Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dwa dziwne zgony rozpoczynają śledztwo szczecińskich policjantów, Beaty Lewickiej i Edka Molika. Pierwszy dotyczy europosła, drugi denat jest pozbawiony … krwi. Szalone domysły i tajemnicze teorie prowadzą śledczych do niewiarygodnych ustaleń. „Weszliśmy do innego świata, w którym jest tylko prawda lub obłęd”.
Na Ziemię nadciąga kosmiczna katastrofa, elity budują w górach arki przetrwania, dlatego policjanci muszą ocalić tajemniczego obrońcę, ukrytego przez Obcych z Nibiru w grocie pod Szczecinem.
Ale to ich dawna koleżanka, Tess z „Szamanów życia”, poniesie największą ofiarę, usiłując ocalić jak największą rzeszę ludzi, przynajmniej tych z okolic Szczecina…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 742
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
@ Wojciech Burger
Projekt okładki: Krzysztof Wierzbowski
DTP: GroupMedia
Powieść jest fikcją, jednak odwołującą się do realnej przestrzeni. Ewentualne podobieństwo do osób i zdarzeń realnych jest niezamierzone, przypadkowe; zdarzenia i osoby historyczne obarczone fantazją dla potrzeb fikcyjnej fabuły.
Wszelkie prawa są zastrzeżone. Rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej powieści bez autoryzacji jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka wyłącznie do użytku domowego bez prawa do publicznego wypożyczania!
Książka, którą nabyłeś jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie! Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło.
Szanuj cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki.
ISBN 978-83-975358-7-9
Wydanie I poprawione
Grażynie, mojej żonie – dedykuję.
Od zarania dziejów ludzie opowiadali sobie przeróżne historie. Niektóre oparte były o wydarzenia rzeczywiste, a część była jedynie fantazją opowiadającego. Ludzie dawali wiarę lub nie i tym realnym opowieściom, i tym zmyślonym. I tak jest do dzisiaj.
Drogi czytelniku w „Ostatnim z bogów” do fabuły opartej o wyobraźnię autora przypisane są odniesienia z rzeczywistości. Tylko od Ciebie zależy w co uwierzysz, a co potraktujesz, jak bajkę.
Autor
„Wspólnotę kościelną czeka poważny wstrząs, w którego wyniku Kościół odzyska bardziej duchowy wymiar i nie będzie flirtować z żadną opcją polityczną. Będzie ubogi i stanie się Kościołem najbiedniejszych.
Ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy i dopiero wtedy w małej owczarni wierzących odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie, odpowiedź, której zawsze szukali.”
Joseph Ratzinger (papież Benedykt XVI)
Przeszłość jest farsą, przyszłość zaś trwogą”, to były słowa ojca. Po raz pierwszy usłyszał je dawno temu, kiedy był jeszcze chłopcem.
Mniej więcej w tamtym okresie zaczął myśleć o życiu w stanie duchownym, o powołaniu. Zawsze był blisko Boga, to niezaprzeczalna zasługa ojca, ale poświęcenie się Bogu nie zawsze znajdowało miejsce w sercach członków rodzin związanych ze Stolicą Apostolską. Przysłuchując się rozlicznym rozmowom, często słyszał z ust ojca o tych, dla których bliskie związanie z Watykanem służyło głównie do celów majątkowych. Nie byli pobożni, za to wspaniale udawali. W nim nigdy nie było wątpliwości, on wręcz czekał na tchnienie z nieba, które wypełniłoby jego serce spodziewaną łaską. Ta dziecięca radość oczekiwania nigdy w nim nie wygasła, dlatego niejednokrotnie spoglądał na siebie, jak na nieprzystosowanego do życia ze względu na naiwność.
Długi czas nie rozumiał słów ojca: farsa i trwoga – przeszłość i przyszłość.
– Przeszłość, to przecież wcześniejsza przyszłość, tylko, że już dokonana – rzekł któregoś razu do ojca, gdy ten powtórzył przy nim osobistą maksymę. – Dlaczego trwoga z upływem czasu staje się farsą? Wypłowiała? – pozwolił sobie na młodzieńczy żart.
– Przyszłość jest nieznana, a ludzie boją się tego co nieznane. Co znane i już przeminęło może jedynie smucić lub śmieszyć. W twoim sarkazmie jest dużo racji. Przeszłość wygląda jak wypłowiały na słońcu rysunek – odparł ojciec.
– Zawsze?
– Jest tylko jedna przyszłość, która trwoży do końca – ojciec rzekł po chwilowej zadumie.
– Jaka?
– Do tego musisz dojść sam, mój synu.
Początkowo myślał, że to trwoga przed Bogiem, ale szybko doszedł do wniosku, że Bóg – będący czystą łaskawością – nie może trwożyć. Można przed Nim czuć respekt – nawet byłby wskazany – ale nie strach. Później w jego rozważaniach trwogą było piekło i zaczął już sądzić, że wreszcie odgadł zagadkę ojca, lecz piekło nie dotyczyło wszystkich. Każdy z ludzi miał prawo wyboru drogi życia, która nie musiała prowadzić na wieczne potępienie. Maksyma ojca dotyczyła wszystkich, a jedyna przyszłość, która trwoży do końca dotyczyła żywych, nie umarłych – tak zaczął to postrzegać z upływem dni.
Gdy był już dojrzałym mężczyzną często wracał myślami do młodzieńczych dysput z ojcem kończących się przyszłością, co trwożyła do końca. Pamiętał dzień, kiedy wreszcie odgadł, czym będzie ta przyszłość. Tym odkryciem podzielił się z ojcem, a ten uśmiechnąwszy się, z uznaniem pokiwał głową.
Zza pleców dobiegł go cichy odgłos powolnie otwieranych drzwi. Był ciekaw, jakie wiadomości przyniesie pierwszy posłaniec zaczynającego się dnia. Cierpliwie czekał, nie odrywając oczu od soczystej zieleni ogrodów watykańskich, pośród których czuł się bliżej Stwórcy. Już dawno uznał, że najpiękniejszą częścią boskiego stworzenia jest flora. Kolorowa i pachnąca, dająca prawdziwą radość obcowania. Na pewno nie byli nią ludzie, choć właśnie to ich wywyższa się ponad resztę stworzenia. Z upływem czasu wątpliwość co do ludzkiej ważności jedynie się pogłębiała. Dwadzieścia lat temu obudziła się bestia antychrysta, która zalała Europę krwią ludobójstwa na niespotykaną skalę i uczyniła to w imię zwyrodniałej idei. Tamte zdarzenia przelały w nim czarę goryczy. Dziesiątki milionów ofiar. Nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego świat pogrążył się w mroku. Przecież nie wierzył, że Bóg pragnął właśnie tego. Nawet nie dopuszczał do siebie tak szalonej myśli, ale pamiętał moment słabości, gdy jego wiara poddana została ciężkiej próbie. Pamiętał ból duszy, kiedy jedyny raz w życiu pozwolił sobie głośno krzyknąć w kierunku wiszącego krzyża, że Bóg to widzi i na to pozwala. Później ukorzył się w sercu i przeprosił za śmiałość, ale bezradność i bezsilność pozostały w nim do końca. Mógł się tylko modlić i dyskretne akceptować wspierające potrzebujących działania Stolicy Apostolskiej. Tak też czynił, choć miał świadomość, że jest to zaledwie kropla życia w oceanie śmierci.
– Wasza Świątobliwość – od strony drzwi doleciał uprzejmy głos biskupa Leoniego.
Giovanni Pacelli1 przeniósł spojrzenie z soczystej zieleni ogrodów na łagodną twarz biskupa. Jego pojawienie się w komnacie papieskiej zwiastowało tylko jedno.
– Czy…? – zaczął Pius XII, rozmyślnie nie kończąc.
– Tak, Wasza Świątobliwość – Leoni skinął przytakująco głową.
Nastała chwila przeciągającego się milczenia.
– Działa? – spytał papież.
– Tak.
– Widziałeś?
– Widziałem. Ojciec Ernetti umożliwił nam zobaczyć Pana – biskup Leoni z nabożną czcią pochylił głowę, jakby kłaniał się przed obliczem tego, którego zobaczył dzięki staraniu Ernettiego.
Pracownia benedyktyna, ojca Alfredo Pellegrino Ernettiego2 znajdowała się w podziemiach położonych na skraju całego kompleksu zabudowań watykańskich. Wiedziało o niej zaledwie pięć osób, ale o jej prawdziwym przeznaczeniu wiedziały jedynie trzy: Pius XII, biskup Leoni i ojciec Ernetti.
Pod koniec lat czterdziestych ojciec Ernetti wyjawił przed Jego Świątobliwością, że jest w stanie odtworzyć obrazy ukazujące życie Zbawiciela. Odtworzenie przeszłości potwierdziłoby, że Chrystus istniał naprawdę i czynił to, co opisują Ewangelie. Wpierw wojna a następnie rosnący w świecie wpływ idei komunistycznych odcisnęły niepożądane piętno na duchowej sferze życia wielu chrześcijan. Faszyzm i materializm dialektyczny rzuciły Kościołowi w twarz jego oderwanie od rzeczywistości. Hasła brunatnych i czerwonych głosiły: „Boga nie ma!”. Według nich istnieje tylko realna rzeczywistość materialna, pozbawiona obiektywnego bytu, którego nie dałoby się sprowadzić do jego fizycznej podstawy. Gdyby taki byt istniał, to nie dopuściłby do ludobójstwa milionów niewinnych istnień. Gdzie był ten byt, kiedy bombardowano Guernikę, Warszawę i Londyn? Dlaczego pozwolił Niemcom na wzniesienie Dachau, Auschwitz i Treblinki, miejsc bestialskich mordów, jakich nie było w dotychczasowej historii świata? Jak mógł ten hipotetyczny byt pozwolić wielkiemu narodowi niemieckiemu mającemu tak wspaniałych synów jak Goethe, Beethoven, Bach, Schiller, Hegel, Kant dać się otumanić parszywcowi Adolfowi Hitlerowi i jego zwyrodniałym siepaczom? „Boga nie ma i nigdy nie było”, krzyczeli coraz głośniej rzecznicy nowych idei i ładu świata, bo gdyby Bóg istniał naprawdę, nigdy nie byłoby wojen ani cierpienia. Boskie miłosierdzie oraz łaska są niczym innym, jak tylko opium, którym Watykan otumania rzesze wiernych, aby wąskiej grupie uprzywilejowanych hierarchów dostatnio się żyło. Hitler przynajmniej nie krył, że jest zaborcą życia i gwałcicielem wolności, natomiast Watykan prawdziwe oblicze uzurpacji nad światem skrył pod całunem hipokryzji i kłamliwej świętoszkowatej dobroci. Głosił bajkę, w którą sam nie wierzył.
