Ostatni z bogów - Wojciech Burger - ebook + książka

Ostatni z bogów ebook

Wojciech Burger

0,0

Opis

Dwa dziwne zgony rozpoczynają śledztwo szczecińskich policjantów, Beaty Lewickiej i Edka Molika. Pierwszy dotyczy europosła, drugi denat jest pozbawiony … krwi. Szalone domysły i tajemnicze teorie prowadzą śledczych do niewiarygodnych ustaleń. „Weszliśmy do innego świata, w którym jest tylko prawda lub obłęd”.

Na Ziemię nadciąga kosmiczna katastrofa, elity budują w górach arki przetrwania, dlatego policjanci muszą ocalić tajemniczego obrońcę, ukrytego przez Obcych z Nibiru w grocie pod Szczecinem.

Ale to ich dawna koleżanka, Tess z „Szamanów życia”, poniesie największą ofiarę, usiłując ocalić jak największą rzeszę ludzi, przynajmniej tych z okolic Szczecina…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 742

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



@ Woj­ciech Bur­ger

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Wierz­bow­ski

DTP: Gro­up­Me­dia

Po­wieść jest fik­cją, jed­nak od­wo­łu­jącą się do re­al­nej prze­strzeni. Ewen­tu­alne po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń re­al­nych jest nie­za­mie­rzone, przy­pad­kowe; zda­rze­nia i osoby hi­sto­ryczne obar­czone fan­ta­zją dla po­trzeb fik­cyj­nej fa­buły.

Wszel­kie prawa są za­strze­żone. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tów ni­niej­szej po­wie­ści bez au­to­ry­za­cji jest za­bro­nione i wiąże się z sank­cjami kar­nymi.

Książka wy­łącz­nie do użytku do­mo­wego bez prawa do pu­blicz­nego wy­po­ży­cza­nia!

Książka, którą na­by­łeś jest dzie­łem twórcy i wy­dawcy. Pro­simy, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gują. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w In­ter­ne­cie! Je­śli cy­tu­jesz jej frag­menty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czyje to dzieło.

Sza­nuj cu­dzą wła­sność i prawo!

Pol­ska Izba Książki.

ISBN 978-83-975358-7-9

Wy­da­nie I po­pra­wione

Gra­ży­nie, mo­jej żo­nie – de­dy­kuję.

Od za­ra­nia dzie­jów lu­dzie opo­wia­dali so­bie prze­różne hi­sto­rie. Nie­które oparte były o wy­da­rze­nia rze­czy­wi­ste, a część była je­dy­nie fan­ta­zją opo­wia­da­ją­cego. Lu­dzie da­wali wiarę lub nie i tym re­al­nym opo­wie­ściom, i tym zmy­ślo­nym. I tak jest do dzi­siaj.

Drogi czy­tel­niku w „Ostat­nim z bo­gów” do fa­buły opar­tej o wy­obraź­nię au­tora przy­pi­sane są od­nie­sie­nia z rze­czy­wi­sto­ści. Tylko od Cie­bie za­leży w co uwie­rzysz, a co po­trak­tu­jesz, jak bajkę.

Au­tor

„Wspól­notę ko­ścielną czeka po­ważny wstrząs, w któ­rego wy­niku Ko­ściół od­zy­ska bar­dziej du­chowy wy­miar i nie bę­dzie flir­to­wać z żadną opcją po­li­tyczną. Bę­dzie ubogi i sta­nie się Ko­ścio­łem naj­bied­niej­szych.

Lu­dzie uświa­do­mią so­bie, że ich eg­zy­sten­cja ozna­cza nie­opi­saną sa­mot­ność, a zda­jąc so­bie sprawę z utraty z pola wi­dze­nia Boga, od­czują grozę wła­snej nę­dzy. Wtedy i do­piero wtedy w ma­łej owczarni wie­rzą­cych od­kryją coś zu­peł­nie no­wego: na­dzieję dla sie­bie, od­po­wiedź, któ­rej za­wsze szu­kali.”

Jo­seph Rat­zin­ger (pa­pież Be­ne­dykt XVI)

Rok 1956. Watykan.

Prze­szłość jest farsą, przy­szłość zaś trwogą”, to były słowa ojca. Po raz pierw­szy usły­szał je dawno temu, kiedy był jesz­cze chłop­cem.

Mniej wię­cej w tam­tym okre­sie za­czął my­śleć o ży­ciu w sta­nie du­chow­nym, o po­wo­ła­niu. Za­wsze był bli­sko Boga, to nie­za­prze­czalna za­sługa ojca, ale po­świę­ce­nie się Bogu nie za­wsze znaj­do­wało miej­sce w ser­cach człon­ków ro­dzin zwią­za­nych ze Sto­licą Apo­stol­ską. Przy­słu­chu­jąc się roz­licz­nym roz­mo­wom, czę­sto sły­szał z ust ojca o tych, dla któ­rych bli­skie zwią­za­nie z Wa­ty­ka­nem słu­żyło głów­nie do ce­lów ma­jąt­ko­wych. Nie byli po­bożni, za to wspa­niale uda­wali. W nim ni­gdy nie było wąt­pli­wo­ści, on wręcz cze­kał na tchnie­nie z nieba, które wy­peł­ni­łoby jego serce spo­dzie­waną ła­ską. Ta dzie­cięca ra­dość ocze­ki­wa­nia ni­gdy w nim nie wy­ga­sła, dla­tego nie­jed­no­krot­nie spo­glą­dał na sie­bie, jak na nie­przy­sto­so­wa­nego do ży­cia ze względu na na­iw­ność.

Długi czas nie ro­zu­miał słów ojca: farsa i trwoga – prze­szłość i przy­szłość.

– Prze­szłość, to prze­cież wcze­śniej­sza przy­szłość, tylko, że już do­ko­nana – rzekł któ­re­goś razu do ojca, gdy ten po­wtó­rzył przy nim oso­bi­stą mak­symę. – Dla­czego trwoga z upły­wem czasu staje się farsą? Wy­pło­wiała? – po­zwo­lił so­bie na mło­dzień­czy żart.

– Przy­szłość jest nie­znana, a lu­dzie boją się tego co nie­znane. Co znane i już prze­mi­nęło może je­dy­nie smu­cić lub śmie­szyć. W twoim sar­ka­zmie jest dużo ra­cji. Prze­szłość wy­gląda jak wy­pło­wiały na słońcu ry­su­nek – od­parł oj­ciec.

– Za­wsze?

– Jest tylko jedna przy­szłość, która trwoży do końca – oj­ciec rzekł po chwi­lo­wej za­du­mie.

– Jaka?

– Do tego mu­sisz dojść sam, mój synu.

Po­cząt­kowo my­ślał, że to trwoga przed Bo­giem, ale szybko do­szedł do wnio­sku, że Bóg – bę­dący czy­stą ła­ska­wo­ścią – nie może trwo­żyć. Można przed Nim czuć re­spekt – na­wet byłby wska­zany – ale nie strach. Póź­niej w jego roz­wa­ża­niach trwogą było pie­kło i za­czął już są­dzić, że wresz­cie od­gadł za­gadkę ojca, lecz pie­kło nie do­ty­czyło wszyst­kich. Każdy z lu­dzi miał prawo wy­boru drogi ży­cia, która nie mu­siała pro­wa­dzić na wieczne po­tę­pie­nie. Mak­syma ojca do­ty­czyła wszyst­kich, a je­dyna przy­szłość, która trwoży do końca do­ty­czyła ży­wych, nie umar­łych – tak za­czął to po­strze­gać z upły­wem dni.

Gdy był już doj­rza­łym męż­czy­zną czę­sto wra­cał my­ślami do mło­dzień­czych dys­put z oj­cem koń­czą­cych się przy­szło­ścią, co trwo­żyła do końca. Pa­mię­tał dzień, kiedy wresz­cie od­gadł, czym bę­dzie ta przy­szłość. Tym od­kry­ciem po­dzie­lił się z oj­cem, a ten uśmiech­nąw­szy się, z uzna­niem po­ki­wał głową.

Zza ple­ców do­biegł go ci­chy od­głos po­wol­nie otwie­ra­nych drzwi. Był cie­kaw, ja­kie wia­do­mo­ści przy­nie­sie pierw­szy po­sła­niec za­czy­na­ją­cego się dnia. Cier­pli­wie cze­kał, nie od­ry­wa­jąc oczu od so­czy­stej zie­leni ogro­dów wa­ty­kań­skich, po­śród któ­rych czuł się bli­żej Stwórcy. Już dawno uznał, że naj­pięk­niej­szą czę­ścią bo­skiego stwo­rze­nia jest flora. Ko­lo­rowa i pach­nąca, da­jąca praw­dziwą ra­dość ob­co­wa­nia. Na pewno nie byli nią lu­dzie, choć wła­śnie to ich wy­wyż­sza się po­nad resztę stwo­rze­nia. Z upły­wem czasu wąt­pli­wość co do ludz­kiej waż­no­ści je­dy­nie się po­głę­biała. Dwa­dzie­ścia lat temu obu­dziła się be­stia an­ty­chry­sta, która za­lała Eu­ropę krwią lu­do­bój­stwa na nie­spo­ty­kaną skalę i uczy­niła to w imię zwy­rod­nia­łej idei. Tamte zda­rze­nia prze­lały w nim czarę go­ry­czy. Dzie­siątki mi­lio­nów ofiar. Nie umiał so­bie wy­tłu­ma­czyć, dla­czego świat po­grą­żył się w mroku. Prze­cież nie wie­rzył, że Bóg pra­gnął wła­śnie tego. Na­wet nie do­pusz­czał do sie­bie tak sza­lo­nej my­śli, ale pa­mię­tał mo­ment sła­bo­ści, gdy jego wiara pod­dana zo­stała cięż­kiej pró­bie. Pa­mię­tał ból du­szy, kiedy je­dyny raz w ży­ciu po­zwo­lił so­bie gło­śno krzyk­nąć w kie­runku wi­szą­cego krzyża, że Bóg to wi­dzi i na to po­zwala. Póź­niej uko­rzył się w sercu i prze­pro­sił za śmia­łość, ale bez­rad­ność i bez­sil­ność po­zo­stały w nim do końca. Mógł się tylko mo­dlić i dys­kretne ak­cep­to­wać wspie­ra­jące po­trze­bu­ją­cych dzia­ła­nia Sto­licy Apo­stol­skiej. Tak też czy­nił, choć miał świa­do­mość, że jest to za­le­d­wie kro­pla ży­cia w oce­anie śmierci.

– Wa­sza Świą­to­bli­wość – od strony drzwi do­le­ciał uprzejmy głos bi­skupa Le­oniego.

Gio­vanni Pa­celli1 prze­niósł spoj­rze­nie z so­czy­stej zie­leni ogro­dów na ła­godną twarz bi­skupa. Jego po­ja­wie­nie się w kom­na­cie pa­pie­skiej zwia­sto­wało tylko jedno.

– Czy…? – za­czął Pius XII, roz­myśl­nie nie koń­cząc.

– Tak, Wa­sza Świą­to­bli­wość – Le­oni ski­nął przy­ta­ku­jąco głową.

Na­stała chwila prze­cią­ga­ją­cego się mil­cze­nia.

– Działa? – spy­tał pa­pież.

– Tak.

– Wi­dzia­łeś?

– Wi­dzia­łem. Oj­ciec Er­netti umoż­li­wił nam zo­ba­czyć Pana – bi­skup Le­oni z na­bożną czcią po­chy­lił głowę, jakby kła­niał się przed ob­li­czem tego, któ­rego zo­ba­czył dzięki sta­ra­niu Er­net­tiego.

Pra­cow­nia be­ne­dyk­tyna, ojca Al­fredo Pel­le­grino Er­net­tiego2 znaj­do­wała się w pod­zie­miach po­ło­żo­nych na skraju ca­łego kom­pleksu za­bu­do­wań wa­ty­kań­skich. Wie­działo o niej za­le­d­wie pięć osób, ale o jej praw­dzi­wym prze­zna­cze­niu wie­działy je­dy­nie trzy: Pius XII, bi­skup Le­oni i oj­ciec Er­netti.

Pod ko­niec lat czter­dzie­stych oj­ciec Er­netti wy­ja­wił przed Jego Świą­to­bli­wo­ścią, że jest w sta­nie od­two­rzyć ob­razy uka­zu­jące ży­cie Zba­wi­ciela. Od­two­rze­nie prze­szło­ści po­twier­dzi­łoby, że Chry­stus ist­niał na­prawdę i czy­nił to, co opi­sują Ewan­ge­lie. Wpierw wojna a na­stęp­nie ro­snący w świe­cie wpływ idei ko­mu­ni­stycz­nych od­ci­snęły nie­po­żą­dane piętno na du­cho­wej sfe­rze ży­cia wielu chrze­ści­jan. Fa­szyzm i ma­te­ria­lizm dia­lek­tyczny rzu­ciły Ko­ścio­łowi w twarz jego ode­rwa­nie od rze­czy­wi­sto­ści. Ha­sła bru­nat­nych i czer­wo­nych gło­siły: „Boga nie ma!”. We­dług nich ist­nieje tylko re­alna rze­czy­wi­stość ma­te­rialna, po­zba­wiona obiek­tyw­nego bytu, któ­rego nie da­łoby się spro­wa­dzić do jego fi­zycz­nej pod­stawy. Gdyby taki byt ist­niał, to nie do­pu­ściłby do lu­do­bój­stwa mi­lio­nów nie­win­nych ist­nień. Gdzie był ten byt, kiedy bom­bar­do­wano Gu­er­nikę, War­szawę i Lon­dyn? Dla­czego po­zwo­lił Niem­com na wznie­sie­nie Da­chau, Au­schwitz i Tre­blinki, miejsc be­stial­skich mor­dów, ja­kich nie było w do­tych­cza­so­wej hi­sto­rii świata? Jak mógł ten hi­po­te­tyczny byt po­zwo­lić wiel­kiemu na­ro­dowi nie­miec­kiemu ma­ją­cemu tak wspa­nia­łych sy­nów jak Go­ethe, Beetho­ven, Bach, Schil­ler, He­gel, Kant dać się otu­ma­nić par­szyw­cowi Adol­fowi Hi­tle­rowi i jego zwy­rod­nia­łym sie­pa­czom? „Boga nie ma i ni­gdy nie było”, krzy­czeli co­raz gło­śniej rzecz­nicy no­wych idei i ładu świata, bo gdyby Bóg ist­niał na­prawdę, ni­gdy nie by­łoby wo­jen ani cier­pie­nia. Bo­skie mi­ło­sier­dzie oraz ła­ska są ni­czym in­nym, jak tylko opium, któ­rym Wa­ty­kan otu­ma­nia rze­sze wier­nych, aby wą­skiej gru­pie uprzy­wi­le­jo­wa­nych hie­rar­chów do­stat­nio się żyło. Hi­tler przy­naj­mniej nie krył, że jest za­borcą ży­cia i gwał­ci­cie­lem wol­no­ści, na­to­miast Wa­ty­kan praw­dziwe ob­li­cze uzur­pa­cji nad świa­tem skrył pod ca­łu­nem hi­po­kry­zji i kłam­li­wej świę­tosz­ko­wa­tej do­broci. Gło­sił bajkę, w którą sam nie wie­rzył.

