Syn nieskończoności - Adam Silvera - ebook

Syn nieskończoności ebook

Adam Silvera

3,2

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Adam Silvera powraca z nową serią fantasy!

Niesamowita, szalona przygoda dwóch braci, którzy uczestniczą w magicznej wojnie.

Emil i Brighton dorastali w Nowym Jorku i zawsze podziwiali Iskry – grupę strażników, która poprzysięgła uwolnić świat od niebezpiecznych widm. To one próbują ukraść moc niebiańskim istotom i wszystkim zagrożonym magicznym stworzeniom.

Brighton marzy o posiadaniu mocy, aby dołączyć do walki. Emil chce tylko, żeby nastał pokój. W karuzeli strachu banda widm z dnia na dzień rośnie w siłę. Wojna zbiera swoje żniwo, utrudniając spokojne życie każdemu, kto posiada niezwykłe zdolności.

Gdy Emil niespodziewanie manifestuje swoje moce w bójce, zostaje wrzucony w samo serce konfliktu między dwoma frontami i dołącza do grupy bohaterskich Iskier. Staje się tym, kim Brighton zawsze chciał być…

Braterstwo, miłość i lojalność zostaną wystawione na próbę i nikt nie wyjdzie z tej walki bez szwanku!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
aldmos

Całkiem niezła

Była bardzo fajna nie była niesamowita. Adam silvera swietnie opisał relacje między bohaterami. Jednak akcja w tej książce była szybka i niedokłanda. historia mogła ciągnąć się przez kilk stron a zostać rozwiązana w 10zdaniach. Uważam że jest to bardzo ciekwa książka, i polecam ją przeczytać, jednak nie zachwyciła mnie.
10

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Infinity Son

 

Copyright © 2020 by Adam Silvera

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

 

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: NABU Joanna Pawłowska, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt graficzny okładki: Kevin Tong

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66570-20-7

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla tych, którzy nie wierzą w to, że mogą być superbohaterami. Już czas pofrunąć.

 

 

Dla Amandy i Michaela Diazów, za wszystkie wieczory spędzone na obsesyjnym omawianiu teorii ze świata Harry’ego Pottera i za czytanie moich fanfików.

Moja pierwsza powieść fantasy jest dla was.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Strach jest jak feniks: choćbyś tysiąc razy widziała, jak spłonął, zawsze wróci.”

 

– Leigh Bardugo, „Królestwo kanciarzy”

 

 

 

 

 

 

 

 

SŁOWNICZEK

 

 

 

 

ŚWIETLIŚCI

 

Niebiańscy – ludzie posiadający moce związane z gwiazdami i niebem, ich prawdziwe pochodzenie pozostaje nieznane. U niektórych moce ujawniają się już przy narodzinach, u innych dopiero w późniejszym okresie. Posiadają szeroki zakres umiejętności, a można ich poznać po oczach, w których widać odbicie różnych zakątków wszechświata, gdy korzystają z blasku. Istotną grupą pośród niebiańskich są Iskry.

Blask – nadzwyczajna moc, która zawsze istniała i zawsze była znana opinii publicznej.

Świetliści – ci, którzy praktykują moc. Zalicza się do nich zarówno niebiańskich, jak i widma.

Widma – ludzie, którzy mogą korzystać z blasku dzięki wynalezionej sześćdziesiąt lat temu alchemii. Swoją moc czerpią z krwi stworzeń, a zakres ich umiejętności jest ograniczony do zdolności danego stworzenia. Widma można poznać po tym, że gdy korzystają z blasku, ich oczy płoną jak zaćmienie słońca. Istotną grupą pośród widm są Posocznicy.

 

 

STWORZENIA

 

Bazyliszki – duże węże, w których kłach produkowana jest toksyczna substancja i które posiadają silnie rozwinięte instynkty łowieckie.

Hydry – bestie, którym po dekapitacji odrastają dodatkowe głowy.

Feniksy – ogniste ptaki, które wstają z martwych. Warte uwagi gatunki: szare słońca, które odradzają się silniejsze; setniki, które odradzają się co sto lat.

Zmiennokształtni – animalistyczne stworzenia, które przybierają taką formę, jaka im odpowiada.

 

 

INNE

 

Zaciemnienie – określenie nadane masakrze w Konserwatorium Nightlocke. Ten dzień został zapamiętany jako ten, w którym na świecie zgasło światło, a Iskry przestały być postrzegane jako bohaterowie, a zaczęły jako terroryści, ze względu na swój udział w tym wydarzeniu.

Senny król – jedna z pierwszych konstelacji gwiazd, która pokazuje się na niebie co sześćdziesiąt siedem lat i na miesiąc znacząco zwiększa moc blasku; jej zenit przypada na ostatnią noc obecności na niebie.

Klejnoty-granaty – klejnoty przepełnione wybuchową mocą żywiołów.

Ostrze skończoności – sztylet, który może permanentnie zabić feniksa.

Ostrze niepamięci – sztylet, który może permanentnie zabić ducha.

Kamizelki przeciwblaskowe – specjalne kamizelki zdolne zatrzymać czary.

Pierwsze konstelacje – specjalne konstelacje, które mają wpływ na moce świetlistych, szczególnie niebiańskich. Alchemicy wykorzystują to zjawisko do zwiększania mocy swoich mikstur przy tworzeniu nowych widm.

Czary – przypominające kule pociski stworzone z krwi niebiańskich.

Różdżki – broń naładowana czarami; głównie wykorzystywana przez egzekutorów i policję, ale może być używana przez dowolną osobę.

 

 

 

 

 

 

1

 

BRACIA

 

EMIL

 

 

Mam tylko jedno życie i zamierzam przeżyć je jak trzeba, ale nie mogę tego samego powiedzieć o moim bracie.

O północy kończymy osiemnaście lat, a jednak Brightonowi brakuje jeszcze dojrzałości. Dawno minęły dni, kiedy byliśmy dziećmi i zachowywaliśmy się, jakbyśmy posiadali moc podobną tym wszystkim niebiańskim istotom na ulicach. Ich życie nie składa się wyłącznie z zabawy, lecz Brighton cały czas ignoruje mroczne nagłówki, które codziennie napotykamy. Jakoś nie potrafię przekonać go, by dostrzegł prawdę, ale sam nie będę jej ignorował. Przestałem już przebierać się za Iskry na Halloween i nie zamierzam więcej oglądać starć w stalowych klatkach, gdzie niebiańscy walczą ze stworzeniami z użyciem swoich naturalnych mocy. Koniec z tym wszystkim.

Nie zrozumcie mnie źle, muszę wyluzować, bo jesteśmy ze sobą cholernie blisko. Niech no tylko który zadrze z moim bratem, a od razu będzie miał do czynienia ze mną, chociaż żaden ze mnie chojrak. Ale jeny, kilka razy na serio zastanawiałem się, czy my aby na pewno jesteśmy bliźniakami; może Brightona podmienili w szpitalu albo został adoptowany czy coś. Te pomysły na pewno biorą mi się z tych wszystkich komiksów o wybrańcach, które przeczytałem.

Biega po imprezie jak oparzony, próbując ogarnąć wywiady do swojego internetowego cyklu Niebiańscy Nowego Jorku, ale wszyscy go spławiają. Są zajęci świętowaniem przybycia Sennego króla, słabo widocznej na ciemnym niebie konstelacji, która ma zostać z nami przez większość miesiąca, a potem zniknąć na kolejne sześćdziesiąt siedem lat. Nikt właściwie nie wie, jak długo istnieją niebiańscy i jak zyskali swoją moc, lecz wszystko wskazuje na ich związek z gwiazdami. Może ich najstarsi przodkowie spadli z nieba czy coś. Bez względu na to, jaka jest prawda, pojawienie się konstelacji zawsze stanowi dla nich niezwykle ważne wydarzenie.

Miło dla odmiany popatrzeć, jak niebiańscy się bawią. Takie zgromadzenie zazwyczaj widuję tylko wtedy, gdy protestują przeciwko dotykającej ich przemocy i niesprawiedliwości, a jedno i drugie poważnie się nasiliło w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. Bycie gejem nie jest usłane różami, ale od czasu Zaciemnienia – najgorszego ataku, jakiego doświadczył Nowy Jork za mojego życia – ludzie traktują niebiańskich jak terrorystów.

Dzisiejszy wieczór przypomniał mi o tym, jak pierwszy raz poszedłem na Paradę Równości. Przyznałem się już wtedy do swojej orientacji przed rodziną i przyjaciółmi. Wszyscy dobrze to przyjęli, ale nie mogłem udawać, że nie ściska mnie w żołądku na myśl o tym, jak zareagują obcy ludzie; czytanie w umysłach bardzo by się wtedy przydało. Podczas parady poczułem ulgę, bezpieczeństwo, szczęście i nadzieję, wszystko splecione ze sobą jak sznur, który związał mnie z pozostałymi. Pierwszy raz w życiu oddychałem swobodnie wśród nieznajomych.

Ciekawe, ilu niebiańskich cieszy się dzisiaj takim oddechem.

Brighton stoi za statywem i nagrywa ludzi przechodzących między namiotami, po czym celuje obiektyw w ogromną, migoczącą postać z koroną na głowie, która rozciąga się na niebie.

– Czuję, że jutro wszystko się zmieni – mówi. – Ludzie będą chcieli nagrywać nas.

– No, może.

Brighton milczy tak długo, aż robi się niezręcznie.

– Nigdy mi nie wierzysz. Jeszcze się przekonasz.

– Może w tym roku odpuścimy – odpowiadam. – I tak masz wiele powodów do ekscytacji, w końcu w przyszłym tygodniu wyjeżdżasz do college’u w innym mieście i jeszcze masz tę swoją serię…

– Ludzie czasami zyskują moc w dniu osiemnastych urodzin – przerywa mi.

– W książkach i filmach.

– Książki i filmy są oparte na historiach prawdziwych niebiańskich, którzy zyskali moce w momencie ukończenia osiemnastu lat.

– Ale przecież to się dzieje naprawdę rzadko.

– Rzadko, więc to mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. – Brighton zawsze musi mieć ostatnie słowo, więc gryzę się w język. Nie zamierzam kłócić się tuż przed urodzinami. Problem polega na tym, że on nie uznaje mojego milczenia za wywieszenie białej flagi. – To byłby idealny moment, Emil. Senny król zwiększa moc każdego niebiańskiego, więc jeśli została w nas choć iskra blasku po abuelicie, może zapłonąć większym ogniem. Ja chyba… już ją wyczuwam.

– Wyczuwasz ją? To jakiś kolejny parapsychiczny żart?

Brighton kręci głową ze śmiechem.

– To były dobre czasy, ale nie. Mówię poważnie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję takie napięcie w kościach.

– Postaw na to napięcie w kościach dwadzieścia dolców. – Łatwy pieniądz, który pójdzie na kolejną powieść graficzną.

– Dobra.

Przybijamy sobie żółwika i gwiżdżemy. To taki nasz braterski zwyczaj.

Brighton upatrzył sobie jeden rave na dachu kamienicy i stajemy w kolejce przed wejściem do budynku. Przed nami są dwie kobiety ubrane w tradycyjne półpeleryny niebiańskich. Próbuję powstrzymać epicki krindż, gdy przypomina mi się, jak jeszcze ze dwa lata wcześniej, totalnie nie zdając sobie sprawy z tego, jaką świętością są dla nich te peleryny, sami nosiliśmy podobne dla zabawy. Dopiero nasza najlepsza przyjaciółka, Prudencia, uświadomiła nam gafę. Szybko zaniosłem je do najbliższego przytułku. Gdy kobiety zostają wpuszczone, podchodzimy do wejścia, ale wykidajło blokuje nam drogę.

– Tylko dla niebiańskich – oznajmia.

– Czyli dla nas – odpowiada Brighton.

Brązowe tęczówki mężczyzny nagle zakrywają błyszczące galaktyki; to charakterystyczna cecha niebiańskich.

– Udowodnij.

Brighton bez sensu patrzy na niego, jakby spodziewał się, że jeśli się bardzo postara, w jego oczach też rozbłysną gwiazdy i komety.

– Przepraszamy za kłopot. – Ciągnę brata po schodach, śmiejąc się. – Coś ty sobie myślał, że sfałszujesz posiadanie mocy tak, jak sfałszowałeś dokumenty?

Brighton ignoruje mnie i wskazuje schody przeciwpożarowe.

– Chodź, zakradniemy się i zdobędziemy ekskluzywny materiał.

– Niby po co? To tylko impreza, nikogo to nie interesuje.

– A może jakiś rytuał.

– To nie nasza sprawa. Nie idę tam.

Brighton zdejmuje kamerę ze statywu.

– Dobra.

Sprawdzam godzinę na telefonie.

– Za piętnaście minut mamy urodziny. Pokręćmy się tu trochę i tyle.

Brighton gapi się na dach.

– Daj mi pięć minut. To się może przydać do mojego cyklu.

Siadam na krawężniku z jego statywem.

– Nie mogę ci mówić, co masz robić.

– Pięć minut – powtarza Brighton, wspinając się już na schody. – I nie garb się!

Nie każdemu zależy na prostych plecach i wyrzeźbionych mięśniach. Niektórzy z nas chowają chude ciała w luźnych koszulkach i garbią się, czekając na dzień, w którym będą mogli zapaść się w sobie i całkiem zniknąć.

Nie potrafię się oprzeć i czekając na Brightona, wchodzę na Instagrama. Od razu wyświetla się nagranie ognistego ptaka, który wlatuje w nawałnicę nad Brazylią; to wideo mojej ulubionej fotografki dzikiej przyrody, która uwiecznia feniksy w całej ich glorii. Zaraz potem widzę gościa od fitnessu, z którego kaloryferem zdążyłem się zapoznać przez ostatnich kilka miesięcy. I chociaż bawię się z jego planem treningowym, w ogóle nie wyglądam jak on czy paru innych ćwiczących kolesi, których profile śledzę. Jego motywujące teksty nie robią na mnie dzisiaj wrażenia, więc odkładam telefon i próbuję pooddychać prawdziwym światem.

Na tej imprezie jest wszystko.

Jakieś dzieciaki biegają w powietrzu, dorośli grillują jedzenie za pomocą promieni słonecznych wypływających z ich dłoni. Mam nadzieję, że Nicholas Creekwell, pierwszy facet, który naprawdę mi się podobał, też dzisiaj w jakiś sposób świętuje. Był moim partnerem na zajęciach z chemii, którą lubi tak bardzo, że zamierza iść na alchemię w college’u i zajmować się przygotowywaniem magicznych mikstur. Był przystojny i fajnie się z nim gadało, a do tego naprawdę mnie zaskoczył, kiedy zdematerializował drzwiczki mojej zepsutej szafki, żebym mógł wyjąć kalkulator na test z algebry. Nie zdradziłem nikomu jego tajemnicy, zwłaszcza Brightonowi, ale chociaż mi ufał, twierdził, że nie jest gotowy na związek, więc zostaliśmy kumplami. Mimo wszystko nie potrafię przestać myśleć o tym, czy sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybym miał sześciopak.

Ktoś sprzedaje piękną srebrną lornetkę. Chętnie bym się spłukał, żeby ją zdobyć, ale mama zaraz zacznie psioczyć, że podręczniki na studia same się nie kupią. A przecież wciąż jeszcze nie spłaciła ogromnych długów za opiekę medyczną taty – zostały po eksperymentalnej terapii alchemią krwi, która miała wyleczyć go z raka kości, a tylko pogorszyła jego stan. Zmarł w marcu. Tatę fascynowało spoglądanie w gwiazdy i czekał z niecierpliwością, żeby na własne oczy zobaczyć Sennego króla. Może w pełni docenię tę konstelację następnym razem, gdy będę starszy i kupię lornetkę. A tata zobaczy ją w innym życiu, o ile się wierzy w takie rzeczy.

Moją uwagę zwraca dudnienie ciężkich buciorów na żwirze. Odwracam się i widzę, że zbliża się jakaś dwudziestokilkuletnia kobieta. Na jej twarzy błyszczy pot, jakby przebiegła kilka przecznic. Ma na sobie niedopasowany blezer bez jednego rękawa, a jej ramię wydaje się spalone słońcem w porównaniu do bladej twarzy; nie wygląda, jakby wybrała się na wieczorny jogging. Ścigają ją dwie latające postacie: dziewczyna unosząca się jakieś trzy metry nad ziemią i chłopak, którego niesie wiatr, zbierając po drodze różnego rodzaju śmieci.

Skaczę na równe nogi i uciekam przed kłopotami. Odwracam się w kierunku schodów przeciwpożarowych; mój brat jest już na trzecim piętrze.

– Brighton, wracaj!

Kobieta potyka się o krawężnik i ląduje twardo na betonie. Powinienem nie być dupkiem i jej pomóc, ale strach ściska mnie mocno i nie pozwala się ruszyć. Nieznajoma wstaje i chwyta rurkę namiotu, a ta rozpala się do czerwoności. Biały płomień wspina się po jej ramieniu, jakby zlała je benzyną i podpaliła. Płachta nie ma szans – ogień zaraz przeskakuje na inne namioty. To pandemonium zdecydowanie nie poprawi wizerunku niebiańskich u opinii publicznej.

Ktoś łapie mnie za ramię i upuszczam statyw.

– Wszystko w porządku? – pyta Brighton.

Oddycham głęboko.

– Spadamy.

– Czekaj. – Oczarowany chaosem brat podnosi kamerę.

– Chyba sobie żartujesz. – Chwytam go za łokieć, ale się wyrywa.

– Muszę to udokumentować.

– Posrało cię.

Jak na kogoś, kto wygłosił mowę otwierającą uroczystość rozdania dyplomów w naszej szkole, Brighton potrafi być naprawdę głupi. Gdyby chodziło o kogoś innego, od razu bym się ulotnił. Właśnie dlatego nie zostanę nigdy bohaterem, którego kiedyś udawałem. Za bardzo kocham życie, żeby je ryzykować. Tylko że Brighton marzy o nagraniu tego typu akcji na swój kanał. Większość niebiańskich z okolicy jest od niego bystrzejsza i nie czeka na rozwój sytuacji. Część teleportuje się tak szybko, że gdybym zamrugał, mógłbym ich przegapić.

Frunące postaci wyłaniają się z cienia i w blasku księżyca na ich kamizelkach przeciwblaskowych błyszczy symbol Iskier, niczym konstelacja, która stała się inspiracją dla nazwy ich organizacji.

– Maribelle i Atlas! – krzyczy Brighton, wyrzucając pięść w powietrze.

Co zrobiła ta kobieta, że gonią ją dwie Iskry? Kiedy jej ręka znowu zajmuje się białym ogniem, mam okazję przyjrzeć się jej oczom. W jej tęczówkach nie pływają ciała niebieskie, jak u niebiańskich. Są ciemne, nie licząc płonącego na pomarańczowo pierścienia. To zaćmienie – znak widma. Teraz już wiem, dlaczego jest ścigana przez Iskry. Nie zawsze zgadzam się z brutalnymi metodami tych samozwańczych strażników, ale to chyba jedyna garstka bohaterów dość odważnych, by przyznać, że widma należy powstrzymać, zanim doprowadzą do zagłady świata. Mam nadzieję, że wszystkie widma trafią za kratki za swoje okropne zbrodnie: kradzież niebiańskiej krwi tylko po to, by zyskać moc, z którą się nie urodzili. Zwyczajny ogień jest już wystarczająco straszny, lepiej, żeby nie było nas w pobliżu, gdy to widmo zapłonie ogniem feniksa. Już mam odciągnąć Brightona, ale dręczy mnie błysk w jego oku. Akurat my bardzo dobrze wiemy, jak ryzykowne jest spożywanie krwi stworzenia.

Widma ryzykują życiem, żeby zyskać moc, a ja modlę się, żeby mój brat nigdy nie pomylił tej tragedii z cudem.

 

 

 

 

 

 

2

 

BOHATEROWIE

 

EMIL

 

 

Widmo wypuszcza strumień białego światła, płomienie rozchodzą się na kształt skrzydeł i skrzeczą jak feniks.

– Stary, ona jest widmem – stwierdza Brighton.

– Pewnie wzięła moc od aureoli albo…

Nie kończę, bo Maribelle Lucero z gracją umyka przed płomieniem i leci prosto na widmo. Maribelle jest młoda; strzelam, że w naszym wieku, chociaż Brighton pewnie mógłby podać nie tylko jej datę urodzin, ale też ulubiony kolor. Dziewczyna ma jasnobrązową skórę i ciemne włosy splecione w warkocze, które chłoszczą powietrze jak sznury, gdy wpada na widmo, wyprowadzając cios prawą ręką. Jasnowłosą czuprynę Atlasa Haasa rozwiewa wiatr, gdy chłopak unosi się nad namiotami, starając się z całych sił zapanować nad ogniem za pomocą wiatru wzniecanego przez swoje dłonie. Nic z tego. Płomienie rozprzestrzeniają się w kierunku bloku z jednej strony i podupadłego baru z drugiej; lokatorzy i klienci szybko uciekają z obu przybytków.

Serce bije mi jak oszalałe – wynośmy się stąd, wynośmy się stąd, wynośmy się stąd.

– Bright, musimy spadać.

– To spadaj.

Jestem o włos od tego, by złapać jego kamerę i rzucić nią jak piłką, kiedy nagle bar eksploduje z ogłuszającym hukiem. Fala uderzeniowa uderza w nieprzygotowanego Atlasa i rzuca nim w zaparkowany nieopodal motocykl. Gdy z nieba zaczyna spadać deszcz cegieł, chowamy się pod markizą małego sklepu. Fale ciepła przywodzą mi na myśl pieczenie kruchego ciasta z owocami w maleńkiej kuchni abuelity, tylko że tutaj jest tysiąc razy gorzej.

Maribelle pędzi do Atlasa z pomocą, a widmo znowu strzela ognistym pociskiem.

– Maribelle, uważaj! – woła Brighton.

Dziewczyna odwraca się, lecz ogień wbija ją w drzwi samochodu z obezwładniającą mocą, jakby cisnął nią ktoś obdarzony żelazną siłą.

– Nie! – rzuca Brighton, wciągając gwałtownie powietrze.

Większość klientów i mieszkańców zdążyła się już zmyć, niczym geniusze, którzy zdali testy z surwiwalu na piątki z plusem. Niska kobieta z gwiazdami w oczach wyrywa hydrant przeciwpożarowy i kieruje strumień wody na pożogę, lecz to zadanie zaczyna ją przerastać. Tłum ją dopinguje. Kilka kroków dalej jakiś blady chłopak z jasnymi włosami filmuje wszystko telefonem z żółtym wilkiem na obudowie. Nie wydaje się w ogóle wystraszony. Pewnie nie pierwszy raz ogląda taką bitwę, ale też patrzy na wszystko z szeroko otwartymi z zachwytu oczami, jak Brighton, który ekscytuje się nagrywaniem.

Atlas z trudem się podnosi. Widmo zgięło się wpół, bierze kilka głębokich wdechów, po czym posyła kolejny ognisty pocisk, tym razem wyraźnie słabszy. Wyciąga rękę, żeby zaatakować, lecz powstrzymuje je klejnot-granat z cytrynu wielkości mojej pięści, który toczy się w jego kierunku. Granat rozpryskuje się na grube kawałki, fale energii elektrycznej uderzają w widmo. Dziewczyna upada i wije się z bólu.

Chyba zaraz zwymiotuję, może nawet zsikam się w majty. Oglądanie takich ataków w internecie to jedno, ale bycie naocznym świadkiem to zupełnie inne przeżycie. Maribelle jest spocona, zbliża się do Atlasa, kulejąc. Przyciska dłoń do centralnej części swojej kamizelki, która chyba przejęła większość siły pocisku.

– Takie coś to ja rozumiem! – krzyczy Brighton, jak zawsze, gdy dobrze zda egzamin albo zwycięży w grze. Pędzi do Maribelle i Atlasa.

Kręci mi się w głowie i zamieram na kilka sekund, które wloką się jak minuty, po czym w końcu ruszam za bratem. Staram się ignorować wrzaski widma, ale mimowolnie zaczynam myśleć o tym, jak wyglądało jej dotychczasowe życie, zanim doprowadziło ją w to miejsce. Szybko się otrząsam z tych myśli. Na ulicy rozlegają się syreny, zaczynają się zjeżdżać karetki i wozy strażackie, a metaliczno-złote wozy pancerne egzekutorów blokują wjazd na przecznicę. Biegnę do Brightona, plecami odwrócony do zniszczonego baru, który wciąż trawi biało-pomarańczowy ogień, tworząc na ulicy rozciągnięte, przerażające cienie.

Brighton klęczy przy Maribelle i Atlasie, którzy próbują złapać oddech.

– Byliście niesamowici – mówi, cały czas filmując. – Jestem waszym wielkim fanem.

Dziewczyna nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. Spina się, gdy z wozów wysiadają egzekutorzy.

– Musimy uciekać – mówi Atlas.

– Mogłabym rzucać śnieżkami, a te sukinsyny i tak oskarżyłyby mnie o urządzenie jatki na ulicy – rzuca Maribelle.

Brighton już przyszykował telefon.

– Mogę szybko zrobić sobie z wami zdjęcie?

– Bright, chłopie, weź daj im spokój – mówię.

– Dobra, dobra.

Czterech egzekutorów woła do wszystkich, że mają się nie ruszać, po czym zbliżają się z różdżkami w rękach. Nie ruszam się nawet o milimetr. Co prawda nierzadko zdarza się, że egzekutorami zostają niebiańscy, jednak większość nie posiada własnej mocy, więc są szkoleni do strzelania czarami przy najmniejszych oznakach zagrożenia.

– Nie ruszaj się – mówię do Brightona.

Patrzę na tych wszystkich egzekutorów, żałując, że sam nie mam brązowego hełmu i kamizelki przeciwblaskowej w kolorze morskiej zieleni. Zaczynam szybciej oddychać, nogi mi drżą i jestem przerażony myślą, że egzekutorzy mogliby to uznać za przejaw mocy, której nie posiadam.

Na środku ulicy egzekutorka celuje różdżką w widmo, podczas gdy inna zakłada jej rękawice i kajdany, które mają uniemożliwić korzystanie z mocy.

Atlas jest odwrócony plecami do funkcjonariuszy i porozumiewa się bezgłośnie z Maribelle, przez co robię się nerwowy. Dziewczyna bierze głęboki wdech i kiwa głową, a jej oczy płoną jak komety, podczas gdy te Atlasa wirują niczym miliardy gwiazd pochwycone przez czarną dziurę. Atlas przetacza się na bok, a Maribelle wzbija w powietrze. Podmuch wiatru posyła mnie i Brightona na samochód, dokoła eksploduje czar, głośny niczym fajerwerki. Sprawdzam, czy bratu nic się nie stało, a potem obserwuję akcję spod auta. Egzekutorów zmiata z nóg, różdżki wypadają im z rąk. Silny wiatr podnosi Atlasa, a potem chłopak chwyta Maribelle w powietrzu. Przelatują nad budynkiem mieszkalnym i po chwili znajdują się już poza zasięgiem czarów.

– Emil, chodźmy. Wstawaj. No już. – Brighton pochylony pędzi w przeciwnym kierunku, oddalając się od egzekutorów. Teraz, gdy już nie ma Iskier, nagle mu się śpieszy. Oczywiście.

Nigdy nie należałem do dzieciaków, które biegają po szkolnym korytarzu, gadają w czasie lekcji albo przechodzą na czerwonym świetle, ponieważ nie cierpię wpadać w kłopoty, ale w tej chwili pędzę po chodniku jak opętany przez najodważniejszego z duchów, zygzakiem, na wypadek gdyby egzekutorzy chcieli we mnie strzelać. Gdyby nie Brighton, siedziałbym pod tamtym autem, z głową przyciśniętą do betonu i wyciągniętymi rękami, licząc, że egzekutorzy uznają mnie za niegroźnego. Po Zaciemnieniu lepiej nie ryzykować przebywania w towarzystwie Iskier.

Kilka przecznic dalej wskakujemy do autobusu, który jedzie w stronę naszego domu. Korzystamy z wolnych siedzeń na końcu i wyciągamy nogi. Jesteśmy mokrzy od potu, a ja niczego tak nie pragnę jak wielkiej butli z wodą, żeby się napić i oblać.

– Nic ci się nie stało? – pytam brata, masując łokieć, na który upadłem. Staram się oddychać płytko, żeby nie czuć ostrego bólu w poobijanych żebrach.

Brighton ma podrapane ręce, ale chyba mu to nie przeszkadza.

– Ale czad! Udało nam się poznać najbardziej wystrzałową parę! – Brzmi, jakby przepełniała go cała radość świata; sam chciałbym jej trochę mieć, żeby zagłuszyć panikę. – Atlas nawet użył na nas swojego wiatru. Mam nadzieję, że udało mi się to nagrać. – Patrzy na mnie. – Gdzie mój statyw?

– Och, no nie wiem, zostawiłem go gdzieś, gdy zaczęła płonąć ulica, a potem strzelali do nas egzekutorzy i zapomniałem. Mogę zaraz po niego pobiec.

– Spoko, nie trzeba – stwierdza Brighton.

– Nie mówiłem poważnie.

Mój brat puszcza film od początku.

– Powinienem zarobić na reklamach na nowy statyw.

– Jak możesz w tej chwili myśleć o swoim filmie? Strzelali do nas egzekutorzy, a Maribelle omal kogoś nie zabiła.

– Nikt by jej nie winił za tę śmierć. Tamto widmo wznieciło prawdziwe piekło.

Nie mam pojęcia, jak „tamto widmo” się nazywało ani jak wyglądało jej życie, żeby przekonywać, że dziewczyna miała w sobie chociaż krztynę dobroci, ale i tak wolałbym nie patrzeć, jak leży na ziemi z wycelowaną w nią różdżką. Kto wie, czy zostanie zamknięta w Ciemnicy razem z innymi obdarzonymi mocą, czy może gdzieś „zaginie” pod opieką egzekutorów.

Nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza nasza rozmowa. Nie spieramy się o coś głupiego, na przykład o to, że Brighton założył moją koszulkę, bo potrzebował czegoś nowego do nagrania, albo o to, że bez pytania pożyczyłem jego rower.

Odzywa się mój telefon. To wiadomość z życzeniami od Prudencii. Chyba pierwszy raz w życiu przegapiliśmy świętowanie naszej minuty o północy. Dziewiętnasty rok zaczął się naprawdę z grubej rury. Tata byłby rozczarowany. Nie ma mowy, żeby Brighton nagrał mnie, jak cieszę się z całej akcji i zachowuję, jakby wszystko było okej – taki jestem spięty.

– Dlaczego tak się wkurzasz? – pyta, odrywając wzrok od kamery. – Bo nie płakałbym po tamtym widmie? Iskry ratują więcej żyć, niż odbierają, a jeśli muszą kogoś zabić, wierzę, że ten ktoś zasłużył na taki los.

Nie chcę się z nim spierać – z gniewu potrafię się rozwrzeszczeć, a Brighton zaczyna mnie zwyczajnie wpieniać – ale nie potrafię się zamknąć:

– Nie do nas należy decyzja, kto ma umrzeć.

– Zaciemnienie zmieniło zasady gry – stwierdza Brighton. – Nie zamierzam się złościć, gdy dobrzy ludzie zabijają tych złych.

Naprawdę kusi mnie, żeby wysiąść i wrócić do domu pieszo.

– To nie jest gra.

– Przecież wiesz, co mam na myśli. Na wojnie giną ludzie, nie da się tego uniknąć. – Brighton wychyla się i trąca mnie w kolano. – Gdybyśmy mieli moc, moglibyśmy im pomóc. Królowie światła, pamiętasz?

Zaczął nas tak nazywać, kiedy mieliśmy dziesięć lat, zaraz po tym, jak dowiedzieliśmy się, że nasze nazwisko, Rey, znaczy „król”. Nikt nie mógł nas powstrzymać przed fantazjowaniem, że to na pewno jakiś profetyczny kod, a nam jest przeznaczona chwała – zostaniemy bohaterskimi bliźniakami o podwójnej sile, którzy potrafią porozumieć się z dwóch przeciwległych krańców miasta bez telefonu. Tak naprawdę nie ma w nas nic szczególnego, ale nazwa została, chociaż nasze braterstwo zdaje się słabnąć z każdym dniem.

– Cóż, dziękuję gwiazdom, że jednak nie mamy mocy – odpowiadam. – Nie chciałbym mieć krwi na rękach.

– Zabijanie dla ratowania świata to co innego.

– Bohaterowie nie powinni zabijać.

Choć raz milczy.

Patrzymy na siebie niczym szachiści, którzy doszli do pata. Żaden z królów nie poległ, lecz nikt nie wygrywa.

 

 

 

 

 

 

3

 

MARZYCIEL

 

BRIGHTON

 

 

Świat za chwilę przekona się, że nie jestem byle kim.

Z tym filmem trafiłem na żyłę złota, nie żartuję. Nie pierwszy raz widziałem, jak niebiańscy dokonują cudów przy użyciu swoich mocy. Jednym z najdziwniejszych tego typu przypadków był ten, gdy jakiś facet w garniturze spadł na tory pod nadjeżdżający pociąg; trochę sztampowa scena, ale wydarzyła się naprawdę. Zanim zdążyłem zostać bohaterem, jakieś dziecko złapało go za nadgarstek i podniosło na peron, jakby mężczyzna ważył tyle co laleczka, którą chłopiec ściskał w drugiej ręce. Problem polega na tym, że takie rzeczy dzieją się zbyt szybko i trudno je nagrać. Właśnie dlatego walka na moce, którą przed chwilą skończyłem wgrywać na kanał, narobi niezłego szumu.

Raz za razem odtwarzam film. Egzekutorzy tysiąc razy strzelają czarami, po czym Emil wyskakuje z łóżka i każe mi to już wyłączyć, ale ja tylko zakładam słuchawki i podkręcam głośność. Naprawdę powinienem iść spać, żeby mieć energię na jutrzejsze spotkanie z fanami, jednak nie potrafię oprzeć się przed odświeżaniem co chwilę strony, żeby śledzić liczbę wyświetleń i czytać komentarze. Po trzydziestu minutach statystyki wyglądają nieźle, ale nie przyciągnąłem aż tylu wieczornych widzów, na ilu liczyłem. Mimo wszystko wiem, że trzydzieści tysięcy Brightsiderów zrobi swoje i gdy się obudzę rano, film będzie już viralem – nie da się mu oprzeć.

Zamykam laptopa i zostawiam go na biurku, gdzie obok aparatu Nikona leży sterta papierków po cukierkach, komiksów i wciąż nieukończona lista filmów, które chciałbym nagrać, gdy już wyjadę do Los Angeles. Idę do łóżka i kładę się na plecach, bo boli mnie ramię. Nie mogę się doczekać, kiedy pokażę siniaka fanom. To rany bitewne, które noszę z dumą, ponieważ niewielu ludzi może się pochwalić, że rzucił nimi wiatr wzniecony przez Atlasa.

Mamy urodziny, więc Senny król musi wreszcie nas pobłogosławić. Jeśli w końcu uaktywnią się nasze uśpione moce, Emil na pewno zmieni zdanie i zostaniemy Królami światła, parą bohaterów broniących ludzi. Wychowaliśmy się na książkach i filmach, w których zwyczajni nastolatkowie dowiadują się, że są niezwyczajni – są wybrańcami, zagubionymi potomkami czarowników i tak dalej. W prawdziwym życiu rzadko tak się dzieje, ale kto wie.

Każdy marzyciel chętnie postawi na coś, co jest nieprawdopodobne, lecz nie niemożliwe.

 

Drzwi naszego pokoju uderzają o ścianę z taką siłą, że spada z niej mój dziecięcy rysunek Iskier. W progu stoi mama, oddychając ciężko i przyciskając dłoń do piersi; chyba znowu ma zawał serca. Omal nie przewracam się, zaplątany w kołdrę, próbując do niej podbiec.

Tak krótko po śmierci ojca będziemy świadkami śmierci mamy.

– Dzwoń po karetkę! – krzyczę do Emila, który znieruchomiał w łóżku.

Mama kręci głową. W oczach zbierają jej się łzy.

– Na imprezie doszło do ataku, a ja muszę się o tym dowiadywać z wiadomości? Myślałam, że zastanę pusty pokój…

Emil wreszcie się otrząsa i podchodzi, żeby ją przytulić.

– Nic nam się nie stało, mamo. Wybacz, wróciliśmy późno, a ja chyba byłem w szoku.

Zaraz, zaraz.

– Widziałaś to w wiadomościach? Pokazali moje nagranie?

– Ty to nagrałeś? – rzuca mama.

Chwytam telefon, a Emil opowiada mamie o tym, jak próbował odciągnąć mnie od akcji. Sądząc po liczbie powiadomień, bardzo dobrze, że jednak mu się to nie udało i nagrywałem dalej. Wchodzę na YouTube’a i widzę, że mój film nabił już prawie dziewięćdziesiąt tysięcy wyświetleń, czyli trzy razy więcej niż poprzedni rekord, ale zdecydowanie nie nazwałbym tego wyniku zawrotnym. Spodziewałem się więcej, jednak wciąż jest dość wcześnie, a poza tym doszło mi kilka tysięcy nowych obserwujących. Wszyscy dziękują w komentarzach za nagranie; uśmiecham się pod nosem, gdy ktoś nazywa mnie bohaterem.

Zastanawiam się, które stacje i serwisy internetowe linkowały do niego, więc wskakuję na Twittera, skąd biorę wszystkie najświeższe wieści. BuzzFeed rzucił link do artykułu zatytułowanego „Wybuchowa bitwa Iskier na YouTubie”.

– BuzzFeed napisał o moim nagraniu!

Zrobiłem setki quizów na BuzzFeedzie, a teraz sam pojawiłem się na ich stronie. Ale jazda!

Wchodzę w link i widzę mnóstwo GIF-ów, które jednak pokazują akcję z innej perspektywy. Skroluję na sam początek artykułu. Umieścili odnośnik do innego kanału na YouTubie, do jakiejś MinaTriesThis.

– No chyba sobie żartujecie.

Jej nagranie zebrało już ponad milion wyświetleń.

Oglądam. Zdaje się, że Mina nagrywała vloga, próbując niebiańskich księżycowych lodów domowej roboty, kiedy nagle zapłonął namiot. Mnóstwo ludzi dokoła rzuciło się do ucieczki, a ona po prostu musiała nagrywać dalej.

Żeby ukraść należną mi chwałę.

Kręcę się po internecie, ignorując mamę i Emila. Pieprzyć BuzzFeed za linkowanie do filmu Miny zamiast mojego, przecież skądś musieli się wziąć ci wszyscy nowi ludzie na moim kanale. Bójką zainteresowali się „New York Times”, CNN, „Times”, Scope Source i Huffington Post, ale we wszystkich wspominają vlog Miny, który stał się najpopularniejszym filmem na YouTubie.

– To niesprawiedliwe – mówię.

– Co się dzieje? – pyta Emil.

– Wyrolowali mnie. Jakiś inny film robi furorę w necie.

Za ciężko pracuję, żeby ciągle mnie to spotykało. Marzenie o wygłoszeniu mowy na początku uroczystości rozdania dyplomów motywowało mnie do walki o jak najlepsze stopnie przez całą szkołę średnią. Wyobrażałem sobie, jak wychodzę na scenę przy akompaniamencie oklasków, a potem opowiadam o tym, jak to jest być chłopakiem z Bronxu, po którym nikt nie spodziewał się, że zawojuje świat. Kiedy wicedyrektor zaprosił mnie do swojego gabinetu, żeby pogratulować mi możliwości wygłoszenia mowy otwarcia, nie straciłem zimnej krwi wyłącznie dlatego, by nie ryzykować przynajmniej tego wyróżnienia i nie stracić go na rzecz kogoś z gorszymi ocenami. Wystarczyło, że musiałem wysłuchać przemowy jednej osoby, od której byłem mądrzejszy.

Mama siada na łóżku Emila.

– Przez ciebie najadłam się strachu, a ty przejmujesz się, że ludzie nie oglądają twojego filmu?

– Przepraszam, dobra? – Nie potrafię oderwać wzroku od statystyk wyświetleń klipu Miny.

– Nie mów do mnie tym tonem, Brighton.

– Nie masz pojęcia, ile pieniędzy mógłbym zarobić, gdyby mój film zyskał podobną popularność.

– Żadne pieniądze nie wynagrodziłyby mi utraty reszty rodziny, gdybyście zginęli, udając dorosłych.

Mama nie patrzy już na mnie tak często jak kiedyś. Czasami boli ją to, że tak bardzo przypominam ojca, z tymi zielonymi oczami i tak dalej. Ale jestem pewien, że to też przez wypieranie ze świadomości faktu mojego sobotniego wyjazdu na studia filmoznawcze, które wybrałem, by zresetować swoje życie. Ona zostanie sama z Emilem. Brat zostaje w mieście, żeby uczyć się w trzecim najlepszym tutejszym college’u społecznym. Żadne pieniądze nie zatrzymałyby mnie w miejscu, gdzie przez siedem miesięcy patrzyłem na cierpienie taty i gdzie narobiłem sobie nadziei, kiedy zadzwonili alchemicy z informacją, że przyjęli go na testy kliniczne terapii krwią hydry. Zgodnie z ich zamysłem krew zawierająca esencję hydry miała przenieść właściwości pozwalające tym stworzeniom na samoleczenie i odrastanie ich głów.

Tylko ja byłem w domu, kiedy tata udusił się własną krwią.

Jestem dorosły i kropka.

 

 

 

 

 

 

4

 

ZWYCZAJNI

 

BRIGHTON

 

 

Zamykam się w pokoju do czasu, aż nie nabiorę pewności, że jestem w stanie zapanować nad sobą i nie wybuchnąć. Drzwi są zamknięte na klucz, ignoruję mamę, gdy woła mnie na śniadanie. Umieram z głodu, ale nie zamierzam jeść pieczonych tortilli ze smażoną fasolą i awokado bez taty. To łatwe do przyrządzenia danie – tata nauczył się go, żeby nawiązać lepszą więź z portorykańskimi korzeniami mamy, a jego tortille były super­chrupkie. Nie jestem gotowy udawać, że te mamy są takie same. A już na pewno nie jestem gotowy jeść rodzinnego śniadania w salonie i rozmawiać o naszych pierwszych urodzinach bez taty. Nie zniósłbym tego.

Poza tym tutaj i tak jest lepiej. Tata kiedyś nazwał nasz pokój kaplicą niebiańskich z łóżkami. Kilka lat temu, kiedy opinia publiczna miała lepsze zdanie o Iskrach, zastrzegli swój wizerunek, żeby zdobyć więcej pieniędzy na działalność, a ja miałem szczęście i zdobyłem trochę gadżetów, zanim przestały być produkowane. Przy oknie wisi plakat Maribelle i jej rodziców, Aurory i Lestora Lucerów. Mam też figurki Funko Pop z limitowanej serii z pierwotnym składem Iskier – Bautistą de Leonem, Serą Cordovą, Lucerami, Finolą Simone-Chambers i Konradem Chambersem – oraz karty do gry, które przynosiłem do szkoły. Są też breloki z symbolem Iskier – konstelacją kroczącej postaci, której pięści, stopy i serce rozświetlają najjaśniejsze gwiazdy. Nowe pokolenie Iskier nie ma żadnych oficjalnych gadżetów, ale i tak wydrukowałem sobie kilka prac i powiesiłem w ramkach nad biurkiem – jedną z nich podpisał Wesley Young, w ramach podziękowania za datek na zbiórkę pieniędzy, za które mieli kupić zapasy do jednego z ich ukrytych azyli.

To ja powinienem być dzisiaj sławny. Nie jakaś dwudziestolatka, która pewnie napisze pamiętnik ze swojej rocznej podróży przed studiami, podczas której zjechała cały kraj i próbowała różnych potraw.

Kilka godzin później wytaczam się z łóżka i szykuję na spotkanie z fanami. Rzuciłem trochę grosza na robione na zamówienie świecące w ciemności żelowe opaski dla moich Brightsiderów, zeszyty z moim logo, żeby zachęcić wszystkich do zainteresowania się niebiańskimi w ich otoczeniu, a do tego jeszcze kilka koszulek. Mamy w okolicy YouTuberze, Lore, które zawsze sprzedaje na takich spotkaniach gadżety. Powiedziałem Emilowi, że jeśli odzyskam sześćdziesiąt procent włożonych pieniędzy, uznam to za sukces, ale i tak liczę na wyższy przychód i będę się strasznie jarał, jeśli mi się to uda.

Wychodzę z pokoju, żeby Emil mógł wejść i się przebrać. Leży na kanapie i czyta powieść graficzną, a mama włączyła sobie wiadomości na telewizorze, ale widać, że myśli ma zajęte czymś innym.

– Musimy niedługo wychodzić – mówię.

– Przestałeś się już zadręczać? – pyta Emil.

Drapię się po brodzie, po czym dociera do mnie, że właśnie coś takiego robił tata za każdym razem, gdy się czymś niepokoił. Zabieram rękę i spoglądam na telewizor.

– …czekamy na oświadczenie senatora Irona w sprawie śmierci niezidentyfikowanego widma, do której doszło w środku nocy – mówi spikerka z Channel One.

Emil unosi wzrok znad książki.

– To ona nie żyje?

Najpierw puszczają ostrzeżenie przed drastycznymi materiałami, a potem możemy zobaczyć klip. To nie jest kobieta z imprezy, zamiast niej widzimy mężczyznę stojącego na krawędzi dachu. To widmo też ma biały płomień feniksa, lecz inaczej niż u kobiety z zeszłej nocy, obie jego ręce płoną, a ogień rozciąga się jak ogromne skrzydła – skrzydła, które opierają się sile porywistego wiatru. Mężczyzna wyraźnie się waha, ale i tak skacze, po czym wzbija się w powietrze, a potem wzlatuje coraz wyżej i wyżej, dopóki jego ręka nie oderwie się od korpusu. Widmo wrzeszczy z bólu i strachu, po czym spada na ziemię jak zestrzelony ptak.

Na chwilę na ekranie znowu pojawia się prowadząca, ale zaraz dostajemy nagranie z miejsca upadku.

– Kiedy ratownicy medyczni dotarli na miejsce, widmo było w ciężkim stanie, jednak z nadzieją na poprawę, ponieważ ramię mężczyzny już zaczynało się regenerować. Niestety w ciągu kilku minut nastąpiła śmierć.

– Odrosła mu ręka? – Emil gapi się na sufit, jakby spodziewał się znaleźć tam odpowiedź. – Śpiewne wieże to jedyne feniksy, które mogą regenerować swoje ciało w ten sposób, ale to zajmuje wiele godzin. A ich płomień jest fioletowy, nie biały.

– Wygląda na to, że jakiś inny feniks to potrafi – rzucam. Nie znam się na feniksach tak jak Emil, ale on też na zajęciach z wiedzy o stworzeniach nie zbierał samych piątek. – Nie pierwszy raz alchemia krwi zawiodła.

Przez moment milczymy.

Alchemiści pracujący nad wyleczeniem raka taty też nie obiecywali powrotu do pełni zdrowia, ale na pewno z arogancją chwalili się swoim pomysłem na eliksir zawierający regeneracyjne moce z krwi hydry, który następnie wprowadzali do organizmów chorych ludzi. Ciekawe, ile żyłby tata, gdybyśmy zaakceptowali jego nieuchronną śmierć, zamiast zgłaszać się do nich po pomoc.

Prowadząca zapowiada oświadczenie senatora Irona, a mama jęczy i podkręca głośność.

Senator z Nowego Jorku, Edward Iron, to ciemnowłosy i bladolicy mężczyzna, który ostrzykiwał się już kilka razy botoksem, na nosie ma grube okulary, a na sobie garnitur warty zapewne więcej niż wynosi nasz czynsz.

– Incydenty z udziałem widm, do których doszło w naszym mieście zeszłej nocy, są niepokojącym dowodem na to, że nasz kraj nie poradził sobie z tym problemem. Jeśli kongresmen Sunstar stworzy jeszcze więcej szans i da jeszcze więcej wolności swoim pobratymcom, będziemy potrzebować bardziej rygorystycznych regulacji prawnych, żeby uniknąć horroru, którego świadkami tego ranka było wielu z nas. Moi przeciwnicy twierdzą, że konflikt dotyczy wyłącznie widm, nie niebiańskich, jednak Zaciemnienie stało się przykrym dowodem na to, że mam rację, nazywając Iskry niebezpiecznymi… – Senator Iron zamyka oczy, milknie na moment, po czym kiwa głową. – Pracujemy całą dobę, żeby zlokalizować i pojmać członków tej organizacji.

W wiadomościach znowu pokazują prowadzącą.

– Jak państwo widzą, senator Iron w dalszym ciągu nie potrafi mówić o Zaciemnieniu bez emocji. W tragicznych wydarzeniach ze stycznia tego roku zginął jego syn, Eduardo, który wybrał się z klasą na wycieczkę do Konserwatorium Nightlocke, kiedy Iskry zniszczyły budynek i doprowadziły do śmierci sześciuset trzynastu osób.

Nadal popieram teorię, którą podzieliłem się na swoim kanale, że Iskry musiały zostać wrobione w Zaciemnienie przez kogoś, kto chciał w ten sposób osiągnąć własne cele.

Tylko co ja tam wiem? Trzeba zapytać ucznia, który wygłosił mowę na koniec ceremonii rozdania dyplomów w naszej szkole.

A jeśli chodzi o Eduarda Irona, płakać za nim nie będę. Za życia tylko oczerniał i prześladował niebiańskich, wzywał do przemocy. Żal mi dobrych ludzi, nie jego.

Zbieramy się i wychodzimy. Gdy docieramy do wejścia do parku, Prudencia już na nas czeka. Ten dzień wreszcie dał mi coś dobrego.

Prudencia Mendez wygląda cudownie w plecionej koszulce, granatowych szortach i butach; jak pani archeolog. Na nadgarstku ma zegarek po zmarłej matce; nie działa, ale i tak nosi go każdego dnia. Ciemne włosy związała w długi kucyk. Gdy próbuję ją przytulić na powitanie, Prudencia mruży brązowe oczy i odpycha mnie.

– Już miałam nie przyjść, ale wtedy nie mogłabym cię uderzyć – oznajmia. – Idioci, mogliście umrzeć.

– Nic nam nie jest – odpowiadam.

– Nie jesteśmy ognioodporni – rzuca Emil.

Patrzę spode łba na zdrajcę.

– Prudencio, nawet ty musisz przyznać, że byłem odważny, nagrywając tamtą bójkę jak prawdziwy reporter.

– Żaden z ciebie reporter. Jesteś fanboyem gotowym ryzykować nie tylko własnym życiem, ale i brata. – W jej głosie nie ma cienia żartobliwego tonu. – Nie warto umierać dla piętnastu minut sławy, Brighton.

– Co ty nie powiesz. Moje nagranie nie zebrało jeszcze nawet stu tysięcy wyświetleń.

– I tak pobiłeś swój rekord – stwierdza Emil. – Jeszcze niedawno świętowałeś każdy tysiąc.

– Apetyt rośnie w miarę jedzenia – odpowiadam.

– To była koszmarna noc – odzywa się Prudencia. – Aż za dobrze znam ten koszmar. Przez zbirów z różdżkami straciłam rodziców i to już było dla mnie zbyt trudne, więc jeśli nie jesteście w stanie obiecać mi, że następnym razem uciekniecie, nie chcę was w swoim życiu.

Nie zamierzam być odpowiedzialny za jej cierpienie.

– Obiecuję – mówię.

– Ja też – rzuca Emil.

Prudencia oddycha głęboko i ściska najpierw Emila, a potem mnie. Rozluźniam się w jej objęciach, a ona trzyma mnie w nich odrobinę dłużej niż mojego brata – zapewne ma to coś wspólnego z tym niewypowiedzianym pytaniem „zejdziemy się czy nie?”, które wisi nad nami, odkąd tylko poznaliśmy się w szkole średniej.

To był naprawdę fatalny moment. Spotykałem się wtedy ze swoją pierwszą i na razie jedyną dziewczyną, Niną. Byliśmy razem całą pierwszą i drugą klasę, potem zerwałem z nią, gdy dotarło do mnie, że traktuję ją bardziej jak koleżankę, a z kolei Prudencię jako kogoś więcej. Zanim zdążyłem wyznać jej uczucie, Prudencia zaczęła flirtować z naszym kolegą z klasy, Dominikiem. Nie pomagał też fakt, że ze wszystkich facetów, z którymi mogła się spotykać, wybrała akurat niebiańskiego zdolnego do podróżowania przez cienie. Przez wiele tygodni nieustannie nazywałem Dominica snobem, bo nie chciał wystąpić na moim kanale. Poza tym, chociaż nigdy nie przyznam się do tego głośno, nawet przed Emilem, moja niedawna zmiana fryzury na jeża miała coś wspólnego z tym, że takie włosy nosi też Dominic. Do ich rozstania z Prudencią doszło z jednej strony przez sprzeciw jej ciotki, a z drugiej przez fakt, że rodzice Dominica chcieli, by spotykał się wyłącznie z niebiańskimi, żeby zachować blask w ich rodzie; zupełnie jakby chłopak planował niedługo zostać ojcem. Ukrywanie się za bardzo im ciążyło i w końcu zerwali.

Mam jeszcze kilka dni do wyjazdu; może coś zdąży się wykluć między nami. A potem znajdziemy jakiś sposób, żeby utrzymać związek na odległość.

Wchodzimy w głąb parku Whispera, nazwanego tak na cześć Gunnara Whispera, niebiańskiego, który późno zyskał moc i przejął dowództwo w Bitwie Nieumarłych pod Fountain Stone przeciwko gangowi nekromancerów. W podręcznikach oczywiście zwycięstwo przypisuje się szeregowym żołnierzom, którzy walczyli ze wskrzeszającymi umarłych szaleńcami uzbrojonymi w różdżki, klejnoty-granaty i rękawice – ale ja nie boję się mówić głośno o dokonaniach Gunnara oraz o tym, jaki dumny jestem, że pochodzę z tej samej dzielnicy. Jego posąg stoi nad brzegiem jeziora, w którym Gunnar po raz pierwszy doświadczył swoich zdolności jasnowidztwa jako dwudziestotrzylatek. Zawsze gdy znajdę się w pobliżu, czuję napięcie w powietrzu, jakbym za chwilę miał sam odkryć w sobie moc, dzięki której pewnego dnia jakiś park zostanie nazwany na moją cześć, albo że Prudencia i ja wkroczymy wspólnie w fajniejszą przyszłość.

Jednak dzisiaj, gdy podchodzę do posągu Gunnara, towarzyszy mi strach, jakiego nigdy wcześniej nie czułem. Spodziewałem się znaleźć dziesiątki Brightsiderów czekających na mnie w cieniu rzucanym przez posąg, tymczasem widzę jedynie… jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć… siedem osób. Siedem.

– Nikt nie przyszedł – mówię.

– Przecież tam stoją twoi fani i machają do ciebie – zauważa Emil.

– Siedmiu fanów.

– Jest wcześnie.

– I tłok w pociągach – dodaje Prudencia.

– Jeszcze jakieś wymówki? – Wskazuję bezchmurne niebo. – Pogodę też mamy obwiniać? – Przyklejam do twarzy uśmiech i pozdrawiam przybyłych. – Bierzmy się do roboty.

Rozmawiam z sześcioma Brightsiderami – okazuje się, że siódma osoba to tylko kolega jednego z nich – o ich ulubionych filmach. Z czasem staję się coraz bardziej nerwowy; Emil nagrywa spotkanie, a ja początkowo wyobrażałem sobie ujęcia otaczającego mnie wielkiego tłumu. Ktoś o sławie kalibru Lore – YouTuberze, które odniosło sukces – nie musiałby uczyć się imion swoich fanów ani prowadzić z nimi długich rozmów poza sekcją komentarzy, ponieważ zwyczajnie nie miałby na to czasu. Tłumię te nieprzyjemne uczucia i staram się nie dać niczego po sobie poznać, kiedy kilka kolejnych osób przychodzi, żeby się szybko przywitać, a potem godzina mija i zostajemy z Prudencią i Emilem nad jeziorem, wykorzystując niesprzedane koszulki jako siedzisko.

– Wiem, że inaczej sobie to wyobrażałeś – mówi Prudencia, mocząc nogi w wodzie. – Ale sprawiłeś im radość.

– Jestem jedną wielką porażką. Miałem lepsze nagranie, ale nie stało się viralem. No bez kitu, przecież byłem w samym środku akcji. A teraz to spotkanie nie wypaliło i… nieważne.

Gryzę się w język, bo lepiej, żebym nie narzekał przy Prudencii. Później będę smęcił, gdy zostanę sam z Emilem. Silę się na luz i