Pius XII słyszał wcześniej o Ernettim. Był to oddany Bogu zakonnik bractwa, którego motto Ora et labora3 dobrze określało brata Alfredo zamiłowanego w sztuce muzykologa. Jego pasja i ciekawość historii muzyki starożytnej, szczególnie Persów, Sumerów, Asyryjczyków i Egipcjan, wzbudziła w nim pragnienie rzeczywistego usłyszenia dźwięków z odległych czasów. Nigdzie nie istniały jakiekolwiek zapiski mogące posłużyć do odtworzenia utworów sprzed kilku tysięcy lat4. W czasach starożytnych nauka muzyki i śpiewu były przekazywane na drodze tradycji, gdzie mistrz uczył ucznia, a kiedy uczeń stawał się mistrzem, przekazywał wiedzę i umiejętności następnemu uczniowi. Działo się tak na przestrzeni dziesiątków pokoleń, jak z przekazywaniem rodowej tradycji czy wizerunkiem plemiennych bożków. O tym, że w starożytności śpiewano, mówiła Biblia, ale nigdzie nie było zapisu brzmienia samej muzyki. Pozostawało echo starożytnych dźwięków, wciąż żywe w tradycji ludów zamieszkujących współcześnie krainy starożytnej Persji, Sumeru, Asyrii i Egiptu. Te dźwięki fascynowały Ernettiego, który zadawał sobie pytanie, jak brzmiały w formie pierwotnej, nieskalane przez czas oraz migrację ludów, kiedy do fraz rodzimych dokładano frazy nowo poznane z nowych ziem, do których lub z których przychodzono w niekończącej się wędrówce życia.
Gwałtowny rozwój techniki z ostatnich dwóch dziesięcioleci ze szczególnie demoniczną jej manifestacją w postaci bomby wykorzystującej rozszczepienie jądra atomu niepokoił papieża. Hiroszima i Nagasaki były przerażającym ostrzeżeniem, przywołującym biblijne obrazy zagłady Sodomy i Gomory. Ludzie nagle weszli na zakazany im teren i zapragnęli stać się podobni do Boga. W historii człowieka podobne pragnienie już raz skończyło się dla ludzi wielką porażką. Sięgnęli po zakazany owoc z drzewa poznania, czym skazali się na wygnanie z domu Stwórcy.
Pius XII lękał się, że bezgraniczna wiara człowieka w moc maszyn doprowadzi do sytuacji w jakiej przed tysiącleciami znaleźli się budowniczowie Wieży Babel. Wieża miała służyć skupieniu, miała być widoczna i miała nie dopuścić do rozproszenia rodzaju ludzkiego. Bóg dojrzał w zamyśle człowieka niebezpieczeństwo: ludzie zjednoczeni będą potrafili i mogli dużo więcej, i w gonitwie za próbą dorównania Bogu ponownie dopuszczą się wystąpienia przeciw przykazaniom i ponownie zgrzeszą. Dlatego Bóg jednej nocy pomieszał języki budowniczym wieży, aby nie potrafili porozumieć się ze sobą i nie ukończyli budowy.
Dla papieża było oczywiste, że człowiek po raz kolejny chce się zrównać ze Stwórcą. Tym razem uwierzył technice, która miała dać dostęp do możliwości skupionych w woli Boga, a nauka, matka techniki miała dać odpowiedzi na wszystkie pytania, aby już po wszystkie czasy na Ziemi stało się jako w Niebie.
Ernetti wytłumaczył Jego Świątobliwości na czym oparł niezwykle śmiałą teorię, która miała mu umożliwić przywołanie obrazów sprzed dwóch tysięcy lat. To był ten nieliczny wyjątek, kiedy technika mogła przysłużyć się dobrej sprawie. Ernetti przyjął założenie, wyznawane przez wszystkich naukowców, że fale dźwięku nigdy nie giną. Dzielą się one na coraz mniejsze jednostki, ale nigdy nie przestają istnieć i trwają w otaczającej nas przestrzeni w postaci energii. Twierdził, że wszystko, co dzieje się na Ziemi i we Wszechświecie pozostawia energetyczny ślad w postaci dźwięku i wizji. Ten ślad można zrekonstruować za sprawą odpowiedniego urządzenia. Urządzenie nazwał chronowizorem, łącząc imię greckiego boga czasu Chronosa z telewizorem, aparatem umożliwiającym zdalny odbiór ruchomego obrazu.
Chronowizor Ernettiego mieścił się w średniej wielkości pomieszczeniu. Wzdłuż trzech ścian rozstawiona była aparatura podobna do radiowej. Czwarta ściana z drzwiami wejściowymi stanowiła miejsce przeznaczone do wypoczynku lub spożywania posiłku. Niemal każdy element układanki tworzącej chronowizor miał pokrętła, przyciski, mierniki napięcia i natężenia przepływu prądu oraz kolorowe lampki kontrolne. Wszystko służyło precyzyjnemu ustawieniu czasu, z którego ściągano ślad energetyczny. Głównym elementem urządzenia był sporych rozmiarów audion, lampa katodowa służąca za detektor, odtwarzacz fal elektromagnetycznych. Stała mniej więcej w centralnej części całości. Z boku, z prawej strony audionu umieszczono w ebonitowej obudowie ekran, działający na zasadzie telektroskopu reprodukującego obrazy na odległość za pośrednictwem elektryczności. U samego sklepienia mniej więcej na wysokości czterech metrów nad podłogą rozpinały się przeróżnego kształtu anteny, wykonane ze stopów metali szlachetnych i nieszlachetnych. Część anten, tych najważniejszych dla działania chronowizora, zmyślnie ukryto w różnych częściach Watykanu i połączono z urządzeniem w piwnicy wiązkami miedzianych przewodów. Chronowizor odbierał, dekodował i odtwarzał promieniowanie elektromagnetyczne fali obrazu i dźwięku zdarzenia z wybranej przeszłości.
Pius XII przez kilka godzin w niemym skupieniu przyglądał się przekazom z odległych dziejów. Początkowo ulegał wahaniom nastroju, od fascynacji i głębokiego uniesienia, po niewiarę i zwątpienie. Aż wreszcie oswoił się z miejscem, sytuacją i obrazami.
Najbardziej go ciekawiły wydarzenia ukazujące życie Jezusa opisane w ewangeliach. W tym celu stworzono chronowizor, dlatego przed laty wyraził zgodę na realizację szalonego projektu Ernettiego.
Na każdym etapie prac benedyktyna miał wątpliwości. Poza tym projekt prześladowały rozliczne niepowodzenia. Pomimo tego trwał niewzruszenie przy raz powziętej decyzji, gdyż na własne oczy chciał ujrzeć oblicze Pana. I paść na kolana, i oddać pokłon pełen pokory, jak sobie wyobrażał w młodzieńczych latach, gdy po raz pierwszy zamarzył, że to właśnie za jego życia Jezus powróci.
Przyglądał się scenom sprzed wieków zaskoczony, że w wielu miejscach ewangeliczny opis nie pokrywał się z obrazami z chronowizora.
– Wasza Świątobliwość – biskup Leoni odezwał się wyciszonym tonem. – Czy mamy zacząć głosić nową ewangelię? – wskazał na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą rozgrywały się sceny sprzed dwóch tysięcy lat. – To wiele zmienia.
– Niczego nie zmienia – papież przeniósł spojrzenie na biskupa. – Widziałeś Jezusa nauczającego miłosierdzia i wybaczania. Wokół Niego skupieni byli uczniowie i głosił Słowo Boże.
– Mówił w nieznanym nam języku. Nie wiemy na pewno, o czym mówił. Tak często powtarzałeś, że najważniejsza jest prawda. A to, co zobaczyliśmy, jest nieco inne od tego, co głosimy wiernym. Przynajmniej w zakresie, który widzieliśmy.
– Słusznie zauważyłeś. Jest tylko nieco inne. Dlatego nie ma powodów, aby cokolwiek zmieniać.
Leoni zwiesił głowę, lecz było widać, że w jego duszy rozgrywał się dylemat natury moralnej.
– Jak mam to pogodzić z sumieniem?
– Udawaj, dla dobra wiernych.
Ernetti nieznacznie pochylił się w stronę papieża i coś mu powiedział w dyskrecji.
Pius XII skinął zgodnie głową, a później wymownym gestem odprawił biskupa Leoniego z pomieszczenia.
Kiedy Jego Świątobliwość opuszczał pracownię Ernettiego czekający za drzwiami biskup Leoni dostrzegł na obliczu papieża wielką emocję. Domyślił się, że benedyktyn ukazał Jego Świątobliwości coś, czego nikt inny poza nim ujrzeć nie miał prawa. Ten obraz musiał na papieżu wywrzeć kolosalne wrażenie, bo cała jego postawa, wyraz oczu i bladość twarzy świadczyły o jednym – Pius XII był przerażony.
Wieczorem przed snem Pius XII wezwał do siebie biskupa Leoniego. Długo trzymał go w niepewności nim wydał dyspozycje.
– Urządzenie brata Alfredo niesie wielkie niebezpieczeństwo – papież zaczął wyważonym tonem – Za jego sprawą można śledzić poczynania wszystkich i wszędzie. Gdyby aparat Ernettiego dostał się w ręce ludzi agresywnych, nieodpowiedzialnych, źle wyrażających się o Bogu lub co gorsze w ręce służb specjalnych państw, dla których nie ma świętości, mógłby doprowadzić do wielkich tragedii. Czasem lepiej, aby pewne informacje nigdy nie ujrzały światła dziennego. Aby nie ujrzały ich i nie usłyszały o nich niczyje oczy i uszy – papież zbliżył się do biskupa i dotknął lekko jego dłoni, czym dał do zrozumienia, że to, co teraz powie jest najwyższej wagi i tajemnicy. – Urządzenie ojca Ernettiego należy rozebrać na dwanaście części i rozesłać do dwunastu miejsc na świecie. Mają tam spocząć na zawsze, bez wiedzy skąd są i do czego służą. Zajmiesz się tym osobiście.
– Są jeszcze plany – zauważył biskup. – Te schowam w archiwum, aby już nikt nigdy nie miał do nich dostępu. Dlaczego nie zniszczyć od razu urządzenie brata Alfredo? – biskup spytał ostrożnie.
Pius XII myślał przez chwilę intensywnie, czy sugestia Leoniego nie jest właściwa.
– Uczyń, jak ci powiedziałem – papież pozostał przy wcześniejszej dyspozycji.
Przeszłość jest farsą, przyszłość zaś trwogą. Giovanni Pacelli dopiero teraz tak naprawdę pojął prawdziwy sens brzmienia słów ojca. Z chwilą wyjścia z pracowni Ernettiego po raz pierwszy pożałował, że kilka lat temu uległ namowie benedyktyna. Obrazy, które dzisiaj ujrzał za sprawą chronowizora do reszty utwierdziły go w przekonaniu, że technika jest złem. Zobaczył to, czego nigdy nie powinien był widzieć. Nikt nie powinien mieć możliwości wglądu w przyszłość, bo ta należała wyłącznie do Boga.
Przyszłość jest trwogą…
Ostatni odcinek zawsze były najwolniejszy. Mniej więcej pięć metrów przed punktem zatrzymania winda zwalniała. O końcu opadania, podobnie jak o końcu wznoszenia, sygnalizowała migocąca zielona lampka nad drzwiami. Dla kogoś niewtajemniczonego wewnętrzna strona drzwi wyglądała na jednorodną gładką płaszczyznę metalu, bez wypustów i wgłębień, za których pomocą można byłoby je ręcznie otworzyć. Ale wystarczyło wcisnąć zieloną lampkę, aby w lewej części drzwi uchyliła się mała klapka, którą przesuwało się skrzydło drzwi na prawą stronę i bez trudu je otwierało. Zielona lampka służyła ponadto do uruchamiania windy. Poza nią wewnątrz nie było innych przycisków, bo też nie było takiej potrzeby. Winda pokonywała stały odcinek: z góry w dół i z dołu do góry, bez przystanków pośrednich.
Na górze znajdowało się mieszkanie, na dole, na głębokości trzydziestu pięciu metrów pod powierzchnią, było pomieszczenie wielkości dużego pokoju z okrągłym włazem o średnicy półtora metra, zamykanym podobnie do przesłony fotograficznej za sprawą nachodzących na siebie metalowych kształtowników. Metalowe wejście narzucało dolnemu pomieszczeniu mrocznego charakteru i tajemnicy kryjącej się po drugiej stronie.
Mężczyzna, który wyszedł z windy, ubrał się w kombinezon z aparatem tlenowym. Otworzył okrągły właz i przekroczył jego próg, a potem tunelem wydrążonym w ziemi kierował się w stronę południowego wschodu. Przed sobą niósł nieduże urządzenie w kształcie wrzeciona, którym oświetlał drogę. Blask żółtego światła padał na ściany tunelu i odbijał się od nich niczym od szklanej powierzchni. Jakkolwiek tunel został stworzony, wykorzystano do tego wprost niewyobrażalnej temperatury, która wytopiła cały grunt ze środka i zasklepiła boki tunelu grubą warstwą zeszklonej materii. Gładkie niczym szkło boki stanowiły niezmiernie wytrzymałą konstrukcję nośną korytarza.
Mężczyzna miał do pokonania prawie dwa kilometry, ruszył niespiesznym krokiem. Gdy już dotarł na koniec tunelu, wrzecionowate urządzenie ułożył na podłodze i przesunąwszy dłonią po jego powierzchni, wyzwolił jaskrawą emisję znaków podobnych do pisma klinowego Sumerów. Potem wybierał poszczególne znaki, ustalając zakres zadania, jakie urządzenie miało wykonać. Następnie z kieszeni wyjął latarkę na baterie i oświetlił nią drogę powrotną. Na końcu zamknął za sobą szczelnie owalny metalowy właz, ale aparatu tlenowego i kombinezonu nie zdjął. Odczekał w pomieszczeniu nieco ponad kwadrans i ponownie przeszedł podziemnym korytarzem do miejsca, gdzie zostawił wrzecionowate urządzenie. Teraz tunel był dłuższy o kolejne kilkanaście metrów. Jego ściany stygły i zasklepiały się szklistym wzmocnieniem. Mężczyzna odczekał, aż temperatura ścian umożliwi mu przejście dalej.
Zatrzymał się metr przed pionową ścianą na końcu nowej części tunelu. Wrzecionowate urządzenie nakierował na ścianę i ponownie ustalając na nim zadanie do wykonanie, wytopił w ścianie otwór. Po drugiej stronie znajdowała się podziemna grota. Różnica ciśnień pomiędzy pomieszczeniami wywołała krótkotrwały podmuch, który przewrócił mężczyznę.
Wielomiesięczna praca dobiegła końca.
Mężczyzna przeszedł na stronę groty i dopiero w niej zdjął maskę tlenową. Ilość powietrza wystarczała do swobodnego oddychania, system dotleniania groty wciąż działał bez zarzutu. Mężczyzna wzmocnił snop światła z wrzecionowatego urządzenia, aby oświetlić nim większą część groty. Przypominała wnętrze gigantycznego jaja, a jej ściany odbijały światło tak samo szkliście jak ściany tunelu. Grota musiała powstać w identyczny sposób, w jaki on powiększał tunel.
Mężczyzna uważnie się rozejrzał, szukając przejścia do następnej komory, gdzie według instrukcji miała się znajdować kapsuła z kryształami oraz sarkofag Strażnika Tronu. Właśnie wtedy go dostrzegł, gdy wynurzał się z przejścia. Pomimo wiedzy na co spogląda, mężczyzna przeraźliwie się przeląkł. Przed jego oczami ożyły fragmenty odległych historii, legend i opowieści, dla których Strażnik Tronu był archetypem.
To były ostatnie obrazy, jakie mężczyzna ujrzał.
Słońce wstawało powoli. Budziło się leniwie, jakby w ogóle nie chciało wzejść. Skryte za ciemnymi chmurami opatulającymi niebo przypominało rozleniwione dziecko niechętnie podnoszące się z łóżka po nocnym odpoczynku.
W nieodległym mieście z wolna budziła się aktywność. Nikt nigdy nie liczył, który to już raz pojawią się sprawy do załatwienia, te ważne i te bez znaczenia, nieprzerwanie zaprzątające uwagę mieszkańców miasta. Niczym w kołowrocie, w nieludzkim kieracie stworzonym przez ludzi dla ludzi. A miarą ludzkiej głupoty była akceptacja tego kieratu. Nikt go nie chciał, ale wszyscy mozolnie go kręcili. I drżeli ze strachu, że kiedyś ktoś lub coś zechce ich oderwać od tego kołowrotu.
Teresa wychodząc z domu na ganek, narzuciła w sieni na ramiona kubrak z baranicy. Przywitało ją rześkie powietrze zimowego poranka. Myślami była przy ostatnim śnie. Zapomniała już, czym jest taki typowo ludzki sen, niezrozumiały, z irracjonalnymi obrazami pozbawionymi sensu, ulatującymi niczym mgła z chwilą otwarcia oczu, ze strzępkami rwących się ulotnych skojarzeń i blednących z zanikającą fabułą nocnych projekcji. Od wielu tygodni tęskniła za takimi niezrozumiałymi snami i ich metaforą. Kiedyś słyszała, że sny nic nie znaczą, to tylko układanka powstająca na bazie przeżyć i emocji minionego dnia. Taki bezładny zlepek okraszony podświadomością. W jej dawnym życiu sny zaliczano do zdarzeń niepoważnych, o których oficjalnie się nie mówiło ze względu na śmieszność. W jej dawnym życiu znaczenie miały wyłącznie fakty. Nigdy śmieszne, przeważnie dramatyczne, często tragiczne.
Teraz sny zwiastowały wypadki, które miały niebawem się zdarzyć. Wyraziste obrazy pozostające na trwałe w świadomości i rozbudowujące się w treści z każdym mrugnięciem powiek już na jawie. Nikt nie dałby jej wiary, gdyby zdradziła o czym mówiły te sny, dlatego przed nikim ich nie wyjawiała i dlatego ciążyły jej na duszy wielkim brzemieniem. Chętnie by je komuś oddała, aby już więcej o nich nie myśleć. Jak przed nią Jacek a przed Jackiem jej babcia Weronika. Bo po to się urodzili, aby w samotności dźwigać nieszczęścia ludzi i im pomagać, kiedy brzemię stawało się dla ludzi nie do udźwignięcia. Stąd w niej ta tęsknota za senną zagadką, której ulotności nie potrafiła zatrzymać na dłużej niż moment otwieranych powiek o poranku. Tęskniła za dziecinną naiwnością i wiarą, że jutro wszystko się zmieni. Czasem lepiej było po prostu nie wiedzieć. Niestety, od jakiegoś czasu wiedziała. Z każdym dniem coraz więcej i coraz boleśniej. Ta wiedza przychodziła w snach, które przestały być snami, dlatego wiele by dała choćby za jeden nocny odpoczynek bez snu.
Niezwyczajny czwartek. Pusta polana pomiędzy domem i lasem ze strzępami śniegu z zeszłego tygodnia. Nigdy wcześniej tak tu nie było we czwartek. Tak cicho, tak pusto, tak spokojnie. Kowalik i Wąsik ściskali na wysokości piersi zdjęte nakrycia głowy, jakby w ten sposób okazując pokorę przed nieodgadnionym. Wyglądali na zagubionych. Ileż to razy w tym miejscu doświadczali zdarzeń niepojętych rozumem. Przywykli do nich, bo w obu była niezachwiana wiara w moc, jaką Stwórca przekazał gospodarzowi tego miejsca: wpierw Jackowi a po nim Teresie. Ale dzisiejsza cisza i spokój były większym cudem od tych prawdziwe czynionych aktem bożej łaski wobec potrzebujących.
Kowalik poruszył się niespokojnie ujrzawszy Teresę wyłaniającą zza węgła domu. Jeszcze większy niepokój w gestach okazywał Wąsik. Naprawdę musieli być przestraszeni, bo z ulgą przyjęli widok idącej ku nim szamanki. Tak nazwano ją we wsi i nie było to szyderstwo, tylko ukłon dla jej niezwykłych mocy. Nieporównywalnie większych, jak mawiali między sobą, od mocy jej poprzednika. Teresa odstąpiła od reguły stosowanej przez Jacka, który potrzebujących przyjmował wyłącznie między szóstą rano i osiemnastą wieczorem. Ona pomagała potrzebującym do późna, ale nigdy nie przekraczała północy. Przed jej obliczem stawało znacznie więcej potrzebujących niż kiedyś przed Hortyńskim. A na koniec tego cudotwórczego misterium znoszono ją z polany na wpół przytomną.
– Dlaczego…? – Kowalik spytał bezradnie, wskazując na polanę wolną od ludzkiego tłumu. Nic więcej nie musiał mówić, to jedno słowo starczyło za dziesiątki innych.
Teresa stanęła naprzeciw mężczyzn i przyjaźnie objęła ich ramiona na powitanie.
– Dostałam wolne – odparła z ledwo dostrzegalnym uśmiechem na ustach.
– Jak to, wolne? – Wąsik nie rozumiał.
Wymownie uniosła wzrok ku niebu, nie gubiąc uśmiechu.
– Wigilia.
Mężczyźni zgodnie pokiwali głowami, że faktycznie dzisiaj była Wigilia. Ale widać nie było to dla nich wystarczającym wytłumaczeniem, bo wciąż stali w miejscu, do końca nie dopuszczając do świadomości, że właśnie tak ma przeminąć ten czwartek.
– Dla nich to nigdy nie miało znaczenia! – Kowalik wyrzucił z siebie tłumioną myśl.
Mówił o ludziach, którzy jak tylko by mogli, oblegaliby polanę przed domem Teresy nieprzebranym tłumem w dzień i w nocy, przez wszystkie dni tygodnia. W święta także. Od tego oni tu byli, on i Wąsik, aby pilnować porządku, że tylko we czwartek i tylko przez dwanaście godzin, od szóstej rano do osiemnastej wieczorem. Chyba, że szamanka robiła wyjątek. Od kilku tygodni wyjątki stały się regułą.
Twarz Kowalika spiął niespodziewany grymas olśnienia z jednoczesny zdumieniem, jakby dostąpił łaski objawienia. A potem postawa Kowalika nabrała wielkiej pokory i zawodu, graniczącego ze smutkiem.
– Niczego nie pilnowaliśmy – wyszeptał i opuścił wzrok na ziemię, i jeszcze mocniej przycisnął czapkę do piersi. Potem podniósł spojrzenie na Teresę. Wpatrywała się w niego niczym matka przyglądająca się dziecku, które samodzielnie zaczęło odkrywać prawdę o świecie, doznając przy tym wewnętrznego bólu. – Nam tylko się zdawało – Kowalik dodał jeszcze ciszej. – My nie mamy tak wielkiej siły. W ogóle jej nie mamy – smętnie zakończył.
Teresa ujęła oburącz twarz Kowalika i głęboko spojrzała mu w oczy. Czytała w nim, jak w otwartej księdze. Widziała, co było już poza nim i co jeszcze na niego czekało. U kresu życiowej wędrówki dane mu było zrozumieć rolę, jaką pełnił w układance przeznaczenia. Przed laty Jacek dostrzegł w nim szczerość i prostotę, sprawiedliwe widzenie zdarzeń, dlatego go wybrał, aby stanowił umowną granicę pomiędzy światem nauki i światem wiary. Na Kowalika scedował część własnej mocy, ale nie dał mu świadomości wielkiej wagi podarunku. Jacek ufał prawemu zachowaniu Kowalika, dla którego odwieczne wartości znaczyły więcej niż chwilowe zachwyty próżnością. Kowalik nigdy nie zawiódł powierzonego mu zaufania i nigdy się nie zastanawiał, jakim cudem tak skutecznie strzegł areny cudów. Do teraz.
– Dlaczego dzisiaj nie przychodzą? – Kowalik mówił o potrzebujących, uspokojony, że nie dzieje się nic złego.
– Dla wielu ten dzień jest szczególny. Tego dnia wielu żegna się z najbliższymi, bo czują, że ich czas dobiega kresu, dlatego chcą być z najbliższymi – odparła Teresa.
– Utracili wiarę, że im pomożesz?
– Nie chcą utracić tego, co mają. Tego jednego, jedynego szczególnego dnia w roku.
Kowalik i Wąsik pokiwali głowami, akurat ten argument świetnie rozumieli. Przed laty ich bliscy także żegnali się z rodziną w ten jedyny wieczór w roku, przeczuwając, że to ich ostatnia Wigilia.
– Przyjdzie tylko ten potrzebujący, który jest samotny – Kowalik dopowiadał warunek niezbędny dla pojawienia się kogoś na polanie.
Teresa wpierw ujęła dłonie Kowalika a później Wąsika. Przez kilka chwil trzymała je w sposób, jak to czyniła z potrzebującymi i jak przed nią czynił Jacek. Przekazywała dobrą energię, szczególną podziękę za ich trud i bliskość. Za wszystkie czwartki spędzone u jej boku w deszczu, spiekocie i mrozie. Za troskę, gdy na wpół przytomną zdejmowali ją z drewnianego zydla i zanosili pomiędzy drzewa, gdzie opierali o pień największego dębu. Dokładnie tak samo, jak wcześniej czynili to z Jackiem. W dzisiejszym uścisku jej drobnych dłoni było wyjątkowo dużo dobrej energii. Obaj ją poczuli. W oczach mężczyzn zakręciły się łzy wzruszenia. Niemal równocześnie obtarli oczy dłonią, zawstydzeni, bo przecież łzy były takie niemęskie.
Później skinąwszy pokornie głową, odeszli bez jednego słowa pożegnania. Wąską ścieżynką przez las kierowali się do rodzinnej wsi, do ciepłych domów, gdzie ich powrotu oczekiwali najbliżsi, z którymi wieczorem usiądą do wspólnej wieczerzy. A gdy nastanie moment dzielenia się opłatkiem, nieświadomi gestu przekażą pozostałym dobrą energię. To był prezent Teresy dla rodzin Kowalika i Wąsika. Ona już to wiedziała, że będą potrzebowali dużo dobrej energii w nadchodzących miesiącach.
Dlatego tęskniła za snami, których nie rozumiała oraz życiem bez wiedzy o zajściach, które miały dopiero nadejść. Nie chciała zasypiać. Sny niosły bolesne przekazy nadciągającej przyszłości. Jak ten dzisiejszy, najgorszy sen ze wszystkich do tej pory.
Skryła twarz w dłoniach, łudząc się, że teraz śni, a przebudzenie przyniesie inną rzeczywistość i przyszłość.
Łudziła się…
* * *
– To nie może się zdarzyć – w oczach Jacka i babci szukała ratunku.
– To już się dzieje – odparła babcia.
– To… straszne! – wyrzuciła w cichej rozpaczy.
– Nic na to nie poradzisz – babcia jedynie westchnęła. – Przeznaczenia nie da się cofnąć. Jest już za późno.
– Za późno – Jacek powtórzył niczym echo.
– I ja mam temu się przeciwstawić? – po raz pierwszy w Teresie odezwał się w niej bunt. Do tej pory nie uskarżała się, była pokorna, bo taki był jej los i jej powinność. – Jesteście ode mnie silniejsi, dlaczego na mnie to spada?
– Nas czas przeminął – odparł Jacek. – Od czasów Gabriela ty jesteś najsilniejsza. Musisz to zrozumieć i uwierzyć.
Kręciła głową, bo nie chciała ich słuchać i tak bardzo pragnęła się obudzić.
– Zrozumiesz – odparła babcia.
– Dlaczego dowiedziałam się o tym tak późno, dlaczego dopiero dzisiaj? – uwaga Teresy dotyczyła nocnego przekazu, który otworzył w niej świadomość nadciągających zdarzeń. Nieuchronnej tragedii.
– Wpierw musiałaś się pogodzić z nową rzeczywistością. Potem ją zaakceptować i utożsamić się z nią, i przypomnieć sobie, że ona jest twoim przeznaczeniem. Kiedy już w pełni uświadomiłaś sobie kim jesteś, poznałaś przypisane ci zadanie – babcia tłumaczyła wnuczce, choć i bez tego Teresa od dawna znała odpowiedzi na większość pytań, jakimi się zadręczała od chwili nowego życia w dawnym domu Jacka.
Na powrót pokornie zwiesiła głowę, gotowa posłusznie wypełniać przeznaczenie, jakie zesłało ją między ludzi.
* * *
Późnym popołudniem wyszła z domu i stanęła pośrodku pustej polany.
Na dworze robiło się szaro. Najkrótszy dzień w roku przemijał. Od jutra, od pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia zacznie dnia przybywać.
U pogan był to Dzień Światła. Kościół katolicki pogańskie święto uznał za dobry moment dla swojego święta, dlatego nazwał je dniem Narodzenia Pańskiego. Uczynienie Dnia Światła świętem światła objawionym w Synu Człowieczym, który pomiędzy ludzi przyniósł idee zbawienia, było nieświadomie posunięciem ze wszech miar wspaniałym. Niewielu bowiem wiedziało, że tego dnia Ziemia emanowała częstotliwością, która wprowadzała pomiędzy ludzi nastrój łagodności i pojednania. To nie atmosfera zbliżającego się święta gasiła popędliwe odruchy ludzi, tylko sama Natura sterowała tym procesem. Wigilia Świąt Bożego Narodzenia była naprawdę wyjątkowym dniem w roku w skali całej planety, bez względu czy dotyczyła chrześcijan czy nie. Ale o tym wiedzieli nieliczni.
Na skraju lasu w miejscu, gdzie kończył się leśny dukt a zaczynała polana, przystanął samochód. Wysiadł z niego pięćdziesięcioletni mężczyzna z wymalowanym na twarzy zagubieniem. To na niego czekała Teresa. Wolnym krokiem ruszyła ku przyjezdnemu. Im była bliżej, tym większe napięcie towarzyszyło mężczyźnie. Aż przystanęła niespełna metr od niego.
– Witaj Krzysztofie – ciepło przywitała byłego męża.
„Przyjdzie tylko taki potrzebujący, który jest samotny” – z pamięci przywołała poranną uwagę Kowalika.
– Nawet nie wiem, co mam powiedzieć – czuł się zakłopotany. Nie potrafił otwarcie spojrzeć Teresie w oczy. Wzrokiem uciekał na ziemię lub na pobliski las.
– Nie ma potrzeby, abyś mówił cokolwiek, co miałoby cofać nas w przeszłość – w przyjaznym geście wyciągnęła ku niemu rękę.
Tak wiele słyszał o niezwykłym cieple płynącym z rąk byłej żony, że wyraźnie się zawahał, nim podał jej dłoń. Później poczuł to ciepło. Mrowienie biegnące od koniuszków palców przez nadgarstki aż do ramion, skąd promieniście spływało na resztę ciała. W tym niesamowitym przekazie energii była zniewalająca siła, od której omdlewały łydki.
Kiedy weszli do kuchni, Krzysztof wsparł się o blat stołu, a potem siadł na ławie ustawionej wzdłuż ściany z oknem.
– Wybacz, muszę usiąść – niedbałym uśmiechem próbował pokryć zmieszanie i wciąż towarzyszącą mu niepewność.
– Nie jesteś pierwszy, który reaguje w ten sposób – a po chwili dodała, bo dostrzegła zagubienie w oczach Krzysztofa. – Kontakt ze mną – uniosła otwarte dłonie. – Ale ty wiesz, o czym mówię, prawda? – raczej stwierdziła niż spytała.
Wiedział.
Z uwagą rozejrzał się po wystroju pomieszczenia. Proste i surowe, wręcz ascetyczne, a mimo to przytulne i przesycone nastrojem, którego nie umiał określić. Atawizm wpisany w ludzką podświadomość. Wartość odczuwana pod postacią dobra. Cząstka pierwotnego świata. Zapach palonego drewna w kuchni. Sycząca woda, skapująca z garnka na rozgrzane fajerki. Zapachy ziemi i lasu, wszechobecne, bo tylko one wzięły to miejsce w bezwzględne władanie. Pomyślał, że to miejsce jest magiczne. Już to słyszał, że tak właśnie tu jest, ale on nie wierzył w magię. Wierzył w naukę i technikę. Uczucia i emocje od dawna były mu obce. Jeśli nawet kiedyś zwracał na nie uwagę, to była to zamierzchła przeszłość, echo domu i rodzicielskiego systemu wartości. Wartości w jego pracy nieprzydatne. Owszem, chętnie po nie sięgał, ale wyłącznie po to, aby nimi manipulować i nigdy, aby dbać o nie i przeżywać je osobiście. Były w jego postrzeganiu świata jedynie narzędziem ułatwiającym osiągnięcie celu i nigdy wartością nadrzędną.
Ten celowy brak emocji i współczucia zbudował pomiędzy nim i Teresą przepaść. Ona była z innego świata, na pewno nie jego. Widział w niej twardą babę, która łapała łobuzów i robiła to skutecznie. Z pozoru wyglądała na delikatne stworzonko, ale imponowała mu jej wewnętrzna siła. Kiedy jej siła charakteru przerosła jego wewnętrzną marność, odepchnął ją od siebie. Jakby w lustrze zobaczył własne oblicze, paskudne.
W końcu podniósł wzrok na spoglądającą na niego Teresę. Czy miała świadomość, że w milczeniu czynił rachunek sumienia?
Różnie o niej mówili, najczęściej brzmiało to szalenie. Ponoć czytała w ludzkich myślach. Ponoć znała przeszłość tych, z którymi się spotykała i ponoć przepowiadała przyszłość. I leczyła nieuleczalnych, to wiedział na pewno. Sprawdził. Widział na własne oczy.
– Bardzo mi przykro, że twoja mama odeszła – dłużej nie mógł już znieść milczenia, czując niepewność pod obstrzałem spojrzeń Teresy.
– Wszyscy kiedyś umrzemy – odparła. – Dziękuję, że byłeś na pogrzebie. Ja nie mogłam. Byłam potrzebna tutaj.
– Tak, rozumiem. To był czwartek.
– Naprawdę rozumiesz?
– Próbuję.
Dopiero teraz dostrzegł przez uchylone drzwi do pokoju stół zastawiony jak do wigilijnej wieczerzy. W rogu stała choinka przybrana skromnie nielicznymi ozdobami. Całość oświetlały trzy świece, dwie na stole i jedna bliżej choinki. Ten obraz sprawił, że poczuł zapachy wigilijnych potraw. Wcześniej tego nie zauważył, za bardzo był spięty. Powolne oswajanie się z obecnością byłej żony, dopuściło do niego pozostałe bodźce.
– Pojawiłem się nie w porę – spojrzeniem wskazał na sąsiedni pokój. – Nigdy nie było w porę – zwiesił głowę, mimowolnie czyniąc pointę dla ich małżeństwa.
– Nie miałeś na to wpływu. Nikt z nas nie ma – odparła. – Prowadzi nas przeznaczenie i niewiele mamy do powiedzenia wobec naszego losu.
– Spodziewasz się gości – obraz trzech kompletów zastawy na stole świadczył wymownie, że dzisiejszej Wigilii Teresa nie spędzi sama.
– Jesteśmy w komplecie – stanęła na granicy kuchni i pokoju, czyniąc zachęcający gest, aby wszedł do środka i zajął miejsca przy stole.
Był zaskoczony, nie rozumiał.
Ten, który na sali sądowej nigdy nie tracił poczucia pewności, teraz nie wiedział, jak prosić Teresę o wyjaśnienie.
– Są trzy talerze – zauważył.
– Dla mnie, dla ciebie i dla niespodziewanego gościa, jak każe tradycja.
– Ja jestem niespodziewanym gościem.
– Ty jesteś spodziewanym gościem. Wiedziałam, że przybędziesz, dlatego stałam na polanie, aby cię ośmielić, bo czułam, że jesteś gotowy zawrócić.
Różnie o niej mówili, najczęściej brzmiało to niewiarygodnie. Było niewiarygodne i on właśnie tego doświadczał.
Przyjął zaproszenie, przekroczył próg pokoju i usiadł przy stole.
Świece rozpraszały półmrok izby bladożółtym blaskiem. Panująca na dworze cisza otulała dom życzliwym kokonem. Coś dławiącego schwyciło Krzysztofa za gardło i już nie potrafił zapanować nad emocją. Rozpłakał się.
– Mam… – próbował wyrzucić z siebie skrywaną prawdę, ale kolejny gwałtowny przypływ rozpaczy odebrał mu mowę.
– Raka – Teresa dopowiedziała za Krzysztofa. – Wiem o tym – zbliżyła się do byłego męża i przygarnęła do ramienia jego głowę. – Paskudne stadium, bo już z przerzutami. Pierwsze oznaki oraz ból, zbagatelizowałeś – mówiła o jego zdrowiu.
– Dzisiaj rano chciałem się zabić – szlochał. – Nie mam nikogo bliskiego. Poczułem się taki samotny…
– W twoim przypadku to bardzo nierozsądne chcieć odebrać sobie życie.
Pokiwał głową, że ma rację, że to wyjątkowo nierozsądne. Wręcz głupie.
– Pomożesz mi? – błagalnym wzrokiem spojrzał na Teresę. – Powiadają, że ty…
Otwartą dłonią przykryła mu usta.
– Siądźmy, już czas zacząć wieczerzę.
Był bezradny niczym dziecko. Zapłakany, zagubiony, samotny na duszy. A przecież jeszcze niedawno stał pośrodku życia i szarpał je garściami, i nie zważał na krzywdy czynione innym. Butny i zarozumiały cyniczny arogant. Tyle razy słyszał za plecami, że jest podłym gnojkiem, ale nie zważał na gniew tych, których skrzywdził.
Teresa podała Krzysztofowi opłatek.
– Cieszę się, że nie zawróciłeś i jesteś dzisiaj ze mną – szczerze się uśmiechała.
Już nie pamiętał, kiedy widział tyle życzliwości w oczach drugiego człowieka. Na początku małżeństwa Teresa często spoglądała na niego właśnie w taki sposób. Kochana, gotowa do poświęcenia. Kiedy to odtrącił?
– Dziękuję, że mnie przyjęłaś – głos łamał się jemu ze wzruszenia.
– Czekałam na ciebie. I nieprawdą jest, że nie masz nikogo bliskiego, że jesteś samotny.
Pozwoliła mu w gorzkim szlochu wyrzucić emocje dławione przez lata. Wzbierały w nim niczym woda powstrzymywana przez tamę. Jego wredny charakter dorosłego człowieka tłumił szlachetne wartości wpojone dziecku. W zderzeniu z brutalną prawdą zbliżającego się kresu pyszny arogant ugiął się w pokorze przed wartościami, które do tej pory wygodnie mu było lekceważyć.
W niezauważalny dla Krzysztofa sposób zabrała mu smutek z myśli, przynajmniej na czas wieczerzy. Śmiali się, wspominali dobre chwile z ich wspólnego życia, jakby tylko takie były. Krzysztof zarzucał ją lawiną pytań, ciekawy wszystkiego, co stało się jej udziałem w jej nowej rzeczywistości, a ona na każde pytanie odpowiadała. Niczego nie ukrywała. Kiedy byli w związku, także nie kryła przed nim swych myśli, ale on wtedy nie chciał jej o nic pytać. Wszystko wiedział lepiej, a kiedy nie wiedział, kłamał, że wie. Zbudował układ załgania i wzniósł mur, który oddzielił go od Teresy, za którym przed nią się schował. A potem obwinił ją za całe to zło, które sam stworzył.
Aż wreszcie zadał to pytanie, choć szedł do niego okrężną drogą.
– Powiadają, że jesteś… aniołem – zawahał się lękliwie.
– Tak powiadają? – promiennie się uśmiechnęła i już za ten uśmiech można było ją nazwać aniołem.
– Tak powiadają.
– A widzisz u mnie skrzydła? – cały czas wpatrywała się w Krzysztofa promiennie uśmiechnięta.
– Nie – przyznał, chyba trochę zawiedziony, bo tak to zabrzmiało w jego głosie. – Ale rozmawiałem z kimś, kto mówił, że widział – szybko dodał.
– Z kim?
– Był tu u ciebie. Pomogłaś mu. Powiedział, że kiedy go ujęłaś za ręce, przez chwilę widział twoje skrzydła.
– Dobrze, że diabelskiego ogona nie zobaczył, bo jeszcze by się wystraszył i uciekł – żartowała. Otwartą dłonią dotknęła policzka Krzysztofa. – Ludzie widzą, co chcą zobaczyć. Wiara i nadzieja budują w nich obrazy ze świata ich oczekiwań. Wierzący w Boga widzą anioły, niewierzący widzą siłę, której nie rozumieją. A strachliwi dostrzegają bezpieczne schronienie, jakkolwiek oni je sobie wyobrażają: pod postacią matki lub ojca, lub miejsca, gdzie czują się bezpiecznie. Energia, którą przekazuję ludziom jest tak potężna, że łamie wszelkie bariery. Jeśli chcesz, to pokażę ci skrzydła, ale czy to będzie świadczyło, że jestem aniołem, czy będzie to jedynie mój przekaz, który wpiszę w twoje wyobrażenie? Nie będziesz tego wiedział, czy to prawda czy złudzenie.
– To znaczy, że nie ma cudów? – w głosie Krzysztofa zadźwięczał zawód, graniczący z rezygnacją.
– Były, są i będą – kolejny raz dotknęła policzka Krzysztofa. – Czyż nie jest cudem, że siedzimy naprzeciw siebie i wspólnie spędzamy Wigilię? Wiesz, ile takich cudów dzieje się w tej chwili na świecie? Mnóstwo. Ludzie odkładają urazy na bok, wyrzucają z serca gniew i wrogość, i przełamując własne słabości, udają się w miejsca, które dotychczas były w ich sercach niedostępne. Często nie dostrzegamy cudów, bo wydają się nam trywialne, dlatego nie oceniamy ich w kategorii cudu. Skazą współczesnych ludzi jest oczekiwanie cudów w kategorii nieziemskiego zjawiska, chrystusowego zmartwychwstania, a nie w podniesieniu się z upadku zwykłego człowieka.
– Widziałem, byłem tu – Krzysztof bronił wizji cudów, jak on je postrzegał.
– Co widziałeś? – spytała tonem, jakby chciała odrzucić uwagę Krzysztofa, jako nieistotną.
– Chorych, którzy zdrowieli.
– A byłeś w szpitalu w Zdunowie na sali operacyjnej, gdzie torakochirurdzy codziennie przywracają zdrowie?
– To lekarze a nie cudotwórcy.
– Trzysta lat temu ich umiejętności ratowania ludzkiego życia byłyby oceniane w kategorii cudu – mocno zaakcentowała ostatnie słowa. – O tym przed chwilą mówiłam, że nie dostrzegamy cudów dziejących się wokół nas każdego dnia. Doszukujemy się cudotwórców z płomiennym obliczem albo skrzydłami na plecach, a nie dostrzegamy ich w pijaczku, który właśnie odstawił kieliszek z wódką z silnym postanowieniem, że już nigdy więcej nie da się upodlić nałogowi. A jak ty się czujesz wewnętrznie, po tym wszystkim, co musiałeś sobie wykrzyczeć, aby zdobyć się na śmiałość przyjechać do mnie i spojrzeć mi w oczy?
– W tym akurat nie ma nic cudownego, po prostu umieram. Szukam ratunku – był zgaszony.
– Dla duszy już go znalazłeś, uratowałeś ją. I uwierz mi, to naprawdę jest cud.
Nie takich słów oczekiwał od Teresy. W krótkim czasie przeszedł długą drogę, ale jego cel wciąż pozostawał ten sam: życie. Słowa Teresy nie dawały mu cienia nadziei, że otrzyma od niej to, po co przybył.
– Ty… nie możesz być nieuczciwa – wreszcie zrozumiał, dlaczego Teresa nie dawała mu nadziei. – Nigdy nie potrafiłaś kłamać, nawet wtedy – miał na myśli jej poprzednie życie, gdy pracowała w policji. – Wiesz, ile razy ja byłem nieuczciwy w stosunku do klientów? Nawet nie potrafię zliczyć – czynił rachunek sumienia. – Na przykład podczas podziału majątku między małżonkami. Z góry wiedziałem, że klient nie ma najmniejszej szansy na zdobycie całości majątku. A jednak nigdy mu tego nie mówiłem. Łudziłem, okłamywałem, że jest wielka szansa na wygraną, trzeba tylko przyprowadzić dużą ilość wiarygodnych świadków – Krzysztof żachnął się pełen odrazy do samego siebie. – Jakby to zależało od ilości świadków a nie od wagi dokumentów prawnych, które w żadnym wypadku nie dawały szansy na wygranie procesu. A niby jaki ja miałem interes, aby im mówić prawdę, że nie wygrają? Reprezentowałem ich w sądzie dla pieniędzy nie dla prawdy. Pieniądze dostawałem bez względu na wynik. Ile czasu na to poświęcałem? Dziesięć, dwanaście godzin? W dodatku płatne z góry. Przeliczając na godzinę zarabiałem więcej niż wysoko płatna prostytutka. W dodatku płatne przed bzykaniem… – przez chwilę kiwał głową, jakby chciał w ten sposób wyrazić pełnię odrazy dla siebie. – Bo też byłem większą dziwką od najdroższej call girl. Nie tylko ja, takich podobnych do mnie jest masa. Adwokatów diabła…
– Nie zmienisz świata, Krzysztofie, taki już jest.
– Świata nie, ale ja nawet siebie nie chciałem zmienić. Wiedziałem, że robię źle i pomimo tego nie zrobiłem nic, aby coś w sobie zmienić. Świat można zmieniać tylko wtedy, kiedy zaczniemy od siebie – miał smutne spojrzenie kogoś, kto już wiedział, że przegrał życie.
– Tobie się udało, Krzysztofie.
– Ale pod jaką presją! Sam z siebie nigdy bym tego nie uczynił – rozumiał złe uczynki czynione w przeszłości i nie rozumiał tych dobrych kilku kroków, które już zrobił.
– Uczyniłeś to sam z siebie, a presja… Każdy z nas ulega jakiejś presji. Ja też.
– Ty?
Jej oczy uśmiechnęły się przyjaźnie do Krzysztofa.
– Chcesz widzieć we mnie anioła. Czyżbyś już zapomniał, ile razy wyprowadzałam cię z równowagi?
– To ja byłem paskudny.
– A ja wykorzystywałam twoje słabości, aby ci dokuczyć.
– Ostatnio śniło mi się, że wciąż jesteśmy razem, ale słyszałem kiedyś, że sny należy tłumaczyć odwrotnie. I to by się zgadzało, bo nie jesteśmy razem.
– A teraz nie jesteśmy? – spytała. – Twój sen był dobry.
– Co śni się komuś takiemu, jak ty? – spytał.
– Komuś takiemu, jak ja? – pytaniem poprosiła, aby jej wytłumaczył, co ma na myśli.
Wykonał jedynie gest, który wskazywał na przestrzeń na dworze, gdzie działy się te cuda.
– Ja już nie śnię – odparła, a gdy to mówiła miała smutek w oczach.
– Wszyscy mają sny, tylko, że niektórzy ich nie pamiętają.
– Ja nie mam snów, Krzysztofie. Ja widzę przyszłość.
Zaległa grobowa cisza.
– O mnie też? – lękliwie spytał.
– Też.
Całe ich spotkanie sprowadzało się do tej chwili, dlatego prowadziła go łagodnie i oswajała z myślami, które miał w sobie usłyszeć. Stosowała częste dotknięcia jego policzka i jego rąk, wprowadzając go w stan wyciszenia, aby do podświadomości skierować przekaz, którego nie chciała mówić mu wprost. Nie po to przybył do niej na arenę cudów. Przybył po cud, którego musiała mu poskąpić.
Krzysztof to zrozumiał, kiedy ujęła go za obie dłonie wymowniej niż uczyniła to na początku. Nawet łagodnie to przyjął, bez lęku czy histerii, które towarzyszą, gdy klamka życia zapada i nie ma już odwrotu. Teresa zadbała, aby jego myśli były wolne od rozpaczy.
– Boję się – układał sobie w myślach, co nieuchronne.
– Bólu? – wiedziała, co Krzysztofa trwożyło najbardziej.
Pogodził się z odejściem, ale lękał się ostatniej drogi, bo przecież tyle się nasłuchał o cierpieniu ludzi umierających na raka.
Pokiwał głową, że tak.
– Obiecuję ci, że nie będziesz cierpiał.
Brakowało tylko Klaudii. Czekali aż wróci ze Szczecina. Prosili ją, aby nie jechała dzisiaj, bo przecież Wigilia, a poza tym było jeszcze tyle pracy do wykonania w pensjonacie. Zaraz po świętach pensjonat miał przyjąć pierwszych gości. Najważniejszy był Sylwester i Nowy Rok. Daria nie spodziewała się, że już na starcie będzie miała komplet pensjonariuszy. Ale Wigilię mieli spędzić w gronie rodziny i przyjaciół. Nie chcieli szumu za ścianą i obcych ludzi w ten szczególny dzień w roku. Tak z Kubą postanowiła na samym początku, że Wigilia i Święto Bożego Narodzenia zawsze będą wolne od gości, tylko dla nich i ich najbliższych.
Darii najbardziej żal było Kacpra, chłopaka Klaudii. Jak sam stwierdził któregoś razu w przypływie złości, że nie wie czy jest dla Klaudii chłopakiem na poważnie, czy tylko uspokojeniem matczynych myśli, bo jej córka i tak częściej spotykała się z kobietą niż z nim. Kacper miał na myśli Teresę. Nie rozumiał tej więzi łączącej Klaudię z wariatką z lasu, jak mówił o przyjaciółce Darii i Kuby. Z tego powodu pomiędzy Kacprem i Klaudią często dochodziło do kłótni. Starał się ją zrozumieć, ale ona na okrągło mu powtarzała, że nie jest i nigdy nie będzie gotowy pojąć tego, o co pyta. Wigilia była dobrym momentem, aby wyciszyć niepotrzebne niesnaski, dlatego przyjął zaproszenie matki Klaudii, choć dotąd tego szczególnego dnia nie rozstawał się z rodziną. Daria to doceniała, tym większy w niej gościł niepokój, że Klaudii wciąż z nimi nie było.
Klaudia pojawiła się krótko przed siedemnastą. Zajechała samochodem na parking przed pensjonatem i wysiadając z niego, całą sobą zamanifestowała, że wszystko co wcześniej zaplanowała w ogóle jej nie wyszło. Matce, która spytała, dlaczego tak późno wraca, bąknęła coś niezrozumiale i znikła w pokoju na piętrze, zatrzaskując za sobą drzwi.
Kuba powstrzymał chłopaka Klaudii, który chciał ruszyć za dziewczyną.
Klaudia spodziewała się Kacpra, dlatego gdy usłyszała szczęk otwieranych drzwi, rzuciła niechętne spojrzenie w stronę wchodzącego. Była zaskoczona ujrzawszy w progu Kubę. Podszedł do dziewczyny i położył jej dłonie na ramionach, jakby w ten sposób chciał przekazać spokój, którego jej brakowało.
– Nie widziałaś się z Teresą? – Kuba odgadł powód rozdrażnienia Klaudii.
Potwierdziła, że tak właśnie było.
– Nie chciała ze mną się spotkać – wyrzuciła. – Wystarczyłaby mi minuta…
– Widać tę minutę miała dla kogoś innego – Kuba próbował usprawiedliwiać Teresę. – Spośród nas wszystkich ty rozumiesz ją najlepiej, dlatego nie powinnaś mieć do niej o to żalu.
– I nie mam – dziewczyna zwiesiła głowę, bo rozumiała śmieszność swojego zachowania. – Ale mam dziwne przeczucie, że nagle mi jej zabraknie. To jest silniejsze od rozsądku – spojrzała Kubie w oczy. – Mama boi się, że będę jak tata, homoseksualna. Wiem o tym od dawna, choć mama wciąż przede mną ukrywa prawdę o ojcu. Kacpra też czasem nachodzą myśli, że wolę kobiety. A co mam mu powiedzieć? – była smutna. – Mam mu powiedzieć, że nigdy nie będziemy razem? Że taki już nasz los: Teresy i mój. A wcześniej Jacka. Ja to wiem, Kuba. Z jakiegoś powodu Teresa pozwala mi poznać więcej – nieświadoma swych czynów ujęła dłonie Kuby. W jednej chwili poczuł to samo ciepło i mrowienie, ilekroć Teresa ujmowała go w podobny sposób. Cokolwiek to było, Klaudia miała ten sam dar. – Z tobą mogę rozmawiać, choć nie do końca rozumiesz, ale się nie dziwisz. Z mamą już nie mogę tak rozmawiać. Tobie jednemu Teresa pozwoliła zobaczyć, czego innym nie pokazuje. Wiesz o czym mówię, prawda?
– Wiem – skinął głową, a samo przywołanie wspomnianej chwili z pierwszego dnia życia Teresy w domu Jacka, sprawiało, że na ciele dostawał gęsiej skórki. Czasem myślał, że to było przywidzenie, ale słowa Klaudii rozwiewały te myśli definitywnie. – Czy tobie też pokazała? – spytał.
Nie odpowiedziała od razu, jakby się wahała, czy wolno jej zdradzać przed Kubą takie tajemnice, ale po chwili świadoma powziętej decyzji, odparła:
– Mnie pokazała moje własne. Wiesz, co to znaczy? – oczy Klaudii pozostawały przygaszone.
– Nie mam pojęcia, ale ty na pewno to wiesz – pogładził Klaudię po policzku.
– Co ja mam teraz zrobić?
– Uważam, że powinnaś być szczera wobec Kacpra i powiedzieć mu, że nie możecie być razem. Rozmów się z nim w najbliższych dniach, ale dzisiaj daj mu to, po co przyjechał. Będzie miał co wspominać i to będzie dla niego ważne. Mężczyźni także bywają sentymentalni. Chodźmy – wskazał na drzwi, za którymi na parterze w największym pomieszczeniu pensjonatu czekał stół zastawiony wigilijnymi potrawami. – Czekaliśmy tylko na ciebie.
Nie oglądając się na Klaudię, skierował się do wyjścia.
– Kuba – zatrzymała go w progu. – Wiesz, że syn państwa Kaczorowskich został im dany przez Teresę? – gdy mówiła ‘dany’, miała na myśli cudowne ofiarowanie.
– Wiem. Oni oboje także to wiedzą, dlatego poprosili, aby dzisiaj przy stole były dwa wolne nakrycia. Jedno z nich jest dla Teresy.
– Potrafiłbyś oddać za nią życie? Kiedy jej szukałeś, kiedy uprowadził ją „Zimnokrwisty”, był moment, że nie wiedziałeś, co cię czeka, prawda?
– W takich chwilach człowiek nie myśli rozsądnie, decydują emocje. Ale wiem, że Teresa oddałaby życie za każdego z nas – wyciągnął rękę na znak zaproszenia, aby przestała rozmyślać i udała się z nim do pozostałych, którzy na nią czekali.
Nie zapalała światła w pokoju. Przystanęła przy oknie i przypatrywała się kamienicy naprzeciw. W większości okien jaśniało od światła i kolorowych lampek zawieszonych na choinkach. Mimowolnie zaczęła je liczyć, choinki w oknach. Tak robił kolega z dzieciństwa, który zdradził jej swoją niewinną tajemnicę, ponieważ się w niej podkochiwał, a ona ten zwyczaj od niego przyjęła. Każdorazowo zapamiętywała okno, w którym dostrzegła pierwsze połyskujące lampiony na choince i okno ostatnie, w którym gdzieś pod koniec stycznia widziała ostatnie świecące się bożonarodzeniowe drzewko.
Ostatnio nie liczyła okien z choinkami, tak wyszło, przeżycia i masa ciężarów z nimi związana. Ale dzisiaj naliczyła ich dwanaście, połyskujących blaskiem kolorowych światełek. Dwanaście… Tyle potraw powinno się znajdować na wigilijnym stole, jak nakazywała tradycja.
Przeniosła spojrzenie na stół za plecami. Stała na nim tylko butelka koniaku i wypełniony do połowy kieliszek z trunkiem. Odwlekała chwilę, kiedy sięgnie po alkohol i wypije go jednym haustem. To będzie moment jej porażki, dlatego przesuwała go w czasie, choć miała świadomość nieuchronnej klęski. Wigilia odzierała ze złudzeń. Bogatym duchem pokazywała wartość rodziny i wiążącą ich miłość. Samotnym odkrywała nędzę ich życia. Prawdziwym bogactwem nie były pieniądze ani kosztowności, byli nim ludzie i ich uczucia. Najpełniej rozumiała to właśnie w Wigilię, kiedy samotność wyżerała jej duszę do bólu. Dopóki żyła mama Teresy i wcześniej, gdy Teresa pracowała w policji, większość Wigilii spędzała z nimi. Ale obie odeszły już z dawnego życia. Pozostała butelka z alkoholem, cierpliwy towarzysz samotników i przewodnik do ślepej uliczki bez wyjścia.
Zrobiła ruch w stronę stołu, aby w przegranym zmaganiu sięgnąć po kieliszek z koniakiem, kiedy u drzwi wejściowych odezwał się melodyjny ton gongu. Była nim tak zaskoczona, że przez kilka sekund wpatrywała się w drzwi tępym spojrzeniem. Melodyjny ton gongu zabrzmiał ponownie, wyrywając Lewicką z osłupienia.
– A gdyby to był święty Mikołaj z wielkim prezentem? – na klatce schodowej stał Warski. – Trzeci raz na pewno by nie zadzwonił… – nie pytając o pozwolenie, wszedł do mieszkania Beaty.
Obecność jej byłego szefa, była dla niej tak dużym zaskoczeniem, że nie wiedziała, co ma powiedzieć. Wodziła wzrokiem za Warskim, zszokowana jego obecnością.
– Choinka pięknie przyozdobiona i stół pełen wigilijnych potraw… – rzucił sarkastycznie, gdy stanął w progu ciemnego pokoju, w którym chwilę wcześniej Beata przeżywała porażkę samotności. Nie było w nim choćby maleńkiego symbolu nawiązującego do Świąt Bożego Narodzenia, kompletnie nic. – Ubieraj się – rzekł tonem wielkiej powagi. – W Wigilię nikt nie może być sam.
Próbowała oponować, ale jej nie pozwolił.
– Tylko mi nie mów, że właśnie tak lubisz – z wieszaka zdjął płaszcz Beaty i pomógł jej się ubrać.
Bez słowa sprzeciwu wyszła za Warskim.
Był jedynym znanym jej mężczyzną, który otwierał kobiecie drzwi od samochodu i zamykał je, kiedy już usiadła w środku. Szorstki dżentelmen, tak go nazywały z Teresą, ale nacisk kładły na tę drugą część określenia.
– Będę dla was ciężarem – mimo wszystko Lewicka nie widziała siebie na wieczerzy u Warskich.
– Będziesz miłym gościem – Warski nie pozwalał jej źle myśleć o sobie.
– To święta rodzinne.
– Należysz do rodziny.
– To Teresa należała.
– Przyjaźniłaś się z nią.
– To nie to samo – odwróciła głowę w przeciwną stronę i spoglądała na nielicznych ludzi spieszących ulicami miasta.
Przez chwilę jechali w milczeniu.
– Krzysztofa nie ma w domu, nie wiem co z nim się dzieje. Od paru tygodni zachowuje się dziwnie – Warski odkrył się przed Beatą z myślami.
– Dziwnie?
– Stał się… dobry.
– Żartujesz.
– Pamiętam jak po maturze chciał iść na politechnikę – Warski wspominał przeszłość syna. – Byłem głupi, że przemówiłem mu do rozumu i namówiłem na studia prawnicze. Jako budowniczy nie miałby sposobności stać się wredny, co najwyżej kląłby siarczyście, jak to budowlańcy.
– Budowałby krzywe domy – Lewicka bąknęła.
– Słyszałem, że zadarłaś z Kotasem – Warski wymienił nazwisko nowego przełożonego Beaty.
– Niepotrzebnie odszedłeś – w jej głosie zabrzmiał żal i brak akceptacji dla decyzji szefa.
– Musiałem. I tak zasiedziałem się w firmie zbyt długo. Niektórym przestałem się podobać.
– A Manny Penny? – Lewicka wymieniła najstarszą stażem pracownicę policji w Szczecinie.
Warski roześmiał się pełną piersią.
– Umrze w tej swojej norze, ale sama nie odejdzie – zauważył. – A ty i Edek uważajcie na Kotasa – wrócił do rozpoczętego wątku. – On nie zna się na dowcipach, to służbista bez wyobraźni.
– Odniosłam wrażenie, że ciebie nie lubi.
– Ma powody. Stare dzieje.
Dojeżdżali do kamienicy, w której znajdowało się mieszkanie Warskich.
– Nie mam dla was prezentu – Lewicka spojrzała skrępowana w oczy Warskiego.
– Masz. Ty nim jesteś – nieco mocniej ścisnął przedramię Beaty, jakby tym gestem chciał jej powiedzieć, że wszystko inne jest mało ważne.
W kamienicy, przed którą się zatrzymali, w większości okien świeciły się światła. Co drugie, trzecie okno rozświetlały kolorowe światełka bożonarodzeniowych choinek. Od dziesięcioleci były symbolem, wokół którego skupiały się dobre emocje. Kiedyś Warski powiedział jej, że nie ma dobrej pracy, co najwyżej może być tylko dobra pensja. Nawet najlepsza praca nie zatroszczy się o pracownika, gdy ten wpadnie w dołek. Ale zatroszczą się o niego bliskie osoby, dlatego więcej serca należy wkładać w relację z ludźmi niż w robotę. Warski był wierny tej filozofii do końca służby, nawet w chwilach dużego napięcia przedkładał człowieka nad obowiązek. Obowiązki bywają bezduszne, a człowieka można zranić przez głupotę, tak mawiał, kiedy z Teresą dociekały powodów ryzykownych decyzji, jakie podejmował, aby chronić swoich.
Spojrzeniem wróciła na Warskiego. Nie powinna się dziwić, że przyjechał po nią i wyrywał z wyniszczającej duchowej pustki, zabierając w krąg dobrych emocji. Wiedział o swoich ludziach więcej niż sami chcieli o sobie powiedzieć. Tak naprawdę nigdy nie był ich szefem, tylko przyjacielem, który brał na siebie ich błędy.
To była ich druga wspólna Wigilia. Przed rokiem przyjęła od niego zaproszenie, ponieważ nie miała gdzie się podziać.
Edka wzruszał przytłumiony szum kół jej inwalidzkiego wózka, którym poruszała się po mieszkaniu. Z myślą o niej powiększył drzwi do wszystkich pomieszczeń i zlikwidował progi. Ale nie chciała u niego zostać, u nikogo nie chciała. Długo ją przekonywał, że to dla jej dobra. Wskazywała mu wtedy sparaliżowane nogi i mówiła, że jej dobro jest martwe i już niczego nie czuje. Nie poddawał się.
Znali się od lat, uczęszczali do tego samego liceum przy ulicy Mariackiej. Była jego gwiazdą, bezapelacyjnie najpiękniejszą dziewczyną w szkole, o której względy zabiegali wszyscy chłopcy. On też zabiegał, dwa razy spróbował umówić się z nią do kina, ale później dał sobie spokój. Jego koledzy wykazywali większą wytrwałość. Dwóch lub trzech dostąpiło przyjemności pójścia z nią do kawiarni, lecz efekt końcowy dla wszystkich był taki sam; odtrącała każdego.
Różnie o niej mówili, że jest lesbą, że jest zimna jak sam biegun północny, czy wreszcie, że to dziwka za pieniądze, dlatego nie marnowała czasu na chodzenie za darmo. Niektóre koleżanki ją lubiły, za uczynność i bezinteresowność, szczególnie podczas klasówek. Reszta dziewcząt widziała w niej tylko rywalkę, zło wcielone w pięknym opakowaniu, które kusiło i odciągało uwagę chłopaków. To one na jej temat rozsiewały najwięcej wrednych plotek. Zawistne wiedźmy. Bo tak naprawdę nikt w szkole nie wiedział za wiele o Monice; tak miała na imię.
Tamtego dnia Edek zobaczył ją po raz pierwszy po wielu latach. Ostatni raz widzieli się na maturze, siedziała w sąsiedniej ławce z prawej strony. Wtedy po raz pierwszy i jedyny uśmiechnęła się do niego, życząc mu powodzenia. Taki jej obraz zapamiętał: uśmiechniętej. Kiedy spotkali się po latach, była psychicznym wrakiem. Długi szpitalny korytarz i ona na inwalidzkim wózku. Miała bardzo nisko opuszczoną głowę, że już niżej nie można było. Kucnął przy niej. Długo nie podnosiła wzroku, chyba nie reagowała na bodźce z zewnątrz. Dopiero, kiedy dotknął jej ręki, spojrzała.
– Edziu… – pamiętała go. Najsmutniejsze oczy jakie w życiu widział. Nawet oczy jego ojca nie były tak dalece pogrążone w rozpaczy, kiedy rozstawał się z synem. – Co ty tutaj robisz? – lekki akcent położyła na ‘ty’, jakby nie miał prawa przebywać w tym miejscu, miejscu ludzi pokrzywdzonych; on, zdrowy.
– Moja koleżanka walczy o życie. Została postrzelona. Jestem policjantem – dodał szybko, aby wytłumaczyć, dlaczego ktoś mógł mieć powód, aby strzelać do jego koleżanki.
– Słyszałam, że pracujesz w policji – odparła i ponownie nisko zwiesiła głowę.
„Płytka wyobraźnia”, tak określa się przypadek, który spotkał Monikę. Skoczyła do wody na główkę. Było płytko. Do końca życia skazała się na wózek inwalidzki.
To była ich druga wspólna Wigilia. Przed rokiem obojgu towarzyszył smutek, dzisiaj było już lepiej. Monika zaczęła się uśmiechać i to było najcenniejsze, że nie utraciła tego radosnego blasku sprzed lat. Opowiedział jej o uśmiechu zapamiętanym z matury, jedynym jaki do niego skierowała.
– Nie był jedyny – odparła.
– Nie? – zaskoczyła go.
– Uśmiechałam się do ciebie, kiedy odwracałeś się do mnie plecami.
– Dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
– Lubiłam cię. Zawsze.
– Lubiłaś mnie?
– Byłeś tak samo pokręcony, jak ja. Z rozbitego domu. Zamknięty w sobie i na zewnątrz udający kogoś, kim nie byłeś tu – położyła mu dłoń na sercu. – Ani o tobie, ani o mnie nie wiedziano prawdy. Chowaliśmy się przed resztą, dlatego i ja schowałam się przed tobą, bo też należałeś do reszty.
Miała rację, nie dopuszczał do siebie nikogo. W liceum nie miał prawdziwych przyjaciół, przed którymi mógłby się zwierzyć z tajemnic.
– Ty wiedziałaś.
– Domyślałam się.
– Dlaczego nie chciałaś się umówić ze mną do kina? – z uśmiechem na ustach przywoływał zdarzenia z liceum.
– Uczucie to nie matematyka. W uczuciu dwa minusy nie dają plusa. Ty i ja szukaliśmy samotności. Ale tobie się udało – szybko dodała. – Dzisiaj jesteś na dużym plusie, ty wyszedłeś z nory.
Kucnął przy niej, i ujmując jej dłonie, złożył na nich długi pocałunek. Tak czynił każdego dnia, kiedy żegnał się z nią, wychodząc do pracy i jak się witał po powrocie do domu. Dzisiaj był dzień szczególny, jedyny taki w roku, kiedy nikt nie powinien być sam, nawet ten najbardziej smutny w najciaśniejszej i najgłębszej norze własnych myśli.
– Czy jest ktoś o kim dzisiaj myślisz w sposób szczególny? – spytała, kiedy znaleźli się przy stole zastawionym wigilijnymi potrawami. Biel lnianego obrusa zdawała się mienić lekką poświatą błękitu, kiedy odbijał blask płomieni trzech świec.
– Tato… Mama – lekko się zawahał, kiedy wymieniał jej postać. – Teresa – zakończył.
Rodzice Edka nie żyli, Teresy Monika nigdy nie widziała, ale jej postać zawsze ją trwożyła, ilekroć wspominał jej imię.
Był czas, że Edek chciał zabrać Monikę do Teresy, bo ponoć dokonywała cudów. Monika nie chciała, nie wierzyła w cuda. Teresa była jedynym powodem ich rzadkich sprzeczek. W końcu Edek odpuścił i już więcej nie nalegał.
Monika nie znała swoich rodziców, zapili się na śmierć, gdy miała roczek. Wychowała ją ciotka, siostra mamy, ale i ona odeszła jeszcze przed wypadkiem nad jeziorem.
– A ty, o kim myślisz? – zrewanżował się podobnym pytaniem.
– O tobie – nie spuszczała wzroku z Edzia. – Nie mam kogo wspominać. Zaopiekowałeś się mną i sprawiłeś, że już nie myślę o śmierci – mimochodem spojrzała na wewnętrzną stronę nadgarstków. Uratował ją w ostatniej chwili. Przez pierwszy miesiąc nie odzywała się do niego zła, że nie pozwolił jej umrzeć. Pół roku później podziękowała za życie. Wtedy pocałowała go po raz pierwszy.
Pamiętała ten pierwszy raz, kiedy Edek przywiózł ją do swojego mieszkania. Poszerzone drzwi do wszystkich pomieszczeń, łazienka z brodzikiem, do którego można było wjeżdżać wózkiem inwalidzkim i sedes dla osób niepełnosprawnych. Jego mieszkanie czekało na nią, przez długie miesiące przygotowywane w najdrobniejszych szczegółach, aby ułatwić jej codzienne życie.
– Pomagał mi ojciec – wyjaśniał, gdy dostrzegł w jej oczach zdumienie. – Był cudownym człowiekiem, był inżynierem, wiele rozwiązań jest jego pomysłu. Bez niego nie dałbym rady.
– Nie mogłeś wiedzieć, że ja…
– Przecież jesteś.
Tamtego dnia zrozumiała, że po raz pierwszy nie była sama. Musiała się nauczyć obecności człowieka, o którym mogła powiedzieć, że jest jej bliski. Na początku nie był, był znajomym, którego polubiła. Później nauczyła się czekać na niego i wtedy zrozumiała, że właśnie tak objawia się bliskość. Aż któregoś dnia, kiedy czekała na Edka aż wróci z pracy, zrozumiała, że go kocha. Mocno.
Edek ściskał w dłoni opłatek, kucając obok Moniki; złożył jej życzenia. Zawsze brzmiały tak samo, aby pozwoliła się kochać i nigdy nie wątpiła w jego uczucie. Reszta nie miała znaczenia, bez miłości nic nie miało znaczenia.
Edekpoprosił Lewicką, aby raz jeszcze powtórzyła mu wszystko od początku, bo zaczął ją podejrzewać o głupi kawał. Beata z pełną powagą w głosie powtórzyła, że w Parku Kasprowicza, w miejscu gdzie przed wojną stał pomnik poety Ernesta Arndta, znaleziono zwłoki mężczyzny. W tym samym miejscu, gdzie równo trzy lata temu Kuba Genza znalazł pierwszą ofiarę „Zimnokrwistego”.
– Tylko mi nie mów, że na ciele ma rysunki zrobione pisakiem UV – Molik rzucił przez telefon, wybiegając z domu do samochodu.
– Tego jeszcze nie wiemy, bo ciało wciąż leży w parku, ale jest coś gorszego.
– Mów.
– Ten mężczyzna, to eurodeputowany Bazyli Liszek.
– O, cholera! – wyrwało się Edkowi. – Będę za pięć minut – rozłączył się w chwili, gdy zapuszczał silnik samochodu.
Na szczęście nie było gapiów, aura nie nastrajała do spacerów po parku, stąd niewiele osób zwróciło uwagę na grupkę funkcjonariuszy policji. Nieliczni ciekawscy byli skutecznie odpędzani.
Deja vu…
Wstępne oględziny nieboszczyka szły w kierunku, czy przypadkiem nie mają do czynienia z naśladowcą „Zimnokrwistego”. Tylko tego by brakowało, aby nad miastem zawisła groźba kolejnych seryjnych morderstw. Dlatego w postępowaniu funkcjonariuszy policji dało się wyczuć stan lekkiego napięcia i uzasadnioną nerwowość.
Krótko po Moliku na miejscu zdarzenia zjawił się inspektor Kotas. Jakikolwiek był powód śmierci Bazylego Liszka dotyczył polskiego europosła. Obecność Kotasa i jego nerwowe dyspozycje wnosiły niepotrzebne napięcie. Lewicka z utęsknieniem wspomniała Warskiego, za którego rządów podobna retoryka i gestykulacja nie miałaby miejsca. W sposobie bycia i komunikowania się z podwładnymi dzieliła Kotasa od Warskiego przepaść nie do przebycia. Inspektor chyba dostrzegł tę przepaść i te osądzające myśli w spojrzeniu Lewickiej, bo warknął niechętnie w jej kierunku.
– A co wy tu jeszcze robicie? – ruchem głowy wskazał na Molika. – Ustalcie, gdzie mieszkał i natychmiast jedźcie powiadomić rodzinę o śmierci europosła.
– Nie miał rodziny, był samotny – Lewicka zauważyła tonem, którym wytknęła Kotasowi, że nie zna podstawowej informacji o tak popularnym polityku.
– Może miał kota, więc go nakarmicie! – inspektor odparował cierpko.
Jeden z techników dochodzeniowych wręczył Kotasowi dowód osobisty europosła oraz pęk kluczy.
– Mieszkał w Dobrej – zauważył technik, kiedy wręczał dokumenty.
– Na co jeszcze czekajcie? Jeździe i zbierzcie wszelkie informacje na temat jego życia – rozkazał Kotas.
– To śledztwo? – spytała Lewicka.
– Czy ja powiedziałem, że to śledztwo? – inspektor spiorunował spojrzeniem Lewicką.
Molik i Lewicka ruszyli w stronę samochodu. W pewnym momencie Molik zwolnił i zwróciwszy się w stronę Kotasa, spytał:
– Co zrobić z kotem?
Nie czekał na odpowiedź. Szybko wsiadł do samochodu i głośno zatrzasnął drzwi za sobą. Ale i tak usłyszał stłumiony śmiech funkcjonariuszy policji stojących najbliżej.
– Odbiło ci? – Lewicka nie kryła niezadowolenia. Nie spodobała się jej zaczepka kolegi rzucona w stronę Kotasa. Miała podobnie karcący głos do Warskiego, kiedy rugał ich za przekroczenie zakazanej granicy. – Urwie ci jaja przy samej szyi, razem z migdałkami. Ten gość kompletnie się nie zna na żartach. Jeszcze tego nie zauważyłeś?
Edek wzruszył jedynie ramionami. Już dawno zrozumiał, że Kotas nie był Warskim i nigdy nim nie będzie. „Szanuj szefa swego, bo możesz mieć gorszego”, tak brzmiało stare porzekadło, którego mądrości w pełni teraz doświadczali.
Ulicą Wyspiańskiego zjechali do Zaleskiego, a następnie na wysokości „Rajskiego Ogrodu” wjechali w Wojska Polskiego i pomknęli wprost na Głębokie. Ruch na ulicach był mizerny, ostatni dzień przedłużonego świętowania zatrzymał w domach mieszkańców miasta. Na skrzyżowaniu ulic Spacerowej i Szafera jakiś niedzielny kierowca wyjechał od strony Lasku Arkońskiego i na czerwonym świetle zatarasował drogę.
– Zestresowana mamuśka za kierownicą – Lewicka skwitowała z uśmiechem, spojrzawszy na przejętą kobietę, prowadzącą samochód; zapewne przez męża rzadko dopuszczaną za kierownicę. – Całe szczęście, że skacowany samiec alfa zachował resztkę zdrowego rozsądku i pozwolił się wieźć tej sierotce.
Na Głębokim skręcili przed jeziorem w lewo i pomknęli w stronę Wołczkowa, i dalej do Dobrej.