Pius XII sły­szał wcze­śniej o Er­net­tim. Był to od­dany Bogu za­kon­nik brac­twa, któ­rego motto Ora et la­bora3 do­brze okre­ślało brata Al­fredo za­mi­ło­wa­nego w sztuce mu­zy­ko­loga. Jego pa­sja i cie­ka­wość hi­sto­rii mu­zyki sta­ro­żyt­nej, szcze­gól­nie Per­sów, Su­me­rów, Asy­ryj­czy­ków i Egip­cjan, wzbu­dziła w nim pra­gnie­nie rze­czy­wi­stego usły­sze­nia dźwię­ków z od­le­głych cza­sów. Ni­g­dzie nie ist­niały ja­kie­kol­wiek za­pi­ski mo­gące po­słu­żyć do od­two­rze­nia utwo­rów sprzed kilku ty­sięcy lat4. W cza­sach sta­ro­żyt­nych na­uka mu­zyki i śpiewu były prze­ka­zy­wane na dro­dze tra­dy­cji, gdzie mistrz uczył ucznia, a kiedy uczeń sta­wał się mi­strzem, prze­ka­zy­wał wie­dzę i umie­jęt­no­ści na­stęp­nemu uczniowi. Działo się tak na prze­strzeni dzie­siąt­ków po­ko­leń, jak z prze­ka­zy­wa­niem ro­do­wej tra­dy­cji czy wi­ze­run­kiem ple­mien­nych boż­ków. O tym, że w sta­ro­żyt­no­ści śpie­wano, mó­wiła Bi­blia, ale ni­g­dzie nie było za­pisu brzmie­nia sa­mej mu­zyki. Po­zo­sta­wało echo sta­ro­żyt­nych dźwię­ków, wciąż żywe w tra­dy­cji lu­dów za­miesz­ku­ją­cych współ­cze­śnie kra­iny sta­ro­żyt­nej Per­sji, Su­meru, Asy­rii i Egiptu. Te dźwięki fa­scy­no­wały Er­net­tiego, który za­da­wał so­bie py­ta­nie, jak brzmiały w for­mie pier­wot­nej, nie­ska­lane przez czas oraz mi­gra­cję lu­dów, kiedy do fraz ro­dzi­mych do­kła­dano frazy nowo po­znane z no­wych ziem, do któ­rych lub z któ­rych przy­cho­dzono w nie­koń­czą­cej się wę­drówce ży­cia.

Gwał­towny roz­wój tech­niki z ostat­nich dwóch dzie­się­cio­leci ze szcze­gól­nie de­mo­niczną jej ma­ni­fe­sta­cją w po­staci bomby wy­ko­rzy­stu­ją­cej roz­sz­cze­pie­nie ją­dra atomu nie­po­koił pa­pieża. Hi­ro­szima i Na­ga­saki były prze­ra­ża­ją­cym ostrze­że­niem, przy­wo­łu­ją­cym bi­blijne ob­razy za­głady So­domy i Go­mory. Lu­dzie na­gle we­szli na za­ka­zany im te­ren i za­pra­gnęli stać się po­dobni do Boga. W hi­sto­rii czło­wieka po­dobne pra­gnie­nie już raz skoń­czyło się dla lu­dzi wielką po­rażką. Się­gnęli po za­ka­zany owoc z drzewa po­zna­nia, czym ska­zali się na wy­gna­nie z domu Stwórcy.

Pius XII lę­kał się, że bez­gra­niczna wiara czło­wieka w moc ma­szyn do­pro­wa­dzi do sy­tu­acji w ja­kiej przed ty­siąc­le­ciami zna­leźli się bu­dow­ni­czo­wie Wieży Ba­bel. Wieża miała słu­żyć sku­pie­niu, miała być wi­doczna i miała nie do­pu­ścić do roz­pro­sze­nia ro­dzaju ludz­kiego. Bóg doj­rzał w za­my­śle czło­wieka nie­bez­pie­czeń­stwo: lu­dzie zjed­no­czeni będą po­tra­fili i mo­gli dużo wię­cej, i w go­ni­twie za próbą do­rów­na­nia Bogu po­now­nie do­pusz­czą się wy­stą­pie­nia prze­ciw przy­ka­za­niom i po­now­nie zgrze­szą. Dla­tego Bóg jed­nej nocy po­mie­szał ję­zyki bu­dow­ni­czym wieży, aby nie po­tra­fili po­ro­zu­mieć się ze sobą i nie ukoń­czyli bu­dowy.

Dla pa­pieża było oczy­wi­ste, że czło­wiek po raz ko­lejny chce się zrów­nać ze Stwórcą. Tym ra­zem uwie­rzył tech­nice, która miała dać do­stęp do moż­li­wo­ści sku­pio­nych w woli Boga, a na­uka, matka tech­niki miała dać od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia, aby już po wszyst­kie czasy na Ziemi stało się jako w Nie­bie.

Er­netti wy­tłu­ma­czył Jego Świą­to­bli­wo­ści na czym oparł nie­zwy­kle śmiałą teo­rię, która miała mu umoż­li­wić przy­wo­ła­nie ob­ra­zów sprzed dwóch ty­sięcy lat. To był ten nie­liczny wy­ją­tek, kiedy tech­nika mo­gła przy­słu­żyć się do­brej spra­wie. Er­netti przy­jął za­ło­że­nie, wy­zna­wane przez wszyst­kich na­ukow­ców, że fale dźwięku ni­gdy nie giną. Dzielą się one na co­raz mniej­sze jed­nostki, ale ni­gdy nie prze­stają ist­nieć i trwają w ota­cza­ją­cej nas prze­strzeni w po­staci ener­gii. Twier­dził, że wszystko, co dzieje się na Ziemi i we Wszech­świe­cie po­zo­sta­wia ener­ge­tyczny ślad w po­staci dźwięku i wi­zji. Ten ślad można zre­kon­stru­ować za sprawą od­po­wied­niego urzą­dze­nia. Urzą­dze­nie na­zwał chro­no­wi­zo­rem, łą­cząc imię grec­kiego boga czasu Chro­nosa z te­le­wi­zo­rem, apa­ra­tem umoż­li­wia­ją­cym zdalny od­biór ru­cho­mego ob­razu.

Chro­no­wi­zor Er­net­tiego mie­ścił się w śred­niej wiel­ko­ści po­miesz­cze­niu. Wzdłuż trzech ścian roz­sta­wiona była apa­ra­tura po­dobna do ra­dio­wej. Czwarta ściana z drzwiami wej­ścio­wymi sta­no­wiła miej­sce prze­zna­czone do wy­po­czynku lub spo­ży­wa­nia po­siłku. Nie­mal każdy ele­ment ukła­danki two­rzą­cej chro­no­wi­zor miał po­krę­tła, przy­ci­ski, mier­niki na­pię­cia i na­tę­że­nia prze­pływu prądu oraz ko­lo­rowe lampki kon­tro­lne. Wszystko słu­żyło pre­cy­zyj­nemu usta­wie­niu czasu, z któ­rego ścią­gano ślad ener­ge­tyczny. Głów­nym ele­men­tem urzą­dze­nia był spo­rych roz­mia­rów au­dion, lampa ka­to­dowa słu­żąca za de­tek­tor, od­twa­rzacz fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych. Stała mniej wię­cej w cen­tral­nej czę­ści ca­ło­ści. Z boku, z pra­wej strony au­dionu umiesz­czono w ebo­ni­to­wej obu­do­wie ekran, dzia­ła­jący na za­sa­dzie te­lek­tro­skopu re­pro­du­ku­ją­cego ob­razy na od­le­głość za po­śred­nic­twem elek­trycz­no­ści. U sa­mego skle­pie­nia mniej wię­cej na wy­so­ko­ści czte­rech me­trów nad pod­łogą roz­pi­nały się prze­róż­nego kształtu an­teny, wy­ko­nane ze sto­pów me­tali szla­chet­nych i nie­szla­chet­nych. Część an­ten, tych naj­waż­niej­szych dla dzia­ła­nia chro­no­wi­zora, zmyśl­nie ukryto w róż­nych czę­ściach Wa­ty­kanu i po­łą­czono z urzą­dze­niem w piw­nicy wiąz­kami mie­dzia­nych prze­wo­dów. Chro­no­wi­zor od­bie­rał, de­ko­do­wał i od­twa­rzał pro­mie­nio­wa­nie elek­tro­ma­gne­tyczne fali ob­razu i dźwięku zda­rze­nia z wy­bra­nej prze­szło­ści.

Pius XII przez kilka go­dzin w nie­mym sku­pie­niu przy­glą­dał się prze­ka­zom z od­le­głych dzie­jów. Po­cząt­kowo ule­gał wa­ha­niom na­stroju, od fa­scy­na­cji i głę­bo­kiego unie­sie­nia, po nie­wiarę i zwąt­pie­nie. Aż wresz­cie oswoił się z miej­scem, sy­tu­acją i ob­ra­zami.

Naj­bar­dziej go cie­ka­wiły wy­da­rze­nia uka­zu­jące ży­cie Je­zusa opi­sane w ewan­ge­liach. W tym celu stwo­rzono chro­no­wi­zor, dla­tego przed laty wy­ra­ził zgodę na re­ali­za­cję sza­lo­nego pro­jektu Er­net­tiego.

Na każ­dym eta­pie prac be­ne­dyk­tyna miał wąt­pli­wo­ści. Poza tym pro­jekt prze­śla­do­wały roz­liczne nie­po­wo­dze­nia. Po­mimo tego trwał nie­wzru­sze­nie przy raz po­wzię­tej de­cy­zji, gdyż na wła­sne oczy chciał uj­rzeć ob­li­cze Pana. I paść na ko­lana, i od­dać po­kłon pe­łen po­kory, jak so­bie wy­obra­żał w mło­dzień­czych la­tach, gdy po raz pierw­szy za­ma­rzył, że to wła­śnie za jego ży­cia Je­zus po­wróci.

Przy­glą­dał się sce­nom sprzed wie­ków za­sko­czony, że w wielu miej­scach ewan­ge­liczny opis nie po­kry­wał się z ob­ra­zami z chro­no­wi­zora.

– Wa­sza Świą­to­bli­wość – bi­skup Le­oni ode­zwał się wy­ci­szo­nym to­nem. – Czy mamy za­cząć gło­sić nową ewan­ge­lię? – wska­zał na miej­sce, gdzie jesz­cze przed chwilą roz­gry­wały się sceny sprzed dwóch ty­sięcy lat. – To wiele zmie­nia.

– Ni­czego nie zmie­nia – pa­pież prze­niósł spoj­rze­nie na bi­skupa. – Wi­dzia­łeś Je­zusa na­ucza­ją­cego mi­ło­sier­dzia i wy­ba­cza­nia. Wo­kół Niego sku­pieni byli ucznio­wie i gło­sił Słowo Boże.

– Mó­wił w nie­zna­nym nam ję­zyku. Nie wiemy na pewno, o czym mó­wił. Tak czę­sto po­wta­rza­łeś, że naj­waż­niej­sza jest prawda. A to, co zo­ba­czy­li­śmy, jest nieco inne od tego, co gło­simy wier­nym. Przy­naj­mniej w za­kre­sie, który wi­dzie­li­śmy.

– Słusz­nie za­uwa­ży­łeś. Jest tylko nieco inne. Dla­tego nie ma po­wo­dów, aby co­kol­wiek zmie­niać.

Le­oni zwie­sił głowę, lecz było wi­dać, że w jego du­szy roz­gry­wał się dy­le­mat na­tury mo­ral­nej.

– Jak mam to po­go­dzić z su­mie­niem?

– Uda­waj, dla do­bra wier­nych.

Er­netti nie­znacz­nie po­chy­lił się w stronę pa­pieża i coś mu po­wie­dział w dys­kre­cji.

Pius XII ski­nął zgod­nie głową, a póź­niej wy­mow­nym ge­stem od­pra­wił bi­skupa Le­oniego z po­miesz­cze­nia.

Kiedy Jego Świą­to­bli­wość opusz­czał pra­cow­nię Er­net­tiego cze­ka­jący za drzwiami bi­skup Le­oni do­strzegł na ob­li­czu pa­pieża wielką emo­cję. Do­my­ślił się, że be­ne­dyk­tyn uka­zał Jego Świą­to­bli­wo­ści coś, czego nikt inny poza nim uj­rzeć nie miał prawa. Ten ob­raz mu­siał na pa­pieżu wy­wrzeć ko­lo­salne wra­że­nie, bo cała jego po­stawa, wy­raz oczu i bla­dość twa­rzy świad­czyły o jed­nym – Pius XII był prze­ra­żony.

Wie­czo­rem przed snem Pius XII we­zwał do sie­bie bi­skupa Le­oniego. Długo trzy­mał go w nie­pew­no­ści nim wy­dał dys­po­zy­cje.

– Urzą­dze­nie brata Al­fredo nie­sie wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo – pa­pież za­czął wy­wa­żo­nym to­nem – Za jego sprawą można śle­dzić po­czy­na­nia wszyst­kich i wszę­dzie. Gdyby apa­rat Er­net­tiego do­stał się w ręce lu­dzi agre­syw­nych, nie­od­po­wie­dzial­nych, źle wy­ra­ża­ją­cych się o Bogu lub co gor­sze w ręce służb spe­cjal­nych państw, dla któ­rych nie ma świę­to­ści, mógłby do­pro­wa­dzić do wiel­kich tra­ge­dii. Cza­sem le­piej, aby pewne in­for­ma­cje ni­gdy nie uj­rzały świa­tła dzien­nego. Aby nie uj­rzały ich i nie usły­szały o nich ni­czyje oczy i uszy – pa­pież zbli­żył się do bi­skupa i do­tknął lekko jego dłoni, czym dał do zro­zu­mie­nia, że to, co te­raz po­wie jest naj­wyż­szej wagi i ta­jem­nicy. – Urzą­dze­nie ojca Er­net­tiego na­leży ro­ze­brać na dwa­na­ście czę­ści i ro­ze­słać do dwu­na­stu miejsc na świe­cie. Mają tam spo­cząć na za­wsze, bez wie­dzy skąd są i do czego służą. Zaj­miesz się tym oso­bi­ście.

– Są jesz­cze plany – za­uwa­żył bi­skup. – Te scho­wam w ar­chi­wum, aby już nikt ni­gdy nie miał do nich do­stępu. Dla­czego nie znisz­czyć od razu urzą­dze­nie brata Al­fredo? – bi­skup spy­tał ostroż­nie.

Pius XII my­ślał przez chwilę in­ten­syw­nie, czy su­ge­stia Le­oniego nie jest wła­ściwa.

– Uczyń, jak ci po­wie­dzia­łem – pa­pież po­zo­stał przy wcze­śniej­szej dys­po­zy­cji.

Prze­szłość jest farsą, przy­szłość zaś trwogą. Gio­vanni Pa­celli do­piero te­raz tak na­prawdę po­jął praw­dziwy sens brzmie­nia słów ojca. Z chwilą wyj­ścia z pra­cowni Er­net­tiego po raz pierw­szy po­ża­ło­wał, że kilka lat temu uległ na­mo­wie be­ne­dyk­tyna. Ob­razy, które dzi­siaj uj­rzał za sprawą chro­no­wi­zora do reszty utwier­dziły go w prze­ko­na­niu, że tech­nika jest złem. Zo­ba­czył to, czego ni­gdy nie po­wi­nien był wi­dzieć. Nikt nie po­wi­nien mieć moż­li­wo­ści wglądu w przy­szłość, bo ta na­le­żała wy­łącz­nie do Boga.

Przy­szłość jest trwogą…

22 grudnia 2009 roku. Wtorek.

Ostatni od­ci­nek za­wsze były naj­wol­niej­szy. Mniej wię­cej pięć me­trów przed punk­tem za­trzy­ma­nia winda zwal­niała. O końcu opa­da­nia, po­dob­nie jak o końcu wzno­sze­nia, sy­gna­li­zo­wała mi­go­cąca zie­lona lampka nad drzwiami. Dla ko­goś nie­wta­jem­ni­czo­nego we­wnętrzna strona drzwi wy­glą­dała na jed­no­rodną gładką płasz­czy­znę me­talu, bez wy­pu­stów i wgłę­bień, za któ­rych po­mocą można by­łoby je ręcz­nie otwo­rzyć. Ale wy­star­czyło wci­snąć zie­loną lampkę, aby w le­wej czę­ści drzwi uchy­liła się mała klapka, którą prze­su­wało się skrzy­dło drzwi na prawą stronę i bez trudu je otwie­rało. Zie­lona lampka słu­żyła po­nadto do uru­cha­mia­nia windy. Poza nią we­wnątrz nie było in­nych przy­ci­sków, bo też nie było ta­kiej po­trzeby. Winda po­ko­ny­wała stały od­ci­nek: z góry w dół i z dołu do góry, bez przy­stan­ków po­śred­nich.

Na gó­rze znaj­do­wało się miesz­ka­nie, na dole, na głę­bo­ko­ści trzy­dzie­stu pię­ciu me­trów pod po­wierzch­nią, było po­miesz­cze­nie wiel­ko­ści du­żego po­koju z okrą­głym wła­zem o śred­nicy pół­tora me­tra, za­my­ka­nym po­dob­nie do prze­słony fo­to­gra­ficz­nej za sprawą na­cho­dzą­cych na sie­bie me­ta­lo­wych kształ­tow­ni­ków. Me­ta­lowe wej­ście na­rzu­cało dol­nemu po­miesz­cze­niu mrocz­nego cha­rak­teru i ta­jem­nicy kry­ją­cej się po dru­giej stro­nie.

Męż­czy­zna, który wy­szedł z windy, ubrał się w kom­bi­ne­zon z apa­ra­tem tle­no­wym. Otwo­rzył okrą­gły właz i prze­kro­czył jego próg, a po­tem tu­ne­lem wy­drą­żo­nym w ziemi kie­ro­wał się w stronę po­łu­dnio­wego wschodu. Przed sobą niósł nie­duże urzą­dze­nie w kształ­cie wrze­ciona, któ­rym oświe­tlał drogę. Blask żół­tego świa­tła pa­dał na ściany tu­nelu i od­bi­jał się od nich ni­czym od szkla­nej po­wierzchni. Jak­kol­wiek tu­nel zo­stał stwo­rzony, wy­ko­rzy­stano do tego wprost nie­wy­obra­żal­nej tem­pe­ra­tury, która wy­to­piła cały grunt ze środka i za­skle­piła boki tu­nelu grubą war­stwą ze­szklo­nej ma­te­rii. Gład­kie ni­czym szkło boki sta­no­wiły nie­zmier­nie wy­trzy­małą kon­struk­cję no­śną ko­ry­ta­rza.

Męż­czy­zna miał do po­ko­na­nia pra­wie dwa ki­lo­me­try, ru­szył nie­spiesz­nym kro­kiem. Gdy już do­tarł na ko­niec tu­nelu, wrze­cio­no­wate urzą­dze­nie uło­żył na pod­ło­dze i prze­su­nąw­szy dło­nią po jego po­wierzchni, wy­zwo­lił ja­skrawą emi­sję zna­ków po­dob­nych do pi­sma kli­no­wego Su­me­rów. Po­tem wy­bie­rał po­szcze­gólne znaki, usta­la­jąc za­kres za­da­nia, ja­kie urzą­dze­nie miało wy­ko­nać. Na­stęp­nie z kie­szeni wy­jął la­tarkę na ba­te­rie i oświe­tlił nią drogę po­wrotną. Na końcu za­mknął za sobą szczel­nie owalny me­ta­lowy właz, ale apa­ratu tle­no­wego i kom­bi­ne­zonu nie zdjął. Od­cze­kał w po­miesz­cze­niu nieco po­nad kwa­drans i po­now­nie prze­szedł pod­ziem­nym ko­ry­ta­rzem do miej­sca, gdzie zo­sta­wił wrze­cio­no­wate urzą­dze­nie. Te­raz tu­nel był dłuż­szy o ko­lejne kil­ka­na­ście me­trów. Jego ściany sty­gły i za­skle­piały się szkli­stym wzmoc­nie­niem. Męż­czy­zna od­cze­kał, aż tem­pe­ra­tura ścian umoż­liwi mu przej­ście da­lej.

Za­trzy­mał się metr przed pio­nową ścianą na końcu no­wej czę­ści tu­nelu. Wrze­cio­no­wate urzą­dze­nie na­kie­ro­wał na ścianę i po­now­nie usta­la­jąc na nim za­da­nie do wy­ko­na­nie, wy­to­pił w ścia­nie otwór. Po dru­giej stro­nie znaj­do­wała się pod­ziemna grota. Róż­nica ci­śnień po­mię­dzy po­miesz­cze­niami wy­wo­łała krót­ko­trwały po­dmuch, który prze­wró­cił męż­czy­znę.

Wie­lo­mie­sięczna praca do­bie­gła końca.

Męż­czy­zna prze­szedł na stronę groty i do­piero w niej zdjął ma­skę tle­nową. Ilość po­wie­trza wy­star­czała do swo­bod­nego od­dy­cha­nia, sys­tem do­tle­nia­nia groty wciąż dzia­łał bez za­rzutu. Męż­czy­zna wzmoc­nił snop świa­tła z wrze­cio­no­wa­tego urzą­dze­nia, aby oświe­tlić nim więk­szą część groty. Przy­po­mi­nała wnę­trze gi­gan­tycz­nego jaja, a jej ściany od­bi­jały świa­tło tak samo szkli­ście jak ściany tu­nelu. Grota mu­siała po­wstać w iden­tyczny spo­sób, w jaki on po­więk­szał tu­nel.

Męż­czy­zna uważ­nie się ro­zej­rzał, szu­ka­jąc przej­ścia do na­stęp­nej ko­mory, gdzie we­dług in­struk­cji miała się znaj­do­wać kap­suła z krysz­ta­łami oraz sar­ko­fag Straż­nika Tronu. Wła­śnie wtedy go do­strzegł, gdy wy­nu­rzał się z przej­ścia. Po­mimo wie­dzy na co spo­gląda, męż­czy­zna prze­raź­li­wie się prze­ląkł. Przed jego oczami ożyły frag­menty od­le­głych hi­sto­rii, le­gend i opo­wie­ści, dla któ­rych Straż­nik Tronu był ar­che­ty­pem.

To były ostat­nie ob­razy, ja­kie męż­czy­zna uj­rzał.

24 grudnia 2009 roku. Czwartek.

Słońce wsta­wało po­woli. Bu­dziło się le­ni­wie, jakby w ogóle nie chciało wzejść. Skryte za ciem­nymi chmu­rami opa­tu­la­ją­cymi niebo przy­po­mi­nało roz­le­ni­wione dziecko nie­chęt­nie pod­no­szące się z łóżka po noc­nym od­po­czynku.

W nie­od­le­głym mie­ście z wolna bu­dziła się ak­tyw­ność. Nikt ni­gdy nie li­czył, który to już raz po­ja­wią się sprawy do za­ła­twie­nia, te ważne i te bez zna­cze­nia, nie­prze­rwa­nie za­przą­ta­jące uwagę miesz­kań­ców mia­sta. Ni­czym w ko­ło­wro­cie, w nie­ludz­kim kie­ra­cie stwo­rzo­nym przez lu­dzi dla lu­dzi. A miarą ludz­kiej głu­poty była ak­cep­ta­cja tego kie­ratu. Nikt go nie chciał, ale wszy­scy mo­zol­nie go krę­cili. I drżeli ze stra­chu, że kie­dyś ktoś lub coś ze­chce ich ode­rwać od tego ko­ło­wrotu.

Te­resa wy­cho­dząc z domu na ga­nek, na­rzu­ciła w sieni na ra­miona ku­brak z ba­ra­nicy. Przy­wi­tało ją rześ­kie po­wie­trze zi­mo­wego po­ranka. My­ślami była przy ostat­nim śnie. Za­po­mniała już, czym jest taki ty­powo ludzki sen, nie­zro­zu­miały, z ir­ra­cjo­nal­nymi ob­ra­zami po­zba­wio­nymi sensu, ula­tu­ją­cymi ni­czym mgła z chwilą otwar­cia oczu, ze strzęp­kami rwą­cych się ulot­nych sko­ja­rzeń i bled­ną­cych z za­ni­ka­jącą fa­bułą noc­nych pro­jek­cji. Od wielu ty­go­dni tę­sk­niła za ta­kimi nie­zro­zu­mia­łymi snami i ich me­ta­forą. Kie­dyś sły­szała, że sny nic nie zna­czą, to tylko ukła­danka po­wsta­jąca na ba­zie prze­żyć i emo­cji mi­nio­nego dnia. Taki bez­ładny zle­pek okra­szony pod­świa­do­mo­ścią. W jej daw­nym ży­ciu sny za­li­czano do zda­rzeń nie­po­waż­nych, o któ­rych ofi­cjal­nie się nie mó­wiło ze względu na śmiesz­ność. W jej daw­nym ży­ciu zna­cze­nie miały wy­łącz­nie fakty. Ni­gdy śmieszne, prze­waż­nie dra­ma­tyczne, czę­sto tra­giczne.

Te­raz sny zwia­sto­wały wy­padki, które miały nie­ba­wem się zda­rzyć. Wy­ra­zi­ste ob­razy po­zo­sta­jące na trwałe w świa­do­mo­ści i roz­bu­do­wu­jące się w tre­ści z każ­dym mru­gnię­ciem po­wiek już na ja­wie. Nikt nie dałby jej wiary, gdyby zdra­dziła o czym mó­wiły te sny, dla­tego przed ni­kim ich nie wy­ja­wiała i dla­tego cią­żyły jej na du­szy wiel­kim brze­mie­niem. Chęt­nie by je ko­muś od­dała, aby już wię­cej o nich nie my­śleć. Jak przed nią Ja­cek a przed Jac­kiem jej bab­cia We­ro­nika. Bo po to się uro­dzili, aby w sa­mot­no­ści dźwi­gać nie­szczę­ścia lu­dzi i im po­ma­gać, kiedy brze­mię sta­wało się dla lu­dzi nie do udźwi­gnię­cia. Stąd w niej ta tę­sk­nota za senną za­gadką, któ­rej ulot­no­ści nie po­tra­fiła za­trzy­mać na dłu­żej niż mo­ment otwie­ra­nych po­wiek o po­ranku. Tę­sk­niła za dzie­cinną na­iw­no­ścią i wiarą, że ju­tro wszystko się zmieni. Cza­sem le­piej było po pro­stu nie wie­dzieć. Nie­stety, od ja­kie­goś czasu wie­działa. Z każ­dym dniem co­raz wię­cej i co­raz bo­le­śniej. Ta wie­dza przy­cho­dziła w snach, które prze­stały być snami, dla­tego wiele by dała choćby za je­den nocny od­po­czy­nek bez snu.

Nie­zwy­czajny czwar­tek. Pu­sta po­lana po­mię­dzy do­mem i la­sem ze strzę­pami śniegu z ze­szłego ty­go­dnia. Ni­gdy wcze­śniej tak tu nie było we czwar­tek. Tak ci­cho, tak pu­sto, tak spo­koj­nie. Ko­wa­lik i Wą­sik ści­skali na wy­so­ko­ści piersi zdjęte na­kry­cia głowy, jakby w ten spo­sób oka­zu­jąc po­korę przed nie­od­gad­nio­nym. Wy­glą­dali na za­gu­bio­nych. Ileż to razy w tym miej­scu do­świad­czali zda­rzeń nie­po­ję­tych ro­zu­mem. Przy­wy­kli do nich, bo w obu była nie­za­chwiana wiara w moc, jaką Stwórca prze­ka­zał go­spo­da­rzowi tego miej­sca: wpierw Jac­kowi a po nim Te­re­sie. Ale dzi­siej­sza ci­sza i spo­kój były więk­szym cu­dem od tych praw­dziwe czy­nio­nych ak­tem bo­żej ła­ski wo­bec po­trze­bu­ją­cych.

Ko­wa­lik po­ru­szył się nie­spo­koj­nie uj­rzaw­szy Te­resę wy­ła­nia­jącą zza wę­gła domu. Jesz­cze więk­szy nie­po­kój w ge­stach oka­zy­wał Wą­sik. Na­prawdę mu­sieli być prze­stra­szeni, bo z ulgą przy­jęli wi­dok idą­cej ku nim sza­manki. Tak na­zwano ją we wsi i nie było to szy­der­stwo, tylko ukłon dla jej nie­zwy­kłych mocy. Nie­po­rów­ny­wal­nie więk­szych, jak ma­wiali mię­dzy sobą, od mocy jej po­przed­nika. Te­resa od­stą­piła od re­guły sto­so­wa­nej przez Jacka, który po­trze­bu­ją­cych przyj­mo­wał wy­łącz­nie mię­dzy szó­stą rano i osiem­na­stą wie­czo­rem. Ona po­ma­gała po­trze­bu­ją­cym do późna, ale ni­gdy nie prze­kra­czała pół­nocy. Przed jej ob­li­czem sta­wało znacz­nie wię­cej po­trze­bu­ją­cych niż kie­dyś przed Hor­tyń­skim. A na ko­niec tego cu­do­twór­czego mi­ste­rium zno­szono ją z po­lany na wpół przy­tomną.

– Dla­czego…? – Ko­wa­lik spy­tał bez­rad­nie, wska­zu­jąc na po­lanę wolną od ludz­kiego tłumu. Nic wię­cej nie mu­siał mó­wić, to jedno słowo star­czyło za dzie­siątki in­nych.

Te­resa sta­nęła na­prze­ciw męż­czyzn i przy­jaź­nie ob­jęła ich ra­miona na po­wi­ta­nie.

– Do­sta­łam wolne – od­parła z le­dwo do­strze­gal­nym uśmie­chem na ustach.

– Jak to, wolne? – Wą­sik nie ro­zu­miał.

Wy­mow­nie unio­sła wzrok ku niebu, nie gu­biąc uśmie­chu.

– Wi­gi­lia.

Męż­czyźni zgod­nie po­ki­wali gło­wami, że fak­tycz­nie dzi­siaj była Wi­gi­lia. Ale wi­dać nie było to dla nich wy­star­cza­ją­cym wy­tłu­ma­cze­niem, bo wciąż stali w miej­scu, do końca nie do­pusz­cza­jąc do świa­do­mo­ści, że wła­śnie tak ma prze­mi­nąć ten czwar­tek.

– Dla nich to ni­gdy nie miało zna­cze­nia! – Ko­wa­lik wy­rzu­cił z sie­bie tłu­mioną myśl.

Mó­wił o lu­dziach, któ­rzy jak tylko by mo­gli, ob­le­ga­liby po­lanę przed do­mem Te­resy nie­prze­bra­nym tłu­mem w dzień i w nocy, przez wszyst­kie dni ty­go­dnia. W święta także. Od tego oni tu byli, on i Wą­sik, aby pil­no­wać po­rządku, że tylko we czwar­tek i tylko przez dwa­na­ście go­dzin, od szó­stej rano do osiem­na­stej wie­czo­rem. Chyba, że sza­manka ro­biła wy­ją­tek. Od kilku ty­go­dni wy­jątki stały się re­gułą.

Twarz Ko­wa­lika spiął nie­spo­dzie­wany gry­mas olśnie­nia z jed­no­cze­sny zdu­mie­niem, jakby do­stą­pił ła­ski ob­ja­wie­nia. A po­tem po­stawa Ko­wa­lika na­brała wiel­kiej po­kory i za­wodu, gra­ni­czą­cego ze smut­kiem.

– Ni­czego nie pil­no­wa­li­śmy – wy­szep­tał i opu­ścił wzrok na zie­mię, i jesz­cze moc­niej przy­ci­snął czapkę do piersi. Po­tem pod­niósł spoj­rze­nie na Te­resę. Wpa­try­wała się w niego ni­czym matka przy­glą­da­jąca się dziecku, które sa­mo­dziel­nie za­częło od­kry­wać prawdę o świe­cie, do­zna­jąc przy tym we­wnętrz­nego bólu. – Nam tylko się zda­wało – Ko­wa­lik do­dał jesz­cze ci­szej. – My nie mamy tak wiel­kiej siły. W ogóle jej nie mamy – smęt­nie za­koń­czył.

Te­resa ujęła obu­rącz twarz Ko­wa­lika i głę­boko spoj­rzała mu w oczy. Czy­tała w nim, jak w otwar­tej księ­dze. Wi­działa, co było już poza nim i co jesz­cze na niego cze­kało. U kresu ży­cio­wej wę­drówki dane mu było zro­zu­mieć rolę, jaką peł­nił w ukła­dance prze­zna­cze­nia. Przed laty Ja­cek do­strzegł w nim szcze­rość i pro­stotę, spra­wie­dliwe wi­dze­nie zda­rzeń, dla­tego go wy­brał, aby sta­no­wił umowną gra­nicę po­mię­dzy świa­tem na­uki i świa­tem wiary. Na Ko­wa­lika sce­do­wał część wła­snej mocy, ale nie dał mu świa­do­mo­ści wiel­kiej wagi po­da­runku. Ja­cek ufał pra­wemu za­cho­wa­niu Ko­wa­lika, dla któ­rego od­wieczne war­to­ści zna­czyły wię­cej niż chwi­lowe za­chwyty próż­no­ścią. Ko­wa­lik ni­gdy nie za­wiódł po­wie­rzo­nego mu za­ufa­nia i ni­gdy się nie za­sta­na­wiał, ja­kim cu­dem tak sku­tecz­nie strzegł areny cu­dów. Do te­raz.

– Dla­czego dzi­siaj nie przy­cho­dzą? – Ko­wa­lik mó­wił o po­trze­bu­ją­cych, uspo­ko­jony, że nie dzieje się nic złego.

– Dla wielu ten dzień jest szcze­gólny. Tego dnia wielu że­gna się z naj­bliż­szymi, bo czują, że ich czas do­biega kresu, dla­tego chcą być z naj­bliż­szymi – od­parła Te­resa.

– Utra­cili wiarę, że im po­mo­żesz?

– Nie chcą utra­cić tego, co mają. Tego jed­nego, je­dy­nego szcze­gól­nego dnia w roku.

Ko­wa­lik i Wą­sik po­ki­wali gło­wami, aku­rat ten ar­gu­ment świet­nie ro­zu­mieli. Przed laty ich bli­scy także że­gnali się z ro­dziną w ten je­dyny wie­czór w roku, prze­czu­wa­jąc, że to ich ostat­nia Wi­gi­lia.

– Przyj­dzie tylko ten po­trze­bu­jący, który jest sa­motny – Ko­wa­lik do­po­wia­dał wa­ru­nek nie­zbędny dla po­ja­wie­nia się ko­goś na po­la­nie.

Te­resa wpierw ujęła dło­nie Ko­wa­lika a póź­niej Wą­sika. Przez kilka chwil trzy­mała je w spo­sób, jak to czy­niła z po­trze­bu­ją­cymi i jak przed nią czy­nił Ja­cek. Prze­ka­zy­wała do­brą ener­gię, szcze­gólną po­dziękę za ich trud i bli­skość. Za wszyst­kie czwartki spę­dzone u jej boku w desz­czu, spie­ko­cie i mro­zie. Za tro­skę, gdy na wpół przy­tomną zdej­mo­wali ją z drew­nia­nego zy­dla i za­no­sili po­mię­dzy drzewa, gdzie opie­rali o pień naj­więk­szego dębu. Do­kład­nie tak samo, jak wcze­śniej czy­nili to z Jac­kiem. W dzi­siej­szym uści­sku jej drob­nych dłoni było wy­jąt­kowo dużo do­brej ener­gii. Obaj ją po­czuli. W oczach męż­czyzn za­krę­ciły się łzy wzru­sze­nia. Nie­mal rów­no­cze­śnie ob­tarli oczy dło­nią, za­wsty­dzeni, bo prze­cież łzy były ta­kie nie­mę­skie.

Póź­niej ski­nąw­szy po­kor­nie głową, ode­szli bez jed­nego słowa po­że­gna­nia. Wą­ską ście­żynką przez las kie­ro­wali się do ro­dzin­nej wsi, do cie­płych do­mów, gdzie ich po­wrotu ocze­ki­wali naj­bliżsi, z któ­rymi wie­czo­rem usiądą do wspól­nej wie­cze­rzy. A gdy na­sta­nie mo­ment dzie­le­nia się opłat­kiem, nie­świa­domi ge­stu prze­każą po­zo­sta­łym do­brą ener­gię. To był pre­zent Te­resy dla ro­dzin Ko­wa­lika i Wą­sika. Ona już to wie­działa, że będą po­trze­bo­wali dużo do­brej ener­gii w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach.

Dla­tego tę­sk­niła za snami, któ­rych nie ro­zu­miała oraz ży­ciem bez wie­dzy o zaj­ściach, które miały do­piero na­dejść. Nie chciała za­sy­piać. Sny nio­sły bo­le­sne prze­kazy nad­cią­ga­ją­cej przy­szło­ści. Jak ten dzi­siej­szy, naj­gor­szy sen ze wszyst­kich do tej pory.

Skryła twarz w dło­niach, łu­dząc się, że te­raz śni, a prze­bu­dze­nie przy­nie­sie inną rze­czy­wi­stość i przy­szłość.

Łu­dziła się…

* * *

– To nie może się zda­rzyć – w oczach Jacka i babci szu­kała ra­tunku.

– To już się dzieje – od­parła bab­cia.

– To… straszne! – wy­rzu­ciła w ci­chej roz­pa­czy.

– Nic na to nie po­ra­dzisz – bab­cia je­dy­nie wes­tchnęła. – Prze­zna­cze­nia nie da się cof­nąć. Jest już za późno.

– Za późno – Ja­cek po­wtó­rzył ni­czym echo.

– I ja mam temu się prze­ciw­sta­wić? – po raz pierw­szy w Te­re­sie ode­zwał się w niej bunt. Do tej pory nie uskar­żała się, była po­korna, bo taki był jej los i jej po­win­ność. – Je­ste­ście ode mnie sil­niejsi, dla­czego na mnie to spada?

– Nas czas prze­mi­nął – od­parł Ja­cek. – Od cza­sów Ga­briela ty je­steś naj­sil­niej­sza. Mu­sisz to zro­zu­mieć i uwie­rzyć.

Krę­ciła głową, bo nie chciała ich słu­chać i tak bar­dzo pra­gnęła się obu­dzić.

– Zro­zu­miesz – od­parła bab­cia.

– Dla­czego do­wie­dzia­łam się o tym tak późno, dla­czego do­piero dzi­siaj? – uwaga Te­resy do­ty­czyła noc­nego prze­kazu, który otwo­rzył w niej świa­do­mość nad­cią­ga­ją­cych zda­rzeń. Nie­uchron­nej tra­ge­dii.

– Wpierw mu­sia­łaś się po­go­dzić z nową rze­czy­wi­sto­ścią. Po­tem ją za­ak­cep­to­wać i utoż­sa­mić się z nią, i przy­po­mnieć so­bie, że ona jest twoim prze­zna­cze­niem. Kiedy już w pełni uświa­do­mi­łaś so­bie kim je­steś, po­zna­łaś przy­pi­sane ci za­da­nie – bab­cia tłu­ma­czyła wnuczce, choć i bez tego Te­resa od dawna znała od­po­wie­dzi na więk­szość py­tań, ja­kimi się za­drę­czała od chwili no­wego ży­cia w daw­nym domu Jacka.

Na po­wrót po­kor­nie zwie­siła głowę, go­towa po­słusz­nie wy­peł­niać prze­zna­cze­nie, ja­kie ze­słało ją mię­dzy lu­dzi.

* * *

Póź­nym po­po­łu­dniem wy­szła z domu i sta­nęła po­środku pu­stej po­lany.

Na dwo­rze ro­biło się szaro. Naj­krót­szy dzień w roku prze­mi­jał. Od ju­tra, od pierw­szego dnia Świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia za­cznie dnia przy­by­wać.

U po­gan był to Dzień Świa­tła. Ko­ściół ka­to­licki po­gań­skie święto uznał za do­bry mo­ment dla swo­jego święta, dla­tego na­zwał je dniem Na­ro­dze­nia Pań­skiego. Uczy­nie­nie Dnia Świa­tła świę­tem świa­tła ob­ja­wio­nym w Synu Czło­wie­czym, który po­mię­dzy lu­dzi przy­niósł idee zba­wie­nia, było nie­świa­do­mie po­su­nię­ciem ze wszech miar wspa­nia­łym. Nie­wielu bo­wiem wie­działo, że tego dnia Zie­mia ema­no­wała czę­sto­tli­wo­ścią, która wpro­wa­dzała po­mię­dzy lu­dzi na­strój ła­god­no­ści i po­jed­na­nia. To nie at­mos­fera zbli­ża­ją­cego się święta ga­siła po­pę­dliwe od­ru­chy lu­dzi, tylko sama Na­tura ste­ro­wała tym pro­ce­sem. Wi­gi­lia Świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia była na­prawdę wy­jąt­ko­wym dniem w roku w skali ca­łej pla­nety, bez względu czy do­ty­czyła chrze­ści­jan czy nie. Ale o tym wie­dzieli nie­liczni.

Na skraju lasu w miej­scu, gdzie koń­czył się le­śny dukt a za­czy­nała po­lana, przy­sta­nął sa­mo­chód. Wy­siadł z niego pięć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna z wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy za­gu­bie­niem. To na niego cze­kała Te­resa. Wol­nym kro­kiem ru­szyła ku przy­jezd­nemu. Im była bli­żej, tym więk­sze na­pię­cie to­wa­rzy­szyło męż­czyź­nie. Aż przy­sta­nęła nie­spełna metr od niego.

– Wi­taj Krzysz­to­fie – cie­pło przy­wi­tała by­łego męża.

„Przyj­dzie tylko taki po­trze­bu­jący, który jest sa­motny” – z pa­mięci przy­wo­łała po­ranną uwagę Ko­wa­lika.

– Na­wet nie wiem, co mam po­wie­dzieć – czuł się za­kło­po­tany. Nie po­tra­fił otwar­cie spoj­rzeć Te­re­sie w oczy. Wzro­kiem ucie­kał na zie­mię lub na po­bli­ski las.

– Nie ma po­trzeby, abyś mó­wił co­kol­wiek, co mia­łoby co­fać nas w prze­szłość – w przy­ja­znym ge­ście wy­cią­gnęła ku niemu rękę.

Tak wiele sły­szał o nie­zwy­kłym cie­ple pły­ną­cym z rąk by­łej żony, że wy­raź­nie się za­wa­hał, nim po­dał jej dłoń. Póź­niej po­czuł to cie­pło. Mro­wie­nie bie­gnące od ko­niusz­ków pal­ców przez nad­garstki aż do ra­mion, skąd pro­mie­ni­ście spły­wało na resztę ciała. W tym nie­sa­mo­wi­tym prze­ka­zie ener­gii była znie­wa­la­jąca siła, od któ­rej omdle­wały łydki.

Kiedy we­szli do kuchni, Krzysz­tof wsparł się o blat stołu, a po­tem siadł na ła­wie usta­wio­nej wzdłuż ściany z oknem.

– Wy­bacz, mu­szę usiąść – nie­dba­łym uśmie­chem pró­bo­wał po­kryć zmie­sza­nie i wciąż to­wa­rzy­szącą mu nie­pew­ność.

– Nie je­steś pierw­szy, który re­aguje w ten spo­sób – a po chwili do­dała, bo do­strze­gła za­gu­bie­nie w oczach Krzysz­tofa. – Kon­takt ze mną – unio­sła otwarte dło­nie. – Ale ty wiesz, o czym mó­wię, prawda? – ra­czej stwier­dziła niż spy­tała.

Wie­dział.

Z uwagą ro­zej­rzał się po wy­stroju po­miesz­cze­nia. Pro­ste i su­rowe, wręcz asce­tyczne, a mimo to przy­tulne i prze­sy­cone na­stro­jem, któ­rego nie umiał okre­ślić. Ata­wizm wpi­sany w ludzką pod­świa­do­mość. War­tość od­czu­wana pod po­sta­cią do­bra. Cząstka pier­wot­nego świata. Za­pach pa­lo­nego drewna w kuchni. Sy­cząca woda, ska­pu­jąca z garnka na roz­grzane fa­jerki. Za­pa­chy ziemi i lasu, wszech­obecne, bo tylko one wzięły to miej­sce w bez­względne wła­da­nie. Po­my­ślał, że to miej­sce jest ma­giczne. Już to sły­szał, że tak wła­śnie tu jest, ale on nie wie­rzył w ma­gię. Wie­rzył w na­ukę i tech­nikę. Uczu­cia i emo­cje od dawna były mu obce. Je­śli na­wet kie­dyś zwra­cał na nie uwagę, to była to za­mierz­chła prze­szłość, echo domu i ro­dzi­ciel­skiego sys­temu war­to­ści. War­to­ści w jego pracy nie­przy­datne. Ow­szem, chęt­nie po nie się­gał, ale wy­łącz­nie po to, aby nimi ma­ni­pu­lo­wać i ni­gdy, aby dbać o nie i prze­ży­wać je oso­bi­ście. Były w jego po­strze­ga­niu świata je­dy­nie na­rzę­dziem uła­twia­ją­cym osią­gnię­cie celu i ni­gdy war­to­ścią nad­rzędną.

Ten ce­lowy brak emo­cji i współ­czu­cia zbu­do­wał po­mię­dzy nim i Te­resą prze­paść. Ona była z in­nego świata, na pewno nie jego. Wi­dział w niej twardą babę, która ła­pała ło­bu­zów i ro­biła to sku­tecz­nie. Z po­zoru wy­glą­dała na de­li­katne stwo­rzonko, ale im­po­no­wała mu jej we­wnętrzna siła. Kiedy jej siła cha­rak­teru prze­ro­sła jego we­wnętrzną mar­ność, ode­pchnął ją od sie­bie. Jakby w lu­strze zo­ba­czył wła­sne ob­li­cze, pa­skudne.

W końcu pod­niósł wzrok na spo­glą­da­jącą na niego Te­resę. Czy miała świa­do­mość, że w mil­cze­niu czy­nił ra­chu­nek su­mie­nia?

Róż­nie o niej mó­wili, naj­czę­ściej brzmiało to sza­le­nie. Po­noć czy­tała w ludz­kich my­ślach. Po­noć znała prze­szłość tych, z któ­rymi się spo­ty­kała i po­noć prze­po­wia­dała przy­szłość. I le­czyła nie­ule­czal­nych, to wie­dział na pewno. Spraw­dził. Wi­dział na wła­sne oczy.

– Bar­dzo mi przy­kro, że twoja mama ode­szła – dłu­żej nie mógł już znieść mil­cze­nia, czu­jąc nie­pew­ność pod ob­strza­łem spoj­rzeń Te­resy.

– Wszy­scy kie­dyś umrzemy – od­parła. – Dzię­kuję, że by­łeś na po­grze­bie. Ja nie mo­głam. By­łam po­trzebna tu­taj.

– Tak, ro­zu­miem. To był czwar­tek.

– Na­prawdę ro­zu­miesz?

– Pró­buję.

Do­piero te­raz do­strzegł przez uchy­lone drzwi do po­koju stół za­sta­wiony jak do wi­gi­lij­nej wie­cze­rzy. W rogu stała cho­inka przy­brana skrom­nie nie­licz­nymi ozdo­bami. Ca­łość oświe­tlały trzy świece, dwie na stole i jedna bli­żej cho­inki. Ten ob­raz spra­wił, że po­czuł za­pa­chy wi­gi­lij­nych po­traw. Wcze­śniej tego nie za­uwa­żył, za bar­dzo był spięty. Po­wolne oswa­ja­nie się z obec­no­ścią by­łej żony, do­pu­ściło do niego po­zo­stałe bodźce.

– Po­ja­wi­łem się nie w porę – spoj­rze­niem wska­zał na są­siedni po­kój. – Ni­gdy nie było w porę – zwie­sił głowę, mi­mo­wol­nie czy­niąc po­intę dla ich mał­żeń­stwa.

– Nie mia­łeś na to wpływu. Nikt z nas nie ma – od­parła. – Pro­wa­dzi nas prze­zna­cze­nie i nie­wiele mamy do po­wie­dze­nia wo­bec na­szego losu.

– Spo­dzie­wasz się go­ści – ob­raz trzech kom­ple­tów za­stawy na stole świad­czył wy­mow­nie, że dzi­siej­szej Wi­gi­lii Te­resa nie spę­dzi sama.

– Je­ste­śmy w kom­ple­cie – sta­nęła na gra­nicy kuchni i po­koju, czy­niąc za­chę­ca­jący gest, aby wszedł do środka i za­jął miej­sca przy stole.

Był za­sko­czony, nie ro­zu­miał.

Ten, który na sali są­do­wej ni­gdy nie tra­cił po­czu­cia pew­no­ści, te­raz nie wie­dział, jak pro­sić Te­resę o wy­ja­śnie­nie.

– Są trzy ta­le­rze – za­uwa­żył.

– Dla mnie, dla cie­bie i dla nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia, jak każe tra­dy­cja.

– Ja je­stem nie­spo­dzie­wa­nym go­ściem.

– Ty je­steś spo­dzie­wa­nym go­ściem. Wie­dzia­łam, że przy­bę­dziesz, dla­tego sta­łam na po­la­nie, aby cię ośmie­lić, bo czu­łam, że je­steś go­towy za­wró­cić.

Róż­nie o niej mó­wili, naj­czę­ściej brzmiało to nie­wia­ry­god­nie. Było nie­wia­ry­godne i on wła­śnie tego do­świad­czał.

Przy­jął za­pro­sze­nie, prze­kro­czył próg po­koju i usiadł przy stole.

Świece roz­pra­szały pół­mrok izby bla­do­żół­tym bla­skiem. Pa­nu­jąca na dwo­rze ci­sza otu­lała dom życz­li­wym ko­ko­nem. Coś dła­wią­cego schwy­ciło Krzysz­tofa za gar­dło i już nie po­tra­fił za­pa­no­wać nad emo­cją. Roz­pła­kał się.

– Mam… – pró­bo­wał wy­rzu­cić z sie­bie skry­waną prawdę, ale ko­lejny gwał­towny przy­pływ roz­pa­czy ode­brał mu mowę.

– Raka – Te­resa do­po­wie­działa za Krzysz­tofa. – Wiem o tym – zbli­żyła się do by­łego męża i przy­gar­nęła do ra­mie­nia jego głowę. – Pa­skudne sta­dium, bo już z prze­rzu­tami. Pierw­sze oznaki oraz ból, zba­ga­te­li­zo­wa­łeś – mó­wiła o jego zdro­wiu.

– Dzi­siaj rano chcia­łem się za­bić – szlo­chał. – Nie mam ni­kogo bli­skiego. Po­czu­łem się taki sa­motny…

– W twoim przy­padku to bar­dzo nie­roz­sądne chcieć ode­brać so­bie ży­cie.

Po­ki­wał głową, że ma ra­cję, że to wy­jąt­kowo nie­roz­sądne. Wręcz głu­pie.

– Po­mo­żesz mi? – bła­gal­nym wzro­kiem spoj­rzał na Te­resę. – Po­wia­dają, że ty…

Otwartą dło­nią przy­kryła mu usta.

– Siądźmy, już czas za­cząć wie­cze­rzę.

Był bez­radny ni­czym dziecko. Za­pła­kany, za­gu­biony, sa­motny na du­szy. A prze­cież jesz­cze nie­dawno stał po­środku ży­cia i szar­pał je gar­ściami, i nie zwa­żał na krzywdy czy­nione in­nym. Butny i za­ro­zu­miały cy­niczny aro­gant. Tyle razy sły­szał za ple­cami, że jest pod­łym gnoj­kiem, ale nie zwa­żał na gniew tych, któ­rych skrzyw­dził.

Te­resa po­dała Krzysz­to­fowi opła­tek.

– Cie­szę się, że nie za­wró­ci­łeś i je­steś dzi­siaj ze mną – szcze­rze się uśmie­chała.

Już nie pa­mię­tał, kiedy wi­dział tyle życz­li­wo­ści w oczach dru­giego czło­wieka. Na po­czątku mał­żeń­stwa Te­resa czę­sto spo­glą­dała na niego wła­śnie w taki spo­sób. Ko­chana, go­towa do po­świę­ce­nia. Kiedy to od­trą­cił?

– Dzię­kuję, że mnie przy­ję­łaś – głos ła­mał się jemu ze wzru­sze­nia.

– Cze­ka­łam na cie­bie. I nie­prawdą jest, że nie masz ni­kogo bli­skiego, że je­steś sa­motny.

Po­zwo­liła mu w gorz­kim szlo­chu wy­rzu­cić emo­cje dła­wione przez lata. Wzbie­rały w nim ni­czym woda po­wstrzy­my­wana przez tamę. Jego wredny cha­rak­ter do­ro­słego czło­wieka tłu­mił szla­chetne war­to­ści wpo­jone dziecku. W zde­rze­niu z bru­talną prawdą zbli­ża­ją­cego się kresu pyszny aro­gant ugiął się w po­ko­rze przed war­to­ściami, które do tej pory wy­god­nie mu było lek­ce­wa­żyć.

W nie­zau­wa­żalny dla Krzysz­tofa spo­sób za­brała mu smu­tek z my­śli, przy­naj­mniej na czas wie­cze­rzy. Śmiali się, wspo­mi­nali do­bre chwile z ich wspól­nego ży­cia, jakby tylko ta­kie były. Krzysz­tof za­rzu­cał ją la­winą py­tań, cie­kawy wszyst­kiego, co stało się jej udzia­łem w jej no­wej rze­czy­wi­sto­ści, a ona na każde py­ta­nie od­po­wia­dała. Ni­czego nie ukry­wała. Kiedy byli w związku, także nie kryła przed nim swych my­śli, ale on wtedy nie chciał jej o nic py­tać. Wszystko wie­dział le­piej, a kiedy nie wie­dział, kła­mał, że wie. Zbu­do­wał układ za­łga­nia i wzniósł mur, który od­dzie­lił go od Te­resy, za któ­rym przed nią się scho­wał. A po­tem ob­wi­nił ją za całe to zło, które sam stwo­rzył.

Aż wresz­cie za­dał to py­ta­nie, choć szedł do niego okrężną drogą.

– Po­wia­dają, że je­steś… anio­łem – za­wa­hał się lę­kli­wie.

– Tak po­wia­dają? – pro­mien­nie się uśmiech­nęła i już za ten uśmiech można było ją na­zwać anio­łem.

– Tak po­wia­dają.

– A wi­dzisz u mnie skrzy­dła? – cały czas wpa­try­wała się w Krzysz­tofa pro­mien­nie uśmiech­nięta.

– Nie – przy­znał, chyba tro­chę za­wie­dziony, bo tak to za­brzmiało w jego gło­sie. – Ale roz­ma­wia­łem z kimś, kto mó­wił, że wi­dział – szybko do­dał.

– Z kim?

– Był tu u cie­bie. Po­mo­głaś mu. Po­wie­dział, że kiedy go uję­łaś za ręce, przez chwilę wi­dział twoje skrzy­dła.

– Do­brze, że dia­bel­skiego ogona nie zo­ba­czył, bo jesz­cze by się wy­stra­szył i uciekł – żar­to­wała. Otwartą dło­nią do­tknęła po­liczka Krzysz­tofa. – Lu­dzie wi­dzą, co chcą zo­ba­czyć. Wiara i na­dzieja bu­dują w nich ob­razy ze świata ich ocze­ki­wań. Wie­rzący w Boga wi­dzą anioły, nie­wie­rzący wi­dzą siłę, któ­rej nie ro­zu­mieją. A stra­chliwi do­strze­gają bez­pieczne schro­nie­nie, jak­kol­wiek oni je so­bie wy­obra­żają: pod po­sta­cią matki lub ojca, lub miej­sca, gdzie czują się bez­piecz­nie. Ener­gia, którą prze­ka­zuję lu­dziom jest tak po­tężna, że ła­mie wszel­kie ba­riery. Je­śli chcesz, to po­każę ci skrzy­dła, ale czy to bę­dzie świad­czyło, że je­stem anio­łem, czy bę­dzie to je­dy­nie mój prze­kaz, który wpi­szę w twoje wy­obra­że­nie? Nie bę­dziesz tego wie­dział, czy to prawda czy złu­dze­nie.

– To zna­czy, że nie ma cu­dów? – w gło­sie Krzysz­tofa za­dźwię­czał za­wód, gra­ni­czący z re­zy­gna­cją.

– Były, są i będą – ko­lejny raz do­tknęła po­liczka Krzysz­tofa. – Czyż nie jest cu­dem, że sie­dzimy na­prze­ciw sie­bie i wspól­nie spę­dzamy Wi­gi­lię? Wiesz, ile ta­kich cu­dów dzieje się w tej chwili na świe­cie? Mnó­stwo. Lu­dzie od­kła­dają urazy na bok, wy­rzu­cają z serca gniew i wro­gość, i prze­ła­mu­jąc wła­sne sła­bo­ści, udają się w miej­sca, które do­tych­czas były w ich ser­cach nie­do­stępne. Czę­sto nie do­strze­gamy cu­dów, bo wy­dają się nam try­wialne, dla­tego nie oce­niamy ich w ka­te­go­rii cudu. Skazą współ­cze­snych lu­dzi jest ocze­ki­wa­nie cu­dów w ka­te­go­rii nie­ziem­skiego zja­wi­ska, chry­stu­so­wego zmar­twych­wsta­nia, a nie w pod­nie­sie­niu się z upadku zwy­kłego czło­wieka.

– Wi­dzia­łem, by­łem tu – Krzysz­tof bro­nił wi­zji cu­dów, jak on je po­strze­gał.

– Co wi­dzia­łeś? – spy­tała to­nem, jakby chciała od­rzu­cić uwagę Krzysz­tofa, jako nie­istotną.

– Cho­rych, któ­rzy zdro­wieli.

– A by­łeś w szpi­talu w Zdu­no­wie na sali ope­ra­cyj­nej, gdzie to­ra­ko­chi­rur­dzy co­dzien­nie przy­wra­cają zdro­wie?

– To le­ka­rze a nie cu­do­twórcy.

– Trzy­sta lat temu ich umie­jęt­no­ści ra­to­wa­nia ludz­kiego ży­cia by­łyby oce­niane w ka­te­go­rii cudu – mocno za­ak­cen­to­wała ostat­nie słowa. – O tym przed chwilą mó­wi­łam, że nie do­strze­gamy cu­dów dzie­ją­cych się wo­kół nas każ­dego dnia. Do­szu­ku­jemy się cu­do­twór­ców z pło­mien­nym ob­li­czem albo skrzy­dłami na ple­cach, a nie do­strze­gamy ich w pi­jaczku, który wła­śnie od­sta­wił kie­li­szek z wódką z sil­nym po­sta­no­wie­niem, że już ni­gdy wię­cej nie da się upodlić na­ło­gowi. A jak ty się czu­jesz we­wnętrz­nie, po tym wszyst­kim, co mu­sia­łeś so­bie wy­krzy­czeć, aby zdo­być się na śmia­łość przy­je­chać do mnie i spoj­rzeć mi w oczy?

– W tym aku­rat nie ma nic cu­dow­nego, po pro­stu umie­ram. Szu­kam ra­tunku – był zga­szony.

– Dla du­szy już go zna­la­złeś, ura­to­wa­łeś ją. I uwierz mi, to na­prawdę jest cud.

Nie ta­kich słów ocze­ki­wał od Te­resy. W krót­kim cza­sie prze­szedł długą drogę, ale jego cel wciąż po­zo­sta­wał ten sam: ży­cie. Słowa Te­resy nie da­wały mu cie­nia na­dziei, że otrzyma od niej to, po co przy­był.

– Ty… nie mo­żesz być nie­uczciwa – wresz­cie zro­zu­miał, dla­czego Te­resa nie da­wała mu na­dziei. – Ni­gdy nie po­tra­fi­łaś kła­mać, na­wet wtedy – miał na my­śli jej po­przed­nie ży­cie, gdy pra­co­wała w po­li­cji. – Wiesz, ile razy ja by­łem nie­uczciwy w sto­sunku do klien­tów? Na­wet nie po­tra­fię zli­czyć – czy­nił ra­chu­nek su­mie­nia. – Na przy­kład pod­czas po­działu ma­jątku mię­dzy mał­żon­kami. Z góry wie­dzia­łem, że klient nie ma naj­mniej­szej szansy na zdo­by­cie ca­ło­ści ma­jątku. A jed­nak ni­gdy mu tego nie mó­wi­łem. Łu­dzi­łem, okła­my­wa­łem, że jest wielka szansa na wy­graną, trzeba tylko przy­pro­wa­dzić dużą ilość wia­ry­god­nych świad­ków – Krzysz­tof żach­nął się pe­łen od­razy do sa­mego sie­bie. – Jakby to za­le­żało od ilo­ści świad­ków a nie od wagi do­ku­men­tów praw­nych, które w żad­nym wy­padku nie da­wały szansy na wy­gra­nie pro­cesu. A niby jaki ja mia­łem in­te­res, aby im mó­wić prawdę, że nie wy­grają? Re­pre­zen­to­wa­łem ich w są­dzie dla pie­nię­dzy nie dla prawdy. Pie­nią­dze do­sta­wa­łem bez względu na wy­nik. Ile czasu na to po­świę­ca­łem? Dzie­sięć, dwa­na­ście go­dzin? W do­datku płatne z góry. Prze­li­cza­jąc na go­dzinę za­ra­bia­łem wię­cej niż wy­soko płatna pro­sty­tutka. W do­datku płatne przed bzy­ka­niem… – przez chwilę ki­wał głową, jakby chciał w ten spo­sób wy­ra­zić peł­nię od­razy dla sie­bie. – Bo też by­łem więk­szą dziwką od naj­droż­szej call girl. Nie tylko ja, ta­kich po­dob­nych do mnie jest masa. Ad­wo­ka­tów dia­bła…

– Nie zmie­nisz świata, Krzysz­to­fie, taki już jest.

– Świata nie, ale ja na­wet sie­bie nie chcia­łem zmie­nić. Wie­dzia­łem, że ro­bię źle i po­mimo tego nie zro­bi­łem nic, aby coś w so­bie zmie­nić. Świat można zmie­niać tylko wtedy, kiedy za­czniemy od sie­bie – miał smutne spoj­rze­nie ko­goś, kto już wie­dział, że prze­grał ży­cie.

– To­bie się udało, Krzysz­to­fie.

– Ale pod jaką pre­sją! Sam z sie­bie ni­gdy bym tego nie uczy­nił – ro­zu­miał złe uczynki czy­nione w prze­szło­ści i nie ro­zu­miał tych do­brych kilku kro­ków, które już zro­bił.

– Uczy­ni­łeś to sam z sie­bie, a pre­sja… Każdy z nas ulega ja­kiejś pre­sji. Ja też.

– Ty?

Jej oczy uśmiech­nęły się przy­jaź­nie do Krzysz­tofa.

– Chcesz wi­dzieć we mnie anioła. Czyż­byś już za­po­mniał, ile razy wy­pro­wa­dza­łam cię z rów­no­wagi?

– To ja by­łem pa­skudny.

– A ja wy­ko­rzy­sty­wa­łam twoje sła­bo­ści, aby ci do­ku­czyć.

– Ostat­nio śniło mi się, że wciąż je­ste­śmy ra­zem, ale sły­sza­łem kie­dyś, że sny na­leży tłu­ma­czyć od­wrot­nie. I to by się zga­dzało, bo nie je­ste­śmy ra­zem.

– A te­raz nie je­ste­śmy? – spy­tała. – Twój sen był do­bry.

– Co śni się ko­muś ta­kiemu, jak ty? – spy­tał.

– Ko­muś ta­kiemu, jak ja? – py­ta­niem po­pro­siła, aby jej wy­tłu­ma­czył, co ma na my­śli.

Wy­ko­nał je­dy­nie gest, który wska­zy­wał na prze­strzeń na dwo­rze, gdzie działy się te cuda.

– Ja już nie śnię – od­parła, a gdy to mó­wiła miała smu­tek w oczach.

– Wszy­scy mają sny, tylko, że nie­któ­rzy ich nie pa­mię­tają.

– Ja nie mam snów, Krzysz­to­fie. Ja wi­dzę przy­szłość.

Za­le­gła gro­bowa ci­sza.

– O mnie też? – lę­kli­wie spy­tał.

– Też.

Całe ich spo­tka­nie spro­wa­dzało się do tej chwili, dla­tego pro­wa­dziła go ła­god­nie i oswa­jała z my­ślami, które miał w so­bie usły­szeć. Sto­so­wała czę­ste do­tknię­cia jego po­liczka i jego rąk, wpro­wa­dza­jąc go w stan wy­ci­sze­nia, aby do pod­świa­do­mo­ści skie­ro­wać prze­kaz, któ­rego nie chciała mó­wić mu wprost. Nie po to przy­był do niej na arenę cu­dów. Przy­był po cud, któ­rego mu­siała mu po­ską­pić.

Krzysz­tof to zro­zu­miał, kiedy ujęła go za obie dło­nie wy­mow­niej niż uczy­niła to na po­czątku. Na­wet ła­god­nie to przy­jął, bez lęku czy hi­ste­rii, które to­wa­rzy­szą, gdy klamka ży­cia za­pada i nie ma już od­wrotu. Te­resa za­dbała, aby jego my­śli były wolne od roz­pa­czy.

– Boję się – ukła­dał so­bie w my­ślach, co nie­uchronne.

– Bólu? – wie­działa, co Krzysz­tofa trwo­żyło naj­bar­dziej.

Po­go­dził się z odej­ściem, ale lę­kał się ostat­niej drogi, bo prze­cież tyle się na­słu­chał o cier­pie­niu lu­dzi umie­ra­ją­cych na raka.

Po­ki­wał głową, że tak.

– Obie­cuję ci, że nie bę­dziesz cier­piał.

Bra­ko­wało tylko Klau­dii. Cze­kali aż wróci ze Szcze­cina. Pro­sili ją, aby nie je­chała dzi­siaj, bo prze­cież Wi­gi­lia, a poza tym było jesz­cze tyle pracy do wy­ko­na­nia w pen­sjo­na­cie. Za­raz po świę­tach pen­sjo­nat miał przy­jąć pierw­szych go­ści. Naj­waż­niej­szy był Syl­we­ster i Nowy Rok. Da­ria nie spo­dzie­wała się, że już na star­cie bę­dzie miała kom­plet pen­sjo­na­riu­szy. Ale Wi­gi­lię mieli spę­dzić w gro­nie ro­dziny i przy­ja­ciół. Nie chcieli szumu za ścianą i ob­cych lu­dzi w ten szcze­gólny dzień w roku. Tak z Kubą po­sta­no­wiła na sa­mym po­czątku, że Wi­gi­lia i Święto Bo­żego Na­ro­dze­nia za­wsze będą wolne od go­ści, tylko dla nich i ich naj­bliż­szych.

Da­rii naj­bar­dziej żal było Kac­pra, chło­paka Klau­dii. Jak sam stwier­dził któ­re­goś razu w przy­pły­wie zło­ści, że nie wie czy jest dla Klau­dii chło­pa­kiem na po­waż­nie, czy tylko uspo­ko­je­niem mat­czy­nych my­śli, bo jej córka i tak czę­ściej spo­ty­kała się z ko­bietą niż z nim. Kac­per miał na my­śli Te­resę. Nie ro­zu­miał tej więzi łą­czą­cej Klau­dię z wa­riatką z lasu, jak mó­wił o przy­ja­ciółce Da­rii i Kuby. Z tego po­wodu po­mię­dzy Kac­prem i Klau­dią czę­sto do­cho­dziło do kłótni. Sta­rał się ją zro­zu­mieć, ale ona na okrą­gło mu po­wta­rzała, że nie jest i ni­gdy nie bę­dzie go­towy po­jąć tego, o co pyta. Wi­gi­lia była do­brym mo­men­tem, aby wy­ci­szyć nie­po­trzebne nie­sna­ski, dla­tego przy­jął za­pro­sze­nie matki Klau­dii, choć do­tąd tego szcze­gól­nego dnia nie roz­sta­wał się z ro­dziną. Da­ria to do­ce­niała, tym więk­szy w niej go­ścił nie­po­kój, że Klau­dii wciąż z nimi nie było.

Klau­dia po­ja­wiła się krótko przed sie­dem­na­stą. Za­je­chała sa­mo­cho­dem na par­king przed pen­sjo­na­tem i wy­sia­da­jąc z niego, całą sobą za­ma­ni­fe­sto­wała, że wszystko co wcze­śniej za­pla­no­wała w ogóle jej nie wy­szło. Matce, która spy­tała, dla­czego tak późno wraca, bąk­nęła coś nie­zro­zu­miale i zni­kła w po­koju na pię­trze, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi.

Kuba po­wstrzy­mał chło­paka Klau­dii, który chciał ru­szyć za dziew­czyną.

Klau­dia spo­dzie­wała się Kac­pra, dla­tego gdy usły­szała szczęk otwie­ra­nych drzwi, rzu­ciła nie­chętne spoj­rze­nie w stronę wcho­dzą­cego. Była za­sko­czona uj­rzaw­szy w progu Kubę. Pod­szedł do dziew­czyny i po­ło­żył jej dło­nie na ra­mio­nach, jakby w ten spo­sób chciał prze­ka­zać spo­kój, któ­rego jej bra­ko­wało.

– Nie wi­dzia­łaś się z Te­resą? – Kuba od­gadł po­wód roz­draż­nie­nia Klau­dii.

Po­twier­dziła, że tak wła­śnie było.

– Nie chciała ze mną się spo­tkać – wy­rzu­ciła. – Wy­star­czy­łaby mi mi­nuta…

– Wi­dać tę mi­nutę miała dla ko­goś in­nego – Kuba pró­bo­wał uspra­wie­dli­wiać Te­resę. – Spo­śród nas wszyst­kich ty ro­zu­miesz ją naj­le­piej, dla­tego nie po­win­naś mieć do niej o to żalu.

– I nie mam – dziew­czyna zwie­siła głowę, bo ro­zu­miała śmiesz­ność swo­jego za­cho­wa­nia. – Ale mam dziwne prze­czu­cie, że na­gle mi jej za­brak­nie. To jest sil­niej­sze od roz­sądku – spoj­rzała Ku­bie w oczy. – Mama boi się, że będę jak tata, ho­mo­sek­su­alna. Wiem o tym od dawna, choć mama wciąż przede mną ukrywa prawdę o ojcu. Kac­pra też cza­sem na­cho­dzą my­śli, że wolę ko­biety. A co mam mu po­wie­dzieć? – była smutna. – Mam mu po­wie­dzieć, że ni­gdy nie bę­dziemy ra­zem? Że taki już nasz los: Te­resy i mój. A wcze­śniej Jacka. Ja to wiem, Kuba. Z ja­kie­goś po­wodu Te­resa po­zwala mi po­znać wię­cej – nie­świa­doma swych czy­nów ujęła dło­nie Kuby. W jed­nej chwili po­czuł to samo cie­pło i mro­wie­nie, ile­kroć Te­resa uj­mo­wała go w po­dobny spo­sób. Co­kol­wiek to było, Klau­dia miała ten sam dar. – Z tobą mogę roz­ma­wiać, choć nie do końca ro­zu­miesz, ale się nie dzi­wisz. Z mamą już nie mogę tak roz­ma­wiać. To­bie jed­nemu Te­resa po­zwo­liła zo­ba­czyć, czego in­nym nie po­ka­zuje. Wiesz o czym mó­wię, prawda?

– Wiem – ski­nął głową, a samo przy­wo­ła­nie wspo­mnia­nej chwili z pierw­szego dnia ży­cia Te­resy w domu Jacka, spra­wiało, że na ciele do­sta­wał gę­siej skórki. Cza­sem my­ślał, że to było przy­wi­dze­nie, ale słowa Klau­dii roz­wie­wały te my­śli de­fi­ni­tyw­nie. – Czy to­bie też po­ka­zała? – spy­tał.

Nie od­po­wie­działa od razu, jakby się wa­hała, czy wolno jej zdra­dzać przed Kubą ta­kie ta­jem­nice, ale po chwili świa­doma po­wzię­tej de­cy­zji, od­parła:

– Mnie po­ka­zała moje wła­sne. Wiesz, co to zna­czy? – oczy Klau­dii po­zo­sta­wały przy­ga­szone.

– Nie mam po­ję­cia, ale ty na pewno to wiesz – po­gła­dził Klau­dię po po­liczku.

– Co ja mam te­raz zro­bić?

– Uwa­żam, że po­win­naś być szczera wo­bec Kac­pra i po­wie­dzieć mu, że nie mo­że­cie być ra­zem. Roz­mów się z nim w naj­bliż­szych dniach, ale dzi­siaj daj mu to, po co przy­je­chał. Bę­dzie miał co wspo­mi­nać i to bę­dzie dla niego ważne. Męż­czyźni także by­wają sen­ty­men­talni. Chodźmy – wska­zał na drzwi, za któ­rymi na par­te­rze w naj­więk­szym po­miesz­cze­niu pen­sjo­natu cze­kał stół za­sta­wiony wi­gi­lij­nymi po­tra­wami. – Cze­ka­li­śmy tylko na cie­bie.

Nie oglą­da­jąc się na Klau­dię, skie­ro­wał się do wyj­ścia.

– Kuba – za­trzy­mała go w progu. – Wiesz, że syn pań­stwa Ka­czo­row­skich zo­stał im dany przez Te­resę? – gdy mó­wiła ‘dany’, miała na my­śli cu­downe ofia­ro­wa­nie.

– Wiem. Oni oboje także to wie­dzą, dla­tego po­pro­sili, aby dzi­siaj przy stole były dwa wolne na­kry­cia. Jedno z nich jest dla Te­resy.

– Po­tra­fił­byś od­dać za nią ży­cie? Kiedy jej szu­ka­łeś, kiedy upro­wa­dził ją „Zim­no­krwi­sty”, był mo­ment, że nie wie­dzia­łeś, co cię czeka, prawda?

– W ta­kich chwi­lach czło­wiek nie my­śli roz­sąd­nie, de­cy­dują emo­cje. Ale wiem, że Te­resa od­da­łaby ży­cie za każ­dego z nas – wy­cią­gnął rękę na znak za­pro­sze­nia, aby prze­stała roz­my­ślać i udała się z nim do po­zo­sta­łych, któ­rzy na nią cze­kali.

Nie za­pa­lała świa­tła w po­koju. Przy­sta­nęła przy oknie i przy­pa­try­wała się ka­mie­nicy na­prze­ciw. W więk­szo­ści okien ja­śniało od świa­tła i ko­lo­ro­wych lam­pek za­wie­szo­nych na cho­in­kach. Mi­mo­wol­nie za­częła je li­czyć, cho­inki w oknach. Tak ro­bił ko­lega z dzie­ciń­stwa, który zdra­dził jej swoją nie­winną ta­jem­nicę, po­nie­waż się w niej pod­ko­chi­wał, a ona ten zwy­czaj od niego przy­jęła. Każ­do­ra­zowo za­pa­mię­ty­wała okno, w któ­rym do­strze­gła pierw­sze po­ły­sku­jące lam­piony na cho­ince i okno ostat­nie, w któ­rym gdzieś pod ko­niec stycz­nia wi­działa ostat­nie świe­cące się bo­żo­na­ro­dze­niowe drzewko.

Ostat­nio nie li­czyła okien z cho­in­kami, tak wy­szło, prze­ży­cia i masa cię­ża­rów z nimi zwią­zana. Ale dzi­siaj na­li­czyła ich dwa­na­ście, po­ły­sku­ją­cych bla­skiem ko­lo­ro­wych świa­te­łek. Dwa­na­ście… Tyle po­traw po­winno się znaj­do­wać na wi­gi­lij­nym stole, jak na­ka­zy­wała tra­dy­cja.

Prze­nio­sła spoj­rze­nie na stół za ple­cami. Stała na nim tylko bu­telka ko­niaku i wy­peł­niony do po­łowy kie­li­szek z trun­kiem. Od­wle­kała chwilę, kiedy się­gnie po al­ko­hol i wy­pije go jed­nym hau­stem. To bę­dzie mo­ment jej po­rażki, dla­tego prze­su­wała go w cza­sie, choć miała świa­do­mość nie­uchron­nej klę­ski. Wi­gi­lia odzie­rała ze złu­dzeń. Bo­ga­tym du­chem po­ka­zy­wała war­tość ro­dziny i wią­żącą ich mi­łość. Sa­mot­nym od­kry­wała nę­dzę ich ży­cia. Praw­dzi­wym bo­gac­twem nie były pie­nią­dze ani kosz­tow­no­ści, byli nim lu­dzie i ich uczu­cia. Naj­peł­niej ro­zu­miała to wła­śnie w Wi­gi­lię, kiedy sa­mot­ność wy­że­rała jej du­szę do bólu. Do­póki żyła mama Te­resy i wcze­śniej, gdy Te­resa pra­co­wała w po­li­cji, więk­szość Wi­gi­lii spę­dzała z nimi. Ale obie ode­szły już z daw­nego ży­cia. Po­zo­stała bu­telka z al­ko­ho­lem, cier­pliwy to­wa­rzysz sa­mot­ni­ków i prze­wod­nik do śle­pej uliczki bez wyj­ścia.

Zro­biła ruch w stronę stołu, aby w prze­gra­nym zma­ga­niu się­gnąć po kie­li­szek z ko­nia­kiem, kiedy u drzwi wej­ścio­wych ode­zwał się me­lo­dyjny ton gongu. Była nim tak za­sko­czona, że przez kilka se­kund wpa­try­wała się w drzwi tę­pym spoj­rze­niem. Me­lo­dyjny ton gongu za­brzmiał po­now­nie, wy­ry­wa­jąc Le­wicką z osłu­pie­nia.

– A gdyby to był święty Mi­ko­łaj z wiel­kim pre­zen­tem? – na klatce scho­do­wej stał War­ski. – Trzeci raz na pewno by nie za­dzwo­nił… – nie py­ta­jąc o po­zwo­le­nie, wszedł do miesz­ka­nia Be­aty.

Obec­ność jej by­łego szefa, była dla niej tak du­żym za­sko­cze­niem, że nie wie­działa, co ma po­wie­dzieć. Wo­dziła wzro­kiem za War­skim, zszo­ko­wana jego obec­no­ścią.

– Cho­inka pięk­nie przy­ozdo­biona i stół pe­łen wi­gi­lij­nych po­traw… – rzu­cił sar­ka­stycz­nie, gdy sta­nął w progu ciem­nego po­koju, w któ­rym chwilę wcze­śniej Be­ata prze­ży­wała po­rażkę sa­mot­no­ści. Nie było w nim choćby ma­leń­kiego sym­bolu na­wią­zu­ją­cego do Świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia, kom­plet­nie nic. – Ubie­raj się – rzekł to­nem wiel­kiej po­wagi. – W Wi­gi­lię nikt nie może być sam.

Pró­bo­wała opo­no­wać, ale jej nie po­zwo­lił.

– Tylko mi nie mów, że wła­śnie tak lu­bisz – z wie­szaka zdjął płaszcz Be­aty i po­mógł jej się ubrać.

Bez słowa sprze­ciwu wy­szła za War­skim.

Był je­dy­nym zna­nym jej męż­czy­zną, który otwie­rał ko­bie­cie drzwi od sa­mo­chodu i za­my­kał je, kiedy już usia­dła w środku. Szorstki dżen­tel­men, tak go na­zy­wały z Te­resą, ale na­cisk kła­dły na tę drugą część okre­śle­nia.

– Będę dla was cię­ża­rem – mimo wszystko Le­wicka nie wi­działa sie­bie na wie­cze­rzy u War­skich.

– Bę­dziesz mi­łym go­ściem – War­ski nie po­zwa­lał jej źle my­śleć o so­bie.

– To święta ro­dzinne.

– Na­le­żysz do ro­dziny.

– To Te­resa na­le­żała.

– Przy­jaź­ni­łaś się z nią.

– To nie to samo – od­wró­ciła głowę w prze­ciwną stronę i spo­glą­dała na nie­licz­nych lu­dzi spie­szą­cych uli­cami mia­sta.

Przez chwilę je­chali w mil­cze­niu.

– Krzysz­tofa nie ma w domu, nie wiem co z nim się dzieje. Od paru ty­go­dni za­cho­wuje się dziw­nie – War­ski od­krył się przed Be­atą z my­ślami.

– Dziw­nie?

– Stał się… do­bry.

– Żar­tu­jesz.

– Pa­mię­tam jak po ma­tu­rze chciał iść na po­li­tech­nikę – War­ski wspo­mi­nał prze­szłość syna. – By­łem głupi, że prze­mó­wi­łem mu do ro­zumu i na­mó­wi­łem na stu­dia praw­ni­cze. Jako bu­dow­ni­czy nie miałby spo­sob­no­ści stać się wredny, co naj­wy­żej kląłby siar­czy­ście, jak to bu­dow­lańcy.

– Bu­do­wałby krzywe domy – Le­wicka bąk­nęła.

– Sły­sza­łem, że za­dar­łaś z Ko­ta­sem – War­ski wy­mie­nił na­zwi­sko no­wego prze­ło­żo­nego Be­aty.

– Nie­po­trzeb­nie od­sze­dłeś – w jej gło­sie za­brzmiał żal i brak ak­cep­ta­cji dla de­cy­zji szefa.

– Mu­sia­łem. I tak za­sie­dzia­łem się w fir­mie zbyt długo. Nie­któ­rym prze­sta­łem się po­do­bać.

– A Manny Penny? – Le­wicka wy­mie­niła naj­star­szą sta­żem pra­cow­nicę po­li­cji w Szcze­ci­nie.

War­ski ro­ze­śmiał się pełną pier­sią.

– Umrze w tej swo­jej no­rze, ale sama nie odej­dzie – za­uwa­żył. – A ty i Edek uwa­żaj­cie na Ko­tasa – wró­cił do roz­po­czę­tego wątku. – On nie zna się na dow­ci­pach, to służ­bi­sta bez wy­obraźni.

– Od­nio­słam wra­że­nie, że cie­bie nie lubi.

– Ma po­wody. Stare dzieje.

Do­jeż­dżali do ka­mie­nicy, w któ­rej znaj­do­wało się miesz­ka­nie War­skich.

– Nie mam dla was pre­zentu – Le­wicka spoj­rzała skrę­po­wana w oczy War­skiego.

– Masz. Ty nim je­steś – nieco moc­niej ści­snął przed­ra­mię Be­aty, jakby tym ge­stem chciał jej po­wie­dzieć, że wszystko inne jest mało ważne.

W ka­mie­nicy, przed którą się za­trzy­mali, w więk­szo­ści okien świe­ciły się świa­tła. Co dru­gie, trze­cie okno roz­świe­tlały ko­lo­rowe świa­tełka bo­żo­na­ro­dze­nio­wych cho­inek. Od dzie­się­cio­leci były sym­bo­lem, wo­kół któ­rego sku­piały się do­bre emo­cje. Kie­dyś War­ski po­wie­dział jej, że nie ma do­brej pracy, co naj­wy­żej może być tylko do­bra pen­sja. Na­wet naj­lep­sza praca nie za­trosz­czy się o pra­cow­nika, gdy ten wpad­nie w do­łek. Ale za­trosz­czą się o niego bli­skie osoby, dla­tego wię­cej serca na­leży wkła­dać w re­la­cję z ludźmi niż w ro­botę. War­ski był wierny tej fi­lo­zo­fii do końca służby, na­wet w chwi­lach du­żego na­pię­cia przed­kła­dał czło­wieka nad obo­wią­zek. Obo­wiązki by­wają bez­duszne, a czło­wieka można zra­nić przez głu­potę, tak ma­wiał, kiedy z Te­resą do­cie­kały po­wo­dów ry­zy­kow­nych de­cy­zji, ja­kie po­dej­mo­wał, aby chro­nić swo­ich.

Spoj­rze­niem wró­ciła na War­skiego. Nie po­winna się dzi­wić, że przy­je­chał po nią i wy­ry­wał z wy­nisz­cza­ją­cej du­cho­wej pustki, za­bie­ra­jąc w krąg do­brych emo­cji. Wie­dział o swo­ich lu­dziach wię­cej niż sami chcieli o so­bie po­wie­dzieć. Tak na­prawdę ni­gdy nie był ich sze­fem, tylko przy­ja­cie­lem, który brał na sie­bie ich błędy.

To była ich druga wspólna Wi­gi­lia. Przed ro­kiem przy­jęła od niego za­pro­sze­nie, po­nie­waż nie miała gdzie się po­dziać.

Edka wzru­szał przy­tłu­miony szum kół jej in­wa­lidz­kiego wózka, któ­rym po­ru­szała się po miesz­ka­niu. Z my­ślą o niej po­więk­szył drzwi do wszyst­kich po­miesz­czeń i zli­kwi­do­wał progi. Ale nie chciała u niego zo­stać, u ni­kogo nie chciała. Długo ją prze­ko­ny­wał, że to dla jej do­bra. Wska­zy­wała mu wtedy spa­ra­li­żo­wane nogi i mó­wiła, że jej do­bro jest mar­twe i już ni­czego nie czuje. Nie pod­da­wał się.

Znali się od lat, uczęsz­czali do tego sa­mego li­ceum przy ulicy Ma­riac­kiej. Była jego gwiazdą, bez­a­pe­la­cyj­nie naj­pięk­niej­szą dziew­czyną w szkole, o któ­rej względy za­bie­gali wszy­scy chłopcy. On też za­bie­gał, dwa razy spró­bo­wał umó­wić się z nią do kina, ale póź­niej dał so­bie spo­kój. Jego ko­le­dzy wy­ka­zy­wali więk­szą wy­trwa­łość. Dwóch lub trzech do­stą­piło przy­jem­no­ści pój­ścia z nią do ka­wiarni, lecz efekt koń­cowy dla wszyst­kich był taki sam; od­trą­cała każ­dego.

Róż­nie o niej mó­wili, że jest lesbą, że jest zimna jak sam bie­gun pół­nocny, czy wresz­cie, że to dziwka za pie­nią­dze, dla­tego nie mar­no­wała czasu na cho­dze­nie za darmo. Nie­które ko­le­żanki ją lu­biły, za uczyn­ność i bez­in­te­re­sow­ność, szcze­gól­nie pod­czas kla­só­wek. Reszta dziew­cząt wi­działa w niej tylko ry­walkę, zło wcie­lone w pięk­nym opa­ko­wa­niu, które ku­siło i od­cią­gało uwagę chło­pa­ków. To one na jej te­mat roz­sie­wały naj­wię­cej wred­nych plo­tek. Za­wistne wiedźmy. Bo tak na­prawdę nikt w szkole nie wie­dział za wiele o Mo­nice; tak miała na imię.

Tam­tego dnia Edek zo­ba­czył ją po raz pierw­szy po wielu la­tach. Ostatni raz wi­dzieli się na ma­tu­rze, sie­działa w są­sied­niej ławce z pra­wej strony. Wtedy po raz pierw­szy i je­dyny uśmiech­nęła się do niego, ży­cząc mu po­wo­dze­nia. Taki jej ob­raz za­pa­mię­tał: uśmiech­nię­tej. Kiedy spo­tkali się po la­tach, była psy­chicz­nym wra­kiem. Długi szpi­talny ko­ry­tarz i ona na in­wa­lidz­kim wózku. Miała bar­dzo ni­sko opusz­czoną głowę, że już ni­żej nie można było. Kuc­nął przy niej. Długo nie pod­no­siła wzroku, chyba nie re­ago­wała na bodźce z ze­wnątrz. Do­piero, kiedy do­tknął jej ręki, spoj­rzała.

– Edziu… – pa­mię­tała go. Naj­smut­niej­sze oczy ja­kie w ży­ciu wi­dział. Na­wet oczy jego ojca nie były tak da­lece po­grą­żone w roz­pa­czy, kiedy roz­sta­wał się z sy­nem. – Co ty tu­taj ro­bisz? – lekki ak­cent po­ło­żyła na ‘ty’, jakby nie miał prawa prze­by­wać w tym miej­scu, miej­scu lu­dzi po­krzyw­dzo­nych; on, zdrowy.

– Moja ko­le­żanka wal­czy o ży­cie. Zo­stała po­strze­lona. Je­stem po­li­cjan­tem – do­dał szybko, aby wy­tłu­ma­czyć, dla­czego ktoś mógł mieć po­wód, aby strze­lać do jego ko­le­żanki.

– Sły­sza­łam, że pra­cu­jesz w po­li­cji – od­parła i po­now­nie ni­sko zwie­siła głowę.

„Płytka wy­obraź­nia”, tak okre­śla się przy­pa­dek, który spo­tkał Mo­nikę. Sko­czyła do wody na główkę. Było płytko. Do końca ży­cia ska­zała się na wó­zek in­wa­lidzki.

To była ich druga wspólna Wi­gi­lia. Przed ro­kiem obojgu to­wa­rzy­szył smu­tek, dzi­siaj było już le­piej. Mo­nika za­częła się uśmie­chać i to było naj­cen­niej­sze, że nie utra­ciła tego ra­do­snego bla­sku sprzed lat. Opo­wie­dział jej o uśmie­chu za­pa­mię­ta­nym z ma­tury, je­dy­nym jaki do niego skie­ro­wała.

– Nie był je­dyny – od­parła.

– Nie? – za­sko­czyła go.

– Uśmie­cha­łam się do cie­bie, kiedy od­wra­ca­łeś się do mnie ple­cami.

– Dla­czego?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

– Lu­bi­łam cię. Za­wsze.

– Lu­bi­łaś mnie?

– By­łeś tak samo po­krę­cony, jak ja. Z roz­bi­tego domu. Za­mknięty w so­bie i na ze­wnątrz uda­jący ko­goś, kim nie by­łeś tu – po­ło­żyła mu dłoń na sercu. – Ani o to­bie, ani o mnie nie wie­dziano prawdy. Cho­wa­li­śmy się przed resztą, dla­tego i ja scho­wa­łam się przed tobą, bo też na­le­ża­łeś do reszty.

Miała ra­cję, nie do­pusz­czał do sie­bie ni­kogo. W li­ceum nie miał praw­dzi­wych przy­ja­ciół, przed któ­rymi mógłby się zwie­rzyć z ta­jem­nic.

– Ty wie­dzia­łaś.

– Do­my­śla­łam się.

– Dla­czego nie chcia­łaś się umó­wić ze mną do kina? – z uśmie­chem na ustach przy­wo­ły­wał zda­rze­nia z li­ceum.

– Uczu­cie to nie ma­te­ma­tyka. W uczu­ciu dwa mi­nusy nie dają plusa. Ty i ja szu­ka­li­śmy sa­mot­no­ści. Ale to­bie się udało – szybko do­dała. – Dzi­siaj je­steś na du­żym plu­sie, ty wy­sze­dłeś z nory.

Kuc­nął przy niej, i uj­mu­jąc jej dło­nie, zło­żył na nich długi po­ca­łu­nek. Tak czy­nił każ­dego dnia, kiedy że­gnał się z nią, wy­cho­dząc do pracy i jak się wi­tał po po­wro­cie do domu. Dzi­siaj był dzień szcze­gólny, je­dyny taki w roku, kiedy nikt nie po­wi­nien być sam, na­wet ten naj­bar­dziej smutny w naj­cia­śniej­szej i naj­głęb­szej no­rze wła­snych my­śli.

– Czy jest ktoś o kim dzi­siaj my­ślisz w spo­sób szcze­gólny? – spy­tała, kiedy zna­leźli się przy stole za­sta­wio­nym wi­gi­lij­nymi po­tra­wami. Biel lnia­nego ob­rusa zda­wała się mie­nić lekką po­światą błę­kitu, kiedy od­bi­jał blask pło­mieni trzech świec.

– Tato… Mama – lekko się za­wa­hał, kiedy wy­mie­niał jej po­stać. – Te­resa – za­koń­czył.

Ro­dzice Edka nie żyli, Te­resy Mo­nika ni­gdy nie wi­działa, ale jej po­stać za­wsze ją trwo­żyła, ile­kroć wspo­mi­nał jej imię.

Był czas, że Edek chciał za­brać Mo­nikę do Te­resy, bo po­noć do­ko­ny­wała cu­dów. Mo­nika nie chciała, nie wie­rzyła w cuda. Te­resa była je­dy­nym po­wo­dem ich rzad­kich sprze­czek. W końcu Edek od­pu­ścił i już wię­cej nie na­le­gał.

Mo­nika nie znała swo­ich ro­dzi­ców, za­pili się na śmierć, gdy miała ro­czek. Wy­cho­wała ją ciotka, sio­stra mamy, ale i ona ode­szła jesz­cze przed wy­pad­kiem nad je­zio­rem.

– A ty, o kim my­ślisz? – zre­wan­żo­wał się po­dob­nym py­ta­niem.

– O to­bie – nie spusz­czała wzroku z Edzia. – Nie mam kogo wspo­mi­nać. Za­opie­ko­wa­łeś się mną i spra­wi­łeś, że już nie my­ślę o śmierci – mi­mo­cho­dem spoj­rzała na we­wnętrzną stronę nad­garst­ków. Ura­to­wał ją w ostat­niej chwili. Przez pierw­szy mie­siąc nie od­zy­wała się do niego zła, że nie po­zwo­lił jej umrzeć. Pół roku póź­niej po­dzię­ko­wała za ży­cie. Wtedy po­ca­ło­wała go po raz pierw­szy.

Pa­mię­tała ten pierw­szy raz, kiedy Edek przy­wiózł ją do swo­jego miesz­ka­nia. Po­sze­rzone drzwi do wszyst­kich po­miesz­czeń, ła­zienka z bro­dzi­kiem, do któ­rego można było wjeż­dżać wóz­kiem in­wa­lidz­kim i se­des dla osób nie­peł­no­spraw­nych. Jego miesz­ka­nie cze­kało na nią, przez dłu­gie mie­siące przy­go­to­wy­wane w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, aby uła­twić jej co­dzienne ży­cie.

– Po­ma­gał mi oj­ciec – wy­ja­śniał, gdy do­strzegł w jej oczach zdu­mie­nie. – Był cu­dow­nym czło­wie­kiem, był in­ży­nie­rem, wiele roz­wią­zań jest jego po­my­słu. Bez niego nie dał­bym rady.

– Nie mo­głeś wie­dzieć, że ja…

– Prze­cież je­steś.

Tam­tego dnia zro­zu­miała, że po raz pierw­szy nie była sama. Mu­siała się na­uczyć obec­no­ści czło­wieka, o któ­rym mo­gła po­wie­dzieć, że jest jej bli­ski. Na po­czątku nie był, był zna­jo­mym, któ­rego po­lu­biła. Póź­niej na­uczyła się cze­kać na niego i wtedy zro­zu­miała, że wła­śnie tak ob­ja­wia się bli­skość. Aż któ­re­goś dnia, kiedy cze­kała na Edka aż wróci z pracy, zro­zu­miała, że go ko­cha. Mocno.

Edek ści­skał w dłoni opła­tek, ku­ca­jąc obok Mo­niki; zło­żył jej ży­cze­nia. Za­wsze brzmiały tak samo, aby po­zwo­liła się ko­chać i ni­gdy nie wąt­piła w jego uczu­cie. Reszta nie miała zna­cze­nia, bez mi­ło­ści nic nie miało zna­cze­nia.

27 grudnia 2009 roku. Niedziela.

Edekpo­pro­sił Le­wicką, aby raz jesz­cze po­wtó­rzyła mu wszystko od po­czątku, bo za­czął ją po­dej­rze­wać o głupi ka­wał. Be­ata z pełną po­wagą w gło­sie po­wtó­rzyła, że w Parku Ka­spro­wi­cza, w miej­scu gdzie przed wojną stał po­mnik po­ety Er­ne­sta Arndta, zna­le­ziono zwłoki męż­czy­zny. W tym sa­mym miej­scu, gdzie równo trzy lata temu Kuba Genza zna­lazł pierw­szą ofiarę „Zim­no­krwi­stego”.

– Tylko mi nie mów, że na ciele ma ry­sunki zro­bione pi­sa­kiem UV – Mo­lik rzu­cił przez te­le­fon, wy­bie­ga­jąc z domu do sa­mo­chodu.

– Tego jesz­cze nie wiemy, bo ciało wciąż leży w parku, ale jest coś gor­szego.

– Mów.

– Ten męż­czy­zna, to eu­ro­de­pu­to­wany Ba­zyli Li­szek.

– O, cho­lera! – wy­rwało się Ed­kowi. – Będę za pięć mi­nut – roz­łą­czył się w chwili, gdy za­pusz­czał sil­nik sa­mo­chodu.

Na szczę­ście nie było ga­piów, aura nie na­stra­jała do spa­ce­rów po parku, stąd nie­wiele osób zwró­ciło uwagę na grupkę funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji. Nie­liczni cie­kaw­scy byli sku­tecz­nie od­pę­dzani.

Deja vu…

Wstępne oglę­dziny nie­bosz­czyka szły w kie­runku, czy przy­pad­kiem nie mają do czy­nie­nia z na­śla­dowcą „Zim­no­krwi­stego”. Tylko tego by bra­ko­wało, aby nad mia­stem za­wi­sła groźba ko­lej­nych se­ryj­nych mor­derstw. Dla­tego w po­stę­po­wa­niu funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji dało się wy­czuć stan lek­kiego na­pię­cia i uza­sad­nioną ner­wo­wość.

Krótko po Mo­liku na miej­scu zda­rze­nia zja­wił się in­spek­tor Ko­tas. Ja­ki­kol­wiek był po­wód śmierci Ba­zy­lego Liszka do­ty­czył pol­skiego eu­ro­po­sła. Obec­ność Ko­tasa i jego ner­wowe dys­po­zy­cje wno­siły nie­po­trzebne na­pię­cie. Le­wicka z utę­sk­nie­niem wspo­mniała War­skiego, za któ­rego rzą­dów po­dobna re­to­ryka i ge­sty­ku­la­cja nie mia­łaby miej­sca. W spo­so­bie by­cia i ko­mu­ni­ko­wa­nia się z pod­wład­nymi dzie­liła Ko­tasa od War­skiego prze­paść nie do prze­by­cia. In­spek­tor chyba do­strzegł tę prze­paść i te osą­dza­jące my­śli w spoj­rze­niu Le­wic­kiej, bo wark­nął nie­chęt­nie w jej kie­runku.

– A co wy tu jesz­cze ro­bi­cie? – ru­chem głowy wska­zał na Mo­lika. – Ustal­cie, gdzie miesz­kał i na­tych­miast jedź­cie po­wia­do­mić ro­dzinę o śmierci eu­ro­po­sła.

– Nie miał ro­dziny, był sa­motny – Le­wicka za­uwa­żyła to­nem, któ­rym wy­tknęła Ko­ta­sowi, że nie zna pod­sta­wo­wej in­for­ma­cji o tak po­pu­lar­nym po­li­tyku.

– Może miał kota, więc go na­kar­mi­cie! – in­spek­tor od­pa­ro­wał cierpko.

Je­den z tech­ni­ków do­cho­dze­nio­wych wrę­czył Ko­ta­sowi do­wód oso­bi­sty eu­ro­po­sła oraz pęk klu­czy.

– Miesz­kał w Do­brej – za­uwa­żył tech­nik, kiedy wrę­czał do­ku­menty.

– Na co jesz­cze cze­kaj­cie? Jeź­dzie i zbierz­cie wszel­kie in­for­ma­cje na te­mat jego ży­cia – roz­ka­zał Ko­tas.

– To śledz­two? – spy­tała Le­wicka.

– Czy ja po­wie­dzia­łem, że to śledz­two? – in­spek­tor spio­ru­no­wał spoj­rze­niem Le­wicką.

Mo­lik i Le­wicka ru­szyli w stronę sa­mo­chodu. W pew­nym mo­men­cie Mo­lik zwol­nił i zwró­ciw­szy się w stronę Ko­tasa, spy­tał:

– Co zro­bić z ko­tem?

Nie cze­kał na od­po­wiedź. Szybko wsiadł do sa­mo­chodu i gło­śno za­trza­snął drzwi za sobą. Ale i tak usły­szał stłu­miony śmiech funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji sto­ją­cych naj­bli­żej.

– Od­biło ci? – Le­wicka nie kryła nie­za­do­wo­le­nia. Nie spodo­bała się jej za­czepka ko­legi rzu­cona w stronę Ko­tasa. Miała po­dob­nie kar­cący głos do War­skiego, kiedy ru­gał ich za prze­kro­cze­nie za­ka­za­nej gra­nicy. – Urwie ci jaja przy sa­mej szyi, ra­zem z mig­dał­kami. Ten gość kom­plet­nie się nie zna na żar­tach. Jesz­cze tego nie za­uwa­ży­łeś?

Edek wzru­szył je­dy­nie ra­mio­nami. Już dawno zro­zu­miał, że Ko­tas nie był War­skim i ni­gdy nim nie bę­dzie. „Sza­nuj szefa swego, bo mo­żesz mieć gor­szego”, tak brzmiało stare po­rze­ka­dło, któ­rego mą­dro­ści w pełni te­raz do­świad­czali.

Ulicą Wy­spiań­skiego zje­chali do Za­le­skiego, a na­stęp­nie na wy­so­ko­ści „Raj­skiego Ogrodu” wje­chali w Woj­ska Pol­skiego i po­mknęli wprost na Głę­bo­kie. Ruch na uli­cach był mi­zerny, ostatni dzień prze­dłu­żo­nego świę­to­wa­nia za­trzy­mał w do­mach miesz­kań­ców mia­sta. Na skrzy­żo­wa­niu ulic Spa­ce­ro­wej i Sza­fera ja­kiś nie­dzielny kie­rowca wy­je­chał od strony La­sku Ar­koń­skiego i na czer­wo­nym świe­tle za­ta­ra­so­wał drogę.

– Ze­stre­so­wana ma­muśka za kie­row­nicą – Le­wicka skwi­to­wała z uśmie­chem, spoj­rzaw­szy na prze­jętą ko­bietę, pro­wa­dzącą sa­mo­chód; za­pewne przez męża rzadko do­pusz­czaną za kie­row­nicę. – Całe szczę­ście, że ska­co­wany sa­miec alfa za­cho­wał resztkę zdro­wego roz­sądku i po­zwo­lił się wieźć tej sie­rotce.

Na Głę­bo­kim skrę­cili przed je­zio­rem w lewo i po­mknęli w stronę Wołcz­kowa, i da­lej do Do­brej.