Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Adela i Zofia nie są aż tak awanturne jak Kargul i Pawlak, lecz płot między ich posesjami dobitnie je dzieli, nie łączy.
U jednej panuje minimalizm i tujoza, u drugiej na podwórku gdaczą kury, a z kuchni dolatuje zapach swojskiego gotowania. Na przyjaźń raczej nie ma szans.
Czasem jednak w obliczu wielkiego dramatu człowiek przerzuca do drugiego most ‒ i nie ma już kroku wstecz. Razem jest bowiem raźniej, lżej, lepiej... lub przynajmniej odrobinę znośniej.
Wtedy też z wiejskiej gospodyni wyziera utalentowana artystka, a z urzędniczki ‒ romantyczna marzycielka. To, co dotąd uwierało, staje się nieistotne, a pozostaje tylko to, co liczy się naprawdę.
Zapraszamy do Hotelu Zalesie!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 370
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Serdeczne pozdrowienia dla naszej partnerskiej Biblioteki Publicznej im. Czesława Chruszczewskiego w Mieścisku. Wy pokazujecie, że da się i można!
Wydawczyni
Działalność oficyny SILVER objęta jest patronatem
Polskiego Towarzystwa Okulistycznego.
Edycja © Silver oficyna wydawnicza, 2026
Tekst © Paulina Płatkowska, 2026
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden fragment tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody Wydawcy.
Wszelkie podobieństwo do osób i miejsc występujących w książce jest przypadkowe.
Wydanie I
Warszawa 2026
Waldkowi
– Stooo lat, stooo lat, niech żyje, żyje naaam…!
Tort był ładny, zdobny w śmietankowe fidrygałki, przybrany świeżymi owocami i równiutkimi czekoladowymi zaciekami. Tylko w cukierniach potrafią tak rozprowadzić polewę, żeby po bokach ciasta ściekło dokładnie tyle, ile trzeba; nie do końca, a gdzieś tak do połowy; w równych odstępach i z apetycznymi kroplami, które aż się proszą, by przeciągnąć po nich palcem i wpakować sobie do buzi tę nibynadmiarową porcję.
Pośrodku tortowego blatu stały dwie świeczki: siedem i zero. Dawniejszym zwyczajem trzeba by tymi siedemdziesięcioma świeczkami zastawić cały tort – a dziś proszę, siedem i zero. Całe życie w dwóch świeczkach.
– Pomyśl życzenie! – krzyknął z werwą Andrzej, starszy syn Adeli.
„Byle nie było gorzej”, przemknęło jej przez myśl. Wcale nie ponuro tak sobie pomyślała, raczej ironicznie. Albo realistycznie.
Ale nie. Nie pójdzie tym tropem. Od urodzin, a już zwłaszcza okrągłych, można chyba zażyczyć sobie czegoś więcej aniżeli „nie gorzej”? Wprawdzie czas z wiekiem coraz śmielej odziera człowieka z różnych możliwości, lecz co jej szkodzi? Chcieć przecież może. A nuż w urodziny chcenie ma większą moc niż w zwykły dzień?
„Chcę jakąś piękną niespodziankę”, zażyczyła sobie w myślach. „Od losu!” – doprecyzowała szybko, żeby wszechświat nie wyłgał się przypadkiem zestawem kosmetyków od którejś z synowych.
– Już? – dopytał Jarek, młodszy syn. – No, to dmuchaj!
Adela kiwnęła głową, po czym wyjęła zapalone świeczki z tortu i rozejrzała się, gdzie mogłaby je bezpiecznie odstawić. Ich spiczaste podstawy były dobre do wbijania w ciasto, ale nie do stawiania na czymkolwiek.
– Masz. – Zofia podała jej pucharek do lodów, które miały być serwowane na koniec przyjęcia.
Adela rzuciła jej wdzięczne spojrzenie i uśmiechnęła się lekko pod nosem. Jej relacja z Zofią to był fenomen. Rzadki przykład tego, jak z wielkiej niechęci dojść do stanu porozumiewania się w lot, bez słów. Jak w starym dobrym małżeństwie. Tyle że Adela i Zofia były wdowami – od trzydziestu jeden lat, bez dwóch dni.
– Czemu babcia Ada nie dmucha? – chciała wiedzieć najmłodsza wnuczka, sześcioletnia Helenka.
Adela zachichotała w duchu. Na małe dzieci zawsze można liczyć! Założyłaby się, że każdego przy stole nurtowało to jej wyjęcie świeczek, ale zapytało tylko najmłodsze. Reszta, włącznie ze kuzynami Helusi, Stasiem i Jurkiem, a także pannicami, Olgą i Mirelą, już się porusza w pętach kulturowego „wypada – nie wypada”, względnie w młodzieżowym zobojętnieniu: „Co za różnica?”.
Posłała małej ciepły uśmiech.
– Wyjaśnię ci to, jak już wszyscy usiądziemy z tortem, dobrze? Żeby inni nie musieli czekać na swoje porcje.
– Okej – zgodziła się Helusia.
– No to co – Adela uśmiechnęła się do wszystkich – kroimy. Może ty, Aniu? – zwróciła się do starszej synowej.
Anna była porządnicka, estetyczna. Na pewno zrobi to zgrabnie. Typ człowieka, któremu wszystko wychodzi starannie. Ten sam, do którego należała Zofia.
– Pewnie! – Synowa wzięła nóż i zaczęła zręcznie wywiązywać się z zadania.
O właśnie, „zadaniowa” – tak się mówiło o takich ludziach jak Anna. Dla jednych to była zaleta, dla innych wada – że niby działają automatycznie, bez emocji. Adela wiedziała dobrze, że pod tą zadaniowością kryje się wszystko, co trzeba: i czułość, i troska, i miłość. Są jedynie taktownie ukryte.
– Dobry tort – pochwaliła Zofia.
– Od Czachora – poinformowała Lidia, młodsza synowa Adeli i zarazem córka Zofii. – Nazywa się „Wspomnień czar”.
– Ho, ho! – zaśmiał się Jarek. – To co powspominamy?
– Nic – odpowiedziała z uśmiechem Adela. – Cieszmy się chwilą! Obecną – dodała dla pewności.
Helusia usadowiła się koło babć.
– Teraz mi powiesz?
Adela akurat miała usta pełne kremu, więc wyręczyła ją Zofia.
– Zdmuchiwanie świeczek to symbol końca życia, więc babcia uznała, że nijak nie pasuje do urodzin. – Uśmiechnęła się do małej, sprawdzając, czy rozumie. Rozumiała, więc Zofia ciągnęła temat: – Nie wiadomo, jakim cudem to urodzinowe zdmuchiwanie zrobiło w naszym dziwnym świecie tak przewrotną karierę, może maczał w tym palce jakiś czart? W każdym razie babcia nie dmucha, bo chce jeszcze długo cieszyć się życiem! – Zofia zerknęła nad głową Helusi na Adelę, czy aprobuje jej wyjaśnienia.
Jubilatka przełknęła ostatni kęs tortu.
– Dokładnie tak – potwierdziła. – Chcę długo żyć, żeby się z tobą bawić, grać w Uno i dostawać takie piękne laurki jak ta! – Popukała z dumą w kwiecisty karnecik od wnuczki.
Helusia zaróżowiła się z radości i poczucia wtajemniczenia.
– To ja też już nie będę dmuchać – zapowiedziała.
– Sto lat szczęścia, ciociu! – zawołała do Adeli Mirela, wstając żwawo z kanapy. Podeszła do jubilatki i czule się objęły.
Zofia pokręciła w zadumie głową.
– Tak to się nie da, córciu. Szczęście bez skazy trudno utrzymać przez godzinę. Nie da się go utrzymać nawet przez jeden dzień, a co dopiero rok czy wiek! Albo przez całe ludzkie życie.
– Niczego byśmy się nie nauczyli, gdyby tak zawsze mieć samo szczęście – poparła ją Adela.
– Oj, babciu – wtrącił się do rozmowy Stasiek – no to miej sobie tego szczęścia, ile tam ci potrzeba, okej? Niech ci będzie w sam raz!
– O, i tak może być – zgodziła się Adela, tuląc do siebie wnuka. – To bardzo dobre życzenia. Dzięki, Stasiu!
Z Zofią nie zawsze się układało, o nie. Kiedyś, dawno temu, żyły obok siebie w jednej wsi, lecz w żadnym razie nie blisko. Żadnych pogaduszek przez płot, żadnych uprzejmości. Jedyne, na co było je stać, to skinienie sobie z daleka głową na dzień dobry. Trudno nawet powiedzieć, czy były na „ty”, czy na „pani”. Jakby żadne dobrosąsiedzkie kontakty nie były im potrzebne.
Jedna i druga skupiały się na swojej rodzinie i domu, do tego Zofię cechowały nieufność, osobność i niechęć do spoufalania się. Prowadziły dwa całkiem odmienne style życia. Zofia miała prawo jazdy i nowiutkie Cinquecento do swojej dyspozycji; jeździła nim do pracy w urzędzie gminy we Włocławku albo odwoziła dziewczynki do przedszkola, a potem do szkoły. Adela… cóż, miała tylko rower. I trochę na nim jeździła, głównie jednak była „stacjonarna” – jak telefon, na którego przyłączenie tak długo czekali. Jej czas pochłaniały prace gospodarskie: w warzywniku, sadzie, na polu, przy zwierzętach, a także w domu. Połowa wsi przychodziła do niej po jajka, mleko, twaróg czy zakwas na barszcz – ale nigdy Zofia. Jakby była ponad taką prozę życia jak twaróg czy barszcz!
W tamtych dawnych latach właściwie jedynie raz ze sobą rozmawiały. Trudno to zresztą nazwać rozmową, była to raczej koncertowa awantura. Otóż na tyłach działki Adamskich znajdowała się łąka, na którą Adela wypuszczała swoje kozy. Krowy prowadzała dalej, aż na pastwisko za polem, kury biegały po podwórku, natomiast kozy skubały trawę i wszystko inne, co tylko się dało, właśnie tam – na najbliższej łące.
Płoty wszyscy na wsi stawiali wtedy według tej samej logiki: od frontu posesji ogrodzenie miało być jak najokazalsze: na podmurówce, u co bogatszych z klinkierowymi słupkami i ozdobnymi przęsłami. Po bokach, między sąsiadami wystarczała już zwykła tania siatka, a tył w przypadku działek rolników, za którymi leżały ich pola, często składał się z jako tako pozbijanych drewnianych sztachet i takiejż bramy, przez którą wyprowadzało się zwierzęta lub wyjeżdżało ciągnikiem.
Zofia nie miała z rolnictwem nic wspólnego. Była ponad to i robiła wszystko, aby jej obejście było jak najbardziej „miastowe”, a jak najmniej wiejskie. Tył swojej działki, podobnie zresztą jak front i boki, gorliwie obsadziła tujami. Wydawało się jej to modne, jednolite, nowoczesne i dawało nadzieję, że gdy krzewy urosną, dadzą skuteczną osłonę ogrodu przed niepowołanym wzrokiem.
Adeli tuje nie podobały się wcale. Uważała je za nudne i nowobogackie oraz nie poważała także i z tego względu, że rosły jak złe, bez żadnego tyrania i wysiłku właścicieli ziemskich. Wiejska przenikliwość Adeli kazała jej wierzyć, że jak coś rośnie za łatwo, to raczej jest chwastem niż różą. Tymczasem, ku jej niezadowoleniu, w pierwszych latach nowego ustroju kto tylko miał spłachetek ziemi przy domu, natychmiast otaczał go tujami. Wiele lat później okrzyknięto to prześmiewczo „tujozą”.
Tuje Zofii, wtenczas jeszcze niskie, wywołały niezdrowe (i to dosłownie!) zainteresowanie Adelowych kóz. Wiosną tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku znalazły one przesmyk w sztachetach tylnego płotu Adamskich, wlazły im do ogrodu i złaknione zieleniny po zimie, zeżarły czubki wszystkich iglaków. Pochorowały się po tym okropnie. W efekcie i Zalewską, i Adamską trafił jasny szlag.
– Co to za chamstwo, żeby tak kozy cholerne łaziły, gdzie chcą, bez niczyjego nadzoru, i niszczyły innym co popadnie! – pomstowała Zofia. – Weszły w szkodę i…? Kto to teraz naprawi?
– Płot dziurawy, to i weszły – odpowiadała równie zacietrzewiona Adela. – Byle gówno nasadzone, ani ładne, ani pożyteczne, a jeszcze trujące! Aby tylko modnie było! – Nie powstrzymała się nawet przed złośliwym przytykiem, bo naprawdę się martwiła o los swoich kóz. Targały nimi torsje, jakich jeszcze nigdy wcześniej nie widziała.
Zofię aż zatkało na takie grubiaństwo i impertynencję. A już najmocniej ubódł ją przytyk sąsiadki na temat jej nadmiernego podążania za modą.
Tak, lubiła być modna, i co z tego?! Jeśli się ma wyczucie stylu, to niby dlaczego za nim nie podążać…? Czyta się prasę, przegląda tysiącstronicowe niemieckie katalogi „Quelle”, których toporna Adela na oczy nie widziała, i się człowiek trochę wyrabia.
Pewnie ta Zalewska wszystkiego jej zazdrości: gustu, pieniędzy, młodości i klasy. Durna stara baba. I tyle.
Sąsiedzki zatarg skończył się po cichu, gdy o wszystkim dowiedzieli się mężowie zwaśnionych pań. Marek z Wieśkiem ramię w ramię najpierw odratowali kozy, potem przycięli na równo podskubane tuje, co im koniec końców wyszło na dobre, bo się zagęściły i zmężniały; wreszcie załatali płot.
Cóż z tego? Między ich żonami przysłowiowy niesmak pozostał na długo.
Od tamtych czasów dla Adeli imię sąsiadki miało tylko jedną formę: bez zdrobnień – dumne, wyniosłe, wydumane, dokładnie tak jak ona sama za młodu. Nigdy nie była dla niej Zosią czy Zośką, takie formy w odniesieniu do Adamskiej w ogóle nie przychodziły Adeli do głowy. Zofia. I tyle.
– Jedziemy z Markiem do Niemiec – oznajmił Wiesiek po obiedzie w tamto niedzielne popołudnie.
Adela zdążyła pozmywać, pochować resztki obiadu do lodówki i wrócić do pokoju z herbatą. Był to dzień jej trzydziestych dziewiątych urodzin, ale je uczcili już rano. Upiekła ciasto i zaraz po śniadaniu chłopcy zarządzili jego degustację. I to w sumie tyle, jeśli chodzi o świętowanie.
Akurat zaczynał się program Pieprz i wanilia. Nazywał się trafnie i egzotycznie. Elżbieta Dzikowska i Tony Halik opowiadali w nim niesłychane historie o swoich wyprawach i spotkaniach z dzikusami, prezentowali filmy i trofea.
Potrzebowała więc chwili, by przyswoić tę informację. W myślach wybierała się właśnie do dżungli, nie do Niemiec.
– Po co?
– Po samochód.
– Jaki samochód?!
– Mercedesa. Teraz dużo ludzi sprowadza, Marek też chce. Może nawet dwa. Jednego dla siebie, drugiego na handel.
Dżungla Elżbiety i Tony’ego umykała bezpowrotnie na rzecz intratnych niemieckich Mercedesów. Adela niechętnie poddała się tej rozmowie.
– Aha.
– Właśnie dlatego jedziemy we dwóch. Żeby je w razie czego przyprowadzić. Jak się trafi okazja.
Tere-fere, dlatego. Wiesiek z Markiem wszystko robili razem, z powodem czy bez powodu. Razem kopali studnię, razem stawiali szopy na narzędzia, razem główkowali, jak co zrobić wokół domów. Szkoda, że ona z Zofią nie nawiązały takiego kontaktu jak ich mężowie. Jakoś mniej im było po drodze.
Dzielił je wiek – to raz. Zofia była jedenaście lat młodsza od Adeli, a co za tym idzie, miała dużo młodsze dzieci. Dzieci Adamskich i Zalewskich nigdy nie bawiły się razem, od razu więc odpadała więź typu „dziś ja zajmę się dzieciarnią, a jutro ty” i wszystkie wynikające z tego wdzięczności i zależności.
Zofia miała też młodsze poglądy. Była harda, zasadnicza, pewna siebie. Życie jeszcze jej nie obrobiło jak woda otoczaka, nie starło kantów. Adela miała w sobie więcej spokoju i akceptacji tego, że „jest jak jest”, Zofia jeszcze o wszystko walczyła.
Trzeba przyznać, że skutecznie. Adamskim wiodło się lepiej niż Zalewskim. Ich dom był większy, ich córki chodziły na pianino i angielski, co w tamtych czasach nie było zbyt powszechne (zwłaszcza że na każde z tych zajęć trzeba było je zawozić siedem kilometrów do miasta).
Zalewscy na nic nie zawozili synów, choćby dlatego, że nie mieli czym. Zamiast samochodu stał u nich traktor – bardziej potrzebny na gospodarce. Adela zaś nie mogła mieć równie zadbanych rąk co Zofia, bo do oporządzenia były kury, kaczki, kozy i krowa, a do opielenia warzywnik.
O czym niby miały ze sobą rozmawiać przez płot? Odpadały tematy i jajeczności niosek, i najlepszych manikiużystek.
– Kiedy? – zapytała Adela. Im prędzej uwiną się z tą rozmową, tym prędzej będzie mogła wrócić uwagą do Dzikowskiej, Halika i soczystozielonych źródeł Amazonki. Swoją drogą, ciekawie się złożyło, że osoba o nazwisku Dzikowska właśnie podróżuje po dziczy! To trochę tak jak z nimi: Zalewscy i mieszkają za lasem, we wsi Zalesie!
– Jutro wieczorem – odparł Wiesiek. – Mamy gdzieś ten duży termos?
– Mamy – potwierdziła Adela.
– Nie stłukł się?
Tak właśnie bywało, dawne termosy ze szklanym wypełnieniem często się tłukły.
– Nie. To ten mały się stłukł, jak Jarek za mocno mieszał w nim herbatę – sprostowała.
– I kanapek byś zrobiła z dziesięć. Nie wiadomo, co tam się po drodze trafi. Lepiej nosić, niż się prosić.
– Zrobię.
Odpowiadała krótko, żeby na razie go spławić. Wolałaby obgadać te wszystkie szczegóły po programie!
– No. To fajno – podsumował Wiesiek i wreszcie dał jej spokój.
– Pani Adela Zalewska?
Telefon zastał ją, gdy wracała z dojenia Muci, wypuszczania kóz, kur i kaczek, sypania ziarna, wszystkich tych porannych czynności wiejskiej gospodyni.
– Tak, słucham.
Głos po drugiej stronie słuchawki był poważny.
– Dzwonię ze szpitala w Kostrzynie nad Odrą.
– Tak?
– Z przykrością informuję, że pani mąż miał wypadek. Ze skutkiem śmiertelnym.
Potem nastąpił krótki opis zdarzenia: fatalne zderzenie czołowe z drugim autem; nikt nie przeżył.
Nikt nie przeżył!
Boże.
Zatem identyczny telefon musiała odebrać Adamska. Nie wiadomo, do której zadzwonili najpierw. Jeśli alfabetycznie po nazwisku, to do Zofii. Chyba że alfabetycznie po imionach, to wtedy do Adeli. Jedna z nich miała inicjały „Z. A.”, druga – „A. Z.”. Dlaczego wpadła na to teraz? Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
Adela odłożyła słuchawkę na widełki, przeszła z przedpokoju, gdzie mieli telefon, do kuchni. Usiadła na krześle i tkwiła tak odrętwiała parę chwil. Najpierw w jej głowie nie było nic, tylko jakaś mgła. Potem gonitwa myśli. Jak to się stało? Kto zawinił? Czy umarł szybko, czy cierpiał? A Marek? Niektórych z tych rzeczy się dowie, innych nie. Chyba że kiedyś, po własnej śmierci, będzie miała okazję zapytać ducha Wieśka: a wtedy, w dziewięćdziesiątym czwartym, bolało cię?
Jak to powie synom…?
Wyszli z domu godzinę temu, a właściwie wyjechali rowerami: jeden do siódmej klasy podstawówki w sąsiedniej wsi, drugi do zawodówki w miasteczku. Chłopcy potrzebują męskiego wzorca, inaczej wyrastają na zniewieściałych. Czy do wyrośnięcia na mężczyzn wystarczy im wspomnienie ojca? Jego umiejętności, gospodarności, specyficznej męskiej szorstkości? A jej? Czy wystarczy jej twardej ręki do upilnowania dwóch zuchwałych młokosów?
Ile to teraz załatwiania…! Od czego zacząć…?
Zaraz się w myślach zrugała. Jej mąż zginął w wypadku, całe życie jej i synów właśnie drastycznie się zmienia, a ona myśli o formalnościach.
Mózg jednak musi się czymś zajmować w każdej sytuacji. Coś układać, planować, tasować sprawy do zrobienia.
Posiedziała tak jeszcze trochę, a potem zrobiła coś całkiem dla siebie nieoczekiwanego: poszła do Zofii.
Wyszła na drogę i skręciła w prawo, w stronę bramy sąsiadów. Chociaż to było tylko kilkadziesiąt metrów, raz musiała się oprzeć o płot, bo zakręciło jej się w głowie. Odetchnęła głębiej parę razy, choć nie było łatwo. Powietrze z trudem wchodziło do płuc, jakby te były gdzieś tam na dole ściśnięte, tak jak ona jeszcze godzinę temu ściskała wymiona Muci. Z tą różnicą, że dojenie polegało na ściśnięciu, pociągnięciu i puszczeniu, a jej płuc nikt nie puszczał; podobnie jak żołądka i głowy.
Nacisnęła klamkę furtki Adamskich; ustąpiła gładko, dobrze naoliwiona. Jeszcze niedawno miała porządnego gospodarza.
Do dziś.
Zapukała do drzwi i właściwie nie czekając na wpuszczenie, po prostu weszła.
Zofia siedziała przy kuchennym stole, tak jak ona przed chwilą. Dziwna sztuczka czasu – ale wydawało się, że ten kwadrans, może dwa kwadranse od odebrania telefonu wystarczyły Adeli do przyswojenia smutnych wieści. A może sprawił to inny czas: przewaga jedenastu lat, o które była od Zofii starsza? Jej życie było już dość dojrzałe. Dzieci czternaście i siedemnaście lat, małżeństwo w fazie… no, powiedzmy, dalekiej od romantyzmu. Co innego Zofia. Lidka miała lat osiem, Mania sześć. Zofia – dwadzieścia osiem. To zdecydowanie za wcześnie na wdowieństwo. Na tak krytyczny i nieodwracalny życiowy przewrót.
Adela nic nie powiedziała. Ani „cześć”, ani „dzień dobry”. Bez słowa odsunęła sobie drugie krzesło i ciężko na nie opadła.
Trudno w to uwierzyć, ale pierwszy raz była u sąsiadki w kuchni, w ogóle w domu. Parę razy widywały się w drzwiach wejściowych, i to tyle. Cała reszta kontaktów opierała się na ich mężach – więc teraz albo te kontakty ustaną całkiem… albo nie.
W gardle miała palącą suchość, prawdopodobnie obie miały. Wstała, podeszła do zlewu, pewnym ruchem otworzyła szafkę nad nim i zdjęła z ukrytego tam ociekacza dwie szklanki. Nalała wodę i jedną postawiła przed Zofią, a drugą wypiła duszkiem, na stojąco.
Jeszcze.
Nalała sobie kolejną. Zofia swojej nawet nie tknęła.
– Pij – poleciła jej Adela.
Zofia powoli podniosła na nią wzrok.
– No pij – powtórzyła Zalewska. – Musimy to jakoś przetrwać.
Wypiła.
I dalej siedziały bez słowa. Zegar parł naprzód ze swoim tykaniem w niewiadomą przyszłość.
Dziwnie było tak siedzieć. Ale szukać na siłę czegoś do powiedzenia żadna z nich nie miała ochoty. Żadna też nie wybuchnęła płaczem. Na razie dopiero ostrożnie osadzały w głowach złe wieści. Szukały na nie odpowiedniego miejsca, jakiegoś zracjonalizowania. Dlaczego tak się stało. Po co. Fatum, zły los, ślepy przypadek?
Młoda, wypielęgnowana dłoń Zofii zaczęła bębnić cichutko o serwetę ze śliskiego materiału w charakterystyczne wycinanki i tłoczenia. Adela rozpoznała, że to tak modny ostatnio obrus „bezplamowy”. Długie pomalowane paznokcie wydawały przy tym dosyć miły dźwięk. Nerwowy, ale w pełni usprawiedliwiony. Wszystko, co przynosiło teraz choćby najmarniejszą ulgę, było usprawiedliwione.
Jakaś zabłąkana mucha zaczęła latać w kółko pod sufitem, pod lampą. „Po co te muszyska tak krążą? Czy ktoś to kiedyś zgłębił?”, przeleciało Adeli przez myśl.
Było to nieznośnie irytujące. U siebie w domu już by wzięła packę i ją przycięła. Tu – rozejrzała się ukradkiem – nigdzie nie było widać packi. Może leżała gdzieś schowana, jako sprzęt nieestetyczny. U Zofii wszystko nieestetyczne musiało być schowane – wnosiła z tego krótkiego zlustrowania kuchni.
Zofia zrozumiała tę lustrację po swojemu.
– Chcesz kawy?
– Chcę.
Żadne tam kurtuazyjne „poproszę”, żadne dopytywania, jaka ta kawa ma być – z mlekiem, cukrem, sypana czy rozpuszczalna. Obie weszły nagle w stan wyjątkowy, niemal żołnierski. W obu rozgrywała się właśnie wojna. Miały dwóch poległych. Oraz całą masę bitew z życiem do stoczenia.
Kawa na pewno się przyda.
Śmierć Wieśka wprawiła Adelę w trudny do opisania stan. Właściwie w całą serię stanów.
Na pierwszy plan wysuwało się oszołomienie, niedowierzanie. Po tym, jak zadzwonili ze szpitala w Kostrzynie, najpierw przetoczyła się zawierucha – płakanie z chłopcami, wzajemne pocieszanie się, przeglądanie albumów ze zdjęciami, wspominki… i zaraz potem pikowanie w dół, rozpamiętywanie przeszłości oraz obawy i lęki o przyszłość. Potem sprowadzenie ciała, organizacja pogrzebu i stypy.
A gdy kurz opadł, powstało wrażenie, że… nic się nie zmieniło. Z jasnego nieba nie spadł żaden nowy grom. Obejście ich domu wyglądało tak jak dzień wcześniej, tydzień wcześniej, jak zawsze. Drzewa stały, gdzie stały, płot też. Słońce wschodziło i zachodziło. Zwierzęta trzeba było oporządzić jak zwykle, rośliny podlać, jajka zebrać, mleko przerobić.
Wydawało się bardzo prawdopodobne, że zaraz któryś z nich, Wiesiek lub Marek, wyjdzie z garażu z pękiem jakichś drutów i będzie się naradzał z tym drugim, jak coś tam zrobić.
No ale tak już miało nigdy nie być. I trzeba było jakoś przyjąć tę prawdę.
Na drugim planie były oczywiście smutek, żałoba. Nagle została wdową. Obie zostały. Za młode na wdowieństwo – jeśli w ogóle jest na to jakiś stosowny wiek.
Ale na trzecim miejscu w tej mieszaninie uczuć plasowała się zamglona, zawstydzająca, nie w pełni uświadomiona ulga.
Życie z Wieśkiem było… jak by to powiedzieć? Bardziej słone niż słodkie. Nie żeby tam zaraz przepłakane, bo tak się może sól kojarzyć, ze łzami. Po prostu… Kiedyś ludzie w związku nie byli ze sobą bardzo blisko. Może niektórzy byli, lecz Adela ze Wieśkiem nie. Nie wyszła za niego ani z wielkiej miłości, ani z namiętności. Kiedy się napatoczył, miała już dziewiętnaście lat i bardzo chciała kogoś mieć. A choć niczego jej nie brakowało – i ładna była, i tańczyć lubiła, i wiedziała, jak się z sensem odezwać – to jakoś nikt się wcześniej nie trafił. To znaczy bywali różni, ale żaden się nie oświadczył. A Wiesiek tak. No to za niego wyszła.
Dawniej ludzie nie dzielili każdego włosa na czworo, nie gadali „o wszystkim” ani też nie omawiali z drugim każdego swojego uczucia. Dystans między małżonkami był chyba nieco większy niż dzisiaj. Każde z nich wchodziło w ten układ zwany małżeństwem w określonej roli i prawie nigdy się z niej nie wychylało. Facet miał być twardy, robotny, obrotny, wiadomo że trochę popijający, to było niejako wkalkulowane w tamte czasy. Miał umieć załatwić to i owo – a interesy obowiązkowo pieczętowało się kielichem – oraz robić różne „męskie” rzeczy. A kobieta: gospodarna, zaradna, z instynktem macierzyńskim i darem dosmaczania potraw. Bez żadnej ujmy na honorze! Czemu to dzisiaj wydaje się niektórym takie uwłaczające?
Tak czy inaczej, Zalewscy nigdy nie stworzyli między sobą bliskości, za którą teraz Adela mogłaby tęsknić.
Tej ulgi nie należało, rzecz jasna, eksponować. Nie było po co.
Wszyscy – chłopcy, sąsiedzi, znajomi, dalsza rodzina – naturalnie przypięli Adeli łatkę „pogrążonej w żalu”. Tak to nawet zostało ujęte w nekrologu: „Zmarłego żegna pogrążona w żalu żona i synowie”. Trochę niefortunnie – jakby jej żal był większy od żalu synów. Andrzej czuł się już dorośle i prowadzał się z dziewczyną, Jarek prawie kończył podstawówkę. Krótko mówiąc, byli jako tako „odchowani”.
Adela nosiła to „nieutulenie w żalu” ze zrozumieniem i godnością, oczywiście w żałobnej czerni, nie zamierzając niczym kłuć bliźnich w oczy. Po co miałaby to robić? Po co dzielić się z innymi uczuciami, których nawet nie potrafiła jasno nazwać? Po prostu było jej odrobinę łatwiej to wszystko znosić, niż zakładali inni. I tyle.
Zmieniło się jedno. Dystans między nią a Zofią wyraźnie się skrócił. Razem załatwiły pogrzeby, razem wyprawiły stypę. Choćby dlatego, że we wsi była tylko jedna sala do organizowania takich imprez i musiały się nią podzielić. Zresztą większość gości i tak była wspólna, ludzie we wsi często byli ze sobą skoligaceni, wielu znało się blisko i z Adamskimi, i z Zalewskimi.
Kiedy jednak uporały się z formalnościami i podwójnym „ostatnim pożegnaniem”, każda znów odruchowo zamknęła się we własnym domu i życiu. Adela musiała się zająć nagłą chorobą Muci, sprowadzić weterynarza, podjąć leczenie. Potem wywiadówka u Andrzeja, załatwianie praktyk, pilnowanie, czy się uczy do egzaminów. Aż pewnego dnia znalazła w piekarniku formę Zofii. Na stypę podzieliły się robotą, gotowaniem i pieczeniem – dobrze zresztą, że miały czym zająć ręce, nawet robiły to razem, głównie w kuchni Zofii, bo była większa. I po poczęstunku blacha z resztą ciasta trafiła do Adeli. Chłopcy je dojedli, ona umyła naczynie, odłożyła… i o nim zapomniała.
Trzeba odnieść.
Wzięła parę jajek i świeży kozi twaróg, żeby nie oddawać pustej blachy, i poszła.
– Dzień dobry! – przywitała się z dziewczynkami bawiącymi się przy wejściu.
– Dzień dobry, ciociu! – odpowiedziały głosikami tak cienkimi jak ich warkoczyki.
– Mama w domu?
– Tak, ciociu.
Adela zapukała i nacisnęła klamkę bez czekania na otwarcie.
Zofia siedziała w swym eleganckim salonie w fotelu przy niskim ławostole, meblowym wynalazku tamtych lat. Rzut oka wystarczył Adeli do stwierdzenia, że źle z nią. W głębokim fotelu wydawała się jeszcze drobniejsza niż zwykle, wręcz się w niego zapadła. Chyba trochę wychudła. I robiła… nic. Niczego nie czytała, nie słuchała, nie oglądała telewizji. Siedziała z założonymi rękami, wpatrzona w jakiś punkt przed sobą. Choć była pora obiadowa, w domu nie czuć było żadnych zapachów zupy ani drugiego.
Niedobrze.
– Cześć – powiedziała dziarsko Adela. – Oddaję blachę. Zasiedziała się u mnie.
Zofia ledwo zauważalnie kiwnęła głową.
– Co słychać? – zagadnęła ją tylko po to, aby trochę tu pobyć. Miała wrażenie, że musi się pilnie rozeznać w sytuacji.
Zofia wzruszyła ramionami.
– Nic – odparła.
– Nic… – powtórzyła Adela, rozważając, jak by tu popchnąć tę rozmowę do przodu. – À propos „nic”: dziś sobie pomyślałam, że łatwiej mi uwierzyć w coś niż w nic.
Zofia obdarzyła ją pustym spojrzeniem. Mimo to Adela zdecydowała się rozwinąć myśl.
– Łatwiej mi uwierzyć w Boga, chociaż Go nigdy nie widziałam, niż w to, że ich już nie ma. To „nie ma” brzmi irracjonalnie, obco. Wiem dokładnie, jak Wiesiek pachnie, jaki ma głos, jakie ma wady, jakie zalety. Chyba więcej ma wad, ale jestem z nimi jako tako pogodzona. Byłam… – poprawiła się.
Trudno powiedzieć, jakiego czasu należało użyć w takiej sytuacji. Gdy kogoś już nie ma, to było się pogodzonym z jego wadami czy jest?
Coś zadrapało ją w gardle i równocześnie zapiekło w oczach.
– „Jestem młoda wdowa…” – zanuciła gorzko Zofia.
Jeśli Adela tu zostanie, zaraz się obie rozmażą.
Uniosła blachę jak tarczę.
– Położę w kuchni, dobrze?
Brak reakcji uznała za przyzwolenie, więc skierowała się tam.
– A jajka i twaróg włożę ci do lodówki, okej?
– Okej – odpowiedziała z salonu Zofia, niezbyt zainteresowana.
W lodówce było… No cóż. Czysto. I niewiele poza tym. Podobnie zresztą jak w całej kuchni.
Adela podjęła szereg szybkich decyzji. Wróciła do salonu.
– Ugotowało mi się za dużo zupy, chodźcie do nas, pomożecie zjeść.
Zofia podniosła na nią pusty wzrok.
– Nie jestem głodna.
– Ale dziewczynki są. – Adela ani myślała ustąpić. – A bez ciebie nie odważą się przyjść. Chodź.
Niemal wyrwała ją z tego fotela. Argument z córeczkami był trafiony, Zofia wydobyła się z leniwca i ruszyła potulnie za sąsiadką. Po drodze Zalewska zgarnęła Lidkę i Manię.
– Chodźcie, słoneczka. Dziś jecie obiad u nas. A jak wam posmakuje, to jutro też.
Posmakował, i to jak! Jadły, aż im się uszy trzęsły. Dobrze, że akurat nagotowała gar jak zwykle, dla trzech chłopów w domu, choć zostało jej tylko dwóch.
– Jedzcie, jedzcie – zachęcała. – Tak ładnie jecie, że chyba otworzę tu dla was codzienną stołówkę.
– Serio? – Mania wytrzeszczyła oczy.
– A czemu nie? – Adela posłała jej krzepiący uśmiech. Wszystko, co można było teraz zrobić dla tych małych i ich mamy, należało właśnie zrobić. Bezwzględnie. – Moje chłopaki wracają późno, przykrzy mi się samej. Z wami będzie weselej.
– Fajnie. – Lidka odpowiedziała jej także bladym uśmiechem.
– Ty też jedz. – Adela poleciła Zofii. – Musisz mieć siłę pleść te śliczne warkoczyki! No już, zjadaj ładnie – zwróciła się do niej jak do dziecka. – Daj córkom dobry przykład.
Dziewczynki zachichotały. O to chodziło. Dzieci mają szczebiotać i chichotać, a nie chodzić na paluszkach wokół mamy w depresji.
Zofia z trudem siorbnęła parę łyżek.
– Ciociu, a jak my już zjadłyśmy, to możemy iść na dwór? – spytała Mania.
– Pewnie. Weźcie sobie kompot. – Rozlała do dwóch szklaneczek wywar ze swoich pierwszych tego roku truskawek i wręczyła każdej.
Gdy wyszły, spróbowała przemówić Zofii do rozsądku.
– Rozumiem, że ci ciężko. Rozumiem jak cholera! Ale masz dla kogo żyć. Musisz wziąć się w garść. Zachowuj się przy nich normalnie, to małe dzieci! Im też jest bardzo trudno, a z tobą taką jeszcze o całe niebo trudniej. Jak musisz, to popłacz sobie w nocy w poduszkę albo posmuć się, kiedy są w szkole i przedszkolu. Kto ma sobie poradzić, jak nie kobieta? A matka to już w ogóle!
Broda Zofii zatrzęsła się, zwiastując nadchodzący płacz.
– Teraz mogę? – spytała żałośnie.
– Teraz możesz – pozwoliła Adela. – Póki są na dworze. Jak tylko wrócą, masz się obetrzeć i uśmiechnąć.
Zofia kiwnęła głową i wybuchnęła płaczem.
Adela przysunęła jej paczkę chusteczek.
– Tęsknię za nim. To raz. – Chlipnęła spazmatycznie.
Adela kiwnęła głową.
– Martwię się o przyszłość. To dwa. – Chlipnęła ponownie.
Wiadomo.
– I mam straszne długi – wyznała i rozszlochała się na dobre.
Adela zmarszczyła brwi. Ta informacja nijak nie pasowała do bogatego obejścia sąsiadki.
– Ty długi???
Zofia kiwnęła twierdząco.
– Żyliśmy ponad stan. Marek miał pomysł na biznes, ja wierzyłam, że go rozkręci, ale najpierw potrzebuje zainwestować. Zapożyczyliśmy się. Te Mercedesy, co miał sprowadzić, to właśnie żeby się trochę odkuć… Ja pracuję w urzędzie. Sama wiesz, jak tam płacą. – Zerknęła na Adelę, żeby wybadać, czy wie, ale z jej twarzy nie wyczytała rozeznania w urzędniczych pensjach. – No, może nie wiesz, ale się domyślasz – poprawiła się więc. – Reasumując: marnie jest.
Ładne rzeczy. Prawdę mówią, że co chatka, to zagadka.
Adela głęboko odetchnęła. Pod sufitem znowu, jak kiedyś u Zofii, latała brzęcząca mucha, ale tu packa była zawsze pod ręką. Zalewska sięgnęła po nią – wisiała na haczyku z boku kuchenki – i szybkim ruchem ukróciła muszy los.
– Teraz my musimy wymyślić biznes – powiedziała, odwieszając packę.
– My? Przecież nie znamy się na autach, więc jak…
– Pieprzyć te Mercedesy! Wynajdziemy sobie coś innego. Coś na naszą miarę. Coś, w czym jako kobiety łatwo się odnajdziemy.
– Czyli co? – Zofia osuszyła policzki i wydmuchała nos.
– Jeszcze nie wiem. Ale pomyślę. A ty prędko ochlap twarz zimną wodą, dziewczynki idą!
Myślała całą noc.
E tam całą! Takie gadanie to zawsze przesada. No ale wiadomo, że ludzie, a już zwłaszcza kobiety, lubią opowiadać z przesadą, która zwyczajnej opowieści dodaje smaku niczym przyprawa – dlatego po latach, gdy opowiadała innym tę historię, mówiła właśnie tak: „rozmyślałam nad tym całą noc”. Nad tym, jak pozory mylą, a bogaci sąsiedzi z wielkim domem świecą wielką dziurą budżetową. I nad tym, że trzeba koniecznie coś przedsięwziąć, zanim komornik zabierze Adamskiej dom, a ona się całkiem załamie. I nad tym, że trzeba chronić dzieci.
Aż wymyśliła.
Rano wstała jak zwykle o szóstej, poszła do Muci, kóz, kur i kaczek, narobiła chłopakom stos kanapek, po czym zastukała do drzwi Zofii – i jak zwykle od dwóch tygodni weszła, nie czekając na zaproszenie.
Zofia mieszała dziewczynkom herbatę.
– Dzień dobry! – zawołała Adela od progu kuchni. – Jak się macie?
Zofia łypnęła na nią niepewnie. Sąsiadka była coś podejrzanie wesolutka. Ubrana nie na czarno, a w starych, kolorowych ciuchach, w jakich zwykle chodziła do obrządku. Włosy miała przepasane jakąś zamotką, parę pasm się wysunęło. Policzki zaróżowione od porannej pracy i od noszenia w sobie niewyjawionego jeszcze światu pomysłu. Dziewczynkom bardzo się taka podobała – rozwichrzona, kolorowa, rumiana i z energią. Do tego chodziła specyficznym rytmem – nierównymi krokami, dłuższymi, krótszymi, ciut szybciej, ciut wolniej. Wyglądało to tak, jakby dyskretnie tańczyła do jakiejś własnej, wewnętrznej muzyki.
– Cześć, ciociu! – zawołały i przykleiły się do niej obie jak dwa rzepki.
Zaraz też otoczyła je ramionami. Ależ były z nich chudzinki…
– Szykujecie się do szkoły? – zagadnęła.
– I do zerówki – zaznaczyła Mania.
– Bardzo dobrze. To niech mama was szybciutko odwiezie, potem wróci – Zofia wciąż przebywała na przedłużającym się zwolnieniu – i wtedy ja jej przedstawię nasz nowy wspaniały plan.
– Plan czego? – zapytała Lidka.
Już, już miała odpowiedzieć małej modnym ostatnio słowem „biznesplan”, ale pomyślała, że biznesplany to raczej rzecz facetów. Kojarzyły jej się z tabelami, wykresami, wyliczeniami i kwotami spodziewanych zysków. Ona nie dysponowała niczym takim. Miała natomiast ideę, błyskotliwy pomysł na ich nowe, dobre życie. Sprytne, pomysłowe rozwiązania to właśnie specjalność kobiet, i to w każdej materii: i naszycia zgrabnej łaty na spodniach, i zacerowania skarpety, i ugotowania zupy na gwoździu, i dysponowania domowym budżetem, tak aby na wszystko starczyło, nawet gdy funduszy jest tyle, co kot napłakał.
– Plan życia – uśmiechnęła się.
Zofia musiała połknąć haczyk, bo zaraz po odwiezieniu dziewczynek zapukała do Adeli.
Ta właśnie wyjmowała ciasto z pieca.
– Siadaj. – Ruchem głowy wskazała jej miejsce przy stole. Choć ceraty były dużo praktyczniejsze, u Adeli na kuchennym stole leżał bieżnik w rajskie ptaki. Miała kilka takich, wszystkie w szalonych kolorach i ze zwykłej tkaniny, niepowlekanej, nieodpornej na plamy. Gdy się zaplamił – a działo się tak prawie codziennie – po prostu kładła inny, a ten szedł do prania. W latach dziewięćdziesiątych wielu ludzi nagle zaczęło się bać wszelkiego wysiłku na rzecz „nowoczesnych rozwiązań”. To bezplamowe, tamto nietłukące, coś tam jeszcze bezproblemowe. Zamiast tetry – pampersy, zamiast sypanej kawy – rozpuszczalna, zamiast fusiastej herbaty – Lipton w torebkach, zamiast utartego świeżego jabłuszka dla dziecka – danie ze słoiczka. Co ci ludzie robili z tak wspaniale zaoszczędzonym czasem, nie wiadomo. Pewnie spędzali go w towarzystwie programów ze swoich anten satelitarnych. Albo stosu VHS-ów z wypożyczalni.
Pokroiła ciasto, choć gorące okropnie kleiło się do noża, postawiła dwie szklanki i dzbanek z herbatą z zaparzonych fusów, a jakże! Ona nie miała obsesji ułatwiania życia i oszczędzania czasu. Podała talerzyki, łyżeczki, cukiernicę i plasterki cytryny na spodeczku.
– No mówże wreszcie! – zniecierpliwiła się Zofia.
To dobrze, bardzo dobrze! Adela robiła wszystko, by właśnie wywołać w owdowiałej sąsiadce zainteresowanie życiem. Irytacja Zofii dowodziła, że suspens Adeli odnosił zamierzony skutek.
– Otworzymy hotel – oznajmiła uroczyście.
Zofia patrzyła na nią nieodgadnionym wzrokiem.
– Rozwiń, proszę – poleciła w końcu.
– Mieszkamy w pięknym miejscu – powiedziała Adela. – Na co dzień może tego nie dostrzegamy, ale doprawdy mamy wiele szczęścia…
Zofia pokręciła głową.
– …jeżeli chodzi o otoczenie – uzupełniła szybko Adela. – Las, jezioro. Słyszałaś o czymś takim jak agroturystyka? Mówili o tym w zeszłą niedzielę w Agrobiznesie. Że miastowi szukają kontaktu z naturą, że chcą mleka prosto od krowy, i pierogów z jagodami, i kury dzieciom pokazać… My to wszystko mamy!
– Ty masz – sprostowała Zofia.
– My – zapewniła ją Adela. – Bo hotel będzie konkretnie u ciebie.
Zofia zrobiła wielkie oczy.
– Masz duży dom, to raz. Ładny i modnie urządzony, to dwa. Dużo pokoi, łazienki też pewnie ze dwie? – Spojrzała pytająco na Zofię. Tak dokładnie jej domu jeszcze nie znała.
– Dwie – potwierdziła Zofia.
– Czyli trzeci punkt dla ciebie. U mnie letnicy mogą się co najwyżej stołować.
– Letnicy – podchwyciła Zofia. – Czyli to rozwiązanie tylko na lato.
– Mamy przed sobą całe lato. Zarobimy trochę pieniędzy, na jakiś czas starczy. A potem zobaczymy. Nie musimy od razu planować sobie całego życia.
– To by mnie przerosło – stęknęła Zofia.
– Mnie też – zgodziła się Adela. – Dlatego idźmy drobnymi kroczkami. Najpierw zorganizujmy te najbliższe miesiące. Potem znowu kolejne. I jakoś to będzie.
– „Jakoś”… – westchnęła Zofia.
– Dobrze będzie – powiedziała z naciskiem Adela.
– A skąd weźmiesz tych letników?
– Rozwiesimy ogłoszenia. W urzędzie gminy, na stacji, w miasteczku, na przystankach. Ty w szkole dziewczynek, ja dam chłopakom, żeby zrobili rundkę po okolicy. W miasteczku też. Zobaczysz, rozkręcimy to!
To było nawet fajne. Okazało się, że obie lubią urządzać przestrzeń, aranżować wnętrza, wymyślać praktyczne ustawienia mebli i wykombinowywać rozmaite dodatki. Gust miały różny: Zofia była łakoma na nowoczesność i chętnie ulegała nowinkom, które czasem okazywały się bublami. Adela ufała tradycyjnym, wypróbowanym rozwiązaniom – za to miewała artystyczne „odpały”. Jakoś jednak się dogadywały.
Na pokój dla letników wytypowały pomieszczenie na parterze domu Zofii, tuż przy wejściu, które dotąd w gruncie rzeczy służyło Adamskim za graciarnię. Trzeba je było uporządkować, odmalować, posprzątać. Wszystko to robiły razem, bo Zofia, gdy tylko Adela zostawiała ją na dłużej samą, stawała się niezborna i niedecyzyjna. W takich chwilach wracała do stanu żałobnego odrętwienia. W towarzystwie Adeli i z jej werwą brała się w garść – choćby ze zwykłego poczucia przyzwoitości, które nakazywało jej też się ruszyć, kiedy sąsiadka myła w jej domu okno czy przesuwała jej szafę.
Najpierw pomalowały ściany na złamaną biel. Kolor ten czynił pomieszczenie jasnym, lecz jednocześnie nie był tak podatny na zabrudzenie jak biel śnieżna. Potem Zofia wytypowała różne mniej lubiane meble, które oddelegowała do pokoju gości.
Znalazły się tam: politurowana meblościanka i taki sam stolik, dwa pufy obite bordowym skajem, również bordowy rozkładany narożnik, który w dzień miał służyć letnikom za kanapę, a nocą za łóżko.
Gdy Adela zobaczyła brązowoczarną meblościankę na wysoki połysk, poczuła estetyczny zgrzyt. Jak to, ktoś przyjedzie obcować z naturą i odludziem, a tu taki ponury grzmot…?! U niej w chałupie królowała sosna. Może i trywialnie, za to jasno i naturalnie. Godzinę podchodziła do mebla jak pies do jeża, potem zaczęła urabiać Zofię na zmianę.
– Pomalujmy to.
Zofia nie była gotowa na tę wizję.
– Jak niby???
– Jakkolwiek. Wszystko będzie lepsze od tej trumny. Przepraszam za skojarzenie. – Za późno ugryzła się w język, zepsuła Zofii humor. – Ja to mogę zrobić.
– Umiesz malować meble? – spytała podejrzliwie Adamska.
– Wszystkiego umiem po trochu – oznajmiła Adela. – Jak każda baba.
To nie przekonało Zofii. Miała jednak wtedy za mało siły przebicia, w ogóle wszelkiej siły, by stawiać opór.
– Rób, co chcesz – poddała się.
I Adela zrobiła to po swojemu. Przepatrzyła własną komórkę w poszukiwaniu farb, lecz niezadowolona z efektu (jednej było mało, druga wyschnięta, trzecia bura) wybrała się autobusem do Włocławka, tam rozpytała o właściwy sklep, a gdy się w nim znalazła – przepadła.
Czegóż tam nie było… Farby ścienne, sufitowe, wewnętrzne, zewnętrzne, matowe i połyskujące, nasycone i pastelowe. Wzorniki, pędzle, wałki, pigmenty, plastikowe szablony do odmalowywania wzorów. Adela chodziła i oglądała, czując przy tym niespodziewaną ekscytację. Nie była dotąd na bieżąco, nie miała pojęcia o aktualnych możliwościach malarskich. Koniec końców przepuściła tam mnóstwo forsy i wróciła do Zalesia z dwiema reklamówkami puszek, pędzli, papierów ściernych, rozpuszczalników i szablonów – oraz z przekonaniem, że na tym raczej się nie skończy.
Do meblościanki Zofii wybrała dwa kolory: kremowy i bordowy. Odkręciła uchwyty, zmatowiła lakier (oj, było z tym roboty…), potem nałożyła dwie warstwy kremowej farby. Wyszło bardzo ładnie.
– Rzeczywiście wyszło bardzo ładnie! – stwierdziła zaskoczona Zofia. – Jak nie ten mebel!
– O, to to – odparła Adela. – O to chodziło.
Zofia na tym by poprzestała. Było jasno, jednolicie i dobrze. Ale w zamyśle Adeli kremowa warstwa stanowiła dopiero tło! Gdy wyschła, Zalewska, która właśnie odkrywała swoje nowe zamiłowanie, przyłożyła na środek każdego frontu plastikowy szablon, wzięła gęstszą bordową farbę z mniejszej puszki i odmalowała nią kontrastowy zawijas.
Popatrzyła krytycznie na całość i uznała, że trzeba dodać coś jeszcze. Zawijasy wyglądały świetnie, ale frontów było stosunkowo mało – meblościanka miała więcej półek niż szafek. W dodatku szuflady, na których szablon się nie mieścił, wydawały się wobec dużych zawijasów łyse i puste. Adela nie miała mniejszego szablonu, narysowała więc ołówkiem jego pomniejszoną wersję – najpierw na jednej szufladzie, na próbę – potem pomalowała ją cienkim twardym pędzlem na bordowo… i dopiero wtedy była całkowicie rada z efektu. Kolejne szuflady malowała już bez ołówkowego konturu. Jeśli będą się trochę różnić, to co? Na tym przecież polega sztuka!
Zofia oniemiała.
Adela nie całkiem ją zrozumiała.
– Wiem, wiem. Uchwyty teraz nie pasują. Trzeba kupić inne. Może bordowe gałki?
W tym momencie do pokoju letników, który na razie był pracownią malarską Adeli (tudzież polem jej eksperymentów), wpadły dziewczynki.
– Ooo!!! – zawołały niemal równocześnie.
– Jejciu, jak ślicznie!!! – zapiszczała Lidka. – Ciociu, to ty? – dodała z niekłamanym podziwem.
Nim Adela zdążyła odpowiedzieć, Mania wystrzeliła z pytaniem:
– Ciociu, ciociu! A czy nasze mebelki też tak możesz ozdobić?
I Zofii nie pozostało nic innego, jak przyznać rację demokratycznej większości.
Pokój nabierał charakteru. Zofia zaproponowała, aby rozmontować meblościankę na trzy odrębne części i ustawić je w pewnym oddaleniu od siebie. To był dobry pomysł: dał pomieszczeniu wrażenie lekkości. Pod ścianą z drzwiami ustawiły narożnik, a pod oknem stolik i pufy. Jakiś czas przekonywały się nawzajem, czy lepiej zostawić stół, jaki jest, i tylko przykryć go białym bieżnikiem z tacką i dwiema szklankami Duralex, czy powlec stołowe nogi na bordowo, a blat na kremowo i mieć komplet z resztą. Skończyło się polubownie: na bordowych nogach i bezplamowym bieżniku z Duraleksami.
Ściany ozdobił cepeliowski kilim – dar Adeli – oraz Jeleń na rykowisku – dar Zofii, olej na płótnie, odziedziczony po teściach i aż dotąd wstydliwie chowany w piwnicy. Do tego szklany klosz sufitowy na jedną żarówkę i druga lampa stojąca, podłogowa, z abażurem z frędzlami. Na podłogę powędrował nieco wysłużony turecki dywan, a w róg pokoju drewniany kwietnik na toczonych nogach. Kwietnik miał trzy miejsca na doniczki, lecz obie kobiety tak szczodrze porozsadzały rośliny ze swoich parapetów, że starczyło ich jeszcze na drugi kwietnik – wiszący!
Usytuowanie pokoju było całkiem korzystne – niedaleko wejścia oraz łazienki, niestety także tuż obok kuchni i salonu. I tak, gdy prace remontowe miały się ku końcowi, Zofię zaczęły dopadać rozliczne wątpliwości.
– Mamy różne cenne przedmioty – mówiła Adeli. – Telewizor, magnetowid, wieżę stereo, kolekcję naszej muzyki, pamiątki. Nawet książki! Encyklopedie, słowniki, Kronikę XX wieku… To wszystko przedstawia pewną wartość i byłabym bardzo zła, gdyby ktoś coś ruszył albo, co gorsza, zabrał.
– Założymy zamki – podrzuciła Adela. – Zresztą do pokoju letników też. Przyjezdni również powinni czuć się u was bezpieczni.
Zofia się obruszyła.
– Jak to, na każdych drzwiach zamki?! Dziewczynki nie będą mogły swobodnie chodzić po własnym domu!
– Przecież na co dzień nie będziesz ich przekręcać. Tylko gdy będą goście.
Zofii znów coś w tym stwierdzeniu Adeli nie pasowało.
– Gość to ktoś znajomy – sprostowała. – A ty chcesz, żebym wpuściła pod swój dach kompletnie obcych ludzi! Nie wiadomo przecież, kto się trafi. Mówisz, żeby oni się czuli bezpiecznie. A my? Co z nami? Nie ma już z nami mężczyzny. – Głos jej się niebezpiecznie załamał. – Nie zagwarantujesz mi przecież, że dziewczynek, czy nawet mnie, nie spotka z ich strony nic złego!
Adela nagle znalazła w ustach jakiś niewygodny okruch i bez namysłu splunęła nim w przestrzeń.
– Życie na nic nie daje gwarancji.
I Zofia w końcu się poddała. Oto sąsiadka, z którą dotąd nic prócz płotu jej nie łączyło, pluje jej na parkiet, mebluje życie i dom, wbija gwoździe w ściany i wymyśla plany na przyszłość. Co więc jej pozostało oprócz schowania do kieszeni własnych porządków, zasad, manier… lęków…?
Na razie niewiele.
To jest fragment książki.Pełna wersja zawiera dalsze rozdziały.
Drogi Czytelniku!
Dziękujemy za zakup naszej książki. Pamiętaj, że powstała ona wysiłkiem wielu osób: autorki, zespołu redakcyjnego oraz grafików. Oczywiście możesz ją pożyczać bliskim Ci osobom. Jeśli mówisz o niej komuś, wspomnij o wydawnictwie. Możesz też nas cytować, ale nie zmieniaj treści i podawaj tytuł i nazwiska twórców.
Do zobaczenia znów!
Tekst: Paulina Płatkowska
Redakcja: Iwona Krynicka
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Magdalena Wołoszyn-Cępa
Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Rychter
Opracowanie e-booka: Leszek Kwiatkowski
Projekt logotypów: Maciej Szymanowicz
SILVER oficyna wydawnicza
ul. Madalińskiego 67C/5
02-549 Warszawa
ISBN: 978-83-976467-9-7
