Tamar. Odnajdź swoje miejsce w rodowodzie Jezusa - Debora Sianożęcka - ebook

Tamar. Odnajdź swoje miejsce w rodowodzie Jezusa ebook

Debora Sianożęcka

4,0

Opis

Konsultacja Biblijna o. Augustyn Pelanowski OSPPE

TAMAR to druga książka Debory. Tym razem odsłonięte zostają kulisy trudnej historii Tamar. Jej życie utkane z utrat, pustki i niespełnienia, ocierające się o gorszący skandal, na pierwszy rzut oka życie-porażka, jest dla Debory warte zatrzymania i staje się kanwą rozważań. W miarę rozczytywania tej opowieści, to co wydawało się porażką objawia się jako skarb. Puzzle życia Tamar układają się w zupełnie nowy obraz. Role się zmieniają, wydarzenia mają inne znaczenie niż się wydaje, bo łatwo w tej historii pomylić lewą stronę z prawą i patrzeć na niezrozumiałą plątaninę nitek. Debora powolutku przewraca tkaninę na właściwą stronę. Ostatecznie to, co było zgorszeniem staje się powodem chwały.

To książka dla tych,

którym nie udają się związki i czują się samotni

których opuścił mąż, żona lub osoba, którą kochali

którzy nie są szczęśliwi w małżeństwie

dla kobiet i mężczyzn, którzy nie mogą mieć potomstwa

Debora Sianożęcka - (ur. w 1981 r.) z wykształcenia psycholog. Pracuje w Klinice Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Miłość do Biblii pociągnęła ją do poznawania biblijnego języka hebrajskiego i aramejskich komentarzy. "Uzależniona" od Eucharystii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Debora Sianożęcka

Tamar

Odnajdź swoje miejsce w rodowodzie Jezusa

Strona redakcyjna

Korekta: Kinga Wenklar

Skład i łamanie tekstu: Marcin Jakimowicz

Konsultacja biblijna: o. Augustyn Pelanowski osppe

Projekt okładki: Anna Smak-Drewniak

Rysunek „Tamar”: o. Augustyn Pelanowski osppe

© Copyright:paganini Kraków 2015

© Copyright: Debora Sianożęcka

ISBN 978-83-89049-26-1

ISBN pdf 978-83-89049-45-2

ISBN epub 978-83-89049-46-9

INBN mobi 978-83-89049-47-6

paganini

Sklep: ul. Batorego 19

31-135 Kraków

Księgarnia internetowa:

www.paganini.com.pl

Dział handlowy:

[email protected]

tel.: 12 423 42 77, 12 623 71 81

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

O autorze

Debora Sianożęcka (ur. w 1981 r.)

Z wykształcenia psycholog, pracuje w Klinice Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie.

Miłość do Biblii pociągnęła ją do poznawania biblijnego języka hebrajskiego i aramejskich komentarzy. „Uzależniona” od Eucharystii. Prowadzone przez nią warsztaty biblijno-psychologiczne: Nie bądź lustrem weneckim; Drzewo twojego serca – o genogramach w świetle Biblii; Obraz malowany w sercu” – o odkrywaniu obrazu Boga jako Ojca; Rodowód Jezusa Chrystusa – i moje w nim miejsce cieszyły się dużym zainteresowaniem.

Tamar to jej druga książka.

O książce

To druga książka Debory. Tym razem odsłonięte zostają kulisy trudnej historii Tamar. Jej życie utkane z utrat, pustki i niespełnienia, ocierające się o gorszący skandal, na pierwszy rzut oka życie-porażka, jest dla Debory warte zatrzymania i staje się kanwą rozważań.

W miarę rozczytywania tej opowieści, to co wydawało się porażką objawia się jako skarb. Puzzle życia Tamar układają się w zupełnie nowy obraz. Role się zmieniają, wydarzenia mają inne znaczenie niż się wydaje, bo łatwo w tej historii pomylić lewą stronę z prawą i patrzeć na niezrozumiałą plątaninę nitek. Debora powolutku przewraca tkaninę na właściwą stronę. Ostatecznie to, co było zgorszeniem staje się powodem chwały.

Sara Kapera

„Tamar” to kolejna po „Rachab” poruszająca opowieść Debory Sianożęckiej o ludziach, których Bóg wybiera do Swej drużyny, a którzy z punktu widzenia tego świata kompletnie się do tego nie nadają. Autorka nie opisuje jedynie biblijnej bohaterki: ona się z nią zaprzyjaźnia! „Nie może mnie opuścić zdumienie i zachwyt, że medytując nad życiorysem kobiety zapisanej w Biblii, przez cały czas czułam, jakbyśmy przebywały blisko siebie” – pisze Debora (zna się na ludziach, jest psychologiem!). Ta książka podobnie jak jej poprzedniczka jest rodzajem terapii. Dodajmy: niezwykle skutecznej, bo zakorzenionej w żywym jak miecz Słowie.

Marcin Jakimowicz

Dla Racheli Kapery o pięknym i dobrym sercu, pełnym Ducha Świętego

Wstęp

Każdy człowiek jest niepowtarzalnym istnieniem. Nikogo takiego, jak ty, nie było ani przed tobą, ani nie będzie po tobie. Nie ma człowieka na ziemi, który byłby bezwartościowy, są tylko ci, którzy co najwyżej nie potrafią swej wartości dostrzec, bo przygniotło ich cierpienie, utrata tych, których kochali, niespełnione miłości i rozczarowania, marzenia, których nie udało się zrealizować. Ale choćby waliła się ziemia, a góry zapadały w otchłań morza, nie wolno tracić nadziei. Nie ma takiej ciemności, której nie mógłby przeniknąć Bóg, by cię pochwycić.

Przychodzi taki dzień, kiedy trzeba przestać się bać i uwierzyć, że jest się córką Boga, jest się synem Boga, i trzeba odkryć do Niego swoje podobieństwo, tak jak dziecko odkrywa podobieństwo do swego kochającego ojca w gestach, myślach, uczuciach, słowach. Jeśli twoją największą wartością stanie się Bóg, wtedy nigdy nie będziesz czuć się beznadziejnie i samotnie, a nawet rozkwitniesz jak palma dająca słodkie owoce.

Jedna z moich ulubionych mistyczek, Mechtylda z Magdeburga, którą bardzo pokochałam za jej prostotę i bezpośredniość w odniesieniu do Boga – z radością nazywam ją „Mechcia” – pisała: „Ryba nie może utonąć w wodzie, ani ptak zginąć w przestworzach, złoto nigdy nie zniknęło w ogniu, gdyż właśnie tam otrzyma jasność i świecący blask. Bóg dał wszystkim stworzeniom to, aby żyły według swojej natury. Jak mogłabym zatem opierać się mojej naturze? Muszę z dala od wszystkich rzeczy iść do Boga” [1].

Część pierwsza Tamar

IMIĘ ZAPRASZAJĄCE DO SKANDALU

Rozważanie nad historią kobiety z rodowodu Jezusa Chrystusa o imieniu Tamar stało się dla mnie niezwykłą przygodą, którą kolejny już raz chciałabym się podzielić. Ciągle nie może mnie opuścić to zdumienie i zachwyt, że medytując głęboko nad życiorysem kobiety zapisanej w Biblii, przez cały ten czas czułam, jakbyśmy przebywały blisko siebie. Tamar towarzyszyła mi, a ja jej. Starałam się popatrzeć na świat jej oczami i choć trochę przeniknąć dzięki Duchowi Świętemu jej serce, sposób myślenia i emocje, milczące rozczarowania i nadzieje, wreszcie całkowitą przemianę jej życia. W Tamar, podobnie jak wcześniej w Rachab, dostrzegam życiorys niejednej poznanej mi kobiety, która w niej, w Tamar, mogłaby przeglądnąć się jak w lustrze.

Życie tej kobiety dzięki temu, że została ona zapisana w najważniejszej księdze, jaką jest Biblia, nie może być zawężone do opowiadania o rysach romansidła, które zaraz po przeczytaniu ulega zapomnieniu. Sekret, w którym ukrywa się sens jej egzystencji, trzeba odkrywać bardzo starannie. Dlaczego? Ponieważ w jej życiu ukryta jest droga do Boga, który objawił się w Chrystusie Jezusie. W rodowodzie Syna Bożego jest w wyjątkowy sposób podkreślona wraz z czterema pozostałymi kobietami. Nie jest postacią jedynie historyczną, ale też symboliczną, gdyż jej osoba skrywa w sobie przesłanie podsuwające podpowiedź, by za wszelką cenę starać się dostać do rodziny Jezusa. Tą rodziną jest Kościół, wspólnota zbawionych, tych, którzy mając nawet najbardziej pokręcone, zawiłe życiorysy, dostali się w samo Serce Boga.

Medytując nad tą kobietą o aramejskim imieniu, natrafiłam na stwierdzenie rabina Eisenberga, że „osoba nosząca to imię jest szczególnie predysponowana do skandalu bądź dramatu”[2]. To zdanie tak bardzo zapadło mi w serce, że nie przestaje towarzyszyć mi w rozważaniu nad historią tej kobiety. Tak, to słowo – skandal – bardzo do Tamar pasuje! Księga Rodzaju ukazuje, że jej imię rzeczywiście jest znakiem skandalu w takim sensie, że ta kobieta na pewnym etapie traci wszystko – kolejnych mężów, szacunek w oczach społeczności, wśród której żyje, po kolejnych utratach idzie jakby „na wygnanie”, musi udawać prostytutkę, a pomimo to... jej los w pewnym momencie zdecydowanie się przemienia, a co najważniejsze, Tamar staje się kobietą wpisaną w rodowód Mesjasza Jezusa!

Etymologia greckiego słowa SKANDALON wskazuje na mały patyczek będący zapadką pułapki, do której, nie podejrzewając podstępu, wpada ofiara. Podobnie związanie się Tamar z rodziną Judy było pułapką upadku dla jej godności i prestiżu społecznego, ale ponieważ nie bała się tego, wręcz schodziła jeszcze niżej, w bardziej skandaliczne położenie – przezwyciężyła porażki życia, odzyskała godność i weszła w rodowód Jezusa.

Nie tylko Biblia, ale i historia Kościoła i żyjących w nim ludzi, pełna jest niezwykłych życiorysów. Ludzie ci przez innych byli skreślani, wykluczani, wydawali się pozbawieni wszelkich szans na sukces, doświadczali nawet wygnania, ale ponieważ rezygnowali z postawy przeciw temu „krzyżowi” – patyk skandaliczny! – nie tylko odzyskiwali godność, ale bardzo umocnieni wchodzili w relację z Jezusem. Nawet dziś żyją, nierzadko w ukryciu, choćby kapłani, którzy z zazdrości czy zawiści współbraci lub innych ludzi skazani są na wygnanie, znoszą cierpienie w milczeniu, jak ich Mistrz. Nigdy nie pozostają jednak sami, bo dojrzewają do Miłości nacięci cierpieniem jak sykomora. Istnieli i istnieją święci, którzy wykorzystują upokorzenia, zamiast przeciw nim się buntować. Sam Jezus Chrystus stał się kimś, kto wykorzystał skandal Krzyża dla... zbawienia ludzi! Nie możemy uniknąć nieszczęść czy skandali, ale możemy je wykorzystać.

Polskiemu słowu skandal może odpowiadać w języku hebrajskim słowo MOKESZ [3], które podobnie oznacza pułapkę, sidła zastawione na ptaki. W Starym Testamencie to słowo bardzo często przybierało znaczenie metaforyczne. Właśnie w takim znaczeniu użył go w odniesieniu do swojej córki Mikal Saul (1 Sm 18, 21), pragnąc wykorzystać jej miłość do Dawida, by go zgubić. Historia, jak zawsze w tego typu przypadkach, odwraca się na niekorzyść wykorzystującego. Mikal okazała się ostatecznie rozstrzygającą pomocą dla Dawida w chwili jego największego zagrożenia. Ofiara podstępów jest zawsze, w każdym przypadku, obiektem Bożych błogosławieństw, które ujawniają się z czasem. Podobnie sprawca podstępów zawsze traci w końcu instynkt samozachowawczy, czyniąc się ślepcem na drodze, na której zastawiał sidła dla innych.

Historia Tamar wpisana jest w trzydziesty ósmy rozdział Księgi Rodzaju, tradycja biblijna wiąże jej osobę z początkiem pokolenia Judy. Jej imię, TAMAR, tłumaczy się jako „palma”, a konkretnie – „palma daktylowa”. Roślina ta jest ostatnią z siedmiu najważniejszych gatunków roślin, w które obfitowała Ziemia Obiecana. W języku hebrajskim imię to jest również źródłem słowa TEMURA oznaczającego wymianę, zamianę. Komentatorzy, jak rabin Yitzchak Ginsburgh, zwracają uwagę, że imię Tamar może być analizowane poprzez dwa zawierające się w tym imieniu słowa TAM – „pełna” i MAR – „gorycz” [4].

Josy Eisenberg w swych rozważaniach dotyczących kobiet przedstawionych w Biblii pisze, że choć imię Tamar „oznacza drzewo palmowe lub inną przepiękną roślinę, to wydaje się jednak, że osoba nosząca to imię jest szczególnie predysponowana do skandalu bądź dramatu” [5]. Warto zapamiętać to zdanie, gdy oto zaczynamy przyglądać się jej historii. Nawet dziś, po wielu wiekach, podstęp Tamar wydaje się być skandaliczny, może wywoływać zgorszenie albo przynajmniej zażenowanie czytelników. Dlaczego więc nie usunięto z Biblii zapisu o przebraniu się Tamar za nierządnicę i spłodzeniu dziecka z teściem? Dlaczego Mateusz umieścił ją w rodowodzie Jezusa na równi z Rachab, Batszebą, Rut i... Maryją? Jak można „nierządnicę” zrównywać z Niepokalaną Dziewicą? Czy to nie skandaliczne?

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO

W Księdze Rodzaju zapisano słowa: „W owym czasie Juda opuścił swych braci, wędrując ku dolinie, zaszedł do pewnego mieszkańca miasta Adullam, imieniem Chira. Ujrzawszy tam córkę pewnego Kananejczyka, noszącego imię Szua, wziął ją za żonę i zbliżył się do niej. Ona zaś poczęła i urodziła syna, któremu dano imię Er. Potem jeszcze raz poczęła, urodziła syna i nazwała go Onan. A gdy znów urodziła syna, dała mu imię Szela. Ten zaś jej poród nastąpił w Kezib” (Rdz 38, 1-5).

Juda opuścił swych braci niedługo po tym, gdy wspólnie uprowadzili i sprzedali Józefa (por. Rdz 37). Ten pomysł sprzedaży Józefa kupcom izmaelskim zrodził się właśnie w sercu Judy, który rzekł do swych braci: „Cóż nam przyjdzie z tego, gdy zabijemy naszego brata i nie ujawnimy naszej zbrodni? Chodźcie, sprzedajmy go Izmaelitom! Nie podnośmy ręki na niego, wszak jest on naszym bratem! I usłuchali go bracia” (Rdz 37, 26-27). Trzeba nam zwrócić uwagę na wyjątkową cechę charakteru Judy – wszystko zmienia lub zamienia. Zmienia los Józefa, który miał być zabity, ale dzięki niemu zostaje sprzedany za srebrniki. Zmienia też nieustannie los Tamar, dając jej dwóch swoich synów za mężów, a trzeciego jej odmawiając. Zamienia też odpowiedzialność za śmierć synów, zrzucając cień winy na synową, choć to jego synowie zawinili. Wreszcie zmienia swój wyrok, wpierw bowiem skazuje Tamar na spalenie, potem zaś nie tylko ją uwalnia od śmierci, ale też jej syna czyni dziedzicem.

Nie wiemy, dlaczego Juda zdecydował się opuścić swych braci po sprzedaży Józefa, ale być może to oddalenie było jednocześnie pewnym odcięciem się od przeżyć związanych z tragedią Józefa i z niedającym się niczym i nikim zagłuszyć poczuciem winy. Unikamy osób, które przypominają nam o winach, wstydzie, podłości, których się dopuściliśmy. To najprymitywniejszy sposób na uśmierzenie sumienia: ucieczka. W historię Judy wpisane są tragiczne losy jego dwóch synów, którzy umierają w niespodziewanie szybkim czasie: Era i Onana, i już teraz można zadać pytanie, czy za tą jego osobistą tragedią nie ukrywa się możliwa konsekwencja ukrytego grzechu, jakim był udział w sprzedaży Józefa i oszukanie własnego ojca, a także poprzedzająca wszystko zawiść i zazdrość o młodszego brata? Przecież Jezus w Ewangelii wyraźnie stwierdza, uwypuklając tę zależność losową: „Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron” (Łk 6, 44). Juda spowodował rozpacz swojego ojca, swoim rozporządzeniem przekonując ojca o śmierci Józefa. W pewnym sensie wypowiedzianym słowem „uśmiercił” w sercu Jakuba sprzedanego Izmaelitom Józefa – teraz sam będzie odczuwał utratę synów, podwójną. Niewątpliwie istnieje związek między grzechem doprowadzenia ojca do rozpaczy z powodu utraty umiłowanego syna Józefa a osobistą stratą dwóch synów.

Często ludzie narzekają na „zły los”, na przydarzające się im nieszczęścia, i uważają, że wszystko to dzieje się bez ich wpływu i nie ma związku z ich przeszłością. Możliwe, że istnieją skutki bez wyraźnej przyczyny, ale nie sądzę, że ma to miejsce na tej planecie. Niejednokrotnie jednak po bardziej wnikliwym przyjrzeniu się własnemu sumieniu, lub choćby przez analizę własnego drzewa rodzinnego w świetle Słowa, dostrzec można przyczynę tych nieszczęść leżącą w ukrytym grzechu, który niewyznany rozprzestrzeniać się może na kolejne pokolenia. Owszem, jak wyraźnie to stwierdza List do Galatów, Jezus znosi wszystkie przekleństwa, wszystkie ich skutki, cały fatalny bagaż, jaki wnosi ze sobą grzech. Jednak ta łaska zniesienia przekleństw działa w pełni tylko wówczas, gdy wchodzimy w jedność z Jezusem, bez zostawiania sobie jakichkolwiek, nawet najmniejszych rezerwatów egoizmu, w których mógłby zamieszkać grzech. Pełnia komunii z Jezusem uniemożliwia zaistnienie grzechu, a tym samym skutków grzechu – czyli przekleństwa.

Biblia mówi, że Juda związał się z kobietą kananejską, która urodziła mu kolejno trzech synów, którym nadano imiona: Er, Onan i Szela. Już w jednym z tych pierwszych wersetów rozdziału opowiadającego o Judzie odnaleźć możemy informację wskazującą na wykroczenie, jakim było związanie się Judy z kobietą kananejską, a więc z kobietą uwikłaną z racji swego pochodzenia w kult obcych bogów, czyli w politeizm. Bardzo ważnym szczegółem, który łatwo pominąć, jest ten, że żona Judy nie ma imienia, choć jak zauważa Michael Grant, „w politeistycznym Kanaanie, podobnie jak w wielu innych krajach, każda miejscowość i każde osiedle, każdy rodzaj zajęcia i każdy przejaw ludzkiego życia miały swoje odrębne bóstwa znane z nazwy” [6]. Myślę, że ten mały szczegół daje wiele światła, tam bowiem, gdzie człowiek oddala się od Boga, wiążąc swoje życie z różnymi „bóstwami” o imionach: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, pijaństwo, łakomstwo, gniew, lenistwo duchowe, tam on sam traci swoje imię – zatraca swoją tożsamość. Biblia ostrzega człowieka: „Jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie” (Rdz 4, 7). Czyha więc także na zniszczenie imienia, tożsamości, człowieczeństwa. Przypominam sobie pewną kobietę, która kilka lat po tym, gdy wróciła do Kościoła, nagle zdała sobie sprawę, że zupełnie nie jest w stanie przywrócić pamięci tego, co wypełniało jej dni, miesiące, a nawet lata, czym się zajmowała, z kim się spotykała i o czym rozmawiała, o czym marzyła i czy czegoś jej brakowało. Jedyne co pamiętała, to okropne poczucie przygniatającej pustki i bezsensu wynikające z grzechu, w który było wówczas uwikłane jej życie. To było życie, w którym Bóg nie miał miejsca. W taki właśnie sposób przejawiać się może zatracanie tożsamości spowodowane przez grzech. Człowiek bowiem w niewoli grzechu jakby przestaje istnieć – może tak właśnie, jak nieznana z imienia żona Judy. Grant, pisząc o dziejach dawnego Izraela, interesująco zauważa, że „politeistyczna wiara kananejska nie przynosiła ludziom spokoju psychicznego” [7]. Żona Judy była kobietą otoczoną kultem bożków tworzących wokół niej rzeczywistość grzechu, która z Bogiem Izraela nie miała nic wspólnego. Wszędzie, gdzie człowiek wybiera życie poza łaską Boga, tam zaczyna swe panowanie królestwo ciemności, a jeden grzech zaczyna pociągać za sobą następny i jeszcze kolejny, i kolejny... jak lokomotywa, do której doczepiane są kolejne wagony ciemnych jak węgiel doświadczeń grzechu. Ta „lokomotywa grzechu” rozwija jednak prędkość o wiele większą niż psujące się Pendolino, a stację końcową ma tylko jedną – zniszczenie człowieka.

Istnieją ludzie tak spragnieni „miłości” czy bliskości z drugim człowiekiem, że są w stanie przekroczyć granicę, jaką jest nawet rozbicie czyjejś rodziny, wyciągnięcie ręki po czyjąś żonę lub męża. Istnieją osoby, które, aby tylko zaznać odrobiny szczęścia, są w stanie związać się z kimś nawet za cenę porzucenia własnej wiary, zastępując Boga człowiekiem. Ciekawe, jakiej bliskości i jakiego pocieszenia szukał Juda wśród obcych kultów swej bezimiennej żony? „Łączenie się” z kimś, kto żyje bez Boga, poza Kościołem, jest olbrzymim ryzykiem, a mimo to kobiety i mężczyźni spragnieni relacji pełnej miłości pokładają nadzieję, że w takim związku coś się odmieni, przemieni, ułoży. A jeśli tak się nie stanie? Przypominam sobie młodą kobietę, która za główny cel życia postawiła sobie szczęśliwą egzystencję u boku wymarzonego mężczyzny. Szukała kogoś, kto mógłby otoczyć ją miłością, ale relacje, które próbowała tworzyć z poznawanymi mężczyznami, okazywały się wielkim rozczarowaniem. Wreszcie po kilku latach pojawił się ten „jedyny”, taki, jakiego sobie wymarzyła. Ale upływający czas odsłonił przed nią przeszkodę dla wspólnej przyszłości – mężczyzna deklarował się jako niewierzący i stwierdzał, że „do kościoła może pójść tylko po to, by posłuchać organowych koncertów”. Ta młoda kobieta na początku dość radykalnie oznajmiła, że nie wyobraża sobie, aby mogła żyć w związku niesakramentalnym, próbowała zakończyć znajomość, nie widząc możliwości dla wspólnej przyszłości. Później zdecydowała się na próbę „nawrócenia” mężczyzny, ale bezskutecznie. Bardzo trudno było jej zamknąć tę relację, bo w strachu przed pustką trudno jej było zgodzić się na samotne życie. A przecież pustka nie utożsamia się z samotnością! Zdarza się często, że ktoś żyjący w małżeństwie i otoczony dziećmi odczuwa dogłębną pustkę, w innym wypadku ktoś samotny czuje pełnię wnętrza właśnie dzięki samotności. W sercu wspomnianej kobiety powstał napisany przez nią samą scenariusz: „jeśli teraz nie zdecyduję się na związek z tym mężczyzną, choćby żyjącym poza Kościołem, to do końca życia będę sama, skazana na wieczne towarzystwo rodziców i trzech starszych sióstr żyjących w małżeństwach”. Myśl ta wywoływała w niej panikę egzystencjalną. Wiele osób powodowanych takim lękiem popełnia fatalne błędy, do których później trudno im się przyznać i żyją w smutku pokrywanym wymuszonym grymasem uśmiechu. Była przekonana, że w rodzinie pochodzenia zaistnieje już na zawsze jako „ta, której się nie udało”.

Znajomość coraz bardziej się rozwijała, nabierając rozpędu – gdy do „życiowej lokomotywy” dołączył „wagon” grzechu nieczystości, stacja widmo o nazwie „życie bez Boga” była blisko jak nigdy dotąd.

Bóg jest ojcem, któremu nie wolno odebrać nas samych jakimkolwiek grzechem. Gdy powodujemy w Nim smutek, odchodząc od Niego, porzucając Go i czyniąc siebie umarłymi przez grzech, nie mamy szans na udane tworzenie życia. Nasze więzi z innymi, nasze miłości, nawet najbardziej namiętne, zostają zatrute śmiercią. Wszystko „umiera”, wszystko się rozpada, bez względu na chęci i zabiegi, ramiona oplatające gorąco w miłości tę drugą „połówkę” drętwieją, kamienieją i rozsypują się. Podobnie jest w przypadku Judy i jego synów, którzy umarli, ponieważ on sam doprowadził do bolesnej żałoby swego ojca Jakuba, wmawiając mu, że dziki zwierz rozszarpał jego ukochanego syna Józefa.

Warto więc zadać pytanie: ile jesteś w stanie poświęcić, aby być szczęśliwym? Jaką ofiarę jesteś w stanie ponieść w imię szczęścia i co tak naprawdę jest twoim szczęściem? Czy szczęście, które sobie wymarzyłeś, jest naprawdę szczęściem czy też łudzeniem się? Czy to, co nazywasz szczęściem, jest możliwe, skoro ceną tego szczęścia jest „unieszczęśliwienie” – jeśli można tak się wyrazić – Boga Ojca z powodu grzechu?

Życie człowieka wymaga podejmowania nieustannych wyborów, i nawet te, które wydają nam się błahe, mogą mieć kolosalne znaczenie dla naszego życia, a nawet zbawienia! [8]. Ale każdy wybór wiąże się nierozłącznie z koniecznością wyrzeczenia. Jeśli decyduję się na odłączenie od Boga – niczym Juda, który odłączył się od ojca Jakuba i braci – to nie powinienem się dziwić, że wcześniej czy później mogę stracić tych, których kocham, i to nie dlatego, że Bóg jest mściwy, ale dlatego, że wybór drogi, która nazywa się „odłączenie od miłości Boga”, będzie powodował dalsze konsekwencje, rujnując każdą miłość. Wybierając taką ścieżkę – ścieżkę utraty miłości Boga – jednocześnie wyrzekamy się trwałości każdej miłości utworzonej poza Bogiem. Jeśli decyduję się na odłączenie od dopływu prądu i przecinam kable, to nie mogę się dziwić, że nie świecą żarówki w żyrandolu, nie grzeje czajnik elektryczny, nie wysuszę włosów suszarką, lodówka się rozmraża, a laptop po kilku godzinach pracy gaśnie mimo mocnych baterii. Życie jest albo „podłączone” do Boga, albo „odłączone”, nie ma obszaru neutralnego.

Raul Salvucci, włoski egzorcysta, pisze: „Istnieją dwa światy opozycyjne: świat dobra i świat zła; dwa imperia, jedno pod panowaniem Chrystusa, a drugie pod panowaniem szatana. Także i ludzie, w języku ewangelicznym, dzielą się na «dzieci światłości i dzieci ciemności», według tego, jak żyją: pod wpływem światła Chrystusa czy ciemności szatana. W tej walce pomiędzy światłością, symbolem miłości Boga do człowieka, a ciemnościami, symbolem nienawiści szatana wobec człowieka, nie istnieje «ziemia niczyja». Cały świat jest spowity w rzeczywistość tej sytuacji: jest się w światłości lub w ciemnościach” [9]. To bardzo ważne słowa: „nie ma ziemi niczyjej”. Wybierając to, co bliższe jest królestwu ciemności, człowiek chciałby powiedzieć jak Er: „będę czujny”, lub jak Onan: „będę żywotny”, ale czy aby na pewno tak właśnie będzie? Zbyt wielu ludzi bierze swoje wymarzone życzenia za rzeczywistość, która koniecznie musi się spełnić.

Interesujące jest jednak, że w Targumie [10] aramejskim Księgi Rodzaju, w wersecie piątym trzydziestego ósmego rozdziału, znajduje się zapis [11]: „A gdy znów urodziła syna, dała mu na imię Szela. Po jego narodzinach przestała rodzić” (Rdz 38, 5), który Biblia Jerozolimska uzupełnia: „Ten zaś jej poród nastąpił w Kezib” (Rdz 38, 5).

W języku hebrajskim nazwa tej miejscowości oznacza fałsz, kłamstwo. Czy w kłamstwie można dawać życie? Żona Judy przestała rodzić, a mówiąc językiem biblijnym: jej żywot został zamknięty. Można więc postawić pytanie: Czy jej łono (żywot) zostało zamknięte dlatego, że Bóg, widząc już, co stanie się z Erem, Onanem i Szelą, mógł powiedzieć: „dość!” i zamknąć tę kobietę na rodzenie – nie tylko w sensie wydawania na świat potomstwa, ale wydawania owocu jako błogosławieństwa dla rodu Judy? Czy tak miało się stać, aby to błogosławieństwo wrócić mogło dopiero dzięki Tamar? Nie sposób zapomnieć, że Juda był najbardziej przewrotnym spośród wszystkich synów Jakuba, dlaczego więc właśnie on został przez Boga wybrany na człowieka, który miał dać początek mesjańskiemu pokoleniu? Tam, gdzie zło jest najbardziej przewrotne, Bóg najpotężniej objawia swoją wolę miłosierdzia! Myślę, że w tej chwili czytający tę książkę człowiek pogrążony w rozpaczy, i to w rozpaczy z powodu własnej przewrotności i bezsilności wobec niej, może pomyśleć: jest dla mnie szansa, i to największa! Chciałabym, żeby tak było.

Biblia bowiem niejednokrotnie ukazuje zadziwiające działanie Boga, kiedy to w sytuacji, w której im bardziej człowiek krzywdzi drugiego człowieka, tym bardziej skrzywdzony staje się adresatem owocnej łaski – niczym palma na słonych wodach, wydająca słodkie owoce. Ale bywa i tak, że krzywdziciele stają się pokutnikami, miłosierdzie jest bowiem nie tylko dla ofiar, ale i dla skruszonych katów. I nie można się dziwić, że przychodzi ono do nas tą drogą, na której dokonaliśmy niegodziwości, a nawrócenie serca otrzymujemy przez tę osobę, której złamaliśmy serce.

LEWIRAT – CZYLI O POZOSTAWIENIU PO SOBIE IMIENIA

Biblia mówi, że zanim Tamar stała się żoną Judy i matką wywodzącego się z tego związku całego pokolenia, w które wpisuje się imię Mesjasza, była przez Judę przeznaczona na żonę dla jego pierworodnego syna Era, a po śmierci Era, zgodnie z prawem lewiratu, dla Onana, młodszego syna Judy. Związki zawierane przez Tamar, a raczej te, które inni mieli z nią tworzyć, opierały się więc na prawie lewiratu. To prawo wywodzące się od łacińskiego słowa LEVIR – „szwagier”, miało zastosowanie wtedy, kiedy zmarły mąż nie pozostawiał po sobie dzieci. Jak pisze Eisenberg, w starożytności „śmierć mężczyzny, który nie zostawił po sobie spadkobiercy, nastręczała poważnych problemów całej społeczności, szczególnie w społeczeństwach patriarchalnych. Wiązało się to bowiem z sukcesją i przeniesieniem spraw spadkowych. Pozostawienie wdowie swobodnego dysponowania majątkiem zmarłego męża groziło wymknięciem się tego majątku poza określony klan (...). Prawo biblijne nie podnosi kwestii sukcesji i dziedziczenia majątku, lecz domaga się jedynie zachowania pamięci o zmarłym. Umrzeć bezdzietnie – to umrzeć podwójnie. Chodziło zatem o to, ażeby za sprawą lewiratu dać zmarłemu – przez podstawionego brata – dziecko, którego nie miał ze swoją żoną (por. Pwt 25, 5-10). Istotne jest więc przede wszystkim uwiecznienie egzystencji zmarłego poprzez dziecko urodzone po jego śmierci, które nosząc imię swego ojca, będzie jednocześnie jego spadkobiercą. Najważniejszą więc sprawą było, ażeby imię zmarłego nie zostało «wymazane z Izraela», ażeby jego ród nie wygasł” [12].

Niewielu jest takich, którzy chcieliby być za życia, a nawet po śmierci, przez innych zapomniani. Prawie na każdym cmentarzu można dostrzec wielkie grobowce, które wyróżniając się choćby w ten zewnętrzny sposób, mają ocalić od zapomnienia imię człowieka. Myślę, że każdy z nas, bez względu na to, czy żyje w małżeństwie, czy też jest kapłanem lub siostrą zakonną, lub osobą wybierającą życie „w pojedynkę”, chciałby coś po sobie zostawić, przekazać innym, bowiem jest to sposób potwierdzenia własnego istnienia. Pozostawić po sobie imię, by inni mogli z tego imienia czerpać. Czasem bywa i tak, że człowiek przez całe życie szuka drugiego człowieka po to, by go czymś obdarować, czegoś nauczyć, o czymś opowiedzieć. Można powiedzieć, że tę potrzebę przekazywania życia, tego naturalnego, i tym bardziej życia duchowego, mamy zapisaną „w genach” – każdy z nas powstał przecież przez żywe tchnienie Boga! Bóg też zostawił w każdym z nas swoje IMIĘ!

ER – PIERWSZY MĄŻ

Imię w Biblii stanowiło swego rodzaju znak rozpoznawczy mówiący, z kim się ma do czynienia i co dany człowiek w całości sobą prezentuje. Imię pierworodnego syna Judy, pierwszego męża Tamar, to ER, co tłumaczy się jako „czujny, czuwający, rozbudzony”. Historia życia tego człowieka pokazuje jednak, że owszem, można być czujnym na wszystko i wszystkich, czujnym na własną korzyść, na uznanie i aprobatę w oczach innych i na własne szczęście, tylko nie na Boga! Tora poświęca temu człowiekowi mało miejsca, ale słowa, które się przy nim pojawiają, znaczą bardzo dużo, napisane jest bowiem: „Ponieważ Er był w oczach Pana zły, Pan zesłał na niego śmierć” (Rdz 38, 7).

Nie jest powiedziane, co było złe w oczach Boga, ale na pewno Er musiał dopuścić się poważnego wykroczenia, grzechu, jeśli – jak mówi Tora – „zabił go Pan”. Korzystając ponownie ze źródła Targumu aramejskiego, znajduję uzupełnienie tego wersetu Biblii w słowach mówiących o tym, że Er „czynił złe rzeczy przed Panem”. Czynić coś złego, nieodpowiedniego przed Bogiem, to czynić to jawnie na Jego oczach, nawet w sposób prowokacyjny i bezczelny! Takie postępowanie zaobserwować można choćby u dzieci, które przekraczając nawet „delikatnie” jakąś granicę, zaczepnie sprawdzają, czy rodzic zareaguje. Przypomina mi się córka mojej przyjaciółki, czteroletnia dziewczynka, która swoimi bystrymi oczami bardzo uważnie przygląda się swojej mamie w chwilach, gdy próbuje przekroczyć jakiś zakaz. Ale co innego być czteroletnim dzieckiem, a czym innym dorosłym człowiekiem, który prowokuje Boga.

To prowokowanie Boga, by zareagował, skojarzyć można choćby z zachowaniem i słowami ludzi podczas ostatnich chwil Męki Jezusa. W Ewangelii Łukasza napisane jest:

„Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: «Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie»” (Łk 23, 36-37).

„Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz?” (Łk 23, 39-40).

Kpiące polecenie wydane Bogu: „wybaw sam siebie!” i urąganie Mu to jak prowokacyjne naplucie komuś w twarz. Jest ogromna różnica pomiędzy upadkiem w grzech z powodu słabości a bezczelnym grzeszeniem, które ma na celu właśnie obrażanie Boga. Takie zuchwałe grzeszenie, które ma na celu nie tyle samą przyjemność grzechu, co raczej zbezczeszczenie samego Boga, a więc uczynienie Mu niepojętej przykrości, ma zapewne wiele wspólnego z tym, co święty Jan w swoim Liście nazywa grzechem, który przynosi śmierć (por. 1 J 5, 16). W tłumaczeniu z języka aramejskiego, na określenie sposobu postępowania Era, pojawia się słowo KEDEM mające m.in. znaczenie przestrzenne – „w zasięgu wzroku”! Ten pierworodny syn Judy czynił więc to, co złe, w zasięgu wzroku Boga, a ściślej – przed Jego oczyma. Czy Bóg mógłby nie zareagować? Biblia mówi, że Pan zesłał na Era śmierć, a Targum uzupełnia: „Umarł w wyniku rozporządzenia Boga”.

Możemy sobie wyobrazić Boga jako Ojca, który bada postępowanie swego syna, przygląda się nie po to, by go na czymś przyłapać, czy nawet dopaść i wymierzyć najbardziej surową karę, lecz próbuje dopatrzeć się czegoś dobrego i... nie znajduje, choć bardzo by tego pragnął. Bóg decyduje się więc wydać rozporządzenie [13], używa SŁOWA! Należy to rozumieć w ten możliwy sposób, że Era zabiła jego własna strategia: rozporządzeń słownych i jego intencji serca, toksyczność jego uczuć, która zatruła jego serce, labirynt jego podejrzliwego myślenia wobec Boga, obsesyjne skupienie na słowach, próbach wyrządzenia przykrości Bogu. Bóg chce być miłosierny, ale człowiek wolny jest tak bardzo, że ma prawo uniemożliwić Bogu wyświadczenie miłosierdzia – nazywamy to grzechem przeciwko Duchowi Świętemu. Ten paradoks należy rozumieć tak, iż Bóg bardzo chce żyć w bliskości z człowiekiem i chciał błogosławić Erowi, ale ponieważ Er postępował w sposób ewidentnie zły, dlatego obecność Boga dla niego stawała się zabójcza. Dla osoby, która nienawidzi, miłość potrafi być nie do zniesienia. Era doprowadziła do śmierci.

Dopóki jest w duszy chociaż odrobina tęsknoty, szczelina skruchy i bojaźni przed Bogiem, na pewno nie ma w niej grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Er tak ograniczył Boga w możliwości okazania miłosierdzia, że Bogu pozostała już tylko sprawiedliwość i na rozporządzenia Era odpowiedział własnym rozporządzeniem. Ten człowiek niekoniecznie został uśmiercony w jakiś tragiczny sposób, mógł doprowadzić się sam do śmierci, nie nawracając się, nie rezygnując z postawy tyrana. Er zniszczył siebie samego, bo życie tylko rozporządzeniami, rozkazami, roszczeniami wobec żony lub jakiegokolwiek innego człowieka, ostatecznie jest destrukcyjne dla tego, kto tak żyje. Życie pragnieniem uczynienia złośliwości Bogu nie pozostaje bez konsekwencji w relacji z otoczeniem. Te roszczenia i rozkazy Er najprawdopodobniej wypowiadał często i wprost swojej żonie w słowach nabrzmiałych złością. Ciągłe niezadowolenie nie pozwala na rozwój przede wszystkim temu, kto tylko w ten sposób kreuje swoje myślenie. Słowa mogą uśmiercać relacje z ludźmi, czyniąc z nas mizantropa albo zabójcę, ale kiedy słowa uśmiercają relację z Bogiem, mają moc strącić człowieka w coś gorszego niż śmierć – w piekło.

KIEDY MOŻNA ZABIĆ SŁOWEM

Można zabić, uśmiercić kogoś już samym słowem, ale nie tylko w znaczeniu wypowiedzianych złych, nieprzyjemnych, obraźliwych wyrażeń kierowanych w stronę drugiego człowieka. Słowem można bowiem zamknąć jakąś relację, określić się co do jakiejś aktywności, albo się na nią otworzyć. Można również poprzez wypowiedziane słowo wydać wyrok, podjąć decyzję. Istnieje komentarz Rasziego do fragmentu drugiego rozdziału Księgi Wyjścia opisującego wydarzenia poprzedzające ucieczkę Mojżesza z Egiptu do kraju Madianu. Oto bowiem Mojżesz, który wcześniej zabił Egipcjanina pastwiącego się nad Hebrajczykiem, spotyka dwóch innych Hebrajczyków, którzy kłócą się między sobą. Gdy Mojżesz próbuje zainterweniować, słyszy w odpowiedzi słowa:

„«Któż cię ustanowił naszym przełożonym i rozjemcą? Czy chcesz mnie zabić, jak zabiłeś Egipcjanina?». Przeląkł się Mojżesz i pomyślał: «Z całą pewnością sprawa się ujawniła»” (Wj 2, 14).

I znów dla głębszego zrozumienia tych słów trzeba sięgnąć do Biblii Hebrajskiej, gdzie w tym samym wersecie pytanie Hebrajczyka: „Czy chcesz mnie zabić?”, brzmi nieco inaczej, a mianowicie w dosłownym tłumaczeniu: „Czy dla zabicia mnie mówisz to, ażeby mnie zabić, jak zabiłeś Egipcjanina?”.

Komentarz ten wskazuje więc, że Hebrajczyk bał się już samych słów Mojżesza, które raz wypowiedziane, miały moc stawania się. Zarówno Biblia, jak i życie, są obfite w przykłady ogromnie niszczycielskiej siły, jaka ukrywa się w zwykłych słowach. Skoro więc napisano, że Bóg swoim rozporządzeniem zabił Era, możemy się śmiało domyślać, że stało się tak dlatego, że Er „zabijał” swoimi rozkazami pełnymi złości i woli krzywdzenia. Motywem zaś jego działania było nie co innego, jak tylko bezczelna wola ranienia Boga Ojca. Skąd wzięła się u niego taka postawa? Może stąd, że jego ojciec, Juda, zranił własnego ojca, Jakuba, obwieszczając mu – i być może, czerpiąc z tego satysfakcję – że Józef został rozszarpany przez bestię. W swoich dzieciach jakże często widzimy to, czego nie chcemy widzieć w sobie.

MARZENIA JAK ROZPORZĄDZENIA

Tak myślę, że warto jest zadać również sobie samemu pytanie: Czy usłyszałeś raniące lub promujące cię słowa, którym potem podporządkowałeś całe swoje życie? Przez kogo te słowa były wypowiedziane, przez Boga czy przez człowieka? A może sam je wypowiadałeś lub wypowiadasz nawet dziś, w swoim domu, w swojej wspólnocie, w pracy, chcąc podporządkować wszystkich twoim potrzebom i marzeniom? Niekiedy szantażująca prośba ma siłę potężniejszą niż rozkaz. Istnieją ludzie, którzy w swoich umysłach budują fabuły różnych wydarzeń, obsadzając w nich inne osoby niczym reżyserzy, nie pytając nawet, czy ktoś ma na to ochotę, czy nie narusza to wolności i granic innych. Każdą odmowę postrzegają jako dowód odrzucenia, tłumią złość i niezadowolenie, nie mając kontaktu ze wszystkimi swoimi trudnymi uczuciami, bo w przeciwnym razie musieliby skonfrontować się z tym, że tak jak każdy człowiek, mają swoje ograniczenia. Przy całej swej złożoności człowiek jest jednak istotą bardzo ograniczoną i tak jak legendarny smok wawelski, który pękł od nadmiaru wypitej wody, tak i człowiek w końcu „pęknie”, bo ileż można połknąć frustracji, niezadowolenia, agresji i złości, nieuniknionych porażek i planów, których nie sposób zrealizować?

Zapewne nietrudno wyobrazić sobie człowieka takiego jak Er. Może się za nim ukrywać niezadowolony mąż i ojciec, który w domu, zamiast rozmawiać, wydaje rozkazy jak nie znoszący sprzeciwu dowódca, a jego kroki na klatce schodowej – gdy wraca po pracy – stawiają rodzinę w stan podwyższonej gotowości bojowej. Po sposobie, w jaki przekręca klucz w zamku, można odgadnąć, w jakim będzie humorze. Taki człowiek jak Er jest niezwykle czuły na swoim punkcie, wręcz nadwrażliwy. Od siebie samego i najbliższych wymaga idealnej prezencji, tak aby przez sąsiadów czy wspólnotę być postrzeganym jako idealny mąż, ojciec i brat, którego stawia się za przykład innym. Nikt jednak nie wie, co tak naprawdę dzieje się w sercu Era i jakie koszty emocjonalne ponosi jego rodzina za jego zachowania. Nikt, oprócz... Boga! Ale nawet wobec Boga Er nie przestaje wydawać rozporządzeń tak, by wszystko układało się według jego planu. Er mówi Bogu: „Potrzebuję natychmiast! Chcę! Daj mi! Jutro ma stać się to i tamto!”. Za takim rozporządzeniami ukrywa się intencja zadania Bogu bólu, wykpienia Go i wyszydzenia, a także zatriumfowania nad Nim poprzez „udowodnienie” Bogu, że jest niewydolny, nieudolny, niewystarczający, że jest niczym. Bywa jednak i tak, że taki Er nawet poprzez rozkazy i rozporządzenia nie rozmawia z Bogiem, bo sam zachowuje się, jakby Nim był.

Opisywany przez Księgę Rodzaju Er, mógł stawiać Tamar w obliczu rozporządzeń, presji i wymagań nie do spełnienia. Być może ten syn Judy mógł jej odmawiać potomstwa, myśląc: „Nie chcę mieć dzieci z kimś takim jak Tamar!”. Może padały inwektywy z jego ust: „kołek”, „choina”, „wiecha”, może bardziej wulgarne? Nie chce on wiązać się poprzez dziecko jeszcze silniej z kimś, kto nie umie spełnić najmniejszych jego oczekiwań, z kimś, kto niczym się nie wyróżnia, a on przecież chce, by wszystko wokół niego było idealne, niezwykłe! W swej książce Zamaskowanie Jolande Jacobi przywołuje taki oto przykład: „Kiedyś prowadziłam pracę analityczną z panią, której głównym zmartwieniem było, jak napisać i wydać książkę. Była bowiem przeświadczona, że bez opublikowania książki nie odniesie w życiu sukcesu i nie będzie miała żadnego znaczenia w świecie. Jej mąż był dyplomatą, postacią znaną. Nie chciała mi uwierzyć, że książka nie sprawi na nim żadnego wrażenia”. Jacobi zapisuje przy tym zdarzenie z własnego życia: „Miałam pięćdziesiąt lat, gdy ukazała się pierwsza moja książka. Wręczywszy ją mężowi, zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie i usłyszałam: «Wygląda więc na to, że jednak jesteś inteligentna». Dotknięta do żywego, powiedziałam: «A więc musiałam aż napisać książkę, ażebyś to dostrzegł». Wtedy było to dla mnie prawdziwą zniewagą, dziś poczytuję to sobie za wielki sukces. Skoro bowiem przy moim niezwykle rozumnym mężu udało mi się uchodzić nie za kobietę zwyczajnie głupią, lecz za kobietę, która nie potrafi napisać książki, to znaczy, tak mi się wydaje, że postępowałam właściwie” [14].

Pierwszy mąż Tamar mógł myśleć: „Dziecko pochodzące z takiej kobiety na pewno nie będzie kimś niezwykłym”! [15]. Znam przypadek kobiety, która skarżyła się, że jej mąż kładł się do łóżka w ubraniu szczelniejszym niż pidżama, mówiąc jej za każdym razem, że ubiera się tak, ponieważ się jej brzydzi. W tym przypadku jaskrawo ujawnia się intencja zadania komuś bólu. Intencja popełnienia jakiegoś zła jest gorsza niż sam czyn.

Jaskrawym przykładem wypowiadanych słów, które brzmieć mają jak rozkazy nie znoszące sprzeciwu, są zachowania rodziców, którzy swoim dzieciom planują bardzo dokładnie ich życie, nierzadko jeszcze przed ich poczęciem. Takie dziecko ma realizować listę życzeń rodziców jak misternie opracowany plan, w którym punkt po punkcie zobowiązane jest do uzyskania jak najlepszych wyników. Bardzo często są to plany, których nie udało się zrealizować rodzicom. Pewien nastoletni chłopak od najmłodszych lat był delegowany do tego, aby spośród rodzeństwa „pójść w ślady” swego ojca, realizując karierę sportową. Ojciec inwestował w syna, a raczej w rozmaite treningi i obozy sportowe, chcąc w ten sposób również zrekompensować sobie fakt, że w dzieciństwie był zaniedbywany przez swojego ojca, a nauka w szkole sportowej nie zakończyła się powodzeniem, gdyż mężczyzna ten nie wykazywał odpowiednich umiejętności, które kwalifikowałyby go do szkolnej reprezentacji, a tym samym mogły zyskać uznanie w oczach jego ojca. W kolejnym pokoleniu syn tego mężczyzny – podobnie jak on sam w dzieciństwie – nie odnosił sukcesów sportowych, nie dostał się do sportowej szkoły, a co więcej, nawet nie odczuwał prawdziwego zainteresowania sportem. Jedyne, czym był zainteresowany, to... aprobatą w oczach ojca. Początkowo starał się realizować jego marzenia, ale nie będąc w stanie, uciekał się do choroby, do somatyzowania, omdleń i bólów głowy, co przez pewien czas usprawiedliwiało zaniechanie jego starań w dziedzinie osiągnięć sportowych. Ojcu tego młodego człowieka było bardzo trudno pogodzić się z faktem, że choroba jego syna ma bardziej psychiczne niż fizyczne podłoże. Nawet w trakcie rozmów rodzinnych w myśleniu i mówieniu o sobie i synu używał sformułowań: „On jest taki jak ja...”, „Mamy tak samo...”, „On musi dać radę...”. Słowa były tu zobowiązaniem, rozporządzeniem, które domagało się natychmiastowej realizacji!

Paradoksem wpisanym w życie Era jest to, że w konsekwencji jego postępowanie nie skrzywdziło Tamar, lecz obróciło się przeciw niemu samemu, bo został uśmiercony. Jeśli Biblia nie mówi nic o tym, co konkretnie uczynił Er, to czyni tak być może z szacunku do tego człowieka – choć on sam mógł nie mieć już szacunku dla siebie i dla nikogo z ludzi – ale także z szacunku do tych, którzy będą czytać słowa Biblii. Warto również zauważyć, że imię Er zawiera w sobie te same litery, które tworzą w języku hebrajskim słowo o znaczeniu „zło, deprawacja, nieszczęście” – RAA. Czy więc opis czynów dokonanych przez Era zawierałby samo zło? Imię jego na pewno mówi więcej o nim, niż sądzimy, gdyż w starożytności imię człowieka uważano nawet za jego sobowtóra lub anioła. Imię jest poważnym źródłem informacji o postępowaniu człowieka – tak postrzega to Biblia [16].

Zastanów się, jak byś zareagował czy zareagowała, gdyby nagle ukazała się książka zawierająca rozdział ze wszystkimi twoimi najgorszymi i haniebnymi czynami? Co działoby się w twoim sercu?

TRUDNA ŻAŁOBA, CZYLI O TYM, JAK DŁUGO I CZY W OGÓLE TRZEBA PŁAKAĆ PO ERZE

Er, człowiek, który w sposób bezczelny grzeszył przed oczami Boga, nagle umiera. Zapewne w swoim poczuciu omnipotencji, jak wielu i nam współczesnych ludzi, także on nie przyjmował do wiadomości, że kiedykolwiek będzie musiał umrzeć. Śmierć przyszła do niego nagle, jak runięcie na nierównym chodniku ulicznym. Ale co przeżywała wtedy Tamar, jego żona? Co działo się w sercu tej kobiety, która nie tylko zobaczyła jego nagłą śmierć, ale też wiedziała o swoim mężu, co czynił on przed obliczem Boga? Czy kobieta w takiej sytuacji, jak Tamar, ma wejść w głęboką żałobę po swoim bezczelnie bezbożnym mężu? Czy Tamar powinna przeżywać głęboką stratę, czy też raczej ulgę?

Bardzo często ludzie pogrążają się w głębokim żalu, rozpaczy i smutku, gdy kończy się im jakaś relacja czy znajomość, gdy przychodzi rozstanie. Nie zawsze żal jest nieuzasadniony czy nieadekwatny, ale... czy dobrze jest, gdy strata zdominuje całe życie człowieka, zatrzyma go w depresyjnym stanie i rozżaleniu, a nierzadko i w gniewie? Wydaje mi się niezwykle istotnym pytaniem, czy człowiek ma prawo do odczuwania ulgi po utracie kogoś, od kogo doznawał krzywdy.

„We współczesnej psychologii istnieje pojęcie «patologicznej żałoby», którą ze względu na intensywność i długi okres trwania wiąże się z zakłóceniami zdrowia psychicznego, chociaż kryteria żałoby prawidłowej czy też patologicznej, która powinna być przepracowana, coraz częściej są uważane za nieostre i uproszczone. Istotnym jest, że radzenie sobie ze śmiercią obrazuje sposób radzenia sobie z życiem. Rozwój człowieka, czy choćby cykl życia rodziny, nieuchronnie zakłada tracenie tego, co znane i bezpieczne, na rzecz zyskiwania nowego. Niemożliwość przeżywania utrat, godzenia się z odchodzeniem, zatrzymuje rozwój człowieka, a utraty, szczególnie śmierci, które nie zostają «odżałowane», blokują przeżywanie kolejnych utrat i prowadzą do «zamrożenia» emocjonalnego życia poszczególnych osób w rodzinie” [17]. Nigdy nie tracimy po to, by pozostać w pustce, zawsze jest coś lub ktoś przed nami, choć możemy tej nowej jakości egzystencjalnej już nie chcieć dostrzegać. Może w ogóle sens utraty skrywa się w możliwości przejścia do zupełnie nowego i wznioślejszego poziomu istnienia. Tamar może ilustrować w sobie właśnie tę prawdę, którą niezmiernie trudno dostrzec zwłaszcza w chwili, gdy obok nas już nie ma kogoś, przy kim spędzaliśmy złe lub dobre chwile. Jezus dobitnie stwierdził, że dla uczniów jest pożyteczne Jego odejście, bo inaczej nie przyszedłby do nich Pocieszyciel, czyli Duch Święty (por. J 16, 7). Tracimy, by zyskać więcej, zawsze tak jest, a mimo to możemy zastygnąć w żałobie.

O trudnym doświadczeniu, jakim jest utrata czy „zniknięcie” kogoś, kogo się bardzo kochało, łatwiej jest oczywiście pisać lub czytać, niż samemu doświadczać. Jest to jednak doświadczenie nieuniknione, wpisane w życie każdego człowieka i najbardziej nieszczęśliwy jest z pewnością ten, kto żyje tak, jakby śmierć nie istniała i łudzi się, że nigdy nikogo nie straci. W naszym świecie, zwłaszcza w sferze uczuć, nie mają pokrycia dwa słowa: zawsze i nigdy. Sama również mam doświadczenie odejścia bardzo kochanej przeze mnie osoby, jaką był mój Dziadek. Człowiek ten obdarzył mnie wielką miłością i jestem pewna, że był dla mnie darem od Boga zapowiadającym choć odrobinę z ogromu Jego Miłości. W dniu, w którym odbywał się pogrzeb, nie mogłam z różnych powodów się na nim pojawić. Co więc uczyniłam tamtego dnia? Zaraz po eucharystii poszłam do dobrej restauracji, bo dobrze wiedziałam, że to by go ucieszyło – zjedzony przeze mnie dobry obiad. Wspominam o tym dlatego, że z perspektywy czasu widzę wyraźniej, że tamten posiłek stał się symbolem, jakby preludium zapowiadającym przyjęcie, czy też zaakceptowanie tego, co się wydarzyło – utraty ukochanej osoby. Doświadczenie utraty nie oznacza oczywiście niezgody na łzy toczące się po policzkach czy smutek, ale nie może ono sparaliżować całego życia i zamknąć człowieka w tym jednym doświadczeniu.

W życie człowieka w sposób naturalny wpisany jest czas na przeżycie jakiejś „utraty”, a także czas na zaakceptowanie jej. W takim czasie emocjonalnej żałoby trzeba przyjąć swój smutek, żal, a nawet uczucie złości czy gniewu. Nazbyt często jednak zdarza się, że nie tyle zatrzymujemy się w tych uczuciach, co raczej te uczucia zatrzymują nas i nie wypuszczają, uniemożliwiając odkrycie nowego etapu życia. Gdy trwa to zbyt długo, a człowiek nawet nie chce zamknąć rozdziału z pewnymi historiami, można mówić już o pewnego rodzaju patologii, a wspomniany stan staje się sposobem na życie. Można zapytać, co to znaczy, że stan ten trwa za długo? To znaczy, że człowiek nie podejmuje nowych działań, sam nie angażuje się w swoje życie, żyje tak, jakby czas się zatrzymał. Dla pełniejszego zobrazowania posłużę się pewnym przykładem. Otóż w mojej rodzinnej miejscowości mieszkała kobieta, która wcześnie straciła męża. Wzbudzała zdumienie, a nawet poczucie dziwaczności u dorosłych, gdy niezależnie od pory roku i pogody, każdego dnia o tej samej porze, szła ulicami miasteczka na cmentarz. Jak wspomniałam, w dorosłych wzbudzała poczucie jakiejś dziwaczności, czy nawet obcości, niezrozumienia. Jako mała dziewczynka patrzyłam na nią nieco inaczej. Wydawała mi się bardzo piękna, może nawet trochę teatralna, gdy przez dziurę w płocie widziałam ją idącą ulicą, ubraną w ciekawe czarne suknie i kapelusze jak nie z tej epoki. Dziś, gdy o niej myślę, mogę spojrzeć na nią już trochę inaczej, bo dostrzegam w niej kobietę, dla której czas się zatrzymał wraz ze śmiercią jej męża. Powyższy przykład ukazuje, w jaki sposób może manifestować się niedokończona żałoba, która uniemożliwia pożegnanie się z osobą zmarłą, wypłakanie żalu i wyrażenie złości, a przede wszystkim nie pozwala powrócić do stanu emocjonalnego sprzed żałoby.

Biblia również ukazuje nam tych, którzy kogoś ważnego utracili. Wystarczy wspomnieć smutek apostołów w ogrodzie oliwnym, którzy pogrążyli się w ucieczkowym, „pozornie” znieczulającym przed rozpaczą snem, gdy przeczuwali rozstanie z Mistrzem i zbliżającą się Jego Mękę i trwogę konania (por. Mt 26, 40; Mk 14, 37-40). Przeżywali czas, w którym rozpaczą zacierała się nadzieja obiecanego przez Jezusa Zmartwychwstania. Także w zamkniętych drzwiach wieczernika, w którym przebywali uczniowie po śmierci Jezusa, można dopatrzeć się symbolu pewnego odcięcia się od przeżywanych emocji, a szczególnie od lęku przed niewiadomym (por. J 19, 20). W tym miejscu warto zauważyć, że osoby, które przeżywają poczucie głębokiej pustki i bólu po stracie ukochanej osoby, a jednocześnie tej stracie emocjonalnie zaprzeczają, mają w swoim domach za zamkniętymi drzwiami nierzadko „nieuporządkowane” pokoje tych, którzy odeszli – np. pokój zmarłego dziecka pełen zabawek i ubranek albo pokój dorosłego człowieka, który odszedł na zawsze, a tymczasem jego rzeczy zastygły tak, jakby dopiero chwilę temu wyszedł i za chwilkę miał powrócić.

W jednej ze swoich homilii Święty Ambroży zwraca uwagę na Piotra ogrzewającego się przy ogniu tuż po tym, jak Jezusa zaprowadzono do Arcykapłana. Jest to opis, który w piękny i delikatny sposób ukazuje, co dzieje się w człowieku, który odczuwa zbliżającą się utratę, rozstanie i smutek. Święty Ambroży powołuje się na fragment Ewangelii Jana mówiący:

„A ponieważ było zimno, strażnicy i słudzy rozpaliwszy ognisko, stali przy nim i grzali się. Wśród nich stał także Piotr i grzał się przy ogniu” (J 18, 18).

W swej homilii Ambroży pisze: „Piotr wypiera się tam, gdzie Jezus jest więziony, gdzie Jezus jest spętany... Zimno było. Zimno było w tym miejscu, gdzie Jezusa nie rozpoznano, gdzie nie znalazł się nikt, kto by ujrzał Światło, gdzie zapierano się Ognia pochłaniającego. Zimno było sercu, nie ciału. Dlatego też Piotr stał przy ognisku, z przemarzniętym sercem”.

Można powiedzieć, że Ambroży uchwycił trafnie wszystko to, co ma miejsce w człowieku przeżywającym stratę, ale nie tylko...

Warto jeszcze chociaż krótko nawiązać do dwóch przykładów biblijnych, które ukazują korektywny sposób poradzenia sobie z żałobą. Zapewne każdy z nas kojarzy prorokinię Annę, która powitała wraz z Symeonem małego Jezusa przyniesionego do świątyni przez rodziców. Ewangelia Łukasza tak mówi o niej:

„Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy” (Łk 2, 36-38).

Myślę, że choćby tych kilka wersów, jakie poświęca Biblia Annie, wskazuje na jej owocne pomimo stanu wdowieństwa życie, naznaczone, jakby nie było, również przeżyciem utraty męża. Życie tej osiemdziesięcioletniej kobiety wskazuje na pewno na właściwą hierarchię wartości, w której najważniejszy jest Bóg. To przylgnięcie do Boga w świątyni, wręcz nierozstawanie się z nią, wskazuje na tę prawdę, że człowiek, który przeżywa utratę kogoś lub czegoś w swoim życiu, właśnie w świątyni może powrócić do siebie, odnaleźć siebie, odnaleźć cel. Osoba Anny przemawia za tym, że chrześcijanin nigdy nie pozostaje osobą „bezdomną”, bo Kościół jest miejscem otwartym dla człowieka w każdym momencie jego życia, nie tylko w tym najtrudniejszym. Postawa córki Fanuela na pewno nie ma nic wspólnego z tym, co nazwać można neurotyczną religijnością czy patologiczną żałobą. Trwa ona bowiem w świątyni, ale ma kontakt z rzeczywistością, z realnością, a w jej życiu spełnia się to, o czym później w jednym ze swych listów pisał Paweł: „Ta zaś, która rzeczywiście jest wdową, jako osamotniona złożyła nadzieję w Bogu i trwa w zanoszeniu próśb i modlitw we dnie i w nocy” (1 Tm 5, 5). Przy czym koniecznie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: o kogo w ogóle chodzi w tym naszym życiu? O kogoś, kto umiera, czy o kogoś, kto się ujawnia, gdy ktoś umiera? Może wydawać się to nieludzkie, ale moim zdaniem każdy człowiek, którego tracimy w tym życiu, najukochańszy albo tak trudny, jak Er dla Tamar, odsyła nasze serce do Najważniejszej Osoby. Każdy, kogo tracimy, kto unosi się w górę jak kurtyna w teatrze, odsłania nam właściwego bohatera w teatrze naszego istnienia. Nie chcąc tego faktu przyjąć, skazujemy się na cykliczne i nieskończone przeżywanie żalu i smutku.

Niejednokrotnie rozstanie jeszcze bardziej odsłania Boga na horyzoncie życia człowieka. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego poprzez rozstanie z człowiekiem mamy większą szansę spotkać się z Bogiem? Gdybym napisała po prostu, że to tajemnica, byłaby to ucieczka od trudnego tematu. Tajemnicą, i paradoksem zarazem, jest to, że człowiek, który całym sobą broni się niejednokrotnie przed bólem i cierpieniem płynącym z utraty bliskiej osoby, właśnie w cierpieniu straty wraca jakby do pełni swego człowieczeństwa, wzrasta tak, jak nie mógłby wzrastać, gdyby ciągle był z kimś. Ktoś bliski żyjący jednocześnie wypełnia naszą pustkę, ale też uniemożliwia odkrycie większej pełni. Potrzeba niekiedy kilku utrat, by dotknąć Nieutracalnego. Zresztą, jeśli docieramy na ścieżce utrat do Nieutracalnego, czyli do samego Boga, w Nim wszystkich można odzyskać. Nie mają takiej nadziei ci, którzy jak Er napawają się radością z bezczelnego szydzenia z Boga.

Leszek Kołakowski w jednym ze swoich Mini-wykładów o maxi-sprawach pisze: „Bywamy na pogrzebach przyjaciół i bliskich, w których drodze ostatniej uczestniczymy z wewnętrznego przymusu, ale także ludzi obojętnych nam, ale którym towarzyszymy do grobu z racji towarzyskich lub biurokratycznych. Zauważamy łatwo różnice między pochówkiem religijnym, zwłaszcza prawdziwie katolickim, a świeckim. W pogrzebie świeckim wyczuwamy pewną nieuniknioną niezręczność, zażenowanie, jak gdyby zmarły jakiś nietakt, umierając, popełnił; nie można powiedzieć żadnego słowa pocieszenia i nawet gdy jakiś mówca wychwala zmarłego zasługi i powiada, że dzieło jego żyć będzie (choć skąd on to może wiedzieć?), to odbieramy to jako sztuczną i nieprzekonującą próbę wydostania się z przygnębienia. Zapewne większość uczestników wolałaby jak najszybciej przerwać ten nieprawdziwy kontakt z tym, co odszedł. Pogrzeb w pełni katolicki jest, oczywiście, zasnuty smutkiem, ale też wypełniony nadzieją, skoro zmarły powierzony jest boskiemu miłosierdziu, kapłan wzywa, by obecni modlili się za duszę świętej pamięci brata naszego, zapowiada zmartwychwstanie; my żegnamy go po prostu przed wielką podróżą do Jeruzalem niebiańskiej. Możemy więc mówić jak w hymnie Prudentiusa: Ucisz żale bolesne, Niech łzy wam nie płyną, matki, Nikt niech lamentów nie wznosi, Śmierć to odnowa życia” [18].

Istnieje więc doświadczenie utraty związane z odejściem, jakim jest śmierć. Ale jest również odejście, w które wpisuje się rozstanie, zerwanie dotychczasowych więzi. Nierzadko ludzie bardzo cierpią dlatego, że angażują się w niektóre relacje tak głęboko, że drugi człowiek staje się jedynym sensem ich życia, a nawet zaczynają żyć tylko dlatego, że jest ten ktoś! Z ust takich osób można usłyszeć wyznanie: Jesteś dla mnie całym światem! I być może takie wyznanie niejeden raz wypowiadała przed swoim mężem wspomniana wcześniej kobieta w ubraniach nie z tej epoki. Jak zauważył Peter Marris, „związki, które są dla nas najistotniejsze, to zazwyczaj relacje z osobami szczególnie przez nas kochanymi – mężem, żoną, rodzicami, dziećmi, najbliższymi przyjaciółmi, albo z pewnymi określonymi miejscami, takimi jak dom czy jakiś obszar obdarzany przez nas analogicznym uczuciem miłości. Doświadczając tych specyficznych relacji, uważamy je za unikalne i niemożliwe do zastąpienia, i wydają się one w największym stopniu uosabiać sens naszego życia” [19].

W takich sytuacjach nie ma już myślenia „ja” – jest tylko „ty”, ale przede wszystkim nie ma najmniejszego nawet skupienia na Bogu, który staje się powoli coraz bardziej daleki, nieważny, a jeśli już jest potrzebny – to traktowany niczym „złota rybka” do spełniania życzeń, gwarantująca po wsze czasy miłość i oddanie tego jedynego... człowieka! W takim funkcjonowaniu można bez trudu dostrzec uzależnienie emocjonalne, gdy zdobycie czyjegoś zainteresowania, zaspokojenie potrzeb drugiej osoby, ale i swoich własnych, związanych z przymusem trwania w nieustannej bliskości, przybiera rozmiar obsesji, a relacja z drugim człowiekiem staje się głównym kryterium stanowiącym o wartości własnej osoby. Życie podporządkowane jest tylko jednemu celowi: zrobić wszystko, by tej drugiej osoby nie stracić! Nierzadko człowiek uzależniony od drugiego człowieka staje się wręcz zaborczy, osaczający drugiego swoją „miłością”, a sytuacja utraty wywołuje lęk, panikę, niepokój, smutek, a nawet agresję. Leczenie uzależnienia od jednego czy wielu ludzi, podobnie jak w przypadku innych zniewoleń, wymaga długiej kuracji. Nikt nie nada sensu mojej osobie, nikt prócz Boga, a Jego odkrywa się często na drodze utraty tych, w których się zatracamy.

Człowiek poszukujący miłości drugiego