NIEprzegrany zakład - Weronika Tomala - ebook
BESTSELLER

NIEprzegrany zakład ebook

Weronika Tomala

4,4

372 osoby interesują się tą książką

Opis

Cyniczny biznesmen i skromna kelnerka. Szansa na znajomość jak jeden na tysiąc. Szansa na miłość?...

Kolejna powieść autorki Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc

Filip, zamożny przedsiębiorca, jak co roku bierze udział w świątecznej akcji organizowanej przez fundację na rzecz biednych dzieci. Nie z dobroci serca, ale by wykreować dobry wizerunek firmy. Tak trafia na list chłopca, który zaskakuje go swoim skromnym marzeniem. Filip upatruje w tym podstęp, co staje się powodem sprzeczki między nim a sekretarką, w wyniku której zawierają zakład. By przekonać się, kto ma rację, mężczyzna zdobywa adres rodziny nadawcy. Na miejscu, w ubogiej dzielnicy, drzwi otwiera mu zdezorientowana kobieta.

Natalia jest samotną matką. Ciężko pracuje jako kelnerka, by utrzymać siebie i syna. Niespodziewane pojawienie się młodego biznesmena wywołuje zamieszanie i Natalia wyrzuca go za drzwi. Filip nie przywykł do takiego traktowania ani do kobiet obojętnych na jego urok. Nie potrafi jednak zapomnieć pięknych, orzechowych oczu Natalii. Postanawia nie odpuszczać. Pomiędzy tą dwójką rodzi się coś, przed czym oboje starają się bronić…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 306

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Weronika Tomala NIEprzegrany zakład ISBN Copyright © by Weronika Tomala, 2020All rights reserved Redakcja Karolina Kaczorowska Projekt okładki i stron tytułowych Paulina Radomska-Skierkowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Jeżeli masz więcej szczęścia niż inni, zbuduj dłuższy stół, nie wyższy płot.

Autor nieznany

Mojemu Braciszkowi — Damianowi

Mam nadzieję, że w końcu przeczytasz

jakąś moją książkę ;)

Rozdział 1

Filip

— Pani Jolu, poproszę do mnie. — Puszczam czerwony przycisk interkomu i z impetem siadam na miękkim, niczemu niewinnym fotelu. Jestem niezadowolony. A jeśli jestem niezadowolony, to i niemiły. Co nikogo już nie dziwi. Zresztą mogę sobie na to pozwolić. W moim świecie to ja ustalam zasady. Ciężko na to pracowałem i teraz odcinam kupony.

Rozglądam się po przestronnym wnętrzu mojego biura, w którym nie ma zbędnych, zagracających pomieszczenie dodatków, a które i tak wygląda na luksusowe. O to chodzi. Przyjmuję tutaj gości, z którymi prowadzę interesy, obracając sporymi kwotami. Takimi, od których klasie średniej naszego kraju z pewnością zakręciłoby się w głowie. Zerkam ponownie na oszkloną ścianę za moimi plecami. I znowu czuję przypływ złości.

Od samego siebie i od otaczających mnie ludzi oczekuję perfekcji, a jeśli ktoś nie wywiązuje się ze swojego zadania…

— Tak jest, panie Filipie. — Jola wchodzi do mojego pokoju, zamyka za sobą drzwi i staje przede mną, czekając na polecenia. To moja pracownica z najdłuższym stażem. Zatrudniałem ją jeszcze wtedy, kiedy lokum dla firmy wynajmowałem w starej gdańskiej kamienicy. Mam do Joli ogromne zaufanie, bo jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Potrafię to docenić. Za solidne wypełnianie obowiązków hojnie się odpłacam. Czasami myślę, że to właśnie z powodu tych niemałych pieniędzy Jola tak dzielnie znosi moje humory. Bywam okropny. Wiem o tym i staram się nad tym panować. Ale niektóre sytuacje wyprowadzają mnie z równowagi — jak na przykład ta.

— Niech pani znajdzie papiery firmy, która wymieniała tutaj okna, zadzwoni do nich i przekaże, że chcę rozmawiać z szefem — mówię i przekładam na biurku kolejne teczki ze zleceniami.

— Czy coś się stało? — dopytuje. Pewnie chciałaby podczas rozmowy, którą ma przeprowadzić, precyzyjniej nakreślić sytuację.

— Tak. Stało się. Spierdolili robotę, to niech przyjeżdżają! — kończę, a ona już wie, że w tym momencie lepiej nie wdawać się ze mną w dyskusje.

— Dobrze. Już się robi. — Wycofuje się.

Przez niedomykającą się szybę dmucha do środka zimne powietrze. A że moje biurko znajduje się tuż przy oknie, czuję nieprzyjemny powiew wiatru na plecach. Co z tego, że delikatny. Gardzę pracą wykonaną byle jak.

— Szefie. — Podnoszę wzrok i widzę, że jednak zaryzykowała. Myślałem, że już sobie poszła. Milczę. — Na skrzynkę firmową przyszła prośba świątecznej fundacji zajmującej się realizacją marzeń z listów napisanych przez dzieci. Wydrukowałam kilka z nich. Maluchy z biednych rodzin proszą o zabawki — mówi, po czym dodaje: — Pod choinkę. Pamięta szef, że już od trzech lat bierzemy w tym udział?

— Pod choinkę? Cholera, przecież dopiero… — zawieszam głos — no tak, listopad. — Sam jestem zaskoczony tym, że rok powoli ma się ku końcowi. Przecież dopiero co była Wielkanoc. Szlag by trafił zegar i kalendarz. Znowu będę o rok starszy. Cyfra trzydzieści trzy nie napawa optymizmem.

Jola robi minę w rodzaju „a nie mówiłam” i przytakuje głową.

— Nie mam teraz czasu. Niech pani przejrzy te listy i sama coś wybierze. — Macham ręką. — Potem mi pani powie, jaką kwotę przelać. Kupi pani co trzeba, prawda? — To raczej pytanie retoryczne. Mógłbym przysiąc, że chciała przewrócić oczami. — Cieszę się, że się dogadaliśmy — kończę.

Wychodzi i zamyka za sobą drzwi.

Święta. Wzdycham i obracam się na fotelu, by widzieć panoramę miasta rozpościerającą się za oknem. Gdyby nie wieżowiec, miałbym jak na dłoni całą rafinerię, która nocą przypomina oświetloną choinkę.

Świecące słońce i temperatury dalekie od zimowych nie tworzą klimatu oczekiwania na zbliżające się świąteczne dni. Zresztą i tak nie mam zamiaru spędzać tutaj Bożego Narodzenia. Od kiedy zmarła babcia, Wigilia już nigdy nie była dla mnie wyjątkowym dniem. Ojciec tonął w gniewie po odejściu matki i choć próbował kultywować świąteczne tradycje, efekt był marny. Dodatkowo teraz, kiedy znalazł sobie nową żonę i układa z nią życie, nie będę się pakował z buciorami do ich rodziny. Choć skłamałbym, mówiąc, że nie cieszę się jego szczęściem i że jestem w jego domu niemile widziany.

Może zatem… Filipiny? Skoro mamy listopad, najwyższy czas coś zorganizować. Na moment odpływam myślami daleko poza swój gabinet.

Zamykam oczy i masuję skroń. Drapię się po głowie, mierzwiąc fryzurę, którą rano naprędce układałem z niedługich, a jednak wymagających użycia grzebienia i pianki włosów. Muszę wrócić do rzeczywistości. Otwieram teczkę i zatapiam się w dokumentach. Uporam się z tym wszystkim dzisiaj, choćbym miał tutaj siedzieć do północy.

Z hukiem zamykam segregator i odsuwam go na drugi koniec biurka, jak najdalej od siebie. Jestem wykończony i mam już serdecznie dość pracy na dzisiaj. Poniedziałki bywają ciężkie. No cóż, nawet dla tych, którzy sami dla siebie są szefami. Wbrew pozorom prowadzenie własnego biznesu nie jest łatwym kawałkiem chleba.

Poprawiam mankiety białej koszuli i wstaję. Za oknami zdążyło się zupełnie ściemnić. Przegapiłem moment zachodu słońca.

Zdejmuję z fotela granatową marynarkę Armaniego i przerzucam ją przez ramię. Najwyższy czas wracać do domu. Przez głowę przelatuje mi myśl dotycząca felernego okna. Już nawet nie chce mi się złościć. Zużyłem całą energię na te wszystkie papierzyska. Robię krok w przód, z zamiarem wyjścia, kiedy nagle telefon zaczyna mi wibrować w ręce.

SMS.

„Co dzisiaj robisz?” Agata. Czy jakoś tak. Powinienem bardziej uważać na to, komu daję swój numer. Ta dziewczyna kiedyś mnie wykończy. Nie zamierzam odpowiadać. Ileż można.

Leniwie otwieram drzwi — i prawie dostaję zawału.

— Jola? A co pani tutaj jeszcze robi? — Myślałem, że już dawno poszła. Prawie podskakuję, kiedy łypie na mnie spod okularów. Zerkam na zegarek. Prawie siódma. — Dzieci na panią nie czekają? — Wiem, że ma ich troje. Najstarsze będzie już miało ze dwanaście lat.

Nabiera powietrza, po czym powoli je wypuszcza.

— Musiałam porozsyłać rachunki do księgowości, załatwić sprawę okien — wylicza.

Wiem, wiem… Nie musi przesadzać z tym wyniosłym tonem.

— Zanieść papiery do tłumacza — kontynuuje — i jeszcze przejrzeć te świąteczne listy. — Kładzie kartkę A4 na jednym ze stosów. — Wydrukowałam skany umieszczone na stronie fundacji, bo od tego komputera już naprawdę bolą mnie oczy.

— Trzeba było wybrać pierwsze dziesięć z brzegu i byłoby po problemie. — Wzruszam ramionami. Nie rozumiem, dlaczego tak się w to angażuje. Przecież to tylko listy. Jeśli my nie spełnimy marzenia konkretnego dziecka, spełni je ktoś inny. Strata czasu.

Kręci głową na znak, że się ze mną nie zgadza.

— Jak mam coś zrobić, to albo konkretnie, albo wcale — stwierdza stanowczo.

Siadam na skraju jej, a właściwie mojego biurka (w końcu kupiłem je za własne pieniądze). Rzucam marynarkę na stojącą obok szafkę i biorę pierwszą kartkę z brzegu.

— „Drogi Mikołaju, w tym roku proszę o książki Harry’ego Pottera” — czytam na głos. Pismo jest staranne, a litery ogromne. Mimo to odpuszczam sobie dalszy ciąg. Przekładam następną kartkę, z ładnie wyrysowaną postacią renifera Rudolfa. — „Mikołaju, w tym roku proszę o grę Szalona spłuczka. Tak jak prosiłeś, byłem grzeczny”. — Robię wielkie oczy, spoglądając na Jolę. To brzmi bardzo dziwnie.

— To nie te. Nie z tego stosu. — Jola wyciąga wydruki z mojej dłoni. — Te odrzuciłam — mówi, a potem pokazuje inną kupkę.

Biorę do ręki pierwszą z góry kartkę i już widzę, że pismo wskazuje na starsze dziecko. Prawdopodobnie takie, które w Świętego Mikołaja dawno przestało już wierzyć.

„Mikołaju, w tym roku mażę o chulajnodze wyczynowej. Wszyscy moi znajomi jusz mają. Ja nie. Przez to nieraz pomijajom mnie podczas wypraw do skejtparku”. Ile błędów!

No tak, od razu nasuwa się refleksja, że w dzisiejszych czasach bardziej od osobowości liczy się majątek. Akurat ja nie powinienem tego mówić, ale to dość przygnębiające.

„Kochany Mikołaju. Jestem już w czwartej klasie, więc naprawdę przydałby mi się ten komputer, o który proszę cię już w kolejnym liście”.

Przekładam kartkę.

„W tym roku marzę o rowerze. Nie wiem, czy zmieścisz go do swojego worka, ale na pewno mogłabym zaoszczędzić wiele czasu podczas drogi do szkoły i do domu”.

— Hulajnoga, komputer, rower — wyliczam i pobieżnie zerkam na treść kolejnych listów. — Xbox? Czy to tylko wrażenie, czy na ten stos trafiły największe perełki? — Jestem ciekaw reakcji Joli.

— Nie inaczej — przyznaje się od razu. — Kto ma tym dzieciom kupić takie drogie rzeczy jak nie pan? Tanie zabawki zostawmy innym. — Wzrusza ramionami, po czym jak gdyby nigdy nic przechodzi do dalszej weryfikacji zamówień. Jak w fabryce prezentów Świętego Mikołaja.

Nie komentuję tego, ale trudno ukryć mi uśmiech. Ma rację i kolejny raz dobrze to rozegrała. W końcu zleciłem jej zadanie, nie określając żadnych reguł. I zwyczajnie stać mnie na to. Parę tysięcy w tę czy we w tę. Przynajmniej ktoś się ucieszy. Nie jestem sknerą. To chyba ostatnie, co można o mnie powiedzieć.

Przez moment przenoszę się pamięcią do czasu, kiedy sam pisałem takie listy. Przypominam sobie te emocje, kiedy poprosiłem o klocki Lego i naprawdę je dostałem.

— Dzieci z biednych rodzin mają dzisiaj niezłe wymagania — zauważam.

— Myślę, że to nie wynika z kaprysu, ale chęci zaistnienia wśród innych — mówi Jola. Sama pewnie coś o tym wie jako matka. — Ale nie wszyscy proszą o takie rzeczy. Jest na przykład — szuka czegoś pośród rozłożonych na biurku kartek — taki list. — Rozgląda się nerwowo. — Ten — oznajmia głośno, po czym podaje mi jedną z kartek.

Dość niezgrabne, wielkie pismo. Nieprecyzyjnie połączone literki, jakby ktoś dopiero rozpoczynał swoją przygodę z pisaniem.

„Kochany Mikołaju, w tym roku chciał bym dostać blok i kretki. Mugbym malować rysunki dla mojej mamy. Wiem rze masz sporo pracy ale pamientaj o mnie. Kuba”.

Odrywam wzrok od kartki i spoglądam na Jolantę.

— Blok i kredki? — prycham. — Kto w liście do Świętego Mikołaja prosi o takie rzeczy? — To chyba przedmioty, na które stać każdego. — Rozumiem, gdyby napisał, że chce Furby’ego albo Diddla.

— A jednak. — Rozkłada ręce. — Przy czym Diddl i Furby to już nie ta epoka. — Patrzy na mnie jak na wariata.

No tak, to raczej moje czasy. Nie mam dzieci, nie znam się. Ale…

— Nie, nie. — Kiwam głową. — Założę się, że mały jest po prostu cwany. Bierze kogoś na litość, bo wie, że dzięki temu dostanie coś o wiele lepszego. Dzieci są bystrzejsze, niż pani sądzi. — Przełykam ślinę. Takie jest moje zdanie.

Staram się zbagatelizować to, co przed chwilą przeczytałem. Po co w ogóle trudzić się i pisać list dla jakichś głupich kredek? Poza tym to ewidentna wpadka. Skoro niejaki Kuba napisał ten list na kartce z bloku, musiał ten blok już posiadać. A zresztą. Po co ciągnę ten temat.

— Szczerze, szefie? Nie sądzę. Wątpię, żeby małe dziecko coś takiego uknuło. Po piśmie widać, że to jeszcze jakiś brzdąc. Nie prosi o komputer, bo po co mu komputer, jak nie będzie miał internetu ani gier? — Wzrusza ramionami. — Co pan wie o ludziach.

Ach tak? Wiem o ludziach więcej, niż może jej się zdawać. Założenie firmy wymagało szczegółowego researchu dotyczącego współczesnego rynku i konsumenta, długich analiz priorytetowych potrzeb i wydatków, a także wiedzy dotyczącej ludzkiej psychiki. Owszem, od większości tych spraw mam teraz ludzi. Ale, do cholery, na początku byłem z tym wszystkim całkiem sam.

— Niech mi pani załatwi adres tego dzieciaka — rzucam stanowczo, po czym wstaję i zabieram marynarkę.

— Co? — Jola nie kryje zaskoczenia. — Oszalał pan. — Nadal nie jest przekonana, czy mówię to poważnie.

— Przekonamy się, które z nas ma rację. Załóżmy się — rzucam propozycję. — Co pani na to?

— Nie zakładam się z panem. Nie stać mnie. — Śmieje się. — Poza tym — przybiera poważny ton — obowiązuje RODO. Fundacja nie udostępnia danych swoich podopiecznych ot tak. To niemożliwe.

Wiem, wiem. Zastanawiam się przez chwilę. Ona sama nic nie wskóra. To prawda. Ale w dzisiejszych czasach nie ma rzeczy niemożliwych. Z odpowiednimi znajomościami można obejść każdy przepis.

— Zadzwonię do Michała. — To moja złota rączka od takich zadań. Takich i innych. Choć nie zatrudniam go w firmie oficjalnie, bo w końcu im mniej osób wie o naszej znajomości, tym lepiej, łączy nas coś więcej niż pisana umowa. — Proszę mi tylko przesłać maila ze stroną tej fundacji.

Przytakuje, z pewnością się zastanawiając, co mi odbiło. A ja po prostu lubię wyzwania. I lubię udowadniać innym, że mam rację.

— To o dobrego whiskacza, co? — Poprawiam kołnierzyk koszuli i wychodzę.

Mijam gabinety mojego doradcy i księgowego, które mieszczą się na tym samym piętrze, i wchodzę do windy. Zjeżdżam na poziom minus jeden, na którym znajdują się podziemne parkingi. Przenika mnie wieczorny listopadowy chłód. Do stacyjki mojego czarnego chargera wkładam kluczyki i już nie mogę się doczekać, aż usłyszę warkot silnika, który zagłuszy moje myśli. Słucham go już od roku i ani trochę mnie to nie znudziło.

Oj tak. Dorośli mężczyźni też kochają swoje zabawki.

Rozdział 2 

Natalia

Zawartość szklanki, przez którą przed momentem miałam nieprzyjemną sytuację, ląduje w kuchennym zlewie. Odkładam naczynie na bok i sięgam po nowe.

Wkładam za ucho czarny lok, który wymsknął się z mojego półkoka, po czym opieram ręce o blat i liczę do dziesięciu. Znowu będę musiała pokryć te koszty ze swojej pensji. Każdego miesiąca zdarzają się klienci, którzy potrafią wyprowadzić z równowagi. Dziś jest właśnie taki dzień. I taka klientka.

— Co jest, Nati? — Kasia kładzie na blat talerze z resztkami sosu i zerka na mnie troskliwie. — Słyszałam, że ten babsztyl się o coś czepiał. Wszystko w porządku?

Zamykam oczy i pospiesznie przytakuję. Nie mogę tak stać w nieskończoność. Muszę naprawić „swój błąd”.

— Zamówiła wodę lekko gazowaną. — Celowo akcentuję przedostatnie słowo, jakby było to sprawą życia i śmierci. — A ta, którą jej przyniosłam, miała za dużo bąbelków. — Mówiąc, imituję wyniosły ton głosu klientki. — A przecież mamy tylko wodę gazowaną i niegazowaną. Ale ja jej o tym nie poinformowałam. — Opuszczam ramiona w geście bezradności.

— Porażka. Wiesz, że od czasu do czasu zdarzają się jakieś bufonki. — Kasia kładzie rękę na moim ramieniu.

Otwieram szklaną butelkę z wodą niegazowaną. Z dwojga złego klientka wolała już tę. Oczywiście dobitnie zaznaczając, że nie zamierza płacić za obie.

— Przychodzą tacy ludzie do restauracji raczej wątpliwej klasy, oczekując krewetek i kawioru. I jeszcze najlepiej, żeby nie trzeba było na to wszystko zbyt wiele wydać.

Zerkam na zgrzanego Marka, zatrudnionego jako pomoc kucharza, który przewraca na patelni złocisty de volaille.

— Stara raszpla — mówi, dając tym samym znać, że przysłuchiwał się naszej rozmowie. Zawsze wie, jak poprawić nastrój. — Pewnie zazdrości ci ładnej buźki i szuka pretekstu, żeby się powymądrzać. Nie przejmuj się.

Słowa Marka wywołują na mojej twarzy uśmiech. Zabieram szklankę z wodą i wychodzę na salę. W końcu dzisiaj wyjątkowy dzień. I nie pozwolę go sobie popsuć.

Dwie godziny później ściągam ze stołu biały, mocno przybrudzony obrus. Rodzina z małym dzieckiem pozostawiła po sobie mały chlewik. Plama z buraczków, wszędzie okruchy panierki. Uśmiecham się na myśl o moim Kubusiu, który kiedyś też był takim nieporadnym szkrabem.

Patrzę na wyświetlacz telefonu, który wskazuje godzinę dwunastą. Jeszcze dziesięć minut i zmykam. Muszę pilnować czasu, żeby się nie spóźnić. Chociaż szkoła mojego synka jest położona całkiem niedaleko, dojście pieszo zajmuje około piętnastu minut.

Biorę głęboki wdech. Jestem taka podekscytowana! W końcu po raz pierwszy zobaczę swoje dziecko na scenie. Występy z okazji Dnia Misia organizowane w szkole. Tak długo na to czekałam. Wczoraj starannie wyprasowałam mu pożyczoną od dzieci znajomej białą koszulę, w której Kuba wygląda jak mały przystojniak. Mrugam raz za razem, żeby nie rozkleić się ze wzruszenia. Ma włosy po ojcu, ale to jedyna cudowna rzecz, jaką ten drań po sobie pozostawił.

Otwierają się drzwi. Do środka wchodzą kolejni klienci. Myślałam, że to Ola, która miała dzisiaj przyjść trochę wcześniej.

— Natalia — słyszę głos dochodzący z zaplecza, na dźwięk którego wnętrzności dosłownie skręcają mi się w supeł. Właściciel tego lokalu, mój przełożony.

— Tak jest, bossie. — Dokładnie tak. Bossie. Ten gruby i łysy idiota kazał nam się tak do siebie zwracać. Miałam nadzieję, że nie będę musiała go dzisiaj oglądać. Zabrakło tak niewiele. Poprawiam biały uniform i idę na zaplecze.

— Za chwilę dotrze dostawa warzyw. Pójdziesz pomóc rozładować towar — grzmi, kiedy tylko pojawiam się na horyzoncie.

Przełykam ślinę, bo głos grzęźnie mi w gardle. Boję się odezwać, bo wiem, jak reaguje na sprzeciw. Ale przecież inaczej się dogadywaliśmy.

— Bossie, ale ja za parę minut muszę wyjść. Dzisiaj mój syn ma przedstawienie. — Staram się nie patrzeć mu w oczy, bo wtedy tracę odwagę. — Ola miała przyjść wcześ­niej. Przecież ustalałam to z bossem już dwa tygodnie temu. I przypominałam o tym w zeszłym tygodniu.

— Tak, ale Oli nie będzie. Plany się pozmieniały — odpowiada z satysfakcją, szczerząc wulgarnie zęby.

Wiem. Wiem, o co chodzi. To odwet za to, że w sobotę zwróciłam mu uwagę, że nie życzę sobie klepania po tyłku. Kiedy zrobił to kolejny raz, nie wytrzymałam. Nie tylko do tego zresztą się posuwał. Od jego propozycji włos może się jeżyć na głowie.

— Ale ja nie mogę sobie tego odpuścić. Obiecałam Kubie, że będę. Wszyscy rodzice będą — próbuję błagalnym głosem. Jestem gotowa uklęknąć przed nim, jeśli będzie trzeba. — Błagam. Niech mi boss tego nie robi. — Mrużę oczy i łapię się za czoło. Zdaję sobie sprawę z tego, że typ już nieraz wywinął mi złośliwy numer. Nie przewidziałam jednak, że wykorzysta akurat tę sytuację. Przecież ma dzieci. Zapewne wie, jak ważne są dla nich takie chwile. Jak ogromne znaczenie ma obecność rodzica w momentach ważnych i stresujących. A Kuba ma tylko mnie.

— Jak ci się nie podoba, to możesz zabierać swoje rzeczy i wypierdalać! — mówi podniesionym głosem i gromi mnie spojrzeniem w rodzaju „ja tu ustalam zasady”, po czym obraca się na pięcie i wychodzi.

Mam ochotę biec za nim i wrzeszczeć, ale tego nie robię. To nie był przypadek, że postanowił się dzisiaj pojawić. Zrobił to specjalnie. Parszywy gnojek.

Opieram się o ścianę i wybucham płaczem. Nie mogę stracić tej pracy, bo wyląduję z moim synkiem na bruku. On niestety dobrze o tym wie.

Zasuwam zamek niemodnej już, ale wciąż dobrze wyglądającej kurtki. Zamaszystym krokiem pokonuję kolejne metry brukowanego chodnika, mijana przez dziesiątki aut. Godzina szczytu i skażone smogiem powietrze. W telewizji ostrzegali, żeby lepiej nie wychodzić z domu.

Muszę odebrać Kubusia ze szkoły. Idąc, męczę się ze zdjęciem gumki. Luźne loki niezgrabnie opadają mi wokół twarzy, ale mam nadzieję, że przyniesie to zamierzony efekt i zapłakane oczy nie będą tak zwracać uwagi syna. Nie chcę, żeby się martwił. Dziś wystarczająco go już zawiodłam.

Zatrzymuję się na moment, by w pełni zaczerpnąć tchu. A potem idę dalej. Mimo że mocno razi mnie nisko położone słońce, da się już odczuć chłód nadciągającej zimy. Jeszcze trochę i zacznie się ściemniać.

Wchodzę do długiego budynku szkoły, do której sama uczęszczałam jako dziecko, i zmierzam w kierunku szatni. Z daleka widzę jasną czuprynkę opartego o ścianę Kuby. Od tego widoku cieplej robi mi się na sercu. Ze wszystkich sił próbuję opanować piekący ból w gardle i szczypiące oczy. Przecież dzisiaj miałam być tutaj znacznie wcześniej. Na pierwszym przedstawieniu mojego syna, w którym grał ważną rolę. Te chwile nigdy się już nie powtórzą.

— Mamusia! — Biegnie w moją stronę radosny. A potem, nagle, jakby o czymś sobie przypomniał. — Nie było cię — mówi i zatrzymuje się tuż przy moich otwartych ramionach. Analizuje wyraz mojej twarzy.

Próbuję się uśmiechać.

— Kochanie, musiałam zostać w pracy. Bardzo chciałam zobaczyć twój występ. Na pewno byłeś niesamowity — próbuję zagadać sytuację.

— Twoje krzesełko było puste. Szukałem cię, bo miałem dla ciebie przygotowany obrazek. Wszyscy mieli. — Patrzy na mnie tymi swoimi dużymi smutnymi oczami. — Obiecałaś, że będziesz.

Czuję, że zaraz pęknie mi serce. Z trudem oddycham. Zawiodłam mojego synka. Przełykam ślinę, a potem kucam przy nim i biorę go w ramiona tak, żeby nie mógł mnie dłużej oglądać.

— Nie złość się na mnie. Przysięgam ci, Kubusiu, że bardzo mi na tym zależało. Kocham cię przecież najmocniej na świecie. Ale po prostu nie mogłam.

Rozlega się dźwięk dzwonka. Przenikliwy. Donośny. Rozkrzyczane dzieci rozbiegają się w różne strony, zabierając swoje plecaki. A potem gwar milknie. Jakiś chłopiec koło nas wyciąga zeszyt i oznajmia drugiemu, że musi pouczyć się na kartkówkę.

— Czas już na nas, synku. — Puszczam go. Jest taki mały i bezbronny. Chyba najniższy w klasie. Wygląda jak mróweczka pośród tych wszystkich wielkoludów kończących ostatnie klasy podstawówki. Nagle wpadam na pomysł, który na pewno go ucieszy. — Jeśli się pospieszymy, może uda nam się zahaczyć o plac zabaw. — Trudno o bardziej wyszukane rozrywki, kiedy na co dzień przeliczam każdy grosz. Gdybym zarabiała więcej, w ramach rekompensaty zabrałabym go do kina. Z pewnością by się ucieszył. Jeszcze nigdy nie był w kinie.

— Jasne — ożywia się — biegnijmy! — Wyrywa się do przodu, tak że muszę przyspieszyć kroku.

— Zaczekaj, Kubusiu! — krzyczę za nim.

Odwraca się i wyciąga w moim kierunku rękę.

— Szybki jestem, prawda? Pani pochwaliła mnie na wuefie i powiedziała, że kiedyś mogę startować w zawodach. — Pręży się, zadowolony z siebie.

Mój mały szkrab.

— Tak. Pędziłeś jak błyskawica. — Śmieję się. — Jestem z ciebie taka dumna.

Czuję ulgę. Wybaczył mi. Choć na pewno go zawiodłam. Ale ja nie wybaczyłam sobie. Nawet jeśli to nie była moja wina. Może gdybym ostatnio się nie postawiła bossowi… Brr… Wzdrygam się na myśl o jego wstrętnych łapach. Trudno. Muszę wyrzucić to wszystko z głowy. Teraz jestem z Kubusiem i będziemy się dobrze bawić. Tylko to się liczy.

Wracamy do domu wykończeni. To znaczy ja jestem wykończona. Kubuś całą drogę powrotną wesoło podskakuje. Wysiłek fizyczny inaczej działa na dzieci niż na dorosłych. Napędza je, pobudza, podnosi poziom adrenaliny. Ja mam już dość.

Słuchając opowieści synka dotyczącej dzisiejszego dnia, podgrzewam wczorajszą pomidorówkę i przecieram pokryty ceratą stół. Jest nowiusieńka. Szara w drobne czerwone różyczki. Pokrywa brzydki stół, którego wygląd ratuję za jej pomocą. Chciałabym mieć ładną, nowoczesną kuchnię, taką jak w salonach meblowych. Kiedyś wybrałam się do jednego, ale zamiast polepszyć sobie humor, wpadłam w przygnębienie. Tyle cudów, i wszystkie poza zasięgiem mojej kieszeni.

Nalewam zupy do głębokich misek i zaczynamy pałaszować.

— Jutro mamy sprawdzian z angielskiego. Pani będzie nas pytać — mówi znad talerza Kubuś, odsłaniając przy tym swoje dwa duże, niedawno wyrośnięte zęby.

— No to koniecznie musisz się dzisiaj jeszcze pouczyć, pomogę ci.

— Nie trzeba. — Wzrusza ramionami. — Wszystko umiem. Dzisiaj mieliśmy powtórzenie.

Dziękuję Bogu za to, że Kuba jest takim skrupulatnym uczniem. Mogłabym na bieżąco śledzić jego oceny, ponieważ na wywiadówce dostaliśmy kod do internetowego konta dziecka. Coś w rodzaju dziennika, z zapisanymi ocenami i informacją o zapowiedzianych sprawdzianach. Niestety nie mogę z niego korzystać, bo nawet nie mam komputera. O internecie nie wspominając.

Odkładam swój talerz do zlewu i odkręcam kurek. Ciepła woda spływa mi po dłoni, kiedy płuczę brudne na­czynie.

Zerkam przez okno. Moją uwagę zwraca ciemny, parkujący przed blokiem samochód. Pierwszy raz widzę w tej okolicy takie auto. Ktoś się chyba pomylił. Tutaj…

— Mamo — słyszę i odwracam się w kierunku synka. — Pyszna ta zupka.

Podchodzę do Kubusia i widzę, że jego talerz jest już pusty.

— Dolać ci jeszcze? — pytam.

Przytakuje ochoczo. Na moment zapominam o luksusowym aucie przed blokiem.

Rozdział 3

Filip

— Co jest, do kurwy nędzy? — Wysiadam z chargera i rozglądam się dookoła. Poprawiam poły marynarki, czując, że mój ubiór nie pasuje do otoczenia. W dodatku ten krawat. Nie mam w zwyczaju dostosowywać się do innych, szanuję moją niezależność, lecz mimo to odwiązuję krawat i ciskam na fotel kierowcy. Odpinam też pierwszy guzik koszuli, która nagle wydaje się o rozmiar za ciasna. Dziwne, rano jeszcze idealnie na mnie leżała.

Robi mi się duszno. Co to za slumsy? Mieszkam w Gdańsku od urodzenia, ale nigdy dotąd nie miałem okazji być w tej dzielnicy. Patrzę na blok, do którego mam wejść, i zastanawiam się, czy się nie wycofać. Najwyżej kupię Joli tę whisky… Niech szlag trafi moją dociekliwość. Kupiłbym dzieciakowi blok i kredki i byłby spokój.

Jakiś na wpół łysy kundel łasi się do mnie. Merda ogonem, jakby znał mnie od lat.

— Zmykaj, mały — mówię do niego. — Nie mam nic do jedzenia. Idź. — Pokazuję palcem przed siebie.

Nie odpuszcza. Idzie obok mnie, z determinacją spoglądając w górę.

Wcześniej nie zastanawiałem się, kogo mogę spotkać po drugiej stronie drzwi, do których zapukam. A jeśli otworzy mi jakaś zapijaczona gęba? Bo niby kto tak mieszka.

Zerkam w górę. Stoję przed wysokim budynkiem, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Czy miasto nie powinno przeprowadzić tu remontu? Przecież budynek grozi zawaleniem. Gdzieniegdzie widać jeszcze drewniane okienne ramy. Tragedia.

Popycham zbutwiałe drzwi i wchodzę na klatkę schodową. Odór stęchlizny drażni moje nozdrza. Fuj. Gdybym miał maseczkę, nie zawahałbym się jej użyć.

Dobra. Poddaję się. Wierzę już, że dzieciak z takiego miejsca może chcieć tylko blok i kredki.

Zza drzwi na parterze dochodzą odgłosy jakiejś kłótni — padają niewybredne wyzwiska. Zerkam na obskurne schody i wiem, że o windzie nie ma nawet co myśleć. Muszę się pilnować, by nie złapać za poręcz. Pewnie nikt od lat jej nie czyścił.

Tym razem chyba byłbym wdzięczny Michałowi, gdyby powiedział, że nie da się namierzyć adresu tego chłopaka.

Staję w miejscu, zakładając rękę pod bok. Rozglądam się, zastanawiając się, co robić. Chyba nie dam rady. I nagle nachodzi mnie myśl: Ja? Ja mam się poddać? Nie ma mowy. Skoro już tutaj jestem, idę dalej.

Docieram na czwarte piętro, zadowolony, że nie złapałem zadyszki. Wycisk na siłowni trzy razy w tygodniu daje efekty. Dbanie o formę to podstawa. Poza tym można popatrzeć na ćwiczące fitnesski. Ale to już zupełnie inny temat.

Staję przed drzwiami z numerem 45. Zerkam na ekran telefonu, upewniając się, że to właściwy adres. Po drugiej stronie drzwi nie słychać zupełnie nic. Cisza. Żadnych odgłosów kłótni i żadnych oznak życia. Nie wiem, czy to dobrze. Może po prostu nikogo nie zastałem.

Rozglądam się w poszukiwaniu dzwonka, ale go nie znajduję. No dobra. Splatam dłoń w pięść i kostką wskazującego palca stukam w drzwi nieopodal wizjera.

Czekam.

Dałbym sobie rękę uciąć, że usłyszałem jakiś szmer za drzwiami.

Stukam ponownie.

Rozlega się brzdęk otwieranego zamka i widzę ruch klamki.

Jasna cholera. Chyba nikt nie przywali mi w mordę na powitanie. Tyle się słyszy o przemocy w rodzinach z podobnych środowisk. Biorę głęboki wdech….

A potem przeszywa mnie hipnotyzujące spojrzenie orzechowych oczu. Zdziwione, pełne niezrozumienia i… strachu.

— Kim pan jest? — rozlega się melodyjny głos, który przenika mnie na wskroś. Kobieta patrzy na mnie nieufnie zza lekko uchylonych drzwi.

Chyba powinienem coś powiedzieć.

— Dzień dobry. Czy mieszka tutaj Kuba?

Natalia

Stoję jak słup soli. Facet, który wygląda jak z jakiegoś brazylijskiego melodramatu, właśnie zapytał o mojego syna. Jeszcze przed sekundą byłam przekonana, że pomylił drzwi.

Czuję nieprzyjemny skurcz w żołądku. Z pewnością nie z głodu. To nie jest ojciec któregoś z kolegów Kubusia. Kojarzę większość z nich. A jeśli to jeden z tych typów z opieki społecznej, którzy tylko szukają pretekstu, by odebrać komuś dziecko? Czasem się o tym słyszy. Żyjemy skromnie, ale mamy co jeść, chyba nie powinnam mieć takich obaw?

— Czego pan chce od mojego syna? — Przyjmuję bojową postawę. A jeśli Kuba coś zrobił? Ufam swojemu dziecku, chociaż teraz przez głowę przebiega mi wiele niepokojących myśli.

— Chciałbym tylko porozmawiać. Przepraszam, nie przedstawiłem się. — Wyciąga rękę. — Nazywam się Filip Stern i przychodzę w sprawie świątecznego listu Kuby, który został mi przekazany przez fundację.

Jego głos brzmi pewnie. Pasuje do jego sylwetki. To jakiś ważniak. A przynajmniej tak go oceniam. Przed oczami staje mi samochód zaparkowany przed blokiem. Ten, który przed paroma minutami zobaczyłam w oknie.

— Kim jest ten pan? — słyszę za sobą. Odwracam się. Moje dziecko z buzią umorusaną od pomidorówki stoi za mną, najwyraźniej oczekując odpowiedzi.

Nie odpowiadam, bo i nie wiem, co powinnam powiedzieć. Nagle słyszę zgrzytnięcie drzwi otwieranych naprzeciwko. O nie, tylko nie to. Pani Kowaluk szuka pretekstu, by posłuchać, co się dzieje.

— Czy mogę prosić o ciszę? — mówi i świdruje nas wzrokiem. Przecież nie hałasujemy. Do ciszy nocnej daleko. Typowe. Mam nadzieję, że nakarmiła oczy do syta.

— Proszę mi zaufać. Mam dobre intencje — mówi ważniak.

To zupełnie obcy mężczyzna. Choć wydaje mi się zbyt elegancki, by mógł okazać się złodziejem. Sytuacja jest niewątpliwie dziwna. Już sama nie wiem, co myśleć.

— Niech pan wejdzie — decyduję wreszcie i uchylam drzwi, choć niechętnie.

Podchodzę do przestraszonego Kubusia i łapię go za ramiona. Z fundacji? W sprawie listu mojego synka? Nie mam bladego pojęcia, o czym on mówi. Narasta we mnie ciekawość, pomieszana z obawami oraz irytacją.

Nie potrzebujemy niczyich pieniędzy. Nawet nie mam zamiaru proponować mu, by się rozgościł. Nie zaprosiłam go tutaj przecież.

Mężczyzna rozgląda się wokół, jakby badał stan ścian tego mieszkania. Architekt? Budowniczy?

— Przytulnie tutaj — mówi i uśmiecha się lekko — ale przejdźmy do rzeczy.

— Doskonale. Chciałabym wiedzieć, o co chodzi. — Staram się, by mój głos brzmiał pewnie, choć trudno mi ukryć jego drżenie.

Przypominam sobie o naciągniętej bluzce, którą mam na sobie, i zaczynam się czuć niezręcznie. Wygładzam ją i poprawiam. Do licha! Przecież to, jak jestem ubrana, nie powinno mieć w tym momencie żadnego znaczenia — upominam siebie.

— Kuba, prawda? — Mężczyzna zwraca się do mojego synka. Mały przytakuje głową, zerkając na niego niepewnie. — Napisałeś list, w którym poprosiłeś o blok i kredki.

— Synku, o czym ten pan mówi? Jaki list? I czemu ja nic o tym nie wiem? — Jestem zdenerwowana.

— Mamusiu, pani pedagog w szkole zabrała nas do swojego gabinetu. Kilku wybranych uczniów miało napisać, o czym marzy — tłumaczy się. — Ja, taka Anka... Nie wszystkich znam.

Wybranych. No tak. Będę musiała porozmawiać z tą kobietą. Przecież jestem matką Kuby. O ile się nie mylę, nie można robić takich rzeczy za moimi plecami. Jestem coraz bardziej wściekła. Nie potrzebujemy niczyjej pomocy. Damy sobie radę.

— To dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Kredki, Kubusiu? Przecież masz kredki. Kupiłam ci je kilka miesięcy temu. — Jestem zła. Jeszcze moment i wybuchnę.

— Mamusiu, ale mam tylko sześć kolorów. Marek ma dwadzieścia. Nawet złoty i srebrny — wyjaśnia, a w jego oczach widzę przerażenie. Boi się. Zareagowałam tak, jakby zrobił coś złego. Jego mała bródka drży. — Ja mam najmniej kredek z wszystkich. Nie mogę malować takich ładnych prac jak inni. — Nie mówi tego z wyrzutem. Po prostu się tłumaczy.

— Twoje prace są najpiękniejsze. — Mówiąc to, próbuję załagodzić sytuację.

— Ale ja pisałem list do Mikołaja. A ten pan nie jest Mikołajem. Nic nie rozumiem. — Kubuś jest równie zdezorientowany co ja.

W tym momencie przypominam sobie, że nie jesteśmy sami. Podnoszę wzrok i widzę, że nieznajomy wnikliwie nam się przygląda. Gromię go spojrzeniem. Po co tutaj przyszedł? Nikt go tutaj nie zapraszał.

Mężczyzna kuca tak, by spojrzeć mojemu dziecku prosto w oczy i mówi spokojnie:

— Słuchaj, chłopaku, jestem pomocnikiem Świętego Mikołaja, rozumiesz?

O mało nie wybucham śmiechem. Nerwowym.

— Ale pomocnicy Mikołaja to elfy. Chodzą w zielonych strojach. I są mali. — Kubuś przenosi wzrok z niego na mnie. — A ten pan jest duży. Prawie jak tata Darka. I ma inne ubranie — zauważa.

Zapada niezręczna cisza. Pięknie.

— No tak. Im bliżej świąt, tym stajemy się mniejsi. I zakładamy te zielone ciuszki, które przygotowuje dla nas Mikołaj. — Mężczyzna próbuje wybrnąć, ale nie wiem, czy mu się to uda. Kuba nie jest głupi.

Łapię się za czoło, bo dociera do mnie absurdalność tej sytuacji. Zwracam się do synka:

— Kubusiu, idź na moment do kuchni. Zaraz do ciebie przyjdę.

Zdezorientowany maluch nawet nie dyskutuje. Idzie prosto przed siebie, a potem odwraca się, zerka na nas niepewnie i rusza dalej. Znika za rogiem.

Odprowadzam go wzrokiem, uświadamiając sobie, jak z wrażenia wali mi serce. Nabieram powietrza.

— Widzi pan, co pan narobił? — mówię rozgoryczona. — Proszę wyjść i już więcej nie wracać. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest pan z zupełnie innego świata, ale to nie uprawnia pana do nachodzenia uczciwych ludzi. Może i nie mamy pieniędzy, ale nie jesteśmy małpami w zoo, do których można przychodzić, żeby je pooglądać.

Otwiera usta. Zapewne jest zdziwiony tym, że ktoś mu się sprzeciwia. Widzę jego równiutkie białe zęby. Usta okolone delikatnym zarostem.

Opuszczam głowę.

— Zachowuje się pani jak urażone dziecko — gani mnie.

Czy ja dobrze słyszę?

— Proszę wyjść. — Te słowa ledwo przechodzą mi przez gardło. — Sami damy sobie radę. W te święta i w kolejne — mówię oschle.

Mężczyzna patrzy na mnie jeszcze przez moment. Potem przenosi wzrok na ściany, na wnętrze mieszkania i łapie za klamkę.

— Do widzenia. — Nie raczy mnie już spojrzeniem.

— Oby nie — mówię i patrzę na zatrzaskujące się drzwi. A potem zamykam zamek na dwa spusty, opieram się o framugę i zaciskam powieki, by powstrzymać łzy.

Rozdział 4

Filip

Rzadko kiedy zakładam czarny garnitur. Wolę odcienie niebieskiego, ale czarny doskonale podkreśla mój dzisiejszy nastrój. Zerkam nerwowo na zegarek. Zaspałem. To efekt fatalnej nocy, podczas której nie potrafiłem się uspokoić. Najpierw zaprosiłem do siebie Magdę, a po wszystkim po prostu ją odprawiłem. Nie jestem przyzwyczajony do budzenia się u boku kobiety, więc konsekwentnie tego unikam. Mam swoje przyzwyczajenia, to chyba normalne. Magda jest moją przyjaciółką. To tak zwana przyjaźń z bonusem. Jest nam razem dobrze, w pewnych sytuacjach, ale nic poza tym. Potem do jakiejś czwartej obracałem się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Ścięło mnie dopiero nad ranem i w konsekwencji przed dziewiątą zerwałem się na równe nogi w lekkim oszołomieniu. Mnie się to nie zdarza. Nie spóźniam się i nie zawalam pracy. Chwała niebiosom za to, że nie muszę się nikomu tłumaczyć. I za to, że do południa nie miałem żadnego umówionego spotkania.

Wpadam do biura Joli, prowadzącego bezpośrednio do mojego gabinetu.

— O! Dzień dobry, panie Filipie. — Sekretarka wstaje zza biurka, po czym siada. — Myślałam, że już się pan dzisiaj nie pojawi.

Chyba nie oczekuje ode mnie odpowiedzi. Mimo to…

— Musiałem coś załatwić — rzucam w jej kierunku.

— Za chwilę przyniosę panu raporty — słyszę za swoimi plecami, jednak się nie odwracam. Kładę walizkę na podłogę, zdejmuję marynarkę i poprawiam mankiety koszuli. Rzucam się na fotel i odchylam głowę w tył. Co się ze mną dzieje.

Wracam myślami do wczorajszego dnia. Obskurne blokowisko i ten mały chłopiec. On naprawdę marzy o zwyczajnych kredkach. Niech to szlag. Ale się wygłupiłem. Pomocnik Mikołaja. Elf. Parskam nerwowo.

Ta kobieta. O wielkich orzechowych oczach patrzyła na mnie jak na idiotę. Kretyn. A potem zwyczajnie mnie wyrzuciła. Jeszcze nikt nigdy tak mnie nie potraktował. Wariatka. Warczała jak rozjuszony pies.

Jestem zły. A równocześnie moje poczucie obowiązku nie pozwala mi zapomnieć o sprawie. Skoro wziąłem ten list w swoje ręce, powinienem coś zrobić.

Puk, puk.

Drzwi otwierają się i do środka wchodzi Jola. Kiedy mam spotkanie z klientem, zawsze czeka na moje pozwolenie. Jeśli jestem sam, puka i od razu wchodzi.

— Zapowiedziane raporty — mówi i kładzie na moim biurku kilka kartek.

— Chyba powinniśmy przejść na system elektroniczny i przestać produkować tyle makulatury. Rozwiązania eko są teraz modne, no nie? — Biorę do ręki pierwszą z brzegu stronę.

— Jestem za. W przyszłym tygodniu miasto organizuje akcję sprzątania okolic. Polecam. Skoro już zaczął pan ten temat — mówi, uśmiechając się pod nosem.

Mierzę ją surowym spojrzeniem i kiwam głową z powątpiewaniem. Zwykle z rana jestem w dobrym humorze, więc czasem żartujemy, ale dziś nie mam na to ochoty.

— Poproszę o mocne espresso. Muszę stanąć na nogi. — Pobieżnie śledzę tekst z analizą tygodniowych statystyk. Sprzęt elektroniczny zawsze jest na topie, więc prowadzenie biznesu z tym związanego okazało się strzałem w dziesiątkę.

— Oczywiście. — Odwraca się i odchodzi.

Całe szczęście.

— A, jeszcze jedno — słyszę.

Wzdycham, bo chciałbym się już skupić na pracy.

— Czy chce pan jeszcze przejrzeć te listy z fundacji, które wybrałam na świąteczną akcję? — Wysoko podnosi brwi. — Zrobiłam już wstępne podsumowanie kosztów zabawek. Około sześciu tysięcy.

— Nie trzeba. Jeszcze dziś dostanie pani gotówkę — stwierdzam obojętnie. Byleby już sobie poszła. — Chyba że woli pani kupić to przez internet?

— Tak chyba będzie wygodniej. To znaczy — jąka się — przez internet.

— W porządku — mówię i zerkam w papierzyska, dając jej tym samym znać, że ma już znikać. Znienacka uderza mnie jedna myśl. Zdążam w ostatniej chwili przed jej wyjściem. — Czy ten list o kredkach wzięła pani pod uwagę? — Chcę się upewnić, bo pamiętam, że koncentrowała się raczej na tych droższych prezentach. A mnie nagle zaczęło zależeć na tym, by zająć się sprawą Kuby.

Przytakuje.

Pół godziny później dzwoni do mnie kierownik działu kadr z prośbą o spotkanie. Widocznie zmieszany staje przed moim biurkiem. Postawny facet, a wygląda, jakby chciał się zapaść pod ziemię. Tak. Z pewnością by tak zrobił, gdyby nie fakt, że utrudnia mu to marmurowa podłoga.

— Panie Filipie, nie zajmę panu sporo czasu — zaczyna.

— W takim razie od razu mów, o co chodzi, bo przez takie zbędne wstępy właśnie ten czas tracimy. — Opieram się o fotel i stykam dłonie opuszkami palców, uważnie przyglądając się jego twarzy. Jest bardzo niepewny siebie. I przestraszony. Nie lubię takich typów. W robocie trzeba być twardym.

Mam ochotę zabawić się jego kosztem. Tak, bywam dupkiem.

— Chodzi o to, że w organizmie jednego z pracowników wykryto dwa i pół promila alkoholu. W godzinach pracy — dodaje, jakbym miał się tego nie domyślić. To logiczne, że w pracy. Inaczej z pewnością nie zawracałby mi dupy.

— I co w związku z tym? — Wzruszam ramionami.

— Chłopak jest solidny, ale wczoraj zachowywał się dziwnie. Dlatego zleciłem zbadanie go alkomatem. No i mamy wynik — wyrzuca z siebie z prędkością światła. — Ponoć pokłócił się z dziewczyną.

Czy ja dobrze słyszę? Czy on próbuje go bronić?

— Dla mnie sprawa jest oczywista. Do zwolnienia. — Opieram łokcie o stół, tym samym przybliżając się w stronę kierownika. — W trybie dyscyplinarnym — dodaję, prawie sycząc.

Widzę, jak oczy mojego podwładnego się powiększają.

— Ale on ma w drodze dziecko. Musiałem pana o tym poinformować, bo na pierwszym miejscu stawiam sumienność. Chociaż to naprawdę dobry pracownik. Jestem przekonany, że to jednorazowy wybryk — mówi gorączkowo.

— Dlaczego ty się za niego tłumaczysz? Zdarzyło się raz, może się zdarzyć kolejny. To niedopuszczalne — odpowiadam oschle. — Nie chcę takich pracowników w mojej firmie. I nie obchodzi mnie jego życie prywatne. Proszę przygotować dokumenty i jutro ma już go tutaj nie być. Skończyliśmy — stawiam kropkę nad „i”.

Nie jestem Matką Teresą, żeby ratować ludzkość. Popełniasz błąd, ponosisz konsekwencje.

Facet nie ma wyjścia. Wstaje z krzesła, częstuje mnie grzecznym „do widzenia” i wychodzi. Przez moment mam wrażenie, że chce jeszcze coś dodać. Ale ostatecznie rezygnuje. Słusznie. Wie, że równie łatwo on sam może stracić swoje stanowisko. A stanowisko kierownika wiąże się w mojej firmie z dość wysokimi zarobkami. Jestem wredny, ale za dobrze wykonaną pracę odpowiednio wynagradzam.

Półtorej godziny później otrzymuję SMS od Michała z pewnym adresem. Adresem restauracji. Oraz imieniem i nazwiskiem. Przyglądam się literkom widniejącym na ekranie: „Natalia Korczyńska”.

Biorę łyk drugiej już tego dnia kawy. Tym razem łagodniejszej dla mojego żołądka. Latte. Nie potrzebuję gwałtownego pobudzenia jak przy porannej espresso. Moje ciśnienie i poziom adrenaliny są chyba wystarczająco wysokie.

Wstaję z krzesła, zabieram marynarkę i wychodzę z biura. Pora coś zjeść, choć tym razem zrobię wyjątek i nie odwiedzę niezawodnej Filharmonii. Wybieram restaurację, która według opinii w sieci nie grzeszy wyjątkowym menu. Ale przecież czasami trzeba się poświęcić. Mam tam coś do załatwienia.

Rozdział 5

Filip

Zapinam guziki marynarki, równocześnie żałując, że nie zabrałem kurtki. Przejście nawet kilkunastu metrów bez dodatkowego okrycia to dzisiaj nie najlepszy pomysł. Jest naprawdę zimno. W powietrzu czuć już zapowiedź zimy. A jeszcze wczoraj było tak przyjemnie.

Omiatam spojrzeniem wystawioną przed lokalem tabliczkę z wypisanymi daniami dnia i pociągam za klamkę do połowy przeszklonych drzwi, przypominających nieco wejścia do marketów.

Jasne ściany — to pierwsze, co rzuca mi się w oczy. Sala, której podłogę wyłożono ciemnymi płytkami, mieści na oko piętnaście stolików. Obieram sobie za cel miejsce położone w samym rogu. Nie chcę jakoś przesadnie zwracać na siebie uwagi.

Odsuwam krzesło i siadam, a obok mnie szybko pojawia się jakaś młoda dziewczyna, kelnerka, która z szerokim uśmiechem na twarzy stawia przede mną kartę dań. Nim zerknę do środka, rozglądam się dookoła. Nieopodal mnie siedzi jakaś rozgadana rodzinka z małymi dziećmi, na drugim końcu sali para młodych, wyraźnie zakochanych w sobie ludzi.

Postanawiam wybrać jakieś danie główne. „Schabowy, pierś z kurczaka z prażonymi migdałami, pieczeń z serem i pieczarkami”.Nic nadzwyczajnego. „Gołąbki…” Odrywam wzrok od karty i zaczynam się zastanawiać. Kiedy ostatni raz jadłem gołąbki? Prawie zapomniałem, że istnieją… Pałaszowałem je z wilczym apetytem, kiedy byłem małym chłopcem. Kiedy żyła jeszcze moja babcia. Robiła najlepsze gołąbki na świecie i wiedziała, że tym daniem zawsze jest w stanie mnie zwabić do siebie. Uwielbiałem je.

Zamykam kartę, uśmiechając się na wspomnienie dziecięcych lat. Wyjmuję telefon i odruchowo sprawdzam godzinę. Nie ufam zegarom wywieszonym na ścianach obcych mi miejsc. Nie raz przekonałem się, że potrafią wskazywać nieprawidłowy czas.

Bawię się gładką strukturą mało eleganckiej karty menu. I wtedy ją zauważam. Czuję delikatne zdenerwowanie, choć przecież to ja rozdaję tutaj karty. Stern, opamiętaj się!

Zmierza w moją stronę, z włosami spiętymi w zgrabny kucyk, z którego wydostają się czarne kędziory. Nosi biały uniform, przewiązany w talii czarnym paskiem. Gdybym nie wiedział, że mieszka w takich slumsach, nigdy bym się tego nie domyślił. Jest zadbana, naturalna, tak różna od kobiet z mojego otoczenia chętnie poprawiających urodę choćby mocnym makijażem.

Idzie zamyślona, i nagle mnie dostrzega. Zatrzymuje się, lekko rozwiera usta i przyspiesza tempa. Nie wygląda na zadowoloną.

Aha. Szykuję się na starcie.

— Co pan tutaj robi? — Staje obok mnie, porządnie zdenerwowana.

— A może by tak „dzień dobry”. I „co panu podać?” — mówię opanowanym głosem, choć powoli tracę pewność siebie. — Przyszedłem coś zjeść. Chyba mi wolno, prawda? — Łapię jej spojrzenie. Spuszcza wzrok na niewielki notesik trzymany w ręce.

— To chyba nie jest miejsce dla takich ludzi jak pan — odpowiada kąśliwie.

— Nie? A dlaczego? — Udaję, że nie wiem, o co jej chodzi. — Nie widziałem nigdzie informacji o selekcji gości. A poza tym czemu, według pani, tutaj nie pasuję? — Jestem ciekaw jej opinii. Chętnie posłucham jej wyjaśnień.

Jej oddech przyspiesza.

— Wygląda pan raczej na osobę, która na co dzień stołuje się w nieco bardziej ekskluzywnych miejscach. Nie mamy tutaj ostryg czy przegrzebków. — To nie jest przyjazny ton. — Poza tym nigdy wcześniej tutaj pana nie widziałam.

— Tak? A na jakiej podstawie to pani stwierdziła? — Jestem bezczelny, wiem. Odzyskuję grunt pod nogami, widząc, że jest coraz bardziej zdezorientowana. — Bo noszę garnitur?

— Widziałam, jakim samochodem pan jeździ. To na pewno nie jest auto, którym porusza się przeciętny gdań­szczanin.

— Obserwowała mnie pani? Schlebia mi to.

Zerkam na jej rękę, którą zaciska w piąstkę. Opuszcza ją w dół.

— Co mam podać? — Poddaje się. Jest czerwona ze złości. Wbija wzrok w notes, nie racząc mnie już żadnym spojrzeniem. O uprzejmym uśmiechu nie wspominając.

— Poproszę gołąbki — odpowiadam neutralnym tonem głosu.

— Czy podać coś do picia?

— Lampkę château pape clément rouge grand cru classe— wypowiadam płynnie. Nie mogę się powstrzymać. Jestem wredny i mam z tego satysfakcję. Przez moment.

Podnosi wzrok znad kartki, ale nie patrzy w moją stronę. Nie mówi nic. Wie, że to głupi żart.

— Zwyczajna, niegazowana woda — koryguję zamówienie.

— To wszystko? — pyta, nadal spoglądając w swój notesik.

— Tak.

Wkłada długopis do kieszeni i odchodzi.

Niech to szlag. Czemu jestem takim palantem? Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że wdałem się z nią w tak bezsensowną dyskusję. Przyszedłem tutaj z zupełnie innym zamiarem. Miałem się dowiedzieć, czym interesuje się jej syn. Co jest ze mną nie tak?

Mija minuta. Potem druga. Od czasu do czasu rozglądam się dyskretnie po sali, szukając wzrokiem Natalii, ale jej nie widzę.

Po pięciu minutach jakaś młoda dziewczyna kładzie przede mną wodę oraz informuje, że czas oczekiwania na danie to kolejnych dziesięć minut. Nie najgorsze tempo.

By nie gapić się na siedzących wokół ludzi, wyjmuję telefon i od niechcenia sprawdzam przychodzące wiadomości.

Wreszcie ją widzę. Natalia. To imię naprawdę do niej pasuje. Wyciera stolik, potem odchodzi i po chwili wraca do rodzinki z dziećmi, niosąc dwie szklanki jakiegoś pomarańczowego soku. Uśmiecha się do nich. Być może nieszczerze. Ale do twarzy jej z uśmiechem. Pasuje do jej oczu. Odchodzi.

— Pana gołąbki. Życzę smacznego — słyszę nagle. Obok mnie stoi młoda kelnerka.

No tak. Mogłem się tego spodziewać, że poprosi koleżankę o dostarczenie mojego zamówienia. A przecież chciałem z nią porozmawiać. Sam na sam, bez jej synka, któremu nie mam zamiaru odbierać wiary w Świętego Mikołaja. Wyszło, jak wyszło. Będę musiał coś wymyślić.

Zaczynam jeść. Niezłe te gołąbki. Może nie takie jak te babcine, ale smaczne.

Klikam na wibrujący telefon, odrzucając połączenie. Jakiś nieznajomy numer. Teraz mam przerwę. Telefon dzwoni kolejny raz. Wyłączam go.

Jem. I dyskretnie obserwuję salę, czekając, aż wróci Natalia. Nie chcę wyjść na stalkera.

Wreszcie pojawia się. Ale nie sama. Obok niej stoi jakiś otyły łysy facet. Z dość niesympatycznym wyrazem twarzy. Dziewczyna jest spięta. Widzę to. Zaciska dłonie w pięści, po czym nerwowo przebiera palcami. Słucha go. Przytakuje mu, a potem zrywa się i znika za drzwiami.

Kim jest ten typ? Nie wygląda przyjaźnie.

Facet podchodzi do kolejnej kelnerki, idą razem w kierunku kasy i wyjmują pieniądze. Ona zostaje, on odchodzi.

Jem. Mijają kolejne minuty. Kilkanaście minut. Natalia nie wraca. Wszystkie stoliki obsługuje jedna kelnerka. Podnoszę dłoń, kiedy zerka w moją stronę.

— W czym mogę pomóc? — Uśmiecha się do mnie, ale jest lekko zdyszana. Wcale się nie dziwię. Sama obsługuje całą salę.

— Czy mogę prosić o rachunek?

— Ależ oczywiście. Zaraz przyniosę — mówi i się odwraca.

— A gdzie poszła pani koleżanka? Ta, która odbierała moje zamówienie? — pytam trochę desperacko.

Dziewczyna się waha. Mruży oczy. Chyba nie wie, czy powinna odpowiedzieć na moje pytanie.

— Nie jestem psychopatą. Muszę tylko z nią pogadać — odpowiadam łagodnie, starając się wzbudzić jej zaufanie. Przecież naprawdę mam dobre intencje.

— Szef kazał jej rozładować towar z dostawy, więc będzie z tyłu restauracji — mówi półgłosem, jakby wyjawiała mi jakąś tajemnicę. — Ale nie radzę jej tam nachodzić. Boss niemiłosiernie się wkurzy, jeśli zobaczy, że rozmawia z kimś podczas pracy. Proszę mi uwierzyć. Bywa mściwy. — Kelnerka się krzywi. Widać, że się go boi.

— Boss? Czy my jesteśmy w jakimś kiepskim amerykańskim filmie? — Marszczę brwi.

— Tak kazał na siebie mówić. — Dziewczyna wzrusza ramionami, po czym odchodzi.

Ten facet musi mieć coś z głową.

— Boss — prycham sam do siebie. Mógłbym kupić tę jego ruinę i pół osiedla chociażby jeszcze dziś.

Płacę za rachunek, zostawiając sowity napiwek, a potem biorę marynarkę i wychodzę. Nie kierując się jednak w stronę swojego auta.

Rozdział 6

Natalia

Czuję, że drżą mi nogi. Nie wiem, czy to bardziej z zimna, czy ze strachu po konfrontacji z szefem. Wciąż tutaj jest, a wtedy czuję się bardzo krucha. Nigdy nie wiadomo, do czego będzie chciał się posunąć. To nie jest dobry człowiek. Przed swoją żoną i dziećmi udaje wspaniałego męża i ojca. Gdyby tylko jego rodzina wiedziała, jaki jest naprawdę.

Podnoszę ostatni koszyk z warzywami. Będę musiała zanieść je do kuchni. Marzę o tym, żeby wrócić już do środka. Przemarzłam.

Jeszcze tylko dwie godziny i koniec na dzisiaj. Wracam do Kubusia. Nie mogę się doczekać jego szkolnych opo­wieści.

Doskwiera mi ból zatok. Masuję palcami czoło — chyba mnie przewiało. W zeszłym roku zgubiłam czapkę, a na nową zwyczajnie nie było mnie stać. Muszę zapolować na jakąś w second handzie.

— Czy ja ci płacę za stanie? — słyszę za plecami głos, od którego cierpnie mi skóra. Momentalnie zasycha mi w gardle.

— Bossie, stałam tak tylko przez parę sekund. Przysięgam — tłumaczę się cicho. — Po prostu boli mnie głowa. — Wypowiadam te słowa tak szybko, że prawie się nimi dławię.

Podchodzi do mnie bliżej. Sztywnieję. Jest niewiele wyższy ode mnie, a budzi we mnie niewyobrażalny strach. Ma nade mną nie tyle przewagę fizyczną, ile psychiczną. I to kolosalną.

— Każdy się tak tłumaczy. Wiesz, że na twoje miejsce jest cała lista chętnych?

Nie sądzę. Ale bardzo potrzebuję tej pracy. Mam tu blisko do szkoły Kubusia i mogę go każdego dnia po lekcjach odebrać. Poza tym lubię ekipę, z którą pracuję. Ale… Zastanawiam się, jak długo jeszcze będę w stanie to znosić.

Zamykam odruchowo oczy. Jakby mogło mnie to przenieść w zupełnie inny świat.

— Popatrz na mnie. Nie bój się. — Czuję jego paskudny oddech na mojej twarzy. Jego ręka wędruje w kierunku mojego pośladka. — Nic ci nie zrobię — mówi i śmieje się prostacko.

Kiedyś tego pożałuje. Czuję palce wślizgujące się pomiędzy moje nogi. Zaciskam zęby.

— Proszę mnie zostawić.

Nie przestaje. Nie mogę mu na to pozwolić. Zrywam się, biorę w ręce koszyk pełen warzyw i uciekam w kierunku kuchni, zostawiając go w tyle.

Jestem roztrzęsiona. Ten facet nigdy nie był uczciwy i ugodowy, ale od kiedy po raz pierwszy powiedziałam mu, że nie życzę sobie jego dotyku, wszystko jeszcze się pogorszyło. Nienawidzę go tak bardzo, że w myślach wyobrażam sobie poddawanie go najgorszym torturom.

Po chwili słyszę, że odjeżdża. Czuję ulgę. Zdaje się, że będę miała spokój. Przynajmniej dziś.

— Stało się coś? — Kasia uważnie mi się przygląda.

— Nie. — Kręcę głową. — Wszystko jest okej. Przy rozładunku dostałam lekkiej zadyszki — kłamię. Nie chcę obarczać jej swoimi problemami. Zresztą pewnie i tak się domyśla. Wszyscy wiedzą o jego zachowaniu, choć głośno o tym nie mówią. Chyba nie tylko ja padam ofiarą bossa. Choć to na mnie ostatnio skupił się najbardziej.

— Był u ciebie ten facet w garniturze? — Kasia zerka na mnie podejrzliwie. Przez moment nie mam pojęcia, o czym mówi. — Pytał, gdzie jesteś — wyjaśnia.

Filip Stern. Zupełnie o nim zapomniałam.

— Co mu powiedziałaś? — pytam.

Jest nieco skołowana.

— Że jesteś z tyłu. Przysiągł, że ma dobre intencje — dodaje szybko na swoje usprawiedliwienie.

Nie było go. Pewnie po prostu odjechał.

Wychodzę z kuchni na salę. W miejscu, w którym siedział, pozostał tylko niesprzątnięty jeszcze talerz.

Filip

Wsiadam do auta i walę ręką w kierownicę. Muszę rozładować emocje. Co to wszystko, do cholery, miało znaczyć?!

Ten skurwiel ją zastrasza. Molestuje — nazywając rzeczy po imieniu. Pan i władca, który wykorzystuje do tego swoje stanowisko. Nienawidzę takich ludzi.

Czaiłem się za rogiem budynku jak szpieg. Kiedy ujrzałem, że do niej podchodzi, byłem ciekaw rozwoju sytuacji. A potem z trudem opanowałem nerwy. Mogłem zwyczajnie zafundować mu prawego sierpowego, ale nie chciałem narobić Natalii problemów. Jak ona się trzęsła. Ten typ zasługuje na coś znacznie gorszego. Co popamięta do końca życia.

Zastanawiam się, czemu tak mocno to mną wstrząsnęło. Może dlatego, że pierwszy raz byłem naocznym świadkiem takiej sytuacji. A może dlatego, że chodzi o Natalię. O Kubę i jego mamę, karcę się w myślach… A ja przecież miałem im pomóc.

Tak po ludzku mi jej żal. Duszę złość, która mnie rozsadza.

Biorę telefon do ręki i zerkam na szyld restauracji, której nazwę znam już przecież dostatecznie dobrze. Będę miał dla tego idioty niespodziankę.

— Michał? Będę potrzebował twojej pomocy. Namierz mi adres właściciela lokalu Rybka i Prosiak. — Biorę głęboki wdech, próbując się uspokoić.

— Już się robi, szefie. Czy to restauracja, w której pracuje ta kobieta? — pytając, akcentuje przedostatnie słowo. — Ta… — Najwyraźniej zapomniał jej imienia.

— Tak, to ten — potwierdzam.

Zapinam pasy i odpalam silnik.

— Okej.

— A potem skontaktuj się z kolegami od zadań specjalnych i powiedz, że będą mieli coś do zrobienia. — Już dawno nie byłem tak zdeterminowany.

— Ooo… — Śmieje się. — Zdaje się, że ktoś zalazł szefowi za skórę.

— Rozumiesz mnie, Michał, jak nikt na świecie — parskam. — W najbliższym czasie czeka cię spora premia — mówię i rozłączam się. Odblokowuję ręczny hamulec i odjeżdżam.

Na mojej twarzy pojawia się kpiarski uśmieszek, mimo że wciąż jestem przepełniony gniewem na myśl o przestraszonej Natalii. Teraz jednak wiem, że przynajmniej przez jakiś czas będzie bezpieczna.

Na wieczór umówiłem się z Magdą. Kiedy jestem w nastroju, z ochotą oddaję się jej umiejętnościom. Świetnie robi na przykład… relaksujący masaż.

Leżę właśnie na łóżku, czując na sobie dotyk jej błądzących po moich plecach dłoni. Przyjemnie. Zamykam oczy. I nagle widzę przed sobą twarz wystraszonej Natalii. Odganiam tę wizję.

— Dobrze ci? — Magda pyta takim głosem, jakby właśnie występowała w jakimś wyrafinowanym erotyku. Zastanawiam się, czy kolejny raz nie zaczyna traktować naszej relacji zbyt poważnie. Choć nie przyzna się do tego, mam wrażenie, że liczy na coś więcej.

— Z tobą zawsze — odpowiadam z lekką przesadą, choć w tym momencie naprawdę nie mogę narzekać.

Na nocnym stoliku rozświetla się ekran mojego telefonu. Wibracja wprawia w ruch cały niewielki mebel. Michał.

— Przepraszam cię na chwilę. — Podnoszę się i wychodzę do drugiego pokoju.

Mam zaufanie do Magdy, ale nie musi wiedzieć o wszystkim, co się dzieje w moim życiu.

— Co jest, byku? — pytam zamiast powitania.

— Robota wykonana — melduje się z raportem. Jego głos nie pozostawia wątpliwości, że wszystko poszło po naszej myśli.

— Jakieś szczegóły? — dopytuję.

— Nooo — zaczyna — ponoć mazał się jak dziecko. A potem zaczął się odgrażać, standard.

— Ale wszystko jest załatwione tak, jak miało być? Po cichu, bez twarzy i nazwisk.

— Jasne, szefie. Przecież współpracuję z najlepszymi.

— Dzięki, stary. Jesteśmy w kontakcie.

Wyłączam telefon, uśmiecham się do siebie i wracam do sypialni. Michał potrafi wszystko. Mam świadomość tego, że czasami jest w stanie posunąć się naprawdę daleko. Ważne, że żyjemy w zgodzie i potrafimy się dogadać.

Jestem w wyśmienitym humorze, już od dawna tak się nie czułem. Typ dostał za swoje. No proszę, jak szybko role potrafią się odwrócić...

Mam ochotę dać upust swoim emocjom.

— Magda. — Patrzy na mnie wygłodzonym wzrokiem. — Pozwól, że teraz ja ci się odwdzięczę.

Wysoko podnosi brwi. Ma teraz w głowie wiele grzesznych myśli. Widzę to w jej pożądliwym wzroku.

— Biorę, co dajesz — odpowiada zalotnie.

A potem zatapiamy się w namiętnym pocałunku.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki