Jozjasz. Raport o stanie niewiary sprzed pandemii - Debora Sianożęcka - ebook

Jozjasz. Raport o stanie niewiary sprzed pandemii ebook

Debora Sianożęcka

0,0

Opis

Czy dzisiaj, w czasach pandemii, ludzie powstrzymali ślepy bieg swojego życia i zwrócili się ku Bogu? Czy znaleźli Go w Kościele, czy może ktoś zamknął im drzwi świątyń, narażając się tym samym na gniew i pomstę samego Boga?

Nastała pustka po tym, jak kilka miesięcy wcześniej, w wesołym pochodzie wprowadzano do kościołów Rzymu i do bazyliki Pachamamę, jak królową w lektyce. Idolatria. I skończyło się. Nastał czas zamkniętych i pustych kościołów, pustej bazyliki i pustego placu, zupełnie tak, jakby Obecność Boża opuściła te gmachy.

Cóż to za czasy, kiedy wiarę nazywa się zabobonem, a koronuje bałwochwalstwo? Czasy ostateczne. Jeśli bez trwogi uznają, że Komunia święta jest zagrożeniem, to… czy jest na tym świecie jeszcze coś, co może być gwarantem zachowania życia człowieka? I o jakie życie tu chodzi? Doczesne czy wieczne?

Bojaźń ma w sercu ten, kto boi się utracić Tego, kogo kocha. Czy istnieją dziś jeszcze przywódcy, kapłani, ludzie, którzy gotowi są ponieść każdą stratę, oby tylko nie utracić Boga? Ilu znam takich ludzi i czy wśród nich jestem i ja sama? Kto pamięta o słowach wyrytych w Księdze Koheleta:

„Żyj w bojaźni Boga i przestrzegaj przykazań Jego, to bowiem powinien uczynić każdy człowiek” (Koh 12, 13; BPK).

Debora Sianożęcka

 

Debora Sianożęcka – (ur. w 1981 r.) psycholog, psychoterapeuta. Miłość do Biblii pociągnęła ją do poznawania biblijnego języka hebrajskiego i aramejskich komentarzy. „Uzależniona” od Eucharystii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 428

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Debora Sianożęcka

JOZJASZ

Raport o stanie niewiary sprzed pandemii

Kraków 2020

Strona redakcyjna

Projekt okładki: Michał Padacz

Skład i łamanie: Szymon Pipień

© copyright: paganini 2020

© copyright: Debora Sianożęcka

ISBN 978-83-66464-05-6 druk

ISBN 978-83-66464-06-3 pdf

ISBN 978-83-66464-07-0 epub

ISBN 978-83-66464-08-7 mobi

Wydawnictwo paganini

ul. Bosaków 11, 31-476 Kraków

www.wydawnictwopaganini.pl

[email protected]

Księgarnia internetowa

www.paganini.com.pl

[email protected]

Dział handlowy

[email protected]

12 423 42 77

577 134 277

Wszystkie wypowiedzi pacjentów, przywołane w moich& książkach, zostały zamieszczone za ich zgodą.

Debora Sianożęcka

EPITAFIUM

Minęło zaledwie dwa miesiące, odkąd skończyłam pisać raport o stanie niewiary w Kościele i na świecie, raport, dla którego tłem stała się historia Jozjasza.

I oto nagle świat ogarnęła pandemia związana z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Każde wydarzenie ma swoje przyczyny, a ta książka może posłużyć za swego rodzaju ewidencję tych przyczyn, które poprzedziły pandemię. Ich ocenę pozostawiam czytelnikowi.

Jestem zdania, że sam koronawirus jest tylko tłem, doskonałym narzędziem do zarządzania ludzkim strachem i lękiem. Jest testem pozwalającym określić, jak daleko można się posunąć w manipulacji drugim człowiekiem, aby go skontrolować i podporządkować, wprowadzić w psychotyczne poczucie zamknięcia i zagrożenia, a jednocześnie ocenić, jak wielka jest w społeczeństwie moc samookłamywania i pielęgnowania złudzenia, że „świat się wcale nie kończy” i że „jeszcze wszystko będzie dobrze, bo i z tej zarazy wyjdziemy zwycięsko”.

Ale obok tego sprawdzianu ma miejsce jeszcze jeden test – o wiele poważniejszy, o którym można powiedzieć: oto Megiddo, oto nadeszły żniwa! Oto czas się zamyka i następuje oddzielenie ziaren od plew, ostatni połów ryb, które zdążą wpaść w sieć Pana, zanim ów połów się skończy i sieć zostanie wyniesiona z mętnych wód tego świata. Kto da temu wiarę, a kto tej wiary nie ma? Gdzie są plewy, a gdzie ziarna? Kto pragnie, a kto jedynie zagłusza pragnienie, odkładając na później możliwość pojednania z Bogiem i uczynienia pokuty... Bóg nie przestał być aktywny i nawet cała ta afera z epidemią służy Mu do wyselekcjonowania wierzących od wiernych. Wierzącym [1] może być nawet diabeł, ale wierny jest tylko ten, kto w swej wierze jest posłuszny Bogu ponad wszelkie autorytety.

Dla jednych jest to kairos[2], czas szansy i ostatecznej decyzji opowiedzenia się po stronie Chrystusa, podjęcia konkretnych działań umacniających zaufanie do Boga. Człowiek w swej wolności może je odrzucić, ale wówczas szansa ta zniknie bezpowrotnie, zostanie utracona. Inni przeżyją swój katechon[3] – czas, kiedy to siły zła zostają powstrzymane, aby mogło wydarzyć się jakieś konkretne dobro. Będzie to dla nich czas decyzji i dojrzewania do podjęcia pokuty i nawrócenia. Jeśli oba te czasy przyrównać do zbliżających się do siebie płyt tektonicznych, które za chwilę mają się zderzyć, to co się wówczas stanie? Trzęsienie ziemi? Czy może trzęsienie w posadach egzystencji wszystkich ludzi? Kto na jakiej znajduje się płycie – kairos czykatechon? A może w przepaści pomiędzy nimi?

Tak jak Jozjasz usłyszał ostrzeżenie o powstrzymaniu się czy też pohamowaniu (hebr. HADAL), tak może i teraz właśnie jest ta chwila, ów katechon, ostatni połów... ostatni, bo za chwilę sieć może już nie będzie zarzucana rękami Boskiego Rybaka... Król Judy nie skorzystał z szansy „powstrzymania się” i zginął w walce z faraonem Neko.

Czy dzisiaj ludzie, w czasach pandemii, powstrzymali ślepy bieg swojego życia i zwrócili się ku Bogu? Czy znaleźli Go w Kościele, czy może ktoś zamknął im drzwi świątyń, narażając się tym samym na gniew i pomstę samego Boga?

Jozjasz nie musiał oglądać zniszczenia, czy ja muszę? Mam wrażenie, że z jeszcze większą wyrazistością już zaczynam je oglądać. To zniszczenie, które nabiera coraz większej mocy, uderza w to, co najcenniejsze – w Kościół i sakramenty.

Pamiętam ten dzień, kiedy pojawiły się pierwsze oficjalne zakazy, restrykcje i ograniczenia, co do liczby osób przebywających w kościołach. Gdy wcześnie rano przyszłam do jednego z kościołów na Mszę świętą, było strasznie... I już samo stwierdzenie, że w kościele mogło być strasznie jest... straszne! Pamiętam świątynię wypełnioną zapachem, a raczej smrodem, silnego środka do czyszczenia toalet, którym po każdej mszy „dezynfekowano ławki”. Tak zniknął zapach kadzidła. Pamiętam, że w trakcie liturgii najwięcej czasu i uwagi zaczęto poświęcać koronawirusowi, wysyłając w stronę nielicznych wiernych liczne komunikaty o konieczności mycia rąk – a nie dusz, zachowywania bezpiecznych odległości od siebie nawzajem – a nie od grzechu, korzystania ze środków dezynfekujących, które postawiono obok kropielnicy, dotąd wypełnionej wodą święconą, a dziś wyglądającą jak wyschła studnia, otoczona taśmą. Pamiętam pospieszne liturgie, które zdawały się przyspieszać jeszcze bardziej, a także wymuszanie na wiernych, by przyjmowali Komunię świętą „na rękę”, choć „przyjmowanie” jest tu dość delikatnym określeniem, bo nie oddaje całego bólu dosłownie rzucanego przez kapłanów Ciała Pańskiego w ręce ludzi. I tak oto kapłani zaczęli bać się zarażać... Bogiem! Zaczęli jeszcze szybciej rozdawać Jego Ciało wiernym, jakby sami obawiali się trzymać Władcę życia w swoich rękach.

Czasem nawet ręce może palić nieuświadomione poczucie winy... Ten, który powiedział: „Ja, Pan, chcę być twym lekarzem” (Wj 15, 26), o którym Ewangelia mówi, że „leczył wszystkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu” (Mt 4, 23) i który pokonał wszelką śmierć zmartwychwstając – posądzony został o możliwość zarażania, przenoszenia chorób przez swe Ciało Najświętsze.

Ksiądz Paddy Mockler, proboszcz w Pass Christian w diecezji Biloxi w stanie Missisipi, nie był niestety jedynym, który Mszę świętą odprawiał trzymając Ciało Chrystusa w gumowych rękawiczkach. Jak potraktować słowa księdza Kobylińskiego, który powiedział: Smutne dla polskiej religijności jest to, że miliony katolików nie mają elementarnej wiedzy. Ta niewiedza i zabobonne podejście do religii zdominowało w ostatnich tygodniach dyskusję w Polsce. Rzesze katolików dzielą przekonanie, że woda święcona nie może zawierać zarazków. To kompletna nieprawda i szamańskie podejście, całkowicie sprzeczne z nauczaniem Kościoła katolickiego” [4]? Gdzie był ksiądz Kobyliński i jemu podobni, gdy trzeba było nazwać po imieniu bałwochwalstwo związane z wprowadzeniem do bazyliki watykańskiej Pachamamy i zrównanie bałwana z Maryją?

Cóż to za czasy, kiedy wiarę nazywa się zabobonem, a koronuje bałwochwalstwo? Czasy ostateczne. Jeśli niektórzy kapłani dziś twierdzą, że wodą święconą można się zarazić, jeśli uważają, że można się zarazić przyjmując Komunię świętą – to tym samym przyznają, że Ten, który jest Najświętszy – Chrystus Jezus, niesie ze sobą śmierć (choć On na krzyżu śmierć pokonał), wymierzoną w tych, którzy z drżeniem czczą Jego Ciało i Słowo. Jeśli bez trwogi uznają, że Komunia święta jest zagrożeniem, to... czy jest na tym świecie jeszcze coś, co może być gwarantem zachowania życia człowieka? I o jakie życie tu chodzi? Doczesne czy wieczne? Wolę, żeby uważano mnie za niedouczoną prostaczkę, bo więcej od zdolności intelektualnych, których Bóg mi w swej łaskawości nie poskąpił, cenię WIARĘ! Oto jest największe bogactwo – wiara!

Pamiętam, że wracając z tamtej pospiesznej liturgii w kościele, który ze względu na zastosowane posłusznie restrykcje [5] nie był już wypełniony modlitwami wiernych, ale dezynfekującymi środkami, nagle wybuchnęłam potężnym płaczem. Jeśli Biblia mówi o płaczu wydobywającym się z samej głębi człowieka, to mam wrażenie, że to był właśnie ten płacz – płacz za liturgią, z tęsknoty za nią i to poczucie, że już opłakuję jej brak, który wtedy dopiero się zaczynał, a raczej zwiastował jej koniec. Zapewne nie ja jedna płakałam tamtego dnia.

Także msze w tradycyjnym rycie rzymskim, które były jeszcze jakąś małą nadzieją w tonącej łodzi Kościoła – zostały odwołane. Zamieszczono jedynie ogłoszenie, że trzeba być posłusznym zaleceniom rządzących, a w Mszach świętych będzie można uczestniczyć przez Internet. Posłużono się zasadą teologiczną: łaska nie znosi, ale buduje na naturze, lecz uczyniono to w koślawy sposób. Jeśli łaska buduje na naturze, to znaczy, że przekracza granice natury. Gdy Jezus spotyka na swej drodze człowieka owładniętego chorobą zakaźną wywołaną przez Mycobacterium leprae, to nie zostawia go granicach tej choroby i nie mówi: choruj dalej, bo musisz zaufać swoim lekarzom. Być może niejeden kapłan czy teolog albo jakiś „ekspert” uznałby dziś, że Jezus dotykając chorego, ryzykuje zarażanie, ale Ewangelia jasno ukazuje, że dzieje się zupełnie inaczej: TRĘDOWATY PRZYJMUJE UZDROWIENIE OD CHRYSTUSA, zostaje uzdrowiony nie tylko od trądu, ale i od skutków tego zakażenia. A jeśli w czasie trwania pandemii któryś z duchownych twierdzi, że podczas Komunii świętej można zarazić się koronawirusem i umrzeć, a jednocześnie uznaje, że prawdą są zapisane w Ewangelii uzdrowienia dokonane przez Jezusa, to czy oznacza to, że wcześniej był to zupełnie inny Syn Boży niż dziś? W przywołanym parafialnym ogłoszeniu podkreślono, że wielkim nieposłuszeństwem jest niedostosowanie się do zaleceń, bo to „krępowałoby ręce Bogu do działania” [6].

Kolejny raz zamiast Bogu, zaufano „ekspertom”. Poza tym, takie sformułowania są sprzeczne z postanowieniem Soboru chalcedońskiego, na którym ogłoszono, że nie można traktować w sposób izolowany ludzkiej natury Chrystusa od Jego natury boskiej [7]. Bóg nie zaraża i sam nie choruje, więc jedność natury ludzkiej w Chrystusie z boską, gwarantuje uzdrowienie, a nie zachorowanie, czego tysiące dowodów mamy choćby w uzdrowieniach w różnych sanktuariach, miejscach objawień, ale przede wszystkim podczas spowiedzi, Komunii świętej i przyjmowanych z wiarą sakramentów.

Na jednym z portali internetowych, sytuację w Polsce bardzo trafnie podsumowano słowami: „episkopat koronował koronawirusa”. Kolejna szansa na przypomnienie o konieczności nawrócenia i powrotu do Chrystusa została zniweczona. Kościół zaczął przenosić w świat wirtualny msze, nabożeństwa, adoracje i nieśmiertelne „happeningi” jak ten, gdy ze spowiedzi można było skorzystać na miejskim boisku. Ksiądz siedział jak w szklarni w plastikowym konfesjonale mając za towarzystwo jedynie lokalnych dziennikarzy i kamerzystów, bo nikt się do niego nie zgłosił. Niektórzy za „happening” uznali także wydarzenie z 27 marca 2020 roku, mające miejsce na placu Świętego Piotra, gdy na pustym placu i przed pustą bazyliką stał „samotny” Franciszek odczytujący swoją modlitwę. Wskazywano, że nietrudno o efekt osamotnionego, a może nawet jedynego sprawiedliwego, na przygnębiająco pustej przestrzeni wielkiego placu, jeśli się wcześniej wyprowadziło ludzi z kościołów. Wtedy można sprawiać wrażenie samotnego i nie roniąc żadnej łzy, stać w strugach deszczu z baldachimem nad głową, podczas gdy drogocenny krucyfiks z kościoła San Marcello al Corso [8] moknie w deszczu. To więcej niż symbol. Tamtego wieczoru na placu św. Piotra nie padło ani jedno słowo wzywające ludzi do pokuty i nawrócenia.

Nastała pustka po tym, jak kilka miesięcy wcześniej, w wesołym pochodzie wprowadzano do kościołów Rzymu i do bazyliki Pachamamę, jak królową w lektyce. Idolatria. I skończyło się. Nastał czas zamkniętych i pustych kościołów, pustej bazyliki i pustego placu, zupełnie tak, jakby Obecność Boża opuściła te gmachy. Może gdzieniegdzie stoją jeszcze figurki amazońskiego bóstwa, a nawet jeśli je usunięto – to niewątpliwie pozostał ich duch. Całe Pismo Święte pokazuje wyraźnie, że zmieszanie kultów nigdy nie kończyło się dobrze. Nawet ten pusty plac w Watykanie, tamtego marcowego dnia, stał się symbolem niemożliwości współistnienia herezji i wiary, bałwochwalstwa i kultu jedynego Boga. O pustce, a raczej spustoszeniu, mówił Jezus w Ewangelii [9]. Ale kto o tym pamiętał w czasie poprzedzającym pandemię? Okazało się, że od Pachamamy tak blisko do pandemii. Ale przyczyn i skutków nikt nie chce dostrzegać [10].

Cóż się jednak dziwić, skoro sami hierarchowie Kościoła odmawiają Bogu prawa do gniewu, do zsyłania na ziemię plag i zarazy jako konsekwencji uporczywego trwania w grzechu, oddalania się od Boga, a nawet bezczeszczenia Imienia Boga i Jego Najświętszej Matki.

Prymas Polak powiedział: „Pan nie przychodzi do nas jako epidemia. Pandemia nie jest karą zesłaną na nas przez Pana Boga”[11]. Ta wypowiedź prymasa brzmi co najmniej dziwnie, jeśli ma się w pamięci wciąż aktualne słowa Matki Bożej, która w czasie objawień w Akita powiedziała: „Wielu ludzi na tym świecie zasmuca Pana Jezusa. Szukam dusz, które Go pocieszą. Aby ugasić gniew Ojca niebieskiego, pragnę, wraz z mym Synem, dusz, które podjęłyby się wynagrodzenia za grzeszników i za ludzi niewdzięcznych. Niech ofiarują one za tych ludzi swe cierpienia i ubóstwo. Aby świat poznał, jak straszny jest gniew Ojca niebieskiego wobec współczesnego świata, Bóg przygotowuje wielkie oczyszczenie całej ludzkości. Wraz z mym Synem wielokrotnie starałam się powstrzymać gniew Ojca niebieskiego. Powstrzymałam nadejście oczyszczenia, ofiarowując Ojcu cierpienia Jego Syna na Krzyżu, Jego bezcenną Krew i ofiarując Mu litościwe dusze, które pocieszają Ojca niebieskiego – rzeszę ofiarnych dusz przepełnionych miłością. Gniew niebieskiego Ojca może złagodzić modlitwa, pokuta, szczere ubóstwo i odważne akty ofiary. Podobnie dzieci, którym objawiała się Maryja w Fatimie tak opisywały Anioła Bożego, przepełnionego gniewem nad światem: Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Matki Bożej nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Matki Bożej w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, komu należy wierzyć: Matce Bożej czy prymasowi.

Zupełnie odmiennego zdania niż polski hierarcha jest ksiądz José Antonio Fortea Cucurull [12], egzorcysta, który powiedział: „u niektórych biskupów Europy Środkowej i krajów takich jak Stany Zjednoczone, często spotykam się z tendencją do sympatyzowania z każdym grzechem, bez względu na to, co mówi Biblia, zamiast jasno odpowiedzieć na to pytanie: Czy Bóg karze? Bycie poprawnym politycznie jest często ważniejsze od tego, co mówi nam Biblia. (...) często wielu ludzi woli użyć tysiąca wymówek, dlaczego Bóg nie karze, mimo że Biblia wielokrotnie mówi, że Bóg karze”.

Ksiądz Fortea w swej wypowiedzi przypomniał List świętego Pawła do Efezjan, w którym Apostoł pisał o gniewie Bożym: „Niech cię nikt nie zwodzi daremnymi słowami. Bo z tego powodu gniew Boży przychodzi na dzieci niewierzących” (Ef 5, 6-7) [13]. Jak zauważa ksiądz Fortea, plagi i epidemie, które pojawiały się w historii świata, były dozwolone przez Boga i miały związek z grzechem: „Większa część zła - powiedział – jest ludzka, a nie naturalna. Grzech ma swoje reperkusje w naturze, nie dlatego, że grzech wywołuje trzęsienie ziemi lub falę powodziową, ale dlatego, że Bóg pozwolił na coś, na co inaczej by nie pozwolił. Inaczej można byłoby przypuszczać, że rzeczy dzieją się w sposób naturalny i że Bóg nie ma z nimi nic wspólnego i byłoby wtedy tak, jakby Bóg nie podejmował żadnego działania lub ograniczał się tylko do tego, by nie dopuścić, aby niektóre rzeczy się wydarzyły”. Odnosząc się bezpośrednio do pandemii koronawirusa, ksiądz Fortea powiedział: „To nie jest tak, że Bóg bezpośrednio spowodował wirusa. Wirus został stworzony w sposób naturalny, z powodów biologicznych. Ten wirus mógł wygasnąć w jakimś domu po zarażeniu 15 osób i nigdy nie dowiedzielibyśmy się o jego istnieniu. Wirus rozmnażał się, ponieważ Bóg na to pozwolił. On go nie stworzył. Tym razem Bóg pozwolił mu się rozmnażać. Mogły być inne takie wirusy, na które Bóg powiedział: „Nie, nie rozprzestrzeni się”. Tym razem Bóg mógł zobaczyć, że ludzkość odwróciła się od Niego plecami i dlatego pozwolił, aby wirus się rozprzestrzenił, abyśmy do Niego powrócili. Bóg mówi, aby ludzie powrócili Niego, jeśli nie z miłością, to... po karach”.

Zamiast wezwania do pokuty wielokrotnie próbowano zasugerować katolikom niesamowite korzyści, jakie wiążą się z czasem „kwarantanny od Kościoła”. Wystarczy zacytować jednego z mistrzów w tym temacie – kardynała Tagle, który napisał: „działania mające na celu powstrzymanie koronawirusa sprawiły, że powietrze stało się czystsze, niebo bardziej niebieskie, nasze ręce czystsze, nasze ulice i domy bezpieczniejsze, a sam koronawirus sprawił, że zachowujemy się bardziej odpowiedzialnie”, dlatego kardynał wyraził głęboką nadzieję, że „gdy wirus zniknie, nasze dobre nawyki będą kontynuowane”[14]. Ani słowa o Bogu. Gdyby nie informacja, że napisał to kardynał, można by pomyśleć, że to oświadczenie sanepidu. Podobnie, z odezwą biskupów wzywających do zakupu respiratorów, podczas gdy ludzie są przez nich pozbawiani tego, co jedynie gwarantuje podtrzymanie tchnienia życia – SAKRAMENTÓW!

Podobnie myśleniem życzeniowym, wydają się być podsumowania w stylu: „rodziny są teraz razem, trwają w radości na domowych rekolekcjach”. Czyżby tak działo się rzeczywiście? Obserwując świat nie „zza biurka”, ale z samego jego środka, mam nieodparte wrażenie, że ludzie o wiele bardziej skupieni są na szybkich wyścigach do sklepów spożywczych, pokonując maratony z siatkami pełnymi zakupów. Nie raz, lecz kilka razy dziennie przemierzają tę samą trasę z domu do sklepu i z powrotem – byle tylko choć na chwilę wyrwać się z zamknięcia ciasnych mieszkań wypełnionych pełną napięcia obecnością tych, z którymi już od dawna nie mają relacji. Małżonkowie skazani na swoją obecność, podczas gdy jeszcze nie tak dawno spotykali się jedynie wychodząc rano i wracając wieczorem z pracy, dzieci nagle „skazane” na obecność nieobecnych dotąd rodziców, a przy tym to wszechogarniające poczucie wyobcowania, gdy przez lata zapomniało się wspólnego języka, gdy zniknęły nie tylko wspólne tematy, ale i wartości. I oto nagle wielu ludzi boleśnie orientuje się, że zupełnie nie zna nie tylko drugiego człowieka, ale i siebie samego. Znajomi psychoterapeuci i psychiatrzy słusznie przygotowują się na kolejki licznych pacjentów zgłaszających się do gabinetów – małżeństwa w kryzysie, zdestabilizowane emocjonalnie dzieci, ludzie, u których diagnozowane będą zaburzenia post-traumatyczne, obsesyjno-kompulsywne czy lękowe, stany depresyjne albo hipermaniakalne.

Przebywając w większym mieście, na osiedlu, w bloku, w tych dniach i tygodniach, coraz bardziej wyczuwalne staje się to, co można określić słowami: jest INACZEJ... Gdy patrzyłam w osiedlową ciemność, nieustannie wracał mi w pamięci jeden z komentarzy Rasziego do Księgi Wyjścia, dotyczący wydarzenia, jakim były ciemności spadające na Egipt, jak najczarniejsza zasłona. Ta ciemność była plagą zesłaną na chwilę przed przejściem Anioła Niszczyciela, który zgładzić miał pierworodnych w całym Egipcie. Raszi, pisał, że ta ciemność (hebr. HOSZEH) była tak gęsta, że można ją było aż dotknąć czy uchwycić w powietrzu... I taka właśnie ciemność była wyczuwalna w mieście – ciemność wisząca w powietrzu, jak coś dotykanego, coś, co na pewno nie było zwiastunem niczego dobrego. Zgęstniały niepokój, lęk, niepewność, napięcie wchłonięte przez zasłonę nocy, coraz bardziej wyczuwalną, ponieważ ten świat tracił tarczę... Myślałam też i o tym, że dotychczas, nawet jeśli kapłani nie mieli szacunku do Eucharystii, nawet jeśli w grzechach ciężkich ją odprawiali, nawet jeśli ludzie świeccy przyjmowali Chrystusa bez skupienia, bez czci, ale w zaniedbaniu i lekceważeniu... to jednak nad tym światem była tarcza z liturgii, z sakramentów, z wody święconej... Teraz tarcza ta znika. Świat traci najważniejszą tarczę, bo Bóg cofa swą rękę. Mam dobrze w pamięci zachowane słowa brata Jana Kani: „Patrzę na ten świat, który cierpi i jest ślepy, bo nie widzi źródła cierpienia i zarazy i śmierci, nie widzi grzechu... to mój ból”, a dalej dodał: „to nie tej śmierci fizycznej trzeba się bać... to nie o tę śmierć chodzi...”

Najciemniejsza ciemność niczym HOSZECH, ogarnia konsekwentnie świat. Podczas trzech dni ciemności w Egipcie, Bóg dawał Izraelowi światło, mimo że cały Egipt był pogrążony w pladze ciemności. Dlatego nikt spośród Izraela nie narzekał na brak oświecenia, by rozeznać, co się tak naprawdę dzieje podczas tych trzech ciemnych dni: „Jeden drugiego nie widział i nikt nie mógł wstać z miejsca swego przez trzy dni. Ale Izraelici wszyscy mieli światło w swoich mieszkaniach” (Wj 10, 23).

W tych dniach pandemii, pośród ciemności Kościoła i świata, Bóg nielicznym dawał światło na uczynienie pokuty, by wyprowadzić ich z egipskich ciemności głupoty, herezji oraz apostazji. Czy nie o takich trzech dniach ciemności mówili święci [15]? A może kiedy ojciec Pio namawiał, aby na te trzy dni w swych domach być zaopatrzonym w świece poświęcone, miał na myśli nie tylko same świece, ale nade wszystko słowo Boże?

Bóg Wszechmogący daje mi jednak na progu tych strasznych czasów dużo łaski, by zrozumieć i zobaczyć, co jeszcze mogę uczynić w tym czasie, by nic ze sobą niepotrzebnego nie zabrać na tamten świat. Sprawdzam więc zapis dłużny moich grzechów i win, patrzę co jeszcze... Co jeszcze musi być wyznane, co jeszcze powierzone musi być Bogu, jak mogę jeszcze okazać Mu wdzięczność za przebaczenie, a jeszcze wcześniej prosić o wybaczenie wszystkich win zawinionych i niezawinionych, świadomych i ukrytych. W tym wyznaniu już nie ma czasu na ociąganie się, na zwlekanie i odkładanie „na później” – bo „później” już nie będzie.

Słowa Psalmu 119: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce” (Ps 119, 105) przynaglają, by zawrócić ku ścieżce pokuty, odnaleźć ślady grzechu, wyznać je i żałować, iść po tych śladach wyznania, pozbawiając się dawnego uczucia fascynacji grzechem czy lekceważenia go. I przemierzać kolejne etapy wyznania w skrusze, aż do łez i ściśnięcia serca z żalu, za dawne rozminięcie się z Bogiem.

Muszę zadbać, z jeszcze większą determinacją, o codzienną Eucharystię, oby tylko dostać się do wnętrza kościoła, jak do skarbca. Gdzieniegdzie słychać płacz, jęk tych, przed którymi zamyka się drzwi, a przecież jeśli tylko Ciebie Chrystusie przyjąć, wtedy zostanę ocalona...

W małej świątyni, ukrytej za ścianą kamienic miasta, grupka ludzi sobie nieznanych, była dla mnie umocnieniem, bo wszyscy przyjmowali Jezusa z wielkim szacunkiem i w uniżeniu, jak mała trzódka zginająca nogi przed Pasterzem. I w tym kościele trwała cisza, ale to nie była ta sama cisza pełna pokoju co zawsze, bo słychać w niej było tę ciszę dobiegającą z miasta, która za chwilę miała dostać się do wnętrza świątyni.

Przypomniał mi się znów ten sen – Jezus, który wychodzi z tabernakulum z walizką w ręku...

INTROIT

To książka jak żadna inna, bo nad żadną inną nie rozdzierało się tak moje serce. Nad żadnym tekstem tyle nie płakałam. Gdy rozmyślałam nad tym, co dzieje się z naszym Kościołem, nierzadko płynęły mi łzy z oczu. A to wszystko z głębokiej miłości do Kościoła i bólu z powodu nadchodzących zmian.

Bóg szeroko otwierał mi oczy i uszy na to, co dzieje się w Kościele. Jest zapewne jakimś paradoksem, że w czasach zmieszania i zamętu człowiek wierzący musi stać się bardziej ostrożny i czujny, aby odróżnić czystą doktrynę katolicką będącą świętym depozytem Apostołów i Słowa nieskalanego, od tego, co jest wymysłem człowieka i jego układaniem się ze światem. Czujność i ostrożność pojawiają się wśród zdezorientowanego stada, które nie czuje się bezpiecznie, bo pozbawione jest możliwości oparcia w tych, którym powierzono strażowanie. Aby przetrwać – trzeba być czujnym i uważnym, tak, żeby Słowo najczystsze oddzielić od wszelkich, najmniejszych nawet znamion zmieszania i herezji, jak dobre ziarno od plew.

To, co zostało zapisane w tej książce, stanowi także świadectwo, że w czasach, w których żyjemy, na szczęście nie wszyscy ślepo i bezkrytycznie wierzą w sugerowaną nam diagnozę: „Kościół nigdy nie miał się tak dobrze, jak dziś”. Nie można tej diagnozy przyjąć, gdyż coraz bardziej wyczuwalne jest postępujące rozdarcie i chaos.

Książka ta wiele zawdzięcza zwykłym, wierzącym ludziom, moim znajomym, a także pacjentom, którzy podobnie jak ja przeżywają sytuację współczesnego Kościoła i dzielili się ze mną swoimi spostrzeżeniami, odczuciami i wydarzeniami, których byli świadkami. Do napisania tej książki wielokrotnie zachęcały mnie różne osoby, wśród których byli także kapłani, ale czułam się również przynaglana przez samego Boga podczas adoracji.

Rozważanie nad historią Jozjasza stało się równocześnie próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie, czy można cokolwiek jeszcze zrobić w świecie, dla którego nie ma już nadziei? Czy jest możliwe, aby w ogóle myśleć o jakiejkolwiek przyszłości? A co, jeśli czas naprawdę się kończy? Istnieją zegary, które zatrzymują się tylko raz...

Historia Jozjasza została zapisana w kilku krótkich i zwięzłych rozdziałach Pisma. Cała biografia streszczona na zaledwie kilku kartkach – to dużo czy mało, jeśli chodzi o króla Izraela? A może dokładnie tyle, ile potrzeba, by trwało życie, którego wystarczy na odnalezienie Księgi i zniszczenie rozprzestrzeniającego się coraz pewniej bałwochwalczego kultu? Moje albo twoje życie – to dużo czy mało? Czy mamy jeszcze wystarczająco dużo czasu na odnalezienie Boga, aby Go już nie utracić?

Życiorys króla Judy stawia nas także wobec pytania o istotę powołania i przeznaczenia: dlaczego żyjemy w takiej, a nie innej epoce? Dlaczego musimy doświadczać milczenia świątyń, w których zanika mowa Boga? Dlaczego w wielkim – nierzadko pełnym napięcia – skupieniu coraz trudniej odnaleźć ślady Jego Obecności jak błąkającej się SZECHINY? Dlaczego chwałę należną Bogu i Synowi Człowieczemu zastąpiła dziś chwała człowieka?

Czy Jozjasz mógł zadawać sobie podobne pytania? On miał jeszcze proroków, a nawet modlącą się w ukryciu jedną prorokinię, arcykapłana Chilkiasza i wierne sługi, wśród których wyróżniał się sofer Szafan.

Tymczasem, generacja współczesnej epoki, pozornie ma wszystko, a tak naprawdę nie ma już nic i nie jest to oznaką skromności i uniżenia, ale duchowego bankructwa. Oto raport o tym bankructwie, a równocześnie o stanie niewiary, dla którego tłem stały się dzieje Jozjasza, króla Judy.

JOZJASZ. RAPORT O STANIE NIEWIARY, SPRZED PANDEMII

Dziecko, które jest władcą

Biblia mówi: „Kiedy Jozjasz został królem, był dzieckiem ośmioletnim, a panował w Jeruzalem trzydzieści jeden lat. Jego matka miała na imię Jedida, była córką Adajasza z Boskat. Czynił on to, co sprawiedliwe w oczach Pana. Postępował w całości drogą Dawida, swego praojca, nie zbaczając ani na prawo, ani na lewo” (2 Krl 22, 1-2; BPK [16]).

Jozjasz zaczął rządzić jako ośmioletnie dziecko... Może masz za sobą osiem lat kapłaństwa, a może od ośmiu lat żyjesz w jakiejś wspólnocie albo od ośmiu miesięcy, ośmiu tygodni lub ośmiu dni w twoim życiu utrzymuje się jakiś impas, sytuacja bez wyjścia albo pojawia się pytanie, na które wciąż nie możesz znaleźć odpowiedzi. Lęk, który nie pozwala ci zasnąć, niepokój, który sprawia, że wszystko cię drażni, niedojrzałość, która cię tak zawstydza, że ciągle męczysz się udawaniem kogoś innego niż naprawdę jesteś, wątpliwości, na które nikt nie daje ci światła, upadki, które dyskwalifikują cię w twoich własnych oczach. Może jesteś ciągle tu gdzie byłeś i łudzisz się, że gdzie indziej byłoby ci lepiej? A może masz trzydzieści jeden albo czterdzieści dwa, może pięćdziesiąt trzy lub sześćdziesiąt lat, ale wewnątrz siebie wciąż jesteś nastolatkiem, a może nawet „ośmiolatkiem”?

Jozjasz zaczął rządzić ludem w wieku ośmiu lat. Biblia nie ukrywa jego wieku lękając się, że to zbyt niepoważny wiek, aby tak wprost o tym pisać.

Jak ty postrzegasz siebie samego: czy jesteś dojrzały? Czy nie wstydzisz się, że jesteś niedojrzały? Czy nie udajesz, że jesteś dojrzały? Co to znaczy być dojrzałym? Dojrzałym – do czego? Dla kogo?

Dojrzałość nie jest po to, by się nią napawać lub chlubić, ale jest po to, by stać się gotowym wejść do życia wiecznego. Jeśli to się jeszcze nie dokonało, to tylko dlatego, by służyć innym w dotarciu do tego samego celu.

Podążając za sugestią powyższego cytatu z Księgi Królewskiej, można nazwać tę służbę „panowaniem”, „rządzeniem innymi” czy też porządkowaniem ich życia tak, aby było ono dojrzałe, zanim śmierć uczyni kształt istnienia ludzkiego nieodwracalnym, niezmiennym, utrwalonym w miłości Boga. Gdybym ośmieliła się przybliżyć zarówno sobie, jak i czytelnikowi słowo „panowanie”, nie mogłabym inaczej tego „panowania” zdefiniować niż jako ukazywanie i objawianie Boga jako Pana, w Chrystusie Jezusie. Trzeba przy tym jasno podkreślić, że żaden inny człowiek na ziemi nie jest w takim stopniu powołany do pełnienia takiej misji jak kapłan.

Już dawno temu, mnich z pustyni Tekoa pisał: Być dojrzałym to być upoważnionym do ukazywania Pana w Bogu, by inni także odkryli w Nim życie wieczne. Nie istnieje żadna ludzka instytucja dająca mandat do takiego działania, ale jedynie sam Pan Bóg może sobie wybrać kogoś, kto z Jego woli, na mocy Jego powołania, może wprowadzać wierzących w orbitę takiego uporządkowania, które bezpiecznie doprowadzi ich w wewnętrzny świat życia w Bogu. Świat jest, wbrew wrażeniom, a nawet nauce, niezwykle uporządkowany – jest opanowany przez Boga – wszystko ma swoje źródło, tak jak każdy czyn ma swoją konsekwencję.

Można sobie wyobrazić małą kroplę wody wymykającą się cichaczem z kranu w łazience. Wydaje się być przypadkowym zjawiskiem, a przecież jak pisał Jean Guitton: Kropla wody składa się z molekuł (jest ich około biliona miliardów), każda z nich ma 10-9metra. We wnętrzu tych cząstek odnajdujemy atomy o wymiarze 10-10metra. Każdy z tych atomów zawiera jeszcze mniejsze jądro (10-14metra) i „grawitujące” wokół niego elektrony. Dalej, we wnętrzu jądra, znajdujemy kolejne nowe cząstki (nukleony, z których najważniejsze są protony i neutrony). Ich rozmiar wynosi 10-15metra. Na tym jednak ta podróż się nie kończy. Dwadzieścia lat temu odkryto jeszcze mniejsze cząstki – hadrony, złożone z niewyobrażalnie małych elementów – ich „rozmiar” wynosi 10-18metra, są to kwarki[17]. Jeśli uporządkowanie kropli wody składa się z takiej hierarchii, to jak może wyglądać hierarchia anielska albo hierarchia zbawionych i będących współuczestnikami boskiej natury – Divinae consortes naturae?

I trzeba w tym miejscu dobitnie przypomnieć, że kapłani mają najważniejsze na świecie zadanie – włączania nas, wierzących katolików, w życie natury Boga. Wyjaśnia to coraz rzadziej cytowany (a więc jak się domyślam i rzadziej czytany) Katechizm Kościoła Katolickiego (1212):

Uczestnictwo w Boskiej naturze, które ludzie otrzymują w darze przez łaskę Chrystusa, objawia pewną analogię do powstania, rozwoju i wzrostu życia naturalnego. Wierni odrodzeni przez chrzest, zostają umocnieni przez sakrament bierzmowania, a w Eucharystii otrzymują pokarm życia wiecznego. W ten sposób przez sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego w coraz większym stopniu osiągają skarby życia Bożego i postępują w doskonałej miłości (Paweł VI, Konstytucja apostolska, Divinae consortium naturae; por. Obrzędy wtajemniczenia chrześcijańskiego dorosłych, Praenotanda, 1-2).

Na szczęście, sakramenty przerastają nawet genialnie rozwinięte zdolności ludzkie, a więc i każdego kapłana, w sposób niedościgły. Nie ma co więc zadręczać się kwalifikacjami albo ich brakiem, byleby tylko być posłusznym powołaniu, czyli zleceniu danemu przez Boga. Do tego, aby być zaproszonym do „rządzenia” ludzkimi duszami – żaden człowiek sam z siebie się nie nadaje, chyba, że uzna w Bogu Pana, który z kimś tak nieporadnym i niedojrzałym jak człowiek, może nie tylko sobie poradzić, ale również przez tego słabego człowieka wprowadzać w swoją Miłość innych. Do czego więc trzeba być dojrzałym? Do doskonałości ideału, do bycia herosem, idolem, sławnym youtuberem? Czy może dojrzałym do uświadomienia sobie, że się jest jedynie namaszczonym, wybranym przez potężnego Stwórcę i Zbawcę, który poradził sobie nawet z fizyczną hierarchią kropli wody i makrokosmosem, a więc i z tobą sobie poradzi, a posługując się tobą, poradzi sobie z innymi?

Czytając ten wstęp, niewątpliwie może nasunąć się egzystencjalna i pesymistyczna refleksja: przecież ja nie mogę znieść samego/samej siebie! Co powiedziałaby ważąca 5 mikrogramów mrówka, która potrafi unieść ciężar 50 razy większy od własnego ciężaru? Gdyby człowiek mógł podnieść ciężar proporcjonalny do ciężaru, który podnosi mrówka, wyciskałby może z 5 ton? Czym to jest przy naszych stękaniach i narzekaniach, gdy skarżymy się, że nasze życie jest za ciężkie?

Jak długo będziesz żył i ile czasu jeszcze ci pozostało, by nieść brzemię Pańskie? Jak długo będziesz mógł szafować sakramentami? Jak długo będziesz mógł udostępniać ukrytą w nich boskość Chrystusa?

Ponieważ jestem katoliczką, nie widzę żadnej innej alternatywy w dojściu do zbawienia, czyli wyjścia z tego świata do życia wiecznego, jak tylko w Chrystusie Jezusie. Każdy inny „Chrystus” poza Jezusem Chrystusem jest Antychrystem. A do tego prawdziwego i jedynego Chrystusa mamy dostęp w Ciele i Krwi, w każdym sakramencie i w każdej prawdziwej homilii – dzięki kapłanom. Dlatego jeśli kapłaństwo „rozmyje się” na skutek różnych pomysłów progresywnych ideologów, którzy choć zajmują w Kościele wysokie urzędy, mają nisko w poważaniu dziedzictwo Kościoła, to miliony katolików będzie odciętych od kontaktu z Chrystusem realnym, a będą co najwyżej mogli sobie wirtualnie pooglądać o Nim filmy lub posłuchać kolejnej konferencji w duchu New Age.

Pismo mówi, że Jozjasz panował w Jerozolimie przez trzydzieści jeden lat, a swoje rządy zaczął w wieku lat ośmiu. Ktoś mógłby zapytać, czy ośmiolatek może przede wszystkim panować nad sobą samym?

To może się udać jedynie wtedy, gdy człowiek ma oparcie tylko w Panu Bogu, a nie w jakimkolwiek innym panu. I nie jest to oparcie deklaratywne czy aroganckie, ale rzeczywiste. Jak takie stwierdzenie odnieść do świata, w którym żyjemy? Współczesna generacja jest zdziecinniała, tworzona przez „pokolenie Piotrusiów Panów i lalek Barbie”, którzy nie chcą wziąć odpowiedzialności za własne życie, nie mówiąc już o chrześcijańskim powołaniu. Ludzie nie chcą się starzeć, mają co najmniej awersję do upływającego czasu, nie chcą też być dojrzali, chcą być wiecznymi nastolatkami, dlatego – paradoksalnie – wciąż są zdziecinniali. Towarzyszy temu brak ciągłości pokoleniowej, z której znikają dziadkowie i ojcowie, a pozostają matki. Można także zaobserwować prawidłowość, zgodnie z którą zerwana więź z Bogiem jest jednocześnie zerwaniem więzi z ojcem.

Czy w takim układzie społecznym jest szansa na pojawianie się dojrzałych przewodników duchowych? Kapłanów, przywódców, mężczyzn, którzy głosząc Jezusa Chrystusa, unaoczniają ojcostwo Boga?

Czy ktoś może stać się ojcem duchowym, nie mając więzi z ojcem biologicznym? Sex dominandi zbiera swoje żniwo. Rozbicie rodziny i fala gender, szerzący się homoseksualizm i inne narzucane zjawiska stają się narzędziem celowo nakierowanym na to, by zwłaszcza mężczyźni nie wiedzieli, kim są i po co żyją. Oderwani od ojców, sami nie wiedzą, co to znaczy być ojcem – zarówno biologicznym jak i duchowym.

Przejście przez ogień

Pismo wskazuje, że Jozjasz nie pochodził z rodu kapłańskiego, ale z dynastii Dawidowej. Jak wiadomo, to właśnie z tego rodu, mniej więcej za 600 lat, narodzi się arcykapłan – Jezus Chrystus. Dlatego w historii Jozjasza możemy dopatrywać się informacji natchnionych kierowanych również do kapłanów przyszłości.

Ośmiolatek zaczyna rządzić w kraju, który choć zamieszkany jest przez naród wybrany, tak naprawdę przypomina ruinę tego narodu. Kraj przepełniony jest nieszczęściami, które są konsekwencją wielopokoleniowego oddalania się od Boga.

W krótkim rodowodzie, jaki pojawia się przy Jozjaszu, odczytać można imię jego matki, ale nie ma w ogóle odniesienia do jego ojca – Amona i ani słowa o dziadku od strony ojca – Manassesie. Przypadek? Oczywiście, że nie. Tym bardziej, że jego przodkowie to osoby, o których ze względu na ich czyny, na pewno nie można zapomnieć. Jeśli w życiu nie ma przypadków, to tym bardziej nie ma ich w Biblii. Ukrywa się za tym bardzo ważna wskazówka, że tak, jak przodkowie Jozjasza zerwali więź z Bogiem, tak Jozjasz zerwał z czynami swoich przodków. Cała Biblia, ale także psychiatria pokazuje jasno, że zdrowie człowieka i jego szczęście związane jest między innymi z oderwaniem się i zdystansowaniem wobec rodziny pochodzenia – jeśli ta wpływa na człowieka destrukcyjnie. Mam tu na myśli zarówno sytuacje, gdy w rodzinie mamy do czynienia z jakąś patologią (nadużywanie alkoholu, wyzwiska, awantury, poniżanie, przemoc fizyczna i psychiczna), jak i stan, który można ująć słowami: „jest za dobrze”, czyli osobę otacza nadopiekuńczość, symbiotyczna bliskość, która pozbawia autonomii. Ale w życiu człowieka żyjącego w Kościele katolickim chodzi oczywiście nie tylko o rodzinę pochodzenia, lecz o każdą relację odrywającą cię od Boga i sprzyjającą temu, co w efekcie przynosi zabijanie w człowieku życia, przede wszystkim – życia duchowego.

Amon, a jeszcze wcześniej Manasses, to mężczyźni, którzy odeszli od Boga, zerwali z Nim więź, kalając miejsce święte. A przecież mieli jako władcy innym przewodzić w drodze do Boga. Historia pokazuje, że „Manasses stał się lojalnym wasalem asyryjskim. Brutalnie zgniótł wszelką opozycję w Jerozolimie, poślubił arabską księżniczkę, zniósł reformy swego ojca, ustanowił rytualną męską prostytucję oraz posągi Baala i Aszery w Świątyni. A co najstraszniejsze, wprowadził ofiary z dzieci na palenisku – tofecie – w dolinie Hinom na południe od miasta. Nawet «przeprowadził swego syna przez ogień...». Kiedy zabierano tam dzieci, kapłani bili podobno w bębny, aby rodzice nie słyszeli krzyków ofiar. Dzięki Manassesowi dolina Hinom stała się nie tylko miejscem śmierci, lecz Gehenną, «piekłem» w mitologii żydowskiej. Jeśli Wzgórze Świątynne było niebem Jerozolimy, Gehenna była jej Hadesem” [18].

Pismo opisuje Manassesa takimi słowami:

„Manasses był młodzieńcem dwunastoletnim, kiedy został królem, a sprawował rządy w Jeruzalem przez pięćdziesiąt pięć lat. (...) Czynił on to, co złe w oczach Pana, zgodnie z obrzydliwymi praktykami plemion, które Pan usunął sprzed oblicza synów Izraela. Na powrót odbudował tak zwane wyżyny, które zniszczył Ezechiasz, jego ojciec, wzniósł ołtarz bogini Baal, przywrócił tak zwane gaje, tak, jak to uczynił Achab, król Izraela, i składał pokłony wszelkiej tak zwanej mocy nieba i służył im. Postawił również ołtarz w domu Pana, dlatego że On powiedział: «W Jeruzalem umieszczę swoje imię». Nastawiał jednak tych ołtarzy na obu dziedzińcach domu Pana także dla każdej tak zwanej mocy nieba osobno. Synów swych przeprowadzał przez ogień, korzystał z magii i wróżbiarstwa, ustanowił stanowisko guślarza i różnych przepowiadaczy i coraz bardziej oddawał się czynieniu tego, co złe w oczach Pana, byleby Go tylko pobudzić do gniewu” (2 Krl 21, 1-6; BPK). Pociągał za sobą ludzi – „sprowadził ich na manowce Manasses, tak że czynili to, co złe w oczach Pana, i to w stopniu wyższym niż poganie, których Pan usunął sprzed synów Izraela” (2 Krl 21, 9; BPK).

Według żydowskiej tradycji, jedną z ofiar tego króla miał być sam prorok Izajasz. Dalej Księga tak o nim mówi: „Nawet krew niewinną przelewał Manasses w tak dużej ilości, że napełnił nią Jeruzalem od krańca do krańca, nie licząc już innych jego grzechów, którymi zdeprawował Judę, tak, że czynili to, co złe w oczach Pana” (2 Krl 21, 16; BPK). Sięgając do Pisma i do źródeł archeologii biblijnej, wskazujących zgodnie, że Manasses najpierw ustawił obce bóstwa w Świątyni, a później przeprowadzał przez ogień dzieci swego narodu, narzuca mi się skojarzenie ze współczesnym „Manassesami”. Jeśli do bazyliki watykańskiej wprowadzono obce bóstwo, to czy nie mamy do czynienia z przeprowadzeniem przez ogień herezji nie tylko synów Kościoła (kapłanów), ale i całego ludu, powodując wszechobecne zmieszanie? Jak pokazuje Biblia, czas obcych bóstw – to czas dramatycznych i pełnych bólu krzyków w Hinom, które próbuje się zagłuszać jak odgłosami bębnów, ogłaszając: nic się nie stało.

Oto taki właśnie był Manasses, dziadek Jozjasza. A jego ojciec, Amon? Amon był niewierny Bogu, ale „wierny” temu, co czynił jego ziemski ojciec – można powiedzieć, że „skopiował” nieprawości ojca. Biblia opisuje to bardzo jasno:

„Czynił to, co złe w oczach Pana, tak jak czynił Manasses, jego ojciec. Szedł całkowicie tą samą drogą, którą podążał jego ojciec: służył tym samym idolom, którym służył jego ojciec, i składał im pokłony, a Pana Boga swoich przodków porzucił. Nie trzymał się drogi Pana” (2 Krl 21, 21-22; BPK).

Czy rządzenie krajem i w ogóle życie ze świadomością, że miało się takich przodków, może być łatwe? Czy możliwe jest uniknięcie powtarzania tych samych błędów? Odpowiedź narzuca się sama. Myślę, nie tylko w kluczu doświadczenia psychoterapeuty, że dzieciństwo Jozjasza musiało pozostawić jakiś bolesny ślad na jego sercu i umyśle. Był mężczyzną, który wychowywał się w atmosferze ciągłego zagrożenia, niepewności tego, co przyniesie kolejny dzień i kolejna noc, bo skąd miał mieć pewność, że nie będzie na przykład kolejnym dzieckiem „przeprowadzonym przez ogień” i to przez swoich najbliższych? Przypadek wpływu otoczenia i rodziny na niepełnoletniego Iwana Groźnego jest w tym miejscu właściwą i drastyczną odpowiedzią. Jak czuje się dziecko, ale i dorosły człowiek, które wie, że jego ojciec i dziadek wzbudzają w otoczeniu jedynie lęk, strach i przerażenie? Może znasz to i ty, nawet jeśli wiekiem jesteś już dojrzałym mężczyzną – masz wspomnienia domu, w którym musiałeś rozpoznawać nastroje twoich najbliższych, choćby ojca nadużywającego alkoholu i bezbłędnie odgadnąć po odgłosie kroków na klatce schodowej albo po sposobie, w jaki przekręcany był klucz w zamku – co będzie się za chwilę działo, ale na chwili się nie skończy... I może czułeś się jak ktoś „przeprowadzany przez ogień” krzyku, awantur, wyzwisk, poniżania i hałasu. I choć to już przeszłość – to jednak zauważasz u siebie i teraz to, że choć zmieniło się twoje otoczenie i ludzie wokół ciebie – niezmiennie jesteś wyczulony i przewrażliwiony na to, by nie wpaść „w ogień”. I ciągle czujesz się niepewnie. Jeśli tak jest, to znaczy, że domyślasz się, jak dokładnie mógł czuć się Jozjasz. Nawet w bezpiecznym miejscu – jakim jest na przykład wspólnota albo zupełnie nowy dom, w którym zamieszkałeś – możesz zachowywać się tak, jakbyś żył w przestrzeni ciągłego zagrożenia, w której należy spodziewać się jedynie oceny, krytyki i ciosu, a wszystko to w najmniej spodziewanym momencie.

Tu i teraz – tam i kiedyś

Wszystkie tego typu zachowania określa się w psychiatrii i w psychologii jako mechanizm przeniesienia wyrażający się w odczuciach, pragnieniach czy postawach człowieka, który doświadczał ich w przeszłości od znaczących osób, przede wszystkim w dzieciństwie, a później, w życiu dorosłym są one kierowane na innych, z którymi wchodzi on w bliskie relacje. W sytuacji przeniesienia człowiek może mieć fałszywe poczucie, że jego zachowanie jak najbardziej wynika z okoliczności, w jakich się znalazł, a jego odczucia i postrzeganie są jak najbardziej adekwatne. Wtedy toczyć się może w nim niemy dialog z samym sobą: „Mam prawo do złości i żalu, mam prawo nienawidzić, czuć się poszkodowanym i pominiętym, bo całe moje otoczenie jest złe i nie ma ani jednej osoby, która przyszłaby mi z pomocą. Nie interesuję nikogo, nawet Boga”. Przeniesienie często pokazuje, że jest trochę tak, jakby człowiek mówił: jestem tu i teraz, a tak naprawdę doświadczał i odgrywał to, co było tam i kiedyś.

By to lepiej zobrazować, posłużę się przykładem ilustrującym taki stan, w którym człowiek lęka się nawet samego już pragnienia, by związać swoje życie z Bogiem, otworzyć na nowe relacje lub realizacje swoich planów czy pragnień. Obawia się bowiem jakiegoś rozczarowania, będącego echem przeszłych doświadczeń, szczególnie tych związanych z pierwszymi ważnymi osobami (np. z ojcem czy matką). Obawy te często podsycają „zatrute przekonania” drążące dialog z samym sobą: „mój ojciec mnie nie słuchał, więc Bóg czy drugi człowiek też mnie nie usłyszy”; „mój ojciec mnie nie dostrzegał, jakże więc ktokolwiek miałby się mną przejąć? Przecież nawet we wspólnocie jestem „nikim” i nikomu na mnie nie zależy!”; „mój ojciec jedynie mnie karał – może więc i Bóg tylko czeka na to, by coś mi się nie udało, aby wytknąć moje błędy i porażki, a ludzie z mojego otoczenia tylko czekają, by w pierwszej kolejności mnie oskarżać i głośno komentować moje błędy!”; „przytulenie mojego ojca nie było bezpieczne, unikam więc w ogóle tego, by pomyśleć o Bogu z czułością”. W takich błędnych przekonaniach daje o sobie znać właśnie przeniesienie.

Bardzo pomocne i potrzebne jest w życiu – także w życiu kapłańskim – to rozeznanie: jakie sytuacje sprawiają mi trudność? Z jakimi emocjami ciężko sobie radzę? Czy jakieś wspomnienia mnie prześladują i wystarczy jedno małe skojarzenie, by ruszyła cała lawina wspomnień i związanych z nimi emocji? Paradoksalnie, można jednak dostrzec i pozytywne strony takich sytuacji, jeśli potraktuje się je jako sygnał czy zwrócenie uwagi na to, czym trzeba się zająć w sobie, by później móc zajmować się innymi ludźmi i ich nie zawsze szczęśliwymi historiami.

Niektórzy decydują się kontynuować rolę „niewidocznego dziecka”, bo to jest sprawdzonym sposobem na to, aby „być w tle”. Taka rola pozwalała może kiedyś uniknąć wielu kłopotów czy zderzeń z tymi, którzy budzili twój strach, ale... czy naprawdę warto spędzić całe życie – szczególnie, jeśli jest to życie kapłańskie – „w tle”? Czy takiego życia chce dla człowieka Chrystus?

Jozjasz nie wybrał „życia w tle”, a przecież mógłby to zrobić i sam przed sobą uznać się za usprawiedliwionego, bo miał trudne dzieciństwo. Mógł więc swoimi rządami sprawić innym istne piekło na ziemi, ale tego nie uczynił.

Bywało i bywa nadal tak, że wierni przystępując do konfesjonału, wchodząc do zakrystii albo kancelarii parafialnej, czy po prostu przebywając w świątyni podczas Eucharystii lub nabożeństwa, przeżywają istną „gehennę”, a to z racji niewłaściwego potraktowania przez księdza, zbesztania, zranienia uczuć, wzgardzenia, pomiatania czy niezrozumienia. Być może było to właśnie skutkiem mechanizmu przeniesienia, jakiemu uległ czy ulegał od lat kapłan. Następstwa są poważne, bo kontakt wiernego z takim kapłanem zostaje zerwany lub przez wiele lat ta osoba już nie pojawia się w kościele albo w ogóle traci wiarę.

Spotykałam i takich zgnębionych kapłanów, którzy uniemożliwiali Duchowi Świętemu pomoc, gdyż obwarowali się kapitulanckimi przekonaniami: „Moje życie przypomina koszmar, jeśli nie w całości, to na pewno w wielu sytuacjach” albo: „Nie mam wyboru, bo moja historia jest zbyt trudna, bo zbyt wiele jest grzechu i uwikłań, rezygnuję z walki”.

Może rzeczywiście jest tego zbyt wiele, ale... Bóg jest Bogiem niemożliwych dla człowieka rozwiązań, gdyż jest Bogiem Wszechmogącym i jak nikt rozumie człowieka, bo sam stał się Człowiekiem.

Jest jeszcze szansa i może wreszcie jest czas byś powrócił do pytania: od kogo zależysz? Od Jezusa Chrystusa czy od swoich przodków? Od ojca biologicznego czy od Ojca w Niebie?

Mentalność niewolnika

Istnieje pewna pułapka myślenia, w którą wpada wielu ludzi – zarówno kapłanów, osób konsekrowanych, jak i świeckich – a brzmi ona tak: „Miałem/miałam trudną historię i teraz już zawsze, wszystko będzie mi o przeszłości przypominać i ja także będę wszystkim o niej przypominać, nawet samemu/samej sobie i choć należy ona do przeszłości, przeżywam ją tak, jakby wydarzyła się wczoraj”. To jest mentalność niewolnika, która zamyka człowieka w poczuciu, że nie może zostawić czegoś czy też kogoś, kto go niszczy, a przede wszystkim – kto oddala go od Ducha Bożego. Najpierw jest to poczucie jakiegoś dyskomfortu, stopniowego wyczerpania, braku jakiejkolwiek radości czy pokoju w tym, co się robi i z kim się przebywa. Gdy mija jakiś czas, niezauważenie dla siebie samego, człowiek popada w chore zobowiązanie, w pseudolojalność: „Nie mogę tego zostawić, bo sobie beze mnie nie poradzą...”, „Nie mogę teraz odejść, muszę tu jeszcze trochę – w tym miejscu, z nią, z nim, z nimi – zostać...”, ale to „jeszcze trochę” niebezpiecznie rozciąga się w czasie. Rozwija się więc mentalność niewolnika, a niewolnik to ten, który jest człowiekiem bez decyzji, bez możliwości wyboru, ktoś, kto trwa w marazmie dni i nocy, bo nie ma już nawet najmniejszej nadziei na to, że cokolwiek się zmieni. Niewolnik czuje się skazańcem losu. Oriana Fallaci tak pisała o mentalnym niewolnictwie: Zgoda, rodzimy się niewolnikami. Ale nie potrafię sobie wyobrazić nic bardziej głupiego, żałosnego, tragicznego od niewolnika, który godzi się na bycie niewolnikiem dlatego, że jako niewolnik się urodził[19].

Nie idealizuję wspólnot zakonnych – szczególnie w tak trudnych czasach, jak te, w których przyszło nam dziś żyć. Wszędzie, gdzie są ludzie, tam pojawia się napięcie, niezrozumienie, czasem odreagowanie na drugim tego, co się przeżywa. Ale mimo tych trudności cenna jest pewność, że ci, wśród których żyjesz, mają tego samego Ducha i dążą do Chrystusa:

„Jedno było serce wszystkich, którzy uwierzyli, i jedna dusza, i nikt nie mówił, że jakieś dobra są jego własnością, lecz wszystko było wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa i wielka łaska była nad nimi wszystkimi” (Dz 4, 32-33; BPK), „wszyscy trwali gorliwie na modlitwie razem z kobietami, i z Maryją, matką Jezusa, i z Jego krewnymi” (Dz 1, 14; BPK).

Trudniej, jeśli tego Ducha nie ma... Co wtedy? Jak wiele jest dziś wspólnot, które „monastycyzm” czy słowo „zakon” mają już tylko w nazwie wypisanej na marmurowych tablicach przy klasztornych furtach. Co wspólnego z duchem czuwania przed Panem ma większość sal rekreacyjnych w klasztorach, które dziś o wiele bardziej zasługują na miano sal telewizyjnych, gromadzących całe wspólnoty, wpatrzone w szklany ekran o wiele bardziej, niż w kustodię, w której ukryty jest SKARB. W ilu wspólnotach rozważa się jeszcze razem teksty Pisma, a zamiast wędrować do psychoterapeuty – rozmawia się ze sobą w szczerości serca na kapitułach, wierząc, że „nie jestem lepszy niż ten, do którego mówię”?

I te słowa – setki, tysiące, miliony słów w rozmowach telefonicznych, SMS-ach, e-mailach, portalach społecznościowych – zabierające przestrzeń należną Słowu i medytacji nad Nim. A potem smutne i znudzone, zrezygnowane i nieożywione twarze wiernych w kościele kamienieją, gdy homilie kapłanów pozbawione są Słowa Życia. Pielgrzymki może są już nimi tylko z nazwy, bo bardziej przypominają wyjazdy okolicznościowe, urlopowe, rekreacyjne... i kto wie jakie? I jeszcze remonty, koniecznie dużo remontów kościołów i plebanii, które postrzegać można jako „zastępniki” wewnętrznych remontów dusz... Nie może oczywiście zabraknąć świętowania, a więc jubileusze i rauty, hymny i wystawne kolacje, tablice pamiątkowe i odczyty, wznoszenie ołtarzy trzeciego tysiąclecia, które zapadają się i pękają na niestabilnych gruntach, jak na miękkich sumieniach pozbawionych skruchy i całowanie po pierścieniach niespracowanych rąk, fotografie, które będą blaknąć wraz z czasem jak tytuły naukowe nadawane w wesołym gronie wzajemnej adoracji... A pośrodku tego wszystkiego kapłani Chrystusa i zgromadzona wokół nich wspólnota Kościoła...

Ktoś może wykrzyczy: „Pisząc w ten sposób, jesteś niesprawiedliwa!”. Tak, jestem niesprawiedliwa, bo Sprawiedliwy jest tylko Bóg – a On widzi moje serce, w którym więcej niż osądu jest smutku, tęsknoty za Kościołem, o jakim czytam w Dziejach Apostolskich. Piszę to, co widzą moje oczy i piszę o tym, o czym mówią kapłani, z którymi rozmawiałam w ciągu ostatnich lat. Mam ochotę zapytać czasem: a ty, kapłanie, tęsknisz za Kościołem żywym czy już zagruzowana została w tobie ta tęsknota? I mimo coraz większych pustek w kościelnych ławkach cieszysz się, że z samych pogrzebów wyżyjesz.

Ktoś opowiadał mi sen: otwarte tabernakulum w jednym z kościołów i wychodzący z tego tabernakulum Jezus, trzymający w swych rękach walizki... To sen. A czy w rzeczywistości, w czasach, w których żyjemy dziś ,tu i teraz, nie jest On wyganiany z kościołów, ze wspólnot jak Gospodarz ze swej własności?

Pokusą jest ten rodzaj zabezpieczenia – bo choć cierpisz i duchowo umierasz, masz jeszcze, co jeść i gdzie spać, nie musisz palić w piecu i czuwać każdej nocy, by płomień w nim nie zgasł. Ale który płomień jest najważniejszy i czy kapłaństwo może się sprowadzać do zabezpieczeń? Czy życie nie tylko kapłana, ale w ogóle każdego człowieka w Kościele katolickim, może być jak pieczęcią naznaczone pogonią za utrzymaniem bezpieczeństwa i poczucia względnego komfortu w tym, co jest poza Bogiem, ale zapewnia status quo przetrwania? Gdzie jest prawdziwe dziedzictwo? Uprzedzająco pisał o tym kardynał Ratzinger: Przynajmniej na pierwszy rzut oka może się wprawdzie wydawać, że terytorium zastępuje Boga jako gwaranta ziemskiej egzystencji i daje niejako niezależną formę bezpieczeństwa. Ale lewici mieli inną koncepcję życia: sam Bóg jest bezpośrednim gwarantem życia, na Nim opiera się także życie ziemskie, fizyczne. Gdzie by zanikły wszelkie formy kultu, tam też zabrakłoby bazy życiowej. Tak więc życie lewity jest zarówno przywilejem, jak i ryzykiem. Bliskość Boga stanowi jedyny i bezpośredni środek umożliwiający życie[20].

W Apoftegmatach Ojców Pustyni można odnaleźć opowieść o abba Ammoe, w której czytamy: Opowiadano o abba Ammoe, że kiedyś miał pięćdziesiąt miary pszenicy na swój użytek i rozłożył je na słońcu. Zanim jeszcze dobrze wyschła, stwierdził, że w tej miejscowości było coś, co mogło zaszkodzić jego duszy. I powiedział do uczniów: „Idziemy stąd!”; a oni się bardzo martwili. Widząc to ich zmartwienie, powiedział do nich: „Żałujecie tego chleba? Wierzcie mi, widziałem takich, którzy uciekali, pozostawiając malowane drzwi i księgi pergaminowe; a nawet drzwi nie zamykali, a pozostawiali otwarte”[21].

Tam, gdzie nie ma już pokarmu duchowego, tam jest już tylko śmierć, nawet jeśli półmiski w jadalni uginają się od świńskich połci mięsa. Kiedy na kartach Ewangelii Jezus mówił o swoim przyjściu do swej własności, czyli do Kościoła, to ostrzegał właśnie nie kogo innego tylko Piotra, aby nie okazało się, że gdy powtórnie On przyjdzie – zastanie w Kościele takich kapłanów, którzy będą sobie kalkulować w obrośniętym tłuszczem grzechów sercu: „Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce” (Łk 12, 45-46). Dlaczego ów sługa niegodziwy innych traktował jak niewolników? Ponieważ sam miał mentalność niewolnika. Jezus powiedział wtedy, że pochwali i wynagrodzi takiego kapłana/sługę, który zadba o pokarm wydawany we właściwym czasie. I nie chodziło Mu o rozdawanie plasterków szynki czy schabu, tylko o Słowo Boże, czyli nauczanie wydobyte z Pism świętych (por. Łk 12, 41-48).

Z(a)nikająca nomada

Jeśli człowiek nie może chodzić, a jedynie leży w bezruchu, wtedy pojawiają się odleżyny, czyli owrzodzenia ciała będące rezultatem „długotrwałego ucisku i związanego z tym niedotlenienia tkanek”. Czy nie tak jest i ze sferą duchową? Bezruch, bezowocny ucisk, brak powiewu Ducha Świętego jak tlenu, a w końcu śmierć... Jak wielu kapłanów i świeckich wiernych może dziś zawołać: „Czuję się oszukany!”. Śmiercionośny jest bezruch, a przecież chrześcijaństwo to religia drogi w wierności Bogu, który sam o sobie powiedział: „Ja jestem drogą, i prawdą, i życiem” (J 14, 6), a także: „Jednak dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze”(Łk 13, 33). Pytam także samą siebie: wolisz być w drodze czy umierać?

Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał Ratzinger, pisał: Bóg szuka nas tam, gdzie jesteśmy, lecz nie po to, abyśmy tam pozostali, lecz po to, abyśmy poszli tam, gdzie On jest, abyśmy wznieśli się ponad nas samych[22], a na innym miejscu wyjaśnia: dla powstania monoteizmu znaczące jest to, iż nie mógł się on narodzić w wielkich miastach i żyznych krainach leżących nad wielkimi rzekami. Mógł jedynie wzrastać na pustyni, gdzie naprzeciw siebie stoją tylko niebo i ziemia, mógł wzrastać w niezadomowieniu wędrowca, który nie ubóstwiał miejsca, lecz stale musiał liczyć na wędrującego z nim Boga[23].

Wszystko to, o czym napisał Ratzinger, dzieje się naprawdę. Wiem, bo widziałam i opowiadano mi o takim życiu. Kapłani żyjący w środku miejsc niedostępnych ludzkim oczom i uszom, zaczynający życie od sięgnięcia do źródeł tych, przez których Bóg wytyczył im drogę. Św. Franciszek, św. Bernard z Clairvaux, św. Atanazy i św. Antoni, św. Paweł z Teb – albo są wzorem i pochodnią wskazującą, w jaki sposób żyć pośród ciemności współczesnego Kościoła, albo ich życie traktuje się jak legendę czy baśń opowiadaną dzieciom do snu. Jest różnica pomiędzy tym, by raz w roku, w styczniu, zagrać na trąbce i zaśpiewać pieśń o świętym Pawle pustelniku, później wrócić do ciepłej sali telewizyjnej napić się winka i zjeść kabanosy, a tym, by żyć w pustelni i starać się przetrwać każdy dzień i noc, zbierając Obecność Boga jak najcenniejszą mannę. Zaprzyjaźnieni bracia mieszkają w celach tak prostych jak domy w stanie surowym, ale są szczęśliwi – bo jest z nimi Chrystus i Jego Słowo. Ideały się sprzedały? Nie dla wszystkich, więc może i nie dla ciebie! Oby tylko pozwolić Bogu pobudzić swoje serce i dać Mu się poprowadzić, dokąd On chce, wszak to twój Bóg! Twój? Oby tak!

Teolog i filozof Claude Tresmontant pisał, że człowiek ubogi, także ubogi duchem, jest przede wszystkim wolny!

Jest do dyspozycji Boga, jest gotów do podróży. W duszy pozostaje koczownikiem. Nie może oddawać bałwochwalczo kultu bogactwom, których nie ma. Nie może się usadowić, nie może pragnąć usadowienia się na zawsze wśród nagromadzonych bogactw. Z egzystencjalnego i ontologicznego punktu widzenia, ze względu na Boży plan wobec człowieka, jest on w lepszej sytuacji niż bogaty. Jest bardziej do dyspozycji, aby wejść na drogę, którą Bóg proponuje człowiekowi. (...) W ciągu wieków, jak wiadomo, tysiące mężczyzn i kobiet, informowanych przez nauczanie rabbiego Jeszuy, wybierze dobrowolnie i chętnie ubóstwo, ażeby być bardziej do dyspozycji wobec stwórczego i przebóstwiającego planu, jaki Jedyny Bóg ma w stosunku do nich i w stosunku do innych ludzi[24].

Ale czy bycie tym Bożym nomadą wpisane jest tylko w powołanie kapłanów? Nie. Nomady przemieszczające się przez ulice miast w poszukiwaniu kościołów, w których można jeszcze usłyszeć homilie zanurzone w słowie Bożym, a Eucharystia sprawowana jest z czcią i szacunkiem wobec Majestatu i w których nie usłyszy się słów takich, jak te wypowiedziane przez kapłana w kościele św. Barbary w Krakowie: „dla tych którzy wiedzą i dla tych którzy nie wiedzą: zabraniam klękania przy przyjmowaniu komunii, przyjmujemy na stojąco”. Albo gdzie uniknie się bycia świadkiem sytuacji, gdy kapłan podczas liturgii eucharystycznej, wypowiadając słowa modlitw, robi przerwy, aby jak w jakimś quizie zapytać wiernych: „a teraz, co powinienem powiedzieć?” [25].

Niepozorni nomadzi, kobiety i mężczyźni, przemieszczający się ulicami miast, by znaleźć świątynię, gdzie w ciszy adorowany jest Syn Boży. Wędrowcy błogosławiący Boga w swej niemocy, przez co przygarniany jest cierpiący Chrystus, odrzucony przez tych, którzy chcą jedynie uzdrowienia i mocy, a może wszechmocy?

Wybór ciszy i ukrycia w kaplicy, zamiast uczestnictwa w wielkich akcjach Nowej Ewangelizacji, która nawet siostrom klauzurowym zaleca posiadanie konta na Facebooku. W tym miejscu aż ciśnie mi się na usta pytanie: dlaczego Chrystus tak często, coraz częściej, jest w kościołach pozostawiany sam, dlaczego jest tak bardzo osamotniony? Samotność Boga, której już się nie zauważa, podczas gdy wypełnione są hale widowiskowe czy sale konferencyjne w ekskluzywnych hotelach albo pola na akcjach takich jak „Polska pod krzyżem”. Nieraz, wchodząc do kościoła czy kaplicy, zdarzyło mi się nawet głośno wypowiedzieć słowa pełne zdziwienia: O, znowu Jesteś sam? Gdybym miała wskazać na najbardziej osamotnioną osobę na tym świecie, bez wahania wskazałabym na Chrystusa.

Dziś toczy się prawdziwa walka o to, by w miejsce Syna Bożego, ktoś inny królował nad życiem człowieka – a tym samym nad wszystkimi natchnieniami, myślami, uczuciami czy emocjami, w końcu nad przestrzenią i czasem, i wszystkim tym, w co może zaangażować się każda istota ludzka.

Istnieją jeszcze kapłani i bracia – wdziałam – którzy dosłownie wyrzucają z klasztorów telewizory, bo „nie chcą już oddalać się od siebie i Boga”, rezygnują z osobistych telefonów komórkowych; są przełożeni, którzy mówią: „Jedź i głoś Słowo, ale nic się nie martw, jeśli nie dostaniesz wynagrodzenia i nie przywieziesz pieniędzy, bo Pan Bóg zadba i przetrwamy bez pieniędzy”; są kapłani, którzy pielgrzymują bez telefonów i bez polis ubezpieczeniowych, bez internetowych relacji z uroczystych przyjęć u współczesnych, aczkolwiek fałszywych, Robin Hoodów, bez pieniędzy i bez jedzenia. Idą i głoszą Dobrą Nowinę światu, który zasypia twardym snem zapomnienia o Bogu albo mamiony jest Jego obrazem malowanym przez współczesne herezje; istnieją przełożeni, którzy podają do stołu swym współbraciom i nie jest to dla nich żadną ujmą; proboszczowie gotujący dla swych wikarych i kapłani, którzy choć mieszkają na różnych plebaniach, to zbierający się razem w tygodniu, by rozważać Słowo i adorować swego Pana – po cichu, bez rozgłosu. Ale nade wszystko, istnieje jeszcze resztka ocalonych kapłanów i świeckich, którzy mają oczy i uszy szeroko otwarte na to, co dzieje się w ich Domu, którym jest Kościół; ludzie, którym sumienie i serce nie pozwala żyć tak, „jakby się nic nie stało”.

Człowiek włączony poprzez chrzest we wspólnotę Kościoła katolickiego, musi dziś dobrze wiedzieć o tym, co dzieje się w tym najważniejszym Domu – w Kościele, gdzie i jakie jest w nim miejsce każdego z nas, a nade wszystko kapłana. To właśnie do kapłanów kardynał Ratzinger napisał słowa, które dziś drążyć powinny także każdego człowieka Kościoła: Zawsze trzeba będzie ponawiać pytanie: gdzie przebywasz? Zawsze trzeba będzie na nowo w duchu udać się w drogę do miejsca Jego przebywania. Będziemy musieli ciągle na nowo – także wtedy, gdy będzie się to wydawało bezsensowne – zarzucać sieci na Jego słowo. Zawsze będzie obowiązywała zasada mówiąca, że Jego słowo należy uważać za bardziej rzeczywiste niż wszelkie inne rzeczywistości uważane przez nas za realne[26].

„Jesteście nieuważni”

By utrzymać się przy życiu, niezbędne jest ROZEZNAWANIE. Tak często jestem zdumiona tym, gdy słyszę ludzi, a już szczególnie kapłanów, którzy w czasie podejmowania na przykład ważnych życiowych decyzji – nie rozeznają, nie pytają Boga o WSZYSTKO.

Dla tak wielu, dużo bardziej oczywiste jest, że mają pytać wszystkich, ale nie Boga.

Zadawanie pytań Bogu i oczekiwanie na jasną odpowiedź jak na instrukcję działania w Duchu Bożym, to nie to samo, co nadstawianie ucha na usłyszenie porady. Bo „porada” zakłada, że wysłuchasz, ale niekoniecznie to uczynisz. Czym innym jest bowiem mówić: powiedz mi Boże, daj mi odpowiedź, co chcesz bym uczynił, skąd odszedł, a dokąd poszedł, bo chcę być Tobie posłuszny, a czym innym stwierdzenie: poradź mi cokolwiek, może mi się to przyda, ale decyzja i tak należy do mnie.

Niejeden raz, gdy zadawałam pytanie:

„A czy pytałeś/pytałaś o to Boga?” – widziałam przed sobą co najmniej zdziwione spojrzenie, zupełnie tak, jakbym chciała się dowiedzieć, czy ktoś połączył się z bazą kosmiczną, z którą od lat już nie ma połączenia i zasięgu. Pytam także samą siebie: jak żyjesz? Czy zadajesz Bogu pytania? Czy wiesz, że każdy twój ruch, każdy twój krok ma dla twojego życia poważne konsekwencje?

W dawnych komentarzach rabinów, zwanych Pirke Awot [27], można przeczytać: Patrz duchowym okiem, co może się narodzić z tego dzieła, które akurat teraz robisz. Jeśli będziesz widział konsekwencje tego, co czynisz – będzie to dla ciebie chroniące.

Ludzie pytają więc rodzinę, przyjaciół, psychologów, lekarzy i różnych doradców, wystawienników i liderów, sąsiadów, ale... nie pytają Boga! W tak wielu wspólnotach zakonnych zamiast do adorowania Oblicza Boga w Najświętszym Sakramencie odsyła się seminarzystów czy nowicjuszy do gabinetu psychologa albo zachęca się ich do korzystania ze smartfona, aby „uprawiali duchową informatykę”.

Już dawno ku wielkiemu zaskoczeniu musiałam pożegnać się z przekonaniem, że siostry zakonne albo kapłani poświęcają swój czas na adorację Oblicza Chrystusa, bo wcale to nie jest takie oczywiste w przypadku osób noszących habit czy sutannę. Jeśli więc przede wszystkim w kapłanie nie ma zaszczepionego „nawyku” przebywania z Jezusem, to do przebywania w czyjej obecności będzie zachęcał tych, którzy będą do niego przychodzić, pytając o sens i Światło? Może skieruje ich do jakiegoś „mediamarktu” albo na regularne i intensywne „psychoterapie”, ale raczej nie zachęci do codziennej Eucharystii i przyjmowania Komunii świętej, a na adorację zawsze można przecież odesłać do Internetu, by adorować online. W czasie, gdy w Krakowie trwała kolejna akcja „modlitewnego Jerycha”, zaplanowane było czuwanie przed Najświętszym Sakramentem. O ustalonej wcześniej godzinie, mimo deklaracji, proboszcz z wyznaczonej parafii nie pojawił się na adoracji, ale jednocześnie w tym samym czasie zamieścił na swoim profilu facebookowym zdjęcie monstrancji i podpis: „Kochani, adorujemy!”. Komentarz wydaje się zbędny. Podobnie, wśród liderów wspólnot organizowane są dziś „warsztaty z prowadzenia adoracji” – mające na celu „odpowiednie przeszkolenie”, by wszystko przebiegało „sprawnie i poprawnie”. Gdy usłyszałam o tych warsztatach, pierwsze było znów zdziwienie, ale już coraz mniej czuję się zaskakiwana... Zmieszanie w Kościele zbiera swoje żniwo.

Wszystko staje się zaplanowane, wyreżyserowane, coraz mniej jest przestrzeni na trwanie i słuchanie, na ciszę wypełnioną przebywaniem z Bogiem poza wirtualnym światem. Obecność osamotniona i coraz mniej szanowana – może tak czuje się dziś Chrystus, któremu człowiek przestaje zadawać pytania i którego przede wszystkim przestaje słuchać. Tak oto rodzi się nieuważność.

Jozjasz na pewno był człowiekiem poranionym, ale Pismo mówi, że „postępował w całości drogą Dawida, swego praojca, nie zbaczając ani na prawo, ani na lewo” (2 Krl 22, 2; BPK). Ten mężczyzna nie poszedł drogą swojego ojca czy dziadka przede wszystkim dlatego, że wiedział, iż żyje w olbrzymim niebezpieczeństwie i nie mógł sobie pozwolić na zbędne ruchy. Niestety, jak pokazuje to jego historia, w pewnym momencie stracił tę czujność, co miało skończyć się dla niego tragicznie.

Ten, kto wychowuje się w takim domu jak Jozjasz, uczy się przede wszystkim tego, że każdy krok, każdy odgłos, który słyszysz, ma znaczenie, bo nic nie jest bez znaczenia. Ale biada, jeśli poczujesz się zbyt pewnie i zbyt bezpiecznie...

Jednak tę nabytą, przesadną wrażliwość możesz albo wykorzystać do podtrzymywania starych schematów (na przykład uważnie obserwując mimikę osób, które do ciebie mówią albo słuchając tonu głosu, w którym doszukujesz się drwiny, ironii, lekceważenia czy zagrożenia), albo... posłużyć się tą wrażliwością do uważnego wsłuchiwania się w to, co chce ci powiedzieć Bóg. Możesz wreszcie zacząć uważnie przyglądać się temu, co widzisz w otaczającej cię rzeczywistości i w tobie samym.

Pewien mężczyzna opowiadał mi, że przez lata wyćwiczył się w „przesadnym drążeniu” wszystkiego – w szukaniu podtekstów, ukrytych znaczeń – co miało swe źródło w głębokim lęku i poczuciu permanentnego zagrożenia. Zmiany w jego egzystowaniu zaczęły się pojawiać, gdy zdecydował, że będzie codziennie czytać Pismo Święte i bardzo się temu oddał. Zauważył, że przy medytacji wykorzystał właśnie to „drążenie”, a odczuwając ulgę ustępującego napięcia i lęku, mówił: „Jeśli już mam wszystko drążyć – wolę drążyć słowo Boże”.

Bez mowy Boga każdy człowiek jest bezbronny, ale kapłan staje się ruiną szybciej niż zwykły śmiertelnik. Każdy, kto pragnie być sługą Boga, nie może przestać być czujny, bo w świecie współczesnym trwa wielkie polowanie – ktoś bardzo chce „przeprowadzić cię przez ogień” i pewnie z o wiele większą determinacją niż w czasach Jozjasza. A może już tkwisz w takim ogniu? Jesteś przez ten ogień grzechu przeprowadzany, a wydaje ci się, że to tylko miłe i nieszkodliwe „ciepełko” i że nic groźnego się nie dzieje? Demon zawsze zamyka człowiekowi oczy na jedną, chociaż najmniejszą chwilę. Ale jeśli te oczy zamkniesz, to później otwierając je, będziesz już w zupełnie innym miejscu swojej historii i będziesz już kimś innym.

Opowiadano mi sen. W tym śnie pewien kapłan czytał Biblię wraz ze swym przyjacielem. W pewnym momencie powiedział do przyjaciela: „Zobacz, tu jest demon, chce mnie stąd wyciągnąć! Już ciągnie mnie za nogi, zarzucił mi linę na nogi i chce mnie stąd wyciągnąć!”. Przyjaciel powiedział: „Nie widzę go, ale czuję jego obecność”, po czym szybko zarzucił kapłanowi na szyję różaniec i zaczął się modlić. Ten, komu przyśnił się ów sen, dzielił się ze mną tym, że najbardziej zwróciły jego uwagę... nogi kapłana! To, że przez nogi miał być wyciągany, a może raczej wciągany w inne miejsce, inną przestrzeń z pewnością dla niego niebezpieczną. Uważaj, dokąd, ku jakiemu miejscu i ku jakiej osobie, kierujesz swe kroki, bo może to jest ostatni moment, byś powrócił do Boga? Podczas objawień w Kibeho Matka Boża powiedziała: Przybyłam, by przygotować drogę Mojemu Synowi dla waszego dobra, lecz wy nie chcecie tego pojąć. Czasu pozostało niewiele, wy zaś jesteście nieuważni. Rozpraszacie się pośród złudnych dóbr tego świata. Widziałam wiele z moich dzieci w rozproszeniu, dlatego przybyłam, by wskazać wam właściwą drogę[28].

„Jesteście nieuważni...” – mówi ludziom Maryja i może mówi to dziś najgłośniej także do mnie i do ciebie...

Efrem Syryjczyk w komentarzu do Diatessaronu pisał: A więc czuwajcie, bo kiedy ciało jest mdłe, to wtedy natura zwycięża i całe postępowanie człowieka jest poddane nie jego woli, ale bodźcom natury. A kiedy dusza zapada w odrętwienie, gdy nią zawładnie małoduszność czy smutek, wtedy zapanuje nad nią jej wróg i kieruje nią wbrew jej woli. Siły natury mogą opanować ciało, a nieprzyjaciel duszę. Dlatego właśnie Pan poleca nam czuwać i przykazuje, byśmy się nie zaniedbywali, nie trwali w odrętwieniu i strzegli się zniechęcenia, bo tak mówi do nas Pismo: „Ocknijcie się, sprawiedliwi” oraz: „Powstałem i znów jestem z Tobą” i jeszcze: „Nie zniechęcajcie się” oddani zaś posługiwaniu, nie upadamy na duchu.