Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po latach służby w wojsku królestwa Vretanii jeźdźczyni wywern i dowódczyni oddziału łączników, Cora Savianne, nie szuka już na polu bitwy przygody ani sławy. Wie, że chwila brawury prędzej doprowadzi ją przed oblicze śmierci, niesionej przez kule z wrażego muszkietu, ociekające trucizną żądło mantikory lub eksplozję bomby mitirowej.
Czy jednak rozwaga wystarczy, by uniknąć złego, szczególnie nad wodami niesławnego Bezdennego Jeziora?
Strach o wielu oczach to powieść czerpiąca z konwencji fantasy, horroru cielesnego i steampunku.Czy jednak rozwaga wystarczy, by uniknąć złego, szczególnie nad wodami niesławnego Bezdennego Jeziora?
Strach o wielu oczach to powieść czerpiąca z konwencji fantasy, horroru cielesnego i steampunku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 326
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
STRACH O WIELU OCZACH
KATARZYNA OKELO
Copyright © by Katarzyna Okelo
Copyright © 2026 Instytut Wydawniczy „Lepsze Światy”
Wszystkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Redakcja: Patrycja Nadziak, Karolina Przybył
Korekta: Dominika Kamyszek
Ilustracja na okładce: Piotr Orleański
Tekst oraz ilustracja do książki powstały bez użycia sztucznej inteligencji.
Wydanie I
ISBN 978-83-977539-3-8
Instytut Wydawniczy „Lepsze Światy”
www.lepszeswiaty.pl
Mamie i siostrze – niespodziewanym ambasadorkommoich fantastycznych światów
– Panienka uważa!
Piskliwe ostrzeżenie dotarło do niej w samą porę. Cora Savianne zdążyła odskoczyć, więc strzęp czerwonawej flegmy zamiast na jej nogę trafił w osamotnioną kępkę zieleni. Zasyczało, po czym trawa zaczęła dymić, ale w mig dopadł do niej mężczyzna w metalizowanym kombinezonie. Nadepnął na fajczące się miejsce raz, drugi, trzeci. W końcu zdusił zarzewie ognia i odstąpił.
– Wszystko w porządku? – zapytał zupełnie niepasującym do solidnej postury falsetem, dodatkowo wygłuszonym przez zmętniałe szkło maski ochronnej. – Nie nawdychała się panienka tego smrodu?
– Nie, nie. Nic do mnie nie dotarło – wymamrotała Cora. – Dziękuję. Szczególnie za ostrzeżenie.
– Nie ma za co. Ale lepiej niech się panienka jeszcze odsunie. Smoki bywają złośliwe, a ten to chyba wyjątkowo panienki nie lubi.
Posłuchała rady. I dobrze, bo kolejny pocisk z flegmy już leciał w jej stronę. Tym razem dotarł dalej, opryskując żwir dobre cztery kroki od nieszczęsnej kępki. Cora spojrzała na przykucniętego za ogrodzeniem gada, który wyprostowany musiał być wielkości wiejskiego spichlerza, i podrapała się po głowie. Przysięgłaby, że smoczysko pokazało jej jęzor. Poza tym gapiło się dziwnie, czujnie, jakby przymierzało się do trzeciego splunięcia i oceniało odległość.
– Lepiej już pójdę – powiedziała.
– Potowarzyszę – zaoferował mężczyzna. – Panienka idzie po drugiej stronie, tak żebym w razie czego zasłonił. Chodzenie bez kombinezonu tak blisko ogrodzenia to proszenie się o nieszczęście. Co panienka tu w ogóle robi?
Czuła wrogi wzrok na karku, gdy szli ścieżką, oddalając się poza pole rażenia złośliwego smoczydła. Niewiele to jednak pomogło – jego ziomek z kolejnego wybiegu wypluł swoją porcję flegmy, kiedy tylko pojawili się w zasięgu wzroku.
– Szukam kwatermistrza, pułkownika Villarda. A tak właściwie to żadna ze mnie panienka. Możesz do mnie mówić Cora.
– Miło mi, jestem Bruno – przedstawił się. Ujęła podaną dłoń o mocnym uścisku. – Proszę popatrzyć, jakie mamy okazy.
Ostrożnie wychyliła się zza ramienia przewodnika i spojrzała, lecz bez entuzjazmu. Smoki, choć imponowały rozmiarem i wzbudzały postrach wśród maluczkich, okazały się raczej bezużyteczne na polach bitwy – ledwo mogły się wznieść w powietrze na słabiutkich, na wpół skarlałych skrzydłach i często nie potrafiły (albo może nie chciały) rozpoznawać, kto brat, a kto wróg. W ferworze walki opluwały śliną każdą osobę nieutrzymującą bezpiecznego dystansu. Dlaczego więc nadal angażowano je w działania wojenne? Tego Cora nie potrafiła zrozumieć.
– Tutaj mamy smoka andalazyjskiego – kontynuował przewodnik. – Wyjątkowy okaz, najpewniej największy samiec tego gatunku.
Gad był niezwykły, temu nie mogła zaprzeczyć. Zamiast splunąć w ich kierunku, jak na smoczydło przystało, pokazał zad, po czym wystrzelił zeń zbitą, czarną kulkę. Miał cela – przeleciała obok Brunona i trafiła prosto w brzuch Cory.
– Zaraza!
– To wyraz sympatii – wymamrotał Bruno, ale skutecznie uciszony jej groźnym spojrzeniem nie ciągnął tego wątku.
Savianne odetchnęła z ulgą, gdy zostawili za plecami ostatni wybieg. Przeszli jeszcze kilkadziesiąt kroków, by wreszcie przystanąć przy pełniącym funkcję magazynu obszernym namiocie, do którego kilku tragarzy wnosiło właśnie masywny silnik wirnikowy. Stękali przy tym z wysiłku i uginali nieco za mocno kolana, co wyraźnie nie podobało się obserwującemu ich pracę posiwiałemu pułkownikowi.
Cora nigdy wcześniej nie spotkała Teodora Villarda, ale nie miała wątpliwości, że dobrze trafiła. Stał tu jakby żywcem wyciągnięty z opowieści Oliviera. Taki sam co do szczegółu: z wypielęgnowaną kozią bródką i zapiętym na ostatniguzik, szaroniebieskim mundurem, barwą przypominającym gołębie upierzenie.
Gdy Bruno stanął na baczność i podniósł ramię do salutu, jego kombinezon zatrzeszczał. Stał tak dobrą chwilę, nim wreszcie kwatermistrz odwrócił głowę i zaszczycił go swoją uwagą.
– Hmm?
– Panie pułkowniku, panienka Cora szukała pana…
Spojrzenie szarych oczu Villarda powoli przeniosło na nią.
– Kapralka Cora Savianne – przedstawiła się po przepisowym salucie. – Tymczasowy dowódca II Drużyny Pomocniczej „Nenurin”. Proszę o rozmowę.
Przez moment wyglądało na to, że ją odprawi, najpewniej z jakimś bluźnierstwem na pożegnanie, ale tak się nie stało.
– Za mną – rozkazał.
Uśmiechnęła się do Brunona, po czym zostawiła go w tyle, podążając za kwatermistrzem do oddalonego o kilkaset kroków skupiska namiotów mieszkalnych. Przy wejściu do największego z nich siedział może piętnastoletni smarkacz w mundurze podporucznika. Na widok nadchodzących poderwał się gwałtownie, zgniótł tytoniowy skręt w dłoni i wepchnął go do kieszeni. Jeżeli próbował go w ten sposób zgasić, to nie wyszło. Oczy młokosa się zaszkliły, może z bólu, a może z przerażenia, gdy wzrok Villarda zatrzymał się na dymiącej kieszeni.
– Za co mnie tak pokarało? – zapytał Teodor najwyraźniej retorycznie, gdyż nie czekając na odpowiedź, przeszedł obok chłystka i zniknął we wnętrzu namiotu.
Cora zrobiła to samo, ignorując dobiegające zza pleców skomlenie. Nie uszła daleko. Zaledwie o krok od wejścia usadziło ją w miejscu warknięcie pułkownika:
– Zostań, gdzie jesteś.
I tak nie odważyłaby się wejść zakurzonymi buciorami na dywan z białego futra. Mężczyzna nie miał podobnych oporów. Przeszedł pewnym krokiem do skórzanego fotela.Zanim do niego dotarł, Cora omiotła spojrzeniem resztę mebli – biurko, łoże z parawanem i kilka porządnych drewnianych skrzyń. Musiało to być raczej skromne umeblowanie dla arystokraty, ale w porównaniu z kwaterami żołnierzy to miejsce opływało w luksusy. Villard szybko się niecierpliwił – jeszcze dobrze nie usiadł, a już marszczył czoło i popędzał petentkę spojrzeniem.
– Panie pułkowniku, jako tymczasowy dowódca II Drużyny Pomocniczej „Nenurin”…
– Bombiarzy? – przerwał jej.
– Nie, łączników, panie pułkowniku. Chodzi o ostatni przydział. Otrzymaliśmy mniej niż połowę zwykłych racji żywnościowych zarówno dla jeźdźców, jak i wywern, nie wspominając już nawet o medykamentach, których nie dostaliśmy wcale.
Villard patrzył na nią obojętnie albo pogardliwie, nie potrafiła ocenić.
– Próbowałam wyjaśnić to przy rozładunku – usprawiedliwiła się. – A później u dowództwa plutonu i wreszcie oddziału, gdzie powiedziano mi, że do pomyłki nie doszło i okrojenie zapasów wynika z pańskiego bezpośredniego rozkazu. Przyszłam prosić o jego cofnięcie. Panie pułkowniku, nasza formacja nie jest w stanie przetrwać na ułamku tego, co otrzymywaliśmy do tej pory. Właściwie to nawet potrzebujemy więcej niż doty…
Uniósł dłoń, przerywając jej monolog, po czym sięgnął po oprawiony w czarną skórę kajet. Wertował go przez chwilę, aż w końcu zatrzymał się na jednej z ostatnich stroniczek.
– Dostaliście dodatkowe trzy skrzynie bomb mitirowych – oznajmił.
Prawda, ale akurat tego im było trzeba jak pannie na wydaniu liszai na twarzy. W trakcie bitwy ona i jej podkomendni mieli przemykać niczym wicher z jednego miejsca na drugie, przenosząc wieści i rozkazy między oddziałami. Byłoby to trudne z ładunkiem wprawdzie śmiertelnym dla wrogów, ale o wadze dobrze odżywionego niedźwiadka. Granaty mitirowe to inna bajka, ale tych akurat dostali całe trzy sztuki na dziewięcioosobowy oddział. Wyjaśniła to kwatermistrzowi, ale wydawał się zbyt znudzony rozmową, by choćby rozważyć jej argumenty. Sprawa najwyraźniej należała do beznadziejnych. Cora zagryzła wargi, przestąpiła z nogi na nogę i nerwowo splotła dłonie za plecami.
A niech tam – pomyślała.
– Zgodnie z doktryną wojny naszego… – zaczęła słabo. Przerwała, odchrząknęła i dalej pociągnęła już pewniejszym głosem: – …naszego władcy łączność na polu rozgrywającej się bitwy to rzecz kluczowa, której nie wolno ignorować. Przeciwnie, musi być wspierana przez każdego, komu miłe jest zwycięstwo wspaniałej Vretanii. Cytując: kto tych, co rozkazy z narażeniem życia przenoszą, wystawi na zgubę lub pomocy im odmówi, winien odpowiadać przed sądem woje…
Villard podniósł ponownie rękę, a ona zamilkła w pół słowa, jakby odjęto jej głos jakimś zaklęciem. Poczuła pęczniejącą z każdą sekundą gulę w gardle.
– Inspekcję wyślę – rzucił i wskazał gniewnie na wyjście.
Straż wyślę – przetłumaczyła w myślach Savianne.
Mimo kolejnego ponaglającego machnięcia nie ruszyła się z miejsca, obserwując ze zgrozą i fascynacją coraz bardziej czerwone policzki mężczyzny.
Olivier!
Myśl ta przyszła niespodziewanie, ale szybko rozgościła się w jej głowie. Jasne, Olivier. Przecież szedł „po prośbie” do tego człowieka przy każdej potrzebie, bez poszanowania jakiejkolwiek hierarchii. Nigdy jednak nie wrócił z pustymi rękami. Tak, pod jego komendą drużynie niczego nie brakowało.
Cora wyszczerzyła zęby.
– Nie wiem, czy sierżant Manza by się zgodził na takie rozwiązanie, ale skoro to nasze początki, to niech będzie – oznajmiła pogodnie.
Zasalutowała i ruszyła do wyjścia, nie odwracając się za siebie. Nie musiała. Syk, który wyrwał się z ust pułkownika, zdradził więcej, niż mogła wyczytać z jego oblicza.
Nie zauważyła małoletniego amatora tytoniu przy namiocie, za to czekał na nią Bruno, dalej w ochronnym odzieniu, ale maskę trzymał teraz w dłoni. Twarz miał pociągłą, zwieńczoną wydatnym podbródkiem – mimo to przystojną.
– I jak? – zapytał. – Udało się panience rozmówić z panem pułkownikiem?
– Mam nadzieję. Odprowadzisz mnie?
Droga powrotna okazała się bezpieczniejsza – akurat wypadła pora karmienia i przy ogrodzeniach kręciły się postacie w metalizowanych kombinezonach, rozpraszające bestie rzucanymi ochłapami mięsa. Zaledwie jeden smok zwrócił uwagę na ich dwójkę. Cora znała się na anatomii tych stworów wystarczająco, by po smukłym pysku poznać, że to właściwie samica. Pokrywała ją bordowa łuska, która wokół nozdrzy i oczu przybierała wpadającą w fiolet barwę. Gadzina przyciągnęła do odgrodzenia swój obiad, jakby chcąc się pochwalić. Miała czym – kawał padliny był wielki jak tułów dorosłego chłopa. Oczy Savianne zalała wściekła czerwień, gdy przypomniała sobie żylasty kotlecik, mniejszy od dłoni, którym musiała się najeść jej ukochana wywerna. Smoczyca oderwała długi strzęp, pochłonęła go, nawet nie przeżuwając i wydała z siebie dźwięk, mający chyba obwieścić wielkie zadowolenie.
Kapralka przykucnęła. Wygrzebała z pokrywającego ścieżkę żwirku płaski kamyk z ostrą krawędzią i niewiele myśląc, wycelowała. Trafiła idealnie między oczy bestii, więc zaśmiała się i już zamierzała pokazać kreaturze wymownie obraźliwy gest, gdy poczuła uderzenie w bok. Grunt osunął się jej spod nóg, a ciężar Brunona przygniótł ją do gleby.
– Co, do zmory? – jęknęła. Zaparła się dłońmi o szerokie ramiona mężczyzny i spróbowała go z siebie zepchnąć.
Nie udało się. I całe szczęście, gdyż powietrze wpierw przeszył rozrywający bębenki w uszach ryk, za którym w mig podążyła fala żywego ognia. Cora krzyknęła i skuliła się, przyklejając twarz do metalu na piersi Brunona. Smoczyca zionęła ogniem jeszcze trzykrotnie, z czego przy ostatnim płomieniu zaczęło jej już brakować sił lub zapału, wszak więcej tam było dymu niż żaru. Mimo to nie ruszyli nawet palcem, dopóki nie oddaliła się od ogrodzenia.
Bruno przewalił się na bok i przez chwilę walczył, by się podnieść, najpierw na kolana, potem na nogi. Kapralka zerwała się żwawiej. Zaklęła, pocierając łokieć, w który wbił się kamyk, niby niepozorny, ale ostry niczym kawałek szkła.
– Nie wiedziałam, że one tak mogą – sapnęła.
– Zazwyczaj nie, ale to przedstawicielka smoków witurańskich – wyjaśnił Bruno. Nieco niewyraźnie, bo właśnie się schylał po leżącą w trawie maskę, która musiała mu wypaść z ręki, gdy rzucił się, by osłonić Corę. – Mogła panienka jej nie drażnić.
Nie dało się odmówić temu zarzutowi racji, ale protekcjonalny ton zadziałał Savianne na nerwy.
– Mówiłam, że nazywam się Cora – powiedziała i syknęła, gdy wydłubała w końcu irytującą bryłkę. – Nie jestem żadną panienką. Jestem kapralką Wielkiej Armii Vretanii.
Ruszyła truchtem, nie czekając na odpowiedź. Bruno próbował nadążyć, ale ciężar kombinezonu spowalniał ruchy i nie minęło dużo czasu, a został w tyle. Przyśpieszyła jeszcze bardziej i ostatni wybieg minęła biegiem, ledwo migając przed gałami rezydującej w nim bestii.
Powrót do drużyny zajął jej dobrą godzinę przedzierania się między namiotami i gdy w końcu zobaczyła chorągiew swojej formacji – przedstawiającą nenurińską lilię na srebrnym tle – było już dawno po porze karmienia. Nie zdziwiło jej, że wybieg zionie pustką. Po posiłku jeźdźcy zawsze podrywali wywerny w powietrze i jeszcze do niedawna mieli w zwyczaju wykonywać po trzy, cztery okrążenia wokół całego obozu. Nie wiedziała, co to komu przeszkadzało, ale dostali rozkaz zaprzestania wycieczek poza granice wyznaczonego im na terenie obozu obszaru pod groźbą oskarżenia o próbę dezercji.
Oparła się o ogrodzenie i zadarła głowę. Nad piaszczystym wybiegiem krążyło dziewięć wspaniałych stworzeń, pikujących, wykonujących piruety i zwody bez wchodzenia sobie w paradę przy którymkolwiek z tych manewrów. Wywerny potrafiły współpracować – w przeciwieństwie do smoczydeł, które przy pierwszej okazji rzucały się pobratymcom do gardła.
Jeden z jeźdźców zauważył, że wróciła, i chyba chciał się od razu rozmówić, gdyż sprowadził swoją wywernę na ziemię. Uwolniwszy jej grzbiet spod ciężaru wojskowej kulbaki, ruszył w kierunku ogrodzenia. Po drodze wyciągnął zza pazuchy manierkę i upił kilka haustów, przechylając ją tak mocno, że aż strużka napoju spłynęła mu po gęstej brodzie, a potem na materiał mundurowej koszuli. Gdy podszedł bliżej, nozdrza Cory podrażniła woń mocnego alkoholu.
– Hej, Cora! I jak poszło z Villardem? – zapytał, przeskakując przez płot ogradzający wybieg. – Wysłuchał cię przynajmniej?
– Wysłuchać wysłuchał, ale chyba mu podpadłam. Nie zdziwię się, jeżeli wyśle po mnie jakichś drabów. Khem… znaczy się: żołnierzy żandarmerii wojskowej. Masz coś jeszcze w tej manierce? Nie pogardziłabym teraz czymś mocniejszym.
– W tej już nie, ale zaraz przyniosę drugą. Moment.
Gdy odbiegł w kierunku namiotów, Cora ponownie zadarła głowę. Przez chwilę obserwowała powietrzny pokaz w całej okazałości, później wyszukała wzrokiem swoją Strzałę, czarną wywernę z charakterystycznym wzorem ze złotych łusek na podbrzuszu, któremu gadzinka zawdzięczała miano.
Przy jednym z manewrów Strzała pokazała swój grzbiet i siedzącego na niej drobnego jeźdźca, Simona. Chłopiec był jednym z niezliczonych bękartów, które pozostawili po sobie żołnierze Wielkiej Armii Vretanii w podbitych przez Królestwo krainach. Dzieciaki takie, coraz częściej wyrzucane z lokalnych społeczności, bywały przygarniane przez oddziały vretańskiego wojska i wykorzystywane do wykonywania drobnych, ale żmudnych prac wokół obozowiska. Pomimo tej użyteczności przylgnęło do nich szydercze miano, którego użył Bernard, gdy pojawił się za jej plecami:
– Jak na rzepkę dobrze sobie radzi. – W jednym ręku trzymał pełną manierkę, w drugim dwa kubki. – Ma chłopak naturalny talent do jeździectwa. Może to nie był taki głupi pomysł, że pozwoliliśmy mu się podczepić pod nasz oddział. Za kilka lat będzie z niego niezły posłaniec.
Savianne podzielała tę opinię. Simon w krótkim czasie opanował większość manewrów, a nawet przy tych, do których poprawnego wykonania brakowało mu jeszcze doświadczenia, przynajmniej nie wypadał z siodła. Inna sprawa, że Strzała była dobrze ułożona i traktowała go z niezwykłą delikatnością.
Chlust wlewanego do naczyń alkoholu ściągnął jej uwagę z powrotem na ziemię. Przyjęła podany jej kubek. Upiła łyk z grymasem obrzydzenia na twarzy. Choć pijała ten bimber częściej niż wodę, jego smak ciągle nieprzyjemnie wykrzywiał jej gębę. Odkaszlnęła.
Simon chyba się zmęczył, a może zauważył Corę, w każdym razie zaczął zniżać lot i po chwili wylądował. Na jego dwunastoletniej twarzy zagościł szeroki uśmiech. W ciągu kilku ostatnich dni piegowaty nos zbrązowiał mu od kontaktu ze słońcem, za to ruda czupryna nabrała nieco jaśniejszego odcienia.
– Czołem, Cora! – zawołał i energicznie pomachał patykowatą ręką.
– Czołem, młody – odpowiedziała. Oddała kubek Bernardowi, po czym wdrapała się na ogrodzenie i zgrabnie przeskoczyła na drugą stronę. – Czekaj, pomogę ci się uwolnić.
Strzała przewyższała Corę dwukrotnie, ale teraz usiadła tak, by kapralka mogła sięgnąć siodła. Chwilę zajęło kobiecie uporanie się z klamrami i sznurkami, które miały zabezpieczać jeźdźca podczas lotu. Simon przechylił się i ześlizgnął po boku gadziny, kiedy puściło ostatnie zapięcie.
– Trzeba popracować nad techniką zsiadania. – Kąciki ust Savianne nieznacznie się uniosły.
Wywerna wiedziała, co robić. Dała się odprowadzić na bok, bliżej skraju wybiegu, po czym bez żadnej komendy podźwignęła się i odsłoniła pasy oraz masywne zapięcie na brzuchu. Strzała wyprostowała się niczym żołnierz w trakcie inspekcji, stanęła na tylnych łapach i rozpostarła błoniaste – połączone z przednimi kończynami – skrzydła. Pojedyncze pazury, którymi były zakończone, wyglądały na zaniedbane i niewątpliwie wymagały przycięcia.
– Młody, przynieś obcinaczki.
Wywerna się zniżyła i Savianne mogła teraz dosięgnąć do jej pazurów, ale przez stępione nożyce zdołała jedynie zarysować ich powierzchnię. W końcu zniechęcona, odrzuciła narzędzie na bok i sięgnęła do cholewy buta. Wyciągnęła nóż, który przed kilkoma laty podarował jej Olivier. Ostrze musiał dostać z wojskowego magazynu, ale przypominającą kastet rękojeść zrobiono na zamówienie. Ciężar metalu na knykciach zawsze dodawał jej otuchy, teraz jednak nietypowy uchwyt raczej przeszkadzał. Chwilę po tym, jak udało się znaleźć właściwe ułożenie dłoni, pozostali jeźdźcy zaczęli lądować i Simon odbiegł w ich kierunku.
Wywerny często mylono ze smokami, od których różniły się przede wszystkim rozmiarem – zresztą ta cecha wprowadzała różnorodność również w ramach samego gatunku. Strzała, która w pełni wyprostowana sięgnęłaby pyskiem dachu parterowego domostwa, była jednym z najmniejszych okazów vretańskiej armii. Największa wywerna – samiec pokryty zachwycającą mozaiką srebrno-zielonych łusek – dorównywała trzypiętrowej kamienicy, a i tak ledwo przekraczała połowę masy przeciętnego smoczydła. Savianne niemal podskoczyła, gdy osobnik ten wylądował pięć kroków od niej, wzbijając kurz i wprawiając glebę w drżenie. Małą burzę piaskową wywołał także jeździec, który zamiast położyć gada brzuchem na ziemi, odpiął się z siodła, zjechał po boku i odbiwszy od kości biodrowej, ostatnie kilka metrów pokonał skokiem.
– Żołnierzu! – Cora poderwała się gwałtownie. Charknęła, wyczuwszy pod językiem drobinki piasku, i splunęła, po czym rzuciła w stronę mężczyzny gniewne spojrzenie. – No niech cię zmora porwie! Jakie są procedury lądowania i opuszczania siodła?
Dorian Fresena podrapał się za uchem i wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu, chowając przy tym górną wargę w gęstym wąsie.
– Przepraszam, pani kapralko.
Prychnęła w odpowiedzi, odprawiła go machnięciem ręki i przykucnęła, by wrócić do przerwanego zajęcia. Dorian oporządził swojego wierzchowca i po uwięzieniu muskularnego karku w obroży ruszył w stronę ogrodzenia. Przechodząc obok, musnął wierzchem dłoni szyję Savianne, wywołując u niej przyjemne dreszcze. Uśmiechnął się niewinnie, gdy poderwała głowę i zgromiła go wzrokiem.
Strzała zaświstała, zapewne z ulgi, kiedy nóż wreszcie wrócił do cholewy. Nim to się stało, zaczęło zmierzchać. Reszta kompanii już dawno opuściła wybieg, ale Cora wiedziała, gdzie znaleźć podkomendnych. Ci, którzy nie pełnili akurat warty, o tej porze skupiali się zwykle wokół ogniska. Po przeskoczeniu ogrodzenia już miała ruszyć w tamtym kierunku, kiedy zimny powiew przypomniał jej o tutejszym klimacie.
Letnie dni na progu kraju znanego jako Zimodar nie różniły się od tych, które znała z rodzinnych stron. Co innego noce. Chłód, od którego kostniały dłonie i drętwiały stopy, przywodził na myśl raczej początki ciężkiej zimy we Vretanii aniżeli środek najcieplejszej pory roku. Kapralka podejrzewała, że po drugiej stronie Bezdennego Jeziora będzie jeszcze gorzej – przynajmniej właśnie to sugerowały włochate czapy, które nosili żołnierze wrażej armii, nazywani zresztą z tego powodu uszatkami lub uchatymi.
Namiot, który dzieliła z żołnierkami Danielle i Irmine, teraz stał pusty. Cora w półmroku bardziej pamiętała, niż widziała drogę do swojego posłania. Pokonawszy ją, wyciągnęła po omacku tobołek spod pryczy i wygrzebała z niego futrzaną kurtkę, ściśle przylegające do dłoni rękawiczki oraz wełniany beret.
Przez krótką chwilę, którą spędziła w namiocie, wiatr zupełnie się rozhulał. By stawić opór coraz bardziej zawziętym podmuchom, naciągnęła mocniej poły okrycia i przytrzymując je, ruszyła w stronę ogniska. Dołączyła do zbiorowiska jako ostatnia. Brakowało żołnierzy, którym akurat wypadł nocny patrol – w tym Doriana Freseny. Za to zauważyła majora Bastiena Gautiera. Przysięgłaby, że czarne oczy na jej widok rozjaśniła radość.
Dekadę temu mężczyzna w wyniku pomyłki rozpoczął swoją karierę w wojskowości nie w szkole oficerskiej, jak na panicza z dobrego domu przystało, lecz pod komendą Oliviera. Choć błąd ten zauważono i naprawiono po zaledwie kilku tygodniach, Gautier dalej pozostawał wierny drużynie. Jako rekrut dołączał do wesołego zgromadzenia ukradkiem, a jako oficer robił to już jawnie, zapewniając im nieoficjalną, acz powszechnie uznawaną protekcję oraz ochronę przed wymysłami dowództwa plutonu i kompanii. Cora była za to wdzięczna – dzięki temu jedynie pomysły sztabu generalnego oraz dowódcy batalionu przyprawiały ją o palpitacje serca i przedwczesną siwiznę. Mogła całować przyjaciela po rękach za jeszcze jedno: nieoczekiwany awans i przejęcie dowództwa po śmierci Oliviera. Nie nazwałaby tego łatwą służbą, ale biła o głowę alternatywę trafienia pod komendę nieznanego podoficera.
Savianne usiadła przy ogniu, ramieniem do boku majora, i przyjęła podany kubek. Powąchała – woń była subtelna, owocowa. Kapralka sączyła ten trunek powoli, przysłuchując się rozmowom podkomendnych. Najwięcej hałasu robił Gilles, jeden z młodszych rekrutów, który wymachiwał wojskową mapą i kwestionował założenia geograficzne zbliżającej się bitwy.
– Dlaczego znowu się pchamy przez jezioro, skoro już tyle razy nie wyszło? – pytał. – Nie lepiej dla odmiany je ominąć?
– Jak ominąć? Te góry wyglądają niepozornie tylko na papierze, w rzeczywistości sięgają prawie nieba. Smok, wywerna czy lotoszyn, nic się nie wzbije dość wysoko, by nad nimi przelecieć. – Odpowiedzi podjął się najstarszy z obecnych, wojak o imieniu Victor.
Młodzik nie dał się onieśmielić różnicą wieku i doświadczenia. Drążył dalej:
– No dobra, ale to od północy. A od południa się nie da? Tam żadnego łańcucha górskiego nie ma, same równiny.
– Jesteśmy za daleko, trzeba byłoby nadkładać drogi przez kilka miesięcy. Poza tym to już przecież ziemie Imperium Cerańskiego. Nawet jeżeli z uszatymi specjalnie tam się nie lubią, myślisz, że pozwolą obcej armii na przechadzkę po swoim terytorium?
Savianne ciekawiło, czy tym razem rekrut zaakceptuje wyjaśnienie, ale Bastien szturchnięciem odciągnął jej uwagę.
– Cora. – Zniżył głos. – Czy to prawda, że odwiedziłaś Villarda?
Skinęła głową, bo i po co miałaby zaprzeczać?
– Olivier by tak zrobił, więc ja też musiałam.
– Olivier miał swoje sposoby, ale ty musisz bardziej uważać. Już zaczynają o tobie rozmawiać na wyższych szczeblach. Na razie w prywatnych pogaduszkach, ale od tego krok do oficjalnych rozmów i działań. Nie wiem, czy już nie przesadziłaś. Dlaczego nie przyszłaś do mnie?
Podrapała się za uchem.
– Nie należymy do twojego batalionu. – W poważny ton wkradła się nutka rozbawienia.
– I co z tego? I tak zawsze możecie na mnie liczyć. Lepsze to niż zadzierać z Villardem. Powinnaś przestać. Dla dobra tej drużyny.
Przygryzła wargę i przez moment milczała.
– Cora? – ponaglił.
– Dobra. Masz moje słowo.
Odwrócili się w stronę ognia – ich rozmowa pozostała niezauważona przez większość obecnych, jedynie wyraz ulgi malujący się na twarzy Bernarda sugerował, że żołnierz poświęcił im nieco za dużo uwagi.
– Umieram z głodu – powiedziała głośniej Cora. – Felix, co na kolację?
– A właśnie!
Wywołany młodzieniec poderwał się i zniknął w mroku, by po chwili wrócić z nabitymi na patyki gryzoniami.
– Wiewióry z Posępnego Boru – oznajmił dumnie.
Savianne nachyliła się i przyjrzała dokładniej.
– Wyglądają jak szczury. – Zmarszczyła czoło.
– Bo nie mają sierści – zaoponował. – To wiewióry, ręczę za to głową.
– Sam upolowałeś? – zapytał przytomnie Bernard.
– No jak, skoro do Posępnego Boru jeszcze nie dojechaliśmy? Ale kupione z dobrego źródła, gwarantuję.
Brodacz sięgnął po jeden z patyków, nachylił go nad ogniskiem i przy świetle ognia obejrzał dokładnie pysk zwierzęcia. Przez kilka sekund kiwał w zadumie głową, następnie posłał Corze wymowne spojrzenie.
Rozejrzała się po twarzach podkomendnych. Większość z nich dołączyła do drużyny w ostatnich pięciu latach, zastępując poległych, zwolnionych ze służby i tych nielicznych, którym Wielka Armia Vretanii dała możliwość awansu. Ze starej gwardii została jedynie ona, Dorian i brodacz. Z pozostałych może Victor – przydzielony im z oddziału rezerwy w poprzednim roku – mógł pamiętać legendarnego handlarza, znanego jako…
– Rusałek – powiedziała kapralka.
Jej głos zlał się z niskimi głosami Bernarda i ciemnookiego majora. Zaśmiali się równie zgodnie, skupiając zaciekawione spojrzenia młodzików.
– Już się o starego drania zaczęłam martwić – dodała.
– Vrente, ty głupku, to szczury. Wyrzuć je i leć po jakiś prowiant – rozkazał Bernard. – No już! – popędził. – Czemu tak stoisz?
– Jesteś pewna, że to Rusałek? – zapytał po raz szósty Dorian Fresena.
Cora już nawet nie odpowiedziała. Skinęła jedynie głową i skręciła w prawo, aby ominąć szarobury namiot, ostatni po tej stronie obozu. Przystanęła i poczekała, aż towarzysz się z nią zrówna.
– No cudnie – wymamrotał na widok niechlujnej, wijącej się na wszystkie strony kolejki. Przesunął po niej wzrokiem, podliczając widoczne w tłumie głowy. – Co najmniej osiem tuzinów – oznajmił ponuro.
Lokalni i przyjezdni handlarze zawsze wiedzieli, kiedy się zakręcić wokół obozowiska. Wypełnione dobrami kantory na kółkach pojawiały się na horyzoncie akurat w dniu wypłaty żołdu i nie miały żadnej trudności w pokonaniu nie jednego, nie dwóch, ale trzech punktów kontrolnych. Cora dopatrywała się w tym układu kupców z jakimś oficerem. Musiał to być intratny interes. Żołnierze zwykli zostawiać na zaimprowizowanym targowisku dużą część pensji, a nie brakowało i takich, co pozbywali się ostatniego miedziaka.
Savianne westchnęła ciężko i stanęła za młodzikiem w brązowym mundurze, ozdobionym na ramieniu naszywką z wizerunkiem walczących kozłów, symbolem jednego z oddziałów ze wschodniej części Vretanii. Koszulę nosił nieregulaminowo rozchełstaną. Zapewne próbował przyciągnąć uwagę do gęstego włosia na chuderlawej piersi, szczególnie że pod nosem i na brodzie próżno było szukać choćby włoska, a wokół oczu – zmarszczki. Twarz miał biedaczyna zupełnie niemęską. Do tego kapralka – mimo iż raczej przeciętnego wzrostu – przewyższała go przynajmniej o głowę. Zignorowała głupawy uśmieszek, który najwyraźniej wywołała jej obecność, ale to go nie zraziło. Już przysuwał się bliżej i otwierał usta. Dorian też to zauważył i wysunął się przed Savianne, zanim tamten wypowiedział choćby słowo.
– Cofnij się, szeregowy! – warknął.
Rozkaz podziałał. Natręta nagle bardzo zainteresowały włosy na czaszce stojącego przed nim, łysiejącego tu i ówdzie żołnierza.
– No dobra, załóżmy, że to naprawdę Rusałek – podjął rozmowę Fresena. – Co planujesz?
– Och, chciałam się przywitać i zwrócić kilka drobiazgów.
Handlarz, choć potworny oszust, był dobry w swoim fachu. Świadczył o tym rozmiar worka obciążającego jej ramię. Podała go Dorianowi i rozmasowała obolałe biodro, o które kilkakrotnie sakwa obiła się w drodze.
– He, he – zarechotał jej towarzysz. – Chętnie to zobaczę.
Rusałek zyskał niejaką sławę wśród weteranów vretańskiego wojska, bynajmniej nie z powodu uległości wobec niezadowolonych klientów.
Kolejka przesunęła się leniwie do przodu, lecz rozproszyła jeszcze bardziej, kiedy między oczekującymi zaczęli się przedzierać obładowani pakunkami żołnierze. Jednego z nich Savianne poczęstowała soczystym przekleństwem, gdy zahaczył podłużną skrzynką o jej ramię i pociągnął do tyłu. Jedynie refleks Doriana uchronił ją od upadku na wydeptaną trawę.
– Już zapomniałam, jaka to przednia zabawa – sarknęła.
Fresena się nachylił, podwinął rękaw jej mundurowej koszuli i zmarszczył brew na widok podchodzącego krwią zadrapania tuż nad łokciem.
– Dosyć tego – wymamrotał i nim zdążyła go powstrzymać, huknął na stojących najbliżej żołnierzy. – Kmioty! Z drogi! Przepuścić panią kapralkę.
Wezwanie spotkało się z niechętnymi spojrzeniami.
– Wszyscy tu czekamy – zaprotestował chudzielec.
– No właśnie! Nie inaczej! – potwierdzili chórem pozostali.
Dorian zignorował te reakcje i wyrwał się do przodu – z tym już nikt nie zamierzał dyskutować. Cora się zaczerwieniła, spuściła głowę, ale chwyciwszy mocniej za worek, ruszyła za nim.
– Na boki, ludzie! – wrzasnął na kolejną grupę.
Dotarli mniej więcej do połowy kolejki, kiedy pokrzykiwania zaczął zagłuszać hałas dobiegający od strony targowiska. Dorian zamilkł więc i tylko zawzięcie napierał na słabe punkty tłumu, torując dalszą drogę. Savianne chwyciła go za rękę i brnęła do przodu, unikając wściekłych spojrzeń mijanych. Czyjśłokieć wbił się w jej brzuch w wyrazie niemego oporu, na tyle mocno, że uderzenie aż wydusiło z niej powietrze. Mimo to pokręciła głową, kiedy kompan odwrócił się ku niej z pytającym spojrzeniem.
– To nic – stęknęła i popchnęła go, zmuszając do pójścia dalej. Jeszcze tego brakowało, żeby wdali się w bójkę.
Z westchnieniem ulgi powitała widok płotu ustawionego wokół wozów i stoisk handlowych – te ostatnie były niemal niewidoczne, otoczone szczelnie przez tłumy potencjalnej klienteli.
– Trzeba poczekać – powitał ich strażnik, który stał tuż przy pełniącej funkcję wejścia luce w ogrodzeniu.
Wbiła paznokcie w nadgarstek Doriana.
– Poczekamy – zdecydowała. Zacisnęła zęby z bólu, gdy najpewniej metalowy nosek czyjegoś buta wylądował na jej kostce.
Kiedy w końcu znaleźli się po drugiej stronie płotu, odciągnęła Fresena na bok i z wściekłym impetem przyparła do paki jednego z wozów.
– Co to miało być? – zapytała. I zanim zdążył otworzyć usta w odpowiedzi, rzuciła mu w twarz kolejne pytania: – Oszalałeś? Słoneczko za mocno łepetynę nagrzało? Gęba się stęskniła za łomotem? Ach, nawet się nie odzywaj.
– Cora, kochanie…
– Pani kapralko – warknęła, rozglądając się w popłochu. – Mówiłam, żebyś ucichł.
Wielka Armia Vretanii nie wspierała długotrwałych romansów w swoich szeregach – wręcz przeciwnie. Zwykle zakochanych rozdzielano i posyłano ich do różnych drużyn, a nawet batalionów. Udało im się uniknąć takiego losu przez blisko pół dekady. Ależ byłaby draka, gdyby ich związek wyszedł na jaw teraz, kiedy nie była już zwykłą szeregową, tylko dowódczynią drużyny.
– Możesz to ponieść – rzuciła mu worek.
Podążył za nią z ponurym wyrazem twarzy. Maszerowała szybkim krokiem, ledwo zwracając uwagę na towary, które handlarze rozłożyli na stoiskach, rozwiesili na ściankach wozów czy nachalnie wciskali niemalże w ramiona przechodzących. Odpędziła jednego z najbardziej upartych kupców, po czym rozejrzała się po tłumie za jakąś przyjazną twarzą – jedna z dziewek wydawała się znajoma, choć za nic nie mogła przywołać w pamięci jej imienia. Mimo to kapralka pomachała.
– Ej, młoda, nie widziałaś czasem Rusałka?
Dziewczyna spojrzała na nią obojętnie, ale odpowiedziała:
– Ma kram za tamtym wozem. – Wskazała na wysoki pojazd ozdobiony malowidłem przedstawiającym scenę, dwie maski i unoszącą się nad tym wszystkim kurtynę.
– Dzięki.
Ruszyli w tamtym kierunku. Ominęli wóz i faktycznie w odległości kilkunastu kroków wypatrzyli Rusałka. Rozpoznali go bez trudu po długich, szarych kosmykach, które w połowie zakrywały kościstą twarz. Właśnie szeptał do ucha pucułowatemu chłystkowi, podnosząc z blatu coraz to nowe okazy. Cora aż się wzdrygnęła, gdy zobaczyła, jak zielonkawa dłoń handlarza szczypie pulchny policzek chłopaka.
– Powinniśmy ostrzec gówniarza? – zapytał Fresena.
Pokręciła głową.
– Nie nasz interes – odpowiedziała.
– Ale Rusałek go magluje – stwierdził tonem, w którym pobrzmiewały zarówno oburzenie, jak i nuta podziwu. – Biedak chyba z pół kramu wykupi.
Klient w końcu odszedł, wcześniej wypełniwszy sakwę rusałkowymi dobrami. Nie zniknął jeszcze za zakrętem, a już handlarz zaczął wypatrywać kolejnej ofiary. Cora nie zamierzała dłużej czekać.
– Ej, Rusałek! – zawołała, ruszając w jego stronę, niemal ciałem zasłaniając przechodzącą obok, nieświadomą niebezpieczeństwa młódkę.
Przez moment wyglądał na przestraszonego. Szybko to jednak ukrył za maską szerokiego uśmiechu. Dla kapralki widok ten nie był szczególnie miły, wręcz przeciwnie – wyeksponowane w ten sposób stożkowate, jakby sztucznie zaostrzone zęby nadały i tak nie za ładnej facjacie upiornego rysu. Z niepokojem spojrzała na napiętą skórę na policzkach mężczyzny, niemalże w myślach odliczając sekundy do chwili, gdy widoczne pod nią kości przebiją cienką powłokę.
Nic takiego nie nastąpiło. Rusałek zatarł dłonie i żwawo ruszył w jej kierunku.
– No proszę, proszę! Cora Savianne! – zawołał. Jego wzrok natychmiast przeskoczył na emblemat na jej naramienniku. – Oho, widzę, że po awansie.
Zaraza. Ten głos! Już zapomniała, jakie wrażenie potrafił wywołać głęboki, nieco mrukliwy bas i jak łatwo mu było uwierzyć. Tak kusił, by przymknąć oko na podejrzaną gębę kupca i jego jeszcze gorszą reputację.
– Czym mogę służyć, pani kapralko? – zapytał usłużnie.
Nie odpowiedziała, spojrzała tylko znacząco na Doriana, po czym wskazała głową na sklepik. Handlarz błyskawicznie wyczuł, co się kroi. Rzucił się do stoiska i zaczął pośpiesznie zgarniać wystawione towary. Udało mu się ocalić prawie wszystkie. Nim Fresena dotarł do kramu, na blacie zostało zaledwie kilka figurek, które po sekundzie z płaczliwym brzękiem wylądowały na pobliskich kamieniach. Podobne dźwięki wydały rupiecie, które żołnierz wysypał z worka na blat. Kilka z nich przeleciało przez krawędź i roztrzaskało się przy akompaniamencie lamentów wyrażających oburzenie.
– Co to ma znaczyć? – Rusałek złapał się za głowę. Dłonie miał masywne i gdy targał włosy, wydawało się, że wyrwie je razem z łepetyną. – Co tu się dzieje?
Savianne przywołała na twarz srogą minę.
– Do zwrotu jest dwieście koron za towar i… Hmm… co myślisz, Dorianie? – Odwróciła się do kompana. – Pięćdziesiąt za fatygę?
– Co najmniej sto.
– Och, pójdźmy na kompromis. Sto pięćdziesiąt.
– To wymuszenie! – poskarżył się handlarz. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu wybawienia, ale stojący nieopodal gapie nie rwali się do pomocy.
– Nie powinieneś łamać umowy – warknęła. – Coś chyba obiecałeś Olivierowi, jeśli idzie o nagabywanie żołnierzy z naszej drużyny. To, że cię przez chwilę nie było, nic tu nie zmienia.
– Swoją drogą – wtrącił Dorian – gdzie przepadłeś na pół dekady? Już myślałem, że cię jaka zmora dorwała.
Odpowiedziało mu ponure spojrzenie. Kupiec sięgnął pod koszulę do sakiewki i wygrzebał z niej posrebrzane monety. Oddał je Corze z jękiem pełnym najszczerszej boleści.
– Dziękuję – mruknęła po przeliczeniu pieniędzy. – Miło było, ale pora na nas.
Już się odwracała, kiedy ciężka dłoń opadła na jej nadgarstek.
– A może zainteresowałaby kapralkę lampa mitirowo-solna?
Gdyby nie te słowa, zapewne by się odwinęła i dała Rusałkowi po mordzie, a tak tylko wyszarpnęła rękę z uścisku i wymieniła zaskoczone spojrzenia z Dorianem. Pamiętała z dzieciństwa powszechność urządzeń napędzanych energią z mchu zwanego mitirem, jednak w ciągu ostatnich dwóch dekad większość z nich zmieniła się w niepotrzebne nikomu śmieci. Ciągle działały nieliczne, te w najważniejszych państwowych gmachach lub domostwach bogaczy, których stać było jeszcze na drogie zapasy rośliny, ale większość jej produkcji skupiała się teraz na potrzebach wojennych. Nawet w ich drużynie byli tacy, co trzymali w dłoni niejedną bombę mitirową, lecz o lampach słyszeli wyłącznie w bajdurzeniach starszych kompanów.
Fresena wygłosił na głos myśl, która tłukła się po głowie Cory:
– Co za bzdura. Niby skąd wziąłeś mitir?
– Czy ja ci wyglądam na naiwną? – dodała już sama kapralka.
Rusałek pokręcił energicznie głową. Powinna go wysłać w odwiedziny do nocnej zmory, ale zwyciężyła ciekawość.
– Dobra, pokaż.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Okrążył kram, następnie podszedł do stojącego nieopodal wozu i wsunął się pod zakrywającą tył płachtę. Wrócił po chwili, trzymając w dłoni szklane urządzenie. Przypominało klepsydrę, ale zostało owinięte cienkimi, przeźroczystymi rurkami. Postawił towar na blacie i zaprosił ich gestem bliżej.
Savianne niemal zderzyła się czołem z Dorianem, gdy pochylili się nad przedmiotem. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało: w górnej części lampy znajdowały się kryształki soli, a na złączeniu metalowa półeczka, którą można było wysunąć, jeżeli pociągnęło się za wystającą z boku rączkę. Uwolniona w ten sposób sól spadała wprost na zanurzony w wodzie mitir, a w reakcji roślina zaczynała wydzielać gaz, trafiający następnie do rurek. Tam skupiony w małej przestrzeni zaczynał się powoli spalać, oddając przy tym ciepło i światło.
Cora widziała już fałszywe lampy – zwykle próbowano wmówić naiwnym, że kępka trawy lub pospolitego mchu to prawdziwy mitir. By odkryć oszustwo, wystarczyło skoncentrować wzrok na roślinie: przy prawdziwych okazach można było wyłapać delikatne, acz rytmiczne falowanie.
– Niemożliwe – sapnęła zaskoczona Cora, podrywając głowę.
– Nie wyciągaj jeszcze sakiewki – powiedział sceptycznie Dorian. – Mech może i prawdziwy, ale konstrukcja niewarta splunięcia. To jest tak marnie wykonane, że pewnie wybuchnie przy pierwszym użyciu.
Rusałek odpowiedział na to stwierdzenie skrzywioną miną, jednak nie próbował debatować. Sięgnął za to pod pazuchę.
– Mam jeszcze jeden okaz – zapowiedział. – Przedni czasomierz.
Savianne spojrzała na kieszonkowy zegarek, który zawisnął na łańcuszku owiniętym wokół palca handlarza, i tym razem musiała przyznać mu rację. Zaiste, czasomierz był przedni, kupiła go przecież sama u najlepszego zegarmistrza miasta Nenurin, na prezent urodzinowy, wydając większą część zaoszczędzonego przez trzy lata żołdu.
– To Oliviera – wykrztusiła.
Dorian Fresena już jej nawet nie usłyszał.
– O zmora… – sapnął Rusałek, widząc, jak pięść żołnierza wyrywa się do przodu i leci prosto na upiorne, zaostrzone w stożek zęby.
Dorian zaklął, zaciskając dłoń w pięść, gdy Cora kolejny raz zbliżyła do niej nasączoną bimbrem ściereczkę, by oczyścić poranione knykcie.
– Nie jest tak źle – stwierdziła. – No już, już. Nie ma nad czym płakać.
Podniósł na nią załzawione, potwornie czerwone oczy.
– Bardzo zabawne – powiedział.
Zachichotała pod nosem i sięgnęła po rolkę bandaży. Oczywiście nie od razu było jej do śmiechu. Krzyk, jaki wydusiło z mężczyzny uderzenie w twarde niczym skała zęby Rusałka, okazał się niczym w obliczu późniejszych wypadków. Nim jeszcze żołnierz docisnął do brzucha krwawiącą rękę, handlarz sypnął mu w oczy jakimś szarawym prochem. Dorian jakby w mordę kamieniem dostał – obrócił się z głuchym jękiem, zachwiał i padł jak kłoda.
Zaczął wrzeszczeć, kiedy odzyskał przytomność i odkrył, że tajemniczy proszek skleił mu rzęsy. Do tego czasu i Cora wylądowała na plecach po tym, jak Rusałek naparł na nią zaskakującym ciężarem pokracznego ciała. Choć upadł wraz z nią, w mgnieniu oka poderwał się i ruszył do ucieczki, gubiąc przy tym jednak – a może porzucając umyślnie – zegarek Oliviera.
Czasomierz tkwił teraz bezpiecznie w kieszonce skórzanego kubraka kapralki i mimo popękanego szkiełka wciąż wybijał rytm – niezłomne tik-tak, tik-tak – tuż obok jej serca. Dźwięk ten niósł ze sobą tyleż wątpliwości, co otuchy.
Rozdarła końcówkę bandaża na dwa pasy i owinąwszy nimi złączone palce Doriana, zwieńczyła opatrunek zgrabną kokardą.
– Dobra, chyba wystarczy.
Mężczyzna po raz kolejny potarł zdrową dłonią piekące oczy i sięgnął po bimber. Upił łyk, po czym wyciągnął flaszkę w kierunku Cory. Pokręciła głową.
– Co za zmora, dalej masz połowę rzęs poklejonych – oznajmiła po tym, jak podniosła jego podbródek i dokładniej przyjrzała się powiekom. – Gdzie jest Bernard? Przynajmniej widzisz już wyraźnie?
Kiwnął głową, ale bez przekonania.
– Kolory wydają mi się jakieś takie wyblakłe – wyjaśnił w odpowiedzi na jej uniesioną brew. – Ale jest lepiej.
Płachta w wejściu do namiotu uchyliła się i do środka wsunął się Simon. Jego twarz była boleśnie skrzywiona. Najwyraźniej szmata owinięta wokół rączki mosiężnego kociołka nie chroniła w pełni przed gorącem bijącym od metalu, a już z pewnością nie stanowiła bariery dla buchającej z wnętrza naczynia pary.
– Gdzie to, auć, postawić?
Savianne wskazała na stolik przy kolanie Freseny. Dzieciak ruszył ku niemu nieco zbyt gwałtownie, przez co za bardzo przechylił garnek, wylewając część wrzątku. Choć większość trafiła na ziemię, kilka kropel musnęło wystającą z niskiej cholewki kostkę. Przez piegowatą twarz przemknęły grymasy bólu.
– Młody, wolniej – rozkazała kapralka tonem nieco zirytowanej, głównie jednak znudzonej matki. Posłuchał. Odczekała, aż odstawi garnek na chybotliwy taboret, nim zapytała: – Gdzie jest Bernard?
– Obok wybiegu, z resztą drużyny. Rozładowują właśnie wóz z dodatkowym zaopatrzeniem.
– Ha – mruknęła.
Dorian uśmiechnął się dumnie.
– Wiedziałem, że ci się uda. Idź, zobacz, co dostaliśmy. Jeżeli jakiś porządny trunek, to butelka dla mnie!
– Dasz sobie radę?
Wyszczerzył po raz kolejny zęby, po czym pochylił się nad kociołkiem, pozwalając, by gorące opary omiotły mu twarz. Pomysł ten podsunął im Bernard po tym, jak nerwowe pocieranie i opłukanie oczu zimną wodą nic nie pomogło.
Opuściwszy namiot, Cora ruszyła w stronę wybiegu. Tuż obok ogrodzenia stał wóz do połowy załadowany skrzyniami. Domyśliła się, że jeszcze przed chwilą był pełny. Drużyna już uwijała się wokół żwawo, ale nie chaotycznie, dając brodaczowi czasna odnotowanie w wyświechtanym kajecie zawartości każdego pakunku. Ich wysiłkom przyglądali się bez większego entuzjazmu podstarzały woźnica oraz młody wielbiciel tytoniu, którego widziała poprzedniego dnia przy namiocie Villarda. Chłopak leniwie wodził wzrokiem od jednego żołnierza do drugiego, wciągając przy tym i wydmuchując kolejne porcje dymu. Jego włosy, otoczone przez szare kłęby, wydawały się siwe.
Przystanęła o dwa kroki od niego i podniosła dłoń do salutu.
– Panie podporuczniku.
Spojrzał na nią obojętnie i tylko wskazał na luźne kartki leżące na siedzisku, dociśnięte do niego kanciastym kamieniem. Sięgnęła po nie i przez chwilę wodziła wzrokiem po starannie wykaligrafowanej liście. Rzetelność dokumentów oddziału zaopatrzenia nigdy nie była problemem. Cora mimowolnie uniosła kąciki ust, widząc na spisie lekarstwa i dodatkowe racje żywnościowe, a nawet kilka skrzyń z granatami mitirowymi. Villard wyrównał ich braki, i to z nawiązką. Nie była pewna, ile pożytku przyjdzie im z trzech skrzynek tytoniu, kiedy osobiście wolałaby karafkę lub dwie dobrego wina, ale nie zamierzała marudzić. Podpisała dokument kawałkiem grafitu wygrzebanym z kieszeni spodni i odłożyła pod kamień.
– Ojciec kazał zapytać, czy dostawa jest wystarczająca.
– Tak. Proszę przekazać panu pułkownikowi wyrazy naszej wdzięczności.
Stanęła obok Bernarda. Mężczyzna nie odezwał się do niej słowem, dopóki ostatnia skrzynia nie zniknęła za płachtą polowego magazynu, a oficer, woźnica i pusty wóz – za najbliższym zakrętem.
– Widzisz – powiedział z przekąsem, zamykając kajet. – Pogadałaś z Villardem i dostaliśmy dodatkowe zapasy. Nie trzeba mu było dawać w pysk.
Parsknęła śmiechem, ale żołnierz nie wyglądał na rozbawionego.
– Wiem, powinienem trzymać język za zębami.
– Dobrze wiesz, że nie tego od ciebie oczekuję, wręcz przeciwnie. Jeżeli masz coś do powiedzenia, słucham.
– Chodzi o Doriana.
Oczywiście, że chodzi o Doriana – pomyślała.
– I o ciebie. Ostatnio oboje się za szybko rwiecie do bójek. Szczególnie ty, jesteś teraz przecież kapralką Wielkiej Armii Vretanii. Powinnaś trzymać nerwy na wodzy.
– Ale odzyskaliśmy żołd dzieciaków – bąknęła Cora.
– I przy okazji narobiliście rabanu, daliście koncert wrzasków Freseny na cały obóz i śmiertelnie wystraszyliście Rusałka. Powiedz mi, jak się teraz dowiemy, gdzie znalazł zegarek?
Odruchowo podniosła dłoń do serca i nakryła nią kieszeń z czasomierzem.
– Wysłałeś kogoś na targowisko, nie? Rusałek tam wróci. Drań zostawił cały towar.
Myliła się, handlarz nie pojawił się na targu ani tego dnia, ani kolejnego. Mimo to wysyłali patrole w okolice porzuconego kramu przez następne trzy dni. Bez efektu. Nie minęło wiele czasu i zniknął wóz z towarem, sterta drobiazgów rozrzuconych na stoisku, wreszcie sam stolik – nie miało to jednak już nic wspólnego z Rusałkiem.
Wieści o zniknięciu mebla przyniosła Irmine. Savianne ciężko westchnęła.
– Mówisz, że nic się nie ostało?
– Wszystko rozgrabili – potwierdziła dziewczyna, odrzucając na plecy długi warkocz koloru dojrzałej pszenicy.
– Dziękuję, możesz odejść.
Cora odprowadziła ją wzrokiem, potem wyciągnęła czasomierz i pochyliła się nad nim, garbiąc ramiona. Brakowało klapki, więc kunsztowny mechanizm widoczny za wskazówkami chroniło tylko szkiełko, przez które teraz biegła nieregularna, przypominająca błyskawicę rysa. Savianne obróciła zegarek i obrysowała palcem wygrawerowany z tyłu kwiat nenurińskiej lilii. Westchnęła ciężko.
Podniosła głowę, dopiero gdy padł na nią długi cień Doriana.
– Olivier musiał go zgubić w Posępnym Borze – stwierdził z irytującą pewnością w głosie.
– Może.
Jeszcze kilka dni wcześniej zapytana o ostatni raz, kiedy widziała czasomierz, przywołałaby wspomnienie poprzedniego rajdu na armię uszatków. Olivier wyciągnął go wówczas tuż przed bitwą. Zawsze tak robił. I choć z pewnością tamten dzień różnił się od innych – wszak sierżant zakończył go przed czasem, gdy runął w odmęty Bezdennego Jeziora – to Cora zapamiętałaby przecież, gdyby zmienił coś w swojej przedbitewnej, praktykowanej od lat rutynie. Musiałaby zauważyć.
A może nie?
Niczego już nie była pewna.
– Tego się nie dowiemy. Przynajmniej nie w najbliższym czasie.
Dorian delikatnie ścisnął jej ramię i przykucnął obok.
– Dorwiemy Rusałka – przyrzekł. – Prędzej czy później, ale dorwiemy.
– Taaa, ale następnym razem najpierw z nim pogadajmy.
– Co pani kapralka rozkaże.
Rozmowę przerwał im ciemnowłosy dzieciak, który wparował pomiędzy namioty drużyny.
– Gdzie dowódczyni?! – wrzasnął z całych sił na przechodzącego obok Simona, po czym nakierowany ruszył w ich stronę.
Ledwo Cora wstała, wcisnął jej w dłoń zwiniętą wiadomość i pognał dalej.
– Rozkaz do wymarszu? – zgadł Dorian.
Ta sama myśl przemknęła przez głowę Savianne. Czekali w końcu na to polecenie od kilku dni. Ale oboje byli w błędzie. Pojęła to, gdy rozwinęła przesyłkę i zauważyła widniejącą na dole pieczęć. Zdziwiona uniosła brew.
– To od pułkownika Villarda – mruknęła.
List od Teodora Villarda nie wzbudził w Corze radości, wszak w tonie był to bardziej rozkaz niż prośba. Nie chciała jednak żyć z kwatermistrzem w zwadzie, zresztą urażoną dumę ukoił nieco widok szarfy o barwie gołębiego upierzenia, którą przyniesiono jej następnego poranka.
– To dla mnie?
Posłaniec od Villarda zadarł nos i najwidoczniej uznawszy, że nie jest warta słownej odpowiedzi, jedynie nieznacznie skinął głową. Savianne bez ceregieli wyrwała mu podarek.
– Przekaż panu pułkownikowi, że postąpię, jak prosi.
Mężczyzna nie ruszył się z miejsca, niechybnie czekając na zapłatę za fatygę, lecz Cora tylko machnęła ręką.
– No, na co czekasz? W drogę.
Miętosząc gładki materiał wstęgi, przespacerowała się do wybiegu dla wywern. Zwinnie przeskoczyła przez niskie ogrodzenie.
– Dzień dobry, śliczna – powiedziała, przywoławszy Strzałę gestem. – Patrz, co dla ciebie mam.
Czarna wywerna omiotła ślepiami nieco już pognieciony podarek i parsknęła zawiedziona, bo pewnie spodziewała się jakiegoś przysmaku.
– Oj, ty to się nie znasz. Wiesz, co to jest? Dzięki temu możemy polatać nad całym obozem. Nie chcesz rozprostować porządnie skrzydeł?
Za drugim razem Strzała spojrzała na prezent nieco przychylniej, nawet przygięła kark, jakby zrozumiała, co to oznacza. Cora zaśmiała się i lekko odepchnęła łeb gadzinki.
– Jutro.
Wywerna nie musiała czekać długo, wszak i sama Savianne rwała się do lotu. Obudziwszy się przed świtem, wyskoczyła z łóżka z taką werwą, że wyrwała Doriana ze snu.
– Dokąd idziesz o takiej godzinie? – wymamrotał, ale nie czekając na odpowiedź, przewrócił się na drugi bok i po kilku sekundach znowu zachrapał.
Cora odnalazła swój tobołek, wyciągnęła świeży mundur i odziawszy się pośpiesznie, wymknęła się na zewnątrz.
– O rany, nie mów, że Villard cię o takiej porze wezwał – zagadał do niej pełniący wartę Bernard.
Pokręciła głową. Podeszła do strzeżonego przez niego ogniska i przykucnąwszy, przyjęła podaną manierkę. Choć pociągnęła tylko łyczek, bimber w mig rozpalił gardło.
– Popytaj, jak będziesz miała szansę, kiedy wyruszamy. Może pułkownik coś wie.
– Tak ci się spieszy do Posępnego Boru?
Przyjaciel wzruszył ramionami.
– Spieszyć to mi się nie spieszy, ale ileż można tkwić w miejscu? Jak długo tu już siedzimy? Kolejny tydzień mija…
Brodacz się nie mylił. Ostatni postój przedłużał się bez widocznego powodu i Savianne sama chciałaby wiedzieć dlaczego, acz nie wyobrażała sobie pogawędki na ten temat z wyniosłym oficerem. Może raczej z jego synem, którego miała wszak uczyć ujeżdżania wywern? Mimowolnie przywołała wspomnienie chłystka z tytoniem w ustach – mina, jaką ten przybierał przy każdym ich spotkaniu, nie wróżyła dobrze potencjalnej przyjaźni.
– Jeszcze łyk na drogę? – zapytał Bernard, gdy zaczęła wstawać.
Tym razem podziękowała. Gorzałka należała do tych mocnych i wystarczyło niewiele, by człowiek zaczął się chwiać w siodle. Cora ziewnęła i ruszyła ku legowisku.
Choć wybudzona przedwcześnie Strzała była markotna, dała się osiodłać oraz obwiązać szyję szarfą.
– Chyba przesadziłam, przychodząc tak o samym świcie, co? Ale nie wiadomo, jak długo będziemy mieć ten przywilej, więc trzeba korzystać, śliczna.
Jeżeli wywerna się boczyła, to jedynie przez chwilę. Poderwana do lotu, rozpostarła szeroko skrzydła i łapiąc pod nie usłużny powiew wiatru, przez dłuższy moment szybowała nad obozowiskiem Wielkiej Armii Vretanii. To wkrótce zaczęło budzić się do życia, ale opornie, o czym świadczyły wzbijające się ku niebu wrzaski dowódców, próbujących ustawić do pionu zaspanych, niechętnych porannej musztrze żołnierzy i żołnierki. Okazało się to nie lada wyzwaniem, gdyż nawet wywleczeni z namiotów i ustawieni w mniej więcej równe rzędy podkomendni nijak nie kwapili się wyprostować zgarbionych pleców.
Tylko jedna, krótko ostrzyżona brunetka, zamiast w swoje nogi spoglądała w niebo. Zaciekawiła tym swojego dowódcę, gdyż ten także poderwał głowę i zauważywszy Corę, wyszczerzył zęby i uniósł ku niej rękę.
Cora wychyliła się z siodła i z uśmiechem pomachała w stronę znajomego, lecz nie zamierzała marnować czasu na pogawędkę, więc bez zatrzymywania się poleciała dalej. Krążyła bez celu jeszcze z dobrą godzinę, aż w końcu musiała obrać kurs na namioty oddziału zaopatrzenia oraz przylegający do nich smoczy wybieg. W ich okolicy wciąż było cicho i oprócz wartowników rozstawionych przy magazynach Cora wypatrzyła jeszcze tylko jedną postać. Wydawała się znajoma, ale dopiero kiedy Strzała zniżyła lot, kapralka rozpoznała młodego mężczyznę, który przy poprzedniej wizycie zaprowadził ją do kwatery pułkownika, a potem uchronił przed ognistym wyziewem złośliwej smoczycy.
Bruno zamachał szeroko ramionami. Kiedy zeszły ze Strzałą niżej, wskazał polankę idealną na lądowisko.
– Dzień dobry, panienko Coro! – zawołał, ale sekundę później zbladł, przypomniawszy sobie najwyraźniej poprzednią reakcję Savianne na ten tytuł. – Znaczy się, pani kapralko.
– Samo Cora wystarczy. – Zsunąwszy się z grzbietu wywerny, zbliżyła się do młodzieńca. – Cieszę się, że cię widzę. Jestem ci winna przeprosiny za tamten dzień.
– E tam, zasłużyłem. W końcu to wojsko. To ja przepraszam, pani kapralko.
– Naprawdę, wystarczy Cora. Nie widziałeś może syna pułkownika? Miałam się z nim tutaj spotkać na lekcje.
– Khem, to byłbym ja.
– Och?
Zdziwienie musiała mieć wypisane na twarzy. Wszak z takim rodowodem młodzik powinien być oficerem, a nie żmudnie oporządzać smoczydła.
– Ale jestem z nieprawego łoża – dopowiedział z niezręcznym uśmieszkiem, trafnie odczytując kłębiące się w jej głowie pytania. – No i nie jestem czystej krwi Vretańczykiem.
To wiele wyjaśniało.
– Latałeś już kiedyś na wywernie?
– Tylko na smoku.
Savianne skinęła głową, choć to doświadczenie nijak nie mogło pomóc i należało zacząć od podstaw. Na szczęście Bruno był pojętny i nie musiała niczego dwukrotnie powtarzać, więc wkrótce mogli się przymierzać do pierwszego startu.
– Na początku polecę z tobą.
Strzała parsknęła, czując na grzbiecie ciężar ponad dwukrotnie większy niż zwykle. Targnęła łbem do tyłu, obdarzając ich potępiającym spojrzeniem, ale na komendę Brunona oderwała się od ziemi, a kiedy nabrali wysokości, wykonała kilka prostych akrobacji.
– Ładnie, ładnie, dobrze ci idzie. Okrążmy tę część obozu. – Cora machnęła w stronę ogrodzeń, za którymi trzymano smoczydła. – Zejdź trochę niżej.
Zatelepało, gdy Strzała zapikowała, by wyrównać lot kilka metrów nad pokrytym błękitnawą łuską cielskiem. Słysząc trzepot skrzydeł wywerny, smok zadarł pysk i nawet wysunął rozdwojony jęzor, ale wbrew podejrzeniom Savianne nie próbował pluć w ich kierunku. Jego sąsiadka – gadzina o purpurowej barwie – okazała się złośliwsza, znajdowali się jednak zbyt wysoko, by mogły ich dosięgnąć odpryski żrącej śliny.
Kilkakrotnie oblecieli zajmowany przez bestie teren, a słońce tymczasem wspięło się wysoko na firmament i zaczęło przygrzewać tak mocno, że aż drżało powietrze. Wywerna znosiła skwar dobrze, czego nie można było powiedzieć o jej właścicielce, której przesiąknięta potem koszula już wkrótce lepiła się szczelnie do pleców. Cora otarła czoło, odgarniając przy tym z oczu kosmyki brązowych włosów.
– Na dzisiaj wystarczy – wychrypiała bardziej, niż powiedziała, gdyż żar wysuszył jej gardło.
Nie widziała wiele w drodze powrotnej do lądowiska, ponieważ pot zalewał jej oczy, i zwróciła uwagę na piaskowoszarego smoka jedynie dlatego, że jego skomlenia wznosiły się wysoko pod niebo. Savianne otarła powieki i wychyliła się z siodła zza pleców Brunona. W mig dostrzegła nieszczęsnego gada, który nie tylko wił się w konwulsjach, ale pomiędzy skowytami pluł także na wszystkie strony spienionym jadem.
– A z tym smokiem to co się dzieje? – zapytała, o dziwo wyłapując we własnym tonie nutkę troski.
Bruno też już go dostrzegł. Uderzył piętami o boki Strzały i szarpnął wodze w nieudanej próbie zwiększenia szybkości lotu.
– Cora, musimy szybko wracać i znaleźć pana Lumiere'a.
– Daj mi się przesiąść do przodu i oddaj lejce. – Corze zakołatało serce, gdy przytrzymując się brzegu kulbaki, przeszła po boku wywerny, ale już po sekundzie znów siedziała bezpiecznie w siodle, tym razem z synem pułkownika za plecami. – Dokąd lecimy?
– Tam. – Wskazał na najmniejszy namiot w skupisku graniczącym ze smoczymi wybiegami.
– Trzymaj się mocno – rzuciła jeszcze przez ramię i pośpieszyła Strzałę.
Zakrztusił się, kiedy w pędzie powietrze wtargnęło mu głęboko do gardła, ale rozkaszlał się dopiero na ziemi, na którą sturlał się moment później. Nie mogąc opanować kaszlu, machnął ręką w stronę właściwej kwatery, więc Cora pobiegła do niej bez mitrężenia czasu.
– Jest tam kto? Szukam pana Lumiere'a!
– Znalazła pani. Proszę wejść.
Wsunęła się do oświetlonego blaskiem latarenki wnętrza i bezwiednie przemknęła wzrokiem po jego umeblowaniu, raczej surowym. Ot, stały tu prycza i niski stolik zarzucony rycinami, z których każda skupiała się na innym szczególe smoczej anatomii. Pochylający się nad blatem felczer studiował jedną z nich, lecz na dźwięk kroków przybyszki podniósł głowę. Cora się zdziwiła, widząc, jak młode i łagodne miał rysy twarzy, zupełnie niepasujące do kogoś okrytego niesławą.
– W czym mogę pomóc?
Bez dalszej zwłoki wyjaśniła, o co chodzi. Ledwo opisała ostatni objaw smoczego choróbska, Lumiere rzucił się ku posłaniu, a potem wyciągnął spod niego skórzaną, pobrzękującą przy najlżejszym poruszeniu torbę. Ściskając ją oburącz, bez słowa wybiegł z namiotu.
– Bruno, byłeś tu w zeszłym roku? Pracowałeś z tym całym Lumiere’em? – zapytała Savianne, kiedy wróciła do Strzały i gramolącego się z trawy, wciąż pokasłującego Brunona. Chłopak przytaknął, ale wyraźnie unikał jej wzroku, więc drążyła dalej: – To prawda, co o nim mówią?
Cora nie potrafiła sobie wyobrazić, jak myśl o podobnej potworności mogła przyjść komukolwiek do głowy. A jednak, jeśli wierzyć plotkom, które rozniosły się ostatniej jesieni wśród wojaków Wielkiej Armii Vretanii i wciąż powracały w rozmowach, Lumiere, zamiast leczyć powierzone mu po bitwie ranne wywerny, dobijał je, by następnie opróżnić ich cielska z wnętrzności. A teraz właśnie Bruno to potwierdził, kiwając głową.
– To wszystko, wszystko prawda? – dopytała, bo przecież musiały być w tych opowieściach jakieś przekłamania. – Chcesz mi powiedzieć, że ten felczer naprawdę próbował wymienić smocze serce na serce wywerny?
– Nie tylko z sercami próbował. Z innymi organami też, ale z niczym nie wyszło.
Miała dość. Wskoczyła na siodło i szarpnęła wodzami tak gwałtownie, że Strzała nie poderwała się do lotu, tylko głośno parsknęła. Kapralka ścisnęła lejce mocniej i już chciała powtórzyć rozkaz, ale jeszcze jedno pytanie cisnęło się na usta.
– Ale dlaczego? Skąd w ogóle mu przyszło do głowy, by zrobić coś tak… tak… obrzydliwego? To nie mogło zadziałać!
– Właśnie tego nie byliśmy pewni. Podania ludu mojej matki opowiadają o istotach, które przedłużały w ten sposób swój żywot. Pan Lumiere o nich usłyszał i pomyślał, że może w podobny sposób udałoby się uzdrowić smoki. Sama dziś widziałaś, co się z nimi dzieje, a czasami jest nawet gorzej. Gdyby…
– To nic więcej, jak ludowa bujda! A jeśli ten rzeźnik chciałby ponownie spróbować, to niech wie, że każdy jeździec prędzej sam dobije swoją wywernę i pośle ją w głębiny Bezdennego Jeziora, aniżeli pozwoli mu położyć na niej łapy. Pojmujesz? I wybacz, Bruno, ale po tym, co mi powiedziałeś, nie wiem, czy tu wrócę.
Twarz chłopaka zbladła i wykrzywił ją żałosny grymas, wobec którego Cora, nawet drżąc z wściekłości, nie potrafiła być okrutna. Pomasowała czoło i ciężko westchnęła, ale w końcu się ugięła.
– Dobra, wrócę, ale muszę to wszystko wpierw przetrawić.
Nie mówiąc nic więcej, poderwała wywernę do lotu. Odruchowo obrała kurs tak, by objął wybieg z chorym smokiem, otoczonym właśnie przez felczera oraz kilka postaci w metalizowanych kombinezonach. Wychyliła się z kulbaki, by lepiej widzieć – sytuacja została opanowana, przynajmniej na tyle, że smoczydło przestało się rzucać w drgawkach.
Może Lumiere usłyszał trzepot skrzydeł Strzały, a może wyczuł na sobie na wpół zaciekawione, na wpół wrogie spojrzenie, tak czy siak zadarł głowę i rozpoznawszy Corę, coś powiedział.„Dziękuję” – odczytała z ruchu jego warg. Wyprostowała się i popędziła dalej, nie oglądając się już więcej za siebie.
Nie pojawiła się na lekcji ani następnego dnia, ani jeszcze kolejnego. Jedynie – korzystając z tego, że szarfa wciąż była w jej posiadaniu – polatały ze Strzała nad obozem, omijając jednak z daleka smoki i teren zajmowany przez oddział zaopatrzenia. Wspomnienie twarzy Lumiere’a oraz nasuwany przez wyobraźnię obraz martwych wywern zaczęły w końcu blednąć, poza tym Savianne zrobiło się głupio, że ignoruje ucznia, więc trzeciego ranka postanowiła ponownie się z nim spotkać.
– Mam nadzieję, że ten bydlak nie pokaże mi się na oczy – mruknęła, gdy oporządzała wywernę przed wylotem. – Jak sobie pomyślę, że mógłby zrobić ci coś takiego… Brrr…
Na szczęście tego dnia nie widziała felczera, a później nie musiała już kusić losu: gdy wróciła do własnej drużyny, czekali na nią Bernard, Dorian oraz trzymany przez tego drugiego pisemny rozkaz. Savianne cicho westchnęła.
Postój się kończył. Nazajutrz mieli wkroczyć do Posępnego Boru.
Cora oparła plecy o pień drzewa. Rękę położyła na biodrze, tuż przy kastetowej rękojeści noża. Drugą dłonią zasłaniała usta, które uparcie i wbrew jej woli rozchylały się coraz szerzej przy każdym ziewnięciu.
– Uaaa, Irmine. Długo jeszcze? Zaraz tu zasnę.
– Jeszcze chwila – zastękały pobliskie krzaki, które w ciemności, w towarzystwie rozłożystych dębów i strzelistych sosen, przypominały zgarbioną, jakby przemykającą chyłkiem postać.
Kapralka spojrzała na nie, niemal oczekując, że wystrzelą w górę i wezmą nogi za pas. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego zatrzęsły się i ponownie zajęczały.
– Zaraza! No nie mogę. Dalej mnie ciśnie, ale nic już nie idzie!
– Mówiłam, żebyście tych jagód nie żarli. – Savianne ciężko westchnęła. – Dobra, nie śpiesz się. Cierpliwie poczekam.
Odchyliła głowę i wyszukała prześwit pomiędzy gałęziami – niebo było zachmurzone, więc nie mogła wypatrzyć choćby jednej gwiazdy. Zawiedziona zeszła wzrokiem niżej, na ciemne plamki, które tworzyły imponującą koronę drzewa i teraz poruszały się z coraz większą gwałtownością.
– Młoda, będzie padać – zapowiedziała, ledwo o sekundy wyprzedzając pierwszy grzmot. Huknęło tak, że Irmine aż pisnęła. – Dobra, wracamy. – Cora odepchnęła się od drzewa i otrzepała tyłek.
– Nie… o zaraza, nie mooogę.
Zerknęła jeszcze raz na niebo, ale to nie rozrywające je błyskawice czy nawet coraz głośniejsze grzmoty sprawiły, że jej ramiona pokryły się gęsią skórką. Coś czaiło się w ciemnościach, poza zasięgiem wzroku, lecz na tyle blisko, że mogła to wyczuć. Położyła rękę na rękojeści noża i cofnęła się o kilka kroków.
– Podciągaj portki i idziemy – syknęła, wsuwając się za krzaki i zaciskając dłoń na ramieniu dziewczyny.
– No przecież jeszcze nie skończyłam – zaprotestowała Irmine, po czym stęknęła z wysiłkiem. – Daj mi chwilę.
Coś warknęło w ciemności, może o dwadzieścia kroków dalej. Irmine pisnęła, przechyliła się gwałtownie w lewo, przez co wpadła na krzew i niemal przygniotła go do ziemi.
– Co to? – szepnęła.
– Ćśśś – syknęła Savianne i na wszelki wypadek zasłoniła dłonią usta szeregowej, a drugą docisnęła jej ramię do gałęzi. Sama padła na kolana, lądując w rzadkim gównie. – Nie ruszaj się – szepnęła.
Tkwiły tak skulone za krzakiem, nasłuchując kolejnych niskich, chrapliwych warknięć. Sądząc po natężeniu, wydający je zwierz przysuwał się coraz bliżej i bliżej. Cora mimowolnie krzyknęła, gdy gardłowy dźwięk rozległ się może sześć stóp od nich. Zdążyła jeszcze wyszarpnąć nóż z pochwy, a nawet nim machnąć, kiedy błyskawica wdarła się między drzewa i uderzyła w czubek dumnej sosny, oświetliwszy wpierw na sekundę atakującego drapieżnika.
Kapralka otworzyła usta ze zdziwienia. Po koncercie, jakim uraczyła ich kreatura, spodziewałaby się ujrzeć co najmniej wilka, nie włochatą kulę na cienkich nóżkach. Nawet obnażone zębiska nie wyglądały tak złowieszczo, szczególnie w komplecie z wytrzeszczonymi gałami. Zaiste pysk stwora wyglądał dość zabawnie. Savianne nie uśmiechnęła się jednak, wszak w Posępnym Borze nawet niepozorna wiewiórka potrafiła odgryźć człowiekowi połowę twarzy. Na szczęście zwierzę – najwyraźniej spłoszone grzmotem – przemknęło obok i zniknęło w mroku.
– Co to było? – zapytała Irmine, kiedy przedzierały się między drzewami, kierując w stronę widocznych w oddali ognisk.
– Zmora wie.
W Posępnym Borze nie brakowało roślin i zwierząt, których Cora nie potrafiła nazwać. I wcale się tym nie martwiła. W zupełności wystarczyło jej, że żadne z tajemniczych stworzeń nie zrobiło z niej jeszcze obiadku.
– O rany! – jęknęła szeregowa, gdy przestało błyskać, a zamiast tego lunęła im na głowę zwarta kolumna deszczu.
Cora przyśpieszyła, ciągnąc dziewczynę za rękę.
– A wam co się stało? – zapytał Felix Vrente, w przeciwieństwie do koleżanki niezdradzający objawów żołądkowego zatrucia. Młody drań nie był nawet zmoknięty. Choć wyznaczono go do podtrzymywania ognia, pełnił tę służbę ukryty pod prowizorycznym dachem zbudowanym z gałęzi i przeciwdeszczowego płaszcza. Kapralkę irytował uśmieszek błąkający się na jego ustach. – Szczególnie tobie, Cora. Wyglądasz, jakbyś wzięła kąpiel w gnojówce.
Dowódczyni odgarnęła z twarzy mokre kosmyki i wskazała na niemal wygaszone przez deszcz palenisko.
– Szeregowy!
Chłopak spojrzał we wskazanym kierunku, mruknął coś pod nosem, lecz sięgnął do woreczka leżącego na ziemi. Zaczerpnął z niego garść niebieskiego proszku. Nie czekała, aż wrzuci go do ognia – charakterystyczny trzask dobiegł do niej stłumiony przez ścianę wody, gdy dotarły już do wejścia namiotu. Irmine chciała podnieść płachtę, ale Savianne zatrzymała ją gestem.
– Rozbieramy się.
– Ale jak to? Przecież Dorian…
Cora przykucnęła, by rozpiąć klamerki przytrzymujące skórzane buty na stopach, później szarpnęła za zapięcie paska.
– Dorian śpi, a nawet jeśli nie, to nic nie zobaczy.
Pozwoliła spodniom opaść do kostek i uwolniła się z nich, po czym zrzuciła mokrą kurtkę. Pochyliła się jeszcze, by podnieść pasek z przytroczonym doń nożem. Resztę porzuciła i wsunęła się za płachtę. Zanim Irmine uporała się z własnym ubraniem i weszła do namiotu, Cora pogrążała się już we śnie.
***
Savianne wymamrotała coś niewyraźnie i szarpnęła się w bok, uwalniając ramię z uścisku Irmine. Staranowała przy tym jednak leżącego obok mężczyznę. Bluzgnął coś, wyrwany ze snu przez upadek z wąskiego posłania i niegroźne, acz bolesne, uderzenie o ziemię. Cora zabełkotała w odpowiedzi na rzuconą w jej stronę klątwę, rozrzuciła ramiona na boki i wcisnęła twarz w poduszkę.
– No błagam! – Szeregowa dźgnęła palcem jej łopatkę. – Obudź się, proszę…
Dorian wdrapał się na łóżko i bezceremonialnie przesunął rękę ukochanej, następnie ziewnął i szarpnął za koc, który ściągnęła w trakcie snu na swoją stronę i owinęła wokół nogi.
– Co jest? – zapytał w końcu, gdy szeregowa zajęczała po raz kolejny. – Po jaką zarazę ją budzisz?
– Bo muszę do lasu.
– No to idź.
– Nie wolno się samotnie oddalać od obozu, rozkazy Cory – zaprotestowała dziewczyna elokwentnie, choć płaczliwie. – Poza tym jakby mnie ktoś przydybał tak samą, to od razu na stryczek za próbę dezercji.
– A tam od razu stryczek. Myślisz, że my, chłopy, chodzimy w krzaki parami?
Kapralka wybudziła się już zupełnie i zaczęła przysłuchiwać rozmowie. Dla zachowania pozorów chrapnęła w poduszkę, oszukując tym może szeregową, lecz nie Doriana, który skwitował jej umiejętności aktorskie cichym parsknięciem.
