29,00 zł
Niewyjaśniony Przebłysk odciął planetę rozrywki Funlandia od reszty galaktyki i wrzucił jej gości w dekady walk o przetrwanie, zasoby i władzę. Wyłonione z chaosu i utrzymujące się od piętnastu lat porządki stają pod znakiem zapytania, gdy blokująca dostęp do części planety Bariera znika. Czy nowe ziemie staną się zarzewiem kolejnego konfliktu? I co skrywają? Potężne artefakty, zdolne zaburzyć równowagę sił, potwory czy może jeszcze inne – dotychczas przez nikogo niewyśnione – koszmary?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 375
Rok wydania: 2025
WITAMY W FUNLANDII
KATARZYNA OKELO
Copyright © by Katarzyna Okelo
Copyright © 2025 Instytut Wydawniczy „Lepsze Światy”
Wszystkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Redakcja: Patrycja Nadziak
Korekta: Anna Skóra
Ilustracja na okładce: Piotr Orleański
Tekst oraz ilustracja do książki powstały bez użycia sztucznej inteligencji.
Wydanie I
ISBN 978-83-977539-1-4
Instytut Wydawniczy „Lepsze Światy”
www.lepszeswiaty.pl
Anecie, pierwszej gościni Funlandii
Mojemu ukochanemu mężowi, Martinowi,który pewną obserwacją zainspirował motyw Mikoto
Hwang Jini wzdrygnęła się, słysząc za plecami charkot, za którym sekundę później podążył odgłos syknięcia. Oderwała policzek od kolby, a oko od celownika karabinu i odwróciła się, by obrzucić spojrzeniem rozgrabione pomieszczenie – ostały się w nim jedynie zapadnięty stelaż łóżka, materac oraz lustro na ścianie, pod którym rozsiadł się postawny brodacz. Ignorując jej wzrok, mężczyzna przysunął usta do szyjki buteleczki, odchrząknął, po czym splunął do naczynia niebieskawą, pieniącą się flegmą.
– Musisz to teraz robić?
Medyceusz puścił pytanie mimo uszu, zawarkotał niczym zepsuty silnik i strzyknął śliną ponownie. Tym razem nie wycelował dokładnie, kilka kropel spadło mu na podbródek i zadymiło przy zetknięciu z zarostem, ale niewiele sobie z tego zrobił. Przyklepał fajczące się miejsce i jeszcze raz splunął. Tym razem trafił.
– Skończyłem – oznajmił.
Zakorkował buteleczkę i odłożył ją do worka – nie dość ostrożnie, bo zabrzęczało, gdy uderzyła o inne naczynie, i Hwang była pewna, że szkło pękło. Z wnętrza torby nie wypłynęły jednak kłęby dymu, a brwi brodacza nie zmarszczyły się, gdy zajrzał do środka. Jini odetchnęła z ulgą i odwróciła się z powrotem w stronę celownika. Przymknęła lewe oko, prawe przysuwając do okularu.
– Mówiłam, że coś się kroi – oznajmiła, gestem dłoni przywołując przyjaciela. – Patrz, pojawili się nie tylko poszukiwacze fantów. Nadjeżdżają żarówki.
Zanim Medyceusz doczłapał do okna i spojrzał przez zawieszoną na szyi lornetkę, na skraju polany zaparkowały trzy białe furgonetki, każda z logo Miasta Nauki Eureka – wizerunkiem biegnącego chudzielca z żarówką nad głową – na masce. Z pojazdów wyskoczyły postacie w białych kitlach oraz niepasująca do reszty para w bordowych płaszczach i z pstrokatymi muchami na szyjach: ciemnoskóra, krótko ostrzyżona kobieta i podążający za nią krok w krok blondyn o spiczastym podbródku.
– O, widzę jakichś porządkowych – powiedział Medyceusz. – Ej, to czasem nie jest Summer Sweet?
– Tak, to chyba ona.
Hwang chętnie przyjrzałaby się słynnej funkcjonariuszce, ale ta, jakby wyczuwając obcy wzrok, schowała się z powrotem w pojeździe. Wyszła z niego, dopiero gdy żarówki rozstawiły lśniące bielą obozowisko, i szybko zniknęła wraz z towarzyszem za płachtą jednego z namiotów. Jini przeniosła uwagę na drugi skraj łąki, na brudne i połatane plandeki obozu rozbitego wcześniej przez poszukiwaczy fantów. Wśród kręcących się po tej stronie polany postaci Hwang dopatrzyła się kilku znajomych twarzy.
– Widzę Cudaka, Tessę i Leonaaa. – Ostatnie imię wypowiedziała, na wpół ziewając. Odchyliła na chwilę głowę, by przetrzeć zaczerwienione oczy.
– Gapisz się na łąkę od rana. Prześpij się trochę – zachęcił przyjaciel. – Obudzę cię, jeżeli coś się będzie działo.
Nie potrzebowała długiej namowy, na czworakach przeszła do materaca i skuliła się na nim, ignorując bijący od pokrowca smrodek wilgoci.
Gdy się obudziła, Medyceusza i jego torby już nie było, została tylko porzucona na podłodze przy łóżku lornetka. Jini podniosła się, wyciągnęła ręce do góry i stanęła na palcach, rozciągając zastygłe podczas drzemki mięśnie. Owijająca głowę czarna chusta musiała się przesunąć w trakcie snu, ale Hwang zauważyła to, dopiero kiedy uwolniony kosmyk włosów spróbował dźgnąć ją w oko, chybiając i uderzając zamiast tego w grzbiet nosa. Zaklęła i zacisnęła powieki – otworzyła je, dopiero gdy udało się ponownie uwięzić lok pod materiałem.
Zaaferowana, nie usłyszała zgrzytu uchylanych drzwi ani odgłosu kroków, dlatego prawie stanęło jej serce, kiedy rozchyliła powieki i tuż przed swoim nosem zobaczyła intruza. Zastygła na sekundę, wbijając wzrok we własną twarz, odbijającą się w ogromnych źrenicach. Oczy przybysza wypełniały niemal w całości przestrzeń między nosem a uszami, rzęsy ocierały się o przypominające kreskę usta. Hwang nie potrafiłaby nic wyczytać z tego oblicza, na szczęście przeczucie ocuciło ją z zaskoczenia i kazało rzucić się w bok, w samą porę, by uniknąć ostrza noża.
Napastnik rzucił się do okna. Zignorował leżący pod nim plecak, sięgnął za to po karabin. Jini nie czekała, aż zaciśnie palce na kolbie, z wrzaskiem natarła na intruza, zamachując się poderwaną z podłogi lornetką. Mężczyzna cofnął się od łupu, raczej odruchowo niż ze strachu, ale Jini nie zrobiło to żadnej różnicy. Ważne, że zyskała czas, by chwycić bagaż oraz pasek karabinu, zarzucić je niedbale na ramiona i wyskoczyć na zewnętrzny parapet. Uczepiła się szyldu, na którym widniał napis Leśna przystań, następnie rynny i wspięła się na dach. Ostrożnie wyjrzała zza krawędzi.
Mężczyzna próbował podążyć jej śladem, nawet udało mu się doskoczyć do neonu i na nim zawisnąć. Zamachał nogami raz i drugi, ale zabrakło mu sił, by się podciągnąć, i po kilku sekundach z krzykiem poleciał w dół. Miał drań szczęście – zamiast na wypłowiałym trawniku wylądował w gałęziach rozrośniętego krzaka. Zajęczał, ale bez trudu poderwał się na nogi, otrzepał spodnie i wbiegł do pensjonatu. Przez chwilę Hwang spodziewała się, że wielkooki ponowi pościg. Kiedy tak się nie stało, odetchnęła z ulgą, położyła się na dachówce i spojrzała przez celownik w stronę polany.
Kiedy spała, na łące zrobiło się tłoczno. Przestrzeń między obozami żarówek i poszukiwaczy fantów skurczyła się, środek polany zapełniły odrapane pojazdy, połatane namioty, tu i ówdzie rozbłysły ogniska. Przy jednym z nich Jini zauważyła Medyceusza – mężczyzna jedną dłonią rozdawał wyciągnięte z torby buteleczki, drugą przyjmował zapłatę: pieniądze, ale też pudełka, butelki z alkoholem czy różnej wielkości woreczki. Hwang zemdliło, gdy zobaczyła, jak młoda dziewczyna bez wahania przelewa zawartość z zakupionego naczynka do miski z wodą i energicznymi ruchami ochlapuje twarz – tak przygotowany specyfik podobno działał cuda dla skóry.
Handlarz dokończył transakcje, zarzucił worek z zarobkiem na ramię i opuściwszy zgromadzenie, ruszył w kierunku drzew. Zanim dotarł do schodów pensjonatu, Jini zsunęła się po rynnie na ziemię. Dobiegające z wnętrza budynku, mieszające się ze sobą krzyki od razu nasuwały na myśl jedno słowo – awantura. Hwang obejrzała się płochliwie, zacisnęła rękę na łokciu Medyceusza i odciągnęła go od drzwi.
– Mamy nieproszonych gości – wyjaśniła, gdy zaprotestował. – Jeden prawie mnie dźgnął nożem.
Brodacz zaklął, ale podążył za nią leśną ścieżką, która wijąc się między sosnami, prowadziła do stróżówki. Klamka ustąpiła pod naciskiem, ale zawiasy zaskrzypiały i coś zgrzytnęło, gdy drzwi wsunęły się do wnętrza. Mężczyzna klasnął kilkakrotnie, następnie odnalazł dłonią na ścianie przełącznik i nacisnął raz, drugi, trzeci.
– Nie ma elektryczności – oznajmił, wycofując się z budynku.
Jini ledwo zarejestrowała, co powiedział, bardziej interesowała ją wyrastająca za stróżówką Bariera – tworząca ją mgła była tak gęsta, że przypominała bardziej zaspy śniegu. Podeszła bliżej i przyłożyła do niej dłoń. Początkowo czuła, jakby naciskała kamień, lecz po kilku sekundach opór zelżał, a palce zaczęły się zagłębiać w bieli. Czyżby naprawdę…
Mgła oblepiła nadgarstek i wydawało się, że zaczyna zastygać wokół niego, więc poszukiwaczka fantów wyszarpnęła rękę i wytarła ją o spodnie. Zwinięcie dłoni w pięść przyszło jej z trudem, palce zginały się z oporem, ale to wrażenie rozwiało się po dłuższej chwili.
Z rozczarowaniem spojrzała na przeszkodę, a potem na kompana, który przysiadł na progu stróżówki i z latarką w dłoni przerzucał zawartość torby. Wreszcie wygrzebał dwie butelki z alkoholem, jedną podał towarzyszce, drugą odkorkował, pomagając sobie zębami. Stuknęli szkłem o szkło i Jini upiła łyk – poczuła cierpkość wódki na języku, za którą podążyło ciepło rozlewające się po podniebieniu. Kombinacja, początkowo wykrzywiająca gębę, szybko zachęcała do następnego przytknięcia butelki do ust. Hwang napiła się ponownie, po czym przysiadła obok Medyceusza i położyła mu głowę na ramieniu.
– Bariera wydaje się solidna, jak zawsze – stwierdził oczywistość, drapiąc się przy tym po nosie.
– Podobno ma się przerzedzić do jutrzejszego wieczora – mruknęła Jini. Jako że przybyli tutaj na jej życzenie, poczuła, że powinna się wytłumaczyć. – Pewności nie ma, ale patrz, ilu ludzi się zjechało. No chyba nie po nic.
Ostatni argument nie był zbyt przekonywający, przecież co jakiś czas rozchodziły się plotki o rychłym zniknięciu Bariery, które ściągały w te okolice tłumy poszukiwaczy fantów, problemów i wrażeń. Dotychczas mglista ściana nic sobie nie robiła z pobożnych życzeń, próśb czy płynących z głębi serca bluzgów. Od kiedy pojawiła się sześćdziesiąt lat temu podczas Przebłysku – tajemniczego zjawiska, które rozświetliło niebo Funlandii kilka dni po Wielkim Otwarciu parków rozrywki zbudowanych przez korporację Eventyrland Inc. – uparcie dzieliła planetę na dwie części. Co się stało z atrakcjami, które znalazły się po drugiej stronie, z obsługującymi je ludźmi i robotami, wreszcie z odwiedzającymi, tego nikt nie wiedział. Podobnie jak inne planety Układu Planetarnego Śnieżnej Orchidei, świat za Barierą pozostawał głuchy na próby nawiązania kontaktu. Być może nadszedł czas, by rozwikłać tę zagadkę. W każdym razie coś musiało być na rzeczy, skoro Rada Porządkowa przysłała samą Summer Sweet.
Noc spędzili w stróżówce. Czy to przez wcześniejszą drzemkę, czy może myśli o przekroczeniu Bariery, które pobudzały serce do szybszego bicia, Jini nie mogła zmrużyć oka i z ulgą powitała pierwsze wpadające przez okna promienie słońca. Poderwała się, przez kilka minut krążyła po pomieszczeniu, obrzucając wzrokiem ekrany martwych monitorów i wyblakłe papierzyska.
Wreszcie sięgnęła po leżący pod nimi katalog. Książeczek tego typu pałętało się po Funlandii mnóstwo i każda zawierała mapę planety – dzięki nim wiedziano, co znajduje się także w niedostępnych częściach globu. Ten egzemplarz skupiał się na najbliższych – jak głosił nagłówek – atrakcjach i połowę stron wypełniały zdjęcia przedstawiające obwieszone lustrami ściany.
Na wielu z nich pojawiała się kobieta o oczach w kształcie migdałów, w błękitnej, sięgającej kolan sukience z bufiastymi rękawami, oraz jej zniekształcone w krzywych zwierciadłach odbicia. Hwang poczuła do modelki mimowolną sympatię, być może dlatego, że dopatrzyła się w jej twarzy podobieństwa do własnej – obie miały niesymetryczne usta, z górnymi wargami układającymi się nierówno na dolnych, jakby natura, składając ich twarze, zrobiła to pośpiesznie i niedokładnie, lecz uzyskała przez to niedopatrzenie całkiem uroczy efekt. Różniło je wszystko inne, w tym i to, że gęste loki kobiety ze zdjęcia opadały swobodnie na ramiona i wydawały się nie mieć zabójczych zamiarów.
Jini zwinęła katalog w rulonik, wsunęła do kieszeni, a później ruszyła do drzwi – już prawie nacisnęła klamkę, kiedy z zewnątrz dobiegły głosy. Poszukiwaczka fantów przylgnęła do ściany i szurając o nią ramieniem, przysunęła się do najbliższego okna.
Summer Sweet stała o kilka kroków od budynku, odwrócona profilem, i Hwang mogła jej się wreszcie przyjrzeć, a nawet policzyć zmarszczki nieśmiało rozbiegające się od kącika ust i powieki. Nie dopatrzyła się wielu, co dziwiło – po Funlandii krążyło wielu zdziadziałych przedwcześnie nieszczęśników, którym troski posrebrzyły skronie i pomarszczyły twarze, ale Sweet wyglądała młodziej niż wielu z nich, mimo że urodziła się tydzień po Przebłysku i była naocznym świadkiem niemal całej historii Funlandii. Więcej od niej przeżyli jedynie przybyli na planetę sześćdziesiąt lat temu Goście Wielkiego Otwarcia oraz przygotowujący wydarzenie pracownicy Obsługi. Mimo że z roku na rok uszczuplane, obie grupy wciąż pozostawały o wiele liczniejsze od pokolenia Summer, z którego do czasów obecnych przetrwało zaledwie kilkanaście osób. Przynajmniej jeśli mowa o tej stronie planety.
Myśl ta musiała zaświtać także w głowie porządkowej, gdyż zapytała:
– Dee Dee, myślisz, że ktoś tam jest?
W zasięgu wzroku pojawiła się wysoka szatynka w białym kitlu.
– Nie wiem, może – odpowiedziała, sięgając do przewieszonej przez ramię torby. Wyciągnęła długi, prosty drut, następnie podeszła do Bariery i dźgnęła nim mgłę. Jeżeli ta stawiała jakiś opór, Hwang nie potrafiła tego dostrzec. – Wkrótce się przekonamy.
