Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE - Phil Knight - ebook + audiobook

Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE ebook i audiobook

Phil Knight

4,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Bestsellerowe wspomnienia twórcy NIKE.

Firmy Nike nie trzeba nikomu przedstawiać - to jeden z najpotężniejszych graczy na rynku odzieży, obuwia i sprzętu sportowego, z roczną sprzedażą rzędu 30 miliardów dolarów. Nie każdy jednak wie, kim jest Phil Knight - człowiek, który stworzył tę markę za garść dolarów pożyczonych od ojca, a potem przez dziesięciolecia kształtował jej potęgę. Jego wspomnienia są fascynującą podróżą w czasie i zaskakująco szczerą, intymną opowieścią o tym, jak realizować marzenia. Knightowi dopisało szczęście: jak większość młodych ludzi, krótko po studiach nie miał szczegółowego planu na życie, ale miał swój Szalony Pomysł. Kochał bieganie i czuł, że nie będzie szczęśliwy, jeśli nie zwiąże kariery zawodowej z pasją. I właśnie o tym, jak zmienić zamiłowanie do sportu w niewyobrażalny sukces komercyjny, opowiada ten pamiętnik - zaskakujący, skromny, niefiltrowany, zabawny i pięknie napisany.

To wspaniała, amerykańska opowieść o szczęściu, determinacji, znajomości rzeczy oraz magicznej alchemii, która połączyła grupkę ekscentryków, twórców sukcesu Nike. To, że odnieśli sukces, jest cudem, bo - jak dowiedziałem się z tej książki - choć jako naród cenimy sobie wolność gospodarczą, to jednocześnie jesteśmy niezrównani w jej tłamszeniu. To, co Phil Knight ma do powiedzenia na temat przedsiębiorczości oraz przeszkód, które trzeba pokonać na drodze do sukcesu, jest wręcz bezcenne. Trudno zliczyć zakładki, które zostawiłem między stronicami tej książki. - Abraham Verghese, autor Powrotu do Missing, bestsellera z listy „New York Timesa”

Byłem jeszcze dzieciakiem, gdy po raz pierwszy spotkałem Phila Knighta, ale tak naprawdę poznałem go dopiero teraz, gdy przeczytałem tę piękną, przejmującą, intymną opowieść. To samo mogę powiedzieć o Nike - z dumą nosiłem stroje tej firmy, ale nie miałem pojęcia, że za popularnym symbolem zwanym swoosh kryje się tak niezwykła historia ludzkiej pomysłowości, woli przetrwania oraz triumfu. Szczery, zabawny, trzymający w napięciu, prawdziwie literacki - oto pamiętnik dla ludzi, którzy kochają sport, lecz nade wszystko dla tych, którzy kochają pamiętniki. - Andre Agassi, tenisista, jego autobiografia Open stała się bestsellerem „New York Timesa”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 534

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 57 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
4,7 (1668 ocen)
1235
336
80
15
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AStrach

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem pod wrażeniem, styl prowadzenie biznesu oraz zarządzania przez Phila Knighta, wyprowanie marki NIKE - ikony popkultury schyłku XX wieku, jakże odmienny od np. Apple bardziej do mnie przemawia, niźli Steva Jobsa droga do sukcesu. Polecam !!!
30
Mario_arosa

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowicie wciągająca opowieść o tym, że budowa czegoś wielkiego wymaga czasu, wytrwałości i poświęcenia, i jedynie wytrwaja w tym ci którzy oprócz setek godzin pracy, wyrzeczeń wkładają w to co budują swoje serce i wiarę w wyższy cel. A w tym wszystkim i tak najważniejsi są odpowiedni ludzie, którzy dołożą to samo od siebie.
10
umbreon

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, inspirująca i niezwykłe motywująca lektura. Czarujące opisy pozwalają na dobre zatracić się w historii założyciela NIKE - bogini zwycięstwa. Bieg wydarzeń przedstawiono w wymiarze tak rzeczywistym, że czytelnik ma nieodparte wrażenie uczestnictwa w dziejach firmy Phila Knighta.
10
muzzy87

Nie oderwiesz się od lektury

Inspirująca książka! Polecam każdemu milosnikowi sportu. Końcówka trochę nazbyt naznaczona coachingiem, ale pierwsza część historii powstania firmy jest znakomita!
10
Ldzfinest

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia o życiach ludzi którzy stworzyli coś więcej niż firmę produkująca buty
10

Popularność




Dedykacja

Moim wnu­kom – żeby wie­działy

Motto

W umy­śle począt­ku­ją­cego ist­nieje mnó­stwo moż­li­wo­ści, lecz w umy­śle eks­perta jest ich nie­wiele.

Shun­ryu Suzuki, Umysł zen, umysł począt­ku­ją­cego

ŚWIT

Wsta­łem naj­wcze­śniej ze wszyst­kich, przed pta­kami, przed słoń­cem. Wypi­łem fili­żankę kawy, pochło­ną­łem grzankę, wło­ży­łem szorty i bluzę, a potem zasznu­ro­wa­łem moje zie­lone buty do bie­ga­nia. Wresz­cie wymkną­łem się po cichu tyl­nymi drzwiami.

Roz­cią­gną­łem mię­śnie czwo­ro­głowe i dwu­głowe ud, potem odci­nek lędź­wiowy krę­go­słupa i jęk­ną­łem, sta­wia­jąc pierw­sze, nie­chętne kroki w chłod­nej mgle. Dla­czego zawsze tak trudno jest zacząć?

Nie było samo­cho­dów, nie było ludzi, żad­nych oznak życia. Byłem cał­kiem sam i cały świat mia­łem dla sie­bie – może tylko drzewa, co dziwne, wyda­wały się świa­dome mojej obec­no­ści. Cóż, taki jest Ore­gon: tu drzewa po pro­stu wie­dzą i stają za tobą murem.

Jak tu pięk­nie, myśla­łem, roz­glą­da­jąc się. Tak cicho, spo­koj­nie, zie­lono – byłem dumny, mogąc nazy­wać Ore­gon moim domem, dumny, że przy­sze­dłem na świat w małym Por­t­lan­dzie. Lecz jed­no­cze­śnie czu­łem coś jakby żal. Ore­gon bowiem, choć piękny, dla wielu ludzi był miej­scem, w któ­rym nic wiel­kiego ni­gdy się nie wyda­rzyło i zapewne się nie wyda­rzy. Jeżeli my, ore­goń­czycy, sły­nę­li­śmy z cze­go­kol­wiek, to chyba z owego sta­rego szlaku ore­goń­skiego, który musie­li­śmy poko­nać, by tu dotrzeć. To jed­nak były dawne dzieje; od tam­tej pory w naszym sta­nie pano­wał spo­kój.

Naj­lep­szy nauczy­ciel, jakiego kie­dy­kol­wiek mia­łem, i jeden z naj­wspa­nial­szych ludzi, jakich mia­łem szczę­ście spo­tkać, czę­sto wspo­mi­nał o szlaku. „To nasze dzie­dzic­two”, war­czał po swo­jemu. Nasz cha­rak­ter, nasze prze­zna­cze­nie – nasze DNA. „Tchó­rze ni­gdy nie wyru­szyli tą ścieżką”, mówił, „a słabi pomarli w dro­dze – zosta­li­śmy tylko my”.

My. Mój nauczy­ciel wie­rzył, że na owym szlaku ujaw­niła się rzadka odmiana pio­nier­skiego ducha: poczu­cie nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ści sple­cione z wytłu­mioną skłon­no­ścią do pesy­mi­zmu. Naszym zada­niem, zada­niem współ­cze­snych ore­goń­czy­ków, było pod­trzy­ma­nie tej tra­dy­cji.

Kiwa­łem głową z sza­cun­kiem, słu­cha­jąc jego wywo­dów. Uwiel­bia­łem go. Ale cza­sem, włó­cząc się po oko­licy, myśla­łem: Jezu, prze­cież to zwy­czajna droga grun­towa.

Jed­nakże owego mgli­stego, pamięt­nego ranka w 1962 roku i ja nio­słem w sobie świeże wspo­mnie­nie o nie­ła­twym szlaku: wró­ci­łem do domu po sied­miu dłu­gich latach. Oso­bliwe to było uczu­cie, gdy znowu nie­mal co dnia sma­gały mnie zna­jome desz­cze. Na powrót miesz­ka­łem z rodzi­cami i sio­strami bliź­niacz­kami pod jed­nym dachem, spa­łem w łóżku, które zna­łem od dzie­ciń­stwa, lecz czu­łem się obco. Nocami leża­łem na ple­cach, spo­glą­da­jąc na pod­ręcz­niki z uczelni i błę­kitne wstążki medali zdo­by­tych jesz­cze w szkole śred­niej, zasta­na­wia­jąc się: czy to na­dal ja?

Przy­spie­szy­łem nieco. Krą­głe obłoczki moich odde­chów mie­szały się z tuma­nem mgły. Roz­ko­szo­wa­łem się chwilą fizycz­nego prze­bu­dze­nia, owym cudow­nym momen­tem, w któ­rym umysł nie jest jesz­cze cał­kiem jasny, za to stawy w koń­czy­nach zaczy­nają się roz­luź­niać, a ciało jakby się topi – sztyw­ność zmie­nia się w płyn­ność.

Prę­dzej, pomy­śla­łem. Prę­dzej.

W papie­rach byłem już doro­słym czło­wie­kiem. Skoń­czy­łem dobry col­lege – Uni­ver­sity of Ore­gon. Naj­lep­sza szkoła biz­nesu – Stan­ford – dała mi dyplom magi­stra. Prze­trwa­łem roczną służbę w Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych – naj­pierw w Fort Lewis, a potem w Fort Eustis. Z mojego życio­rysu wyni­kało jasno, że jestem wykształ­co­nym czło­wie­kiem, wyszko­lo­nym żoł­nie­rzem, dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nim męż­czy­zną w pełni sił… Dla­czego więc wciąż czuję się jak dzie­ciak? – zacho­dzi­łem w głowę.

Co gor­sza, jak ten sam nie­śmiały, blady, chudy jak patyk dzie­ciak, któ­rym zawsze byłem.

Może dla­tego, że jesz­cze niczego w życiu nie doświad­czy­łem, zwłasz­cza z tych rze­czy, które powszech­nie uważa się za kuszące czy pod­nie­ca­jące. Nie mia­łem w ustach papie­rosa. Nie pró­bo­wa­łem nar­ko­ty­ków. Nie zła­ma­łem żad­nej zasady, nie wspo­mi­na­jąc o pra­wie. To były lata sześć­dzie­siąte, czas buntu, a ja byłem bodaj jedyną osobą w Ame­ryce, która jesz­cze się nie zbun­to­wała. Nie mogłem sobie przy­po­mnieć, żebym choćby raz zerwał się z łań­cu­cha, uczy­nił coś nie­ocze­ki­wa­nego.

Nie byłem nawet z dziew­czyną.

Powód, dla któ­rego tyle czasu poświę­ca­łem na roz­my­śla­nia o tym, kim nie jestem, był pro­sty: zna­łem ten temat na wylot. Znacz­nie trud­niej było mi okre­ślić, kim lub czym jestem i kim mógł­bym się stać. Podob­nie jak wszy­scy moi zna­jomi, pra­gną­łem suk­cesu, jed­nakże w prze­ci­wień­stwie do nich nie wie­dzia­łem, co by to mogło ozna­czać. Pie­nią­dze? Być może. Żona? Dzieci? Dom? Jasne, jeśli tylko dopi­sze mi szczę­ście. Uczono mnie, żebym wła­śnie do takich celów aspi­ro­wał – i jakąś cząstką sie­bie instynk­tow­nie to robi­łem. Jed­nakże w głębi duszy szu­ka­łem cze­goś innego, cze­goś wię­cej. Żyłem w bole­snym poczu­ciu, że dano nam nie­wiele czasu, mniej niż się spo­dzie­wamy, może tylko tyle, ile trwa ta poranna prze­bieżka – i za wszelką cenę chcia­łem spra­wić, żeby mój czas oka­zał się zna­czący. Bym spę­dził go w dro­dze do celu. Twór­czo. Istot­nie. A nade wszystko – odmien­nie.

Pra­gną­łem zosta­wić po sobie ślad.

Pra­gną­łem zwy­cię­żyć.

Nie, nie­zu­peł­nie. Po pro­stu nie chcia­łem prze­grać.

I wła­śnie wtedy to się stało. Gdy moje młode serce biło jak młot, gdy różowe płuca roz­cią­gały się i kur­czyły ryt­micz­nie jak skrzy­dła ptaka, gdy drzewa zmie­niły się w roz­ma­zaną, zie­lon­kawą plamę, mia­łem wizję i wie­dzia­łem już, czym pra­gnę uczy­nić moje życie: niech będzie jak sport, jak zabawa, jak gra.

Tak, pomy­śla­łem, to jest to. Oto wła­ściwe słowo. Zawsze podej­rze­wa­łem, że sekret szczę­ścia i esen­cja piękna oraz prawdy, a może i cała wie­dza o nich, któ­rej nam potrzeba, kryją się w owej ulot­nej chwili, gdy piłka zawisa w powie­trzu, gdy dwaj bok­se­rzy wyczu­wają bli­skość ostat­niego gongu, gdy bie­ga­cze pędzą ku mecie, a tłum kibi­ców pod­rywa się z miejsc. W ułamku sekundy przed koń­cem, gdy decy­dują się losy wygra­nej, nad­cho­dzi chwila rado­snej pew­no­ści – i tego wła­śnie pra­gną­łem. Czym­kol­wiek była, chcia­łem, by stała się całym moim życiem.

Marzy­łem nie­kiedy, by zostać wybit­nym pisa­rzem, wybit­nym dzien­ni­ka­rzem, wybit­nym mężem stanu, lecz tak naprawdę naj­więk­szym z moich marzeń było to o karie­rze wybit­nego spor­towca. Nie­stety, los uczy­nił mnie dobrym, ale nie wybit­nym bie­ga­czem. Mia­łem dwa­dzie­ścia cztery lata i byłem gotów pogo­dzić się z tym fak­tem. Stu­diu­jąc w Ore­go­nie, sporo bie­ga­łem i w trzech z czte­rech sezo­nów nawet się wyróż­nia­łem, ale na tym koniec. Teraz, poły­ka­jąc co sześć minut kolejną milę i patrząc, jak wschód słońca roz­pala igły na naj­niż­szych gałę­ziach sosen, zada­łem sobie pyta­nie: A gdyby tak ist­niał spo­sób, aby nie będąc spor­tow­cem, czuć to, czego doświad­czają spor­towcy? Żeby bawić się, a nie pra­co­wać? A może raczej cie­szyć się pracą tak bar­dzo, by stała się zabawą.

Świat z tru­dem łapał oddech, przy­tło­czony cię­ża­rem wojen, bólu, powszech­nego pesy­mi­zmu. Codzienna walka o prze­trwa­nie – czę­sto nie­spra­wie­dliwa – odbie­rała ludziom siły. Może więc, duma­łem, jedyną odpo­wie­dzią jest podą­ża­nie za wiel­kim, nie­mal nie­do­rzecz­nym marze­niem. Niech będzie zabawne, niech będzie stwo­rzone dla mnie, a będę je ści­gał z zaan­ga­żo­wa­niem i nie­złom­no­ścią praw­dzi­wego spor­towca. Bo prze­cież, czy się to komuś podoba czy nie, życie jest grą. Kto­kol­wiek zaprze­czy tej praw­dzie, odmówi udziału w zaba­wie, prę­dzej czy póź­niej zosta­nie gdzieś na bocz­nym torze – a tego nie chcia­łem. Nie chcia­łem tego bar­dziej niż cze­go­kol­wiek innego.

Idąc tym tro­pem, powró­ci­łem, jak zawsze, do mego Sza­lo­nego Pomy­słu. Być może, myśla­łem, być może wystar­czy przyj­rzeć mu się raz jesz­cze. Być może mój Sza­lony Pomysł po pro­stu… zadziała?

Być może.

Nie, nie, zmi­ty­go­wa­łem się zaraz, znowu przy­spie­sza­jąc kroku. Bie­głem tak prędko, jak­bym kogoś ści­gał, a jed­no­cze­śnie sam był ści­gany. On zadziała. Na Boga, to ja spra­wię, że zadziała. Żadne „być może”.

Poczu­łem nagle, że się uśmie­cham; ba, omal nie roze­śmia­łem się w głos. Mokry od potu, mknąc lekko, bez wysiłku, jak ni­gdy dotąd, nie­mal widzia­łem w oddali mój Sza­lony Pomysł – lśnił pięk­nie i wcale nie wyglą­dał aż tak nie­do­rzecz­nie. Nie wyglą­dał nawet jak pomysł. Wyglą­dał jak miej­sce. Wyglą­dał jak osoba albo siła życiowa, która ist­niała na długo przede mną, oddzielna, ale i będąca cząstką mnie. Cze­kała na mnie, ale i ukry­wała się przede mną. Wiem, że pew­nie brzmi to tro­chę gór­no­lot­nie, może nawet sza­leń­czo… Ale naprawdę wła­śnie tak się wów­czas czu­łem.

A może i nie? Może to tylko moja pamięć wyol­brzy­mia ów moment obja­wie­nia albo zlewa liczne chwile w jedno wiel­kie „eureka!”. A może całe to obja­wie­nie było tylko ubocz­nym skut­kiem eufo­rii bie­ga­cza? Sam nie wiem. I nie będę wie­dział. Wiele wspo­mnień z tam­tych dni, mie­sięcy i lat gdzieś umknęło, jak krą­głe obłoczki pary, które wydmu­chi­wa­łem ryt­micz­nie tam­tego ranka. Twa­rze, liczby, decy­zje, które wyda­wały się ważne, pilne, nie­zmienne – wszystko to gdzieś prze­pa­dło.

Pozo­stała jedy­nie przy­jemna, pocie­sza­jąca pew­ność, prawda, która jest dla mnie opoką i pozo­sta­nie ze mną na zawsze: gdy mia­łem dwa­dzie­ścia cztery lata, skry­sta­li­zo­wał się w mojej gło­wie Sza­lony Pomysł. I choć tar­gały mną egzy­sten­cjalne lęki, choć bałem się przy­szło­ści i nie wie­rzy­łem w sie­bie – jak wszy­scy ludzie w tym wieku, rzecz jasna – to naprawdę wła­śnie wtedy uświa­do­mi­łem sobie, że cały świat jest zbu­do­wany z sza­lo­nych pomy­słów, że jego dzieje to nic innego jak nie­koń­czący się pochód sza­lo­nych pomy­słów. Prze­cież wszystko to, co naj­bar­dziej uko­cha­łem – książki, sport, demo­kra­cja, swo­boda przed­się­bior­czo­ści – zaczęło się kie­dyś jako czyjś sza­lony pomysł.

A skoro już o tym mowa, to trudno o ideę bar­dziej zwa­rio­waną niż moja ulu­biona: bie­ga­nie. Jest trudne. Bole­sne. Nie­bez­pieczne. Zwy­cię­stwa bywają rzad­kie, ni­gdy nie są pewne. Bie­gacz, czy to na owal­nym torze, czy na pustej dro­dze, tak naprawdę nie zdąża do żad­nego celu, a przy­naj­mniej nie do takiego, który uza­sad­niałby tak wielki wysi­łek. Czyn­ność bie­ga­nia sama w sobie jest celem. I nie cho­dzi o to, że nie ma wyraź­nej linii mety; rzecz w tym, że każdy sam ją sobie wyzna­cza. Każdy też musi sam zna­leźć przy­jem­ność czy poży­tek pły­nące z bie­ga­nia. Wszystko zależy od tego, jak sobie ten wysi­łek zapre­zen­tu­jemy, jak zdo­łamy go sobie sprze­dać.

Wie o tym każdy bie­gacz. Bie­gnie bez końca, mila za milą, a w grun­cie rze­czy nawet nie wie dla­czego. Powta­rza sobie w duchu, że ma jakiś cel, że coś gna go naprzód, lecz prawda jest taka, że nie ma wyboru, bo sama myśl o alter­na­ty­wie – o zatrzy­ma­niu się – budzi w nim śmier­telne prze­ra­że­nie.

I dla­tego wła­śnie owego ranka w 1962 roku powie­dzia­łem sobie: Kto chce, niech nazywa twój pomysł sza­lo­nym, a ty… pędź naprzód. Nie zatrzy­muj się. Nawet nie myśl o odpo­czynku, dopóki nie dotrzesz do celu, i nie zasta­na­wiaj się zbyt czę­sto nad tym, gdzie ów cel się znaj­duje. Cokol­wiek się zda­rzy, nie zatrzy­muj się.

Taką oto ważną, dale­ko­wzroczną, zaska­ku­jąco doj­rzałą radę dałem sobie na początku drogi i, cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie, wzią­łem ją sobie do serca. Pół wieku póź­niej jestem zda­nia, że to naj­lep­sza rada – a może i jedyna – jaką można komu­kol­wiek dać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Shoe Dog

Copy­ri­ght © 2016 by Phil Kni­ght

All rights rese­rved

Ori­gi­nally publi­shed by Scrib­ner, an Imprint of Simon & Schu­s­ter, LLC

Nazwi­ska nie­któ­rych osób wystę­pu­ją­cych w książce zostały zmie­nione

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2016, 2021, 2026

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Agnieszka Horzow­ska

Pro­jekt okładki

Jaya Miceli and Jona­than Bush

Swo­osh cour­tesy of NIKE

Opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki: Zbi­gniew Miel­nik

Wyda­nie III e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Sztuka zwy­cię­stwa. Wspo­mnie­nia twórcy NIKE, wyd. I, Poznań 2016)

ISBN 978-83-8062-777-2

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer