Cały jestem twój - Weronika Tomala - ebook + audiobook + książka

Cały jestem twój ebook i audiobook

Weronika Tomala

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

On jest dziedzicem rodzinnej fortuny. Ją zawsze wytykano palcami. Więź między tą dwójką nigdy nie powinna się wydarzyć… Lilianna wie, jak gorzka potrafi być codzienność. Odrzucona przez rodziców, wyśmiewana przez rówieśników albinoska po śmierci ukochanego dziadka zostaje sama. Dziadek przekazał jej niezwykłą umiejętność: Lilianna jak nikt potrafi rozumieć konie. Kocha je bardziej niż ludzi. Kiedy dowiaduje się, że w pewnej niewielkiej miejscowości poszukują nowego stajennego, postanawia spróbować i zostaje zatrudniona. Jej pasja i zaangażowanie zwracają uwagę dziedzica rodzinnej fortuny, Doriana Wilczyńskiego. Okoliczna ludność ma na temat rodziny Doriana co nieco do powiedzenia. Krążą nawet plotki o tajemniczej śmierci poprzedniego stajennego. Lilianna postanawia nie wnikać w nie swoje sprawy, tyko należycie wykonywać obowiązki. Tajemniczy Dorian coraz bardziej jednak ją fascynuje…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 44 min

Lektor: Weronika Tomala

Oceny
4,3 (140 ocen)
81
30
20
7
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
marzena1980zwierz

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam jak wszystkie książki Pani Weroniki ❤️
10
Anna-60

Dobrze spędzony czas

polecam
00
Iwonastodolkiewicz

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała 🥰🥰🥰🥰❤️❤️❤️❤️ Polecam serdecznie
00
19basia75

Nie oderwiesz się od lektury

Czyta się jednym tchem
00
Izabela_1977

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawa, pełna emocji historia i przepleciona uczuciami do koni. super kombinacja 🙂
00

Popularność




Weronika Tomala Cały jestem twój ISBN Copyright © by Weronika Tomala, 2022All rights reserved Adiustacja i korekta Monika Stanek, Halina Fejnas Projekt okładki i stron tytułowych Paulina Radomska-Skierkowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Karolinie — w podziękowaniu za pomysł. Albinoska bezsprzecznie jest Twoja. Oraz moim Dziadkom: Ernie, Annie i Henrykowi.

KIEDYŚ

Strużka wody z pobliskiej kałuży podpływa mi pod stopy. Kulę się, jeszcze mocniej obejmując dłońmi kolana. Zimno mi, a szmaciane buciki zdążyły już przemoknąć. To nieważne. Będę tu siedzieć jeszcze godzinę, dwie, trzy… i do końca życia. Nigdy stąd nie wyjdę. Nigdy! Być może wtedy będzie mi lżej. I tym, którzy muszą mnie oglądać. Takich jak ja powinno się u-ty-li-zo-wać. Nie wiem, co to znaczy, ale właśnie to dzisiaj usłyszałam. Zdążyłam się przyzwyczaić. Jestem odmieńcem. W końcu właśnie dlatego wy­rzek­ła się mnie moja własna mama.

— Lilianno! — słyszę dochodzące z oddali nawoływanie. To dziadek. Prędzej czy później musiał się zjawić. Zawsze mnie szuka. Jego głos zagłuszają bębniące o ziemię krople gęstego deszczu i śpiew siedzącego na drzewie ptaka. To zięba. Samiec. Jestem tego pewna. Jednak w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia. Znajomość przyrody do niczego się nie przydaje i nikomu nie imponuje. Na przekór przekonaniom dziadka.

Kucając, nerwowo przebieram stopami. Zaczynam płakać jeszcze bardziej. Nie chcę, żeby to widział. Nie powinnam przysparzać mu dodatkowych trosk. Zdaję sobie sprawę z tego, jak cierpi, kiedy widzi mnie w takim stanie. To nie jest pierwszy raz. I nie ostatni. Pewnie niedługo mnie znajdzie. Pusty pień starego dębu stał się moim schronieniem na dobre i na złe. Dziś przyszło to drugie. Bo to drugie w moim życiu przychodzi znacznie częściej.

