Powrót wroga - Weronika Tomala - ebook

Powrót wroga ebook

Weronika Tomala

4,3

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Przypadkowe spotkanie, które zmieniło ich życie.

Gdy w trakcie śnieżycy Franco udziela pomocy rodzącej na przystanku kobiecie, nie spodziewa się, że jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy. A już na pewno nie spodziewa się ujrzeć ją wkrótce u progu jego domu, wraz z jej nowonarodzonym dzieckiem.

Giulia przeżyła koszmar, ale zrobi wszystko, by tym razem uciec od swojego oprawcy. Nie chodzi tylko o nią - chce za wszelką cenę ocalić swoją córeczkę. Gdy prosi Franca o pomoc, nie ma pojęcia, że mężczyzna również skrywa mroczne sekrety.

Czy to możliwe, że zaufała nieodpowiedniej osobie? A może tak naprawdę nic nie jest wyłącznie czarne i białe?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (45 ocen)
26
9
7
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Puffo171

Z braku laku…

Nudy, nudy
10
Kalotka

Dobrze spędzony czas

Druga część dużo lepsza od pierwszej. Polecam.
00
Bakar

Z braku laku…

Zawsze chętnie sięgam po książki tej autorki, ale ta pozycja bardzo mnie rozczarowała. Może dlatego, że nie lubię wątków mafijnych.
00
Karta22

Nie oderwiesz się od lektury

swietna
00
AgaAgi

Dobrze spędzony czas

Miło spędzony czas podczas książkowej podróży czytelniczej.
00

Popularność




Autorka: Weronika Tomala

Redakcja: Klaudia Opozda

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Projekt graficzny okładki: Emilia Pryśko

eBook: Atelier Du Châteaux

Zdjęcia na okładce: Denys Demianchuk @Shutterstock,

And-One @Shutterstock, Studio Magdy M. (zdjęcie autorki)

 

Redaktor prowadząca: Natalia Ostapkowicz

Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka

 

©2023 Copyright by Weronika Tomala

©2023 Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

 

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki, bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

 

Bielsko-Biała 2023

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

tel. 338282828, fax 338282829

[email protected], www.pascal.pl

 

ISBN 978-83-8317-193-7

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Deykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Epilog

Podziękowania

Deykacja

Wszyst­kim moim Ku­zyn­kom i Ku­zy­nom – bez wy­jąt­ku.

Tro­chę by za­jęło, żeby Was tu­taj wszyst­kich wy­mie­nić.

Naj­wa­żniej­sze, że Wy wie­cie, o kogo cho­dzi.

Tyl­ko w ciem­no­ści mo­żesz zo­ba­czyć gwiaz­dy

Mar­tin Lu­ther King

Rozdział 1

Franco

– Sa­lve. Wita się z wami Ales­san­dro Soto. Mam na­dzie­ję, że zo­sta­li­ście szczęśliw­ca­mi i uda­ło się wam za­opa­trzyć w po­rząd­ny od­gar­niacz do śnie­gu. W skle­pach jest to obec­nie to­war luk­su­so­wy, a im­por­te­rzy nie nadąża­ją go spro­wa­dzać. Zima za­sko­czy­ła nas wszyst­kich, w ko­ńcu w tych re­jo­nach to ab­so­lut­na rzad­ko­ść. W spa­ra­li­żo­wa­nych po­go­dą mia­stach, w tym w ta­kże w Rzy­mie, nie dzia­ła ko­mu­ni­ka­cja miej­ska. Je­dy­na po­zy­tyw­na in­for­ma­cja jest taka, że syn­op­ty­cy prze­wi­du­ją od­wi­lż, i to w naj­bli­ższych dniach. Cóż, po­zo­sta­ło mi po­wie­dzieć, we­so­łe­go po świ­ętach – ko­ńczy głos do­cho­dzący z ra­dia i śmie­je się, jak­by było z cze­go.

– Szlag by to tra­fił – mam­ro­czę pod no­sem i wy­sy­łam do dia­bła cały ten dzień.

W au­cie z opo­na­mi, któ­rych bie­żni­ki po­zo­sta­wia­ją wie­le do ży­cze­nia, jadę do­słow­nie dwa­dzie­ścia na go­dzi­nę. I to na ca­łko­wi­cie pro­stym od­cin­ku, po­śród sa­dów oliw­nych. Ce­lo­wo wy­bra­łem bocz­ną dro­gę pro­wa­dzącą z Pe­schi­ci do Vie­ste. Gdy­bym wra­cał tra­są obok urwi­ska i mo­rza, z pew­no­ścią znaj­do­wa­łbym się już na pla­ży. I to by­naj­mniej nie dla­te­go, że chcia­łbym na niej od­sap­nąć czy po­pa­trzeć na wi­do­ki. Po twar­dym lądo­wa­niu pew­nie nie­wie­le by ze mnie zo­sta­ło.

Wpa­tru­ję się w przed­nią szy­bę auta, pró­bu­jąc jesz­cze bar­dziej wy­tężyć wzrok, bo gęsto pa­da­jący śnieg zde­cy­do­wa­nie ogra­ni­cza wi­docz­no­ść. Je­stem w sta­nie doj­rzeć to, co znaj­du­je się góra czte­ry me­try przed ma­ską mo­je­go po­rsche. Resz­ta to w tym mo­men­cie za­gad­ka, choć prze­cież do­sko­na­le znam tę dro­gę.

Je­stem idio­tą, bo prze­cież mo­głem prze­ło­żyć ne­go­cja­cje w pod­zie­miach na ju­tro albo po­ju­trze. Jak za­wsze prze­ro­sła mnie kre­ty­ńska am­bi­cja. Pod­ci­ągam ręka­wy kurt­ki, od­sła­nia­jąc man­kie­ty czar­nej ko­szu­li. Wci­ąż nie przy­wy­kłem do ele­ganc­kich ciu­chów, ale po­zy­cja zo­bo­wi­ązu­je. A don Fa­bio aż nad­to kła­dzie na­cisk na tra­dy­cję. Ła­pię za kie­row­ni­cę obu­rącz, co nie zda­rza mi się zbyt często. Dro­ga jest jed­nak prze­ra­ża­jąco śli­ska i tak za­sy­pa­na śnie­giem, że nie wi­dać, gdzie ko­ńczy się as­falt. Je­śli wpa­dłbym w za­spę, chy­ba utknąłbym tu­taj na do­bre. Od­grze­ba­li­by mnie może ju­tro wie­czo­rem. I to przy odro­bi­nie szczęścia, bo mam wra­że­nie, że mo­gło­by być na­wet go­rzej. I to ma być to wiel­kie ocie­ple­nie kli­ma­tu? To ra­czej ja­kiś pie­przo­ny ar­ma­ge­don.

Z ra­dia zno­wu do­bie­ga prze­ry­wa­ny głos dzien­ni­ka­rza:

– A za mo­men­cik spe­cjal­nie dla pa­ństwa Mi­cha­el Bu­blé i Whi­te Chri­st­mas. Może zi­mo­wa pio­sen­ka ukoi tro­chę tem­pe­ra­ment roz­ocho­co­nej la Be­fa­ny1), któ­ra, w mo­jej oce­nie, ma­cza­ła pal­ce w dzi­siej­szej po­go­dzie. Wy­gląda na to, że oprócz węgla i ce­bu­li może przy­no­sić ta­kże śnieg. Chy­ba wszy­scy by­li­śmy w ostat­nim cza­sie tro­chę nie­grzecz­ni.

1) La Befana to włoska odpowiedniczka naszego polskiego… św. Mikołaja. Jak głosi tradycja, ta dobroduszna staruszka o wyglądzie wiedźmy, z haczykowatym nosem i w łachmanach, w noc z 5 na 6 stycznia, czyli w święto Trzech Króli, przemierza niebo na miotle, by odwiedzić wszystkie włoskie dzieci. Te grzeczne obdarowuje słodyczami i prezentami, niegrzecznym zaś, zamiast rózgi, zostawia węgiel, popiół, cebulę lub czosnek. Do domów dostaje się przez kominy, a upominki zostawia w zawieszonych na nich skarpetach (przyp. aut.).

Pra­wie za­po­mnia­łem, że dzi­siaj noc po­prze­dza­jąca Epi­fa­nię, czy­li świ­ęto Trzech Kró­li. Kie­dy by­łem mały, wy­cze­ki­wa­łem tego dnia ze spo­rą oba­wą. A że nie na­le­ża­łem do grzecz­nych dzie­ci, bab­cia za­wsze stra­szy­ła mnie, że la Be­fa­na nie przy­nie­sie mi sło­dy­czy. Gdy­by ist­nia­ła na­praw­dę, te­raz pew­nie ob­rzu­ca­ła­by mnie pa­ro­ma to­na­mi węgla i po­pio­łu.

– La Be­fa­na vien di not­te, con le scar­pe tut­te rot­te… – nucę pod no­sem po­czątek jed­nej z ry­mo­wa­nek, któ­rych uczo­no nas kie­dyś w szko­le. Nie pa­mi­ętam już resz­ty słów.

– Zro­bi­ło się kli­ma­tycz­nie – od­zy­wa się znów spi­ker, kie­dy pio­sen­ka usta­je. – A te­raz na po­wa­żnie, le­piej zo­sta­ńcie w do­mach. Jest nie­bez­piecz­nie.

– No ja­sne – pry­cham.

Gdy­bym był roz­sąd­niej­szy, sie­dzia­łbym te­raz w fo­te­lu ze szklan­ką whi­sky albo Ape­ro­lu. Ale am­bi­cje za­wsze mia­łem wy­gó­ro­wa­ne, choć star­to­wa­łem od zera.

Wszyst­ko, co uda­ło mi się osi­ągnąć, wy­pra­co­wa­łem so­bie sam. W ko­ńcu sta­łem się pra­wą ręką dona wło­skiej ma­fii. I capo za­rządza­jącym re­jo­nem Apu­lia. Mó­wi­ąc nie­skrom­nie, ca­łkiem nie­źle so­bie ra­dzę. Od kie­dy ku­pi­łem po­rsche, lu­dzie w mie­ście za­częli zwra­cać na mnie po­dwój­ną uwa­gę. I two­rzyć głu­pie plot­ki. Pie­przyć lu­dzi i ich gad­kę. Za­wsze wie­dzą le­piej i za­wsze będą szu­ka­li cze­goś, do cze­go mo­gli­by się do­cze­pić. Im bar­dziej nie­szczęśli­wi, tym wi­ęcej chrza­nią. Na­zy­wam się Fran­co Meli i znam swo­ją war­to­ść. Nie po­trze­bu­ję uzna­nia wśród tych, któ­rzy nie mają dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia.

Kie­dy wcho­dzę w za­kręt, a tuż przy dro­dze wy­ra­sta­ją drze­wa, na­ci­skam na ha­mu­lec. Wóz zwal­nia do dzie­si­ęciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Le­d­wo się wle­cze. To ja­kaś kpi­na. Nie ma tu­taj żad­ne­go oświe­tle­nia. Roz­glądam się na boki, bo nie pierw­szy raz wy­sze­dłby mi tu­taj przed ma­skę ja­kiś dzik. Żyją w tych re­jo­nach od lat. Na­praw­dę jesz­cze tyl­ko tego mi bra­ku­je, by na ko­niec dnia ja­kiś nie­ogar­ni­ęty zwierz po­ry­so­wał mi ka­ro­se­rię.

Pod­no­szę le­żący na fo­te­lu pa­sa­że­ra te­le­fon i zer­kam na go­dzi­nę. Dwu­dzie­sta pierw­sza dwa­dzie­ścia. I zero kre­sek sie­ci. Zero! Po­go­da po­tra­fi nie­źle nas urządzić. Wy­star­czy je­den jej ka­prys i cały cy­wi­li­zo­wa­ny świat tra­fia szlag.

A ja je­stem wy­god­nic­ki i przy­zwy­cza­iłem się do tych wszyst­kich elek­tro­nicz­nych ga­dże­tów. Ży­cie bez mi­kro­fa­lów­ki, czaj­ni­ka, lo­dów­ki, nie wspo­mi­na­jąc już o kon­so­li do gier, by­ło­by zde­cy­do­wa­nie trud­niej­sze.

Od­kła­dam te­le­fon na bok i wy­je­żdża­jąc z nie­wiel­kie­go la­sku, wy­łączam „dłu­gie”. I tak nie­wie­le po­ma­ga­ją. Z mi­nu­ty na mi­nu­tę za­czy­na sy­pać co­raz moc­niej, a lu­dzie na­praw­dę wzi­ęli so­bie do ser­ca wska­zów­ki o po­zo­sta­niu w do­mach. Od dłu­ższe­go cza­su nie mi­nąłem ani jed­ne­go auta.

Re­we­la­cja. Je­stem na­praw­dę wku­rzo­ny i po­rząd­nie ze­stre­so­wa­ny. Jaz­da w ta­kich wa­run­kach męczy mnie bar­dziej niż prze­słu­cha­nia urządza­ne w pod­zie­miach.

Ale, przy tej po­go­dzie, zo­sta­ło mi ja­kieś dzie­si­ęć mi­nut dro­gi i też będę w domu. W tym mo­men­cie nie ma­rzę o ni­czym in­nym, tyl­ko o dłu­gim prysz­ni­cu i ja­ki­mś do­brym fil­mie. Daw­no ni­cze­go nie ogląda­łem. Ta myśl de­ter­mi­nu­je mnie do dal­szej jaz­dy.

Co jest?

Wy­tężam wzrok, mi­ja­jąc znaj­du­jący się po le­wej stro­nie przy­sta­nek au­to­bu­so­wy.

Wi­dzę tam coś… albo ra­czej ko­goś… Wy­cho­dzi na to, że nie je­stem je­dy­nym sza­le­ńcem, któ­ry wy­ru­szył w dro­gę w taką za­wie­ru­chę.

Ciem­na po­stać na przy­stan­ku przy­ci­ąga moją uwa­gę. Pod­róż au­tem nie była mądrym po­my­słem, ale wy­cze­ki­wa­nie te­raz na au­to­bus to już ab­surd. To ra­czej oczy­wi­ste, że w taką po­go­dę ża­den tu­taj nie do­trze. Zresz­tą, o ile się nie mylę, ten przy­sta­nek jest już chy­ba nie­ak­tyw­ny. Sądząc po jego wy­glądzie, mam ra­cję. Wy­da­je się to­tal­nie zde­ze­lo­wa­ny i nie za­uwa­ży­łem na nim roz­kła­dów­ki.

Ma va’. Bez jaj. Chy­ba ko­goś nie­źle po­grza­ło.

Może to ja­kiś me­nel.

Ten ktoś pod­pie­ra się o jed­ną ze ścian przy­stan­ku. Pew­nie ma pro­ble­my z rów­no­wa­gą, co tyl­ko po­twier­dza moją hi­po­te­zę. Jadę da­lej, choć mam nie­od­par­te wra­że­nie, że po­stać ma­cha w moim kie­run­ku.

Olać to. Nie moja spra­wa. Je­śli ktoś uży­wa tyl­ko frag­men­tu swo­je­go mó­zgu, niech cier­pi. Ja do­bro­dusz­nie go pod­wio­zę, a on ze­szcza mi się w au­cie. Albo zrzy­ga. Już nie wiem, co by­ło­by gor­sze. Nie ma się nad czym za­sta­na­wiać. Jadę da­lej.

– Jak spędzi­li­ście syl­we­stra? Nie wiem, czy sły­sze­li­ście, ale w jed­nej z re­stau­ra­cji w Bari od­by­ła się na­praw­dę wy­bu­cho­wa im­pre­za… Otóż… – Głos do­cho­dzący z ra­dia przy­ci­na się. Po­tem sły­chać tyl­ko szu­my, aż w ko­ńcu sy­gnał zni­ka na do­bre.

Czu­ję nie­po­kój. My­ślę o czło­wie­ku sto­jącym na przy­stan­ku.

Wie­dzia­łem, że tak będzie.

– Caz­zo! Kur­wa! – Ude­rzam ręką w kie­row­ni­cę i zje­żdżam na bok, bo pie­przo­ne wy­rzu­ty su­mie­nia dręczy­ły­by mnie pew­nie przez cały wie­czór.

Za­wra­cam na środ­ku dro­gi, wy­ko­nu­jąc ma­newr, któ­ry mó­głby mnie kosz­to­wać nie tyl­ko so­lid­ny man­dat. Przy ta­kiej wi­docz­no­ści ry­zy­ku­ję ko­li­zją, i to stu­pro­cen­to­wo z mo­jej winy. Jed­nak mało praw­do­po­dob­ne, by ktoś te­raz nad­je­chał. Chwa­lę się w my­ślach za to, że osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łem się na car­re­rę z na­pędem na czte­ry koła. Auto zry­wa się z miej­sca, kie­dy szczęśli­wie uda­je mi za­wró­cić. Opo­ny śli­zga­ją się po na­wierzch­ni, ale osta­tecz­nie dają radę. Ści­ągam nogę z gazu, uświa­da­mia­jąc so­bie, że tro­chę mnie po­nio­sło. To­czę się więc do przy­stan­ku. Przez mo­ment prze­cho­dzi mi przez gło­wę myśl, czy to nie były tyl­ko oma­my. Wy­obra­źnia na­praw­dę zmęczo­nej gło­wy. Może to wca­le nie był czło­wiek? W ko­ńcu wa­run­ki na­praw­dę nie sprzy­ja­ją wi­docz­no­ści.

Kie­dy jed­nak je­stem do­sta­tecz­nie bli­sko, wi­dzę wy­ra­źnie, że ktoś na­dal tam stoi. Te­raz nie mam już żad­nych wąt­pli­wo­ści – ani wzrok, ani umy­sł mnie nie za­wio­dły.

Za­trzy­mu­ję auto, za­ci­ągam ha­mu­lec ręcz­ny i nie ga­sząc sil­ni­ka, wy­sia­dam na ze­wnątrz. Po­wiew lo­do­wa­te­go po­wie­trza ude­rza mnie pro­sto w twarz. Za­pi­nam cien­ką kurt­kę. Świa­tło sa­mo­cho­do­wych re­flek­to­rów oświe­tla mi dro­gę.

Pierw­szym, co do­cie­ra do mo­ich uszu, jest jęk. Prze­ra­ża­jący.

Je­stem już bli­sko, a mimo to jesz­cze przy­spie­szam kro­ku. Mu­szę uwa­żać, żeby nie wy­wi­nąć tu­taj orła i nie po­ła­mać gna­tów.

Po­stać sto­jąca na przy­stan­ku to bez dwóch zdań ko­bie­ta. Po­chy­lo­na, ubra­na w roz­pi­ęty płaszcz i czap­kę, spod któ­rej wy­ła­nia się gęstwi­na ciem­nych wło­sów. Nie wi­dzę jej twa­rzy, bo pa­trzy w dół. Ale spra­wia wra­że­nie, jak­by była obłąka­na.

I ten jej la­ment. San­to Cie­lo. Boże. Mam ciar­ki na rękach.

