Sztuka życia razem - Daphne de Marneffe - ebook
Opis

 

Dzieci dorastają, zmieniamy pracę, zaczynają się kłopoty zdrowotne. Żyjemy dłużej, a otoczenie stawia przed nami coraz więcej wymagań. To, co nas kiedyś cieszyło, nie przynosi już tyle radości. Nawet dobre związki z czasem tracą swój blask.

Daphne de Marneffe, znana psycholog kliniczna, od lat zajmując się terapią par, pomaga nam przejść przez ten trudny okres, by cieszyć się życiem, miłością i szczęściem. Wskazuje, jakie umiejętności musimy pielęgnować, by móc sobie poradzić w tym czasie.

Książka podzielona jest na rozdziały poświęcone kluczowym problemom, przed jakimi stają pary z długim stażem: uzależnienia, finanse, trudy rodzicielstwa, seks, zdrady, zdrowie, starzenie się, dorastanie dzieci, opieka nad niesprawnymi rodzicami.

Łącząc wyniki badań, rozmowy z pacjentami i doświadczenie w pracy klinicznej, de Marneffe głęboko wnika w struktury związków i omawia te problemy z właściwą sobie mądrością i wrażliwością. Te gorsze momenty, choć mogą przynieść nam ból i zaskoczenie, stanowią też okazję, by lepiej poznać siebie, by poszerzyć horyzonty, rozwinąć się i dojrzeć.

Sztuka życia razem to niezbędny poradnik dla osób, które pragną zrozumieć swoje miejsce w związku i osiągnąć to, o czym wszyscy marzymy: żyć w zgodzie z sobą, w miłości i poczuciu spełnienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 566

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału THE ROUGH PATCH
Przekład AGNIESZKA WYSZOGRODZKA-GAIK
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KRYSTIAN GAIK
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie graficzne, typograficzne, łamanie i korekta ANNA HEGMAN
Copyright © 2018 by Daphne de Marneffe Copyright © for the translation by Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-83-7
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Terry’ego

Od autorki

Prezentuję w tej książce swoje idee wraz z historiami zaczerpniętymi z mojego doświadczenia terapeutki, nauczycielki i osoby przeprowadzającej wywiady. Zmieniłam wszystkie imiona i dane umożliwiające identyfikację, by uszanować zaufanie osób, które szukały u mnie pomocy, oraz prywatność tych, z którymi rozmawiałam. Mam nadzieję, że czytelnicy odnajdą siebie na kolejnych stronach, chociaż podobieństwo do rzeczywiście żyjących ludzi jest przypadkowe.

Koncepcje przedstawione w książce stanowią syntezę ogromu badań poświęconych parom, emocjom i ludzkiemu rozwojowi. Dla ułatwienia lektury rzadko cytuję w tekście konkretne badania i autorów, niemniej zachęcam czytelników do zapoznania się z przypisami, w których podaję źródła i dalsze informacje.

1

Sztuka życia razem

Wstęp

Macie po czterdzieści trzy lata. Żyjecie w związku małżeńskim od dwunastu lat. Nie wstąpiliście weń zbyt wcześnie. Przeżyliście swoje i dokonywaliście wyborów. Macie dwie córeczki (dziesięcio- i siedmiolatkę) albo dwóch synków, albo córkę i syna. Gdy się pobieraliście, byliście zakochani. Przynajmniej zawsze w to wierzyliście, bo teraz czasami się nad tym zastanawiacie. Zdawaliście sobie sprawę ze swoich różnic, ale na początku wam one nie przeszkadzały – ba! wręcz pomagały w uzyskaniu poczucia stabilizacji albo w rozwoju i były nawet ekscytujące, bo dostrzegaliście, jak bardzo pragnęliście dotrzeć do tej drugiej osoby, zrozumieć ją, wręcz rozkoszować się tym, co was różni. Teraz jednak te różnice was przerastają. Czasami doprowadzacie się do szału. Albo rozchodzicie się z poczuciem głębokiej krzywdy. Lub swego rodzaju obojętności. Albo wszystko to po trosze, w różnych momentach.

Możecie znaleźć mnóstwo podpowiedzi, jak poradzić sobie z problemem. Badacze nauk społecznych mówią wam, że ludzie w wieku sześćdziesięciu pięciu lat są szczęśliwsi od czterdziestopięciolatków[1], więc jeśli przeczekacie kolejne dwadzieścia lat, możecie się poczuć lepiej. Specjaliści zajmujący się parami, ludzie pracujący nad harmonią w rodzinie, eksperci od seksu i bliskości – wszyscy oni mają do powiedzenia coś, co prawie do was pasuje. Lecz nie udaje im się dotrzeć do sedna problemu. A jest nim to, że czujecie się zagubieni albo samotni, a czasami niemal obezwładniająco nieszczęśliwi. Niekiedy wydaje się wam, że nie możecie oddychać. To prawda, że praca was wyczerpuje, matka jest chora, hormony uległy rozregulowaniu. Trudno jednak uwierzyć, że to tłumaczy wszystko. Przecież nie zawsze czuliście się uwięzieni w związku. W swoim czasie małżeństwo miało sens.

Co się zmieniło? I dlaczego? Być może czuliście się świetnie do czasu, gdy z zaskoczeniem stwierdziliście, że zadurzyliście się w kimś innym. A może pochłaniała was opieka nad małymi dziećmi i nie poświęcaliście uwagi osobistej satysfakcji. Teraz jednak starsze już dziecko trawi czas na pisaniu wiadomości do swoich przyjaciół (jak to się mogło tak szybko stać?) i nie wydaje się zainteresowane spędzaniem weekendów z rodzicami. I chociaż skupione na dziecku małżeństwo nie podsycało namiętności, dostarczało przynajmniej znaczących ram. A teraz wszystko się zmienia. Coś, co uchodziło za akceptowalne, już takie nie jest. Zastanawiacie się, gdzie jest wasze miejsce. Kim się staliście?

To nie do końca fair, ale nie potraficie powstrzymać się przed obarczaniem partnera odpowiedzialnością za swoje niezadowolenie. Trudno jest sobie wyobrazić, że można by wytrzymać jej / jego pracoholizm / teatralność / wycofanie się / brak wrażliwości przez kolejnych kilka dekad. Niemniej wiecie, że nie powinniście się tak czuć. Małżeństwo wymaga pracy. Przecież to niedojrzali ludzie uważają, że związki powinny być łatwe i przyjemne; egoiści odchodzą, gdy pojawiają się problemy. Zawsze byliście dobrzy w pracy. Tylko że nie jest jasne, w imię czego pracujecie. W głębi serca nie macie pewności, że sytuację da się zmienić. I prawda (wstydliwa i trudna do wypowiedzenia) jest taka, że czasami wątpicie w to, że pragniecie zmiany. Nie chcecie musieć pracować tak ciężko dla stopniowo nasilającej się satysfakcji, którą możecie osiągnąć. Od czasu do czasu dociera do was powiew wolności i jest to zaskakująco ożywcze. Targa wami poczucie winy, choć nadal czujecie się młodo. Zasługujecie na intymność, namiętność i prawdziwą więź. Przecież nie będziecie wiecznie tak energiczni. Wygląd też jest ulotny. Jak długo można żyć w ten sposób?

Nie zamierzacie jednak podejmować destrukcyjnych decyzji. To jest ścieżka, którą obrali siostra / wujek / najlepsza przyjaciółka i spójrzcie, do czego to doprowadziło. Nie oszukujmy się, dzieci na tym ucierpiały. Kursują między domami, muszą obserwować strapienia rodziców ze zbyt bliskiej odległości, a dorośli nie odłożyli pieniędzy na ich studia. Za to wnieśli do nowych związków te same problemy. Ostatnio jednak przywołujecie historie zakończone sukcesem: dzieci, które, jak się wydaje, wyszły z tego wszystkiego bez szwanku, i rodziców, którzy jawią się o wiele szczęśliwsi, jakby stali się kimś nowym. Mimo to nie chcecie się rozwodzić. Byłoby łatwiej i lepiej, gdyby udało się wam znaleźć sposób na to, by nie czuć się tak nieszczęśliwie w swoim małżeństwie. Albo żeby po prostu nie czuć się tak nieszczęśliwie.

Trudne lata. „Samotny”. „Zagubiony”. „Uwięziony”. „Wzburzony”. „Robiący coś na niby”. „Rozpadający się”. Dostrzegam obezwładniające poczucie nieszczęścia u ludzi w środkowym okresie życia, którzy starają się, samotnie lub w parach, stwierdzić, dlaczego ich małżeństwa kuleją. W pracy terapeutki codziennie przypominam sobie, w obliczu jakich dylematów stają:

• Czy mój problem polega na tym, że muszę znaleźć sposób na ożywienie miłości do partnera? A może powinnam zrezygnować ze swojej nieustępliwości?

• Wiem, że powinienem zastanowić się nad swoim ciężkim położeniem, ale mam już dość myślenia. Chciałbym dla odmiany czuć.

• Wiem, że zauroczenie współpracownikiem jest „fantazją”, tylko dlaczego wydaje mi się takie realne?

• Przypominanie sobie o tym, jak bardzo powinnam dziękować za to, co mam, tylko pogarsza to, jak się czuję.

• Czy mogę (lub powinnam) spędzić resztę życia z minimalną ilością czułości lub seksu?

• Czy mogę (lub powinienem) tolerować nadużywanie pewnych substancji / rozrzutność / chorobę psychiczną partnerki?

• Partnerka się ode mnie oddala, ale nie wiem, czy mogę (lub czy chcę) zmienić się zgodnie z jej oczekiwaniami.

• Jeżeli moim najważniejszym celem jest zapewnienie dzieciom szczęśliwego dzieciństwa, jak mogę to osiągnąć, skoro jestem nieszczęśliwa w małżeństwie? Co się stanie, jeżeli moje dążenie do zwiększenia własnego szczęścia odbędzie się ich kosztem?

Osoby szukające mojej pomocy często odnoszą wrażenie, że tkwią pomiędzy tym, co powinny zrobić, i tym, co czują. Kiedyś rozmawiałam z Lisą, profesjonalistką, która właśnie skończyła czterdzieści siedem lat i zmagała się z tym, jak to brzmiało.

– Nigdy nie czułam się osobą w średnim wieku. A potem skończyłam czterdzieści siedem lat. Ta liczba zapisała się w moim umyśle. Czterdzieści siedem to jest coś. Pięćdziesiątka też.

– Dlaczego?

– Wydaje mi się, że do pięćdziesiątki powinnam uporządkować swoje życie.

Nie uporządkowała go; jeszcze nigdy nie była aż tak zdezorientowana. Wykończona pracą, rodzicielstwem i życiem rodzinnym, w poczuciu braku bliskości z mężem, z którym spędziła piętnaście lat, postąpiła całkowicie wbrew swoim wartościom i wdała się w romans z młodszym mężczyzną.

– Zszokowało mnie to, że byłam z kimś, kto mnie ekscytował. Słałam esemesy i dzwoniłam do kogoś, z kim mogłam się porozumieć, bez bagażu życia rodzinnego. Moje fizyczne relacje z mężem są fatalne, a ja przypisywałam to nieuchronnemu efektowi starzenia się. Zabawne jest to, że ten człowiek przypomina mi mojego męża, bystrego, profesjonalnego, ale o dziesięć lat młodszego. Oto jak moje życie przekształciło się w banał średniego wieku: pięćdziesięciolatka tkwiąca w rutynie małżeństwa znajduje sobie kogoś młodego i ekscytującego...

Uderza mnie, jak często ludzie próbują deprecjonować kłopoty małżeńskie i nazywają je „banałami”, zażenowani tym, że padli ofiarą „kryzysu wieku średniego”, konstruktu, do którego do niedawna odnosili się ze swobodną pogardą. Mamy wścibsko-krytyczny stosunek do uniesień w wieku średnim – „Rozwodzi się z nim i zamierza wyjść za ich lokatora!”, „Uciekł ze striptizerką i teraz przyprowadza ją na mecze dzieci!” – po części z pragnienia, by chronić siebie. Czujemy się bezbronni wobec życiowych niespodzianek i staramy się jakoś wzmocnić, sięgając do powszechnego przekonania, że ludzie powinni być dojrzalsi. Jeżeli naraz odkrywamy, że jesteśmy podatni na uczucia, które jeszcze niedawno uznawaliśmy u innych za przejaw samolubstwa lub braku dojrzałości, przeżywamy nieprzyjemne przebudzenie, tym bardziej destabilizujące, im bardziej dotychczas byliśmy pewni swoich wyborów i zadowoleni z nich.

Pomimo upokarzającego wrażenia braku oryginalności możemy skrycie czuć, że dzieje się coś doniosłego. Budzimy się z otępienia i nie możemy znieść myśli o powrocie i ponownym znieczuleniu się. Być może odczuwaliśmy dziwną ulgę w okresie intensywnego zajmowania się dziećmi, kiedy to nasze własne pragnienia spychaliśmy na dalszy plan. Zaspokajanie potrzeb dzieci pozwalało nam odejść od pożądania czegoś dla siebie i skomplikowanych dylematów z tym związanych. W głębi serca wiedzieliśmy jednak, że takie rozwiązanie nie jest trwałe. Dzieciaki dorastają. Statystycznie możemy mieć przed sobą kolejne czterdzieści lat życia. W przeciwieństwie do lat pięćdziesiątych XX wieku nie możemy już oczekiwać, że wypalanie dwóch paczek papierosów dziennie zabije nas w wieku sześćdziesięciu dwóch lat. Jasnym się staje, że nie da się już przełykać ogólnikowego porzekadła głoszącego, iż „małżeństwo to kompromis”, skoro kompromis oznacza tłumienie dużych obszarów własnej osobowości. Życie jest zbyt długie i zarazem zbyt krótkie. Musimy znaleźć sposób na podtrzymanie witalności, zaangażowania, pragnienia i siebie w małżeństwie, jeżeli chcemy w małżeństwie wytrwać.

Jeżeli trywializujemy trudne lata jako „banał wieku średniego”, szukamy sposobu na osłabienie intensywności sił, z którymi się zmagamy. Żywimy nadzieję, że jeśli zdołamy zdystansować się od kryzysów innych ludzi lub zminimalizować własny, uda nam się uciec przed zniszczeniami, jakich dokonał. Tymczasem w okresie trudnych lat na powierzchnię wypływa coś istotnego – choć możemy nie wiedzieć, czym to ważne coś jest. Nie odwołujemy się do banału, kiedy dwulatek zaczyna mówić „nie” albo gdy nastolatek zaczyna eksperymentować z seksem; uważamy, że są to powszechne przejawy natury dwulatka lub nastolatka. Zarówno małe dziecko, jak i nastolatek próbują dojrzeć, dążą do osiągnięcia większej złożoności i całości – małe dziecko uczy się autonomii, a nastolatek odkrywa, czym jest seksualność. I chociaż cel trudnych lat jest inny, wyzwania z nimi związane są pod pewnym względem takie same. Podobnie jak małe dziecko i nastolatek, dążymy do odkrycia i pełnego wyrażenia siebie w związkach z innymi. Chcemy podejmować ryzyko i czuć się bezpiecznie. Pragniemy optymalnie zharmonizowanej autonomii i bliskości. Te cele są jak najbardziej ważne w każdym wieku. Mamy prawo, a wręcz obowiązek, dążyć do ich realizacji. Dlaczego zatem trudne lata są takie trudne?

Połowa życia to moment maksymalnego konfliktu między dążeniem do szukania zewnętrznych rozwiązań dla naszych emocjonalnych dylematów a stwierdzeniem, że okazują się one nieskuteczne. Jesteśmy w tym okresie zmuszeni zrozumieć, często wbrew woli, że cele z młodości – praca, związki, dzieci, dom – nie uwzględniały tego, co pozostaje w nas nierozwiązane. Wciąż odczuwamy tęsknotę – nie jesteśmy pewni za czym – i nasze osiągnięcia nie gwarantują nam całkowitego spełnienia.

Nie chodzi wyłącznie o to, że zewnętrzne osiągnięcia nie rozwiązały naszych wewnętrznych problemów. Rzecz w tym, że zaczęliśmy patrzeć na siebie w bardziej skomplikowany sposób. Za sprawą doświadczenia wiemy więcej, a to rodzi w nas niepokój, i to z trzech powodów.

Po pierwsze, wiemy więcej na temat czasu i straty. Nasza nieuchronna śmiertelność przestaje być abstrakcją i przeistacza się w fakt. Po drodze niemal na pewno napotkaliśmy rozczarowania i komplikacje. Duchowa mądrość wieków zaczyna mieć intuicyjny sens. Żadna osoba, praca ani rzecz, jakkolwiek cudowna by była, nie zdoła w pełni uciszyć naszego poczucia niepełności. Zaczynamy nawet przeczuwać, że ci, którzy „mają wszystko”, jadą na tym samym wózku co my.

Po drugie, upływ czasu przydaje nowej pilności i znaczenia naszym związkom intymnym. Przecież to jest nasze życie. Czy ten związek przetrwa kolejne cztery dekady? Czy to właściwy moment, by stawiać takie pytanie? Możemy zacząć odczuwać wątpliwości, przypływ niewygodnych tęsknot i potrzeb, niemiłe wrażenie, że tłumienie lub chroniczny dysonans nie dadzą się utrzymać. Możemy dostrzec u siebie strach, przerażenie i pragnienie ucieczki w pracę, ekran, alkohol. Mamy mglistą świadomość, że być może trzeba będzie coś stracić, żeby coś zyskać, że bolesne wstrząsy mogą być ceną, jaką przyjdzie nam zapłacić za emocjonalny wzrost lub wewnętrzny spokój. Oscylując pomiędzy tym, co jest, a tym, co mogłoby być, pomiędzy rzeczywistością a możliwością, pomiędzy zrozumieniem a rezygnacją, czujemy się zdezorientowani i zagubieni.

W obliczu problemów w naszych umysłach mogą się pojawić dwie opcje: wytrzymać (z powodu dzieci, wspólnej historii, finansów, stabilności, przysięgi) lub dążyć do (czegoś więcej, kolejnej szansy, lepszego związku). Poddać się lub uciec. Ulec lub zacząć od nowa. Zrezygnować lub zmykać w szaleńczym tempie. Przychodzą nam do głowy takie pomysły, ponieważ nie jest do końca jasne, dokąd moglibyśmy się udać. Krótko potem pojawia się myśl, że chcemy być uczciwi, i pytamy samych siebie, gdzie leży granica oddzielająca porywającą witalność od maniakalnej obrony przed upadkiem. Czym się różni przyzwolenie od akceptacji? Dlaczego dążenie do osiągnięcia w życiu czegoś więcej prowadzi niechcący do czegoś mniej? Kiedy granice akceptacji pomagają nam najpełniej wykorzystać to, co mamy, a kiedy sygnalizują przedwczesną rezygnację? Nasza rodząca się świadomość życiowych ograniczeń prowadzi do tego, że pojmujemy, iż dotarliśmy do momentu, w którym demontaż tego, co mamy, i rozpoczęcie czegoś nowego nie odbywa się tanim kosztem. Wiemy, że coś takiego jak „nowy początek” tak naprawdę nie istnieje; można rozpocząć coś innego i wlec za sobą nieuchronne komplikacje. Udawanie, które obserwujemy wokół siebie, dotychczas przez nas lekceważone, zaczyna wydawać się jednym ze sposobów, w jaki ludzie próbują pokonać depresję za pomocą działania, wyjść poza (przynajmniej tymczasowo) uczucie „walenia głową w mur”, które może się pojawić na tym etapie życia.

I wreszcie, pod presją czasu, stajemy nieuchronnie w obliczu pytań o wartości. Jaką wartość stanowi dla nas małżeństwo? Jakie znaczenie przypiszemy pozostaniu, a jakie odejściu? „Otwarta tajemnica naszego świata polega na tym, że nie wiemy, co sankcjonuje zarówno rozwód, jak i małżeństwo”, napisał filozof Stanley Cavell[2]. Wielu z nas w głębi serca nie wie, jaki ma stosunek do małżeństwa. Socjologowie uważają, że ludzie absorbują wysoce sprzeczne kulturowe przekazy i trwają przy zdumiewająco niespójnych romantycznych narracjach[3]. Wierzymy na przykład, że partnerzy powinni być razem dla dobra dzieci i równocześnie mieć prawo do dążenia do własnego szczęścia. Utrzymujemy, że związki rodzące się z ekscytująco silnego zauroczenia są zarazem wysoce pożądane, jak i mało „realistyczne”. Opowiadamy się za romantycznym poglądem, że waga małżeństwa wynika z wyjątkowości naszych partnerów, ich niepowtarzalności, a mimo to popieramy bardziej pragmatyczny etos, że życie jest długie i że ludzie „oddalają się od siebie” oraz że niektórzy z nas mogą być lepszymi partnerami na różnych etapach życia. Nieustannie staramy się znaleźć równowagę pomiędzy ideałami wolności i życia rodzinnego. Jeżeli jesteśmy choćby umiarkowanie świadomi siebie, wiemy wystarczająco dużo, by podejrzliwie patrzeć na to, jak nasze upragnione romantyczne i erotyczne przeżycia ulegają wpływowi scenariuszy podsuwanych nam przez Hollywood i reklamy. Jeśli jednak nie zdołamy wprowadzić erotycznie lub romantycznie ekscytującego elementu do naszego długoletniego związku, obawiamy się, że nie przetrwamy czekających nas, zionących nudą dekad.

Próba osadzenia naszych wartości małżeńskich w uniwersalnych pryncypiach wydaje się niemożliwa. Zostało już niewiele zasad[4]. A te, które pozostały, najczęściej są wyznaczone przez nas, nawet w kręgach osób, które starają się przestrzegać religijnych nakazów. Badania sugerują, że ludzie postępujący zgodnie z nakazami religii rozwodzą się częściej od pozostałych, a nie rzadziej[5]. Ortodoksyjne społeczności, które nalegają na świętość przysięgi małżeńskiej, często reprezentują zacofane poglądy na temat praw kobiet i propagują opresyjny model małżeństwa. Najsolidniejszymi determinantami przesądzającymi o tym, czy ludzie się pobierają i trwają w związku, są pieniądze i wykształcenie, a nie hołdowanie takim samym wartościom społecznym czy uniwersalnym. Badania demograficzne prowadzone w ciągu ostatnich dwóch dekad pokazują, że osoby dysponujące większymi zasobami ekonomicznymi i lepszym wykształceniem pobierają się częściej i częściej trwają w małżeństwie od osób o mniejszych zasobach[6]. Większe zasoby korelują nie tylko z mniejszą liczbą rozwodów, ale też dostarczają więcej możliwości organizacji życia. Niemniej bez względu na pozycję na skali ekonomicznej coraz więcej ludzi jest zdania, że dążenie do wieloletniej monogamii nie ma związku z dążeniem do bycia dobrym rodzicem[7].

Mimo to w przypadku wielu z nas skrupuły nierozerwalnie związane z rozwodem mają bezpośredni związek z dziećmi – ich uczuciami i procesem stawania się kochanymi i kochającymi dorosłymi. Pary często uważają, że dzieci są najważniejszym powodem odbudowywania więzi małżeńskiej. Psychoanalityk Wilfred Bion napisał: „Nie da się zastąpić rodziców, których łączy czuły związek. Żadne rozmowy i teorie nie zajmą miejsca rodziców darzących się miłością”[8]. Jeśli chodzi o dzieci, rodzice, których łączy miłość, są bliscy dobru absolutnemu. Niemniej rodzice czasami czują brak owej więzi. Ludzie pragną pozostać w małżeństwie dla dzieci, ale także dlatego, że łączy ich miłość.

W sferze pytań o wartość małżeństwa i rozwodu kultura jako taka nie dostarcza wielu wskazówek. Po pierwsze, każe nam wracać do młodzieńczych zajęć i wywołuje w nas uczucie paniki z powodu „porzucenia naszego potencjału”. Rynkowe mechanizmy podsycania pragnień promują iluzję, że w naszej przygnębiającej sytuacji zawsze znajdzie się coś, co pozwoli nam się z niej wyrwać, czy to dokonując zakupu bądź sprzedaży, czy to poddając się chirurgicznej interwencji. Po drugie, kultura wciąż odgrywa kuszący refren, który głosi, że romantyczne uniesienie jest jedną z najważniejszych dróg do osobistego odrodzenia. Nawet jeśli hołdujesz idei, że długotrwała monogamia może być nośnikiem romantycznej miłości, będziesz co rusz napotykać przypomnienia, że nowa miłość jest niezbędna do życia, a towarzyszące jej maniakalne skupienie na drugiej osobie należy przedłużać i pielęgnować. Jej osłabienie nie sygnalizuje zaprawionego kroplą goryczy końca jakiejś epoki, tylko to, że związek wszedł w etap stagnacji, śmierci i potrzebuje korekty. Wymaga co najmniej zakupu świec, masaży oraz krótkich wakacji w hotelu.

Jestem entuzjastyczną orędowniczką psychoterapii, lecz pewne aspekty kultury terapii mogą rodzić tendencję do analizowania naszych związków miłosnych i dostrzegania w nich braków. Aby przetrwać trudne lata, trzeba by, być może, poszerzyć spojrzenie i pole uwagi poza emocjonalne wzloty i upadki w małżeństwie, ale tak szeroka perspektywa wzbudza z kolei podejrzenie, że „nie zajmujesz się swoim małżeństwem” albo że „nie jesteś emocjonalnie obecny”. Konsumpcjonizm każe nam przyglądać się najdrobniejszym szczegółom i dzielić je na jak najmniejsze części (no bo jak inaczej damy się przekonać, że potrzebujemy kolejnego iPhone’a?), a taka mentalność może przeniknąć do naszego sposobu patrzenia na związki i zachęcać nas do skupiania uwagi na szczególikach i rozdmuchiwania niezadowolenia. Gdzie się kończy godna podziwu uwaga poświęcana osobistemu rozwojowi, a gdzie zaczyna nastawienie umysłu w duchu „więcej-inaczej-lepiej”? Nie zawsze udaje nam się dostrzec tę cienką linię, a otoczka kulturowa zachęca nas do jej zacierania.

Promienna młodość. Namiętny seks. Romantyczna miłość. Wszystkie wspaniałości. Powiedziałabym, że zaliczają się do najlepszych rzeczy na świecie. Niemniej nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że jedyny sposób na przetrwanie trudnych lat, na zyskanie poczucia odnowionej witalności lub celu polega na zdwojeniu naszego zaangażowania w nie. Kierując się takim dążeniem, ludzie nazbyt często dochodzą do błędnych rozwiązań – dotyczących związku, ale nie tylko – które mogą co najwyżej na jakiś czas ulżyć ich niedoli. Życie toczy się tylko w jednym kierunku, a tym samym to, co posiadaliśmy w konkretnej postaci na wcześniejszych etapach – młodzieńcza uroda, miłość ze szkolnych lat, herkulesowa energia seksualna – staje się coraz droższe w podtrzymaniu lub urojone. Stawka za nieuwzględnianie realności straty lub rezygnację z tego, czego nie można mieć, rośnie wraz z upływem czasu. Musimy rozwijać i doskonalić inne przymioty – wewnętrzne – jeżeli chcemy, żeby druga połowa naszego życia przebiegała pomyślnie.

Naturalnie w obecnej dobie kulturowej w Ameryce nie zawsze łatwo określić, co stanowi realistyczną akceptację granic. Bohaterami naszych czasów są ludzie z akademików szalejący przy komputerach, którzy nagle w wieku dwudziestu sześciu lat zostają miliarderami. Nastolatki ekscytują się życiem codziennym gwiazd YouTube’a, które w jednej chwili zdobywają światową sławę, i aspirują do ich ulotnych magicznych osiągnięć, ich rodzice zaś przyglądają się temu zadziwieni i znudzeni. Wszyscy korzystamy ze sztucznych mózgów zwanych smartfonami, które wykładniczo poszerzają nasze możliwości komunikacji i zdobywania wiedzy, ale równocześnie kolonizują naszą świadomość w sposób na razie jeszcze niepojęty. Siedemdziesięciolatkowie mogą wyglądać na pięćdziesięciolatków dzięki dbałości o zdrowie lub modyfikacjom ciała, a „dywidenda długowieczności” – dwadzieścia lub trzydzieści lat ponad to, czym dysponowali nasi dziadkowie – oznacza, że dopiero teraz tak naprawdę poznajemy tę fazę życia.

I choć przesuwamy granice tego, co możliwe, w stopniu wcześniej niewyobrażalnym, żyjemy w ciałach, które umierają, a większość z nas wierzy, że dysponuje tylko jednym życiem. W części z nas budzi to impuls do ucieczki od marazmu małżeńskiego, zgodnie z hasłem „chwytaj dzień”, ale w wielu innych rodzi chęć powrotu do małżeństwa, w nadziei na uczynienie go bardziej satysfakcjonującym. Jeżeli osoby te będą próbowały radzić sobie same, mogą natknąć się na świeckie „wyznanie” zdrowia i wyniki badań sugerujące, że warto trwać w małżeństwie w ramach profilaktyki zawału serca. Teksty w tym duchu zdają się sugerować, że w razie wątpliwości powinniśmy myśleć o małżeństwie jako elemencie dbania o kondycję, nawet jeśli zalecanie takiego „treningu”, a nie wspólnej dwojga serc przestrzeni[9], nie tchnie inspirującą wzniosłością. Bardziej psychologicznie zorientowane są badania poświęcone szczęściu, które wykazują, że zmiana pewnych kluczowych nawyków – stawianie celów, praktykowanie wdzięczności, kultywowanie optymizmu – może poprawić jakość związków w zaskakującym stopniu. W nurcie duchowości pojawiło się mnóstwo współczesnych mędrców utrzymujących, że ego jest złudzeniem, a klucza do osobistej transformacji upatrujących w dystansie. Sugerują oni, że jeżeli jesteśmy nieszczęśliwi w związku matrymonialnym, wynika to z naszego ograniczonego poglądu na miłość, a konkretnie z przywiązania do formy (czyli matrymonialności) i lekceważenia braku formy (czyli nieskończoności i transcendencji).

Niewątpliwie lżej się oddycha w świetle praktycznego, inspirującego ducha pozytywnej psychologii, wskazującej aspekty szczęścia, które możemy osiągnąć dzięki wysiłkowi i zdrowym zwyczajom. Jak na ironię, powodowane najlepszymi intencjami twierdzenia o korzystnym wpływie długotrwałych związków na zdrowie, jak również duchowe formuły nurtu New Age, malują zdumiewająco uproszczony obraz tego, co stanowi serce małżeństwa – emocji.

Emocje leżą u podstaw naszego poczucia sensu[10]. Definiują i tworzą związki miłosne. Można mówić o dystansowaniu się od ego, dopóki się nie przyzna, że ego jest częścią ja, ja zaś jest ugruntowane w emocjach, a emocje rozgrywają się w ciele[11]. Małżeństwo, podobnie jak rodzicielstwo, nierozerwalnie i nieuchronnie łączy się z upartą rzeczywistością cielesności. I jest to jeden z powodów, dla których tak ono, jak i rodzicielstwo są trudne. Gdy przechodzimy od ulotnej abstrakcji do faktycznych związków międzyludzkich, szybko do nas dociera, że jedyna droga do mądrości, miłości i poczucia żywotności wymaga wrażliwego i umiejętnego kierowania emocjami. Jak ujął to filozof Immanuel Kant, gołąb mógłby sobie życzyć, żeby powietrze nie stawiało oporu, bo wówczas mógłby się wznieść wyżej, a przecież właśnie ów opór pozwala mu latać[12]. Podobnie i my nie możemy uciec od własnych ciał i emocji; możemy tylko odkrywać, kim jesteśmy, i jak kochać z wnętrza naszego cieleśnie człowieczego medium.

Większość ludzi oczekuje po małżeństwie czułości, zaufania, bezpieczeństwa, radości, spokoju, wsparcia, ekscytacji i komfortu. Pragnie towarzystwa i odosobnienia we właściwych momentach, bez poczucia narzucania się i porzucenia. Ludzie chcą być widziani, akceptowani, doceniani i rozumiani tacy, jacy są. Wszystko to opiera się, lub nie, na jakości więzi emocjonalnej i na komunikacji. I właśnie dlatego trudne lata wymagają od nas zmagania się z emocjami na zupełnie nowym poziomie świadomości oraz odkrycia, jakie mają one znaczenie dla naszych związków. Jest to doniosła podróż, tak w ujęciu osobistym, jak i relacyjnym. I nie istnieją żadne skróty. Związki są chaotyczne i skomplikowane. Nic dziwnego, że zwodnicza prostota list, tweetów i pozornie niemających końca przypomnień, że nasze szczęście jest zależne od nas, onieśmiela nas, zamiast dodawać nam otuchy.

Trzy ostatnie dekady badań psychologicznych pozwoliły nam odkryć, że nasze mózgi kształtują się w związkach[13]. Nie znaczy to wyłącznie, że nasze umysły przejmują się związkami (co jest prawdą), ale że związki kształtują sposób, w jaki przetwarzamy rzeczywistość, i to, jak jej doświadczamy. Psychologia zrobiła wielkie postępy w dziedzinie opisania związków łączących wczesne przywiązanie, rozwój emocjonalny i dorosłe relacje osobiste[14]. W toku życia emocje sygnalizują, co jest ważne; a tym, co jest ważne – w każdym wieku – są satysfakcjonujące stosunki międzyludzkie[15]. Małżeństwo zatem faktycznie bazuje na tym, co zbudowaliśmy w dzieciństwie. Jako bliska relacja angażująca ciało, serce i umysł dostarcza potężne narzędzie służące do poznawania drugiego człowieka, dawania się poznać i rozwijania głębokiego życia emocjonalnego.

Ogólnie badania wykazały, że najważniejsze czynniki odpowiedzialne za to, czy relacje są satysfakcjonujące, mają związek z emocjami: jak się wczuwamy we własne emocje, jak ich doświadczamy, jak nimi kierujemy, jak je komunikujemy, w jakim stopniu je wyciszamy, żeby reagować na innych, i jak dostosowujemy je do swojego zachowania i celów. W tej książce zaprezentuję kluczowe cechy zdrowych relacji emocjonalnych: ciekawość, współczucie i samokontrolę. Gdy jesteśmy ciekawi, pozostajemy otwarci na próbę zrozumienia prawdy – własnej i innych. Jeśli kierujemy się współczuciem, rozumiemy zmagania własne i innych. A kiedy panujemy nad sobą, hamujemy i komunikujemy swoje reakcje emocjonalne na innych w sposób stosowny i wrażliwy, prawdopodobnie zostaniemy usłyszani. Triada ciekawość, współczucie, (samo-)kontrola wiedzie nas ku panowaniu nad sobą i powstrzymywaniu się przed obwinianiem partnera za nasze uczucia. Pomaga nam budować wewnętrzne przymioty, których potrzebujemy, żeby dobrze ocenić trudne lata.

Znalezienie sposobu na szczęście w małżeństwie zależy od zdolności do praktykowania emocjonalnej biegłości, elastyczności i odporności. Zależy też od czegoś więcej – od umiejętności doceniania potrzeb poszczególnych partnerów i małżeństwa. Załamania w trudnych latach pojawiają się często wtedy, kiedy ludzie przestają dostrzegać siebie albo partnera. Zdarza się, że tworzą koncepcję małżeństwa jako związku wymagającego tłumienia indywidualności i dochodzą do momentu, w którym takiego podejścia nie da się już dłużej utrzymać. Albo potrafią się koncentrować wyłącznie na własnych potrzebach, w ramach swoistej strategii przetrwania o sumie zerowej, i nie umieją trwać przy wizji małżeństwa jako źródła komfortu i ekscytacji, stabilności i wzrostu. W toku życia bezustannie dowiadujemy się czegoś o sobie wskutek ocierania się o osobowości innych. W idealnym układzie nie tylko reagujemy, ale też wykorzystujemy interakcje w celu zwiększenia samoświadomości. Rezultatem jest większa znajomość siebie, która może prowadzić do bardziej autentycznej bliskości. Ten powtarzający się proces odnoszenia się do ja i drugiego człowieka stanowi napęd rozwoju w dorosłości, a także wzrostu w małżeństwie. Jeżeli interakcje emocjonalne są w zasadzie zdrowe, osiągamy stopniowo coraz większe samospełnienie jako jednostki i tworzymy głębszy związek z partnerem.

Tylko że małżeństwo, nie wspominając już o otaczającej nas romantycznej ideologii, z wielką łatwością prowadzi do nieporozumień w sferze tego, kto jest odpowiedzialny za czyje emocje. Zupełnie jakby ideał namiętnego połączenia się, który przyjęliśmy na początku z taką błogością, powrócił niczym potwór z bagien w postaci chronicznych zadrażnień wywoływanych przez to, kto co komu robi. Z biegiem czasu, jeżeli ludzie nie podejmą wyzwania komunikowania się ze sobą w emocjonalnie zdrowy sposób, wpadają w pułapkę myślenia, że potrzeby indywidualne i pary są skazane na konflikt. Wyobrażają sobie, że nie da się obejść rzeczywistości rywalizujących ze sobą planów. W obydwu przypadkach nie dostrzegają, że sposób, w jaki radzą sobie z własnymi emocjami, ma ogromny wpływ na to, jak wyobrażają sobie małżeństwo i jak w nim uczestniczą. W tej książce będziemy przyglądali się dokładnie jednostce – nie tylko dlatego, że w zasadzie nie robi się tego w pracach poświęconych parom[16], ale dlatego, że, paradoksalnie, rozwój jednostki jest jedną z ważniejszych dróg prowadzących do małżeńskiego szczęścia.

Związek matrymonialny stawia przed nami wyzwanie za wyzwaniem, a my, jako jednostki i pary, musimy robić wszystko, co w naszej mocy, żeby sobie z nimi radzić. Trzy największe wyzwania – dzieci, seks i praca – decydują o emocjonalnym klimacie małżeństwa i będą się przewijały przez wszystkie rozdziały tej książki. Konkretniejszymi wyzwaniami, takimi jak pieniądze lub starzenie się, zajmiemy się w poszczególnych rozdziałach. Mam nadzieję, że pary będą czytały ten tekst razem, a przynajmniej sekwencyjnie. Żywię również nadzieję, że każdy czytelnik skorzysta z okazji skupienia się na trzech pytaniach: „Kim chcę być jako jednostka?”, „Kim chcę być jako partner?” i „Jak te dwa wyobrażenia pasują do siebie?”.

Pragnę stworzyć więcej przestrzeni wokół tych pytań. W szerszym ujęciu wierzę, że ogromne i kłopotliwe energie trudnych lat można wykorzystać w dobrym celu, jeżeli mają one udział w osobistym postępie na poniższych frontach:

• Stania się bardziej kochającym człowiekiem. Naprawdę. I nie mam na myśli uczestnictwa w warsztatach poświęconych miłości / dobroci, których ukrytym celem jest pobłażanie swojemu zauroczeniu nauczycielem medytacji, ale pełne zaangażowanie się w pracę nad większą życzliwością i współczuciem dla innych i siebie.

• Postrzegania perspektywy i doświadczeń partnera jako równie ważnych jak własne. Oznacza to uznanie narcyzmu w jego naturze (nie dotyczy to tylko ciebie, wszyscy go w sobie mamy). Traktowanie innych jak prawdziwych ludzi, a nie „zaspokajaczy” potrzeb lub projekcji własnej psyche, stanowi życiowe zadanie, którego nigdy nie da się w pełni zrealizować.

• Umiejętnego wyrażania emocji w miejsce prostych reakcji emocjonalnych. Małżeństwo jest gotowym wysypiskiem dla złych nastrojów i tendencji do obwiniania i krytykowania. Wzięcie na siebie odpowiedzialności za to, jak wyrażamy siebie i jak naprawiamy sytuację po negatywnych interakcjach, stwarza podwaliny bliskości.

• Rozwijania złożonego stosunku do fantazji. Oznacza to rozwijanie świadomości, że czyny i myśli nie są tym samym, budowanie wynikającej z tych różnic pewności oraz wykorzystywanie wyobraźni i fantazji jako źródeł kreatywności, a nie sposobu na znieczulenie się i ucieczkę.

• Odkrywania potrzeby zaangażowanego życia, w którym dominuje wartość wyższa od własnego klimatu emocjonalnego. W dorosłości poczucie celu i sensu wywodzi się z dwoistego psychologicznego dążenia do zagłębiania się w siebie i rozwijania się na zewnątrz. My, przeżywający trudne lata, musimy wykorzystać paliwo gasnącej młodości i szept śmiertelności, by ożywić i zintensyfikować naszą samoświadomość, miłość do innych i zaangażowanie w świat.

Jedno z moich wiodących założeń w pracy terapeutki głosi, że nie należy trwać w małżeństwie, jeżeli nie ma nadziei, iż przekształci się ono w bezpieczny, kochający związek. Drugie moje założenie mówi o tym, że pozostanie w małżeństwie, nawet jeśli jest ono trudne, może być jednym z najskuteczniejszych sposobów na stworzenie bezpiecznego, kochającego związku. Każdy może podjąć decyzję, że pozostanie małżonkiem partnera nie jest sposobem, w jaki chce rozwijać swoje życie intymne. Niemniej ludzie mogą tak postanowić pod wpływem nacisków, których nie rozumieją. Czują się popychani, ciągnięci, pozbawieni wolności wyboru. W przypadku wielu osób, które zgłaszają się do mnie po pomoc, uważam, że przepracowanie problemów w związku stanowi bardziej bezpośrednią i w rezultacie bardziej satysfakcjonującą ścieżkę ku bezpiecznej, czułej więzi.

Moje wypowiedzi na temat odpowiedzialności jednostki w małżeństwie mogą zostać mylnie odebrane jako aprobata dwóch powszechnych wyobrażeń. Po pierwsze, że obowiązkiem dojrzałego dorosłego (zwłaszcza obdarzonego dziećmi) jest wziąć się w garść. Co z tego, że jesteś nieszczęśliwy? Przestań o tym myśleć. Drugie podejście zakłada, że małżeństwo wymaga pracy, co według niektórych ludzi skazuje mnie na przynależność do obozu purytańskich zabójców libido, którzy popierają etykę pracy we wszystkim, od seksu po wykwintną kuchnię („Nadal pracujesz nad przyrządzaniem antrykotu?”).

Co do pierwszego przekonania, uważam, że to, czego brak odczuwamy w trudnych latach, to rzeczy, których dobrze jest pragnąć i do zdobycia których dążyć: poczucie żywości, chęć zmiany, pragnienie, by czuć, kochać i być kochanym. Nie powinniśmy rezygnować z celu cieszenia się nimi w intymnym związku. Jednak powinniśmy myśleć o tych celach w szerszej perspektywie – nie tylko małżeństwa, ale też okazji do przyjęcia odpowiedzialności za to, kim się jest, i ponownego zajęcia się tym. Wyzwanie trudnych lat nie polega tylko na odkryciu, czy da się znaleźć sposób na bycie szczęśliwym ze swoim partnerem, ale też na (ponownym) wzięciu pod uwagę siebie i świata w związku.

Odnośnie do podejścia głoszącego, że małżeństwo wymaga pracy: starsi ludzie czasami mówią, że jednym z osiągnięć, z których są najbardziej dumni, jest ich małżeństwo[17]. Mówią tak, bo, Bóg im świadkiem, nie zawsze było łatwo i dostrzegają w małżeństwie kreatywny projekt, jakim ono rzeczywiście jest. Jednakże ludzie generalnie wzdragają się przed wizją małżeństwa jako pracy; nie tylko dlatego, że wzmacnia ona przekonanie, jakoby małżeństwo zabijało spontaniczność, ekscytację i dobrą zabawę, ale też dlatego, że w przygnębiający sposób odziera nasze obecne doświadczenie z nadziei i przyjemności, które dały mu początek.

Taka interpretacja narzuca błędne spojrzenie na aktywność znajdującą się w centrum przedsięwzięcia. „Praca”, o której mowa, nie polega na mozolnym sprzątaniu łazienki ani otępiającej monotonii przy taśmie produkcyjnej. Mamy przed sobą zadanie zmierzenia się z autentycznymi emocjami i bezbronnością, wyzwanie otwarcia się – bycia obecnym, słuchania, poznawania uczuć, odbywania trudnych rozmów, stawania w obliczu rzeczywistości. Ta praca wymaga odwagi, by podjąć ryzyko, wyjawić swoją prawdę i wysłuchać prawdy drugiej strony w ramach dążenia do stworzenia intymnej relacji.

Jeżeli ludzie nie podejmują takiego ryzyka, zamykają się i oddalają od siebie, a wówczas małżeństwo musi wydawać się nudne i statyczne. Zaczynają sobie powtarzać: „Nie powinienem musieć tak ciężko pracować”. Jeśli jednak myśl o pracy nad własnym związkiem tak bardzo cię przygnębia, pomyśl o pracy nad sobą. Prawdą jest nie tylko to, że im mniej nad sobą pracujesz, tym więcej wysiłku inni wkładają w przebywanie z tobą (zwróciłeś może uwagę, jak często ludzie zmierzający do odrodzenia się zostawiają za sobą zgliszcza, z którymi muszą uporać się inni?). Prawdą jest również, że podjęcie trudu, by wejrzeć w siebie i zmagać się z własnymi demonami, prowadzi do stworzenia bardziej satysfakcjonującego związku.

Trudne lata dają nam możliwość stania się bardziej zintegrowaną osobą. Według mnie nie da się zlekceważyć faktu, że zmaganie się z konfliktami jest psychologiczną podróżą ku zrozumieniu siebie, która może angażować cały hart ducha. Musimy pamiętać o napięciu, jakie powstaje między intensywną rzeczywistością tego, co przeżywamy, a umiejętnością zdystansowania się od niej. Wyzwanie polega na zrozumieniu własnego życia, w którym okazujemy sobie współczucie, ale dbamy nie tylko o własne interesy; życia, które jest satysfakcjonujące i zarazem szczere.

Ludzie często tkwią w pułapce poczucia, że ich sytuacja jest niebywale skomplikowana, a równocześnie nieznośnie banalna. Proste pogłębienie wiedzy o potężnych siłach, z którymi wszyscy się zmagamy w wieku średnim i małżeństwie, może nam pomóc okazywać więcej współczucia, a mniej krytycyzmu, tak sobie, jak i innym, a także z większą cierpliwością i mądrością odkrywać swoją indywidualną ścieżkę. Jak stanie się jasne w toku lektury, nie interesuje mnie podtrzymywanie całkowicie nieudanych małżeństw[18]. Niektóre związki muszą się skończyć. Bardziej ciekawią mnie stany umysłu, z powodu których ludzie borykają się z trudnymi latami, i to, czego mogą nas one nauczyć na temat przejścia przez resztę życia z werwą, kreatywnością i zaangażowaniem. Trudne lata bowiem, pomimo wywoływanego przez nie cierpienia i oszołomienia, dają nam okazję do poznania siebie, poszerzenia horyzontów, wzrostu i dojrzewania.

2

Krótka historiakryzysu wieku średniego

W dawnych czasach ludzie nie przeżywali kryzysu wieku średniego. Jednak w latach sześćdziesiątych XX wieku połączenie trendów demograficznych, przekazów kulturowych i badań akademickich doprowadziło do ukucia tej idei. Podobnie jak warunki społeczne w XVII wieku przyczyniły się do powstania „dzieciństwa”, a na początku XX wieku „adolescencji”[1], nie jest dziełem przypadku, że „wiek średni” zaczął pobudzać ludzką wyobraźnię w połowie dwudziestego stulecia. Oczekiwana długość życia białego człowieka na początku XX wieku wynosiła czterdzieści sześć lat, a w latach siedemdziesiątych już sześćdziesiąt siedem[2]. „Psychologia rozwojowa” zaczęła nabierać znaczenia jako dziedzina nauki, bo można było badać zmiany zachodzące w ludziach w dłuższym okresie. W latach pięćdziesiątych psycholog Erik Erikson opublikował swoje klasyczne dzieło Dzieciństwo i społeczeństwo i zaproponował serię stadiów dorosłości, które stały się popularną ramą na kolejne dekady[3]. Młodzi dorośli zmagali się z problemem „intymność kontra izolacja”, ludzie w wieku średnim mieli przed sobą konflikt „generatywność kontra stagnacja”. Akceptację starszych osób dla dobrze przeżytego życia lub ich rozczarowanie porażką oddawał konflikt „integralność kontra rozpacz”.

W 1965 roku w artykule psychoanalityka Elliotta Jaques’a, zatytułowanym wesoło Death and the Midlife Crisis [Śmierć i kryzys wieku średniego], po raz pierwszy padło określenie „wiek średni”[4]. Temu stadium życia człowieka poświęcał już uwagę model Eriksona, jednak pełnię zainteresowania okazano mu dopiero w badaniach podłużnych prowadzonych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych na Harvardzie, UCLA i Yale. George Vaillant, Roger Gould i Daniel Levinson[5] – prace tego ostatniego zostaną spopularyzowane w książce Passages [Etapy] Gail Sheehy – zajmowali się teorią zadań udanej (męskiej) dorosłości. Dwie połączone ze sobą zmiany społeczne zaistniałe w latach sześćdziesiątych przyczyniły się do postrzegania kryzysu wieku średniego jako kluczowej okazji do zaistnienia nowego początku. Po pierwsze, pojawiła się pigułka antykoncepcyjna, która zrewolucjonizowała życie seksualne dorosłych. Po drugie, młode pokolenie wyżu demograficznego przejawiało skłonność do eksperymentowania z seksualnością i część społeczeństwa, która wstąpiła w związki małżeńskie przed 1967 rokiem, miała wrażenie, że coś przegapiła. Między 1966 a 1979 rokiem liczba rozwodów w Stanach Zjednoczonych wzrosła dwukrotnie[6]. Nowe spojrzenie na kryzys wieku średniego wpłynęło znacząco na zmierzający do równouprawnienia etos seksualności lat sześćdziesiątych i optymistyczne przekonanie, że egzystencjalny „kryzys” wieku średniego można rozwiązać poprzez nowe szukanie namiętności i romantycznego spełnienia.

Pionierzy psychologii rozwojowej wnieśli ważne spostrzeżenie, a mianowicie, że w okresie dorosłości wciąż się rozwijamy. Jednak zgodnie z duchem czasu pisali o jednostkach rodzaju męskiego. Oddziaływanie feminizmu drugiej połowy XX wieku nie było jeszcze w pełni odczuwalne; co więcej, ówczesne modele zdrowia psychologicznego nie uwzględniały zachodzących między ludźmi emocjonalnych procesów, które prowadziły do umocnienia lub zniszczenia związków intymnych. Związki małżeńskie przedstawione w pracach z tamtego okresu rzadko kiedy ukazują dwoje ludzi u steru relacji. Mamy w nich raczej do czynienia z „bohaterem” znajdującym się w centrum dramatu, i to jego droga jest najważniejsza. Być może jedną z przyczyn, dla których kryzys wieku średniego spotkał się z takim wyszydzaniem (czerwone sportowe auta, młodsze żony), jest to, że u zarania koncepcji nie oddzielono wiarygodnych poszukiwań duszy od narcystycznego usprawiedliwiania się.

W swoim napisanym w 1978 roku wpływowym opisie dorosłości mężczyzny, The Seasons of a Man’s Life [Etapy ludzkiego życia], Daniel Levinson śledzi życie „Jima Tracy’ego”, którego historia przypadkiem stanowi dobry przykład egocentryzmu jako głównego składnika teorii rozwojowej. Ukończywszy szkołę morską, Jim poślubia Victorię, bo czuje się „samotny jak diabli”, szybko jednakże dochodzi do wniosku, że jest ona „oziębłą, flejtuchowatą, biedną kurą domową”[7]. Nastają lata przypadkowych romansów i budowania kariery, po których przychodzi romans z Joan, „wyjątkową kobietą, która pomoże mu poukładać życie, wzbogacić je, jak również wyrazić jego nadzieje i marzenia”[8]. Po upływie zaledwie pięciu lat od rozwodu i ponownego ożenku Jim lamentuje nad drastyczną zmianą Joan z „atrakcyjnej, dwudziestoośmioletniej młodej żony”[9] w zależną i ograniczoną Hausfrau, o której „rozwój jako osoby” jej mąż się martwi. Jim Tracy, jak donosi z powagą Levinson, „uczy się akceptować jej ograniczenia”.

Kiedy się czyta o kolejach losu Jima, trudno nie dojść do wniosku, że „zepsucie się” Joan ma związek z oczekiwaniem Jima, umocnionym przez lata egotyzmu i seksistowskiej kultury, że życie żony powinno się kręcić wyłącznie wokół jego osoby. Gdy córka Jima zachodzi w nieplanowaną ciążę, a syn podejmuje próbę samobójczą, Joan tak bardzo się trapi z powodu przesiąkniętej chaosem sytuacji rodzinnej, że prowadzi to niemal do rozpadu małżeństwa. Jim bynajmniej nie podejmuje trudnej konfrontacji ze swoim fatalnym ojcostwem, tylko dokonuje ponownej oceny Joan i stwierdza, że jest ona jeszcze bardziej ograniczona, niż sądził; „jej odsunięcie się” od jego dzieci „podkopuje jego wcześniej wyidealizowany obraz tej kobiety”[10].

Być może moglibyśmy się spodziewać, że dyrektorzy z lat sześćdziesiątych, tacy jak Jim Tracy, byli krótkowzroczni i ograniczeni przez kulturę, co sprawiało, że przyczyniali się do przekształcenia swoich partnerek w przygnębionych słabych ludzi. Nie przypuszczalibyśmy natomiast, że taki erudyta i humanistyczny przewodnik jak Levinson zgodzi się z oceną Jima. A oto, do jakich smutnych wniosków dochodzi:

Tracy zaczął postępować na sposób Joan i ograniczył swoje życie do zadowalania jej. Odrzucał zaproszenia na spotkania z innymi mężczyznami i zrezygnował z zajęć, które wiele dla niego znaczyły. Sprzedał łódź, zbudował basen, pracował w ogrodzie i wykonywał naprawy w domu. [...] Aby sprawić Joan przyjemność, postanowił ograniczyć swoją wizję i egzystencję. Usiłował osiągnąć jak najbardziej „spokojne” i „stabilne” życie rodzinne. Koszty okazały się ogromne.[11]

Levinson zdaje się sugerować, że winą za niespełnienie marzeń Joan należy obarczać jej „problemy i słabości”. Dla kontrastu decyzję Jima o „ograniczeniu wizji i egzystencji”, „aby sprawić Joan przyjemność”, traktuje jako narzucony ciężar. Moglibyśmy się zastanowić, czy nie nadszedł już czas, aby Jim powściągnął wreszcie swoje poczucie, że ma prawo do wszystkiego. Może w końcu zrozumiał, że związek polega na uwzględnianiu pragnień i celów drugiej osoby. Niewykluczone, że Joan zyskała większe zadowolenie nie tylko dlatego, że Jim „sprzedał łódź” lub „zbudował basen”, ale dlatego, że kosztem swojego ja przestał czuć się dobrze z tym, że jego życie kręciło się wyłącznie wokół niego samego.

Chociaż Levinson wniósł wielki wkład w badanie stadium dorosłości, jego opis Jima Tracy’ego uchodzi za przejaw oburzającego braku oświecenia i relikt przeszłości w duchu serialu Mad Men, ukazującego mężczyzn, którzy bezrefleksyjnie zajmowali środek sceny. Na początku XXI wieku do głosu doszły niezmiernie podobne idee, tylko że tym razem formułowane przez kobiety dla kobiet. Dalekie od krytykowania egocentryzmu cechującego męskie przypadki autorki przejęły go i okrzyknęły kobiece kryzysy wieku średniego mianem przejawów „feminizmu”.

Kiedy w 1976 roku Gail Sheehy przedstawiła w Passages romantyczną wersję rozwoju człowieka dorosłego, chciała obudzić nadzieję na lepszą przyszłość i świat możliwości[12]. Rozwój w wieku średnim oznaczał pokonanie smoków, z których najstraszniejszym był „wewnętrzny strażnik”, „ohydny tyran” uosabiany przez naszych wymagających rodziców. Sheehy ostro oddzielała marzenia, pasje i impulsy od ograniczeń, sumienia i wewnętrznego wymagającego przełożonego. Taki rozdział przedstawia kryzys wieku średniego jako wyraźną walkę Dobra (pragnień i marzeń naszego „prawdziwego ja”) ze Złem (zasadami i ograniczeniami „wewnętrznego strażnika”). Choć może to być trudne, „musimy zrezygnować z wszelkiego fałszywego poczucia bezpieczeństwa, jakie daje nam nadmierne zaangażowanie w ludzi i instytucje”[13]. I rzeczywiście, zachowujemy się bohatersko, kiedy pozbywamy się przywiązania, z którego wyrośliśmy. W Sex and the Seasoned Woman [Seks i dojrzała kobieta], kolejnej książce Sheehy, „ta druga strona”, od której musimy wywalczyć swoją wolność, jest najczęściej przedstawiana jako wymagający mąż lub pochłaniające nasz czas, absorbujące dzieci[14].

Sue Shellenbarger przeszła od takich samych założeń do jeszcze skrajniejszych wniosków w swoim manifeście poświęconym wiekowi średniemu, zatytułowanym The Breaking Point [Punkt krytyczny]. Poznajemy w nim Annę, z pozoru wyjętą z kiepskiej powieści romantycznej: „Sama z mężczyzną o dwadzieścia lat młodszym odpoczywała nad jeziorem pod rozgwieżdżonym letnim niebem... Nie oczekiwała już, że jeszcze kiedykolwiek usłyszy to, co mówi do niej ten krzepki, muskularny człowiek – a mianowicie, że jest seksualnie atrakcyjna. Nie spodziewała się czuć tego, co czuła – romantycznego uniesienia, ekscytacji, żądzy”[15]. Trudności Anny w wieku średnim zaczynają się od przyziemnych problemów, które każdej kobiecie mogą się wydać znajome: nudna praca, fałszywe pochlebstwa wobec szefa, mąż siedzący na kanapie i zmieniający kanały w telewizorze (to wyobrażenie stanowi kwintesencję małżeńskiej nudy). Aby usnuć romantyczną przygodę dla Anny, Shellenbarger musi przede wszystkim wyrwać jej prawdziwe ja spod sterty pozbawionych znaczenia bzdur.

To, co dzieje się później, rodzi nasze współczucie dla fikcyjnej Anny, pomimo jej niedbale sfabularyzowanego charakteru. Obserwujemy u niej przejawy emocjonalnego i duchowego kryzysu, huśtawki „od euforii do czarnej rozpaczy”[16]. Rodzi się w nas obawa, że może cierpieć na depresję kliniczną, a nawet uciec się do autodestrukcji. Shellenbarger pragnie chyba przedstawić opowieść o wyzwoleniu, lecz nawet ona wydaje się zagubiona w tej misji. Zauważywszy, że kryzysy wieku średniego często poprzedzają miesiące „emocjonalnej martwoty opadającej na człowieka jak smog”, przechodzi do niejasnego oświadczenia, że „wraz z mrokiem nastało nasilające się przekonanie, iż tłumienie głęboko skrywanych marzeń i pragnień nie było już godne poświęceń. Dawne wartości i standardy zachowania zaczęły znikać”[17].

„Tłumienie głęboko skrywanych marzeń i pragnień” brzmi bez wątpienia kiepsko. W wieku średnim powinniśmy móc je odzyskać, czyż nie? Jeśli jednak „nasilające się przekonanie” Anny wywodzi się z „mroku”, czy nie sugeruje to, że odczuwana przez nią rozpacz wpływa na jej osąd? Skoro odkrywasz, że twoja energia słabnie, nadzieja blednie, a samoocena gwałtownie spada, równie dobrze możesz być podatna na myślenie, że „nie przejmuję się swoimi dawnymi wartościami i standardami zachowań”. Jesteś przygnębiona. Może to doprowadzić do tego, że nie wstaniesz z łóżka i przestaniesz myć włosy. Albo poszukasz dostępnego źródła energii, by utrzymać związki z życiem, nawet takiego, którego twoje nieprzygnębione ja by nie zaakceptowało. W obliczu załamania chwytamy się wszystkiego, byle przetrwać.

Shellenbarger chce jednak przekształcić ten desperacki ruch w formę zdrowej asertywności, bunt silnej kobiety przeciwko przymusowi znoszenia dowolnego źródła frustracji, czy to będzie osoba, czy rzecz. Autorka posuwa się wręcz do ustanowienia „frustracji” głównym motywatorem i intuicyjnym przewodnikiem decydującym o tym, czy twoje życie wymaga kompletnej rewizji. „Rodzaje frustracji – oznajmia – są tak zróżnicowane jak same kobiety. Spojrzenie, przelotny dotyk, erotyczny sen mogą obudzić na nowo pragnienie intymności. Zapomniana chęć może obudzić tęsknotę za obserwowaniem Himalajów od świtu aż po pełen rozkwit dnia. Głód wykonywania nowej, bardziej znaczącej pracy zajmuje środek sceny i skłania kobietę, by ta porzuciła ścieżkę kariery, którą kroczyła od trzydziestu lat”[18].

Nie rozmawiamy tu o frustracjach, tylko o pełnej taksonomii maniakalnych ucieczek. Dociera do nas, że określenie frustracje nie odnosi się do frustracji jako takich. Jest to elastyczny termin zdolny pomieścić każdą szkodliwą emocję, o której kobieta w średnim wieku nie chce bądź nie umie myśleć; nie chce też jej ocenić. Shellenbarger zauważa, że kryzys wieku średniego częściej dotyka osoby zamożne i wykształcone, sugeruje więc, że pieniądze i wykształcenie „stwarzają poczucie prawa do wyrażania osobistych frustracji, co prowadzi do aktywniejszego uzewnętrzniania ich”[19]. Na podstawie takiego stwierdzenia można wywnioskować, że pieniądze i owo poczucie uprawnienia narażają nas również na poważniejsze i bardziej urojone ryzyko przekonania, że „wyrażanie osobistej frustracji” jest formą aktywizmu.

Tak oto zatoczyliśmy pełen krąg i wróciliśmy do Jima Tracy’ego i jego problemów wynikających z egocentrycznej perspektywy, obecnych na tyle długo, by uznał w końcu perspektywę drugiego człowieka. W 1978 roku zachowanie Tracy’ego tłumaczono męską potrzebą realizacji marzeń. Na przełomie wieków celebrowano kobietę w wieku średnim, stawiającą na pierwszym planie siebie, i uznawano jej postępowanie za przejaw wyzwolenia. W przypadku obydwu scenariuszy znużenie zwyczajnym światem ustępuje dążeniu ku przygodzie i prowadzi do narodzenia się bohatera, który przekracza granicę i staje w obliczu prób. Struktura historii gwarantuje, że „maluczcy” pozostają na drugim planie. Odchylenie heroicznego gatunku badań kryzysu wieku średniego w stronę indywidualizmu całkowicie bagatelizuje dynamikę natury związków, cyklu interakcji, który bez wątpienia Jim i Joan Tracy albo Anna i jej mąż współtworzyli.

Tak indywidualistyczne odchylenie pomniejsza dynamiczny wpływ, jaki wywiera na siebie dwoje ludzi. Poza tym ujmuje jednostkowe uczucia w przesadnie uproszczony sposób. „Aby móc wzrastać jako człowiek – pisze Shellenbarger – kobieta nie ma wyboru i musi wkroczyć na wszelką drogę niezbędną do tego, by mogła wzniecić na nowo swoje wewnętrzne pasje”[20]. Wyrażenia takie jak „nie ma wyboru” i „wszelka droga” niosą w sobie pokłady znaczeń i złożoności. Określenie, dlaczego wydaje nam się, że nie mamy wyboru, albo dlaczego czujemy chęć do wstąpienia na „wszelką drogę”, bądź to, jak sobie wyobrażamy „wzrastanie jako człowiek”, jest punktem wyjścia, a nie celem w szukaniu znaczenia w emocjonalnych turbulencjach wieku średniego.

Jeżeli akceptujemy to, że rozwój człowieka w średnim wieku jest pochodną dwoistego psychologicznego dążenia do zagłębiania się w siebie i rozwijania się na zewnątrz, wówczas persony Jima Tracy’ego i Anny nie sprawdzają się nawet w roli narzędzi narracyjnych. Zagłębianie się w siebie nie sprowadza się wyłącznie do wydobywania tłumionych uczuć i wyrażania ich. Nie chodzi tylko o proste zrzucenie kajdan ról lub pozbycie się „wewnętrznego strażnika”. Polega ono na dojściu do nowych i bardziej satysfakcjonujących relacji skonfliktowanych pragnień i celów. Nasze pragnienia, sumienie i wszystko, co leży pomiędzy nimi, należą do nas. Wszyscy staramy się pogodzić wewnętrzne konflikty w znośny sposób. Opowieści o zwolnieniu z odpowiedzialności – przecież pierwsza żona Jima była oziębłą fleją, a mąż Anny przesiadywał przed telewizorem – zachęcają do egoistycznej tendencji przypisywania „problemu” innym i zachowywania „rozwiązania” dla siebie.

W przypadku kobiet, z uwagi na tysiąclecia ucisku, głos wzywający nas do samorealizacji wydaje się szczególnie pociągający i inspirujący. Jeszcze zaskakująco niedawno w relacji płci uciszano kobiecą tożsamość, pragnienia i cele, a niekiedy nadal się tak dzieje. Nawet w rejonach oświeconych i uprzywilejowanych kobiety często odnoszą wrażenie, że poświęcają wszystkie siły troszczeniu się o innych. Zrozumiałym jest, że czujemy się wykorzystywane, pozbawione czegoś, urażone. Naukowcy dostarczają liczne dowody kosztów uprzedzeń w miejscu pracy i szkodliwego wpływu na relacje rozdziału obowiązków opartego na kryterium płci[21]. Nawiązanie kontaktu z własnym gniewem stanowi pierwszy krok ku pozytywnej zmianie. Wyzwaniem jednakże jest rozwiązywanie problemów w związkach, które mamy przed sobą. Odzyskujemy uczciwą przestrzeń dla swoich ja nie w drodze rzucania się na uproszczone kuracje, tylko poprzez angażowanie się w mniej efektowną harówkę zwracania uwagi na uczucia, wyjaśniania, co ma dla nas znaczenie, prezentowania swojego punktu widzenia i negocjowania zmiany[22]. Istnieją ważne i zdrowe powody, dla których kobiety odchodzą z małżeństwa: jedna czwarta wspomina o narkotykach i alkoholu, a ponad jedna trzecia o przemocy emocjonalnej[23]. Niemniej decyzję o rozwodzie należy podejmować w pełni władz umysłowych i nie jest najlepiej dochodzić do niej z podnieconym nastawieniem umysłu, które zdają się przyjmować „prorocy kreowania tożsamości”[24].

Na szczęście badacze zajmujący się rozwojem w dorosłości dostarczają bardziej złożony obraz dążenia w wieku średnim do wejrzenia w siebie, wykraczania poza konwencjonalne i konformistyczne role, które przyjmujemy we wczesnej dorosłości. Psycholog Gisela Labouvie-Vief bada bieg życia i zidentyfikowała tendencję w wieku średnim, którą nazwała „de-represją emocji”[25]. We wczesnej dorosłości możemy chcieć przyjmować standardy i zwyczaje, które kojarzą nam się z dojrzałością, ale z biegiem życia coraz bardziej tracimy zainteresowanie podporządkowywaniem się normom, a silniej pociąga nas zmiana i transformacja. „De-represja” bynajmniej nie polega na całkowitym odcięciu się; jest to znacznie bardziej skomplikowany proces, w którym ludzie zaczynają wracać do swojego życia emocjonalnego i historii w nowy sposób. Za sprawą autorefleksji stają się w pełni świadomi „siebie i innych jako naprawdę złożonych bytów”, które „łączą, o ile nie godzą w sobie wiele sprzecznych afektów, niekiedy w tragiczny sposób”[26]. Wiek średni wnosi większą świadomość naszych „wewnętrznych stanów, w których pozostające w konflikcie uczucia mogą toczyć ze sobą wojnę”[27]. Konflikt ten może w nas rodzić niepokój i dezorientację. Tyle że zajęcie się uczuciami w drodze gorączkowej transformacji neguje potrzebę dojścia do nowego i pełniejszego poczucia integracji.

Rozwijanie się na zewnątrz, drugi aspekt wzrostu w wieku średnim, dotyczy szukania związków ze światem. Może wiązać się z sięganiem ku nowym przygodom lub celom, ale też nawiązuje do idei generatywności ukutej przez Eriksona. Sheehy zauważa w Pathfinders [Pionierzy], kolejnej swojej książce, że podróż wieku średniego powinna powodować „minimalne zniszczenia u ludzi”[28], ale szczerze mówiąc, jest to niskie stawianie poprzeczki. Psycholog Dan McAdams przedstawia generatywność jako rdzeń rozwoju w wieku średnim i definiuje ją jako umiejętność widzenia innych w centrach ich światów oraz dbanie o nich jako odrębne jednostki, których interesy i obawy znaczą dla nas tyle samo co nasze własne[29]. Generatywność jest również zakorzeniona w pogłębieniu zrozumienia ograniczeń i śmiertelności. Gdy dopuszczamy do siebie realność skończoności, pomaga nam to myśleć o tym, co jest istotne. Generatywna osoba wyobraża sobie świat, w którym jej już nie ma, i dąży do stworzenia dobrych rzeczy, które ją przetrwają. W tym sensie generatywne nastawienie umysłu kontrastuje z wymyślonym królestwem „nieskończonych możliwości” charakteryzującym romantyczną narrację wieku średniego.

Na tej podstawie Jim Tracy i Anna wydają się niezwykli z uwagi na swój egocentryzm. Wszyscy przejawiamy tendencję do egocentryzmu w chwili osobistego kryzysu, a egocentryzm może być punktem wyjścia do odważnego remanentu, który doprowadzi do znaczącej zmiany. Niemniej jeśli z powodu zapomnianego pragnienia zechcesz patrzeć na Himalaje i owa chęć okaże się ważniejsza od otaczających cię ludzi, będzie to znaczyło, że prawdopodobnie pozbyłeś się trudnego pytania wieku średniego o to, jak pogodzić własne pragnienia i potrzeby z troską o innych. Godzenie tych kwestii może stanowić wysoce skomplikowane wyzwanie w wieku średnim. Historie, które nadmiernie upraszczają prawdziwe dylematy, jakie mamy przed sobą, nie podsuwają nam przydatnej ścieżki rozwoju.

Skoro rozwój w wieku średnim wiąże się z de-represją emocji, oznacza to, że czasami będziemy igrali z ogniem, a przynajmniej starali się zapanować nad pożogą. Popularne wyobrażenie kryzysu wieku średniego obejmuje poczucie wybuchu, impulsywności i namiętności przytłaczającej strukturę. Kiedy jesteśmy świadkami takiego przebudzenia w realnym życiu, z bliska widzimy, że wstrząsa ono kimś do głębi i czasami prowadzi do zerwania z przeszłością i ruszenia w zupełnie nowym kierunku. Zewnętrzni obserwatorzy różnie reagują na takie zdarzenia. Są zaintrygowani, podejrzliwi, zazdrośni, zdenerwowani, przelęknieni lub zaniepokojeni tym, że ich przyjaciele i znajomi zanurzają się w takie formy ekstatycznych doznań. Równocześnie zadają sobie pytania: „Co jest z nim / nią nie tak?” i „Co jest nie tak ze mną?”.

Być może będziemy musieli otworzyć w sobie nowe obszary, żeby rozkwitnąć i się rozwinąć. Jak jednak zaprzęgamy emocjonalne siły do czegoś dobrego, a nie złego? Zastanawiałam się nad tym, gdy za pośrednictwem naszej wspólnej znajomej poznałam Ariel. Słyszała o mojej książce i chciała porozmawiać ze mną o tym, że „przeszła niedawno transformację”. Ta czterdziestodwuletnia mężatka i matka dwójki dzieci uczęszczających do podstawówki, a także projektantka ubioru, emanowała swobodnym pięknem i spokojem, z powodu których z miejsca zapragnęłam wemknąć się do jej życia i tam zamieszkać. Może wynikało to z tego, że spotkałyśmy się w promienny dzień w Alta Plaza Park w San Francisco, skąd rozciąga się widok na wapienne miasto, a ona miała na sobie cudowny fioletowy płaszcz z gotowanej wełny. Tak czy siak, niebawem odkryłam, że jej historia skrywa w sobie więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

– Oboje z mężem Richardem mieliśmy trudne dzieciństwo – zaczęła opowiadać. – Ja miałam bardzo krytyczną matkę. Jako dwudziestolatka czułam się zagubiona. A on ciągle zmagał się ze złą opinią ojca i musiał sobie radzić z uzależnieniami w rodzinie i przemocą słowną. Mogę nawet powiedzieć, że oboje przeżywaliśmy okresy depresji. Odkryliśmy, jak ważna jest praca nad sobą, i łączy nas pragnienie, by celować w tej dziedzinie. Kiedy się poznaliśmy, uwielbialiśmy się bezwarunkowo – ciągnęła – i zawsze wierzyliśmy w to, że wspólne wartości stanowią podstawę silnego małżeństwa. Zgadzamy się, że ludzie muszą się zawsze rozwijać i wzrastać. Podziwiałam w nim to, że bezustannie nad sobą pracuje. Staramy się zawsze postępować intencjonalnie, zwłaszcza odkąd pojawiły się dzieci. Ich przyjście na świat dało nam wspaniałą okazję do przemyślenia, kim jesteśmy, skąd się wywodzimy i kim chcemy być. I chociaż przeżywaliśmy typowe dla tego okresu stresy, czuliśmy, że otworzyły przed nami zupełnie nowe procesy rozwoju. Dążenie do traktowania inaczej własnych dzieci działa bardzo terapeutycznie. Zawsze się co do tego zgadzaliśmy.

Ariel emanowała szczerym ciepłem i ciekawością, lecz zwróciłam uwagę, że często używała w swojej wypowiedzi słowa „zawsze”, jakby popychana do wyrażenia spełnienia i entuzjazmu w każdej chwili. Zastanawiałam się, czy obserwuję charakterystyczną dla rejonu zatoki mieszankę nerwowego perfekcjonizmu i wzmocnionego pozytywizmu, czy też maniera ta odzwierciedla coś głębszego ze sfery jej wewnętrznych zmagań.

– Mniej więcej rok temu zdałam sobie sprawę z tego, że nadszedł czas, żebym pełniej zaangażowała się w życie zawodowe. Wycofałam się znacznie, kiedy dzieci były małe. – Ton jej głosu nie brzmiał już tak żywiołowo. – Spowodowało to lekkie tarcia między mną a Richardem, ponieważ nie byłam już tak łatwo dostępna, a poza tym próbowałam promować linię odzieży, a to zawsze jest ryzykowne finansowo. No i potrzebowałam jego wsparcia. Zaproponowałam, żebyśmy zaczęli wspólnie medytować, aby poradzić sobie ze stresem. Bardzo nam to pomogło. Mniej więcej w tym czasie zainteresowałam się poważniejszą medytacją i latem wyjechałam na czterodniowy obóz. Chciałam, żeby i Richard ze mną pojechał, ale nie mógł wziąć wolnego w pracy. Rozumiałam to. Jest superodpowiedzialnym pracownikiem, naprawdę dobrym w tym, czym się zajmuje. – Zapatrzyła się w dal. – Nie potrafię wytłumaczyć tego, co się wydarzyło na obozie. Mogę jednak uczciwie powiedzieć, że przeżyłam duchowe przebudzenie. Pamiętam, że siedziałam i medytowałam, a moje ciało zaczęło się niekontrolowanie trząść. Z oczu dosłownie trysnęły mi łzy. Potem poczułam się niebywale lekko. Otuliło mnie poczucie miłości i współczucia. Pamiętam, że się rozejrzałam i pomyślałam: „Czy wszyscy tego doświadczają? Czy każdy już tego zaznał?”. Po powrocie do domu miałam wrażenie, że pozbyłam się wielkiego ciężaru. Zrzuciłam spory bagaż. Czułam się nadzwyczajnie czysta i solidnie osadzona w rzeczywistości. Moje ciało wydawało się przewodem lub naczyniem. Rozumiałam świat poza ramami własnego ego, jego przywiązaniami, lękami i obawami. Wypełniało mnie ogromne poczucie pewności siebie. Zniknęła gdzieś krytyczna autocenzura. Wszystko we mnie odbywało się płynnie, czułam spokój, dystans, swobodę i brak uwikłań.

– Rety – powiedziałam.

– Tak, to było wspaniałe. – Zaśmiała się. – Odkryłam na nowo sens życia. Działałam na zwiększonych obrotach, ale też umiałam się skupić. Mniej więcej przez miesiąc pisałam do późna. Richard myślał, że popadam w obłęd. Przerażałam go. A mnie jeszcze bardziej przerażało to, że owo uczucie odejdzie. I tak się stało, po miesiącu. Nie przepełnia mnie już błogość. Niemniej po dziś dzień miewam chwile olśnienia.

– Jak myślisz, dlaczego twój mąż tak bardzo się martwił?

– Chyba obawiał się, że to przejaw jakiegoś załamania lub rozłamu między nami. Wydawało mu się, że opowiadam jakieś abstrakcje o tym, że go akceptuję i że go obejmuję, a tak naprawdę oddalam się od niego. I według mnie bał się, że nasze drogi się rozejdą. Też się tego trochę bałam, ale równocześnie byłam podekscytowana.

– A czy ty miałaś poczucie, że się od niego oddalasz?

– Darzyłam go ogromnym współczuciem, podobnie jak rodziców i całą rodzinę. Kochałam jego esencję i to, kim był. On jednak próbował się ze mną kłócić i spierać się z tym, co opisywałam, i chyba wydawało mu się, że sugerowałam, że jest nieoświecony lub niedoskonały. Były to bardzo bolesne i trudne rozmowy. Tak bardzo chciałam mu pokazać, że to, przez co przechodziłam, jest osiągalne dla każdego.

Kiedy po tej rozmowie zmierzałam do samochodu, mieszały się we mnie dwa uczucia. Pociągał mnie frapujący świat Ariel, ale przez moment, w snopie bijącego od niej światła, moje własne życie wydawało mi się trochę bezbarwne, pozbawione czaru. Może to przez popołudniowe światło sączące się przez liście drzew, ale poczułam dziwną tęsknotę, żeby pozostać w jej charyzmatycznej orbicie i chłonąć jej wyjątkową samoświadomość. Równocześnie poczułam się zdecentrowana, jak nie ja, jakbym na chwilę dołączyła do kultu jej jednostki. Opisywała czysto progresywną drogę czy wpadła w korkociąg? Wydawała się taka pewna wartości swoich doznań, a mimo to nie wiedziała, co się z nią stało. Niepokoiło mnie nawet jej przekonanie co do korzyści z tego płynących. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie czułam tego, co czuł jej mąż.

W swojej indywidualistycznej narracji kryzysu wieku średniego Ariel mogła dojść do tego, że jej mąż stał się przeszkodą, a następnie zamienić płaszcz z gotowanej wełny na kolorowe koraliki i zamieszkać w jurcie ze swoim nauczycielem medytacji. Jej kwiecista przemowa nosiła znamiona poczucia celu bohaterki w wieku średnim, a w jej głosie pobrzmiewała pewność siebie, gdy stwierdziła, że jej mąż „powinien wzrastać na poziomie duchowym i emocjonalnym”. Uderzyło mnie także to, w tamtej i kolejnych rozmowach, jak bardzo Ariel starała się wykorzystać swoje nowe zrozumienie do pełniejszego poczucia związku z mężem, dziećmi i wspólnotą. Szczerze pragnęła dzielić z mężem to, co przeżywała, aby zaznał tego osobiście, jak również by ich więź uległa wzmocnieniu.

Wstępujemy w związek małżeński na pewnym etapie swojego rozwoju, lecz podobnie jak rzeki, płyniemy dalej. Dochodzi do niespodziewanych wydarzeń, zmieniamy się i nie zawsze jest jasne, jak mamy się do tego dostosować. Zarówno Ariel, jak i Richard obawiali się tego, jakie znaczenie dla ich związku mogą mieć najnowsze wydarzenia. Oboje mieli trudną przeszłość, ale chcieli stworzyć rodzinę, w której będzie więcej miłości niż w tych, z których się wywodzili. Wydawało się, że Ariel próbowała wykorzystać swoje poczucie kosmicznej akceptacji, by rozproszyć atmosferę negatywizmu i krytycyzmu, jakiej doświadczała w dzieciństwie. Chociaż stanowiło to produktywną aspirację, przełożenie jej na przeprowadzanie zmian z udziałem męża okazało się trudne. Ariel wywoływała w Richardzie poczucie braku bezpieczeństwa w kwestii ich domyślnych kontraktów emocjonalnych, a nawet tego, kim się stawała. Mimo że nie poznałam jego stanowiska z pierwszej ręki, mogłam sobie wyobrazić, że w jego odczuciu jej strategia mogła jawić się jako niemodulowana, a nawet trochę nierealistyczna.

W mejlu napisanym po naszej pierwszej rozmowie Ariel podała mi kontakty do kilku osób, które odegrały rolę w jej ostatnich duchowych poszukiwaniach. Przed kolejnym spotkaniem porozmawiałam z jej nauczycielem medytacji. Okazał się serdeczny, uprzejmy i skromny, niemniej rozstałam się z nim raczej zdezorientowana niż oświecona. Mówił o pomocnych psychologicznych koncepcjach granic, samoświadomości i wyboru. Opowiadał też o przeszłym życiu, czytaniu aury, polach energetycznych oraz idei, że wybieramy sobie rodziców, żeby nauczyć się konkretnych rzeczy w tym życiu.

– W przeszłym życiu – tłumaczył – mogło się dziać coś, co pomaga nam zrozumieć, dlaczego wybraliśmy to życie. Może wybraliśmy tych rodziców, żeby nauczyć się a, be lub ce. Kiedy czegoś doświadczam, powstaje pytanie, dlaczego do tego doprowadziłem. Przecież to ja jestem twórcą świata.

To wszystko kazało mi się zastanowić, czy Ariel nie balansuje przypadkiem na cienkiej granicy oddzielającej inspirację od niezrównoważonego myślenia. Dostrzegałam, że usiłowała być otwarta i elastyczna i zmagała się z wykorzystaniem swojego przebudzenia w walce ze sztywnością oraz pewniakami perfekcjonizmu i zinternalizowanego krytycyzmu. Ludzie dorastający pod wpływem obłędu innych osób niewątpliwie korzystają na praktyce, która przypomina im, że mają kontrolę nad własnymi granicami i wyborami. Niemniej ani ja, ani Ariel, ani jej nauczyciel medytacji nie jesteśmy „twórcami świata”.

Być może nauka będzie kiedyś potrafiła wytłumaczyć, w jaki sposób fizyczne rozluźnienie Ariel w trakcie medytacji zdawało się uruchamiać psychologiczną reakcję, która pozwalała jej wchodzić w stan ogromnego poczucia bezpieczeństwa i spokoju[30] – być może był to „prymitywny” stan wywodzący się z wczesnego okresu rozwoju, który obecnie zdawał się przekładać na poczucie związku z fundamentalnym człowieczeństwem. Bez względu na jego źródło doznanie to pobudziło Ariel do podejmowania praktycznych działań w jej obecnym życiu. Sięgała na przykład po swoje nowe zrozumienie współczucia i troski, aby stać się cierpliwszą i bardziej zadowoloną matką i pracować nad pozbyciem się surowych modeli dyscypliny, w których ją wychowano. Próbowała zrozumieć naukowe badania, które mogłyby wyjaśnić jej subiektywne odczucie starych emocji oraz „uwolnienie” wzorców myślowych. Usiłowała również wykorzystać swoje poczucie, że wszystko i wszyscy są połączeni i podjęła działania na rzecz większej społeczności. Z pomocą kościoła zorganizowała akcję zbierania odzieży, która objęła zasięgiem całe miasto, a dzięki kontaktom z branżą mody włączyła się do sieci lobbującej na rzecz praktyk fair trade i sweatshop-free. Równocześnie wychowywała dwójkę dzieci i pracowała nad własną kolekcją. (Tyle zajęć wyczerpuje; nie mogłam całkowicie wykluczyć manii).

Podczas kolejnego spotkania wypytałam ją bardziej szczegółowo o jej małżeństwo.

– Ciekawi mnie, jak przepracowaliście z mężem okres, w którym wydawało się, że nie nadajecie na wspólnych falach. Zdaje się, że dużo czasu poświęciliście na rozmowy, a mimo to nadal miewacie trudności ze zrozumieniem się.

– Gdy po raz pierwszy wyraził sceptycyzm odnośnie do tego, co przeżywałam, poczułam rozczarowanie i smutek. Zupełnie jakbym straciła okazję. Chciałam dzielić z nim swoją nową rzeczywistość. Zawsze istniało między nami to napięcie. On jest taki logiczny i naukowy. To jeden z najbardziej zdyscyplinowanych ludzi, jakich znam. Próbowałam pomóc mu dostrzec, że radość pochodzi z wnętrza.

– Wydawało mu się, że za bardzo na niego naciskasz?

– Tak. Wszystko się posypało mniej więcej w październiku. Miewałam częste bóle głowy i próbowałam różnych terapii. Udałam się do gabinetu medycyny naturalnej i gdy powiedziałam o tym Richardowi, wybuchł. Powiedział, że to jest pseudonauka i nie ma danych potwierdzających skuteczność tej metody. Powiedział nawet, że ma dość płacenia za to wszystko, że powinniśmy odkładać pieniądze na studia dzieci. To nami wstrząsnęło. Zabolało mnie, że podniósł kwestię pieniędzy. Obudził we mnie wstyd i poczucie, że jestem jego dłużniczką. Pamiętam, jak pomyślałam: „Czuję się taka pełna, nie potrzebuję go do tego, by mnie wypełniał”. A równocześnie bałam się, że się rozchodzimy. Uzgodniliśmy, że damy sobie nawzajem przestrzeń i przez jakiś czas nie będziemy dyskutowali o naszych różnicach poglądów. Oboje spędzaliśmy więcej czasu w towarzystwie przyjaciół.

Ten okres był naprawdę trudny. Każde z nich musiało zmagać się z uczuciem, że poślubiło kogoś innego, niż mu się wydawało. Zbieżność poglądów, na której dotychczas polegali – w kwestii zaangażowania się w wychowanie dzieci, pracę nad sobą, wartości – teraz wydawała się naciągana i zniekształcona. Nie mogli już dłużej czerpać prawie automatycznej dumy z niemal przesadnie perfekcyjnie wspólnego światopoglądu. Oboje odczuwali stratę wywołaną brakiem pełnego zrozumienia przez drugą stronę. Nastało kilka miesięcy spowolnienia i samotności.