Strzępy - Izabela Grabda - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Strzępy ebook i audiobook

Grabda Izabela

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Karol Hefner, genialny wynalazca urządzeń medycznych, po stracie ukochanej nie potrafi zaangażować się w żaden związek. Wszystko zmienia się, gdy podczas jednej z licznych wędrówek po Bieszczadach poznaje Marcelinę. Hefner szybko angażuje się w znajomość, nie mając pojęcia, że nic w tej relacji nie jest przypadkowe. Kobieta sprytnie manipuluje nim, by odebrać mu wszystko, co osiągnął. Zaślepiony uczuciem Karol daje się wciągnąć w niebezpieczną grę. Tymczasem z obrazu zawieszonego w apartamencie Hefnera odzywa się głos dawno utraconej miłości… 

Powieść obyczajowa z elementami thrillera psychologicznego, która pokazuje, że rzucić wszystko i uciec w Bieszczady jest znacznie łatwiej niż uciec od przeszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 33 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin Kardach

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Strzępy

Izabela Grabda

Wydawnictwo: Pulp Books

Redaktorka prowadząca: Marta Sobiecka

Korektorka: Marta Woźniak

Grafika okładkowa: Piotr Sokołowski

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Sokołowski

Projekt i opracowanie e-booka: Katarzyna Rek

Lektor wersji audio: Marcin Kardach

ISBN 978-83-979760-5-4

PULPBOOKS SP. Z O.O.

ul. Łagiewnicka 121

91-863 Łódź

www.pulpbooks.pl

ŁÓDŹ 2026

WYDANIE PIERWSZE

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i Autora.

Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcją literacką. Podobieństwo do prawdziwych wydarzeń i postaci jest przypadkowe.

*Fragment na końcu książki pochodzi z: Władysław Umiński, „Krwawa dola - powieść z niedalekiej przyszłości”, Warszawa 1918, KSIĘGARNIA LUDOWA Julji Sikorskiej, Warecka 14 [pisownia imienia oryginalna].

COPYRIGHT © by Izabela Grabda

COPYRIGHT © BY WYDAWNICTWO PULP BOOKS ŁÓDŹ 2026

Potężny ryk wyrwany z niedźwiedziego gardła rozdarł specyficzny rodzaj ciszy, którą przewrotnie budowały dźwięki wiatru poruszającego trawami, szum koron drzew i z rzadka słyszalne krakanie kruków. O tej porze roku turystów na bieszczadzkich szlakach było niewielu i ta niewielka grupa ludzi stanęła jak wryta, z nieskrywanym przerażeniem patrząc w kierunku, skąd dochodził głos króla Bieszczad. Bo dochodził z naprawdę bliskiej odległości.

Karol był przyzwyczajony do takich atrakcji, więc jedynie uśmiechnął się do siebie. Wyjął z kieszeni spodni telefon, odruchowo sprawdził poziom naładowania baterii i godzinę, po czym wsunął go na powrót. W przeciwieństwie do przerażonych turystów ruszył, ale uważnie obejrzał się za siebie. Byli tam jacyś młodzi ludzie, którzy musieli iść trasą od Ustrzyk Górnych, bo gdyby szli od Wołosatego jak on, na pewno już by ich spotkał. Ciekawiło go, czy weszli na Tarnicę i teraz przechodzą na Bukowe, czy darowali sobie najwyższy szczyt tych uroczych gór. Wykorzystał to, że nadal stali wypatrując niedźwiedzia w niedalekiej ścianie gęstych, pierwotnych lasów bukowych Przełęczy Goprowskiej i przyspieszył kroku. Chciał jak najszybciej przejść przez Przełęcz i wdrapać się na Bukowe Berdo. A może chciał się jak najszybciej od nich oddalić, bo obudzili w jego głowie wspomnienie sprzed przecież tak niedawna, kiedy szedł tędy z Marceliną, jego uroczą, cudowną, roześmianą i najwspanialszą na świecie narzeczoną.

Pamiętał jej zaczerwienioną, spoconą twarz i widoczną walkę z własnym ciałem o każdy następny krok. Miał wtedy stuprocentową pewność, że toczyła ją z miłości do niego i jego pasji. Boże, był wtedy zdolny wziąć ją na ręce i zanieść na Bukowe biegiem! Na to wspomnienie żółć zapiekła go w gardle, finalnie lądując na języku. Ucisnął palcami nasadę nosa, pokręcił głową. Gdyby tylko znał wtedy prawdę.

Znowu się obrócił, ale młodzi turyści przestali być jakoś bardzo widoczni, tak jak i rządek ludzi wdrapujących się na szczyt Tarnicy. Zerknął w prawo, gdzie las co i rusz to się oddalał, to znów przybliżał. Kiedy ponownie skierował wzrok przed siebie, zamajaczyła mu w oddali spora grupa ludzi. W końcu będzie komu powiedzieć tradycyjne „cześć” na szlaku, skonstatował i nawet uśmiechnął się do tej myśli. Na chwilę stanął przy źródełku, z którego rozpoczynał bieg potok przecinający szlak. Niknął później w niedalekim, bukowym lesie, zamieniając się już w konkretniejszy ciek wodny. Karol nie potrafił sobie przypomnieć jego nazwy, więc zmarszczył czoło i szybko zaczął przegrzebywać pamięć. W chwili przekroczenia strumyczka nagle go olśniło. No tak, przecież tam po prawej, głęboko w lesie była dolina Wołosatka, więc to był potok Wołosatka. Przecież marzył, żeby z plecakiem i namiotem ruszyć wzdłuż niego i dzikimi terenami dojść do Ustrzyk Górnych. Zadowolony z odzyskanej informacji chciał ruszyć dalej, ale nagle się zawahał. Przecież teraz mógł spełnić to marzenie. Miał ze sobą prawie wszystko, co było mu niezbędne do takiej wyprawy!

Zrobił dwa kroki w stronę Bukowego, kiedy kolejny potężny ryk, który rozdarł powietrze na szczytach i dolinach, znów zatrzymał wszystkich turystów znajdujących się w zasięgu dźwięku. Jak jeden mąż spojrzeli na pradawne i pierwotne lasy bukowe, bo to tam właśnie dał o sobie znać niedźwiedź. Trzeci ryk rozdarł powietrze jeszcze bliżej, jakby zwierzę szło w stronę Karola. Serce zabiło mu mocniej, bo zawsze chciał zobaczyć to majestatyczne zwierzę w naturze, ale nigdy mu się nie udało nawet do niego zbliżyć. Teraz miał okazję spełnić marzenie nie tylko o wyprawie wzdłuż Wołosatki, ale też i to! Nie miał niczego do stracenia, a zyskałby wspomnienia, które zostaną z nim do kresu dni. I ta myśl spowodowała, że poczuł wyrzut adrenaliny, uśmiechnął się i rozejrzał, czy nikt nie odwiedzie go od tego szalonego pomysłu. Grupa była za daleko, młodzi ludzie nawet nie byli widoczni, więc od razu zszedł ze szlaku i biegiem puścił się w stronę ściany drzew.

Niskie rośliny czepiały się jego nogawek i sznurówek, jakby chciały go powstrzymać przed dotarciem do lasu, ale on nie zważał na ich wysiłki. Deptał kępki traw i krzaczków, niszczył kwiatostany maleńkich roślin i parł w las za rykiem króla Bieszczad. Rozpierała go radość na myśl, że zaraz spotka go coś naprawdę dobrego. W połowie drogi do granicy drzew znów go usłyszał, ale teraz był jakby dalej, więc Karol przyspieszył, biegnąc teraz bez opamiętania. Metalowy bidon z wodą obijał mu się o biodro, a stelaż plecaka zaczynał wżynać w łopatki. Nie czuł ciężaru na plecach, nie czuł potu pojawiającego się na kręgosłupie i we włosach. Był tylko on i niedźwiedź, którego musiał zobaczyć.

Linii drzew dopadł prawie na bezdechu, ale jeszcze przez kilka minut nie zwolnił, klucząc pomiędzy zagęszczającymi się pniami. W końcu organizm gwałtownie zaprotestował i Karolowi pociemniało w oczach. Wyhamował więc i oparł się o drzewo, kładąc dłonie na kolanach. Łapał powietrze dużymi haustami i czekał, aż serce choć trochę chwyci standardowy rytm. Starł pot z czoła, pociągnął nosem i odpiął bidon od paska spodni. Odkręcił korek, po czym napił się kilka łyków, które pomogły mu uspokoić organizm.

Kiedy zakręcał bidon, niedźwiedź znów dał o sobie znać. Karol od razu za nim ruszył, ale teraz już nie biegł, a szybko szedł, klucząc pomiędzy krzakami i drzewami. Nie zważał na nic, nie rozglądał się, nie próbował zapamiętywać charakterystycznych punktów, ponieważ miał w telefonie ściągnięte odpowiednie mapy, które pozwolą mu wrócić do cywilizacji z każdego punktu w tych lasach.

I nagle w oddali mignęło mu ogromne cielsko pokryte brązowym futrem. Aż mu serce z wrażenia na moment przestało pompować krew. Przyspieszył, jednak stale zachowywał ostrożność. Starał się nie robić hałasu, nawet za głośno nie oddychać. Był podniecony i szczęśliwy jak nigdy. Zmarszczył brwi i pomyślał, że to nie jest prawda. Już raz czuł takie podniecenie i podobne szczęście. Ale to miało miejsce tak dawno temu…

Wcześniej…

– Cysia, co ty gadasz za głupoty? Albo jest biała, albo czarna, nie mogą być dwie.

– Na tym zamku jest i Biała Dama, i Czarna Dama. Uwierz, sprawdzałam przecież jego historię.

Karol zatrzymał się na drewnianych schodach prowadzących do ruin zamku na Górze Sobień i przysłuchiwał tej fascynującej wymianie zdań, toczącej się za załomem resztki muru. Pierwszy głos należał do dziewczynki, może trzynastoletniej. Ale drugi, w którym rezonowały nuty mocnego wyrzutu, a wręcz oburzenia, bardziej mu się podobał. Należał do zdecydowanie dorosłej już kobiety.

– No i co? – zaczęła kpiącym tonem pierwsza. – We dwie sobie tutaj łażą i straszą? Muszą mieć grafik albo wyznaczone strefy. Albo nie, Biała straszy kobiety, a Czarna facetów.

– Jesteś kompletną ignorantką – ofuknęła ją kobieta o imieniu Cysia. – Czarna Dama to duch Anny Kmity. Ona była na zamku sama, to znaczy nie było w nim jej męża, jak zaatakował go w piętnastym wieku taki węgierski król, który się nazywał Maciej Korwin…

– O! Jakie znane nazwisko – zaśmiała się dziewczynka. – Może to jaki pradziadek naszego polityka?

– No, tego nie wiem, ale tamten król dosyć skutecznie napadł na zamek, a Anna widząc, że żywa raczej nie wyjdzie z tych opałów, założyła czarną suknię, taką wiesz, jak do trumny, i zabarykadowała się w swojej sypialni. Potem zamek spłonął i ona zginęła. Jak wrócił jej mąż, znalazł wśród zgliszczy jej biżuterię i poprzysiągł dozgonną wierność. Podobno ducha Anny widziano, jak Kmita był już na łożu śmierci.

– I co? Był jej wierny?

– Podobno tak.

– Dużo tych „podobno” w tej historii – sarknęła bezimienna dziewczynka.

– Bo to nie historia, a legenda – wyjaśniła Cysia.

Karol uśmiechnął się i wyszedł zza załomu muru. Stały oparte o barierkę tarasu, z którego rozchodził się przepiękny widok na zakole Sanu. Tak jak przypuszczał, jedna była nastolatką. Jej długie włosy przypominały kolorystyczne wymieszanie banana z cytryną, a ciemny makijaż oczu i mocno podkreślone różem policzki narzuciły mu skojarzenie z postacią pokemona Pikachu. Niskim wzrostem i raczej pełną figurą to skojarzenie dopełniała. Od razu obrzuciła go wzrokiem, jakim posługują się wszystkie zbuntowane nastolatki na świecie. Natomiast na widok jej towarzyszki, Karola ogarnęło uczucie, o którym myślał, że już nigdy go nie doświadczy. Spojrzał w duże, błękitne jak niebo oczy i nagle poczuł, że świat wokół jest po prostu przepiękny.

– Czegoś chcesz, gościu? – warknęła Pikachu, co Karola sprowadziło na ziemię i sprawiło, że oderwał wzrok od hipnotycznego błękitu.

