Ślady na śniegu - Wojciech Burger - ebook + książka

Ślady na śniegu ebook

Wojciech Burger

0,0

Opis

Na zamku w Gieższ wypoczywają tylko partyjne elity. Robert Stanczykiewicz, funkcjonariusz milicji, trafia tam w wyniku splotu okoliczności, bez nadziei na odbudowę psychiki po dramatycznym wypadku i rozwodzie.

Tymczasem nadciąga zima stulecia i goście zamku zostają odcięci od świata. Napiętą atmosferę przerywają opowieści Enkickiego o alternatywnej historii początku ludzi na Ziemi, których rzekomo mieli stworzyć przybysze z planety Nibiru, starożytni kosmici.

W zamku dochodzi do dziwnych zdarzeń, następnie do tajemniczego morderstwa. Ofiary nikt nie zna, a podejrzenia padają na Mariko, z którą akurat zaprzyjaźnił się Robert. Wychodzące na światło dzienne fakty są coraz dziwniejsze, a Stanczykiewicz nie wie, że aby uratować Mariko, trzeba dokonać wyboru, przed którym nie stał jeszcze żaden człowiek…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 433

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



@ Woj­ciech Bur­ger

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Wierz­bow­ski

DTP: Gro­up­Me­dia

Po­wieść jest fik­cją, jed­nak od­wo­łu­jącą się do re­al­nej prze­strzeni. Ewen­tu­alne po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń re­al­nych jest nie­za­mie­rzone, przy­pad­kowe; zda­rze­nia i osoby hi­sto­ryczne obar­czone fan­ta­zją dla po­trzeb fik­cyj­nej fa­buły.

Wszel­kie prawa są za­strze­żone. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tów ni­niej­szej po­wie­ści bez au­to­ry­za­cji jest za­bro­nione i wiąże się z sank­cjami kar­nymi.

Książka wy­łącz­nie do użytku do­mo­wego bez prawa do pu­blicz­nego wy­po­ży­cza­nia!

Książka, którą na­by­łeś jest dzie­łem twórcy i wy­dawcy. Pro­simy, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gują. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w In­ter­ne­cie! Je­śli cy­tu­jesz jej frag­menty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czyje to dzieło.

Sza­nuj cu­dzą wła­sność i prawo!

Pol­ska Izba Książki.

ISBN 978-83-975358-3-1

Wy­da­nie I po­pra­wione

Ma­rzen­nie, mo­jej sio­strze – de­dy­kuję.

Od au­tora

W „Śla­dach na śniegu” zda­rze­nia re­alne mie­szają się z fik­cją. To po­wieść dla lu­dzi otwar­tych na spoj­rze­nie na rze­czy­wi­stość przez pry­zmat wy­obraźni. Ad­re­suję ją do czy­tel­ni­ków ocze­ku­ją­cych od fa­buły cze­goś po­nad to, co wi­dać przez otwarte okno lub co można zo­ba­czyć w te­le­wi­zo­rze. Czy­tel­nik, który nie lubi wy­si­lać wy­obraźni i ocze­kuje ksią­żek po­dob­nych do tych, które już kie­dyś prze­czy­tał w „Śla­dach na śniegu” ra­czej nie znaj­dzie za­do­wo­le­nia. Po­dob­nie czy­tel­nik, który na ota­cza­jącą go rze­czy­wi­stość spo­gląda z za­do­wo­le­niem, dla któ­rego hi­sto­ria, re­li­gia i po­rzą­dek współ­cze­snego świata jest w pełni ak­cep­to­walny, le­piej niech da­lej nie czyta. Ale po­mimo prze­strogi za­pra­szam każ­dego do się­gnię­cia po moją po­wieść, bo może się zda­rzyć, że tym ra­zem spełni ocze­ki­wa­nia z in­nego po­wodu.

Kil­ka­set lat temu „na­uka” tłu­ma­czyła lu­dziom, że Zie­mia jest pła­ska i spo­czywa na grzbie­tach wiel­kich zwie­rząt. Dzi­siaj na­uka także ser­wuje go­towe i ugrzecz­nione od­po­wie­dzi, które w bliż­szej lub dal­szej per­spek­ty­wie czasu w ja­kiejś czę­ści ule­gną we­ry­fi­ka­cji. Po­woli po­zna­jemy prawdę o nas sa­mych, ale w tej dro­dze po­zna­nia je­ste­śmy za­le­d­wie na po­czątku, stąd nie­rzad­kie po­tknię­cia i błędne in­ter­pre­ta­cje zda­rzeń, wy­da­wać by się mo­gło nie­złom­nych i oczy­wi­stych. Stąd moja pro­po­zy­cja dla czy­tel­ni­ków, aby już te­raz wy­szli poza ramy na­rzu­cone przez ofi­cjalne wy­kład­nie fak­tów i od­dali umy­sły we wła­da­nie my­ślom krnąbr­nym i nie­ucze­sa­nym.

„Ślady na śniegu” to po­wieść zro­dzona w fan­ta­zji, ale w tym miej­scu pra­gnę za­zna­czyć, iż wy­obraź­nia moja zo­stała mocno po­bu­dzona przez dwóch ba­da­czy: Za­cha­ria Sit­chin’a, au­tora „Kro­nik Ziemi” oraz Geof­frey’a Bro­oks’a, au­tora „Cu­dow­nej broni Hi­tlera”. Obaj pa­no­wie w swo­ich książ­kach od­wo­łują się do źró­deł, które uznają za wia­ry­godne, które rzu­cają nie­znane, wręcz szo­ku­jące świa­tło na hi­sto­rię ludz­ko­ści. Ni­niej­sza po­wieść jest ukło­nem i po­dzię­ko­wa­niem dla obu au­to­rów za ich wy­si­łek i upór w szu­ka­niu prawdy, szcze­gól­nie dla Za­cha­ria Sit­chin’a za przy­wró­ce­nie za­po­mnia­nej, a może roz­myśl­nie ta­jo­nej hi­sto­rii o po­cho­dze­niu lu­dzi.

W książce sto­suję przy­pisy do­ty­czące osób, zda­rzeń i rze­czy re­al­nych w celu wzbo­ga­ce­nia treść po­wie­ści i od­dzie­le­nia prawdy od fik­cji, a także z my­ślą o tych czy­tel­ni­kach, dla któ­rych pewne po­ję­cia z prze­szło­ści mogą być już nie­zro­zu­miałe, aby stały się bar­dziej czy­telne.

Sza­nowny czy­tel­niku, je­śli lu­bisz fa­bułę, w któ­rej mi­łość, sen­sa­cja i ta­jem­nice nie z tej ziemi spla­tają się w ca­łość, to „Ślady na śniegu” jest książką dla Cie­bie.

Woj­ciech Bur­ger

Ko­chać coś, to pra­gnąć, aby to żyło

Kon­fu­cjusz

I.

27 grud­nia 1978 roku. Wto­rek.

Mi­łość wę­druje po ścieżce, na któ­rej ślady od­ci­ska sam Bóg”, to były słowa sio­stry We­ro­niki, pie­lę­gniarki w szpi­talu, w któ­rym le­żał nie­spełna cztery mie­siące temu. Wła­ści­wie, to dzięki niej od­na­lazł rów­no­wagę du­cha, bo prze­cież śmierć była tak bli­sko. Póź­niej szu­kał sio­stry We­ro­niki, ale w szpi­talu wy­tłu­ma­czono mu, że była u nich w za­stęp­stwie; szczę­śli­wie w cza­sie, kiedy i on tam się zna­lazł. Je­den z le­ka­rzy za­żar­to­wał na­wet, że przy­szła do nich wy­łącz­nie dla niego, aby ura­to­wać mu du­szę.

Po sio­strze We­ro­nice po­zo­stało mu nie­duże zdję­cie z dnia, w któ­rym opusz­czał szpi­tal i wspo­mnie­nie jej ta­jem­ni­czych słów, któ­rych ni­jak nie po­tra­fił po­jąć: Kiedy spo­tkasz Te­re­nię, moją wnuczkę, opo­wiedz jej, jak ży­łeś. Cho­ciaż i bez tego bę­dzie znała twoją hi­sto­rię ze szcze­gó­łami.

Młody męż­czy­zna scho­wał do kie­szeni fo­to­gra­fię, na któ­rej był on i sio­stra We­ro­nika; piękna ko­bieta przy­po­mi­na­jąca anioła, o do­broci serca tak wiel­kiej, że echo tej sub­tel­nej szla­chet­no­ści wciąż od­czu­wał na du­szy.

Po­ciąg mi­nął sta­cję w Dra­wi­nach. Kil­ka­set me­trów za sta­cją tory za­kre­śliły duży łuk, na któ­rego końcu cze­kała sta­cja w Krzyżu.

Z per­spek­tywy ostat­niego wa­gonu po­ciągu można było zo­ba­czyć pa­ro­wóz i resztę składu. Ostat­nim wa­go­nem w skła­dzie był wa­gon sy­pialny.

Otwo­rzył drzwi prze­działu i wy­szedł na ko­ry­tarz. Po­ciąg wy­tra­cał pręd­kość, le­ni­wie wta­cza­jąc się na drugi pe­ron sta­cji.

Znał tę sta­cję jak żadną inną, dzie­siątki razy prze­sia­dał się na niej do po­ciągu do Ino­wro­cła­wia, któ­rym je­chał na wa­ka­cje do wujka na wieś. Była swo­istą gra­nicą po­mię­dzy świa­tem, z któ­rego przy­by­wał, a świa­tem, do któ­rego zmie­rzał. Ile­kroć prze­jeż­dżał przez sta­cję w Krzyżu, tyle razy wra­cał wspo­mnie­niami do szczę­śli­wych chwil bez­tro­skiego dzie­ciń­stwa i mło­do­ści.

Od tam­tego czasu zmie­niła się je­dy­nie ele­wa­cja głów­nego bu­dynku, który otyn­ko­wano i po­ma­lo­wano na żółty ko­lor. W świe­tle ja­rze­nio­wych la­tarni od­no­wiona fa­sada od­ci­nała się ja­sną płasz­czy­zną od za­pa­da­ją­cego mroku póź­nego wie­czora.

Jego wzrok prze­niósł się na chwilę w stronę głów­nych drzwi dworca, skąd wy­cho­dził star­szy męż­czy­zna w ciem­nych oku­la­rach i z białą la­ską w dłoni. To­wa­rzy­szyła mu młoda ko­bieta w wieku nie­wiele po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat. To ona przy­kuła uwagę mło­dego męż­czy­zny nie­zwy­kle atrak­cyj­nym wy­glą­dem. Rysy jej twa­rzy wska­zy­wały na azja­tyc­kie po­cho­dze­nie. Na­le­żała do ko­biet, które nie mu­siały o nic za­bie­gać, aby wzbu­dzić sobą za­in­te­re­so­wa­nie. Po­sia­dała ten bo­ski dar, że już samo jej po­ja­wie­nie, bu­rzyło spo­kój miej­sca.

Ko­bieta naj­wy­raź­niej wy­czuła sku­pione na so­bie spoj­rze­nie ob­ser­wa­tora z po­ciągu. Przez chwilę przy­pa­try­wali się so­bie. Na­wet, kiedy mu­siała ob­ró­cić głowę lekko za sie­bie, nie od­pu­ściła spoj­rze­nia. Jej wzrok nie był ani za­cie­ka­wiony ani spe­szony; jakby chciała udo­wod­nić, że po­trafi wy­trzy­mać to ty­powo mę­skie za­in­te­re­so­wa­nie.

To go otrzeź­wiło. Uciekł wzro­kiem na lu­dzi zgro­ma­dzo­nych na pe­ro­nie. Więk­szość wsia­dała do wa­go­nów dru­giej klasy. Do jego sy­pial­nego wa­gonu nikt nie wsia­dał. Na ze­wnątrz stał jesz­cze ste­ward w ocze­ki­wa­niu pa­sa­że­rów a trzy­many w dłoni list prze­wo­zowy mógł świad­czyć, że jed­nak ktoś do­łą­czy.

Młody męż­czy­zna po­wró­cił spoj­rze­niem na nie­wi­do­mego męż­czy­znę i to­wa­rzy­szącą mu ko­bietę. Aku­rat scho­dzili scho­dami z kładki dla pie­szych roz­pię­tej po­nad to­rami. Nie śpie­szyli się, po­ciąg stał w Krzyżu 15 mi­nut w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd po­ciągu z Ko­strzyna, któ­rego przy­by­cie wła­śnie za­po­wia­dano przez me­ga­fony.

Cof­nął się do prze­działu i za­mknął drzwi na ko­ry­tarz, od­ci­na­jąc od ha­łasu wjeż­dża­ją­cego na sta­cję po­ciągu. Z wa­lizki wy­jął ga­zetę i po­ło­żył się na łóżku.

W ko­ry­ta­rzu do­mi­no­wał głos ste­warda wpro­wa­dza­ją­cego no­wych pa­sa­że­rów i wska­zu­ją­cego im prze­działy. Po chwili po­ciąg szarp­nął i roz­po­czął mo­no­tonną me­lo­dię kół. Na­bie­rali pręd­ko­ści. Pa­ro­wóz dwu­krot­nie gwizd­nął prze­cią­gle, a póź­niej było sły­chać już tylko szum prze­la­tu­ją­cego za oknem mroku i stu­kot kół.

Drzwi od prze­działu otwo­rzyły się i sta­nął w nich ste­ward w to­wa­rzy­stwie nie­wi­do­mego męż­czy­zny z pe­ronu. Do­piero z bli­ska można było za­uwa­żyć, że nie­wi­domy był wy­so­kim, do­brze zbu­do­wa­nym męż­czy­zną. My­lące dla ob­ser­wa­tora było jego lek­kie przy­gar­bie­nie, su­ge­ru­jące, że jest niż­szy.

– Pana łóżko jest u góry – ste­ward wpro­wa­dził ociem­nia­łego męż­czy­znę do środka prze­działu.

– Dzię­kuję, da­lej już dam so­bie radę. To nie jest moja pierw­sza po­dróż na gór­nym łóżku – uśmiech­nął się.

– Wsta­wi­łem pań­ską torbę na półkę. Gdyby pan po­trze­bo­wał po­mocy…

– Dzię­kuję za tro­skę, ale nie będę po­trze­bo­wał po­mocy – w po­dzięce wy­cią­gnął rękę w stronę ste­warda.

Ste­ward po­że­gnał nie­wi­do­mego męż­czy­znę i za­mknął drzwi od prze­działu.

Młody męż­czy­zna od­po­czy­wa­jący na dol­nym łóżka, wstał z miej­sca.

– Za­mie­nimy się miej­scami. Na dole bę­dzie panu wy­god­niej – za­pro­po­no­wał.

– Och! Nie chcia­łem panu spra­wiać kło­potu. My­śla­łem, że pan już śpi. Ste­ward mó­wił mi, że będę miał to­wa­rzy­stwo. Mam na­dzieję, że nie zbu­dzi­li­śmy pana.

– Czy­ta­łem ga­zetę. Dla mnie jesz­cze za wcze­śnie na sen.

– Skoro pan taki miły, mógłby mi pan zdjąć torbę? Ste­ward po­sta­wił ją gdzieś tu­taj na półce.

Młody męż­czy­zna się­gnął po torbę.

– Sam pan po­dró­żuje?

– Sam – od­parł nie­wi­domy. – Od wielu lat je­stem sam.

– Na dworcu wi­dzia­łem to­wa­rzy­szącą panu młodą ko­bietę.

– Ta pani była tak miła i pod­pro­wa­dziła mnie do po­ciągu.

– My­śla­łem, że to ktoś panu bli­ski. Była bar­dzo ładna.

– Ładna? – uśmiech­nął się. – Już za­po­mnia­łem, co to zna­czy. Ale po­wiem panu, że uży­wała wspa­nia­łych per­fum. Za­gra­nicz­nych. Ład­nie pach­niała.

– Jed­nak pa­mięta pan, co ozna­cza, że coś jest ładne – na twa­rzy mło­dego męż­czy­zny po­ja­wił się prze­lotny uśmiech.

– Ale nie dla ob­ra­zów. Dla mnie ładne są do­zna­nia do­tyku, słu­chu i za­pa­chu. Pod tym wzglę­dem zgo­dzę się z pa­nem, ta pani była ładna. Miała przy­jemny głos. Chciało się jej słu­chać. Był taki… miękki.

– Miękki?

– Tak to po­strze­gam – wy­tłu­ma­czył. – Są lu­dzie, któ­rych głos jest twardy lub chro­po­waty, lub zimny. A jej głos był miękki i cie­pły. Ale było w nim coś z bo­le­ści – rzekł po chwili, jakby się za­sta­na­wiał. – Ona nio­sła w so­bie smu­tek. To też po­tra­fię w lu­dziach usły­szeć.

– W ta­kim ra­zie do­strzega pan wię­cej od nas – za­uwa­żył młody męż­czy­zna .

– Pana głos też jest miękki i cie­pły… i też z lek­kim smut­kiem w tle.

Na mo­ment w prze­dziale za­pa­no­wało mil­cze­nie.

– Ma pan ra­cję – młody męż­czy­zna prze­rwał ci­szę. – Jest we mnie smu­tek – przy­znał, nie wie­dząc, dla­czego zdo­był się na szcze­rość w sto­sunku do ob­cego.

– Ko­bieta?

– Kiedy męż­czyź­nie ciężko na du­szy, musi to być od razu z po­wodu ko­biety? – młody męż­czy­zna od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie, ale bez nie­chęci w gło­sie.

– A cóż in­nego na tym świe­cie jest w sta­nie po­ru­szyć gru­bo­skórną na­turę męż­czy­zny? – te­raz nie­wi­domy od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie. – Dzieci – po chwili do­rzu­cił to­nem już po­waż­niej­szym. – One po­tra­fią zmięk­czyć naj­tward­szy gra­nit.

– Nie mam dzieci. Je­śli jest we mnie smu­tek, to chyba przez ko­bietę. Na­wet nie wiem, dla­czego panu o tym mó­wię – wzru­szył ra­mio­nami, cią­gle za­sko­czony, że wdał się z nie­zna­jo­mym w roz­mowę o so­bie.

– Nie jest pan wy­jąt­kiem. Wielu to robi. Praw­do­po­dob­nie świa­do­mość, że nie wi­dzę roz­mów­ców, ośmiela ich do zwie­rzeń. Znika obawa przed wsty­dem lub skrę­po­wa­niem, bo prze­cież po roz­sta­niu nie będę wie­dział, z kim roz­ma­wia­łem.

– Ro­bert Stan­czy­kie­wicz. Tak się na­zy­wam – młody męż­czy­zna wziął dłoń nie­wi­do­mego i uści­snął, jak zwy­kło się czy­nić pod­czas po­wi­ta­nia i pre­zen­ta­cji.

– Adam En­kicki – przed­sta­wił się nie­wi­domy. – Jest mi nie­zmier­nie miło, że mogę po­znać tak kul­tu­ral­nego mło­dego czło­wieka. W dzi­siej­szych cza­sach nie­wielu lu­dzi przed­sta­wia się to­wa­rzy­szom po­dróży. Pan jest od­waż­nym czło­wie­kiem, który nie boi się od­po­wie­dzial­no­ści. To rów­nież sły­szę w pań­skim gło­sie, pa­nie Ro­ber­cie.

– Po­wi­nien pan zo­stać księ­dzem i spo­wia­dać lu­dzi.

– Ojej, le­piej nie…! – En­kicki zro­bił na poły roz­ba­wioną a na poły zgor­szoną minę. – Tylko nie ja.

– Da­leko pan je­dzie?

– Do sa­mego końca. A pan?

– Rów­nież.

– Jaką ga­zetę pan czy­tał?

– „Ku­rier Szcze­ciń­ski”.

– Je­dzie pan ze Szcze­cina?

Po­ki­wał głową, ale szybko się po­pra­wił, bo prze­cież En­kicki nie mógł zo­ba­czyć jego nie­wer­bal­nego po­twier­dze­nia, więc od­parł:

– Tak.

– Pi­szą coś cie­ka­wego?

– To, co zwy­kle.

– Sły­szał pan ten dow­cip: gdzie jest naj­wię­cej wody?

– W pra­sie i kieł­ba­sie1 – od­parł Stan­czy­kie­wicz.

– Moim oknem na świat jest ra­dio – En­kicki wy­jął z po­dróż­nej torby mały tran­zy­sto­rowy od­bior­nik ra­diowy. – W po­ciągu nie­stety czę­sto nie działa – wy­dął wargi, co miało ozna­czać, że nie lubi ta­kich sy­tu­acji.

– Ra­dio ma jesz­cze jedną nie­za­prze­czalną prze­wagę nad ga­zetą; w ra­diu sły­chać mu­zykę.

– I można zmie­nić sta­cję, kiedy ga­dają głu­poty. Pan lubi mu­zykę? – En­kicki się za­cie­ka­wił.

– Ow­szem.

– Ja też. Jest po­nad po­dzia­łami. Tra­fia do wszyst­kich. I rzadko jest za­an­ga­żo­wana.

– Nie lubi pan za­an­ga­żo­wa­nej mu­zyki?

– Pra­wie za­wsze jest na­dęta i na­pu­szona. Już wolę słu­chać pio­se­nek o nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści niż o ra­do­snym wy­ko­na­niu planu czy prze­kro­cze­niu normy – ro­ze­śmiał się. – Do­syć się na­pa­trzy­łem na ra­do­sne się­ga­nie gwiazd – do­dał po chwili już bez uśmie­chu.

W prze­dziale za­le­gła ci­sza.

– Po woj­nie za re­ak­cyjne po­glądy i dzia­łal­ność w AK2 ze­słano mnie do obozu pracy na Śląsk, do ko­palni – En­kicki prze­ry­wał ci­szę, opo­wia­da­jąc o so­bie. – Tam stra­ci­łem wzrok. Mó­wili, że to ja­kiś wi­rus za­ata­ko­wał mi oczy. Wpierw je zde­for­mo­wał, a po­tem na za­wsze okrył mi świat nocą – zdjął ciemne oku­lary i od­sło­nił przed Stan­czy­kie­wi­czem ka­lec­two.

Oczy En­kic­kiego róż­niły się nieco od oczu zdro­wych lu­dzi. Cho­roba spra­wiła, że wy­glą­dały na nieco więk­sze i sko­śne. Ale nie były nie­miłe w od­bio­rze, prze­ciw­nie, do­da­wały twa­rzy szcze­gól­nego uroku i uszla­chet­niały ob­li­cze.

– Je­stem ślepy od trzy­dzie­stu lat. Mam sześć­dzie­siąt cztery lata. Uro­dzi­łem się do­kład­nie w dniu, w któ­rym wy­bu­chła I wojna świa­towa, 28 lipca 1914 roku, kiedy Au­stro-Wę­gry wy­po­wie­działy wojnę Ser­bii.

– Wy­gląda pan na dużo młod­szego. Nie dał­bym panu tylu lat, do ilu się przy­znaje.

– Wie­rzę panu na słowo, pa­nie Ro­ber­cie, bo nie mogę tego spraw­dzić – męż­czy­zna na po­wrót za­sło­nił oczy oku­la­rami. – W 1938 mia­łem wiele pla­nów na ży­cie. By­łem do­brze wy­cho­wa­nym mło­dzień­cem z le­kar­skiej ro­dziny ze Lwowa. Stu­dio­wa­łem me­dy­cynę, aby w przy­szło­ści prze­jąć po ojcu prak­tykę. W 1939 wszystko ule­gło zmia­nie. Krótko prak­ty­ko­wa­łem – usta En­kic­kiego za­ry­so­wał zbo­lały uśmiech. – Pod­czas wojny czę­sto ope­ro­wa­łem ko­le­gów, ran­nych w ak­cjach prze­ciwko hi­tle­row­com. Mój oj­ciec byłby ze mnie dumny, wi­dząc, ja­kich cu­dów do­ko­ny­wa­łem w le­sie, przy po­mocy pry­mi­tyw­nych na­rzę­dzi. Po­wie­dział mi kie­dyś, że wojna to czas, gdy roz­wija się chi­rur­gia. Nie my­lił się.

– Prze­żył wojnę?

– Nie. Zgi­nął na Wscho­dzie. Wy­wieźli go3.

Stan­czy­kie­wicz po­ki­wał głową, że ro­zu­mie, co męż­czy­zna chciał mu w ten spo­sób prze­ka­zać; Sy­be­ria, Ka­tyń4… W tym sa­mym mo­men­cie po­now­nie uzmy­sło­wił so­bie, że prze­cież En­kicki nie wi­dzi jego ge­stów ani mi­miki jego twa­rzy.

– Ma pan na my­śli Zwią­zek Ra­dziecki?

– Tak. Jak pan wi­dzi, młody czło­wieku, nie mam po­wo­dów aby ko­chać na­szego Wiel­kiego Brata5. Mó­wię to tak na wy­pa­dek, gdyby miał pan inne zda­nie. Spę­dzimy ze sobą kilka go­dzin, za­mknięci w cia­snym prze­dziale wa­gonu i do­brze by było, aby ta po­dróż mi­nęła nam obu przy­jem­nie. Oczy­wi­ście za­wsze zo­staje naj­lep­sze z roz­wią­zań, że po­ło­żymy się za­raz spać, ale ani ja, ani pan, jak są­dzę, jesz­cze do tego się nie kwa­pimy, prawda?

– Jest jesz­cze jedno roz­wią­za­nie, po­śred­nie; nie bę­dziemy do sie­bie się od­zy­wali.

– Ta­kim ob­ro­tem zda­rzeń zro­biłby mi pan wielką przy­krość. Nie dość, że nie wi­dzę, to jesz­cze mu­siał­bym za­milk­nąć – w gło­sie En­kic­kiego po­brzmie­wała nuta we­so­łej prze­kory. – Z chwilą, kiedy sta­łem się nie­wi­domy, sta­łem się strasz­nym ga­dułą. My­śli pan, pa­nie Ro­ber­cie, że ga­dul­stwem re­kom­pen­suję so­bie śle­potę?

– Być może jest na to ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie. Nie wiem, nie znam się.

– Chyba nikt na świe­cie się nie zna. Je­stem ni­czym nie­to­perz. Wy­sy­łam dźwięki i cze­kam na od­po­wiedź oto­cze­nia. To pew­nie mój spo­sób po­zna­wa­nia świata.

– Działa?

– Prze­cież roz­ma­wiamy – szczery uśmiech roz­lał się na twa­rzy En­kic­kiego.

– Na pewno po­trafi pan sku­pić na so­bie uwagę – zgo­dził się Stan­czy­kie­wicz.

– Świat musi mnie wi­dzieć, bo ja nie wi­dzę świata. To me­cha­nizm obronny, wy­pra­co­wany przez lata.

– Na wy­pa­dek, gdyby zbli­żała się za­po­wiedź złego, czego pan nie może do­strzec, więc musi być obok pana ktoś, kto pana ostrzeże lub ochroni?

– My­ślę, że ujął to pan wła­ści­wie.

– Dla­tego od pierw­szych chwil bu­duje pan więź z ludźmi, jak cho­ciażby ze mną? – w gło­sie Stan­czy­kie­wi­cza był jed­no­cze­śnie uśmiech i re­flek­sja.

– A wra­ca­jąc do pięk­nej nie­zna­jo­mej z Krzyża… Od­nio­słem wra­że­nie, że wsia­dła do na­szego po­ciągu – rzekł En­kicki. – Co w niej było, że zwró­cił pan na nią szcze­gólną uwagę?

– Hm… – Stan­czy­kie­wicz wzru­szył ra­mio­nami i uśmiech­nął się lekko. – Coś, co trudno ująć w słowa – od­parł po cza­sie. – I oczy.

– Oczy?

– Tak, oczy. Lekko sko­śne. Głę­bo­kie. Prze­ni­kliwe. Na pewno nie jest Po­lką.

– Nie jest? Za­rę­czam panu, że mó­wiła nie­na­ganną pol­sz­czy­zną. Bez na­le­cia­ło­ści i ob­cego ak­centu.

– W ta­kim ra­zie ktoś z jej przod­ków nie był Eu­ro­pej­czy­kiem.

– To chyba pana nie dziwi. Nie czy­tał pan Sien­kie­wi­cza? – En­kicki spy­tał żar­to­bli­wie. – Może ma ja­kiś ta­tar­skich przod­ków?

– Chyba nie, nie ten typ urody.

– To jaki?

– Przy­po­mi­nała... Ja­ponkę. Jej uroda była... Jak pan okre­ślił jej głos, że jest miękki? Taka wła­śnie była jej twarz; miękka, cie­pła...

– Pa­nie Ro­ber­cie… – na ustach nie­wi­do­mego męż­czy­zny po­ja­wił się sze­roki uśmiech. – Może jed­nak bę­dzie le­piej, jak po­ło­żymy się spać?

Stan­czy­kie­wicz zro­zu­miał żart En­kic­kiego i także się ro­ze­śmiał.

– Czy wie­dza ze stu­diów me­dycz­nych przy­daje się panu w ży­ciu w obec­nej sy­tu­acji?

– Chce pan wie­dzieć, czy je­stem czynny za­wo­dowo? Nie je­stem. Śle­pota zmu­siła mnie do zmiany wszyst­kich pla­nów i ma­rzeń. Świat pracy skur­czył się do kil­ku­na­stu miejsc, gdzie mo­głem się zgło­sić. Przez pierw­sze lata pra­co­wa­łem przy wy­ro­bie szczo­tek i pędzli. Chyba nie mu­szę panu mó­wić, jak wielki dra­mat prze­ży­wa­łem w tam­tym cza­sie. Póź­niej było już tro­chę le­piej. Znam kilka ję­zy­ków ob­cych, więc wy­ko­rzy­sty­wano mnie do tłu­ma­cze­nia ze słu­chu. Ale na­prawdę cie­kawe ży­cie za­czą­łem wieść sie­dem lat temu. Mia­łem wy­jąt­kowe szczę­ście w to­to­lotka. Trzy razy tra­fi­łem ‘piątkę’ i dwa razy ‘szóstkę’.

– A niech mnie! – Stan­czy­kie­wicz aż gwizd­nął. – Szczę­ściarz z pana.

– Tak pan uważa? – w py­ta­niu En­kic­kiego było dużo sar­ka­zmu.

– Noo… Przy­naj­mniej w to­to­lotku – od­parł Stan­czy­kie­wicz nieco zmie­szany. – Nie po­dej­rze­wano pana o oszu­stwo?

– Po­dej­rze­wano, a jakże. Mnie i wszyst­kich po dro­dze. Że niby szczę­ście nie może być ta­kie… ślepe – uśmiech­nął się. – Bomba dwa razy nie wpada do tego sa­mego leja, mó­wili mi po dru­giej wy­gra­nej. Czu­łem w ich gło­sach zde­ner­wo­wa­nie i złość, że nie dość, że wcze­śniej tra­fi­łem trzy razy ‘piątkę’, to jesz­cze tra­fi­łem ‘szóstkę’ dwa razy. By­łem ewe­ne­men­tem, z któ­rym nie wie­dziano, co po­cząć. Mó­wiono mi, że w Pol­sce Lu­do­wej nie może być miej­sca na taką nie­spra­wie­dli­wość, że więk­szość nie ma nic, a nie­liczne jed­nostki po­sia­dają tak wiele. Za­mie­rzano mi ode­brać tę drugą ‘szóstkę’ i wy­pła­cić tylko 10% sumy. Pró­bo­wano mi udo­wod­nić, że to spra­wie­dli­wie; że ze względu na ega­li­ta­ryzm spo­łeczny nie można do­pu­ścić do fi­nan­so­wego roz­war­stwie­nia po­mię­dzy jed­nost­kami. Prze­cież już raz wy­gra­łem ‘szóstkę’ i trzy razy ‘piątkę’, a te 10% z dru­giej ‘szóstki’ to i tak dużo. Po­wi­nie­nem się cie­szyć, że pań­stwo mi daje te pie­nią­dze, a nie wsz­czy­nać nie­uza­sad­nione awan­tury. Ale ja nie mia­łem ochoty od­da­wać temu pań­stwu ani gro­sika z mo­jej wy­gra­nej. Po­wie­dzia­łem im, że od­dam im wszyst­kie wy­grane w to­to­lotka pie­nią­dze, jak mi zwrócą wzrok, który przez to pań­stwo stra­ci­łem w ko­palni. Pró­bo­wano mnie za­stra­szać, ale się nie da­łem. Po­mógł mi zna­jomy ad­wo­kat, dla któ­rego pra­co­wa­łem jako tłu­macz. Był usto­sun­ko­wany, znał lu­dzi z par­tii6. Gdyby nie on, dzi­siaj był­bym nę­dza­rzem – śmiał się, kiedy koń­czył opo­wia­dać. – Oczy­wi­ście tro­chę mnie to kosz­to­wało. I tak oto dzięki szczę­ściu, jak ra­czył pan za­uwa­żyć, dzi­siaj nie mu­szę ro­bić szczo­tek ani pędzli. Do­staję rentę in­wa­lidzką i mam konto w banku. Nie wy­daję na sie­bie zbyt wiele, więc je­stem spo­kojny o przy­szłość.

– Nur­tuje mnie py­ta­nie, jak tech­nicz­nie wy­peł­niał pan ku­pony w to­to­lotka i skąd miał pan pew­ność, że ci, któ­rym pan to po­wie­rzył, bo za­kła­dam, że tak to się od­by­wało, nie oszu­kali pana, kiedy oka­zało się, że tra­fił pan główną wy­graną.

– Mam przy­ja­ciela, księ­dza za­kon­nego, to on mi po­ma­gał. Wy­peł­niał za mnie i nada­wał ku­pony. Szcze­rze się cie­szył z mo­ich wy­gra­nych. Kie­dyś prze­zna­czy­łem więk­szą sumę na ko­ściół, w któ­rym od­pra­wiał msze. Wielce za­cny z niego czło­wiek.

– Nie było w nim po­kusy?

– W ko­palni ura­to­wa­łem ży­cie jego sio­strzeń­cowi. Kiedy ślepy i bez­domny zna­la­złem się na bruku i ła­sce losu, to on mnie przy­gar­nął i dał schro­nie­nie. Je­śli to mało, aby ko­muś bez­gra­nicz­nie za­ufać, to w ta­kim ra­zie, co jest tego warte?

Wnę­trze prze­działu po raz ko­lejny wy­peł­niło mil­cze­nie. Tylko szum wia­tru za oknem i stu­kot kół do­la­ty­wały nie­ustan­nie, mo­no­ton­nie.

Stan­czy­kie­wicz przy­glą­dał się nie­wi­do­memu męż­czyź­nie, roz­wa­ża­jąc w my­ślach, jak ła­two dał się wcią­gnąć w roz­mowę. Za­zwy­czaj był ostrożny, wręcz z lek­kim dy­stan­sem do nie­zna­jo­mych. Na­le­żał do ob­ser­wu­ją­cych świat z boku a nie do jego zdo­byw­ców. Te­raz też mó­wił o so­bie nie­wiele, to ra­czej nie­wi­domy męż­czy­zna opo­wia­dał o so­bie. Wy­sy­łał dźwięki i po­zna­wał oto­cze­nie.

– O któ­rej do­je­dziemy na miej­sce? – En­kicki spy­tał, wy­cią­ga­jąc pi­żamę z torby.

– Koło ósmej, je­śli nie zła­piemy spóź­nie­nia.

– Ile­kroć je­stem na dworcu, tyle razy za­daję so­bie py­ta­nie, dla­czego opóź­nie­nie po­cią­gów po­da­wane jest w mi­nu­tach. 120 mi­nut spóź­nie­nia brzmi go­rzej niż dwie go­dziny. Tu 120, a tu tylko 2. Pa­trząc oczami ma­te­ma­tyka, to ko­lo­salna róż­nica.

– Ale mi­nuta waży mniej od go­dziny – za­uwa­żył Stan­czy­kie­wicz. – Brzmi przy­jaź­niej. To ta­kie oszu­stwo, że po­ciąg spóźni się ileś mi­nut a nie ileś go­dzin.

– Czy ci w PKP mają lu­dzi za dur­niów, bo na to wy­gląda? – w gło­sie En­kic­kiego nie było na­gany, ra­czej re­flek­sja. – My­ślą, że lu­dzie nie po­tra­fią prze­li­czyć tych 120 mi­nut na go­dziny?

– To chyba przy­pa­dłość ca­łego sys­temu.

– Tu z pa­nem się zgo­dzę. Ab­surd goni ab­surd. Mamy naj­szczyt­niej­sze ha­sła o pracy i wiel­kich bu­me­lan­tów w za­kła­dach pracy. Jedni udają, że płacą, a dru­dzy udają, że pra­cują. Albo ten ab­surd z cu­krem. Po­noć mamy naj­więk­sze plan­ta­cje bu­ra­ków cu­kro­wych na świe­cie, a cu­kier jest na kartki. Jak tak da­lej pój­dzie, to nie­długo na kartki bę­dzie nie tylko cu­kier, ale i mięso, ma­sło i wódka pew­nie też.

– Co jak co, ale wódka u nas za­wsze bę­dzie do­stępna w każ­dej ilo­ści. Jak w tej pio­sence, co ją śpiewa Wie­sław Go­łas.

– Tu ma pan ra­cję, nie­stety – wes­tchnął. – Po­łożę się, bo chyba jed­nak sen za­czyna mnie mo­rzyć. Ten stu­kot kół, ten wiatr za oknem… za­wsze mnie usy­piały.

– Ja jesz­cze tro­chę po­czy­tam – chciał spy­tać En­kic­kiego, czy nie bę­dzie mu prze­szka­dzało za­pa­lone świa­tełko przy łóżku, ale szybko ugryzł się w ję­zyk.

– Ży­czę do­brej nocy, pa­nie Ro­ber­cie, gdy­bym za­snął na­gle.

– Do­brej nocy.

– A wie pan, że we śnie wi­dzę? Lu­dzi, świa­tło, ko­lory.

– Ja rzadko mie­wam sny, a jak już ja­kiś mi się przy­trafi, to albo przed kimś ucie­kam, albo zdaję ma­turę i wła­śnie so­bie uświa­da­miam, że ni­czego nie wiem i na pewno jej nie zdam.

– Freud za­pewne miałby od­po­wiedź na pań­skie sny, co pana gnębi.

– Do­brze, że Freud już nie żyje. Chyba nie je­stem cie­kaw, co miałby do po­wie­dze­nia o mnie.

II.

28 grud­nia 1978 roku. Środa.