Gdy kobiety oddaliły się w stronę obozowiska, Jini wymknęła się ze stróżówki i podeszła do Bariery. Z łatwością zanurzyła się w mglistym murze, mogła nią bez problemu machnąć czy zatoczyć koło, pokonując opór nie mocniejszy niż ten stawiany przez zebraną w misce wodę. Być może do wieczora mgła przerzedzi się zupełnie, ale Jini była przekonana, że mogliby rozpocząć pokonywanie przeszkody już teraz, zdobywając nawet kilkanaście godzin przewagi zarówno nad ekspedycją z Eureki, której towarzyszyli porządkowi, jak i zebranymi na polanie bandami poszukiwaczy fantów. Ledwo ta myśl się pojawiła, nabrała rangi planu.
– Jesteś pewna, że to bezpieczne? – zapytał Medyceusz, kiedy już go obudziła i wyjaśniła sytuację.
– Całkiem pewna. Zresztą możesz sam sprawdzić.
Bez protestów, ale i bez entuzjazmu podążył za nią do Bariery. Chrząknął, wytarł dłoń o spodnie i rozcapierzając palce, zanurzył je w bieli, by po sekundzie wyrwać z niej przypominający puch kłębek i posłać go w kierunku stróżówki. Powtórzył ten gest kilkakrotnie, z każdym kolejnym ruchem zagarniając coraz większe pasma i powiększając zagłębienie w równej dotychczas ścianie Bariery.
– No dobra – zdecydował po chwili. – Możemy spróbować. Pójdę przodem.
Po kilkunastu krokach Jini nabrała pewności, że się nie myliła. Bariera rozrywała się pod ich naporem niczym papier. Im dalej brnęli, tym mniejszy stawiała opór, zaczęli również trafiać na luki i wolne przestrzenie, gdzie nie było jej wcale.
– Jini!
Hwang podążyła wzrokiem w kierunku, który wskazywał Medyceusz, i głośno westchnęła. Zza cienkiej niczym pajęczyna warstwy mgły wyłonił się pałac ze szkła, tak strzelisty, że kobieta musiała zadzierać głowę, by objąć go w całości spojrzeniem. Znajdowali się blisko, wystarczyło odbić w prawo i pokonać może kilkaset metrów, aby dotrzeć do bramy. Jini poczuła się nieswojo. Studiując mapę, zakładała, że przebycie dystansu do Pałacu Tysiąca Odbić zajmie im co najmniej półtorej godziny, a przecież zaczęli przekraczać Barierę zaledwie przed kwadransem.
Coś za łatwo to wszystko idzie – przemknęło jej przez myśl.
Medyceusz chyba pomyślał podobnie, bo choć ruszył przed siebie, zaczął się rozglądać i ostrożniej stawiać kroki. Nic im jednak nie stanęło na drodze i bez przeszkód dotarli do celu, zostawiwszy za plecami ostatnie mleczne pasma, które w tym miejscu i tak unosiły się już tylko przy ziemi.
Wymienili spojrzenia. Jini zdjęła przewieszony przez ramię karabin, przysunęła celownik do oka i obejrzała dokładnie każdy cal górującej nad nimi ściany, wyłożonej szklanymi, ale nie przejrzystymi panelami. Jeżeli część z nich pełniła funkcje okien, Hwang nie była w stanie określić które. Zignorowała piękno odbijającego się w niezliczonych lustrach nieba i przeszła przez drzwi uchylone przez kompana.
– Hej, hej, jest tu kto? – zawołał, a jego głos odbił się od pokrytych marmurem ścian i sufitu, by powrócić zwielokrotniony echem.
Hwang obróciła się wokół własnej osi, sprawdzając pomieszczenie. Poświęciła przy tym szczególną uwagę ukrytym w ścianach wnękom. W jednej z nich znajdowała się budka biletowa, w innej punkt informacyjny, najszerszą oddzielono prostokątnym stołem, za którym stały w rzędach metalowe stojaki z wieszakami.
– Nikogo tu nie ma – powiedziała cicho Jini, wskazując na oblepione pajęczynami ubrania. Każda ściana, posadzka czy blat lśniły czystością, ale małe roboty utrzymujące porządek w Funlandii nie zostały zaprogramowane, by dbać o dobytek odwiedzających planetę gości. Kurtki i płaszcze płowiały więc przez lata, zbierając kurz i stając się bezpieczną przystanią dla insektów. Przez moment Medyceusz przyglądał się im w milczeniu.
– Tym lepiej dla nas – wydusił w końcu.
Bez zapału przeskoczyli ladę szatni i zaczęli przeglądać odzienia, przetrzepując kieszenie w poszukiwaniu wartościowych fantów. Na dnie plecaka Jini wylądowały elektryczna zapalniczka, cztery pary rękawiczek, chusta z wyhaftowanym przy krawędzi „JRR”, metalowe etui ze strzykawką, pudełko z ciemnozielonymi pastylkami, na końcu zaś brelok o kształcie diabelskiego młyna. Odczepiony od metalowego kółka klucz Jini upuściła na posadzkę, na której piętrzyły się już odrzucone wcześniej przedmioty, głównie złożone na pół ulotki i posklejane kulki z miękkiego papieru.
– Jak wyglądam?
Podniosła wzrok. Przyjaciel zarzucił na plecy żółte palto i poruszał ramionami, poprawiając ułożenie materiału na barczystym ciele. Płaszcz przetrwał próbę czasu, zachowując jaskrawy kolor, choć jak na jej gust za bardzo opinał bicepsy. Ważyła w myślach ocenę, ostatecznie kiwnęła głową na znak aprobaty.
Opuścili hol i po przejściu krótkiego korytarza znaleźli się w pierwszej komnacie. Zupełnie pustej, jeśli nie liczyć obwieszających ściany luster. Jini przyjrzała się swojej twarzy w najbliższym z nich, szukając zniekształcenia, ale nie potrafiła go dostrzec. Wyglądała jak zwykle także w drugim i trzecim zwierciadle. Dopiero przy czwartym wyłapała jakąś zmianę: nos się wydłużył, twarz nieznacznie zeszczuplała i zrobiła się bardziej pociągła. W kolejnym na odwrót – policzki zaokrągliły się jak baloniki. Mijane lustra to kurczyły, to rozciągały różne części ciała, nadając sylwetce i głowie coraz nowsze, mniej przypominające oryginał, formy. Początkowo to kobietę ciekawiło, raz czy dwa razy nawet uśmiechnęła się pod nosem, ale wkrótce ogarnęło ją znużenie. Równie szybko znudziło ją rozmyślanie o funkcji głębokich, ale wąskich szczelin, które przecinały kamienną posadzkę, tu i ówdzie łącząc się ze sobą i układając w skomplikowany wzór.
Medyceusz stłumił ziewnięcie i zapytał:
– Gdzie jest dom handlowy i hotel?
Podała mu wyciągnięty z kieszeni katalog. Nie zwalniając kroku, zaczął go wertować, aż natrafił na stronę, na której widniał schemat Pałacu Tysiąca Odbić.
– O matko jedyna – zajęczał. – Nigdy tam nie dojdziemy.
Zerknęła na mapkę. Hotel, restauracja i dom handlowy były po drugiej stronie budynku i dotarcie do nich wymagało przejścia kolejnych siedmiu pomieszczeń, w tym sali balowej, która – jeżeli wierzyć proporcjom mapy – zajmowała powierzchnię niemal równą tej, jaką przebyli w ciągu ostatnich czterdziestu minut. Ale sklepiki z pamiątkami ulokowano bliżej – wystarczyło przejść przez jeszcze jeden pokój.
Przyśpieszyła, widząc wskazujący drogę szyld w kształcie strzałki, i z ulgą przeszła do korytarza pełniącego rolę alejki handlowej. Wzdłuż ścian ciągnęły się wyłożone drobiazgami stoiska, które od razu przykuły ciekawość Medyceusza. Zagarnął niemal wszystkie puzderka wyłożone na wystawie pierwszego sklepiku i tylko jedno, zamiast do czeluści jego torby, trafiło do plecaka Jini. W milczeniu przechodzili od stoiska do stoiska, przerzucając wyłożone na nich towary i chowając co przydatniejsze do bagaży.
– Słyszałaś to? – zapytał nagle Medyceusz.
– Hę? – mruknęła obojętnie Hwang, potrząsając szklaną kulą z miniaturową wersją Pałacu Tysiąca Odbić w środku; białe pyłki zawirowały pod kopułą, zasłaniając na kilka sekund model budynku.
– Jini, słyszysz to?
Teraz poszukiwaczka fantów usłyszała. Stukot dobiegał do nich stłumiony przez dystans kilku pomieszczeń, przerywany co jakiś czas jękiem rozpadającego się na tysiące kawałków szkła. Wkrótce nad oboma odgłosami zaczął dominować inny, aż nadto wyraźny dźwięk – gardłowy rechot.
– Tutejsi? – mruknął Medyceusz. – A może już nasi koledzy po fachu?
Kimkolwiek byli, Jini wolała pozostać poza zasięgiem ich wzroku. Zarzuciła szelkę plecaka na ramię, poprawiła pasek karabinu obciążającego drugie i ruszyła ku wyjściu z alejki.
Przemierzyli kolejną komnatę, zerkając przelotnie w kierunku ściany – tym razem zamiast ogromnych szklanych tafli pokrywała ją mozaika z mniejszych, różnokształtnych i zabarwionych coraz to innymi kolorami zwierciadeł. Myśli wyprzedziły ją i przekraczały właśnie próg sąsiedniego pomieszczenia, określonego w katalogu mianem „Bajkowej Sali Balowej”. Domniemany na podstawie mapy rozmiar budził niepokój, szczególnie teraz, gdy mieli za plecami coraz bardziej hałaśliwych nieznajomych.
Medyceusz przystanął przed łukiem łączącym obie sale i zaklął. Hwang przez moment patrzyła na białe kłęby, które wypełniały niemal w całości wejście do sali, pozostawiając jedynie wąski prześwit przy futrynie po prawej stronie. Wyciągnęła rękę i spróbowała zanurzyć ją we mgle, ale palce odbiły się od niej jak od ściany.
– No to by było na tyle – stwierdził ponuro Medyceusz.
Odwrócił się, przeszedł kilka kroków i uderzył w sześciokątne, podbarwione na zielono lustro. Szkło jęknęło, ale pozostało nietknięte. Cios musiał jednak zaboleć, mężczyzna oparł się bowiem plecami o ścianę, docisnął pięść do brzucha i wnętrzem drugiej dłoni zaczął rozmasowywać obite knykcie.
Jini zauważyła to kątem oka, lecz nie zareagowała. Skupiła uwagę na wolnej przestrzeni przy futrynie. Wsunęła się w nią, trzymając w rękach karabin gotowy do strzału, i znalazła się między mgłą a lustrami, w swoistym korytarzyku, który doprowadził ją do rogu sali, by następnie odbić w bok, wzdłuż kolejnej ściany. Westchnęła, widząc przeciwległy kraniec pomieszczenia, i już miała zawołać przyjaciela, ale przypomniawszy sobie o intruzach, cicho wycofała się do wyjścia.
Świdrujący wrzask zaatakował ją niemal w tym samym momencie co odór przypalanych włosów i skóry, zaledwie o sekundy poprzedzając widok twarzy Medyceusza – napuchłej, z wywalonym na wierzch językiem, z którego skapywały krople żrącej śliny. Mężczyzna szarpał się, usiłując uwolnić szyję z uścisku wielkich, zielonkawych dłoni. Jini rzuciła się ku niemu, ale ledwie zdała sobie sprawę, że potępieńcze krzyki nie mogą dobiegać z krtani przyjaciela, a atakujące go ręce wyłaniają się ze ściany, kiedy coś chwyciło za jej plecak i szarpnięciem pociągnęło ją w stronę najbliższego lustra. Uderzyła bokiem głowy o szkło tak mocno, że aż zadźwięczało jej w uszach, a usta zalała fala metalicznego posmaku.
Nawyki na szczęście wzięły górę. Zanim w głowie ukształtowała się sensowna myśl, palec już naciskał spust wycelowanego w ścianę karabinu. Ogłuszona hukiem Jini upadła na posadzkę, a ostre odłamki obsypały uniesione odruchowo ramię. Atakująca ją istota zniknęła.
Hwang poderwała głowę i rzuciła spojrzenie w stronę ściany, zawieszając je na sekundę na dymiącej przy brzegach wyrwie, po czym podniosła się na kolana i przysiadła na piętach. Zignorowała lepką strużkę spływającą z ust na brodę, uniosła broń, przyłożyła oko do celownika, zmówiła w myślach krótką modlitwę i nacisnęła spust. Tym razem kula opuściła lufę z cichym piskiem, świsnęła obok ucha brodacza i uderzyła w lustro, od którego odbiła się niczym gumowa piłka. Na zielonkawej powierzchni pojawiło się pęknięcie, które pogłębiło się, gdy Medyceusz uderzył o nie tyłem głowy. Atakujące go dłonie wycofały się i rozpłynęły w szklanej powierzchni. Mężczyzna osunął się na podłogę.
Jini wytarła usta o mankiet kurtki, przejechała dłonią po ramieniu, strzepując fragmenty szkła na posadzkę, i pobiegła do przyjaciela. Pobliskie zwierciadła zaczęły się wypuklać, ich powierzchnia zamgliła się i przez chwilę przypominała bardziej ciągliwą błonę niż szkło. Nim wyłaniające się z niej palce zdołały musnąć czubek głowy brodacza, Hwang pośpiesznie złapała za jego kostki i kilkoma gwałtownymi szarpnięciami odciągnęła mężczyznę od ściany. Medyceusz zaskrzeczał, przewalił się na bok i zaczął przeraźliwie kaszleć, aż w końcu zgiął się wpół i zwymiotował. Żółtawa papka zadymiła, roznosząc po pomieszczeniu mdlący odór.
– Możesz wstać? – zapytała Jini, podnosząc porzucony podczas szarpaniny plecak.
– Chyba tak.
Zaczął się gramolić z ziemi, podpierając się jedną ręką, a drugą pocierając czerwone kręgi na szyi. Kolana dygotały mu niczym galareta, dlatego Hwang wsunęła się pod jego ramię i przejęła część ciężaru, używając jednocześnie karabinu jak laski.
Rozważyła dostępne opcje. Przejście przez salę balową odpadło, przecież musieliby omijać lustra w odległości kilku centymetrów, pozostając w zasięgu… w zasięgu… w zasięgu czego? W zasięgu kogo? Hwang obrzuciła wzrokiem najbliższe zwierciadła, ale zobaczyła jedynie własne, zwielokrotnione oblicze. Nie ma mowy. Choć drogę powrotną odcinały wrzaski i rozlegające się coraz bliżej odgłosy tłuczonego szkła, ciągle wydawała się lepszą opcją, więc Jini objęła przyjaciela w pasie i zawrócili.
Początkowo brnęli przed siebie niemrawo, gubiąc kroki, i Hwang tylko czekała, aż ciężar kompana powali ją na posadzkę. Tak się jednak nie stało. Nacisk na bark nagle zelżał i zaczęli iść szybciej, po kilku minutach nawet zastąpili raźny marsz truchtem, lecz dopiero po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że Medyceusz wcale nie zaczął żwawiej poruszać nogami – po prostu teraz przebierał nimi w powietrzu. Otworzyła zdumiona usta.
Superfant? Od kilku minut wyczuwała charakterystyczną woń słonego karmelu, która zwykle otaczała aktywne artefakty, ale dotychczas myślała, że wydziela ją trzymany w dłoni karabin. Teraz ostrożnie powąchała ramię towarzysza i zagryzła dolną wargę – niewątpliwie zapach bił od jaskrawożółtego materiału palta. Przyśpieszyła, czując, jak serce zaczyna trzepotać w klatce piersiowej. Płaszcz okazał się pomocny, ale jako dziki, nieoswojony superfant był nieprzewidywalny i w każdej chwili mógł im sprowadzić na głowę nieszczęście. Nie miała czasu, by w pełni rozważyć potencjalne zagrożenia, gdyż dotarli do sali, w której – sądząc po panującym wewnątrz hałasie – trwała właśnie bijatyka.
Nie widzieli walczących. Zwierciadła, które wcześniej tkwiły przy ścianach, w międzyczasie poprzesuwały się do wnętrza pomieszczenia i połączyły ze sobą, tworząc klaustrofobiczny labirynt. Jini pomogła przyjacielowi usiąść pod łukiem wejścia, po czym zaciskając jedną dłoń na kolbie, a drugą podtrzymując lufę karabinu, wsunęła się w pierwszy korytarz.
Przeszła kilka kroków, rozglądając się czujnie na boki, lecz oczekiwany atak nie nadszedł, lustra odpowiedziały na podejrzliwe spojrzenia jedynie odbiciem jej komicznie powiększonych oczu. Szła więc dalej, z palcem na spuście, kierując się w stronę dobiegających z głębi labiryntu odgłosów awantury. Im bliżej podchodziła, tym łatwiej mogła rozpoznać dźwięki, wśród nich brzęk rozbijanego szkła, męskie okrzyki, pojedynczy, ale donośny kobiecy głos, odbijający się od sufitu, świdrujący uszy sygnał alarmowy, a pod tym wszystkim majaczący na granicy słuchu warkot. Ten ostatni zaczął się przybliżać szybciej niż pozostałe, jakby wychodząc kobiecie na spotkanie – wkrótce dołączył do niego niski, basowy głos.
– Szanowny gościu – mówił flegmatycznie. – Zostaniesz obciążony kosztami naprawy zniszczonego wyposażenia.
– Pierdol się – odpowiedział szanowny gość, bez śladu skruchy.
– Za wielokrotne złamanie regulaminu Pałacu Tysiąca Odbić twój bilet zostaje unieważniony, bez prawa do zwrotu pozostałego kredytu – ciągnął niezrażony bas. – Musisz niezwłocznie i na własny koszt opuścić Funlandię. Twoje zachowanie naruszyło artykuły numer dziesięć, czterdzieści trzy i dwieście szesnaście Międzyplanetarnego Kodeksu Karnego Układu Planetarnego Śnieżnej Orchidei i zostanie to zaraportowane stosownemu organowi wymiaru sprawiedliwości, właściwemu twojej rodzinnej planecie.
Bluzgi, które dobiegły do uszu Jini, rozległy się tuż za ścianą, w równoległym korytarzu. Zatrzymała się, czekając, aż wysoki, niebiesko-biały robot z napisem ochrona na piersi pokona zakręt i znajdzie się w zasięgu wzroku. Maszyna nie zdążyła zahamować. Choć celny strzał w sekundę pozbawił ją głowy, małe kółka pokonały jeszcze kilka metrów, zanim znieruchomiały. Uwięziony w stalowym uścisku mężczyzna zamrugał wielkimi, wypełniającymi niemal całe policzki oczami, po czym machnął wiszącą kilka centymetrów nad posadzką nogą.
Jini zaklęła w myślach. Twarzy więźnia nie dało się zapomnieć, ale kobieta nie odnalazła w jego spojrzeniu śladów rozpoznania. Wkurzyło ją to. Nie raz, nie dwa nastawano na jej życie, ale dotychczasowi napastnicy mieli przynajmniej dość przyzwoitości, by pamiętać ją dzień później. Najchętniej strzeliłaby wielkookiemu między gały. Z trudem się powstrzymała i skierowała broń bardziej w lewo.
– Nie ruszaj się.
Skupiona wiązka czerwonego światła oblizała nadgarstek ręki robota, oddzielając ją od mechanicznego cielska. Poszukiwacz fantów upadł na plecy, wydając przy tym trudny do zakwalifikowania odgłos, hybrydę sapnięcia i pisku, ale poderwał się, nim Jini zdążyła się zbliżyć.
– To was zaatakowało? – zapytała, wskazując brodą na elektrycznego ochroniarza.
Nieznajomy w odpowiedzi pociągnął nosem i przytaknął.
– Dobra. Droga z tamtej strony jest odcięta – wyjaśniła, wskazując kierunek, z którego przyszła. – Pomogę wam uporać się z ochroniarzami, ale trzeba się stąd zwijać. Nie ma co czekać na porządkowych. Zgoda? No to prowadź.
Wielkooki machnął dłonią, zachęcając ją do pójścia przodem, ale Hwang odmówiła i ruszyła kilka metrów za nim, przezornie trzymając broń wycelowaną w jego plecy, a wzrok w tył głowy.
Skupiona na pilnowaniu mężczyzny, Jini zauważyła ruch z lustra po prawej o kilka sekund za późno, by odskoczyć. Odruchowo wyrzuciła w tym kierunku pięść, a ta zamiast uderzyć w powierzchnię szkła, zanurzyła się w niej. Poszukiwaczka fantów wyszarpnęła dłoń i wrzasnęła, bardziej z zaskoczenia niż bólu. Czyjeś paznokcie wbiły się jej w ramię, tuż pod szelką plecaka, ale ledwo to zarejestrowała – uwagę niemal w całości pochłaniał widok jej odbicia, rozdzieranego pod naporem innej, wyraźnie starszej i zdecydowanie męskiej twarzy.
Krzyk zwrócił uwagę wielkookiego. Mężczyzna odwrócił się, ocenił wzrokiem sytuację i ruszył w stronę szarpaniny. Jini bezwiednie się uchyliła, dzięki czemu zaciśnięta pięść tylko musnęła ucho. Zdrajca nie tracił czasu, uderzył ponownie, tym razem w pierś, drugą dłonią wyrywając karabin. Serce powędrowało w górę, prawie do gardła, kiedy Jini poczuła chłód metalu pod podbródkiem.
– Co, do kurwy? – zapytał wielkooki, gdy z lufy, zamiast kuli, wyskoczyło kilka mydlanych baniek.
Nie zdążył dodać nic więcej. Jini chwyciła go za kark i przywaliła jego głową w lustro, raz, drugi, trzeci, czwarty – do skutku, aż na czołach obu napastników pojawiły się wyraźne pęknięcia. Jeszcze jedno uderzenie i szkło rozpadło się na tysiąc kawałków, a na nos wielkookiego wypłynęła krwawo-szara miazga.
– Nie ma przyjaźni między poszukiwaczami fantów – mruknęła pod nosem Hwang Jini, wyrywając karabin z martwych palców.
Wyprostowała się i spojrzała na najbliższe zwierciadło, ale zamiast własnego odbicia zobaczyła inną postać, w której z sekundowym opóźnieniem rozpoznała dziewczynę z katalogu. Ta rozszerzonymi oczami wpatrywała się w leżące u stóp Jini zwłoki oraz odłamki szkła, skuliła się i zasłoniła dłońmi usta.
– Jini, trzymaj się! – wrzasnął Medyceusz. – Biegnę!
Hwang podskoczyła, kiedy za plecami rozległa się seria huknięć, każde jedno zwieńczone dźwiękiem rozbijanego szkła. Bez namysłu wcisnęła twarz w ramię, niemal w tej samej chwili, w której pobliskie zwierciadło pochyliło się, by z łomotem uderzyć o inne, po drugiej stronie korytarza.
Gdy ponownie poderwała głowę, z ocalałych luster spoglądały na nią jedynie jej własne oblicza. Dolna część jednego ze zwierciadeł przesunęła się w bok i z ukrytego przejścia w ścianie zaczęły wyjeżdżać sięgające kolan roboty sprzątające, które następnie rozproszyły się, by z cichym buczeniem zacząć przemierzać posadzkę. Jeden z nich uderzył o nogę Medyceusza.
– Jini, patrz, co zrobiłem. – Brodacz zignorował maszynę i wskazał przed siebie. – Tylko się potknąłem i wpadłem ramieniem na lustro.
– Yhym.
