Straszliwa zieleń - Benjamín Labatut - ebook + książka
BESTSELLER

Straszliwa zieleń ebook

Labatut Benjamín

4,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Kto może decydować o tym, jak powinniśmy kierować światem?

Odpowiedzi na to pytanie szukają bohaterowie Labatuta – samotnicy o wielkiej fantazji, nieprzystosowani dziwacy, odludki coraz bardziej uciekające w świat swoich rojeń. A przy tym: wielcy wynalazcy, którzy zmienili oblicze współczesnej nauki.

To podróż przez szalony, nieraz okrutny XX wiek: czas wielkich odkryć i wielkich zbrodni, które nierozerwalnie splatają się w biografiach bohaterów Straszliwej zieleni. Autor prowadzi nas przez sanatoria dla gruźlików, okopy I wojny światowej, komory gazowe Auschwitz i aule największych uniwersytetów. Opisuje naukową rewolucję oraz największych rewolucjonistów: tych, którzy potrafili odkrywać nowe światy, ale długo pozostawali ich jedynymi mieszkańcami.

Benjamín Labatut, podobnie jak oni, dostrzega cały wszechświat tam, gdzie inni widzą coś pozbawionego znaczenia i głębi. Sprawnie łącząc fakty z fikcją, tworzy uniwersalną opowieść o potędze nauki i wyobraźni, ludzkich upadkach oraz tym, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić w imię tego, w co wierzymy.

„Błyskotliwe, złożone i głęboko niepokojące […]. Labatut napisał dystopijną powieść non- fiction osadzoną nie w przyszłości, a w teraźniejszości.” John Banville, „Guardian”

„Możemy znać takie pojęcia jak „kot Schrödingera” czy „zasada nieoznaczoności Heisenberga”, ale niebywała śmiałość, swoiste szaleństwo idei i badaczy, którzy za nimi stoją, nigdy dotąd, z tego, co wiem, nie zostały tak żywo i niepokojąco opisane jak w tej krótkiej, groźnej i błyskotliwej książce.” Philip Pullman

„Labatut używa fikcji, żeby odsłonić przed nami losy badaczy i matematyków, którzy poszerzyli nasze pojęcie tego, co możliwe, ukazując ich zarazem od ludzkiej, aż nazbyt ludzkiej strony.” „Dazed”

„Hipnotyzująca i olśniewająca książka. Połączenie klarownej opowieści o nauce z brawurowymi elementami fikcji. Fascynująca bez reszty.” William Boyd

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 207

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (68 ocen)
29
21
12
3
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
pparczy

Całkiem niezła

Nie czytałam dokładnie opisu książki, bo lubię się zaskakiwać. I tak się zaskoczyłam, że nie wiem czym jest ta książka - zbiorem esejów dotyczących odkryć w chemii, matematyce i fizyce, biografią światowych geniuszy lub fabularyzowaną historią wielkich umysłów, którzy balansują na granicy szaleństwa ze swoimi teoriami. Chyba wszystkim po trochu. Przez to niemal niemożliwe jest rozgraniczenie miedzy prawdą, a fikcją, co mnie niepokoi. Inną sprawą jest brak postaci kobiecych. Jedyna kobieta, w zasadzie nastolatka została sprowadzona tylko do obiektu westchnień i erotycznych fantazji pewnego fizyka. Inne gdzieś tam pojawiające się, to tylko dalekie tło. Książka ma skłaniać do refleksji nad etycznością i nieuchwytnością prawdziwej nauki. Ale żeby zrozumieć przedstawione teorie, trzeba znać podstawy i tu jest problem nr. 2. Osoby nie znające się, na naukach ścisłych niewiele z tych założeń zrozumieją, ale przytakną, że tak, bo tezy brzmią sensownie, co widać po dobrych ocenach i nominacjach...
63
espequer

Nie oderwiesz się od lektury

Autor stara się pisać jak W.G.Sebald (szczególnie "Pierścienie Saturna"), ale jego pomieszanie faktów i fikcji czasami sprawia wrażenie pewnego chaosu. Pamiętając, że nie jest to lit. faktu, wchodzi dość przyjemnie. Ciekawa forma.
10
natalia_gr

Dobrze spędzony czas

Przedziwny miks gatunków i konwencji. Jest tutaj literatura popularnonaukowa, która z każdym rozdziałem coraz bardziej miesza się z jakimś rodzajem fabularyzowanej literatury faktu, esejem, a w końcu także z fikcją. Ciekawy koncept.
10
monikawa1

Nie polecam

Napisane z werwą i entuzjazmem. Tylko, że takiej huśtawki od zachwytu do odrazy dawno nie doświadczyłam. Wstępny rozdział łączący w jedną historię barwniki, gazy bojowe i nawozy sztuczne czytało się fenomenalnie. Z kolei epilog to kojąca i nostalgiczna opowieść na pograniczu realizmu magicznego. Niestety to co pomiędzy kompletnie do mnie nie przemówiło. Nijak nie udało mi się zaangażować w rywalizację o elegantsze równanie czy dowód nic mi nie mówiących teorii, a przytaczane mocno osobiste, często skandalizujące aspekty robiły wrażenie zbyt daleko posuniętych spekulacji. Choć przyznaję, że tu dostałam klapsa za zarozumiałość, bo szybki skok w internet pokazał, że autor jednak podstawy miał. Niemniej gros czasu nuda walczyła o pierwszeństwo z niesmakiem. Główne za sprawą odpychającej postaci Schrödingera. Dla mnie nietrafiona lektura.
11
Jaro_l

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniale się czytało. Dla kogoś, kto choć trochę rozumie opisywane zjawiska będzie to wspaniała lektura.
00

Popularność




Dotychczas ukazały się m.in.:

Gabriel Krauze, Tu byli, tak stali

Damon Galgut, Obietnica

Melissa Broder, Mleko i głód

Miriam Toews, Głosy kobiet

Niviaq Korneliussen, Dolina Kwiatów

Willy Vlautin, Zawsze przychodzi noc

Claire Keegan, Drobiazgi takie jak te

Irene Solà, Ja śpiewam, a góry tańczą

Tara June Winch, Plon

Eduardo Halfon, Klasztor. Żałoba

Już niebawem ukaże się:

Miriam Toews, Wszystkie me daremne żale

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału hiszpańskiego Un verdor terrible

Projekt okładki Kamil Rekosz

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład Robert Oleś

Fotografia na okładce: Próbna detonacja nad atolem Bikini 21 maja 1956 r. / domena publiczna

Copyright © 2019 ExLibris S. P. A.

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin on behalf of Puentes Agency.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2023

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Pindel, 2023

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Marta Höffner

Konsultacja merytoryczna Łukasz Lamża

Korekta Aneta Miklas / d2d.pl, Justyna Żebrowska / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-703-2

We rise, we fall. We may rise by falling. Defeat shapes us.

Our only wisdom is tragic, known too late, and only to the lost.

GUY DAVENPORT

BŁĘKIT PRUSKI

Podczas badań przeprowadzanych w miesiącach poprzedzających procesy norymberskie lekarze zauważyli, że paznokcie u dłoni i stóp Hermanna Göringa zabarwione są na intensywnie czerwony kolor. Uznali – błędnie – że zabarwienie to wynika z uzależnienia od dihydrokodeiny, środka przeciwbólowego, którego więzień zażywał ponad sto pigułek dziennie. Zdaniem Williama Burroughsa działanie leku jest podobne do heroiny i co najmniej dwa razy silniejsze od kodeiny, a do tego daje efekt elektryzujący niczym kokaina; z tego powodu amerykańscy lekarze uznali, że muszą wyleczyć Göringa z nałogu, zanim stanie przed trybunałem. Nie było to łatwe. Kiedy pojmali go alianci, nazistowski przywódca ciągnął za sobą walizkę zawierającą nie tylko lakier, którym malował sobie paznokcie, gdy przebierał się za Nerona, ale także ponad dwadzieścia tysięcy dawek jego ulubionego narkotyku, niemal wszystko, co zostało z zapasów tego leku wyprodukowanych przez Niemcy pod koniec II wojny światowej. Jego nałóg nie był niczym wyjątkowym: praktycznie wszystkie jednostki Wehrmachtu otrzymywały metamfetaminę w tabletkach jako część racji żywnościowych. Rozprowadzano ją pod nazwą Pervitin, a żołnierze zażywali pigułki, żeby wytrzymywać bez snu całymi tygodniami, acz tracili od tego rozum, popadali na przemian w maniakalny szał i koszmarny letarg, co u części z nich wywoływało niepohamowane ataki euforii. „Panuje absolutna cisza. Wszystko staje się nieistotne i nierzeczywiste. Czuję się zupełnie nieważki, jakbym unosił się nad moim samolotem”, napisał pewien pilot Luftwaffe lata później, jakby wspominał spokojny przypływ błogiej wizji, a nie podłe dni wojny. Niemiecki pisarz Heinrich Böll wysłał z frontu do rodziny szereg listów, prosząc o przesyłanie nowych dawek specyfiku: „Ciężko jest – napisał do rodziców 9 listopada 1939 roku – mam więc nadzieję, że zrozumiecie, dlaczego piszę tylko co dwa, trzy dni. Dziś przede wszystkim chciałbym prosić o pervitin… Kocham Was, Hein”. 20 maja 1940 roku wysłał do bliskich kolejny list, długi i bardzo emocjonalny, który kończy się taką samą prośbą: „Możecie mi załatwić trochę więcej pervitinu, żebym miał zapas na czarną godzinę?”. Dwa miesiące później jego rodzice otrzymali tylko jedną napisaną drżącym pismem linijkę: „Jeśli to możliwe, przyślijcie, proszę, więcej pervitinu”. Dziś wiadomo, że metamfetamina stanowiła paliwo, dzięki któremu Niemcy mogły realizować strategię niepowstrzymanego Blitzkriegu, i że wielu żołnierzy doznawało ataków psychotycznych w chwili, gdy gorzki smak rozpuszczającej się pigułki rozchodził się na języku. Wysocy przywódcy III Rzeszy poczuli zupełnie inny smak, kiedy ich błyskawiczna wojna została zatrzymana przez ogień z alianckich bombowców, kiedy rosyjska zima zamroziła gąsienice czołgów, a Führer kazał zniszczyć na niemieckiej ziemi wszystko, co miało jakąś wartość, żeby wrogim oddziałom zostawić co najwyżej spaloną ziemię; wobec całkowitej klęski, przytłoczeni obrazem grozy, którą sami ściągnęli na świat, wybierali szybkie wyjście: rozgryzali kapsułki z cyjankiem i umierali dławieni słodkawym zapachem migdałów, bo taki właśnie zapach roztacza owa trucizna.

W ostatnich miesiącach wojny przez Niemcy przetoczyła się fala samobójstw. Tylko w kwietniu 1945 roku w samym Berlinie odebrało sobie życie trzy tysiące osiemset osób. Mieszkańcy miasteczka Demmin, znajdującego się mniej więcej trzy godziny jazdy na północ od stolicy, wpadli w zbiorową panikę, kiedy cofające się niemieckie oddziały wysadziły mosty łączące miasto z resztą kraju, przez co miejscowi zostali odcięci przez trzy płynące w pobliżu rzeki, bezbronni wobec okrucieństwa Armii Czerwonej. W ciągu raptem trzech dni setki mężczyzn, kobiet i dzieci odebrały sobie życie. Całe rodziny wchodziły w nurt Tollense, wszyscy opasani linami i związani jedni z drugimi, jakby zamierzali bawić się w koszmarną wersję przeciągania liny, a najmłodsze dzieci szły ze szkolnymi plecakami wyładowanymi kamieniami. Chaos był tak wielki, że radzieckie oddziały – które jak dotąd skupiały się na plądrowaniu domów, paleniu budynków i gwałceniu kobiet – otrzymały rozkaz, by zatrzymać tę samobójczą plagę. Rosjanie trzykrotnie ratowali pewną kobietę, która próbowała się powiesić na gałęzi potężnego dębu rosnącego w jej ogrodzie, pod którego korzeniami zdążyła już pochować trójkę dzieci, posypawszy im wcześniej suchary – ostatnia przyjemność – trutką na szczury; kobieta przeżyła, ale żołnierze nie zdążyli już powstrzymać dziewczynki, która podcięła sobie żyły nożem, a wcześniej, tym samym narzędziem, nadgarstki swoim rodzicom. Identyczne pragnienie śmierci ogarnęło wyższe nazistowskie sfery: pięćdziesięciu trzech generałów niemieckiej armii, czternastu sił lotniczych oraz jedenastu marynarki wojennej popełniło samobójstwo, poza nimi także minister nauki, wychowania i oświaty Bernhard Rust, minister sprawiedliwości Otto Thierack, marszałek polowy Walther Model, Lis Pustyni, czyli Erwin Rommel, oraz, rzecz jasna, sam Führer. Inni, jak na przykład Hermann Göring, zawahali się i pojmano ich żywcem, choć tylko odroczyli to, co nieuniknione. Kiedy lekarze uznali, że może stawić się na rozprawie, Göring został osądzony przez norymberski trybunał i skazany na śmierć przez powieszenie. Poprosił o rozstrzelanie: nie chciał umierać jak pospolity przestępca. Kiedy się dowiedział, że jego ostatnie życzenie spotka się z odmową, odebrał sobie życie, rozgryzając ampułkę z cyjankiem, którą trzymał schowaną w słoiku z pomadą do włosów; zostawił też wiadomość z wyjaśnieniem, dlaczego postanowił sam ze sobą skończyć, „niczym wielki Hannibal”. Alianci starali się zatrzeć wszelkie ślady jego istnienia. Usunęli mu z ust odłamki szkła i wysłali jego ubrania, przedmioty osobiste oraz nagie ciało do miejskiego krematorium na cmentarzu Ostfriedhof w Monachium, gdzie uruchomiono jeden z pieców, żeby spalić zwłoki Göringa; w ten sposób zmieszali jego popioły z popiołami tysięcy więźniów politycznych i opozycjonistów władzy nazistowskiej zgilotynowanych w więzieniu w Stadelheim, a także niepełnosprawnych dzieci i pacjentów zakładów psychiatrycznych zamordowanych w ramach programu eutanazji Aktion T4, jak również niezliczonych ofiar obozów koncentracyjnych. Marne resztki pozostałe z jego ciała rozsypano o północy nad wodami Wenzbach, małej rzeczki wybranej losowo na mapie, żeby w przyszłości jego grób nie mógł stać się celem pielgrzymek. Wszystkie te wysiłki okazały się jednak daremne: do dziś kolekcjonerzy z całego świata wymieniają się przedmiotami należącymi do ostatniego wielkiego przywódcy nazistowskich Niemiec, dowódcy niemieckiego lotnictwa i naturalnego następcy Hitlera. W czerwcu 2016 roku pewien Argentyńczyk zapłacił ponad trzy tysiące euro za parę jedwabnych slipów należących do Reichsmarschalla. Kilka miesięcy później ten sam człowiek zapłacił dwadzieścia sześć tysięcy euro za miedziano-cynkowy cylinder mieszczący szklaną ampułkę, którą Göring rozgryzł 15 października 1946 roku.

Elita partii narodowosocjalistycznej otrzymała takie kapsułki po ostatnim koncercie w Filharmonii Berlińskiej, który odbył się 12 kwietnia 1945 roku, krótko przed upadkiem miasta. Albert Speer, minister uzbrojenia i amunicji oraz oficjalny architekt III Rzeszy, przygotował specjalny program, obejmujący Koncert skrzypcowy D-dur Beethovena, następnie IV symfonię Brucknera – zwaną „Romantyczną” – a kończyła go, jakże stosownie, aria Brunhildy zamykająca trzeci akt Zmierzchu bogów Richarda Wagnera, podczas której walkiria wkracza na wielki stos pogrzebowy, a jego płomienie rychło obejmą świat śmiertelników, pałac i wojowników Walhalli oraz cały panteon bóstw. Kiedy publiczność ruszyła do wyjścia, a okrzyki bólu Brunhildy wciąż jeszcze pobrzmiewały w uszach słuchaczy, członkowie Deutsches Jungvolk, hitlerowskiej młodzieżówki – ledwie dziesięcioletni chłopcy, starsi bowiem ginęli już na barykadach – rozdawali kapsułki z cyjankiem z wiklinowych koszyczków, jakby to była jakaś liturgiczna ofiara. Niektóre z nich zostały potem użyte przez Göringa, Goebbelsa, Bormanna i Himmlera, którzy za ich pomocą odebrali sobie życie, choć wielu nazistowskich przywódców wolało strzelić sobie w głowę w momencie rozgryzania ampułek w obawie, że trucizna może nie zadziałać albo że celowo zmodyfikowano ją tak, by zamiast szybkiej śmierci skazać ich na powolną agonię, na jaką przecież zasługiwali. Hitler był tak głęboko przekonany, że jego dawka mogła zostać podmieniona, że postanowił sprawdzić jej skuteczność na swojej ukochanej Blondi, suce owczarka niemieckiego, którą zabrał ze sobą do bunkra, gdzie spała u jego stóp i cieszyła się wszelkimi przywilejami. Führer wolał zabić swoją ulubienicę, niż wydać ją na pastwę radzieckich oddziałów, które otoczyły już Berlin i każdego dnia coraz bardziej zbliżały się do jego podziemnej kryjówki, nie miał jednak odwagi, żeby zrobić to samodzielnie: poprosił swojego osobistego lekarza, by rozbił jedną ampułkę w pysku psa. Blondi, która dopiero co urodziła cztery szczeniaki, padła natychmiast, kiedy mikroskopijna cząsteczka cyjanku, składająca się z jednego atomu azotu, jednego atomu węgla i jednego atomu potasu, dostała się do krwiobiegu i zahamowała oddychanie.

Działanie cyjanku jest tak błyskawiczne, że istnieje tylko jedno świadectwo na temat jego smaku, które na początku XIX wieku zostawił M. P. Prasad, trzydziestodwuletni złotnik z Indii, który po połknięciu substancji zdążył zapisać trzy linijki: „Doktorzy, cyjanek potasu. Spróbowałem. Pali język i ma gorzki smak” – brzmiała wiadomość znaleziona przy jego ciele w pokoju hotelowym, który wynajął, by popełnić samobójstwo. Płynna forma trucizny, w Niemczech znana jako Blausäure (niebieski kwas), jest bardzo lotna; wrze w temperaturze dwudziestu sześciu stopni i roztacza w powietrzu lekko migdałowy zapach, słodki, ale zarazem gorzkawy; nie wszyscy go wyczuwają, bowiem do tego konieczny jest pewien konkretny gen, którego nie posiada czterdzieści procent ludzi. Konsekwencją tego ewolucyjnego przypadku jest najpewniej to, że spora część osób zamordowanych za pomocą cyklonu B w Auschwitz, Mauthausen i na Majdanku nawet nie poczuła woni cyjanku wypełniającego komory gazowe, podczas gdy reszta umierała, czując ten sam zapach, który czuli organizatorzy całego przemysłu zagłady, gdy samobójczo przegryzali ampułki.

Kilka dekad wcześniej poprzednik trucizny wykorzystanej przez nazistów w obozach zagłady – czyli cyklonu B – został zastosowany jako środek owadobójczy w kalifornijskich sadach pomarańczowych, używano go także do dezynfekcji pociągów, w których chowały się dziesiątki tysięcy meksykańskich migrantów wjeżdżających na teren Stanów Zjednoczonych. Drewno w wagonach zabarwiało się na piękny błękitny kolor, taki sam, jaki do dziś można zauważyć na niektórych cegłach w Auschwitz; przypadki te zdradzają, jaki był prawdziwy początek cyjanku uzyskanego w 1782 roku z pierwszego nowoczesnego syntetycznego barwnika, a mianowicie błękitu pruskiego.

Gdy tylko się pojawił, wzbudził sensację w artystycznym światku Europy. Dzięki niższej cenie w kilka lat błękit pruski wyparł barwnik używany przez malarzy od czasów renesansu do kolorowania anielskich tunik i płaszcza Matki Boskiej: ultramarynę, najbardziej wyrafinowany i kosztowny z niebieskich pigmentów, który uzyskiwano, mieląc lapis-lazuli wydobywany z jaskiń w dolinie rzeki Kokcza w Afganistanie. Minerał ten, w formie bardzo drobnego proszku, nadawał tak intensywną barwę, że udało się go zastąpić chemicznie dopiero na początku XVIII wieku, kiedy to szwajcarski wytwórca farb Johann Jacob Diesbach wytworzył błękit pruski. Stało się to przez pomyłkę – tak naprawdę chciał uzyskać barwnik mogący zastąpić karmin, czyli koszenilę, uzyskiwany przez rozgniatanie milionów osobników czerwca kaktusowego, bardzo drobnego owada żyjącego na kaktusach z rodzaju opuncji w Meksyku oraz Ameryce Środkowej i Południowej. Są to stworzenia tak delikatne, że trzeba się z nimi obchodzić jeszcze ostrożniej niż z jedwabnikami, ponieważ ich białawe i owłosione ciała łatwo mogą zostać uszkodzone przez wiatr, deszcz i mrozy albo pożarte przez szczury, ptaki i gąsienice. Ich szkarłatna krew – obok srebra i złota – była jednym z najcenniejszych skarbów, jakie hiszpańscy konkwistadorzy zrabowali rdzennej ludności. Dzięki temu hiszpańska korona uzyskała monopol na barwnik i zachowała go na kilka stuleci. Diesbach próbował go przełamać, lejąc sale tartari (potas) na destylat ze szczątków zwierzęcych przygotowany przez jednego z jego pomocników, młodego alchemika Johanna Konrada Dippela, jednak zamiast intensywnej czerwieni koszenili mieszanka dała tak olśniewający błękit, że Diesbach pomyślał, iż udało mu się wytworzyć hsbd-iryt, oryginalny kolor nieba, legendarny niebieski barwnik, którego Egipcjanie używali do malowania swoich bogów. Egipscy kapłani przez stulecia strzegli jego tajemnicy, aż w końcu została wykradziona przez greckiego złodzieja, lecz przepadła na zawsze po upadku cesarstwa rzymskiego. Diesbach nazwał nowy kolor „błękitem pruskim”, by w ten sposób połączyć głęboko i trwale swoje przypadkowe odkrycie oraz mocarstwo, które swoją chwałą miało przyćmić starożytnych, bo musiałby być naprawdę dużo bardziej przenikliwym człowiekiem – obdarzonym, być może, zdolnościami proroczymi – by przewidzieć jego przyszłą klęskę. Diesbachowi zabrakło nie tylko wystarczająco lotnej wyobraźni, ale także podstawowych talentów handlowych i biznesowych, żeby należycie wykorzystać swoje dzieło materialnie: zyski przypadły jego finansiście, ornitologowi, językoznawcy i entomologowi Johannowi Leonhardowi Frischowi, który przemienił błękit w złoto.

Frisch zgromadził fortunę, bogacąc się na sprzedaży hurtowej błękitu pruskiego do sklepów w Paryżu, Londynie i Sankt Petersburgu. Za zarobione pieniądze nabył setki hektarów w okolicach Spandau, na których założył pierwszą pruską hodowlę jedwabników. Będąc przyrodnikiem z zamiłowania, Frisch napisał długi list do króla Fryderyka Wilhelma I, w którym wychwalał wyjątkowe walory tych małych owadów; list zawierał także opis projektu gigantycznej transformacji rolniczej, który objawił mu się we śnie: ujrzał w nim drzewa morwowe rosnące na dziedzińcach wszystkich kościołów w państwie, ich szmaragdowe liście służące za pokarm larwom Bombyx mori. Ów plan został wcielony w życie przez króla Fryderyka dość nieśmiało, a potem powtórzony w sposób gwałtowny ponad dwieście lat później przez władze III Rzeszy. Naziści posadzili miliony tych drzew na nieużytkach i w dzielnicach mieszkalnych, wokół szkół i na cmentarzach, przy szpitalach, sanatoriach i po obu stronach szos przecinających nowe Niemcy. Rozprowadzali wśród drobnych rolników poradniki i podręczniki opisujące sugerowane przez państwo techniki zbierania i obrabiania larw jedwabników; należało je zbierać, a następnie umieścić na trzy godziny nad gotującą się wodą, żeby para powoli je zabiła, nie uszkadzając jednak w żaden sposób niezmiernie delikatnego materiału tworzącego ich kokony. Tę samą metodę uwzględnił Frisch w jednym z dodatków do swego opus magnum, trzynastotomowego dzieła, któremu poświęcił ostatnich dwadzieścia lat życia i w którym z ocierającą się o obłęd precyzją skatalogował trzysta gatunków owadów występujących w Niemczech. Ostatni tom zawiera opis pełnego cyklu życiowego świerszcza polnego, od stadium larwalnego aż po godowe dźwięki wydawane przez samca, przenikliwy i wysoki dźwięk przypominający płacz dziecka. Frisch opisał to wszystko wraz z przebiegiem kopulacji i składania jaj przez samice, przy czym barwa tych jaj zaskakująco przypomina pigment, który uczynił z niego bogacza i był masowo używany przez artystów z całej Europy, odkąd tylko stał się dostępny w sprzedaży.

Pierwszym wielkim dziełem, w którym go zastosowano, jest Złożenie Chrystusa do grobu namalowane w 1709 roku przez holenderskiego artystę Pietera van der Werffa. Na jego niebie chmury zasłaniają horyzont, a welon rzucający cień na twarz Matki Boskiej mieni się błękitem, odzwierciedlając smutek uczniów otaczających ciało Mesjasza, które z kolei wydaje się tak blade, że rozjaśnia twarz klęczącej kobiety całującej grzbiet jego dłoni, jakby chciała dotykiem swoich ust zasklepić rany utworzone przez gwoździe.

Żelazo, złoto, srebro, miedź, cyna, ołów, fosfor, arszenik; na początku XVIII wieku ludzie znali tylko kilka czystych substancji. Chemia nie wydzieliła się jeszcze z alchemii, a łączenie znanych pod różnymi sekretnymi nazwami składników, takich jak bizmut, witriol, cynober i amalgamat, pociągało za sobą różne niespodziewane i szczęśliwe przypadki. Pruski błękit, na przykład, nie powstałby, gdyby nie udział młodego alchemika, który pracował w warsztacie farbiarskim, gdzie do odkrycia doszło. Sam Johann Konrad Dippel przedstawiał się jako teolog pietysta, filozof, artysta i lekarz, choć jego wrogowie uważali go za zwykłego oszusta. Urodził się w małym zamku Frankenstein, nieopodal Darmstadt, na zachodzie Niemiec, i od dzieciństwa cechował się wyjątkową charyzmą, potrafił bowiem zawładnąć wolą tych, którzy przebywali dłużej w jego towarzystwie. Jego dar przekonywania pozwolił mu uwieść jeden z najważniejszych naukowych umysłów epoki, mianowicie szwedzkiego mistyka Emanuela Swedenborga, który zaczynał jako jeden z jego najbardziej entuzjastycznych uczniów, by z czasem stać się jego najzagorzalszym wrogiem. Zdaniem Swedenborga Dippel posiadał zdolność oddalania ludzi od wiary, co osiągał, odbierając im najpierw wszelką inteligencję i dobroć, „wprowadzając ich w coś w rodzaju obłędu”. W jednej z najżarliwszych diatryb, jakie Swedenborg napisał przeciw dawnemu nauczycielowi, porównuje go do samego Szatana: „To najbardziej niecny demon, nie wyznający żadnych zasad, wszystkie je bowiem neguje”. Jego krytyka nie wzruszyła Dippela, który uodpornił się na wszelkie skandale po siedmioletniej odsiadce w więzieniu za heretyckie idee i praktyki. Odbywszy karę, porzucił jakiekolwiek zainteresowanie ludźmi: zabrał się do niezliczonych eksperymentów na żywych i martwych zwierzętach, które z dużą wprawą preparował. Pragnął zapisać się na kartach historii jako pierwszy człowiek, który zdołał przenieść duszę z jednego ciała do drugiego, acz zyskał sławę raczej z powodu skrajnego okrucieństwa i perwersyjnej przyjemności, towarzyszących mu w pracach nad szczątkami. W swojej książce Choroby i leczenie żyjącego ciała, wydanej w Lejdzie pod pseudonimem Christianus Demócritus, deklarował, że udało mu się odkryć eliksir życia – płynną wersję kamienia filozoficznego – który jest w stanie wyleczyć każdą chorobę i zapewnić nieśmiertelność temu, kto go wypije. Próbował wymienić ową recepturę na prawo własności do zamku Frankenstein, ale wywar ów nadawał się jedynie jako środek owadobójczy i odstraszający za sprawą niewiarygodnego wręcz smrodu, jako że płyn zawierał rozkładające się resztki krwi, kości, rogów, kopyt i pazurów. Z tego właśnie powodu ta kleista substancja przypominająca dziegieć używana była parę wieków później przez niemiecką armię podczas II wojny światowej – wojskowi wlewali ją jako niezabójczą substancję chemiczną (a tym samym niezakazaną przez konwencje genewskie) do studni w Afryce Północnej, żeby utrudnić marsz oddziałom generała Pattona, ścigającym nazistów po piaskach pustyni. Jednym ze składników eliksiru Dippela była właśnie substancja, która pozwoliła na powstanie owego błękitu zdobiącego nie tylko niebo Gwiaździstej nocy van Gogha oraz wody Wielkiej fali w Kanagawie Hokusaia, ale także mundury pruskiej piechoty, jakby w samej chemicznej strukturze tego barwnika tkwiło coś, co przywołuje przemoc, mrok, fundamentalny cień odziedziczony po eksperymentach alchemika, który kroił żywe zwierzęta i łączył części ich ciał w przerażające chimery, próbując je ożywić za pomocą prądu, tworzył potwory, które zainspirowały Mary Shelley do stworzenia arcydzieła Frankenstein, czyli Współczesny Prometeusz. Na stronach powieści pisarka przestrzegała przed ślepym postępem nauki, tej najniebezpieczniejszej z ludzkich sztuk.

Chemik, który odkrył cyjanek, o niebezpieczeństwie mógł się przekonać na własnej skórze: w 1782 roku Carl Wilhelm Scheele zamieszał w naczyniu z pruskim błękitem łyżką, na której znajdowały się resztki kwasu siarkowego, i tak stworzył najpotężniejszą truciznę nowożytności. Ochrzcił swoje odkrycie mianem „kwasu pruskiego” i natychmiast dostrzegł ogromny potencjał wynikający z jego ogromnej aktywności. Nie mógł jednak przewidzieć, że dwieście lat po jego śmierci, w połowie XX wieku, substancja ta znajdzie tak wiele zastosowań przemysłowych, medycznych i chemicznych, że każdego miesiąca wytwarzać się będzie taką jej ilość, jaka wystarczyłaby do wytrucia wszystkich ludzi na planecie. Niesłusznie zapomniany geniusz naukowy Scheele przez całe życie borykał się z pechem; choć był chemikiem, który odkrył kilka nowych pierwiastków (w tym tlen, który nazwał „ognistym powietrzem”), to ostatecznie sława odkrywcy przypadała komu innemu, nierzadko naukowcom o mniejszych talentach. Wydawca Scheelego zwlekał ponad pięć lat z wydaniem książki przygotowanej przez Szweda z wielką miłością i skrajną dbałością, posuniętą do tego stopnia, że niejednokrotnie wąchał i próbował smaku nowych substancji, które udawało mu się stworzyć w laboratorium. Miał wprawdzie szczęście, że nie zaryzykował z kwasem pruskim – zabiłby go w kilka sekund – jednak ów fatalny nawyk i tak kosztował go życie – umarł w wieku czterdziestu trzech lat. Przyczyną śmierci był fatalny stan wątroby oraz pokrywające całe jego ciało od stóp do głów ropiejące wypryski, nie był też w stanie się poruszać ze względu na nagromadzenie wody w stawach. Takie same objawy zdradzały tysiące dzieci w Europie, których zabawki i słodycze farbowano barwnikiem wytworzonym przez Scheelego na bazie arszeniku, badacz bowiem nie wiedział o jego toksycznym działaniu – była to barwa o wyraziście szmaragdowym odcieniu, tak ujmująca, że stała się ulubionym kolorem Napoleona.

Zieleń Scheelego pokrywała tapety w pokojach i w łazience Longwood House, ciemnej, wilgotnej i rojącej się od szczurów oraz pająków rezydencji, w której cesarz mieszkał przez sześć lat angielskiej niewoli na Wyspie Świętej Heleny. Farba użyta do wymalowania jego lokum tłumaczy wysoki poziom arszeniku zawartego w próbkach włosów, które dwa stulecia po jego śmierci poddano analizie, to te toksyny mogły wywołać raka, który wyżarł w żołądku Bonapartego dziurę wielkości piłki tenisowej. W ostatnich tygodniach życia choroba czyniła spustoszenia w ciele cesarza z prędkością porównywalną z tempem, w jakim jego żołnierze zajęli Europę: skóra Napoleona nabrała szarego i trupiego odcienia, oczy straciły blask i się zapadły, rzadka broda pełna była resztek po torsjach. Nastąpił całkowity zanik mięśni rąk, a nogi pokryły się małymi bliznami, jakby nagle powróciły na nie wszystkie skaleczenia i otarcia zaznane w ciągu całego życia. Napoleon nie był jednak jedynym wygnańcem na wyspie, cały oddział służby domowej, która została razem z nim zesłana do Longwood House, zostawił liczne świadectwa na temat biegunek i bóli brzucha, przerażającego puchnięcia kończyn oraz pragnienia, którego żaden napój nie był w stanie ugasić. Wiele osób ze służby zmarło z objawami podobnymi do dolegliwości występujących u człowieka, dla którego pracowały, co wcale nie przeszkodziło lekarzom, ogrodnikom i innym członkom obsługi bić się o prześcieradła zmarłego cesarza, choć były zaplamione krwią, kałem, moczem i z pewnością tą substancją, która stopniowo doprowadziła go do śmierci.

Jeśli arszenik jest zabójcą cierpliwym, który umie ukryć się w najgłębszych tkankach twojego ciała i gromadzi się tam przez lata, to cyjanek tamuje ci oddech. Odpowiednio wysoka dawka natychmiastowo oddziałuje na chemiczne receptory kłębka szyjnego, wywołując reakcję, która dosłownie hamuje oddychanie, co zostało opisane w angielskiej literaturze jako audible gasp, poprzedzające częstoskurcz serca, bezdech, konwulsje i nagłe zatrzymanie krążenia. Tempo działania sprawiło, że cyjanek stał się ulubioną trucizną wielu zabójców; wrogowie Grigorija Rasputina, na przykład, próbowali uwolnić Aleksandrę Fiodorownę Romanową, ostatnią rosyjską carycę, od wpływu, jaki wywierał na nią ów kaznodzieja, zatruwając jego ciasteczka cyjankiem, jednak z nieznanego powodu Rasputin okazał się odporny na jego działanie. Żeby go zabić, trzeba było trzykrotnie strzelić mu w pierś i raz w głowę, spętać jego zwłoki żelaznym łańcuchem i wrzucić do lodowatych wód rzeki Newy. Nieudana próba otrucia zwiększyła tylko sławę szalonego mnicha oraz kult, jakim cesarzowa i jej cztery córki otaczały jego ciało, kult tak wielki, że wysłały swoich najwierniejszych służących, by wydobyli zwłoki spod lodu i umieścili w lesie na ołtarzu, gdzie spoczywały doskonale zakonserwowane przez mróz, dopóki władze nie zdecydowały, że szczątki należy spalić i w ten sposób pozbyć się ich na dobre.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2023

Wydanie I