— Lilianko! — Jest coraz bliżej. Wiem, że za moment zobaczę w szczelinie jego głowę. Nie wejdzie do mnie. Jest zbyt duży. Ale będzie próbował mnie nakłonić, bym w końcu wyszła. Ocieram policzki z łez, choć wiem, że i tak się zorientuje. Zna mnie jak nikt inny. I jako jedyny człowiek na świecie akceptuje mnie taką, jaka jestem. Kiedy wszyscy odeszli, on pozostał. Gdy się urodziłam, dał mi dom — i daje mi go teraz, kiedy mam już pełnych dziesięć lat.

Zerkam na swoje dłonie. Są brudne od ziemi. Więc na pewno pomazałam sobie całą twarz. Sięgam do szkolnego plecaka ciążącego mi na plecach. Muszę znaleźć chusteczkę.

— Tak właśnie myślałem, że tu cię znajdę. — Prawie podskakuję, kiedy tuż obok pojawia się para szarych, zmęczonych, choć dobrze znajomych oczu. Kochających. Puszczają mi nerwy i wbrew temu, co planowałam, zaczynam szlochać.

— Dziadku, proszę cię, idź stąd — mówię zduszonym głosem. Wiem, że to do niczego mnie nie doprowadzi. Ale chcę być sama. Z dala od ludzi, pośród natury, która spłatała mi figla i zrobiła ze mnie takiego dziwoląga. Chciałabym być jak inne dzieci. Marzę o tym każdego dnia, kiedy się budzę i kiedy zasypiam. Ale to przecież nie moja wina. Nie miałam wyboru.

— Lilko, przecież wiesz, że cię nie zostawię. Czekałem na ciebie z obiadem, a ty znowu uciekłaś. Za pół godziny muszę być w robocie. — Drapie się po siwym, lekkim zaroście. Zawsze tak robi, kiedy jest skołowany. Przykro mi, że to ja najczęściej wpędzam go w taki stan. Nie chcę, żeby tak się działo. Przecież tak bardzo go kocham.

— W takim razie idź. — Odwracam się w drugą stronę, by na niego nie patrzeć. — Obiecuję, że za jakiś czas wrócę. — W tym momencie sama nie wierzę w to, co mówię.

— Przecież nie mogę cię tak zostawić, Lilka. Widzę, że płakałaś. Chodź tu do mnie, porozmawiamy. Tyle razy…

— Nie chcę! — przerywam mu. Jestem nieznośna. — Nie chcę tego słuchać, dziadku! Za każdym razem mówisz mi to samo. Że jestem wyjątkowa. Że nie każdy otrzymał od losu taki dar jak ja. A ja nie chcę takiego daru! — wyrzucam z siebie. — Cóż to za wyróżnienie, kiedy wszyscy się ze mnie śmieją! — Między potokiem słów próbuję zaczerpnąć powietrza. — Nie mam przyjaciół, nie mam nawet znajomych! Jestem wyrzutkiem. Nie chcę tak żyć, chyba wolałabym umrzeć — kończę, zadając mu ból. Uratował mnie, a ja nie jestem mu wdzięczna, choć powinnam. Przynajmniej nie w tym momencie. Źle mi z tym, ale źle mi też ze sobą. Zakrywam twarz rękami.

Dziadek milczy jak grób. Chyba nie wie, co mi odpowiedzieć.

— Więc się poddajesz, Lilka — stwierdza po chwili. — A życie to wojna — dodaje. To, co mówi, wydaje się ciekawe. Zawsze mnie pocieszał, lecz teraz tego nie zrobił.

Jest cicho. Zastanawiam się nawet, czy nie poszedł. Odsłaniam oczy i zauważam, że jednak wciąż mi się przygląda.

— Każdego dnia każdy z nas musi stawiać czoło trudom codzienności, Lilianko. Jedni mają łatwiej, drudzy gorzej, ale wszyscy jesteśmy żołnierzami stojącymi na straży swojego życia.

Chciałabym być żołnierzem. Nie księżniczką. Nie dobrą wróżką. Ale właśnie żołnierzem. To mogłoby być całkiem fajne. Mundur przykryłby moje ciało i wtopiłabym się w tłum. Może wtedy ludzie zaczęliby mnie szanować.

— I tylko od ciebie zależy, jak pokierujesz tym, co masz.