– Czy coś się sta­ło? – py­tam ostro­żnie, za­zna­cza­jąc swo­ją obec­no­ść.

Ko­bie­ta zno­wu jęczy, obej­mu­jąc jed­ną ręką swój ogrom­ny brzuch.

Zer­kam w dół, na ogrom­ną pla­mę po­kry­wa­jącą no­gaw­ki jej spodni. Są kom­plet­nie prze­mo­czo­ne. Ła­pię się za gło­wę, pró­bu­jąc za­cząć lo­gicz­nie my­śleć, choć przy­zna­ję, że przy­cho­dzi mi to z tru­dem.

Ona jest w ci­ąży.

To nie ule­ga żad­nej wąt­pli­wo­ści. Na­wet gdy­by po­rząd­nie się prze­ja­dła, nie wy­gląda­ła­by w ten spo­sób. Ale to nie­ste­ty nie jest je­dy­ny pro­blem.

Wszyst­ko wska­zu­je na to, że wła­śnie za­częła ro­dzić.

– Niech mi pan po­mo­że. Ti pre­go – kwi­li, pod­no­sząc na mnie wzrok.

A ja nie wiem, jak się za to wszyst­ko za­brać. Mam su­cho w gar­dle i czu­ję to­tal­ną bez­rad­no­ść. Ła­pię ją pod ra­mię.

– Pro­szę iść ze mną. Za­raz za­dzwo­nię po po­go­to­wie. – Opie­ram jej ci­ężar na swo­im ra­mie­niu, cho­ciaż nie bar­dzo chce ze mną wspó­łpra­co­wać i tyl­ko zwi­sa bez­wład­nie. Do­brze, że poza ci­ążo­wym brzu­chem jest ca­łkiem szczu­pła.

Nie wiem, jak z nią po­stępo­wać, żeby nie wy­rządzić jej żad­nej krzyw­dy. Ła­pię ją za dru­gi bok, sta­ra­jąc się omi­jać dło­nią brzuch, by nie wy­wie­rać na nie­go na­ci­sku. Już daw­no nie wa­li­ło mi tak ser­ce. Do­słow­nie ści­ska mnie w klat­ce.

Ko­bie­ta zno­wu jęczy.

– Aaaa! – krzy­czy nie­spo­dzie­wa­nie, za­trzy­mu­je się i po­chy­la do przo­du. Pra­wie wy­śli­zgu­je mi się z rąk.

Je­stem prze­ra­żo­ny. Mo­gła mnie ja­koś ostrzec, że za­mie­rza tak zro­bić.

– Krwa­wię – dy­szy. – Chy­ba nie jest do­brze.

– Spo­koj­nie. Nie jest źle – pa­plę od rze­czy. Pró­bu­ję ją ja­koś wes­przeć, choć sam po­trze­bu­ję w tym mo­men­cie ko­goś, kto po­mó­głby mi się ogar­nąć. I po­my­śleć, że jesz­cze przed chwi­lą je­cha­łem do swo­je­go domu z wi­zją ry­chłe­go za­ko­ńcze­nia tego pa­skud­ne­go dnia. – Je­ste­śmy już przy sa­mo­cho­dzie. Za­raz za­dzwo­nię po ka­ret­kę – ob­wiesz­czam gło­sem, któ­re­go sam nie roz­po­zna­ję. Już daw­no nic nie do­pro­wa­dzi­ło mnie do ta­kie­go sta­nu.

Pró­bu­ję się sku­pić. Za­cząć lo­gicz­nie my­śleć. Prze­cież przy tej po­go­dzie po­go­to­wie do­trze tu­taj w naj­lep­szym wy­pad­ku za pół go­dzi­ny. Dru­gie tyle po­ja­dą z po­wro­tem. Zer­kam na wi­jącą się ko­bie­tę. Nie trze­ba być ge­niu­szem, żeby się do­my­ślić, jak bar­dzo cier­pi. Całe jej cia­ło ma­ni­fe­stu­je ból. Nie pa­mi­ętam, czy prze­ży­łem kie­dyś coś, co wy­wa­rło­by na mnie ta­kie wra­że­nie. A prze­cież wi­dzia­łem już set­ki pie­przo­nych eg­ze­ku­cji. Dan­na­zio­ne! Szlag by to tra­fił. Kom­bi­nuj, Fran­co, kom­bi­nuj!

– Albo pa­nią za­wio­zę. – Jest szan­sa, że tak będzie szyb­ciej. I tak mu­sia­łbym za­pro­po­no­wać jej we­jście do auta. Prze­cież nie będzie­my ster­czeć na ze­wnątrz w taką śnie­ży­cę. Przez chwi­lę za­sta­na­wiam się, jak będzie wy­glądać moja ta­pi­cer­ka po tym, jak ro­dząca na niej usi­ądzie, ale to szyb­ko prze­sta­je mieć zna­cze­nie.

Otwie­ram tyl­ne drzwi, zdej­mu­ję z sie­bie kurt­kę i roz­kła­dam ją na fo­te­lach. Przy­trzy­mu­ję nie­zna­jo­mą, po­ma­ga­jąc jej we­jść do środ­ka. Wci­ąż jęczy, ści­ska­jąc mnie przy tym tak, że pra­wie mia­żdży mi dłoń. Schy­lam się, by dźwi­gnąć jej nogi, któ­rych sama nie jest w sta­nie pod­nie­ść na­wet na wy­so­ko­ść pro­gu. Kła­dzie się na sie­dze­niach, od­chy­la­jąc gło­wę do tyłu. Do­pie­ro kie­dy za­my­kam drzwi, za­uwa­żam, jak bar­dzo trzęsą mi się pal­ce. I to wca­le nie z zim­na.

Ja­sna cho­le­ra. Prze­cze­su­ję ręką krót­ko przy­ci­ęte wło­sy, zda­jąc so­bie spra­wę z tego, jak bar­dzo je­stem bez­sil­ny.

Wi­zja po­ko­na­nia pó­łgo­dzin­nej tra­sy w ta­kich wa­run­kach i z ro­dzącą ko­bie­tą na tyl­nej ka­na­pie, nie na­pa­wa mnie opty­mi­zmem. Wci­ągam po­wie­trze i wsia­dam za kie­row­ni­cę. Za­sta­na­wiam się tyl­ko nad jed­nym. Gdzie, do cho­le­ry, jest w tym mo­men­cie jej part­ner? Gdzie jest jej ro­dzi­na? Dziew­czy­na po­trze­bu­je na­tych­mia­sto­wej po­mo­cy, tym­cza­sem zo­sta­ła kom­plet­nie sama i szu­ka­ła ra­tun­ku w miej­scu da­le­kim od ja­kich­kol­wiek za­bu­do­wań. Na co ona li­czy­ła? Całe szczęście dla niej, że tędy prze­je­żdża­łem. I całe nie­szczęście dla mnie.

Pod­no­szę te­le­fon z fo­te­la pa­sa­że­ra, ale roz­świe­tla­jący się ekran tyl­ko przy­po­mi­na mi o tym, że nie ma tu sie­ci. Mimo to wy­bie­ram 112, bo prze­cież po­łącze­nia alar­mo­we rządzą się swo­imi pra­wa­mi. Może uda mi się ja­koś do­dzwo­nić. W słu­chaw­ce nie sły­chać jed­nak żad­ne­go sy­gna­łu.

Za­raz zwa­riu­ję. Zwal­niam ha­mu­lec ręcz­ny i ru­szam, choć w sta­nie ta­kie­go ogłu­pie­nia zde­cy­do­wa­nie nie po­wi­nie­nem pro­wa­dzić. Nie mam wy­jścia. Choć po­tra­fię po­wa­żnie na­gi­ąć gra­ni­ce swo­je­go kom­for­tu psy­chicz­ne­go, ta sy­tu­acja spra­wia, że zu­pe­łnie tra­cę kon­tro­lę nad emo­cja­mi. Nie je­stem przy­zwy­cza­jo­ny do wi­do­ku cier­pi­ącej ko­bie­ty. Tego w moim świe­cie po pro­stu nie ma.

Chrząkam ner­wo­wo, ma­jąc ocho­tę na czy­mś się wy­żyć. Moje sa­mo­po­czu­cie nie ma te­raz jed­nak wi­ęk­sze­go zna­cze­nia. Ści­skam drążek z bie­ga­mi, jak­bym za­raz miał go zmia­żdżyć.

– Bła­gam pana, tyl­ko nie do Vie­ste – wy­du­sza z sie­bie ko­bie­ta po­mi­ędzy ko­lej­ny­mi jęka­mi, a jej pro­śba na mo­ment zwa­la mnie z nóg. – Gdzieś da­lej. Ti pre­go. Pro­szę…

Zdej­mu­ję nogę z gazu i na parę se­kund od­wra­cam się do tyłu.

– Słu­cham? – py­tam zdębia­ły. Jak to nie do Vie­ste? – Prze­cież tam znaj­du­je się naj­bli­ższy szpi­tal. Chy­ba sama pani wi­dzi, że nie mamy cza­su na ta­kie wy­brzy­dza­nie. – Jej sło­wa mo­men­tal­nie do­pro­wa­dza­ją mnie do sta­nu, kie­dy sta­ję się nie­przy­jem­ny.

Ko­bie­ta marsz­czy czo­ło, a w jej nie­bie­skich oczach nie wi­dzę nic oprócz prze­ra­że­nia. Ro­zu­miem, że dzi­siaj lu­dzie mają pra­wo de­cy­do­wa­nia o tym, w któ­rym szpi­ta­lu chcą się zna­le­źć. Ale tu­taj chy­ba nie ma in­ne­go wy­jścia. Je­śli nie ru­szy­my do Vie­ste, za chwi­lę mo­że­my utknąć w miej­scu i w ogó­le ni­g­dzie nie do­je­dzie­my. Zresz­tą z tego, co za­uwa­ży­łem, od­wie­dza­jąc kie­dyś na od­dzia­le żonę dona, So­fię, opie­ka w tym szpi­ta­lu jest na ca­łkiem do­brym po­zio­mie.

Wy­god­ni­sia. Je­stem po­iry­to­wa­ny. Już mam za­miar jej wy­gar­nąć, że po­win­na się cie­szyć, bo prze­cież ra­tu­ję jej dupę, choć to zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ży do mo­ich obo­wi­ąz­ków, ale wła­śnie wte­dy za­czy­na coś mó­wić.

– On… On… – po­wta­rza. Zno­wu za­czy­na dy­szeć.

Pa­trzę w lu­ster­ko i wi­dzę, że moc­no za­ci­ska oczy. Jej krzyk wy­pe­łnia wnętrze sa­mo­cho­du. Nie­zna­jo­ma bez­wład­nie ude­rza gło­wą o sie­dze­nie. Jak­by fak­tycz­nie była opęta­na. Co jest gra­ne? San­to Cie­lo. Boże, w co ja się wpa­ko­wa­łem? Przy­spie­szam, choć w ta­kich wa­run­kach to nie­zbyt roz­sąd­ne. Mam jed­nak nie­od­par­te wra­że­nie, że zwy­czaj­nie mo­że­my nie zdążyć. Nie znam się na ak­cjach po­ro­do­wych. Cho­le­ra. Z ko­bie­tą w ci­ąży mia­łem do czy­nie­nia tyl­ko wte­dy, kie­dy od­wie­dza­łem dona Fa­bia i jego uko­cha­ną. Nie zy­ska­łem jed­nak dzi­ęki temu ja­kie­jś nie­zbęd­nej i prak­tycz­nej wie­dzy.

Na mo­ment na­sta­je ci­sza, o ile mo­żna to tak na­zwać. Ko­bie­ta wci­ąż gło­śno dy­szy.

– On nas za­bi­je. Mnie i dziec­ko – ko­ńczy na jed­nym wy­de­chu, jak­by się bała, że za mo­ment zno­wu za­brak­nie jej sił.

– O czym pani mówi? Caz­zo! Czy to ja­kiś kiep­ski żart? – wy­bu­cham. Wiem, że nie po­wi­nie­nem tego ro­bić, bo moja zło­ść i tak w ni­czym nie po­mo­że. Szyb­ko za­czy­nam tego ża­ło­wać, bo to prze­cież nie czas na kłót­nie. Ani ona, ani ja nie czu­je­my się w tej sy­tu­acji kom­for­to­wo.

Pa­trzę w bocz­ne lu­ster­ka. Nikt za nami nie je­dzie.

On nas za­bi­je. O kim ona gada?

Niech ten cyrk jak naj­prędzej się sko­ńczy.

– Prze­pra­szam. – Ko­bie­ta za­czy­na wyć z bólu. Wy­po­wie­dze­nie tego sło­wa przy­cho­dzi jej z tru­dem i wca­le nie cho­dzi tu­taj o ura­żo­ną dumę. – Prze­pra­szam, że pana w to wpa­ko­wa­łam – łka.

Prze­ły­kam śli­nę.

Sam się wpa­ko­wa­łem. Na wła­sne ży­cze­nie. Mo­głem nie za­wra­cać.

Da­rem­ne ga­da­nie. Trud­no, mle­ko się roz­la­ło. Prze­cież jej tu­taj nie wy­sa­dzę.

Zwal­niam i od­wra­cam się, by na nią zer­k­nąć. Za­uwa­żam, że zdjęła czap­kę. Spod dłu­gich, opa­da­jących jej na twarz wło­sów wi­dać de­li­kat­ne rysy. Po jej po­licz­kach pły­ną łzy. Czu­ję ko­lej­ny ucisk w klat­ce pier­sio­wej. Boli. Może to za­wał? Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, już chy­ba nic nie będzie w sta­nie mnie zdzi­wić.

Nie wiem, kim jest i w co się wpa­ko­wa­ła. Nie mój biz­nes, więc nie za­mie­rzam w to wni­kać. Może w bólu opo­wia­da ja­kieś bred­nie. Cier­pie­nie spra­wia, że ma uro­je­nia. Szlag by to tra­fił. A może naj­zwy­czaj­niej w świe­cie to ja­kaś wa­riat­ka. Któż o zdro­wych zmy­słach przy­cho­dzi na nie­ak­tyw­ny przy­sta­nek au­to­bu­so­wy w ta­kim sta­nie? Je­śli fak­tycz­nie nie mo­gła po­pro­sić o po­moc żad­nej bli­skiej oso­by, może po­win­na za­dzwo­nić po tak­sów­kę.

Kon­ty­nu­uję jaz­dę, bo nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go. Mu­si­my jak naj­prędzej zna­le­źć się w szpi­ta­lu. W Vie­ste. Nie zdąży­my do­trzeć ni­g­dzie in­dziej. Nie, kie­dy za okiem nie wi­dać pra­wie nic, a dro­gi z mi­nu­ty na mi­nu­tę sta­ją się co­raz mniej prze­jezd­ne.

– Oj­ciec mo­jej có­recz­ki to zły czło­wiek. Bar­dzo zły – mówi sama od sie­bie, bar­dzo sła­bym gło­sem, mało wy­ra­źnie.

Po raz ko­lej­ny zer­kam w lu­ster­ko. Za­sta­na­wiam się, czy coś mi się nie prze­sły­sza­ło.

Do­pie­ro te­raz zro­zu­mia­ła, że jest zły? Nie my­śla­ła o tym, kie­dy kła­dła się z nim do łó­żka? Pró­bu­ję ugry­źć się w język, za­nim po­wiem coś, co nie­ko­niecz­nie będzie na miej­scu. Zer­kam na swo­je ręce i do­pie­ro te­raz za­uwa­żam na nich pla­my krwi. Jej krwi. Ten wi­dok aku­rat nie robi na mnie wra­że­nia. Przez lata zdąży­łem do nie­go przy­wyk­nąć.

Z tyl­nej ka­na­py roz­le­ga się ko­lej­ny prze­ra­ża­jący wrzask. Od­wra­cam się i wi­dzę, że nie­zna­jo­ma zwi­ja się w kłębek, jak­by wła­śnie była w cho­ler­nej ago­nii.

– Nie dam rady! – krzy­czy z pe­łnym prze­ko­na­niem. – Nie wy­trzy­mam dłu­żej! Dziec­ko za­raz się uro­dzi. – Wy­da­je z sie­bie nie­ludz­ki od­głos.

Za­mie­ram. Zje­żdżam na po­bo­cze. Bio­rę do ręki te­le­fon, za­ci­ągam ha­mu­lec i wy­sia­dam z auta. Trza­skam drzwia­mi i zmie­rzam pro­sto na tyły mo­je­go po­rsche.

Rozdział 2

Giulia

W tym mo­men­cie ma­rzę tyl­ko o jed­nym. Nie o tym, by to wszyst­ko się sko­ńczy­ło. Chcę po pro­stu umrzeć. Tyl­ko w tym do­pa­tru­ję się swo­je­go ra­tun­ku.

Nie boję się śmier­ci. Nie ma pie­kła, w któ­re kie­dyś wie­rzy­łam. Już daw­no temu prze­ko­na­łam się, że nie wy­gląda ono tak, jak je so­bie wy­obra­ża­łam. Pie­kło jest tu­taj. Na Zie­mi. W moim ży­ciu.

Prze­szy­wa­jący ból ci­ągnie się od kręgo­słu­pa w dół. Jesz­cze ja­kiś czas temu przy­po­mi­nał na­stępu­jące po so­bie fale, po­mi­ędzy któ­ry­mi mia­łam szan­sę ode­tchnąć. Był jak pul­so­wa­nie, któ­re prze­mi­ja­ło. Te­raz cier­pie­nie ci­ągnie się w nie­sko­ńczo­no­ść. Krzy­czę, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc za­ci­skać usta, bo nie chcę tego ro­bić – boję się, że mężczy­zna wio­zący mnie do szpi­ta­la zre­zy­gnu­je. Jed­nak na­tu­ra wy­da­je się sil­niej­sza ode mnie. Nie po­tra­fię tego opa­no­wać.

W tym mo­men­cie je­stem co­raz bar­dziej świa­do­ma jed­ne­go. Nie wy­trzy­mam. Nie do­je­dzie­my do szpi­ta­la. I nie­zna­jo­my też chy­ba o tym wie. Stoi przed drzwia­mi auta i wła­śnie pró­bu­je wy­ko­nać ko­lej­ny te­le­fon. Jest zde­ner­wo­wa­ny. A ja nie mam po­jęcia, ile jesz­cze będzie w sta­nie znie­ść. W tej chwi­li by­ła­bym mu wdzi­ęcz­na, gdy­by ukró­cił moje cier­pie­nie – i nie cho­dzi mi o po­moc me­dycz­ną. W mo­jej sy­tu­acji wy­jście jest tyl­ko jed­no. Po­wi­nien mnie za­bić.

Krzy­czę. Ból jest tak doj­mu­jący, że pra­wie mdle­ję. Na mo­ment ury­wa mi się kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią i nie bar­dzo wiem, gdzie wła­ści­wie się zna­la­złam. Wra­że­nie roz­sa­dza­nych ko­ści szyb­ko mi o tym przy­po­mi­na i zmu­sza mnie do po­wro­tu z wy­god­nych za­świa­tów. Nie je­stem w sta­nie utrzy­mać nóg ra­zem. Całe dy­go­czą, i to nie z zim­na. Czu­ję się tak, jak­by ktoś żyw­cem ciął mnie na małe ka­wa­łki. I so­lił nowo po­wsta­łe rany.

Mężczy­zna otwie­ra drzwi, ra­mie­niem przy­trzy­mu­jąc te­le­fon przy uchu. Na jego ciem­nych wło­sach po­bły­sku­ją bia­łe śnie­żyn­ki. Kła­dzie na tyl­ną pó­łkę auta ap­tecz­kę pierw­szej po­mo­cy. A po­tem drżący­mi ręka­mi od­pi­na man­kie­ty czar­nej ko­szu­li i pod­wi­ja ma­te­riał na wy­so­ko­ść łok­ci. Jak­by wła­śnie za­mie­rzał za­jąć się ja­kąś ci­ężką, fi­zycz­ną pra­cą.

– Chy­ba je­stem go­to­wy – mówi, ale do­pie­ro po chwi­li uświa­da­miam so­bie, że nie kie­ru­je tych słów do mnie. – Włączę tryb gło­śno­mó­wi­ący – do­da­je, a po­tem kli­ka coś na te­le­fo­nie i sta­wia urządze­nie tuż przy mo­jej gło­wie.

Zer­kam na roz­świe­tlo­ny ekran jego ko­mór­ki, ale wid­nie­jące na nim li­te­ry zle­wa­ją mi się w ca­ło­ść.

– Sły­chać mnie? – W słu­chaw­ce od­zy­wa się męski głos. – Sły­szą mnie pa­ństwo?

– Tak, sły­chać – od­po­wia­da mężczy­zna.

Ja nie je­stem w sta­nie wy­do­być z gar­dła żad­ne­go dźwi­ęku poza ry­kiem i łka­niem.

– Po­go­to­wie już je­dzie, choć wie­dzą pa­ństwo, że wa­run­ki są trud­ne. Tro­chę to po­trwa. Tym­cza­sem pro­szę uwa­żnie po­słu­chać, damy radę – za­pew­nia głos ze słu­chaw­ki. – Jak ma pani na imię?

Za­pa­da ci­sza. Przed ocza­mi robi mi się ciem­no. Po chwi­li od­zy­sku­ję wi­dze­nie, ale wszyst­ko, co wi­dzę, po­zo­sta­je spo­wi­te mgłą. To do­wód na to, że nie daję już rady. Mózg od­ci­na mnie od tej sy­tu­acji.

Czy ktoś mnie o coś py­tał? Pró­bu­ję się sku­pić, ale wszyst­kie moje my­śli ucie­ka­ją w jed­nym kie­run­ku. Męczar­nia przy­sła­nia mi wszyst­ko. To jak tor­tu­ry.

– Halo, halo? Sły­szy mnie pani? – Ze słu­chaw­ki pa­da­ją ko­lej­ne sło­wa. Chy­ba kie­ro­wa­ne bez­po­śred­nio do mnie.

– Giu­lia – dy­szę. Mam na­dzie­ję, że mnie sły­chać i że nie będę mu­sia­ła tego po­wta­rzać. Pro­ste czyn­no­ści sta­ją się tak bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne.

Nie­zna­jo­my sto­jący obok mnie ła­pie mnie za dłoń. Pa­trzy na mnie. Jesz­cze przed mo­men­tem spa­ni­ko­wa­ny, te­raz ema­nu­je pew­no­ścią sie­bie. Jego nie­bie­skie oczy skie­ro­wa­ne są pro­sto na mnie.

– Giu­lia – wy­po­wia­da moje imię – po­słu­chaj mnie. Będziesz mu­sia­ła mi za­ufać.

Chcę mu od­po­wie­dzieć. Skła­mać, bo prze­cież praw­da oka­za­ła­by się nie­zręcz­na za­rów­no dla nie­go, jak i dla mnie. Nie za­ufam mu, cho­ciaż o to pro­si. Ni­ko­mu nie ufam. Ni­g­dy nie będę mo­gła so­bie na to po­zwo­lić, bo po­przez za­ufa­nie tra­ci­my swo­ją obron­ną tar­czę. A lu­dzie przy­po­mi­na­ją sępy, któ­re ro­ze­rwą nas na ka­wa­łki, kie­dy tyl­ko znaj­dą ku temu do­god­ną oka­zję. Kon­se­kwent­nie jed­nak mil­czę.

Ko­lej­ny nad­cho­dzący skurcz spra­wia, że mi­mo­wol­nie pod­no­szę się do po­zy­cji sie­dzącej. Czu­ję pot na ca­łej twa­rzy. Wło­sy kle­ją mi się do po­licz­ków.

Mężczy­zna sza­mo­cze się z moim ubra­niem. Pod­no­szę bio­dra, kie­dy zdej­mu­je ze mnie spodnie i majt­ki. Po­ma­ga mi roz­su­nąć nogi. Nie ana­li­zu­ję tego, co robi. Dzia­łam jak au­to­mat. A głos do­cho­dzący ze słu­chaw­ki cały czas wy­da­je ja­kieś po­le­ce­nia. Czu­ję ka­żdą po­je­dyn­czą kost­kę mo­je­go cia­ła. Nie­zna­jo­my prze­su­wa te­le­fon bli­żej sie­bie, jak­by nie chciał uro­nić ani sło­wa. Jest zde­ter­mi­no­wa­ny, jak gdy­by na­praw­dę za­częło mu na mnie za­le­żeć. Ale to tyl­ko złu­dze­nie. Ni­ko­mu na mnie nie za­le­ży.

Te­raz kuca po­mi­ędzy mo­imi uda­mi ze wzro­kiem utkwio­nym w je­den punkt. Jest bla­dy. W tym mo­men­cie nie my­ślę o wsty­dzie. Ma­rzę o tym, by to pie­kło wresz­cie się sko­ńczy­ło.

Do środ­ka auta wpa­da zim­no, mie­sza­jąc się z cie­płem bu­cha­jącym z krat­ki wen­ty­la­cyj­nej.

– Bła­gam. Za­bij mnie! – krzy­czę, wy­gi­na­jąc się po raz ko­lej­ny.

– Giu­lia, spo­koj­nie. Za chwi­lę będzie po wszyst­kim.

Jego głębo­ki głos na mo­ment mnie uci­sza, choć wiem, że kła­mie. Nie będzie po wszyst­kim. To do­pie­ro po­czątek.

Tak bar­dzo chcia­ła­bym uwie­rzyć w jego sło­wa.

Kręcę gło­wą. Myli się. Całe moje cia­ło ma­ni­fe­stu­je sprze­ciw wo­bec jego de­kla­ra­cji. A za­ra­zem na głos nie mó­wię nic. Szko­da słów, bo i tak ni­cze­go nie zro­zu­mie. Nie może prze­cież wie­dzieć o tym, co mnie spo­tka­ło. Chy­ba nikt nie jest w sta­nie so­bie tego na­wet wy­obra­zić.

Na po­wrót od­wra­ca spoj­rze­nie od mo­jej twa­rzy. A kie­dy lo­ku­je je mi­ędzy mo­imi no­ga­mi, jego oczy ro­bią się wiel­kie. Jak­by wła­śnie zo­ba­czył coś bar­dzo nie­zwy­kłe­go. Robi się jesz­cze blad­szy, jak ścia­na. Prze­cie­ra czo­ło wierz­chem ręki.

– Nie­eee! – wrzesz­czę, bo mam wra­że­nie, że ból za­raz roz­sa­dzi mnie od środ­ka.

Mężczy­zna mówi coś do te­le­fo­nu. Po­ru­sza ko­szu­lą, pró­bu­jąc się wen­ty­lo­wać, jak­by było mu go­rąco. A prze­cież na ze­wnątrz, gdzie stoi, pa­nu­je stu­pro­cen­to­wa zima. Ła­pie się za gło­wę, ner­wo­wo dra­pie po krót­kich wło­sach, ale szyb­ko po­wra­ca do po­przed­niej po­zy­cji, jak­by osta­tecz­nie od­zy­skał nad sobą pa­no­wa­nie. Znów ła­pie moją dłoń. Spi­nam się, to­nąc w męczar­niach.

Nie­zna­jo­my coś do mnie mówi. Sku­piam wzrok na jego ustach, pró­bu­jąc od­czy­tać sło­wa wy­cho­dzące z jego warg. Nic nie chce prze­bić się przez blo­ka­dę w mo­jej gło­wie, przez pa­nu­jącą w niej ci­szę. Od niej do­słow­nie pisz­czy mi w uszach.

– Przyj! – woła, jak­by z od­da­li. – Przyj!

Na­pi­nam się, bo w tym mo­men­cie zo­bo­jęt­nie­nie zda­je się wy­gry­wać tę wal­kę. Go­rzej już być nie może. Za­my­kam oczy i wy­ko­nu­ję jego po­le­ce­nia. Dyk­tu­je mi, co mam ro­bić. Ści­skam jego pal­ce z ca­łych sił. Wy­ży­wam się na nich, to mi po­ma­ga. Po­mi­mo pa­nu­jącej na ze­wnątrz ujem­nej tem­pe­ra­tu­ry jego dłoń jest taka cie­pła. Ale po chwi­li wy­ry­wa ją z mo­je­go uści­sku.

– Gesù Cri­sto! – mówi z nie­do­wie­rza­niem. Zu­pe­łnie zmie­nia ton gło­su, któ­ry te­raz wy­ra­źnie wi­bru­je.

Na wpół tra­cę świa­do­mo­ść. Nie po­tra­fię opi­sać sło­wa­mi prze­ra­że­nia, któ­re mną wła­da.

– Dziew­czyn­ka – do­da­je, choć nie je­stem pew­na, czy do­kład­nie tak brzmią jego sło­wa. Są le­d­wo sły­szal­ne.

A po­tem wnętrze auta wy­pe­łnia płacz. Gło­śny la­ment.

Zer­kam w dół. Mężczy­zna trzy­ma w rękach coś bar­dzo ma­lut­kie­go. Tak ma­łe­go, że przez mo­ment wąt­pię w to wszyst­ko, co przed chwi­lą się wy­da­rzy­ło. To nie może być dziec­ko. Prze­cież nie po­win­no być aż tak kru­che. Wi­dy­wa­łam nie­raz dzie­ci. Choć w za­sa­dzie ni­g­dy za­raz po na­ro­dzi­nach, tyl­ko star­sze.

Mała istot­ka cha­otycz­nie po­ru­sza rącz­ka­mi. Ru­cha­mi przy­po­mi­na mi ro­bo­ta. Nie­zna­jo­my ostro­żnie kła­dzie ją na moim brzu­chu. Zno­wu za­uwa­żam, jak bar­dzo drżą mu dło­nie. Pró­bu­je na­ci­ągnąć poły mo­je­go płasz­cza tak, by okryć małą. Po­tem cofa się i przy­my­ka drzwi, na chwi­lę zo­sta­wia­jąc mnie samą. Dziec­ko prze­sta­je pła­kać.

Zno­wu za­pa­da ci­sza. Wszyst­ko wo­kół mnie wi­ru­je.

Pa­trzę na ma­lusz­ka. Mia bam­bi­na. Ogar­nia mnie wzru­sze­nie.

Na­gle za­po­mi­nam o ca­łym bólu. Coś za­czy­na mnie nie­po­ko­ić. Ma­luch się nie ru­sza. Czy od­dy­cha? Co się dzie­je? Opusz­ką pal­ca prze­su­wam po de­li­kat­nej, przy­bru­dzo­nej skó­rze. Wier­ci się. A więc jest po pro­stu zmęczo­na i za­sy­pia. Tak samo jak ja. Od­dy­cham z ulgą.

– Dzień do­bry, có­recz­ko – szep­czę. Z oczu pły­ną mi łzy. Jest taka kru­cha. I taka nie­win­na. Nie je­stem w sta­nie ukryć emo­cji. – Wi­taj na tym świe­cie. – Milk­nę na chwi­lę. – Tak mi przy­kro, że nie przy­go­to­wa­łam dla cie­bie bez­piecz­ne­go miej­sca – łkam, ale ma­lut­ka na­dal spo­koj­nie leży. Nie pła­cze, jak­by na­praw­dę mnie słu­cha­ła. Być może uspo­ka­ja ją mój głos. Tym ra­zem od­wa­żniej niż przed mo­men­tem głasz­czę jej małe plec­ki, frag­ment cia­łka nie­za­kry­ty przez mój płaszcz. Po­pra­wiam ma­te­riał, na­ci­ąga­jąc go tak, by nie było jej zim­no.

Nie­zna­jo­my po­wra­ca. Trzy­ma w dło­niach ja­kieś ubra­nie.

– To ma­ry­nar­ka – mówi, wi­dząc, że mu się przy­glądam. Do­kład­nie okry­wa nią ma­lusz­ka i w mia­rę mo­żli­wo­ści ta­kże mnie.

Jest mi lżej, choć nie po­win­no tak być. Utra­ta czuj­no­ści bywa pierw­szym kro­kiem w stro­nę prze­gra­nej. Nie mogę po­zwo­lić so­bie na na­iw­ną wia­rę w to, że już wszyst­ko będzie do­brze. Choć aku­rat fi­zycz­na męczar­nia wła­śnie do­bie­gła kre­su. Cho­ciaż tyle. Ko­lej­ny roz­dział za­mkni­ęty.

Je­stem na­praw­dę wy­czer­pa­na. Gdy­by zja­wił się tu te­raz ON, nie mia­ła­bym siły ucie­kać. Na­wet na jego wi­dok. Nie by­ła­bym w sta­nie ochro­nić ani sie­bie, ani na­wet mo­jej có­recz­ki.

Prze­cie­ram ręką mo­kry od potu i łez po­li­czek.

Nie tak po­win­no wy­glądać przy­jście dziec­ka na świat. Nie po­śród lęku, stra­chu, nie z wi­zją ko­niecz­no­ści uciecz­ki przed złem. Za­miast wy­god­nej ko­ły­ski mam tyl­ko dwie ręce. Za­miast po­zy­tyw­ki gra­jącej pi­ęk­ne me­lo­die – mój wła­sny głos. Ale mam mi­ło­ść i to ona sta­je się moim mo­to­rem na­pędo­wym.

Mężczy­zna wci­ąż stoi przede mną. Do­pie­ro te­raz do­strze­gam, że uwa­żnie mi się przy­gląda. Jest po­staw­ny. Ma krót­kie, ciem­ne wło­sy i nie­zwy­kłe, nie­bie­skie oczy. Je­stem nie­ma­lże pew­na, że w bla­sku sło­ńca będą przy­po­mi­nać oce­an. Do tego wład­cze spoj­rze­nie, z któ­re­go bije jed­nak ja­kieś cie­pło. Na mo­ment na­sze spoj­rze­nia się krzy­żu­ją.

Pró­bu­ję coś po­wie­dzieć. Po­win­nam mu po­dzi­ęko­wać, ale nie wiem, jak za­cząć. Wszyst­kie sło­wa wy­da­ją się nie­ade­kwat­ne do sy­tu­acji. Nie tak wy­mow­ne, jak być po­win­ny.

– Da­łaś radę – szep­cze do mnie, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie. Na jego twa­rzy wi­dzę ulgę. Nie jest już tak bar­dzo spi­ęty.

Za­ci­skam usta w kre­skę i od­wra­cam wzrok.

– Gra­zie. Dzi­ęku­ję – wy­rzu­cam z sie­bie. Wstyd mi, że tyl­ko tyle mogę mu dać. Tyl­ko w taki spo­sób od­wdzi­ęczyć się za to, co dla mnie zro­bił. Po­świ­ęcił ogrom swo­je­go cza­su. Prze­żył dys­kom­fort, któ­ry bez­praw­nie mu za­fun­do­wa­łam. Nie pa­mi­ętam na­wet, kie­dy ostat­nio ktoś wy­ci­ągnął do mnie po­moc­ną dłoń zu­pe­łnie bez­in­te­re­sow­nie. Ta­kie rze­czy nie dzie­ją się w moim świe­cie. Nie dzia­ły się już od bar­dzo daw­na. Aż do te­raz. – Ni­g­dy nie za­pom­nę tego, co pan dla mnie zro­bił. – Drży mi bro­da, kie­dy w ko­ńcu de­cy­du­ję się na nie­go zer­k­nąć.

Spo­czy­wa­jąca na moim brzu­chu có­recz­ka po­ru­sza się, przy­po­mi­na­jąc o tym, że prze­cież jest już ze mną. To ona sta­ła się spraw­cą tego za­mie­sza­nia. To ona pchnęła mnie do uciecz­ki. Nie mia­łam cza­su na my­śle­nie. Głasz­czę pal­cem jej małą głów­kę. Ostro­żnie, by nie zro­bić jej krzyw­dy.

– Na­zy­wam się Fran­co – przed­sta­wia się mężczy­zna, re­agu­jąc naj­wy­ra­źniej na to, że na­zwa­łam go pa­nem. – I je­stem prze­ko­na­ny, że ka­żdy czło­wiek na moim miej­scu za­cho­wa­łby się do­kład­nie tak samo – ko­ńczy, jak­by to wszyst­ko było dla nie­go tyl­ko bła­host­ką.

Kręcę gło­wą na boki. Nie ma ra­cji. Nie ka­żdy. Znam lu­dzi, któ­rzy wy­ko­rzy­sta­li­by tę sy­tu­ację w naj­gor­szy, naj­bar­dziej obrzy­dli­wy spo­sób. Znam czło­wie­ka, któ­ry chcia­łby mi ode­brać to, co w jed­nym mo­men­cie sta­ło się sen­sem mo­je­go ży­cia.

Za­czy­nam pa­ni­ko­wać. Od­dy­cham szyb­ciej, bo w tym mo­men­cie przed ocza­mi zno­wu sta­je mi ON. Jego twarz, skąpa­na w trium­fal­nym uśmie­chu nie­ma­jącym nic wspól­ne­go z praw­dzi­wą ra­do­ścią.

– Nie – prze­czę. – Nie ka­żdy. Uwierz mi.

Od­wra­ca ode mnie spoj­rze­nie. Do­pie­ro te­raz pro­stu­je się do po­zy­cji pio­no­wej, za­bie­ra­jąc rękę z opar­cia ka­na­py. Jesz­cze przed chwi­lą nade mną gó­ro­wał, jak pa­ra­sol za­pew­nia­jący mi swe­go ro­dza­ju ochro­nę. Wła­śnie tak czu­łam, i uświa­da­miam so­bie ów fakt do­pie­ro w mo­men­cie, kie­dy mi to za­brał. Sama nie wie­rzę w to, że przez tych parę mi­nut mo­głam być choć tro­chę bez­piecz­na. Ale wła­śnie tak się czu­łam, kie­dy był przy mnie. To dziw­ne i nie­wła­ści­we, bo poza imie­niem nie wiem o nim zu­pe­łnie nic. A to ozna­cza tyl­ko, że je­stem sła­ba. Szu­kam de­ski ra­tun­ku w miej­scu, gdzie tyl­ko przez chwi­lę będę się uno­sić na po­wierzch­ni wody. Za mo­ment zno­wu za­cznę to­nąć.

Zo­sta­nę sama. Pra­wie sama, bo prze­cież przy moim ser­cu spo­czy­wa mała istot­ka. I zro­bię wszyst­ko, by jak naj­dłu­żej mia­ła we mnie mamę.

– Mi di­spia­ce. Przy­kro mi – mówi Fran­co – że spo­tka­łaś na swo­jej dro­dze lu­dzi, któ­rzy cię skrzyw­dzi­li.

Nie wie, jak bar­dzo traf­ne są jego sło­wa. Nie ma też po­jęcia, że przed tymi lu­dźmi nie ma uciecz­ki. A już na pew­no nie przed jed­nym z nich. ON po­wró­ci, prędzej czy pó­źniej.

– Mu­sisz prze­su­nąć sto­pę do środ­ka – zmie­nia te­mat, da­jąc mi tym sa­mym znać, że nie za­mie­rza roz­trząsać mo­je­go pry­wat­ne­go ży­cia. – Za­mknę tu, że­by­ście nie zła­pa­ły prze­zi­ębie­nia. – Sta­wia na roz­sądek. Wy­da­je mi po­le­ce­nie, a kie­dy je wy­ko­nu­ję, zgod­nie z za­po­wie­dzią za­trza­sku­je drzwi.

W tym wła­śnie mo­men­cie wi­dzę przez okno smu­gę nie­bie­skie­go, pul­su­jące­go świa­tła, któ­re pró­bu­je prze­bić się przez śnieg. Opa­dy zde­cy­do­wa­nie ze­lża­ły, choć jesz­cze nie­daw­no na do­bre sza­la­ła za­mieć.

Fran­co nie sia­da na miej­scu kie­row­cy, by jesz­cze mi po­to­wa­rzy­szyć. Idzie gdzieś da­lej, przed ma­skę sa­mo­cho­du. Pod­no­szę się nie­znacz­nie i wi­dzę pod­je­żdża­jącą ka­ret­kę. Za­trzy­mu­je się tuż obok nas.

Ser­ce pod­cho­dzi mi do gar­dła, choć prze­cież do­sko­na­le wie­dzia­łam, że tak wła­śnie się sta­nie. Te­raz me­dy­cy za­bio­rą mnie do szpi­ta­la. Za­pew­ne tego naj­bli­ższe­go. A więc w tym mo­men­cie roz­po­czy­na się od­li­cza­nie mo­je­go cza­su. Od­li­cza­nie ży­cia, któ­re jesz­cze mi po­zo­sta­ło. Mnie i mo­jej cór­ce.

Gło­wa bez­wład­nie opa­da mi na sie­dze­nie. Je­stem taka bez­rad­na. Wła­śnie ko­lej­ny raz uświa­da­miam so­bie, że zwy­czaj­nie prze­gra­łam. Zno­wu. Choć tak bar­dzo pró­bo­wa­łam wal­czyć.

Otwie­ra­ją się drzwi. Sta­je przede mną uśmiech­ni­ęta, życz­li­wa ko­bie­ta i skła­da mi ser­decz­ne gra­tu­la­cje. Prze­ci­na pępo­wi­nę i od­bie­ra ode mnie cór­kę, za­wi­ja­jąc ją w ja­kiś ko­cyk. Mała gło­śno pła­cze. Już chcę pro­sić, żeby mi ją od­da­li, ale na szczęście szyb­ko się uspo­ka­ja.

Pa­ręna­ście se­kund pó­źniej pod­cho­dzi do mnie dwóch mężczyzn, któ­rzy po­ma­ga­ją mi się pod­nie­ść i kła­dą mnie na no­szach. Wspo­mi­na­ją coś o ło­ży­sku, któ­re­go jesz­cze nie uro­dzi­łam. Nie wiem, co to zna­czy. Sądzi­łam, że ło­ży­sko ro­dzi się ra­zem z dziec­kiem. Nio­są mnie w kie­run­ku otwar­tych drzwi skąpa­nej w mi­ga­jących świa­tłach ka­ret­ki. Roz­glądam się na boki, pod­ry­wa­jąc gło­wę do góry.

Nie­da­le­ko czar­ne­go auta stoi Fran­co. Co­raz bar­dziej się od nie­go od­da­lam. Wy­cie­ra ręce w ja­kiś bia­ły ręcz­nik, a jego spoj­rze­nie utkwio­ne jest w zie­mi. Nie pa­trzy na mnie, choć przed chwi­lą wła­śnie go mi­nęli­śmy.

Sa­ni­ta­riu­sze coś do mnie mó­wią, ale pusz­czam to koło uszu. W umy­śle dźwi­ęczy mi te­raz tyl­ko głos Fran­ca. Na nowo prze­ży­wam sce­ny, któ­re ro­ze­gra­ły się w ostat­nich mi­nu­tach. Jed­na po dru­giej prze­su­wa­ją mi się przed ocza­mi jak ka­dry wy­jęte z ja­kie­goś sur­re­ali­stycz­ne­go fil­mu. Ale to nie jest film. To moje wła­sne ży­cie.

Ko­bie­ta głasz­cze mnie po po­licz­ku.

– By­łaś bar­dzo dziel­na. Wy­da­łaś na świat na­praw­dę pi­ęk­ną có­recz­kę – mówi, ale jej po­chwa­ły nie mają dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. Ni­cze­go prze­cież nie zmie­nią.

Nie je­stem dziel­na. Wręcz prze­ciw­nie. Zro­bi­łam to tyl­ko dla­te­go, że mu­sia­łam. Prze­cież tak czy ina­czej dziec­ko mu­sia­ło­by ja­koś ze mnie wy­jść.

Ko­bie­ta przy­kry­wa mnie ja­ki­mś ma­te­ria­łem. Po­tem in­for­mu­je mnie o za­kła­da­nym we­nflo­nie i wkłu­wa mi się w rękę. Twier­dzi, że stra­ci­łam wie­le krwi i po­trze­bu­ję kro­plów­ki.

Mężczy­zna z na­pi­sem „le­karz” zdo­bi­ącym tył jego ocie­pla­nej blu­zy za­my­ka częścio­wo drzwi ka­ret­ki. Wi­dok ciem­ne­go auta zni­ka na do­bre. Kie­dy ła­pie za klam­kę dru­gie­go skrzy­dła, by ca­łko­wi­cie za­mknąć tył sa­mo­cho­du, coś go po­wstrzy­mu­je. Od­wra­ca się za sie­bie. Mija parę se­kund, nim za­uwa­żam, że tuż przy nim stoi Fran­co. Wcho­dzi do po­jaz­du, trzy­ma­jąc w ręku małą kar­tecz­kę, a po­tem wy­su­wa ją w moim kie­run­ku.

Rozdział 3

Franco

Jesz­cze kil­ka­na­ście mi­nut temu wie­rzy­łem w to, że za mo­ment ktoś wy­sko­czy zza drze­wa i ob­wie­ści mi, że bio­rę udział w ja­ki­mś kiep­skim pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym. W pie­przo­nym show dla kre­ty­nów, któ­rzy ła­two dają się na­brać. A ja wła­śnie sta­łbym się jed­nym z nich, bo to wszyst­ko wy­da­wa­ło się sza­le­nie wia­ry­god­ne. Te­raz mam już ab­so­lut­ną pew­no­ść, że to wszyst­ko, co mia­ło miej­sce, było praw­dzi­we. Na­wet naj­bar­dziej uta­len­to­wa­ny ak­tor nie po­tra­fi­łby tak do­brze uda­wać cier­pie­nia. Wci­ąż mam przed ocza­mi twarz Giu­lii. Ból wi­docz­ny na twa­rzy ko­bie­ty jest czy­mś, obok cze­go nie mogę prze­jść obo­jęt­nie. Może to kwe­stia mo­je­go wy­cho­wa­nia i sza­cun­ku, któ­re­go za­wsze uczy­ła mnie non­na.

Je­stem wy­czer­pa­ny psy­chicz­nie. Po­wi­nie­nem już wra­cać do domu.

Sa­ni­ta­riusz pod­cho­dzi do mnie i gra­tu­lu­je mi za­cho­wa­nia zim­nej krwi. Mam nie­od­par­te wra­że­nie, że mnie zna, choć nie chce dać tego po so­bie po­znać. Jest uprzej­my. Może to i le­piej. W tym przy­pad­ku po­zo­ry od­gry­wa­ją wa­żną rolę. Sam uda­ję obo­jęt­ne­go i twar­de­go. Gdy­by tyl­ko wie­dzie­li, co się te­raz ze mną dzie­je, zmie­ni­li­by o mnie zda­nie. Nie je­stem cho­ler­nym su­per­bo­ha­te­rem, a wal­ka o ży­cie dziec­ka i tej ko­bie­ty zwy­czaj­nie mnie prze­ro­sła.

Ostat­ni raz zer­kam w stro­nę ka­ret­ki, a mo­jej uwa­dze nie umy­ka je­den, bar­dzo wy­ra­zi­sty szcze­gół. Para nie­bie­skich oczu, wpa­trzo­na we mnie tak in­ten­syw­nie, że nie spo­sób po­my­lić emo­cje, ja­kie mie­sza­ją się na twa­rzy ich wła­ści­ciel­ki Giu­lii. To strach. I wy­cze­ki­wa­nie.

Kim ona w ogó­le, do dia­bła, jest? Przed chwi­lą tak wie­le prze­szła, a jed­nak wci­ąż ma siłę, żeby się pod­nie­ść i na mnie zer­k­nąć. Prze­szy­wa mnie nie­spo­ty­ka­ny do­tąd dreszcz, kie­dy na­sze spoj­rze­nia krzy­żu­ją się po raz ko­lej­ny. Sam nie wiem, co się ze mną dzie­je. Za­sta­na­wiam się, co ją cze­ka. Czy czło­wiek, o któ­rym mó­wi­ła – oj­ciec jej dziec­ka – fak­tycz­nie jej gro­zi?

Le­karz za­my­ka pra­wą część tyl­nych drzwi ka­ret­ki. Nie­bie­skie oczy zni­ka­ją bez­pow­rot­nie. Po­ja­wia się we mnie ja­kaś dziw­na pust­ka. To ko­niec. Za mo­ment moje ży­cie wró­ci do swo­je­go ryt­mu, ja wró­cę do sie­bie i pój­dę spać. Non­na na pew­no będzie już ob­ra­cać się na dru­gi bok.

A ży­cie tej ko­bie­ty? Mam wra­że­nie, że ma­lo­wa­ne jest czar­ną kred­ką. W chwi­li, kie­dy po­trze­bo­wa­ła wspar­cia, nie było przy niej ni­ko­go. Mu­sia­ła zdać się na ła­skę ob­ce­go fa­ce­ta. To cho­re. Sta­ry tego dziec­ka fak­tycz­nie musi być nie­złym fra­je­rem, sko­ro zo­sta­wił dziew­czy­nę na pa­stwę losu. Nie za­bez­pie­czył ani jej, ani ma­lu­cha. Nie brak świ­rów, któ­rzy nie po­tra­fią po­no­sić kon­se­kwen­cji pod­jętych de­cy­zji. Sam nie je­stem wzo­rem cnót. Cho­le­ra. La Be­fa­na sku­tecz­nie mnie dziś uka­ra­ła, ka­żąc mi prze­ży­wać to wszyst­ko Ale nie­któ­re spra­wy by­wa­ją trud­ne do za­ak­cep­to­wa­nia, na­wet prze­ze mnie.

Dzia­łam pod wpły­wem im­pul­su. Si­ęgam do kie­sze­ni i wyj­mu­ję port­fel. Wy­ci­ągam z nie­go nie­wiel­ką kar­tecz­kę – jed­ną z tych, któ­re za­wsze no­szę przy so­bie. Na wi­zy­tów­ce wid­nie­ją moje imię i na­zwi­sko oraz nu­mer te­le­fo­nu. Pod­bie­gam do auta, si­ęgam do schow­ka umiesz­czo­ne­go na drzwiach po dłu­go­pis i nie­zgrab­nym pi­smem do­pi­su­ję swój ad­res. W ko­ńcu nie mam na­wet po­jęcia, czy Giu­lia ma w ogó­le ko­mór­kę.

Zmie­rzam w stro­nę ka­ret­ki i po­wstrzy­mu­ję le­ka­rza przed za­mkni­ęciem le­we­go skrzy­dła po­jaz­du. Mężczy­zna wca­le się nie spie­szy, więc po­zwa­la mi we­jść do środ­ka. Ko­bie­ta zaj­mu­jąca się Giu­lią pa­trzy na mnie zdez­o­rien­to­wa­na i pyta mnie, czy po­trze­bu­ję ja­kie­jś po­mo­cy. A prze­cież je­stem chy­ba ostat­nią oso­bą, któ­rej na­le­ży te­raz za­pew­nić opie­kę.

Dziec­ko pła­cze, a to znak, że nie po­wi­nie­nem zaj­mo­wać im cza­su. Po­da­ję Giu­lii wi­zy­tów­kę z moim nu­me­rem te­le­fo­nu i za­pi­sa­nym od­ręcz­nie ad­re­sem. Jest za­sko­czo­na. Nie ma po­jęcia, co to jest. Ko­lej­ny raz pró­bu­je pod­nie­ść gło­wę, pa­trząc to na mnie, to na trzy­ma­ny prze­ze mnie kar­to­nik.

– Pro­szę le­żeć spo­koj­nie. Jest pani wy­czer­pa­na – upo­mi­na ją sa­ni­ta­riusz­ka. Z pew­no­ścią za­raz mnie wy­pro­si.

Giu­lia wy­ci­ąga dłoń przed sie­bie i za­bie­ra wi­zy­tów­kę. Nie przy­gląda się jej. Za­my­ka ją w dło­ni, ści­ska­jąc tak moc­no, jak­by była jej ostat­nią de­ską ra­tun­ku. Jest smut­na, a w jej prze­krwio­nych oczach, nie pierw­szy już raz tego wie­czo­ru, po­ja­wia­ją się łzy. Gdy­bym zo­ba­czył ją na uli­cy, nie ma­jąc świa­do­mo­ści, przez co prze­szła, po­my­śla­łbym, że to jed­na z mo­ich klien­tek. Zwy­czaj­na ćpun­ka. Mimo to jej twarz wy­da­je się inna niż jesz­cze przed kil­ku­na­sto­ma mi­nu­ta­mi. Ostre, wy­krzy­wio­ne gry­ma­sem rysy te­raz za­ni­kły. Zła­god­nia­ły. Za­czy­nam za­sta­na­wiać się nad tym, ile może mieć lat. Wy­da­je się młod­sza ode mnie.

Ale to prze­cież nie jest wa­żne. Na mnie już czas.

– In boc­ca al lupo. Po­wo­dze­nia – mó­wię na od­chod­ne i od­wra­cam się, by wy­jść z ka­ret­ki.

– Fran­co, on nas za­bi­je… – Jej głos jest prze­ra­źli­wie przej­mu­jący. A prze­kaz brzmi cho­ler­nie au­ten­tycz­nie, jak­by wła­śnie sta­ła przed ka­tem, wy­cze­ku­jąc eg­ze­ku­cji.

Za­trzy­mu­ję się w pół kro­ku. Za­le­d­wie na mo­ment. Wci­ąż prze­cież nie wiem, o kim mówi. To na­praw­dę nie jest już moja spra­wa. Ja wy­ko­na­łem swo­je za­da­nie. Te­raz i ona, i dziec­ko znaj­du­ją się w do­brych rękach. Po­win­ni o nie za­dbać. Nie mam po­jęcia, cze­mu wci­ąż zwra­ca się z tym do mnie. Nie je­stem pie­przo­ną do­brą wró­żką, choć zja­wi­łem się w ży­ciu tej ko­bie­ty aku­rat w świ­ątecz­ną noc.

Wy­cho­dzę na ze­wnątrz, uda­jąc sam przed sobą, że tego wszyst­kie­go nie sły­sza­łem. Że zu­pe­łnie mnie to nie wzru­sza.

Wcho­dzę do auta, opie­ram się o za­głó­wek fo­te­la i na­bie­ram po­wie­trza w płu­ca. Ze zmęcze­nia szu­mi mi w gło­wie. Pró­bu­ję ochło­nąć. Ju­tro z sa­me­go rana po­wi­nie­nem od­dać auto do czysz­cze­nia. Sta­ram się ukie­run­ko­wać my­śli w tę prak­tycz­ną stro­nę. Mam na­dzie­ję, że w myj­ni mają na tyle moc­ne środ­ki, by uda­ło się do­pro­wa­dzić ja­sną skó­rę do po­przed­nie­go sta­nu. Te­raz jest cała we krwi, jak­bym prze­wo­ził tu­taj któ­re­goś z mo­ich po­kie­re­szo­wa­nych za­kład­ni­ków pod­zie­mi Pe­schi­ci, a prze­cież za­wsze sta­ra­łem się tego uni­kać. Dbam o swo­je auto jak o wła­sne dziec­ko.

Wła­śnie, dziec­ko… My­śli zno­wu za­czy­na­ją mi ucie­kać nie tam, gdzie bym so­bie tego ży­czył.

Od­je­żdżam. Śnieg prze­stał już pra­wie pa­dać. Je­dy­nym utrud­nie­niem oka­zu­ją się za­spy, któ­re utwo­rzy­ły się na dro­dze. Sprzęt do odśnie­ża­nia z pew­no­ścią nie zja­wi się tu­taj zbyt szyb­ko. Po­wi­nie­nem się skon­cen­tro­wać, choć sku­pie­nie się na pro­wa­dze­niu auta po wszyst­kim, co dzi­siaj wi­dzia­łem, ura­sta do ran­gi wy­zwa­nia. Spo­tka­nie ne­go­cja­cyj­ne z żo­łnie­rza­mi, z któ­re­go wra­ca­łem, te­raz wy­da­je się bar­dzo od­le­głe i nie­ak­tu­al­ne. Jak­by nie wy­da­rzy­ło się przed pa­ro­ma go­dzi­na­mi, ale co naj­mniej kil­ka dni temu. Wci­ąż my­ślę o czy­mś in­nym. W kó­łko tyl­ko o Giu­lii.

I choć nie je­stem fa­nem ko­je­nia emo­cji drin­ka­mi – w ko­ńcu po wy­pi­ciu pro­cen­tów zda­rza­ło mi się schrza­nić ró­żne ak­cje – tej nocy zde­cy­do­wa­nie będę po­trze­bo­wał cze­goś moc­niej­sze­go.

***

– Gdzie ja je­stem? – Gdzie, do kur­wy nędzy, tra­fi­łem? To ja­kaś cela. Lo­chy. Ale ja­kieś obce. Zu­pe­łnie inne od na­szych. Mniej­sze, cia­śniej­sze i bar­dziej śmier­dzące.

Gdzie je­stem? Co to za miej­sce?

Zdzie­ram so­bie gar­dło jed­nym i tym sa­mym py­ta­niem. Ale nikt mi nie od­po­wia­da. Je­stem w…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej