Pinchas, syn Helego Pinchas, syn Eleazara - Debora Sianożęcka - ebook

Pinchas, syn Helego Pinchas, syn Eleazara ebook

Debora Sianożęcka

0,0

Opis

To kolejna, po ELIASZU książka Debory Sianożęckiej z serii: Kapłaństwo widziane oczami kobiety, napisana przede wszystkim dla kapłanów, ale też interesująca dla osób świeckich, które troszczą się i otaczają modlitwą swoich pasterzy.

Punktem wyjścia do rozważań jest dla autorki proroctwo, wypowiedziane przez nieznanego proroka w Szilo, o dwóch gałęziach kapłańskich: liniii Helego i linii Samuela. Wypełnia się ono i dzisiaj, tuż przed naszymi oczami. Prorok mówił o służbie kapłaństwa skoncentro-wanego na sobie, odstępczego i idącego na kompromis, starającego się przypodobać bardziej ludziom niż Bogu, kapłanów, którzy mają ducha Helego. I drugiej linii, kapłanów oddających cześć Bogu i pełniących służbę według Bożego Serca i zyskujących Jego błogosławieństwo.

 

Debora Sianożęcka - (ur. w 1981 r.) z wykształcenia psycholog. Miłość do Biblii pociągnęła ją do poznawania biblijnego języka hebrajskiego i aramejskich komentarzy. "Uzależniona" od Eucharystii. Prowadzone przez nią warsztaty biblijno-psychologiczne: Nie bądź lustrem weneckim, Drzewo twojego serca - o genogramach w świetle Biblii, Obraz malowany w sercu - o odkrywaniu obrazu Boga jako Ojca, Rodowód Jezusa Chrystusa i moje w nim miejsce, Rachab oraz Hagar - pominięta czy odnaleziona przez szczęście, cieszyły się dużym zainteresowaniem. W przygotowaniu kolejne medytacje pełne miłości Bożego Słowa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Okładka

Strona tytułowa

Debora Sianożęcka

Pinchas, syn Helego Pinchas, syn Eleazara

Kim chcesz być?

Kapłaństwo widziane oczami kobiety

Strona redakcyjna

Korekta: Barbara Gąsiorowska-Panek

Skład, łamanie i projekt okładki: Anna Drewniak-Smak

Rysunek na okładce: Pinchas Augustyn Pelanowski OSPPE

© Debora Sianożęcka 2017

© paganini Kraków 2017

ISBN 978-83-89049-52-0 druk

ISBN 978-83-89049-65-0 pdf

ISBN 978-83-89049-66-7 epub

ISBN 978-83-89049-67-4 mobi paganini

Sklep:

31-135 Kraków, ul. Batorego 19

Księgarnia internetowa:

www.paganini.com.pl

Dział handlowy:[email protected]

tel.: 12 423 42 77

Z sercem pełnym wdzięczności dla księdza Wiesława Rafacza i kapłanów diecezji rzeszowskiej, z którymi mogłam spotkać się w Czarnej Sędziszowskiej i którym dziękuję za świadectwo ich walki o to, by Jezus Chrystus Najwyższy Kapłan był w ich życiu najważniejszy i Jedyny.

Debora Sianożęcka

Wstęp

CO TY MOŻESZ WIEDZIEĆ O KAPŁAŃSTWIE, KOBIETO?

Pinchas, syn Helego. Pinchas, syn Eleazara. Kim chcesz być? to najtrudniejsza z moich dotychczasowych książek. Gdy powstawała, odnosiłam wrażenie, że moje serce jest orane każdym zapisywanym, a jeszcze wcześniej przemedytowanym na adoracji słowem. Czułam się jak napięty łuk, który raz za razem wypuszcza ostrą strzałę – słowo, które ma trafić prosto w serce kapłanów, najbardziej ukochanych synów Jezusa. Pisząc i modląc się, czułam wielką miłość Boga do tych, których powołał do kapłaństwa.

Książka ta pierwotnie miała formę konferencji, które głosiłam podczas spotkania z kapłanami diecezji rzeszowskiej w lutym 2017 roku na zaproszenie księdza Wiesława Rafacza, diecezjalnego ojca duchowego, kapłana niezwykle mądrego i skromnego, pełnego ojcowskiego ducha dla tych, którzy zostali mu powierzeni.

Na spotkaniu w Czarnej Sędziszowskiej sytuacja była dość niecodzienna, bowiem zwykle to kapłan stoi przed kobietami, a nie kobieta przed kapłanami. Jednak moje refleksje wynikające z doświadczenia klinicznego czy też z pracy terapeutycznej, również wśród osób duchownych, już od dawna przynaglały mnie duchowo do skierowania słowa właśnie do kapłanów. Kiedy więc ksiądz Wiesław zwrócił się do mnie z taką rewolucyjną propozycją, pomyślałam, że to pomysł Ducha Świętego. Na tym niezwykle ważnym spotkaniu byłam nie po to, aby głosić rekolekcje, lecz o wiele bardziej po to, aby kapłani mogli wykorzystać znaczenie moich myśli i medytacji oraz doświadczenie dla własnej posługi. Kocham Kościół, kocham kapłanów i modlę się za nich, dlatego jestem wdzięczna Bogu za to, że mogłam być cierpliwie – ale też i w radości – wysłuchana.

Kilka lat temu rabin Booaz Pash opowiadał mi midrasz o pewnej córce rabina. Jej ojciec był bardzo szanowanym rabinem, wielu przychodziło do jego jesziwy, aby zaczerpnąć mądrości z tego, o czym mówi. Gdy rabin umarł, poszukiwano kogoś, kto kontynuowałby jego nauczanie i przekazywał wszystkie jego nauki następnemu pokoleniu. Szukano takiej osoby, ale co ciekawe... okazało się, że najlepiej miała zapisane w sercu i zapamiętane nauki rabina właśnie jego córka, która z ukrycia – gdy jej ojciec jeszcze żył i nauczał – przysłuchiwała się jego mowie. Poproszono ją, by nauczała, a ona postawiła jeden warunek – będę nauczać i przekazywać wiedzę, ale będę stała za wami, z tyłu, abyście na mnie nie patrzyli i nie koncentrowali się na mojej osobie, tylko na słowach, które będę wypowiadać.

Tak jak podczas tego lutowego spotkania, tak dziś i ja pragnę jedynie stać za kapłanami, na końcu ich wszystkich, jako zwykła kobieta z ludu Boga, któremu przewodzą. Nie chcę nikogo z kapłanów pouczać, a to, co powiem, ma być jedynie pomocą.

W Czarnej Sędziszowskiej spotkałam kapłanów, dla których Chrystus jest najważniejszy i którzy naprawdę w tych dniach gorąco się modlili i prosili Boga o umocnienie i wytrwanie w Jego Miłości. Jeśli tacy kapłani jak oni są w Kościele – to czuję się bardzo bezpiecznie.

Debora Sianożęcka

Część pierwsza HELI I SYNOWIE

Złamanie karku

W Pierwszej Księdze Samuela czytamy, jak to w czasie bitwy z Filistynami pod Afek zginęło tragicznie dwóch kapłanów, synów Helego. Kiedy Heli się o tym dowiedział, spadł z krzesła i złamał kark: „Na wzmiankę o Arce Bożej Heli upadł z krzesła do tyłu, na krawędź bramy, złamał sobie kark i umarł. Był to bowiem człowiek stary i ociężały. Sprawował on sądy nad Izraelem przez czterdzieści lat” (1 Sm 4,18).

Złamanie karku było karą za to, że nie umiał upominać swoich synów. Jako kapłan i ojciec, Heli powstrzymywał się przed zwróceniem im uwagi na ich świętokradczy styl życia. Miał dla nich za dużo tolerancji, wybierał drogę kompromisu i rezygnował ze stanowczości. Był pobłażliwy. Nie przypadkiem więc miejsce tej klęski Izraela i śmierci synów Helego nazywało się AFEK, czyli powstrzymywanie.

Jego synowie żyli w nieczystości i chciwości, wymuszali na ludziach wiele zła, dopuszczali się świętokradztwa, nie słuchali słowa Bożego i cały wysiłek kierowali na to, by dobrze się urządzić. Religia służyła im za przykrywkę zaspokajania siebie samych.

Uwodzili kobiety służące w świątyni, obżerali się i upijali, bogacili się i przed ludźmi udawali pobożnych. Bóg wszystko to widział, jednak czekał, aż Heli dojrzeje i zdobędzie się na odwagę powiedzenia choćby słowa prawdy swym synom. Bóg nie doczekał się mężnego zareagowania ojca na nadużycia synów. Doszło więc do kary: niegodziwi kapłani zginęli tragicznie w czasie procesji z Arką Przymierza, a Heli złamał sobie kark.

Aby zrozumieć symbolikę śmierci arcykapłana Helego, trzeba przywołać zagadkowy zapis znajdujący się w Księdze Wyjścia odnoszący się do złamania karku. Prawo Mojżeszowe mówi, że pierworodny osioł, który nie został wykupiony głową owcy, miał miećzłamany kark. Podobnie syn pierworodny musiał być wykupiony. Izraelita nie mógł się pokazać z pustymi rękami przed Panem (por. Wj 34, 20). Ten zapis wprost nie odnosi się do Helego, niemniej jednak zarówno wypadek Helego zakończony złamaniem karku, jak i konieczność złamania karku osła w przypadku niewykupienia pierworodnej owcy mają ze sobą – jak się domyślamy – wiele wspólnego. Nie chodzi bowiem o zwierzęta, ale o prawdę odnoszącą się do niebezpiecznych związków uczuciowych pomiędzy rodzicami a dziećmi. Pobłażanie i miłosierdzie mogą być do siebie bardzo podobne, lecz nie są tożsame. Pobłażanie deprawuje, a miłosierdzie prowadzi do nawrócenia.

Heli nie wykupił swoich synów, nie umiał wyrzec się naturalnej miłości do nich. Miłość bez prawdy jest rozpieszczaniem i niszczącym pobłażaniem, destrukcyjnym, deprawującym przywiązaniem do osób ukochanych. Dziecko zawłaszczone, czyli nieoddane Bogu przez rodzica, kochane pobłażliwą miłością, staje się kimś impertynenckim i nie liczy się ani z Bogiem ani z drugim człowiekiem, dba bezczelnie o zaspokojenie swoich najniższych potrzeb i kończy tragicznie. Miłość pozbawiona prawdy przeobraża się w łono bezprawia. By do tego nie dochodziło, rodzic lub przełożony musi sobie uświadomić, że zarówno dziecko, jak i wychowanek są nie jego własnością, lecz własnością tylko Boga. Nikt też nie wychowuje dzieci dla siebie ani dla zaspokojenia własnych ambicji czy wyobrażeń. Człowiek jest obrazem Boga, a nie tworem wyobrażeń swoich rodziców czy wychowawców, a dłutem rzeźbienia w miłości jest prawda. Pozbawiając kogoś dostępu do prawdy, czynimy mu krzywdę nawet wtedy, gdy prawda jest przykra, a przecież rzadko kiedy bywa przyjemna.

Heli nie oddał swoich synów Panu – kochał ich, unikając mówienia prawdy, i trwał w złudzeniu, że tworzą idealną kapłańską rodzinę. Był tak zaślepiony miłością do nich, że ostatecznie, w sposób wielce wymowny, złamał kark. Zbyt duża zależność uczuciowa od tych, których kochamy, i brak wychowania do prawdy, litowanie się i tolerowanie grzechów są niebezpieczne i powodują w rezultacie, że łamiemy sobie kark zmartwieniami, troską, nadopiekuńczością, kapitulancką uległością, „przymykaniem oczu” na ich grzechy. Wszystko to sprawia, że w końcu „łamiemy sobie życie” i gubimy tych, których kochamy! Heli to figura człowieka, który szanował bardziej synów niż Boga, a przez to synowie nauczyli się Boga lekceważyć. Nikt na świecie nie może być tak kochany przez kapłana jak sam Bóg!

Kiedy Mojżesz postanowił wypełnić słowo Boga i wyruszył z powrotem do Egiptu, miało miejsce przedziwne zdarzenie. Bóg o mało co go nie zabił, gdyż Mojżesz zaniedbał obrzezania swojego syna. Bał się zranić swoje dziecko, chcąc za wszelka cenę zapewnić mu życie bez zranień. Dlatego Bóg przeraził go śmiertelnie. Gdyby nie pospieszna interwencja Sefory, która szybko dokonała obrzezania, Mojżesz by umarł. Jeśli Bóg nie przymknął oczu na to zaniedbanie Mojżesza, lecz gotowy był go zniszczyć za to, że ten wahał się zranić swoje dziecko, to co będzie z nami, jeśli będziemy się starać jedynie zadowalać innych (por. Wj 4, 24-26)?

Kobieta lustrem kapłana

Heli i jego synowie mieszkali i zostali ukarani w Szilo, które miało szczególne znaczenie dla Izraelitów. Stanowiło duchową stolicę narodu wybranego, niedługo po wejściu do Ziemi Obiecanej. Biblia mówi, że w Szilo [1] znajdował się Namiot Spotkania – OHEL MOED, MISZKAN, w którym zamieszkała Chwała Boga.

Ciekawe, że Biblia, opowiadając historię Helego i jego synów, co jakiś czas kieruje naszą uwagę na Samuela, małego chłopca przeznaczonego do służby Panu. Matka Samuela Anna jest symbolem człowieka, który dotrzymuje złożonych Bogu obietnic: „Przyprowadziła go do domu Pana, do Szilo. Chłopiec był jeszcze mały. Zabili cielca i poprowadzili chłopca przed Helego. Powiedziała ona wówczas: «Pozwól, panie mój! Na twoje życie! To ja jestem ową kobietą, która stała tu przed tobą i modliła się do Pana. O tego chłopca się modliłam, i spełnił Pan prośbę, którą do Niego zanosiłam. Oto ja oddaję go Panu. Po wszystkie dni, jak długo będzie żył, zostaje oddany na własność Panu»” (1 Sm 1, 24-28).

W odróżnieniu od Helego, który nie oddał swoich synów Bogu, Anna pozwala na wychowanie Samuela według planu Boga.

Pewien kapłan wygłosił pochwalną mowę na cześć swojego ojca, mówiąc: „Mojemu tacie zawdzięczam wszystko, a szczególnie zawdzięczam mu moje powołanie, bo gdyby nie on, nie byłbym w zakonie”. Czy masz podobne doświadczenie...? Swojego powołania kapłan nie zawdzięcza matce ani nawet parafii, w której wielu modli się o powołania, nie zawdzięcza swojego kapłaństwa także ojcu, lecz... tylko BOGU OJCU, bo to On jako pierwszy musiał go zapragnąć. Zanim ktokolwiek otworzył książeczkę do nabożeństwa albo chwycił do ręki różaniec, by modlić się za ciebie – Bóg zapragnął ciebie. Jego oczy zobaczyły w tobie swojego kapłana. Kapłaństwo to odkrycie Boga, nie zaś wynalazek ludzki. A serce Boga nie „fabrykuje” kapłanów, lecz żywi palące pragnienie synów zradzanych z Jego ognia.

O Samuelu napisano: „Chłopiec pozostał, by służyć Panu przy kapłanie Helim” (1 Sm 1, 11). W tym fragmencie wyraźnie podkreślono, że najpierw Samuel służył Panu, a Heli był jedynie pośrednikiem. Tak rodzi się kapłaństwo, zradza się w Jezusie nieustannie – gdy najpierw służysz Bogu, a później człowiekowi. Nie będziesz mógł dobrze służyć ludziom, jeśli najpierw nie będziesz służyć Bogu, a służyć Bogu to pytać Go: Jakie masz, Jezu, pragnienia? Jakie są Twoje słowa dla mnie na dziś? Czego ode mnie pragniesz? Szczególnie w kapłaństwie trzeba mieć JEDNO PRAGNIENIE, ZJEDNOCZONE Z PRAGNIENIEM JEZUSA! Dlatego też kapłan każdego dnia, jak sobie wyobrażam, prosi, aby jego pragnienie i pragnienie Jezusa było tym samym pragnieniem.

Mały chłopiec Samuel chodził odziany w lniany efod, czyli w bardzo prostą lnianą szatę, którą zrobiła mu matka (por. 1 Sm 2, 19). Ten efod to obraz wszystkich modlitw jego matki. Rola kobiety wobec kapłana jest rolą przyodziewania, a nie obnażania. W tekście oryginalnym Księgi Samuela w tym miejscu użyte jest słowo MEIL – oznaczające szatę bez rękawów podobną do długiego szkaplerza. Brak rękawów w tej szacie można zinterpretować jako zostawienie komuś prawa do decydowania o sobie, uszanowanie wolności i niekrępowania czyichś rąk. Anna więc jest kobietą, która nie kontroluje swojego syna – i tym samym staje się wzorem dla tych wszystkich kobiet, które wspomagają rozwój kapłaństwa.

Szata Samuela, utkana przez jego matkę, może kojarzyć się z jeszcze jedną kobietą – z Miriam! To właśnie o Niej, o Miriam, Kosmas z Maiumy (VIII w.) napisał w troparionie kanonu jutrzni z Wielkiego Czwartku: „Przyczyna wszystkiego i dawczyni życia, niezmierzona Mądrość Boża, zbudowała sobie dom z czystej Matki nieznającej męża. W dom ciała bowiem przyodział się i chwalebnie wysławił się Chrystus, Bóg nasz”.

Skromność Samuela, już od jego dzieciństwa, pozostaje w kontraście do synów Helego, tak jakby Bóg pokazywał przez to i mówił do ciebie, kapłana: możesz. Możesz żyć inaczej, blisko Mnie, w przylgnięciu do Mnie! Możesz żyć „przyklejony” do Mnie jak skromny efod do ciała Samuela, jak tunika do ciała Jezusa.

Rodzice Samuela otrzymali błogosławieństwo od Boga poprzez usta Helego, ale sam Heli tego błogosławieństwa już nie miał, bo poprzez brak upomnień i zamykanie oczu na to, co czynią jego synowie, zlekceważył samego Boga. Historia Helego pokazuje jeszcze raz tę prawdę, że kapłan może komuś błogosławić, ale sam może nie mieć błogosławieństwa Boga.

Jeśli do Niego przylgniesz, On napełni wszystko swoim błogosławieństwem, nawet twoich rodziców, o których nie powinieneś się martwić, ponieważ żadna matka i żaden ojciec nie wychowuje dzieci dla siebie! Gdy przylgniesz do Boga, On będzie ci błogosławił, będzie błogosławił też twojemu proboszczowi, który jest dla ciebie co najmniej „trudnym człowiekiem”. Wszystko może Bóg zamienić w błogosławieństwo – tylko przylgnij do Niego.

W języku hebrajskim słowo SZILO oznacza tyle, co „odpocząć”, „być nieskrępowanym”, „wzbudzić uczucie przychylności”, „uspokoić”, ale także „prowadzić do fałszywej nadziei”, „być beztroskim”, „niedbałym”, „nieuważnym”. Słownik Koehlera podkreśla ponadto, że jest to szczególne słowo, którego znaczenie pozostaje nierozstrzygnięte. Wszystko to jest dla nas kluczem w rozważaniu o Helim i jego synach: Chofnim i Pinchasie. Czy żyli oni w miejscu pełnym przyjemności, komfortu, nieskrępowanego wypoczynku i spokoju? Czy żyli beztrosko, pełni fałszywej nadziei, że ich życiowa sielanka będzie trwała zawsze? Jakimi kapłanami byli ci mężczyźni? Na co i na kogo byli uważni, o kogo dbali? Czy prowadzili ludzi przybywających do Szilo do fałszywej nadziei? Synowie Helego stawiają przed kapłanami także pytanie o to, kiedy mimo własnych słabości, zaniedbań można jeszcze przybliżać ludziom Boga, a kiedy można Go stracić.

Gdy kapłan Heli po raz pierwszy pojawia się w Pierwszej Księdze Samuela, siedzi na krześle. Siedzi też na krześle, gdy spotka go śmierć. Lustrem, w którym możemy zobaczyć to, co wypełniało serce i myśli Helego, staje się przychodząca do Szilo Anna, żona Elkany, późniejsza matka wielkiego „Widzącego” Samuela. Może nie przez przypadek napisałam, że Anna staje się lustrem tego, co wypełnia wnętrze Helego, gdyż w Księdze Wyjścia, wśród sprzętów wykonywanych do Przybytku, znalazła się także „kadź z brązu z podstawą również z brązu, wykonana z lusterek kobiet pełniących służbę przy wejściu do namiotu” (Wj 38, 8). W budowie Przybytku wykorzystano więc lusterka pochodzące od kobiet, bo od kogóż by innego?, a Heli siedzi na krześle przed Przybytkiem, gdy pojawia się Anna. Anna jest lustrem – kobieta jest lustrem kapłana!

Na dniach skupienia dla kapłanów, które prowadziłam, organizatorowi tego spotkania spadło na ręce lustro – na szczęście nie kalecząc go poważnie. Pomyślałam sobie, że siły ciemności muszą mnie bardzo nienawidzić i chciałyby mnie zniszczyć jak to lustro, abym tylko nie mogła posługiwać tym kapłanom.

Heli, z pozycji obserwatora, przygląda się Annie, która przyszła, jak napisano, aby „wylać swoją duszę przed Panem”. W Księdze Samuela czytamy: „Gdy w Szilo skończono jeść i pić, Anna wstała. A kapłan Heli siedział na krześle przed bramą przybytku Pańskiego. Ona zaś smutna na duszy zanosiła do Pana modlitwy i płakała nieutulona. Gdy tak żarliwie się modliła przed obliczem Pana, Heli przyglądał się jej ustom. Anna zaś mówiła tylko w głębi swego serca, poruszała wargami, lecz głosu nie było słychać. Heli sądził, że była pijana. Heli odezwał się do niej: «Dokąd będziesz pijana? Wytrzeźwiej od wina!». Anna odrzekła: «Nie, panie mój. Jestem nieszczęśliwą kobietą, a nie upiłam się winem ani sycerą. Wylałam tylko duszę moją przed Panem. Nie uważaj swej służebnicy za córkę Beliala, gdyż z nadmiaru zmartwienia i boleści duszy mówiłam cały czas»” (1 Sm 1, 9-10. 12-16).

W kapłanie Helim, siedzącym na krześle przed bramą Przybytku Pańskiego, można dostrzec symbol wygodnego życia, a jednocześnie życiowej – i o wiele bardziej niebezpiecznej, bo duchowej – stagnacji, bierności i ospałości. Heli monitoruje swoimi oczami nie tyle osobę Anny, ile przede wszystkim jej... USTA! I już w tym momencie Biblia odkrywa przed nami pewną subtelną aluzję. Otóż w imionach synów Helego ukryte jest słowo które także wskazuje na... usta. Imię jednego z synów Helego, Pinchasa, oznacza „usta węża” [2]. Heli przygląda się ustom Anny, która mówi do Boga, ponieważ sam już ustami nie modlił się do Boga.

Zapewne było to w czasie, kiedy do uszu sędziwego kapłana dochodziły wieści o tym, co czynią jego synowie – oddają się obżarstwu, kradzieży i cudzołóstwu, i to tylko te ich przewinienia odkrywa przed nami Biblia. Zapewne były jeszcze grzechy ukryte przed ludźmi, zepchnięte na samo dno ich sumienia. Anna „zanosiła modlitwy i płakała nieutulona” i na pewno potrzebowała, aby kapłan z Szilo dał jej słowo i światło na jej życie, bowiem był pośrednikiem między nią a Bogiem. Tymczasem on siedzi na „bujanym foteliku” i nie tylko się przygląda, ale zaczyna ją sądzić! Z doświadczenia psychoterapeuty, ale przede wszystkim i z życia, z obserwowania tego, jak opisuje działania i zachowania człowieka Biblia, mogę stwierdzić, że zwykle atakuje się u innych ludzi to, czego nie można znieść w sobie samym, albo to, czego się innym zazdrości.

Nie można pominąć także tego, że szczególne znaczenie ma już samo odniesienie kapłana do... kobiety. Psychologicznie rzecz ujmując, jeżeli kapłan ma za sobą trudne doświadczenie relacji z własną matką, która mogła być na przykład osaczająca lub agresywna i zaborcza, to później łatwo o to, by każdą napotkaną kobietę postrzegał jako zagrażającą „kopię” swej matki. Podobnie, nawet nieświadomie, mężczyzna może zawiązywać relacje tylko z kobietami o takim typie osobowości jak jego matka lub... bezustannie poszukiwać „idealnej matki”, czyli tej, która będzie zaprzeczeniem biologicznej rodzicielki – kimś rozumiejącym, ciepłym, miłym, szanującym i chwalącym. Najczęściej zajmuje się te dwa bieguny – albo idealizować albo niszczyć w sobie psychologiczną reprezentację kobiety, która pojawia się na drodze kapłana. A przecież to spotkanie jest ważne, bo wśród wiernych przychodzących do kościoła są nie tylko mężczyźni, ale także kobiety. I tak jak są różni mężczyźni, tak różne są kobiety.

Wśród apoftegmatów Ojców Pustyni można odnaleźć historie, które podpowiadają, że nawet w kobiecie postrzeganej jako „ta najgorsza” kapłan może zobaczyć swoje najbardziej ukryte myśli i pragnienia. W tym miejscu przywołam choć dwie z całego bogactwa takich historii. „Gdy Efrem po raz pierwszy wybierał się do Edessy, prosił Boga, aby kiedy wejdzie do miasta, mógł spotkać kogoś, kto przedyskutuje z nim pewne problemy dotyczące Pisma Świętego. Otóż pierwszą osobą, którą zobaczył idącą prosto w jego kierunku, była kobieta nierządna. Efrem zasmucił się, bo pomyślał, że Bóg nie wysłuchał jego modlitwy – cóż bowiem ona może wiedzieć o Biblii? W jaki sposób mogłaby pomóc mu znaleźć odpowiedzi na jego pytania? Kobieta jednak podeszła do niego, bacznie mu się przyglądając. Efrem, zdziwiony, powiedział do niej – ale bez gniewu czy zniecierpliwienia: «Dlaczego mi się przypatrujesz?». Ona zaś, nawiązując do historii z Księgi Rodzaju o stworzeniu mężczyzny i kobiety, odpowiedziała: «To naturalne, że patrzę na ciebie, ponieważ zostałam ukształtowana z twego ciała. Ty jednak nie masz żadnego powodu, by mi się przypatrywać, bo z ziemi cię utworzono i na nią winieneś spoglądać»” [3]. Prawdziwa mądrość kobiety ukrywa się także w tym, by nie wykorzystywać spojrzenia kapłana, ale przekierować to spojrzenie na Boga.

Przebywający na pustyni starzec Zosima bardzo chciał się spotkać z pustelnicą świętą Marią Egipcjanką. „Na jej widok bardzo się ucieszył i zaczął wychwalać Boga”, ale przeszkodą w spotkaniu i rozmowie były wody Jordanu, które oddzielały od siebie tych dwoje. Zosima „znów jednak zaczął się zastanawiać, w jaki sposób kobieta przejdzie przez rzekę. I wtedy w pełnym świetle księżyca (był to czas pełni) zobaczył, jak uczyniła znak krzyża nad wodami Jordanu, a następnie przeszła na drugą stronę, krocząc po wodzie tak, jakby szła po twardej ziemi. Zdziwiony Zosima już chciał uklęknąć, ale powstrzymała go, wołając znad wody: «Co czynisz, ojcze, ty, kapłan, który niesie najświętsze Tajemnice? ». Zosima od razu posłuchał jej słów” [4].

Jest tylko jedna Kobieta, przed którą możesz paść na kolana i zapatrzeć się w Nią aż do utraty tchu – to Miriam. Piszę to z całą odpowiedzialnością – żadna z kobiet na tym świecie nie jest warta tego, byś wpatrywał się w nią bardziej niż w Maryję. I tylko ta kobieta jest dla ciebie pomocą, która ci Jej nie zasłania i nie zasłania ci Jej Syna, do którego należysz, a nawet popycha cię w Ich ramiona.

Pewien kapłan, relacjonujący moje wystąpienie, opisał je i streścił słowami, jakoby miało ono dotyczyć jedynie „przebiegłości kobiet” – tymczasem w ogóle o przebiegłości kobiet nie mówiłam. Wszelkie przejawy agresji lub ironii męskiej do kobiety to często symptom potrzeby dominowania, która ma u swego źródła doświadczenie upokorzenia przez kobietę lub związane jest z tłumioną pożądliwości do kobiety.

Na jednym ze spotkań pewien mężczyzna zabrał głos i zaczął mnie bardzo agresywnie oceniać. Przybierał ton sfrustrowanego naukowca, a nie człowieka, który szuka słowa Bożego. Przyznam, że w pierwszej chwili jego postawa była dla mnie dość trudna, a ze zmęczenia popłynęły mi nawet zły. Czułam jednak, że jego pretensje nie są w ogóle związane z moją osobą. Dopiero później okazało się, że przenosi na mnie złość, którą żywi w sercu do nieustannie oceniającej i niezadowolonej z niego żony. To tylko dwa opisane przypadki, z którymi pragnę się podzielić, i to bez intencji dotknięcia kogokolwiek tymi przykładami. Nawiązuję do postawy mężczyzny wobec kobiety, bo... sama jestem kobietą – i, dzięki Bogu, nie jestem feministką!

Naprawdę warto znać odpowiedzi na pytania:

Czy masz świadomość tego, co drażni cię u innych ludzi?

Czy możesz zdefiniować to, czego nie lubisz, a może nawet nienawidzisz u siebie?

Odpowiedz w swoim sercu: Czy nie jest tak, że najbardziej to właśnie tępisz u innych?

Pewien kapłan opowiadał mi o swoim doświadczeniu „długoletniego nic niemówienia” – to „nic niemówienie”, czyli małomówność, pewne zamknięcie w sobie, charakteryzowało go szczególnie w okresie seminaryjnym. Wspominał, że jego milczeniu towarzyszyła rodząca się w nim wielka zazdrość o tych, którzy byli uważani za „duszę towarzystwa”, a także posądzanie ich o pychę i wyniosłość. Z perspektywy czasu, bez skrępowania, bo w prawdzie o sobie, przyznał, że ta zazdrość i osądzanie innych rodziły się w nim dlatego, że atakował tych, których najbardziej cenił i w których widział takich ludzi, jakich sam chciał wtedy przypominać.

Można tropić, jak wprawiony myśliwy, także ten grzech u drugiego człowieka, który w swoim własnym sumieniu i sercu aktywnie się wypiera, ukrywa i zaprzecza jego istnieniu. Wielu ludzi kieruje się przekonaniem, że jeśli coś jest nienazwane – to znaczy, że to nie istnieje. Heli, podobnie jak jego synowie, przygląda się kobiecie, a ponadto sądzi Annę i daje jej jasną instrukcję: „wytrzeźwiej od wina”. Takiej jasnej instrukcji i upomnienia nie otrzymali od niego synowie! I nie przypadkiem Anna, poddana osądowi Helego, zwraca się do niego ze słowami: „Nie uważaj swej służebnicy za córkę Beliala” (1 Sm 1, 16), gdyż w tej samej księdze o synach tego kapłana możemy przeczytać: „synowie Helego, istni synowie Beliala, nie zważali na Pana” (1 Sm 2, 12). Pismo kolejny raz podpowiada nam, że Anna stała się obiektem projekcji lęków Helego i tego wszystkiego, co najchętniej ukryłby on przed światem – a ukryłby to, co czynili jego ukochani synowie.

Pierwsza Księga Samuela podkreśla, że „Heli był już bardzo stary. Słyszał on, jak postępowali jego synowie wobec wszystkich Izraelitów, i to, że żyli z kobietami, które służyły przy wejściu do Namiotu Spotkania” (1 Sm 2, 22).

Pinchas i Chofni pokazują, że kapłan może żyć PONAD ludźmi, ale może też z innych ludzi uczynić swoje bożki. Proszę, popatrz w swoje serce i zastanów się:

Czy jest ktoś w twoim życiu, kto stał się dla ciebie ważniejszy niż Bóg?

Czy jest ktoś, kogo boisz się utracić bardziej niż Boga?

Synowie Helego „żyli z kobietami, które służyły przy wejściu do Namiotu Spotkania”.

Jakie są kobiety, które służą przy twoim Namiocie Spotkania z Bogiem (to znaczy przy twoim parafialnym kościele, we wspólnotach, może gdzieś na plebanii, może w szkole, w której pracujesz)?

Myślę, że tak jak kapłan może się przyjaźnić z kobietą, tak kobieta może się przyjaźnić z kapłanem – wiem to, bo sama tego doświadczam. Przyjaźnię się z kapłanami, którzy mają Ducha Bożego, dla których nie ma ważniejszej Osoby niż Jezus Chrystus i dla których nie ma ważniejszego Domu niż Kościół, ale też codziennie modlę się o mądrość, by żadnemu z nich nie zasłonić Jezusa.

Jednak nie każda kobieta może się z tobą przyjaźnić i nie od każdej kobiety możesz przyjąć pomoc. Nie każdej kobiecie możesz też służyć pomocą. Przypomina o tym sam Jezus, gdy mówi: „Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej” (Łk 4, 25-27).

W końcu Heli powiedział: „Jeśli człowiek zawini przeciw człowiekowi, sprawę rozsądzi Bóg, lecz gdy człowiek zawini wobec Pana – któż się za nim będzie wstawiał?” Nie posłuchali jednak napomnienia swego ojca, bo Pan chciał, aby pomarli (2 Sm 2, 25). Wcześniej napisano, że ojciec Pinchasa i Chofniego słyszał od całego ludu o tym, co czynią jego synowie. W czasach biblijnego Izraela panowało silne przekonanie, że jeśli ten, kto ma przewodzić ludowi – jak kapłan Heli czy jego synowie – popełni jakiś błąd, wtedy cały lud poniesie za to poważne konsekwencje. Ludzie mogli się bać: Co się z nami stanie, jeśli synowie Helego tak bardzo przekraczają przykazania Boga? Sędziwy kapłan mówi o „niewłaściwym” postępowaniu i w tym miejscu język hebrajski używa słów DEWARIM RAIM– „rzeczy złe”. Niezwykle ciekawe jest przy tym to, że słowo „pasterz” w języku biblijnym zapisuje się jako RAA, ale wystarczy z tego słowa zabrać tylko jedną literkę, tak by zapisane zostało ono jako RA – które oznacza „zło”, niegodziwość, coś, co zasługuje na potępienie i przynosi nieszczęście. Jeśli brak jednej litery może tak wiele zmienić, to jak wiele może zmienić jeden czyn. Bywa, że z pasterza łatwo można się zmienić w kogoś przynoszącego nieszczęście i potępienie.

Heli mówi: Dlaczego muszę tego słuchać? Czy nie możecie tego robić bardziej dyskretnie? Heli nie miał gorliwości o Dom Boga, nie można dostrzec żadnych emocji w sposobie, w jaki zwraca się do synów. A przecież Biblia nie wzbrania się przed używaniem dosadnych określeń. Można to zaobserwować, czytając w języku oryginalnym o tym, w jaki sposób przebiega rozmowa Saula z jego synem Jonatanem. Podobnie, przedstawione w Ewangeliach opisy zachowań samego Jezusa i Jego wypowiedzi niejednokrotnie odsłaniają przed nami Jego emocje, które w czasach gdy przyszedł na świat, tak jak i dziś, niejednemu słuchaczowi sprawiają dyskomfort .

Heli mógł pragnąć jedynie bezproblemowego, spokojnego życia staruszka – wszak napisano: „Heli był już bardzo stary”. Ale Bóg nie jest Bogiem spokojnej starości i nikomu nie obiecuje, że życie z Nim poprzez służbę kapłańską będzie jak rejs po spokojnym morzu. Jezus potwierdził słowa wypowiedziane o Nim ustami Piotra, że jest Bogiem Żywym i „Bogiem żywych, a nie umarłych” (Mt 16, 16).

Kapłanie, twój „Bóg ma na imię zazdrosny” (por. Wj 34, 14) i ten zazdrosny o ciebie Bóg pragnie, abyś był waleczny i mężny. To Bóg, który rzuca na ziemię ogień i tym ogniem chce cię zapalić. Bóg zaprasza cię dziś w twoim kapłaństwie do męstwa. Być może, gdy kończyłeś swe kształcenie w seminarium, miałeś mnóstwo pomysłów, byłeś bardzo dynamiczny, ale może trafiłeś na parafię, gdzie „nic się nie dzieje” i tobie też już nic się nie chce. A Bóg nie chce dla ciebie „planu minimum”, lecz chce, byś dawał innym Jego samego i byś Nim żył.

W jednej z parafii, tuż po wakacjach, zmieniono wikarych. Pewna kobieta wraz z mężem bardzo chciała, aby nowy ksiądz wraz z parafianami raz w tygodniu czytał wspólnie Biblię. Gdy zapytała o to nowego wikarego, ten odpowiedział: „Ale czy za naszych poprzedników tak właśnie było, spotykaliście się?”. Nie patrz na to, co było, tylko patrz na to, co Bóg chce od ciebie TERAZ. Nie można być Jego wojownikiem tylko z nazwy. Nie jesteś jak odznaczony generał w stanie spoczynku, ale jesteś Synem Boga – KAPŁANEM.

Słowo „kapłan” – KOCHEN, w języku hebrajskim jest bliskie słowu „gwiazda” – KOCHAW. Bóg pragnie, byś był Jego gwiazdą, ale nie w rozumieniu „celebryty”, ale w takim znaczeniu, byś na niebie ludzkiego życia, choćby ono było najbardziej ciemne, wskazywał ludziom kierunek – drogę do Chrystusa.

Życiowy rondel

„Synowie Helego, istni synowie Beliala, nie zważali na Pana ani na prawa kapłańskie wobec ludu. Jeżeli kto składał krwawą ofiarę, gdy gotowało się mięso, zjawiał się sługa kapłana z trójzębnymi widełkami w ręku. Wkładał je do kotła albo do garnka, do rondla albo do misy, i co wydobył widełkami -zabierał kapłan. Tak postępowali ze wszystkimi Izraelitami, którzy przychodzili tam, do Szilo” (1 Sm 2, 12-14).

Niebezpieczny jest człowiek, który żyje tak, jakby Boga nie było, ale o wiele bardziej niebezpieczny jest ten, kto żyje, nie licząc się z Bogiem – tym bardziej wtedy, gdy taki człowiek jest kapłanem. W taki właśnie sposób żyli Pinchas i Chofni, i budowali swoje poczucie mocy na samowystarczalności i wyjątkowości. Przyznawali sobie prawo do wybierania „widełkami z życiowego kotła” tego, co najlepsze.

Nie ma nic bardziej zgubnego w sercu kapłana niż poczucie, że „wszystko mu się należy”.

Przekonanie, że „wszystko mi się należy”, może zrodzić się na przykład tam, gdzie jako kapłan zaczynasz izolować się od ludzi, gdzie nie masz odniesienia do wspólnoty i zaczynasz liczyć tylko na siebie, a na innych liczysz tylko o tyle, o ile mogą ci się do czegoś przydać (instrumentalizm) i wrzucić coś do twojego „życiowego rondla”. Zapewne zabrzmi to zabawnie, ale warto byś zdefiniował:

Co jest twoim „życiowym rondlem”?

Jeśli przyjmiemy, że „życiowy rondel” reprezentuje idealne JA, które musi być bezustannie „karmione” przez innych, czyli zaspokajane, to trzeba stanąć przed kolejnymi pytaniami:

Czym jest to, czego oczekujesz, aby inni do tego „rondla” ci wrzucili?

Czego najbardziej pożądasz i co zabiera ci sen? Czy istnieje coś takiego?

Czy szukasz potwierdzenia tego, że dobrze głosisz homilie? Czy czujesz, że jesteś coś wart tylko wówczas, gdy ktoś cię pochwali, a nie będzie wychodził z kościoła, trzaskając drzwiami ani pisał anonimów do proboszcza w stylu: „Dnia tego i tego, na mszy o godzinie tej i tej, ksiądz X powiedział...”? Nierzadko bywa tak, że kapłani mówią w taki sposób, by zachwycić innych sobą, i prawią innym komplementy, aby jednocześnie zadowolić i zaspokoić siebie. Bywa tak, że wypowiadając przed drugim człowiekiem słowa uznania, pochwały, można tym samym zastawić na niego pułapkę, że oto będzie on, ten drugi człowiek, kimś, kto ma nieustannie podtrzymywać twoje poczucie własnej wartości. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że w każdych usłyszanych i wypowiedzianych słowach uznania czai się podstęp i intryga, bowiem każdy człowiek potrzebuje zwrotnej informacji i potwierdzenia tego, że to, co robi, jest dobre. Niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy wartość swego działania określasz jedynie poprzez odniesienie do drugiego człowieka, a nie do Boga. W twojej posłudze kapłańskiej, jak także w życiu każdego człowieka, najważniejsza jest odpowiedź na pytania: Czy to, co robię, podoba się Bogu i czy realizuję w moim życiu Jego wolę?

Można poprzez pochwały wykorzystać innych, by wypromować, wylansować siebie samego. I można chwalić innych w taki sposób, by nie dać im szans na krytykę – nawet tę konstruktywną, mogącą wnieść do twojego życia jakąś dobrą zmianę. Pod tym wszystkim ukryty jest lęk przed odrzuceniem i dezaprobatą. Oczywiście taki mechanizm pochwał może działać w dwie strony – możesz bowiem sam stać się ofiarą komplementów, w tym sensie, że pochwały, afirmacja twojej osoby i słowa pełne docenienia stają się jak sieć zarzucona na ciebie, a wtedy nieświadomie nawet możesz czuć się zobowiązanym do „służenia” takiej osobie, bycia na prawie każde jej zawołanie, bo skoro tak chwali i docenia... Kapłan, który pracował przez jakiś czas w radio, prowadząc jedną z audycji, spotkał któregoś dnia nieznaną sobie kobietę, która zadała mu pytanie, czy mógłby zostać jej stałym spowiednikiem. Odpowiedział, że niestety nie ma takiej możliwości, gdyż prowadzi już zbyt wielu penitentów. Wtedy właśnie padło z ust kobiety kolejne, całkowicie poważnie zadane pytanie: „A czy zna ksiądz jakiegoś księdza o równie ciepłym radiowym głosie? Bo taki na spowiednika byłby dla mnie najlepszy”.

Tymczasem uwalniające z takiej pułapki pochwał, zastawianej zarówno na siebie samego, jak i na innych ludzi, jest już uświadomienie sobie, że się boję i niezmiernie ważne jest dla mnie to, iż chcę zadowalać innych! Aby nastąpiła zmiana w twoim życiu, w sposobie funkcjonowania, najpierw musisz wiedzieć, co chcesz zmienić. Podobnie gdy wojownik idzie na wojnę, musi wiedzieć, kto jest jego wrogiem, a kto przyjacielem i gdzie ma nastąpić atak.

Ciekawe, że historia Helego i jego synów przeplata się z historią narodzin i powołania Samuela. Można odnieść wrażenie, że Bóg wskazuje swoim synom, poprzez te dwie historie, opowiadane jakby równolegle, na to, co jest Mu miłe i jakiego kapłaństwa pragnie Jego Serce, a od jakiego odwraca swoje oczy i nie ma z nim nic wspólnego. Pismo mówi, że gdy Anna „po upływie dni urodziła syna i nazwała go imieniem Samuel”, wypowiedziała nad dzieckiem słowa: „Uprosiłam go u Pana”. Możemy się zastanawiać, czy Heli prosił za swoich synów. Czy modlił się za nich przed Bogiem?

Także ty, kapłanie, możesz zapytać siebie samego i rozważyć w swym sercu:

Czy masz troskę w modlitwie o swoje duchowe dzieci? A jeśli tak, to dlaczego?

Czy prosisz Boga o swoje duchowe potomstwo?

Czy będąc Jego synem, synem i kapłanem Jedynego Boga – sam także chcesz być ojcem na podobieństwo Boga Ojca?

Anna pozostająca w kontraście do Helego jest przykładem kogoś, kto spełnia słowa obietnicy złożonej Bogu jeszcze przed narodzinami Samuela. Ta kobieta mówi: „Gdy chłopiec będzie odstawiony od piersi, zaprowadzę go, żeby ukazał się przed Panem i aby tam pozostał na zawsze„. Jej słowa są obietnicą oddania i świadectwem wolności. Heli, w przeciwieństwie do matki Samuela, zawłaszczył swoich synów, zatrzymał ich przy sobie! A czy ty, który teraz czytasz te słowa, masz wolność od swoich dzieci duchowych?

Kapłani Heli, Pinchas i Chofni ukazywali się przed Panem każdego dnia i nocy przy składaniu ofiar, ale stracili wrażliwość i bojaźń przed Bogiem. To trochę tak, jakby mężczyzna pracujący przy hutniczym piecu stracił wrażliwość na zbyt wysoką temperaturę i niebezpiecznie zbliżał się cały czas do płomieni, aż do śmiercionośnego poparzenia.

Pinchas i Chofni byli zaproszeni przez Boga do szczególnej z Nim bliskości, powołani do służby przy Jego ołtarzu, do pośredniczenia pomiędzy Bogiem a narodem wybranym. Niestety, tę szczególną misję potraktowali jako możliwość wypromowania samych siebie i zajęcia miejscaponad otaczającą ich wspólnotą. Na pewno oddalili się od wspólnoty Izraela i może stawali się dla ludzi coraz bardziej obcy. Bóg poprzez Pinchasa i Chofniego przestrzega swoich kapłanów przed porzucaniem wspólnot, parafii, ludzi, do których ich przyprowadził w tym konkretnym czasie, teraz. Jeśli porzucasz wspólnotę, to biada nie tylko tobie, ale też tym, którzy cię od tej wspólnoty odwracają, sprawiają, że tracisz ją z oczu i tracisz o nią troskę. Szczególnie w czasach nam współczesnych można mieć na przykład wspólnotę wirtualną kosztem zaniedbania i utraty tej realnej. Pewien kapłan bardzo zaangażował się w gry komputerowe, popularnie nazywane „strzelankami”. Dlaczego? Dlatego że w takich grach czuł się kimś naprawdę skutecznym, czuł się kimś, komu coś się wreszcie udaje. Pod drzwiami jego pokoju słychać było odgłosy z „pola walki”, ale gdy z tego pokoju wychodził, zachowywał się tak, jakby go w ogóle nie było, jakby nie istniał – nie miał relacji i nie chciał się w nic zaangażować. Podobnie takim potrzaskiem może stać się wirtualna rzeczywistość Facebooka – gdy więcej czasu spędzasz przed ekranem komputera choćby dlatego, że mając tam tak wielu „znajomych”, czujesz się kimś ważnym i pozornie nieanonimowym, kimś docenianym i kimś, kogo prawie każda wypowiedź dostaje „lajka”, w przeciwieństwie do realności, w której twój proboszcz nie każdą twoją prośbę czy wypowiedź „zlajkuje”, a większości nawet nie usłyszy. Można mieć setki, a może nawet tysiące „znajomych” na społecznościowych portalach, ale co to za znajomi, skoro większości z tych ludzi zapewne nigdy nie widziałeś na oczy i nawet nie wiesz, kim tak naprawdę są, nie mówiąc już o rzeczy najważniejszej – nie wiesz wszak, jakiego ci ludzie mają ducha.

Chciałabym cię bardzo prosić, w imieniu Jezusa, byś nie wybrzydzał, że masz taką wspólnotę ludzi dookoła siebie, o której sądzisz, że nie za bardzo może się w niej coś konstruktywnego i dobrego wydarzyć. Ale czy Jezus, gdy spojrzał po raz pierwszy na tych, którzy mieli zostać Jego uczniami, miał poczucie, że stoi przed superfacetami, którzy są zaradni życiowo, są wzorem dla izraelskich mężczyzn i reprezentatywną grupą Królestwa Niebieskiego na ziemi? Czy Jezus zobaczył przed sobą jedynie kobiety, które prowadziły od zawsze superuporządkowane moralnie życie? Nie!!! On zobaczył światowych „głupków”, poranionych, słabych, egoistycznych i skoncentrowanych na sobie ludzi, ale zapragnął ich i chciał ich przyjąć do swojego Serca. Dzisiaj ty, jako kapłan, idąc do wspólnoty ludzi, musisz mieć świadomość, ale przede wszystkim wiarę w to, że nie jesteś sam – bo masz Chrystusa. Jeśli będziesz więcej z Nim rozmawiał, wtedy będziesz Go słyszał, a On nieustannie mówi do ciebie, do swojego kapłana: Nie bój się niczego, bo Ja Jestem z tobą.

Pewien kapłan opowiadał mi swój sen. Otóż zobaczył przed sobą ciemny, bardzo ciemny pokój, do którego drzwi otwierał stojący przed nim Jezus. W tym śnie, zniechęcony tym ciemnym pokojem, kapłan kilkakrotnie powtarzał: „Ja nie chcę tam wejść! Nie chcę, tam jest za ciemno!”. Na te słowa Jezus odpowiedział mu: „Wejdź tam i nie bój się, bo Ja tam będę z tobą. Nie będziesz Mnie widział, ale Ja tam będę cały czas z tobą„.

Kolejny raz posłużę się pewnym autentycznym przykładem. Młody kapłan wyjechał do Niemiec, aby pracować w jednej z polskich parafii. Pewnego dnia przyszło do niego kilka osób i poprosiło, by mogły spotykać się razem z nim i wspólnie czytać Pismo Święte. Kapłan bardzo się do tego zapalił, ale od swoich przełożonych usłyszał: „Nawet nie ma mowy, bo jeśli ty stąd odejdziesz, kto to po tobie przejmie?!”. Innym razem kobieta szukała dla siebie miejsca w jednej ze wspólnot w wielkim mieście. Gdy przyszła na spotkanie, kapłan zapytał głośno, z jakiej dzielnicy miasta pochodzi, a gdy odpowiedziała na jego pytanie, obwieścił triumfalnie tak, żeby wszyscy słyszeli: „O! Ta dzielnica to źródło patologii i tam nie ma nic dobrego!”. Czy taka odpowiedź tego kapłana nie przypomina trochę tego, co odpowiedział Natanael Filipowi, gdy ten zachęcał go, aby poszedł na spotkanie z Jezusem? Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: „«Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu». Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?»” (J 1, 45-46). A jednak Natanael nie zniechęcił się i poszedł za Filipem. I tak rozpoczęło się najważniejsze spotkanie jego życia – spotkanie z Bogiem i ze wspólnotą.

Ludzie chcą, żebyś był razem z nimi, potrzebują twojej obecności, ale też potrzebują, byś im przewodził nie „z ambony”, ale z serca. Ludzie potrzebują, żebyś głosił im Chrystusa, który jest ŻYWY w twoim sercu, i Bóg cię do tego wzywa, i zapewnia, że dasz radę, tylko przylgnij do Niego, a On będzie cię wspomagał. Znam kapłana, który przez kilka lat uczył w zawodówce, dalekiej od wizerunku szkoły pełnej grzecznych dzieci, modnie ubranych i pilnie przygotowujących się do lekcji. Ale doświadczenie pracy w tej właśnie szkole i uczniowie przychodzący na katechezę pokazali temu kapłanowi jedno – wartość OBECNOŚCI. Gdy przenoszono kapłana do innej parafii, nieoczekiwanie dla niego samego uczniowie napisali list do dyrektorki i zebrali podpisy, by nie przenosić księdza z parafii. Ten sam list przekazali proboszczowi. Kapłan był zaskoczony i w pierwszej chwili mówił: „Nie wiem, co się dzieje, przecież niczego ich nie nauczyłem, bo się nie dało, po prostu z nimi byłem i rozmawiałem” – i o to chodziło! O rozmowę, o obecność! Przez osobę tego kapłana młodzi ludzie zyskali to poczucie, że ktoś jest „stały” – że po prostu jest, że ma dla nich czas, nie odpowiada atakiem na atak, a przy tym jest konkretny, jest mężczyzną i daje poczucie bezpieczeństwa. Toobecność okazała się kluczem do serc tych młodych ludzi. Któregoś dnia opowiadał mi, że na jednej z katechez coś go zdenerwowało i odreagował to na uczniach, a oni również agresywnie odpowiedzieli na to napięcie i na lekcji powstał konflikt. Na następnej katechezie kapłan powiedział: „Muszę wam coś powiedzieć, nie powinienem tak się unosić, chcę was prosić o przebaczenie”. Gdy to mówił, jedna z uczennic zaczęła płakać. Kiedy zapytał, co się stało, odpowiedziała: „Bo nikt mnie jeszcze nigdy w życiu za nic nie przeprosił„. Często w rozmowach z tym kapłanem, ze śmiechem, a jednocześnie poważnie, proszę go: „Piotrek, opowiedz mi coś o zawodówce”. Dla kontrastu wspomnę o innym kapłanie, który prowadził lekcję katechezy w zupełnie innej szkole, ale z góry założył, że wszystko, co zaplanuje, ma być realizowane, każdy plan lekcji wypełniony, zeszyty wszystkich uczniów nienagannie prowadzone, cisza na lekcji i wpatrzone w niego zasłuchane twarze. Przyszło nieuchronne rozczarowanie. Dlaczego? Bo bardziej chciał zrealizować swój plan, niż być z tymi, do których mówi.

Plan na własne życie

Synowie Helego również mieli własny plan na życie – na życie w obfitości, ale tej obfitości, którą proponuje świat, a którą można streścić słowami: jedz, pij i używaj, wolno ci sięgnąć po co tylko zechcesz – po wszystko. „Od człowieka przychodzącego do Szilo żądali: „«Daj mięso na pieczeń dla kapłana. Nie weźmie on od ciebie mięsa gotowanego, tylko surowe». A gdy mówił do niego ów człowiek: «Niech najpierw całkowicie spalę tłuszcz, a wtedy weźmiesz sobie, co dusza twoja pragnie», odpowiadał mu: «Nie! Daj zaraz, a jeśli nie – zabiorę przemocą» (1 Sm 2, 15-16).

Zapewne niejednemu z kapłanów, którzy teraz czytają tę książkę, bywa ciężko, choćby finansowo, materialnie, tak po ludzku ciężko – bo może czegoś brakować, może coś trzeba kupić, gdzieś pojechać, za coś zapłacić i nie ma na to tyle funduszy, ile by się chciało mieć. Można jednak zapytać siebie samego w swoim sercu: „Czy wystarczy ci mało?„. Może właśnie dziś, teraz, Jezus mówi do ciebie: „Martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego„ (Łk 10, 41-42).

Mój przyjaciel kapłan pewnego dnia oddał wszystko potrzebującym, całe fundusze, jakie miał. Nie pozostawił nic dla siebie i nie miał pieniędzy. Gdy miał wrócić do swojej parafii, zatrzymał się we wspólnocie parafialnych znajomych księży i w internecie szukał na mapie najlepszej drogi wylotowej z miasta, na której mógłby „złapać stop” i wrócić do domu. Gdy zobaczył to inny kapłan, natychmiast zaczął go osądzać, że „jest nieodpowiedzialny i na pewno wszystkie pieniądze wydaje na to, co zbyteczne”, bo „jest niedojrzały i tylko wykorzystuje ludzi finansowo”. Osądzany kapłan milczał, ani słowem nie wspomniał o tym, że nie ma pieniędzy, bo dał jałmużnę. Słuchał, choć wcale to nie było dla niego najłatwiejsze. W tym czasie nad miastem była ulewa, padał mocny deszcz i było zimno, a kolega nie zaproponował mu wcale kupna biletu, aby nie musiał stać na rozstaju dróg. Oczywiście ta historia skończyła się dobrze, bo pojawił się wysłany przez kogoś SMS: „Tak pomyślałem, że kupię ci bilet do domu, zgadzasz się?”.

Bóg dba o swoich synów, ale pragnie też, byście Mu zaufali. Synowie Helego byli nauczeni tylko tego, by brać, ale nic nie dawać od siebie i z siebie, a przede wszystkim nie dawać innymi ludziom Boga.

Pewnego wieczoru poszłam do kościoła na wieczorną Eucharystię. Był to dzień powszedni i ludzi nie było zbyt wiele. Wszyscy czekali na rozpoczęcie mszy, ale gdy wybiła na zegarze osiemnasta, a czas powoli, minuta po minucie, zaczął płynąć, ksiądz się nie pojawiał. W kościele jednak nie było czuć napięcia, wszyscy czekali i nikt nie podjął decyzji, by wyjść, jakby jeszcze bardziej zajaśniała pewność, że kapłan się pojawi, że na pewno będzie odprawiona Eucharystia. Patrzyłam na ołtarz i myślałam o tym, jak bardzo potrzebny jest kapłan i że wszystko może być przygotowane – kielich, patena, obrus, korporał, lekcjonarz, mszał, wszystko... ale bez kapłana nikt nie jest w stanie sobie poradzić, wszystko na niego cze ka! A najbardziej czeka na niego – na ciebie, kapłanie – ołtarz, na którym znajduje się kawałek chleba i trochę wina, jakie tylko ty możesz przemienić w Ciało Boga! Wszystko i wszyscy czekali wtedy na kapłana, który mógł dać nam Jezusa. Nie musisz mieć super-zdolności i umiejętności, proszę cię w imieniu wszystkich ludzi, których spotykasz na swojej drodze życia: miej zawsze dla nich Jezusa. To wszystko! Jeśli ciebie jako kapłana zabraknie, wtedy wszystko będzie wołać rów nie głośno, jak rozpaczliwe są słowa Lamentacji Jeremiasza: „Z pragnienia język ssącego przysechł do podniebienia; maleństwa o chleb błagały – a nie było, kto by im łamał” (Lm 4, 4).

Kto oprócz ciebie, kapłanie, może nakarmić nas Bogiem?

Pośpiech

„A gdy mówił do niego ów człowiek: «Niech najpierw całkowicie spalę tłuszcz, a wtedy weźmiesz sobie, co dusza twoja pragnie», odpowiadał mu: «Nie! Daj zaraz, a jeśli nie – zabiorę przemocą»”(1 Sm 2, 16). O czym świadczą takie słowa, takie żądanie? O pośpiechu, nerwowości, o napięciu i o braku cierpliwości do drugiego człowieka. Kapłan, podobny do Pinchasa czy Chofniego, mógłby równie dobrze powiedzieć do kogoś, kto do niego przychodzi: „Jak możesz tego nie rozumieć?”, „Jak możesz znowu popełniać te same błędy!”, „Dlaczego to wszystko zajmuje ci tak dużo czasu?”. To bardzo ludzkie, ten brak cierpliwości, który nieobcy jest nie tylko kapłanom – na szczęście nie wszystkim – ale też i ludziom zebranym w Kościele. Do tego wychowuje nas, i mnie, i was, kapłanów, i wszystkich ludzi, współczesny świat – wychowuje do pośpiechu, dotu i teraz, natychmiast, szybko. I nikt nie umie już czekać, także czekać na drugiego człowieka. Tymczasem nawet w posłudze drugiemu człowiekowi potrzebny jest CZAS – tak jak owoc potrzebuje czasu, by dojrzeć, aby go można było zjeść. Każde zburzone ludzkie istnienie potrzebuje czasu, który będzie wypełniony zaufaniem, oczekiwaniem, zdrowieniem. Potrzeba czasu wypełnionego budowaniem relacji, w której ktoś dzięki tobie będzie mógł zobaczyć Boga Ojca.

Bóg pragnie także tobie podarować czas i On pragnie, byś się nie spieszył, ale byś z Nim po prostu był. Zdarzyło mi się być na takich Eucharystiach, na których naprawdę z trudem łapałam oddech, bo nie mogłam nadążyć za słowami prezbitera, gdyż wszystko działo się w pośpiechu może dlatego, że po mszy... ktoś lub coś czeka, coś trzeba zrobić, gdzieś jechać, coś lub kogoś przywieźć, zjeść, pójść coś dokończyć lub coś zacząć, coś przygotować, ale... przez to wszystko nie ma spotkania z Bogiem! JEŚLI NIE ZWOLNISZ – BĘDZIESZ GO TRACIŁ, a jeśli Go stracisz – to co i kto ci zostanie? NIC. I wtedy spełnią się na tobie słowa: „Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi” (Mt 5, 13).

Pierwsza Księga Samuela mówi, że grzech kapłanów z Szilo „był wielki względem Pana, bo ludzie lekceważyli ofiarę dla Pana” (1 Sm 2, 17). To bardzo ważne! Ludzie na ciebie patrzą tak, jak patrzyli na synów Helego, a synowie Helego patrzyli na ojca... ale żaden z nich nie widział w drugim obrazu Boga. Jeśli nie patrzysz na Boga, na Jezusa, jeśli nie wpatrujesz się w Niego na adoracji, jeśli twoja twarz nie jest prześwietlona Jego Światłem, to jak ludzie zobaczą Go w tobie jako kapłanie?