– Przepraszam, ale idąc tutaj usłyszałem rozmowę pań o damach tych ruin i muszę przyznać rację pani Cysi. Te ruiny rzeczywiście mogą się pochwalić dwiema zjawami. A koncepcja grafiku straszenia jest bardzo ciekawa. – Mrugnął do nastolatki, czym wywołał prawie niedostrzegalny uśmiech na jej ustach. – Damą Białą stała się Margerita, niewierna żona kasztelana Kmity. Kiedy kasztelan dowiedział się, że żona przyprawia mu rogi, zamknął ją w… i tu mamy dwie wersje. – Spojrzał znacząco na Cysię, która pokiwała głową z uznaniem i podjęła wątek.

– Faktycznie, jedne źródła mówią, że kasztelan zamurował ją w wieży, pod którą podłożył beczkę prochu, a inne, że zamurował ją w piwnicach i tam zainstalował tę beczkę.

– No, ale po co beczka? – W Pikachu nagle obudziła się ciekawość.

– Bo widzisz – Karol przejął pałeczkę – kiedy kochanek Margerity, niejaki Andreas, dowiedział się, co zrobił Kmita, ruszył ukochanej na pomoc i napadł na zamek. Ale Kmita nie miał szans na obronę budowli przed silnym atakiem wojsk Andreasa.

– No i? – Nastolatka nie odpuszczała.

– Piotr Kmita postanowił, że Andreas nie dostanie żywej Margerity i kazał podpalić lont przytwierdzony do beczki z prochem i wysadził albo wieżę, albo piwnicę z niewierną żoną w powietrze – dokończyła Cysia.

– Co za zjeb – skwitowała Pikachu z odrazą wymalowaną na twarzy. – Wolał ją zabić niż dać rozwód i poszukać innej żony? I co, poszedł siedzieć za morderstwo?

Dorośli parsknęli krótkim śmiechem, a nastolatka zmarszczyła brwi i obejmując się rękami już chciała się odezwać, ale Karol ją uprzedził.

– Wiesz, każda epoka ma swoje prawa. W tamtej mąż mógł tak postąpić i raczej nikt się tym nie przejął, ponieważ winna całej sytuacji była niewierna małżonka.

– Głupie czasy – fuknęła, po czym odwróciła się, zbiegła po schodach, usiadła na stopniu i wyjęła z kieszeni telefon.

Karol i Cysia spojrzeli na siebie i kobieta wysunęła rękę.

– Marcelina Bryś – przedstawiła się. – Miło poznać kogoś, kto też interesuje się historią takich miejsc.

– Karol Hefner. – Uścisnął jej dłoń i przy okazji przyjrzał się twarzy o delikatnych rysach z mleczną karnacją, okoloną długimi włosami barwy nadmorskiego piasku. – Jeżeli mam być tak do końca szczery, to moja wiedza historyczna nie bardzo wykracza poza niezbędne, szkolne minimum. Legendy tego zamku opowiedział mi wczoraj kumpel przy piwie po tym, jak zeszliśmy z gór.

Mina kobiecie nieco zrzedła, jednak ta informacja nie zgasiła uśmiechu błąkającego się na ustach.

– No cóż, znajomość legend jednego miejsca też się liczy. Ja lubię grzebać w historiach i podaniach miejsc takich jak to. Staram się namierzać nieoczywiste i mało znane ruiny, i poznać ich tajemnice.

– Ciekawe hobby – zauważył. – Moje jest bardziej prozaiczne.

– To znaczy?

Wskazał ręką na pofałdowany teren za Sanem.

– Góry – wyjaśnił z westchnieniem. – Jestem zakochany w łażeniu po górach. A w Bieszczadach chyba najbardziej. Mam czasem wrażenie, że pracuję tylko po to, żeby sobie zapewnić finanse na następną wyprawę.

– Często tu jesteś?

– Staram się być w każdy weekend i urlop. Najchętniej osiadłbym w worku bieszczadzkim na stałe.

– Worek to już Park Narodowy, tam podobno nie wolno niczego budować, a bloków mieszkalnych chyba raczej nie ma, żebyś mógł kupić mieszkanie.

– To prawda, jest bardzo ciężko uzyskać jakąkolwiek zgodę na budowę. Kupić nieruchomości też nie ma za bardzo od kogo, więc na razie wynajmuję pokój w pensjonacie w Stuposianach. Jestem tam tak często, że mam już wypracowane konkretne zniżki. – Zaśmiał się cicho, bo rzeczywiście płacił połowę normalnej stawki.

– Przepraszam za wścibstwo – odezwała się Cysia z dziwną kompilacją zmieszania i ciekawości w pięknych, niebieskich oczach. – Ale tak częste wyjazdy muszą cię sporo kosztować. Okradasz bank raz w roku?

Roześmiał się, szczerze rozbawiony tym pytaniem, i pokręcił głową.

– Świetnie zarabiam i mało wydaję na rzeczy, na które przeciętny Kowalski traci majątek. Ot, cała tajemnica.

Zobaczył, jak na jej gładkim czole, skrytym pod niezbyt gęstą grzywką, pokazuje się zmarszczka, jakby Cysia zaczęła się nad czymś intensywnie zastanawiać.

– Chyba trochę nie rozumiem zwrotu „rzeczy przeciętnego Kowalskiego”…

– Po prostu nie mam drogich mebli, kredytu za ogromny dom na przedmieściach i luksusowy samochód, i nie żywię się na co dzień w drogich restauracjach, bo bardzo lubię gotować sam.

– A stać by cię było na to wszystko? – zapytała z wręcz naiwnie dziecięcym zainteresowaniem, które Karola prawie rozczuliło.

– Jak każdego obywatela klasy średniej w tym kraju – odpowiedział z taką skromną oczywistością, jakby w Polsce wszyscy rozbijali się drogimi samochodami i posiadali luksusowe domy. – No i jeszcze unikam wczasów w Turcji i na Dominikanie.

Tym razem ona parsknęła krótkim śmiechem.

– Nie stać cię na nie, bo całą kasę przepuszczasz w Biesach – skwitowała i mrugnęła zawadiacko.

– Masz mnie – podjął zabawę. – Jestem niepoprawnym bieszczadoholikiem. – Już się nie śmiała, ale jej śliczną twarz rozświetlał uśmiech, który nie był tylko na ustach, ale i w oczach. – A ty? Co robisz w Bieszczadach?

– Malinka jest na obozie nad Soliną. – Wskazała na Pikachu. – Przyjechałam z jej rodzicami w odwiedziny, przy okazji odhaczając te ruiny.

– Czyli mała nie jest twoją rodziną? – dopytał trochę niegrzecznie.

– Jest moją bratanicą – wyjaśniła i zmrużyła oczy. – Czyżbyś podejrzewał, że mogę mieć taką dużą córkę?

– Jestem marny w określaniu wieku kobiet. – Rozłożył ręce w przepraszającym geście i, żeby nie wchodzić głębiej na grząski grunt, zapytał o co innego. –Malinka to obozowa ksywa, czy ma tak na imię?

– Kobiety w naszej rodzinie często mają imię zaczynające się na literę „M”. Pamiętam anegdotkę opowiadaną mi przez babcię, jak to ksiądz nie chciał prababci ochrzcić imieniem Myślibora, bo twierdził, że to pogańskie imię, ale jej ojciec postawił na swoim, zgodził się, żeby dla przeciwwagi na drugie dano jej Maria i chrzest się odbył.

– Niesamowita historia – powiedział, szczerze zaskoczony. – W takim razie, jak będzie miała na imię twoja córka?

– No, akurat ja nie przewiduję potomstwa, ale gdyby się trafiło i miałabym córkę, będzie Mileną. Ale tak sobie myślę… – Zmarszczyła brwi, jakby tym razem ona chciała zmienić temat. – Skoro znasz Bieszczady, może miałbyś ochotę jutro pomóc mi zdobyć Tarnicę? Nie chce mi się spędzać niedzieli w towarzystwie rodziny, a…

– Chcesz iść od Wołosatego, czy od Mucznego? Możemy jeszcze od Ustrzyk Górnych – od razu jej przerwał.

Zaskoczona kobieta szerzej otworzyła oczy i zaraz uśmiechnęła się zalotnie. Przynajmniej tak jej spojrzenie odebrał Karol.

– Tę decyzję pozostawiam już tobie – odezwała się głosem o ton niższym. – Pójdę za tobą każdą trasą.

– Więc może zapytam inaczej: jak z twoją kondycją?

– Zdecydowanie mieszczuchowa – przyznała, robiąc odpowiednią minę do słów i rozkładając ręce.

– W takim razie pójdziemy najkrótszą trasą od Wołosatego – zarządził. – Dasz radę być tam na parkingu o ósmej rano?

– Nie ma problemu, brat mnie przywiezie. – W jej dłoni zmaterializował się smartfon i spojrzała na Karola. – Zdradzisz mi cyferki twojego numeru telefonu?

Podał je bez zająknięcia i od razu usłyszał sygnał przychodzącego połączenia. Wyjął aparat i zapisał numer Cysi. W tym momencie czuł się, jakby wygrał miliard w totka.

– Cyśka! – Usłyszeli dochodzący ze sporego oddalenia głos Pikachu. – Stary dzwoni, że mamy wracać na obiad!

Cysia zamknęła oczy i zmełła w ustach przekleństwo, ale zaraz się opanowała, i kiedy spojrzała na Karola, wyraz jej twarzy był już absolutnie opanowany i prawie wesoły.

– Malinka jest typową przedstawicielką swojego pokolenia – skwitowała, lekko zakłopotana. – Zero szacunku i hamulców. To co? Widzimy się jutro w Wołosatym.

– Będę czekał.

Podali sobie dłonie i Cysia po chwili już zbiegała po drewnianych schodach w stronę niecierpliwiącej się Malinki. Karol w końcu oderwał wzrok od niknących pośród drzew postaci i wybrał na smartfonie kontakt.

– Cześć, Daniel – odezwał się, kiedy usłyszał głos swojego szefa, ale też i przyjaciela. – Mam naprawdę ważną sprawę do załatwienia, mogę być w poniedziałek w pracy dopiero na trzynastą?

– Karol, o trzynastej podpisujemy kontrakt ze Szwajcarami, a musimy jeszcze przejrzeć dokumentację. Najpóźniej pokaż się w biurze o dziesiątej i bądź, proszę, przygotowany, dobrze?

Hefner zamknął oczy i zmełł w ustach soczyste przekleństwo. Jak mógł o tym zapomnieć?

– Będę o dziesiątej – zapewnił. – O kontrakcie pamiętam, tylko godziny mi się poplątały. Byłem przekonany, że podpisujemy go o piętnastej – skłamał gładko.

W słuchawce rozległo się ciężkie westchnienie ni to rezygnacji, ni zdenerwowania.

– Człowieku, ja serio rozumiem twoją fascynację Bieszczadami, ale siedzisz tam już ponad tydzień i chyba ci wystarczy. Druga rzecz, to raczej na kolejne wyprawy wypadałoby zarobić, prawda? Ja rozumiem, że w naszym zespole to ty jesteś geniuszem, a ja jestem od tego, żeby twoje genialne pomysły zamienić na pieniądze, ale wszystkiego w tym temacie nie dam rady zrobić sam.

– Tak, przepraszam. – Zrobiło mu się głupio, bo przyjaciel zawsze szedł mu na rękę i pomagał, jak tylko się dało. Teraz poczuł, że nadwyrężył tę pomoc ciut za mocno.

– Zdradzisz mi chociaż, jak ta ważna sprawa ma na imię?

– Cysia, znaczy Marcelina – odpowiedział z lekko wyczuwalnym zażenowaniem. – Daniel, naprawdę przepraszam, ale…

– Nie tłumacz się. – Szef przerwał mu od razu. – Po tym, co przeszedłeś, z całego serca życzę ci cudownej kobiety i prawdziwego uczucia, wiesz o tym. Tyle że czasem po prostu są rzeczy ważniejsze od wszystkich prywatnych spraw razem wziętych. A ten kontrakt to być albo nie być naszego źródła dochodu.

– Wiem, będę na czas. To na razie.

– Cześć.

Włożył telefon do kieszeni i szybko wrócił na parking, gdzie wsiadł do swojego Volvo CX90 i ruszył w drogę powrotną do Stuposian. Kiedy wjechał na parking Agroturystyki Nad Wołosatką, jej właścicielka, która akurat podlewała kwiaty w donicach przed domem, utkwiła w nim zdziwione spojrzenie.

– Karol? – odezwała się, gdy tylko wysiadł z samochodu. – Zapomniałeś czegoś?

– Chyba głowy. – Uśmiechnął się z nieźle udawanym zakłopotaniem i zaczął kłamać jak z nut. – Na śmierć zapomniałem, że umówiłem się ze znajomą na zdobycie Tarnicy. Dobrze, że zatrzymałem się zwiedzić ruiny zamku Sobień i tam się spotkaliśmy. Wyszedłbym na niezłego kretyna, gdyby ona jutro czekała na mnie w Wołosatym, a ja dziś pojechałbym do domu. Jest jakaś szansa na jeszcze jeden nocleg?

– Ładna? – Najpierw odpowiedziała pytaniem.

– Prześliczna! – Zareagował zbyt szybko i szczerze, żeby zauważyć lekko zmrużone oczy rozmówczyni. – Znaczy…

– Skoro jest aż prześliczna, musisz ją na tę Tarnicę zaprowadzić – przerwała mu właścicielka pensjonatu, uśmiechając się już bardzo znacząco. – Idź do swojego pokoju, jeszcze nie zaczęłam go sprzątać, a kolejny gość przyjeżdża dopiero jutro wieczorem, więc nie ma problemu.

Chwycił w ramiona drobną postać kobiety i uściskał, na co ta zareagowała szczerym śmiechem. Pożegnał się, wyjął z bagażnika torbę turystyczną i pobiegł do pensjonatu.

W standardowym, jak dla takich przybytków pokoju, oprócz łazienki i sporych rozmiarów łóżka, miał jeszcze do dyspozycji balkon, na którym wieczorami przesiadywał czytając książki i sącząc swoją ulubioną brandy Ararat Dvin. W tej chwili nawet nie spojrzał na drzwi balkonowe, rzucił torbę na łóżko, wyjął z niej buty trekkingowe i plecak, który miał zawsze spakowany tak, żeby go zabrać i od razu ruszyć w góry. I tak właśnie zrobił, zmienił skarpetki, włożył odpowiednie buty i trzasnął drzwiami.

Kilkadziesiąt minut później zgasił silnik na leśnym parkingu w okolicach Zatwarnicy, skąd ruszył na Dwernik Kamień. Lubił tę spokojną i najczęściej kompletnie pustą trasę. Miał czas na dostrzeganie kształtu drzew, kontemplowanie ich szumu, wsłuchiwanie się w śpiew ptaków i wydobywanie z kakofonii dźwięków przyrody tych bardziej specyficznych, zdradzających zbliżanie się większych zwierząt.

Pamiętał, jak kiedyś prawie przy szczycie napotkał pręgowanego kotka. Sierściuch nie miał więcej niż kilka miesięcy. Darł się jak opętany i od razu, kiedy zobaczył Karola, wskoczył mu najpierw na ręce, a później umościł się na górnej części plecaka i ramienia, wbijając asekuracyjnie pazurki w pierś mężczyzny. Karol zniósł go wtedy na parking, a później znalazł najbliższy dom. Szczęśliwie oddał kociaka mieszkającej tam starszej pani, która podziękowała mu, napychając go po korek ciastem ze śliwkami i wspaniałą kawą z kawiarki.

Ale teraz, idąc spokojnie pod górę, nie słyszał szumu drzew ani trelów ptactwa, zdawało się, że nawet nie widzi drzew. Wszystkie te wspaniałości wyparł mu z głowy obraz zjawiskowego uśmiechu Cysi. Targały nim przy okazji sprzeczne uczucia. Z jednej strony cieszył się na wspólną wędrówkę, ale z drugiej bał, czy Cysi spodoba się taka wyprawa? A co, jeżeli nie będzie chciała chodzić z nim po górach? Jak będą spędzać weekendy? A urlopy? On przecież nie zrezygnuje za żadne skarby ze szlajania się po Bieszczadach minimum cztery razy w roku. I nagle złapał się na absurdalności swojego toku myślenia. Ledwo ją poznał, a już mebluje im wspólne życie. A co, jeżeli ona jest mężatką albo ma narzeczonego i za tydzień bierze ślub? Zaraz odgonił od siebie te czarne przewidywania i skupił się na pozytywach. Spędzi jutro dzień z piękną kobietą i będzie się dobrze bawił. Nie było innej opcji.

Kiedy schodził z Dwernika, było już prawie ciemno, jednak jemu brak światła nigdy nie przeszkadzał. Wyjął z plecaka latarkę czołówkę i bez żadnych przeszkód dotarł do samochodu. Wrócił do pensjonatu, wziął prysznic i położył się spać. Ale spał krótko i obudził się z drżeniem serca już przed piątą rano, wyganiając z głowy niepokojące obrazy, w których biegł w mglistej ciemności pomiędzy powyginanymi starością potężnymi drzewami. Gonił go dziwny, niewyobrażalnie potężny strach. Coś, co miało tylko jeden cel: pozbawić go życia w najbardziej potworny sposób, jaki tylko można sobie wyobrazić. A on biegł, bo wiedział, że na końcu mgły jest ratunek, że jeżeli tylko dopadnie granicy mgły, strach go już nie dorwie w swoje bestialskie łapska.

Obudził się w momencie, w którym dostrzegał granicę mgły, ale lodowate palce strachu już prawie złapały go za szyję. Gdy usiadł na łóżku zorientował się, że jest mu potwornie zimno, a jedno spojrzenie na otwarte okno balkonowe wyjaśniło, skąd we śnie wzięły się te lodowate palce strachu na jego szyi. Po prostu świt w górach potrafi dotkliwie kąsać chłodem, a on wpuścił go w całej okazałości do sypialni. Poszedł do łazienki i wziął długi, rozgrzewający prysznic, który nie tylko wygonił chłód z kości, ale też spłukał niepokój wywołany dziwacznym snem.

Na miejscu, czyli za budką biletową w Wołosatym stanął pół godziny przed czasem i nawet nie ukrywał, jak bardzo mu zależy, żeby Cysia się nie rozmyśliła i nie odpuściła sobie wycieczki. Nawet wysłał jej wiadomość tekstową, że jakby co, to on już czeka. Odpisała mu prawie natychmiast, że jest w drodze i bardzo się cieszy na ich ponowne spotkanie. Musiał się mocno hamować, żeby nie wrzasnąć z radości, i tylko uśmiechnął się szeroko.

Z gór podnosiły się mgły, a słońce mimo wczesnej pory już dawało do zrozumienia, że ten dzień będzie należał do konkretnie gorących. Karola minęły dwie osoby, kupiły bilety i zaczęły wspinaczkę na najwyższy szczyt Bieszczadów. On sam nie mógł się już doczekać, żeby rozpocząć swoją podróż ku szczytowi. Miał jakieś dziwne przeczucie, że dziś rozpocznie nie tylko kolejną wyprawę w góry, ale całkiem nowy rozdział życia. Był w równym stopniu podekscytowany, jak i zaniepokojony, żeby znów nie wydarzyło się w jego życiu coś złego. Pokręcił głową. Czy już zawsze każde dobre zdarzenie będzie filtrował tamtą tragedią? Na szczęście, zanim zanurzył się w złych wspomnieniach, zobaczył podjeżdżające BMW serii pięć w kolorze czarnym, z którego po chwili wysiadła Cysia. Pożegnała się z kierowcą, którego Karol ledwo dostrzegł, ponieważ stał zbyt daleko od samochodu. Od razu ruszył w jej stronę, ale kiedy tylko kobieta zamknęła drzwi, auto odjechało, co naprawdę mocno go zdziwiło. Cysia wyraźnie wczoraj mówiła, że przywiezie ją brat, więc dla niego było oczywistym, że facet wyjdzie z auta i chociaż się z nim przywita. Gdyby on miał zostawić siostrę pod opieką obcego faceta, i to na cały dzień, bezdyskusyjnie chciałby delikwenta poznać. Wydawało mu się, że normalni bracia z automatu mają załączoną nadmierną troskę o siostry. Ale sam nie miał rodzeństwa, więc może to jego wyobrażenie było błędne? Nawet gdyby pod tym względem nie miał racji, od strzału typ stał się dla niego człowiekiem niegodnym bycia bratem tak uroczego stworzenia.

– Dzień dobry, Karolu. – Cysia uśmiechnęła się tak promiennie, że Hefner natychmiast zapomniał o dziwnym, według niego, zachowaniu jej brata.

– Dzień dobry, Cysiu, mam nadzieję, że jesteś wyspana i zjadłaś porządne śniadanie.

– Oba punkty dokładnie wypełniłam, więc możemy kupować bilety i ruszać w drogę.

– Ten punkt też mamy już odhaczony. – Karol wyjął z kieszeni bilety i pomachał nimi. – Zostaje tylko ruszyć.

Cysia pokiwała głową i rozpoczęli spokojną wędrówkę na najwyższy szczyt Bieszczadów. Na początku niewiele się do siebie odzywali, jakby każde czekało, aż ten drugi przełamie skrępowanie i zarzuci konkretnym tematem do rozmowy, ale w końcu padło to pierwsze pytanie, które pociągnęło za sobą kolejne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji