Tam gdzie rosną winogrona - Weronika Tomala - ebook
NOWOŚĆ

Tam gdzie rosną winogrona ebook

Weronika Tomala

0,0

76 osób interesuje się tą książką

Opis

Gianna nie miała łatwego dzieciństwa. Jako sierota tułała się po domach dziecka i rodzinach zastępczych, a kiedy wkroczyła w dorosłość, źli ludzie brutalnie odebrali jej nadzieję na lepszą przyszłość. 
Gdy wydaje się, że znalazła się już na dnie, los niespodziewanie stawia na jej drodze przystojnego nieznajomego. Tylko czy to naprawdę nieznajomy? W mężczyźnie, którego dziewczyna spotyka w najgorszym dniu swojego życia, rozpoznaje dawnego przyjaciela, chłopca, z którym mieszkała kiedyś u jednych rodziców zastępczych. 
Wtedy byli dziećmi i łączyła ich przyjaźń, czy teraz jako dorośli poczują do siebie coś więcej? Czy marzenie Gianny o miłości i szczęśliwym życiu wreszcie się spełni? I czy będzie umiała pogodzić się ze swoją przeszłością?

Ta książka zabiera czytelnika pod błękitne włoskie niebo, gdzie winogrona mają słodki smak. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 310

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Weronika Tomala Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: MohammadMizanur, Rawpixel.com, frimufilms (stock.adobe.com)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Barbara Ramza-Kołodziejczyk

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-57-5

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Naszą największą chwałą nie jest to, że nigdy nie upadamy, ale to, że podnosimy się za każdym razem, gdy upadniemy.

Konfucjusz

Gdzie nie ma wina, tam nie ma miłości.

Eurypides

Życie jest jak podróż. Spakuj tylko to, co najbardziej potrzebne, bo musisz zostawić miejsce na to, co zbierzesz po drodze.

Tamara Łempicka

Nie idź tam, gdzie wiedzie ścieżka. Idź tam, gdzie jej nie ma i zostaw ślad.

Ralph Waldo Emerson

Martynie i Dawidowi

Rozdział 1

Gianna

Teraz

– Kolorowe, ręcznie plecione bransoletki. Produkt włoski. Niech się pani zastanowi, per favore. Sprzedam za jeden euro! – rozpaczliwym głosem błagam mijającą mnie turystykę. Wyciągam w jej stronę cały pęk biżuterii, ale dama w wielkich, czarnych okularach nie zwraca na mnie uwagi. Trzyma w dłoni wypchaną pamiątkami reklamówkę, która aż kole w oczy napisem: Souvenirs. Matera. Te wszystkie rzeczy mają z miastem pewnie tyle wspólnego, ile ja z prezydentem Włoch. Chińskie podróbki. Nieważne. Bądź co bądź, jestem pewna, że nie ubyłoby jej, gdyby kupiła coś u mnie za to marne jedno euro.

Biorę stojące obok mnie pudło pełne breloków i bransoletek, po czym przenoszę je o dwa schodki niżej. Może nie będę już tak bardzo widoczna z daleka, ale fizycznie znajdę się bliżej ludzi. Istnieje szansa, że machając im biżuterią przed nosem, sprawię, iż ktoś w końcu się nade mną zlituje. Przecież nie chcę niczego za darmo.

Zerkam w górę. Żar lejący się z nieba staje się dzisiaj wyjątkowo uciążliwy. Słyszałam, jak przechodnie wspominali o rekordowych upałach. Ponoć w Rzymie jest teraz czterdzieści siedem stopni. Tutaj, w centrum Piazza Duomo, chyba w zasadzie niewiele mniej. Na próżno szukać cienia. Ale jeśli się schowam, mogę zapomnieć o dzisiejszym posiłku. W okolicznych restauracjach niechętnie dzielą się jedzeniem. Będę musiała jednak podejść do wodopoju i napełnić pustą już butelkę. Umieram z pragnienia, a to sprawia, że jestem bliska obłędu.

– Prawdziwe włoskie pamiątki. Nie z Chin – mówię do mamy ciągnącej za dłoń pucołowatą dziewczynkę.

– Chcesz, Alessio? – Kobieta zatrzymuje się na moment. To jest ten czas, kiedy nadzieja przyprawia mnie o lekko przyspieszone bicie serca. Wstaję, by wykorzystać szansę.

– Zobacz, mio tesoro – próbuję przypodobać się małej. – Są czerwono-żółte, różowo-niebieskie, zresztą sama coś wybierz. – Odwracam się w stronę pudła, dźwigam je i podsuwam pod jej nos.

Mała kręci głową.

– Nie – mówi. – Nie chcę! – Krzywi buzię, jakby właśnie liznęła cytryny.

– Jeden euro. – Patrzę w oczy jej mamie. Może chociaż weźmie dla siebie.

– Przykro mi, ale Alessi chyba się nie podobają – kończy i ciągnie dziewczynkę za sobą. Nawet nie daje mi szansy na to, by cokolwiek jej odpowiedzieć.

Szlag! Odprowadzam je wściekłym spojrzeniem, bo jestem już na skraju wytrzymałości. Mała odwraca się w moją stronę i nawet z daleka dostrzegam, że łypie na mnie z wyższością. Żmijka. Ludzie mkną prosto w stronę wejścia do muzeum diecezjalnego i głównej katedry miasta, a chrześcijańskiego serca nie mają w sobie za cent. Umrę tu na tych schodach i wszyscy nadal będą mnie po prostu mijać.

Z impetem odkładam kartonowe pudło na poprzednie miejsce. Kilka godzin spędzonych w tym ukropie daje mi się we znaki. Kamienisty plac jest nagrzany do granic możliwości. Kiedy okiennice okolicznych budynków zamykają się przed słońcem, mi pozostaje tylko zmrużyć oczy, by uniknąć oślepienia.

Kretyńskie bransoletki. Kawałek zaplecionych, nic niewartych nici. Mam ochotę z całej siły pchnąć pudło przed siebie i zrobić tutaj niezły bajzel. Wtedy pewnie ktoś w końcu by mnie dostrzegł. Znając jednak moje kulawe szczęście, pewnie prędzej byliby to okoliczni carabinieri, którzy przyszliby mnie przepędzić, niż gotowi do wydania gotówki podróżni.

Nienawidzę swojego życia. Nienawidzę tego miasta. Matera jeszcze całkiem niedawno była wstydem Włoch. Ludzie mieszkali tu w jaskiniach u boku zwierząt, bez dostępu do kanalizacji. Gruntowna renowacja wiele zmieniła, chyba łącznie z mentalnością mieszkańców. Pragnienie zysku zupełnie ich oślepiło. Zablokowało umiejętność widzenia czegokolwiek poza czubkiem własnego nosa. Ilekroć próbowałam jakiejś pracy, odpadałam w przedbiegach, bo wszyscy kierują się tylko pozorami. A ja nie prezentuję się bogato. Dio! W wymiętych ciuchach, bez możliwości okazania eleganckiego CV, nie prezentuję się nawet średnio. Klasyfikują mnie poza jakimkolwiek poziomem. Dla wielu jestem po prostu nikim.

Zakładam włosy za ucho i strzelam palcami. Przecieram dłonią mokre zgięcia w kolanach. Próbuję nabrać powietrza w płuca, ale nawet to nie przynosi ulgi.

Szlag!

– Bransoletki. Unikalne, ręcznie robione! – wołam w stronę poruszających się wokół ludzi. Jakiś facet patrzy na mnie przelotnie. Na tym koniec. Próbuję dalej. Nie chcę być zbyt nachalna, bo za chwilę ktoś znowu złoży na mnie skargę. Ale przecież muszę coś zarobić. Potrzebuję pieniędzy, by w końcu cokolwiek zjeść. Wszystkie skrzętnie odkładane monety wydałam w tym miesiącu na czynsz, który płacę za lokum pozbawione bieżącej wody i prądu. Bez umowy, bo takie warunki normalnie chyba by nie przeszły. Mieszkam w garażu. Zawsze większy komfort od mieszkania pod gołym niebem, a wiem, co mówię, bo przeszłam i to. Mam materac i koc, a na wyciągnięcie ręki publiczne sanitariaty, z których pozwolono mi korzystać. Może i jestem biedna, ale mam swoją godność. A przynajmniej mam jej tyle, na ile jestem w stanie sobie pozwolić.

Do moich uszu dociera głos przewodniczki. Widzę nadciągającą grupę ludzi. To chyba Azjaci. Kiedy człowiek nosi okulary przeciwsłoneczne zakrywające połowę twarzy, można się pomylić. Teraz, kiedy turyści są już bliżej, nie mam już co do tego żadnych wątpliwości. Prędko przebieram w kartonie i szukam najbardziej rzucających się w oczy bransoletek. Zawieszam na palcach breloczki wyskrobane w kawałkach drewna i podnoszę je wysoko. Skoro do Włoch sprowadza się pamiątki z Chin i sprzedaje jako tutejsze, może ludzie przyjezdni stamtąd zakupią coś prawdziwie włoskiego, żeby było uczciwie.

– Bransoletki i breloczki własnej roboty! – wołam, wciąż siedząc na najniższym schodku katedry. Chcę wstać, ale sterczący przede mną mężczyzna skutecznie mi to uniemożliwia. Cała grupa ustawiła się tuż przed moim nosem, pech chciał, że tyłem. Zasłonili mnie. Cudownie! Zatem tracę czas. – Hej wy, możecie się przesunąć? – mówię do ludzi poirytowana, bo przecież próbuję coś zarobić. Nie reagują. Pewnie nie znają włoskiego. Skupieni na słowach przewodniczki nie przejmują się kimś innym. – Hello! – wołam nieco głośniej. Zaraz krzyknę. Tak, że usłyszą mnie nie tylko ci, którzy stoją przede mną, lecz także połowa turystów spacerujących po całym Sassi, historycznej części miasta. Czuję, jak buzuje we mnie krew. Otwieram usta, by zrealizować pewną myśl, i momentalnie milknę. Zupełnie niespodziewanie pewien przedmiot rzuca mi się w oczy.

Santo Cielo! Czarny, zgrabny portfel. Wystaje z kieszeni mężczyzny, który stoi dokładnie przede mną. Jakby lada moment sam miał z niej wypaść.

Mój puls przyspiesza.

W środku zapewne znajdują się jakieś pieniądze.

Nie powinnam o nim myśleć. To duże ryzyko. Zupełnie nie w moim stylu. Przecież na co dzień nie kradnę.

Nie mogę tego zrobić. Wykluczam ten pomysł, ale wtedy burczenie w brzuchu daje o sobie znać kolejny raz. Wyobrażam sobie kawałek pizzy. Lśniącej od oliwy, z ciągnącym się serem i bazylią.

Szlag!

Znowu wpatruję się w portfel.

Zerkam w bok. Czuję łomotanie serca. Jakaś kobieta ze stojącej przede mną grupy robi właśnie zdjęcie fasadzie katedry. Mogłaby mnie zobaczyć. Zawieszam na niej spojrzenie. Nie trwa długo, nim odwraca się tam, gdzie wszyscy pozostali. W stronę tarasu widokowego i przemawiającej do nich przewodniczki.

Podnoszę rękę. Widzę, jak drżą moje palce.

Czarny portfel kolejny raz zajmuje wszystkie moje myśli.

Nie. Na powrót ją opuszczam.

Chyba nie dam rady.

Pocę się. Jeszcze bardziej niż przedtem. Toczę w sobie jakąś bezsensowną walkę, z której poza nerwami zupełnie nic nie wynika. Znów zaczynam rozglądać się na boki. Nie jestem złodziejką. Przecież nie mogę tego zrobić. Głupim incydentem zepsuję komuś wakacje. Choć ten ktoś z pewnością nie jest biedakiem, skoro przyjechał tutaj z tak daleka. I pewnie nie wie, czym jest głód. Taki, który właśnie przeżywam.

Przed oczami staje mi wizja posiłku. Słodkiego cornetto czy ryżowego arancino. Czegokolwiek. Skurcz w żołądku daje o sobie znać setny już raz tego dnia.

Znowu podnoszę dłoń. Zbliżam ją do kieszeni mężczyzny.

Co ja robię? Kiedy opuszek mojego palca styka się ze skórzanym materiałem, wszystkie wnętrzności podchodzą mi do gardła. Sekunda. Nie więcej. Sprawnie wyjmuję przedmiot. Santo Cielo. Mam nadzieję, że Bóg mi wybaczy. Zerkam w górę i na moment dosłownie wstrzymuję oddech. Mężczyzna ani drgnie. Niczego nie poczuł. Czym prędzej chowam portfel pod koszulką i przesuwam się tyłkiem wzdłuż długiego schodka. Muszę wydostać się poza tłum. Zostawiam pudło, bo przecież zaraz tutaj wrócę. Wstaję i czmycham za róg. Porządna dawka adrenaliny uderza mi do głowy. Nerwy mieszają się z poczuciem euforii. Gdzieś tam w głąb spycham poczucie wstydu. Chyba nie miałam innego wyjścia. Biegnę wzdłuż najdłuższej ściany katedry. Nie mam zbyt wiele czasu. Domyślam się, że w portfelu mogą być jakieś potrzebne temu mężczyźnie dokumenty, więc jak najszybciej powinnam mu go zwrócić.

Przecieram mokre czoło i rozglądam się na boki. Szlag. W tym momencie mam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie jak na przestępcę. Staję przodem do muru i wyjmuję portfel spod bluzki. Moje wilgotne opuszki palców pozostawiają ślady na czarnym, gładkim materiale. Rozchylam go, a w oczy od razu rzucają się plastikowe karty. Nigdzie nimi nie zapłacę, więc są mi obojętne. Wpadłabym od razu. Chińskie znaczki, które zdobią ich powierzchnię, nijak pasują do mojej osoby. Potrzebuję kasy. Jest i ta, widzę banknoty. Dwie stówki. To za wiele. Jest także dziesiątka i piątka. Biorę tę drugą i kurczowo zgniatam w pięści. Pakuję portfel pod bluzkę.

Zamaszystym ruchem zmierzam w stronę turystów i pozostawionych bransoletek. Nie mam jeszcze opracowanego planu zwrotu. Może rzucę mężczyźnie portfel pod nogi. Pomyśli, że po prostu mu wypadł. Podniesie go i schowa. Nie poczuje utraty pięciu euro. Przy takiej ilości pieniędzy dla niego to chyba nic. Dla mnie to być albo nie być. Wyłaniam się zza rogu katedry i dostrzegam, że grupa azjatyckich turystów właśnie rusza dalej. Po prostu pięknie! Biegnę, ale trudno będzie mi zrealizować spontanicznie stworzoną koncepcję. Problem w tym, że nie mam innej. Ludzie zwyczajnie mieszają się ze sobą w grupie. Próbuję zlokalizować człowieka, którego własność trzymam pod ubraniem, ale to graniczy z cudem. Prawie wszyscy mężczyźni mają takie same włosy. Pięćdziesiąt procent z nich ma jasne spodnie. Nie widziałam twarzy właściciela portfela, a jedynie jego tył. Nawet nie wiem, jaką miał koszulę. Byłam tak skoncentrowana na jednym celu, że nie udało mi się zarejestrować pozostałych szczegółów.

Skręcam w prawo i w końcu ich doganiam, gdy grupę dzieli już tylko kilka metrów od wejścia do muzeum diecezjalnego. Mijam ją bokiem i rzucam portfel na ziemię. Istnieje duża szansa, że ktoś go podniesie i że tym sposobem zguba trafi do właściciela. Obchodzę ludzi z przodu i wracam ze spuszczoną głową. Skręcam w lewo i czym prędzej zajmuję miejsce na ostatnim schodku, tuż obok wciąż stojącego tam pudła z bransoletkami.

Wciskam banknot w kieszeń jeansowych spodenek, a potem chowam twarz w dłoniach. Dyszę. Opadająca adrenalina uświadamia mi, jak bardzo się stresowałam. Zbiera mi się na wymioty. Z nerwów, wciąż dręczącego mnie głodu i chyba najbardziej z powodu poczucia upokorzenia. Walczę o równomierny oddech. Wokół mnie nie słychać żadnych krzyków, odgłosów paniki czy wrzawy. Jest tylko zwyczajny gwar tłumnie odwiedzanego miasta, więc chyba kradzież uszła mi płazem. Ciekawe, czy mężczyzna ostatecznie odnalazł ten portfel. Allora. Nieważne. Chyba powinnam się już zbierać.

Otwieram oczy. Santo Cielo. Prawie podskakuję. Widzę czyjeś nogi tuż przed swoją twarzą. Stopy odwrócone przodem w moją stronę odziane w beżowe, sportowe, męskie buty. Podnoszę wzrok wyżej, wpatrując się kolejno w białe spodenki i tego samego koloru koszulę z krótkim rękawem.

– Buona giornata – witam się i próbuję zachować naturalny ton. Jakby przed momentem nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. – Mam bransoletki ręcznej roboty. I breloczki – powtarzam wyuczoną frazę. – Wszystko w dobrej cenie. Są rzeczy za dwa czy nawet za jeden euro – dodaję. Trochę kręci mi się w głowie. Mógłby coś kupić i po prostu sobie pójść. Teraz chcę tylko jednego. Po prostu coś zjeść.

– Widziałem, co się przed momentem wydarzyło – słyszę jego niski głos. Merda! Wstrzymuję oddech. Dopada mnie panika. Wstaję czym prędzej, by przygotować się do ewentualnej ucieczki.

– Nie wiem, o czym mówisz – udaję obojętną. Wzruszam ramionami. Rozglądam się na boki, bo nie potrafię spojrzeć mu w twarz. Zresztą niewiele bym zobaczyła. Ma na nosie ciemne okulary. Jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent innych osób. Zerkam na pudło i schylam się, by zabrać je ze sobą.

– O tym, że ukradłaś portfel – wali prosto z mostu.

Blednę.

Zastygam w pół ruchu. Czuję, jak uginają się pode mną nogi. Próbuję przełknąć ślinę, ale zupełnie wysycha mi w gardle. Nie wiem, co powinnam zrobić. Jeśli ucieknę bez kartonu, stracę możliwość zarobku przez kolejne dni. Zwiewanie z tą całą paką ozdóbek ma marne szanse na powodzenie. Łapię karton i przyciskam go do piersi.

Prostuję się.

– Nie ukradłam żadnego portfela – kłamię jak z nut. – Nie mam przy sobie czegoś takiego. – To akurat prawda. – Czy ktoś złożył na mnie jakieś zawiadomienie? – niby dociekam, choć nie do końca interesuje mnie jego odpowiedź. Nie wiem, kim jest stojący przede mną człowiek, ale chyba nie muszę się mu tłumaczyć. Nie jest członkiem grupy, która jakiś czas temu bezczelnie rozstawiła się pod moim nosem. Nic złego mu nie zrobiłam. Próbuję odnaleźć w sobie jakiekolwiek pokłady pewności siebie.

Ale on nie odpowiada. Kręci tylko głową. Wkłada dłonie w kieszenie spodni i wciąż stoi. Uparty osioł. Tylko mnie drażni. Najwyraźniej nie zamierza się stąd ruszyć.

– Więc jeśli nie chcesz nic kupić, możesz stąd zjeżdżać – odpowiadam mu mało przyjaznym tonem, ale czuję, że mogę mieć przez niego za chwilę jakieś problemy. – Bo za moment przestanie być miło. – Ostrzegam go, choć przecież wiem, że nic nie byłabym w stanie mu zrobić.

– Grozisz mi, że będziesz obmacywać kieszenie moich spodni? – Prycha. Zatem naprawdę musiał to wszystko widzieć. Szlag! Byłam święcie przekonana, że w momencie kradzieży nikt na mnie nie patrzył.

Przygryzam dolną wargę i próbuję powstrzymać wybuch złości.

Dupek.

– Nikogo nie obmacywałam. Ciebie nie dotknęłabym nawet za stówę! – Czuję gorycz rozlewającą się po całym moim gardle. A może jest gliną? Stróżem prawa bez rzucającego się w oczy munduru? Jeśli tak, mam przerąbane. – Kim ty tak w ogóle jesteś? – pytam, mając na uwadze swoje obawy sprzed sekundy. W końcu patrzę mu prosto w twarz. Widzę prosty nos i pełne usta okolone krótko przystrzyżonym zarostem.

Mężczyzna podnosi dłoń i sięga po okulary. Zdejmuje je, po czym patrzy mi prosto w oczy. Ciemnobrązowe tęczówki wpatrują się we mnie zbyt intensywnie, by uznać to za normalne. Co jest?

– Gianna? – Z ust mężczyzny wydobywa się tylko jedno słowo. Moje serce zaczyna walić, jakby zwariowało do reszty. Gardło ściska niewidoczna siła, a moje płuca kolejny raz przestają funkcjonować. Czuję, że się duszę. – To ty? – pyta. Oczekuje ode mnie odpowiedzi, kiedy ja zupełnie tracę zdolność mówienia.

Nie dlatego, że zna moje imię, ale dlatego, że sama go rozpoznałam. Pomimo upływu tylu lat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki