Wydawca: ArtVitae Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
21,00 19,80
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczupła bez wyrzeczeń - Michel Montignac

Michel Montignac jest autorem znanych bestsellerów, w których ukazuje błędy konwencjonalnej dietetyki i dowodzi, że aby schudnąć, wystarczy zmienić niewłaściwe obyczaje żywieniowe. Wychodząc z założeń słynnej już Metody Montignac autor tym razem skupia się przede wszystkim na kobietach i ich fizjologii... Zasady Metody dostosowuje do równych etapów życia kobiety: okresu dojrzewania, macierzyństwa, menopauzy i jesieni życia. To specjalne wydanie dla kobiet kierowane jest do tych pań, które uważają, że trudniej im chudnąć niż mężczyznom, podczas gdy naprawdę chudną po prostu inaczej. Czytelniczka odkryje w tej książce kopalnię wiedzy, jak pozostać młodą, piękną i zdrową. Dowie się także, jak pozbyć się cellulitu i jak poprzez odpowiedni wybór pożywienia raz na zawsze utrzymać właściwą wagę ciała.

Opinie o ebooku Szczupła bez wyrzeczeń - Michel Montignac

Fragment ebooka Szczupła bez wyrzeczeń - Michel Montignac

 

Michel Montignac

Szczupła bez wyrzeczeń

Metoda Montignac specjalnie dla kobiet

Z francuskiego przełożyła Małgorzata Bochwic

ARTVITAE

Warszawa 2013

Przedmowa

W swej nowej książce, która szczególny nacisk kładzie na potrzeby kobiet, Michel Montignac kolejny raz udowadnia, że nie tylko ma solidną wiedzę dotyczącą żywienia, ale również wspaniałą intuicję w tej dziedzinie.

Nie może już być najmniejszych wątpliwości, iż stał się autorytetem.

 

W ostatnich dekadach medycyna zrobiła znaczący postęp, pozwalając lepiej diagnozować i leczyć, a nawet skuteczniej zapobiegać wielu różnym chorobom. Generalnie rzecz biorąc, stan zdrowia ludzkości zdecydowanie się poprawił.

Od dawna zachęcano nas do poprawy nawyków żywieniowych oraz uprawiania ćwiczeń fizycznych. Jednakże, jeśli uważnie przeanalizować problematykę odżywiania, trzeba stwierdzić, że podejście naprawdę wartościowe proponuje nam dopiero Metoda MONTIGNAC.

Większość dietetyków zadowoliła się uproszczoną teorią żywienia, polegającą na zmniejszeniu ilości przyjmowanych w ciągu dnia pokarmów (chodzi przede wszystkim o tłuszcze), jeśli chce się schudnąć i poprawić stan zdrowia. Michel Montignac jako pierwszy podał w wątpliwość sens diet niskokalorycznych i skoncentrował się na rzeczywistym związku pomiędzy poszczególnymi produktami a reakcjami biochemicznymi, jakie zachodzą w organizmie człowieka.

Inspirując się dobrze znanymi badaniami, które ukazują i wyjaśniają, dlaczego Francuzi o wiele rzadziej cierpią na otyłość oraz choroby serca i układu krążenia niż mieszkańcy innych krajów wysoko rozwiniętych, Michel Montignac przedstawił rozsądny postulat, zgodnie z którym to metabolizm węglowodanów (a nie tłuszczów czy białek) jest kamieniem węgielnym zdrowego sposobu odżywiania się.

 

Trawienie węglowodanów, które przekłada się na wytwarzanie insuliny, stanowi najistotniejszy czynnik dietetyczny. Jeżeli spożywając węglowodany, będziemy kierować się ich indeksem glikemicznym, jak proponuje to Michel Montignac, możemy ujarzmić produkcję insuliny w naszym organizmie i, co za tym idzie, sami decydować o przybieraniu lub traceniu na wadze.

Przestrzeganie zasad dotyczących spożywania tłuszczów oraz białek, które wymienia Michel Montignac, prowadzi poza tym do poprawy stanu zdrowia. Wiadomo przecież, że białka stymulują wydzielanie glukagenu, hormonu, który w sposób pośredni przyczynia się do redukowania rezerw tłuszczowych.

Ostatnio nasze zespoły badawcze w nowoorleańskim Szpitalu Mercy-Baptist w Stanach Zjednoczonych przeprowadziły badanie dotyczące stosowania Metody MONTIGNAC.

Pierwsze rezultaty u naszych pacjentów to nie tylko zdecydowany spadek nadwagi, ale też, i przede wszystkim, stwierdzone u większości z nich zmniejszenie się poziomu całkowitego cholesterolu we krwi o 20 do 30%.

Jesteśmy przekonani, że zmiany te są bezpośrednim skutkiem spadku produkcji insuliny w następstwie stosowania Metody MONTIGNAC. Dlatego też zdecydowaliśmy się na prowadzenie dogłębnych badań, podczas których systematycznie mierzymy poziom insuliny, cholesterolu oraz trójglicerydów we krwi, co pozwoli zweryfikować nasze hipotezy.

 

Metoda MONTIGNAC stanowi niezaprzeczalny wkład w dziedzinę odżywiania. W sposób naukowy i racjonalny odpowiada na pytania, które zadajemy sobie na temat nawyków żywieniowych. Przedtem mieliśmy do czynienia z teoriami, które nigdy nie zostały dokładnie wyjaśnione.

StosowanieMetody MONTIGNAC może się przyczynić do tego, że będziemy zdrowsi i szczęśliwsi.

 

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że rozpoczęte już poważne badania potwierdzą, iż Michel Montignac miał słuszność, kiedy wstępował na tę nową drogę, i że pewnego dnia zostanie on okrzyknięty prawdziwym pionierem tej nauki.

 

Dr Morrison C. BETHEASzef obsługi działu chirurgii kardiologicznej w Szpitalu Mercy-Baptist w Nowym Orleanie w USA

Od Autora

Wiele osób może się zastanawiać, czy rzeczywiście po napisaniu dwóch książek na temat MetodyMONTIGNAC, książek, których sprzedaż pobiła wszelkie rekordy, konieczne jest publikowanie trzeciej.

Czy nie mamy tu do czynienia ze zwykłym remakiem, który na modłę filmu Rambo II czyIII ma na celu jedynie sztuczne przedłużenie sukcesu wydawniczego?

Dieta dla biznesmena orazJeść, aby schudnąć, uzupełnione jeszcze przez pozycję pt. Recepta na młodość – czy to nie wystarczy, by precyzyjnie opisać wszystkie sekrety MetodyMONTIGNAC?

Lawina przychodzących do mnie listów i artykułów prasowych, ale przede wszystkim komentarze niektórych specjalistów w zakresie żywienia, świadczą o czymś wręcz przeciwnym.

Pierwsza książka, którą napisałem w 1986 roku, adresowana była raczej do mężczyzn, szczególnie tych, którzy jadają poza domem.

Druga książka, Jeść, aby schudnąć, choć identyczna w przedstawieniu podstawowych zasad Metody, była orientacji raczej „przydomowej” i zwracała się głównie do Czytelniczek, bo one przygotowują i jadają większość posiłków w domu.

Obie propozycje zawierały praktyczne treści, a ich założenia przedstawiłem w sposób prosty. Chodziło o to, by miały charakter łatwego w użyciu poradnika dietetycznego, którego stosowanie zapewni rezultaty zarazem znaczne i długotrwałe.

Ale obok samej metody odchudzania zarysowała się w nich pewna filozofia żywienia, opierająca się na higienie życia. Czytelnik odkrywał ją jednak często tylko a posteriori, poprzez dobrodziejstwa fizyczne, które odczuwał po wprowadzeniu zaleceń i które to doprowadziły go do zmiany praktyk żywieniowych.

Z oczywistych przyczyn praktycznych celowo przedstawiłem moją Metodę w sposób uproszczony. Po cóż bowiem zasypywać Czytelnika mnóstwem naukowych informacji, które mogłyby przesłonić istotę problemu.

Dlatego też przez długi czas utrzymywało się przekonanie, że Metoda MONTIGNAC opiera się wyłącznie na idei niełączenia produktów (węglowodany – tłuszcze).

Kierując się jednak doświadczeniem, stwierdziliśmy, że przesłanie „nie łączyć” jest zbyt skromne, choćby nawet prowadziło do upragnionych rezultatów. Dlatego właśnie, począwszy od lat 1989–1990, zdecydowaliśmy się włączyć do książki rozdział na temat indeksów glikemicznych, które stanowią przecież absolutny fundament naszych zasad żywienia.

To nie wystarczyło, by zniechęcić niektórych dietetyków o złej woli do uporczywego porównania MetodyMONTIGNAC do stracha na wróble. Na przykład dr Jacques Fricker poczuł się zmuszony do opracowania diety „towarzyszącej”, by zdobyć lepszą pozycję medialną wobec Metody MONTIGNAC. Według niego da się ją streścić za pomocą dwóch zasad wziętych od Atkinsa: „zmniejszenie dowozu węglowodanów i spożywanie tłuszczów ad libitum” (łac.: wedle chęci).

Owe kłamliwe uproszczenia nikogo nie wzruszyły, a zwłaszcza lekarzy internistów czy specjalistów chorób serca i układu krążenia. Stwierdzali oni zawsze u pacjentów, przestrzegających MetodyMONTIGNAC, że obok zdecydowanego i długotrwałego spadku wagi, prowadzi ona również systematycznie do uregulowania parametrów krwi, szczególnie do obniżenia poziomu cholesterolu i trójglicerydów.

Publikacja niniejszej książki ma więc uzasadnienie z wielu powodów. Przede wszystkim istotne jest wyciągnięcie wniosków z koncepcji żywienia, która od wielu lat cieszy się wielkim powodzeniem, biorąc pod uwagę, jak często się ją stosuje i jak szerokim odbiła się echem. Poza tym ważne i konieczne wydaje się sprecyzowanie od nowa podstawowych przesłań Metody, podkreślenie jej najistotniejszych aspektów, a nawet ponowne zdefiniowanie.

 

MetodaMONTIGNAC sprawdza się na dłuższą metę, a dzieje się tak dlatego, że nie jest ona „dietą”, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, restrykcyjną i krótkotrwałą. Jej sukces tłumaczy przede wszystkim fakt, że pozwala nie tylko schudnąć, ale i odzyskać optymalną witalność. Odsłania tajniki sztuki lepszego życia i wpisuje się w ramy koncepcji ogólnej poprawy stanu zdrowia.

Większość krytyków, głównie konwencjonalnych żywieniowców, najwyraźniej nie dostrzegło prawdziwych intencji dwóch pierwszych książek. Wydaje się, że z całej Metodyzauważają oni wyłącznie restrykcyjne zasady FAZY I, wyolbrzymiając zresztą jej surowość i przesadnie podkreślając konieczność wykluczenia niektórych pokarmów. Natomiast doświadczenia praktyków i zwykłych ludzi stosujących tę metodę, o czym dowiadujemy się z listów, świadczą o czymś innym. W bardzo dużym stopniu FAZĘ I postrzegają jako krótkotrwały etap przejściowy, który zainteresowani zawsze znoszą doskonale między innymi dlatego, iż wcale nie wymaga ograniczania ilości spożywanych pokarmów, lecz tylko – i tak już musi pozostać – pewnej ich selekcji. Wszyscy wyraźnie czują, że pomijając ten przejściowy okres, prawdziwe zasady MetodyMONTIGNAC mają swe korzenie w FAZIE II, kiedy to następuje harmonijna zmiana naszych nawyków związanych z odżywianiem.

Wielu Czytelników zresztą opuściło FAZĘ I i przestrzegając tylko najważniejszych zasad Metody, od razu rozpoczęli stosowanie FAZY II. Ich świadectwa dowodzą, że uzyskali takie same rezultaty, choć oczywiście potrzebowali więcej czasu, by zrzucić zbędne kilogramy. Było to zresztą dla nich z korzyścią, ponieważ prowadziło do uzyskania stabilnej wagi ciała.

Z tych właśnie powodów postanowiliśmy przedstawić Metodę inaczej. Teraz położymy nacisk na jej fundamentalne zasady, dzięki którym stanie się jasne, dlaczego kraje wysoko rozwinięte stopniowo przyjęły szkodliwy sposób żywienia, którego skutkiem jest gwałtowny wzrost chorób przemiany materii: otyłości, cukrzycy oraz zaburzeń serca i układu krążenia. Odkryjemy, jak przez zwykłą zmianę naszych nawyków przy stole, dzięki częstszemu spożywaniu jednych produktów, a ograniczaniu innych, możliwe będzie zupełne odwrócenie tej tendencji.

Osobom, które mają słabość do niektórych produktów (na przykład cukru) i poważny problem z nadwagą, oraz tym, którzy nie chcą długo czekać na rezultaty, nadal będziemy proponować stosowanie FAZY I (która, należy o tym pamiętać, jest tylko etapem przejściowym). Dzięki temu osoby te będą mogły za jednym zamachem radykalnie zmienić swe niewłaściwe nawyki żywieniowe, dokonując odpowiednich wyborów, dostarczyć organizmowi odpoczynku koniecznego dla odzyskania zdrowia oraz osiągnąć sukcesy w bardzo krótkim czasie. Owa „przejściowa” i „przyspieszona” FAZA I odegra więc w sposób jeszcze bardziej widoczny tę rolę, którą zawsze w Metodzie miał odgrywać etap przestawienia się na nowe tory.

Tysiące świadectw, które otrzymujemy od lat od naszych Czytelników, pozwoliły nam uświadomić sobie, że przestrzeganie zalecanych przez nas zasad odżywiania przedstawia się różnie w zależności od płci. Jednak twierdzenie, że u mężczyzn działa to lepiej niż u kobiet, jak przekonane są niektóre osoby, nie jest zgodne z prawdą. Na tego typu pogląd niezmiennie odpowiadamy, że generalnie rzecz biorąc, praktykowanie Metodyjest równie skuteczne w przypadku obu płci, choć rzeczywiście u niektórych kobiet jest nieco inaczej.

Jest wiele wyjaśnień tego zjawiska. Kobiety, które decydują się na stosowanie Metody, często mają za sobą bardzo bogatą przeszłość, jeśli chodzi o eksperymentowanie z dietami niskokalorycznymi. Niektóre stosowały je nawet przez kilkadziesiąt lat. W takim przypadku możemy tylko powiedzieć, że ich organizmy są w defensywie i że wszelkie zmiany sposobu odżywiania, nawet pożądane, po prostu muszą napotkać swego rodzaju blokadę.

Pewien lekarz z Rouen opowiedział nam na przykład, że jedna z jego pacjentek musiała czekać aż siedem miesięcy, zanim rozpoczął się proces chudnięcia. Następnie zrzuciła dwanaście kilogramów nadwagi w ciągu kilku tygodni. Miała za sobą dwadzieścia pięć lat stosowania diet ograniczających kalorie!

Organizm kobiety jest wrażliwszy od swojego odpowiednika męskiego. Jest on również o wiele bardziej złożony. U kobiet istotniejszą rolę odgrywają bowiem czynniki hormonalne, częściej pojawiają się zaburzenia, których skutki mogą w niektórych przypadkach sprzyjać przybieraniu na wadze lub przynajmniej spowolnić chudnięcie. Kobiety zażywają zwykle więcej lekarstw, a przecież należy wziąć pod uwagę, że niektóre leki mają bardzo zły wpływ na przemianę materii i przez to mogą pośrednio hamować proces chudnięcia.

Nawet niewielka zmiana, na przykład jakiegoś specyfiku farmakologicznego na inny, jednakże bez rezygnowania z niezbędnej terapii, może wystarczyć, by sytuacja się poprawiła.

Od wielu lat lekarze z Instytutu Zdrowia i Żywienia we Francji, jak i wszyscy ich korespondenci, których zdecydowana większość jest lekarzami pierwszego kontaktu, przyczynili się swym codziennym praktykowaniem Metodydo lepszego zrozumienia mechanizmów związanych z tyciem, jak również z opornością organizmu na spadek wagi. To przy ich współudziale i dzięki ich doświadczeniom mogła powstać ta książka. Czytelnicy, a przede wszystkim Czytelniczki, mogą teraz naprawdę optymalizować stosowanie Metodyi zapewnić jej większą skuteczność.

Wprowadzenie

Obfita tusza ani tym bardziej otyłość nie istnieją w naturze. Nawet najmniejszego jej śladu nie można spotkać w królestwie zwierząt, chyba że są to zwierzęta udomowione przez człowieka.

W społeczeństwach prymitywnych otyli stanowili rzadkość, tylko nieliczne, poważne problemy zdrowotne o podłożu hormonalnym mogły tłumaczyć odosobnione przypadki nadmiernej tuszy. Zresztą właśnie rzadkość jej występowania wywołała w niektórych plemionach narodziny kultu otyłości. Coś nadzwyczajnego bowiem zdarza się tylko wyjątkowo.

W następnych wiekach, naznaczonych już istnieniem wielkich cywilizacji, otyłość stanowiła, generalnie rzecz biorąc, domenę bogaczy, którzy dzięki wysokiemu poziomowi życia cieszyli się przywilejem dostępu do „czystszego” pożywienia. W przeciwieństwie do tego, co wtedy sądzono, bogaci byli o wiele grubsi od biednych nie dlatego, że jadali więcej, ale dlatego, że jadali inaczej. Czytając dalsze rozdziały, pojmiesz w lot, co mam na myśli.

W dzisiejszych czasach ta tendencja kompletnie się odwróciła: z otyłością mamy do czynienia najczęściej wśród osób najgorzej sytuowanych, a najbogatsi są jednocześnie najszczuplejsi. Aby możliwie jak najlepiej zrozumieć zagadnienie otyłości, należy przestudiować je na przykładzie kraju, w którym jej rozpowszechnienie graniczy już z katastrofą narodową, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki. 64% mieszkańców tego państwa jest za grubych (wobec 28% we Francji), a 20% cierpi na otyłość (we Francji jest to 3–5%).

Historia nauczyła nas już, że otyłość jest produktem ubocznym wysoko rozwiniętej cywilizacji (działo się tak na przykład w Egipcie czy cesarstwie rzymskim). Nic więc dziwnego, że zjawisko to występuje szczególnie wyraźnie w USA. Czyż kraj ten nie przedstawia sobą najbardziej rozwiniętego modelu współczesnej cywilizacji, która już poważnie zmierza ku upadkowi?

Jeśli zapytasz lekarza specjalisty, dlaczego natura obarczyła Cię „notoryczną nadwagą”, to kiedy zaklniesz się na wszystkie świętości, że już prawie nic nie jesz, a Twoja aktywność fizyczna jest w normie, nie omieszka on wysunąć, niczym asa z rękawa, argumentu dziedziczności. Kiedy bowiem żywieniowcowi lub praktykującemu dietetykowi nie udaje się doprowadzić do tego, byś zaczął szczupleć, nie oczekuj od niego, że nagle poda w wątpliwość swoje zasady dietetyczne. Przeciwnie, będzie twierdził, że dzieje się tak wyłącznie z Twojej winy. Jeżeli rzeczywiście nie podjadasz po kryjomu, to według niego jedynym możliwym powodem tego stanu rzeczy są obciążenia genetyczne.

Prawdą jest, że w kwestii otyłości czynniki dziedziczne mogą decydować o silnej predyspozycji, jednak często zbyt wiele się nią tłumaczy. W rzeczywistości predyspozycja wcale nie musi być fatum, na które nic się nie da poradzić.

Przed stu laty w Stanach Zjednoczonych nie było osób otyłych. To znaczy, nie było ich więcej niż gdzie indziej. Nie można dać sobie wmówić, że dziesiątki milionów otyłych Amerykanów z 1994 roku to potomkowie tych kilku otyłych, którzy byli nielicznymi wyjątkami w dziewiętnastym wieku i którzy mieliby odziedziczyć zbyt obfitą tuszę z kolei po swoich przodkach! Na uwagę zasługuje fakt, że dzisiaj większość otyłych Amerykanów to Murzyni. A przecież ich afrykańscy krewni, z którymi mają wspólnych pradziadków, wcale nie cierpią na nadwagę. Musiało się więc coś zdarzyć, by średnia waga Amerykanów tak wzrosła w ciągu kilku pokoleń, tym bardziej że zjawisko to jest zupełnie nowe, istnieje bowiem dopiero od kilku dziesięcioleci.

Można spokojnie przyjąć, że jego przyczyną są nowe, złe obyczaje żywieniowe Amerykanów! Obyczaje, które stopniowo przyczyniały się również do powstawania obciążeń genetycznych, co wskazywałoby na to, że czynniki dziedziczne nie są wrodzone, lecz w pewnym sensie nabyte!

Drugą przyczyną, którą powszechnie wymieniają specjaliści aby wyjaśnić nadwagę, a co za tym idzie, otyłość, ma być obżarstwo. Innymi słowy, ludzie są za grubi, bo za dużo jedzą!

 

Pojawiają się więc wyjaśnienia, że winien jest wzrost poziomu życia oraz model społeczeństwa konsumpcyjnego. Uczyniły one z ludzi współczesnych niepoprawnych łakomczuchów, czy wręcz żarłoków... i są to niemoralne żarłoki, jeśli wziąć pod uwagę rzesze głodujących w Trzecim Świecie!

Jednak jeśli rozejrzeć się dokoła, długo trzeba by szukać, zanim znajdzie się w rzeczywistości potwierdzenie stereotypu „grubasa, który bez przerwy się obżera”, jak to czasami pokazuje się ma daleko większy karykaturalnie na filmach. Bez trudu natomiast znajdziemy wśród znajomych, przyjaciół czy też członków rodziny osobnika, który „spust” niż zawodowy obżartuch, jednak nie tylko nie jest gruby, ale też cały czas zachowuje idealnie szczupłą figurę. To on kłuje Cię w oczy, a do tego desperacko szuka czegoś, co wreszcie pozwoliłoby mu utyć kilka kilogramów...

Kiedy analizujemy kwestię odżywiania się osób otyłych, to poza nielicznymi wyjątkami stwierdzamy zawsze, że bilans kaloryczny tego, co jedzą, jest niesłychanie niski. Ten pozorny paradoks nie powinien dziwić, gdyż jak będzie można przekonać się nieco później, im ludzie są grubsi, tym rozpaczliwiej liczą kalorie, i na odwrót.

Jeśli odnajdziesz na strychu menu ze ślubów, chrzcin czy pierwszej komunii św. swoich dziadków, a nawet rodziców, będziesz zdumiony ogromną ilością jedzenia, którą byli w stanie pochłonąć ówcześni ludzie.

Wywnioskujesz bez trudu to, co od dawna udowodnione, a mianowicie, że dziś zachowanie szczupłej sylwetki drogo kosztuje.

Natychmiast usłyszysz mnóstwo szczegółowych wyjaśnień: tak więc ludzie mogli kiedyś tyle jeść, bo o wiele więcej się ruszali, częściej spacerowali, zadawali sobie trud wchodzenia po schodach, mieszkali w mniej ogrzewanych domach...

Prawdopodobnie jest w tym trochę prawdy, przede wszystkim w odniesieniu do najniżej postawionych kategorii społeczno-zawodowych. Jednak jeśli zanalizować sytuację ówczesnego mieszczaństwa, to spacerowało ono raczej dla przyjemności niż z konieczności. Samochody były może mniej popularne, niemniej nikt nie przemierzał Francji pieszo z węzełkiem na plecach, jak miało to miejsce jeszcze kilka wieków wcześniej.

Z publicznego transportu, jak również z bryczek, korzystało się o wiele więcej niż dzisiaj. Z pewnością częściej wchodziło się po schodach, należy jednak zauważyć, że samych schodów nie było zbyt wiele, gdyż nie istniały jeszcze wysokie budynki.

Jeśli chodzi o centralne ogrzewanie, to trzeba przyznać, że nie było ono tak powszechne, jak pod koniec dwudziestego wieku, i jeśli już ktoś je posiadał, używał go bardzo oszczędnie. Ludzkość bowiem nie była wtedy jeszcze cywilizacją marnotrawstwa. Zarazem jednak trzeba wziąć pod uwagę, że ludzie ubierali się wówczas o wiele cieplej niż dzisiaj. Ilość noszonych przez nich ubrań była naprawdę imponująca, i to nawet w lecie. W dużej mierze więc jedno kompensowało drugie.

Wobec tego twierdzenie, że współcześni ludzie są grubsi, gdyż konsumują zbyt wiele energii w stosunku do jej wydatkowania, nie jest specjalnie przekonywające. Dlatego też trzeba szukać wyjaśnienia gdzie indziej.

Z całą pewnością otyłość typowa dla cywilizacji zachodnich to wyłącznie rezultat stopniowego wypaczania nawyków żywieniowych. Nawyków, które pojawiły się dwieście lat temu, a upowszechniły dopiero po drugiej wojnie światowej.

 

W następnym rozdziale przekonamy się, że otyłość nie tylko bezpośrednio wiąże się ze współczesnym sposobem odżywiania, co więcej, jest skutkiem stosowania kolejnych diet niskokalorycznych.

 

Bądź jednak pewna, droga Czytelniczko, że wszystko, co wyjaśnia ta książka, jest niezwykle proste, a przyjęty sposób wprowadzania Cię w te nowości pozwoli Ci na idealne ich przyswojenie. Jedyne, o co chcę Cię prosić w tej chwili, to byś zadała sobie niewielki trud uważnego przeczytania paru stron z objaśnieniami, znajdujących się w następnych rozdziałach. Bez tych podstawowych, wstępnych danych byłoby Ci bardzo trudno skutecznie zastosować zasady odżywiania, które proponuje Metoda.

Zawsze głęboko mnie zasmuca, gdy spotkam kogoś, kto błędnie twierdzi, że stosował „dietę Montignaca”, schudł bez trudu dziesięć kilo, a następnie połowę tego odzyskał. Zawsze okazuje się, że chodzi tu o osobę, która nie przeczytała mojej książki, lecz po prostu zastosowała kilka wyrwanych z kontekstu zasad.

Stosowanie ich bez poważnego zastanowienia i rzetelnej wiedzy może oczywiście doprowadzić do szybkich rezultatów. Jeśli jednak przestrzegało się ich literalnie, bez zrozumienia, dlaczego właściwie straciło się na wadze, w końcu powraca się do dawnego sposobu odżywiania.

Te same przyczyny powodują te same skutki, więc wtedy po prostu powoli odzyska się większość zrzuconych kilogramów...

Rozpoznajesz siebie w tym krótkim szkicu, który przed chwilą przeczytałaś? Musisz zatem dowiedzieć się przede wszystkim, że Metoda MONTIGNAC, podkreślam to jeszcze raz, nie jest dietą. Chodzi tu o pewną filozofię życia, prowadzącą do przyswojenia sobie nowych zasad odżywiania, opartych przede wszystkim na dokonywaniu właściwych wyborów. Kiedy już przyswoisz sobie wszystkie okoliczności towarzyszące tej sprawie, co będzie bardzo proste, przestrzeganie zasad stanie się kaszką z mlekiem.

Skoro masz tę książkę w rękach, to pragniesz raz na zawsze zrzucić zbędne kilogramy, które zatruwają Ci życie.

W trakcie lektury kolejnych rozdziałów zrozumiesz najpierw, dlaczego tradycyjna dietetyka oszukiwała Cię i usiłowała wmówić, że aby schudnąć, wystarczy jeść mniej. A przecież już teraz wiesz z własnego doświadczenia, że to nieprawda.

Następnie zrozumiesz, dlaczego i jak to się stało, że masz o kilka kilogramów za dużo.

 

Wreszcie, przekonasz się, że:

jest tylko jeden możliwy do zastosowania sposób, by raz na zawsze zrzucić zbędne kilogramy: JEŚĆ! Ale jeść inaczej...

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Mit kotła

Jak wynika z Wprowadzenia, otyłość jest produktem ubocznym cywilizacji. Jednak nawet jeśli wiemy z historii, że sylwetka niektórych osób uprzywilejowanych – wysokiej rangi wojskowych, arystokratów, mieszczan czy duchownych – była nieco okrąglejsza, stwierdzić należy, że otyłość zawsze była wyłącznie zjawiskiem marginesowym. Trzeba było zaczekać do połowy dwudziestego wieku, by problem wybuchł z całą mocą i nabrał tak niepokojących rozmiarów, jak na przykład dziś w Stanach Zjednoczonych.

Do eskalacji tego zjawiska doprowadziły szczególne czynniki socjokulturowe. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu pożywienie było dla człowieka tym, czym od wieków: źródłem życia. Każdy był przekonany, że sposób, w jaki się odżywia, ma wpływ na jego stan zdrowia, oraz że pożywienie jest „jego najlepszym lekarstwem”, jak twierdził już Hipokrates pięć wieków przed naszą erą.

Żywność odgrywała wówczas tym większą rolę, że była trudno dostępna i droga. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu każdy człowiek znał strach przed głodem, a w każdym razie zdawał sobie sprawę z konieczności pewnych ograniczeń czy wręcz wyrzeczeń.

Dzisiaj półki domowych spiżarek załamują się pod zapasami pokarmów. Produkty żywnościowe są do tego stopnia dostępne, że większość współczesnych ludzi nie waha się ich wręcz marnotrawić, co stanowi zniewagę wobec rzeszy głodujących w Trzecim Świecie.

Niestety, nie zarabiamy już na chleb w pocie czoła, a najlepiej widać to po śmietnikach, które są go pełne. Kiedyś resztki pożywienia pozostawione przez człowieka pieczołowicie zbierano i wykorzystywano do karmienia zwierząt. Dzisiaj od razu dzielą los innych odpadów, które produkują społeczeństwa konsumpcyjne.

Musiało zdarzyć się coś niesłychanie istotnego, by stopniowo mogła rozwinąć się postawa tak kompletnego braku szacunku w stosunku do pożywienia. Na określenie tego nie ma innej nazwy niż nadwyżka pokarmów. To ona, począwszy od rewolucji rolno-spożywczej pod koniec drugiej wojny światowej, upowszechniła naszą mannę powszednią i przenicowała naszą świadomość.

 

Po 1945 roku społeczeństwo musiało zmierzyć się z dwoma podstawowymi problemami:

zdecydowanym wzrostem populacji na skutek powojennej wzmożonej rozrodczości kobiet (baby-boom) oraz pojawienia się dziesiątków milionów uchodźców intensywną urbanizacją, konsekwencją wspomnianego zjawiska, ale również skutkiem stopniowej migracji ludzi ze wsi do miast.

Trzeba więc było produkować więcej żywności przede wszystkim w zupełnie inny sposób niż dotychczas, ponieważ pierwszy raz w historii ludzkości nastąpił nagły rozdźwięk pomiędzy sferą produkcji spożywczej a sferą konsumpcji. W 1950 roku 80% tego, co spożywano w prowincjonalnym mieście przeciętnej wielkości, produkowano w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Pozostałe 20% pochodziło z dalszych okolic lub z innych krajów. Dzisiaj proporcja ta jest odwrotna. W dodatku, ponieważ produkty te wytwarzano na miejscu, odpady i resztki wykorzystywano jako nawóz.

Od kiedy ludzkość zaczęła importować żywność na większą skalę, resztek tych nie można już wykorzystywać jako kompostu, konieczne więc stało się sztuczne użyźnianie gleb. Przez ostatnich pięćdziesiąt lat przemysł rolno-spożywczy nie przestawał się więc rozwijać, stosując szeroki wachlarz technologii, a każda bardziej wymyślna od poprzedniej. Z owej rewolucji wynika wiele skutków.

 

1. Zwiększenie wydajności:

przez mechanizacjęprzez masowe stosowanie nawozów sztucznychprzez upowszechnienie pestycydów, środków owadobójczych oraz grzybobójczychprzez zorganizowanie intensywnych hodowli przemysłowych.

2. Rozwinięcie technik konserwacji:

przez upowszechnienie chłodzenia i zamrażaniaprzez stosowanie dodatków spożywczych i innych konserwantów chemicznych.

Skutki tych wszystkich działań przeszły wszelkie oczekiwania, co pozwoliło dużej części ludzkości wkroczyć w fazę nadmiaru żywności.

Od początku okresu transformacji krajobrazu rolno-spożywczego obserwatorzy donosili, że przeciętna waga ciała w populacji zachodniej bardzo znacząco wzrasta.

 

W Stanach Zjednoczonych począwszy już od lat trzydziestych dwudziestego wieku zaczęto poszukiwać rozwiązania problemu otyłości. Ówcześni naukowcy (ani dietetyka, ani żywienie nie były uważane za odrębne dziedziny medycyny) zajęli się tym zagadnieniem i sformułowali następującą hipotezę: skoro krzywa ciężaru ludzi współczesnych „zaokrągliła” się nagle w momencie, gdy Zachód wszedł w prawdziwą erę nadmiaru pożywienia, musi tu zachodzić związek przyczynowo-skutkowy. Takie były początki narodzin mitu o „człowieku-kotle”.

Uznano, że organizm ludzki funkcjonuje podobnie jak kocioł. Aby żyć, potrzebuje energii, której dostarcza mu pożywienie. Z jednej strony mieliśmy więc „wsad” energii, z drugiej zaś jej wydatkowanie. Stąd obfita tusza, a tym bardziej otyłość mogły być wyłącznie konsekwencją braku równowagi pomiędzy tym, co „wchodzi”, a tym, co „wychodzi”. Innymi słowy, zbędne kilogramy uznawano po prostu za zmagazynowaną nadwyżkę energii. Przyczyna mogła być dwojakiego rodzaju: albo za dużo dostarczanej energii, albo za mało jej wydatkowania.

Oznaczało to tyle, że tyje się bądź dlatego, że jada się za dużo, bądź też dlatego, że zbyt mało się rusza, albo też z obu tych powodów naraz. Na podstawie tej uproszczonej, choć pozornie zgodnej z logiką hipotezy opracowano teorię niskiej kaloryczności. Ponieważ dostarczaną energię mierzy się w jednostkach wartości kalorycznej, wszystkie produkty żywnościowe można było sklasyfikować w zależności od ich ciężaru oraz kategorii (węglowodany, tłuszcze, białka) również na podstawie ich wartości kalorycznej.

Rozumowanie to od samego początku opierało się na błędnych przesłankach, ponieważ liczono kalorie na talerzu, nie biorąc pod uwagę tego, co realnie dzieje się podczas trawienia. Właśnie tak wyglądały narodziny dietetyki tradycyjnej, dietetyki wyjątkowo restrykcyjnej, gdyż domagającej się spożywania tylko niewielkiej ilości kalorii. Ustaliwszy, że organizm ludzki potrzebuje ich około 2500 dziennie, wyjaśniała ona, że rzetelnie pilnując poboru energii, można zmieniać ciężar ciała w jedną lub w drugą stronę.

A więc, jeśli spożywamy 3000 kalorii dziennie, uzyskujemy nadwyżkę 500 kalorii, które odkładają się w postaci rezerw, co powoduje przybieranie na wadze. Jeśli natomiast zadowalamy się 2000 kalorii, mamy deficyt 500 kalorii, co zmusza organizm do czerpania z rezerw w celu skompensowania tej różnicy i pociąga za sobą tracenie na wadze.

Innymi słowy, teoria o kaloriach, zastosowana do odżywiania, głosiła, że aby schudnąć, wystarczy jeść mniej, oraz odwrotnie: tyje się, bo je się za dużo. Taki oto uproszczony schemat, oparty na naiwnych przekonaniach, zdominował dietetykę ostatnich dziesięcioleci. Niestety, nadal jest on oficjalnie uznawany, zarówno przez klinicystów, jak i nauczycieli w szkołach żywienia.

Rozumowanie zgodnie z modelem energetycznym, czemu wciąż hołdują profesjonalni dietetycy, to rozmyślne ignorowanie zjawisk adaptacji i regulacji, zachodzących w ludzkim organizmie. To negowanie szczególnych cech osobowych, które powodują, że każda istota jest jedyna w swoim rodzaju. To wreszcie lekceważenie czynnika jakościowego w pożywieniu.

W przeciwieństwie do obiegowych przekonań, osoba otyła to niekoniecznie osoba, która za dużo jada. W większości wypadków jest wręcz odwrotnie. Statystyki dotyczące populacji osób otyłych (zarówno we Francji, jak i we wszystkich innych państwach zachodnich) wykazują, że:

tylko 15% otyłych jada za dużo (od 2800 do 4000 kalorii)35% otyłych jada normalnie (od 2000 do 2700 kalorii)50% otyłych jada mało (od 800 do 1500 kalorii).

Poza tym zauważyć należy, że w świecie sportowców dostarczanie kalorii, koniecznych do zachowania stabilnej wagi, może wahać się nawet między 2500 a 9000 kalorii i nie zależy to od uprawianej dyscypliny, ale od danej osoby.

Maratończyk Alain Mimoun utrzymywał wagę i doskonale radził sobie z wyczerpującymi treningami, spożywając tylko 2000 kalorii dziennie, podczas gdy kolarz wyścigowy Jacques Anquetil potrzebował aż 6000 kalorii, by zachować stabilną wagę ciała i dobrą formę.

Choć literatura medyczna jest w tej kwestii zadziwiająco dyskretna, opublikowano jednak sporo badań, które dowodzą, że brak równowagi między dostarczaniem a wydatkowaniem energii nie ma wpływu na to, czy dana osoba jest szczupła, normalna, dobrej tuszy czy otyła. W rzeczywistości nie stwierdzono znaczącego związku między figurą a liczbą spożywanych kalorii.

Jednak najlepszym sposobem, by przekonać się o nieskuteczności teorii o kaloriach, jest przyjrzenie się spustoszeniom, jakie spowodowała w kraju, gdzie jest doktryną powszechnie panującą, a mianowicie w Stanach Zjednoczonych.

Dziewięćdziesiąt osiem milionów Amerykanów stale stosuje diety niskokaloryczne, i to od pięćdziesięciu lat. Przesłanie o liczeniu kalorii jest tam wszechobecne. Dzięki audiowizualnym środkom masowego przekazu, a zwłaszcza reklamie, tego rodzaju kultura dietetyczna stale przenika do ludzkich umysłów.

I aby zapewnić sobie upragniony sukces, Amerykanie, którzy zawsze traktują sprawy ekstremalnie, nie poprzestają na wysiłku liczenia kalorii, lecz wprost obsesyjnie zmuszają się do bardzo dużej ilości ćwiczeń fizycznych, by spalić jak najwięcej energii.

A jednak statystyki dotyczące otyłości w Stanach Zjednoczonych dowodzą, że sytuacja jest katastrofalna.

Choć ponad jedna trzecia populacji stosuje mordercze diety niskokaloryczne i codziennie intensywnie ćwiczy, paradoksalnie, Amerykanie są najgrubsi na świecie.

Dwie trzecie populacji ma nadwagę, podczas gdy we Francji jedna trzecia, a co piąty Amerykanin jest otyły, podczas gdy otyłością jest dotknięty tylko co dwudziesty Francuz. Przy tym nie można właściwie porównywać otyłego Francuza z superotyłym Amerykaninem, gdyż w Ameryce nietrudno spotkać osobę ważącą ponad trzysta kilogramów.

Emitowany w listopadzie 1990 roku przez stację telewizyjną TF1 film dokumentalny na temat otyłości w Stanach Zjednoczonych pokazał monstrualny okaz ważący czterysta sześćdziesiąt kilo, a wówczas Księga rekordów Guinnessa zasygnalizowała, że maksymalna waga, jaką osiągnęła do tej pory istota ludzka, wynosiła sześćset dwadzieścia kilogramów. Oczywiście, chodziło tu o istotę narodowości amerykańskiej.

Jeśli chcemy dobrze zrozumieć, dlaczego dietetyka niskokaloryczna, którą proponuje się nam od czterdziestu lat, jest dietetyką porażek, najłatwiej będzie nam przekonać się o tym na przykładzie Stanów Zjednoczonych.

Jednak również we wszystkich innych państwach zachodnich, w których praktykowano ją z równym uporem, rezultaty są podobne, czyli katastrofalne.

Wyżej dowiedzieliśmy się, że dietetyka niskokaloryczna jest nieskuteczna, ponieważ zawsze prowadzi do niepowodzenia. Teraz już wiemy dlaczego. Hipoteza, na której się opiera, jest fałszywa i nie ma żadnych podstaw naukowych. W dalszych rozdziałach odkryjemy również, że jest po prostu niebezpieczna.

Rozdział 2

Fałszywym tropem lub „jak trudno schudnąć!”

Diety niskokaloryczne – uwaga: niebezpieczeństwo!

Droga Czytelniczko, prześledziliśmy przed chwilą historię narodzin koncepcji o równowadze energetycznej ciała ludzkiego oraz ideę diety niskokalorycznej jako zastosowania tej koncepcji w praktyce. Mamy dzisiaj wystarczająco dużo informacji, by uznać jej nieskuteczność.

Profesor David Gartner z uniwersytetu w Michigan i jego współpracownicy stwierdzili, że pierwszą, główną przyczyną otyłości w Stanach Zjednoczonych „jest stosowanie kolejnych diet niskokalorycznych”. To właśnie one składają się na „dietetykę porażki”. Lecz nawet jeśli wszyscy tak twierdzą, to żeby się zupełnie przekonać, należy poznać dowody.

 

Wszyscy (a zwłaszcza wszystkie), którzy kiedyś stosowali dietę niskokaloryczną, wiedzą, że w pierwszym okresie odchudzania pojawiają się pożądane rezultaty, nigdy jednak nie udaje się utrzymać na dłużej osiągniętej wagi.

Gorzej, w wielu wypadkach w następnym okresie można utyć tak, że nadwaga będzie jeszcze większa niż w momencie wyjściowym. Spróbujemy zrozumieć dlaczego, analizując zachowanie organizmu.

Wyobraźmy sobie, że spożywamy dziennie około 2500 kalorii i mamy kilka kilogramów nadwagi. Jeśli następnie zmniejszymy rację kalorii do 2000, jak proponuje to klasyczna teoria o kaloriach, stworzymy deficyt 500 kalorii dziennie.

Organizm, przyzwyczajony do otrzymywania 2500 kalorii, odczuje pewien niedosyt i przystąpi do wyrównywania brakujących 500 kalorii, czerpiąc z rezerw tłuszczowych. A więc rzeczywiście rozpocznie się proces chudnięcia.

Po pewnym okresie, zróżnicowanym w zależności od cech indywidualnych, zauważymy, że strata na wadze została zahamowana, choć nadal przestrzegamy diety niskokalorycznej. Organizm dostosowuje się bowiem do nowej sytuacji i dąży do stopniowej równowagi między ilością energii otrzymywanej a wydatkowanej.

Ponieważ dostarczamy mu już tylko 2000 kalorii dziennie, musi się tym zadowolić, a w rezultacie następuje stagnacja w ubytku na wadze.

Jeśli uprzemy się, żeby dalej przeprowadzać to doświadczenie, z wiarą, że wkrótce nastąpi przełom i znowu zaczniemy chudnąć, to rozczarowanie będzie jeszcze większe. Zauważymy bowiem prędko, że krzywa naszej wagi zaczyna zdecydowanie iść w górę.

Paradoksalnie więc tyjemy, choć jedliśmy mniej. Wytłumaczenie jest proste. Organizm ludzki kieruje się instynktem przeżycia, który włącza się natychmiast, gdy tylko rozpozna zagrożenie wskutek takich czy innych ograniczeń. Ponieważ przez pewien czas dostarczaliśmy mu mniej energii, przestawił się na mniejsze jej wydatkowanie i, kierując się wspomnianym instynktem, będzie starał się możliwie ograniczyć swoje zapotrzebowanie. Zadowoli się więc na przykład spalaniem tylko 1700 kalorii, by odłożyć sobie jeszcze jakieś rezerwy.

Należy pamiętać, że wspomnienie o niedoborach, spowodowanych dawnym brakiem wystarczającej ilości pożywienia lub innymi formami głodowania, nie jest jeszcze aż tak odległe i prawdopodobnie nadal tkwi w podświadomości wielu ludzi. A kiedy ograniczamy jedzenie, zaczyna ono natychmiast ożywać.

W istocie organizm ludzki wyposażony jest w dokładnie ten sam instynkt przeżycia, co pies zakopujący kości na później, choć w tej chwili umiera z głodu. O dziwo, instynkt przechowywania, który każe mu robić zapasy, dochodzi do głosu właśnie wtedy, gdy zwierzę jest wygłodzone.

Poza tym, gdy organizm cierpi brak pożywienia, a więc jest niedożywiony, znajduje się w szczególnej sytuacji defensywy i nie przepuści żadnej okazji zrobienia zapasów, jaka tylko się nadarzy. Osoby dobrze obeznane z praktykami niskokalorycznymi wiedzą bardzo dobrze, że najmniejsze odstępstwo od diety, na przykład podczas weekendu, może skończyć się nagłym odzyskaniem tych dwóch czy trzech kilogramów, na których zrzucenie potrzebowały ostatnich kilku tygodni.

Jest to również jedna z przyczyn, dla których radzimy naszym Czytelnikom nigdy nie opuszczać żadnego posiłku, co niestety, robi bardzo wiele osób. Pozbawiając organizm pożywienia, jakie dostałby w ciągu takiego posiłku, doprowadzają one do tego, że na skutek doznanej frustracji postara się on zrobić zapasy podczas następnego posiłku.

Zwyczaj karmienia psa raz dziennie (wynikający z oczywistych przyczyn praktycznych) jest równie głupi i w wielu wypadkach może tłumaczyć nadwagę zwierząt domowych. Laboratoryjne doświadczenia na zwierzętach wykazały zresztą, że osobniki spożywające tę samą dzienną rację pożywienia na jeden posiłek stawały się po pewnym czasie otyłe, a te, którym rozdzielano ją na pięć czy sześć posiłków w ciągu dnia, zachowywały optymalną wagę.

 

Zasygnalizowaliśmy już, że pozbywanie się otyłości przez kobiety może przebiegać oporniej niż przez mężczyzn, co wiąże się ze szczególną fizjologią kobiecego organizmu. Szczegółowo omówimy ten problem w drugiej części książki.

Powiemy tam mianowicie, że jeśli masa tłuszczowa organizmu kobiety jest większa niż mężczyzny, to dzieje się tak z powodu większej ilości komórek tłuszczowych w ciele kobiet.

Od dawna wiadomo, że otyłość (u kobiet podobnie zresztą jak u mężczyzn) przejawia się zwiększeniem objętości każdej komórki tłuszczowej, jak również – i to jest właśnie specyficzne tylko dla płci pięknej – rozmnożeniem ilościowym komórek. Sprawa przedstawia się tym bardziej dramatycznie, że proces ten jest nieodwracalny.

O ile więc możliwe jest zmniejszenie objętości poszczególnych komórek tłuszczowych, o tyle nie da się zredukować raz osiągniętej ich liczby.

Badania wykazały, że organizm kobiecy, wiedziony instynktem przetrwania, produkuje nowe komórki tłuszczowe przede wszystkim na skutek ograniczania pożywienia (dieta niskokaloryczna). I to właśnie, niestety, ten proceder pozwala mu potem jeszcze szybciej odzyskać utraconą otyłość, jak również zwiększyć jej rozmiar. Wzrasta bowiem potencjał komórek tłuszczowych.

Dieta niskokaloryczna, jak przed chwilą pokazaliśmy, jest nie tylko iluzoryczna i nieskuteczna, ale niestety również niebezpieczna. Prowadzi ona bowiem do stopniowej konsolidacji potencjału kobiecej otyłości na skutek podstępnego wzrostu liczby komórek tłuszczowych.

Kiedy przestudiujemy losy osoby otyłej (mającej ponad piętnaście lub dwadzieścia kilogramów nadwagi), zdamy sobie sprawę, że w większości wypadków lwia część nadwagi pojawiła się z biegiem lat na skutek stosowania kolejnych diet niskokalorycznych.

Na powyższym przykładzie dokładnie widać, że wychodząc od stabilnej wagi dziewięćdziesięciu kilogramów przy dostarczaniu organizmowi 3000 kalorii dziennie, w kilka lat później dana osoba dojdzie do stu dwudziestu kilo, spożywając już tylko 800 kalorii dziennie.

Podczas stosowania diet niskokalorycznych każdorazowo zaobserwować można trzy fazy: chudnięcie, stabilizację wagi oraz ponowny wzrost ciężaru ciała. Należy przy tym stwierdzić, że w kolejnych próbach ich wątpliwa skuteczność staje się coraz słabsza.

Początkowo, po zastosowaniu diety, krzywa wagi wraca mniej więcej tylko do poziomu wyjściowego, potem zaś nadwaga coraz bardziej się zwiększa.

Na takiej właśnie zasadzie osoby, które wytrwale próbowały zrzucić na przykład pięć kilogramów, choć ich waga była stabilna, w piętnaście lat później doprowadzają się do trzydziestokilogramowej nadwagi, a przez cały ten czas w istocie są kompletnie niedożywione.

Codziennie lekarze zwracają nam uwagę, że wśród swoich pacjentek spotykają osoby, którym, mimo surowo kontrolowanej ilości jedzenia (dieta poniżej 800 kalorii) i związanej z tym nadzwyczajnej frustracji, nie tylko nie udaje się schudnąć, ale najczęściej dalej tyją.

Sytuacja jest tym dramatyczniejsza, że stosowanie tego typu ubogiej diety powoduje u tych osób kompletny brak składników niezbędnych do życia (podstawowe kwasy tłuszczowe, sole mineralne, witaminy, mikroelementy), co prowadzi do wycieńczenia organizmu, jak również do zmniejszenia odporności na choroby. Zmniejszają się bowiem możliwości obronne organizmu.

W dodatku wiele z tych osób popada w depresję, anoreksję albo bulimię. Nie pozostaje im więc nic innego, niż zmienić lekarza: pożegnać się z dietetykiem i udać do psychiatry.

Wreszcie tego typu „otyłość akordeonowa” sprzyja chorobom serca i układu krążenia, nawet wówczas, gdy chory nie cierpi na nadmiar cholesterolu czy cukrzycę ani nie pali.

Profesor Bronwell z uniwersytetu w Pensylwanii badał to zjawisko u szczurów laboratoryjnych, których pożywienie składało się na przemian z diety niskoi wysokokalorycznej.

Zwierzęta przybierały lub traciły na wadze, jednak rytm tycia i chudnięcia zmieniał się z każdą kolejną dietą. Podczas pierwszej diety szczur tracił na wadze w ciągu trzech tygodni, a następnie odzyskiwał ją po czterdziestu sześciu dniach. Podczas drugiej diety szczur potrzebował aż pięćdziesięciu sześciu dni, by schudnąć tyle samo, a do wagi wyjściowej wrócił już po dwóch tygodniach. Tracenie na wadze stawało się coraz trudniejsze, a ponowne tycie następowało coraz szybciej. W ten sposób udowodniono, że metabolizm przystosowuje się do pożywienia z ograniczoną liczbą kalorii.

Wszelki deficyt kaloryczny może spowodować ograniczenie wydatkowania metabolicznego do 50%, jednak każdemu powrotowi do normalności, nawet na krótko, towarzyszy brutalny skok wagi. Im większa jest różnica między dietą a normalnym sposobem odżywiania, tym szybciej nastąpi odzyskanie nadwagi.

Skutki takich „akordeonowych diet”, które prowadzą do wahań wagi na zasadzie efektu jo-jo i stopniowej odporności na jakiekolwiek chudnięcie, są wprawdzie dobrze znane, jednak, paradoksalnie, specjaliści bardzo nieśmiało o tym mówią. Panuje tu swoista zmowa milczenia. Jakby bali się przyznać, że od czterdziestu pięciu lat byli w błędzie.

Tym bardziej należy oddać honor niedawnej inicjatywie profesora Apfelbauma, który na Międzynarodowym Kongresie w Anvers we wrześniu 1993 roku udzielił twierdzącej odpowiedzi na pytanie, które sam sobie zadał: Czy jeśli chodzi o leczenie otyłości, wszyscy się pomyliliśmy?

Dziwne, że sami najbardziej zainteresowani, którzy przecież wycierpieli przez otyłość najwięcej i ponieśli w związku z nią największe straty, nie zawsze gotowi są przyjąć tę prawdę do wiadomości.

Korzystając kiedyś z zaproszenia do telewizji na debatę poświęconą otyłości, bez większego powodzenia próbowałem w ciągu kilku minut naświetlić ten problem. Program nadano w zmienionej postaci, a odpowiedni fragment został wycięty, prawdopodobnie z braku zainteresowania publiczności!

Pewna dziennikarka, znana z poważnych publikacji na tematy zdrowotne, opowiadała, jak napisała długi artykuł, w którym demaskowała diety niskokaloryczne, gdzie wyjaśniała, dlaczego stosowanie ich jest niebezpieczne. Rezultat? Klapa! Żaden Czytelnik nie napisał ani słowa. Absolutna obojętność, wszyscy nadal wierzą w „diety cud”.

Trzeba powiedzieć, że „fenomen niskokaloryczny” nabrał w społeczeństwach zachodnich wymiaru kulturowego. Został on zarówno w Europie, jak i na kontynencie amerykańskim zinstytucjonalizowany na wszystkich możliwych płaszczyznach.

Jak można bowiem podawać w wątpliwość zasady, które wpisują się w program wszystkich wydziałów medycyny, stanowią podstawę nauczania w publicznych szkołach żywienia, obowiązują w szpitalach, szkołach i przedsiębiorstwach?

Jak można podawać w wątpliwość zasady, które są źródłem istotnej części wpływów finansowych w społeczeństwach zachodnich?

Dzisiaj przemysł rolno-spożywczy więcej niż kwitnie. W niektórych krajach, jak na przykład we Francji, jest on wręcz najważniejszą i jedną z najlepiej prosperujących gałęzi gospodarki.

Jeśli wybierzemy się na targi, takie jak SIAL1, zdamy sobie sprawę, że wszelkie wysiłki przemysłu, mające na celu rozwój, wpisują się w logikę niskokaloryczną.

Wszystkie badania marketingowe jasno mówią: w tym właśnie kierunku należy podążać, to jest rynek przyszłości! Produkty nowej generacji należałoby więc produkować zgodnie z tą zasadą. A przecież produkty light z biegiem lat straciły swoją pozycję rynkową.

Sieci hotelowe również dotknięte są bakcylem jak najmniejszej liczby kalorii. Wiele z nich zaznacza już na liście swych restauracji takie, w których podaje się menu niskokaloryczne. Inne stworzyły specjalną ofertę, gdzie w charakterze szefa kuchni występuje dietetyczka.

Zwodnicze odżywki proteinowe

Wśród wielu diet szczególnie niskokalorycznych istnieje program VLCD (Very Low Calories Diet – dieta bardzo niskokaloryczna) oraz inne reżimy, opierające się na przyjmowaniu protein w saszetkach, w postaci specjalnych odżywek.

Owa dieta proteinowa, którą powinno się teoretycznie zarezerwować dla osób z poważną otyłością, mających wskaźnik BMI wyższy od 302, przepisywana jest, niestety, nadal przez część lekarzy, a w niektórych wypadkach stanowi część terapii, na którą kobiety decydują się na własną rękę, bez właściwej opieki lekarskiej.

1. Jaka jest zasada VLCD?

Chodzi o to, żeby przez dwadzieścia – trzydzieści dni zastępować normalne pożywienie 55 gramami (do 75 g) protein w rozpuszczalnym proszku lub gotowym płynie. Białka te dostarczają organizmowi około 500 kalorii dziennie (a czasami jeszcze mniej!).

Dodatkowo łyka się zestaw witamin i składników mineralnych oraz pije odpowiednią ilość płynów (co najmniej dwa litry dziennie).

Przyjmowanie protein w saszetkach pozwala uniknąć utraty masy mięśniowej, a brak węglowodanów ogranicza poziom cukru we krwi i wydzielanie insuliny. Białka te wytwarzają w organizmie ciała ketonowe, które w ciągu 48 godzin zabijają apetyt i wywołują euforyczny nastrój.

Organizm jest więc zmuszony produkować glukozę samodzielnie, czerpiąc ze swych rezerw tłuszczowych. Proces ten nazywa się neoglukogenezą. Kiedy rezerwy węglowodanowe zostaną wyczerpane, następuje rozpad tłuszczu i zaczynamy chudnąć.

2. Jakie to ma wady?

Badania naukowe przeprowadzone na różnych częściach ciała wykazały, że przez pierwszych dziewiętnaście dni następowała jednak utrata masy mięśniowej (białka) i bilans równoważył się, dopiero począwszy od dwudziestego dnia.

Blisko 25% straty na wadze, to nic innego jak chuda masa mięśniowa. Choć prawdą jest, że w wypadku osób bardzo otyłych ich masa mięśniowa również wzrasta.

Zdecydowana utrata soli sprzyja utracie wody, co zawsze odbija się na wadze. Ponadto należy uważać, by nie powodowała ona ewentualnych spadków ciśnienia tętniczego.

Niedociśnienie tętnicze spowodowane jest brakiem węglowodanów w organizmie, co pociąga utratę sodu oraz wody.

Po zakończeniu diety węglowodany trzeba wprowadzać stopniowo, ponieważ przyswajane w dużych ilościach mogłyby powodować powstawanie obrzęków z powodu nagłego gromadzenia wody.

 

Jest wiele skutków ubocznych stosowania programu VLCD:

wzrost poziomu kwasu moczowego: od 10 do 20%niedociśnienie tętnicze: od 8 do 10%wypadanie włosów: 9%zaparcia: od 8 do 10%zmęczenie: od 8 do 10%łamliwość paznokci: 8%sucha skóra: 8%brak tolerancji na zimno: 8%skurcze mięśniowe: 6%zaburzenia w miesiączkowaniu: 6%stany depresyjne: 5%bóle głowy: 3%

Podwyższony poziom kwasu moczowego utrzymuje się w organizmie około trzech tygodni. Aby więc ograniczyć ryzyko różnych zaburzeń (jak atak dny, kolki nerkowe na skutek powstawania kamieni moczanowych), bardzo ważne jest picie dużych ilości wody.

Zaparcia są normalnym zjawiskiem podczas tej diety, gdyż objętość dostarczanego pokarmu jest zbyt mała, aby gwarantować prawidłową pracę jelit. Możemy tę przypadłość zwalczyć, jedząc sałatę doprawioną sokiem z cytryny.

Najbardziej dramatyczną komplikacją, jaka może pojawić się w wyjątkowych wypadkach, jest nagła śmierć. Organizacja Food and Drug Administration (FDA) naliczyła w Stanach Zjednoczonych siedemnaście zgonów spowodowanych „dietami o bardzo niskiej liczbie kalorii!”.

Chodziło tu o kobiety, które bez żadnych szczególnych powodów doznały migotania mięśnia sercowego, a następnie nieodwracalnego zatrzymania pracy serca. W trzynastu przypadkach pobrane do badania białka okazały się złej jakości. Były ubogie w tryptofan, a przy tym zaniedbano podawania dodatkowo potasu. W czterech pozostałych przypadkach nie stwierdzono żadnej ewidentnej przyczyny śmierci, chyba że było nią stosowanie diety proteinowej przez pięć – sześć miesięcy, podczas gdy nie powinna trwać dłużej niż 4 tygodnie.

Wiedząc, że te „środki lecznicze” znajdują się w wolnej sprzedaży w aptekach, możemy być tylko przerażeni, gdyż wolno je przepisywać wyłącznie osobom, u których stosunek masy do powierzchni ciała (BMI) przekracza 30 i u których nie ma zaburzeń funkcjonowania nerek i serca. Ponadto pomiędzy kolejnymi kuracjami powinny następować trzymiesięczne przerwy.

Jasne więc, że takie terapie stosować można wyłącznie pod kontrolą kompetentnego zespołu lekarzy, w warunkach szpitalnych i pod ścisłym nadzorem kardiologicznym.