Świeca szeptuchy - Paulina Ziarko - ebook
NOWOŚĆ

Świeca szeptuchy ebook

Paulina Ziarko

0,0

53 osoby interesują się tą książką

Opis

Ucieczka do lasu okaże się ratunkiem czy wyrokiem?

Na Podlasiu dawne legendy wciąż mają moc. W niewielkiej miejscowości, gdzie od pokoleń opowiada się o szeptuchach, zaczyna dochodzić do tajemniczych zaginięć i niewytłumaczalnych zdarzeń. Jedynym symbolem łączącym kolejne zagadkowe zjawiska są płonące świece.

Gdy główny bohater przybywa na miejsce, by odkryć prawdę, szybko przekonuje się, że świece pojawiające się w różnych zakątkach wsi nie są zwykłymi przedmiotami. Stanowią część pradawnych rytuałów mających utrzymywać równowagę między światem ludzi a siłami, których lepiej nie budzić.

„Świeca szeptuchy” to mroczna i nastrojowa opowieść o tajemnicy, poświęceniu oraz sile dawnych wierzeń, które nigdy naprawdę nie gasną. To także kolejna odsłona serii wydawniczej Mroczne Podlasie gwarantującej intensywne emocje, dreszcz niepokoju i wyjątkową historię, która mogła wydarzyć się tylko tutaj! #MrocznePodlasie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktorzy prowadzący: Wojciech Ciuraj, Marta Budnik

Wydawca: Wojciech Ciuraj

Redakcja: Michalina Dzierżęga

Korekta: Małgorzata Denys

Ilustracja na okładce: © © Harto Tompel / istockphoto.com,

© Manuel bonadeo / iunsplash.com, © Mahdi Bafande / unsplash.com

Projekt okładki: Florian Rychlik

Copyright © 2026 by Paulina Ziarko

Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece sp. z o.o.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8466-051-5

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Część II

Cztery siostry

Rozdział 1

Czarownice, demony, duchy – kto o nich nie słyszał? Na pewno każdy, w takiej czy innej formie. Opowieści ludowe nie tylko fascynują niesamowitymi stworami, jak licho bądź diabły w najróżniejszych postaciach. Istoty, które są między nami na co dzień, a o których nie mamy pojęcia, są prawdziwe. Tak jak tajemnicze i niemniej złowieszcze znachorki, funkcjonujące również pod nazwą „szeptuchy”. Dopiero teraz mam odwagę o tym opowiedzieć i, szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie indziej mógłbym to zamieścić, jak nie w tym miejscu.

Kilka dni temu wybrałem się na samotną wyprawę poza moje miasteczko. Ulice świeciły pustkami. Miał to być zwykły kilkugodzinny wypad. Znudziłem się już wszystkim, co miałem do roboty, więc czemu nie. Krążyłem po opustoszałej okolicy parę godzin, ale nie znalazłem niczego godnego uwagi. Gdy powoli zaczęło się ściemniać, postanowiłem wracać do domu. Coś jednak przykuło moją uwagę.

Zmierzałem przez stereotypową wieś pełną drewnianych, pokrytych strzechą domków. Zdawałoby się, że czas tutaj całkowicie się zatrzymał jakieś kilka dekad temu. Skierowałem kroki na wąską szutrową uliczkę wijącą się między budynkami i z każdym krokiem czułem narastający niepokój. Nie wiedziałem, czy to tylko efekt pochmurnego nieba i chłodnego wiatru, ale ciarki przebiegły mi po plecach jak kolonia spłoszonych mrówek. Niewielkich rozmiarów wioskę obszedłem w piętnaście minut. Teraz zauważyłem – w miejscowości nie było kościoła, w przeciwieństwie do innych polskich wsi. Wracając do lasu, z którego przyszedłem, po raz kolejny zerknąłem na tablicę informacyjną. W końcu – mimo zawahania – podszedłem do niej i zapoznałem się z wiszącymi ogłoszeniami.

W mniejszych miejscowościach z reguły na takich tablicach zamieszcza się historię miasta albo konkretnego regionu, w jakim się ono znajduje. To, co miałem przed oczami, stanowiło raczej wytłumaczenie braku kościoła, jakby to była pierwsza rzecz, jaka bulwersowała przybyszy. Dowiedziałem się, że mimo iż setki lat wcześniej większość miejscowych rodzin przyjęła chrześcijaństwo, jednak nadal – z jakiegoś nieznanego powodu – wolały one zachować swoją wiarę dla siebie i ostatecznie nie wybudowano tu żadnego miejsca kultu. Zastanawiałem się nad tym dziwnym wyjaśnieniem i wtedy w dolnym prawym rogu tablicy dostrzegłem dopisane ręcznie słowo.

– Szeptuchy – mruknąłem na głos i rozejrzałem się, tknięty nagle nieprzyjemnym uczuciem, jakby ktoś mnie obserwował.

Szeptuchy. Teraz wiem o nich wszystko. Podobnie jak demony słowiańskie, szeptuchy również mają swoje miejsce w folklorze. Krótko mówiąc, były to tradycyjne uzdrowicielki, znachorki, leczące mieszkańców wiosek za pomocą tajemniczych metod. Niektórzy twierdzili, że stosowały czarną magię, co w praktykach pogańskich wcale nie dziwiło. W każdym razie ich praktyki opierały się na ziołolecznictwie i bałwochwalczych rytuałach, mimo że – z tego, co wiem – szeptuchy były chrześcijankami, więc nie powinny mieć nic przeciwko kościołom. Metody tych kobiet okazywały się skuteczne, więc nikt się nie czepiał, aż do pewnego dnia, kiedy zielarki zostały oskarżone o czarnoksięstwo. Otóż jedną ze wsi zaatakowała zaraza, na którą zaczęli umierać pacjenci szeptuch. Wtedy rozpoczęto masowe polowania na czarownice. Wkrótce pozbyto się wszystkich znachorek w wioskach, a mieszkańcy mogli w końcu spać spokojnie.

Do czasu.

W swojej praktyce szeptuchy korzystały przede wszystkim z ognia. Dlatego po wejściu do ich domów w pierwszej kolejności zauważało się świece. Używały ich nawet po upowszechnieniu się lamp naftowych, a później elektryczności. W związku z tym zaczęto zielarkom przypisywać magiczne zdolności. Według zielarek ogień pełnił dwie funkcje: oświetlenia i amuletu odstraszającego demony. Gdy podczas rytuału leczniczego któraś ze świec gasła, czynność należało natychmiast przerwać i oczyścić pomieszczenie ze złych mocy. Owo zgaśnięcie oznaczało, że płomień zdmuchnął mściwy duch. Z tego powodu świece we wsiach są kojarzone z szeptuchami. W erze elektryczności nie ma z tym problemu, ale gdy szeptuchy zostały wymordowane, świec w wielu miejscach zakazano. Dlaczego? Dopóki szeptuchy żyły, płomienie chroniły je przed złem. Jednak po śmierci tych kobiet jakby wszystko się odwróciło – znajdowano coraz więcej ciał, przy których stały częściowo wypalone świece. Same ofiary miały wypalone oczy, a z pustych oczodołów wypływał zaschnięty już wosk. Ostatecznie nikt nigdy nie poznał prawdziwej przyczyny śmierci tych nieszczęśnic.

Odszedłem od tablicy informacyjnej i chciałem wrócić do domu, lecz nagle dostrzegłem jakąś przygarbioną postać znajdującą się po drugiej stronie głównej ścieżki. Postacią tą była starsza kobieta ubrana w sweter i długą spódnicę. Na ramiona narzuciła chustę. Mógłbym przysiąc, że poruszała ustami, ale była zbyt daleko, żebym mógł usłyszeć jej słowa. Nie zdziwiłbym się, gdyby rzucała na mnie jakąś klątwę. Zaśmiałem się pod nosem, ale zaraz mnie zmroziło. Dopiero po chwili zrozumiałem swój własny żart. Spojrzałem znowu w stronę staruszki, lecz ona zniknęła bez śladu. To tylko bardziej przekonało mnie, żeby opuścić to z pozoru opustoszałe miejsce.

Zanim jednak dotarłem do ostatniej posesji we wsi, słońce całkowicie zaszło. Otoczył mnie mrok. Zamarłem, nagle spętany strachem. Sekundę zajęło mi zabranie się w garść i odpalenie latarki w telefonie. Jednak przed jej włączeniem usłyszałem za sobą cichy brzdęk. Odwróciłem się i stanąłem z kimś twarzą w twarz.

Krzyk wyrwał mi się z gardła. Cofnąłem się, z trudem zachowując równowagę. Stojąca przede mną osoba zapaliła świecę stojącą na drewnianym świeczniku i zbliżyła ją do mojej twarzy. To była ta sama staruszka, którą widziałem przed chwilą po drugiej stronie ścieżki.

– Chodź ze mną – powiedziała ochrypłym głosem, odwróciła się i skierowała kroki w głąb wioski.

Czy miałem wybór? Oczywiście, że tak. I każdy trzeźwo myślący człowiek wybrałby opuszczenie wsi, a nie podążenie za tajemniczą nieznajomą. Można powiedzieć, że nogi same zaczęły iść jej śladem. Z jednej strony bałem się, ale z drugiej chyba bardziej przerażało mnie błądzenie po ciemnym lesie kilkanaście kilometrów od domu. Wolałem przenocować w wiosce i opuścić to miejsce wraz ze wschodem słońca.

Kobieta zaprosiła mnie do jednego ze skromnych domostw. Nie było w nim instalacji elektrycznej, co właścicielce najwyraźniej nie przeszkadzało. Pochwyciła pudełko zapałek leżące na stole i zapaliła kilkanaście świec znajdujących się w kuchni i sąsiednich pomieszczeniach. Już miałem zapytać, czy mieszka sama, kiedy usłyszałem kroki na schodach i po chwili pojawił się na nich starszy mężczyzna w piżamie. Pewnie mąż – pomyślałem i usiadłem przy stole, tak jak nakazano mi ruchem ręki.

– Myślałem, że wieś jest wyludniona – odezwałem się bezmyślnie.

Staruszka nie odpowiedziała od razu. Stała przy kuchence. Musiała usłyszeć mój komentarz, bo jej ruchy stały się powolniejsze, jakby zastanawiała się nad doborem odpowiednich słów.

– Wszyscy młodzi wyjechali do miast – odpowiedziała.

Poczułem się niezręcznie.

– Jedz – nakazała kobieta, czym wyrwała mnie z rozmyślań. – Póki ciepłe.

Postawiła przede mną talerz z zupą pomidorową. Gdzieś za plecami usłyszałem powolne kroki, zapewne jej męża, szybko jednak ucichły za drzwiami wyjściowymi.

– Gdzie poszedł pani mąż? – zapytałem podczas degustacji zupy. O dziwo, była pyszna.

Tym razem nie odpowiedziała. Kiedy dostałem drugie danie – naleśniki – stwierdziłem, że wcale nie obchodził mnie jej mąż. Ważne, że naleśniki były niebem w gębie.

– Pokój na poddaszu jest wolny – oświadczyła kobieta. Gdy skończyłem, wskazała schody. – Dobrej nocy.

Ledwo stanąłem na pierwszym schodku, usłyszałem za plecami szept:

– Nie włócz się w nocy po domu ani wsi. Jest zbyt ciemno. – Po tych słowach kobieta udała się do pomieszczenia znajdującego się najbliżej kominka i zamknęła za sobą skrzypiące drzwi. Byłem tak najedzony i zmęczony, że nie przejąłem się jej ostrzeżeniem, a moje myśli już leżakowały w wygodnym łóżku czekającym na poddaszu.

Sen miałem dość spokojny, chociaż bezustannie czułem czyjąś obecność. Obudziłem się w środku nocy i przekręciłem na plecy. Utkwiłem wzrok w oknie nade mną – na szybie sporadycznie pojawiały się krople deszczu oraz liście klonu górującego nad domem. Powoli ponownie morzył mnie sen. Już odpływałem, ale pewnym momencie pojawił się nade mną cień.

Za oknem widniała ciemna postać. Wlepiała we mnie przekrwione oczy, po czym uniosła pięść, jakby chciała zbić szybę. Krzyknąłem i w jednej chwili przywarłem do ściany. Zacisnąłem powieki. Przez jakiś czas nie usłyszałem żadnego dźwięku poza szumem wiatru i deszczem, wziąłem więc głęboki oddech i spojrzałem w górę.

Postaci nie było. Uznałem to za wytwór swojej wyobraźni. Już szykowałem się z powrotem do spania, kiedy ręka spod łóżka objęła moją szyję mocnym uściskiem. Gwałtownie obudziłem się z koszmaru.

Leżałem w bezruchu kilka sekund, czekając, aż dotrze do mnie, że to był tylko zły sen. Nieprzenikniona ciemność za oknem wskazywała na środek nocy. Czasem mnie to spotykało – koszmar pierwszej nocy w obcym miejscu – dlatego też zbytnio się nim nie przejąłem. Wyskoczyłem z łóżka, bo poczułem nagłe pragnienie. Zszedłem do kuchni po szklankę wody.

Starszej pary nie zastałem ani w kuchni, ani w skromnym dużym pokoju obok. Wyszedłem na werandę znajdującą się przed drzwiami wejściowymi, lecz tam również ich nie zobaczyłem. Straciwszy chęć na powrót do krainy snów, wybrałem się na orzeźwiający nocny spacer, całkowicie zapominając o ostrzeżeniu staruszki.

Uliczki były puste, tak jak wcześniej. Nie wiem, czego się spodziewałem. Skoro za dnia nikogo – poza tym małżeństwem – nie spotkałem, w nocy tym bardziej nie zobaczę żywej duszy. Domy wydawały się zamieszkane, sugerując się rozwieszonym na podwórkach praniem i słabym światłem świec, a także cieniami poruszających się sylwetek. Nagle uderzył mnie pewien fakt. Zatrzymałem się.

Podobno mieszkali tu sami starsi ludzie. Dlaczego nikt nie spał o tej godzinie?

Odwróciłem się i spojrzałem na domy, które przed chwilą minąłem. Światła zniknęły, jakby nigdy nie zapalono świec, a sznury na pranie wisiały luźno, bez ubrań.

– Cholera – syknąłem i pobiegłem z powrotem do domu, w którym nocowałem i w którym zostawiłem swój plecak.

Wpadłem do środka, a duszący i ostry zapach, niemalże zwalający z nóg, uderzył mnie w nozdrza. Jednak tym, co faktycznie powaliło mnie na ziemię, był nie sam zapach, ale wygląd wnętrza domu.

Usiadłem, zszokowany. Dom wyglądał tak, jakby od kilkudziesięciu lat nikt w nim nie mieszkał. Pajęczyny i metry kurzu były tutaj jedynymi ozdobami. Drżąc na całym ciele, zwaliłem się na czworaki i w takiej pozycji wszedłem do kuchni, kurczowo łapiąc się krawędzi stołu. Kiedy udało mi się podnieść, zrozumiałem, że to stąd dochodził ten odór. Gdy zobaczyłem jego źródło, od razu zwymiotowałem. Wkrótce mój żołądek już nie miał nic do oddania. Na talerzach znajdowały się resztki zgniłego jedzenia pokrytego robactwem. Zmarszczyłem brwi. Miałem wrażenie, że już to kiedyś widziałem.

Boże… Czy to były naleśniki, które jadłem kilka godzin temu?

Zakręciło mi się w głowie. Nagle usłyszałem odgłos uderzenia dochodzący z pokoju obok kominka. Pokoju, którego drzwi otwarto na oścież. Chwiejnym krokiem wszedłem do środka i omal nie nadziałem się na wystający ze ściany gwóźdź. Wycofałem się przestraszony, jednak napastnikiem okazała się wrona. To ona musiała narobić hałasu. Już miałem wyjść, kiedy moją uwagę przykuło wybrzuszenie na łóżku. Z trudem przełknąłem ślinę i wolno podszedłem. Jednym ruchem zrzuciłem kołdrę.

Z gardła wyrwał mi się przeraźliwy krzyk i znowu wylądowałem na podłodze.

Na łóżku znajdowały się dwa ludzkie ciała. Nawet nie byłem w stanie stwierdzić, czy już całkowicie się rozłożyły, bo większą część szkieletów pokrywały larwy. Ale dom wyglądał na niezamieszkany od dekad, więc dlaczego ciała miałyby być dopiero…

W tym momencie usłyszałem coś w rodzaju syknięcia za plecami i odwróciłem się. Przy ścianach, w szeregu, stały zapalone świece. Wyglądały, jakby oznaczały mi drogę do wyjścia. Albo komuś drogę do mnie.

Spanikowałem. Zapomniałem o plecaku i spieprzyłem, byle jak najdalej stąd.

To, co napisałem, jest dość ogólnym opisem tego, czego byłem świadkiem. Zgłosiłem to wszystko na policję, ale gdy przyjechali we wskazane przeze mnie miejsce, nie mogli znaleźć żadnej wioski. Ciał też za bardzo nie potrafiłem opisać, bo nie przyjrzałem im się dokładnie. Jestem jednak przekonany, że z oczodołów wypływało im coś gęstego, co już dawno zdążyło zaschnąć i nie było czerwone. Czy to mógł być wosk? Tak jak w tej legendzie o ofiarach szeptuchy?

Przeskrolowałem post kilka razy, chociaż wiedziałem, że nie znajdę ciągu dalszego. Westchnąłem i potarłem czoło poirytowany. Wróciłem do sekcji komentarzy, lecz niczego więcej nie wywnioskowałem. Kilka „ochów” i „achów” pokazywało, jak straszna to była opowieść. Znalazłem dwa komentarze od – zapewne – znajomych autora postu, którzy twierdzili, że stracili z nim kontakt, kiedy tylko wpis pojawił się na Facebooku.

– Szlag mnie trafi – burknąłem i opadłem na oparcie fotela, pocierając zmęczone oczy.

W dupie miałbym to wszystko, gdyby nie to, że autorem postu był Michał Głowacki – uczeń wyremontowanego niedawno Społecznego Liceum Ogólnokształcącego imienia Seweryna Udzieli w Krakowie. Co więcej, był moją daleką rodziną i dzisiaj rano otrzymałem wiadomość z prośbą o odnalezienie Michałka. Jestem z reguły dość samolubnym sukinsynem i zignorowałbym tę prośbę, ale mam już tyle wrogów z uwagi na moją branżę, że nie chciałem mieć na pieńku z własną rodziną. W związku z tym postanowiłem podjąć się tegoż śledztwa.

To nie pierwszy przypadek „zaginięcia”, o którym czytałem i pisałem, a później się okazywało, że rzekomo zaginiony lub zaginiona świetnie się bawi na imprezie w innym mieście albo zwiedza sobie Polskę. Osobiście spotkałem Michała może z dwa razy w życiu, więc nie mogłem powiedzieć, że go znałem, ale skoro opuścił dom, bo mu się nudziło, najrealniejszym scenariuszem byłoby, że post został napisany dla odwrócenia uwagi, żeby chłopczyna mógł sobie pozwiedzać kraj.

Humor mi się poprawił, kiedy stworzyłem w głowie pierwszy szkic śledztwa, postanowiłem więc nagrodzić się kolejną kawę. Gdy jednak tylko wstałem od biurka, dobiegł mnie dźwięk przychodzącego maila. Pochyliłem się nad laptopem i przyjrzałem nazwie nadawcy. Nie wydawała się podejrzana, więc otworzyłem wiadomość.

Ekran nagle zrobił się czarny. Wirus? Po chwili coś usłyszałem. Czy to było nagranie? Podkręciłem głośność i zrozumiałem, że słyszę niezwiązane ze sobą, nakładające się na siebie szepty. Miałem już wyłączyć komputer, w obawie, że to był nie tyle wirus, ile atak na żywo jakiegoś hakera, ale na ekranie pojawiło się coś jeszcze.

Świeca. Samotna, w połowie wypalona świeca. Gdy tak gapiłem się zdezorientowany na tę świecę, zdawało mi się, że spośród szeptów zdołałem wyłapać kilka razy słowo „pomocy” i „ofiara”. Sięgnąłem po myszkę, lecz w tym momencie ktoś na nagraniu zdmuchnął świecę, szepty ucichły, a wokół mnie zapanowała ciemność.

Rozdział 2

Nie jestem strachliwym typem. Przyznam jednak, że oblał mnie zimny pot, gdy wokół zapadła nagle ciemność. Błyskawicznie się otrząsnąłem i włączyłem latarkę w telefonie, który do tej pory był podłączony do ładowarki. Sprawdziłem korki, jednak nic nie dało się zrobić, więc wyszedłem na balkon i zmierzyłem wzrokiem całe osiedle. W kilku blokach, biurowcach i marketach w okolicy też nie było prądu. Piętro niżej któryś z mieszkańców również stał na balkonie i rozmawiał z kimś przez telefon. Twierdził, że ciemność ma trwać zaledwie kilka minut. Westchnąłem i wróciłem do środka.

Nie chciałem marnować baterii w telefonie, więc przeszukałem szuflady w kuchni. Wyjąłem cztery świeczki. Postawiłem je na biurku i wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę. Zanim jednak je zapaliłem, zawahałem się. Zaczęto znajdować coraz więcej ciał, przy których stała częściowo wypalona świeca – przypomniałem sobie opowieść. Szybko wyrzuciłem z głowy tę bzdurę i zapaliłem knoty. Kiedy prąd wrócił, okazało się, że spaliło mi wszystkie żarówki. Usiadłem przy biurku i wróciłem do maila.

– Co, do… – mruknąłem.

Mail zniknął. Przeszukałem wszystkie foldery, ale go nie znalazłem. Jakby ktoś go skasował. Zmarszczyłem brwi. Nie dokończyłem filmiku, przecież nie mogłem sam…

W tym momencie ciarki przeszły mi po plecach. Czy ktoś włamał się do mieszkania, podczas gdy byłem na balkonie? Tylko dlaczego skasowałby tego nic nieznaczącego maila? Na wszelki wypadek obszedłem mieszkanie, sprawdzając każdą potencjalną kryjówkę. Przetestowałem zamki w drzwiach. Tak jak myślałem – byłem sam. Przetarłem oczy i postanowiłem na dzisiaj dać sobie spokój z poszukiwaniami. Zamknąłem laptop, zdmuchnąłem świece i położyłem się spać.

Następnego ranka obudził mnie grzmot. Poderwałem się gwałtownie, pewny, że sufit zaraz na mnie runie. Nic takiego się jednak nie stało, więc opadłem na łóżko, poirytowany. Po chwili znowu usłyszałem to, co wcześniej uznałem za grzmot, a co okazało się subtelnym waleniem w drzwi.

– Mam jeszcze dwa dni na zapłatę! – zawołałem ze złością, nie ruszając się z miejsca.

Walenie ustało, więc musiał to być właściciel, który przyszedł po czynsz, jednak po kilku sekundach wznowiło się.

– Do jasnej cholery, zawszę płacę w terminie, więc po… – Urwałem, ale gdy otworzyłem z rozmachem drzwi, omal nie łamiąc nosa stojącej za nimi osobie, uświadomiłem sobie, że to nie był wcale właściciel.

– Dzień dobry! – zawołała nieznana mi kobieta. Wyprostowała się i poprawiła włosy. – Nazywam się Julia Zając, wprowadziłam się do mieszkania pięćdziesiąt trzy. Jesteśmy nowymi sąsiadami! Miło poznać!

Pomyślałem, że jestem jeszcze zbyt zaspany, żeby przemyśleć tę sytuację. Kobieta wyglądała na późną dwudziestkę, miała na sobie workowate dżinsy, obcisłą białą koszulkę i na to wszystko zarzucony żółty sweter. W sumie wyglądałem nie lepiej: w szortach w palemki i spranej koszulce z logo Microsoftu.

Między nami zaległa cisza.

– O co chodzi? – zapytałem.

– Ach, chciałam się tylko przywitać. Upiekłabym coś, ale marna ze mnie kucharka! Ciekawi mnie natomiast…

– Żartujesz, prawda? – przerwałem jej ze złością. – Walisz w moje drzwi o ósmej rano, jakby się paliło, tylko po to, żeby się przywitać? Jesteś głupia czy złośliwa?

– Nie sądziłam, że to dla kogoś wcześnie – odparła, zdumiona moim wybuchem.

A ja nie sądziłem, że mogę się jeszcze bardziej zdenerwować!

Zacisnąłem pięść i uniosłem ją, lecz w porę się opanowałem i uderzyłem w futrynę. Niech tylko wypiję kawę...

Bez słowa zamknąłem jej drzwi przed nosem i wróciłem do łóżka. Spodziewałem się usłyszeć kolejny łoskot, lecz niejaka Julia Zając najwyraźniej dała sobie spokój. Rozległ się dzwonek w mieszkaniu obok. Cieszyłem się, że mój dzwonek był od miesięcy zepsuty.

Poleżałem chwilę i w końcu uznałem, że i tak nie zmrużę już oka, więc wziąłem szybki prysznic i wróciłem do wczorajszej sprawy. Otworzyłem pocztę, jednak – tak jak myślałem – maila nadal nie było. Przestałem wnikać, jakim cudem ot tak wyparował, i jeszcze raz spojrzałem na post na Facebooku. Przeskrolowałem od razu do komentarzy. Zanotowałem sobie nazwiska tych dwóch osób, które napisały o urwanym kontakcie z Michałem.

Do szkoły Michała nie miałem daleko, tak że tuż po dziewiątej byłem na miejscu. Zaparkowałem pod Żabką naprzeciwko szkoły, upewniłem się, że nie wyglądam ani na bandziora, ani porywacza, po czym przebiegłem na drugą stronę ulicy. Jak wspominałem, szkoła została odnowiona i kilka lat temu otwarta ponownie, zatem cieszyła się jeszcze dość małym zainteresowaniem i uczyła się w niej tylko jedna klasa na rocznik. Zanim przekroczyłem bramę, zapatrzyłem się na szyld z imieniem patrona liceum.

Napisałem kiedyś artykuł o Sewerynie Udzieli. Było to dobre cztery lub pięć lat temu, więc pamiętam to jak przez mgłę, dopiero zaczynałem pracę jako dziennikarz. Podczas przeglądania najróżniejszych źródeł o tym znanym małopolskim etnografie natknąłem się na krótką wzmiankę o zapomnianych religiach. Ten fragment artykułu sobie co prawda darowałem, ale to wspomnienie uświadomiło mi, że wczoraj nie pierwszy raz usłyszałem o szeptuchach. Czy Udziela też miał coś do powiedzenia na ich temat?

Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek na przerwę. Na korytarz wylali się rozgadani uczniowie. Przekroczyłem próg szkoły – i to wystarczyłoby, żebym wylądował na pogotowiu. Przed nosem przeleciała mi szklana butelka rzucona przez jakiegoś ucznia, którą ostatecznie złapał inny. Uchachane towarzystwo oddaliło się, a ja zacząłem się zastanawiać, co, do cholery, tutaj tak naprawdę robię.

– Hej! – Zatrzymałem jakąś grupkę dziewczyn. – Mam pytanie. Znacie może…

– Odwal się, dziadku – odparła jedna z nich i odeszły, zanosząc się śmiechem.

Nawet nie byłem tym zaskoczony, chociaż trochę przerażony. Skoro młodzież teraz nazywa dziadkiem człowieka ledwo po trzydziestce, aż strach pomyśleć, jak traktują ludzi w sędziwym wieku.

– Hej, poczekajcie. – Tym razem udało mi się zatrzymać dwóch chłopaków z piłką, zmierzających zapewne na boisko. – Znacie może Michała Głowackiego?

– Michała Półgłówka? Nie osobiście, a co?

– A tych dwóch znacie? – Pokazałem im nazwiska, które spisałem z komentarzy.

Wyrazy twarzy im się zmieniły. Spojrzeli po sobie, jakby zastanawiając się, czy powiedzieć mi prawdę, czy zostawić ją dla siebie.

– Obaj są z drugiej klasy, tak jak Głowacki – odpowiedział jeden z nich. – Gramy z Krzyśkiem i Mateuszem w piłkę, ale od trzech dni nie ma ich w szkole. Kontaktu też brak. Zapadli się pod ziemię.

Zmarszczyłem brwi. Michał zniknął bez śladu jakiś tydzień temu, a cztery dni potem zaginął też słuch o najprawdopodobniej jedynych osobach w szkole, które próbowały się z nim skontaktować po opublikowaniu postu. Zbieg okoliczności?

– Wiecie, gdzie mieszkają? – zapytałem.

– Możliwe. Kim ty w ogóle jesteś? Suka Głowackiego? – Ryknęli śmiechem na swój inteligentny żart i odeszli.

Westchnąłem i oparłem się o ścianę. Utknąłem w martwym punkcie, i to już na początku śledztwa. Co teraz? W sumie nie miałem nic do stracenia, nikt mnie tu przecież nie znał, więc postanowiłem jeszcze pozaczepiać uczniów i popytać o adres domowy Krzyśka i Mateusza, choć marne były szanse, że zdradzą coś takiego obcemu „dziadkowi”.

– Ej! Co ty robisz?! – usłyszałem nagle i ktoś złapał moją rękę, kiedy chciałem zagadać kolejnego ucznia. – Kim jesteś?

– Przepraszam, ja tylko chciałem się czegoś dowiedzieć.

– Dowiedzieć? Niby czego?

– Potrzebuję kontaktu do dwóch uczniów, którzy od trzech dni nie pojawili się w szkole – wypaliłem, po czym uznałem, że to nie był zbyt dobry dobór słów w mojej obecnej sytuacji. Nigdy nie wyszukiwałem informacji w ten sposób, więc nie bardzo wiedziałem, jak do tego podejść. Jeszcze mnie oskarżą o porwanie!

– Dzwonię na policję!

– Nie, chwila...

– Och? Czy mnie oczy nie mylą? – rozległ się głos za mną.

Odwróciłem się, stając twarzą w twarz z szeroko uśmiechniętą kobietą, która w jednej ręce trzymała książki, a w drugiej w połowie zjedzonego pączka. – Ale wyrosłeś!

Uniosłem brwi.

– Mówi pani do mnie? – zapytałem. Dopiero teraz wydała mi się znajoma. – Pani Iskra?

Krystyna Iskra była moją nauczycielką historii, gdy odsiadywałem w liceum. Można powiedzieć, że była przysłowiowym dinozaurem w branży.

– Co pani tutaj robi? – dopytywałem. Dozorca machnął rękę i zostawił mnie w spokoju. – Nie powinna być pani na emeryturze?

– Dopóki mnie nie wykopią na zbity pysk, to nic mnie stąd nie ruszy – zażartowała pani Iskra i zaprowadziła mnie do najbliższej ławki. – Siadaj, siadaj. Co u ciebie słychać?

– Życie jakoś leci. Czyli panią też przenieśli? – Kilka lat temu były czystki w szkołach i wielu nauczycieli pozwalniano, ale jak widać pani Iskra była nie do pokonania.

– Ach, tak, udało mi się zachować moją pasję, mimo że wciąż czuję sentyment do twojej szkoły. Tutaj też wielu nauczycieli brakuje, zwłaszcza takich, którzy mogliby być wychowawcami. Mnie przypadły dwie klasy pod wychowawstwo, druga i trzecia. Mówili: „Oj, nie dasz rady, Krystynko, zostaw to dyrektorowi do rozwiązania”, ale ja zawsze…

– Jest pani wychowawczynią klasy drugiej? – wyrwało mi się. – Przepraszam, nie chciałem przerywać.

– Nie szkodzi. Tak, a dlaczego pytasz?

Pokazałem jej nazwiska. Jej wyraz twarzy błyskawicznie uległ zmianie, podobnie jak tamtym nastolatkom.

– Tak, Krzyś i Mateuszek. Dzwoniłam do ich rodziców nawet dzisiaj rano, bo się martwiłam. Wciąż są chorzy.

– Chorzy?

– Tak, ciężka grypa. Możliwe, że jeszcze przez jakiś czas ich nie będzie.

– A Michał Głowacki? Też jest chory?

Tym razem twarz pani Iskry wyraźnie pociemniała.

– To… To jest dość przykra sprawa. Dlaczego o niego pytasz?

– Michał jest moim kuzynem i próbuję się z nim skontaktować.

– Ach! Bardzo mi przykro, kochanie. My też nie mamy z Michałkiem kontaktu. Od kiedy zaczął liceum, wynajmuje mieszkanie w Krakowie. Próbowałam się połączyć nawet z jego bliskimi z rodzinnej miejscowości, jednak zawsze trafiam na pocztę głosową albo brak sygnału. To dziwne, bo powinni mieć regularny kontakt z synem, jeśli mają go tu utrzymywać. Udało mi się zgłosić jego nieobecność policji i zapewnili mnie, że zajmą się jego poszukiwaniem, jednak nie jestem do końca pewna, czy przyjęli to zgłoszenie…

Sprawa robiła się coraz dziwniejsza – a czym dziwniejsza, tym bardziej zniechęcająca. Pani Iskra miała rację: jeśli nie ma kontaktu również z jego rodziną, to w jaki sposób zapewnialiby mu utrzymanie w Krakowie? Mogliby wprawdzie tylko przelewać mu pieniądze, z których opłacałby co trzeba, jednak grzebanie w wyciągach bankowych należy do policji. Na razie jedyną opcją było zdobycie tych adresów. Zapytałem o nie panią Iskrę. Ona również nie mogła mi ich podać.

– Mam do pani jeszcze jedno pytanie – powiedziałem, gdy nauczycielka wstała, chcąc chyba pójść do toalety. – Słyszała pani o szeptuchach?

– Szeptuchach? – Pani Iskra była nauczycielką historii, więc pomyślałem, że może jej się kiedyś coś o uszy obiło, zwłaszcza że była znana ze świetnej pamięci. – Nie, nic nie kojarzę, kochanie.

Dopiero gdy odeszła, przypomniałem sobie charakterystyczną dla niej rzecz. Mimo świetnej pamięci pani Iskra zawsze trzymała w swoim biurku szczegółowe informacje o uczniach, by lepiej ich poznać i niczego o nich nie zapomnieć. Zastanawiałem się, czy wśród tych danych znajdowały się również interesujące mnie szczegóły.

Korzystając z jej nieobecności i pięciu minut do końca przerwy, znalazłem jej klasę i niepostrzeżenie wkradłem się do środka. Trochę późno zacząłem się zastanawiać, czy w klasach jest zainstalowany monitoring. Na szczęście bez większego problemu znalazłem to, czego szukałem. Spisałem szybko dane adresowe Krzyśka i Mateusza, po czym opuściłem szkołę. Gdy przeszedłem na drugą stronę, coś kazało mi się zatrzymać.

Przy ogrodzeniu szkoły dostrzegłem wysokiego, brodatego mężczyznę w kapeluszu i długim płaszczu khaki. Wyglądał na bezdomnego. Siedział na krawężniku przy ręcznym wózku transportowym okrytym zielonym, podniszczonym materiałem. Mężczyzna nic nie robił, tylko gapił się na mnie. Jednak nie było to spojrzenie błagalne, desperackie albo złośliwe. W jego oczach dostrzegłem czystą ciekawość. Zignorowałem go i wznowiłem marsz.

Zatrzymałem się przy samochodzie. Miał delikatne wgniecenie nad lewym tylnym kołem, gdy miesiąc temu jakaś zaaferowana rozwodem kobieta nieumiejętnie opuszczała sąsiadujące z moim autem miejsce parkingowe przy sklepie spożywczym. Cały czas zapominam o naprawie. Sięgnąłem do głębokich kieszeni w dżinsach, w których zawsze czuję ciężar kluczy przypiętych do breloczka z metalowym krasnalem. Nie miałem pojęcia, co mnie podkusiło, by kupić ten tandetny brelok na Chmielakach w Krasnymstawie, gdzie miałem swoją pierwszą dziennikarską sprawę lata temu.

Nagle poczułem opór i szarpnięcie za kurtkę. Odwróciłem się, pewien, że mnie jednak przyłapano, lecz to nie był nikt ze szkoły. Naprzeciwko mnie stała na oko dziesięcioletnia dziewczynka o krótko przystrzyżonych mysich włosach i szarych oczach, pod którymi miała pasek piegów. Patrząc na jej brudne policzki i ręce oraz znoszone ubranie, uznałem, że także była bezdomna i próbowała wyłudzić ode mnie pieniądze. Możliwe, że dla tamtego gościa z wózkiem.

– Kup sobie obiad i się odczep – powiedziałem, dając jej dziesięć złotych.

Dziewczynka wzięła banknot i przyjrzała mu się w zamyśleniu, po czym schowała go i powróciła do gapienia się na mnie. Postanowiłem ją zignorować i otworzyłem drzwi samochodu.

– Chcę jechać z tobą – powiedziała nagle.

– Pewnie – zaśmiałem się i wsiadłem do samochodu. Zatrzasnąłem drzwi i zablokowałem pozostałe. Rzuciła mi zbulwersowane spojrzenie. Opuściłem trochę szybę. – Cofnij się, jeśli nie chcesz, żebym cię rozjechał.

Zacząłem zasuwać szybę, lecz musiałem przerwać, bo dziewczynka zacisnęła na niej palce. Spojrzałem na nią ze złością, po czym wznowiłem zasuwanie szyby, nie zważając już na to, co zrobi. Zabrała palce, w ostatniej chwili unikając zmiażdżenia. Zanim jednak odjechałem, zerknąłem na nią po raz ostatni. Wciąż stała koło drzwi kierowcy.

– Szeptuchy – powiedziała na tyle głośno, że usłyszałem ją wyraźnie, mimo szyby.

Zamarłem. Otworzyłem ponownie okno.

– Co powiedziałaś?

Uśmiechnęła się, zadowolona, że zwróciła moją uwagę.

– Nie mam czasu z tobą pogrywać, smarkulo. Mów, co wiesz.

– Podsłuchałam twoją rozmowę z tą nauczycielką – odpowiedziała. Założyła ręce za głowę i rozejrzała się. – Pytałeś ją o szeptuchy. Dlaczego?

– Jeśli nic o nich nie wiesz, zejdź mi z oczu. – Już miałem zamknąć okno, ale chwyciła mnie za nadgarstek.

– Proszę. – Teraz miała w oczach rozpacz. – Też szukam o nich informacji. Mogę jechać z tobą? Na pewno szybciej się o nich dowiem z kimś takim jak ty!

– Kimś takim jak ja? Nawet mnie nie znasz.

Puściła mnie, wyprostowała się, po czym zaczęła recytować:

– Dezyderiusz Talent, dziennikarz internetowy zajmujący się przeważnie tematyką najróżniejszych skandali. Ostatni opublikowany przez niego artykuł był na tyle kontrowersyjny, że miał nawet sprawę w sądzie. Z natury uparty i pesymistyczny. – Znowu się uśmiechnęła. – Coś pominęłam?

Przypatrywałem się jej ponuro. Domyślałem się skąd to wszystko wiedziała, potrzebowała do tego tylko pani Iskry, by poznać moje nazwisko, a do reszty internetu.

– Uciekłaś z domu? – zapytałem.

– Nie mam domu. Dlatego właśnie muszę odnaleźć szeptuchy opisane w legendzie.

– Jak to „odnaleźć”? – zdumiałem się. – Przecież one…

– … nie istnieją? – Dziewczynka prychnęła i podparła biodra rękami. – A mówili, że dziennikarze są inteligentni.

– Inteligencja nie ma tu nic do rzeczy. Gdybym miał uwierzyć, że te szeptuchy istnieją, wiązałoby się to z uwierzeniem w istnienie duchów. A w to nie uwierzę.

– Tak jak opowieść Michała Głowackiego? W nią uwierzyłeś.

Zmarszczyłem brwi.

– Skąd o nim wiesz?

– To hit internetowy, jeśli chodzi właśnie o szeptuchy. To pierwsza informacja o nich, na którą się natknęłam. I być może jedyny ślad, którym mogę…

– Dlaczego ich szukasz?

Nie odpowiedziała. Westchnąłem i uruchomiłem silnik.

– Moi rodzice! – zawołała dziewczynka, zanim wrzuciłem bieg. – Szeptuchy zabiły… moich rodziców.

Wpatrywałem się w nią chwilę, czując coś w rodzaju melancholii.

– No i? – odezwałem się po dłuższej chwili. – Co ja mam z tym wspólnego? Idź na policję.

– I co im powiem, że duchy zabiły moich rodziców?

– To już twój problem. Zejdź mi z oczu, inaczej…

– Trzy dni! Daj mi trzy dni. Jak nic się nie dowiemy, dam ci spokój, obiecuję! Jak mnie nie zabierzesz, doniosę, że ukradłeś prywatne dane uczniów.

Spojrzałem poirytowany na zegarek i westchnąłem. Traciłem czas.

– Dobra, wsiadaj. Tylko masz się mnie słuchać, jasne? Żadnych objazdówek.

Dziewczynka podskoczyła radośnie i pobiegła na drugą stronę samochodu.

– Dlaczego nie powiedziałaś o tym policji? – zapytałem po kilku minutach jazdy.

– Myślisz, że nie próbowałam? Kto by uwierzył jedenastoletniemu dziecku.

Minęliśmy cementownię.

– Za czterysta metrów skręć w lewo – oznajmiła nawigacja.

– Skąd wiesz, że nie odwiozę cię na policję? – odezwałem się.

– Nie chciałbyś tracić na to czasu.

– Do każdego dorosłego mówisz na „ty”?

– Do wybranych.

Zerknąłem na dziewczynkę kątem oka. Jeśli nie uciekła z domu, musiała mieszkać albo w sierocińcu, albo na ulicy. Obstawiałbym ulicę, patrząc na jej aktualny stan.

– Zraniłaś się? – zapytałem. Ręce miejscami miała pokryte zeschniętą krwią.

– Nic mi nie jest. – Schowała dłonie w rękawy swetra. – Daleko jeszcze?

– Jesteś u celu – odpowiedziała za mnie nawigacja. Zaparkowałem przy domu numer dziewięćdziesiąt siedem.

Dzwoniłem domofonem przez dobre dwie minuty. Nikt się nie zgłosił. Ostatecznie miałem się poddać, kiedy bezdomna dziewczynka rozpędziła się i wskoczyła na bramę, chwilę pełzła po niej jak jaszczurka, a na koniec zeskoczyła na podwórko po drugiej stronie. Spojrzała na mnie wyczekująco. Rozejrzałem się, westchnąłem i wdrapałem się na murek. Czułem, że to był zły pomysł.

Przez kilka minut męczyłem też dzwonek do drzwi, ale bezskutecznie. Może Krzysiek był w szpitalu, a nie w domu? Miałem wrócić do samochodu, ciągnąc za sobą dziewczynkę (która chciała rozbić okno, by wejść do środka), lecz w tym momencie rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. W szparze między nimi a framugą pojawiło się czujne oko.

– Kim jesteście? – usłyszałem słaby kobiecy głos.

– Dzień dobry – powiedziałem pospiesznie. – Jestem rodziną kolegi pani syna, z którym nie mam od jakiegoś czasu kontaktu. Myślę, że Krzysztof coś wie na jego temat. Wiem, że choruje, dlatego z góry przepraszam za najście, ale to bardzo pilna sprawa.

Kobieta wpatrywała się we mnie przez szparę. Wydawała się zmęczona i… przerażona. Zdołałem zobaczyć za nią pokój pogrążony w półmroku. Zmarszczyłem brwi.

– Nie jest pan z policji – raczej stwierdziła, niż zapytała.

– Nie, ale…

– I księdzem też pan nie jest.

– Słucham? – To mnie zbiło z tropu.

W tym momencie bezdomna dziewczynka pchnęła drzwi prosto na kobietę. Ta przewróciła się, a mała wbiegła do środka.

– Ej! – Pobiegłem za nią.

Nie tylko przedpokój, ale i cały dom był zaciemniony, jakby jego mieszkańcy obawiali się światła. Ruszyłem w stronę schodów na pierwsze piętro, podążając w ślad za dziewczynką, ale gdy tylko postawiłem stopę na pierwszym schodku, tknęło mnie uczucie niepokoju, choć nie wiedziałem dlaczego. Klatka schodowa wydawała się mroczniejsza niż reszta domu.

Wzdrygnąłem się, kiedy ktoś szarpnął mnie za rękaw.

– Skoro już tu pan jest, proszę pomóc – powiedziała cicho matka Krzysztofa. – Zachowuje się… dziwnie.

– Pani syn? – upewniłem się. – Dlaczego? Co się z nim dzieje? Słyszałem, że to grypa.

– Grypa? Jak ja się modliłam, żeby to była tylko grypa! – Kobieta wciągnęła gwałtownie powietrze i ściszyła głos, jakby podniesienie go było tu zakazane. – Był u wszystkich specjalistów, nawet przyszedł psychiatra! Nikt nie był w stanie mu pomóc… Nie wierzę w te rzeczy i nawet nie jestem katoliczką, ale już nawet poprosiłam księdza, żeby go obejrzał. Miałam nadzieję, że dzisiaj w końcu przyszedł…

Czy ona uważała, że jej syn był opętany? Odruchowo zacisnąłem dłoń na balustradzie. Nagle usłyszałem syknięcie i ledwo powstrzymałem okrzyk zaskoczenia. Odwróciłem się i zobaczyłem, że dziewczynka macha w moją stronę. Uwolniłem się z uścisku matki Krzysztofa i ruszyłem na pierwsze piętro.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – opieprzyłem dziewczynkę. Stała przy pokoju na końcu korytarza. – Kazałem ci się mnie słuchać! Nie możesz ot tak…

– Cii! – Przyłożyła palec do ust i wskazała głową drzwi, obok których staliśmy. – To tutaj.

Zamarłem i wsłuchałem się w ciszę. Po chwili została przez coś przerwana – coś, co dochodziło zza tych drzwi. Podszedłem bliżej i przyłożyłem do nich ucho. Odgłosy ucichły. Stałem tak może z minutę i zamknąłem oczy poirytowany.

– Tutaj? – usłyszałem nagle głośny szept tuż przy uchu i odskoczyłem od drzwi.

Rozejrzałem się. Nikogo w korytarzu poza mną i dziewczynką nie było. Mógłbym przysiąc, że szept rozległ się tuż koło mnie, ale najprawdopodobniej pochodził od kogoś w pokoju. Spojrzałem niepewnie na drzwi. Bezdomna dziewczynka otworzyła pomieszczenie, zanim zdołałem zareagować.

Wnętrze wyglądało podobnie jak reszta domu, tyle że było w takim stanie, jakby przeszło przez nie tornado. Ubrania były porozrzucane, książki i zeszyty podarte. Natomiast na łóżku, w samym jego centrum, w obdartym i zakrwawionym dresie, ze spuszczoną głową, siedział po turecku wychudzony, nastoletni chłopak. Odruchowo zacisnąłem dłoń na przedmiocie w swojej kieszeni.

– Wedle rozkazu naszej Najwyższej, nakazuję Ci… – usłyszałem echo słów w głowie, które czasem słyszę w snach. Obraz na chwilę rozmazał mi się przed oczami, po czym ujrzałem scenę, której zawsze towarzyszyły te słowa: pogrążony w półmroku pokój, oświetlony kręgiem ze świec. – Wedle zasady naszej Najwyższej, obiecuję Ci…

Obraz pokoju ze świecami zamigał mi przed oczami kilka razy, jak kadry z zepsutego projektora filmowego, na zmianę z postacią siedzącego na łóżku nastolatka. Syknąłem i ścisnąłem skronie, które zapulsowały bólem. Zamrugałem mocno i w końcu słowa ucichły, a widok przed moimi oczami wyostrzył się. Jednak to, co zobaczyłem, przyprawiło mnie o ciarki na plecach.

Krzysztof Zalewicz patrzył teraz wprost na mnie, niemalże obłąkanym wzrokiem. Następnie uśmiechnął się bardzo szeroko i powiedział:

– Jesteś.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Część I. Cztery siostry

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Początek treści