Wydawca: ArtVitae Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
18,00 14,50
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 239 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Recepta na młodość - Michel Montignac

Autor zajmuje się zdrowiem i dietą ludzi dojrzałych, gdy czują się jeszcze młodzi i są w doskonałej formie. Nie tylko wyjaśnia, jak zapobiegać chorobom.

Pokazuje również, jak dzięki zmianie nawyków kulinarnych na lepsze złagodzić większość dolegliwości, które pojawiają się z biegiem lat. By zachować młodość, koniecznie trzeba mądrzej się odżywiać.

W tej książce znajdziesz na to receptę.

Opinie o ebooku Recepta na młodość - Michel Montignac

Fragment ebooka Recepta na młodość - Michel Montignac

WPROWADZENIE

Jeanne Calment właśnie świętuje swoje sto dwudzieste pierwsze urodziny. Jest ona nie tylko przedstawicielką naszego gatunku, ale i także dowodem długowieczności Francuzów.

Wspominanie jej narodowości nie miałoby może wielkiego sensu, gdyby nie to, że powszechnie wiadomo, iż to właśnie jej rodacy cieszą się statystycznie i globalnie o wiele mniej, by tak rzec, złym zdrowiem niż mieszkańcy innych krajów wysoko rozwiniętych. Byłoby ono zresztą i tak niewystarczające, gdybyśmy zapomnieli sprecyzować, że oficjalnie uznani seniorzy ludzkości zawsze żyli w Prowansji, krainie Pagnol, która jest ojczyzną najzdrowszego na świecie sposobu odżywiania się: tzw. diety śródziemnomorskiej.

Kiedy wstępuje się do szeroko dziś otwartego klubu pięćdziesięciolatków, pokrzepiająca jest świadomość, że pradziadkowie niektórych spośród nas nadal żyją. Nagle zaczynamy czuć się młokosami. A ponieważ w dzisiejszych czasach możliwe jest osiągnięcie prawdziwie sędziwego wieku, nie byłoby nierozsądne pomyśleć, że dożyje się co najmniej setki. Wszyscy chcielibyśmy tak długo żyć, ale to pragnienie niepodzielnie łączy się z warunkiem dobrego zdrowia. Wyobrażenie, że ograniczalibyśmy się wyłącznie do utrzymywania się przy życiu, każdemu wyda się nieznośne.

Należy tu jednak stwierdzić, że sytuacja w naszych czasach jest w tej dziedzinie dość paradoksalna: potrafiliśmy przedłużyć życie tak, jak nie było to nawet wyobrażalne na początku wieku, ale nie możemy nie zauważyć, że gatunek nasz nigdy nie chorował tak jak dziś. Rzeczywistość wynikająca z analizy danych statystycznych jest naprawdę niepokojąca: pewne choroby, które kiedyś pojawiały się w dosyć późnym wieku, zaczynają nękać ludzi coraz młodszych. Problem ten jest szczególnie wyrazisty w takim kraju jak Stany Zjednoczone, gdzie po przekroczeniu sześćdziesiątki, a czasami nawet wcześniej, populacja znajduje się w niepokojącym stanie wyniszczenia.

Łatwo to zauważyć, jeśli spędzi się jakiś czas na amerykańskim lotnisku. Naprawdę przygnębiające wrażenie robi liczba ludzi już dojrzałych, ale przecież wciąż młodych, którzy poruszają się tu na wózkach inwalidzkich. Owe fotele na kółkach można ze sobą łączyć i ciągnąć za pomocą małych traktorków. Oglądamy więc całe pociągi foteli na kółkach, które krążą po porcie lotniczym, i jeżdżą tam i z powrotem między wejściami i wyjściami terminali. Nikt chyba nie uznałby, że jest to luksus, który podróżujący Amerykanie fundują sobie na wzór swych rodaków grających w golfa, którzy w meleksach przemieszczają się po polach golfowych między dołkami. Nic podobnego, transport na wózkach to konieczność, ponieważ zdrowie Amerykanów pozostawia wiele do życzenia.

Ale o ile sam problem stanu zdrowia został dobrze określony, o tyle daleko nam jeszcze do znalezienia skutecznych rozwiązań. A przecież medycyna i jej przyboczny sługa, przemysł farmaceutyczny, jeszcze nigdy nie były tak aktywne, wydajne i pełne inwencji. Na próżno. Budżet na wydatki związane z leczeniem nie przestaje wzrastać.

Patologie w znacznej mierze są znane. Ich wykrywanie opanowane przez naukę. Środki terapeutyczne wynalezione. Nastąpił niewiarygodny postęp w technikach chirurgicznych, w profilaktyce, opiece zdrowotnej, leczeniu. Jednak, ogólnie rzecz biorąc, problem nadal nie został rozwiązany: umiemy przedłużać życie, ale nie potrafimy zachować zdrowia.

A przecież rozwiązanie leży w zasięgu ręki, właściwie znaliśmy je zawsze. Tylko człowiek współczesny, w swojej naukowej arogancji, z własnej woli ignoruje je i lekceważy. A rozwiązanie to wynika ze zdrowego rozsądku i rozumu, powiedziałbym wręcz – z mądrości.

Leży ono, ni mniej ni więcej – na naszym talerzu, gdyż zawiera się w tym, co jemy. W jakości naszego pożywienia. Jak mawiał już Hipokrates, pięć stuleci przed narodzinami Chrystusa: „Naszym najlepszym lekarstwem jest jedzenie.”

Słusznie jesteśmy dumni z lekarzy, badaczy i wszystkich tych naukowców, którzy w ostatnim półwieczu odważnie i z samozaparciem przyczynili się do wyjątkowego postępu wiedzy naukowej. Przesunęli oni granice wiedzy medycznej dalej, niż pozwalały najśmielsze oczekiwania, ale jednocześnie stracili z oczu to, co najważniejsze: kwestię odżywiania się. Zapomnieli o jednym z podstawowych dogmatów egzystencji każdej żywej istoty, niezależnie od tego, czy zalicza się ona do królestwa roślin, czy zwierząt; dogmat ten głosi, że zdrowie i w ogóle przeżycie są ściśle uzależnione od jakości pożywienia.

Od zakończenia ostatniej wojny światowej produkcja żywności przeszła prawdziwą rewolucję. U jej źródeł leżą dwa zjawiska. Po pierwsze, znaczny wzrost populacji w krajach cywilizacji zachodniej (baby-boom), który zmusił władze publiczne do promowania produkcji masowej. Jedynym kryterium w rolnictwie stała się produktywność. Po drugie, nieprawdopodobny rozwój urbanizacyjny spowodował w ciągu kilku dziesięcioleci pustoszenie stref rolniczych i migrację ludności wiejskiej do wielkich miast, wywołując tym samym znaczny rozdźwięk między obszarami, na których produkuje się żywność, a obszarami konsumpcji.

By więcej wyprodukować, mechanizowało się do przesady produkcję żywności, użyźniało pola nawozami sztucznymi, walczyło sztucznie ze środowiskiem naturalnym, używając na masową skalę pestycydów, środków owadobójczych i najrozmaitszych chemicznych środków chwastobójczych.

By zachowywać produkty w świeżości, co było potrzebne wyłącznie dla ułatwienia transportu z miejsca produkcji do punktów przetwórstwa i konsumpcji, wymyślono przedwczesne zbiory, dojrzewanie w sztucznych warunkach, chłodzenie, zamrażanie i całą gamę innych rozmaitych praktyk przemysłowych (np. jonizacja), służących utrzymaniu sztucznego wrażenia świeżości produktów, które w normalnych warunkach i temperaturze już dawno by się popsuły.

Znajdujący się na samym końcu drogi do konsumenta przemysł spożywczy nie został w tyle, wprowadzając innowacje w dziedzinie kondycjonowania oraz konserwowania żywności przez stosowanie dodatków chemicznych, które mają sprawić, że produkt wyda się bardziej pociągający, nadają mu w sposób sztuczny mocniejszy smak, oraz zapobiegają naturalnemu procesowi psucia się dzięki środkom konserwującym.

Jednocześnie bardzo intensywna stała się produkcja zwierząt, a to na skutek zakładania farm przemysłowych i hodowli, gdzie najskuteczniej podnoszono wydajność za pomocą hormonów i antybiotyków.

Wynikiem tej rewolucji rolno-spożywczej jest przede wszystkim postęp. W istocie, żaden mieszkaniec krajów wysoko rozwiniętych nie cierpi już głodu. Mają co jeść nawet ci, których dosięgło nieszczęście wyrzucenia poza nawias społeczeństwa, bezrobotni i bezdomni. Bo ów nadmiar żywności, do którego doszliśmy w czasach naszej cywilizacji obfitości wystarczy, by wykarmić wszystkich, również tych, którzy nie mają na to środków.

Druga strona medalu wygląda tak, że choć jesteśmy pewni, że nie zabraknie nam pożywienia, to z każdym dniem widzimy coraz wyraźniej, jak bardzo jest ono pozbawione wartości. Wartość odżywcza produktów spożywczych jest tak niska, że można wręcz mówić o stanie alarmowym. Oznacza to, że pożywienie, jakie się nam dziś oferuje, nie zaspokaja już naszych potrzeb związanych z odżywianiem się, gdyż nie licząc energii, pomagającej nam utrzymać się przy życiu, pozbawione jest elementów witalizujących, niezbędnych do zachowania dobrego zdrowia.

Byłoby przesadą twierdzić, że wszystkie artykuły spożywcze, jakie mamy do dyspozycji, są podejrzane. Mało przydatne w sensie odżywczym są przede wszystkim te, które pochodzą z intensywnej produkcji i poddano je takim formom obróbki przemysłowej, jak modyfikacja lub przetwórstwo. Inne, gdyż, Bogu dzięki, i takie jeszcze istnieją, można zaakceptować, a nawet polecać.

Nawyki żywieniowe bardzo się zmieniły w ciągu ostatniego półwiecza. Z pewnością, pożałowania godne jest, że ludzie mają tendencję do folgowania złym przyzwyczajeniom, ze szkodą dla dobrych. A przecież wszędzie, gdzie uświadomiono sobie szkodliwość takiego działania, otrzymane rezultaty były tak budujące, że zachęciły nas do ograniczania niewłaściwych zwyczajów żywieniowych.

W pierwszej połowie życia, a konkretniej, do pięćdziesiątki, organizm wytrzymuje jakoś niedobory i braki wynikające ze złego jakościowo pożywienia, nie manifestując przesadnie swego obciążenia. Nadrabia on braki, częściowo czerpiąc ze swych rezerw, co wyjaśnia, dlaczego tak niewiele wczesnych objawów ewentualnych patologii można wykryć od razu.

Aż pewnego dnia zapłoną lampki ostrzegawcze. Ale tak naprawdę nadal większość z nas nie traktuje sytuacji poważnie i nie podejmuje odpowiednich działań, dopóki nie stanie się ona alarmująca. Wówczas nadchodzą czasy przykrych niespodzianek, rozczarowań i żalu, może spóźnionych, nie traćmy jednak nadziei. Nigdy bowiem nie jest za późno na podjęcie właściwych decyzji. W każdym jednak razie najlepiej działać, zanim nas przyprze do muru pogarszający się stan zdrowia. Zamiarem tej książki jest zatroszczyć się właśnie o to.

Wielu z was przekroczyło pięćdziesiątkę, ale nadal jest w sile wieku. Innymi słowy, dysponujecie pełnią sił fizycznych i możliwości intelektualnych. Dziwicie się wręcz, że jest tak właśnie teraz, może bardziej niż kiedykolwiek. To książka dla was, ponieważ pozwoli wam zrozumieć i uświadomić sobie, że wskazane jest, po półwieczu dobrych i lojalnych usług ze strony tej maszyny, jaką jest wasze ciało, zaoferować jej jeśli nie dobry przegląd, to przynajmniej porządny program prewencyjny. Ciało ma swoje racje i powody, które powinien znać rozum.

Książka ta zwraca się również do tych, którzy sporo przekroczyli połowę życia i zdrowie zaczęło nastręczać im niejakich kłopotów. Rady, jakie tu znajdą, pozwolą im, jeśli nie zupełnie wyzdrowieć, to przynajmniej osiągnąć pewną poprawę.

W każdym razie, zarówno jedni, jak i drudzy odkryją, że czynnik żywieniowy decyduje o ich zdrowiu i że zmiana kilku nawyków w tej dziedzinie może wystarczyć, by czerpali z życia o wiele więcej radości. Zrozumieją, że jedyny sposób na to, by pozostać młodym i cieszyć się dobrym zdrowiem, to po prostu lepiej się odżywiać.

Część pierwsza

ROZŚPIEWANA PIĘĆDZIESIĄTKA

 

Pokoleniebaby-boomu(powojenne), dzieci rocka, dorastające w sześćdziesiątym ósmym roku – zaczyna właśnie przekraczać pięćdziesiątkę. Większość czuje się wiecznie młoda. Ich wczorajsi idole są idolami również dzisiaj. Oni także się nie zmieniają, a jeśli nawet, to tylko w niewielkim stopniu.

Gdy tylko zostaną zdmuchnięte świeczki na ogromnym torcie i przebrzmią ostatnie dźwięki Happy birthday to you, niezmiennie zadaje się jubilatowi rytualne pytanie: „I jak to jest, kiedy ma się pięćdziesiąt lat?” – „Normalnie, odpowiada z uśmiechem, absolutnie normalnie! Czuję się tak samo, jak wtedy, gdy kończyłem dwadzieścia lat!”

Jest tak, i jednocześnie tak nie jest. Jubilat, gdy znajdzie się sam na sam ze sobą, zada sobie znowu to pytanie. Najmniejsza słabość cielesna wzbudzi wątpliwości w jego umyśle, co często pociągnie za sobą nawet lęki. Bo w tym okresie życia rozdarci jesteśmy między przekonaniami płynącymi z kultury, nie znającej litości dla wieku, a głębokim poczuciem, że jest się w dobrej formie, i nadzieją na długie życie.

To krytyczny wiek – mawiało się kiedyś. Coś pomiędzy psem a wilkiem, ni młody, ni stary. Ciało pokryło się zmarszczkami, włosy wyblakły, jeśli nie posiwiały, a okulary stały się urządzeniem, bez którego nie możemy się obejść. Czyżby rzeczywiście miał to już być czas, gdy koniecznie trzeba się ustatkować, jak mówi popularna pseudo-mądrość, rozsądnie przygotować się do emerytury, a nawet do odpoczynku... wiecznego?

Nic bardziej fałszywego! W wieku pięćdziesięciu lat bynajmniej nie zaczyna się tracić sił, wręcz przeciwnie! Nie jest to początek marnienia, lecz rozkwitu. Nie jest to wiek krytyczny, ale rozstrzygający.

W życiu ma się dwie młodości. Pierwsza – doskonale wszystkim znana; druga, nie aż tak sławna, rozpoczyna się po pięćdziesiątce. Pierwsza, to tak naprawdę niewdzięczny wiek. Żmudny czas uprawy, orki i zasiewu. Jest to również okres zbierania doświadczeń, dokonywania odkryć i uczenia się. Jednostka jest więźniem swego otoczenia, rodziny, nauczycieli, instytucji oraz systemów. Krótko mówiąc, innych. Jednak jest również więźniem samej siebie, zarówno swej beztroski, jak i instynktów, lub zmiennych impulsów.

Druga młodość natomiast to czas zbiorów, żniw, winobrania. Epoka dojrzałości jednostki i jej pełni. Czas metamorfozy. Wiedza, doświadczenie i świadomość pozwalają cieszyć się życiem. Jednostka jest wolna. Nawet jeśli nadal należy do grupy, nie jest już od niej zależna. Ma również wolny umysł. Względność rzeczy pozwala jej na dystans, konieczny do podejmowania obiektywnych decyzji. Panowanie zarówno nad pomysłami, gustami, jak i nad naturą, pozwala jej na lepsze kontrolowanie samej siebie. Wiedzieć, jak zarządzać swoimi chęciami i namiętnościami, to być zdolnym rozumnie panować nad sobą.

Pięćdziesiątka to wiek dynamicznej mądrości oraz decyzji podejmowanych swobodnie i bez krępowania się innymi osobami, w świetle własnej wiedzy i przeżyć. Mężczyzna i kobieta w tym wieku są obdarzeni wszelkimi możliwościami i wszelkimi cnotami. Nie zawsze jednak zdają sobie z tego sprawę. Zbyt wielu spośród ich rówieśników uważa się już za pół-starców, a nawet karmi się kompleksem niższości.

Właśnie spod tego jarzma ludzie ci muszą się uwolnić, by wreszcie odkryć, że jak mawiał Georges Barbarin: życie zaczyna się po pięćdziesiątce! Jednak, jak wszystko inne w życiu, szczęście w tej drugiej młodości nie przychodzi samo, trzeba mu pomóc rozkwitnąć, a nawet samemu je stworzyć. Żeby zaś to osiągnąć, należy przyswoić sobie trzy elementarne reguły, które powinny stać się zasadami postępowania.

1. Nie oglądajcie się za siebie

Największym niebezpieczeństwem, jakie czyha na osoby przekraczające pięćdziesiątkę, jest zamknięcie się w świecie przeszłości. Wspominanie pierwszych pięćdziesięciu lat życia stanowi naprawdę zbyt często główny przedmiot ich rozmyślań, boję ratunkową, której się kurczowo trzymają, i która utrudnia im posuwanie się do przodu.

Jakże można cieszyć się chwilą obecną i patrzeć w przyszłość, gdy jest się wciąż więźniem swojej przeszłości? Czyż najlepszą metodą, aby spowodować wypadek samochodowy, nie jest jazda, gdy patrzy się wyłącznie w lusterko wsteczne? Oglądanie się w przeszłość nie ma żadnego znaczenia. Znajomość świata, wiedza i doświadczenie, które z niej wynikają, zostały automatycznie zsyntetyzowane w podświadomości i umysł bez najmniejszego kłopotu odwoła się do nich, gdy będzie to konieczne.

To, co naprawdę groźne, to może nie tyle przeszłość sama w sobie, potrzebna do rozwoju człowieka dzięki lekcjom, jakich mu udziela, ile raczej nieustanne powracanie do niej, gdy przesadnie zagłębiamy się w świecie wspomnień, albo, co gorsza, nostalgia, jaką w nas wzbudza i którą w dodatku sami w sobie pielęgnujemy. Przeszłość jest w istocie iluzją, a wspomnienia są pasmem pułapek. Przedstawiany przez nią obraz naszych przeżyć jest fałszywy, zdeformowany, wyidealizowany i upiększony.

Jak można iść naprzód i obiektywnie dokonywać wyborów, koniecznych, by zarządzać teraźniejszością i budować przyszłość, jeśli stale ogląda się w przeszłość, mocno osłodzoną i uprzątniętą z trosk prawdziwego życia, przeszłość, która nie przynosi nam z rzeczy, ludzi i zdarzeń nic, może poza cieniem zasuszonej róży? Niektórzy mają wręcz psychopatyczny stosunek do swej przeszłości. W ich przypadku rzeczywistość jest nie tylko zdeformowana, lecz zrekonstruowana; wymyślają historie, które opowiadają tyle razy, że w końcu sami w nie święcie wierzą. Tacy ludzie nienajlepiej czują się we własnej skórze, brakuje im wiary w siebie a posuwająca się stale naprzód wskazówka popycha ich do wymyślania świetlanej przeszłości, zarówno własnej, jak i bliskich osób. Pielęgnują ów fałszywy obraz minionych lat, przekonując samych siebie, że to prawda, często po to, by wynagrodzić sobie jakoś nędzę swej egzystencji i niezdolność do zmierzenia się z nadchodzącą przyszłością.

To ci sami ludzie, którzy podróżują tylko po to, by zrobić kilka zdjęć i pokazać je potem znajomym, wyobrażając sobie przy tym, że sprawiało im to niegdyś przyjemność, której w istocie wcale nie zaznali, bo tak naprawdę żyją pogrążeni w tęsknocie do świata wymyślonych wspomnień. Tacy ludzie, by uciec od trosk prawdziwego życia, z którymi nigdy nie umieli sobie poradzić, wymyślają sobie cudowne dzieciństwo i rodziców, którzy byli idealną parą, choć w istocie często darli koty, nie przestając się kłócić, a nawet poszturchiwać.

Jak można w warunkach, gdy przeżyło się pierwszą połowę życia na marzeniach, iluzjach i oszukiwaniu samego siebie, wejść w drugą połowę odważnie, z realizmem i obiektywizmem? Niektórzy nie mogliby się prawdopodobnie obejść bez wizyty u dobrego psychoanalityka. Dlatego właśnie należy wystrzegać się nie tylko przesadnego powracania do przeszłości, ale też, przede wszystkim, wszelkich uczuć nostalgicznych. Ciągną nas one bowiem wstecz, i to właśnie w momencie, kiedy powinniśmy zrobić duży krok naprzód. Teraźniejszość i przyszłość to jedyny okres życia, który warto przeżywać!

Spójrzcie na drzwi, które się przed wami otwierają i na zawsze zapomnijcie o tych, które się właśnie zamknęły.

2. Mieszczański tryb życia i konformizm – nie!

Pokolenie, które przyszło na świat w okresie baby-boomu, przejdzie do historii jako uprzywilejowane pod względem ekonomicznym. W istocie, bardzo rzadko można spotkać mężczyzn lub kobiety w okolicach pięćdziesiątki, którym nie udało się znaleźć „swojego małego miejsca na ziemi”, a już przynajmniej zabezpieczyć się finansowo. Istnieją również i bezrobotni w tym wieku, lecz ich problemy są natury moralnej i społecznej, w o wiele mniejszym zaś stopniu materialnej.

Przed 25 laty wystarczało mieć chęć pracy, by ją sobie znaleźć, wystarczał też niewielki wysiłek, by osiągnąć sukces. Po kilku latach doświadczeń robotnik zostawał rzemieślnikiem, potem majstrem, a w końcu właścicielem. Praktycznie każdy zawód można było zmienić, aż do osiągnięcia wieku, nazywanego „wspaniałą trzydziestką”.

Jednak skutkiem niebywałego wzrostu poziomu życia, wynikającego z osławionej opieki socjalnej, było masowe zmieszczanienie tego pokolenia. Ludzie ci, tak kiedyś otwarci na świat, teraz, jak się wydaje, zamykają się w sobie, swoich ugruntowanych poglądach, statusie i w przywilejach, jakie stały się ich udziałem.

Osiągnęli względny majątek dzięki drobnym spekulacjom giełdowym, zatroszczyli się o konta w banku i ubezpieczenia na życie, a teraz spokojnie kroczą za drobnymi rentierami ostatniego stulecia, pielęgnując swe poczucie bezpieczeństwa i bierną nieruchawość. W rytmie wakacji szkolnych, zajmowania się drobnym hobby, a przede wszystkim niekończących się wieczorów, spędzanych w kapciach przed telewizorem, po trochu dostali się w więzy dostatku i komfortu. Francja drzemie i wydaje ospałe pomruki zadowolenia, które karykaturzyści uwieczniają przy każdej okazji.

Zachować młodość, to przede wszystkim nie godzić się na ten mieszczański tryb życia. Wymaga to jednak zrobienia bilansu, możliwie obiektywnej analizy i zejścia z manowców wygodnictwa. W wieku pięćdziesięciu lat, niezależnie od tego, czy jest się kobietą czy mężczyzną, nadal w pełni można przestawić swoje życie na inne tory. Nigdy nie jest bowiem za późno na to, by zacząć lepiej żyć. To wyłącznie kwestia woli. Ci, co tego dokonali, nigdy nie żałowali, a wręcz udowodnili, że to najlepsza droga do sukcesu, gdyż wybory dokonywane w tym okresie życia są dojrzałe i odpowiednio przemyślane.

Jeśli chodzi o życie zawodowe, jest to najlepszy moment na założenie własnego biznesu i zrealizowanie marzenia życia: zdobycie niezależności. W każdym razie, kwestię tę należy poważnie przeanalizować ze względu na konkurencję, której skutkiem może być bezrobocie.

Co zaś się tyczy małżeństwa, to dokonany niegdyś wybór powinien być osądzony realistycznie i obiektywnie. Jeśli było ono zbudowane na kruchych fundamentach i wynikają stąd wyłącznie nieporozumienia, konflikty i brak poczucia wspólnoty; jeśli daje ono przy każdej okazji wyłącznie powody do frustracji, zgorzknienia i uraz – jeszcze jest czas, by odważnie przyznać się do popełnienia omyłki. Myślcie o przyszłości. Rozejrzyjcie się wokół siebie i spójrzcie na wszystkie te pożałowania godne pary, które żyją razem aż do końca, choć nienawidzą się, a większość czasu poświęcają na zatruwanie sobie życia notorycznym napadaniem na siebie, obrażają się i niszczą nawzajem. Jeśli jednak nasz związek ma solidne podstawy, wystarczy go odbudować, zespawać, scementować na nowo uczucia, które można po prostu poddać głębokiej reanimacji; mogą one wówczas powrócić w najpiękniejszej formie, jak ponownie rozniecony ogień.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą zmienić swoje życie po pięćdziesiątce, gdyż w tym właśnie wieku doświadcza się życia uczuciowego o wiele głębiej, niż w okresie pierwszej młodości. Jest ono teraz bogatsze, subtelniejsze i otwiera możliwości zaznania szczęścia, o którym się zawsze marzyło.

Jedną z ważnych decyzji, które również mogą mieć istotny udział w odrodzeniu się po przekroczeniu pięćdziesiątki, może być np. przeprowadzka. Nie wymuszona już – jak dawniej – przez okoliczności, lecz dokonana z pełną swobodą wyboru, po gruntownym przemyśleniu. Przyczyni się ona do tego, by rozpocząć zupełnie nowe życie i by znacznie poprawiła się jego jakość. Dlaczegóżby nie zrealizować marzenia (całej rodziny) i nie przenieść się do obszernego domu na wsi? Dlaczego właściwie mamy z tym czekać do emerytury? Nikt, kto to zrobił, nie powróciłby teraz do miasta za całe złoto świata i nie przestaje budzić westchnień żalu i zazdrości u swych przyjaciół.

By zachować młodość, należy również walczyć z konformizmem, zweryfikować reguły, które rządzą naszym życiem towarzyskim. Trzymajmy się wyłącznie tych zasad, które wydają się nam prawdziwie konieczne, a mianowicie podstawowej uprzejmości i szacunku dla innych. Jednak usuńmy z naszej codzienności sztuczne zobowiązania i wszelkie inne żałosne formy pustych światowych konwencji.

W wieku dwudziestu pięciu lat szukamy samych siebie. Odczuwamy głęboko potrzebę zdobycia uznania, pokazania, że przynależymy do systemu, do grupy, i aby lepiej się z nią zintegrować, nie szczędzimy wysiłków, by spełnić jej oczekiwania. Ale w wieku pięćdziesięciu lat powinniśmy być już ponad tym wszystkim: środowiskami, regułami, przebrzmiałymi tradycjami, utartymi poglądami i salonowymi konwencjami.

Możemy teraz być naprawdę sobą, nie odrzucając zasad ucywilizowania.

3. Interesujcie się sobą

Bagaż kultury judeochrześcijańskiej, wszechobecny w społeczeństwach zachodnich od dwóch tysiącleci, bez wątpienia tłumaczy trudności, jaką nadal ma wielu współczesnych ludzi, gdy zajmują się własną cielesnością. W istocie, przez wieki całe na zainteresowanie zasługiwał wyłącznie umysł. Ciało ludzkie zaś było tylko marnym dodatkiem, organizmem, którego funkcje (takie same zresztą jak u zwierząt), w większości uznawano za degradujące. Należało je więc ignorować.

Przez wieki wyłącznie damy wątpliwej sławy mogły pozwolić sobie na odrzucenie programu egzystencjalnego umartwiania się i stosować środki do podkreślania wdzięków. Sprzedawały swoje ciała, normalne więc było, że podnosiły w ten sposób wartość „towaru”.

Mentalność współczesna zmieniła się w ostatnich dziesięcioleciach, kokieteria stała się normalnym zjawiskiem, choć nadal figuruje w rejestrach Kościoła jako grzech pychy. Pewna tolerancja pod tym względem pojawiła się nawet wobec mężczyzn, którym wolno już dbać o urodę bez obawy, że zostaną zaszufladkowani jako homoseksualiści.

Wszyscy, którzy zaczynają uprawianie jogi lub sofrologii, ze zdziwieniem widzą, że kilka pierwszych zajęć poświęconych jest odkrywaniu własnego ciała. Niepowodzenia w opanowaniu wymienionych technik najczęściej spotyka się u osób, które nie potrafią „zintegrować swojej cielesności”. Nie umieją uznać, że ich ciało i umysł są jednością, a jeżeli nawet zdadzą sobie z tego sprawę, nie umieją jednego z drugim połączyć tak, by stały się harmonijną całością. A przecież umysł i ciało są w istocie nierozerwalne, bo kiedy pobudzamy jedno, drugie również reaguje, i na odwrót.

Odkryć swoje ciało, wsłuchiwać się w nie, szanować je, a nawet kochać takie, jakie mamy, to – jak się zdaje – warunek konieczny, aby odnaleźć pełną harmonię z samym sobą. Jeśli jednostka nie lubi siebie, a przynajmniej siebie nie szanuje, to oznacza, że dawno już postawiła krzyżyk na swoim ciele. Jak ciało może lubić się ze swoim panem, skoro wcale się nie znają, ignorowali się przez tyle lat i teraz są dla siebie zupełnie obcy?

By zachować młodość, o czym traktuje ta książka, należy działać według rozmaitych parametrów, koncentrując się zarówno na ciele, jak i na umyśle. Jednak, jeżeli nasze przedsięwzięcia mają być rzeczywiście skuteczne, trzeba koniecznie, i to od początku, scalić obie te jednostki, czyli ciało i umysł. U dziecka jedność ta istnieje w sposób naturalny. Dopiero nauka, a przede wszystkim kultura stopniowo powodują ich rozdział. A przecież dobrze czuć się „w swojej skórze” można dopiero wtedy, gdy żyje się w harmonii z samym sobą.

Cierpienia nastolatków, na przykład, wynikają przede wszystkim z braku harmonii między ciałem, które wydaje się obce, ciałem, które zbyt szybko dorosło, a umysłem, który nie potrafi się z nim zintegrować, gdyż nadal jest umysłem dziecka.

U dorosłego, pięćdziesięcioletniego człowieka, dysharmonia ta jest również mniej lub bardziej wyraźna, jednak może być jeszcze zaakcentowana przez zmiany fizjologiczne, charakterystyczne dla tego okresu życia: menopauzę w przypadku kobiet oraz łysienie, siwienie i nadwagę u mężczyzn. Najlepszym środkiem radzenia sobie z tymi problemami jest, oczywiście, przede wszystkim uświadomienie sobie ich natury, a następnie sporządzenie projektu przywrócenia organizmowi harmonii dzięki pewnym technikom, jak np. joga lub sofrologia.

Interesować się swoim ciałem, to interesować się swoim zdrowiem i, co za tym idzie, sposobem odżywiania. Jak twierdził już Hipokrates: „jesteśmy tym, co jemy”, wydaje się zatem oczywiste, że jeśli nasze pożywienie jest dobre dla ciała, to będzie takie dla umysłu. Pokolenie po pięćdziesiątce – przynajmniej we Francji, ojczyźnie autora – jeśli chodzi o aspekt kulinarny, miało szansę dorastać pod wpływami francuskiego sposobu odżywiania się, w przeciwieństwie do pokolenia młodszego, które ulega w tej dziedzinie trendom międzynarodowym, przeważnie północno-amerykańskim. Oznacza to, że pokolenie mężczyzn i kobiet w średnim i starszym wieku zachowało w swych praktykach żywieniowych zasady, jakimi kierowali się jeszcze ich rodzice i dziadkowie. Dla nich, jak dla większości Francuzów, posiłek nie jest wyłącznie (jak dzieje się to w przypadku Amerykanów) zaspokojeniem podstawowej potrzeby fizjologicznej, czyli głodu, za pomocą czegokolwiek jadalnego. U Francuzów posiłek ma także wymiar społeczny i towarzyski, a nawet hedonistyczny, w tym znaczeniu tego słowa, że stanowi integralny czynnik jakości życia. Tłumaczy to dobrze fakt, że sztuka kulinarna jest tak rozwinięta właśnie w naszym kraju. Nie będzie nam więc trudno dorzucić do odżywiania się kolejny wymiar: uczynienie z diety kwestii kluczowej dla zdrowia.

By zachować młodość, trzeba koniecznie odnaleźć równowagę wewnętrzną. Należy jednak również – i to jest głównym tematem tej książki – poprawić swoje nawyki żywieniowe w taki sposób, by pozytywnie wpływały na zdrowie. Tylko w takich bowiem warunkach pokolenie, które przyszło na świat w czasach baby-boomu, zachowa dynamiczność i radość życia, konieczne, by wejść z rozmachem w drugą młodość i pokazać, jak rozśpiewana może być pięćdziesiątka.

Część druga

ZROZUMIEĆ, ZANIM ZACZNIE SIĘ DZIAŁAĆ

Rozdział 1

CO SIĘ ZMIENIA PO PIĘĆDZIESIĄTCE

Pół wieku to i dużo, i mało. Raczej niewiele dla organizmu, zaprogramowanego na sto dwadzieścia lat. W każdym razie pozwala to nam co najmniej przez dwadzieścia pięć lat (a często więcej), cieszyć się pełnią życia po osiągnięciu dojrzałości.

Ciekawe, jakim zmianom podlega wtedy nasz organizm, i które z nich są najważniejsze, w kwestii jego podstawowych funkcji.

Zmiany w układzie trawiennym

Oznakami starzenia są przede wszystkim zmarszczki, wysuszona skóra, niekiedy zwiotczała, nieco zaokrąglona sylwetka, lekko przygarbione plecy i mniej jędrne mięśnie. i to tyle, jeśli chodzi o widoczną część prawdziwej góry lodowej.

Wewnątrz organizmu powoli zaczyna się pogarszać funkcjonowanie pewnych układów. Jeśli chodzi o układ krążenia, wszystkim wiadomo, że naczynia krwionośne mają tendencję do twardnienia, a nawet do zatykania się. Serce również może zacząć szwankować. Mogą się pojawić problemy z układem moczowym i bóle, wskazujące na to, że stawy dotknęło zwyrodnienie. Dalekowzroczność zmusza do noszenia okularów, które pozwolą zobaczyć blisko położone przedmioty.

W całym tym zbiorze drobnych dolegliwości przewód pokarmowy niekoniecznie musi przysparzać nam najwięcej problemów, zwykle jednak dotyka nas odwieczny problem zaparć. Układ trawienny jednak ulega w tym wieku doniosłym przemianom, co nie pozostaje bez konsekwencji dla naszego sposobu odżywiania się.

Apetyt

Z wiekiem kubki smakowe mają tendencję do atrofii (zaniku). W związku z tym zdecydowanie pogarsza się odczuwanie smaku. Zaczynamy „wzmacniać” go za pomocą soli, cukru, a nawet tłuszczów, które dodają potrawom aromatów i powodują, że smak staje się pełniejszy.

Zmysł powonienia również może być już mniej wyczulony, co w połączeniu z osłabieniem odczuwania smaku może prowadzić do zdecydowanie mniejszego zainteresowania żywnością; w związku z tym często wydaje się ona o wiele mniej pociągająca niż dawniej. Stąd też u niektórych osób pojawia się ryzyko stopniowej utraty apetytu, prowadzące czasami nawet do anoreksji.

Trawienie

Problemy z uzębieniem (wynikające często z niewłaściwej pielęgnacji), mogą utrudniać proces żucia niektórych pokarmów. Z obserwacji wynika, że lekceważenie tego problemu często przyczynia się do istotnych zmian w sposobie odżywiania, a co za tym idzie, staje się źródłem rozmaitych niedoborów pokarmowych.

Jeśli chodzi o żołądek, zmniejszone wydzielanie kwasów trawiennych opóźnia trawienie białek (mięsa, ryb, jajek, serów), spowalnia opróżnianie się tego organu i przedłuża proces trawienia.

Ilość soków trawiennych, pochodzących z trzustki czy pęcherzyka żółciowego, również zmniejsza się z wiekiem, skutkiem czego spożywane pokarmy są gorzej przyswajalne (białka, węglowodany, tłuszcze), nieco wolniejsze jest trawienie.

Jeśli chodzi o sole mineralne, wydaje się, że na zmianach w układzie trawiennym ucierpieć może głównie przyswajanie wapnia.

Perystaltyka jelitowa spowalnia się, co pociąga za sobą klasyczne problemy z zaparciami, których uniknąć można stosując odpowiednio dobraną dietę (patrz str. 192).

Metabolizm pokarmowy

◾ Białka

Masa „chuda” organizmu, czyli jego masa białkowa zmniejsza się znacznie z biegiem lat, choć proces ten, w przypadku osób prowadzących siedzący tryb życia, zaczyna się w zasadzie już po ukończeniu dwudziestu pięciu lat.

Spadek ten wynika przede wszystkim ze zredukowania się masy około kostnej mięśniowej. Uważa się np., że pomiędzy dwudziestym piątym a sześćdziesiątym rokiem życia człowiek traci około dwunastu kilogramów masy „chudej”.

Poza tym, z biegiem czasu coraz słabszy staje się proces odradzania się białek mięśniowych. Bardzo niebezpieczna może być wszelkiego rodzaju nagła utrata masy mięśniowej, wynikająca np. z długotrwałego pozostawania w łóżku.

◾ Tłuszcze

Jeśli chodzi o tkankę „tłustą”, to ma ona skłonności, by narastać z wiekiem, przy czym zachodzą istotne zmiany w miejscach jej kumulowania się. Koncentruje się ona teraz o wiele „chętniej” w górnych partiach tułowia (powyżej pępka) oraz w brzuchu. Stąd też częste pojawianie się rozmaitych form otyłości.

Jednak po ukończeniu sześćdziesięciu pięciu lat poziom cholesterolu we krwi, nawet nieco podwyższony (chodzi o cholesterol typu LDL), niesie za sobą tylko niewielkie ryzyko zwężania się tętnic i choroby wieńcowej. Paradoksalnie, zaobserwowano nawet, iż poziom bardzo niski (poniżej 170 mg/100ml), który można by uznać za idealny dla człowieka trzydziestopięcioletniego, może być istotnym czynnikiem ryzyka w przypadku osób po sześćdziesiątym piątym roku życia.

◾ Węglowodany

Podczas spożywania węglowodanów (skrobie, mąka, cukier) wzrost poziomu cukru we krwi pobudza trzustkę do wydzielania insuliny. Hormon ten z kolei powoduje przenikanie glukozy do komórek, które potrzebują tego materiału energetycznego, czego skutkiem jest spadek poziomu cukru we krwi.

Po przekroczeniu sześćdziesiątki wydzielanie insuliny spowalnia się, co powoduje znaczny wzrost ilości cukru we krwi po posiłku i utrzymywanie się go na stałym poziomie przez dłuższy czas. Zaś częste w tym wieku zjawisko ograniczenia aktywności fizycznej może jeszcze powiększyć ten problem, gdyż przy słabej pracy mięśni organizm zużywa małą ilość glukozy.

Jeśli natomiast chodzi o laktozę (węglowodan, znajdujący się w niefermentowanych wyrobach mlecznych), jest ona często źle tolerowana, gdyż zdarza się, iż u dorosłego, a tym bardziej u osoby w zaawansowanym wieku, nie następuje już wydzielanie laktazy (enzymu, odpowiedzialnego za trawienie laktozy).

Bardzo ważne jest zdać sobie sprawę z wszystkich tych zjawisk, aby dokonać właściwego wyboru węglowodanów, które będziemy spożywać, jak to zobaczymy poniżej.

Eliminacja odpadków

Z biegiem lat również nerki mogą stać się mniej efektywne, jeżeli chodzi o ich funkcję oczyszczania organizmu, skąd bierze się ryzyko akumulowania się produktów przemiany białek: mocznika i kwasu moczowego.

Problemy, związane z układem trawiennym, nie zawsze są dobrze znane. Dlatego też szczególnie zależało mi na wspomnieniu o nich, gdyż, jak przekonamy się, determinują one wybór kierunku odżywiania się, o czym powiemy poniżej.

Przyjęło się uważać, że po przekroczeniu pewnego wieku, a tym bardziej, gdy już się jest w wieku mocniej zaawansowanym, ogólnie należy jeść mniej, w związku ze zmniejszeniem się wszelkiego rodzaju aktywności. Jest to pogląd błędny i oparty na całkowicie mylnych podstawach: wynikające z procesu starzenia się zaburzenia układu trawiennego, oraz zdecydowanie mniejsza zdolność przyswajania pokarmów w drugiej połowie życia, powinny skłaniać nas do tego, by jeść w normalnych ilościach, ale powinno to być pożywienie bardzo bogate w składniki odżywcze.

Czynniki psychologiczne

Na początku upływającego właśnie stulecia istniały liczne rodziny wielodzietne, małżeństwa chętnie wydawały na świat czworo, sześcioro, a nawet dziesięcioro dzieci. Rodzice mogli mieć nadzieję, że spośród tego licznego potomstwa kilkoro osiągnie dojrzały wiek i będzie w stanie zapewnić im godną starość. W tamtych czasach bowiem nie istniała emerytura i tylko rodzina mogła zaoferować dziadkom pomoc, niezbędną do przeżycia. Oprócz względnego poczucia bezpieczeństwa finansowego, rodzina, która pozostawała jednością i w której przedstawiciele różnych pokoleń mieszkali razem, oferowała każdemu z nich środowisko psychologicznie, sprzyjające doskonałemu funkcjonowaniu osób starszych.

Dzisiaj sytuacja wygląda, niestety, zupełnie inaczej, wraz z bardzo niskim poziomem rozrodczości (1,6 dziecka na kobietę) oraz rozbiciem rodzin. Pragnienie niezależności, tak silne u młodych par, konieczna mobilność geograficzna spowodowana bezrobociem, ciasnota mieszkań oraz ich wysokie ceny w miastach to czynniki, które oddalają pokolenia od siebie. Powoduje to prawdziwą segregację, której skutkiem jest to, że dziadkowie żyją w mniejszej lub większej izolacji, rzadko widując ludzi. W ten sposób rodzi się zmęczenie, zniechęcenie i pewnego rodzaju zobojętnienie życiowe, któremu często towarzyszy utrata apetytu.

Wdowieństwo pogłębia jeszcze problem (z apetytem), gdyż brakuje towarzystwa przy spożywaniu posiłku. Powyżej siedemdziesiątego piątego roku życia trzy osoby na cztery żyją w samotności. Kobieta, która całe życie gotowała dla innych, traci ochotę na przyrządzanie posiłków tylko dla siebie. Z kolei mężczyzna, który przez tyle lat kazał się obsługiwać, nagle okazuje się zupełnie bezradny w kuchni i mało prawdopodobne, by w wieku siedemdziesięciu lat odkrył rozkosze gotowania.

Te