlacz swojego smartfona. Nie było żadnej wiadomości, choć tak rozpaczliwie jej wyczekiwała. Teraz tylko ona mogła ją uratować. Wszystko inne nie miało znaczenia. Poprzez łzy dostrzegła tapetę w swoim telefonie. Uśmiechniętą twarz pięciolatka. Ale on nie miał już takiej siły, by ocalić jej życie. Napisała SMS-a i wysłała. Weszła na tory i szła przed siebie. W jej głowie panowała pustka, a rozpacz zalewała każdą cząstkę jej ciała, wpełzła pod skórę, rozlała się w klatce piersiowej, zaciskała palce na gardle. Nie pozwalała mówić. Była jak cień, który nie potrzebuje światła, by istnieć. Jej rozpacz nie prosiła o uwagę, czekała – cierpliwie, aż wszystko, co ważne, stanie się odległe jak powracające echo.
Szła przed siebie, nie mając już nic. Ani dźwięk toczącego się pociągu, ani świszczący dźwięk hamulców nie poruszył jej chęci do życia. Tylko krzyczący dźwięk sygnału zawisł w powietrzu, rozpaczliwie przeszywając ciszę tego poranka.
Gdzieś na pustkowiu, z dala od stacji, zgasła nadzieja i zakończyło się życie.
***
Adam Zmyślony wracał do komendy z kolejnej interwencji przy wypadku, do którego nie powinno dojść. Zazwyczaj była to brawura lub przeświadczenie, że jest się prawie w domu i już nic złego się nie wydarzy. Albo, co najgorsze, trafia się na pirata, który odbiera życie kilku osobom, a sam wychodzi z tego niemal bez szwanku. Właśnie spędził kilka godzin w takim miejscu, i wciąż walczył z uczuciem, że miałby ochotę zabić sprawcę katastrofy.
– Mogłabyś sprawdzić mój telefon? – zapytał Gabi Milik siedzącej obok niego. Aspirantka milczała, patrząc przed siebie bez większej uwagi. Nie zareagowała na jego prośbę, więc szturchnął ją lekko, trzymając w dłoni swój telefon. – Sprawdź wiadomości. – Podał jej odblokowany aparat.
– Jesteś pewien? – zdziwiła się.
– Dzwonił co chwilę, a nie mieliśmy nawet sekundy wytchnienia.
Gabi odszukała ikonki wiadomości.
– Masz coś od Ewy Szczęsnej, od jakiegoś Pawła…
– To mój brat – wszedł jej w zdanie. – Co pisze?
Otworzyła wiadomość.
– Prosi, żebyś potwierdził, czy będziesz w niedzielę na obiedzie.
– Kurwa, zapomniałem o tym. Później mu odpiszę.
– I jeszcze wiadomość od Marty Maciejewskiej.
– Co? – zdziwił się, bo kobieta nie odzywała się do niego niemal od roku. Po tym, gdy sąd orzekł o ubezwłasnowolnieniu jej córki, skazując ją na przymusowy pobyt w zamkniętej placówce psychiatrycznej, Marta zajęła się swoim życiem. Miała prawo do odwiedzania córki raz w tygodniu. Zresztą on i Gabi też czasami wpadali do szpitala, zobaczyć, jak się czuje dziewczyna.
Niestety jej stan się nie poprawiał. Krzyczała w nocy męczona uporczywym koszmarem, powtarzającym się ilekroć zamknęła oczy. Czasami, w momentach chwilowej trzeźwości umysłu, dzwoniła do Gabi, pytała czy do niej przyjedzie albo opowiadała o czającym się za drzwiami cieniu, który czegoś od niej chce. Jej stan trwał w niezmiennym zawieszeniu. Tkwiła w tamtej dramatycznej chwili i nie potrafiła sobie wyjaśnić, jak doszło do tragedii. A kiedy nie znajdowała innego wyjaśnienia, słyszała szept sumienia mówiący, że zabiła…
– Co pisze? – zapytał Adam.
– Adam, odbierz Wojtusia z przedszkola i zaopiekuj się nim. Będziesz dobrym ojcem. Wybacz mi, proszę – odczytała wiadomość.
– Co? – Zerknął w komórkę, więc Gabi przesunęła aparat, żeby lepiej widział.
– Zadzwoń do niej! – Tętno mu przyśpieszyło. Miał złe przeczucia, potęgujące się, gdy nie odbierała. Spojrzał na zegar na pulpicie auta i przyśpieszył, kierując się w stronę przedszkola.
Chłopiec czekał z opiekunką, a ta nerwowo zerkała na zegarek.
– Wujek! – Wojtuś rzucił się w ramiona podkomisarza.
– Czy matka chłopca zostawiła jakieś informacje? – zapytał, ale zdezorientowana nauczycielka nie wiedziała, o czym mówi. Nie znała też Adama, więc nie chciała mu wydać dziecka, a jednocześnie denerwowała się, że musi zostać dłużej w pracy. Próbowała dzwonić do Marty, jednak jej telefon milczał. W końcu Adam podpowiedział, żeby zadzwoniła do dyrektorki przedszkola, ta powinna go znać. Musieli poczekać jeszcze kilkanaście minut, bo kobieta chciała osobiście przekonać się, czy nikt inny nie podaje się za niego.
– Podkomisarzu. – Lucyna Kmiecik wpadła na korytarz placówki, gdzie wciąż na nią czekali. – Boże, jak ja się zdenerwowałam, że znowu ktoś chce porwać Wojtusia. – Trzymała dłoń na klatce piersiowej. – A co z panią Martą?
– Szczerze powiedziawszy, nie wiem. Przysłała mi SMS-a. – Wyjął z kieszeni komórkę i pokazał kobiecie. – Miałem nadzieję, że przekazała wam jakieś informacje.
– Niestety nie.
– Przyprowadziła Wojtusia dzisiaj bardzo wcześnie, bo już na siódmą rano – odezwała się opiekunka. – Mówiła, że ma coś ważnego do załatwienia.
– I nic więcej? – starał się upewnić.
– Nie. Nie dopytywałam, bo to nie moja sprawa.
– No tak… – Dyrektorka była zaskoczona. – To co, pan odbierze Wojtusia? A jutro?
– Postaram się skontaktować z Martą i, mam nadzieję, wszystko wróci do normy.
Zabrał chłopca, pomógł mu się ubrać, bo dzień od samego rana był chłodny, a wilgoć wciąż wisiała w powietrzu.
Dochodził właśnie do samochodu, gdy rozdzwoniła się jego komórka. Na wyświetlaczu pojawił się numer, którego nie znał. Gabi zdążyła się przywitać z chłopcem, który radośnie wskoczył na tylną kanapę samochodu.
– Słucham. – Adam odebrał telefon. – Podkomisarz Adam Zmyślony – przedstawił się rozmówcy. Obchodził właśnie auto, gdy zatrzymał się nagle. Pobladł na twarzy, jakby cała krew mu z niej odpłynęła. – Jest pan pewien? – Głos mu zamarł w gardle i z trudem wypowiadał słowa. – Dziękuję. Będę jeszcze dziś. – Oparł się o maskę i zastygł tak chwilę.
– Adam, co jest? – Gabi podeszła do niego.
– Marta nie żyje – wyszeptał pobladłymi ustami.
***
– Jesteś pewien, że chcesz tam jechać sam? – zapytała Ewa.
– Nie. Ale ktoś musi się zająć małym. – Spojrzał na chłopca siedzącego na kanapie i zapatrzonego w bajki w telewizorze.
– Wiesz, że musimy to zgłosić. Odpowiednie służby zajmą się nim.
– I ma trafić do bidula?
– Do rodziny zastępczej – sprostowała. – Zanim znajdą kogoś z rodziny, kto zechce się nim zająć. Dobrze wiesz, że nie dasz rady – podejrzewała, o czym myślał, znała go już na tyle dobrze.
Skinął głową.
– Ale poczekajmy do jutra. Noc może spędzić z nami.
Ewa ciężko westchnęła. Nie potrafiła mu tego odmówić. Poza tym znała Wojtusia i wiedziała, jakim grzecznym był dzieckiem.
***
Do komendy w Lesznie dotarł przed osiemnastą. Śledczy Kacper Dudek czekał na niego, mimo że skończył już swoją zmianę.
– Jak doszło do wypadku? – Zmyślony chciał poznać szczegóły.
– Ofiara szła po torach. Motorniczy zauważył ją w ostatniej chwili. Rano była mgła. Niestety nie zdążył zahamować. Uznaliśmy to za samobójstwo.
– Samobójstwo? – powtórzył Adam zaskoczony.
– Kobieta nie zareagowała na sygnał dźwiękowy i pisk hamulców. Gdyby na przykład czegoś szukała albo szła tamtędy na skróty, powinna przynajmniej próbować odskoczyć. No i znaleźliśmy jej komórkę. Ostatnią wiadomość wysłała do pana. Przyzna pan, że brzmi jak pożegnanie.
Nie odpowiedział. Nie potrafił dopuścić do siebie informacji, że Marta, którą zawsze uważał za silną osobę, mogła podjąć taką decyzję.
– Jak rozumiem, miała syna – kontynuował Dudek.
– Tak. Mały jest pod moją opieką.
– Czy miała jakąś rodzinę, bo domyślam się, że nie jesteście razem?
– Marta ma jeszcze córkę, ale Zuzia… – zawiesił głos, bo dotarło do niego, że będzie musiał jej przekazać wiadomość o śmierci matki. – Wygląda na to, że i ona będzie pod moją opieką – odparł.
– Nie miała innej rodziny?
– Z tego co wiem, była jedynaczką. Jej rodzice chyba nie żyją, sprawdzę to.
– Miała przy sobie torebkę. W środku był portfel, karty kredytowe, trochę drobnych i komórka. Zajęło nam trochę czasu odnalezienie tych rzeczy i ustalenie jej tożsamości.
– Czy mogę ją zobaczyć? – Wciąż tliła się w nim nadzieja, że może ktoś Marcie ukradł torebkę z całą zawartością i ciało leżące w kostnicy nie będzie należało do niej. Nie chciał wszystkiego zrzucić w popioły zwątpienia, więc trwał w tej ułudzie, cicho i uparcie, dopóki nie znalazł się w zimnym pomieszczeniu, które sprawiło, że dreszcz strachu przebiegł mu po kręgosłupie. Wahał się przez moment – jak płomień świecy w przeciągu, który drga nim zgaśnie przy kolejnym silniejszym podmuchu.
Patolog podniósł białe prześcieradło przykrywające ciało zmarłej. To nie był podmuch, który zgasił tlącą się świecę. To było tornado wyrywające całe drzewo z korzeniami.
– Podkomisarzu, czy to ona? – Dotarło do niego pytanie śledczego Dudka. Nie pamiętał ile razy zadawał je rodzinom identyfikującym ciała ich najbliższych, ale nigdy nie stał po tej drugiej stronie. Nigdy nie musiał przeżywać tego, co oni.
– Tak – odparł niemal bezgłośnie i w tym momencie płomień nadziei zgasł na zawsze.
Rozdział 2
Wrzesień 2007
Marta Bączyk pogłaskała swój wydatny brzuszek i przeciągnęła się w łóżku. Nie chciała jeszcze wstawać, ale dziecko w jej łonie boleśnie uciskało na pęcherz, więc musiała czym prędzej skorzystać z toalety.