Kiedy się zbu­dził za oknem było już ja­sno. En­kicki pił go­rącą her­batę ze szklanki z bru­nat­nym na­dru­kiem Wars7. Z usta­wio­nego na przy­kry­wie umy­walki tran­zy­sto­ro­wego ra­dio­od­bior­nika do­la­ty­wała ci­chutko mu­zyka.

– Sły­szę, że już pan nie śpi – nie­wi­domy męż­czy­zna skie­ro­wał twarz w stronę Stan­czy­kie­wi­cza.

– Wi­dzę, że udało się panu zła­pać ja­kąś sta­cję – Stan­czy­kie­wicz zszedł z gór­nego łóżka na pod­łogę.

– Mam na­dzieje, że moje ra­dio pana nie obu­dziło.

– Skądże.

– Po­pro­si­łem ste­warda o her­batę także dla pana. Gdzieś ją tu­taj po­sta­wił. Nie wiem, czy woli pan kawę, czy her­batę, bo ja kawy pa­rzo­nej w po­ciągu ni­komu bym nie po­le­cał, dla­tego wy­bra­łem her­batę.

– Jest pan bar­dzo miły – Stan­czy­kie­wicz de­li­kat­nym do­tknię­ciem ra­mie­nia po­dzię­ko­wał nie­wi­do­memu męż­czyź­nie. En­kicki nie mógł zo­ba­czyć jego uśmie­chu, dla­tego po­zwo­lił so­bie na ten po­ufały gest. – Ja kawy w ogóle nie piję. Jest kwa­śna. Nie wiem, co inni w niej znaj­dują. Ale świeżo zmie­lona ma cu­downy za­pach. Gdyby kawa sma­ko­wała, jak pach­nie, na pewno wo­lał­bym kawę od her­baty.

– Z po­ma­rań­czami jest po­dob­nie. Skórka pach­nie ład­niej niż miąższ.

– Moja mama do­daje scu­krzoną skórkę po­ma­rań­czową do wy­pie­ków, zwłasz­cza do ser­nika. Na­wet w tej chwili, gdy to wspo­mi­nam, czuję, że ślinka mi leci.

– Przed wojną moja bab­cia ro­biła mak z ba­ka­liami, do­da­jąc skórki po­ma­rań­czo­wej. To była nie­odzowna po­trawa w Wi­gi­lię. Za­miast ku­tii, bo w na­szym domu nikt ku­tii nie lu­bił.

– Py­tał się pan ste­warda, czy mamy opóź­nie­nie?

– A sły­szał pan ostat­nio o po­ciągu, który przy­je­chałby o cza­sie? Zgod­nie z wy­kład­nią PKP ste­ward po­in­for­mo­wał mnie, że mamy 80 mi­nut spóź­nie­nia.

– Gdy­bym wie­dział, że aż tyle, to bym się nie bu­dził – Stan­czy­kie­wicz ro­ze­śmiał się.

– Który pan jest rocz­nik, pa­nie Ro­ber­cie?

– Czter­dzie­sty ósmy.

– Jest pan bar­dzo młody, do­piero wcho­dzi w ży­cie. Kiedy mia­łem tyle lat co pan te­raz, wal­czy­łem w Po­wsta­niu War­szaw­skim. Do­słu­ży­łem się stop­nia ma­jora.

– Mó­wił pan coś o par­ty­zantce w le­sie…

– Ty­dzień przed po­wsta­niem przy­je­cha­łem do War­szawy. Mia­łem wra­cać 2 sierp­nia… i już zo­sta­łem.

Po­ciąg zmniej­szył opóź­nie­nie do 60 mi­nut. Ospale wta­czał się na koń­cową sta­cję, jakby wie­dział, że już wię­cej wy­si­lać się nie musi, bo da­lej je­chać już nie bę­dzie. Kłęby bia­łej pary wy­rzu­co­nej spod pa­ro­wozu za­lały pe­ron i rów­nie szybko się roz­pro­szyły.

Stan­czy­kie­wicz po­mógł En­kic­kiemu wy­siąść z wa­gonu. Na krótką chwilę męż­czy­zna przy­sta­nął w ko­ry­ta­rzu i wcią­gnął su­ge­styw­nie po­wie­trze w noz­drza.

– Da mi pan wiarę, albo nie, pa­nie Ro­ber­cie, ale coś mi się zdaje, że na­sza zna­joma z Krzyża je­chała z nami w sy­pial­nym. Po­czu­łem za­pach jej per­fum.

– My­śli pan, że tylko ona używa ta­kich per­fum?

– Nie, ale to za­gra­niczne per­fumy i są­dząc po ich za­pa­chu, na pewno dro­gie, więc nie każ­dego na nie stać. Wąt­pię też, aby w jed­nym miej­scu o jed­nym cza­sie spo­tkały się dwie ko­biety uży­wa­jące ta­kich sa­mych per­fum. Stąd moje prze­ko­na­nie, że ta pani je­chała z nami.

– Może na­wet była na­szą są­siadką przez ścianę – rzekł Stan­czy­kie­wicz roz­ba­wio­nym to­nem. – Pew­nie nas pod­słu­chi­wała i już wie, że bar­dzo nam przy­pa­dła do gu­stu.

– Panu przy­pa­dła, Ro­ber­cie.

– Pro­szę pa­mię­tać, że ja ją je­dy­nie po­dzi­wia­łem z da­leka, kiedy pan ją… do­ty­kał.

En­kicki ro­ze­śmiał się szcze­rze.

– Jaka szkoda, że za kilka mi­nut na­sze drogi się ro­zejdą. Po­lu­bi­łem pana, Ro­ber­cie.

– Pan rów­nież był mi­łym to­wa­rzy­szem po­dróży – Stan­czy­kie­wicz zre­wan­żo­wał się uprzej­mo­ścią. – Wpraw­dzie nie je­stem atrak­cyjną bru­netką, jaka to­wa­rzy­szyła panu ostat­nio, nie­mniej po­sta­ram się po­móc panu do­trzeć do… No, wła­śnie, do­kąd pan da­lej zmie­rza?

– Na dwo­rzec PKS-u8.

– Więc to nie ko­niec pana po­dróży?

– Jesz­cze nie. A pan, pan już do­tarł do celu?

– Po­śred­nio. Jesz­cze mnie czeka krótka po­dróż, ale to do­piero ju­tro. Dzi­siaj mam spo­tka­nie.

– Z brzmie­nia pań­skiego głosu wnio­skuję, że wo­lałby pan, aby było już ju­tro… Nie chce pan tego spo­tka­nia, prawda?

– Pan rze­czy­wi­ście po­trafi uchem ‘zo­ba­czyć’ wię­cej, niż my wi­dzimy oczami.

Wol­nym kro­kiem do­szli na dwo­rzec PKS-u. Tam ich drogi się ro­ze­szły.

III.

29 grud­nia 1978 roku. Czwar­tek.

En­kicki miał ra­cję, wczo­raj­sze spo­tka­nie nie na­le­żało do przy­jem­nych. Mu­siał je od­być, bo tego wy­ma­gał sza­cu­nek dla tych, któ­rzy jesz­cze nie­dawno byli mu bli­scy, lecz przede wszyst­kim z przy­zwo­ito­ści dla sa­mego sie­bie. Mu­siał nie­od­wra­cal­nie za­mknąć roz­dział nie­uda­nego mał­żeń­stwa. Trwało sie­dem lat. O sześć lat za długo.

Ostat­nim akor­dem była jazda do Gieższ w sa­mo­cho­dzie szwa­gra.

– Mo­nika jest głu­pia, a ty do końca oka­za­łeś się rów­nym go­ściem – szwa­gier prze­ry­wał ci­szę, spo­glą­da­jąc na Ro­berta. – Nie mu­sia­łeś tego ro­bić, a jed­nak za­cho­wa­łeś się wiel­ko­dusz­nie.

– Nie wra­cajmy do wczo­raj­szego dnia.

– Za­pewne ni­gdy wię­cej się nie spo­tkamy – w gło­sie szwa­gra za­brzmiał szczery za­wód. – Mo­nika nie chciała mi po­wie­dzieć, co za­szło mię­dzy wami, że wzię­li­ście roz­wód. Ty też nie je­steś skory do zwie­rzeń; wa­sza rzecz. Ale przy­naj­mniej mi po­wiedz, czy to przez cie­bie, czy przez nią.

Ale Ro­bert nie miał ochoty dzie­lić się szcze­gó­łami z mał­żeń­stwa.

– Na­sza mama do te­raz nie może się po­go­dzić z wa­szym roz­sta­niem. Nie da­lej jak ty­dzień temu na­ma­wiała Mo­nikę…

– Nie dręcz­cie Mo­niki – Ro­bert prze­rwał szwa­growi ła­god­nie. – Od­puść­cie jej. Nie wra­caj­cie do na­szego mał­żeń­stwa i nie wy­po­mi­naj­cie.

– Mó­wisz, jakby ci mimo wszystko na niej za­le­żało, a nie, jak jej już były mąż.

– Jedno z dru­gim nie ma nic wspól­nego. Każ­demu na­leży się sza­cu­nek. Po pro­stu.

Szwa­gier tylko po­ki­wał głową.

– Do­bry z cie­bie czło­wiek, Ro­ber­cie. My­ślę, że Mo­nika ma tego świa­do­mość i wie, jak wiele stra­ciła.

– To już bez zna­cze­nia. Zwró­ci­łem jej nie­za­leż­ność, tego pra­gnęła. Nie wra­cajmy wię­cej do na­szego mał­żeń­stwa. Le­piej mi po­wiedz coś o Gieższ – po­pro­sił.

– By­łem zdu­miony, kiedy po­wie­dzia­łeś, że je­dziesz do Gieższ. Gdy­bym cię nie znał, po­my­ślał­bym, że sta­łeś się jed­nym z nich.

– Jed­nym z nich? – Ro­bert nie ro­zu­miał, co szwa­gier miał na my­śli.

– No, par­tyjny. Bo do Gieższ przy­jeż­dżają wy­łącz­nie par­tyjni. To ta­kie ich miej­sce. Dla reszty nie­do­stępne. Je­dy­nie wy­cieczki wpusz­czają i też rzadko, nie­chęt­nie. Trzeba mieć na­prawdę do­bre układy w par­tii, aby w Gieższ spę­dzić urlop. Parę lat temu pra­co­wała tam moja ko­le­żanka, więc tro­chę wiem, co tam się działo. My sza­rzy lu­dzie ni­gdy nie bę­dziemy ba­wić się tak wy­staw­nie i za ta­kie pie­nią­dze, jak ba­wią się w Gieższ. A póź­niej dzi­wią się, że nikt ich nie lubi. Skie­ro­wa­nie do Gieższ zna­la­złeś na ulicy? – za­żar­to­wał.

– Do­sta­łem od szefa – Ro­bert od­parł krótko.

– Za to, co dla niego zro­bi­łeś? – zro­zu­miał po­wód. – Na długo je­dziesz?

– Na ty­dzień.

– To w Gieższ spę­dzisz Syl­we­stra. Sko­rzy­staj z oka­zji i po­de­rwij có­ru­nię ja­kie­muś za­pa­sio­nemu pierw­szemu se­kre­ta­rzowi par­tii; je­steś już wolny.

– Do Gieższ do­cho­dzi po­ciąg? – Ro­bert udał, że nie usły­szał ostat­niej uwagi szwa­gra.

– Tylko au­to­bus. W do­datku raz dzien­nie. Gieższ, to dziura. To tylko za­mek i nic wię­cej. Ro­zu­miesz? To za­du­pie ja­kich mało, dla­tego par­tyj­niacy je so­bie upodo­bali. Z dala od ludz­kich oczu, cie­kaw­skich. Ale za­mek jest ładny, to trzeba przy­znać. Nie­duży, ale na­prawdę ładny. Na­zy­wają go ‘ma­łym Wa­we­lem’. Sam się prze­ko­nasz.

Resztę drogi prze­je­chali, roz­ma­wia­jąc o spra­wach bez zna­cze­nia. Do Gieższ do­tarli przed dzie­siątą.

Ro­bert wy­jął z sa­mo­chodu ba­gaż i sta­nął twa­rzą do szwa­gra.

– Spo­tkamy się jesz­cze?

– Nie wiem – Ro­bert uści­snął dłoń szwa­gra.

– Szkoda, że już nie je­steś w na­szej ro­dzi­nie.

– Tak wy­szło... Szczę­śli­wego No­wego Roku!

– I dla cie­bie też, Ro­ber­cie.

Na­ci­snął klamkę od furty w bra­mie i prze­kro­czyw­szy próg, wszedł na dzie­dzi­niec zamku.

Gieższ fak­tycz­nie można było na­zwać ‘ma­łym Wa­we­lem’, bo po­dob­nie do zamku w Kra­ko­wie, był zam­kiem go­tyc­kim z do­bu­do­wa­nym re­ne­san­so­wym pa­ła­cem i ar­ka­do­wym dzie­dziń­cem. Na­tu­ral­nie w mniej­szej skali.

Stan­czy­kie­wicz przy­sta­nął na skraju dzie­dzińca, nie wie­dząc, w którą stronę się udać. Pierw­szy raz w ży­ciu był na wcza­sach or­ga­ni­zo­wa­nych przez ja­kąś in­sty­tu­cję. Zwy­kle sam so­bie or­ga­ni­zo­wał wy­po­czy­nek.

To miej­sce w ja­kimś sen­sie już go przy­tło­czyło. Być może na ta­kie od­czu­cie miały wpływ in­for­ma­cje usły­szane od szwa­gra. Nie na­le­żał do par­tii i nie znał ni­kogo, kogo można było na­zwać ważną oso­bi­sto­ścią, a wła­śnie ta­kich lu­dzi miał tu­taj spo­tkać. Po­ża­ło­wał, że dał się na­mó­wić na wy­jazd do Gieższ.

Na dzie­dzińcu po­ja­wiła się ko­bieta w be­żo­wym ko­żuszku. Była w wieku mniej wię­cej pięć­dzie­się­ciu lat. Zbli­żyw­szy się do Stan­czy­kie­wi­cza, spoj­rzała na jego po­dróżną torbę.

– Pan na tur­nus syl­we­strowy? – ra­czej stwier­dziła niż spy­tała.

Przy­ta­ku­jąco ski­nął głową.

– Je­stem Ge­no­wefa Li­szek. Go­spo­dyni Gieższ. Za­rzą­dzam kuch­nią i po­ko­jami – przed­sta­wiła się. – Pan bę­dzie sam, czy jesz­cze ktoś do pana do­je­dzie?

– Sam.

– Przy­wo­łam dziew­czynę, to za­pro­wa­dzi pana do po­koju… Be­ata! – za­wo­łała w stronę naj­bliż­szego skrzy­dła zamku. – Be­ata!

Po chwili wy­bie­gła do nich młoda dziew­czyna, ru­miana blon­dynka z gru­bym war­ko­czem o ry­sach twa­rzy ty­po­wych dla kre­sów wschod­nich. W biegu na­cią­gała taki sam be­żowy ko­żu­szek, jaki okry­wał go­spo­dy­nię Li­szek.

– Za­pro­wa­dzisz pana do kom­naty pod basztą – go­spo­dyni wy­da­wała dys­po­zy­cje po­ko­jo­wej. – Po­wiesz co i jak, a po­tem spro­wa­dzisz do ja­dalni, bo pew­nie głodny.

– Go­dzinę temu ja­dłem śnia­da­nie.

– Ale jakby pan był głodny, to pro­szę mó­wić, bez krem­pa­cji.

Stan­czy­kie­wicz po­dzię­ko­wał go­spo­dyni grzecz­no­ścio­wym uśmie­chem i po­dą­żył za po­ko­jową, która le­ni­wym kro­kiem ru­szyła scho­dami na kruż­ga­nek.

Mu­sieli przejść całą dłu­gość kruż­ganka. Kom­nata, w któ­rej miał za­miesz­kać, znaj­do­wała się w prze­ciw­le­głym skrzy­dle.

Była nie­duża, ja­kieś 25 me­trów kwa­dra­to­wych, z ce­glano-ka­mien­nym ko­min­kiem, w któ­rym pa­lił się ogień. Była jesz­cze sta­ro­dawna trzy­drzwiowa szafa, sta­ro­dawny stół z czte­rema krze­słami i sze­ro­kie łoże, także sta­ro­dawne, na któ­rym pię­trzyła się pi­ra­mida po­du­szek ob­le­czo­nych w białe wy­kroch­ma­lone po­włoczki. Ka­mienną po­sadzkę po­kry­wały skóry z dzi­ków. Nie­równo otyn­ko­wane ściany przy­ozda­biały dwa ob­razy przed­sta­wia­jące siel­skie kra­jo­brazy oraz imi­ta­cja dwóch skrzy­żo­wa­nych na drew­nia­nej tar­czy śre­dnio­wiecz­nych mie­czy. Ca­łość ro­biła ogól­nie miłe wra­że­nie. Czy­sto, schlud­nie i tro­chę pu­ry­stycz­nie; zam­kowo. Nie­je­den ho­tel mógłby po­zaz­dro­ścić wy­stroju. W Gieższ czuło się za­in­we­sto­wane pie­nią­dze. W końcu za­mek słu­żył wy­godą wy­brań­com na­rodu…

– Ubi­ka­cja i ła­zienki są przy scho­dach – po­ko­jowa wska­zała pal­cem miej­sce, gdzie wcho­dzili na kruż­ga­nek. – Pan bę­dzie miał naj­da­lej – uśmiech­nęła się. – Ale za to wi­dok z pana kom­naty jest naj­faj­niej­szy, na po­łu­dniową stronę. Wi­dać wio­skę.

Stan­czy­kie­wicz spoj­rzał przez okno na kra­jo­braz wo­kół zamku. Pola, pola i jesz­cze raz pola. Do­piero hen na ho­ry­zon­cie ma­ja­czyły da­chy do­mów.

– To pani wieś? – spy­tał.

– No. My wszy­scy w zamku je­ste­śmy z Lipy. Oprócz pro­fe­sora Czer­skiego, ku­sto­sza. On tu mieszka na stałe. Kie­dyś pra­co­wały tu przy­jezdne, ale te­raz tylko my z Lipy. A ja­dal­nia jest na dole, koło kuchni. Wej­ście też przy scho­dach. O, tamte drew­niane drzwi – wska­zała na drzwi po­ni­żej drzwi do ła­zie­nek. – Spodoba się panu u nas. Wszyst­kim się po­doba.

– Przy­pusz­czam – dziew­czyna naj­wy­raź­niej pró­bo­wała za­in­te­re­so­wać go sobą. Chyba wpadł jej w oko. – Ile osób bę­dzie na tur­nu­sie? – spy­tał.

– Pani Gie­nia, zna­czy się go­spo­dyni, mówi, że ze trzy­dzie­ści. Parę osób już przy­je­chało, a reszta ma przy­je­chać do­piero w so­botę, w Syl­we­stra. Byle śnieg nie pa­dał.

– Dla­czego?

– Bo do nas wtedy nic nie do­je­dzie. Raz już tak było, że go­ście nie przy­je­chali, bo tyle śniegu na­pa­dało, że utknęli w za­spach.

Stan­czy­kie­wicz po­ki­wał głową, że ro­zu­mie.

– Jakby pan cze­goś po­trze­bo­wał, to my je­ste­śmy w służ­bówce koło kuchni. Ła­two tra­fić – po­ko­jowa szy­ko­wała się do odej­ścia. – Obiad jest o czter­na­stej. Nie trzeba pa­trzeć na ze­ga­rek, bo pani Gie­nia albo pan Wła­dek biją w gong. Sły­chać go w każ­dej kom­na­cie. Pan Wła­dek jest u nas od wszyst­kiego – szybko do­rzu­ciła, wi­dząc py­ta­jące spoj­rze­nie w oczach Stan­czy­kie­wi­cza.

– Woźny?

– Nie. Woź­nym jest pan Róży, pan Sta­ni­sław. A pan Wła­dek… to pan Wła­dek. Od wszyst­kiego. Na przy­kład, jakby się ko­mi­nek za­pchał albo nie chciał pa­lić.

– Ro­zu­miem.

– No to… do zo­ba­cze­nia – dy­gnęła lekko i znik­nęła za drzwiami.

Zo­stał sam.

Roz­pa­ko­wał torbę i uło­żył w sza­fie ubra­nia, książki i ta­kie tam dro­bia­zgi. Tylko pi­żamę po­ło­żył na pu­cho­wej pie­rzy­nie obok sterty po­du­szek. Pach­niały przy­jem­nie, wia­trem. Cha­rak­te­ry­styczny za­pach po­wło­czek su­szo­nych na otwar­tym po­wie­trzu. Za­pach rzadko spo­ty­kany w mie­ście, bo tam wszystko su­szyło się w ła­zien­kach bądź su­szar­niach, usy­tu­owa­nych w piw­nicy lub na ostat­nim pię­trze bloku. Chyba że la­tem su­szono na bal­ko­nie, to wtedy ta ulotna woń wia­tru i słońca osia­dała na krótką chwilę na po­ścieli.

Wy­gląd i za­pach po­ścieli przy­po­mniały Ro­ber­towi dom wujka, do któ­rego przez wiele lat jeź­dził na wa­ka­cje. Cu­downe wspo­mnie­nia wsi na Pa­łu­kach.

Otwo­rzył okno, wpusz­cza­jąc do kom­naty rzeźwe po­wie­trze. Oko­licę prze­peł­niała ci­sza. Nie­na­tu­ralna jak dla niego, ży­ją­cego w cen­trum du­żego mia­sta. Przez chwilę z przy­mknię­tymi po­wie­kami wsłu­chi­wał się w to bez­dź­więczne nic. Może to i do­brze, że przy­je­chał. W osta­tecz­no­ści spę­dzi czas na spa­ce­rach po po­lach i de­lek­to­wa­niu się ci­szą, albo na czy­ta­niu ksią­żek, które ze sobą za­brał. Tak czy ina­czej po­sta­no­wił nie za­mar­twiać się na za­pas.

Lekko wy­chy­lił się przez okno i spoj­rzał w dół. Z le­wej strony miał ka­wa­łek skrzy­dła zamku a po pra­wej bramę, do któ­rej pro­wa­dziła wiej­ska droga. Je­dyna praw­dziwa droga w za­sięgu wzroku, bo od Lipy do Gieższ wio­dła le­dwo za­uwa­żalna ście­żynka przez pola. Praw­dziwe za­du­pie.

Uniósł głowę do góry z za­mia­rem spoj­rze­nia na basztę. Wtedy nie­spo­dzie­wa­nie opa­dła mu na twarz je­dwabna apaszka. W pierw­szym od­ru­chu się prze­stra­szył. Szybko ścią­gnął apaszkę z twa­rzy. Apaszka była szkar­łat­nego ko­loru, wil­gotna, o wy­jąt­kowo mi­łym za­pa­chu. Po­my­ślał, że sfru­nęła z pod­da­sza baszty, gdzie praw­do­po­dob­nie znaj­do­wała się su­szar­nia.

Opu­ścił kom­natę, wy­cho­dząc na kruż­ga­nek. Drzwi do baszty były tuż za pro­giem z le­wej strony. Otwo­rzył je. Wą­skie ka­mienne stop­nie scho­dów wiły się śli­ma­kiem ku gó­rze.

Pod­da­sze baszty nie było zam­kową su­szar­nią, tylko pu­stym miej­scem, do któ­rego na­wet ptaki z rzadka za­glą­dały, o czym świad­czyła zni­koma ilość pta­sich od­cho­dów.

Jego wzrok padł na okno, przy któ­rym stała ko­bieta. Po­woli od­wró­ciła twarz w jego stronę.

Stan­czy­kie­wicz onie­miał. Na wprost sie­bie miał nie­zna­jomą z Krzyża, tę samą, która po­mo­gła En­kic­kiemu dojść do po­ciągu. Ich wzrok zwią­zał się na kilka se­kund nie­ru­chomo. Do­strzegł, że oczy ko­biety były za­łza­wione. Dla­tego apaszka była wil­gotna…

Ko­bieta po­de­szła wol­nym kro­kiem do Stan­czy­kie­wi­cza i wy­jęła mu z rąk apaszkę. Z bli­ska była jesz­cze ład­niej­sza. Po raz pierw­szy w ży­ciu do­znał uczu­cia ‘jakby go za­mu­ro­wało’.

– Wi­dzę, że pana ulu­bio­nym za­ję­ciem jest… ga­pie­nie się – za­uwa­żyła obo­jęt­nie i opu­ściła pod­da­sze.

Tak bar­dzo go za­sko­czyła uwagą, że nie zdo­łał zna­leźć ri­po­sty. Od­pro­wa­dził ją wzro­kiem, aż zni­kła w wą­skim przej­ściu baszty. Cich­nące stą­pa­nie pan­to­fli o ka­mienne schody ustało, gdy nie­zna­joma prze­kro­czyła dolny próg baszty.

Czas do obiadu spę­dził na czy­ta­niu książki. Miał kło­pot ze sku­pie­niem się nad tre­ścią, wy­trą­cony z rów­no­wagi wspo­mnie­niem spo­tka­nia. Szczę­śli­wie dla niego z upły­wem czasu fa­buła wcią­gnęła go na tyle, że za­po­mniał o in­cy­den­cie z nie­zna­jomą.

Gong na obiad za­dźwię­czał pięć mi­nut przed czter­na­stą. Na dzie­dzińcu zro­biło się gwarno. Aku­styka mu­rów po­nio­sła od­głosy lu­dzi uda­ją­cych się na po­si­łek.

Stan­czy­kie­wicz odło­żył książkę na stół i na­rzu­ciw­szy na plecy spor­tową kurtkę, opu­ścił kom­natę.

Gdy przy­sta­nął w progu ja­dalni, sku­pił na so­bie spoj­rze­nia wszyst­kich obec­nych we­wnątrz. Na znak po­wi­ta­nia lekko się skło­nił i za­jął miej­sce przy stole w ką­cie sali.

Ja­dal­nia z po­wo­dze­niem mo­gła po­mie­ścić do stu osób. Była to oka­zała kom­nata z trzema go­tyc­kimi fi­la­rami i strze­li­stym skle­pie­niem. Gdyby w oknach za­miast żół­tych szyb znaj­do­wały się wi­traże, przy­po­mi­na­łaby nawę go­tyc­kiego ko­ścioła.

Do sto­lika Stan­czy­kie­wi­cza po­de­szła młoda, szczu­pła bru­netka. Mo­gła mieć nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia trzy lata. Wy­glą­dała na oględną w obej­ściu; la­ko­niczny uśmiech, zdaw­kowe py­ta­nia, lekko wy­czu­walny dy­stans. Przed­sta­wiła się: na­zy­wała się Ewa Chwa­li­dąb. Chyba nie lu­biła swo­jego na­zwi­ska, bo wy­po­wie­działa je bar­dzo ci­cho. Była po­mocą ku­chenną i po­dob­nie do po­ko­jo­wej Be­aty pod­le­gała go­spo­dyni Ge­no­we­fie Li­szek.

Stan­czy­kie­wicz jadł zupę gro­chową na wę­dzonce, przy­glą­da­jąc się po­zo­sta­łym go­ściom. Do­my­ślał się, że i on był obiek­tem ich za­in­te­re­so­wa­nia. Tylko jed­nej osoby nie mógł doj­rzeć, sie­dzą­cej za fi­la­rem. Wi­dział je­dy­nie mę­ską dłoń z łyżką, która mia­rowo uno­siła się do góry i opa­dała w rytm na­bie­ra­nej zupy z ta­le­rza.

Piękna nie­zna­joma o sko­śnych oczach sie­działa po prze­ciw­le­głej stro­nie ja­dalni, wy­raź­nie stro­niąc od reszty go­ści. Ona jedna ani razu nie spoj­rzała w stronę Stan­czy­kie­wi­cza; przy­naj­mniej on tego nie za­uwa­żył.

Skoń­czył obiad naj­szyb­ciej spo­śród go­ści i wy­szedł na ze­wnątrz, na dzie­dzi­niec. Kie­dyś, gdy był mały, bab­cia mu po­wie­działa, że jaki kto do je­dze­nia, taki i do ro­boty.

Na dwo­rze wiał zimny wiatr od po­łu­dnia. Brama wjaz­dowa była otwarta, jakby za chwilę miał ktoś wje­chać lub wła­śnie przed chwilą wy­je­chał.

Ze skrzy­dła zamku, w któ­rym mie­ściła się część go­spo­dar­cza, wy­szedł męż­czy­zna około czter­dzie­stu lat, o wy­glą­dzie sta­rze­ją­cego się pod­ry­wa­cza. Parę lat temu mu­siał mieć spore po­wo­dze­nie u ko­biet, bo był wy­so­kim do­brze zbu­do­wa­nym blon­dy­nem z twa­rzą jak z żur­nala. Obec­nie z daw­nego wy­glądu po­zo­stało wciąż żywe spoj­rze­nie. In­nym atu­tom czas po­woli za­bie­rał mło­dzień­cze war­to­ści.

„Chyba lubi wy­pić”, po­my­ślał Ro­bert, sku­pia­jąc uwagę na męż­czyź­nie. Męż­czy­zna za­mknął bramę i skie­ro­wał kroki w stronę Stan­czy­kie­wi­cza.

– Ma pan może pa­pie­rosa? – spy­tał, wy­cią­ga­jąc dłoń na przy­wi­ta­nie. – Wła­dek je­stem – przed­sta­wił się.

– Nie palę. Stan­czy­kie­wicz.

– Szkoda, za­pa­li­łoby się. Pan też na Syl­we­stra?

Ro­bert po­twier­dził ski­nie­niem głowy, że tak.

– Szkoda, że śniegu nie ma, bo ku­lig by był. Za­wsze był, a te­raz... – spoj­rzał w niebo. – Za­po­wia­dali deszcz a nie śnieg. Szkoda. Jak jest ku­lig, to wszyst­kim jest faj­nie, bo to i ogni­sko, i pie­czony ba­ran, i tro­chę al­ko­holu... No, wie pan. We­se­lej. A jak jest deszcz, to tylko al­ko­hol i kłót­nie, bo ko­biety nie­za­do­wo­lone.

– Od dawna pan w Gieższ?

– Od za­wsze.

– A skąd ko­nie i sa­nie na ku­lig? – Stan­czy­kie­wicz ro­zej­rzał się wy­mow­nie po dzie­dzińcu zamku, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie wi­dzi ani stajni ani in­nych po­miesz­czeń, w któ­rych można by było zgro­ma­dzić po­wozy.

– Przed wojną tu były, ale te­raz wszystko pod wy­po­czy­nek prze­ro­bione. Ko­nie i sa­nie z Lipy. Moje ko­nie i moje sa­nie. A la­tem to bryczki albo wozy. Wszy­scy to lu­bią, mó­wię panu. Obo­jęt­nie jaki kto ważny, na fu­rze wszy­scy za­cho­wują się tak samo.

Stan­czy­kie­wicz po­ki­wał głową, że ro­zu­mie. Ko­lejne miłe wspo­mnie­nie z mło­do­ści, z po­bytu na pa­łuc­kiej wsi. Znał to uczu­cie, po­wo­zić za­przę­giem koni.

– No, to... mi­łego dnia ży­czę – pan Wła­dek skło­nił głowę i od­szedł.

Z ja­dalni za­częli wy­cho­dzić go­ście Gieższ. Mi­ja­jąc Stan­czy­kie­wi­cza, ki­wali gło­wami i mó­wili mu już ofi­cjal­nie: dzień do­bry.

Po­li­czył ich: pięć ko­biet i pię­ciu męż­czyzn, chyba mał­żeń­stwa, bo wy­cho­dzili pa­rami. Jedno z nich miało dzie­wię­cio­let­nią córkę Agnieszkę. Mał­żeń­stwo to wy­glą­dało naj­sym­pa­tycz­niej. Wy­róż­niała ich za­uwa­żalna róż­nica wieku. Matka Agnieszki mo­gła mieć nie­wiele po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat, a jej mąż tro­chę po­nad czter­dzie­ści.

Po­dob­nie było z dru­gim mał­żeń­stwem, gdzie róż­nica wieku po­mię­dzy mał­żon­kami była wy­raźna. Ona młod­sza, około trzy­dzie­stu dwóch lat, wy­soka i uro­dziwa, ale mo­dlisz­ko­wato wy­glą­da­jącą bru­netka, a on wielki ni­czym góra i dumny ni­czym paw około pięć­dzie­się­cio­letni gru­bas.

Drzwi od ja­dalni po­now­nie się otwo­rzyły, a w ich progu sta­nął… En­kicki! A, więc to jego dłoń wy­sta­wała zza go­tyc­kiego fi­lara.

En­kicki wy­su­nąw­szy białą la­skę do przodu ru­szył wol­nym kro­kiem ku scho­dom wio­dą­cym na kruż­ga­nek. Stan­czy­kie­wicz sta­nął mu na dro­dze.

Biała la­ska na­tra­fiła na prze­szkodę, na but Stan­czy­kie­wi­cza. De­li­kat­nie po­wę­dro­wała wzdłuż nogi ku resz­cie tu­ło­wia. Za­trzy­mała się mniej wię­cej na wy­so­ko­ści piersi, gdy En­kicki oce­nił, że prze­szkodą na jego dro­dze jest czło­wiek.

– Z kim mam przy­jem­ność? – za­gad­nął z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie grzecz­no­ścią.

– Ze mną – usta Stan­czy­kie­wi­cza mi­mo­wol­nie ozdo­bił szczery uśmiech.

– Ro­bert?! To zna­czy, pan Ro­bert? – En­kicki po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, jakby nie­do­wie­rzał słu­chowi. – Ależ oczy­wi­ście! To pan! – uśmiech ra­do­ści roz­lał się po ca­łej twa­rzy star­szego męż­czy­zny.

– Ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, że los po­now­nie nas ze sobą ze­tknie – Stan­czy­kie­wicz uści­snął dłoń En­kic­kiego. – Roz­ma­wia­li­śmy wczo­raj o tak wielu spra­wach, a nie zga­da­li­śmy się, że je­dziemy w to samo miej­sce.

– Ży­cie jest pełne za­ga­dek. I nie­spo­dzia­nek –mó­wiąc to, En­kicki po­ło­żył w po­ufa­łym ge­ście dłoń na ra­mie­niu Stan­czy­kie­wi­cza. – Czy jedną z nich pan już po­znał? – w py­ta­niu En­kic­kiego do­mi­no­wała nuta lek­kiej eks­cy­ta­cji. – Piękna nie­zna­joma z Krzyża także jest w Gieższ.

– Tak, wiem.

– Co ja sły­szę, pa­nie Ro­ber­cie, ja­kiś smu­tek? – wy­czu­lone ucho En­kic­kiego wy­ła­pało wah­nię­cie w gło­sie Stan­czy­kie­wi­cza.

Ro­bert opo­wie­dział nie­wi­do­memu męż­czyź­nie o przed­po­łu­dnio­wym spo­tka­niu z nie­zna­jomą na pod­da­szu baszty.

– To mu­siał być ja­kiś zły mo­ment – En­kicki z nie­do­wie­rza­niem po­krę­cił głową. – W to­wa­rzy­stwie pani Ma­riko spę­dzi­łem wczo­raj kilka go­dzin i za­pew­niam pana, że to nie­zwy­kle czuła i de­li­katna osoba. Ta jej od­zywka do pana, to jakby nie ona. Mu­siał pan tra­fić na zły mo­ment. Po­wiada pan, że pła­kała?

– Ta­kie od­nio­słem wra­że­nie. Jej oczy… Apaszka…

– Ko­biety nie lu­bią być za­ska­ki­wane w trud­nych chwi­lach. Cza­sami po­tra­fią być nie­przy­jemne. To taki od­ruch obronny. To tak, jakby ją za­stać… w ne­gliżu. Ona ucie­kła przed świa­tem w miej­sce, gdzie spo­dzie­wała się być sama…

– A ja zbu­rzy­łem spo­kój tego miej­sca.

– Nie ina­czej – En­kicki zgo­dził się. – Po­zy­tywna strona tego zda­rze­nia jest taka, że nie je­ste­ście już so­bie obcy. Czasu na na­pra­wie­nie złego wra­że­nia mamy w nad­mia­rze. Do­piero przy­je­cha­li­śmy. Pan ma świa­do­mość, co to za miej­sce?

– Cho­dzi panu o spe­cy­fikę go­ści? – Ro­bert wy­mow­nie za­ak­cen­to­wał ostat­nie dwa słowa.

– Wła­śnie. Czy pan rów­nież do nich na­leży? Py­tam tak przy oka­zji, przy­po­mi­na­jąc moją de­kla­ra­cję z po­ciągu, że nie prze­pa­dam za ‘wiel­kim bra­tem’, jego po­li­tyką i jego wa­sa­lami.

– Nie na­leżę do par­tii, je­śli to chciał pan wie­dzieć.

– Bez urazy pa­nie Ro­ber­cie, bo wy­chwy­ci­łem ją w pań­skim gło­sie, ale ja lu­bię ja­sne sy­tu­acje. Już na po­czątku wolę wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

– W ta­kim ra­zie, co pan tu­taj robi ze swo­imi po­glą­dami po­śród ‘ta­kich’ lu­dzi? – wy­raźny na­cisk po­ło­żył na przed­ostat­nie słowo.

– A pan? – En­kicki zre­wan­żo­wał się py­ta­niem na py­ta­nie.

– Ja nie mam pań­skich po­glą­dów a skie­ro­wa­nie do Gieższ do­sta­łem od mo­jego szefa. To on miał przy­je­chać, nie ja.

– Bo ja moje skie­ro­wa­nie ku­pi­łem. Po pro­stu, ku­pi­łem – rzekł En­kicki. – Sporo do­brego sły­sza­łem o Gieższ, dla­tego za­pra­gną­łem tu­taj się zna­leźć. Bar­dzo ża­łuję, że nie mogę na wła­sne oczy zo­ba­czyć jego piękna, bo wszy­scy mi mó­wią, że to mały Wa­wel, ale at­mos­fera zamku jest ma­giczna. To panu rę­czę, to wy­czu­wam.

– A go­ście?

– Do za­ak­cep­to­wa­nia. Poza jed­nym, poza tym na­dę­tym bu­fo­nem, po­słem ziemi łódz­kiej, nie­ja­kim Ar­tu­rem Po­ża­dło. Jego aro­gan­cja i pro­stac­two jest rów­nie wiel­kie, jak on sam.

– Skąd pan wie, że jest wielki?

– Bo sły­szę i czuję. Nie mu­szę wi­dzieć, aby wie­dzieć. Dłoń ma ni­czym bo­che­nek chleba. Cho­dzi gło­śno jak słoń. A głos ma po­dobny do spa­da­ją­cych ka­mieni… i się poci, więc musi być wielki i tłu­sty.

– Rze­czy­wi­ście taki jest – Stan­czy­kie­wicz po­twier­dził.

– Po­przed­nio był pierw­szym se­kre­ta­rzem PZPR w ja­kiejś mie­ści­nie. Awan­so­wał za za­sługi. Mogę tylko do­my­ślać się, za ja­kie. Po za­koń­cze­niu po­sło­wa­nia ma przejść do War­szawy. Przy­naj­mniej tak się chwali. Ten typ, to bal­sam na moją du­szę – rzekł sar­ka­stycz­nie, za­ci­ska­jąc zęby. – Jego żona, od­nio­słem wra­że­nie, że jest od niego młod­sza, to zimna ryba. Je­stem prze­ko­nany, że go nie ko­cha. Jest z nim, bo tak jej wy­god­nie. Ko­rzy­sta z pie­nię­dzy i przy­wi­le­jów.

– Jest pan nie­sa­mo­wity. To wszystko pan wie… ze słu­chu?

– A czyż nie jest po­wie­dziane w Pi­śmie świę­tym: mają oczy a nie wi­dzą, mają uszy a nie sły­szą?

Stan­czy­kie­wicz się ro­ze­śmiał. Obec­ność En­kic­kiego wpra­wiła go w do­bry na­strój. Przy­je­chał do Gieższ z mi­no­ro­wym na­sta­wie­niem, ale los po raz drugi ła­ska­wie po­sta­wił mu na dro­dze Adama En­kic­kiego.

– Po­każę panu moją kom­natę, jak miesz­kam, a pan mi ją opi­sze, bo ja ją mogę so­bie co naj­wy­żej po­ma­cać – po­da­jąc Ro­ber­towi rękę, po­zwo­lił się po­pro­wa­dzić scho­dami na kruż­ga­nek.

– Które drzwi?

– Pierw­sze z pra­wej we fron­to­wym skrzy­dle. Więk­szość kom­nat miesz­kal­nych jest w tym skrzy­dle. A gdzie pana za­kwa­te­ro­wano?

– Ła­two pan trafi. Wy­cho­dząc od sie­bie z kom­naty pój­dzie pan pro­sto kruż­gan­kiem wzdłuż wschod­niego skrzy­dła. Drzwi do mnie znaj­dują się po le­wej stro­nie na końcu. Na wprost jest wej­ście do baszty. Drzwi z le­wej, za­raz przy drzwiach do baszty, to drzwi do mnie.

– Po dro­dze do pana są jesz­cze jedne drzwi – En­kicki machną la­ską na wy­czu­cie, wska­zu­jąc drzwi, o któ­rych mówi.

– Tak, wi­dzę.

– To drzwi do bi­blio­teki. Jest tam duży ko­mi­nek, z któ­rego pro­mie­niuje przy­jemne cie­pło. Rę­czę panu, drogi Ro­ber­cie, że to naj­przy­tul­niej­sza kom­nata w ca­łym zamku. Przy­naj­mniej dla mo­ich zmy­słów.

– Szybko pan po­znał te­ren.

– Jak nie­to­perz, jak nie­to­perz – przy­wo­łał sko­ja­rze­nie z po­dróży po­cią­giem, uśmie­cha­jąc się jed­no­cze­śnie.

Za­trzy­mali się przed drzwiami do kom­naty En­kic­kiego.

– Je­ste­śmy wy­star­cza­jąco da­leko, aby mo­gła wresz­cie wyjść.

– Wyjść? O kim pan mówi?

– O na­szej pięk­nej Ma­riko, o niej mó­wię. Niech pan dys­kret­nie zer­k­nie na drzwi od ja­dalni. Po­winna już wyjść.

En­kicki się nie my­lił. Drzwi od ja­dalni się uchy­liły i po­ka­zała się w nich nie­zna­joma, którą nie­wi­domy męż­czy­zna na­zy­wał Ma­riko.

– Wejdźmy do mnie – po­cią­gnął Ro­berta za rę­kaw kurtki. – Jej kom­nata jest na dru­gim końcu kruż­ganka. Nie po­winna nas wi­dzieć.

– Dla­czego?

– Bo jest taka, jaką ją panu opi­sa­łem. Nie my­li­łem się w jej oce­nie. A za­cho­wa­nie, że opu­ściła ja­dal­nię do­piero te­raz, je­dy­nie po­twier­dza moje spo­strze­że­nia. To bar­dzo wraż­liwa i uj­mu­jąca do­bro­cią istota.

– Nie ro­zu­miem…

– Wsty­dzi się za­cho­wa­nia z baszty. Dla­tego nie wy­cho­dziła z ja­dalni, choć inni wy­szli. Nie po­tra­fiła spoj­rzeć panu w oczy, Ro­ber­cie. Od­cze­kała, aż ode­szli­śmy.

– Ma­riko, to jej imię?

– Miał pan ra­cję wczo­raj w po­ciągu, znaj­du­jąc w jej uro­dzie ce­chy da­le­ko­wschod­nie. Jej bab­cia była ro­do­witą Ja­ponką. Dzia­dek Ma­riko, Po­lak, był ofi­ce­rem słu­żą­cym w car­skiej ar­mii. Na krótko przed wy­bu­chem I wojny świa­to­wej zna­lazł się w Ja­po­nii. Zde­zer­te­ro­wał. Tam po­znał przy­szłą żonę. To piękna hi­sto­ria wiel­kiej mi­ło­ści, mó­wię panu.

– Tego wszyst­kiego do­wie­dział się pan od wczo­raj?

– Od rana mia­łem dużo czasu – od­parł, jakby to było ta­kie oczy­wi­ste. – Pro­szę któ­re­goś razu prze­wią­zać so­bie oczy opa­ską, a za­cznie pan po­strze­gać świat po­zo­sta­łymi zmy­słami. Wtedy się pan prze­kona, jak wiele cen­nych spraw umyka, bo nie sku­piamy się na tym, co istotne. Wzrok na pewno daje szybki prze­kaz, ale czę­sto jest to je­dy­nie ułuda. Aby po­znać głę­bię, na­leży od­wo­łać się rów­nież do po­zo­sta­łych zmy­słów. Ma­riko w każ­dym calu jest skar­bem. Pro­szę mi uwie­rzyć.

Uwaga En­kic­kiego spra­wiła, że Stan­czy­kie­wicz po­czuł ni­czym nie­uza­sad­nioną sym­pa­tię do nie­zna­jo­mej. Nie lu­bił za­draż­nień z ludźmi, za­wsze sta­rał się ich uni­kać, a po­wstałe przy­pad­kowo nie­przy­jem­no­ści na­pra­wiać. Tak też po­sta­no­wił po­stą­pić ze zda­rze­niem z baszty, za­ła­go­dzić je, je­śli nada­rzy się ku temu oka­zja.

– I jak wy­gląda moja kom­nata?

– Bar­dzo po­dobna do mo­jej – od­parł Ro­bert. – Bar­dzo stara szafa, stary stół z krze­słami, sze­ro­kie łóżko, też le­ciwe i dwa ob­razy na ścia­nach – wy­mie­niał wy­po­sa­że­nie. – Ale u mnie na pod­ło­dze leżą skóry z dzika, a u pana… – po­chy­lił się i je do­tknął. – Chyba z ko­zła.

– Po­wi­nie­nem się po­gnie­wać? – En­kicki spy­tał z uda­waną po­wagą. – Na mo­jej pod­ło­dze leży skóra z ja­kie­goś capa? My­śli pan, że wie­dzą, że nie je­stem z par­tii i dla­tego dali mi tę pod­rzędną kom­natę?

– Nie wy­gląda na pod­rzędną. My­ślę, że to stan­dar­dowe wy­po­sa­że­nie. A skóry…

– Tak, tak, po­wi­nie­nem się cie­szyć, że nie z kota – uśmiech­nął się.

– No, wła­śnie. Ale ściany ma pan cie­ka­wiej ozdo­bione. U mnie wi­szą pod­róbki mie­czy, na­to­miast u pana są i mie­cze, i dwie ku­sze.

– Au­ten­tyki czy też pod­róbki?

– Też pod­róbki, nie­stety.

– No i do­brze, po co mi ślep­cowi sprawne ku­sze? Jesz­cze bym so­bie krzywdę zro­bił.

Ro­bert po­my­ślał, że po­godne i nieco sar­do­niczne uspo­so­bie­nie En­kic­kiego bar­dzo mu od­po­wiada. En­kicki był ty­pem czło­wieka, który przy du­żej wie­dzy o ży­ciu, za­cho­wy­wał trzeźwy sto­su­nek do rze­czy­wi­sto­ści. Sto­so­wał prze­kąs, sar­kazm i lekką iro­nię do opisu po­strze­ga­nych zda­rzeń.

– Wczo­raj po obie­dzie wszy­scy ze­brali się w sa­lo­niku bi­blio­tecz­nym – En­kicki za­zna­ja­miał Stan­czy­kie­wi­cza, co go omi­nęło. – My­ślę, że dzi­siaj też tak się sta­nie, bo to je­dyne miej­sce, w któ­rym dzieje się coś cie­ka­wego. Chodźmy, drogi Ro­ber­cie, bę­dzie pan miał spo­sob­ność po­znać z bli­ska po­zo­sta­łych go­ści. Praw­dziwe oso­bli­wo­ści… Cóż, przyj­dzie nam spę­dzić w ich to­wa­rzy­stwie kilka dni. W so­botę do Gieższ przy­bę­dzie do­dat­kowo kil­ka­na­ście osób. Wtedy na­prawdę zrobi się tłoczno, dla­tego ko­rzy­stajmy z luzu, jaki jesz­cze mamy.

W sa­lo­niku znaj­do­wali się już nie­mal wszy­scy go­ście zamku. Gdy do kom­naty we­szli Ro­bert z En­kic­kim, do peł­nego kom­pletu bra­ko­wało je­dy­nie Ma­riko.

Dzie­wię­cio­let­nia Agnieszka ze­sko­czyła z ko­lan ojca, ucie­szona wi­do­kiem En­kic­kiego i pod­bie­gła do star­szego męż­czy­zny, uj­mu­jąc go za rękę.

– Wujku, bę­dziesz nam opo­wia­dał bajki, jak wczo­raj? – po­cią­gnęła go w stronę fo­tela, usy­tu­owa­nego naj­bli­żej ko­minka. – Spe­cjal­nie dla cie­bie trzy­ma­łam to miej­sce, bo mó­wi­łeś, że faj­nie w nim sie­dzieć.

– Wspa­niała z cie­bie przy­ja­ciółka, Agnieszko – En­kicki po­gła­dził dziew­czynkę po wło­sach. – Można na cie­bie li­czyć – do­dał, zaj­mu­jąc miej­sce w fo­telu. – Czuję, że w ko­minku znów się pali.

– Jest tak samo cie­pło, jak wczo­raj – przy­tak­nęła.

– Aga – matka dziew­czynki wzięła córkę za rękę i od­cią­gnęła od En­kic­kiego. – Pro­si­łam, abyś nie ab­sor­bo­wała sobą pana Adama.

– Dla mnie, to przy­jem­ność, droga pani – En­kicki uspo­ka­jał. – Lu­bię dzieci. Pani córka jest uro­cza i miło mi, że do­trzy­muje mi to­wa­rzy­stwa.

– Bo tylko ona jedna nie ma świa­do­mo­ści, ja­kie bred­nie nam pan wczo­raj opo­wia­dał – z nie­skry­wa­nym lek­ce­wa­że­niem w gło­sie rzekł ma­sywny męż­czy­zna, któ­rego En­kicki opi­sał Ro­ber­towi jako na­dę­tego bu­fona, aro­ganta i pro­staka. – Je­stem Ar­tur Po­ża­dło, po­seł ziemi łódz­kiej, a to moja żona Anna – do­ko­nał au­to­pre­zen­ta­cji i wy­cią­gnął w stronę Stan­czy­kie­wi­cza dłoń wielką ni­czym bo­che­nek chleba. – Ro­dzice tej ma­łej, to Edward Drą­żel, radny z Wro­cła­wia i Iwona Drą­żel, se­kre­tarka w urzę­dzie…

– Sami po­tra­fimy się przed­sta­wić – Iwona Drą­żel we­szła w słowo Po­ża­dle, nie­za­do­wo­lona, że po­seł po­zwo­lił so­bie bez jej przy­zwo­le­nia na od­no­sze­nie się do jej ro­dziny.

– W to­wa­rzy­stwie za­wsze jest ktoś, kto nad wszyst­kim musi trzy­mać opiekę – nie­na­wy­kły do stro­fo­wa­nia Po­ża­dło ob­ru­szył się na słowa Iwony Drą­żel.

– I we­dług cie­bie, to wła­śnie ty je­steś tą osobą? – spy­tał z iro­nią szczu­pły męż­czy­zna śred­niego wzro­stu w wieku około trzy­dzie­stu pię­ciu lat. – Za­wsze pcha­łeś się na afisz! – męż­czy­zna prych­nął i nie cze­ka­jąc na re­ak­cję po­zo­sta­łych go­ści w sa­lo­niku, wy­szedł z po­miesz­cze­nia, za­my­ka­jąc za sobą drzwi z lekką osten­ta­cją.

– Za wcze­śnie cię wy­pu­ścili, chu­li­ga­nie! – roz­gnie­wany Po­ża­dło wrza­snął za wy­cho­dzą­cym męż­czy­zną. – Ta­kich jak ty po­winni w dal­szym ciągu wy­wo­zić w ki­bitce na Sy­be­rię!

– Znów daje pan po­pis – spo­koj­nie, acz z wy­czu­wa­nym lek­ce­wa­że­niem za­uwa­żyła ko­bieta, która stała naj­bli­żej męż­czy­zny, który se­kundę temu opu­ścił sa­lo­nik. – Kry­stian nic a nic nie prze­sa­dził, opi­su­jąc mi pana – do­dała i po chwili także wy­szła z sa­lo­niku.

– Ja­kim pra­wem tych dwoje zna­la­zło się w Gieższ?! – twarz Po­ża­dły spur­pu­ro­wiała z gniewu. – To nie jest miej­sce dla ta­kich, jak oni! Za­żą­dam wy­ja­śnień w tej spra­wie! – pie­klił się, wy­ma­chu­jąc ręką za­ci­śniętą w pięść.

– Je­śli do­brze pa­mię­tam z wczo­raj­szego spo­tka­nia pan Kry­stian jest sio­strzeń­cem ku­sto­sza, pro­fe­sora Czer­skiego – spo­koj­nym to­nem rzekł En­kicki, któ­rego ła­godny tembr głosu przy­wra­cał spo­kój. – Pani Da­nuta Gie­rełło jest przy­ja­ciółką pana Kry­stiana. Czy mamy ro­zu­mieć, że we­dług pana, pa­nie po­śle, pro­fe­sor Czer­ski nie może go­ścić ro­dziny, ani bli­skich zna­jo­mych?

– Może ich go­ścić w domu!

– Gieższ jest wła­śnie jego do­mem – ton En­kic­kiego wciąż po­zo­sta­wał po­jed­naw­czy.

– To wła­sność pań­stwowa a nie jego dom! – do Po­ża­dły nie do­cie­rało, jak śmieszny był w swym tę­pym za­cie­trze­wie­niu.

– Gieższ, to za­by­tek mu­ze­alny, więc każ­demu przy­słu­guje prawo do prze­by­wa­nia w nim – do roz­mowy włą­czył się męż­czy­zna pa­lący fajkę.

– Nie każdy! – Po­ża­dło pra­wie fuk­nął na niego. – Nie w Gieższ.

– Pan chyba tro­chę się za­ga­lo­po­wał, pa­nie po­śle – stwier­dził En­kicki.

– A pan wię­cej niech się nie od­zywa. Pana rów­nież nie po­winno tu­taj być – tłu­sty pa­lec Po­ża­dły wy­ce­lo­wał w En­kic­kiego.

– Chyba ro­zu­miem, co pan ma na my­śli – głos En­kic­kiego przy­brał nieco kpią­cego brzmie­nia. – Nie na­le­żymy do par­tii. Ani ja, ani pan Kry­stian, ani pani Gie­rełło.

– W pań­skiej spra­wie, też za­żą­dam wy­ja­śnień.

– Już te­raz mogę panu wszystko wy­ja­śnić – En­kicki do­bro­dusz­nie się ro­ze­śmiał. – Skie­ro­wa­nie do Gieższ ku­pi­łem.

– Że co?! Ku­pił pan? Od kogo?!

– Od ta­kiego sa­mego ko­goś, jak pan.

– Już ja się do­wiem, kto to był!

– I co pan mu zrobi?

– Nie ja. Par­tia!

– A niby co zrobi? Że za­miast tego ko­goś, to ja przy­je­cha­łem do Gieższ? To wy­bryk ocie­ra­jący o prze­stęp­stwo? Sam pan przed chwilą po­wie­dział, że Gieższ jest wła­sno­ścią pań­stwa.

– Jest wła­sno­ścią pań­stwa, ale opiekę nad zam­kiem spra­wuje par­tia. To chyba ja­sne. Ale wi­dzę, że nie dla wszyst­kich – wład­czym spoj­rze­niem po­wiódł po ze­bra­nych w sa­lo­niku.

– Mogę panu po­dać na­zwi­sko osoby, od któ­rej od­ku­pi­łem skie­ro­wa­nie, ale są­dzę, że wo­lałby pan, abym go nie wy­mie­niał – En­kicki wy­cze­ki­wał de­cy­zji Po­ża­dły.

– A niby, dla­czego?

– Bo to czło­nek Biura Po­li­tycz­nego9 – nie­wi­domy męż­czy­zna za­uwa­żył cich­ną­cym to­nem.

Stan­czy­kie­wicz wi­dział, jak na­pu­szona twarz Po­ża­dły zwa­żyła się w jed­nej chwili. Był za ma­łym pion­kiem w struk­tu­rach par­tii, aby ata­ko­wać członka Biura Po­li­tycz­nego.

Ro­bert nie wie­dział, czy En­kicki mó­wił prawdę, czy ble­fo­wał, ale do­my­ślał się, że mo­ment, w któ­rym Po­ża­dło uświa­do­mił so­bie, że nic a nic nie może zro­bić En­kic­kiemu i nie wy­ko­rzy­sta prze­ciw niemu żad­nych zna­jo­mo­ści i ukła­dów, był dla nie­wi­do­mego męż­czy­zny chwilą ma­łego triumfu. Za­pewne ko­lejną małą ze­mstą za lata spę­dzone w ko­palni, oku­pione utratą wzroku.

– Na­zy­wam się Ro­bert Stan­czy­kie­wicz – Ro­bert wy­ko­rzy­stał po­wstałą chwilę ci­szy, aby się przed­sta­wić. – Pań­stwo, jak wi­dzę, już się zna­cie. Miło mi, że i ja mogę pań­stwa po­znać.

– Edward Drą­żel, a to moja żona Iwona oraz córka Agnieszka – radny z Wro­cła­wia przed­sta­wił ro­dzinę, jakby wcze­śniej­sza pre­zen­ta­cja Po­ża­dły w ogóle nie miała miej­sca. – Je­ste­śmy z Wro­cła­wia. Od­no­szę wra­że­nie, że już kie­dyś się spo­tka­li­śmy…

– Być może, ale ja ja­koś nie pa­mię­tam – Stan­czy­kie­wicz prze­pra­szał rad­nego uśmie­chem, że nie przy­po­mina so­bie wcze­śniej­szego spo­tka­nia.

– Pana twarz wy­daje mi się zna­joma – radny tłu­ma­czył, dla­czego uczy­nił uwagę o moż­li­wej zna­jo­mo­ści. – A może to tylko po­do­bień­stwo?

– Może.

– Wol­scy. Jo­anna i Pa­weł – męż­czy­zna z fajką wska­zał Stan­czy­kie­wi­czowi na sie­dzącą obok żonę. – Je­ste­śmy le­ka­rzami z War­szawy.

– Ku­baccy. Ma­rian i Elż­bieta – do Stan­czy­kie­wi­cza po­de­szli naj­starsi go­ście z ca­łego to­wa­rzy­stwa. Oboje mieli około pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat. – Miesz­kamy w Gdyni. Pły­wam w PLO10 – do­dał pan Ku­backi.

– A skąd pan jest? – spy­tał Po­ża­dło, któ­remu po­rażka sprzed chwili nie ode­brała pew­no­ści sie­bie. Znów czuł się tym, który nad wszyst­kim musi trzy­mać opiekę.

– Ze Szcze­cina.

– Co pan robi?

Stan­czy­kie­wicz nie od­po­wie­dział od razu. Wy­glą­dało, jakby przez krótką chwilę za­sta­na­wiał się nad od­po­wie­dzią.

– Ry­suję.

– Co pan ry­suje? – py­ta­nia Po­ża­dły pa­dały ni­czym na prze­słu­cha­niu.

– Jest pan gra­fi­kiem, pa­nie Ro­ber­cie? – ła­godne py­ta­nie En­kic­kiego za­brzmiało kon­tra­stu­jąco do py­tań po­sła ziemi łódz­kiej.

– Mniej wię­cej.

– Szkoda, że nie będę mógł zo­ba­czyć pań­skich ry­sun­ków, ale je­stem prze­ko­nany, że ma pan ładną kre­skę. A co pan lubi ma­lo­wać naj­bar­dziej?

– Por­trety – uśmiech­nął się.

– Ta­kie... far­bami? – spy­tał Po­ża­dło.

– Far­bami, kred­kami, ołów­kiem. Tech­nika nie ma zna­cze­nia.

– To zna­czy, że mógłby pan na­ma­lo­wać por­tret mo­jej żony?

– Je­śli znajdę tro­chę czasu… – Ro­bert od­parł wy­mi­ja­jąco.

– Czasu jest dużo. Chcę, aby pan na­ma­lo­wał jej por­tret.

– Ze sobą za­bra­łem je­dy­nie blok ry­sun­kowy i kredki – de­li­kat­nie da­wał Po­ża­dle do zro­zu­mie­nia, że nie lubi, kiedy ktoś pró­buje na­rzu­cić mu swoją wolę.

– W so­botę do Gieższ przy­jeż­dża mój przy­ja­ciel, za­dzwo­nię do niego i po­wiem mu, aby przy­wiózł farby i inne ta­kie tam po­trzebne rze­czy do na­ma­lo­wa­nia por­tretu. Pan po­wie, co jest po­trzebne, a ja za­pi­szę i każę mu przy­wieźć.

– Oba­wiam się, że może być z tym pro­blem – rzekł Stan­czy­kie­wicz. – To re­gla­men­to­wany to­war.

– Żar­tuje pan? – Po­ża­dło się żach­nął. – Re­gla­men­to­wany? Nie dla wszyst­kich.

– Pan po­seł chce nam po­wie­dzieć, drogi Ro­ber­cie, że dla niego to nie jest pro­ble­mem. To ta­kie Gieższ w więk­szej skali – uszczy­pliwa uwaga En­kic­kiego za­brzmiała ci­cho i cie­pło.

– Nie wtrą­caj się pan. Więc jak, umowa stoi? – Po­ża­dło nie spusz­czał wzroku ze Stan­czy­kie­wi­cza.

Ro­bert je­dy­nie wzru­szył ra­mio­nami, co mo­gło ozna­czać zgodę, jak i odło­że­nie de­cy­zji w cza­sie.

– Pa­nie Ada­mie, do­koń­czy pan wczo­raj­szą opo­wieść? – Jo­anna Wol­ska, wy­ko­rzy­stu­jąc chwilę ci­szy na ode­bra­nie Po­ża­dle głosu i na­kie­ro­wa­nie roz­mowy na inny te­mat, skie­ro­wała py­ta­nie do En­kic­kiego.

– Do­koń­czy bajkę – wtrą­cił Po­ża­dło.

– Skoro nie jest pan za­in­te­re­so­wany, nie musi pan słu­chać – Pa­weł Wol­ski sta­nął przy py­ta­niu żony. – Może pan so­bie zro­bić spa­cer wo­kół zamku. My­ślę, że ruch do­brze panu zrobi, to su­ge­stia me­dyczna.

Ro­bert zdą­żył się zo­rien­to­wać, że Wol­scy i Drą­że­lo­wie nie pa­łają sym­pa­tią do Po­ża­dły ani do jego żony. Także Kry­stian, sio­strze­niec ku­sto­sza oraz jego przy­ja­ciółka Da­nuta Gie­rełło mieli z Po­ża­dłem na pieńku. Z obec­nych w sa­lo­niku je­dy­nie pań­stwo Ku­baccy nie wy­ka­zy­wali jaw­nej nie­chęci wo­bec po­sła ziemi łódz­kiej i jego mał­żonki.

Drzwi do sa­lo­niku się otwo­rzyły i w to­wa­rzy­stwie Kry­stiana oraz Da­nuty Gie­rełło we­szło dwóch męż­czyzn. Obaj byli w wieku nieco po­nad sześć­dzie­siąt lat. Wyż­szy, o or­lich ry­sach twa­rzy i dys­tyn­go­wa­nych ru­chach, był ku­sto­szem. Ten drugi, o czym świad­czyła su­tanna, był księ­dzem.

– Wi­dzie­li­śmy przez okno, że pan już przy­szedł, uzna­li­śmy za­tem, że to naj­wyż­sza pora na ciąg dal­szy pań­skiej wczo­raj­szej opo­wie­ści – za­czął ku­stosz zbli­żyw­szy się do En­kic­kiego. – Za­kła­dam, że bę­dzie nie mniej in­te­re­su­jąca od tej wczo­raj­szej. Nie uwie­rzy pan, ale to mój za­cny przy­ja­ciel, pro­boszcz Lip­ski po­na­glał do przyj­ścia.

– Po­mimo róż­nicy zdań, jaka wczo­raj mię­dzy nami za­ist­niała? – spy­tał En­kicki.