Jini spojrzała na powalone ściany labiryntu. Przejście biegło przez całą salę, aż do wyjścia po drugiej stronie, w którym nagle pojawili się czarnoskóra kobieta i blondyn ze spiczastym podbródkiem, a za nimi jeszcze z dziesięć innych osób, każda w bordowym płaszczu oraz z pstrokatą muchą pod brodą. Przez salę przebiegł wysoki, krótki dźwięk. Roboty sprzątające ucichły i znieruchomiały.
Hwang Jini sapnęła i odskoczyła w bok, chowając się za najbliższym lustrem. Docisnęła karabin do piersi i poruszyła ustami w bezdźwięcznym przekleństwie. Nie było szansy, by po spotkaniu z porządkowymi pozostała właścicielką karabinu, nie bez walki, nie bez pozostawienia za sobą kilkunastu trupów.
– Ty tam! – Męski głos zatrzymał Medyceusza w miejscu. – Ani kroku dalej.
Brodacz zastygł w nogą w powietrzu, rzucił przyjaciółce znaczące spojrzenie i poruszył ustami.
– Spadaj stąd.
Wygiął lekko dłoń, wskazując na coś palcem. Jini spojrzała w tamtym kierunku i stłumiła wyrywające się z piersi westchnienie – jeden ze sprzątaczy zatrzymał się, gdy wyjeżdżał właśnie ze ściany, blokując tym samym szklane drzwi. Hwang przekradła się do nich, omijając leżące wokół odłamki. Wsuwając się do tunelu, rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie Medyceuszowi, ale ten już na nią nie patrzył, stał z twarzą skierowaną przed siebie i uniesionymi ramionami. Z wnętrza sali dobiegały protesty, najpewniej kompanów wielkookiego, ale nim na dobre rozgorzały, przerwała je Summer Sweet:
– Nie macie prawa tu być. Nadaliśmy temu budynkowi status Strefy.
Summer Sweet splotła dłonie za plecami, pochyliła się nad gablotką i przez chwilę wodziła wzrokiem po zgromadzonej w niej kolekcji. Składały się na nią zaśniedziała moneta, pasek bez sprzączki, niewielki sprej z etykietą tak wyblakłą, że nie sposób było jej odczytać, diamentowy kolczyk i puste opakowanie po miętówkach, wszystko to starannie ułożone na satynowych poduszeczkach. Przedmioty musiały mieć jakieś znaczenie dla mieszkańców Czarciego Kręgu, a może tylko dla samego burmistrza, ale jakie – tego porządkowa nie potrafiła odgadnąć.
– Może to artefakty – podpowiedział Denis, odchylając się do tyłu i odrywając od posadzki przednie nogi krzesła. Balansował przez moment na tylnych, wprawiając mebel w kołysanie.
– Wątpię. Neumann musiałby być szalony, żeby je tak eksponować. – Summer odsunęła się od wystawki i obrzuciła towarzysza karcącym spojrzeniem. – Usiądź normalnie, bo się przewrócisz.
Podeszła do okna i otworzyła je, pozwalając, by chłodny, późnopopołudniowy wiatr wtargnął do wnętrza gabinetu i rozproszył panujący w nim zaduch. Przysiadła na parapecie. Denis w końcu opuścił wszystkie nogi krzesła na podłogę, ale nie usiedział długo – zdążyła odetchnąć może dwukrotnie, zanim poderwał się i zaczął krążyć po pokoju, przemierzając raz po raz dystans między drzwiami a masywnym biurkiem. Tupał przy tym tak głośno, że po kilku krokach ścianki gabloty odpowiedziały nerwowym brzękiem.
– Gdzie on jest? – Porządkowy przystanął przy zawieszonym na ścianie lustrze i przeczesał dłonią jasne, opadające na oczy włosy. – Powinien tu być z dobre trzy godziny temu. Sam prosił o to spotkanie, a teraz każe nam czekać, no bez żartów.
– Mogę się z nim spotkać sama – zaoferowała Sweet. – Przekażę ci później, co powiedział. Możesz iść.
– Co ty? Nigdzie nie idę, muszę go zobaczyć. O tej godzinie to jest już pewnie w twoim wieku.
Albo starszy – pomyślała. Najprawdopodobniej starszy.
– Jestem ciekawy jednego.
– Yhym?
– Myślisz, że on tak może w nieskończoność?
Summer zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Mam nadzieję, że nie. To byłby raczej okrutny los, nie sądzisz? Tak umierać każdej nocy, przez wieczność.
– Oj tam, zaraz okrutny. Tak myślę, że jakbym miał być dzięki temu nieśmiertelny, tobym się przekręcał dwa razy na dobę, albo i trzy czy cztery. Byle tylko nigdy nie zostać martwym.
– Głupio myślisz. Nie gadaj takich bzdur przy Neumannie, bo ci przyłożę. O ile coś z ciebie zostanie, jak to Morawina usłyszy.
Denis umilkł, ale jedynie na moment.
– Długo będziemy siedzieć na tym zadupiu? – Przerwał w końcu bezcelowy spacer i spojrzał z naburmuszoną miną na miasteczko za oknem, na kilka diabelskich młynów, jakby wyrysowanych węglem na tle blaknącego o zmierzchu nieba. – Potrzymają nas tu jeszcze z tydzień, to chyba umrę z nudów.
Summer nie mogła zaprzeczyć. Czarci Krąg sprawiał wrażenie ospałego, niemal zastygłego w czasie miejsca, a spokój cechujący jego mieszkańców nietrudno było pomylić z marazmem. W ich wykonaniu nawet wspinaczka po stalowych konstrukcjach diabelskich młynów do zawieszonych kilka lub kilkanaście metrów nad ziemią kabin wydawała się bardziej żmudna niż niebezpieczna.
– Nie możemy wrócić do Siedziby? Albo nawet za Barierę?
Sweet potrząsnęła głową.
– Znasz rozkazy.
Denis mruknął coś pod nosem, pocierając szpiczasty podbródek, i ponownie podjął wędrówkę po gabinecie. Przy dziesiątym okrążeniu Summer uznała, że nie mają już na co czekać. Zamknęła okno i ruszyła do drzwi, a partner bez słowa podążył za nią.
Na korytarzu minęli jeszcze Morawinę Kronowską, ale ta przemknęła obok niczym podmuch wiatru, z energią podrywającą płowy warkocz i rzucającą wyzwanie wszechobecnej w Czarcim Kręgu apatii. Ledwo zdążyli się za nią obejrzeć, burmistrzowa dopadła drzwi gabinetu i zniknęła w jego wnętrzu, wraz z podtrzymywanym pod pachą zawiniątkiem, być może nowym eksponatem do gablotowej kolekcji.
– Uprzejmi to oni nie są – stwierdził Denis, kiedy dotarli do schodów. Zacisnął dłoń na poręczy i jednym susem pokonał trzy pierwsze stopnie. – Neumann olewa umówione spotkanie, jego żonka nawet „dobry wieczór” nie powie. No ja wiem, że to prowincja, ale ludzie, trochę kultury.
Sweet nie skomentowała tego apelu, odezwała się, dopiero kiedy zeszli do przestronnego holu:
– Zajrzę jeszcze do Dee Dee. Do jutra – rzuciła.
Nie czekając na reakcję Denisa, ruszyła w stronę jedynych drzwi, przy których stał wartownik. Nie rozpoznawała jego niebieskawej, obsypanej plamkami twarzy, ale nic dziwnego, w ciągu ostatniego roku Rada przyjęła w szeregi formacji dziesiątki nowych rekrutów, przewidując rychłe zniknięcie Bariery i wiążące się z tym kłopoty. Większość funkcjonariuszy Straży Porządkowej stacjonowała teraz w Czarcim Kręgu, w okolicznych wioskach, przy Barierze lub eskortowała skrzynie pełne fantów i artefaktów z Pałacu Tysiąca Odbić do laboratorium, które Franklin urządziła w piwnicach tutejszego ratusza. W najbliższych dniach pierwszy transport powinien wyruszyć do Siedziby i Summer kusiło, żeby oddelegować do jego ochrony Denisa.
– Dee Dee Franklin jest jeszcze na dole? – zapytała.
Wartownik skinął głową i wpuścił ją na klatkę schodową. Zeszła po schodach i zapukała do drzwi laboratorium.
W ciągu ostatniego tygodnia schodziła tutaj prawie każdego wieczora i zawsze zastawała Dee Dee w tej samej pozycji: przygarbioną nad stołem, skupioną na oglądaniu jakiegoś pozornie normalnego przedmiotu. Przez ręce naukowczyni musiało się przewinąć tysiące obiektów – kluczy, kart identyfikacyjnych, ulotek, ubrań, biletów wstępu, lusterek różnej wielkości i kształtu… Zaskakująco wiele z nich okazało się artefaktami – rejestr sporządzony przez żarówki liczył już czterysta pozycji, a nie uwzględniał ogromnych zwierciadeł ściennych, które również trudno było podejrzewać o zwyczajność. I pomyśleć, że przed zniknięciem Bariery żyli w świecie, w którym liczba znanych artefaktów sięgała ledwie półtora tysiąca.
Tym razem jednak na stole, nad którym pochylała się Franklin, nie leżał żaden przedmiot, tylko ciało. Naukowczyni odwróciła się w stronę drzwi i odruchowo odsunęła z czoła brązowy kosmyk, zostawiając w jego miejscu czerwonawą smugę. Następnie przesunęła się w bok, odsłaniając twarz leżącej na blacie, białowłosej staruszki – oblicze oszpecone przez trzy poszarpane na brzegach, ciągnące się od prawego ucha do podbródka rany.
– To te zwłoki, które znaleziono wczoraj w lesie nieopodal Bariery. Drugie są tam – powiedziała Franklin.
Wzrok Summer bezwiednie powędrował we wskazanym kierunku. Prześcieradło, które zarzucono na trupa, zsunęło się, ukazując nastolatka z rozszarpaną krtanią.
– Gdzie jest Dietrich? – Dee Dee sięgnęła po leżący przy stopach staruszki materiał i rozwinęła go, by przykryć zmarłą. – Widziałaś już trzecią ofiarę?
– Trzecią ofiarę?
– Nie słyszałaś? W nocy doszło do kolejnego ataku, tym razem w jednej z wiosek. Zgłoszono jedną ofiarę śmiertelną. Dietrich i Zamir pojechali po jej ciało kilka godzin temu. Jeszcze nie wrócili?
Summer zaprzeczyła.
***
Światła Czarciego Kręgu, złożone z setek migotliwych punkcików obręcze zawieszone w mroku, oddalały się i kurczyły, aż w końcu zniknęły im z oczu, kiedy pojazd wszedł w zakręt. Sweet jeszcze przez moment patrzyła w boczne lusterko, teraz odbijające wyłącznie czerń nocy, po czym skrzyżowała ręce na piersi i odwróciła się w stronę tylnego siedzenia.
– Daleko jeszcze?
Morawina potrząsnęła tylko głową, dodatkowego wyjaśnienia udzieliła siedząca na miejscu kierowcy Franklin:
– Może pół godziny, może trochę więcej.
Ekran na desce rozdzielczej rozświetlił się na kilka sekund i czerwony punkt na mapie zapulsował, jakby na potwierdzenie słów kobiety. Dee Dee przekręciła kierownicę, wprowadzając pojazd w kolejny zakręt, a później poluźniła uścisk; automatyczny kierowca potrzebował pomocy na bardziej krętych odcinkach, ale pozostała część trasy biegła już niemal po prostej.
– Dlaczego się do nas wcześniej nie zgłosiliście? – zapytał Denis.
Summer nie musiała zadawać tego pytania. Choć Straż Porządkowa od prawie piętnastu lat pełniła rolę gwaranta pokoju i przestrzegania prawa w Funlandii, funkcjonariusze wciąż spotykali się z rezerwą, czasem nawet nienawiścią, szczególnie w miejscach położonych tuż przy granicy strefy wpływów Rady.
– Nie byliśmy pewni, czy warto wam zawracać głowę – odpowiedziała Morawina. – Poza tym Dietrich i tak planował wizytę w tamtych rejonach.
Porządkowa szczerze wątpiła w prawdziwość tych słów. Ze względu na swoją przypadłość Neumann niemal nigdy nie opuszczał Czarciego Kręgu, a interesy miasteczka poza jego granicami zwykle reprezentowali burmistrzowa lub jej brat, Zamir. Łamiąc dzisiejszego poranka tę niepisaną regułę, Dietrich potwierdził powagę sprawy. Nie żeby Summer potrzebowała dodatkowych dowodów – widok okaleczonej twarzy miała aż nadto świeży w pamięci.
– Ej, patrzcie na pobocze. – Głos partnera wytrącił Sweet z ponurych rozważań.
Dee Dee wyhamowała, zatrzymując pojazd kilkanaście metrów od ciemnego kształtu wyrastającego wśród traw.
– Zostańcie tu – rozkazał Denis. Następnie wyskoczył z pojazdu i wbiegł w gęstwinę.
Porządkowa podążyła za nim, choć z mniejszą werwą i wyciągając z futerału u pasa dwie latarki. Ostrożnie obmacała metalowe rączki i po krótkim wahaniu nacisnęła guzik na jednej z nich – wstrzymała oddech, ale w mrok wystrzeliła jedynie zwyczajna smuga światła. Westchnęła z ulgą i schowała drugą latarkę, a właściwie służący za broń artefakt.
Namalowany na drzwiach pojazdu diabelski młyn, teraz widziany do góry nogami, nie pozostawiał wątpliwości – samochód należał do Czarciego Kręgu. Sweet oświetliła rozbite okno, a Denis położył się na trawie i unikając szklanych sopli, wsunął się do wnętrza. Minęło może pół minuty, gdy wyczołgał się, wyszarpując na trawę owinięte tkaniną zwłoki. Światło latarki bezwiednie podążyło w stronę, z której dobiegł odgłos rozdzieranego materiału, i wyłoniło z ciemności bladą, męską twarz z rozoranym policzkiem.
– Gość ma z osiemdziesiątkę na karku. To może być Neumann, nie?
Summer przykucnęła, ignorując igiełkę bólu wwiercającą się w dół pleców, i dokładniej przyjrzała się zwłokom – choć nigdy nie widziała Dietricha w podobnym wieku, oblicze trupa było zbyt nieznajome, by mogło należeć do burmistrza. Pokręciła głową.
– To nie Dietrich. Stawiałabym, że trzecia ofiara, o której mówiła Franklin. Zanieś go do samochodu.
Porządkowy podniósł ciało i zmarszczył nos, kiedy dotarła do niego woń krwi.
– Nie wracasz ze mną?
– Rozejrzę się jeszcze. Dietrich i Zamir musieli się wydostać z pojazdu i gdzieś uciec. Może do lasu? Sprawdzę, czy nie widać jakichś śladów.
– Dobra.
Sweet uniosła latarkę nad głowę, aby oświetlić drogę przed partnerem. Gdy po kilku krokach dotarł do jezdni, odwróciła się, ominęła wrak i podążyła przed siebie, w stronę pobliskich drzew. Wyłaniające się z ciemności kępy trawy wyglądały zupełnie zwyczajnie i wkrótce światło zaczęło omiatać pierwsze korzenie. Właśnie wtedy porządkowa usłyszała ocierający się o granicę słuchu zduszony jęk, zbyt cichy, by mogła od razu rozpoznać jego źródło. Sekundę później wyczuła lepki i mdły zapaszek śmierci.
– Dietrich?! Zamir?! Jesteście tu?! – zawołała i machnęła ręką, oświetlając na sekundę przestrzeń między pierwszą a drugą linią drzew. Powtórzyła ten gest, tym razem omiatając promieniem pokryte liśćmi gałęzie. Zastygła, zauważając na jednej z nich skuloną postać. – Zamir!
Kronowski zareagował, dopiero gdy po raz trzeci wykrzyczała jego imię. Zmrużył oczy, uniósł dłoń do ust i otarł rękawem podbródek.
– Gdzie Dietrich? – zapytała.
Powędrowała spojrzeniem we wskazanym kierunku, ku zwłokom przewieszonym na gałęzi dwa drzewa dalej, z których zostało niewiele więcej niż białe niczym płótno, zwisające na strzępach mięśni kości.
Kronowski jęknął i przechylił się na bok, cudem utrzymując się na konarze. Zaklęła, skierowała światło w stronę drogi, następnie kilkakrotnie włączyła i wyłączyła latarkę. Denis natychmiast przybiegł.
– Co jest? – sapnął. – Znalazłaś coś?
– Popatrz w górę.
Denis bez trudu wdrapał się na drzewo i zrzucił szczątki Neumanna na ziemię. Summer sięgnęła do kieszeni po ściągany sznurkiem worek i przykucnęła. Upchnąwszy w torbie żebra burmistrza, sięgnęła po leżącą na kępie trawy czaszkę.
Ściągnięcie Zamira na ziemię okazało się trudniejsze. Mężczyzna w miarę sprawnie zsunął się na konar poniżej, a kolejnych kilka pokonał uwieszony na ramionach Denisa, lecz nagle stracił przytomność i odchylił się do tyłu, odrywając ich obu od gałęzi. Huk uderzających o glebę ciał niemal wytrącił torbę z rąk Summer.
– Denis?!
– To jakieś żarty – wyjęczał porządkowy, gramoląc się na nogi.
– Znaleźliście ich? – Głos Morawiny dobiegł z odległości kilku metrów, a szelest deptanej trawy dodatkowo potwierdził jej obecność.
Burmistrzowa zbladła, widząc pozostałości po Dietrichu, i jeszcze bardziej, gdy dostrzegła żałosny stan Zamira, ledwo podtrzymywanego w pionie przez Denisa.
– Co im się stało?
– Nie wiem. Być może to samo, co tym nieszczęśnikom w waszej piwnicy. Tak czy inaczej, lepiej wracajmy na drogę.
Kronowska szybko opanowała emocje, odgarnęła płową grzywkę ze spoconego czoła brata, po czym wsunęła się pod jego drugie ramię. Tymczasem Summer ściągnęła sznurek torby z kośćmi Neumanna i zarzuciła ją sobie na plecy.
Ruszyli w milczeniu. Summer szła z tyłu, oświetlając drogę. Brakowało im kilku kroków do pobocza, kiedy niepokój zaczął wspinać się wzdłuż kręgosłupa funkcjonariuszki i stawiać okoliczne, drobne włoski na baczność. Porządkowa zrelaksowała się, dopiero gdy dotarli do pojazdu, a metalowe drzwi potwierdziły ich bezpieczeństwo cichym trzaskiem. Pochyliła się i wsunęła worek ze szczątkami burmistrza pod siedzenie.
– Trzymaj go, Denis – usłyszała za plecami głos Morawiny. – Potrzebuję światła.
Summer nacisnęła guzik nad głową i kiedy kabinę rozświetliła migotliwa poświata, obróciła się na siedzeniu. Syknęła.
– Auć, nie wygląda to dobrze.
Koszula na plecach Zamira była poszarpana, szczególnie u dołu, gdzie zamiast zwartego materiału były nasiąknięte krwią frędzle. Dee Dee klęknęła na siedzeniu i pochyliła się nad oparciem, obrzucając rany mężczyzny uważnym spojrzeniem.
– Spróbuję go opatrzyć. Możesz prowadzić? – zwróciła się do Denisa, który odpowiedział skinieniem głowy. – To zamieńmy się miejscami. Ach, i nie domknąłeś bagażnika, możesz? Summer, w schowku jest apteczka, podaj mi ją.
Sweet pochyliła się i przez moment grzebała w schowku, ledwo rejestrując skrzypnięcie uchylanych drzwi i chłodny powiew wiatru, który wkradł się przez nie do środka.
– Dzięki – mruknęła Dee Dee już z tylnego siedzenia, odbierając od niej apteczkę.
– Co to było? – zapytała Morawina Kronowska, odwracając się w stronę tylnego okna. Wzrok Summer również podążył w tamtym kierunku. – Słyszałyście to?
– Nie jestem pewna. – Franklin wystawiła nogę na jezdnię i się wychyliła. – Denis?! Coś stuka w bagażniku, sprawdzisz to?
– Już go zamknąłem – zamarudził chłopak. Sięgał właśnie do klamki przednich drzwi, ale cofnął rękę i zawrócił. – No dobra, jak chcesz, to idę i sprawdzam.
– Ej, to musiałyście usłyszeć!
Summer usłyszała. Cokolwiek obijało się we wnętrzu bagażnika, najwyraźniej bardzo się śpieszyło na zewnątrz.
– Denis! Czekaj! – wrzasnęła, naciskając klamkę i napierając na drzwi tak mocno, że odskakując, wyciągnęły ją z fotela na drogę. Poderwała się z kolan. – Denis, zosta… – podjęła, ale za późno.
Rozpaczliwy skowyt porządkowego powędrował w niebo.
***
Summer opuściła wzrok na własne dłonie, wzdrygnęła się i bezwiednie wytarła je o materiał spodni. Nic to nie dało. Choć minęły godziny, odkąd zmyła z siebie ostatnią kroplę krwi Denisa, porządkowej wydawało się, że ciągle oblepia ją posoka, a naturalnie brunatnawy odcień skóry potęgował to wrażenie. Westchnęła i wcisnęła dłonie głęboko do kieszeni płaszcza.
– Summer, dobrze się czujesz?
Poderwała głowę i spojrzała na siedzącego po drugiej stronie biurka Neumanna. Niełatwo przychodziło skupić na nim wzrok – twarz burmistrza zmieniała się z minuty na minutę, wydłużała się i poszerzała, wyrastały na niej pierwsze włoski, walczące o uwagę z wybrzuszającymi się pod skórą czerwonymi krostami. Głos mężczyzny przechodził jeszcze szybszą metamorfozę, nabierał głębi i zniżał się tak raptownie, że różnice słychać było już nie tylko ze słowa na słowo, ale też z sylaby na sylabę. Sweet potrząsnęła głową, częściowo odpowiadając na zadane pytanie, częściowo strząsając z siebie dziwne zażenowanie, jakie odczuwała w jego obecności.
– Naprawdę mi przykro z powodu Denisa – dodał.
– Mnie też. Mam nadzieję, że Zamir będzie mieć więcej szczęścia.
Dietrich kiwnął głową.
– Czy to prawda, że widziałaś napastnika?
– Tak, ale szczerze mówiąc, nie wiem, co dokładnie widziałam.
Cokolwiek rozerwało pierś Denisa, wyłoniło się z mroku na zaledwie ułamek sekundy, po czym uskoczyło w ciemność poza zasięg zarówno latarki, jak i artefaktu, wyszarpniętego pośpiesznie z futerału u pasa. Summer przywołała z pamięci wyłapaną kątem oka, porośniętą ciemną sierścią sylwetkę i spróbowała ją opisać.
– To musi być jakieś zwierzę, drapieżnik z Dzikiego Królestwa – zawyrokował Dietrich. – Wszystko na to wskazuje: rany ofiar czy twoja relacja.
Porządkowa zagryzła wargi. Wyjaśnienie to wydawało się sensowne i nie mogła sformułować żadnego logicznego kontrargumentu, a jednak z jakiegoś powodu na usta pchał jej się sprzeciw.
– Nie wiem, nie jestem pewna, co widziałam.
Spojrzała za okno. Czarci Krąg ciągle był pogrążony we śnie, ale otulająca diabelskie młyny ciemność blakła z każdą chwilą w oczekiwaniu na nieuchronny świt. Sweet odwróciła się ponownie w kierunku burmistrza i zerknęła na zawieszony na ścianie za jego plecami zegar. Za kwadrans czwarta.
Denis nie żył od pięciu godzin, co nie mogło być prawdą. Summer z równym przekonaniem przysięgłaby, że ostatni oddech opuścił płuca przyjaciela przed pięcioma minutami, jak i przed pięcioma latami, ale pięć godzin temu? Na samą myśl poczuła uścisk w okolicach serca.
– Summer. – Głos Neumanna, teraz już jednostajnie niski, męski, zabarwiła nuta paniki. – Summer!