Nie było już przy niej Roberta. Wiedziała, że rano musiał iść do pracy, ale to jej nie przeszkadzało, bo zarabiał na ich ślub i wesele.
Zawsze marzyła o wielkim weselu, sukni księżniczki i zazdrosnych spojrzeniach koleżanek. Chciała, żeby wszyscy o tym mówili, więc planowała i uśmiechała się sama do siebie. Początkowo obawiała się, że Robert będzie na nią zły, ale on ją po prostu ubóstwiał. Gdy powiedziała mu o dziecku był najszczęśliwszym facetem na ziemi. Mógłby ją nosić na rękach.
Rodzice Marty nalegali na szybki i skromny ślub, póki jeszcze nic nie widać, ale ich córka chciała czegoś więcej – nie tylko wejść do kościoła w najtańszej sukience kupionej w komisie, a później posiedzieć z najbliższą rodziną przy kawie i marnym torcie, który upiecze ciocia Jadzia. Nie. Dla niej ten dzień miał być piękny i wielki. A Robert obiecał, że wszystko da się zrobić, ale potrzebuje trochę czasu. Więc zaplanowali ślub po narodzinach ich dziecka. Tak, żeby Marta mogła wyglądać pięknie w swojej wymarzonej sukni ślubnej.
Zamieszkali w małym domku na wsi, wraz z dziadkami Roberta. Marta przypuszczała, że rodzice chcieli ją ukryć przed sąsiadami, żeby nie spalić się ze wstydu za córkę. Początkowo było jej ciężko żyć tak z dnia na dzień, zwłaszcza że wciąż brakowało im pieniędzy. Ale odkąd Robert dostał lepszą pracę, to również szkatułka, w której odkładali na ten wielki dzień, zaczęła się wypełniać banknotami. Co prawda nie było go przez większość dnia, wpadał tylko na obiad i znowu uciekał, by przyjść dopiero na noc, ale wiedziała, że pracuje. A on obiecał, że po ślubie trochę zwolni i odbiją sobie ten czas. Teraz chciał spełnić każdą jej zachciankę.
Przeglądała katalog z biura podróży, bo wesele było już zaplanowane niemal perfekcyjnie, ale ona marzyła też o podroży poślubnej.
Pokazała narzeczonemu zdjęcia z bajecznego zakątka na Wyspach Kanaryjskich, oczekując, że zgodzi się natychmiast. Ale on spojrzał na nią trochę sceptycznie.
– Nie wiem, czy dam radę aż tyle dorobić.
Jej usta wygięły się w podkówkę. Tak bardzo chciała tam pojechać. Wszyscy by jej zazdrościli.
– Możemy zrobić mniejsze wesele i wtedy nam starczy – zaproponował Robert. – Albo wybierzemy się na inną wycieczkę, tańszą. Natomiast Wyspy Kanaryjskie zostawimy sobie na rocznicę ślubu.
Gdy usłyszała o mniejszym weselu coś ją ścisnęło, nie chciała rezygnować z żadnych gości. Ale jeśli miałaby odwiedzić wyspy za rok, to byłoby równie wspaniale.
– Och, jak ja cię kocham! – Rzuciła mu się na szyję, by już w następnej chwili przeglądać katalog z tańszymi miejscami.
– Marto, pozwól, że ja zrobię ci niespodziankę. – Zabrał jej kolorowy folder i odłożył na półkę. – Zrób mi kawę, bo będę musiał jeszcze wyjść.
– Znowu? – Nie była zadowolona.
– Wiesz, że wciąż nam brakuje na wesele, więc muszę zasuwać. Dopilnuję zamówień, zamknę market i wrócę, jak zawsze, po północy.
– Jak cudownie, że ktoś zauważył, że jesteś taki zdolny. A ja mogę się chwalić narzeczonym kierownikiem marketu – mówiła dumna.
– Wolałbym, żebyś nic nikomu nie mówiła. Wiesz, że ludzie potrafią być zazdrośni o byle co. Zostanę kierownikiem regionu, to będzie się czym chwalić. Ale wtedy będziemy mieszkali już w innym domu. Takim, żeby wszystkie koleżanki ci zazdrościły.
Przytuliła się do niego, zapewniając, że kocha go najbardziej na świecie.
***
Waldek Jankowski i Mirosław Lang już czekali na Roberta przed marketem. Zaczynało szarzeć, więc ludzie w pośpiechu robili zakupy i śpieszyli się do domów. Zazwyczaj udawało im się wytypować przynajmniej jedną ofiarę, ale bywały też dni, gdy wracali z pustymi rękami, zdarzało się też, że mieli trzy karty bankomatowe.
– Sorry, ale Marta robi się coraz bardziej marudna. – Robert próbował się usprawiedliwić, gdy zaparkował samochód. – To co, bierzemy się do roboty?
– My już mamy swoje – odparł z dumą Waldek i wysunął z kieszeni kartę.
– Była okazja, więc nie czekaliśmy na ciebie – dodał Mirek.
– Dobra, nie ma co pierdolić, wchodzimy i trzeba to szybko załatwić – zdecydował Waldek.
Robili rekonesans wśród klientów, ale zawsze wybierali osoby starsze, wyglądające na samotne. O ile płaciły kartą. Nie kradli portfeli, na większą gotówkę nie liczyli, a nie ma co zostać przyłapanym na kradzieży kilku złotych.
Szybko wytypowali osobę, która ma wpaść w ich sidła. Starsza pani co chwilę zaglądała do portfela i liczyła pieniądze czy jej starczy, ale Rafał dojrzał, że ma tam również kartę. Stanął za nią w kolejce. Kobiecie zabrakło gotówki, a nie chciała z niczego zrezygnować. Wyciągnęła kartę, prosząc ekspedientkę, żeby wpisała te numerki, które ma zanotowane.
O tak. Na to czekał. Pośpieszył za kobietą, dając znak kumplom, że mają działać. Waldek ruszył biegiem, trzymając w dłoni scyzoryk. Wyuczonym ruchem przeciął reklamówkę i wszystkie zakupy posypały się na chodnik. Zanim kobieta zdążyła zareagować, już znaleźli się przy niej Robert z Mirkiem i z pełną życzliwością zbierali zakupy.
– Mam jakąś używaną reklamówkę, może się nada. – Robert wyciągnął z kieszeni lekko zmiętą foliową torbę. Pytał kobietę dokąd idzie, może pomogą jej te zakupy donieść do domu, nie ma żadnego problemu i tak idą w tamtą stronę.
Tymczasem Mirek zajął się torebką, którą kobieta odłożyła na bok. Gdy już wszystko spakowali i wstali, zadzwoniła komórka Roberta. Odebrał, po czym lekko zdenerwowanym głosem powiedział.
– Wybaczy mi pani, moja żona zaczęła rodzić, więc muszę wracać do niej.
– Tak, leć, synku, dziękuję za pomoc.
– Jeszcze pani torebka. – Mirek podał kobiecie i ukłonił się, po czym obaj zniknęli za rogiem.
– Nie mogę uwierzyć, że to jest takie banalnie proste. – Śmiali się obaj, a wkrótce dołączył do nich Waldek.
Przeszli w odludne miejsce i zatrzymali się.
– Słuchajcie robi się niebezpiecznie. Nie możemy cały czas działać w mieście w końcu nas złapią – stwierdził Jankowski. Był chudy jak patyk, ale najszybciej z nich wszystkich biegał, dlatego to on zawsze rozsypywał sprawunki i uciekał.
– Co proponujesz? – Robert nie chciał odpuścić, wciąż brakowało mu na wszystkie zachcianki Marty.
– Może zaprosimy kogoś do współpracy? – zaproponował Mirek.
– Oszalałeś? – Jankowskiemu wcale nie podobał się ten pomysł. – Wtedy trzeba zysk dzielić na więcej części. To co z tego będziesz miał?
– No i zawsze jest ryzyko, że ktoś coś chlapnie – dodał Robert.
– Dokładnie! – potwierdził Waldek. – Dobra, idziemy na piwko, a potem każdy obstawia swój bankomat. Dzisiaj przynajmniej nie musimy się dzielić.
Weszli do pubu, gdzie unosił się zapach piwa, starych desek i dymu papierosowego. Ta swoista mieszanka była niejako częścią wystroju tego miejsca. Przygaszone światło sprawiało wrażenie, jakby ktoś celowo chciał ukryć zmarszczki na twarzach stałych bywalców. Barman, który znał wszystkich po imieniu, ale nikomu nie mówił „dzień dobry” powitał ich skinieniem głowy. Nie było miejsca przy i tak zbyt małych stolikach, ale gdzieś w głębi zauważyli Marcina i Damiana. Popijali piwo i dyskutowali o czymś żywo.
Podeszli do nich i od razu znalazło się dla nich miejsce, choć było nader ciasno, ale nie przyszli tu dla wygody, a żeby wychylić kufel piwa i żeby czas jakoś zleciał do północy.
Marcin zamówił trunek dla wszystkich, a kiedy kelnerka postawiła kufle na malutkim stole, zapłacił.
– Ty się nie boisz nosić takiej gotówki? – Robert zerknął na ilość banknotów, które kolega miał przy sobie.
– Dzisiaj była wypłata. Wyciągam wszystko. Żaden bank nie będzie na mnie zarabiał. Mam kasę, a oni puste konto.
– Całkiem dobrze – pochwalił Waldek. – To po co ci ta karta?
– Kartę zostawiam w domu, tylko na wypłatę zabieram. – wyjaśnił całkiem szczerze.
– Ja robię tak samo – dodał już lekko wstawiony Damian. – Nie będą, sępy, korzystać z moich ciężko zarobionych pieniędzy.
– Racja – pochwalił go Mirek.
Ale w tym momencie cała trójka porozumiała się wzrokiem. Wpadli na ten sam pomysł. Sami nie pili dużo, wręcz sączyli złocisty napój powoli, ale postawili jeszcze Marcinowi i Damianowi. Gdy już obu zaczęły się plątać języki, odprowadzili ich do domów. Od lat mieszkali na tym samym osiedlu, w tym samym bloku. Jeśli nie liczyć tego, że Robert chwilowo wyprowadził się do dziadków na wieś.
Odstawili kumpli na chaty, całych i zdrowych, choć w nieco lepszym humorze, jak poinformował ich rodziny Mirek.
– Nie mogliśmy im pozwolić iść bez ochrony, bo kretyni chwalili się, że odebrali dziś wypłaty.
– Aż się proszą, żeby ich ktoś okradł – dodał Robert.
Matka Marcina podziękowała chłopakom. Dobrze ich znała, więc zaprosiła na herbatkę, ale uznali, że jest późno, więc pójdą.
Gdy wyszli z bloku, Robert i Waldek wyciągnęli z kieszeni ukradzione karty swoich kumpli.
– A jak się zorientują? – zapytał Mirek.
– Słyszałeś przecież. Korzystają z karty raz w miesiącu.
I wszyscy roześmiali się z absurdalnego przypadku, jaki im sprzyjał. Żaden z nich nawet nie zastanawiał się nad tym, że i Marcin i Damian są ich kumplami z jednego podwórka od najmłodszych lat.
Rozeszli się, każdy do innego bankomatu, bo każdy z nich miał ukradzioną wcześniej pod marketem kartę. Musieli czekać do północy, a potem mieli zaledwie trzydzieści sekund, gdy system się resetował. Mogli wyciągnąć każdą sumę, choć uzgodnili, że za każdym razem będą to tylko dwa tysiące. Obawiali się, że większa kwota może zablokować system albo może zabraknąć gotówki.
Robert zatrzymał samochód pod bankomatem przy dworcu autobusowym. Zawsze musieli korzystać z urządzeń należących do PKO, a tych w okolicy było tylko kilka. Tego dnia, gdy wracał z pracy, widział firmę konwojową, która wymieniała kasetę z gotówką. Dla pewności zawrócił i zaparkował samochód niedaleko – tak, żeby widzieć konwojentów we wstecznym lusterku.
Dwóch uzbrojonych ochroniarzy pilnowało trzeciego, który wyuczonymi, sprawnymi ruchami otwierał bankomat i wymieniał duże kasety. Był pewien, że w tym punkcie będzie sporo gotówki i nie zamierzał pozostać przy marnych dwóch tysiącach. Chciał wziąć jak najwięcej, ale w ostatniej chwili naszły go wątpliwości, czy system wypłaci mu wygórowaną sumę.
Poprawił czapkę z daszkiem i naciągnął kaptur. Dobrze wiedział, że większość tych urządzeń jest monitorowanych. Spojrzał na zegarek i gdy wybiła północ wsunął kartę do automatu. PIN-u zdążył nauczyć się na pamięć. Wstukał polecenie wypłaty pięciu tysięcy. Czekał chwilę, patrząc, jak uciekają cenne sekundy. Bankomat oddał kartę i słyszał, że przeliczane są pieniądze. Jego serce biło coraz szybciej.
Czy zdąży?
Dopiero teraz zrozumiał, że wypłata większej sumy trwa dłużej, więc nie powinien tego robić. Odetchnął z ulgą, gdy we wgłębieniu na banknoty pokazała się gotówka. Zabrał plik pieniędzy i odszedł pośpiesznie do swojego samochodu zaparkowanego znacznie dalej, w miejscu, gdzie nie było latarni. Rzucił łup na siedzenie pasażera i odjechał pośpiesznie. Serce wciąż mu waliło w piersi, był jak obłąkany, gdy w końcu zaparkował na podwórku wiejskiego domku. Nie zapaliło się światło, więc uznał, że wszyscy śpią. Dopiero teraz ze spokojem przeliczył pieniądze i szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy.
Tak… Gdyby jeszcze kilka razy udało mu się wybrać taką gotówkę miałby na spełnienie marzenia Marty. Mógłby ją zabrać w podróż na Kanary. Musi tylko pamiętać, żeby nie pisnąć słowem Jankowskiemu i Langowi. W sumie Mirka się nie bał, ale Waldek od zawsze przewodził grupie. Był ledwie rok starszy, a mimo to wszyscy byli mu posłuszni.
Wsunął pieniądze do kieszeni i wszedł po cichutku do domu. Nie chciał budzić nikogo. Wiedział, że Marta śpi, więc nawet nie zapalał światła w pokoju, tylko uchylił drzwi i podszedł do komódki, na której stała szkatułka z pieniędzmi. Wsunął swój łup i wrócił do kuchni. Poczuł ssący głód. Teraz, gdy nerwy opadły i mógł pozwolić sobie na odpoczynek organizm domagał się jedzenia.
Musiał stuknąć jakąś szafką albo talerzykiem, bo w kuchni pojawiła się babcia.
– No nareszcie jesteś! – Westchnęła ciężko. – Tylko praca i praca, a kiedy będziesz miał czas na rodzinę?
– Babciu, niedługo. – Uśmiechnął się. Mówił szeptem, mimo że kobieta nie ściszała głosu. – Zjem coś i idę spać. Jutro do pracy na rano. Idź, połóż się, będę cichutko.
– Jakie tam cichutko! Ty lepiej dzwoń do szpitala, czy Marta już urodziła.
– Jak to? – Zatrzymał się z nadgryzioną kanapką w ręce. – Przecież ona śpi… – Spojrzał na drzwi niepewny swoich słów. Nie sprawdził, czy jego dziewczyna jest w łóżku.
– Jakie tam śpi! – zdenerwowała się kobieta. – Jak tylko pojechałeś, dostała bóli, a potem zaczęła krwawić. Wezwałam pogotowie. Zabrali ją na syrenie. A teraz w szpitalu nie chcą mi nic powiedzieć, bo nie jestem rodziną…
Robert rzucił kanapkę na talerz i pobiegł do samochodu. W nerwach nie umiał trafić kluczykiem w stacyjkę, aż go upuścił. Zaklął siarczyście i zaczął szukać dłonią na podłodze auta.
***
Marta leżała w sterylnej sali szpitalnej, przez moment nie wiedziała, co się z nią dzieje. Wiele osób biegało nerwowo wokół niej, szykowało jakieś narzędzia. Głos dochodzący do niej jakby zza grubej ściany nakazywał, by parła. Czyjaś dłoń podnosiła jej głowę i dociskała brzuch. Szum aparatury i stukot kółek wózka na korytarzu. Pośpieszne kroki mieszały się z wydawanymi poleceniami. I jeszcze raz ten sam głos nakazujący, by parła. Ból rozsadzał jej ciało. Chciała, żeby zostawili ją w spokoju, nie miała siły ani chęci z nimi współpracować. Przy kolejnym skurczu wygięła się jak struna, która za chwilę pęknie. Dobitne słowa położnej nie przywróciły jej do porządku. Nie chciała współpracować, choć coś rozrywało ją od środka.
Poczuła silne uderzenie w policzek i na chwilę przestała krzyczeć.
– Musisz przeć, inaczej umrzesz razem z dzieckiem. – Kobieta, która nachylała się nad nią, mówiła łagodnym ciepłym głosem. Nie rozumiała, dlaczego ją uderzyła. Policzek zapiekł bardzo mocno. – Połóż się, o tak… – Poprawiła ją na łóżku. – Jeśli się postarasz, zaraz urodzisz. Przyj! Mocno! – Jej empatyczny ton sprawił, że stała się spokojniejsza, ale wciąż ból rozrywał ją od środka. Krzyczała, jakby ją ktoś obdzierał ze skóry.
– Wyszła główka – poinformował lekarz. – Odpocznij chwilę i przy kolejnym skurczu musisz mocno przeć.
Nie rozumiała, co mówił. Jaka główka? Gdzie ona w ogóle jest? Kręciło jej się w głowie, ale mimo nieznośnego bólu już nie chciała uciekać. Próbowała skupić się na tym łagodnym głosie, który mówił, co robić. Usłyszała płacz dziecka. Krótki, który niemal natychmiast zamilkł. Pielęgniarki odebrały coś od lekarza i pośpiesznie odeszły na bok.
– Jest krwotok! – Lekarz sięgnął ręką po jakieś narzędzia, ale ona już nie słyszała, co mówił. Ciemność otuliła ją z każdej strony. Przynajmniej tu nikt jej do niczego nie zmuszał, nie czuła bólu…
Gdy otworzyła oczy i spróbowała się ruszyć poczuła obolałe ciało. Całe podbrzusze bolało niemiłosiernie. Nie miała siły, by usiąść. Ręką dotknęła krocza. Wyczuła podpaskę, grubą, ale na tyle miękką, że nie przeszkadzała za bardzo. Dopiero wtedy odzyskała świadomość – dotarło do niej jest w szpitalu, a w jej brzuchu nie ma już dziecka. Rozejrzała się. Parawan zasłaniał resztę sali. Cicho pikający monitor gdzieś nad jej głową dawał znaki, że żyje. Leżała bez ruchu. Miała wrażenie, że całe wieki, ale tu czas płynął inaczej, jakby był przepełniony smutkiem tego miejsca.
– No, nareszcie się obudziłaś. – Podeszła do niej pielęgniarka. – Napędziłaś nam sporo strachu, ale na szczęście doktor Tomaszewski szybko powstrzymał krwotok.
– Co z dzieckiem? – wyszeptała, bo głos nie dawał rady wydobywać się z gardła.
– Wszystko dobrze. Masz śliczną córeczkę. – Poprawiła koc, którym była otulona. – Za chwilę przyjdzie doktor i przewieziemy cię na salę do innych matek.
Lekarz zjawił się szybko. Zbadał ją, zalecił jeszcze kilka kroplówek, żeby ją nawodnić.
– Miała pani dużo szczęścia – zwrócił się w końcu do niej. – Łożysko zaczęło się odklejać, ale widać opatrzność czuwa nad panią. Udało się urodzić, zanim doszło do najgorszego. I będzie mogła mieć pani jeszcze dzieci. – Uśmiechnął się do niej ciepło.
Nie zastanawiała się nad tym najgorszym, do którego nie doszło. Wiedziała tylko, że nie chce mieć więcej dzieci. Nie zniesie kolejny raz takiego bólu. Nie czuła też potrzeby seksu, a sama myśl o jakimkolwiek zbliżeniu napawała ją obrzydzeniem. Teraz chciała tylko, żeby przestało boleć.
Robert przyszedł do niej po południu. A właściwie dopiero wtedy pozwolono mu zobaczyć narzeczoną. Marta miała problemy z siedzeniem. Bolało ją krocze, które pękło przy porodzie i za wszystko winiła swojego chłopaka.
– Mamy śliczną córeczkę. – Przytulił ją, ale natychmiast odsunęła go od siebie, tłumacząc, że wciąż jest obolała. – Mam coś dla ciebie. – Wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko. – Nie zdążyłem zapakować, ale mam nadzieję, że ci się spodoba.
Otworzyła i oniemiała z wrażenia. Wewnątrz była złota bransoletka z zawieszkami. Litera „M” ozdobiona maleńkim diamencikiem, która symbolizowała ją, druga „R” czyli Robert, a pomiędzy nimi maleńkie stópki.
– O mój Boże! – Westchnęła. – Jakie to piękne!
Robert wyjął błyskotkę z pudełka i zapiął na jej nadgarstku.
– Zamówiłem jakiś czas temu, ale złotnik dopiero wczoraj zrobił. Dobrze, że zdążył, bo dostałabyś jakiś zwykły pierścionek.
Marta dotykała palcami błyszczącej ozdoby i odzyskiwała szczęście. Przecież niedługo przestanie boleć i zajmie się przygotowaniami do wesela. Przez pewien czas będzie mogła też używać wymówki, że wciąż jest obolała i nie myśli o seksie. Dała mu już dziecko, więc powinien być szczęśliwy.
Rozdział 3
Październik 2025
Adam Zmyślony otworzył drzwi do mieszkania Marty. Wciąż jeszcze czuł zapach jej perfum unoszący się w powietrzu, choć wszystko wyglądało jakby inaczej. Wniósł tu swoją świadomość, że już jej nie ma i coś ścisnęło mu gardło. Nie mógł zrozumieć bezsensowności, która odebrała jej chęć do życia.
Zapalił światło w pokoju i rozejrzał się za rzeczami Wojtusia, które powinien wziąć ze sobą. Złożył jego ulubiony kocyk i pluszowego zajączka z długimi uszami. Otworzył szufladę i wyjął trochę rzeczy malucha. Z rozmyślań wyrwał go dzwonek domofonu. Podniósł słuchawkę. Jakaś kobieta przedstawiła się imieniem Ilona. Wpuścił ją. Co prawda nie kojarzył, kim była, ale może będzie wiedziała, co mogło pchnąć Martę do takiego kroku.
Ilona skonsternowała się, widząc czekającego w drzwiach mężczyznę. Próbowała wyjaśnić, że szuka Marty. Zaprosił ją do środka.
– Kim pani jest? – zapytał, gdy zamknął drzwi.
– Ilona Krawczyk. – Poczuła się jeszcze bardziej niepewnie, widząc tego wysokiego mężczyznę opartego o drzwi wejściowe. Chyba zrozumiał jej obawy, bo odsunął się i przeszedł w głąb korytarza, zostawiając jej otwartą drogę ucieczki.
– Pani nazwisko nic mi nie mówi – przyznał. – Kim była dla pani Marta?
– A pan? – Zawiesiła głos, gdy wysunął legitymację policyjną.
– Podkomisarz Adam Zmyślony. Więc? – Patrzył na nią tym wnikliwym wzrokiem, jakby chciał ją prześwietlić na wylot.
– Jestem dyrektorką biblioteki miejskiej.
– Przełożoną Marty – dokończył za nią. Skinęła głową. – Więc co pani tu robi?
– Marta nie odbiera telefonu, pomyślałam, że coś jej się stało – wyjaśniła.
– I zawsze tak się pani martwi o każdego pracownika?
– Nie, oczywiście, że nie. – Zaśmiała się nerwowo. – Z Martą łączy nas przyjaźń, więc to coś więcej, niż zwykłe stosunki służbowe.– Tym razem to on pokiwał głową. – Czy ona jest w domu? – dopytała Ilona.
– Nie.
Zapadła cisza. Żadne z nich nawet nie drgnęło, czekając na reakcję tego drugiego. Powietrze stawało się gęste, jakby wypełnione niewypowiedzianymi zdaniami, a każdy oddech ostrożny, jakby nie miał odwagi zaistnieć, aby nie zmącić wciąż jeszcze tkwiącego tu spokoju. Nieznośna cisza stawała się napięta niczym struna, gotowa pęknąć od jednego słowa, które zburzy chwiejący się mur równowagi.
– Marta nie żyje – powiedział w końcu opanowanym, ale lekko drżącym tonem.
– Słucham? – zapytała, jakby jeszcze nie dotarły do niej te słowa.
– Marta nie żyje – powtórzył. – Popełniła samobójstwo.
– Mój Boże! – szepnęła, zakrywając usta dłonią. – Jak to? Co się stało?
– Tego nie mogę jeszcze powiedzieć – odparł, uważnie się jej przyglądając.
– A co z Wojtusiem? Mogę go zabrać?
– Chłopiec ma zapewnioną opiekę.
Stali na korytarzu w tych samych miejscach, co dotąd. Ilona wyglądała na poruszoną, ale nie załamaną. W jej oczach nie pojawiły się łzy, dłonie nie drżały. Zadawała bardzo konkretne pytania o chłopca, o to, kto zajmie się pogrzebem i co z mieszkaniem.
– Myślę, że to zbyt odległe sprawy. Na razie wciąż toczy się śledztwo.
– Śledztwo? – powtórzyła zaskoczona. – Przecież powiedział pan, że to samobójstwo.
– Tak. Ale człowiek nie odbiera sobie życia tak po prostu. Zawsze jest powód, który do tego prowadzi.
– Tak, ma pan rację – przyznała. – O mój Boże! Marta nie żyje! – wykrzyknęła i zakryła twarz dłońmi. Zaczęła szlochać, jakby dopiero teraz ta wiadomość dotarła do jej świadomości. – Boże, ale dlaczego? Dlaczego?
***
Ewa spoglądała przez okno na wysokie tuje coraz bardziej pogrążające się w zapadającym mroku. Wiedziała, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Przez lata była sama, pozwalając, żeby jej serce otulał lód. Samotność powoli wypełniała przestrzeń wokół niej. Pojawiła się cicho z dnia, na dzień, pomiędzy myślami, pomiędzy oddechami, między tym co było, a tym, czego już nie będzie.
A potem pojawił się Adam. Wpuściła go do swojego życia, pragnąc odrobiny ciepła i nadziei. Tęskniła za czyjąś obecnością, a on zaczął powoli wypełniać pustkę wokół niej. Ale chłopiec śpiący na kanapie burzył spokój, jaki przez lata próbowała odbudować.
W jej oczach zabłysły łzy, gdy przypomniała sobie swojego synka. Jego radosny śmiech wypełniający każdy zakamarek domu i przejmującą, bolesną ciszę, jaka zapadła, gdy go zabrakło. Pozbierała palcami łzy i pośpieszyła do drzwi wejściowych, bo usłyszała, że Adam wraca.
– Wojtuś śpi? – zapytał, nie słysząc jego radosnego głosu.
– Tak, był zmęczony. Jak było?
– Okropnie. Do końca nie wierzyłem, że to ona. – Odetchnął ciężko. – Ten śledczy z Leszna będzie szukał jej rodziny. Ja sam nie wiem, czy kogoś miała.
Zdjął płaszcz i zabrał torbę z rzeczami Wojtka. Gdy zobaczył go śpiącego na kanapie natychmiast sięgnął po pluszowego zajączka i położył obok chłopca.
– Co dalej? – Ewa chciała, żeby podjął jakąś decyzję.
– Nie chcę, żeby wylądował w rodzinie zastępczej. Teraz będzie potrzebował mnóstwa miłości, a tam tego nie dostanie.–Pokiwała głową. Dobrze znała realia takich rodzin i dzieci wyrwanych z ich naturalnego środowiska. – Jutro złożę wniosek o tymczasową opiekę nad małym, dopóki nie ustalą, czy ma jakiegoś opiekuna prawnego.
– Dobrze, ale musisz z nim zamieszkać u siebie. – Decyzję podjęła już, zanim wrócił.
– Myślałem, że mi pomożesz…
– Adam – przerwała mu – mogę go odebrać z przedszkola, mogę mu dać obiad albo poczytać bajkę, ale całodobowa opieka jest ponad moje siły.
Nie musiała mu tłumaczyć. Dobrze wiedział, co przeżyła i jak działa na nią pojawienie się dziecka.
– Mam go zabrać już teraz?
– Tak. Bardzo cię proszę.
Nic nie powiedział. Delikatnie obudził Wojtusia, na wpół śpiącego ubrał w kurtkę i zaniósł do samochodu. Później wrócił po jego rzeczy.
– Ewa… – Położył dłonie na jej ramionach. Nie zareagowała, nie drgnęła. Pocałował ją w głowę i życzył spokojnej nocy.
Słyszała, że wyszedł. Została sama. W sercu poczuła dojmujący ból, rozlewał się po całym ciele. Objęła się ramionami i skuliła, nie mogąc opanować płaczu. Żal powrócił niczym fala tsunami, niszcząc wszystko, co mozolnie odbudowała w swoim życiu.
***
Pracując jako śledczy, wiedział, że ma różne godziny i będzie mu ciężko pogodzić samodzielną opiekę nad dzieckiem ze swoimi obowiązkami, ale już następnego dnia kilka osób na komisariacie zaoferowało się z pomocą. Złożył też wniosek o przyznanie mu tymczasowej opieki. Co prawda kobieta w ośrodku pomocy społecznej patrzyła na niego podejrzliwie, bo nie wyglądał jej na takiego, co potrafi zaopiekować się pięciolatkiem, ale w końcu przyznała, że i tak o tym zdecyduje sąd.
Zadzwonił do Ewy, prosząc, żeby się za nim wstawiła. Za nic nie chciał pozwolić, żeby chłopiec musiał spędzić choć jedną godzinę wśród obcych ludzi. Nie powiedział mu jeszcze, że jego mama nie żyje. Sam nie wiedział, jak ma to zrobić.
– A Zuzia? – zapytała rzeczowo Gabi, gdy wyjaśnił jej, co się stało.
– Przecież wiesz. Jest w psychiatryku, nikt jej nie wypuści. Zresztą bałbym się oddać dziecko pod jej opiekę.
– Ja nie o tym. Pytam, czy zamierzasz powiadomić ją o śmierci matki.
– Kurwa! – Potarł twarz dłonią. – Masz rację. Trzeba to zrobić. I to jak najszybciej.
– Myślisz, że wypuszczą ją na pogrzeb?
– Wątpię. Ale powinna wiedzieć.
Zdecydowali, że skoro nie ma w tym momencie żadnych zdarzeń to pojadą do Krośnic. Zuzia od ponad roku była zamknięta w osobnym skrzydle szpitala, gdzie trafiały ciężkie przypadki. Zrobiono tam małe jednoosobowe pokoje, niczym cele więzienne. Tylko w niektórych była toaleta i prysznic. Na ten luksus trzeba było sobie zasłużyć, choć większości pensjonariuszy nie interesował taki zbytek – żyli w zamkniętym, swoim własnym, urojonym świecie.
Zuzia czekała na nich w świetlicy, gdzie spędzali czas pacjenci mniej zaburzeni, którzy potrafili o siebie zadbać. Chcieli z nią wyjść do parku lub mieć możliwość porozmawiania na osobności. Mogli ją zabrać pod warunkiem, że w kaftanie i na wózku.
Gabi przeklinała zasady rządzące tym miejscem, gdy zobaczyła drobną dziewczynę niemal zwiniętą w kulkę, która utonęła w wózku inwalidzkim.
Zatrzymali się przy ławce z dala od okien szpitala. Adam rozpiął jej kaftan, pozwalając na trochę swobody.
– Dawno was nie było. – Zuzia patrzyła przed siebie obojętnym wzrokiem.
– Jak się czujesz? – zapytała Gabi.
– Jakbym była cały czas naćpana – mówiła wolno beznamiętnym głosem. – Oni mnie nie leczą, dają mi tylko jakieś psychotropy, które mnie otumaniają. A na noc tabletkę na sen.
– Masz nadal koszmary?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
– Nic nie pamiętam. Wszystkie obrazy zniknęły. Została tylko pustka.
– Zuziu… – Adam usiadł i obrócił wózek, żeby patrzyła na niego – przyjechaliśmy, bo… twoja mama nie żyje. – Głos się załamał na ostatnim słowie.
Patrzyła na niego, jakby nie dotarło do niej, co mówił.
– Była chora? – zapytała po chwili.
– Nie – zaprzeczył. – Popełniła samobójstwo.
Z oczu dziewczyny popłynęły łzy. Toczyły się wolno po niemal martwej, niewyrażającej żadnych emocji twarzy.
– Ona miała kogoś… – szepnęła po chwili.
– Jak to? Myślałem, że nie spotykała się z nikim.
– Ciągle z nim pisała. Nie wiem, kim był. Czasami była szczęśliwa, a innym razem przerażająco smutna…
– Więc nie mieszkał blisko? – dopytywał Adam.
– Nie wiem… Macie jej zdjęcie? Chciałabym ją zobaczyć. – Głos jej się łamał w tym przerażającym spokoju, jaki utrzymywało jej ciało.
Adam odszukał profil Marty na Facebooku i pokazał Zuzi.
– Była taka piękna… – wyszeptała – i taka nieszczęśliwa… jakby grzechy mojego ojca obciążały również i ją.
***
