Szary mag. Sahi - Jarosław Prusiński - ebook
Opis

Niebo szarzało z każdą minutą. Pole bitwy rozświetlała już tylko lekka, czerwona poświata słońca, które już zaszło za wzgórzami.
Czarne chmury wydawały się ciężkie, jakby były odlane z ołowiu. Śpiący zaczęli się budzić, tak jak każdej nocy i brani na smycz przez zaklęcia Sahi, ustawiali się karnie w szeregu. Jeden za drugim, rząd za rzędem.
Topory i tarcze albo długie dzidy dzierżyli w swoich martwych dłoniach, czekając na rozkaz swoich panów.
Jakie łatwe będzie to zwycięstwo!

[...] Śpiew. Wysoki, przenikliwy śpiew wydobył się najpierw z kilku, potem setek, wreszcie tysięcy i setek tysięcy gardeł. Pieśń przywołująca demony rozlała się po łąkach Świętej Ziemi!
Wojska ruszyły. Z wolna, ociężale, szereg po szeregu ruszał w stronę najeżonej pikami ściany wojsk Zakonu. Z każdą chwilą ludzie i Śpiący poruszali się coraz szybciej. Ciemne moce wstępowały w wojowników żywych i martwych.
Po chwili nabrali energii sztormowej fali i jak gigantyczna ludzka fala popłynęli na wojowników Zakonu.

Jarosław Prusiński
Jarosław Prusiński, absolwent Politechnii i zarządzania.
Miłośnik literatury, poezji śpiewanej i fotografii.
"szary Mag" jest debiutancką powieścią autora, która znalazła uznanie nie tylko wśród miłośników gatunku.
Świat bohaterów powieści nie jest powieleniem utartych ścieżek, został stworzony od nowa, czytelnik sam musi go odkryć i zrozumieć. Nietypowa narracja pokazuje ten świat z różnych punktów widzenia, opowieść wciąga, daje do myślenia.
Wkrótce w ręce czytelników zostaną oddane dwa kolejne tomy (już pełnowymiarowe): "Szary Mag-Sahi" oraz "Szary Mag-Wielka Księga". Na wydanie czeka również tom opowiadań Science Fiction, pod tytułem: "Vortex".
absolwent Politechnii i zarządzania.
Miłośnik literatury, poezji śpiewanej i fotografii.
"Szary Mag" jest debiutancką powieścią autora, która znalazła uznanie nie tylko wśród miłośników gatunku.
Świat bohaterów powieści nie jest powieleniem utartych ścieżek, został stworzony od nowa, czytelnik sam musi go odkryć i zrozumieć. Nietypowa narracja pokazuje ten świat z różnych punktów widzenia, opowieść wciąga, daje do myślenia.
Wkrótce w ręce czytelników zostaną oddane dwa kolejne tomy (już pełnowymiarowe): "Szary Mag-Sahi" oraz "Szary Mag-Wielka Księga". Na wydanie czeka również tom opowiadań Science Fiction, pod tytułem: "Vortex".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jarosław Prusiński

Szary Mag - Sahi

DRUGA CZĘŚĆ TRYLOGII O SZARYM MAGU

Wydanie I, 2015

Szary Mag - Sahi, Jarosław Prusiński

Copyright © by Jarosław Prusiński, 2015

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie lub udostępnianie osobom trzecim, fragmentów lub całości, bez zgody autora zabronione.

ISBN:978-83-7859-460-4

Wydanie I, 2015

Od Autora:

Dziękuję moim czytelnikom, którzy czytając pierwszy tom zechcieli zatrzymać się przez chwilę w świecie Szarego Maga. To świat, który być może istnieje na jednym z miliardów okruchów rozrzuconych w czasie i przestrzeni, zwanych przez astronomów planetami. Albo co najmniej mógłby istnieć! Nie stworzyłem go, a jedynie uchyliłem drzwi do niego prowadzące. Moi bohaterowie byli bardzo niesforni, żyjący własnym życiem. Szczególnie krnąbrna okazała się Vivian, która miała być jedynie epizodem, a udało jej się zdominować całą powieść. Starałem się opisać ten świat takim, jakim go odnalazłem, nie przepuszczając treści przez filtry własnej, współczesnej moralności.

Oddaję w wasze ręce kolejny tom tej opowieści, mając nadzieję, że nie zawiodłem oczekiwań, jakie być może w nim pokładaliście.

UWAGA:

KSIĄŻKA MOŻE ZAWIERAĆ TREŚCI NIEODPOWIEDNIE DLA OSÓB NIEPEŁNOLETNICH!

Podziękowania

W trakcie wydawania pierwszej części tej opowieści, spotkałem na swojej drodze kilka wspaniałych osób, które wspierały mnie swoimi radami, dobrym słowem, a w końcu pozytywnymi recenzjami wlały otuchę w moje serce. To dzięki nim druga część trylogii opuściła szufladę.

Dziękuję: Edycie Dombrowickiej, ona pierwsza przeczytała i oceniła Szarego Maga, Marcie Korkus, Magdzie Lidii Urban, Karribie, Annie Helenie Kubiak za dzielenie się swoimi doświadczeniami, Marcie Kalarus, za cierpliwe tłumaczenie jak wydać książkę oraz dr Katarzynie Krzan za to, że zrobiła to o czym inni tylko mówili, wypychając moją pracę na szerokie wody.

Dziękuję wszystkim innym ludziom, których nie wymieniłem, a którzy wspierali mnie w trakcie prac nad tą książką. Dziękuję czytelnikom pierwszej części, którzy dodawali swoje opinie na portalach czytelniczych i przyznawali wysokie oceny oraz wszystkim tym, którzy być może to zrobią po przeczytaniu tego lub kolejnego tomu.

Nowa Żona

Vivian siedziała w fotelu popijając gorącą lipnicę, słodki napój z lipowego soku. Komnata była przestronna, bogato urządzona, z dużym kamiennym kominkiem pośrodku, w którym tańczyły gorące języki ognia wokół grubych, sosnowych kłód, niedawno przyniesionych przez służącą. Co prawda była już wiosna, ale wieczory ciągle jeszcze bywały dość chłodne, dlatego gospodyni kazała rozpalić w kominku. Na ścianach wisiały obrazy i ręcznie tkane gobeliny z najlepszego demaskiego jedwabiu. To szykowne wnętrze miejskiej rezydencji stanowiło miłą odmianę od surowych, drewnianych izb leśnej chaty Vivian. W powietrzu unosił się zapach świeżej żywicy pomieszany z zapachami pieczonego mięsa i gotowanej kaszy. Ciemnowłosa dziewczynka układała na podłodze drewniane klocki ze swoim rówieśnikiem Oshim, nie spoglądając nawet w stronę matki.

― Brakuje jej towarzystwa rówieśników ― Marika wyszła z kuchni i usiadła obok ze swoją filiżanką. ― Tak jak Oshiemu. Musicie częściej nas odwiedzać.

Pogłaskała Vivian po wydatnym brzuchu i uśmiechnęła się szeroko.

― W ogóle sądzę, że powinnaś się przenieść do nas na kilka tygodni. Niedługo rozwiązanie i z pewnością przyda ci się moja pomoc. Sama wiesz, że nie możemy liczyć na mężczyzn w tej materii.

― Jeszcze mam trochę czasu. Poza tym, nie mogę tak z dnia na dzień zostawić swoich pacjentów.

― Pacjentów? To znaczy wieśniaków z wrzodami i liszajem, którzy za twoimi plecami nazywają cię przeklętą wiedźmą?

― Właśnie tych ― zaśmiała się Vivian. ― Skorzystam na pewno z twojego zaproszenia po następnej pełni. Jeśli nie przeszkadza ci towarzystwo byłej niewolnicy.

― Jak zwykle uszczypliwa ― Marika z uśmiechem pogroziła jej palcem. ― Wiesz, że jesteś dla mnie jak najbliższa rodzina.

― Powiedz mi lepiej, co słychać w świecie. Siedzimy w lasach i nie wiemy, co się wokół dzieje.

― Nic dobrego ― starsza czarodziejka nagle spoważniała. ― Wygląda na to, że król jest doskonały w nic nie robieniu. Stepy powoli pogrążają się w chaosie, wyznawców nowej wiary jest z każdym dniem coraz więcej, a król tego nie dostrzega. Całe miasto już cuchnie zgniłym odorem czarnej magii. Tak samo jest wszędzie. Wszystkie miasta i wioski pogrążają się w ciemności. Nawet Święta Ziemia nie jest wolna od tej plagi. Kalid, jak wiesz, umarł we śnie zeszłego lata. Mówi się, że zabił go ten, który chodzi w ciemnościach, przywódca innowierców i pogromca Soulen. Klany południa rozproszyły się, walczą ze sobą nawzajem. Wszędzie włóczą się bandy mordujące każdego kogo napotkają. Jest gorzej niż w czasie wojny. Wtedy przynajmniej wiadomo było, kto jest wrogiem.

― A co u was? Orden nadal pracuje w sądzie?

― Tak. Ale nie jest szczęśliwy. Kiedyś był magiem, miał wysokie stanowisko, a teraz jest podrzędnym urzędnikiem. Stał się mrukliwy, często się zamyśla i nie słucha tego, co do niego mówię. Postarzał się psychicznie...

― A ty Marika?

― Ja? Jestem panią domu i jest mi z tym dobrze. Wreszcie mam zwyczajne życie, takie jak chciałam. Spełniłam się jako kobieta. Mam cudownego syna. Nie tęsknię ani za Cechem, ani za dworem.

Zapadła długa cisza. Obie kobiety pogrążyły się w swoich myślach.

― Czy Seth wpadł w końcu na jakiś ślad Księgi? ― spytała Marika.

― Chyba już dał sobie z tym spokój. Nie ma pewności czy ta Księga w ogóle istnieje. Może to tylko legenda?

― W Cechu też mówiło się o Wielkiej Księdze Czarów. Nikt jednak nie miał  wystarczająco dużo odwagi, żeby jej szukać. Ona podobno ma nieśmiertelną duszę, tak jak człowiek. Co może uczynić Księga znająca wszystkie słowa stworzenia, jeśli obdarzy się ją duszą? Być może nie należy jej szukać.

― Jeśli istnieje, jest dobrze ukryta.

Czarodziejki przerwały rozmowę, kiedy służąca zaczęła przygotowywać stół do obiadu. Zapachy jedzenia dolatujące z kuchni wypełniły całą komnatę, a młoda dziewczyna o rudych włosach, kiedy przestała się wreszcie krzątać przy stole, dygnęła lekko i wróciła do kuchni.

― Nie mogę namówić Setha na drugą żonę ― wybuchła Vivian, kiedy znowu zostały same. ― Uparł się, że ja mu wystarczam.

― Może tak jest?

― Ale ja nie mam zamiaru być całe życie jedyną żoną jak jakaś wieśniaczka! Ktoś powinien mi pomagać przy dzieciach i w prowadzeniu domu. Ja mam przecież jeszcze lecznicę na głowie!

― A może weźmiecie służącą albo niewolnicę?

― Też coś! ― Vivian prychnęła gniewnie. ― Chcę być pierwszą żoną i już! Chcę też, żeby mnie ktoś wspomagał w.... nocnych obowiązkach. Teraz i przez następne miesiące po urodzeniu nie ma o tym mowy, a nie chcę, żeby on zaczął wiejskie baby obściskiwać. Toż to by był dopiero upadek moralności!

― Nie będziesz zazdrosna?

― Nie ― Vivian zastanowiła się chwilę. ― Nie wiem... Trochę. Kocham go bardzo, ale nie mogę mu przecież całego świata zasłonić. Od pokoleń rodzina liczy trzy żony i nikt nie jest o nikogo zazdrosny! Mam być też zazdrosna o to, że kocha naszą córkę?

― Taka jest potrzeba ― Marika mówiła łagodnie. Z racji różnicy wieku mogłaby być jej matką, więc traktowała ją trochę jak córkę. ― Mężczyźni giną na wojnach, dlatego jest ich trzykrotnie mniej niż kobiet. Gdyby brali tylko jedną żonę, wiele kobiet nie miałoby szansy na macierzyństwo. To dobra tradycja i dobre prawo. Ja jednak nie chcę, żeby Orden brał kolejne żony. Poza tym, w alkowie nie wystarcza mu sił nawet dla mnie ― zachichotała.

― Mojemu też brakowało sił na początku ― parsknęła Vivian. ― Mogłam to z nim robić od rana do rana, w każdy możliwy sposób jaki tylko nam przyszedł do głowy. Także z użyciem magii.

Obie kobiety roześmiały się na cały głos, przyciągając pełne dezaprobaty spojrzenia swoich dzieci. Marika, trzęsąc się ze śmiechu oblała się naparem z filiżanki, na szczęście już dość chłodnym.

― Teraz jednak jesteśmy już kilka lat po ślubie ― Vivian nagle spoważniała. ― Nie mam ochoty na to tak często jak kiedyś. Poza tym, chcę mieć wszelkie przywileje i prestiż pierwszej żony. Zasługuję na to. Czas na drugą żonę.

― To nie mąż, ale pierwsza żona wybiera kolejne, więc to twoja powinność i twój przywilej Vivian. Jutro poślę po swatkę!

***

― Rozbierz się ― powiedziała Vivian do chudej dziewczyny stojącej przed nią.

To nie była typowa prośba w takiej sytuacji. Panienki z dobrych domów nawet mężom nie pokazywały się bez koszuli nocnej, a i to tylko przy zgaszonej lampie. Vivian jednak miała gdzieś konwenanse i koniecznie musiała zobaczyć, co to dziewczę ma pod zniszczoną, za małą dla niej sukienką jak z młodszej siostry. Czuła na sobie brzemię odpowiedzialności, w końcu wybierała żonę dla swojego męża. Tamta jednak stała bez ruchu, patrząc w ziemię i nerwowo wyginając długie palce. Swatka przysłała im kilka bardzo młodych dziewcząt, dzieci jeszcze, ale Vivian nalegała na kogoś starszego.

― Starsze są już przebrane, pani ― skrzeczała stara. ― Same brzydule. Chociaż jest jedna... Ładna, dwadzieścia wiosen skończy w tym roku. Tyle tylko, że pohańbiona. Jeden parch ją uwiódł, a potem rozgadał wszystko, więc ojciec wyrzucił ją z domu i mieszka teraz w przytułku.

Dziewczyna była rzeczywiście ładna, z ciemnymi, krótkimi włosami, ale nie czarnymi jak u Vivian, tylko dużo jaśniejszymi, z rudym odcieniem. Szczupła, z ładnie zarysowanymi biodrami i małymi, sterczącymi piersiami, o ślicznej twarzy i delikatnej cerze. Stała teraz, wpatrując się swoimi niebieskimi oczami w podłogę.

― Muszę cię zobaczyć ― naciskała Vivian.

Dziewczyna podjęła w końcu decyzję i szybkim ruchem zdjęła sukienkę, zostając jedynie w majtkach. Vivian obeszła ją dookoła, dotknęła ramion, a potem zjechała dłońmi w dół do bioder. Uśmiechnęła się zadowolona z tego co zobaczyła.

― Jeśli ptak leci do morza sześć dni, a hus jest od niego trzy razy wolniejszy, to ile czasu potrzeba człowiekowi na dotarcie do morza, skoro potrafi biec tak szybko jak hus w kłusie?

Dziewczyna się nie odezwała, tylko wyginała palce z taką zapalczywością, że aż trzeszczały kości.

― Jeśli jeden człowiek kopie studnię dziesięć dni, to w ile czasu wykopie ją dziesięciu ludzi?― spróbowała jeszcze raz Vivian.

Tamta otarła dyskretnie łzę z policzka i ubrała się bez słowa, kiedy na jej pytające spojrzenie Vivian skinęła głową.

Seth zajrzał na chwilę, ale natychmiast się wycofał na widok obcej dziewczyny. Czarodziejka posłała mu spojrzenie pełne miłości, zanim zniknął za drzwiami.

― Podoba ci się twój przyszły mąż?

― Jest stary... ― odezwała się cicho dziewczyna.

― Mówisz o moim mężczyźnie! Wynoś się stąd, głupia dziewczyno! Wracaj do przytułku!

Widząc, że wszystko jest już stracone, kandydatka na drugą żonę nabrała nagle odwagi.

― Dziesięciu ludzi nie zmieści się w wykopie ― popatrzyła Vivian prosto w oczy. ― Jeśli się będą zmieniać, to wykopią studnię może w trzy lub cztery dni. Co do pierwszego pytania... Człowiek potrafi biec tak szybko jak hus w kłusie, ale tylko przez chwilę. Jeśli hus pokona tę drogę w osiemnaście dni, to człowiek potrzebuje dwóch miesięcy.

Jej głos był cichy, drżący, ale pełen żalu. Miała inny charakter niż Vivian, która w takiej sytuacji zrobiłaby karczemną awanturę. Czarodziejka otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, tamta znikła za drzwiami jak duch. Zrobiło jej się niewymownie przykro. Przecież ją też upokarzano, była niewolnicą, bito ją, a teraz zachowała się tak obcesowo w stosunku do tej dziewczyny. Ma tyle lat ile sama miała, kiedy wyszła za Szarego Maga. Jest piękna i mądra, życie dało już jej w kość, a ona się dołożyła swoimi głupimi wyskokami!

Odszukała ją następnego dnia w przytułku. Siedziała we wspólnej, brudnej izbie o zapachu pleśni z kilkunastoma młodszymi dziewczynami i szyła nie odrywając wzroku od pracy.

― Jak masz na imię? ― Vivian podeszła do niej. ― Nie spytałam cię wczoraj.

― Estrella ― zdumiony wzrok dziewczyny powędrował w stronę czarodziejki.

― Przepraszam cię Estrello. Niełatwo mi to przychodzi, bo jestem z natury niepokorna ― Vivian uśmiechnęła się szeroko. ― Przyjmij moje przeprosiny. Jeśli jeszcze chcesz zostać żoną maga i moją siostrą... Starego maga  ― dodała z przekąsem. ― Niczego nie będzie ci brakować, choć nie jesteśmy bogaci. Mieszkamy w lesie, w chacie z trzema izbami. Jedna z nich będzie twoja. Będziesz drugą żoną najlepszego człowieka, jakiego kiedykolwiek spotkałaś lub spotkasz.

Dziewczyna ciągle patrzyła zdumiona, a jej poranione igłą, smukłe palce ponownie zaczęły swój nerwowy taniec.

― Będziesz mnie poniżać albo bić?

― Nie! Nigdy!

― I szczerze jest ci przykro, że tak mnie potraktowałaś?

― Nie przeciągaj struny ― roześmiała się Vivian. ― Nie będę cię błagać!

― Chcę zostać twoją siostrą i drugą żoną maga ― powiedziała dziewczyna uroczyście. ― Jeśli ty go kochasz, to i ja z pewnością zdołam go pokochać.

Siostry zażądały sto srebrnych monet odstępnego za dwa lata utrzymywania Estrelli, co rozwścieczyło Vivian. Wiedziała, że dziewczyny były zmuszane do niewolniczej pracy przy szyciu, w zamian dostając odpadki do jedzenia i trochę słomy do spania w nieogrzewanej izbie. Wiele dziewczyn przypłacało to zapaleniem płuc i śmiercią, zwalniając miejsce dla kolejnych sierot lub wypędzonych z domu.

Przełożona sióstr, gruba, prymitywna kobieta o tłustych, dawno nie mytych włosach, przyjęła Vivian z fałszywą serdecznością w swojej kancelarii. Obok niej siedziała groteskowa, chuda niewiasta o twarzy sępa.

― Rozumiem, że poniosłyście koszty ― Vivian chłodno patrzyła w oczy Przełożonej. ― Trzy miedziaki za dzień biorą w szynku, więc policzmy po takiej cenie. To będzie dwa tysiące za dwa lata. Dwadzieścia srebrnych.

― To za wyżywienie, a jeszcze należy doliczyć za mieszkanie ― Przełożona sączyła jadowite słowa przez uśmiechnięte usta.

― Za mieszkanie? ― czarodziejka ledwie panowała nad emocjami. ― Dobrze, więc niech będzie razem czterdzieści, minus pensja za pracę. Przecież dziewczyna pracowała dla was?

― Nie płacimy naszym podopiecznym ― syknęła Przełożona.

― To nie żądajcie pieniędzy za ten chlew, który nazywacie mieszkaniem!

― Trzy miedziaki dziennie przez dwa lata, to więcej niż dwadzieścia srebrnych ― odezwała się ta o sępiej twarzy.

― Tak? A ile? ― zainteresowała się Vivian.

― Sto! ― wystrzeliła bez namysłu.

Nie było wątpliwości, że żadna z sióstr nie potrafiła liczyć. Suma jakiej zażądały, była dla nich po prostu tym, co mogłyby określić jako: „dużo pieniędzy”. Sto srebrnych. I nie miały żadnych argumentów, którymi mogłyby poprzeć to żądanie. Gdyby ich wyobraźnia na to pozwalała, zażądałyby zapłaty w złocie. Jednak żadna z nich najpewniej nie trzymała nigdy w ręku złotej monety, a być może nawet nie widziała takiej na oczy.

― Dam wam piętnaście ― powiedziała twardo. ― Na poprawę warunków w przytułku. Postawcie tu wreszcie jakiś kominek do ogrzewania. W przeciwnym wypadku będę się domagała wynagrodzenia za pracę dla mojej podopiecznej w wysokości pięćdziesięciu srebrnych, po odliczeniu kosztów utrzymania. Mój dobry znajomy pan Orden przyjaźni się z sędzią i z pewnością szepnie mu kilka słów w tej sprawie. W takim przypadku nie dostaniecie nic i jeszcze zapłacicie mi pięćdziesiąt srebrnych.

― Nie pięćdziesiąt ― dziubata najwyraźniej nie zrozumiała o czym jest mowa i znowu się wyrwała. ― Sto!

Przełożona trzasnęła ją w twarz z otwartej ręki, na co tamta jeszcze bardziej się spięła w sobie i już do końca spotkania się nie odezwała, tylko gapiła jak sęp na zdechłą mysz.

― Myślisz, że nie wiem kim jesteś, ty... zdziro ― Przełożona zrzuciła wreszcie maskę uprzejmości. ― Załatwię cię! Porozmawiam o tobie z samym starostą. Wtrącą cię do lochu! Ty suko!

― Dogadałyśmy się? ― Vivian uśmiechała się ironicznie.

― Tak zabieraj ją sobie! Ty, ty... niewolnico!

Ostatnie słowo rozbrzmiało jak uderzenie młota. Cisza, która po nim zapadła, była ciężka i gęsta. Nagle zrobiło się duszno, jakby zbierało się na burzę.  

― Masz rację. Byłam niewolnicą. Byłam poniżana i bita. Ale teraz jestem wolnym człowiekiem, magiem i żoną maga ― Ślad po tatuażu, dawno temu wywabiony kunsztem Mariki z jej policzka, pod wpływem emocji stał się znowu widoczny. Krew napłynęła jej do twarzy, wypełniając puste miejsca po barwniku, który okładami i zaklęciami usunęła jej przyjaciółka. Symbol zakonu nadał delikatnym rysom Vivian demonicznego wyglądu. ― Nie pozwolę się nikomu poniżać, a zwłaszcza takiej tłustej krowie jak ty! Rozumiesz?

Kobieta popatrzyła na zaciśnięte usta czarodziejki i miejsce wściekłości natychmiast zajął strach. Zdała sobie nagle sprawę, że zadarła z magiem. I zdała sobie sprawę z wszystkich możliwych konsekwencji takiej sytuacji. Brudną chustką otarła pot z czoła, wyobrażając sobie zapewne najokropniejsze możliwe klątwy, które może rzucić na nią czarodziejka. Które ona by z pewnością rzuciła na Vivian, gdyby tylko mogła, gdyby miała Dar. Skurczyła się w sobie i zbielałym językiem oblizała wyschnięte wargi.

― Tak..., pani ― jęknęła. ― Zechciej mi wybaczyć, pani. Nie trzymaj urazy do prostej kobiety... Jestem po prostu głupia. Tylko głupia.

***

Izba była niewielka, z małymi oknami wpuszczającymi niewiele światła, typowa dla wiejskich chat. Wnętrze oświetlało głównie palenisko umieszczone pośrodku glinianej podłogi. Czarownica umyła ręce w misce i zerknąwszy zaledwie na nią, usiadła przy stoliku. Pachniało ziołami.

― Zdejmij te kiece, jeśli mam cię zbadać.

Celika poczuła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Jak można odezwać się w taki sposób do damy?!

― Nie po to przyszłam ― warknęła, ale zaraz zmieniła ton ― Słyszałam, że masz niezwykły talent, wiedźmo. Możliwe, że możesz coś dla mnie zrobić.

Niech wie, że dama robi jej łaskę chcąc z nią rozmawiać, pozwalając zrobić sobie przysługę. Postarała się, żeby ton jej głosu był wyniosły, ale łagodny. Podobno ta czarownica wybiła dwa zęby jednemu ze szlachetnie urodzonych, kiedy ją obraził. Zbyt długą drogę przebyła, żeby pozwolić sobie na błąd.

― Mów z czym przyszłaś, dziewczyno.

Ton głosu czarownicy był twardy, obcesowy.

― Nie widzisz do kogo mówisz?! ― krzyknęła walcząc z płaczem. ― Jestem damą!

― Ach, tak ― kobieta uśmiechnęła się ironicznie i machnęła ręką, jakby odganiała muchę.

Musi jak najszybciej załatwić swoją sprawę i opuścić to miejsce. Nie wytrzyma tu dłużej. Ani chwili dłużej z tą kobietą, która nie okazuje szacunku szlachetnie urodzonej i która ma wzrok tak palący, jakby zamiast oczu miała rozżarzone węgle.

― Mam już szesnaście lat ― głos jej drżał. ― Najwyższa pora na zamęście. Jest pewien mężczyzna, który... stara się o moją rękę i chcę wiedzieć, kiedy się oświadczy. Ta niepewność mnie dobija. Jestem cała rozpalona od tygodni, a ostatnio serce zaczęło być bardzo niespokojne, jakby chciało mi wyskoczyć z piersi.

Wiedźma podeszła do Celiki i dotknęła dłonią jej czoła. A więc za chwilę wszystkiego się dowie. Będzie wiedzieć czy on w ogóle myśli o niej poważnie.

― Nalegam, żebyś jednak zdjęła tę kieckę.

Co ona sobie wyobraża? Czego ona żąda od damy? Celika czuła, że przegrywa walkę z płaczem.

― Myślisz, że masz w majtkach jakiś skarb? Masz to samo co ona ― czarownica wskazała na swoją pomocnicę, na co tamta zachichotała. ― To samo, co każda kobieta. Byłoby lepiej, gdybyś częściej myła to, co tam masz, bo czuć cię jak starą kozę!

― Dość!

― Nie, nie sądzisz, że masz tam skarb. Twoja moralność każe ci udawać, że nic tam nie masz jak rzeźby, które stoją w zamkach i świątyniach. A jednak człowiek to nie kamień i jak się spoci to śmierdzi!

― Błagam...

― Człowiek ma swoje potrzeby ― czarownica najwyraźniej nie znała litości. ― Musi jeść, spać, sikać i zaspokajać się. Nagość nie jest grzeszna ani niestosowna. Niestosowny jest smród niedomytego ciała roznoszony przez świętoszków, którzy boją się rozebrać. Perfumy go nie zamaskują!

Położyła jej dłoń na piersiach, drugą ręką odciągając gorset tak bardzo, że prawie odsłoniła sutki dziewczyny. Na koniec obmacała jej nadgarstki i kostki u stóp.

― Wcześniej nie bolało cię gardło? Zanim zaczęłaś być rozpalona?

― Dziesięć dni przed balem, na którym mnie jemu przedstawiono, ale cyrulik dał mi chleba zagniecionego z pajęczyną i mi przeszło.

― Na stawy i serce ― wiedźma ponownie usiadła przy stoliku, biorąc filiżankę z czymś parującym, co przed chwilą podała jej służąca. ― Masz zaognione stawy. Stąd gorączka i łomoty serca. Dostaniesz maść do smarowania i zioła do picia. Zaklęcie wzmacniające przyśpieszy leczenie.

― A więc to nie miłość?!

Teraz wszystko wydawało się mieć sens. Przecież ten człowiek nawet jej się nie podobał!

― Pragnienie miłości czasem jest silniejsze niż rozum ― czarownica uśmiechnęła się pierwszy raz i Celika zdała sobie sprawę, że jest ładna. Ładniejsza od niej, po prostu śliczna. ― Nie chciałam cię wystraszyć. Jestem dziś niespokojna, jakby miało się stać coś złego.

― Dziękuję, pani ― wyjąkała dziewczyna. Nie przeszłaby jej przez gardło inna forma. Wcześniej tak, ale teraz już nie. Kobieta roztaczała jakąś aurę, coś co nakazywało szacunek. Chwilę wcześniej, Celika domagała się szacunku dla siebie, ale teraz poczuła się mała, nic nie warta, dziecinna. Dopiero w tym momencie zwróciła uwagę na płaszcz czarnowłosej. Otworzyła usta ze zdziwienia, kiedy rozpoznała najlepszą przędzę z wysokogórskich kóz, delikatnie tkany, wart więcej niż mogłaby uzbierać cała ta wioska przez rok. ― Wybacz mi moje zachowanie.

Czy naprawdę to powiedziała? Poprosiła o wybaczenie... wiedźmę? Jednak czarownica już nie słuchała. Stężała na twarzy, a filiżanka wypadła jej z rąk.

― Coś się stało! Moja córka... ― powiedziała nie swoim głosem do posługaczki i wybiegła z chaty.

― Pani Vivian, pani Vivian!

Sympatyczna, piegowata dziewczyna z garbatym nosem wybiegła w ślad za czarodziejką. Celika została sama w izbie, otoczona zapachem ziół.