Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na zamku w Gieższ wypoczywają tylko partyjne elity. Robert Stanczykiewicz, funkcjonariusz milicji, trafia tam w wyniku splotu okoliczności, bez nadziei na odbudowę psychiki po dramatycznym wypadku i rozwodzie.
Tymczasem nadciąga zima stulecia i goście zamku zostają odcięci od świata. Napiętą atmosferę przerywają opowieści Enkickiego o alternatywnej historii początku ludzi na Ziemi, których rzekomo mieli stworzyć przybysze z planety Nibiru, starożytni kosmici.
W zamku dochodzi do dziwnych zdarzeń, następnie do tajemniczego morderstwa. Ofiary nikt nie zna, a podejrzenia padają na Mariko, z którą akurat zaprzyjaźnił się Robert. Wychodzące na światło dzienne fakty są coraz dziwniejsze, a Stanczykiewicz nie wie, że aby uratować Mariko, trzeba dokonać wyboru, przed którym nie stał jeszcze żaden człowiek…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 433
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
@ Wojciech Burger
Projekt okładki: Krzysztof Wierzbowski
DTP: GroupMedia
Powieść jest fikcją, jednak odwołującą się do realnej przestrzeni. Ewentualne podobieństwo do osób i zdarzeń realnych jest niezamierzone, przypadkowe; zdarzenia i osoby historyczne obarczone fantazją dla potrzeb fikcyjnej fabuły.
Wszelkie prawa są zastrzeżone. Rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej powieści bez autoryzacji jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka wyłącznie do użytku domowego bez prawa do publicznego wypożyczania!
Książka, którą nabyłeś jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie! Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło.
Szanuj cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki.
ISBN 978-83-975358-3-1
Wydanie I poprawione
Marzennie, mojej siostrze – dedykuję.
Od autora
W „Śladach na śniegu” zdarzenia realne mieszają się z fikcją. To powieść dla ludzi otwartych na spojrzenie na rzeczywistość przez pryzmat wyobraźni. Adresuję ją do czytelników oczekujących od fabuły czegoś ponad to, co widać przez otwarte okno lub co można zobaczyć w telewizorze. Czytelnik, który nie lubi wysilać wyobraźni i oczekuje książek podobnych do tych, które już kiedyś przeczytał w „Śladach na śniegu” raczej nie znajdzie zadowolenia. Podobnie czytelnik, który na otaczającą go rzeczywistość spogląda z zadowoleniem, dla którego historia, religia i porządek współczesnego świata jest w pełni akceptowalny, lepiej niech dalej nie czyta. Ale pomimo przestrogi zapraszam każdego do sięgnięcia po moją powieść, bo może się zdarzyć, że tym razem spełni oczekiwania z innego powodu.
Kilkaset lat temu „nauka” tłumaczyła ludziom, że Ziemia jest płaska i spoczywa na grzbietach wielkich zwierząt. Dzisiaj nauka także serwuje gotowe i ugrzecznione odpowiedzi, które w bliższej lub dalszej perspektywie czasu w jakiejś części ulegną weryfikacji. Powoli poznajemy prawdę o nas samych, ale w tej drodze poznania jesteśmy zaledwie na początku, stąd nierzadkie potknięcia i błędne interpretacje zdarzeń, wydawać by się mogło niezłomnych i oczywistych. Stąd moja propozycja dla czytelników, aby już teraz wyszli poza ramy narzucone przez oficjalne wykładnie faktów i oddali umysły we władanie myślom krnąbrnym i nieuczesanym.
„Ślady na śniegu” to powieść zrodzona w fantazji, ale w tym miejscu pragnę zaznaczyć, iż wyobraźnia moja została mocno pobudzona przez dwóch badaczy: Zacharia Sitchin’a, autora „Kronik Ziemi” oraz Geoffrey’a Brooks’a, autora „Cudownej broni Hitlera”. Obaj panowie w swoich książkach odwołują się do źródeł, które uznają za wiarygodne, które rzucają nieznane, wręcz szokujące światło na historię ludzkości. Niniejsza powieść jest ukłonem i podziękowaniem dla obu autorów za ich wysiłek i upór w szukaniu prawdy, szczególnie dla Zacharia Sitchin’a za przywrócenie zapomnianej, a może rozmyślnie tajonej historii o pochodzeniu ludzi.
W książce stosuję przypisy dotyczące osób, zdarzeń i rzeczy realnych w celu wzbogacenia treść powieści i oddzielenia prawdy od fikcji, a także z myślą o tych czytelnikach, dla których pewne pojęcia z przeszłości mogą być już niezrozumiałe, aby stały się bardziej czytelne.
Szanowny czytelniku, jeśli lubisz fabułę, w której miłość, sensacja i tajemnice nie z tej ziemi splatają się w całość, to „Ślady na śniegu” jest książką dla Ciebie.
Wojciech Burger
Kochać coś, to pragnąć, aby to żyło
Konfucjusz
27 grudnia 1978 roku. Wtorek.
Miłość wędruje po ścieżce, na której ślady odciska sam Bóg”, to były słowa siostry Weroniki, pielęgniarki w szpitalu, w którym leżał niespełna cztery miesiące temu. Właściwie, to dzięki niej odnalazł równowagę ducha, bo przecież śmierć była tak blisko. Później szukał siostry Weroniki, ale w szpitalu wytłumaczono mu, że była u nich w zastępstwie; szczęśliwie w czasie, kiedy i on tam się znalazł. Jeden z lekarzy zażartował nawet, że przyszła do nich wyłącznie dla niego, aby uratować mu duszę.
Po siostrze Weronice pozostało mu nieduże zdjęcie z dnia, w którym opuszczał szpital i wspomnienie jej tajemniczych słów, których nijak nie potrafił pojąć: Kiedy spotkasz Terenię, moją wnuczkę, opowiedz jej, jak żyłeś. Chociaż i bez tego będzie znała twoją historię ze szczegółami.
Młody mężczyzna schował do kieszeni fotografię, na której był on i siostra Weronika; piękna kobieta przypominająca anioła, o dobroci serca tak wielkiej, że echo tej subtelnej szlachetności wciąż odczuwał na duszy.
Pociąg minął stację w Drawinach. Kilkaset metrów za stacją tory zakreśliły duży łuk, na którego końcu czekała stacja w Krzyżu.
Z perspektywy ostatniego wagonu pociągu można było zobaczyć parowóz i resztę składu. Ostatnim wagonem w składzie był wagon sypialny.
Otworzył drzwi przedziału i wyszedł na korytarz. Pociąg wytracał prędkość, leniwie wtaczając się na drugi peron stacji.
Znał tę stację jak żadną inną, dziesiątki razy przesiadał się na niej do pociągu do Inowrocławia, którym jechał na wakacje do wujka na wieś. Była swoistą granicą pomiędzy światem, z którego przybywał, a światem, do którego zmierzał. Ilekroć przejeżdżał przez stację w Krzyżu, tyle razy wracał wspomnieniami do szczęśliwych chwil beztroskiego dzieciństwa i młodości.
Od tamtego czasu zmieniła się jedynie elewacja głównego budynku, który otynkowano i pomalowano na żółty kolor. W świetle jarzeniowych latarni odnowiona fasada odcinała się jasną płaszczyzną od zapadającego mroku późnego wieczora.
Jego wzrok przeniósł się na chwilę w stronę głównych drzwi dworca, skąd wychodził starszy mężczyzna w ciemnych okularach i z białą laską w dłoni. Towarzyszyła mu młoda kobieta w wieku niewiele ponad dwadzieścia pięć lat. To ona przykuła uwagę młodego mężczyzny niezwykle atrakcyjnym wyglądem. Rysy jej twarzy wskazywały na azjatyckie pochodzenie. Należała do kobiet, które nie musiały o nic zabiegać, aby wzbudzić sobą zainteresowanie. Posiadała ten boski dar, że już samo jej pojawienie, burzyło spokój miejsca.
Kobieta najwyraźniej wyczuła skupione na sobie spojrzenie obserwatora z pociągu. Przez chwilę przypatrywali się sobie. Nawet, kiedy musiała obrócić głowę lekko za siebie, nie odpuściła spojrzenia. Jej wzrok nie był ani zaciekawiony ani speszony; jakby chciała udowodnić, że potrafi wytrzymać to typowo męskie zainteresowanie.
To go otrzeźwiło. Uciekł wzrokiem na ludzi zgromadzonych na peronie. Większość wsiadała do wagonów drugiej klasy. Do jego sypialnego wagonu nikt nie wsiadał. Na zewnątrz stał jeszcze steward w oczekiwaniu pasażerów a trzymany w dłoni list przewozowy mógł świadczyć, że jednak ktoś dołączy.
Młody mężczyzna powrócił spojrzeniem na niewidomego mężczyznę i towarzyszącą mu kobietę. Akurat schodzili schodami z kładki dla pieszych rozpiętej ponad torami. Nie śpieszyli się, pociąg stał w Krzyżu 15 minut w oczekiwaniu na przyjazd pociągu z Kostrzyna, którego przybycie właśnie zapowiadano przez megafony.
Cofnął się do przedziału i zamknął drzwi na korytarz, odcinając od hałasu wjeżdżającego na stację pociągu. Z walizki wyjął gazetę i położył się na łóżku.
W korytarzu dominował głos stewarda wprowadzającego nowych pasażerów i wskazującego im przedziały. Po chwili pociąg szarpnął i rozpoczął monotonną melodię kół. Nabierali prędkości. Parowóz dwukrotnie gwizdnął przeciągle, a później było słychać już tylko szum przelatującego za oknem mroku i stukot kół.
Drzwi od przedziału otworzyły się i stanął w nich steward w towarzystwie niewidomego mężczyzny z peronu. Dopiero z bliska można było zauważyć, że niewidomy był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Mylące dla obserwatora było jego lekkie przygarbienie, sugerujące, że jest niższy.
– Pana łóżko jest u góry – steward wprowadził ociemniałego mężczyznę do środka przedziału.
– Dziękuję, dalej już dam sobie radę. To nie jest moja pierwsza podróż na górnym łóżku – uśmiechnął się.
– Wstawiłem pańską torbę na półkę. Gdyby pan potrzebował pomocy…
– Dziękuję za troskę, ale nie będę potrzebował pomocy – w podzięce wyciągnął rękę w stronę stewarda.
Steward pożegnał niewidomego mężczyznę i zamknął drzwi od przedziału.
Młody mężczyzna odpoczywający na dolnym łóżka, wstał z miejsca.
– Zamienimy się miejscami. Na dole będzie panu wygodniej – zaproponował.
– Och! Nie chciałem panu sprawiać kłopotu. Myślałem, że pan już śpi. Steward mówił mi, że będę miał towarzystwo. Mam nadzieję, że nie zbudziliśmy pana.
– Czytałem gazetę. Dla mnie jeszcze za wcześnie na sen.
– Skoro pan taki miły, mógłby mi pan zdjąć torbę? Steward postawił ją gdzieś tutaj na półce.
Młody mężczyzna sięgnął po torbę.
– Sam pan podróżuje?
– Sam – odparł niewidomy. – Od wielu lat jestem sam.
– Na dworcu widziałem towarzyszącą panu młodą kobietę.
– Ta pani była tak miła i podprowadziła mnie do pociągu.
– Myślałem, że to ktoś panu bliski. Była bardzo ładna.
– Ładna? – uśmiechnął się. – Już zapomniałem, co to znaczy. Ale powiem panu, że używała wspaniałych perfum. Zagranicznych. Ładnie pachniała.
– Jednak pamięta pan, co oznacza, że coś jest ładne – na twarzy młodego mężczyzny pojawił się przelotny uśmiech.
– Ale nie dla obrazów. Dla mnie ładne są doznania dotyku, słuchu i zapachu. Pod tym względem zgodzę się z panem, ta pani była ładna. Miała przyjemny głos. Chciało się jej słuchać. Był taki… miękki.
– Miękki?
– Tak to postrzegam – wytłumaczył. – Są ludzie, których głos jest twardy lub chropowaty, lub zimny. A jej głos był miękki i ciepły. Ale było w nim coś z boleści – rzekł po chwili, jakby się zastanawiał. – Ona niosła w sobie smutek. To też potrafię w ludziach usłyszeć.
– W takim razie dostrzega pan więcej od nas – zauważył młody mężczyzna .
– Pana głos też jest miękki i ciepły… i też z lekkim smutkiem w tle.
Na moment w przedziale zapanowało milczenie.
– Ma pan rację – młody mężczyzna przerwał ciszę. – Jest we mnie smutek – przyznał, nie wiedząc, dlaczego zdobył się na szczerość w stosunku do obcego.
– Kobieta?
– Kiedy mężczyźnie ciężko na duszy, musi to być od razu z powodu kobiety? – młody mężczyzna odpowiedział pytaniem na pytanie, ale bez niechęci w głosie.
– A cóż innego na tym świecie jest w stanie poruszyć gruboskórną naturę mężczyzny? – teraz niewidomy odpowiedział pytaniem na pytanie. – Dzieci – po chwili dorzucił tonem już poważniejszym. – One potrafią zmiękczyć najtwardszy granit.
– Nie mam dzieci. Jeśli jest we mnie smutek, to chyba przez kobietę. Nawet nie wiem, dlaczego panu o tym mówię – wzruszył ramionami, ciągle zaskoczony, że wdał się z nieznajomym w rozmowę o sobie.
– Nie jest pan wyjątkiem. Wielu to robi. Prawdopodobnie świadomość, że nie widzę rozmówców, ośmiela ich do zwierzeń. Znika obawa przed wstydem lub skrępowaniem, bo przecież po rozstaniu nie będę wiedział, z kim rozmawiałem.
– Robert Stanczykiewicz. Tak się nazywam – młody mężczyzna wziął dłoń niewidomego i uścisnął, jak zwykło się czynić podczas powitania i prezentacji.
– Adam Enkicki – przedstawił się niewidomy. – Jest mi niezmiernie miło, że mogę poznać tak kulturalnego młodego człowieka. W dzisiejszych czasach niewielu ludzi przedstawia się towarzyszom podróży. Pan jest odważnym człowiekiem, który nie boi się odpowiedzialności. To również słyszę w pańskim głosie, panie Robercie.
– Powinien pan zostać księdzem i spowiadać ludzi.
– Ojej, lepiej nie…! – Enkicki zrobił na poły rozbawioną a na poły zgorszoną minę. – Tylko nie ja.
– Daleko pan jedzie?
– Do samego końca. A pan?
– Również.
– Jaką gazetę pan czytał?
– „Kurier Szczeciński”.
– Jedzie pan ze Szczecina?
Pokiwał głową, ale szybko się poprawił, bo przecież Enkicki nie mógł zobaczyć jego niewerbalnego potwierdzenia, więc odparł:
– Tak.
– Piszą coś ciekawego?
– To, co zwykle.
– Słyszał pan ten dowcip: gdzie jest najwięcej wody?
– W prasie i kiełbasie1 – odparł Stanczykiewicz.
– Moim oknem na świat jest radio – Enkicki wyjął z podróżnej torby mały tranzystorowy odbiornik radiowy. – W pociągu niestety często nie działa – wydął wargi, co miało oznaczać, że nie lubi takich sytuacji.
– Radio ma jeszcze jedną niezaprzeczalną przewagę nad gazetą; w radiu słychać muzykę.
– I można zmienić stację, kiedy gadają głupoty. Pan lubi muzykę? – Enkicki się zaciekawił.
– Owszem.
– Ja też. Jest ponad podziałami. Trafia do wszystkich. I rzadko jest zaangażowana.
– Nie lubi pan zaangażowanej muzyki?
– Prawie zawsze jest nadęta i napuszona. Już wolę słuchać piosenek o nieszczęśliwej miłości niż o radosnym wykonaniu planu czy przekroczeniu normy – roześmiał się. – Dosyć się napatrzyłem na radosne sięganie gwiazd – dodał po chwili już bez uśmiechu.
W przedziale zaległa cisza.
– Po wojnie za reakcyjne poglądy i działalność w AK2 zesłano mnie do obozu pracy na Śląsk, do kopalni – Enkicki przerywał ciszę, opowiadając o sobie. – Tam straciłem wzrok. Mówili, że to jakiś wirus zaatakował mi oczy. Wpierw je zdeformował, a potem na zawsze okrył mi świat nocą – zdjął ciemne okulary i odsłonił przed Stanczykiewiczem kalectwo.
Oczy Enkickiego różniły się nieco od oczu zdrowych ludzi. Choroba sprawiła, że wyglądały na nieco większe i skośne. Ale nie były niemiłe w odbiorze, przeciwnie, dodawały twarzy szczególnego uroku i uszlachetniały oblicze.
– Jestem ślepy od trzydziestu lat. Mam sześćdziesiąt cztery lata. Urodziłem się dokładnie w dniu, w którym wybuchła I wojna światowa, 28 lipca 1914 roku, kiedy Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii.
– Wygląda pan na dużo młodszego. Nie dałbym panu tylu lat, do ilu się przyznaje.
– Wierzę panu na słowo, panie Robercie, bo nie mogę tego sprawdzić – mężczyzna na powrót zasłonił oczy okularami. – W 1938 miałem wiele planów na życie. Byłem dobrze wychowanym młodzieńcem z lekarskiej rodziny ze Lwowa. Studiowałem medycynę, aby w przyszłości przejąć po ojcu praktykę. W 1939 wszystko uległo zmianie. Krótko praktykowałem – usta Enkickiego zarysował zbolały uśmiech. – Podczas wojny często operowałem kolegów, rannych w akcjach przeciwko hitlerowcom. Mój ojciec byłby ze mnie dumny, widząc, jakich cudów dokonywałem w lesie, przy pomocy prymitywnych narzędzi. Powiedział mi kiedyś, że wojna to czas, gdy rozwija się chirurgia. Nie mylił się.
– Przeżył wojnę?
– Nie. Zginął na Wschodzie. Wywieźli go3.
Stanczykiewicz pokiwał głową, że rozumie, co mężczyzna chciał mu w ten sposób przekazać; Syberia, Katyń4… W tym samym momencie ponownie uzmysłowił sobie, że przecież Enkicki nie widzi jego gestów ani mimiki jego twarzy.
– Ma pan na myśli Związek Radziecki?
– Tak. Jak pan widzi, młody człowieku, nie mam powodów aby kochać naszego Wielkiego Brata5. Mówię to tak na wypadek, gdyby miał pan inne zdanie. Spędzimy ze sobą kilka godzin, zamknięci w ciasnym przedziale wagonu i dobrze by było, aby ta podróż minęła nam obu przyjemnie. Oczywiście zawsze zostaje najlepsze z rozwiązań, że położymy się zaraz spać, ale ani ja, ani pan, jak sądzę, jeszcze do tego się nie kwapimy, prawda?
– Jest jeszcze jedno rozwiązanie, pośrednie; nie będziemy do siebie się odzywali.
– Takim obrotem zdarzeń zrobiłby mi pan wielką przykrość. Nie dość, że nie widzę, to jeszcze musiałbym zamilknąć – w głosie Enkickiego pobrzmiewała nuta wesołej przekory. – Z chwilą, kiedy stałem się niewidomy, stałem się strasznym gadułą. Myśli pan, panie Robercie, że gadulstwem rekompensuję sobie ślepotę?
– Być może jest na to jakieś wytłumaczenie. Nie wiem, nie znam się.
– Chyba nikt na świecie się nie zna. Jestem niczym nietoperz. Wysyłam dźwięki i czekam na odpowiedź otoczenia. To pewnie mój sposób poznawania świata.
– Działa?
– Przecież rozmawiamy – szczery uśmiech rozlał się na twarzy Enkickiego.
– Na pewno potrafi pan skupić na sobie uwagę – zgodził się Stanczykiewicz.
– Świat musi mnie widzieć, bo ja nie widzę świata. To mechanizm obronny, wypracowany przez lata.
– Na wypadek, gdyby zbliżała się zapowiedź złego, czego pan nie może dostrzec, więc musi być obok pana ktoś, kto pana ostrzeże lub ochroni?
– Myślę, że ujął to pan właściwie.
– Dlatego od pierwszych chwil buduje pan więź z ludźmi, jak chociażby ze mną? – w głosie Stanczykiewicza był jednocześnie uśmiech i refleksja.
– A wracając do pięknej nieznajomej z Krzyża… Odniosłem wrażenie, że wsiadła do naszego pociągu – rzekł Enkicki. – Co w niej było, że zwrócił pan na nią szczególną uwagę?
– Hm… – Stanczykiewicz wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko. – Coś, co trudno ująć w słowa – odparł po czasie. – I oczy.
– Oczy?
– Tak, oczy. Lekko skośne. Głębokie. Przenikliwe. Na pewno nie jest Polką.
– Nie jest? Zaręczam panu, że mówiła nienaganną polszczyzną. Bez naleciałości i obcego akcentu.
– W takim razie ktoś z jej przodków nie był Europejczykiem.
– To chyba pana nie dziwi. Nie czytał pan Sienkiewicza? – Enkicki spytał żartobliwie. – Może ma jakiś tatarskich przodków?
– Chyba nie, nie ten typ urody.
– To jaki?
– Przypominała... Japonkę. Jej uroda była... Jak pan określił jej głos, że jest miękki? Taka właśnie była jej twarz; miękka, ciepła...
– Panie Robercie… – na ustach niewidomego mężczyzny pojawił się szeroki uśmiech. – Może jednak będzie lepiej, jak położymy się spać?
Stanczykiewicz zrozumiał żart Enkickiego i także się roześmiał.
– Czy wiedza ze studiów medycznych przydaje się panu w życiu w obecnej sytuacji?
– Chce pan wiedzieć, czy jestem czynny zawodowo? Nie jestem. Ślepota zmusiła mnie do zmiany wszystkich planów i marzeń. Świat pracy skurczył się do kilkunastu miejsc, gdzie mogłem się zgłosić. Przez pierwsze lata pracowałem przy wyrobie szczotek i pędzli. Chyba nie muszę panu mówić, jak wielki dramat przeżywałem w tamtym czasie. Później było już trochę lepiej. Znam kilka języków obcych, więc wykorzystywano mnie do tłumaczenia ze słuchu. Ale naprawdę ciekawe życie zacząłem wieść siedem lat temu. Miałem wyjątkowe szczęście w totolotka. Trzy razy trafiłem ‘piątkę’ i dwa razy ‘szóstkę’.
– A niech mnie! – Stanczykiewicz aż gwizdnął. – Szczęściarz z pana.
– Tak pan uważa? – w pytaniu Enkickiego było dużo sarkazmu.
– Noo… Przynajmniej w totolotku – odparł Stanczykiewicz nieco zmieszany. – Nie podejrzewano pana o oszustwo?
– Podejrzewano, a jakże. Mnie i wszystkich po drodze. Że niby szczęście nie może być takie… ślepe – uśmiechnął się. – Bomba dwa razy nie wpada do tego samego leja, mówili mi po drugiej wygranej. Czułem w ich głosach zdenerwowanie i złość, że nie dość, że wcześniej trafiłem trzy razy ‘piątkę’, to jeszcze trafiłem ‘szóstkę’ dwa razy. Byłem ewenementem, z którym nie wiedziano, co począć. Mówiono mi, że w Polsce Ludowej nie może być miejsca na taką niesprawiedliwość, że większość nie ma nic, a nieliczne jednostki posiadają tak wiele. Zamierzano mi odebrać tę drugą ‘szóstkę’ i wypłacić tylko 10% sumy. Próbowano mi udowodnić, że to sprawiedliwie; że ze względu na egalitaryzm społeczny nie można dopuścić do finansowego rozwarstwienia pomiędzy jednostkami. Przecież już raz wygrałem ‘szóstkę’ i trzy razy ‘piątkę’, a te 10% z drugiej ‘szóstki’ to i tak dużo. Powinienem się cieszyć, że państwo mi daje te pieniądze, a nie wszczynać nieuzasadnione awantury. Ale ja nie miałem ochoty oddawać temu państwu ani grosika z mojej wygranej. Powiedziałem im, że oddam im wszystkie wygrane w totolotka pieniądze, jak mi zwrócą wzrok, który przez to państwo straciłem w kopalni. Próbowano mnie zastraszać, ale się nie dałem. Pomógł mi znajomy adwokat, dla którego pracowałem jako tłumacz. Był ustosunkowany, znał ludzi z partii6. Gdyby nie on, dzisiaj byłbym nędzarzem – śmiał się, kiedy kończył opowiadać. – Oczywiście trochę mnie to kosztowało. I tak oto dzięki szczęściu, jak raczył pan zauważyć, dzisiaj nie muszę robić szczotek ani pędzli. Dostaję rentę inwalidzką i mam konto w banku. Nie wydaję na siebie zbyt wiele, więc jestem spokojny o przyszłość.
– Nurtuje mnie pytanie, jak technicznie wypełniał pan kupony w totolotka i skąd miał pan pewność, że ci, którym pan to powierzył, bo zakładam, że tak to się odbywało, nie oszukali pana, kiedy okazało się, że trafił pan główną wygraną.
– Mam przyjaciela, księdza zakonnego, to on mi pomagał. Wypełniał za mnie i nadawał kupony. Szczerze się cieszył z moich wygranych. Kiedyś przeznaczyłem większą sumę na kościół, w którym odprawiał msze. Wielce zacny z niego człowiek.
– Nie było w nim pokusy?
– W kopalni uratowałem życie jego siostrzeńcowi. Kiedy ślepy i bezdomny znalazłem się na bruku i łasce losu, to on mnie przygarnął i dał schronienie. Jeśli to mało, aby komuś bezgranicznie zaufać, to w takim razie, co jest tego warte?
Wnętrze przedziału po raz kolejny wypełniło milczenie. Tylko szum wiatru za oknem i stukot kół dolatywały nieustannie, monotonnie.
Stanczykiewicz przyglądał się niewidomemu mężczyźnie, rozważając w myślach, jak łatwo dał się wciągnąć w rozmowę. Zazwyczaj był ostrożny, wręcz z lekkim dystansem do nieznajomych. Należał do obserwujących świat z boku a nie do jego zdobywców. Teraz też mówił o sobie niewiele, to raczej niewidomy mężczyzna opowiadał o sobie. Wysyłał dźwięki i poznawał otoczenie.
– O której dojedziemy na miejsce? – Enkicki spytał, wyciągając piżamę z torby.
– Koło ósmej, jeśli nie złapiemy spóźnienia.
– Ilekroć jestem na dworcu, tyle razy zadaję sobie pytanie, dlaczego opóźnienie pociągów podawane jest w minutach. 120 minut spóźnienia brzmi gorzej niż dwie godziny. Tu 120, a tu tylko 2. Patrząc oczami matematyka, to kolosalna różnica.
– Ale minuta waży mniej od godziny – zauważył Stanczykiewicz. – Brzmi przyjaźniej. To takie oszustwo, że pociąg spóźni się ileś minut a nie ileś godzin.
– Czy ci w PKP mają ludzi za durniów, bo na to wygląda? – w głosie Enkickiego nie było nagany, raczej refleksja. – Myślą, że ludzie nie potrafią przeliczyć tych 120 minut na godziny?
– To chyba przypadłość całego systemu.
– Tu z panem się zgodzę. Absurd goni absurd. Mamy najszczytniejsze hasła o pracy i wielkich bumelantów w zakładach pracy. Jedni udają, że płacą, a drudzy udają, że pracują. Albo ten absurd z cukrem. Ponoć mamy największe plantacje buraków cukrowych na świecie, a cukier jest na kartki. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo na kartki będzie nie tylko cukier, ale i mięso, masło i wódka pewnie też.
– Co jak co, ale wódka u nas zawsze będzie dostępna w każdej ilości. Jak w tej piosence, co ją śpiewa Wiesław Gołas.
– Tu ma pan rację, niestety – westchnął. – Położę się, bo chyba jednak sen zaczyna mnie morzyć. Ten stukot kół, ten wiatr za oknem… zawsze mnie usypiały.
– Ja jeszcze trochę poczytam – chciał spytać Enkickiego, czy nie będzie mu przeszkadzało zapalone światełko przy łóżku, ale szybko ugryzł się w język.
– Życzę dobrej nocy, panie Robercie, gdybym zasnął nagle.
– Dobrej nocy.
– A wie pan, że we śnie widzę? Ludzi, światło, kolory.
– Ja rzadko miewam sny, a jak już jakiś mi się przytrafi, to albo przed kimś uciekam, albo zdaję maturę i właśnie sobie uświadamiam, że niczego nie wiem i na pewno jej nie zdam.
– Freud zapewne miałby odpowiedź na pańskie sny, co pana gnębi.
– Dobrze, że Freud już nie żyje. Chyba nie jestem ciekaw, co miałby do powiedzenia o mnie.
28 grudnia 1978 roku. Środa.
Kiedy się zbudził za oknem było już jasno. Enkicki pił gorącą herbatę ze szklanki z brunatnym nadrukiem Wars7. Z ustawionego na przykrywie umywalki tranzystorowego radioodbiornika dolatywała cichutko muzyka.
– Słyszę, że już pan nie śpi – niewidomy mężczyzna skierował twarz w stronę Stanczykiewicza.
– Widzę, że udało się panu złapać jakąś stację – Stanczykiewicz zszedł z górnego łóżka na podłogę.
– Mam nadzieje, że moje radio pana nie obudziło.
– Skądże.
– Poprosiłem stewarda o herbatę także dla pana. Gdzieś ją tutaj postawił. Nie wiem, czy woli pan kawę, czy herbatę, bo ja kawy parzonej w pociągu nikomu bym nie polecał, dlatego wybrałem herbatę.
– Jest pan bardzo miły – Stanczykiewicz delikatnym dotknięciem ramienia podziękował niewidomemu mężczyźnie. Enkicki nie mógł zobaczyć jego uśmiechu, dlatego pozwolił sobie na ten poufały gest. – Ja kawy w ogóle nie piję. Jest kwaśna. Nie wiem, co inni w niej znajdują. Ale świeżo zmielona ma cudowny zapach. Gdyby kawa smakowała, jak pachnie, na pewno wolałbym kawę od herbaty.
– Z pomarańczami jest podobnie. Skórka pachnie ładniej niż miąższ.
– Moja mama dodaje scukrzoną skórkę pomarańczową do wypieków, zwłaszcza do sernika. Nawet w tej chwili, gdy to wspominam, czuję, że ślinka mi leci.
– Przed wojną moja babcia robiła mak z bakaliami, dodając skórki pomarańczowej. To była nieodzowna potrawa w Wigilię. Zamiast kutii, bo w naszym domu nikt kutii nie lubił.
– Pytał się pan stewarda, czy mamy opóźnienie?
– A słyszał pan ostatnio o pociągu, który przyjechałby o czasie? Zgodnie z wykładnią PKP steward poinformował mnie, że mamy 80 minut spóźnienia.
– Gdybym wiedział, że aż tyle, to bym się nie budził – Stanczykiewicz roześmiał się.
– Który pan jest rocznik, panie Robercie?
– Czterdziesty ósmy.
– Jest pan bardzo młody, dopiero wchodzi w życie. Kiedy miałem tyle lat co pan teraz, walczyłem w Powstaniu Warszawskim. Dosłużyłem się stopnia majora.
– Mówił pan coś o partyzantce w lesie…
– Tydzień przed powstaniem przyjechałem do Warszawy. Miałem wracać 2 sierpnia… i już zostałem.
Pociąg zmniejszył opóźnienie do 60 minut. Ospale wtaczał się na końcową stację, jakby wiedział, że już więcej wysilać się nie musi, bo dalej jechać już nie będzie. Kłęby białej pary wyrzuconej spod parowozu zalały peron i równie szybko się rozproszyły.
Stanczykiewicz pomógł Enkickiemu wysiąść z wagonu. Na krótką chwilę mężczyzna przystanął w korytarzu i wciągnął sugestywnie powietrze w nozdrza.
– Da mi pan wiarę, albo nie, panie Robercie, ale coś mi się zdaje, że nasza znajoma z Krzyża jechała z nami w sypialnym. Poczułem zapach jej perfum.
– Myśli pan, że tylko ona używa takich perfum?
– Nie, ale to zagraniczne perfumy i sądząc po ich zapachu, na pewno drogie, więc nie każdego na nie stać. Wątpię też, aby w jednym miejscu o jednym czasie spotkały się dwie kobiety używające takich samych perfum. Stąd moje przekonanie, że ta pani jechała z nami.
– Może nawet była naszą sąsiadką przez ścianę – rzekł Stanczykiewicz rozbawionym tonem. – Pewnie nas podsłuchiwała i już wie, że bardzo nam przypadła do gustu.
– Panu przypadła, Robercie.
– Proszę pamiętać, że ja ją jedynie podziwiałem z daleka, kiedy pan ją… dotykał.
Enkicki roześmiał się szczerze.
– Jaka szkoda, że za kilka minut nasze drogi się rozejdą. Polubiłem pana, Robercie.
– Pan również był miłym towarzyszem podróży – Stanczykiewicz zrewanżował się uprzejmością. – Wprawdzie nie jestem atrakcyjną brunetką, jaka towarzyszyła panu ostatnio, niemniej postaram się pomóc panu dotrzeć do… No, właśnie, dokąd pan dalej zmierza?
– Na dworzec PKS-u8.
– Więc to nie koniec pana podróży?
– Jeszcze nie. A pan, pan już dotarł do celu?
– Pośrednio. Jeszcze mnie czeka krótka podróż, ale to dopiero jutro. Dzisiaj mam spotkanie.
– Z brzmienia pańskiego głosu wnioskuję, że wolałby pan, aby było już jutro… Nie chce pan tego spotkania, prawda?
– Pan rzeczywiście potrafi uchem ‘zobaczyć’ więcej, niż my widzimy oczami.
Wolnym krokiem doszli na dworzec PKS-u. Tam ich drogi się rozeszły.
29 grudnia 1978 roku. Czwartek.
Enkicki miał rację, wczorajsze spotkanie nie należało do przyjemnych. Musiał je odbyć, bo tego wymagał szacunek dla tych, którzy jeszcze niedawno byli mu bliscy, lecz przede wszystkim z przyzwoitości dla samego siebie. Musiał nieodwracalnie zamknąć rozdział nieudanego małżeństwa. Trwało siedem lat. O sześć lat za długo.
Ostatnim akordem była jazda do Gieższ w samochodzie szwagra.
– Monika jest głupia, a ty do końca okazałeś się równym gościem – szwagier przerywał ciszę, spoglądając na Roberta. – Nie musiałeś tego robić, a jednak zachowałeś się wielkodusznie.
– Nie wracajmy do wczorajszego dnia.
– Zapewne nigdy więcej się nie spotkamy – w głosie szwagra zabrzmiał szczery zawód. – Monika nie chciała mi powiedzieć, co zaszło między wami, że wzięliście rozwód. Ty też nie jesteś skory do zwierzeń; wasza rzecz. Ale przynajmniej mi powiedz, czy to przez ciebie, czy przez nią.
Ale Robert nie miał ochoty dzielić się szczegółami z małżeństwa.
– Nasza mama do teraz nie może się pogodzić z waszym rozstaniem. Nie dalej jak tydzień temu namawiała Monikę…
– Nie dręczcie Moniki – Robert przerwał szwagrowi łagodnie. – Odpuśćcie jej. Nie wracajcie do naszego małżeństwa i nie wypominajcie.
– Mówisz, jakby ci mimo wszystko na niej zależało, a nie, jak jej już były mąż.
– Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Każdemu należy się szacunek. Po prostu.
Szwagier tylko pokiwał głową.
– Dobry z ciebie człowiek, Robercie. Myślę, że Monika ma tego świadomość i wie, jak wiele straciła.
– To już bez znaczenia. Zwróciłem jej niezależność, tego pragnęła. Nie wracajmy więcej do naszego małżeństwa. Lepiej mi powiedz coś o Gieższ – poprosił.
– Byłem zdumiony, kiedy powiedziałeś, że jedziesz do Gieższ. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że stałeś się jednym z nich.
– Jednym z nich? – Robert nie rozumiał, co szwagier miał na myśli.
– No, partyjny. Bo do Gieższ przyjeżdżają wyłącznie partyjni. To takie ich miejsce. Dla reszty niedostępne. Jedynie wycieczki wpuszczają i też rzadko, niechętnie. Trzeba mieć naprawdę dobre układy w partii, aby w Gieższ spędzić urlop. Parę lat temu pracowała tam moja koleżanka, więc trochę wiem, co tam się działo. My szarzy ludzie nigdy nie będziemy bawić się tak wystawnie i za takie pieniądze, jak bawią się w Gieższ. A później dziwią się, że nikt ich nie lubi. Skierowanie do Gieższ znalazłeś na ulicy? – zażartował.
– Dostałem od szefa – Robert odparł krótko.
– Za to, co dla niego zrobiłeś? – zrozumiał powód. – Na długo jedziesz?
– Na tydzień.
– To w Gieższ spędzisz Sylwestra. Skorzystaj z okazji i poderwij córunię jakiemuś zapasionemu pierwszemu sekretarzowi partii; jesteś już wolny.
– Do Gieższ dochodzi pociąg? – Robert udał, że nie usłyszał ostatniej uwagi szwagra.
– Tylko autobus. W dodatku raz dziennie. Gieższ, to dziura. To tylko zamek i nic więcej. Rozumiesz? To zadupie jakich mało, dlatego partyjniacy je sobie upodobali. Z dala od ludzkich oczu, ciekawskich. Ale zamek jest ładny, to trzeba przyznać. Nieduży, ale naprawdę ładny. Nazywają go ‘małym Wawelem’. Sam się przekonasz.
Resztę drogi przejechali, rozmawiając o sprawach bez znaczenia. Do Gieższ dotarli przed dziesiątą.
Robert wyjął z samochodu bagaż i stanął twarzą do szwagra.
– Spotkamy się jeszcze?
– Nie wiem – Robert uścisnął dłoń szwagra.
– Szkoda, że już nie jesteś w naszej rodzinie.
– Tak wyszło... Szczęśliwego Nowego Roku!
– I dla ciebie też, Robercie.
Nacisnął klamkę od furty w bramie i przekroczywszy próg, wszedł na dziedziniec zamku.
Gieższ faktycznie można było nazwać ‘małym Wawelem’, bo podobnie do zamku w Krakowie, był zamkiem gotyckim z dobudowanym renesansowym pałacem i arkadowym dziedzińcem. Naturalnie w mniejszej skali.
Stanczykiewicz przystanął na skraju dziedzińca, nie wiedząc, w którą stronę się udać. Pierwszy raz w życiu był na wczasach organizowanych przez jakąś instytucję. Zwykle sam sobie organizował wypoczynek.
To miejsce w jakimś sensie już go przytłoczyło. Być może na takie odczucie miały wpływ informacje usłyszane od szwagra. Nie należał do partii i nie znał nikogo, kogo można było nazwać ważną osobistością, a właśnie takich ludzi miał tutaj spotkać. Pożałował, że dał się namówić na wyjazd do Gieższ.
Na dziedzińcu pojawiła się kobieta w beżowym kożuszku. Była w wieku mniej więcej pięćdziesięciu lat. Zbliżywszy się do Stanczykiewicza, spojrzała na jego podróżną torbę.
– Pan na turnus sylwestrowy? – raczej stwierdziła niż spytała.
Przytakująco skinął głową.
– Jestem Genowefa Liszek. Gospodyni Gieższ. Zarządzam kuchnią i pokojami – przedstawiła się. – Pan będzie sam, czy jeszcze ktoś do pana dojedzie?
– Sam.
– Przywołam dziewczynę, to zaprowadzi pana do pokoju… Beata! – zawołała w stronę najbliższego skrzydła zamku. – Beata!
Po chwili wybiegła do nich młoda dziewczyna, rumiana blondynka z grubym warkoczem o rysach twarzy typowych dla kresów wschodnich. W biegu naciągała taki sam beżowy kożuszek, jaki okrywał gospodynię Liszek.
– Zaprowadzisz pana do komnaty pod basztą – gospodyni wydawała dyspozycje pokojowej. – Powiesz co i jak, a potem sprowadzisz do jadalni, bo pewnie głodny.
– Godzinę temu jadłem śniadanie.
– Ale jakby pan był głodny, to proszę mówić, bez krempacji.
Stanczykiewicz podziękował gospodyni grzecznościowym uśmiechem i podążył za pokojową, która leniwym krokiem ruszyła schodami na krużganek.
Musieli przejść całą długość krużganka. Komnata, w której miał zamieszkać, znajdowała się w przeciwległym skrzydle.
Była nieduża, jakieś 25 metrów kwadratowych, z ceglano-kamiennym kominkiem, w którym palił się ogień. Była jeszcze starodawna trzydrzwiowa szafa, starodawny stół z czterema krzesłami i szerokie łoże, także starodawne, na którym piętrzyła się piramida poduszek obleczonych w białe wykrochmalone powłoczki. Kamienną posadzkę pokrywały skóry z dzików. Nierówno otynkowane ściany przyozdabiały dwa obrazy przedstawiające sielskie krajobrazy oraz imitacja dwóch skrzyżowanych na drewnianej tarczy średniowiecznych mieczy. Całość robiła ogólnie miłe wrażenie. Czysto, schludnie i trochę purystycznie; zamkowo. Niejeden hotel mógłby pozazdrościć wystroju. W Gieższ czuło się zainwestowane pieniądze. W końcu zamek służył wygodą wybrańcom narodu…
– Ubikacja i łazienki są przy schodach – pokojowa wskazała palcem miejsce, gdzie wchodzili na krużganek. – Pan będzie miał najdalej – uśmiechnęła się. – Ale za to widok z pana komnaty jest najfajniejszy, na południową stronę. Widać wioskę.
Stanczykiewicz spojrzał przez okno na krajobraz wokół zamku. Pola, pola i jeszcze raz pola. Dopiero hen na horyzoncie majaczyły dachy domów.
– To pani wieś? – spytał.
– No. My wszyscy w zamku jesteśmy z Lipy. Oprócz profesora Czerskiego, kustosza. On tu mieszka na stałe. Kiedyś pracowały tu przyjezdne, ale teraz tylko my z Lipy. A jadalnia jest na dole, koło kuchni. Wejście też przy schodach. O, tamte drewniane drzwi – wskazała na drzwi poniżej drzwi do łazienek. – Spodoba się panu u nas. Wszystkim się podoba.
– Przypuszczam – dziewczyna najwyraźniej próbowała zainteresować go sobą. Chyba wpadł jej w oko. – Ile osób będzie na turnusie? – spytał.
– Pani Gienia, znaczy się gospodyni, mówi, że ze trzydzieści. Parę osób już przyjechało, a reszta ma przyjechać dopiero w sobotę, w Sylwestra. Byle śnieg nie padał.
– Dlaczego?
– Bo do nas wtedy nic nie dojedzie. Raz już tak było, że goście nie przyjechali, bo tyle śniegu napadało, że utknęli w zaspach.
Stanczykiewicz pokiwał głową, że rozumie.
– Jakby pan czegoś potrzebował, to my jesteśmy w służbówce koło kuchni. Łatwo trafić – pokojowa szykowała się do odejścia. – Obiad jest o czternastej. Nie trzeba patrzeć na zegarek, bo pani Gienia albo pan Władek biją w gong. Słychać go w każdej komnacie. Pan Władek jest u nas od wszystkiego – szybko dorzuciła, widząc pytające spojrzenie w oczach Stanczykiewicza.
– Woźny?
– Nie. Woźnym jest pan Róży, pan Stanisław. A pan Władek… to pan Władek. Od wszystkiego. Na przykład, jakby się kominek zapchał albo nie chciał palić.
– Rozumiem.
– No to… do zobaczenia – dygnęła lekko i zniknęła za drzwiami.
Został sam.
Rozpakował torbę i ułożył w szafie ubrania, książki i takie tam drobiazgi. Tylko piżamę położył na puchowej pierzynie obok sterty poduszek. Pachniały przyjemnie, wiatrem. Charakterystyczny zapach powłoczek suszonych na otwartym powietrzu. Zapach rzadko spotykany w mieście, bo tam wszystko suszyło się w łazienkach bądź suszarniach, usytuowanych w piwnicy lub na ostatnim piętrze bloku. Chyba że latem suszono na balkonie, to wtedy ta ulotna woń wiatru i słońca osiadała na krótką chwilę na pościeli.
Wygląd i zapach pościeli przypomniały Robertowi dom wujka, do którego przez wiele lat jeździł na wakacje. Cudowne wspomnienia wsi na Pałukach.
Otworzył okno, wpuszczając do komnaty rzeźwe powietrze. Okolicę przepełniała cisza. Nienaturalna jak dla niego, żyjącego w centrum dużego miasta. Przez chwilę z przymkniętymi powiekami wsłuchiwał się w to bezdźwięczne nic. Może to i dobrze, że przyjechał. W ostateczności spędzi czas na spacerach po polach i delektowaniu się ciszą, albo na czytaniu książek, które ze sobą zabrał. Tak czy inaczej postanowił nie zamartwiać się na zapas.
Lekko wychylił się przez okno i spojrzał w dół. Z lewej strony miał kawałek skrzydła zamku a po prawej bramę, do której prowadziła wiejska droga. Jedyna prawdziwa droga w zasięgu wzroku, bo od Lipy do Gieższ wiodła ledwo zauważalna ścieżynka przez pola. Prawdziwe zadupie.
Uniósł głowę do góry z zamiarem spojrzenia na basztę. Wtedy niespodziewanie opadła mu na twarz jedwabna apaszka. W pierwszym odruchu się przestraszył. Szybko ściągnął apaszkę z twarzy. Apaszka była szkarłatnego koloru, wilgotna, o wyjątkowo miłym zapachu. Pomyślał, że sfrunęła z poddasza baszty, gdzie prawdopodobnie znajdowała się suszarnia.
Opuścił komnatę, wychodząc na krużganek. Drzwi do baszty były tuż za progiem z lewej strony. Otworzył je. Wąskie kamienne stopnie schodów wiły się ślimakiem ku górze.
Poddasze baszty nie było zamkową suszarnią, tylko pustym miejscem, do którego nawet ptaki z rzadka zaglądały, o czym świadczyła znikoma ilość ptasich odchodów.
Jego wzrok padł na okno, przy którym stała kobieta. Powoli odwróciła twarz w jego stronę.
Stanczykiewicz oniemiał. Na wprost siebie miał nieznajomą z Krzyża, tę samą, która pomogła Enkickiemu dojść do pociągu. Ich wzrok związał się na kilka sekund nieruchomo. Dostrzegł, że oczy kobiety były załzawione. Dlatego apaszka była wilgotna…
Kobieta podeszła wolnym krokiem do Stanczykiewicza i wyjęła mu z rąk apaszkę. Z bliska była jeszcze ładniejsza. Po raz pierwszy w życiu doznał uczucia ‘jakby go zamurowało’.
– Widzę, że pana ulubionym zajęciem jest… gapienie się – zauważyła obojętnie i opuściła poddasze.
Tak bardzo go zaskoczyła uwagą, że nie zdołał znaleźć riposty. Odprowadził ją wzrokiem, aż znikła w wąskim przejściu baszty. Cichnące stąpanie pantofli o kamienne schody ustało, gdy nieznajoma przekroczyła dolny próg baszty.
Czas do obiadu spędził na czytaniu książki. Miał kłopot ze skupieniem się nad treścią, wytrącony z równowagi wspomnieniem spotkania. Szczęśliwie dla niego z upływem czasu fabuła wciągnęła go na tyle, że zapomniał o incydencie z nieznajomą.
Gong na obiad zadźwięczał pięć minut przed czternastą. Na dziedzińcu zrobiło się gwarno. Akustyka murów poniosła odgłosy ludzi udających się na posiłek.
Stanczykiewicz odłożył książkę na stół i narzuciwszy na plecy sportową kurtkę, opuścił komnatę.
Gdy przystanął w progu jadalni, skupił na sobie spojrzenia wszystkich obecnych wewnątrz. Na znak powitania lekko się skłonił i zajął miejsce przy stole w kącie sali.
Jadalnia z powodzeniem mogła pomieścić do stu osób. Była to okazała komnata z trzema gotyckimi filarami i strzelistym sklepieniem. Gdyby w oknach zamiast żółtych szyb znajdowały się witraże, przypominałaby nawę gotyckiego kościoła.
Do stolika Stanczykiewicza podeszła młoda, szczupła brunetka. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata. Wyglądała na oględną w obejściu; lakoniczny uśmiech, zdawkowe pytania, lekko wyczuwalny dystans. Przedstawiła się: nazywała się Ewa Chwalidąb. Chyba nie lubiła swojego nazwiska, bo wypowiedziała je bardzo cicho. Była pomocą kuchenną i podobnie do pokojowej Beaty podlegała gospodyni Genowefie Liszek.
Stanczykiewicz jadł zupę grochową na wędzonce, przyglądając się pozostałym gościom. Domyślał się, że i on był obiektem ich zainteresowania. Tylko jednej osoby nie mógł dojrzeć, siedzącej za filarem. Widział jedynie męską dłoń z łyżką, która miarowo unosiła się do góry i opadała w rytm nabieranej zupy z talerza.
Piękna nieznajoma o skośnych oczach siedziała po przeciwległej stronie jadalni, wyraźnie stroniąc od reszty gości. Ona jedna ani razu nie spojrzała w stronę Stanczykiewicza; przynajmniej on tego nie zauważył.
Skończył obiad najszybciej spośród gości i wyszedł na zewnątrz, na dziedziniec. Kiedyś, gdy był mały, babcia mu powiedziała, że jaki kto do jedzenia, taki i do roboty.
Na dworze wiał zimny wiatr od południa. Brama wjazdowa była otwarta, jakby za chwilę miał ktoś wjechać lub właśnie przed chwilą wyjechał.
Ze skrzydła zamku, w którym mieściła się część gospodarcza, wyszedł mężczyzna około czterdziestu lat, o wyglądzie starzejącego się podrywacza. Parę lat temu musiał mieć spore powodzenie u kobiet, bo był wysokim dobrze zbudowanym blondynem z twarzą jak z żurnala. Obecnie z dawnego wyglądu pozostało wciąż żywe spojrzenie. Innym atutom czas powoli zabierał młodzieńcze wartości.
„Chyba lubi wypić”, pomyślał Robert, skupiając uwagę na mężczyźnie. Mężczyzna zamknął bramę i skierował kroki w stronę Stanczykiewicza.
– Ma pan może papierosa? – spytał, wyciągając dłoń na przywitanie. – Władek jestem – przedstawił się.
– Nie palę. Stanczykiewicz.
– Szkoda, zapaliłoby się. Pan też na Sylwestra?
Robert potwierdził skinieniem głowy, że tak.
– Szkoda, że śniegu nie ma, bo kulig by był. Zawsze był, a teraz... – spojrzał w niebo. – Zapowiadali deszcz a nie śnieg. Szkoda. Jak jest kulig, to wszystkim jest fajnie, bo to i ognisko, i pieczony baran, i trochę alkoholu... No, wie pan. Weselej. A jak jest deszcz, to tylko alkohol i kłótnie, bo kobiety niezadowolone.
– Od dawna pan w Gieższ?
– Od zawsze.
– A skąd konie i sanie na kulig? – Stanczykiewicz rozejrzał się wymownie po dziedzińcu zamku, dając do zrozumienia, że nie widzi ani stajni ani innych pomieszczeń, w których można by było zgromadzić powozy.
– Przed wojną tu były, ale teraz wszystko pod wypoczynek przerobione. Konie i sanie z Lipy. Moje konie i moje sanie. A latem to bryczki albo wozy. Wszyscy to lubią, mówię panu. Obojętnie jaki kto ważny, na furze wszyscy zachowują się tak samo.
Stanczykiewicz pokiwał głową, że rozumie. Kolejne miłe wspomnienie z młodości, z pobytu na pałuckiej wsi. Znał to uczucie, powozić zaprzęgiem koni.
– No, to... miłego dnia życzę – pan Władek skłonił głowę i odszedł.
Z jadalni zaczęli wychodzić goście Gieższ. Mijając Stanczykiewicza, kiwali głowami i mówili mu już oficjalnie: dzień dobry.
Policzył ich: pięć kobiet i pięciu mężczyzn, chyba małżeństwa, bo wychodzili parami. Jedno z nich miało dziewięcioletnią córkę Agnieszkę. Małżeństwo to wyglądało najsympatyczniej. Wyróżniała ich zauważalna różnica wieku. Matka Agnieszki mogła mieć niewiele ponad dwadzieścia pięć lat, a jej mąż trochę ponad czterdzieści.
Podobnie było z drugim małżeństwem, gdzie różnica wieku pomiędzy małżonkami była wyraźna. Ona młodsza, około trzydziestu dwóch lat, wysoka i urodziwa, ale modliszkowato wyglądającą brunetka, a on wielki niczym góra i dumny niczym paw około pięćdziesięcioletni grubas.
Drzwi od jadalni ponownie się otworzyły, a w ich progu stanął… Enkicki! A, więc to jego dłoń wystawała zza gotyckiego filara.
Enkicki wysunąwszy białą laskę do przodu ruszył wolnym krokiem ku schodom wiodącym na krużganek. Stanczykiewicz stanął mu na drodze.
Biała laska natrafiła na przeszkodę, na but Stanczykiewicza. Delikatnie powędrowała wzdłuż nogi ku reszcie tułowia. Zatrzymała się mniej więcej na wysokości piersi, gdy Enkicki ocenił, że przeszkodą na jego drodze jest człowiek.
– Z kim mam przyjemność? – zagadnął z charakterystyczną dla siebie grzecznością.
– Ze mną – usta Stanczykiewicza mimowolnie ozdobił szczery uśmiech.
– Robert?! To znaczy, pan Robert? – Enkicki poruszył się niespokojnie, jakby niedowierzał słuchowi. – Ależ oczywiście! To pan! – uśmiech radości rozlał się po całej twarzy starszego mężczyzny.
– Nigdy bym nie przypuszczał, że los ponownie nas ze sobą zetknie – Stanczykiewicz uścisnął dłoń Enkickiego. – Rozmawialiśmy wczoraj o tak wielu sprawach, a nie zgadaliśmy się, że jedziemy w to samo miejsce.
– Życie jest pełne zagadek. I niespodzianek –mówiąc to, Enkicki położył w poufałym geście dłoń na ramieniu Stanczykiewicza. – Czy jedną z nich pan już poznał? – w pytaniu Enkickiego dominowała nuta lekkiej ekscytacji. – Piękna nieznajoma z Krzyża także jest w Gieższ.
– Tak, wiem.
– Co ja słyszę, panie Robercie, jakiś smutek? – wyczulone ucho Enkickiego wyłapało wahnięcie w głosie Stanczykiewicza.
Robert opowiedział niewidomemu mężczyźnie o przedpołudniowym spotkaniu z nieznajomą na poddaszu baszty.
– To musiał być jakiś zły moment – Enkicki z niedowierzaniem pokręcił głową. – W towarzystwie pani Mariko spędziłem wczoraj kilka godzin i zapewniam pana, że to niezwykle czuła i delikatna osoba. Ta jej odzywka do pana, to jakby nie ona. Musiał pan trafić na zły moment. Powiada pan, że płakała?
– Takie odniosłem wrażenie. Jej oczy… Apaszka…
– Kobiety nie lubią być zaskakiwane w trudnych chwilach. Czasami potrafią być nieprzyjemne. To taki odruch obronny. To tak, jakby ją zastać… w negliżu. Ona uciekła przed światem w miejsce, gdzie spodziewała się być sama…
– A ja zburzyłem spokój tego miejsca.
– Nie inaczej – Enkicki zgodził się. – Pozytywna strona tego zdarzenia jest taka, że nie jesteście już sobie obcy. Czasu na naprawienie złego wrażenia mamy w nadmiarze. Dopiero przyjechaliśmy. Pan ma świadomość, co to za miejsce?
– Chodzi panu o specyfikę gości? – Robert wymownie zaakcentował ostatnie dwa słowa.
– Właśnie. Czy pan również do nich należy? Pytam tak przy okazji, przypominając moją deklarację z pociągu, że nie przepadam za ‘wielkim bratem’, jego polityką i jego wasalami.
– Nie należę do partii, jeśli to chciał pan wiedzieć.
– Bez urazy panie Robercie, bo wychwyciłem ją w pańskim głosie, ale ja lubię jasne sytuacje. Już na początku wolę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
– W takim razie, co pan tutaj robi ze swoimi poglądami pośród ‘takich’ ludzi? – wyraźny nacisk położył na przedostatnie słowo.
– A pan? – Enkicki zrewanżował się pytaniem na pytanie.
– Ja nie mam pańskich poglądów a skierowanie do Gieższ dostałem od mojego szefa. To on miał przyjechać, nie ja.
– Bo ja moje skierowanie kupiłem. Po prostu, kupiłem – rzekł Enkicki. – Sporo dobrego słyszałem o Gieższ, dlatego zapragnąłem tutaj się znaleźć. Bardzo żałuję, że nie mogę na własne oczy zobaczyć jego piękna, bo wszyscy mi mówią, że to mały Wawel, ale atmosfera zamku jest magiczna. To panu ręczę, to wyczuwam.
– A goście?
– Do zaakceptowania. Poza jednym, poza tym nadętym bufonem, posłem ziemi łódzkiej, niejakim Arturem Pożadło. Jego arogancja i prostactwo jest równie wielkie, jak on sam.
– Skąd pan wie, że jest wielki?
– Bo słyszę i czuję. Nie muszę widzieć, aby wiedzieć. Dłoń ma niczym bochenek chleba. Chodzi głośno jak słoń. A głos ma podobny do spadających kamieni… i się poci, więc musi być wielki i tłusty.
– Rzeczywiście taki jest – Stanczykiewicz potwierdził.
– Poprzednio był pierwszym sekretarzem PZPR w jakiejś mieścinie. Awansował za zasługi. Mogę tylko domyślać się, za jakie. Po zakończeniu posłowania ma przejść do Warszawy. Przynajmniej tak się chwali. Ten typ, to balsam na moją duszę – rzekł sarkastycznie, zaciskając zęby. – Jego żona, odniosłem wrażenie, że jest od niego młodsza, to zimna ryba. Jestem przekonany, że go nie kocha. Jest z nim, bo tak jej wygodnie. Korzysta z pieniędzy i przywilejów.
– Jest pan niesamowity. To wszystko pan wie… ze słuchu?
– A czyż nie jest powiedziane w Piśmie świętym: mają oczy a nie widzą, mają uszy a nie słyszą?
Stanczykiewicz się roześmiał. Obecność Enkickiego wprawiła go w dobry nastrój. Przyjechał do Gieższ z minorowym nastawieniem, ale los po raz drugi łaskawie postawił mu na drodze Adama Enkickiego.
– Pokażę panu moją komnatę, jak mieszkam, a pan mi ją opisze, bo ja ją mogę sobie co najwyżej pomacać – podając Robertowi rękę, pozwolił się poprowadzić schodami na krużganek.
– Które drzwi?
– Pierwsze z prawej we frontowym skrzydle. Większość komnat mieszkalnych jest w tym skrzydle. A gdzie pana zakwaterowano?
– Łatwo pan trafi. Wychodząc od siebie z komnaty pójdzie pan prosto krużgankiem wzdłuż wschodniego skrzydła. Drzwi do mnie znajdują się po lewej stronie na końcu. Na wprost jest wejście do baszty. Drzwi z lewej, zaraz przy drzwiach do baszty, to drzwi do mnie.
– Po drodze do pana są jeszcze jedne drzwi – Enkicki machną laską na wyczucie, wskazując drzwi, o których mówi.
– Tak, widzę.
– To drzwi do biblioteki. Jest tam duży kominek, z którego promieniuje przyjemne ciepło. Ręczę panu, drogi Robercie, że to najprzytulniejsza komnata w całym zamku. Przynajmniej dla moich zmysłów.
– Szybko pan poznał teren.
– Jak nietoperz, jak nietoperz – przywołał skojarzenie z podróży pociągiem, uśmiechając się jednocześnie.
Zatrzymali się przed drzwiami do komnaty Enkickiego.
– Jesteśmy wystarczająco daleko, aby mogła wreszcie wyjść.
– Wyjść? O kim pan mówi?
– O naszej pięknej Mariko, o niej mówię. Niech pan dyskretnie zerknie na drzwi od jadalni. Powinna już wyjść.
Enkicki się nie mylił. Drzwi od jadalni się uchyliły i pokazała się w nich nieznajoma, którą niewidomy mężczyzna nazywał Mariko.
– Wejdźmy do mnie – pociągnął Roberta za rękaw kurtki. – Jej komnata jest na drugim końcu krużganka. Nie powinna nas widzieć.
– Dlaczego?
– Bo jest taka, jaką ją panu opisałem. Nie myliłem się w jej ocenie. A zachowanie, że opuściła jadalnię dopiero teraz, jedynie potwierdza moje spostrzeżenia. To bardzo wrażliwa i ujmująca dobrocią istota.
– Nie rozumiem…
– Wstydzi się zachowania z baszty. Dlatego nie wychodziła z jadalni, choć inni wyszli. Nie potrafiła spojrzeć panu w oczy, Robercie. Odczekała, aż odeszliśmy.
– Mariko, to jej imię?
– Miał pan rację wczoraj w pociągu, znajdując w jej urodzie cechy dalekowschodnie. Jej babcia była rodowitą Japonką. Dziadek Mariko, Polak, był oficerem służącym w carskiej armii. Na krótko przed wybuchem I wojny światowej znalazł się w Japonii. Zdezerterował. Tam poznał przyszłą żonę. To piękna historia wielkiej miłości, mówię panu.
– Tego wszystkiego dowiedział się pan od wczoraj?
– Od rana miałem dużo czasu – odparł, jakby to było takie oczywiste. – Proszę któregoś razu przewiązać sobie oczy opaską, a zacznie pan postrzegać świat pozostałymi zmysłami. Wtedy się pan przekona, jak wiele cennych spraw umyka, bo nie skupiamy się na tym, co istotne. Wzrok na pewno daje szybki przekaz, ale często jest to jedynie ułuda. Aby poznać głębię, należy odwołać się również do pozostałych zmysłów. Mariko w każdym calu jest skarbem. Proszę mi uwierzyć.
Uwaga Enkickiego sprawiła, że Stanczykiewicz poczuł niczym nieuzasadnioną sympatię do nieznajomej. Nie lubił zadrażnień z ludźmi, zawsze starał się ich unikać, a powstałe przypadkowo nieprzyjemności naprawiać. Tak też postanowił postąpić ze zdarzeniem z baszty, załagodzić je, jeśli nadarzy się ku temu okazja.
– I jak wygląda moja komnata?
– Bardzo podobna do mojej – odparł Robert. – Bardzo stara szafa, stary stół z krzesłami, szerokie łóżko, też leciwe i dwa obrazy na ścianach – wymieniał wyposażenie. – Ale u mnie na podłodze leżą skóry z dzika, a u pana… – pochylił się i je dotknął. – Chyba z kozła.
– Powinienem się pogniewać? – Enkicki spytał z udawaną powagą. – Na mojej podłodze leży skóra z jakiegoś capa? Myśli pan, że wiedzą, że nie jestem z partii i dlatego dali mi tę podrzędną komnatę?
– Nie wygląda na podrzędną. Myślę, że to standardowe wyposażenie. A skóry…
– Tak, tak, powinienem się cieszyć, że nie z kota – uśmiechnął się.
– No, właśnie. Ale ściany ma pan ciekawiej ozdobione. U mnie wiszą podróbki mieczy, natomiast u pana są i miecze, i dwie kusze.
– Autentyki czy też podróbki?
– Też podróbki, niestety.
– No i dobrze, po co mi ślepcowi sprawne kusze? Jeszcze bym sobie krzywdę zrobił.
Robert pomyślał, że pogodne i nieco sardoniczne usposobienie Enkickiego bardzo mu odpowiada. Enkicki był typem człowieka, który przy dużej wiedzy o życiu, zachowywał trzeźwy stosunek do rzeczywistości. Stosował przekąs, sarkazm i lekką ironię do opisu postrzeganych zdarzeń.
– Wczoraj po obiedzie wszyscy zebrali się w saloniku bibliotecznym – Enkicki zaznajamiał Stanczykiewicza, co go ominęło. – Myślę, że dzisiaj też tak się stanie, bo to jedyne miejsce, w którym dzieje się coś ciekawego. Chodźmy, drogi Robercie, będzie pan miał sposobność poznać z bliska pozostałych gości. Prawdziwe osobliwości… Cóż, przyjdzie nam spędzić w ich towarzystwie kilka dni. W sobotę do Gieższ przybędzie dodatkowo kilkanaście osób. Wtedy naprawdę zrobi się tłoczno, dlatego korzystajmy z luzu, jaki jeszcze mamy.
W saloniku znajdowali się już niemal wszyscy goście zamku. Gdy do komnaty weszli Robert z Enkickim, do pełnego kompletu brakowało jedynie Mariko.
Dziewięcioletnia Agnieszka zeskoczyła z kolan ojca, ucieszona widokiem Enkickiego i podbiegła do starszego mężczyzny, ujmując go za rękę.
– Wujku, będziesz nam opowiadał bajki, jak wczoraj? – pociągnęła go w stronę fotela, usytuowanego najbliżej kominka. – Specjalnie dla ciebie trzymałam to miejsce, bo mówiłeś, że fajnie w nim siedzieć.
– Wspaniała z ciebie przyjaciółka, Agnieszko – Enkicki pogładził dziewczynkę po włosach. – Można na ciebie liczyć – dodał, zajmując miejsce w fotelu. – Czuję, że w kominku znów się pali.
– Jest tak samo ciepło, jak wczoraj – przytaknęła.
– Aga – matka dziewczynki wzięła córkę za rękę i odciągnęła od Enkickiego. – Prosiłam, abyś nie absorbowała sobą pana Adama.
– Dla mnie, to przyjemność, droga pani – Enkicki uspokajał. – Lubię dzieci. Pani córka jest urocza i miło mi, że dotrzymuje mi towarzystwa.
– Bo tylko ona jedna nie ma świadomości, jakie brednie nam pan wczoraj opowiadał – z nieskrywanym lekceważeniem w głosie rzekł masywny mężczyzna, którego Enkicki opisał Robertowi jako nadętego bufona, aroganta i prostaka. – Jestem Artur Pożadło, poseł ziemi łódzkiej, a to moja żona Anna – dokonał autoprezentacji i wyciągnął w stronę Stanczykiewicza dłoń wielką niczym bochenek chleba. – Rodzice tej małej, to Edward Drążel, radny z Wrocławia i Iwona Drążel, sekretarka w urzędzie…
– Sami potrafimy się przedstawić – Iwona Drążel weszła w słowo Pożadle, niezadowolona, że poseł pozwolił sobie bez jej przyzwolenia na odnoszenie się do jej rodziny.
– W towarzystwie zawsze jest ktoś, kto nad wszystkim musi trzymać opiekę – nienawykły do strofowania Pożadło obruszył się na słowa Iwony Drążel.
– I według ciebie, to właśnie ty jesteś tą osobą? – spytał z ironią szczupły mężczyzna średniego wzrostu w wieku około trzydziestu pięciu lat. – Zawsze pchałeś się na afisz! – mężczyzna prychnął i nie czekając na reakcję pozostałych gości w saloniku, wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi z lekką ostentacją.
– Za wcześnie cię wypuścili, chuliganie! – rozgniewany Pożadło wrzasnął za wychodzącym mężczyzną. – Takich jak ty powinni w dalszym ciągu wywozić w kibitce na Syberię!
– Znów daje pan popis – spokojnie, acz z wyczuwanym lekceważeniem zauważyła kobieta, która stała najbliżej mężczyzny, który sekundę temu opuścił salonik. – Krystian nic a nic nie przesadził, opisując mi pana – dodała i po chwili także wyszła z saloniku.
– Jakim prawem tych dwoje znalazło się w Gieższ?! – twarz Pożadły spurpurowiała z gniewu. – To nie jest miejsce dla takich, jak oni! Zażądam wyjaśnień w tej sprawie! – pieklił się, wymachując ręką zaciśniętą w pięść.
– Jeśli dobrze pamiętam z wczorajszego spotkania pan Krystian jest siostrzeńcem kustosza, profesora Czerskiego – spokojnym tonem rzekł Enkicki, którego łagodny tembr głosu przywracał spokój. – Pani Danuta Gierełło jest przyjaciółką pana Krystiana. Czy mamy rozumieć, że według pana, panie pośle, profesor Czerski nie może gościć rodziny, ani bliskich znajomych?
– Może ich gościć w domu!
– Gieższ jest właśnie jego domem – ton Enkickiego wciąż pozostawał pojednawczy.
– To własność państwowa a nie jego dom! – do Pożadły nie docierało, jak śmieszny był w swym tępym zacietrzewieniu.
– Gieższ, to zabytek muzealny, więc każdemu przysługuje prawo do przebywania w nim – do rozmowy włączył się mężczyzna palący fajkę.
– Nie każdy! – Pożadło prawie fuknął na niego. – Nie w Gieższ.
– Pan chyba trochę się zagalopował, panie pośle – stwierdził Enkicki.
– A pan więcej niech się nie odzywa. Pana również nie powinno tutaj być – tłusty palec Pożadły wycelował w Enkickiego.
– Chyba rozumiem, co pan ma na myśli – głos Enkickiego przybrał nieco kpiącego brzmienia. – Nie należymy do partii. Ani ja, ani pan Krystian, ani pani Gierełło.
– W pańskiej sprawie, też zażądam wyjaśnień.
– Już teraz mogę panu wszystko wyjaśnić – Enkicki dobrodusznie się roześmiał. – Skierowanie do Gieższ kupiłem.
– Że co?! Kupił pan? Od kogo?!
– Od takiego samego kogoś, jak pan.
– Już ja się dowiem, kto to był!
– I co pan mu zrobi?
– Nie ja. Partia!
– A niby co zrobi? Że zamiast tego kogoś, to ja przyjechałem do Gieższ? To wybryk ocierający o przestępstwo? Sam pan przed chwilą powiedział, że Gieższ jest własnością państwa.
– Jest własnością państwa, ale opiekę nad zamkiem sprawuje partia. To chyba jasne. Ale widzę, że nie dla wszystkich – władczym spojrzeniem powiódł po zebranych w saloniku.
– Mogę panu podać nazwisko osoby, od której odkupiłem skierowanie, ale sądzę, że wolałby pan, abym go nie wymieniał – Enkicki wyczekiwał decyzji Pożadły.
– A niby, dlaczego?
– Bo to członek Biura Politycznego9 – niewidomy mężczyzna zauważył cichnącym tonem.
Stanczykiewicz widział, jak napuszona twarz Pożadły zważyła się w jednej chwili. Był za małym pionkiem w strukturach partii, aby atakować członka Biura Politycznego.
Robert nie wiedział, czy Enkicki mówił prawdę, czy blefował, ale domyślał się, że moment, w którym Pożadło uświadomił sobie, że nic a nic nie może zrobić Enkickiemu i nie wykorzysta przeciw niemu żadnych znajomości i układów, był dla niewidomego mężczyzny chwilą małego triumfu. Zapewne kolejną małą zemstą za lata spędzone w kopalni, okupione utratą wzroku.
– Nazywam się Robert Stanczykiewicz – Robert wykorzystał powstałą chwilę ciszy, aby się przedstawić. – Państwo, jak widzę, już się znacie. Miło mi, że i ja mogę państwa poznać.
– Edward Drążel, a to moja żona Iwona oraz córka Agnieszka – radny z Wrocławia przedstawił rodzinę, jakby wcześniejsza prezentacja Pożadły w ogóle nie miała miejsca. – Jesteśmy z Wrocławia. Odnoszę wrażenie, że już kiedyś się spotkaliśmy…
– Być może, ale ja jakoś nie pamiętam – Stanczykiewicz przepraszał radnego uśmiechem, że nie przypomina sobie wcześniejszego spotkania.
– Pana twarz wydaje mi się znajoma – radny tłumaczył, dlaczego uczynił uwagę o możliwej znajomości. – A może to tylko podobieństwo?
– Może.
– Wolscy. Joanna i Paweł – mężczyzna z fajką wskazał Stanczykiewiczowi na siedzącą obok żonę. – Jesteśmy lekarzami z Warszawy.
– Kubaccy. Marian i Elżbieta – do Stanczykiewicza podeszli najstarsi goście z całego towarzystwa. Oboje mieli około pięćdziesięciu pięciu lat. – Mieszkamy w Gdyni. Pływam w PLO10 – dodał pan Kubacki.
– A skąd pan jest? – spytał Pożadło, któremu porażka sprzed chwili nie odebrała pewności siebie. Znów czuł się tym, który nad wszystkim musi trzymać opiekę.
– Ze Szczecina.
– Co pan robi?
Stanczykiewicz nie odpowiedział od razu. Wyglądało, jakby przez krótką chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
– Rysuję.
– Co pan rysuje? – pytania Pożadły padały niczym na przesłuchaniu.
– Jest pan grafikiem, panie Robercie? – łagodne pytanie Enkickiego zabrzmiało kontrastująco do pytań posła ziemi łódzkiej.
– Mniej więcej.
– Szkoda, że nie będę mógł zobaczyć pańskich rysunków, ale jestem przekonany, że ma pan ładną kreskę. A co pan lubi malować najbardziej?
– Portrety – uśmiechnął się.
– Takie... farbami? – spytał Pożadło.
– Farbami, kredkami, ołówkiem. Technika nie ma znaczenia.
– To znaczy, że mógłby pan namalować portret mojej żony?
– Jeśli znajdę trochę czasu… – Robert odparł wymijająco.
– Czasu jest dużo. Chcę, aby pan namalował jej portret.
– Ze sobą zabrałem jedynie blok rysunkowy i kredki – delikatnie dawał Pożadle do zrozumienia, że nie lubi, kiedy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę.
– W sobotę do Gieższ przyjeżdża mój przyjaciel, zadzwonię do niego i powiem mu, aby przywiózł farby i inne takie tam potrzebne rzeczy do namalowania portretu. Pan powie, co jest potrzebne, a ja zapiszę i każę mu przywieźć.
– Obawiam się, że może być z tym problem – rzekł Stanczykiewicz. – To reglamentowany towar.
– Żartuje pan? – Pożadło się żachnął. – Reglamentowany? Nie dla wszystkich.
– Pan poseł chce nam powiedzieć, drogi Robercie, że dla niego to nie jest problemem. To takie Gieższ w większej skali – uszczypliwa uwaga Enkickiego zabrzmiała cicho i ciepło.
– Nie wtrącaj się pan. Więc jak, umowa stoi? – Pożadło nie spuszczał wzroku ze Stanczykiewicza.
Robert jedynie wzruszył ramionami, co mogło oznaczać zgodę, jak i odłożenie decyzji w czasie.
– Panie Adamie, dokończy pan wczorajszą opowieść? – Joanna Wolska, wykorzystując chwilę ciszy na odebranie Pożadle głosu i nakierowanie rozmowy na inny temat, skierowała pytanie do Enkickiego.
– Dokończy bajkę – wtrącił Pożadło.
– Skoro nie jest pan zainteresowany, nie musi pan słuchać – Paweł Wolski stanął przy pytaniu żony. – Może pan sobie zrobić spacer wokół zamku. Myślę, że ruch dobrze panu zrobi, to sugestia medyczna.
Robert zdążył się zorientować, że Wolscy i Drążelowie nie pałają sympatią do Pożadły ani do jego żony. Także Krystian, siostrzeniec kustosza oraz jego przyjaciółka Danuta Gierełło mieli z Pożadłem na pieńku. Z obecnych w saloniku jedynie państwo Kubaccy nie wykazywali jawnej niechęci wobec posła ziemi łódzkiej i jego małżonki.
Drzwi do saloniku się otworzyły i w towarzystwie Krystiana oraz Danuty Gierełło weszło dwóch mężczyzn. Obaj byli w wieku nieco ponad sześćdziesiąt lat. Wyższy, o orlich rysach twarzy i dystyngowanych ruchach, był kustoszem. Ten drugi, o czym świadczyła sutanna, był księdzem.
– Widzieliśmy przez okno, że pan już przyszedł, uznaliśmy zatem, że to najwyższa pora na ciąg dalszy pańskiej wczorajszej opowieści – zaczął kustosz zbliżywszy się do Enkickiego. – Zakładam, że będzie nie mniej interesująca od tej wczorajszej. Nie uwierzy pan, ale to mój zacny przyjaciel, proboszcz Lipski ponaglał do przyjścia.
– Pomimo różnicy zdań, jaka wczoraj między nami zaistniała? – spytał Enkicki.
