Szary mag - Jarosław Prusiński - ebook
Opis

Minipowieść „Szary mag” to wstęp do nowej trylogii fantasy, rozgrywającej się w świecie, w którym słowa ciągle mają jeszcze moc tworzenia, a ludzie, zwani magami, wciąż potrafią nimi władać. Czytelnik nie znajdzie tu prostych schematów, świat został stworzony od nowa, od początku trzeba go odkryć.
Szary mag” jest opowieścią o samotności, niezrozumieniu i miłości silniejszej niż czary. Chociaż minipowieść jest wstępem do kolejnych, pełnowymiarowych części, to jednak stanowi odrębną całość, niezależną historię.
Warto polecić tę pozycję; tym którzy lubią fantasy, tym którzy lubią opowieści o miłości oraz tym wszystkim, którzy lubią niebanalne i ciekawe książki.

Jarosław Prusiński, absolwent Politechnii i zarządzania.
Miłośnik literatury, poezji śpiewanej i fotografii.
"Szary mag" jest debiutancką powieścią autora, która znalazła uznanie nie tylko wśród miłośników gatunku.
Świat bohaterów powieści nie jest powieleniem utartych ścieżek, został stworzony od nowa, czytelnik sam musi go odkryć i zrozumieć. Nietypowa narracja pokazuje ten świat z różnych punktów widzenia, opowieść wciąga, daje do myślenia.
Wkrótce w ręce czytelników zostaną oddane dwa kolejne tomy (już pełnowymiarowe): "Szary mag-Sahi" oraz "Szary mag-Wielka Księga". Na wydanie czeka również tom opowiadań Science Fiction, pod tytułem: "Vortex".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 79

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Szary Mag

PIERWSZA CZĘŚĆ TRYLOGII O SZARYM MAGU

Wydanie I, 2014

Szary Mag

Copyright © by Jarosław Prusiński, 2014

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie lub udostępnianie osobom trzecim, fragmentów lub całości, bez zgody autora zabronione.

Projekt okładki: Wydaje.pl

Korekta: Wydaje.pl

ISBN:978-83-62255-78-8

Wydanie I, 2014

Wstęp

Gdyby dało się spojrzeć na ten świat oczami lecącego bardzo wysoko ptaka, wyglądałby jak wielki grzyb z kapeluszem przesuniętym w lewą stronę, pływający na błękitnym oceanie. Jednak ten ptak musiałby lecieć tak wysoko, żeby w środku dnia niebo zrobiło się czarne, a znany wszystkim, płaski świat zamienił się w kulę. Gdyby tak wysoki lot był możliwy, byłoby widać całą Ziemię Świętą z lewej, bardziej wydatnej strony kapelusza, zamieszkaną przez ludzi bardzo religijnych, mocno przywiązanych do swojej wiary, ufających gniewnym, bezimiennym bogom. Terenami tymi władał Zakon, święci mężowie obdarzeni Darem, na których czele stał Kontur. Z tego też powodu te ziemie dość powszechnie nazywano Ziemią Zakonu.

Na wschodniej stronie kapelusza można by zobaczyć bezkresne, trawiaste równiny. To Wschodnie Stepy, nazywane też Wielkimi Stepami. Na północ od Wielkich Stepów widoczna byłaby Wanadia, kraina wojowniczych, ale prawych ludzi, a poniżej Stepy Południowe. Jednakże lepiej byłoby nie używać tej nazwy w karczmach czy zajazdach, bo nie wszyscy przyjmowali do wiadomości ów podział i można by za swój brak taktu otrzymać znienacka cios obuszkiem lub nożem. Bezpieczniej byłoby mówić po prostu Stepy, nie urażając ani tych, którzy byli przywiązani do starego porządku, ani zwolenników podziału.

Poniżej Stepów Południowych, na nóżce grzyba, wędrowcy napotkaliby niezmierzone pustynie, zwane Pustyniami Trwogi, a jeszcze dalej na południe, Góry Behajat. Gdyby ktoś był na tyle uparty lub lekkomyślny, żeby zapuścić się jeszcze dalej na południe, znalazłby się na Czerwonym Przylądku, zamieszkiwanym przez czarnych jak heban ludzi. Tereny te zawdzięczały swoją nazwę wysuszonej, czerwonej jak krew ziemi. Mało kto ośmielał się zapuścić w głąb czerwonego lądu. Gnani chęcią zysku kupcy wybierali zawsze drogę morską i zwykle nie opuszczali portów z obawy przed czarną magią, która podobno była tam praktykowana.

Wiele mil morskich na zachód od południowego krańca lądu, można by zobaczyć niezliczoną ilość mniejszych i większych kropek stanowiących wyspy Archipelagu, którymi władał Azachiel, człowiek małomówny, ale obdarzony wielką mocą.

Patrząc jeszcze bardziej na zachód, być może udałoby się dostrzec niezbadane przez kartografów ziemie zamorskie. Jednak ich mieszkańcy żyli własnym życiem i mało kto się nimi przejmował. Mało kto nawet wierzył w ich istnienie.

Gdyby ten ptak dostatecznie zniżył swój lot, być może dostrzegłby postać przemierzającą samotnie Ziemię Świętą. Postać człowieka ubranego w szary, zakurzony płaszcz, niosącego na plecach ciężki pakunek, będący całym jego dobytkiem. Człowieka, który nie ma nadziei na spotkanie bliskich, którego kroków nie przyśpiesza bliskość domu. Człowieka o smutnych oczach, pogodzonego z losem.

Vivian

Z całych sił starała się go znienawidzić. Szła za nim przez targowisko popychana przez ludzi, starając się dotrzymać mu kroku. Nogi miała obolałe i sztywne jak drewniane kołki, spuchnięte stopy piekły przy każdym kroku. W czasie przesłuchań, kiedy oskarżono ją o czary, bito ją wielokrotnie. Przeważnie uderzali kijem po stopach albo bili mokrymi rzemieniami po udach i plecach. Po kilkunastu dniach tortur przyszedł sędzia, przyłożył jej rękę do czoła odczytując myśli i skazał ją na niewolnictwo. Karen, jej towarzyszka z celi, ostrzegała ją przed złymi myślami w czasie tego badania, więc starała się przez cały ten czas nie myśleć niczego złego na ich temat. Na temat Zakonu, więzienia i przesłuchujących ją sadystów. Teraz mogła myśleć co chce, a chciała nienawidzić wszystkiego i wszystkich. Ostatnie trzy miesiące spędziła w klatce jak zwierzę, wożona od targu do targu. Tłusty handlarz, który odbierał skazanych na niewolę z więzienia Zakonu chciał na niej dobrze zarobić ze względu na jej urodę, czarne długie włosy, kształtne biodra i jędrną pierś, ale nie było za wielu chętnych. Większe wzięcie mieli mężczyźni, którzy nadawali się do pracy albo dziewczynki dużo młodsze od niej. A ona miała już dziewiętnaście wiosen i nikt jej nie chciał za cenę wyznaczoną przez handlarza. Było dużo chętnych na wypożyczenie jej na kilka nocy, ale tłuścioch obruszał się tylko na takie propozycje. Mówił, że jak straci dziewictwo, nie będzie już nic warta, a poza tym nie jest sutenerem, tylko moralnym handlowcem. Miała swoje zdanie na temat jego moralności, bo co noc musiała patrzeć na to co robi z Karen. Handlarz odgrażał się, że jeśli w miasteczku Rothen nie znajdzie na nią kupca, to nie będzie już jej więcej żywił i pozwoli jej zdechnąć. Kromkę spleśniałego chleba raz dziennie trudno nazwać żywieniem, dlatego chudła z każdym tygodniem i teraz była zaledwie cieniem tej pięknej kobiety, którą kiedyś była.

Wtedy pojawił się kupiec. Krótko ostrzyżony, o młodej twarzy, choć po przyprószonych siwizną skroniach było widać, że młody nie jest, średniego wzrostu, ubrany jak przedstawiciel klasy średniej, szlachetnie urodzony, ale nie bogaty. Stanął przed nią, kiedy stała przywiązana do pala na targowisku jak krowa, okryta brudną kusą szmatą i długo patrzył jej w oczy, a ona nie cofnęła wzroku, tylko patrzyła bezczelnie, hardo.

– Ile masz lat, dziecko? – spytał łagodnie.

– Dziewiętnaście.

– Panie – dodał wymownie.

– Jestem panią, jeśli nie zauważyłeś – złośliwie wykrzywiła wargi.

– Mam dziewiętnaście lat, panie – podpowiedział z lekkim uśmiechem.

– A wyglądasz na starego durnia.

Handlarz niewolników jakimś diabelskim dodatkowym zmysłem wyłowił tę rozmowę, choć był zajęty targowaniem ceny za młodego i silnego niewolnika z jakąś damą i jej służącym kilkanaście kroków dalej. Przyskoczył do niej kilkoma susami i z całej siły uderzył w twarz otwartą ręką, a potem jeszcze raz.

– Wybacz, panie – sumitował się zgięty w służalczym ukłonie. – To jeszcze młoda koza, potrzebuje bata i będzie uległa i wierna jak pies.

– Proszę zobaczyć jaka smukła. – Podciągnął koszulę, w którą była ubrana, odsłaniając jej nagie ciało. – Jakie biodra, piersi, dobra do wszystkiego, do roboty i do łożnicy.

Nie broniła się przed tym kolejnym upokorzeniem. Krew pociekła jej z nosa od uderzeń grubasa, a z oczu popłynęły łzy. Była niewolnicą.

Teraz szła za nim, za swoim Panem, który ją kupił, nie wiedząc, jaki los ją czeka. Była wściekła, że nawet na nią nie patrzył czy za nim idzie, że był tak pewny jej psiej wierności, że nie obchodziło go jej wycieńczenie i brak sił. Starała się go znienawidzić z całej duszy! Za to, że widział ją nagą, że widział jak odarto ją z godności, że ją kupił.

Podczas całego marszu, aż na obrzeża Rothen, gdzie w podrzędnej karczmie zatrzymali się na nocleg, nie odezwał się do niej ani razu. Tę noc spędziła siedząc w kucki, tak jak wszystkie noce z ostatnich trzech miesięcy. Kiedy jej Pan zasnął, sprawdziła czy drzwi są zamknięte. Nie były. Wyślizgnęła się cicho na korytarz i stała tam dość długo rozkoszując się myślą o ucieczce, która wydawała się bardzo prosta. Odczeka trochę, a potem w dogodnej chwili ucieknie. Jej Pan jest głupi, że jej nie docenia! Wróciła równie cicho jak wyszła i resztę nocy przesiedziała w kącie. Rano posługacze wnieśli dużą balię i napełnili ją wodą. Pan kazał jej się umyć, ale nie ubierać i wyszedł. „Więc to się teraz stanie – pomyślała. – Posiądzie mnie w tej brudnej norze”. Umyła się dokładnie, zmywając z ciała brud i zaschniętą krew, a potem dłońmi starannie ściągnęła kropelki wody z całego ciała i kucnęła dygocąc z zimna, zasłaniając ramieniem piersi. Po dłuższej chwili wszedł posługacz niosąc tacę z jajecznicą, wędzonym mięsem i sporym kawałkiem świeżego chleba. Domyśliła się, że to dla niego, a ona była taka głodna. Łzy napłynęły jej do oczu, nie mogła się opanować. Całym ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze od spazmów. Tak bardzo była głodna. W końcu przyszedł, niosąc w jednym ręku miskę z jakąś błotnistą breją i pakunek w drugim. „Niewolnicy podano do stołu”, pomyślała, patrząc na miskę z breją. On jednak kazał jej się położyć na łóżku i breją natarł dokładnie jej ciało, plecy z pręgami od rzemienia, spuchnięte nogi i stopy. Dotykał jej delikatnie, jego dotyk nie był nieprzyjemny, jak się tego obawiała. Miał ciepłe, kojące dłonie. Kiedy skończył, rozwinął pakunek, z którego wyciągnął spodnie z jeleniej skóry, jedwabną bieliznę, tunikę i płaszcz z wielbłądziej wełny.

– Ubierz się, dziecko, a potem zjedz śniadanie, bo zaraz wystygnie – powiedział. – Będę czekał za drzwiami, a ty jak skończysz, to zastukaj.

Z