— Ale ja nie mam nic, dziadku — szepczę, a mimo to mnie słyszy. — Nie mam broni, nie mam hełmu. Mam tylko moją chorobę. Jestem jak kulawy pies, który na wojnie padłby po kilku sekundach ostrzału.

Dziadek ociera mokre od deszczu czoło. Na próżno. Kolejne krople szybko pokrywają jego twarz, spływając strużkami po skórze. Jest cały mokry i chyba przestał już zwracać na to uwagę.

— Posłuchaj, dziewczynko. — Wzdycha. — Wcale nie tak dawno temu, bo u schyłku drugiej wojny światowej, był pewien żołnierz, który za swoje działania otrzymał Medal Honoru. Pewnie nie wiesz, co to znaczy, ale to wielkie wyróżnienie. Wierz mi. — Milknie. — Zdobył go wcale nie dlatego, że zabił najwięcej wrogów. I nie dlatego, że był wyborowym strzelcem. Ba! Ten chłopak odmówił dotykania broni, a przecież chodziło o działania wojenne.

— To dlaczego? — Jeszcze nigdy mi o tym nie opowiadał. — Musiał być chyba jakiś dziwny.

— Nie, Lilko. Nie był dziwny. Był bardziej odważny niż wszyscy jego koledzy razem wzięci — przerywa. — Nie miał broni, ale miał niezłomny charakter i wielkie serce. I uratował wielu ludzi, tych, którzy byli mu przychylni, i tych, którzy się z niego śmiali. Uratował nawet tych, którzy chcieli go zabić — kończy.

— Może był jakimś aniołem? — To jedyna myśl, jaka przychodzi mi do głowy.

— Był człowiekiem z krwi i kości. — Jest co do tego absolutnie przekonany. A może to wymyślił? Na poczekaniu. Żeby mnie pocieszyć.

— Skąd o tym wiesz? I jak się nazywał? — Chcę dowodów.

— Czytałem o nim w gazecie. Już jakiś czas temu. — Opowieść dziadka brzmi wiarygodnie. — Nazywał się Des­mond.

— Des­mond*? — dziwię się. — Czyli nie był Polakiem.

— Nie był, Lilko. Ale wśród Polaków nie brakuje podobnych ludzi. Prawdziwa broń człowieka to nie pistolet. To jego serce, dziewczyno, i to, co mamy tutaj — stuka się palcem w skroń.

Zapada cisza. Patrzę przed siebie, wyobrażając sobie to, co przed momentem powiedział dziadek. Dopiero teraz zauważam, że chyba przed chwilą przestało padać. Zza gęstych chmur najwyraźniej przebija się słońce, rzucając na zieloną polanę smugę światła.

Gramolę się na zewnątrz, próbując rozprostować zdrętwiałe nogi. Tyłek prawie zaklinował mi się w szczelinie pnia. Kiedy miałam pięć lat, wchodzenie tutaj sprawiało mi zdecydowanie mniej problemu. Dziadek odsuwa się na bok, żebym mogła przejść.

Staję w szmacianych butach na mocno podmok­łej ziemi i robiąc do przodu pierwszy krok, prawie się przewracam. Nieznośne błoto płata mi figla, ale dziadek w ostatnim momencie łapie mnie za łokieć. Gdzieś zza gęstej trawy wyfruwa przestraszony bażant, któremu najwyraźniej zakłóciłam spokój. Dopiero teraz zauważam, że świat nagle stał się rozmazany. Niewyraźny.

Zgubiłam okulary. Musiały mi spaść. Schylam się, ale dziadek mnie uprzedza. Grzebie ręką w ziemi, a potem przeciera koszulą przybrudzone szkła. Zakładam okulary na nos, choć ich stan pozostawia wiele do życzenia.

Z nietęgą miną zerkam na dziadka i wybucham śmiechem. On robi dokładnie to samo, jakby zmiana mojego nastroju przyniosła mu ulgę. Lepiej mi. Już prawie zdążyłam zapomnieć o tym, co przytrafiło mi się w szkole.

— Lilka — zaczyna.

— Jestem Des­mondem — chichoczę, przerywając jego myśl.

— Nie jesteś Des­mondem. Jesteś Lilianną i napiszesz własną historię.

Nie do końca wiem, co ma na myśli. Niczego nie zamierzam pisać, nie przepadam za tym. Ale skoro tak twierdzi, dla świętego spokoju nie będę go wyprowadzać z błędu.

— Wiesz — wyżyma przemoczone rękawy kraciastej koszuli — za dwa dni twoje urodziny, a ja chciałem ci zrobić niespodziankę. Ale ze względu na okoliczności… — Wygląda, jakby trochę się wahał. — Zrobię ci ją już dziś.

— Naprawdę? A co to będzie? — Podekscytowana zaczynam podskakiwać. Przez głowę przelatują mi tysiące myśli. Przecieram rękawem szkła, by móc przyjrzeć się minie dziadka jeszcze dokładniej. Chyba nie od razu chce mi powiedzieć.

— Cierpliwości — mówi zagadkowo, rozbudzając moją wyobraźnię. Wiem, że nie stać nas na wiele. Ale może kupił mi zestaw do makijażu, o który tak bardzo go prosiłam. Mogłabym namalować sobie brwi. I rzęsy. Być może wtedy nie wyglądałabym jak odmieniec. Pewnie zrozumiał, że miałam rację. Argumenty, że jestem dzieckiem i że babcia się nie malowała, w ogóle do mnie nie przemawiają. Babcia była normalna. Nie próbuj poprawiać Boga, zwykł mówić. Ale Bóg chyba mnie pominął, kiedy rozdawał ludziom urodę i piękność. Zapomniał o mnie, choć nigdy nie powiedziałabym tego dziadkowi. Wiem, że bardzo bym go uraziła.

Nie mogę mieć przecież pojęcia o tym, że ten dzień i ta niepozorna niespodzianka zmienią moje życie.

— Jedz, jedz — pogania mnie, kiedy biorę do ust kolejną łyżkę zupy fasolowej. Dziadek nie jest zbyt dobrym kucharzem, ale po śmierci babci musiał się nauczyć podstaw gotowania. Odeszła, zostawiając nas zupełnie samych. Kiedy nie jestem w szkole, staram się mu pomagać. Robię mu kolację, gdy wrócę od opiekującej się mną pani Stefci. Wciąż nie mogę go przekonać, że nie wymagam już nadzoru. Jestem prawie dorosła i mogłabym zostać sama. Na nic. Zdaje się, że moje sugestie wcale do niego nie trafiają. Może się martwi, że straci także mnie.

— Dziadku, nie chciałabym być nachalna, ale kiedy zamierzasz zrobić mi tę niespodziankę? Wieczorem?

Przecząco kręci głową.

— Przecież za chwilę wychodzisz do stadniny. Masz dzisiaj wolne? — Odkładam łyżkę i wpatruję się w niego, oczekując odpowiedzi.

Drewniany stół trzeszczy, kiedy wspiera na nim ręce. Widzę w jego oczach, że chciałby uchylić rąbka tajemnicy, ale wciąż się waha.

— Potem przyjdzie czas na pytania. A teraz już kończ i biegnij do piwnicy po gumiaki.

— Gumiaki? Do pani Stefci? Po co mi one? — dziwię się. — Będziemy skakać w kałużach? — To jedyne, co w tym momencie przychodzi mi do głowy.

Wzdycha i przewraca oczami. Wiem, że czasami doprowadzam go swoimi pytaniami do granic cierpliwości. Cóż mam począć, że tak bardzo intryguje mnie otaczający nas świat. Lubię, kiedy dziadek mi o nim opowiada. Lubię słuchać jego głosu. Lubię z nim rozmawiać. I to nie dlatego, że nie mam przyjaciół. Dlatego, że jest prawdziwą skarbnicą mądrości.

— Dzisiaj nie idziesz do pani Stefci. — Właśnie zaczęłam wstawać od stołu, więc zatrzymuję się wpół ruchu. — Dziś zabieram cię ze sobą.

Pochmurne niebo wygląda tak, jakby za moment znowu miał zacząć padać deszcz. Ale to ma swoje dobre strony: nie ma słońca, więc nie muszę się chować przed jego promieniami. Truchtam pół kroku za dziadkiem, próbując ze wszystkich sił dotrzymać mu tempa. Mimo upływu lat ma doskonałą kondycję. Może właśnie dlatego, że cały czas jest w ruchu. I że został mu jeszcze ktoś, dla kogo musi o siebie zawalczyć. Tylko jego twarz po śmierci babci stała się bardziej pomarszczona. I z oczu zniknął blask.

Kiedy skręcamy w stronę okolicznych pastwisk, zaczynam rozumieć, że wcale nie idziemy do sklepu. Że nie będzie zestawu do makijażu i pomalowanych brwi. Słowa dziadka, że zabiera mnie ze sobą, nie oznaczały zakupów, tylko po prostu, że idę z nim do pracy. Do stadniny Zaświatowskich, której wielką kutą bramę podziwiałam kiedyś z daleka.

Serce zaczyna walić mi jak młot.

— Dziadku, ale ja tak bardzo boję się koni — mówię nieśmiało, ponieważ nie chcę sprawić mu przykrości. Jeśli będę musiała się do nich zbliżyć, sparaliżuje mnie strach. A wtedy zdezorientowany zwierz na pewno mnie zadepcze. Ugryzie. Albo, co gorsza, kopnie. Słyszałam kiedyś o śmierci mężczyzny „znokautowanego” przez konia.

Dziadek widzi, że zdemaskowałam jego plany.

— Boisz się, bo ich nie znasz. Strach przed tym, co jeszcze dla nas nieodkryte, wpisuje się w naszą naturę — mówi ze zrozumieniem. — Przyroda dobrze o nas zadbała, ucząc nas przezorności.

— Ale ja nie wiem, czy na pewno chcę je poznać. Są wielkie. — Nerwowo wznoszę nad głowę dłoń, demonstrując ich wysokość. — Widziałam je wiele razy. Z daleka — dodaję głośniej.

— Tak, są duże. I mogą być niebezpieczne — odpowiada całkiem poważnie. Próbuję odnaleźć w jego słowach żart. Ale go nie znajduję. Dlaczego to powiedział? Cóż to za niespodzianka, kiedy zjedzona niedawno zupa fasolowa podchodzi mi ze strachu do gardła. Fuj!

— Więc po co mam tam iść? Chcesz, żeby coś mi się stało? — To do dziadka niepodobne, ale już nic z tego nie rozumiem.

Zatrzymuję się i milczę. Nie zrobię ani kroku więcej.

— Mówi się, że pole widzenia konia jest bardzo ograniczone. — Dziadek zatrzymuje się razem ze mną. — To fakt. Trzeba podchodzić do niego od odpowiedniej strony, bo przestraszony może cię kopnąć. — Na te słowa oczy prawie wychodzą mi z orbit. — Ale koń, jak żadne inne zwierzę na świecie, potrafi spojrzeć w głąb człowieka. W jego serce. Czuje dobro i odpłaca tym samym.

Dziadek rusza przed siebie, nie upewniając się, czy za nim idę. Zaczynam biec, by czym prędzej go dogonić.

— Skąd wiesz, że koń wyczuje moje dobre zamiary? Przecież czasami bywam niegrzeczna. A co, jeśli zobaczy, że ze złości życzę moim koleżankom wszystkiego najgorszego? Chcesz ryzykować? — Muszę mieć pewność, że nic mi nie grozi. Wiem, że dziadek poświęcił koniom połowę swojego życia. Jednak mnie nigdy do nich nie ciągnęło. Dlaczego zatem teraz się upiera, bym poszła razem z nim?

— Oj, głuptasie… — Kiwa głową z powątpiewaniem. — Możesz mi zaufać. Czy kiedykolwiek w życiu cię zawiod­łem? — Zatrzymuje się kolejny raz i spogląda mi prosto w oczy.

Nigdy.

Kiedy zawiedli wszyscy dookoła, dziadek zawsze był obok mnie.

— Nie — szepczę.

— Jeśli okiełznasz swój strach, siądziesz na grzbiecie wierzchowca i kiedyś popędzisz na nim przed siebie, poczujesz wolność, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłaś. Zrozumiesz, że jeśli tylko się odważysz, wszystko będzie na wyciągnięcie twojej ręki.

Wtedy jeszcze tego nie pojmowałam. Słowa dziadka wydawały mi się umoralniającym wykładem, którym nieraz mnie częstowali, ale to dzięki nim zyskałam wrażliwość na otaczający mnie świat. Dojrzałam szybciej niż moi rówieśnicy. Musiałam, bo tego wymagała ode mnie sytuacja i chęć przetrwania. Na przekór mojej „wyjątkowości” chciałam jednak żyć.

Tego dnia, dwa dni przed moimi urodzinami, nie dostałam zestawu do makijażu, o którym tak bardzo marzyłam. Mogłabym namalować sobie piękne brwi i rumieńce na policzkach. Być może wtedy nie odróżniałabym się tak bardzo od innych. Tego dnia dostałam o wiele więcej — dziadek wskazał mi kierunek, w którym zdecydowałam się podążać. Jak zawsze miał rację. A strach okazał się przeciwnością, której nauczyłam się stawiać czoło.

TERAZ

Piętnaście lat później…

Rozdział 1

Lilianna

Odkładam do szafy ostatnią walizkę, kładę ręce na biodrach i rozglądam się dookoła po szarym pokoju, który od wczoraj stał się moim domem. Szarym nie ze względu na dobór modnej farby, ale na skutek upływu lat, które śnieżną biel zdążyły zamienić w odcień zdecydowanie odbiegający od pierwowzoru. Wzdycham. Nie tak łatwo będzie mi się przyzwyczaić. Dookoła wciąż unosi się zapach starego domu. Podchodzę do drewnianej okiennej ramy i otwieram ją na oścież. Muszę zrobić przeciąg i przewietrzyć wszystkie pomieszczenia. Klamka prawie zostaje mi w dłoni. Nie…

Sama tego chciałam. Sprzedałam swoją przeszłość i otworzyłam nowy rozdział życia. Codzienność czasami wymaga od nas odważnych i ryzykownych decyzji. Jak na przykład decyzja o przeprowadzce. W tym momencie mam wrażenie, że nie należała ona do najbardziej udanych. Mój wzrok na moment zatrzymuje się na rozciągającym się widoku niekończącego się, kwitnącego, żółciutkiego rzepaku. Po jednej i po drugiej stronie budynku. Zdaje się, że moi najbliżsi sąsiedzi mieszkają jakieś pół kilometra dalej. Nie licząc wiekowego drewnianego kościółka, w którym msze odprawiane są tylko od święta. Tak miało być. Powiedzieć, że opolskie Bryksy powitały mnie szeroko otwartymi ramionami, to nic nie powiedzieć.

Uciekłam daleko. Ale dziadek był jedyną dobrą istotą, która łączyła mnie z dawnym domem. Teraz, kiedy już go nie ma, zostawiłam za sobą wszystkie złe wspomnienia. Szydercze spojrzenia, które od wielu lat skutecznie odbierały mi pewność siebie. Ale nie narzekam. Zawsze mogło być gorzej. Mogłam na przykład urodzić się we wschodniej Afryce i paść ofiarą kłusowników polujących na ciała albinosów. Z mojego oka albo palca sporządzono by amulet mający magiczne własności czy też przygotowano eliksir, który spożyłby jakiś pochłonięty wiarą w przerażające przesądy szaleniec.

Jestem albinoską. Ale nie mam czerwonych oczu. Moje są jasnoniebieskie i szwankują, kiedy nie mam pod ręką szkieł lub okularów. Gdybym była zwierzęciem: krokodylem, tygrysem, wiewiórką albo pawiem, pokazywano by mnie w telewizji jako niezwykły okaz. Ale jestem kobietą, na którą mężczyźni zerkają raczej tylko po to, by z bezpiecznej odległości nakarmić oczy ciekawością dotyczącą tego, co powierzchowne.

Zerkam na wyświetlacz telefonu, by kolejny raz się upewnić, że bezprzewodowe łącza internetowe działają tutaj tak, jak powinny. Muszę poszukać pracy, i to czym prędzej. Oszczędności zgromadzone przez parę ostatnich lat, uszczuplone koniecznością minimalnego remontu, powinny bezpiecznie czekać na tak zwaną czarną godzinę. Muszę kupić farbę i zmienić status z bezrobotnej na zatrudnioną. Nie powinnam odkładać niczego na później, dlatego uruchamiam stronę z ogłoszeniami o pracy, wyjmuję zeszyt i zaczynam spisywać oferty z dziedzin, w których mogłabym się odnaleźć.

Gościęcin. Poszukiwany: STAJENNY. Praca w godzinach do uzgodnienia, na pół etatu. Karmienie i pojenie koni, wyprowadzanie, czyszczenie oraz porządkowanie boksów. Czekamy na osoby z doświadczeniem i zapewniamy dostęp do wszystkich potrzebnych sprzętów oraz oferujemy konkurencyjne wynagrodzenie. Osoby zainteresowane ofertą prosimy o kontakt telefoniczny bądź wizytę w naszej stajni przy ulicy Kruszewskiej w godzinach dopołudniowych.

Czytam ogłoszenie i czuję, jak serce zaczyna mi łomotać. Śledzę tekst kolejny i kolejny raz. Wklepuję w wyszukiwarkę nazwę tej ulicy i okazuje się, że to rzut beretem.

— Dziadku, odszedłeś, a zdaje się, że cały czas podsuwasz mi pod nos jakieś wskazówki — mówię sama do siebie. Łzy wzruszenia, które zakręciły mi się w oczach, prawie wypłynęły na moje policzki, ale skutecznie je powstrzymałam. Istnieje duża szansa, że ta oferta jest wciąż aktualna. To nietypowe zajęcie, a skoro ogłoszenia jeszcze nie usunęli, powinnam spróbować. Spoglądam na zegarek. Chwila po jedenastej. Nietaktem byłoby pojawić się nie w porę, bo brak zdolności dostosowania się do wymogów od razu przekreśliłby moje szanse. Nie mam przygotowanego CV, ale mam doświadczenie. I umiejętności wypracowane przez lata. Jeszcze zdążę.

Zdejmuję przetarte dresy i wciągam ciemne bryczesy. Na zwiewną bluzkę wkładam czerwoną, kraciastą, nieco przydużą koszulę i wyjmuję z szafy wysłużone sztyblety. Powinnam zainwestować w nowe. Wszystko przede mną. Już zamierzam wychodzić, kiedy w ostatnim momencie cofam się, by choć na moment zerknąć w lustro. Jasnoniebieskie tęczówki z niewidocznymi, silikonowymi soczewkami kontaktowymi. Blada cera, której nigdy nie będzie dane przybrać atrakcyjniejszego, ciemniejszego odcienia. Jasne brwi i rzęsy, które sprawiają, że tak bardzo się wyróżniam. Mogłabym poszukać w kosmetyczce tuszu do rzęs i kredki do brwi. Ale wtedy raczej nie zdążę. Przecież nie idę na wybieg, tylko do pracy fizycznej, w której nie oczekuje się bycia piękną i pachnącą. Mierzwię ręką jasne jak mąka włosy, uśmiecham się i wychodzę. Wsiadam do mojego wysłużonego auta i ruszam stawić czoło wyzwaniu.

Niespiesznie mijam rzepakowe pola i rzędy drzew kładących swoje cienie na wąskiej drodze, od czasu do czasu zerkam na nawigację w komórce. Odludzie, na którym się znalazłam, zachwyca, ale i przeraża. Wkrótce jednak zaczynają się pojawiać pierwsze rzędy domów i w niedługim czasie docieram do bardziej cywilizowanej części Gościęcina, choć mam wrażenie, że wioska należy do starych. Moje jasnoniebieskie seicento odbija się w okrągłym lustrze drogowym, kiedy nagle zauważam, że ekran telefonu zrobił się czarny.

— A niech to. — Zjeżdżam na chodnik, być może w nie do końca najlepszym miejscu. Za mną jednak nic nie jedzie, a ja znalazłam się tuż przed rozwidleniem dróg.

Naciskam niewielki guzik z boku urządzenia, ale zdaje się, że to wszystko na nic. Low battery. No super! Padła mi bateria! Akurat w takim momencie. Odkładam telefon na siedzenie pasażera i włączam się do ruchu. Zdejmuję nogę z gazu i wlepiam nos w szybę. Zdaje się, że przyjdzie mi polegać wyłącznie na niebieskich tablicach z oznakowaniem ulic. Niespiesznie snuję się tam, gdzie podpowiada mi intuicja, ale nagle przed oczami wyrasta mi oddalona o kilkaset metrów, ciemna postać. Przyspieszam i kiedy znajduję się obok niej, otwieram okno.

— Przepraszam — zagaduję. Niski, leciwy mężczyzna w brązowym berecie niekoniecznie pasującym do pogody, odwraca się w moją stronę. — Czy tędy mam szansę dotrzeć do stajni przy ulicy Kruszewskiej? — Wskazuję palcem drogę przed siebie.

Mężczyzna mruży oczy, jakby uważnie mi się przyglądał. To dla mnie nic nowego. Zdążyłam się już przyzwyczaić.

— Panienka nietutejsza? — dopytuje. A więc informacja za informację. Dobrze. Skoro tak.

— Tutejsza, ale nowa. — Skłaniam się do uśmiechu. — Szukam pracy.

— W stajni Wilczyńskich? — pochmurnieje.

Na moment odwracam od niego spojrzenie. Wygląda, jakby był zdziwiony. A może tak mi się tylko wydaje.

— Tak — przerywam — znalazłam ogłoszenie w Internecie — tłumaczę, choć nie jestem pewna, czy w ogóle wie, czym jest współczesna sieć. — Sugeruje pan, że to pomyłka?

— Nie, ale… — przerywa na moment i odwraca się za siebie, jakby chciał się upewnić, czy nikt za nim nie stoi. A przecież jesteśmy tutaj zupełnie sami. — Odradzałbym.

Wzdycham. Ach, ta wiejska życzliwość.

Szczerze powiedziawszy, czuję ulgę. Mógłby więc odpowiedzieć mi na moje pytanie, bo nie zamierzam się ­spóźnić.

— Nie boję się ciężkiej pracy.

— Tu nie o pracę chodzi, tylko o ludzi — prawie szepcze.

— Przecież to nie z ludźmi będę współpracować, lecz z końmi. — Próbuję postawić na swoim. Nie wiem, po co w ogóle wdaję się z nim w dyskusję. Nie chcę jednak bezczelnie odjechać mu sprzed nosa. Życie w małej społeczności wymaga wyrobienia sobie dobrej opinii. Tutaj pewnie wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą.

— Jak panienka chce. Ale dużo gada się o poprzednim stajennym, Johanie Szlajerze, który tam pracował. — Macha ręką, jakby moja determinacja kazała mu się poddać.

— Zwolnił się?

— Nie. — Kręci głową, wbijając wzrok w pobocze. — Zmarł. Nagle. — Przybliża się do mnie.

Przechodzą mnie ciarki. Przełykam ślinę. Po co mi to mówi? Każdy musi przecież kiedyś umrzeć.

— Ale jeśli panienka chce — potakuje głową — to ta droga. — Wykonuje ręką jeden, krótki ruch. — Przed kościołem w prawo i to jest już Kruszewska. — Nie czeka na nic więcej, tylko rusza przed siebie. Wygląda trochę tak, jakby mój upór wyprowadził go z równowagi. A może to przez mój wygląd poczuł się tak nieswojo? Albinosi budzą sensację — niekoniecznie w zatłoczonych miastach, gdzie nikt nie zwraca na nikogo uwagi, ale w małych aglomeracjach na pewno. Zdążyłam się już o tym przekonać.

Ruszam z miejsca, próbując wypędzić z głowy dziwne myśli. Wiejskie plotki, ot, co. Przecież na ich podstawie nie będę rezygnować z planów i marzeń. Już nieraz miałam okazję przekonać się o tym, jak bardzo bywają niesłuszne. Ileż to z nich powstało na mój temat. Dawne dzieje.

Mijam mężczyznę, docieram do kościoła i skręcam we wskazaną przez niego drogę. Zwalniam, kiedy trafiam na poszukiwaną ulicę, ale zdaje się, że nie będę musiała wyostrzać szóstego zmysłu, by dotrzeć do konkretnego celu. Napis „Stajnia Wilczyńskich” umieszczony na rzucającym się w oczy, długim i urządzonym w bawarskim stylu budynku nie pozostawia żadnych wątpliwości. To tutaj.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

*Des­mond Thomas Doss (1919–2006) — żołnierz Armii Stanów Zjednoczonych, pierwszy człowiek w historii Stanów Zjednoczonych, który odmówił walki oraz dotykania broni (tzw. obdżektor). Jako sanitariusz uratował życie wielu żołnierzy, za co otrzymał Medal Honoru.