Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W Szczecinie ma odbyć się światowy zlot żaglowców, a w mieście dochodzi do przerażających morderstw. Odnajdywane zwłoki są pokryte dziwnymi malunkami i zawierają truciznę zwaną „koszmarem Mengelego”. Policja rozpoczyna pogoń za seryjnym mordercą.
Tess (nadkomisarz Teresa Barbacka) podejmuje kolejne tropy, ale one prowadzą donikąd. W pracy presja przełożonych, w domu toksyczny mąż – to nie pomaga. Podczas rutynowej wizyty w poszukiwaniu świadka Tess trafia do domu w lesie, gdzie dzieją się rzeczy nie z tego świata i gdzie mieszka … Jacek!
Nie wszyscy bohaterowie przeżyją. A ocaleni nigdy nie przyznają się do tego, co widzieli…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 435
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
@ Wojciech Burger
Projekt okładki: Krzysztof Wierzbowski
DTP: GroupMedia
Powieść jest fikcją, jednak odwołującą się do realnej przestrzeni. Ewentualne podobieństwo do osób i zdarzeń realnych jest niezamierzone, przypadkowe; zdarzenia i osoby historyczne obarczone fantazją dla potrzeb fikcyjnej fabuły.
Wszelkie prawa są zastrzeżone. Rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej powieści bez autoryzacji jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka wyłącznie do użytku domowego bez prawa do publicznego wypożyczania!
Książka, którą nabyłeś jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie! Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło.
Szanuj cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki.
ISBN 978-83-975358-5-5
Wydanie I poprawione
Ani, ukochanej córce – dedykuję.
Od zarania dziejów ludzie opowiadali sobie przeróżne historie. Niektóre oparte były o wydarzenia rzeczywiste, a część była jedynie fantazją opowiadającego. Ludzie dawali wiarę lub nie i tym realnym opowieściom, i tym zmyślonym. I tak jest do dzisiaj.
Drogi czytelniku w „Szamanach życia” do fabuły opartej o wyobraźnię autora przypisane są odniesienia z rzeczywistości. Tylko od Ciebie zależy w co uwierzysz, a co potraktujesz, jak bajkę.
Autor
Wewnątrz każdego z nas są drzwi otwarte na cud
Jonathan Carroll
01.
Piękno rodzi się w bólu. Czasem w cierpieniu. Ten smutek jest jak ogień, który z brunatnej rudy wytapia srebrzystą stal”.
Przymknęła powieki. Słowa Kuby, kolegi z klasy z liceum, powróciły żałosnym echem. Kuba podkochiwał się w Darii, a w Kubie podkochiwała się Ilona. Już wtedy zauważyła, że niewiele spraw układa się prosto, wedle marzeń czy pragnień. Ile lat minęło od tamtego czasu? Dwadzieścia siedem? Na głównym korytarzu szkoły przed gabinetem dyrektora zrobiła gwiazdę, podwójne salto i podwójny obrót w powietrzu; z radości, że to już koniec. Stłukła lampę wiszącą pod sufitem. Odłamki szkła rozcięły jej policzek, na szczęście niegroźnie, więc nie popsuły jej humoru. Nazywali ją Sreberko, bo wszędzie było jej pełno i nigdy nie rozdzielała włosa na czworo. Była lubiana, szczególnie przez kolegów. Uśmiechnięta, gotowa pomagać innym. Ktoś jej powiedział, że idealnie nadawałaby się na pielęgniarkę, lekarkę lub milicjantkę. Wtedy była jeszcze milicja. I ten ktoś wykrakał. Od dwudziestu lat łapała łobuzów, służąc w policji – rodzinna tradycja przejęta po ojcu i wujku. Piękno rodzi się w bólu... Miała już dosyć. Męża.
Przy nim zapomniała, czym jest piękno, ale dobrze się oswoiła z bólem psychicznym. Z rozkoszą utłukłaby drania gołymi rękami. Nie utrudziłaby się, bo Krzysztof był wyjątkowo gamoniowaty. Nigdy się nie bił, nawet w młodości, tego była pewna. Za to ona trzykrotnie się tłukła z chłopakami, bo brzydko mówili o jej koleżance. Jednemu złamała nos, drugiemu wybiła zęby..., dopiero ten trzeci jej przylał. Areną walki jej męża była sala sądowa, a jeszcze lepszym polem – strefa poza salą, gdzie dogadywał warunki ugody dla klientów. Nie miał moralności. Miał za to instynkt drapieżnego insekta zdolnego do krwiożerczej przebiegłości. Czym ją ujął lub co w nim widziała? Zaimponował intelektem, był dowcipny, elokwentny, zręcznie kręcił dziewczynami, a one to lubiły. Głupie ćmy. Była najgłupszą z nich, bo dała się poprowadzić do ołtarza. Kretynka...
Wyjęła broń z kabury, aby się upewnić, że jest zabezpieczona. Sprawdziła czy komórka ma naładowaną baterię. Upewniła się, że ma dokumenty i policyjną blachę.
Z sąsiedniego pokoju wyszedł jej mąż. Na ciemnym ekranie plazmowego telewizora zauważyła jego odbicie, jego wzrok. Krótkotrwałe ale wymowne szacowanie jej wyglądu; nóg, bioder i reszty. Wciąż była atrakcyjna, przynajmniej raz w miesiącu dostawała jednoznaczne propozycje od kolegów z pracy lub nowo poznanych mężczyzn. To poprawiało jej humor, potwierdzało, że jeszcze nie jest stracona. Kobieta, bez względu na wiek, chce czuć męskie spojrzenia na sobie. Ona wciąż chciała. Ale pragnienie to nie dotyczyło spojrzenia męża.
– Zabierz ze mnie ten wzrok adwokata – rzekła z niechęcią, zwracając się twarzą do Krzysztofa.
– Dlaczego określenie „adwokat” brzmi w twoich ustach jak obelga? –spytał.
– Ty mi to powiedz – minęła go obojętnie, rozsiewając zapach perfum. Z rozmysłem kupiła te, które lubił, aby go drażnić.
W samotności zjadła śniadanie i wypaliła nieodzownego przy kawie papierosa. Przerzuciła pobieżnie prasę dostarczoną z samego rana przez syna sąsiadów. Dominowały „igrzyska polityczne”.
– Nie będzie mnie do jutra, mam spotkanie w Poznaniu – Krzysztof stanął w progu jadalni i spojrzał na żonę.
– Pojutrze Wigilia. Gdzie zamierzasz ją spędzić? A właściwie powinnam spytać, z kim?
– Myślałem, że spędzimy ją razem.
– Chyba żartujesz – żachnęła się. – Idę do mamy.
– To święta rodzinne...
– Nie należysz do mojej rodziny. Już nie należysz – rzuciła mu zdecydowane spojrzenie. – Nie bądź zaskoczony, sam wybrałeś.
Spojrzał na zegarek. Bez słowa wycofał się do przedpokoju. Sięgnął do szafy po płaszcz.
– Skoro tak... nie czekaj na mnie z Wigilią. Wesołych świąt – wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
Nawet wychodząc, musiał ją zirytować, jakby nie mógł zamknąć drzwi normalnie. Od kilku tygodni odgrażał się, że wniesie pozew o rozwód. Już dawno powinien był to zrobić. Nie będzie mu przeszkadzała, ale to on musiał uczynić ten pierwszy ruch, którym się przyzna do osobistej porażki. W jej naturze nie leżało odpłacanie złem, ale za wszystkie lata, kiedy ją maltretował psychicznie, miała ochotę się odgryźć.
Ciszę w mieszkaniu przerwał wysoki ton telefonu.
– Teresa? – po drugiej stronie usłyszała głos Edzia, partnera z komendy. – Przejeżdżam niedaleko. Wstąpić po ciebie?
– Co tak wcześnie robisz na drugim końcu miasta? To nie twoja dzielnica.
– No wiesz... Spotkałem taką samotną marynarzową...
Chrząknęła wymownie.
– Cholera, zapomniałem, że z tobą się nie rozmawia o takich sprawach – urwał rozpoczęty wątek.
– Rozmawia, ale daj mi przynajmniej pięć minut oddechu. Sekundę temu wyszedł mój okupant.
– Wyzwolić cię? – roześmiał się.
– Siły wroga już opuściły moje terytorium – dostosowała się do żartu kolegi. – Czekam na dole.
Wyszła z mieszkania, zamykając drzwi kulturalnie.
02.
Zauważył ją na poboczu drogi. Stała obok samochodu, wymachując rękoma i błagając, aby przystanął. Zatrzymał się w odległości niespełna dwóch metrów od toyoty. Natychmiast podbiegła do niego z obawy, że rozmyśli się i odjedzie w ostatniej chwili.
– Proszę mi wybaczyć, że pana zatrzymuję, ale mój samochód... – urwała, spoglądając zdumiona na kierowcę. – Kuba?!
– Daria? – rozpoznał koleżankę z liceum.
– O Boże! Nie mogę uwierzyć, że to ty! – uradowana objęła go za szyję, kiedy wysiadł z nissana.
– Co się stało?
– Nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami. – Jechał i nagle stanął.
Podeszli do toyoty Darii. Otworzył maskę.
– Obawiam się, że ci nie pomogę. Wiem jedynie, gdzie wlewa się benzynę. Niedawno to odkryłem – dodał żartobliwie.
– Ja wiem, do której dziury leje się olej – uśmiechnęła się.
– Więc wiesz więcej niż ja – usiadł za kierownicą toyoty i przekręcił kluczyk w stacyjce. Usłyszał metaliczne pyknięcie. – Masz bezpieczniki?
– W domu. O, tak się je wdusza... – pokazała, co należy zrobić z bezpiecznikiem. – Pytasz mnie o coś, czego pewnie w życiu na oczy nie widziałam.
Ponownie pochylił się nad modułem pod maską, gdzie ukryto bezpieczniki.
– Mam takie – stwierdził, po czym poszedł do nissana i wrócił z małą skrzyneczką.
Wymienił przepalony bezpiecznik. Przekręcił kluczyk w stacyjce i toyota od razu odpaliła.
– Kuba, jesteś kochany! – ucałowała go w policzek. – Masz u mnie kawę.
– Co robisz na tym odludziu? – spojrzał na otaczający ich las, dając do zrozumienia, że miała dużo szczęścia, że tędy przejeżdżał.
– Jadę po choinkę.
– To już nie sprzedają choinek w Szczecinie? Samowolne wycinanie ich w lesie jest karane...
Roześmiała się.
– Jadę do kuzyna, jest leśniczym. To taka nasza rodzinna tradycja. Od lat bierzemy choinki od niego; wcześniej braliśmy od jego ojca. Nigdy nie miałam innej choinki, tylko prosto z lasu, od wujka. Zawsze przyjeżdżałam z moim tatą. W tym roku po raz pierwszy wybrałam się sama, bo tato trochę nie domaga, a tradycji musi się stać zadość.
– Dasz sobie radę?
– Dam – dotknęła ramienia Kuby. – Dziękuję za pomoc. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cię spotkałam. Ile to już lat?
– Dwadzieścia...
– ...dwadzieścia siedem – szybko wyliczyła. – Co robisz w święta?
– Jak duża będzie choinka? – spytał, spoglądając na samochód Darii.
– Normalna, do sufitu... A dlaczego pytasz?
– Jak ją zabierzesz?
– Na bagaż... – urwała. – Ale ze mnie trąba, nie założyłam relingów! – zła na siebie, tupnęła nogą.
– Daleko do tej leśniczówki?
– Jeszcze dziesięć kilometrów.
– No to prowadź, pojadę za tobą. Do mojego samochodu na pewno się zmieści.
Popatrzyła na masywnego terenowego nissana w kolorze ciemnej szarości.
– Pobrudzisz siedzenia...
– Są rozkładane. Prowadź.
03.
Szef był wściekły, zawalili robotę. Od dwóch miesięcy razem z wydziałem do spraw narkotyków przygotowywali kocioł, do którego miała wpaść gruba ryba. Zakładali, że może to być druga postać w organizacji, którą operacyjnie ochrzcili „Lothar”, od imienia gangstera z Hamburga.
Inspektor Warski mało nie wyszedł z siebie, rzucając zdania pełne przekleństw. Na co dzień klął mało, musieli mu podpaść na wszystkich możliwych płaszczyznach, aby wprawić go w taką wściekłość.
– A gdzie wczoraj pani była, pani nadkomisarz Barbacka? – wzrok Warskiego padł na Teresę, przetoczywszy się wcześniej po wszystkich. Już tylko ona mu pozostała bez połajania.
Zdziwiła się, że akurat na niej skupił gniew, bo w żaden sposób nie była powiązana z zawaloną akcją. Na odczepnego chciała mu odpowiedzieć, że zasiedziała się u kosmetyczki, ale czerwona jak u indora twarz szefa zadziałała niczym lampka ostrzegawcza: „uwaga, nie drażnić smoka, bo pożre!”.
– Miałam wolne. Pan inspektor o tym wie – grzecznie odparła, posłusznie, z zachowaniem oficjalnej formy, z poszanowaniem hierarchii.
– A szkoda, bo może doświadczenie pani nadkomisarz uratowałoby dupy tych partaczy! – powiódł ręką po grupie policjantów odpowiedzialnych za fiasko operacji.
Przemilczała uwagę Warskiego. Nie lubiła, kiedy wyciągano jej zasługi na szerokie forum, szczególnie w takich chwilach jak ta. Odbierała to jako psucie atmosfery w zespole; jednych przeciwstawiano drugim. W ostatnich miesiącach, gdy u władzy zmieniła się opcja polityczna, metoda stawiania jednych przeciw drugim przybrała cechy obowiązującej normy. Wierzyła, że Warski mimo wszystko nie uległ nowym standardom, a jego odzywka była jedynie uzewnętrznieniem silnego gniewu. Należała do „starych” – już dawno proponowano jej awans i dobrą pracę za biurkiem. Odmówiła. Naciskano na nią, a ona z uporem odmawiała. „Sama usiądę za biurkiem, jeśli nie zrobię pełnej ścieżki” – mawiała przy każdej próbie przeniesienia jej do papierkowej roboty. Ścieżką była akrobatyka: gwiazda, podwójne salto i przynajmniej jeden obrót w powietrzu. Podziwiano ją z tego powodu – niezwykłego wygimnastykowania mimo czterdziestu sześciu lat. Na strzelnicy też niewielu dotrzymywało jej pola.
Odprawa dobiegła końca. Warski zniknął za drzwiami gabinetu. Teresa wyjęła papierosa i zaciągnęła się. Reszta funkcjonariuszy rozeszła się do zajęć, została tylko Beata.
– Gdzie spędzasz Wigilię? – spytała, dosiadając się do stolika Teresy.
– U mamy. Przyjeżdża mój brat z rodziną. Będzie fajnie – nadrabiała miną.
– A Krzysztof?
– Już mi zobojętniał – wzruszyła ramionami. – Przez tyle lat upokarzał mnie, a ja głupia walczyłam o jego uczucie. Ale skończyło się. Niech sobie idzie do tej swojej... – z politowaniem uśmiechnęła się. – Nawet nie wiem, jak ma na imię….
– Faceci to dranie, zawsze zdradzali. Wiem to najlepiej, bo zdradzają ze mną – rzekła Beata.
Teresa wstała z miejsca i zgasiła papierosa w popielniczce.
– Wpadniesz do mnie dzisiaj wieczorem? – spytała koleżankę. – Jestem sama, wypijemy Krzysztofowi jego ulubione wino, to najdroższe.
– Z rozkoszą.
04.
Zmierzchało, gdy dojechali pod dom Darii. Mieszkała na Warszewie w jednorodzinnym domu, w nowej zabudowie szeregowej.
Kuba wniósł choinkę do środka.
– Będziesz potrafiła ją osadzić w stojaku? – spytał.
– Robię to od lat – uśmiechnęła się, pokazując dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. Upływ czasu nie odebrał świeżości jej urodzie. Wciąż mogła się podobać. Na pewno podobała się mężczyznom. – Co robisz w święta? Może spotkalibyśmy się w drugi dzień? – zaproponowała.
– Przyjechałem do siostry. Nie wiem, co zaplanowała.
– Sam? Masz rodzinę?
– Jestem sam.
– Popatrz, jak niewiele o sobie wiemy. A kiedyś wiedzieliśmy o sobie wszystko.
– Kiedyś...
– Ja się rozwiodłam – zrobiła ruch ręką i wskazała na mieszkanie, jakby się tłumaczyła, dlaczego jest sama. – Mam córkę, Klaudię, ma już dwadzieścia jeden lat. Studiuje prawo w Poznaniu. Przyjedzie dzisiaj.
– A zatem będziesz miała rodzinne święta.
– Jak zawsze – uśmiech dodawał jej uroku. – Powiedziałeś, że przyjechałeś do siostry... Nie mieszkasz w Szczecinie?
– Mieszkam w Warszawie.
– Od dawna?
– Od piętnastu lat.
– My naprawdę o sobie nic nie wiemy. To jak, spotkamy się? Jestem ci winna kawę. Wybawiłeś mnie z podwójnej opresji: zepsuty samochód i transport choinki.
– Zobaczę – wręczył Darii wizytówkę.
Było na niej jego imię i nazwisko, numer telefonu komórkowego i adres poczty elektronicznej.
– Jakub Genza... Tylko tyle? Nie dyrektor, nie prezes? – żartobliwie spytała.
– Nie.
– Ja nie mam przy sobie wizytówki, ale dam ci numer do siebie na... – z torebki wyjęła zdjęcie i na odwrocie zapisała dwa numery, stacjonarny i komórkowy. – Zostało mi jedno, bo wyrabiałam nowy dowód osobisty. Przynajmniej będziesz wiedział, do kogo są te numery.
– Oryginalnie.
– Widzisz, wizytówka lepsza od twojej.
– Zadzwonię.
– Będę czekała.
Na pożegnanie podali sobie ręce.
– Cieszę się, że cię spotkałam. Chciałabym ci życzyć czegoś niebanalnego, ale tak mało wiem o tobie...
– Wystarczy, że dobrze mi życzysz. Doceniam to.
– To był miły dzień.
– Jeszcze się nie skończył. Najprzyjemniejsza chwila przed tobą..
– ?
– Przyjeżdża twoja córka.
Musiał pojechać w to miejsce, które pokochał w Szczecinie bardziej niż wszystkie inne, do parku Kasprowicza, do amfiteatru. Zadzwonił do siostry, że trochę się spóźni. Rozumiała go najlepiej. Miała świadomość, jak bardzo tęsknił za ukochanym miastem. Przynajmniej zaczął częściej przyjeżdżać. „Wrócisz?” – spytała go któregoś razu. „Tam już nic mnie nie trzyma..., może” – odparł, dając siostrze nadzieję, że znów będzie go miała bliżej siebie.
Samochód zatrzymał na ulicy Wyspiańskiego. Zapamiętanym z młodości skrótem pomiędzy posesjami wszedł do parku od strony basenu przeciwpożarowego. Było wilgotno, typowo po szczecińsku. Nawet za tym tęsknił, za aurą miasta – wietrzną, mglistą, wilgotną.
Mazowsze miało klimat kontynentalny. Nie lubił Mazowsza, płaskiego krajobrazu i tłoku na drogach; samochodów pędzących do Warszawy jak mrówki do mrowiska. Szczytem komunikacyjnego warszawskiego zatwardzenia był Raszyn, rozjeżdżany w ciągu jednego dnia przez dziesiątki tysięcy samochodów z całej Polski. Komunikacyjna porażka.
Przy basenie przeciwpożarowym minął dwie szare postaci; niespiesznie wracały do domu. Alejką doszedł do amfiteatru. Wokoło było pusto i cicho. Usiadł na ławce w najwyższym rzędzie, na wprost estrady. Wielki łuk z betonu wznoszący się wysoko nad sceną odcinał się jasną barwą od ciemnego tła parku. Przymknął powieki i wspomnieniami wrócił do cudownych chwil z przeszłości. Pośród tych wspomnień były też chwile spędzone z Darią. Spotkanie na drodze obudziło w nim tamte zdarzenia. Wtedy wiele dla niego znaczyła. Może powinien skorzystać z jej zaproszenia?
Odruchowo spojrzał na zegarek, dochodziła siedemnasta. Najkrótsze dni w roku, od świąt zacznie dnia przybywać. Po raz ostatni skierował wzrok na scenę amfiteatru. Znów minął szarą, bezkształtną postać, która dokądś się spieszyła. Ludzie zatopieni w jesiennej szarówce. Latem o tej porze park tętnił życiem i był kolorowy; to pamiętał, a on młodzieńczo zakochany. Kolejne wspomnienia z liceum...
Z głównej alejki wrócił w stronę basenu. Po lewej stronie na resztkach zeschłych liści leżała jakaś postać. Kuba pochylił się nad nią.
– Proszę pana – poruszył leżącego lekko za ramię. – Proszę pana! – tym razem uczynił to nieco mocniej.
Mężczyzna nie dawał oznak życia. Kuba przyłożył mu trzy palce do tętnicy szyjnej, ale nie wyczuł charakterystycznego pulsowania. Zadzwonił po pogotowie ratunkowe. Przyjechali bardzo szybko. Zespół karetki reanimacyjnej dokonał oględzin mężczyzny. Stwierdził zgon.
– Powiadomiliśmy policję. Powinien pan na nich zaczekać, mogą mieć pytania – rzekł lekarz do Kuby.
Pierwszy przyjechał radiowóz interwencyjny. Policjanci wylegitymowali Kubę i zebrali informacje o zdarzeniu – w jakich okolicznościach i o której godzinie znalazł denata. Na koniec spisali jego dane. Już chcieli zezwolić mu na odejście, gdy przy basenie niespodziewanie pojawiły się dwie funkcjonariuszki policji z komendy miasta. Były po cywilnemu, jedna z nich wydawała się Kubie znajoma.
– Sreberko? – niepewnie spytał, wpatrując się w tę atrakcyjniejszą szatynkę z krótko obciętymi włosami.
– Kuba? – na ustach Teresy rozlał się szeroki uśmiech. – Mój Boże, już dawno nikt mnie tak nie nazwał! – objęła kolegę za szyję, witając się z nim serdecznie. – To moja koleżanka, pracujemy razem – wskazała na towarzyszącą jej Beatę.
– Podkomisarz Lewicka.
– Co tu robisz? – spytała Kubę, wskazując jednocześnie na zwłoki.
– Chyba znalazłem się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
– To ty znalazłeś denata? – od policjanta mundurowego wzięła dokument sprawy i przejrzała pospiesznie. – Nie mogłeś gdzie indziej się wybrać na spacer, tylko tu? Będziemy teraz ciągać cię po komisariatach... – żartowała, uśmiechając się.
– Powiedziałem już wszystko – głową wskazał na spisane zeznanie. – Nawet tobie niczego więcej nie powiem.
– Nie znasz moich metod przesłuchania... Nie tacy twardziele pękali przy mnie, prawda, Beti?
Podkomisarz Lewicka, robiąc przesadnie poważną minę, potwierdziła słowa koleżanki. Teresa oddała dokumenty i poleciła mundurowym zająć się zwłokami.
– Co robisz dzisiaj wieczorem? – wypaliła, celując palcem prosto w pierś Kuby. – Strasznie się cieszę, że cię spotkałam. Nie możemy tak tego zostawić. Musimy pogadać. Jedziemy do mnie na lampkę wina... Zabieramy cię ze sobą! – zadecydowała.
– Chętnie, ale innym razem. Siostra czeka na mnie, jestem już spóźniony.
– Cholera! Nie rób mi tego... A może go aresztujemy? – szukała potwierdzenia u podkomisarz Lewickiej.
– Niezły pomysł. Oskarżymy pana, o... morderstwo.
– Właśnie! Jesteś aresztowany! Motyw zabójstwa wydobędziemy z ciebie u mnie w domu.
We troje przez krótką chwilę się śmiali. Kuba wyjął wizytówkę i wręczył ją Teresie.
– Nie uwierzysz, ale dzisiaj daję ją drugiej osobie z naszej klasy.
– Komu jeszcze dałeś?
– Darii. Przypadkiem spotkałem ją na drodze.
– W życiu nie istnieją przypadki...
– ...tylko przeznaczenie – dokończył za Teresę.
– Pamiętasz, kto tak mawiał? – spytała.
– Romek.
– Dlatego musimy się spotkać – położyła koledze otwartą dłoń na piersi. – Koniecznie. Wiesz, nawet myślałam o tobie rano. Chyba ściągnęłam cię myślami.
Rozeszli się, obiecując, że skontaktują się po świętach.
– Masz przystojnych kolegów – rzekła Beata, kiedy wsiadały do samochodu.
– Nie miałam u niego szans. Po uszy był zakochany w tej Darii. Zresztą ja wtedy też na niego nie zwracałam uwagi – przyznała.
– Błąd, dzisiaj miałabyś inne życie. Widziałaś, jaką furą jeździ?
– Jak nic, upiję się w trupa – przekręciła kluczyk w stacyjce. – No, niezupełnie – myślami nawiązała do zdarzenia sprzed chwili. – Ale na pewno zdemolujemy zapasy alkoholu mojego męża i... ani jednego kieliszka nie wypijemy za jego zdrowie.
05.
Zadzwonił wieczorem pierwszego dnia świąt. Umówili się na następny dzień, na popołudnie. Przyjechał przed siedemnastą. Przywiózł Darii pachnącą świecę w szklanym kaganku.
– Skąd wiedziałeś, że lubię świeczki?
– Podpatrzyłem – spojrzeniem wskazał na salon, gdzie stało kilkanaście różnokolorowych świec.
Ustrojona w wielobarwne bombki i anielskie włosy choinka nadawała pomieszczeniu bożonarodzeniowy klimat.
Poznał córkę Darii, Klaudię. Wychodziła do koleżanki, gdy mijali się w przedsionku salonu. Wysoka blondynka z długimi włosami, o wyrazistych rysach, niepodobna do matki, niewysokiej brunetki, o słodkiej buzi i urodzie rozmarzonej nastolatki. Czas obchodził się z Darią nadzwyczaj miłosiernie, wyglądała o dziesięć lat młodziej, niż miała w istocie.
– Jest podobna do ojca – zauważyła, prowadząc Kubę w głąb salonu. – Zewnętrznie, bo charakter ma po mnie. Wiesz, co sobie wczoraj uświadomiłam? Że nasze dzieci mają dzisiaj więcej lat niż my w czasach liceum. Masz dzieci?
– Nie.
– Przepraszam, że pytam, ale być samotnym nie oznacza od razu... – uśmiechnęła się.
– Nie oznacza – odpowiedział jej krótkim uśmiechem.
– Widujesz się czasami z ludźmi? – miała na myśli kolegów i koleżanki z klasy.
– Do przedwczoraj nie miałem okazji.
W skrócie opowiedział o niezwykłym spotkaniu z Teresą Barbacką.
– Kiedyś spotkałam Iwonę i Wieśka. Wiesz, że są małżeństwem? Mają córkę, Magdę, rówieśnicę Klaudii.
– Klasowe małżeństwo z takim stażem, a dla mnie to nowość.
– Jest jeszcze jedno małżeństwo, Halina i Sławek też się pobrali.
– To akurat było do przewidzenia. Chodzili ze sobą.
– O Arturze zapewne wiesz, bo nie sposób go nie zauważać, choćby w telewizji.
– Taa… Widziałem nie raz pana posła. Zawsze pchał się na afisz. To też było do przewidzenia, jak i to, że dla kariery będzie zmieniał przyjaciół. On chyba był już w trzech partiach.
– Czterech – sprostowała. – Wpierw w ZChN-ie, potem w AWS-ie, później przez chwilę w PO, a teraz jest w Samoobronie.
– Wreszcie znalazł miejsce dla siebie...
– Po głosie wnioskuję, że nie przepadasz za nim.
– Nie zmienił się, był irytujący i przemądrzały. Jako poseł jeszcze się rozwinął.
– W liceum nigdy nie byłeś uszczypliwy.
– Najwidoczniej dopadło mnie to z wiekiem.
Nalała mu kawy do filiżanki.
– Z mlekiem? – spytała.
– Chętnie.
– Nie pytasz, co u mnie, co robię?
– Sama mi powiesz.
– Racja, po to przecież się spotkaliśmy.
– To czym się zajmujesz?
– Jestem właścicielką salonu kosmetycznego. Skończyłam prawo administracyjne, ale po odejściu Kamila, mego męża, musiałam się zająć czymś bardziej dochodowym. Miałam na głowie Klaudię, spłatę kredytu na dom, no i życie. Skończyłam kurs kosmetyczny, bo ktoś mi zasugerował, że to bardziej się opłaca. Początkowo nie miałam kokosów, ale pracując u koleżanki, zdobyłam doświadczenie. Rodzice pożyczyli mi pieniądze i otworzyłam własny salon.
– Teraz pewnie już się opłaca?
– Teraz już tak. A co działo się w twoim życiu?
– Kilka miesięcy po maturze wyjechałem do Anglii, do wujka mojego ojca. Pojechałem do pracy. Tam zastał mnie stan wojenny. Do Polski wróciłem w 1990 roku. To było nowe otwarcie, nowe wyzwanie. Razem z przyjacielem założyliśmy firmę reklamową. Na polskim rynku byliśmy pionierami. Z Anglii przywiozłem doświadczenie i solidne wykształcenie. Osiągnąłem sukces...
– Ale? – wyczuła, że to nie koniec.
– Od dwóch lat już nie jestem w reklamie. Sprzedałem udziały w firmie.
– Czym się zajmujesz dzisiaj?
– Chyba szukam nowego początku – rzekł z lekką zadumą po chwili milczenia.
– A... rodzina? – zawahała się, jakby nie do końca pewna, czy może go o to spytać.
Pokręcił głową.
– Pamiętasz z liceum taką przerwę między lekcjami, chyba krótko przed maturą. Spytałeś nas, dziewczyn, czy przyszłybyśmy do ciebie do spowiedzi, gdybyś był księdzem?
– Pamiętam. Prawie wszystkie w jednej chwili krzyknęłyście, że nie, że nigdy w życiu.
– Ja bym przyszła.
– Więc przyszłybyście wszystkie. Jesteś ostatnia, która mi to mówi.
– Chcesz mi powiedzieć, że pozostałe dziewczyny wyznały ci to już wcześniej? – była zaskoczona.
– W pojedynkę przychodziły do mnie przez tydzień w tajemnicy przed resztą. Każda przyznała się, że przyszłaby do mnie do spowiedzi, gdybym był księdzem.
– Skąd wtedy to pytanie?
– Bo wtedy myślałem o pójściu do seminarium.
– Żartujesz! – była zdumiona.
– Nie.
– Boże! – nie mogła ochłonąć. – Po tylu latach szokujesz mnie! W życiu bym nie pomyślała, że... Zwłaszcza po tym, co mi powiedziałeś... No wiesz – wstała z fotela i przeszła się krótko po salonie. – W ogóle cię nie znałam, nawet wtedy – ze smutkiem w głosie stwierdziła.
– A, co to by zmieniło, gdybyś wiedziała?
– Kuba... – zbliżyła się do kolegi. – Wiesz... przyśniłeś mi się miesiąc temu. Ja rzadko miewam sny. A ten był tak sugestywny, jakby rzeczywisty. Kiedy cię zobaczyłam na drodze, nie mogłam uwierzyć, że to ty. Jakby sen wciąż trwał. Myślałam o tobie, o tym, co mi kiedyś powiedziałeś.
– To przeszłość.
– Nie dla mnie. Ona wróciła.
– Za sprawą snu?
– Nie. Wcześniej też o tobie myślałam. I nawet zadałam sobie pytanie, dlaczego tak wobec ciebie postąpiłam.
– Nad czym tu się zastanawiać, nie kochałaś mnie.
– Nie znałam cię.
– Nie chciałaś mnie poznać.
– To prawda – przyznała ze skruchą. – Mądrzejemy z upływem lat. Szukałam księcia z bajki: musiał być wysoki, przystojny, dowcipny i mieć książeczkę mieszkaniową – zakończyła z sarkazmem. – Szukałam oczami a nie sercem.
– Dlaczego mi to mówisz?
– Jak często bawiliśmy się razem, wyjeżdżaliśmy nad morze, chodziliśmy na prywatki?
– Często.
– Byłeś moim dyżurnym partnerem. Zawsze miałeś dla mnie czas, nigdy nie powiedziałeś „nie”. O niektórych moich tajemnicach wiedziałeś więcej niż moje przyjaciółki. Miałeś prawo myśleć, że ja...
– Daria, to przeszłość. Nie warto wracać, niczego nie zmienisz.
– A ja tak naprawdę nigdy cię nie poznałam, choć miałam cię na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? – pytająco spoglądała na kolegę.
Zapanowało milczenie.
– Bo ty nigdy niczego o sobie nie mówiłeś! – wyrzuciła mu w twarz, nieznacznie unosząc głos.
– Naprawdę chcesz o tym rozmawiać? Po to mnie zaprosiłaś do siebie, po tylu latach?
– Nie. Nie wiem... Może... Zbudziłeś we mnie tyle emocji, tyle wspomnień. Nawet moja mama zauważyła podczas Wigilii, że jestem nieobecna myślami. Okłamałam ją, że pobolewa mnie głowa. A potem powiedziałam jej, że spotkałam cię na drodze, że pomogłeś mi z samochodem i choinką... Mama wysłuchała tego, a na koniec stwierdziła, że mówię o tobie za dużo, że to ty jesteś powodem mojego bólu głowy... Pamiętasz moich rodziców?
– Pamiętam.
– Nie pomyśl sobie, że chcę się usprawiedliwiać za przeszłość. Jest już za nami i niczego nie zmienię, jak zauważyłeś, ale chcę o tym porozmawiać.
– Po co?
– By dać sobie szansę i móc cię poznać – odpowiedziała półszeptem. – Czuję upływ lat. Mam świadomość, że rzeczy piękne, radosne i beztroskie są już poza mną. Stałam się sentymentalna, szybko i często się wzruszam. Melodia sprzed lat w ułamku sekundy przenosi mnie w przeszłość. Wtedy przez moment jest mi przyjemnie. A po chwili wypełnia mnie smutek. Wpadam w dołek. Wiele bym dała, aby móc na jeden dzień cofnąć się do czasów młodości, dużo bym zmieniła. Milczysz... – zauważyła. – Nie miewasz podobnych myśli?
– Nie.
– Nie wierzę ci – pokręciła głową.
– Dla mnie najdalsza przeszłość to... czerwiec tego roku – odparł, nie spuszczając z niej wzroku.
– Co wydarzyło się w czerwcu tego roku?
– Nic – wzruszył ramionami.
– To dlaczego mówisz mi o czerwcu?
– Równie dobrze mógłbym powiedzieć „maj”. Ja nie patrzę wstecz. Przestałem.
Dopiła kawę. Wyszła do kuchni i wróciła z tacą z ciastem.
– Pięknie pachnie – zauważył.
– Wypieki mojej mamy.
– Pamiętam bułki z jagodami, robiła je zawsze w sobotę.
– Naprawdę? – było jej przyjemnie, że pamiętał.
– Odprowadzałem cię do domu, a twoja mama częstowała mnie jagodzianką.
– Niosłeś moją torbę z książkami. Mówiłeś mi, że nie powinnam dźwigać, bo jedno ramie będę miała niżej i wtedy żaden chłopak mnie nie zechce. Spójrz – stanęła wyprostowana. – Prawe ramię mam niżej.
– To znaczy, że na studiach nie miałaś nikogo, kto nosiłby za ciebie torbę.
– Napijesz się jeszcze kawy? – spytała.
– Napiłbym się wina.
– Nie musisz prowadzić samochodu?
– Przyjechałem taksówką.
– Oczywiście – podeszła do barku z alkoholem.
– Otworzysz?
Wziął od Darii butelkę czerwonego wytrawnego torre muga, rocznik 1998.
– Sama kupowałaś?
– Dostałam w prezencie od znajomego.
– Bliski znajomy?
– Dosyć. Dlaczego pytasz?
– Znasz się na winach?
– Wcale. Nie używa się ich do maseczek kosmetycznych – dodała z przekąsem. – Dlaczego pytasz?
– To nie jest byle jakie wino, ale hiszpańskie z regionu Rioja. Jak na nasze warunki, dosyć drogie. Ten, kto ci je ofiarował, dobrze o tym wiedział. To wino jako prezent jest jak naręcze czerwonych róż.
– Źle trafił, nie poznałam się. Mógł przynieść róże. Ale ty się poznałeś.
– Taką miałem pracę.
– Picie wina?
W jej głosie wyczuł niewinną zaczepkę.
– Przy okazji.
– Przy okazji... – zawiesiła głos, zachęcając do kontynuowania.
– ...rozmów biznesowych. Z czasem zaczyna się rozróżniać, co dobre, a co nie. Zapamiętuje się marki, zaczyna się żyć według wymiaru, pilnując, aby nieopatrznie nie zejść poniżej określonego poziomu.
– Określonego przez kogo?
– Przez podobnych do mnie.
– Wyczuwam ironię...
– I słusznie.
– Nie lubisz tego, co robiłeś? – zgadywała.
– To sztuczny świat, pełen próżności, w którym sprzedaje się iluzję. Ludzie kochają iluzję, dlatego płacą za nią grube miliony. Myślę, że tak właśnie wygląda przedsionek piekła. W piekle nie ma kotłów i bulgoczącej smoły. Piekło jest w duszy, do której sami wlewamy czarną maź. A diabły chodzą w drogich garniturach i piją drogie wina... Minęło wiele lat, zanim to zrozumiałem.
– Duszą niespełnionego księdza? – upiła łyk wina z kieliszka. – Rzeczywiście jest pyszne. Więc mówisz, że jest drogie?
– Butelka kosztuje ponad trzysta złotych.
– Raz w życiu kupiłam wino za siedemdziesiąt złotych i wydawało mi się, że strasznie zaszalałam. Naręcze czerwonych róż... – na głos się zamyśliła, odwołując do porównania Kuby. – To pasowałoby do niego, do tego znajomego, od którego dostałam wino – wyjaśniła szybko. – Od jakiegoś czasu zaczęłam go podejrzewać, że podkochuje się we mnie – niewinnie się uśmiechnęła.
– Podejrzewałaś?
– Myślisz, że miał to wypisane na czole?
– Myślę, że miał. Mężczyźni nie są skomplikowani, łatwo ich rozszyfrować.
– Ty nie miałeś napisane, niczego nie widziałam.
– Dlaczego rozstałaś się z mężem? – zmienił temat.
– To on rozstał się ze mną. Był taki, jakiego sobie wymarzyłam w liceum: wysoki, przystojny, dowcipny...
– ...książę z bajki z książeczką mieszkaniową? – Kuba wchodząc Darii w słowo, po raz pierwszy pozwolił sobie na delikatną uszczypliwość.
– Był biseksem. Zostawił mnie dla Grześka.
– Jakiego Grześka?! – zamurowało go.
– Z naszej klasy.
– Zielińskiego?!
– Nie wiedziałeś, że Grzesiek jest homo?
– Nie.
– Połowa klasy o tym wiedziała.
– Widać należałem do tej gorzej poinformowanej... Niby skąd miałem wiedzieć, nigdy nie składał mi propozycji.
– Romkowi złożył.
– Mówisz poważnie?
– Byli na jakimś obozie harcerskim w Bieszczadach i wtedy uderzył do Romka.
– Nie chwalił się.
– Roman? Chwalił, ale nie przed wszystkimi. Powiedział Bogdanowi, Krzyśkowi i Mirkowi. Dziwne, że tobie nie powiedział, wydawało mi się, że stanowiliście paczkę.
– Jak twój mąż poznał Grześka?
– Przeze mnie, idiotkę. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Kamil jest biseksem.
– Kiedy się dowiedziałaś?
Jednym haustem wypiła pół kieliszka.
– Kiedy przyłapałam ich w łóżku – jej ciałem wstrząsnął lekki dreszcz. – Nalej mi jeszcze – podsunęła pusty kieliszek.
– Wybacz, chyba ruszyłem bolesny temat...
– Wtedy był potwornie bolesny, a dzisiaj pozostał już tylko niesmaczny.
– Nie wiedziałem. Przepraszam.
– Za co przepraszasz? Że miałam męża ciotę? Sama tego chciałam, mogłam wybrać lepiej – kieliszkiem stuknęła o kieliszek Kuby. – Po to się spotkaliśmy, aby sobie o nas pogadać. Ale ty nie chcesz mówić o sobie – zauważyła.
– Chyba nigdy nie potrafiłem, nie czułem potrzeby.
– Powiem ci, dlaczego potrafiłybyśmy przyjść do ciebie do spowiedzi. Bo umiałeś trzymać język za zębami. Dziewczyny z klasy to wiedziały. Szanowałyśmy cię za to. Spośród wszystkich chłopaków ciebie darzyłyśmy największym zaufaniem. Cholernie cię lubiłyśmy, wszystkie.
– Nie dałem powodu...
– Nie dałeś? – żachnęła się. – Już zapomniałeś, kto towarzyszył Ilonie u ginekologa, kiedy poszła usunąć ciążę? Zadzwoniła do ciebie, bo bała się iść sama. Byłeś przy niej przez cały czas, opiekowałeś się nią. Zabrałeś ją potem do domu ciotki, która wyjechała do sanatorium, bo nie chciałeś, aby rodzice Ilony widzieli ją zaraz po zabiegu. Powiedziałeś im, że zabierasz ją na prywatkę do kuzyna. Myślałeś, że nikt o tym nie wiedział?
– Na pewno nie ode mnie.
– Oczywiście, że nie od ciebie. To Ilona opowiedziała nam o wszystkim. Ale nie powiedziała, kto był ojcem dziecka. Ty wiesz, tobie powiedziała. Kto nim był?
– Spytaj Ilonę.
– Kuba, minęło ponad ćwierć wieku. Jakie to teraz ma znaczenie?
– Chodzi o zaufanie.
Przypatrywała mu się.
– Czy to prawda, że ty i Lidka?
– Nic z tego nie wyszło. Nie było między nami chemii, jak mawia się teraz.
– Spotkałam Lidkę w zeszłym roku. Ma trójkę dzieci, marynarzowa... Pamiętasz nasze marzenia z „Zamkowej”? – Daria wspomniała ostatnie spotkanie klasowe w lokalu w Zamku Książąt Pomorskich już po balu maturalnym. – Lidka chciała zostać naukowcem. Była rewelacyjna z chemii, a skończyła jako żona przy mężu i matka przy dzieciach.
– Przynajmniej w jej małżeństwie jest... chemia – uśmiechnął się.
– Tylko Roman osiągnął, co sobie wymarzył. Jest wykładowcą na uniwersytecie. W marcu obronił habilitację. Za parę lat będzie profesorem.
– Jest historykiem?
– Początkowo, teraz jest politologiem. Czasami pokazują go w telewizji. Nie mogłeś go widzieć, ponieważ występuje wyłącznie w naszej, w regionalnej. Prawdziwą klasę pokazał podczas debaty przedwyborczej. Wtedy obnażył prawdziwą naturę Artura, ukazując, że Artur jest koniunkturalistą i brakuje mu kompetencji. Że to tylko dobrze pomalowana wydmuszka. A głupi ludzie i tak wybrali Artura na posła. Mógł się Roman nie trudzić.
– Pamiętam, że Artur chciał być pisarzem.
– Podobnie jak Wojtek. Pamiętasz Wojtka? Nie żyje. Dostał wylewu. Umarł we śnie.
– Wojtek nie żyje? – był zaskoczony.
– On realizował marzenia. Zostawił kilka powieści i dwa tomiki wierszy. Chciał wydać książki. Dwie wysłał nawet do wydawnictwa. Zmarł tak młodo.
– Kiedy to się stało?
– Byłeś za granicą – podeszła do komody i wyjęła z szuflady zeszyt. Otworzyła go mniej więcej w połowie. – Mam coś od niego. Jakiś miesiąc po maturze przyszedł do mnie, do domu. Był przygnębiony, nie wyszło mu z dziewczyną. Szukał pocieszenia. Gadaliśmy do późna w nocy. Następnego dnia znalazłam w zeszycie jego zapiski. Musiał je napisać, kiedy wyszłam do kuchni zrobić kanapki.
A teraz stop! Świat przymyka powieki. Na arenie świadomości gasną światła. Wkracza czarodziej ułudy, demaskator marzeń. Nocny dyżur zaczyna podświadomość piętnująca nasze sny zakazaną myślą. Przewracając się na drugi bok, przygniatamy ogon psotnikowi wpisującemu w nasz nocny film drobne świństewka. Serce spowalnia i gaśnie oddech – to dusza, która ćwiczy się przed wykonaniem desantu w nieśmiertelność, w przyszłości. Nagle czarodziej ułudy wyciąga nas na środek areny. Boimy się. Nasz krzyk nie może nas zbudzić. Szamoczemy się ze złem, które z nas wypełzło. Uciekamy przed nim w zaułek snu, ale zbudzony potwór za każdym razem nas odnajduje. Zrywamy się z zastygłym krzykiem. Przerażeni spoglądamy w ciemność, która wciąż nam się jawi jako peleryna czarnoksiężnika. To tylko noc. Świt jeszcze nie podniósł powiek. Nocną ciszę wypełnia donośny stukot; nasze serce dodaje nam otuchy, uspokaja, że wciąż jest przy nas. W ludziach bez serca.
Wojtek spoglądał na świat innymi oczami. Widział, że nie jesteśmy ugłaskani, jak nam się zdawało.
– Dlaczego zostawił to tobie?
– Spytałam go, ale nie pamiętał, aby cokolwiek napisał w moim zeszycie. Myślę, że on wpadał w takie transy, odlatywał jak po narkotykach.
– Brał?
– Nie, na pewno nie. Może ten tętniak tak na niego wpływał? – zamyśliła się. – Wracając do naszych marzeń, moim marzeniem było zostać szczęśliwą żoną i szczęśliwą matką. Podobnie jak Teresy. Siedziałyśmy w „Zamkowej” obok siebie i miałyśmy dokładnie takie samo marzenie. Banalne. Nawet ono nam nie wyszło. Teresa też ma przegrane małżeństwo. Ale ona nie ma dzieci.
– Spotykasz się z Teresą?
– Prowadzę salon kosmetyczny, przychodzą do mnie różne klientki. Świat wcale nie jest taki duży, jak nam się zdaje. Z upływem czasu dowiedziałam się, że niektóre moje klientki i ja mamy wspólnych znajomych. Jestem, więc osobą dobrze poinformowaną. Kiedyś kobiety chodziły pogadać do magla, dzisiaj do kosmetyczki. Ale to wciąż ta sama plotkarnia.
Uśmiechem skwitował jej uwagę.
– Młodość jest pełna kolorowych planów na przyszłość i jest ufna, wręcz zadufana. Kiedy nasze ciała zaczynają się psuć, psują się też nasze marzenia. Nie mogę sobie przypomnieć, o czym ty marzyłeś. Pamiętam, że Bogdan zapisywał te nasze marzenia na serwetkach. Mówił, że roześle je po upływie dziesięciu lat, abyśmy mogli je sobie porównać z rzeczywistością – umilkła. – Ty jeden wtedy nie powiedziałeś, o czym marzyłeś! – przypomniała sobie, wytykając to Kubie. – Nigdy o sobie niczego nie mówiłeś! Byłeś jak... – szukała słów – jak studnia!
– Może nie miałem marzeń?
– Przestań. Każdy je ma. Zawsze.
– Bogdan przesłał marzenia, jak obiecał?
– Nie. Pewnie dawno temu wyrzucił serwetki do śmieci. Tak oto nic nie zostało z naszych marzeń. Myślisz, że byłby to dobry pomysł spotkać się całą klasą po latach?
– Bo ja wiem? – wzruszył ramionami.
– A chciałbyś?
– Po co?
– Dla wspomnień, Kuba.
– Już ci powiedziałem, ja nie wspominam.
– Gdzie podział się ten czuły i wrażliwy chłopak, jakiego pamiętam sprzed lat? – oczy Darii wyrażały gorycz. – Chwilami odnoszę wrażenie, że stałeś się... zimny i cyniczny. Czy ten przedsionek piekła zmienił cię aż do tego stopnia?
– Byłem dalej, Daria – wstał z fotela i odstawił kieliszek na stolik. – Byłem na dnie samego piekła – wolnym krokiem ruszył do wyjścia.
– Kuba! – złapała go za łokieć, zatrzymując. – Wybacz.
Po raz pierwszy dostrzegła w jego oczach emocje. Ból. Ogromny.
– Jeśli wyjdziesz, będą to moje najfatalniejsze święta od wielu lat. Jeśli zostaniesz...
Był od niej wyższy o głowę, spoglądał na nią z góry.
– To chyba rzeczywiście nie przypadek, że jednego dnia spotykam ciebie i Teresę. Zorganizuj spotkanie naszej klasy. Przyjadę.
Wzięła go za rękę i zaprowadziła w stronę fotela, z którego tak gwałtownie się poderwał.
Wyszedł po dwudziestej pierwszej. W progu minął się z Klaudią. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Uśmiech na pewno miała po matce.
06.
Trzy razy przeglądała raport medycyny sądowej dotyczący mężczyzny znalezionego w parku Kasprowicza opodal basenu przeciwpożarowego. Mężczyzna nie umarł śmiercią naturalną. Został zamordowany. Ktoś wstrzyknął mu jakiś szybko wchłaniający się preparat, który zostawił ulotny ślad w organizmie, a raczej w tym, co zostało w środku z organizmu. Ponadto na ciele zamordowanego znaleziono rysunki: łzę pod okiem i kwadraty na torsie, i cyfry widoczne dopiero w świetle ultrafioletowym.
– Zajmiesz się tym – Warski zlecił Teresie sprawę morderstwa.
– Dlaczego ja?
– Bo znasz sprawę od początku. Beata wspominała, że truposza znalazł twój przyjaciel.
– Kolega – sprostowała. – Nie widzieliśmy się dwadzieścia siedem lat – podświadomie broniła Kuby przed policyjną machiną.
– Masz więc okazję spotkać się z nim raz jeszcze. Wyduś z niego, co pamięta. Każdy szczegół, nawet pierdnięcie motyla.
– Motyle w grudniu... – z politowaniem pokiwała głową.
– No, to Świętego Mikołaja. Teraz lepiej?
– Nie wmawiaj mi, że dostaję sprawę, bo znam przypadkowego znalazcę nieboszczyka –wpatrywała się w szefa wyczekująco.
Pracowali ze sobą od lat, znali się prywatnie i przyjaźnili się. Wiedzieli o sobie więcej, niż wymagały tego stosunki w pracy. Zachowanie Warskiego mówiło Teresie, że w sprawie jest drugie dno.
Inspektor podszedł do biurka i z szuflady wyjął grubą teczkę. Położył ją przed Teresą. Teczka była tekturowa, stara, nosiła sygnatury nadawane przez milicję.
– Trzydzieści dwa lata temu prowadziłem dochodzenie w sprawie poczwórnego morderstwa – otworzył teczkę, wyjmując zdjęcia czterech młodych mężczyzn zamordowanych przed laty. – Gerhard Khan, Marcus Schloss, Jaromir Idziak, Marian Dębina. Tę czwórkę znaleziono martwych w domu Jaromira Idziaka na Golęcinie.
– Ci dwaj, to Niemcy? – spytała.
– Tak, NRD-owcy. Wszyscy poznali się w Dreźnie na jakimś zlocie młodzieżowym. Pamiętasz, jak to wtedy było: „Młodzież socjalistyczna państw demokracji ludowej wspólnie buduje przyszłość świata” – z lekką ironią w głosie przypomniał ducha minionej epoki.
– Co oni mają wspólnego z nieboszczykiem z parku Kasprowicza?
– Trucizna, którą ich zabito – popukał w raport lekarza sądowego sprzed trzydziestu dwóch lat. – Takie same objawy. Szybko wchłaniające się świństwo, które z wewnętrznych narządów robi galaretę. Wtedy nie udało się nam namierzyć mordercy ani ustalić, co za draństwo zabiło tę czwórkę. Zachowano próbki tkanek ofiar tamtego morderstwa i teraz porównaliśmy je z tkanką zamordowanego w parku Kasprowicza. Obraz porównawczy pasuje w osiemdziesięciu procentach.
– To znaczy, że łączysz te sprawy ze sobą? Minęły trzydzieści dwa lata – powątpiewała.
– Ty dasz mi odpowiedź, czy te dwie sprawy są ze sobą powiązane.
– Trzydzieści dwa lata temu miałam piętnaście lat. Byłam jeszcze dziewicą – pozwoliła sobie na rubaszną dygresję.
Warski położył jej dłoń na ramieniu.
– Tess – tylko on mógł zwracać się do niej w ten sposób. – Wiesz, że czasem miewam przeczucie. Teraz je mam. Te odległe w czasie sprawy są ze sobą jakoś powiązane. Dlatego potrzebuję śledczego, który ma głowę na karku.
– Mam wywąchać pierdnięcie motyla? A jeśli mi się uda, co wtedy dostanę? – lubiła przekomarzać się z Warskim. Przypominał dobrego wujka, który na wiele jej pozwalał, bo ją uwielbiał. To do jego domu uciekła, kiedy po raz pierwszy nie mogła się otrząsnąć po trudnej sytuacji z mężem.
– Osobiście strzelę Krzysztofowi w kolano – lekko przymrużył oczy, śmiejąc się.
07.
Pakował ubrania do torby, szykując się do wyjazdu, do domu, do Warszawy. Siostra i szwagier namawiali go, aby został z nimi na sylwestra, ale on chciał być sam. Nie nalegali. Przed południem odebrał telefon od Teresy. Zaprosiła go do komendy, chciała dodatkowych zeznań w sprawie nieboszczyka z parku.
– Nie umarł sam z siebie? – Kuba próbował odgadnąć.
– To rutynowe pytania, chcemy wykluczyć niedomówienia. Moi koledzy, z którymi rozmawiałeś, mogli coś przeoczyć – Teresa tłumaczyła powód spotkania.
Wzrokiem powiódł po wystroju pomieszczenia, w którym się znajdował. Ściany zdobiło dużo dyplomów, wyróżnień i pochwał dla funkcjonariuszki Teresy Barbackiej. Wśród zdjęć z oficerami policji wyższego szczebla jedno przykuwało uwagę w sposób szczególny. Fotografia, na której Teresie towarzyszył generał Marek Papała. Z utrwalonej chwili można było wysnuć wniosek, że się znali.
– Był uroczym człowiekiem – stwierdziła, widząc, na czym Kuba skupił uwagę. – Obawiam się, że nigdy nie poznamy prawdy, dlaczego zginął.
– Nie odpowiedziałaś mi. Facet, którego znalazłem, został zabity. Czy tak?
– Daj spokój – machnęła ręką. – Chciałam z tobą się zobaczyć, to wszystko. To grzech?
– Nic o mnie nie wiesz – Kuba lekko się odchylił na krześle. – Potrafię czytać mowę ciała. Nie jesteś ze mną szczera – gestem ręki jakby od niechcenia powiódł po ścianach z laurkami wychwalającymi wieloletnią wzorową służbę koleżanki. – Komuś tak doświadczonemu nie zleca się śledztwa w sprawie przypadkowego nabicia guza na czole, nawet śmiertelnego.
Mogła się postarać i zwodzić go dalej, ale na to nie zasługiwał. Pamiętała go z liceum, był godny zaufania. Kiedyś dla żartu spytał ją, czy przyszłaby do niego do spowiedzi, gdyby był księdzem. Wtedy nie miała oporów.
– Został zamordowany – przytaknęła, sięgając po paczkę papierosów. Poczęstowała Kubę, ale odmówił. – Dlatego nam zależy, abyś sobie przypomniał, co widziałeś tamtego wieczora. Jesteś spostrzegawczy, kojarzysz... – teraz ona gestem od niechcenia powiodła po ścianach, odwołując się do bystrości kolegi.
– Czy jestem podejrzany?
– Nie. Mam nadzieję, że nie – szczerze dodała.
– Nie zabiłem tego człowieka. Nie znałem go. Nawet nie mam pojęcia, jak się nazywał, ile miał lat... Zajechałem pod dom Darii. Wniosłem jej choinkę. Przez chwilę rozmawialiśmy... Ile razy przyjeżdżam do Szczecina, zawsze zachodzę do parku, idę do amfiteatru. To takie magiczne miejsce dla mnie – tłumaczył. – To wszystko.
– Skup się – po przyjacielsku poprosiła.
Spojrzenie przeniósł na szary obrys drzwi. Na dłoni wsparł podbródek, a kciukiem i palcem wskazującym ścisnął usta. Wytężył umysł. Powoli wracały obrazy z tamtego wieczora. Wysiadł z samochodu... W oknie domu, opodal którego zostawił auto, połyskiwały światełka bożonarodzeniowej choinki. Przez lufcik w oknie dolatywała cicha kolęda. Towarzyszyły mu mieszane uczucia zapamiętanej radości z oczekiwania na Wigilię i głębokiego cierpienia od niedawna, od dwóch lat. Zaprzątnięty myślami, wszedł na podwyższenie z basenem przeciwpożarowym. Tam minął dwoje ludzi. Nie dostrzegł ich twarzy, zlały się z szarówką wieczora. W amfiteatrze spędził kilka minut. Kiedy wracał do samochodu na wysokości płotu okalającego amfiteatr napotkał mężczyznę. Zapamiętał wzrost – około stu osiemdziesięciu centymetrów, na pewno młody, mniej więcej około trzydziestu lat. Krok miał sprężysty. Nie widział jego twarzy, bo skrył ją pod grubym kapturem. Nikogo więcej nie spotkał.
– Powtórzyłem ci to samo, co już zeznałem – wzruszył ramionami, jakby przepraszając, że nie może wnieść niczego nowego do sprawy.
– Niezupełnie. Wtedy nie powiedziałeś, że mężczyzna, którego mijałeś w drodze powrotnej, miał około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu i był w wieku około trzydziestu lat.
– Nie? – był zaskoczony. – Myślisz, że to on był zabójcą?
– Dopiero zbieramy informacje – rozłożyła ręce. – A ty prawdopodobnie jesteś jedynym świadkiem, który być może widział mordercę. Skup się... proszę!
Zapach... tak, teraz go sobie przypomniał. Czuł go dwa razy, dlatego utrwalił mu się w pamięci. Dlaczego nie wspomniał o nim funkcjonariuszow na miejscu zbrodni? Bo był w szoku. Zbyt wiele obrazów jak na jeden dzień. Wpierw Daria, potem burza wspomnień związanych z amfiteatrem, a na koniec leżący trup. Opowiedział tylko to, co utrwalił najlepiej, naskórek zdarzeń. Emocje i skojarzenia wcisnął w głąb. Opowiedział jedynie ostatnio zapamiętane obrazy.
– Co to za zapach? – spytała.
– Old spice’a. Popularny w naszej młodości, ale do kupienia tylko w Peweksie lub od marynarzy – na chwilę cofnął się dygresją do młodości. – Dzisiaj raczej niewielu mężczyzn go stosuje. Poczułem go dwa razy. Raz, mijając te dwie osoby przy basenie przeciwpożarowym. Drugi raz, mijając tego mężczyznę, który miał kaptur na głowie.
Sylwetka Teresy lekko się wyprostowała, a twarz zdradzała zaciekawienie.
– Coś jeszcze? Przypomnij sobie. Dobrze nam idzie, Kuba... – ciepło zachęcała.
Buty... Buty mężczyzny w kapturze. Było w nich coś niezwyczajnego, ale nie umiał przypomnieć sobie, co to takiego.
– Wybacz – w przepraszającym geście rozłożył ręce.
Próbowała nakierować go jeszcze na inne tropy, ale niczego więcej już nie pamiętał.
– Bardzo nam pomogłeś – poklepała Kubę po ramieniu. – Co robisz w sylwestra?
– Jutro wracam do Warszawy.
– Wiesz, że mogę ci zabronić opuszczania miasta? – w jej spojrzeniu pojawiła się psota. Wciąż siedział w niej ten sam diabełek, który w młodości czynił z niej najlepszego kompana do robienia głupich kawałów.
Tylko wyrozumiale się uśmiechnął.
08.
To była podwójnie odświętna noc. Sylwester, kiedy wszyscy zakochani tulili się do siebie w tańcu, i noc jej ocalenia. Siedem lat temu wyrwano ją z piekła.
Na ramieniu poczuła opiekuńczą dłoń męża. Stał tuż za nią, odświętnie ubrany, gotowy do wyjścia na bal. Jego szlachetna postać odbijała się w lustrze toaletki. W milczeniu spoglądali na siebie, rozumiejąc bez słów.
Przechyliła głowę, by dotknąć policzkiem jego dłoni, a potem ujęła ją i ucałowała. Był jej aniołem stróżem. Po uwolnieniu z piekła wpadła do czyśćca, z którego żadną siłą nie mogła się wydostać. Pojawił się w jej życiu w chwili, kiedy chciała ze sobą skończyć. Miał w sobie siłę za nich oboje. Zabrał ją z czyśćca i pokazał niebo.
– Jesteś gotowa? – spytał, całując ją w głowę.
– Tak.
– Ładnie pachniesz.
– Wiem, że bardzo lubisz te perfumy.
– Ciebie lubię. Kocham.
Wstała z taboretu i zwróciła się twarzą do męża. Potem zarzuciła mu ręce na szyję i czule pocałowała go w usta.
– Ja ciebie też – szepnęła, troskliwym gestem zgarniając jasne pyłki z jego marynarki. – Chodźmy, nie każmy czekać mojemu ojcu – podała mu ramię.
Przed domem czekał już na nich ciemny Maybach 62. Ze środka, z tylnego fotela wychylił się starszy mężczyzna i zwrócił z uśmiechem do nadchodzącej pary:
– Roman bądź tak miły i zajmij miejsce z przodu obok Mariana – wskazał miejsce obok kierowcy. – Dzisiaj chcę mieć moją Magdusię przy sobie – wyciągnął rękę w stronę córki, pomagając jej usiąść na tylnej kanapie.
– Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, tato – na powitanie ucałowała ojca w policzek.
– I dla ciebie też, moja Stokrotko – przywołał jej pieszczotliwe określenie z dzieciństwa. – Dla was obojga – mocno i długo ściskał dłoń zięcia.
Limuzyna ruszyła spod domu, włączając się w ruchliwą ulicę Szczecina. Tej nocy wszyscy dokądś się spieszyli.
09.
Dręczył ją kac gigant. Stanowczo przeholowała. Chciała się urżnąć, aby nie myśleć o osobistych porażkach. Teraz nastał czas pokuty za kilka godzin szczęśliwej nieświadomości. Gdyby ten błogostan dało się przenieść na nieco dłużej, ale bez kaca...
Ospale zwlekła się z łóżka i na bosaka poczłapała do kuchni. Chłód terakotowej podłogi miał dobroczynny wpływ na stopy. Z lodówki wyjęła mleko i nalała do kubka, wypijając je duszkiem. Tak dużo miała w sobie alkoholu, że zanim mleko osiądzie na dnie żołądka, zrobi się zsiadłe, tak sobie kombinowała w zgnębionej kacem łepetynie, ale ktoś jej powiedział, że zsiadłe mleko to antidotum na syndrom dnia następnego, więc jakby nie patrzeć, piła je dla zdrowia. Całe szczęście, że Nowy Rok był tylko raz w roku.
Krzysztofa w domu nie było. Po rozłożeniu drobiazgów w domu oceniła, że nie było go i wczoraj. Dlaczego zawracała sobie nim głowę? Przecież już nic do niego nie czuła.
Mimo popołudniowej godziny ulice i skwery świeciły pustką. Ludzie odsypiali nocne szaleństwa albo dźwigali się na nogi po nierozsądnym pomieszaniu trunków.
Wróciła do pokoju i natychmiast zwaliła się na łóżko. Postanowiła zrobić sobie dzień lenia; nie umyje włosów, nie zrobi makijażu, nie zrzuci piżamy. Przetrwa tak do jutra. Byłoby naprawdę cudownie, gdyby nie ta trzeszcząca głowa.
Sąsiad za ścianą włączył głośno muzykę. Widać, wciąż się bawił. Na szczęście nie było to żadne techno, hip-hop czy rap. Po piętnastu minutach miała ochotę pójść i z dziką rozkoszą rozwalić mu głośniki. Ktoś ją jednak uprzedził, bo muzyka ucichła.
Przeszła do pokoju dziennego i włączyła telewizor. Gadające głowy, politycy średniego betonu partyjnego podsumowywały miniony rok, plotąc bzdury o gospodarce i nastrojach społecznych. Ci z pierwszych stron gazet też zapewne umierali z powodu bólu głowy. Przynajmniej w tym względzie była jeszcze sprawiedliwość.
Muzyka za ścianą znów dała czadu na pełny regulator. Sąsiad dopraszał się klapsa od pierwszego dnia nowego roku. Już sięgała po szlafrok, aby wyjść i skopać tyłek nachalnemu melomanowi, kiedy zadzwonił telefon.
– Tess? – to był Warski. – Mamy nowego nieboszczyka. Ten sam powód zgonu, co w parku. I też ma malunki na ciele.
No, tak, brakowało jej tylko niespodziewanej roboty, aby się poczuć do reszty wypluta.
– Jesteś tam? – Warski się zaniepokoił.
– Właśnie kombinuję, jak się rozpłynąć w powietrzu...
– Za godzinę masz być w komendzie Czekam.
– Jestem chodzącą flaszką wódy. Nie siądę za kółkiem, podeślij kogoś.
Co by było, gdyby któregoś razu nie odebrała telefonu? Wielokrotnie ganiła siebie za karność i posłuszeństwo. Szef powtarzał, że to cecha ludzi starej daty. Też mi komplement. Po każdym takim niespodziewanym wyrwaniu z kontemplacji słodkiego nieróbstwa, obiecywała sobie, że następnym razem ucieknie na odludzie, którego nie ma na żadnej mapie i gdzie nie działają komórki.
Umyła tylko głowę, makijaż byłby już zbyt dużym wyzwaniem.
Wychodząc z domu, pięścią załomotała w drzwi mieszkania, skąd dobiegał muzyczny łoskot. Otworzyła jej para dziesięciolatków.
– Rodzice w domu? – spytała.
– Śpiom – odparł chłopiec.
– Natychmiast wyłączyć muzykę! – warknęła, zdecydowanym gestem wskazując na mieszkanie, gdzie aż huczało.
– A dlaczego? – spytała dziewczynka z rozbrajającą naiwnością.
– Bo inaczej zamknę was za kratami! – pokazała policyjną blachę.
Spłoszone i przestraszone, trzasnęły drzwiami, a po kilku sekundach zapanowała na piętrze wymarzona cisza.
Przed wejściem do klatki schodowej czekał już na nią radiowóz.
– Nie ma co, ładnie się zaczął ten nowy rok, pani nadkomisarz – funkcjonariusz przywitał ją mimo wszystko z uśmiechem. – Może tik-taka? – podsunął plastikowe pudełeczko z miętowymi drażetkami.
– Aż tak źle? – skrzywiła się z niechęcią.
– Pani przynajmniej trzyma fason. Podkomisarz Lewicka myślała, że wiozę ją na zabawę – śmiał się.
– Warski nie ma sumienia. Jeszcze dzisiaj zwolnię się ze służby – ciężko usiadła obok kierowcy i przymknęła powieki. – Zmienię fach i zostanę... fryzjerką. Przyjdziesz do mnie się ostrzyc?
– Ta... jasne – parsknął śmiechem i otwartą dłonią pociągnął po łysej do połowy głowie.
10.
Kuba wybrał się na długi spacer po lesie. W Nowy Rok niewiele osób wystawia nos poza próg domu. Wszędzie było pusto i cicho. Dopiero koło szesnastej w ramach po sylwestrowego remanentu na nowo odezwały się wystrzały petard eksplodujących w powietrzu. Na szczęście na krótko, więc świat za chwilę znów pogrążył się w ciszy.
Wieczorem zadzwoniła do niego Daria. Złożyła mu życzenia noworoczne, a potem rozgadała się o balu, na którym spotkała Romka z żoną. Opowiedziała też o przyjaciołach Klaudii, którzy zdemolowali jej dom, a na końcu o sąsiadach, dla których sylwestrowa zabawa wciąż trwała. Na potwierdzenie słów wystawiła komórkę przez okno, aby posłuchał donośnego umpa-umpa rozchodzącego się po ulicy. Kończąc, poskarżyła się, że ma żal do niego, bo wyjechał i nie poszedł z nią na sylwestra, przez co musiała zadowolić się adoratorem od drogiego wina. A teraz siedzi w domu sama i pije do lustra jakąś ohydnie słodką babską wódkę i ani chybi urżnie się, bo już miała kłopoty ze wstaniem z fotela.
– Upijam się na smutno – bąknęła mu do słuchawki, kończąc rozmowę.
Zrobił sobie gorące kakao i wyszedł na taras domu. Niebo nad Warszawą jaśniało od świateł. Warszawiacy już dawno utracili możność oglądania nieba wypełnionego gwiazdami. Widzieli jedynie te najjaśniejsze, resztę gwiazd przepędziła im z oczu cywilizacja nachalnego lśnienia. Na szczęście mieszkał na obrzeżu miasta i nie słyszał nieustającego szumu ulic. Kiedy budował dom, Warszawa była jeszcze daleko. Jakieś trzy lata temu po raz pierwszy poczuł jej ciężki oddech za płotem.
Może siostra miała rację, pytając go przy każdej wizycie, czy wróci do Szczecina? Zaczynał coraz poważniej o tym myśleć.
11.
Drugą ofiarą była młoda kobieta, niespełna trzydziestoletnia. Jej ciało, podobnie jak ofiary z parku Kasprowicza, morderca naznaczył grafiką widoczną w ultrafioletowym świetle. Zwłoki kobiety znaleziono przy placu Żołnierza Polskiego, na trawniku pomiędzy ulicą a chodnikiem, jakieś piętnaście metrów od pomnika Wdzięczności.
– Co o tym sądzicie? – Warski rzucił na ekran zdjęcia grafik, które morderca namalował na ciałach zamordowanych.
– Ciekawe, co znaczą te kwadraty i cyfry pod nimi? – zaczęła podkomisarz Lewicka.
– Tak na pierwszy rzut oka kwadraty kojarzą mi się z jang i jin – Teresa narysowała na tablicy wschodni symbol równowagi pomiędzy męską siłą jang i żeńską jin. – Jang jest dodatnie, a jin ujemne – tłumaczyła.
– Zawsze wiedziałem, że jesteście ujemne – wtrącił Edzio z przekąsem.
Warski machnął na niego ręką, żeby się przymknął.
– Chińczycy uważają, że jang i jin są siłami powołanymi do życia przez pustkę, która była początkiem wszystkiego.
– Na religii uczono mnie czegoś innego. Mojemu proboszczowi nie spodobałoby się, gdyby usłyszał, że Bóg był pustką – mimo przestrogi Warskiego Edzio nie tracił dobrego humoru.
– Naturalnie, to tylko uwaga – kończyła Teresa.
– Nie wiem, czy powinniśmy podążać tym śladem. Myślę, że liczby zapisane pod kwadratami w obecnej chwili są chyba najważniejsze, muszą coś znaczyć. Powinniśmy zacząć od ustalenia, co oznaczają i czy są ze sobą powiązane.
To, co już udało się im ustalić, to dane personalne zamordowanych osób. Mężczyzna z parku Kasprowicza miał pięćdziesiąt pięć lat, urodził się 26 grudnia 1951 roku w Szczecinie i był kawalerem. Kobieta znaleziona przy placu Żołnierza była także rodowitą szczecinianką, urodzoną 22 marca 1976 roku, niezamężna.
– Oboje stanu wolnego, urodzeni w Szczecinie – zauważyła Lewicka.
Na ekranie pojawił się film zarejestrowany kamerą monitorującą plac Żołnierza. Przerażające sceny, w których ofiara spokojnie szła obok oprawcy, a potem została brutalnie pozbawiona życia za pomocą strzykawki z trucizną wbitą w okolicy tętnicy szyjnej. Kobieta była bezwolna, nie stawiała oporu, jakby wcześniej podano jej środek odurzający. Ostatnie chwile życia z makabrycznym obrazem zimnego bestialstwa. Na koniec morderca położył ciało obok latarni.
Pomieszczenie spowiła głęboka cisza. Nawet dla nich, obcujących z przemocą i ludzką dewiacją, utrwalone sceny były odrażające.
Morderca, jak gdyby nigdy nic odszedł niespiesznie w stronę ulicy Obrońców Stalingradu.
– Sukinsyn! – wyrwało się Beacie. – Osobiście odstrzelę mu jaja! On jest mój, inspektorze!
– To potwierdza zeznanie Kuby – rzekła Teresa, wskazując na ekran, na stop-klatkę, na której zatrzymano zarys sylwetki mordercy. – Mężczyzna powyżej stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu w wieku około trzydziestu lat... z twarzą schowaną pod kapturem. Dlaczego mam przeświadczenie, że on wiedział o kamerze? – podzieliła się z pozostałymi przeczuciem.
– Przecież ich nie chowamy, wszyscy mogą je zobaczyć – rzekł Warski.
– Nie, to nie o to chodzi – Teresa pokręciła głową. – On zrobił to rozmyślnie w obecności kamery. Bawi się z nami.
– Czy to znaczy, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą? – Edzio na głos wyraził obawę, która od jakiegoś czasu niepokoiła wszystkich w pokoju.
– Brakuje nam trzeciej ofiary – Teresa wpatrywała się uważnie w szarą postać na ekranie. – Ale on nam ją dostarczy, jestem przekonana. Czy da się ten obraz poprawić, wyostrzyć? – pytająco spojrzała na szefa.
– Shit in, shit out. Gówno wchodzi, gówno wychodzi. Tak mi powiedzieli technicy, kiedy spytałem ich o to samo. To znaczy, że te czary-mary, jakie oglądasz na filmach, że gówniany obraz zamienia się w wyraźny, to hollywoodzkie ogłupianie widza. Mamy tylko to – Warski wskazał na ekran. – Łajdak pasuje do profilu seryjnego. Biały mężczyzna w wieku pomiędzy dwudziestym piątym a trzydziestym piątym rokiem życia. Ciekawe, czy reszta też będzie odpowiadała statystycznemu wizerunkowi: pierworodny, wychowywany od dziecka przez matkę, prześladowany fizycznie lub seksualnie, w młodości znęcający się nad zwierzętami.
– Co ustalono w laboratorium kryminalistycznym? – Lewicka wróciła do danych, którymi mogli już dysponowali. – Znaleźli obce DNA i mikroślady?
– Zwróćcie uwagę na strój mordercy – Warski nakierował uwagę śledczych na stop-klatkę. – To gumowa kurtka z kapturem, jakiej używają wędkarze. Spodnie ze skóry a na nogach gumowce. Ubiór, który nie zostawia mikrośladów i łatwo go wyczyścić ze śladów pozostawionych przez ofiarę. Mamy do czynienia z przebiegłym draniem. Musimy poznać motyw jego działania.
– Jeśli go ma – bąknął Edzio.
– Ma. On chce nam coś przekazać – zauważyła Teresa.
– Jak każdy świr, któremu się zdaje, że jest Bogiem i może decydować o życiu innych ludzi – z pogardą wyrzuciła Beata.
– Bierzcie się do roboty. Wiecie, co należy zrobić – Warski kończył odprawę. – I jeszcze jedno, życzę sobie, aby zachować pełną poufność. Media nie mogą się dowiedzieć, że po Szczecinie grasuje psychopata ze strzykawką w dłoni.
Nawet nie zauważyła, kiedy paczka papierosów zrobiła się pusta. Sięgała po kolejnego papierosa, ledwo wypaliwszy poprzedniego. Otrzeźwiła ją sztywność języka i zawrót głowy. Stanowczo przeholowała. Otworzyła okno na oścież, wpuszczając do pomieszczenia chłodne powietrze stycznia. Niczym tajfun życiodajnej energii uderzyły w nią podmuchy z dworu.
Musiała sobie przypomnieć profil psychologiczny seryjnego mordercy. W Polsce seryjny morderca był rzadkością, częściej spotykany po drugiej stronie Atlantyku, szczególnie... w filmach.
Motyw zbrodni pozwala opisać cztery typy zabójców. Pierwszy, to wizjoner. Drugi – misjonarz. Trzeci – maniak władzy i siły. A czwarty, to hedonista, który dzieli się jeszcze na trzy podtypy: zabójca z lubieżności, zabójca ukierunkowany na emocje i zabójca ukierunkowany na komfort.
Seryjny morderca będzie zabijał ciągle. Przed popełnieniem kolejnego zabójstwa może go powstrzymać jedynie złapanie, uwięzienie. U seryjnego zabójcy zdarzają się momenty zastoju, wyciszenia, kiedy czeka nawet kilka lat z kolejną zbrodnią, ale następne ofiary na pewno się pojawią.
Seryjni mordercy przeważnie pracują sami. Większość nie ukończyła szkoły średniej, choć są na tyle inteligentni, że nie mieliby żadnych problemów z dalszą edukacją. Ich inteligencja jest na poziomie normalnym, czasami nawet wyższym. Są uczuciowi, dobrze z nimi się rozmawia. Nie kieruje nimi chęć zysku, pieniądze lub inna forma bogactwa. Jeśli pracują, wykonują zawody o niskim prestiżu społecznym. Bywają łatwowierni. Pierwsza ich zbrodnia ma miejsce blisko miejsca zamieszkania. Starają się trzymać rewiru, gdzie czują się bezpiecznie. Wcześniej rzadko znali ofiarę, a najczęściej nie znali jej w ogóle. Cierpienie ofiar sprawia im sadystyczną przyjemność. W umyśle mordercy ofiary są sprowadzane do bezwartościowych przedmiotów, są dehumanizowane.
Tak o seryjnych zbrodniarzach wypowiadają się specjaliści, ale zawsze zostaje niezgłębiony umysł mordercy. Najtrudniejsze jest tropienie motywu zbrodni. Zanim uda się go poznać, na ofiarnym ołtarzu bezradności zostaje złożonych kilka a czasem kilkanaście nieocalonych istnień. Jak będzie tym razem?
Ale mogli się mylić, to nie był seryjny morderca, lecz pospolity zbrodniarz, który zabił dwie osoby powiązane ze sobą w jakiejś społeczno-towarzyskiej konfiguracji. I tym tropem postanowiła pójść najpierw.
Pierwszy dzień nowego roku był chyba najspokojniejszym dniem na przestrzeni dwunastu miesięcy w odróżnieniu do ostatniego dnia kończącego się roku, kiedy wariactwo i wrzawa sięgały zenitu. Opustoszałe ulice, wygaszone światła w domach. Miłe wrażenie spokoju roztaczającego się wszędzie i obezwładniające każdego, powinno ono nachodzić ludzi częściej niż tylko raz w roku.
W skrzynce pocztowej znalazła list do Krzysztofa z Urzędu Miasta, nadany nazajutrz po świętach. Z jakiś powodów nie zauważyła go wcześniej.
W mieszkaniu nie zastała męża, widać postanowił nieco dłużej pomieszkać poza domem. Już nie robiło to na niej wrażenia. Położyła list w jego pokoju na biurku.
Odsłuchała kilkanaście wiadomości z automatycznej sekretarki, same noworoczne życzenia dla Krzysztofa. Do niej nikt nie zadzwonił. Przez ostatnie lata krąg jej znajomych zawęził się praktycznie do ludzi z pracy. Miłym przerywnikiem w monotonii kontaktów było spotkanie z Kubą. Uświadomiła sobie, w jak spłaszczonej rzeczywistości żyła, oderwana od zdarzeń innych niż problemy policji i problemy jej małżeństwa. Zatęskniła za przyjaciółmi z liceum. Ciekawe, jak oni ułożyli sobie życie.
12.
Magda zrobiła ulubione cappuccino męża i postawiła mu na stoliku przed fotelem. Subtelny aromat używki połechtał go mile w nozdrza. Słodkim całusem w usta podziękował za kawę.
Przysiadła na oparciu fotela, obejmując go ramieniem i przytulając do niego. Lubiła, kiedy sięgał po album ze zdjęciami z czasów liceum. Z imienia i nazwiska znała wszystkich jego kolegów i koleżanki. Jej nie było dane skończyć szkoły średniej we właściwym czasie, nie miała szczęścia. Kiedy jej rówieśnicy zdawali egzamin dojrzałości, ona zdawała egzamin z ohydy. Z pamięci wymazała tamte potworne chwile, aby nie być zmuszoną do nich powracać, dlatego tak chętnie słuchała wspomnień męża.
