Szamani życia - Wojciech Burger - ebook + książka

Szamani życia ebook

Wojciech Burger

0,0

Opis

W Szczecinie ma odbyć się światowy zlot żaglowców, a w mieście dochodzi do przerażających morderstw. Odnajdywane zwłoki są pokryte dziwnymi malunkami i zawierają truciznę zwaną „koszmarem Mengelego”. Policja rozpoczyna pogoń za seryjnym mordercą.

Tess (nadkomisarz Teresa Barbacka) podejmuje kolejne tropy, ale one prowadzą donikąd. W pracy presja przełożonych, w domu toksyczny mąż – to nie pomaga. Podczas rutynowej wizyty w poszukiwaniu świadka Tess trafia do domu w lesie, gdzie dzieją się rzeczy nie z tego świata i gdzie mieszka … Jacek!

Nie wszyscy bohaterowie przeżyją. A ocaleni nigdy nie przyznają się do tego, co widzieli…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 435

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



@ Woj­ciech Bur­ger

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Wierz­bow­ski

DTP: Gro­up­Me­dia

Po­wieść jest fik­cją, jed­nak od­wo­łu­jącą się do re­al­nej prze­strzeni. Ewen­tu­alne po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń re­al­nych jest nie­za­mie­rzone, przy­pad­kowe; zda­rze­nia i osoby hi­sto­ryczne obar­czone fan­ta­zją dla po­trzeb fik­cyj­nej fa­buły.

Wszel­kie prawa są za­strze­żone. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tów ni­niej­szej po­wie­ści bez au­to­ry­za­cji jest za­bro­nione i wiąże się z sank­cjami kar­nymi.

Książka wy­łącz­nie do użytku do­mo­wego bez prawa do pu­blicz­nego wy­po­ży­cza­nia!

Książka, którą na­by­łeś jest dzie­łem twórcy i wy­dawcy. Pro­simy, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gują. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w In­ter­ne­cie! Je­śli cy­tu­jesz jej frag­menty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czyje to dzieło.

Sza­nuj cu­dzą wła­sność i prawo!

Pol­ska Izba Książki.

ISBN 978-83-975358-5-5

Wy­da­nie I po­pra­wione

Ani, uko­cha­nej córce – de­dy­kuję.

Od za­ra­nia dzie­jów lu­dzie opo­wia­dali so­bie prze­różne hi­sto­rie. Nie­które oparte były o wy­da­rze­nia rze­czy­wi­ste, a część była je­dy­nie fan­ta­zją opo­wia­da­ją­cego. Lu­dzie da­wali wiarę lub nie i tym re­al­nym opo­wie­ściom, i tym zmy­ślo­nym. I tak jest do dzi­siaj.

Drogi czy­tel­niku w „Sza­ma­nach ży­cia” do fa­buły opar­tej o wy­obraź­nię au­tora przy­pi­sane są od­nie­sie­nia z rze­czy­wi­sto­ści. Tylko od Cie­bie za­leży w co uwie­rzysz, a co po­trak­tu­jesz, jak bajkę.

Au­tor

We­wnątrz każ­dego z nas są drzwi otwarte na cud

Jo­na­than Car­roll

Grudzień

01.

Piękno ro­dzi się w bólu. Cza­sem w cier­pie­niu. Ten smu­tek jest jak ogień, który z bru­nat­nej rudy wy­ta­pia sre­brzy­stą stal”.

Przy­mknęła po­wieki. Słowa Kuby, ko­legi z klasy z li­ceum, po­wró­ciły ża­ło­snym echem. Kuba pod­ko­chi­wał się w Da­rii, a w Ku­bie pod­ko­chi­wała się Ilona. Już wtedy za­uwa­żyła, że nie­wiele spraw układa się pro­sto, we­dle ma­rzeń czy pra­gnień. Ile lat mi­nęło od tam­tego czasu? Dwa­dzie­ścia sie­dem? Na głów­nym ko­ry­ta­rzu szkoły przed ga­bi­ne­tem dy­rek­tora zro­biła gwiazdę, po­dwójne salto i po­dwójny ob­rót w po­wie­trzu; z ra­do­ści, że to już ko­niec. Stłu­kła lampę wi­szącą pod su­fi­tem. Odłamki szkła roz­cięły jej po­li­czek, na szczę­ście nie­groź­nie, więc nie po­psuły jej hu­moru. Na­zy­wali ją Sre­berko, bo wszę­dzie było jej pełno i ni­gdy nie roz­dzie­lała włosa na czworo. Była lu­biana, szcze­gól­nie przez ko­le­gów. Uśmiech­nięta, go­towa po­ma­gać in­nym. Ktoś jej po­wie­dział, że ide­al­nie nada­wa­łaby się na pie­lę­gniarkę, le­karkę lub mi­li­cjantkę. Wtedy była jesz­cze mi­li­cja. I ten ktoś wy­kra­kał. Od dwu­dzie­stu lat ła­pała ło­bu­zów, słu­żąc w po­li­cji – ro­dzinna tra­dy­cja prze­jęta po ojcu i wujku. Piękno ro­dzi się w bólu... Miała już do­syć. Męża.

Przy nim za­po­mniała, czym jest piękno, ale do­brze się oswo­iła z bó­lem psy­chicz­nym. Z roz­ko­szą utłu­kłaby dra­nia go­łymi rę­kami. Nie utru­dzi­łaby się, bo Krzysz­tof był wy­jąt­kowo ga­mo­nio­waty. Ni­gdy się nie bił, na­wet w mło­do­ści, tego była pewna. Za to ona trzy­krot­nie się tłu­kła z chło­pa­kami, bo brzydko mó­wili o jej ko­le­żance. Jed­nemu zła­mała nos, dru­giemu wy­biła zęby..., do­piero ten trzeci jej przy­lał. Areną walki jej męża była sala są­dowa, a jesz­cze lep­szym po­lem – strefa poza salą, gdzie do­ga­dy­wał wa­runki ugody dla klien­tów. Nie miał mo­ral­no­ści. Miał za to in­stynkt dra­pież­nego in­sekta zdol­nego do krwio­żer­czej prze­bie­gło­ści. Czym ją ujął lub co w nim wi­działa? Za­im­po­no­wał in­te­lek­tem, był dow­cipny, elo­kwentny, zręcz­nie krę­cił dziew­czy­nami, a one to lu­biły. Głu­pie ćmy. Była naj­głup­szą z nich, bo dała się po­pro­wa­dzić do oł­ta­rza. Kre­tynka...

Wy­jęła broń z ka­bury, aby się upew­nić, że jest za­bez­pie­czona. Spraw­dziła czy ko­mórka ma na­ła­do­waną ba­te­rię. Upew­niła się, że ma do­ku­menty i po­li­cyjną bla­chę.

Z są­sied­niego po­koju wy­szedł jej mąż. Na ciem­nym ekra­nie pla­zmo­wego te­le­wi­zora za­uwa­żyła jego od­bi­cie, jego wzrok. Krót­ko­trwałe ale wy­mowne sza­co­wa­nie jej wy­glądu; nóg, bio­der i reszty. Wciąż była atrak­cyjna, przy­naj­mniej raz w mie­siącu do­sta­wała jed­no­znaczne pro­po­zy­cje od ko­le­gów z pracy lub nowo po­zna­nych męż­czyzn. To po­pra­wiało jej hu­mor, po­twier­dzało, że jesz­cze nie jest stra­cona. Ko­bieta, bez względu na wiek, chce czuć mę­skie spoj­rze­nia na so­bie. Ona wciąż chciała. Ale pra­gnie­nie to nie do­ty­czyło spoj­rze­nia męża.

– Za­bierz ze mnie ten wzrok ad­wo­kata – rze­kła z nie­chę­cią, zwra­ca­jąc się twa­rzą do Krzysz­tofa.

– Dla­czego okre­śle­nie „ad­wo­kat” brzmi w two­ich ustach jak obe­lga? –spy­tał.

– Ty mi to po­wiedz – mi­nęła go obo­jęt­nie, roz­sie­wa­jąc za­pach per­fum. Z roz­my­słem ku­piła te, które lu­bił, aby go draż­nić.

W sa­mot­no­ści zja­dła śnia­da­nie i wy­pa­liła nie­odzow­nego przy ka­wie pa­pie­rosa. Prze­rzu­ciła po­bież­nie prasę do­star­czoną z sa­mego rana przez syna są­sia­dów. Do­mi­no­wały „igrzy­ska po­li­tyczne”.

– Nie bę­dzie mnie do ju­tra, mam spo­tka­nie w Po­zna­niu – Krzysz­tof sta­nął w progu ja­dalni i spoj­rzał na żonę.

– Po­ju­trze Wi­gi­lia. Gdzie za­mie­rzasz ją spę­dzić? A wła­ści­wie po­win­nam spy­tać, z kim?

– My­śla­łem, że spę­dzimy ją ra­zem.

– Chyba żar­tu­jesz – żach­nęła się. – Idę do mamy.

– To święta ro­dzinne...

– Nie na­le­żysz do mo­jej ro­dziny. Już nie na­le­żysz – rzu­ciła mu zde­cy­do­wane spoj­rze­nie. – Nie bądź za­sko­czony, sam wy­bra­łeś.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Bez słowa wy­co­fał się do przed­po­koju. Się­gnął do szafy po płaszcz.

– Skoro tak... nie cze­kaj na mnie z Wi­gi­lią. We­so­łych świąt – wy­szedł, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi.

Na­wet wy­cho­dząc, mu­siał ją zi­ry­to­wać, jakby nie mógł za­mknąć drzwi nor­mal­nie. Od kilku ty­go­dni od­gra­żał się, że wnie­sie po­zew o roz­wód. Już dawno po­wi­nien był to zro­bić. Nie bę­dzie mu prze­szka­dzała, ale to on mu­siał uczy­nić ten pierw­szy ruch, któ­rym się przy­zna do oso­bi­stej po­rażki. W jej na­tu­rze nie le­żało od­pła­ca­nie złem, ale za wszyst­kie lata, kiedy ją mal­tre­to­wał psy­chicz­nie, miała ochotę się od­gryźć.

Ci­szę w miesz­ka­niu prze­rwał wy­soki ton te­le­fonu.

– Te­resa? – po dru­giej stro­nie usły­szała głos Edzia, part­nera z ko­mendy. – Prze­jeż­dżam nie­da­leko. Wstą­pić po cie­bie?

– Co tak wcze­śnie ro­bisz na dru­gim końcu mia­sta? To nie twoja dziel­nica.

– No wiesz... Spo­tka­łem taką sa­motną ma­ry­na­rzową...

Chrząk­nęła wy­mow­nie.

– Cho­lera, za­po­mnia­łem, że z tobą się nie roz­ma­wia o ta­kich spra­wach – urwał roz­po­częty wą­tek.

– Roz­ma­wia, ale daj mi przy­naj­mniej pięć mi­nut od­de­chu. Se­kundę temu wy­szedł mój oku­pant.

– Wy­zwo­lić cię? – ro­ze­śmiał się.

– Siły wroga już opu­ściły moje te­ry­to­rium – do­sto­so­wała się do żartu ko­legi. – Cze­kam na dole.

Wy­szła z miesz­ka­nia, za­my­ka­jąc drzwi kul­tu­ral­nie.

02.

Za­uwa­żył ją na po­bo­czu drogi. Stała obok sa­mo­chodu, wy­ma­chu­jąc rę­koma i bła­ga­jąc, aby przy­sta­nął. Za­trzy­mał się w od­le­gło­ści nie­spełna dwóch me­trów od to­yoty. Na­tych­miast pod­bie­gła do niego z obawy, że roz­my­śli się i od­je­dzie w ostat­niej chwili.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, że pana za­trzy­muję, ale mój sa­mo­chód... – urwała, spo­glą­da­jąc zdu­miona na kie­rowcę. – Kuba?!

– Da­ria? – roz­po­znał ko­le­żankę z li­ceum.

– O Boże! Nie mogę uwie­rzyć, że to ty! – ura­do­wana ob­jęła go za szyję, kiedy wy­siadł z nis­sana.

– Co się stało?

– Nie mam po­ję­cia – wzru­szyła ra­mio­nami. – Je­chał i na­gle sta­nął.

Po­de­szli do to­yoty Da­rii. Otwo­rzył ma­skę.

– Oba­wiam się, że ci nie po­mogę. Wiem je­dy­nie, gdzie wlewa się ben­zynę. Nie­dawno to od­kry­łem – do­dał żar­to­bli­wie.

– Ja wiem, do któ­rej dziury leje się olej – uśmiech­nęła się.

– Więc wiesz wię­cej niż ja – usiadł za kie­row­nicą to­yoty i prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Usły­szał me­ta­liczne pyk­nię­cie. – Masz bez­piecz­niki?

– W domu. O, tak się je wdu­sza... – po­ka­zała, co na­leży zro­bić z bez­piecz­ni­kiem. – Py­tasz mnie o coś, czego pew­nie w ży­ciu na oczy nie wi­dzia­łam.

Po­now­nie po­chy­lił się nad mo­du­łem pod ma­ską, gdzie ukryto bez­piecz­niki.

– Mam ta­kie – stwier­dził, po czym po­szedł do nis­sana i wró­cił z małą skrzy­neczką.

Wy­mie­nił prze­pa­lony bez­piecz­nik. Prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce i to­yota od razu od­pa­liła.

– Kuba, je­steś ko­chany! – uca­ło­wała go w po­li­czek. – Masz u mnie kawę.

– Co ro­bisz na tym od­lu­dziu? – spoj­rzał na ota­cza­jący ich las, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że miała dużo szczę­ścia, że tędy prze­jeż­dżał.

– Jadę po cho­inkę.

– To już nie sprze­dają cho­inek w Szcze­ci­nie? Sa­mo­wolne wy­ci­na­nie ich w le­sie jest ka­rane...

Ro­ze­śmiała się.

– Jadę do ku­zyna, jest le­śni­czym. To taka na­sza ro­dzinna tra­dy­cja. Od lat bie­rzemy cho­inki od niego; wcze­śniej bra­li­śmy od jego ojca. Ni­gdy nie mia­łam in­nej cho­inki, tylko pro­sto z lasu, od wujka. Za­wsze przy­jeż­dża­łam z moim tatą. W tym roku po raz pierw­szy wy­bra­łam się sama, bo tato tro­chę nie do­maga, a tra­dy­cji musi się stać za­dość.

– Dasz so­bie radę?

– Dam – do­tknęła ra­mie­nia Kuby. – Dzię­kuję za po­moc. Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo się cie­szę, że cię spo­tka­łam. Ile to już lat?

– Dwa­dzie­ścia...

– ...dwa­dzie­ścia sie­dem – szybko wy­li­czyła. – Co ro­bisz w święta?

– Jak duża bę­dzie cho­inka? – spy­tał, spo­glą­da­jąc na sa­mo­chód Da­rii.

– Nor­malna, do su­fitu... A dla­czego py­tasz?

– Jak ją za­bie­rzesz?

– Na ba­gaż... – urwała. – Ale ze mnie trąba, nie za­ło­ży­łam re­lin­gów! – zła na sie­bie, tup­nęła nogą.

– Da­leko do tej le­śni­czówki?

– Jesz­cze dzie­sięć ki­lo­me­trów.

– No to pro­wadź, po­jadę za tobą. Do mo­jego sa­mo­chodu na pewno się zmie­ści.

Po­pa­trzyła na ma­syw­nego te­re­no­wego nis­sana w ko­lo­rze ciem­nej sza­ro­ści.

– Po­bru­dzisz sie­dze­nia...

– Są roz­kła­dane. Pro­wadź.

03.

Szef był wście­kły, za­wa­lili ro­botę. Od dwóch mie­sięcy ra­zem z wy­dzia­łem do spraw nar­ko­ty­ków przy­go­to­wy­wali ko­cioł, do któ­rego miała wpaść gruba ryba. Za­kła­dali, że może to być druga po­stać w or­ga­ni­za­cji, którą ope­ra­cyj­nie ochrzcili „Lo­thar”, od imie­nia gang­stera z Ham­burga.

In­spek­tor War­ski mało nie wy­szedł z sie­bie, rzu­ca­jąc zda­nia pełne prze­kleństw. Na co dzień klął mało, mu­sieli mu pod­paść na wszyst­kich moż­li­wych płasz­czy­znach, aby wpra­wić go w taką wście­kłość.

– A gdzie wczo­raj pani była, pani nad­ko­mi­sarz Bar­backa? – wzrok War­skiego padł na Te­resę, prze­to­czyw­szy się wcze­śniej po wszyst­kich. Już tylko ona mu po­zo­stała bez po­ła­ja­nia.

Zdzi­wiła się, że aku­rat na niej sku­pił gniew, bo w ża­den spo­sób nie była po­wią­zana z za­wa­loną ak­cją. Na od­czep­nego chciała mu od­po­wie­dzieć, że za­sie­działa się u ko­sme­tyczki, ale czer­wona jak u in­dora twarz szefa za­dzia­łała ni­czym lampka ostrze­gaw­cza: „uwaga, nie draż­nić smoka, bo po­żre!”.

– Mia­łam wolne. Pan in­spek­tor o tym wie – grzecz­nie od­parła, po­słusz­nie, z za­cho­wa­niem ofi­cjal­nej formy, z po­sza­no­wa­niem hie­rar­chii.

– A szkoda, bo może do­świad­cze­nie pani nad­ko­mi­sarz ura­to­wa­łoby dupy tych par­ta­czy! – po­wiódł ręką po gru­pie po­li­cjan­tów od­po­wie­dzial­nych za fia­sko ope­ra­cji.

Prze­mil­czała uwagę War­skiego. Nie lu­biła, kiedy wy­cią­gano jej za­sługi na sze­ro­kie fo­rum, szcze­gól­nie w ta­kich chwi­lach jak ta. Od­bie­rała to jako psu­cie at­mos­fery w ze­spole; jed­nych prze­ciw­sta­wiano dru­gim. W ostat­nich mie­sią­cach, gdy u wła­dzy zmie­niła się opcja po­li­tyczna, me­toda sta­wia­nia jed­nych prze­ciw dru­gim przy­brała ce­chy obo­wią­zu­ją­cej normy. Wie­rzyła, że War­ski mimo wszystko nie uległ no­wym stan­dar­dom, a jego od­zywka była je­dy­nie uze­wnętrz­nie­niem sil­nego gniewu. Na­le­żała do „sta­rych” – już dawno pro­po­no­wano jej awans i do­brą pracę za biur­kiem. Od­mó­wiła. Na­ci­skano na nią, a ona z upo­rem od­ma­wiała. „Sama usiądę za biur­kiem, je­śli nie zro­bię peł­nej ścieżki” – ma­wiała przy każ­dej pró­bie prze­nie­sie­nia jej do pa­pier­ko­wej ro­boty. Ścieżką była akro­ba­tyka: gwiazda, po­dwójne salto i przy­naj­mniej je­den ob­rót w po­wie­trzu. Po­dzi­wiano ją z tego po­wodu – nie­zwy­kłego wy­gim­na­sty­ko­wa­nia mimo czter­dzie­stu sze­ściu lat. Na strzel­nicy też nie­wielu do­trzy­my­wało jej pola.

Od­prawa do­bie­gła końca. War­ski znik­nął za drzwiami ga­bi­netu. Te­resa wy­jęła pa­pie­rosa i za­cią­gnęła się. Reszta funk­cjo­na­riu­szy ro­ze­szła się do za­jęć, zo­stała tylko Be­ata.

– Gdzie spę­dzasz Wi­gi­lię? – spy­tała, do­sia­da­jąc się do sto­lika Te­resy.

– U mamy. Przy­jeż­dża mój brat z ro­dziną. Bę­dzie faj­nie – nad­ra­biała miną.

– A Krzysz­tof?

– Już mi zo­bo­jęt­niał – wzru­szyła ra­mio­nami. – Przez tyle lat upo­ka­rzał mnie, a ja głu­pia wal­czy­łam o jego uczu­cie. Ale skoń­czyło się. Niech so­bie idzie do tej swo­jej... – z po­li­to­wa­niem uśmiech­nęła się. – Na­wet nie wiem, jak ma na imię….

– Fa­ceci to dra­nie, za­wsze zdra­dzali. Wiem to naj­le­piej, bo zdra­dzają ze mną – rze­kła Be­ata.

Te­resa wstała z miej­sca i zga­siła pa­pie­rosa w po­piel­niczce.

– Wpad­niesz do mnie dzi­siaj wie­czo­rem? – spy­tała ko­le­żankę. – Je­stem sama, wy­pi­jemy Krzysz­to­fowi jego ulu­bione wino, to naj­droż­sze.

– Z roz­ko­szą.

04.

Zmierz­chało, gdy do­je­chali pod dom Da­rii. Miesz­kała na War­sze­wie w jed­no­ro­dzin­nym domu, w no­wej za­bu­do­wie sze­re­go­wej.

Kuba wniósł cho­inkę do środka.

– Bę­dziesz po­tra­fiła ją osa­dzić w sto­jaku? – spy­tał.

– Ro­bię to od lat – uśmiech­nęła się, po­ka­zu­jąc dwa rzędy śnież­no­bia­łych zę­bów. Upływ czasu nie ode­brał świe­żo­ści jej uro­dzie. Wciąż mo­gła się po­do­bać. Na pewno po­do­bała się męż­czy­znom. – Co ro­bisz w święta? Może spo­tka­li­by­śmy się w drugi dzień? – za­pro­po­no­wała.

– Przy­je­cha­łem do sio­stry. Nie wiem, co za­pla­no­wała.

– Sam? Masz ro­dzinę?

– Je­stem sam.

– Po­patrz, jak nie­wiele o so­bie wiemy. A kie­dyś wie­dzie­li­śmy o so­bie wszystko.

– Kie­dyś...

– Ja się roz­wio­dłam – zro­biła ruch ręką i wska­zała na miesz­ka­nie, jakby się tłu­ma­czyła, dla­czego jest sama. – Mam córkę, Klau­dię, ma już dwa­dzie­ścia je­den lat. Stu­diuje prawo w Po­zna­niu. Przy­je­dzie dzi­siaj.

– A za­tem bę­dziesz miała ro­dzinne święta.

– Jak za­wsze – uśmiech do­da­wał jej uroku. – Po­wie­dzia­łeś, że przy­je­cha­łeś do sio­stry... Nie miesz­kasz w Szcze­ci­nie?

– Miesz­kam w War­sza­wie.

– Od dawna?

– Od pięt­na­stu lat.

– My na­prawdę o so­bie nic nie wiemy. To jak, spo­tkamy się? Je­stem ci winna kawę. Wy­ba­wi­łeś mnie z po­dwój­nej opre­sji: ze­psuty sa­mo­chód i trans­port cho­inki.

– Zo­ba­czę – wrę­czył Da­rii wi­zy­tówkę.

Było na niej jego imię i na­zwi­sko, nu­mer te­le­fonu ko­mór­ko­wego i ad­res poczty elek­tro­nicz­nej.

– Ja­kub Genza... Tylko tyle? Nie dy­rek­tor, nie pre­zes? – żar­to­bli­wie spy­tała.

– Nie.

– Ja nie mam przy so­bie wi­zy­tówki, ale dam ci nu­mer do sie­bie na... – z to­rebki wy­jęła zdję­cie i na od­wro­cie za­pi­sała dwa nu­mery, sta­cjo­narny i ko­mór­kowy. – Zo­stało mi jedno, bo wy­ra­bia­łam nowy do­wód oso­bi­sty. Przy­naj­mniej bę­dziesz wie­dział, do kogo są te nu­mery.

– Ory­gi­nal­nie.

– Wi­dzisz, wi­zy­tówka lep­sza od two­jej.

– Za­dzwo­nię.

– Będę cze­kała.

Na po­że­gna­nie po­dali so­bie ręce.

– Cie­szę się, że cię spo­tka­łam. Chcia­ła­bym ci ży­czyć cze­goś nie­ba­nal­nego, ale tak mało wiem o to­bie...

– Wy­star­czy, że do­brze mi ży­czysz. Do­ce­niam to.

– To był miły dzień.

– Jesz­cze się nie skoń­czył. Naj­przy­jem­niej­sza chwila przed tobą..

– ?

– Przy­jeż­dża twoja córka.

Mu­siał po­je­chać w to miej­sce, które po­ko­chał w Szcze­ci­nie bar­dziej niż wszyst­kie inne, do parku Ka­spro­wi­cza, do am­fi­te­atru. Za­dzwo­nił do sio­stry, że tro­chę się spóźni. Ro­zu­miała go naj­le­piej. Miała świa­do­mość, jak bar­dzo tę­sk­nił za uko­cha­nym mia­stem. Przy­naj­mniej za­czął czę­ściej przy­jeż­dżać. „Wró­cisz?” – spy­tała go któ­re­goś razu. „Tam już nic mnie nie trzyma..., może” – od­parł, da­jąc sio­strze na­dzieję, że znów bę­dzie go miała bli­żej sie­bie.

Sa­mo­chód za­trzy­mał na ulicy Wy­spiań­skiego. Za­pa­mię­ta­nym z mło­do­ści skró­tem po­mię­dzy po­se­sjami wszedł do parku od strony ba­senu prze­ciw­po­ża­ro­wego. Było wil­gotno, ty­powo po szcze­ciń­sku. Na­wet za tym tę­sk­nił, za aurą mia­sta – wietrzną, mgli­stą, wil­gotną.

Ma­zow­sze miało kli­mat kon­ty­nen­talny. Nie lu­bił Ma­zow­sza, pła­skiego kra­jo­brazu i tłoku na dro­gach; sa­mo­cho­dów pę­dzą­cych do War­szawy jak mrówki do mro­wi­ska. Szczy­tem ko­mu­ni­ka­cyj­nego war­szaw­skiego za­twar­dze­nia był Ra­szyn, roz­jeż­dżany w ciągu jed­nego dnia przez dzie­siątki ty­sięcy sa­mo­cho­dów z ca­łej Pol­ski. Ko­mu­ni­ka­cyjna po­rażka.

Przy ba­se­nie prze­ciw­po­ża­ro­wym mi­nął dwie szare po­staci; nie­spiesz­nie wra­cały do domu. Alejką do­szedł do am­fi­te­atru. Wo­koło było pu­sto i ci­cho. Usiadł na ławce w naj­wyż­szym rzę­dzie, na wprost es­trady. Wielki łuk z be­tonu wzno­szący się wy­soko nad sceną od­ci­nał się ja­sną barwą od ciem­nego tła parku. Przy­mknął po­wieki i wspo­mnie­niami wró­cił do cu­dow­nych chwil z prze­szło­ści. Po­śród tych wspo­mnień były też chwile spę­dzone z Da­rią. Spo­tka­nie na dro­dze obu­dziło w nim tamte zda­rze­nia. Wtedy wiele dla niego zna­czyła. Może po­wi­nien sko­rzy­stać z jej za­pro­sze­nia?

Od­ru­chowo spoj­rzał na ze­ga­rek, do­cho­dziła sie­dem­na­sta. Naj­krót­sze dni w roku, od świąt za­cznie dnia przy­by­wać. Po raz ostatni skie­ro­wał wzrok na scenę am­fi­te­atru. Znów mi­nął szarą, bez­kształtną po­stać, która do­kądś się spie­szyła. Lu­dzie za­to­pieni w je­sien­nej sza­rówce. La­tem o tej po­rze park tęt­nił ży­ciem i był ko­lo­rowy; to pa­mię­tał, a on mło­dzień­czo za­ko­chany. Ko­lejne wspo­mnie­nia z li­ceum...

Z głów­nej alejki wró­cił w stronę ba­senu. Po le­wej stro­nie na reszt­kach ze­schłych li­ści le­żała ja­kaś po­stać. Kuba po­chy­lił się nad nią.

– Pro­szę pana – po­ru­szył le­żą­cego lekko za ra­mię. – Pro­szę pana! – tym ra­zem uczy­nił to nieco moc­niej.

Męż­czy­zna nie da­wał oznak ży­cia. Kuba przy­ło­żył mu trzy palce do tęt­nicy szyj­nej, ale nie wy­czuł cha­rak­te­ry­stycz­nego pul­so­wa­nia. Za­dzwo­nił po po­go­to­wie ra­tun­kowe. Przy­je­chali bar­dzo szybko. Ze­spół ka­retki re­ani­ma­cyj­nej do­ko­nał oglę­dzin męż­czy­zny. Stwier­dził zgon.

– Po­wia­do­mi­li­śmy po­li­cję. Po­wi­nien pan na nich za­cze­kać, mogą mieć py­ta­nia – rzekł le­karz do Kuby.

Pierw­szy przy­je­chał ra­dio­wóz in­ter­wen­cyjny. Po­li­cjanci wy­le­gi­ty­mo­wali Kubę i ze­brali in­for­ma­cje o zda­rze­niu – w ja­kich oko­licz­no­ściach i o któ­rej go­dzi­nie zna­lazł de­nata. Na ko­niec spi­sali jego dane. Już chcieli ze­zwo­lić mu na odej­ście, gdy przy ba­se­nie nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wiły się dwie funk­cjo­na­riuszki po­li­cji z ko­mendy mia­sta. Były po cy­wil­nemu, jedna z nich wy­da­wała się Ku­bie zna­joma.

– Sre­berko? – nie­pew­nie spy­tał, wpa­tru­jąc się w tę atrak­cyj­niej­szą sza­tynkę z krótko ob­cię­tymi wło­sami.

– Kuba? – na ustach Te­resy roz­lał się sze­roki uśmiech. – Mój Boże, już dawno nikt mnie tak nie na­zwał! – ob­jęła ko­legę za szyję, wi­ta­jąc się z nim ser­decz­nie. – To moja ko­le­żanka, pra­cu­jemy ra­zem – wska­zała na to­wa­rzy­szącą jej Be­atę.

– Pod­ko­mi­sarz Le­wicka.

– Co tu ro­bisz? – spy­tała Kubę, wska­zu­jąc jed­no­cze­śnie na zwłoki.

– Chyba zna­la­złem się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wej po­rze.

– To ty zna­la­złeś de­nata? – od po­li­cjanta mun­du­ro­wego wzięła do­ku­ment sprawy i przej­rzała po­spiesz­nie. – Nie mo­głeś gdzie in­dziej się wy­brać na spa­cer, tylko tu? Bę­dziemy te­raz cią­gać cię po ko­mi­sa­ria­tach... – żar­to­wała, uśmie­cha­jąc się.

– Po­wie­dzia­łem już wszystko – głową wska­zał na spi­sane ze­zna­nie. – Na­wet to­bie ni­czego wię­cej nie po­wiem.

– Nie znasz mo­ich me­tod prze­słu­cha­nia... Nie tacy twar­dziele pę­kali przy mnie, prawda, Beti?

Pod­ko­mi­sarz Le­wicka, ro­biąc prze­sad­nie po­ważną minę, po­twier­dziła słowa ko­le­żanki. Te­resa od­dała do­ku­menty i po­le­ciła mun­du­ro­wym za­jąć się zwło­kami.

– Co ro­bisz dzi­siaj wie­czo­rem? – wy­pa­liła, ce­lu­jąc pal­cem pro­sto w pierś Kuby. – Strasz­nie się cie­szę, że cię spo­tka­łam. Nie mo­żemy tak tego zo­sta­wić. Mu­simy po­ga­dać. Je­dziemy do mnie na lampkę wina... Za­bie­ramy cię ze sobą! – za­de­cy­do­wała.

– Chęt­nie, ale in­nym ra­zem. Sio­stra czeka na mnie, je­stem już spóź­niony.

– Cho­lera! Nie rób mi tego... A może go aresz­tu­jemy? – szu­kała po­twier­dze­nia u pod­ko­mi­sarz Le­wic­kiej.

– Nie­zły po­mysł. Oskar­żymy pana, o... mor­der­stwo.

– Wła­śnie! Je­steś aresz­to­wany! Mo­tyw za­bój­stwa wy­do­bę­dziemy z cie­bie u mnie w domu.

We troje przez krótką chwilę się śmiali. Kuba wy­jął wi­zy­tówkę i wrę­czył ją Te­re­sie.

– Nie uwie­rzysz, ale dzi­siaj daję ją dru­giej oso­bie z na­szej klasy.

– Komu jesz­cze da­łeś?

– Da­rii. Przy­pad­kiem spo­tka­łem ją na dro­dze.

– W ży­ciu nie ist­nieją przy­padki...

– ...tylko prze­zna­cze­nie – do­koń­czył za Te­resę.

– Pa­mię­tasz, kto tak ma­wiał? – spy­tała.

– Ro­mek.

– Dla­tego mu­simy się spo­tkać – po­ło­żyła ko­le­dze otwartą dłoń na piersi. – Ko­niecz­nie. Wiesz, na­wet my­śla­łam o to­bie rano. Chyba ścią­gnę­łam cię my­ślami.

Ro­ze­szli się, obie­cu­jąc, że skon­tak­tują się po świę­tach.

– Masz przy­stoj­nych ko­le­gów – rze­kła Be­ata, kiedy wsia­dały do sa­mo­chodu.

– Nie mia­łam u niego szans. Po uszy był za­ko­chany w tej Da­rii. Zresztą ja wtedy też na niego nie zwra­ca­łam uwagi – przy­znała.

– Błąd, dzi­siaj mia­ła­byś inne ży­cie. Wi­dzia­łaś, jaką furą jeź­dzi?

– Jak nic, upiję się w trupa – prze­krę­ciła klu­czyk w sta­cyjce. – No, nie­zu­peł­nie – my­ślami na­wią­zała do zda­rze­nia sprzed chwili. – Ale na pewno zde­mo­lu­jemy za­pasy al­ko­holu mo­jego męża i... ani jed­nego kie­liszka nie wy­pi­jemy za jego zdro­wie.

05.

Za­dzwo­nił wie­czo­rem pierw­szego dnia świąt. Umó­wili się na na­stępny dzień, na po­po­łu­dnie. Przy­je­chał przed sie­dem­na­stą. Przy­wiózł Da­rii pach­nącą świecę w szkla­nym ka­ganku.

– Skąd wie­dzia­łeś, że lu­bię świeczki?

– Pod­pa­trzy­łem – spoj­rze­niem wska­zał na sa­lon, gdzie stało kil­ka­na­ście róż­no­ko­lo­ro­wych świec.

Ustro­jona w wie­lo­barwne bombki i aniel­skie włosy cho­inka nada­wała po­miesz­cze­niu bo­żo­na­ro­dze­niowy kli­mat.

Po­znał córkę Da­rii, Klau­dię. Wy­cho­dziła do ko­le­żanki, gdy mi­jali się w przed­sionku sa­lonu. Wy­soka blon­dynka z dłu­gimi wło­sami, o wy­ra­zi­stych ry­sach, nie­po­dobna do matki, nie­wy­so­kiej bru­netki, o słod­kiej buzi i uro­dzie roz­ma­rzo­nej na­sto­latki. Czas ob­cho­dził się z Da­rią nad­zwy­czaj mi­ło­sier­nie, wy­glą­dała o dzie­sięć lat mło­dziej, niż miała w isto­cie.

– Jest po­dobna do ojca – za­uwa­żyła, pro­wa­dząc Kubę w głąb sa­lonu. – Ze­wnętrz­nie, bo cha­rak­ter ma po mnie. Wiesz, co so­bie wczo­raj uświa­do­mi­łam? Że na­sze dzieci mają dzi­siaj wię­cej lat niż my w cza­sach li­ceum. Masz dzieci?

– Nie.

– Prze­pra­szam, że py­tam, ale być sa­mot­nym nie ozna­cza od razu... – uśmiech­nęła się.

– Nie ozna­cza – od­po­wie­dział jej krót­kim uśmie­chem.

– Wi­du­jesz się cza­sami z ludźmi? – miała na my­śli ko­le­gów i ko­le­żanki z klasy.

– Do przed­wczo­raj nie mia­łem oka­zji.

W skró­cie opo­wie­dział o nie­zwy­kłym spo­tka­niu z Te­resą Bar­backą.

– Kie­dyś spo­tka­łam Iwonę i Wieśka. Wiesz, że są mał­żeń­stwem? Mają córkę, Magdę, ró­wie­śnicę Klau­dii.

– Kla­sowe mał­żeń­stwo z ta­kim sta­żem, a dla mnie to no­wość.

– Jest jesz­cze jedno mał­żeń­stwo, Ha­lina i Sła­wek też się po­brali.

– To aku­rat było do prze­wi­dze­nia. Cho­dzili ze sobą.

– O Ar­tu­rze za­pewne wiesz, bo nie spo­sób go nie za­uwa­żać, choćby w te­le­wi­zji.

– Taa… Wi­dzia­łem nie raz pana po­sła. Za­wsze pchał się na afisz. To też było do prze­wi­dze­nia, jak i to, że dla ka­riery bę­dzie zmie­niał przy­ja­ciół. On chyba był już w trzech par­tiach.

– Czte­rech – spro­sto­wała. – Wpierw w ZChN-ie, po­tem w AWS-ie, póź­niej przez chwilę w PO, a te­raz jest w Sa­mo­obro­nie.

– Wresz­cie zna­lazł miej­sce dla sie­bie...

– Po gło­sie wnio­skuję, że nie prze­pa­dasz za nim.

– Nie zmie­nił się, był iry­tu­jący i prze­mą­drzały. Jako po­seł jesz­cze się roz­wi­nął.

– W li­ceum ni­gdy nie by­łeś uszczy­pliwy.

– Naj­wi­docz­niej do­pa­dło mnie to z wie­kiem.

Na­lała mu kawy do fi­li­żanki.

– Z mle­kiem? – spy­tała.

– Chęt­nie.

– Nie py­tasz, co u mnie, co ro­bię?

– Sama mi po­wiesz.

– Ra­cja, po to prze­cież się spo­tka­li­śmy.

– To czym się zaj­mu­jesz?

– Je­stem wła­ści­cielką sa­lonu ko­sme­tycz­nego. Skoń­czy­łam prawo ad­mi­ni­stra­cyjne, ale po odej­ściu Ka­mila, mego męża, mu­sia­łam się za­jąć czymś bar­dziej do­cho­do­wym. Mia­łam na gło­wie Klau­dię, spłatę kre­dytu na dom, no i ży­cie. Skoń­czy­łam kurs ko­sme­tyczny, bo ktoś mi za­su­ge­ro­wał, że to bar­dziej się opłaca. Po­cząt­kowo nie mia­łam ko­ko­sów, ale pra­cu­jąc u ko­le­żanki, zdo­by­łam do­świad­cze­nie. Ro­dzice po­ży­czyli mi pie­nią­dze i otwo­rzy­łam wła­sny sa­lon.

– Te­raz pew­nie już się opłaca?

– Te­raz już tak. A co działo się w twoim ży­ciu?

– Kilka mie­sięcy po ma­tu­rze wy­je­cha­łem do An­glii, do wujka mo­jego ojca. Po­je­cha­łem do pracy. Tam za­stał mnie stan wo­jenny. Do Pol­ski wró­ci­łem w 1990 roku. To było nowe otwar­cie, nowe wy­zwa­nie. Ra­zem z przy­ja­cie­lem za­ło­ży­li­śmy firmę re­kla­mową. Na pol­skim rynku by­li­śmy pio­nie­rami. Z An­glii przy­wio­złem do­świad­cze­nie i so­lidne wy­kształ­ce­nie. Osią­gną­łem suk­ces...

– Ale? – wy­czuła, że to nie ko­niec.

– Od dwóch lat już nie je­stem w re­kla­mie. Sprze­da­łem udziały w fir­mie.

– Czym się zaj­mu­jesz dzi­siaj?

– Chyba szu­kam no­wego po­czątku – rzekł z lekką za­dumą po chwili mil­cze­nia.

– A... ro­dzina? – za­wa­hała się, jakby nie do końca pewna, czy może go o to spy­tać.

Po­krę­cił głową.

– Pa­mię­tasz z li­ceum taką prze­rwę mię­dzy lek­cjami, chyba krótko przed ma­turą. Spy­ta­łeś nas, dziew­czyn, czy przy­szły­by­śmy do cie­bie do spo­wie­dzi, gdy­byś był księ­dzem?

– Pa­mię­tam. Pra­wie wszyst­kie w jed­nej chwili krzyk­nę­ły­ście, że nie, że ni­gdy w ży­ciu.

– Ja bym przy­szła.

– Więc przy­szły­by­ście wszyst­kie. Je­steś ostat­nia, która mi to mówi.

– Chcesz mi po­wie­dzieć, że po­zo­stałe dziew­czyny wy­znały ci to już wcze­śniej? – była za­sko­czona.

– W po­je­dynkę przy­cho­dziły do mnie przez ty­dzień w ta­jem­nicy przed resztą. Każda przy­znała się, że przy­szłaby do mnie do spo­wie­dzi, gdy­bym był księ­dzem.

– Skąd wtedy to py­ta­nie?

– Bo wtedy my­śla­łem o pój­ściu do se­mi­na­rium.

– Żar­tu­jesz! – była zdu­miona.

– Nie.

– Boże! – nie mo­gła ochło­nąć. – Po tylu la­tach szo­ku­jesz mnie! W ży­ciu bym nie po­my­ślała, że... Zwłasz­cza po tym, co mi po­wie­dzia­łeś... No wiesz – wstała z fo­tela i prze­szła się krótko po sa­lo­nie. – W ogóle cię nie zna­łam, na­wet wtedy – ze smut­kiem w gło­sie stwier­dziła.

– A, co to by zmie­niło, gdy­byś wie­działa?

– Kuba... – zbli­żyła się do ko­legi. – Wiesz... przy­śni­łeś mi się mie­siąc temu. Ja rzadko mie­wam sny. A ten był tak su­ge­stywny, jakby rze­czy­wi­sty. Kiedy cię zo­ba­czy­łam na dro­dze, nie mo­głam uwie­rzyć, że to ty. Jakby sen wciąż trwał. My­śla­łam o to­bie, o tym, co mi kie­dyś po­wie­dzia­łeś.

– To prze­szłość.

– Nie dla mnie. Ona wró­ciła.

– Za sprawą snu?

– Nie. Wcze­śniej też o to­bie my­śla­łam. I na­wet za­da­łam so­bie py­ta­nie, dla­czego tak wo­bec cie­bie po­stą­pi­łam.

– Nad czym tu się za­sta­na­wiać, nie ko­cha­łaś mnie.

– Nie zna­łam cię.

– Nie chcia­łaś mnie po­znać.

– To prawda – przy­znała ze skru­chą. – Mą­drze­jemy z upły­wem lat. Szu­ka­łam księ­cia z bajki: mu­siał być wy­soki, przy­stojny, dow­cipny i mieć ksią­żeczkę miesz­ka­niową – za­koń­czyła z sar­ka­zmem. – Szu­ka­łam oczami a nie ser­cem.

– Dla­czego mi to mó­wisz?

– Jak czę­sto ba­wi­li­śmy się ra­zem, wy­jeż­dża­li­śmy nad mo­rze, cho­dzi­li­śmy na pry­watki?

– Czę­sto.

– By­łeś moim dy­żur­nym part­ne­rem. Za­wsze mia­łeś dla mnie czas, ni­gdy nie po­wie­dzia­łeś „nie”. O nie­któ­rych mo­ich ta­jem­ni­cach wie­dzia­łeś wię­cej niż moje przy­ja­ciółki. Mia­łeś prawo my­śleć, że ja...

– Da­ria, to prze­szłość. Nie warto wra­cać, ni­czego nie zmie­nisz.

– A ja tak na­prawdę ni­gdy cię nie po­zna­łam, choć mia­łam cię na wy­cią­gnię­cie ręki. Dla­czego? – py­ta­jąco spo­glą­dała na ko­legę.

Za­pa­no­wało mil­cze­nie.

– Bo ty ni­gdy ni­czego o so­bie nie mó­wi­łeś! – wy­rzu­ciła mu w twarz, nie­znacz­nie uno­sząc głos.

– Na­prawdę chcesz o tym roz­ma­wiać? Po to mnie za­pro­si­łaś do sie­bie, po tylu la­tach?

– Nie. Nie wiem... Może... Zbu­dzi­łeś we mnie tyle emo­cji, tyle wspo­mnień. Na­wet moja mama za­uwa­żyła pod­czas Wi­gi­lii, że je­stem nie­obecna my­ślami. Okła­ma­łam ją, że po­bo­lewa mnie głowa. A po­tem po­wie­dzia­łam jej, że spo­tka­łam cię na dro­dze, że po­mo­głeś mi z sa­mo­cho­dem i cho­inką... Mama wy­słu­chała tego, a na ko­niec stwier­dziła, że mó­wię o to­bie za dużo, że to ty je­steś po­wo­dem mo­jego bólu głowy... Pa­mię­tasz mo­ich ro­dzi­ców?

– Pa­mię­tam.

– Nie po­myśl so­bie, że chcę się uspra­wie­dli­wiać za prze­szłość. Jest już za nami i ni­czego nie zmie­nię, jak za­uwa­ży­łeś, ale chcę o tym po­roz­ma­wiać.

– Po co?

– By dać so­bie szansę i móc cię po­znać – od­po­wie­działa pół­szep­tem. – Czuję upływ lat. Mam świa­do­mość, że rze­czy piękne, ra­do­sne i bez­tro­skie są już poza mną. Sta­łam się sen­ty­men­talna, szybko i czę­sto się wzru­szam. Me­lo­dia sprzed lat w ułamku se­kundy prze­nosi mnie w prze­szłość. Wtedy przez mo­ment jest mi przy­jem­nie. A po chwili wy­peł­nia mnie smu­tek. Wpa­dam w do­łek. Wiele bym dała, aby móc na je­den dzień cof­nąć się do cza­sów mło­do­ści, dużo bym zmie­niła. Mil­czysz... – za­uwa­żyła. – Nie mie­wasz po­dob­nych my­śli?

– Nie.

– Nie wie­rzę ci – po­krę­ciła głową.

– Dla mnie naj­dal­sza prze­szłość to... czer­wiec tego roku – od­parł, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku.

– Co wy­da­rzyło się w czerwcu tego roku?

– Nic – wzru­szył ra­mio­nami.

– To dla­czego mó­wisz mi o czerwcu?

– Rów­nie do­brze mógł­bym po­wie­dzieć „maj”. Ja nie pa­trzę wstecz. Prze­sta­łem.

Do­piła kawę. Wy­szła do kuchni i wró­ciła z tacą z cia­stem.

– Pięk­nie pach­nie – za­uwa­żył.

– Wy­pieki mo­jej mamy.

– Pa­mię­tam bułki z ja­go­dami, ro­biła je za­wsze w so­botę.

– Na­prawdę? – było jej przy­jem­nie, że pa­mię­tał.

– Od­pro­wa­dza­łem cię do domu, a twoja mama czę­sto­wała mnie ja­go­dzianką.

– Nio­słeś moją torbę z książ­kami. Mó­wi­łeś mi, że nie po­win­nam dźwi­gać, bo jedno ra­mie będę miała ni­żej i wtedy ża­den chło­pak mnie nie ze­chce. Spójrz – sta­nęła wy­pro­sto­wana. – Prawe ra­mię mam ni­żej.

– To zna­czy, że na stu­diach nie mia­łaś ni­kogo, kto no­siłby za cie­bie torbę.

– Na­pi­jesz się jesz­cze kawy? – spy­tała.

– Na­pił­bym się wina.

– Nie mu­sisz pro­wa­dzić sa­mo­chodu?

– Przy­je­cha­łem tak­sówką.

– Oczy­wi­ście – po­de­szła do barku z al­ko­ho­lem.

– Otwo­rzysz?

Wziął od Da­rii bu­telkę czer­wo­nego wy­traw­nego torre muga, rocz­nik 1998.

– Sama ku­po­wa­łaś?

– Do­sta­łam w pre­zen­cie od zna­jo­mego.

– Bli­ski zna­jomy?

– Do­syć. Dla­czego py­tasz?

– Znasz się na wi­nach?

– Wcale. Nie używa się ich do ma­se­czek ko­sme­tycz­nych – do­dała z prze­ką­sem. – Dla­czego py­tasz?

– To nie jest byle ja­kie wino, ale hisz­pań­skie z re­gionu Rioja. Jak na na­sze wa­runki, do­syć dro­gie. Ten, kto ci je ofia­ro­wał, do­brze o tym wie­dział. To wino jako pre­zent jest jak na­rę­cze czer­wo­nych róż.

– Źle tra­fił, nie po­zna­łam się. Mógł przy­nieść róże. Ale ty się po­zna­łeś.

– Taką mia­łem pracę.

– Pi­cie wina?

W jej gło­sie wy­czuł nie­winną za­czepkę.

– Przy oka­zji.

– Przy oka­zji... – za­wie­siła głos, za­chę­ca­jąc do kon­ty­nu­owa­nia.

– ...roz­mów biz­ne­so­wych. Z cza­sem za­czyna się roz­róż­niać, co do­bre, a co nie. Za­pa­mię­tuje się marki, za­czyna się żyć we­dług wy­miaru, pil­nu­jąc, aby nie­opatrz­nie nie zejść po­ni­żej okre­ślo­nego po­ziomu.

– Okre­ślo­nego przez kogo?

– Przez po­dob­nych do mnie.

– Wy­czu­wam iro­nię...

– I słusz­nie.

– Nie lu­bisz tego, co ro­bi­łeś? – zga­dy­wała.

– To sztuczny świat, pe­łen próż­no­ści, w któ­rym sprze­daje się ilu­zję. Lu­dzie ko­chają ilu­zję, dla­tego płacą za nią grube mi­liony. My­ślę, że tak wła­śnie wy­gląda przed­sio­nek pie­kła. W pie­kle nie ma ko­tłów i bul­go­czą­cej smoły. Pie­kło jest w du­szy, do któ­rej sami wle­wamy czarną maź. A dia­bły cho­dzą w dro­gich gar­ni­tu­rach i piją dro­gie wina... Mi­nęło wiele lat, za­nim to zro­zu­mia­łem.

– Du­szą nie­speł­nio­nego księ­dza? – upiła łyk wina z kie­liszka. – Rze­czy­wi­ście jest pyszne. Więc mó­wisz, że jest dro­gie?

– Bu­telka kosz­tuje po­nad trzy­sta zło­tych.

– Raz w ży­ciu ku­pi­łam wino za sie­dem­dzie­siąt zło­tych i wy­da­wało mi się, że strasz­nie za­sza­la­łam. Na­rę­cze czer­wo­nych róż... – na głos się za­my­śliła, od­wo­łu­jąc do po­rów­na­nia Kuby. – To pa­so­wa­łoby do niego, do tego zna­jo­mego, od któ­rego do­sta­łam wino – wy­ja­śniła szybko. – Od ja­kie­goś czasu za­czę­łam go po­dej­rze­wać, że pod­ko­chuje się we mnie – nie­win­nie się uśmiech­nęła.

– Po­dej­rze­wa­łaś?

– My­ślisz, że miał to wy­pi­sane na czole?

– My­ślę, że miał. Męż­czyźni nie są skom­pli­ko­wani, ła­two ich roz­szy­fro­wać.

– Ty nie mia­łeś na­pi­sane, ni­czego nie wi­dzia­łam.

– Dla­czego roz­sta­łaś się z mę­żem? – zmie­nił te­mat.

– To on roz­stał się ze mną. Był taki, ja­kiego so­bie wy­ma­rzy­łam w li­ceum: wy­soki, przy­stojny, dow­cipny...

– ...książę z bajki z ksią­żeczką miesz­ka­niową? – Kuba wcho­dząc Da­rii w słowo, po raz pierw­szy po­zwo­lił so­bie na de­li­katną uszczy­pli­wość.

– Był bi­sek­sem. Zo­sta­wił mnie dla Grześka.

– Ja­kiego Grześka?! – za­mu­ro­wało go.

– Z na­szej klasy.

– Zie­liń­skiego?!

– Nie wie­dzia­łeś, że Grze­siek jest homo?

– Nie.

– Po­łowa klasy o tym wie­działa.

– Wi­dać na­le­ża­łem do tej go­rzej po­in­for­mo­wa­nej... Niby skąd mia­łem wie­dzieć, ni­gdy nie skła­dał mi pro­po­zy­cji.

– Rom­kowi zło­żył.

– Mó­wisz po­waż­nie?

– Byli na ja­kimś obo­zie har­cer­skim w Biesz­cza­dach i wtedy ude­rzył do Romka.

– Nie chwa­lił się.

– Ro­man? Chwa­lił, ale nie przed wszyst­kimi. Po­wie­dział Bog­da­nowi, Krzyś­kowi i Mir­kowi. Dziwne, że to­bie nie po­wie­dział, wy­da­wało mi się, że sta­no­wi­li­ście paczkę.

– Jak twój mąż po­znał Grześka?

– Przeze mnie, idiotkę. Ale wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że Ka­mil jest bi­sek­sem.

– Kiedy się do­wie­dzia­łaś?

Jed­nym hau­stem wy­piła pół kie­liszka.

– Kiedy przy­ła­pa­łam ich w łóżku – jej cia­łem wstrzą­snął lekki dreszcz. – Na­lej mi jesz­cze – pod­su­nęła pu­sty kie­li­szek.

– Wy­bacz, chyba ru­szy­łem bo­le­sny te­mat...

– Wtedy był po­twor­nie bo­le­sny, a dzi­siaj po­zo­stał już tylko nie­smaczny.

– Nie wie­dzia­łem. Prze­pra­szam.

– Za co prze­pra­szasz? Że mia­łam męża ciotę? Sama tego chcia­łam, mo­głam wy­brać le­piej – kie­lisz­kiem stuk­nęła o kie­li­szek Kuby. – Po to się spo­tka­li­śmy, aby so­bie o nas po­ga­dać. Ale ty nie chcesz mó­wić o so­bie – za­uwa­żyła.

– Chyba ni­gdy nie po­tra­fi­łem, nie czu­łem po­trzeby.

– Po­wiem ci, dla­czego po­tra­fi­ły­by­śmy przyjść do cie­bie do spo­wie­dzi. Bo umia­łeś trzy­mać ję­zyk za zę­bami. Dziew­czyny z klasy to wie­działy. Sza­no­wa­ły­śmy cię za to. Spo­śród wszyst­kich chło­pa­ków cie­bie da­rzy­ły­śmy naj­więk­szym za­ufa­niem. Cho­ler­nie cię lu­bi­ły­śmy, wszyst­kie.

– Nie da­łem po­wodu...

– Nie da­łeś? – żach­nęła się. – Już za­po­mnia­łeś, kto to­wa­rzy­szył Ilo­nie u gi­ne­ko­loga, kiedy po­szła usu­nąć ciążę? Za­dzwo­niła do cie­bie, bo bała się iść sama. By­łeś przy niej przez cały czas, opie­ko­wa­łeś się nią. Za­bra­łeś ją po­tem do domu ciotki, która wy­je­chała do sa­na­to­rium, bo nie chcia­łeś, aby ro­dzice Ilony wi­dzieli ją za­raz po za­biegu. Po­wie­dzia­łeś im, że za­bie­rasz ją na pry­watkę do ku­zyna. My­śla­łeś, że nikt o tym nie wie­dział?

– Na pewno nie ode mnie.

– Oczy­wi­ście, że nie od cie­bie. To Ilona opo­wie­działa nam o wszyst­kim. Ale nie po­wie­działa, kto był oj­cem dziecka. Ty wiesz, to­bie po­wie­działa. Kto nim był?

– Spy­taj Ilonę.

– Kuba, mi­nęło po­nad ćwierć wieku. Ja­kie to te­raz ma zna­cze­nie?

– Cho­dzi o za­ufa­nie.

Przy­pa­try­wała mu się.

– Czy to prawda, że ty i Lidka?

– Nic z tego nie wy­szło. Nie było mię­dzy nami che­mii, jak ma­wia się te­raz.

– Spo­tka­łam Lidkę w ze­szłym roku. Ma trójkę dzieci, ma­ry­na­rzowa... Pa­mię­tasz na­sze ma­rze­nia z „Zam­ko­wej”? – Da­ria wspo­mniała ostat­nie spo­tka­nie kla­sowe w lo­kalu w Zamku Ksią­żąt Po­mor­skich już po balu ma­tu­ral­nym. – Lidka chciała zo­stać na­ukow­cem. Była re­we­la­cyjna z che­mii, a skoń­czyła jako żona przy mężu i matka przy dzie­ciach.

– Przy­naj­mniej w jej mał­żeń­stwie jest... che­mia – uśmiech­nął się.

– Tylko Ro­man osią­gnął, co so­bie wy­ma­rzył. Jest wy­kła­dowcą na uni­wer­sy­te­cie. W marcu obro­nił ha­bi­li­ta­cję. Za parę lat bę­dzie pro­fe­so­rem.

– Jest hi­sto­ry­kiem?

– Po­cząt­kowo, te­raz jest po­li­to­lo­giem. Cza­sami po­ka­zują go w te­le­wi­zji. Nie mo­głeś go wi­dzieć, po­nie­waż wy­stę­puje wy­łącz­nie w na­szej, w re­gio­nal­nej. Praw­dziwą klasę po­ka­zał pod­czas de­baty przed­wy­bor­czej. Wtedy ob­na­żył praw­dziwą na­turę Ar­tura, uka­zu­jąc, że Ar­tur jest ko­niunk­tu­ra­li­stą i bra­kuje mu kom­pe­ten­cji. Że to tylko do­brze po­ma­lo­wana wy­dmuszka. A głupi lu­dzie i tak wy­brali Ar­tura na po­sła. Mógł się Ro­man nie tru­dzić.

– Pa­mię­tam, że Ar­tur chciał być pi­sa­rzem.

– Po­dob­nie jak Woj­tek. Pa­mię­tasz Wojtka? Nie żyje. Do­stał wy­lewu. Umarł we śnie.

– Woj­tek nie żyje? – był za­sko­czony.

– On re­ali­zo­wał ma­rze­nia. Zo­sta­wił kilka po­wie­ści i dwa to­miki wier­szy. Chciał wy­dać książki. Dwie wy­słał na­wet do wy­daw­nic­twa. Zmarł tak młodo.

– Kiedy to się stało?

– By­łeś za gra­nicą – po­de­szła do ko­mody i wy­jęła z szu­flady ze­szyt. Otwo­rzyła go mniej wię­cej w po­ło­wie. – Mam coś od niego. Ja­kiś mie­siąc po ma­tu­rze przy­szedł do mnie, do domu. Był przy­gnę­biony, nie wy­szło mu z dziew­czyną. Szu­kał po­cie­sze­nia. Ga­da­li­śmy do późna w nocy. Na­stęp­nego dnia zna­la­złam w ze­szy­cie jego za­pi­ski. Mu­siał je na­pi­sać, kiedy wy­szłam do kuchni zro­bić ka­napki.

A te­raz stop! Świat przy­myka po­wieki. Na are­nie świa­do­mo­ści ga­sną świa­tła. Wkra­cza cza­ro­dziej ułudy, de­ma­ska­tor ma­rzeń. Nocny dy­żur za­czyna pod­świa­do­mość pięt­nu­jąca na­sze sny za­ka­zaną my­ślą. Prze­wra­ca­jąc się na drugi bok, przy­gnia­tamy ogon psot­ni­kowi wpi­su­ją­cemu w nasz nocny film drobne świń­stewka. Serce spo­wal­nia i ga­śnie od­dech – to du­sza, która ćwi­czy się przed wy­ko­na­niem de­santu w nie­śmier­tel­ność, w przy­szło­ści. Na­gle cza­ro­dziej ułudy wy­ciąga nas na śro­dek areny. Bo­imy się. Nasz krzyk nie może nas zbu­dzić. Sza­mo­czemy się ze złem, które z nas wy­peł­zło. Ucie­kamy przed nim w za­ułek snu, ale zbu­dzony po­twór za każ­dym ra­zem nas od­naj­duje. Zry­wamy się z za­sty­głym krzy­kiem. Prze­ra­żeni spo­glą­damy w ciem­ność, która wciąż nam się jawi jako pe­le­ryna czar­no­księż­nika. To tylko noc. Świt jesz­cze nie pod­niósł po­wiek. Nocną ci­szę wy­peł­nia do­no­śny stu­kot; na­sze serce do­daje nam otu­chy, uspo­kaja, że wciąż jest przy nas. W lu­dziach bez serca.

Woj­tek spo­glą­dał na świat in­nymi oczami. Wi­dział, że nie je­ste­śmy ugła­skani, jak nam się zda­wało.

– Dla­czego zo­sta­wił to to­bie?

– Spy­ta­łam go, ale nie pa­mię­tał, aby co­kol­wiek na­pi­sał w moim ze­szy­cie. My­ślę, że on wpa­dał w ta­kie transy, od­la­ty­wał jak po nar­ko­ty­kach.

– Brał?

– Nie, na pewno nie. Może ten tęt­niak tak na niego wpły­wał? – za­my­śliła się. – Wra­ca­jąc do na­szych ma­rzeń, moim ma­rze­niem było zo­stać szczę­śliwą żoną i szczę­śliwą matką. Po­dob­nie jak Te­resy. Sie­dzia­ły­śmy w „Zam­ko­wej” obok sie­bie i mia­ły­śmy do­kład­nie ta­kie samo ma­rze­nie. Ba­nalne. Na­wet ono nam nie wy­szło. Te­resa też ma prze­grane mał­żeń­stwo. Ale ona nie ma dzieci.

– Spo­ty­kasz się z Te­resą?

– Pro­wa­dzę sa­lon ko­sme­tyczny, przy­cho­dzą do mnie różne klientki. Świat wcale nie jest taki duży, jak nam się zdaje. Z upły­wem czasu do­wie­dzia­łam się, że nie­które moje klientki i ja mamy wspól­nych zna­jo­mych. Je­stem, więc osobą do­brze po­in­for­mo­waną. Kie­dyś ko­biety cho­dziły po­ga­dać do ma­gla, dzi­siaj do ko­sme­tyczki. Ale to wciąż ta sama plot­kar­nia.

Uśmie­chem skwi­to­wał jej uwagę.

– Mło­dość jest pełna ko­lo­ro­wych pla­nów na przy­szłość i jest ufna, wręcz za­du­fana. Kiedy na­sze ciała za­czy­nają się psuć, psują się też na­sze ma­rze­nia. Nie mogę so­bie przy­po­mnieć, o czym ty ma­rzy­łeś. Pa­mię­tam, że Bog­dan za­pi­sy­wał te na­sze ma­rze­nia na ser­wet­kach. Mó­wił, że ro­ze­śle je po upły­wie dzie­się­ciu lat, aby­śmy mo­gli je so­bie po­rów­nać z rze­czy­wi­sto­ścią – umil­kła. – Ty je­den wtedy nie po­wie­dzia­łeś, o czym ma­rzy­łeś! – przy­po­mniała so­bie, wy­ty­ka­jąc to Ku­bie. – Ni­gdy o so­bie ni­czego nie mó­wi­łeś! By­łeś jak... – szu­kała słów – jak stud­nia!

– Może nie mia­łem ma­rzeń?

– Prze­stań. Każdy je ma. Za­wsze.

– Bog­dan prze­słał ma­rze­nia, jak obie­cał?

– Nie. Pew­nie dawno temu wy­rzu­cił ser­wetki do śmieci. Tak oto nic nie zo­stało z na­szych ma­rzeń. My­ślisz, że byłby to do­bry po­mysł spo­tkać się całą klasą po la­tach?

– Bo ja wiem? – wzru­szył ra­mio­nami.

– A chciał­byś?

– Po co?

– Dla wspo­mnień, Kuba.

– Już ci po­wie­dzia­łem, ja nie wspo­mi­nam.

– Gdzie po­dział się ten czuły i wraż­liwy chło­pak, ja­kiego pa­mię­tam sprzed lat? – oczy Da­rii wy­ra­żały go­rycz. – Chwi­lami od­no­szę wra­że­nie, że sta­łeś się... zimny i cy­niczny. Czy ten przed­sio­nek pie­kła zmie­nił cię aż do tego stop­nia?

– By­łem da­lej, Da­ria – wstał z fo­tela i od­sta­wił kie­li­szek na sto­lik. – By­łem na dnie sa­mego pie­kła – wol­nym kro­kiem ru­szył do wyj­ścia.

– Kuba! – zła­pała go za ło­kieć, za­trzy­mu­jąc. – Wy­bacz.

Po raz pierw­szy do­strze­gła w jego oczach emo­cje. Ból. Ogromny.

– Je­śli wyj­dziesz, będą to moje naj­fa­tal­niej­sze święta od wielu lat. Je­śli zo­sta­niesz...

Był od niej wyż­szy o głowę, spo­glą­dał na nią z góry.

– To chyba rze­czy­wi­ście nie przy­pa­dek, że jed­nego dnia spo­ty­kam cie­bie i Te­resę. Zor­ga­ni­zuj spo­tka­nie na­szej klasy. Przy­jadę.

Wzięła go za rękę i za­pro­wa­dziła w stronę fo­tela, z któ­rego tak gwał­tow­nie się po­de­rwał.

Wy­szedł po dwu­dzie­stej pierw­szej. W progu mi­nął się z Klau­dią. Dziew­czyna uśmiech­nęła się do niego. Uśmiech na pewno miała po matce.

06.

Trzy razy prze­glą­dała ra­port me­dy­cyny są­do­wej do­ty­czący męż­czy­zny zna­le­zio­nego w parku Ka­spro­wi­cza opo­dal ba­senu prze­ciw­po­ża­ro­wego. Męż­czy­zna nie umarł śmier­cią na­tu­ralną. Zo­stał za­mor­do­wany. Ktoś wstrzyk­nął mu ja­kiś szybko wchła­nia­jący się pre­pa­rat, który zo­sta­wił ulotny ślad w or­ga­ni­zmie, a ra­czej w tym, co zo­stało w środku z or­ga­ni­zmu. Po­nadto na ciele za­mor­do­wa­nego zna­le­ziono ry­sunki: łzę pod okiem i kwa­draty na tor­sie, i cy­fry wi­doczne do­piero w świe­tle ul­tra­fio­le­to­wym.

– Zaj­miesz się tym – War­ski zle­cił Te­re­sie sprawę mor­der­stwa.

– Dla­czego ja?

– Bo znasz sprawę od po­czątku. Be­ata wspo­mi­nała, że tru­po­sza zna­lazł twój przy­ja­ciel.

– Ko­lega – spro­sto­wała. – Nie wi­dzie­li­śmy się dwa­dzie­ścia sie­dem lat – pod­świa­do­mie bro­niła Kuby przed po­li­cyjną ma­chiną.

– Masz więc oka­zję spo­tkać się z nim raz jesz­cze. Wy­duś z niego, co pa­mięta. Każdy szcze­gół, na­wet pierd­nię­cie mo­tyla.

– Mo­tyle w grud­niu... – z po­li­to­wa­niem po­ki­wała głową.

– No, to Świę­tego Mi­ko­łaja. Te­raz le­piej?

– Nie wma­wiaj mi, że do­staję sprawę, bo znam przy­pad­ko­wego zna­lazcę nie­bosz­czyka –wpa­try­wała się w szefa wy­cze­ku­jąco.

Pra­co­wali ze sobą od lat, znali się pry­wat­nie i przy­jaź­nili się. Wie­dzieli o so­bie wię­cej, niż wy­ma­gały tego sto­sunki w pracy. Za­cho­wa­nie War­skiego mó­wiło Te­re­sie, że w spra­wie jest dru­gie dno.

In­spek­tor pod­szedł do biurka i z szu­flady wy­jął grubą teczkę. Po­ło­żył ją przed Te­resą. Teczka była tek­tu­rowa, stara, no­siła sy­gna­tury nada­wane przez mi­li­cję.

– Trzy­dzie­ści dwa lata temu pro­wa­dzi­łem do­cho­dze­nie w spra­wie po­czwór­nego mor­der­stwa – otwo­rzył teczkę, wyj­mu­jąc zdję­cia czte­rech mło­dych męż­czyzn za­mor­do­wa­nych przed laty. – Ger­hard Khan, Mar­cus Schloss, Ja­ro­mir Idziak, Ma­rian Dę­bina. Tę czwórkę zna­le­ziono mar­twych w domu Ja­ro­mira Idziaka na Go­lę­ci­nie.

– Ci dwaj, to Niemcy? – spy­tała.

– Tak, NRD-owcy. Wszy­scy po­znali się w Dreź­nie na ja­kimś zlo­cie mło­dzie­żo­wym. Pa­mię­tasz, jak to wtedy było: „Mło­dzież so­cja­li­styczna państw de­mo­kra­cji lu­do­wej wspól­nie bu­duje przy­szłość świata” – z lekką iro­nią w gło­sie przy­po­mniał du­cha mi­nio­nej epoki.

– Co oni mają wspól­nego z nie­bosz­czy­kiem z parku Ka­spro­wi­cza?

– Tru­ci­zna, którą ich za­bito – po­pu­kał w ra­port le­ka­rza są­do­wego sprzed trzy­dzie­stu dwóch lat. – Ta­kie same ob­jawy. Szybko wchła­nia­jące się świń­stwo, które z we­wnętrz­nych na­rzą­dów robi ga­la­retę. Wtedy nie udało się nam na­mie­rzyć mor­dercy ani usta­lić, co za drań­stwo za­biło tę czwórkę. Za­cho­wano próbki tka­nek ofiar tam­tego mor­der­stwa i te­raz po­rów­na­li­śmy je z tkanką za­mor­do­wa­nego w parku Ka­spro­wi­cza. Ob­raz po­rów­naw­czy pa­suje w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach.

– To zna­czy, że łą­czysz te sprawy ze sobą? Mi­nęły trzy­dzie­ści dwa lata – po­wąt­pie­wała.

– Ty dasz mi od­po­wiedź, czy te dwie sprawy są ze sobą po­wią­zane.

– Trzy­dzie­ści dwa lata temu mia­łam pięt­na­ście lat. By­łam jesz­cze dzie­wicą – po­zwo­liła so­bie na ru­baszną dy­gre­sję.

War­ski po­ło­żył jej dłoń na ra­mie­niu.

– Tess – tylko on mógł zwra­cać się do niej w ten spo­sób. – Wiesz, że cza­sem mie­wam prze­czu­cie. Te­raz je mam. Te od­le­głe w cza­sie sprawy są ze sobą ja­koś po­wią­zane. Dla­tego po­trze­buję śled­czego, który ma głowę na karku.

– Mam wy­wą­chać pierd­nię­cie mo­tyla? A je­śli mi się uda, co wtedy do­stanę? – lu­biła prze­ko­ma­rzać się z War­skim. Przy­po­mi­nał do­brego wujka, który na wiele jej po­zwa­lał, bo ją uwiel­biał. To do jego domu ucie­kła, kiedy po raz pierw­szy nie mo­gła się otrzą­snąć po trud­nej sy­tu­acji z mę­żem.

– Oso­bi­ście strzelę Krzysz­to­fowi w ko­lano – lekko przy­mru­żył oczy, śmie­jąc się.

07.

Pa­ko­wał ubra­nia do torby, szy­ku­jąc się do wy­jazdu, do domu, do War­szawy. Sio­stra i szwa­gier na­ma­wiali go, aby zo­stał z nimi na syl­we­stra, ale on chciał być sam. Nie na­le­gali. Przed po­łu­dniem ode­brał te­le­fon od Te­resy. Za­pro­siła go do ko­mendy, chciała do­dat­ko­wych ze­znań w spra­wie nie­bosz­czyka z parku.

– Nie umarł sam z sie­bie? – Kuba pró­bo­wał od­gad­nąć.

– To ru­ty­nowe py­ta­nia, chcemy wy­klu­czyć nie­do­mó­wie­nia. Moi ko­le­dzy, z któ­rymi roz­ma­wia­łeś, mo­gli coś prze­oczyć – Te­resa tłu­ma­czyła po­wód spo­tka­nia.

Wzro­kiem po­wiódł po wy­stroju po­miesz­cze­nia, w któ­rym się znaj­do­wał. Ściany zdo­biło dużo dy­plo­mów, wy­róż­nień i po­chwał dla funk­cjo­na­riuszki Te­resy Bar­bac­kiej. Wśród zdjęć z ofi­ce­rami po­li­cji wyż­szego szcze­bla jedno przy­ku­wało uwagę w spo­sób szcze­gólny. Fo­to­gra­fia, na któ­rej Te­re­sie to­wa­rzy­szył ge­ne­rał Ma­rek Pa­pała. Z utrwa­lo­nej chwili można było wy­snuć wnio­sek, że się znali.

– Był uro­czym czło­wie­kiem – stwier­dziła, wi­dząc, na czym Kuba sku­pił uwagę. – Oba­wiam się, że ni­gdy nie po­znamy prawdy, dla­czego zgi­nął.

– Nie od­po­wie­dzia­łaś mi. Fa­cet, któ­rego zna­la­złem, zo­stał za­bity. Czy tak?

– Daj spo­kój – mach­nęła ręką. – Chcia­łam z tobą się zo­ba­czyć, to wszystko. To grzech?

– Nic o mnie nie wiesz – Kuba lekko się od­chy­lił na krze­śle. – Po­tra­fię czy­tać mowę ciała. Nie je­steś ze mną szczera – ge­stem ręki jakby od nie­chce­nia po­wiódł po ścia­nach z laur­kami wy­chwa­la­ją­cymi wie­lo­let­nią wzo­rową służbę ko­le­żanki. – Ko­muś tak do­świad­czo­nemu nie zleca się śledz­twa w spra­wie przy­pad­ko­wego na­bi­cia guza na czole, na­wet śmier­tel­nego.

Mo­gła się po­sta­rać i zwo­dzić go da­lej, ale na to nie za­słu­gi­wał. Pa­mię­tała go z li­ceum, był godny za­ufa­nia. Kie­dyś dla żartu spy­tał ją, czy przy­szłaby do niego do spo­wie­dzi, gdyby był księ­dzem. Wtedy nie miała opo­rów.

– Zo­stał za­mor­do­wany – przy­tak­nęła, się­ga­jąc po paczkę pa­pie­ro­sów. Po­czę­sto­wała Kubę, ale od­mó­wił. – Dla­tego nam za­leży, abyś so­bie przy­po­mniał, co wi­dzia­łeś tam­tego wie­czora. Je­steś spo­strze­gaw­czy, ko­ja­rzysz... – te­raz ona ge­stem od nie­chce­nia po­wio­dła po ścia­nach, od­wo­łu­jąc się do by­stro­ści ko­legi.

– Czy je­stem po­dej­rzany?

– Nie. Mam na­dzieję, że nie – szcze­rze do­dała.

– Nie za­bi­łem tego czło­wieka. Nie zna­łem go. Na­wet nie mam po­ję­cia, jak się na­zy­wał, ile miał lat... Za­je­cha­łem pod dom Da­rii. Wnio­słem jej cho­inkę. Przez chwilę roz­ma­wia­li­śmy... Ile razy przy­jeż­dżam do Szcze­cina, za­wsze za­cho­dzę do parku, idę do am­fi­te­atru. To ta­kie ma­giczne miej­sce dla mnie – tłu­ma­czył. – To wszystko.

– Skup się – po przy­ja­ciel­sku po­pro­siła.

Spoj­rze­nie prze­niósł na szary ob­rys drzwi. Na dłoni wsparł pod­bró­dek, a kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym ści­snął usta. Wy­tę­żył umysł. Po­woli wra­cały ob­razy z tam­tego wie­czora. Wy­siadł z sa­mo­chodu... W oknie domu, opo­dal któ­rego zo­sta­wił auto, po­ły­ski­wały świa­tełka bo­żo­na­ro­dze­nio­wej cho­inki. Przez luf­cik w oknie do­la­ty­wała ci­cha ko­lęda. To­wa­rzy­szyły mu mie­szane uczu­cia za­pa­mię­ta­nej ra­do­ści z ocze­ki­wa­nia na Wi­gi­lię i głę­bo­kiego cier­pie­nia od nie­dawna, od dwóch lat. Za­prząt­nięty my­ślami, wszedł na pod­wyż­sze­nie z ba­se­nem prze­ciw­po­ża­ro­wym. Tam mi­nął dwoje lu­dzi. Nie do­strzegł ich twa­rzy, zlały się z sza­rówką wie­czora. W am­fi­te­atrze spę­dził kilka mi­nut. Kiedy wra­cał do sa­mo­chodu na wy­so­ko­ści płotu oka­la­ją­cego am­fi­te­atr na­po­tkał męż­czy­znę. Za­pa­mię­tał wzrost – około stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, na pewno młody, mniej wię­cej około trzy­dzie­stu lat. Krok miał sprę­ży­sty. Nie wi­dział jego twa­rzy, bo skrył ją pod gru­bym kap­tu­rem. Ni­kogo wię­cej nie spo­tkał.

– Po­wtó­rzy­łem ci to samo, co już ze­zna­łem – wzru­szył ra­mio­nami, jakby prze­pra­sza­jąc, że nie może wnieść ni­czego no­wego do sprawy.

– Nie­zu­peł­nie. Wtedy nie po­wie­dzia­łeś, że męż­czy­zna, któ­rego mi­ja­łeś w dro­dze po­wrot­nej, miał około stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu i był w wieku około trzy­dzie­stu lat.

– Nie? – był za­sko­czony. – My­ślisz, że to on był za­bójcą?

– Do­piero zbie­ramy in­for­ma­cje – roz­ło­żyła ręce. – A ty praw­do­po­dob­nie je­steś je­dy­nym świad­kiem, który być może wi­dział mor­dercę. Skup się... pro­szę!

Za­pach... tak, te­raz go so­bie przy­po­mniał. Czuł go dwa razy, dla­tego utrwa­lił mu się w pa­mięci. Dla­czego nie wspo­mniał o nim funk­cjo­na­riu­szow na miej­scu zbrodni? Bo był w szoku. Zbyt wiele ob­ra­zów jak na je­den dzień. Wpierw Da­ria, po­tem bu­rza wspo­mnień zwią­za­nych z am­fi­te­atrem, a na ko­niec le­żący trup. Opo­wie­dział tylko to, co utrwa­lił naj­le­piej, na­skó­rek zda­rzeń. Emo­cje i sko­ja­rze­nia wci­snął w głąb. Opo­wie­dział je­dy­nie ostat­nio za­pa­mię­tane ob­razy.

– Co to za za­pach? – spy­tała.

– Old spice’a. Po­pu­larny w na­szej mło­do­ści, ale do ku­pie­nia tylko w Pe­wek­sie lub od ma­ry­na­rzy – na chwilę cof­nął się dy­gre­sją do mło­do­ści. – Dzi­siaj ra­czej nie­wielu męż­czyzn go sto­suje. Po­czu­łem go dwa razy. Raz, mi­ja­jąc te dwie osoby przy ba­se­nie prze­ciw­po­ża­ro­wym. Drugi raz, mi­ja­jąc tego męż­czy­znę, który miał kap­tur na gło­wie.

Syl­wetka Te­resy lekko się wy­pro­sto­wała, a twarz zdra­dzała za­cie­ka­wie­nie.

– Coś jesz­cze? Przy­po­mnij so­bie. Do­brze nam idzie, Kuba... – cie­pło za­chę­cała.

Buty... Buty męż­czy­zny w kap­tu­rze. Było w nich coś nie­zwy­czaj­nego, ale nie umiał przy­po­mnieć so­bie, co to ta­kiego.

– Wy­bacz – w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście roz­ło­żył ręce.

Pró­bo­wała na­kie­ro­wać go jesz­cze na inne tropy, ale ni­czego wię­cej już nie pa­mię­tał.

– Bar­dzo nam po­mo­głeś – po­kle­pała Kubę po ra­mie­niu. – Co ro­bisz w syl­we­stra?

– Ju­tro wra­cam do War­szawy.

– Wiesz, że mogę ci za­bro­nić opusz­cza­nia mia­sta? – w jej spoj­rze­niu po­ja­wiła się psota. Wciąż sie­dział w niej ten sam dia­be­łek, który w mło­do­ści czy­nił z niej naj­lep­szego kom­pana do ro­bie­nia głu­pich ka­wa­łów.

Tylko wy­ro­zu­miale się uśmiech­nął.

08.

To była po­dwój­nie od­świętna noc. Syl­we­ster, kiedy wszy­scy za­ko­chani tu­lili się do sie­bie w tańcu, i noc jej oca­le­nia. Sie­dem lat temu wy­rwano ją z pie­kła.

Na ra­mie­niu po­czuła opie­kuń­czą dłoń męża. Stał tuż za nią, od­święt­nie ubrany, go­towy do wyj­ścia na bal. Jego szla­chetna po­stać od­bi­jała się w lu­strze to­a­letki. W mil­cze­niu spo­glą­dali na sie­bie, ro­zu­mie­jąc bez słów.

Prze­chy­liła głowę, by do­tknąć po­licz­kiem jego dłoni, a po­tem ujęła ją i uca­ło­wała. Był jej anio­łem stró­żem. Po uwol­nie­niu z pie­kła wpa­dła do czyśćca, z któ­rego żadną siłą nie mo­gła się wy­do­stać. Po­ja­wił się w jej ży­ciu w chwili, kiedy chciała ze sobą skoń­czyć. Miał w so­bie siłę za nich oboje. Za­brał ją z czyśćca i po­ka­zał niebo.

– Je­steś go­towa? – spy­tał, ca­łu­jąc ją w głowę.

– Tak.

– Ład­nie pach­niesz.

– Wiem, że bar­dzo lu­bisz te per­fumy.

– Cie­bie lu­bię. Ko­cham.

Wstała z ta­bo­retu i zwró­ciła się twa­rzą do męża. Po­tem za­rzu­ciła mu ręce na szyję i czule po­ca­ło­wała go w usta.

– Ja cie­bie też – szep­nęła, tro­skli­wym ge­stem zgar­nia­jąc ja­sne pyłki z jego ma­ry­narki. – Chodźmy, nie każmy cze­kać mo­jemu ojcu – po­dała mu ra­mię.

Przed do­mem cze­kał już na nich ciemny May­bach 62. Ze środka, z tyl­nego fo­tela wy­chy­lił się star­szy męż­czy­zna i zwró­cił z uśmie­chem do nad­cho­dzą­cej pary:

– Ro­man bądź tak miły i zaj­mij miej­sce z przodu obok Ma­riana – wska­zał miej­sce obok kie­rowcy. – Dzi­siaj chcę mieć moją Mag­du­się przy so­bie – wy­cią­gnął rękę w stronę córki, po­ma­ga­jąc jej usiąść na tyl­nej ka­na­pie.

– Wszyst­kiego do­brego w No­wym Roku, tato – na po­wi­ta­nie uca­ło­wała ojca w po­li­czek.

– I dla cie­bie też, moja Sto­krotko – przy­wo­łał jej piesz­czo­tliwe okre­śle­nie z dzie­ciń­stwa. – Dla was obojga – mocno i długo ści­skał dłoń zię­cia.

Li­mu­zyna ru­szyła spod domu, włą­cza­jąc się w ru­chliwą ulicę Szcze­cina. Tej nocy wszy­scy do­kądś się spie­szyli.

09.

Drę­czył ją kac gi­gant. Sta­now­czo prze­ho­lo­wała. Chciała się urżnąć, aby nie my­śleć o oso­bi­stych po­raż­kach. Te­raz na­stał czas po­kuty za kilka go­dzin szczę­śli­wej nie­świa­do­mo­ści. Gdyby ten bło­go­stan dało się prze­nieść na nieco dłu­żej, ale bez kaca...

Ospale zwle­kła się z łóżka i na bo­saka po­czła­pała do kuchni. Chłód te­ra­ko­to­wej pod­łogi miał do­bro­czynny wpływ na stopy. Z lo­dówki wy­jęła mleko i na­lała do kubka, wy­pi­ja­jąc je dusz­kiem. Tak dużo miała w so­bie al­ko­holu, że za­nim mleko osią­dzie na dnie żo­łądka, zrobi się zsia­dłe, tak so­bie kom­bi­no­wała w zgnę­bio­nej ka­cem łe­pe­ty­nie, ale ktoś jej po­wie­dział, że zsia­dłe mleko to an­ti­do­tum na syn­drom dnia na­stęp­nego, więc jakby nie pa­trzeć, piła je dla zdro­wia. Całe szczę­ście, że Nowy Rok był tylko raz w roku.

Krzysz­tofa w domu nie było. Po roz­ło­że­niu dro­bia­zgów w domu oce­niła, że nie było go i wczo­raj. Dla­czego za­wra­cała so­bie nim głowę? Prze­cież już nic do niego nie czuła.

Mimo po­po­łu­dnio­wej go­dziny ulice i skwery świe­ciły pustką. Lu­dzie od­sy­piali nocne sza­leń­stwa albo dźwi­gali się na nogi po nie­roz­sąd­nym po­mie­sza­niu trun­ków.

Wró­ciła do po­koju i na­tych­miast zwa­liła się na łóżko. Po­sta­no­wiła zro­bić so­bie dzień le­nia; nie umyje wło­sów, nie zrobi ma­ki­jażu, nie zrzuci pi­żamy. Prze­trwa tak do ju­tra. By­łoby na­prawdę cu­dow­nie, gdyby nie ta trzesz­cząca głowa.

Są­siad za ścianą włą­czył gło­śno mu­zykę. Wi­dać, wciąż się ba­wił. Na szczę­ście nie było to żadne techno, hip-hop czy rap. Po pięt­na­stu mi­nu­tach miała ochotę pójść i z dziką roz­ko­szą roz­wa­lić mu gło­śniki. Ktoś ją jed­nak uprze­dził, bo mu­zyka uci­chła.

Prze­szła do po­koju dzien­nego i włą­czyła te­le­wi­zor. Ga­da­jące głowy, po­li­tycy śred­niego be­tonu par­tyj­nego pod­su­mo­wy­wały mi­niony rok, plo­tąc bzdury o go­spo­darce i na­stro­jach spo­łecz­nych. Ci z pierw­szych stron ga­zet też za­pewne umie­rali z po­wodu bólu głowy. Przy­naj­mniej w tym wzglę­dzie była jesz­cze spra­wie­dli­wość.

Mu­zyka za ścianą znów dała czadu na pełny re­gu­la­tor. Są­siad do­pra­szał się klapsa od pierw­szego dnia no­wego roku. Już się­gała po szla­frok, aby wyjść i sko­pać ty­łek na­chal­nemu me­lo­ma­nowi, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon.

– Tess? – to był War­ski. – Mamy no­wego nie­bosz­czyka. Ten sam po­wód zgonu, co w parku. I też ma ma­lunki na ciele.

No, tak, bra­ko­wało jej tylko nie­spo­dzie­wa­nej ro­boty, aby się po­czuć do reszty wy­pluta.

– Je­steś tam? – War­ski się za­nie­po­koił.

– Wła­śnie kom­bi­nuję, jak się roz­pły­nąć w po­wie­trzu...

– Za go­dzinę masz być w ko­men­dzie Cze­kam.

– Je­stem cho­dzącą flaszką wódy. Nie siądę za kół­kiem, po­de­ślij ko­goś.

Co by było, gdyby któ­re­goś razu nie ode­brała te­le­fonu? Wie­lo­krot­nie ga­niła sie­bie za kar­ność i po­słu­szeń­stwo. Szef po­wta­rzał, że to ce­cha lu­dzi sta­rej daty. Też mi kom­ple­ment. Po każ­dym ta­kim nie­spo­dzie­wa­nym wy­rwa­niu z kon­tem­pla­cji słod­kiego nie­rób­stwa, obie­cy­wała so­bie, że na­stęp­nym ra­zem uciek­nie na od­lu­dzie, któ­rego nie ma na żad­nej ma­pie i gdzie nie dzia­łają ko­mórki.

Umyła tylko głowę, ma­ki­jaż byłby już zbyt du­żym wy­zwa­niem.

Wy­cho­dząc z domu, pię­ścią za­ło­mo­tała w drzwi miesz­ka­nia, skąd do­bie­gał mu­zyczny ło­skot. Otwo­rzyła jej para dzie­się­cio­lat­ków.

– Ro­dzice w domu? – spy­tała.

– Śpiom – od­parł chło­piec.

– Na­tych­miast wy­łą­czyć mu­zykę! – wark­nęła, zde­cy­do­wa­nym ge­stem wska­zu­jąc na miesz­ka­nie, gdzie aż hu­czało.

– A dla­czego? – spy­tała dziew­czynka z roz­bra­ja­jącą na­iw­no­ścią.

– Bo ina­czej za­mknę was za kra­tami! – po­ka­zała po­li­cyjną bla­chę.

Spło­szone i prze­stra­szone, trza­snęły drzwiami, a po kilku se­kun­dach za­pa­no­wała na pię­trze wy­ma­rzona ci­sza.

Przed wej­ściem do klatki scho­do­wej cze­kał już na nią ra­dio­wóz.

– Nie ma co, ład­nie się za­czął ten nowy rok, pani nad­ko­mi­sarz – funk­cjo­na­riusz przy­wi­tał ją mimo wszystko z uśmie­chem. – Może tik-taka? – pod­su­nął pla­sti­kowe pu­de­łeczko z mię­to­wymi dra­żet­kami.

– Aż tak źle? – skrzy­wiła się z nie­chę­cią.

– Pani przy­naj­mniej trzyma fa­son. Pod­ko­mi­sarz Le­wicka my­ślała, że wiozę ją na za­bawę – śmiał się.

– War­ski nie ma su­mie­nia. Jesz­cze dzi­siaj zwol­nię się ze służby – ciężko usia­dła obok kie­rowcy i przy­mknęła po­wieki. – Zmie­nię fach i zo­stanę... fry­zjerką. Przyj­dziesz do mnie się ostrzyc?

– Ta... ja­sne – par­sk­nął śmie­chem i otwartą dło­nią po­cią­gnął po ły­sej do po­łowy gło­wie.

10.

Kuba wy­brał się na długi spa­cer po le­sie. W Nowy Rok nie­wiele osób wy­sta­wia nos poza próg domu. Wszę­dzie było pu­sto i ci­cho. Do­piero koło szes­na­stej w ra­mach po syl­we­stro­wego re­ma­nentu na nowo ode­zwały się wy­strzały pe­tard eks­plo­du­ją­cych w po­wie­trzu. Na szczę­ście na krótko, więc świat za chwilę znów po­grą­żył się w ci­szy.

Wie­czo­rem za­dzwo­niła do niego Da­ria. Zło­żyła mu ży­cze­nia no­wo­roczne, a po­tem roz­ga­dała się o balu, na któ­rym spo­tkała Romka z żoną. Opo­wie­działa też o przy­ja­cio­łach Klau­dii, któ­rzy zde­mo­lo­wali jej dom, a na końcu o są­sia­dach, dla któ­rych syl­we­strowa za­bawa wciąż trwała. Na po­twier­dze­nie słów wy­sta­wiła ko­mórkę przez okno, aby po­słu­chał do­no­śnego umpa-umpa roz­cho­dzą­cego się po ulicy. Koń­cząc, po­skar­żyła się, że ma żal do niego, bo wy­je­chał i nie po­szedł z nią na syl­we­stra, przez co mu­siała za­do­wo­lić się ad­o­ra­to­rem od dro­giego wina. A te­raz sie­dzi w domu sama i pije do lu­stra ja­kąś ohyd­nie słodką bab­ską wódkę i ani chybi urżnie się, bo już miała kło­poty ze wsta­niem z fo­tela.

– Upi­jam się na smutno – bąk­nęła mu do słu­chawki, koń­cząc roz­mowę.

Zro­bił so­bie go­rące ka­kao i wy­szedł na ta­ras domu. Niebo nad War­szawą ja­śniało od świa­teł. War­sza­wiacy już dawno utra­cili moż­ność oglą­da­nia nieba wy­peł­nio­nego gwiaz­dami. Wi­dzieli je­dy­nie te naj­ja­śniej­sze, resztę gwiazd prze­pę­dziła im z oczu cy­wi­li­za­cja na­chal­nego lśnie­nia. Na szczę­ście miesz­kał na obrzeżu mia­sta i nie sły­szał nie­usta­ją­cego szumu ulic. Kiedy bu­do­wał dom, War­szawa była jesz­cze da­leko. Ja­kieś trzy lata temu po raz pierw­szy po­czuł jej ciężki od­dech za pło­tem.

Może sio­stra miała ra­cję, py­ta­jąc go przy każ­dej wi­zy­cie, czy wróci do Szcze­cina? Za­czy­nał co­raz po­waż­niej o tym my­śleć.

11.

Drugą ofiarą była młoda ko­bieta, nie­spełna trzy­dzie­sto­let­nia. Jej ciało, po­dob­nie jak ofiary z parku Ka­spro­wi­cza, mor­derca na­zna­czył gra­fiką wi­doczną w ul­tra­fio­le­to­wym świe­tle. Zwłoki ko­biety zna­le­ziono przy placu Żoł­nie­rza Pol­skiego, na traw­niku po­mię­dzy ulicą a chod­ni­kiem, ja­kieś pięt­na­ście me­trów od po­mnika Wdzięcz­no­ści.

– Co o tym są­dzi­cie? – War­ski rzu­cił na ekran zdję­cia gra­fik, które mor­derca na­ma­lo­wał na cia­łach za­mor­do­wa­nych.

– Cie­kawe, co zna­czą te kwa­draty i cy­fry pod nimi? – za­częła pod­ko­mi­sarz Le­wicka.

– Tak na pierw­szy rzut oka kwa­draty ko­ja­rzą mi się z jang i jin – Te­resa na­ry­so­wała na ta­blicy wschodni sym­bol rów­no­wagi po­mię­dzy mę­ską siłą jang i żeń­ską jin. – Jang jest do­dat­nie, a jin ujemne – tłu­ma­czyła.

– Za­wsze wie­dzia­łem, że je­ste­ście ujemne – wtrą­cił Edzio z prze­ką­sem.

War­ski mach­nął na niego ręką, żeby się przy­mknął.

– Chiń­czycy uwa­żają, że jang i jin są si­łami po­wo­ła­nymi do ży­cia przez pustkę, która była po­cząt­kiem wszyst­kiego.

– Na re­li­gii uczono mnie cze­goś in­nego. Mo­jemu pro­bosz­czowi nie spodo­ba­łoby się, gdyby usły­szał, że Bóg był pustką – mimo prze­strogi War­skiego Edzio nie tra­cił do­brego hu­moru.

– Na­tu­ral­nie, to tylko uwaga – koń­czyła Te­resa.

– Nie wiem, czy po­win­ni­śmy po­dą­żać tym śla­dem. My­ślę, że liczby za­pi­sane pod kwa­dra­tami w obec­nej chwili są chyba naj­waż­niej­sze, mu­szą coś zna­czyć. Po­win­ni­śmy za­cząć od usta­le­nia, co ozna­czają i czy są ze sobą po­wią­zane.

To, co już udało się im usta­lić, to dane per­so­nalne za­mor­do­wa­nych osób. Męż­czy­zna z parku Ka­spro­wi­cza miał pięć­dzie­siąt pięć lat, uro­dził się 26 grud­nia 1951 roku w Szcze­ci­nie i był ka­wa­le­rem. Ko­bieta zna­le­ziona przy placu Żoł­nie­rza była także ro­do­witą szcze­ci­nianką, uro­dzoną 22 marca 1976 roku, nie­za­mężna.

– Oboje stanu wol­nego, uro­dzeni w Szcze­ci­nie – za­uwa­żyła Le­wicka.

Na ekra­nie po­ja­wił się film za­re­je­stro­wany ka­merą mo­ni­to­ru­jącą plac Żoł­nie­rza. Prze­ra­ża­jące sceny, w któ­rych ofiara spo­koj­nie szła obok oprawcy, a po­tem zo­stała bru­tal­nie po­zba­wiona ży­cia za po­mocą strzy­kawki z tru­ci­zną wbitą w oko­licy tęt­nicy szyj­nej. Ko­bieta była bez­wolna, nie sta­wiała oporu, jakby wcze­śniej po­dano jej śro­dek odu­rza­jący. Ostat­nie chwile ży­cia z ma­ka­brycz­nym ob­ra­zem zim­nego be­stial­stwa. Na ko­niec mor­derca po­ło­żył ciało obok la­tarni.

Po­miesz­cze­nie spo­wiła głę­boka ci­sza. Na­wet dla nich, ob­cu­ją­cych z prze­mocą i ludzką de­wia­cją, utrwa­lone sceny były od­ra­ża­jące.

Mor­derca, jak gdyby ni­gdy nic od­szedł nie­spiesz­nie w stronę ulicy Obroń­ców Sta­lin­gradu.

– Su­kin­syn! – wy­rwało się Be­acie. – Oso­bi­ście od­strzelę mu jaja! On jest mój, in­spek­to­rze!

– To po­twier­dza ze­zna­nie Kuby – rze­kła Te­resa, wska­zu­jąc na ekran, na stop-klatkę, na któ­rej za­trzy­mano za­rys syl­wetki mor­dercy. – Męż­czy­zna po­wy­żej stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu w wieku około trzy­dzie­stu lat... z twa­rzą scho­waną pod kap­tu­rem. Dla­czego mam prze­świad­cze­nie, że on wie­dział o ka­me­rze? – po­dzie­liła się z po­zo­sta­łymi prze­czu­ciem.

– Prze­cież ich nie cho­wamy, wszy­scy mogą je zo­ba­czyć – rzekł War­ski.

– Nie, to nie o to cho­dzi – Te­resa po­krę­ciła głową. – On zro­bił to roz­myśl­nie w obec­no­ści ka­mery. Bawi się z nami.

– Czy to zna­czy, że mamy do czy­nie­nia z se­ryj­nym mor­dercą? – Edzio na głos wy­ra­ził obawę, która od ja­kie­goś czasu nie­po­ko­iła wszyst­kich w po­koju.

– Bra­kuje nam trze­ciej ofiary – Te­resa wpa­try­wała się uważ­nie w szarą po­stać na ekra­nie. – Ale on nam ją do­star­czy, je­stem prze­ko­nana. Czy da się ten ob­raz po­pra­wić, wy­ostrzyć? – py­ta­jąco spoj­rzała na szefa.

– Shit in, shit out. Gówno wcho­dzi, gówno wy­cho­dzi. Tak mi po­wie­dzieli tech­nicy, kiedy spy­ta­łem ich o to samo. To zna­czy, że te czary-mary, ja­kie oglą­dasz na fil­mach, że gów­niany ob­raz za­mie­nia się w wy­raźny, to hol­ly­wo­odz­kie ogłu­pia­nie wi­dza. Mamy tylko to – War­ski wska­zał na ekran. – Łaj­dak pa­suje do pro­filu se­ryj­nego. Biały męż­czy­zna w wieku po­mię­dzy dwu­dzie­stym pią­tym a trzy­dzie­stym pią­tym ro­kiem ży­cia. Cie­kawe, czy reszta też bę­dzie od­po­wia­dała sta­ty­stycz­nemu wi­ze­run­kowi: pier­wo­rodny, wy­cho­wy­wany od dziecka przez matkę, prze­śla­do­wany fi­zycz­nie lub sek­su­al­nie, w mło­do­ści znę­ca­jący się nad zwie­rzę­tami.

– Co usta­lono w la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nym? – Le­wicka wró­ciła do da­nych, któ­rymi mo­gli już dys­po­no­wali. – Zna­leźli obce DNA i mi­kro­ślady?

– Zwróć­cie uwagę na strój mor­dercy – War­ski na­kie­ro­wał uwagę śled­czych na stop-klatkę. – To gu­mowa kurtka z kap­tu­rem, ja­kiej uży­wają węd­ka­rze. Spodnie ze skóry a na no­gach gu­mowce. Ubiór, który nie zo­sta­wia mi­kro­śla­dów i ła­two go wy­czy­ścić ze śla­dów po­zo­sta­wio­nych przez ofiarę. Mamy do czy­nie­nia z prze­bie­głym dra­niem. Mu­simy po­znać mo­tyw jego dzia­ła­nia.

– Je­śli go ma – bąk­nął Edzio.

– Ma. On chce nam coś prze­ka­zać – za­uwa­żyła Te­resa.

– Jak każdy świr, któ­remu się zdaje, że jest Bo­giem i może de­cy­do­wać o ży­ciu in­nych lu­dzi – z po­gardą wy­rzu­ciła Be­ata.

– Bierz­cie się do ro­boty. Wie­cie, co na­leży zro­bić – War­ski koń­czył od­prawę. – I jesz­cze jedno, ży­czę so­bie, aby za­cho­wać pełną po­uf­ność. Me­dia nie mogą się do­wie­dzieć, że po Szcze­ci­nie gra­suje psy­cho­pata ze strzy­kawką w dłoni.

Na­wet nie za­uwa­żyła, kiedy paczka pa­pie­ro­sów zro­biła się pu­sta. Się­gała po ko­lej­nego pa­pie­rosa, le­dwo wy­pa­liw­szy po­przed­niego. Otrzeź­wiła ją sztyw­ność ję­zyka i za­wrót głowy. Sta­now­czo prze­ho­lo­wała. Otwo­rzyła okno na oścież, wpusz­cza­jąc do po­miesz­cze­nia chłodne po­wie­trze stycz­nia. Ni­czym taj­fun ży­cio­daj­nej ener­gii ude­rzyły w nią po­dmu­chy z dworu.

Mu­siała so­bie przy­po­mnieć pro­fil psy­cho­lo­giczny se­ryj­nego mor­dercy. W Pol­sce se­ryjny mor­derca był rzad­ko­ścią, czę­ściej spo­ty­kany po dru­giej stro­nie Atlan­tyku, szcze­gól­nie... w fil­mach.

Mo­tyw zbrodni po­zwala opi­sać cztery typy za­bój­ców. Pierw­szy, to wi­zjo­ner. Drugi – mi­sjo­narz. Trzeci – ma­niak wła­dzy i siły. A czwarty, to he­do­ni­sta, który dzieli się jesz­cze na trzy pod­typy: za­bójca z lu­bież­no­ści, za­bójca ukie­run­ko­wany na emo­cje i za­bójca ukie­run­ko­wany na kom­fort.

Se­ryjny mor­derca bę­dzie za­bi­jał cią­gle. Przed po­peł­nie­niem ko­lej­nego za­bój­stwa może go po­wstrzy­mać je­dy­nie zła­pa­nie, uwię­zie­nie. U se­ryj­nego za­bójcy zda­rzają się mo­menty za­stoju, wy­ci­sze­nia, kiedy czeka na­wet kilka lat z ko­lejną zbrod­nią, ale na­stępne ofiary na pewno się po­ja­wią.

Se­ryjni mor­dercy prze­waż­nie pra­cują sami. Więk­szość nie ukoń­czyła szkoły śred­niej, choć są na tyle in­te­li­gentni, że nie mie­liby żad­nych pro­ble­mów z dal­szą edu­ka­cją. Ich in­te­li­gen­cja jest na po­zio­mie nor­mal­nym, cza­sami na­wet wyż­szym. Są uczu­ciowi, do­brze z nimi się roz­ma­wia. Nie kie­ruje nimi chęć zy­sku, pie­nią­dze lub inna forma bo­gac­twa. Je­śli pra­cują, wy­ko­nują za­wody o ni­skim pre­stiżu spo­łecz­nym. By­wają ła­two­wierni. Pierw­sza ich zbrod­nia ma miej­sce bli­sko miej­sca za­miesz­ka­nia. Sta­rają się trzy­mać re­wiru, gdzie czują się bez­piecz­nie. Wcze­śniej rzadko znali ofiarę, a naj­czę­ściej nie znali jej w ogóle. Cier­pie­nie ofiar spra­wia im sa­dy­styczną przy­jem­ność. W umy­śle mor­dercy ofiary są spro­wa­dzane do bez­war­to­ścio­wych przed­mio­tów, są de­hu­ma­ni­zo­wane.

Tak o se­ryj­nych zbrod­nia­rzach wy­po­wia­dają się spe­cja­li­ści, ale za­wsze zo­staje nie­zgłę­biony umysł mor­dercy. Naj­trud­niej­sze jest tro­pie­nie mo­tywu zbrodni. Za­nim uda się go po­znać, na ofiar­nym oł­ta­rzu bez­rad­no­ści zo­staje zło­żo­nych kilka a cza­sem kil­ka­na­ście nie­oca­lo­nych ist­nień. Jak bę­dzie tym ra­zem?

Ale mo­gli się my­lić, to nie był se­ryjny mor­derca, lecz po­spo­lity zbrod­niarz, który za­bił dwie osoby po­wią­zane ze sobą w ja­kiejś spo­łeczno-to­wa­rzy­skiej kon­fi­gu­ra­cji. I tym tro­pem po­sta­no­wiła pójść naj­pierw.

Pierw­szy dzień no­wego roku był chyba naj­spo­koj­niej­szym dniem na prze­strzeni dwu­na­stu mie­sięcy w od­róż­nie­niu do ostat­niego dnia koń­czą­cego się roku, kiedy wa­riac­two i wrzawa się­gały ze­nitu. Opu­sto­szałe ulice, wy­ga­szone świa­tła w do­mach. Miłe wra­że­nie spo­koju roz­ta­cza­ją­cego się wszę­dzie i obez­wład­nia­jące każ­dego, po­winno ono na­cho­dzić lu­dzi czę­ściej niż tylko raz w roku.

W skrzynce pocz­to­wej zna­la­zła list do Krzysz­tofa z Urzędu Mia­sta, nadany na­za­jutrz po świę­tach. Z ja­kiś po­wo­dów nie za­uwa­żyła go wcze­śniej.

W miesz­ka­niu nie za­stała męża, wi­dać po­sta­no­wił nieco dłu­żej po­miesz­kać poza do­mem. Już nie ro­biło to na niej wra­że­nia. Po­ło­żyła list w jego po­koju na biurku.

Od­słu­chała kil­ka­na­ście wia­do­mo­ści z au­to­ma­tycz­nej se­kre­tarki, same no­wo­roczne ży­cze­nia dla Krzysz­tofa. Do niej nikt nie za­dzwo­nił. Przez ostat­nie lata krąg jej zna­jo­mych za­wę­ził się prak­tycz­nie do lu­dzi z pracy. Mi­łym prze­ryw­ni­kiem w mo­no­to­nii kon­tak­tów było spo­tka­nie z Kubą. Uświa­do­miła so­bie, w jak spłasz­czo­nej rze­czy­wi­sto­ści żyła, ode­rwana od zda­rzeń in­nych niż pro­blemy po­li­cji i pro­blemy jej mał­żeń­stwa. Za­tę­sk­niła za przy­ja­ciółmi z li­ceum. Cie­kawe, jak oni uło­żyli so­bie ży­cie.

12.

Magda zro­biła ulu­bione cap­puc­cino męża i po­sta­wiła mu na sto­liku przed fo­te­lem. Sub­telny aro­mat używki po­łech­tał go mile w noz­drza. Słod­kim ca­łu­sem w usta po­dzię­ko­wał za kawę.

Przy­sia­dła na opar­ciu fo­tela, obej­mu­jąc go ra­mie­niem i przy­tu­la­jąc do niego. Lu­biła, kiedy się­gał po al­bum ze zdję­ciami z cza­sów li­ceum. Z imie­nia i na­zwi­ska znała wszyst­kich jego ko­le­gów i ko­le­żanki. Jej nie było dane skoń­czyć szkoły śred­niej we wła­ści­wym cza­sie, nie miała szczę­ścia. Kiedy jej ró­wie­śnicy zda­wali eg­za­min doj­rza­ło­ści, ona zda­wała eg­za­min z ohydy. Z pa­mięci wy­ma­zała tamte po­tworne chwile, aby nie być zmu­szoną do nich po­wra­cać, dla­tego tak chęt­nie słu­chała wspo­mnień męża.