Stan splątania - Roksana Jędrzejewska-Wróbel - ebook + książka

Stan splątania ebook

Roksana Jędrzejewska-Wróbel

4,6

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Obcy sobie, oddzielni, zaplątani w codzienne obowiązki, zniewoleni przez lęki. Kto mógł przypuszczać, że staną się sobie tak potrzebni, jak Harry, Hermiona i Ron!

Maria. Codziennie garść suplementów i paskudne smoothie. „Zdrowe i smaczne” – z pewnością! A na święta plastikowa choinka z supermarketu i wigilia z cateringu, bo – jak twierdzi mama – nie można tracić życia na drobnostki.

Lena. Zawsze ze słuchawkami na uszach. To jedyny sposób, żeby odciąć się od ludzi. Niespecjalnie ich lubi. No i mama… Czasami myśli, że to raczej ona sama jest matką w tej rodzinie. Czuje się stara i zmęczona. Ale może porysuje, kiedyś to lubiła…

Miłosz. W naciągniętym na głowę kapturze, z wielkim futerałem na wiolonczelę. Osobny. Nie lubi się wychylać. Gdyby tylko bluza mogła działać jak peleryna niewidka... Dość tego! Musi być silny, bo „świat nie jest miejscem dla słabeuszy”.

Choć chodzą do jednej klasy i mieszkają na tym samym osiedlu, właściwie się nie znają. Nie pomaga też ciągła presja – koniec szkoły, egzamin ósmoklasisty i mityczne punkty - za świadectwo, olimpiady, konkursy i wolontariat. Właśnie, wolontariat! Maria, Lena i Miłosz mają go odbyć w domu spokojnej starości…i nagle okazuje się, że to początek czegoś nowego i odświeżającego. Doświadczenie, które zmieni nie tylko ich, ale także ich rodziny.

Nagradzana autorka Praktycznego Pana, Siedmiu wspaniałych oraz serii książek, na podstawie których powstał serial Pamiętnik Florki, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, tym razem napisała książkę dla nieco starszego pokolenia młodych czytelników, choć tak naprawdę Stan splątania to powieść międzypokoleniowa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (36 ocen)
24
11
1
0
0
Sortuj według:
Sallyan_86

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka. Polecam również starszym, nie tylko młodzieży. Zwłaszcza rodzicom, nauczycielom, wszystkim, którzy mają styczność z młodzieżą. Książka przypomina, jak na świat patrzą młodzi ludzie, co kryje się w ich głowach. Równocześnie pokazuje wiele współczesnych problemów. Postacie seniorów też są ciekawe. Szczerze polecam.
00
swiat_agnes

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna
00
Mowilcz

Nie oderwiesz się od lektury

świetna powieść dla nastolatków i ich rodziców. o współczesnych problemach, samotności tych młodych i starszych i o tym, jak ważny jest wspólny czas a nie dobra materialne....
00
iza8888

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała książka dla wielu pokoleń, mimo wszystko polecam szczególnie dzieciom milenijnym, to triludne pokolenie urodzone już z komórką w dłoni. Polecam też dziadkom i babciom, którzy nie rozumieją swoich wnuków i nie wiedzą co się stało z dziećmi w dzisiejszych czasach. Nic nie zdradzę, powiem tylko czyta się lekko, Chętnie podyskutowała bym z kimś po przyczytanuu książki co Wy na to?
00

Popularność




Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: ANNA MILEWSKA
Korekta: EWA POLAŃSKA, AGNIESZKA STĘPLEWSKA, BARBARA TURNAU
Projekt okładki i układ typograficzny: URSZULA GIREŃ
Ilustracja na okładce: © maxart/shutterstock
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Roksana Jędrzejewska-Wróbel © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07435-0
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Na pierwszy rzut oka na korytarzu panuje atmosfera wesołego zamieszania. Ktoś się śmieje, ktoś je kanapkę, ktoś skacze, ktoś robi zdjęcie, ktoś kogoś popchnął, wcale nie przypadkiem. Słychać jednostajny szum rozmów, trzaskanie drzwiami do łazienki, nauczyciele, którzy nie mają akurat dyżuru, pospiesznie chowają się w pokoju nauczycielskim. Ktoś przechodzi, ktoś kogoś mija, ktoś się potyka, ktoś biegnie po schodach. Dopiero po chwili z tego kłębowiska można wyłowić pojedyncze postaci. Chłopak w kapturze siedzący w rogu za drzwiami, z głową pochyloną nad komórką. Wysoka blondynka ze słuchawkami w uszach, patrzy w okno skulona na parapecie. Włosy spadają jej na twarz. Bardzo szczupła, krótko obcięta dziewczyna z książką na kolanach, wyprostowana jak struna, siedzi na podłodze i czytając, jednocześnie rozciąga mięśnie nóg. Chłopak o delikatnych rysach stoi oparty o ścianę z rękami wbitymi w kieszenie rurek i ze wzrokiem utkwionym w podłodze, jakby znalazł tam jakiś wyjątkowo interesujący wzór.

Jest ich więcej. W zacisznym rogu korytarza, pod mottem „Moja szkoła – moja pasja”, w pustej podczas przerwy sali geograficznej, za drzwiami kabiny w łazience. Niektórzy wyglądają, jakby chcieli zniknąć, inni, jakby ich w ogóle nie było. Każdy osobny, schowany w swoim świecie jak nurek głębinowy w skafandrze na dnie oceanu. Bez chęci wynurzenia. Monotonny hałas na korytarzu paradoksalnie daje poczucie bezpieczeństwa, jest jak szum fal uderzających o brzeg, mniej więcej wiadomo, czego można się spodziewać. Pozwala się rozpuścić, zniknąć. To tu dużo łatwiejsze niż w ciszy sali lekcyjnej. Tam nie ma gdzie się ukryć.

– Jak ty wyglądasz? – Głos wicedyrektorki z precyzją szpilki przebija się przez szum rozmów.

Maria podnosi głowę znad książki. Wicedyrektorka stoi nad Sarą z VIII B, która wydaje się bardzo blada, może dlatego, że usta ma pomalowane czerwoną szminką i kontrast jest zbyt duży.

– Zetrzyj to natychmiast! – mówi wicedyrektorka.

– Ale dlaczego? – pyta Sara.

Dyrektorka patrzy na nią z zawodową naganą pomieszaną ze zwykłą ludzką niechęcią.

– Znasz zasady.

– Ale ich nie rozumiem. – Sara patrzy dyrektorce prosto w oczy.

– Nie bądź bezczelna. – Głos wicedyrektorki robi się znużony. – Idź do łazienki i umyj twarz.

– Ale dlaczego? Niech mi pani wytłumaczy – upiera się Sara.

– Naprawdę chcesz wiedzieć? – Dyrektorka prostuje się. – Wyglądasz wyzywająco, jak zwykła... – Nie kończy, bo orientuje się, że nagle dookoła zrobiło się dziwnie cicho.

Miłosz odsunął lekko kaptur, Lena zdjęła słuchawki i odwróciła się od okna. Maria zerka znad książki. Nawet Robert oderwał wzrok od wzoru na podłodze.

– Proszę do mojego gabinetu – mówi wicedyrektorka do Sary.

Dziewczyna wzrusza ramionami i rusza za nauczycielką w głąb korytarza, na którym wszystko natychmiast wraca do normy. Robert patrzy na plecy Sary znikające za zakrętem. Też uważa, że jest bezczelna. W niemiły, arogancki sposób. Jest hałaśliwa, niesympatyczna i robi wokół siebie zamieszanie. Bycie z nią w jednej klasie jest męczące. Jeśli Sara nie dostarcza sobie kilku bodźców naraz, to pewnie wydaje jej się, że umarła. Więc nie, zdecydowanie nie lubi Sary, ale uważa, że sposób, w jaki potraktowała ją wicedyrektorka, jest nie w porządku. Tylko co można zrobić? Nigdy nic nie można zrobić. Nigdy. Trzeba wytrzymać. Robert wie to najlepiej. Znowu wbija wzrok w podłogę, mruży oczy. Jednak teraz zamiast linii posadzki widzi korytarz, ale całkiem przemieniony. Wszyscy obecni mają usta wymalowane czerwoną szminką. Wszyscy – niezależnie od płci. Wszyscy w końcu mają odwagę pokazać, co myślą, co czują. Powiedzieć, że mają dość. Wizja rozwija się jak flaga, uszminkowanych przybywa, a wicedyrektorka kurczy się i maleje tak bardzo, że w końcu znika. Robert nuci pod nosem podkład muzyczny. Scena jak z amerykańskiego filmu, w którym wszyscy na końcu łapią się za ręce, przeciw hipokryzji i nienawiści. I władzy nauczycieli, którym wydaje się, że są wszechwiedzący. Dzwonek! Koniec przerwy i amerykański film rozmywa się na szkolnej posadzce. Robert wraca do rzeczywistości, jakby ktoś pociągnął go za smycz. Wolno rusza w kierunku swojej sali. Po drodze zerka na Marię naciągającą rękawy na nadgarstki, jakby było jej zimno. Czuje z nią dziwne pokrewieństwo, ale nigdy ze sobą nie rozmawiali. Może gdyby chodzili razem do klasy, byłoby inaczej? Może zostaliby przyjaciółmi? Z drugiej strony czym jest klasa? Grupą przypadkowych osób spędzającą ze sobą całe dnie, przez kilka lat. Czy to, że jesteśmy z kimś codziennie zamykani w jednym pomieszczeniu, sprawia, że stajemy się sobie bliżsi? Niektórym się udaje, ale od czego to zależy? Robert bierze wdech, prostuje plecy jak wstająca właśnie z podłogi Maria i znika w sali razem z VIII B.

Maria schyla się, rozciąga kręgosłup i myśli o Sarze. Dawno temu chodziły razem na akrobatykę. A potem się pokłóciły. Maria już nie pamięta, dlaczego Sara się na nią obraziła i zrezygnowała z treningów. Od tego czasu rzadko rozmawiają, ale Maria wciąż podziwia ją za odwagę. Sama też jest odważna, ale nigdy nie odezwałaby się tak do kogoś dorosłego, a tym bardziej do wicedyrektorki. Ani nie umalowała ust czerwoną szminką. Zresztą ona w ogóle nie lubi się malować. Maria z resztą VIII A wchodzi do sali. Szuranie odsuwanych krzeseł, szmer głosów.

– Proszę już o spokój, zapiszmy temat godziny wychowawczej... – Wychowawczyni rozkłada na biurku segregator, uruchamia laptopa, zerka na ekran.

– A więc tak... Gdzie ja to mam... O, właśnie: „Jak sobie radzić z niepowodzeniami”. – Bierze kredę i zaczyna pisać na tablicy.

– Ale to już było ostatnio... – podnosi rękę Maria.

– A tak, rzeczywiście, przepraszam, pomyliłam się. – Wychowawczyni szybko ściera to, co napisała. – W takim razie zapiszcie: „Jak dbać o poczucie własnej wartości”.

Lena pochyla się nad zeszytem. Temat brzmi świetnie. Zresztą jak prawie każdy.

– Zapisaliście? Dobrze – cieszy się wychowawczyni. – To za chwilę sobie o tym porozmawiamy, ale najpierw omówmy szybko sprawy bieżące...

Bieżące, bieżący, bieżąca. Bieżąca woda w kranie... Lena wyobraża sobie odkręcony kurek i strumień, który nigdy nie przestaje płynąć. Sprawy bieżące zawsze mają pierwszeństwo, dlatego zalewają wszystko, każde pytanie, każdą wątpliwość i niepokój. Każdy interesujący temat godziny wychowawczej skrzętnie zapisany w zeszytach, żeby wszystko zgadzało się z planem. Za każdym razem Lena ma nadzieję, że lekcja wychowawcza będzie dotyczyła tego, co zapisali. I zastanawia się, co by było, gdyby naprawdę zaczęli rozmawiać o poczuciu wartości, radzeniu sobie z trudnymi emocjami albo cyberbullyingu. Ale to przecież nie są sprawy bieżące, więc mogą poczekać. Lena rysuje długopisem na tylnej stronie okładki umywalkę, a w niej miniaturową siebie, topiącą się w lecących z kranu ocenach...

– A więc kwestia pierwsza. Wycieczka klasowa. W ramach ekoakcji Do Lasu Idę pojawił się projekt „Bushcrafting – skontaktuj się z naturą” wspierany przez Lasy Państwowe, w ramach którego młodzież spędza noc w środku lasu pod namiotami. Nasza szkoła, jako przodująca w ekoakcjach, została do niego zaproszona.

Miłosz przypomina sobie, jak dawno temu tata zabrał go pod namiot. Wspomina to jako totalną porażkę, było zimno i niewygodnie, a ojcu nie udało się rozpalić ogniska. Jednocześnie jednak czuje dreszcz emocji na myśl, że oto znaleźliby się wszyscy w środku lasu. Rozgląda się po sali, próbując wyobrazić sobie te niby znajome, a jednocześnie obce twarze na tle zieleni, oddzielone od ławek. Inni chyba czują podobnie, bo nagle cała klasa ożywia się, w oczach, do tej pory skierowanych na zeszyty i ekrany telefonów, widać błysk zainteresowania.

– Niestety, większość rodziców nie wyraziła zgody na nocowanie w lesie. – Wychowawczyni kręci głową, a kiedy przez salę przechodzi szmer rozczarowania, dodaje: – Mam podobne zdanie, zwłaszcza że w zeszłym roku była prawdziwa inwazja kleszczy. Dlatego temat wycieczki na razie przesuwamy, pomyślcie, gdzie chcielibyście pojechać, co zwiedzić. Może jakieś muzeum, miejsca ciekawe architektonicznie albo historycznie? Spiszcie propozycje i wrócimy do tego za jakiś czas.

Głowy znowu pochylają się nad ławkami, oczy wracają do ekranów, ramiona, przez chwilę z ciekawością wyprostowane, znowu opadają, jakby ktoś wypuścił z nich powietrze. Tylko plecy Marii są nieustająco nienaganne, jakby pozbawione łopatek. Lenie, która ma je przed oczami, przychodzi do głowy, że doskonałość Marii jest nie do zniesienia. Na pewno nigdy się nie garbiła, nie miała problemu z poczuciem wartości i nie nosiła upokarzającego piszczącego pajączka. A Lena owszem, chociaż i tak niewiele to dało. A zresztą, co ją obchodzi jakaś Maria. Lena potrząsa włosami, jakby chciała wyrzucić z głowy to ciągłe porównywanie się, które tylko psuje jej humor. Miłosz, który siedzi pod ścianą, patrzy na te włosy i myśli, że ładnie odbijają światło. Są takie jasne i długie, że mogłyby być peleryną niewidką. Trochę zazdrości Lenie, on ma tylko kaptur.

– Co do wycieczki, to nie ma pośpiechu, bo jeśli się w ogóle odbędzie, to przecież i tak dopiero po testach. A testy to, jak wiecie, sprawa najważniejsza. Kończycie w tym roku szkołę, zaczynacie nowy etap, jeśli ma być udany, musicie uzbierać odpowiednią liczbę punktów. Przypominam, że na teście ósmoklasisty możecie otrzymać ich maksymalnie sto, natomiast drugie sto możecie zgromadzić w inny sposób. Zaraz wam to rozpiszę... – Wychowawczyni odwraca się do tablicy i bierze do ręki kredę.

Miłosz zamyka oczy. Widzi stado chomików o twarzach koleżanek i kolegów z klasy. Każdy z całych sił przebiera krótkimi łapkami, napychając sobie policzki punktami. Ale nikt się nie przemieszcza, bo każdy jest uwięziony we wnętrzu malutkiej karuzeli. Jedyny sukces, jaki może osiągnąć, to coraz grubsze poliki i coraz szybciej kręcąca się karuzela. Karuzela Marii pędzi jak meteoryt, a jej policzki zaraz pękną. Miłosz nie może powstrzymać się od śmiechu.

– A tobie co tak wesoło? – Wychowawczyni celuje w niego kredą, ale wcale nie jest ciekawa odpowiedzi.

Więc Miłosz nie odpowiada. Oboje wiedzą, że chodzi tylko o przywołanie do porządku. Czuje się przywołany, już się nie uśmiecha i włącza pod ławką grę na komórce.

– Czy za świadectwo z paskiem będą dodatkowe punkty? – Ręka Marii wystrzeliwuje w górę.

– Oczywiście, aż siedem, więc gorąco was zachęcam do wytężonej pracy oraz udziału w olimpiadach. To wielka szansa, żeby powiększyć swoje zasoby. Tak samo jak nasze comiesięczne wyzwania Bohater Miesiąca i apele, na których motywujemy was do zdrowej rywalizacji. W przeliczaniu ocen na procenty pomoże wam specjalny kalkulator punktów...

Tablica pokrywa się wzorami. Maria skrzętnie notuje, Lena też pochyla się nad zeszytem, ale tylko po to, żeby zapełnić kartkę kółkami, które nie wiadomo kiedy zamieniają się w spirale. Oceny na punkty, punkty na procenty. Dlaczego to musi być takie skomplikowane? Dopiero wpół do dziewiątej, a ona ma ochotę położyć się na ławce i zasnąć. Spirale plączą się ze sobą, zapętlają...

– Lena? Mówię do ciebie. – Głos wychowawczyni wyrywa ją z przyjemnego letargu. – Zapisać cię do domu seniora?

– Słucham? – Zaskoczona Lena mruga oczami.

– No właśnie, najwyraźniej wcale nie słuchasz. – Wychowawczyni wzdycha ciężko.

Jest jeszcze dosyć młoda, ale oczy już ma podkrążone, głęboką zmarszczkę między brwiami, ziemistą cerę i znękany głos. Bezbarwna postać bez właściwości. Wychowawczyni – osoba, która udaje, że lubi swoją pracę. Zresztą większość nauczycieli zachowuje się, jakby pracowała w szkole za karę. Maria w jakimś sensie im współczuje, niektórzy uczniowie wcale nie ułatwiają pracy. Na przykład taka Lena – strasznie irytująca postać. Milcząca, ciągle niezadowolona, z miną, jakby czuła się lepsza od innych. Nigdy nie wiadomo, co naprawdę myśli. Szkoda, bo przecież mieszkają na tym samym osiedlu. Gdyby była inna, może mogłyby się zaprzyjaźnić...

– Jaki dom seniora? – pyta zdziwiona Lena.

– Dla starszych ludzi, w ramach wolontariatu. No chyba że nie zależy ci na dodatkowych punktach.

– Zależy – odpowiada szybko Lena.

– No to co? Mam cię wpisać? – Wychowawczyni stuka długopisem w kartkę.

– A jest coś jeszcze? – pyta Lena.

– Był dom dziecka i schronisko dla zwierząt, ale już zajęte. Trzeba było uważać.

– No to niech będzie ten dom seniora – zgadza się Lena.

– Świetnie, to wpisuję. Program Silniejsi Razem. Czekają na was już w piątek. – Wychowawczyni zerka do segregatora.

– Na nas? – pyta Lena.

– No tak, idziesz tam z Marią i Miłoszem. To chyba dobry pomysł, bo zdaje się, że mieszkacie na jednym osiedlu, a ten dom opieki jest gdzieś w pobliżu. Będzie wam wygodnie. – Wychowawczyni uśmiecha się zadowolona, bo ostatnie puste kratki w arkuszu „wolontariat” właśnie zostały wypełnione. – Tylko nie wiem, czemu zależało im akurat na osobach z klasy niemieckiej.

Lena odwraca się i szuka wzrokiem Miłosza, który macha do niej z ostatniej ławki. Odmachuje mu bez entuzjazmu. Wydaje się jej nudny. Ale w gruncie rzeczy niewiele o nim wie. Prawie się nie znają, chociaż mieszkają niedaleko od siebie. Pisali parę razy do siebie na jakiejś konwersacji klasowej, i to było nawet miłe, ale jakoś nigdy nie było okazji, żeby dłużej pogadać. Więc może to nawet fajnie, że będą razem chodzić na ten wolontariat. Tylko dlaczego z Marią? Po co jej te dodatkowe punkty? Przecież ma ich już tyle, że mogłaby z nich robić bukiety. Rozmyślania przerywa jej dzwonek, Lena wzdryga się. Wychowawczyni też wydaje się zaskoczona.

– Ojej... Już koniec lekcji, a my znowu nie zdążyliśmy z tematem...

Jej żal wydaje się autentyczny, ale Miłosz podejrzewa, że w gruncie rzeczy wychowawczyni czuje ulgę. Co ona może wiedzieć o poczuciu własnej wartości, skoro sama wygląda, jakby się ciągle czegoś bała? Zresztą on też uważa, że rozmowa o wolontariacie, zachowaniu i ocenach jest dużo bezpieczniejsza. Dla wszystkich.

– W takim razie doczytajcie sobie w domu. „15 wskazówek, które pomogą ci podnieść samoocenę”. – Nauczycielka wyciąga z segregatora plik skserowanych kartek i rozdaje wychodzącym z klasy uczniom.

Szum korytarza wchłania ich razem z kartkami, które niektórzy od razu wyrzucają do kosza. Przerwa – chwila pomiędzy. Sara siedzi na schodach i rozmawia z kimś przez telefon. Wciąż jest bardzo blada, chociaż nie ma już na twarzy nawet śladu szminki. Robert stoi oparty o ścianę, dokładnie w tym samym miejscu co czterdzieści pięć minut wcześniej. Siadając na podłodze, Maria ma wrażenie, że w ogóle się stąd nie ruszał. Lena zakłada na uszy słuchawki i pochyla się nad kartką od wychowawczyni. Miłosz stoi przez chwilę, zastanawiając się, czy do niej nie podejść i nie zagadać o wolontariat, ale rezygnuje. Dopiero poniedziałek. Do piątku jeszcze sporo czasu...

Znowu stoją pod bramą Zacisznej Przystani. Tym razem jednak z poczuciem porażki. Mimo początkowych deklaracji, że nigdy więcej się tu nie zjawią, presja punktów i nieugiętość rodziców okazały się silniejsze. Minął tydzień, a oni znowu patrzą przez ozdobne ogrodzenie na drogę wysadzaną dębami. Teraz wiedzą, dokąd prowadzi, co wcale nie poprawia im humoru, wręcz przeciwnie. Dlatego kiedy dyrektorka wiezie ich parkową aleją, potężne pnie i dramatycznie sterczące spośród liści uschnięte konary starych drzew wydają się złowieszcze. Jak rozczapierzone palce nieporadnie próbujące dosięgnąć nieba.

– Tak jak już wam mówiłam, nasi mieszkańcy są często w stanie splątania... – odzywa się dyrektorka.

Stan splątania... Lena wyobraża sobie wielkie kłębowisko kabli i drutów, przez które bezskutecznie usiłują się przedostać szeregi myśli i pojedyncze słowa. Sama się tak czasem czuje. Zwłaszcza gdy nauczycielka matematyki wyrywa ją niespodziewanie do odpowiedzi. Czy to znaczy, że ona cierpi na to samo? Stan splątania? Właściwie całkiem nieźle by to brzmiało: „Córka nie może pisać testu, bo jest splątana i nie może się wyplątać”. To o wiele lepsze niż załatwione przez mamę od znajomego lekarza zwolnienie z wuefu. Lena nie jest zbyt wysportowana i mama się bała, że słaba ocena zaniży jej średnią do liceum, więc w tym semestrze na wszelki wypadek Lena nie chodzi na wuef. To znaczy chodzi, ale zamiast się ruszać, siedzi na ławce, a na zaliczenie dostanie opis zasad gry w koszykówkę.

– Dlatego nie przejmujcie się, jeśli nie będziecie rozumieli, o czym mówią. Tak się często zdarza. Po prostu się uśmiechajcie, potakujcie. To w zupełności wystarczy – kontynuuje dyrektorka.

– Mamy tylko siedzieć i się uśmiechać? Przez trzy godziny? – Miłosz jest zaskoczony.

– Ależ skąd, możecie też rozmawiać. Tylko mówcie głośniej, bo niektórzy niedosłyszą. Ale pamiętajcie, że oni przede wszystkim potrzebują spokoju. Dlatego żeby ich nie denerwować, lepiej nie wdawać się w dyskusje. Czasami bywają złośliwi – wzdycha dyrektorka.

Maria czuje niespodziewany przypływ sympatii dla tych brzydkich staruszków, których kilkoro właśnie mijają w parkowej alejce. Idą, ciągnąc za sobą kijki do nordic walkingu i zupełnie nie zwracając uwagi na trenera wymachującego rękami.

– To nasze kółko sportowe – wyjaśnia z dumą dyrektorka.

Kółko sportowe nie wytrzymuje jednak konkurencji z meleksem i zostaje daleko w tyle. Zatrzymują się przed tarasem i po chwili po raz drugi stają przy dębowej recepcji, gdzie pan Mariusz rozdziela do kubeczków kolorowe tabletki. Na widok nastolatków podnosi głowę i uśmiecha się szeroko.

– Witam ponownie naszych młodych wolontariuszy! Może mi pomożecie?

– W roznoszeniu leków? A jeśli się pomylą? – Zaniepokojone brwi pani dyrektor chowają się pod grzywkę.

– Myślałem o wodzie – wyjaśnia pan Mariusz.

– A, tak! Świetny pomysł! – Uspokojone brwi opadają na swoje miejsce. – Weźcie tacę, to znaczy ty weź tacę, a ty... Zaraz, zaraz. Jak wy się właściwie nazywacie? – Dyrektorka patrzy na nich zdezorientowana.

– Maria.

– Miłosz.

– Lena.

– A! No właśnie. Świetnie! W takim razie Lena bierze tacę, a Miłosz i Maria napełniają kubeczki. – Dłonie kobiety wydają szybkie dyspozycje.

Podchodzą do dystrybutora stojącego w rogu holu.

– Mieszajcie wodę, żeby nie była za zimna, bo nasi milusińscy się nam pozaziębiają – woła z recepcji pan Mariusz.

– Milusińscy? Serio? – odzywa się cicho Miłosz.

– Co mówicie? – chce wiedzieć dyrektorka.

– Nic takiego – odpowiada Lena i uśmiecha się pod nosem.

Ku jej zaskoczeniu Maria odpowiada tym samym.

– Świetnie, że jesteście w dobrym humorze. Dobry humor jest naszym pensjonariuszom potrzebny jak tlen – cieszy się dyrektorka. – Tylko pamiętajcie, co jest najważniejsze. Spokój i bezpieczeństwo. Będziecie pamiętać?

Kiwają głowami znad kubeczków.

– Doskonale! Skoro już wszystko ustalone, zostawiam was z panem Mariuszem. Jeśli czegoś nie wiecie, pytajcie.

Kobieta znika w korytarzu, a oni, z napełnionymi letnią wodą kubeczkami na tacach, ruszają za pielęgniarzem do pokoju rekreacyjnego.

– Ssssspokój i bezpieczeńssssstwo! Sssssspokój i bezpieczeńssssstwo! – szepcze Maria. – Tylko to nassssss uratuje...

Lena chichocze, kubeczki na tacy niebezpiecznie się trzęsą, na szczęście Miłosz w porę je przytrzymuje. Do Leny dociera, jak bardzo boi się ponownego spotkania ze starymi ludźmi. W środku jest roztrzęsiona dokładnie jak niesione przez nią kubeczki. Dzięki Miłoszowi woda się nie rozlała, a żart Marii sprawił, że Lena uśmiecha się z wdzięcznością. Strasznie zazdrości Marii tej pewności siebie. Miłosz robi głupią minę za plecami pana Mariusza. Też czuje niepokój, ale fakt, że nie jest sam, dodaje mu otuchy. Chyba jakoś dadzą radę.

Kiedy wchodzą, wszystkie głowy odwracają się w ich kierunku. Poza tym wygląda na to, że przez cały zeszły tydzień nic się tu nie zmieniło. Mają wrażenie, że podczas gdy oni pisali testy próbne i sprawdziany, skakali w dal i rzucali piłką lekarską, spóźniali się na korepetycje, tworzyli projekty, uczyli się wzorów, grali na wiolonczeli i komputerze, powtarzali słówka, wyjeżdżali co rano do miasta i wracali z niego wieczorem, rezydenci tego pokoju nie zrobili absolutnie nic. Jakby czas tutaj zastygł w przezroczystą, nieruchomą bryłę i zatopił mieszkańców jak muchy w bursztynie. Jednak pan Mariusz nie ma problemów z czasem, nie widzi żadnej bryły ani tym bardziej bursztynu, a może po prostu uważa, że nie należy na nie zwracać uwagi.

– Lekarstewka! Pora na lekarstewka! – Klaszcze radośnie i zaczyna rozdawać wszystkim plastikowe kieliszki.

Dopiero teraz zauważają, że na każdym napisane jest markerem nazwisko. Idą, a właściwie suną za panem Mariuszem z tacami. Drżenie dłoni biorących kubeczki, niepewne ruchy głów dziękujących skinieniem za wodę, pomarszczone szyje przypominające szyje żółwi z Galapagos. Wszystko jak na zwolnionym filmie przyrodniczym, suwak funkcji slow motion przesunięty do granic wytrzymałości.

„Adam by tego nie zniósł. Mama też nie”, myśli Miłosz i uśmiecha się do siebie, wyobrażając sobie rodziców w tym miejscu poza czasem. Ich czasem. Bo przecież oni też łykają tabletki. Kolorowe pigułki na wzmocnienie włosów, paznokci, mięśni. Ale z zupełnie innych powodów. Rodzice łykają tabletki, bo chcą być sprawniejsi, silniejsi, szybsi, zdrowsi. Łykają, ścigając się z innymi łykającymi, popijającymi garście suplementów sokiem pomarańczowym przed porannym joggingiem. Starzy ludzie tutaj nie wyglądają tak, jakby chcieli się z kimkolwiek ścigać. Wręcz przeciwnie – Miłosz ma wrażenie, że postanowili bić rekordy w opóźnianiu. Biorą tabletki powoli i niechętnie, z trudnością przełykając, niektórzy się krztuszą, innym trzęsą się ręce, a jeszcze inni... W pierwszej chwili Miłosz myśli, że się pomylił, ale nie. Siwowłosa kobieta pod ścianą nie połknęła swoich pigułek, tylko schowała je do kieszeni rozciągniętego swetra. To ta sama, która czytała ostatnio książkę o teleogłupianiu. Miłosz spogląda na nią, ich oczy się spotykają. Ona wie, że Miłosz to widział. Chłopak odwraca wzrok. Co ma teraz zrobić? Powiedzieć panu Mariuszowi? Nie jest przecież donosicielem i też nikt go nie prosił, by pilnował, czy ci staruszkowie połykają swoje leki. Jest tu po to, żeby się uśmiechać, tak? No to proszę bardzo. Podnosi głowę i szczerzy się do buntowniczki na wózku, która przez cały ten czas nie spuszcza z niego wzroku. Kobieta patrzy chwilę, wyraźnie zdezorientowana, a potem odpowiada uśmiechem. Trochę krzywym i ironicznym, ale Miłosz uznaje, że jest to jednak uśmiech. Mruga do niej spod kaptura, a ona odpowiada mrugnięciem. To zabawne. Nawet się nie znają, a już mają wspólną tajemnicę. Miłosz nagle uświadamia sobie, że to pierwsza w życiu tajemnica, jaką dzieli z kimkolwiek. Jeśli nie liczyć tych, które mieli z Jasiem, kiedy konstruowali harfy z żyłek wędkarskich, a świat był taki prosty i bezpieczny. Ale to było dawno temu, wtedy, gdy jeszcze nie mieszkali na osiedlu. Teraz Miłosz nie ma ani podwórka, ani przyjaciela.

– Nasz drogi Bertramie, proszę bardzo! – Pan Mariusz wręcza ostatni kubeczek wysokiemu starcowi, temu samemu, który ostatnio przewiercał ich wzrokiem.

Teraz wcale na nich nie patrzy, zawstydzony śmiałością, którą okazał poprzednio. Połyka tabletki, popija wodą podaną przez Lenę i uśmiecha się jakby niepewnie.

– Brawo! Zuch! – Pan Mariusz klepie go po ramieniu.

Zbierają puste kieliszki na tacę. Akcja „lekarstwa” jest zakończona, stoją z opuszczonymi rękami, nie bardzo wiedząc, co dalej. Maria zaczyna zbierać od staruszków kubki po wodzie. Miłosz jej pomaga. Woli robić cokolwiek niż stać bezczynnie pośród tych starych ludzi. Lena nie rusza się z miejsca, przyglądając się spod przymrużonych powiek otaczającym ją dłoniom z brązowymi plamami. Niektóre kręcą młynki palcami, inne są kurczowo zaciśnięte na różańcach, poręczach wózków, chodzików i balkoników, pozostałe leżą nieruchomo na kolanach jak dwie niepotrzebne rękawiczki w kolorze ciała. Lenie przychodzi do głowy, że chciałaby te dłonie narysować. Kiedyś dużo rysowała. Kiedyś, kiedy miała na to czas. Z rozmyślań wyrywa ją klepnięcie w łopatkę. Pan Mariusz znowu się zaktywizował.

– Najmocniej przepraszam, zapomniałem przedstawić. To są nasi wspaniali wolontariusze. Będą tu przychodzić co tydzień, żeby umilić państwu czas. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnicie! – informuje.

Starzy ludzie nie wyglądają na szczególnie zachwyconych tą perspektywą. Może poza staruszką w kapeluszu, która uśmiecha się do nich promiennie, tym razem pełnym kompletem zębów, co nieco zbija Marię z tropu. Patrzy pytająco na Lenę, ale ta w ogóle tego nie zauważa. Stoi przygarbiona, z opuszczoną głową, próbując zmniejszyć swoje gabaryty do minimum. Nienawidzi, kiedy koncentruje się na niej uwaga grupy, zawsze wtedy ma ochotę zapaść się pod ziemię. Nawet jeśli chodzi o grupę niedowidzących staruszków. Maria jest poirytowana. Dlaczego ta Lena zachowuje się, jakby nic jej nie obchodziło? Jakby kompletnie na niczym jej nie zależało? Ona przecież też nie jest zachwycona tym wszystkim, ale skoro już tu są, mogłyby jakoś współpracować.

– Młodość, energia, radość życia! To lepsze niż witaminy! – entuzjazmuje się pan Mariusz, wymachując pustą tacą.

Miłosz mocniej naciąga kaptur na głowę.

– Zostawiam was, bawcie się dobrze. – Pan Mariusz znika za drzwiami.

Zostają sami. Troje niepewnych siebie młodych ludzi, otoczonych przez grupę równie bezradnych starców. Co niby mają razem robić? Grać w kółko i krzyżyk? W szklanym pokoju zapada cisza. Słychać tylko bzyczenie samotnej muchy pod sufitem. Maria nie może tego znieść ani sekundy dłużej. Rzuca się w stronę sympatycznie wyglądającej kobiety, która właśnie usiłuje podnieść się z fotela.

– Pomogę pani! – woła.

– Zostaw mnie. Córka mi pomoże! Zaraz po mnie przyjedzie! – wrzeszczy kobieta i odpycha Marię tak mocno, że ta aż opiera się o ścianę.

Kobieta opada na fotel i zastyga w nim bez ruchu. Lena i Miłosz nie mogą uwierzyć, że przed chwilą miała w sobie tyle energii.

– Wojna. Apokalipsa. Zgliszcza... – szepcze łysy staruszek pod oknem; z ust cieknie mu strużka śliny. – Wszystko stracone, wszystko stracone...

Marię przechodzi dreszcz. Miłosz najchętniej zrobiłby namiot z kaptura. Lena ocenia odległość do drzwi, a kiedy uznaje, że może pokonać ją jednym skokiem, trochę się uspokaja.

– Chodźcie tu, dzieci, usiądźcie, porozmawiajcie z nami – odzywa się nagle głos spod ściany.

To kobieta od rudych rzęs, pogniecionego kapelusza i zębów, których poprzednio nie było, a teraz się pojawiły. Wydaje im się nagle niezwykle sympatyczna. Podchodzą i siadają na rozkładanych krzesłach dla gości. Wolą to niż stanie w ciszy na środku sali albo słuchanie o apokalipsie.

– Nazywam się Elodia – oświadcza kobieta. – To hiszpańskie imię, bo moja mama była Hiszpanką.

Myśl, że ta staruszka miała mamę, wydaje się Marii nieco absurdalna. Nie potrafi aż tak cofnąć się w czasie, więc tylko kiwa głową, jednocześnie czując, jak spływa z niej napięcie. Twarz Miłosza też się rozluźnia.

– Elodia to prawie jak Melodia – mówi.

– Tak mnie właśnie przezywali, kiedy byłam mała – rozpromienia się staruszka.

Lena próbuje wyobrazić sobie małą Elodię, jednak mimo wysiłków przed oczami zamiast dziecka pojawia jej się obraz miniaturowej staruszki.

Przedstawiają się. Elodia podaje każdemu z nich prawą dłoń, a potem otwiera lewą, do tej pory zaciśniętą na czymś, co okazuje się rodzajem piłeczki z czerwonego materiału. Piłeczka ma wielkie oczy i... brodę.

– A to daruma, japońska lalka szczęścia. Sama ją zrobiłam – wyjaśnia Elodia i popycha lalkę palcem.

Lalka opada na bok i od razu wraca do pionu, jak pękata wańka-wstańka.

– Daruma nigdy się nie poddaje; jeśli upadnie, zawsze się podniesie. Przypomina, że mamy więcej siły, niż myślimy – mówi Elodia i patrzy na lalkę z czułością. – To bardzo pomocne, zwłaszcza tutaj.

Znowu kiwają głowami i uśmiechają się uprzejmie, choć zwierzenia staruszki wydają im się nieco krępujące.

– „Czasem lepiej nie dyskutować” – mówi Lena, ale tak cicho, że słyszy ją tylko Maria, która mruga porozumiewawczo. Rady dyrektorki okazują się nagle zaskakująco przydatne. Miłosz zerka na komórkę. Do końca wizyty zostały jeszcze dwie godziny. Ma wrażenie, że tutaj czas naprawdę się zatrzymał.

– Rzęsy też sobie robię sama, z włosów. – Elodia z dumą mruga gęstymi rudymi kępkami.

Patrzą po sobie, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Wyręcza ich siwowłosa kobieta o surowej twarzy. Ta od książki i niepołkniętych tabletek, która zaskakująco żwawo podjeżdża właśnie na swoim wózku.

– To widać, moja droga. Nie ma się czym chwalić – mówi. – A poza tym ich to nic nie obchodzi. Nic a nic.

– Nieprawda – czuje się w obowiązku zaprotestować Maria. – My bardzo chętnie...

– Daj spokój, dziecko, nie udawaj. My nikogo nie obchodzimy. Tracimy wzrok, słuch, zanikają nam mięśnie, kości, pamięć. Nie po to nas tu zamknęli, żeby ktoś z nami rozmawiał. Zamknęli nas, żeby nas schować przed światem, bo do niego nie pasujemy, tylko zaśmiecamy krajobraz. Niczego nie produkujemy i przypominamy o niewygodnych rzeczach... – Kobieta na wózku z każdym słowem jest coraz bardziej wzburzona.

– Jarmino, przestań. Po co to mówisz? To mili młodzi ludzie – przerywa jej Elodia.

– Tym bardziej powinni wiedzieć, co ich czeka. – Jarmina wzrusza ramionami. – Ile macie lat?

– Czternaście – odpowiada Lena.

– Ha! Jeszcze raz tyle i zacznie wam ubywać neuronów. Dziesięć tysięcy dziennie. Codziennie! – Jarmina triumfalnie podnosi palec.

Lena mimowolnie spogląda na sufit.

– Ale płuca, serce i wątroba mogą być sprawne do końca. Dlatego ja jestem zdrowa. Stara, ale zdrowa – uśmiecha się Elodia, poprawiając pognieciony kapelusz.

– Jasne, wszyscy tu jesteśmy zdrowi! Chorzy już umarli – prycha Jarmina.

Maria uśmiecha się pod nosem. Z nagłym zainteresowaniem zerka na Jarminę, ale ta nic więcej nie mówi. Wygląda na to, że wykorzystała dzienny przydział słów. Elodia też milczy. Siedzą, patrząc w okno, za którym kończy się dzień. Siedzą w ciszy, którą tylko na chwilę przerywa szuranie kapci po podłodze. To wysoki Bertram siada obok, tuż za Miłoszem. Miłosz czuje się niezręcznie, mając starego człowieka tak blisko za plecami. Odsuwa się trochę, wyciąga komórkę i włącza grę.

Siedzą bez ruchu, a czas płynie, przelewa się, kapie. Jak gdyby wszyscy popadli w stupor, ale to nie jest prawda. Lena uświadamia sobie, że dawno nie miała tak wyostrzonych zmysłów, ostatnio chyba podczas leżakowania w przedszkolu. Rejestrują wszystko. Skrzypienie nogi krzesła, kroplę na szybie, która powstała z pary, zapach pieczonego ciasta docierający z kuchni i środka odkażającego z korytarza, brzęk sztućców dobiegający z jadalni, ciepło w koniuszkach palców i twardość podłogi pod stopami. I promień zachodzącego słońca, który niespodziewanie wpada do wnętrza i zaczepia o pajęczynę utkaną pod parapetem. Pająk przechadza się po niej powoli, podziwia swoje dzieło – ulotną koronkową serwetę, rzucającą na ścianę skomplikowany cień.

Marii zamykają się oczy, a mięśnie karku rozluźniają, jakby kołysała się na granicy snu i jawy. A może nudy i smutku, tak niemile widzianych na Lawendowym Wzgórzu? To odrętwienie czy odpoczynek? Nie jest pewna, ale ten stan jest tak rzadki i nowy, że zanurza się w nim z dziwną przyjemnością. Po raz pierwszy od dawna nic nie musi. Tam, na zewnątrz, cały świat pędzi na wdechu, aż do zadyszki. Tutaj wdech jest niewidoczny, jakby wszyscy tylko wydychali, a każdy oddech mógł być ostatnim. Podczas gdy na zewnątrz wszystko nieustannie się zmienia, wspina, ściga i pogania, tutaj, w tym dziwnym miejscu na obrzeżach rzeczywistości, czas się zatrzymał i trwa w stanie – można powiedzieć – czystym. Daje to kojące poczucie zaplątania w czasie i bezpieczeństwa, miękkiego jak pajęcza sieć, której każde najdelikatniejsze drgnięcie napręża uwagę.

Miłosz podnosi oczy znad komórki i zerka na Bertrama. Przychodzi mu do głowy, że mężczyzna wygląda tak, jakby całą swoją historię miał zapisaną na twarzy. Co to za opowieść? Nie ma pojęcia, ale nagle odechciewa mu się grać. Chowa komórkę do kieszeni i rozgląda się po sali. W pierwszej chwili nie rozpoznaje Marii i Leny – obie patrzą w okno z tak niezwykle łagodnym wyrazem twarzy, jakiego nigdy wcześniej u nich nie widział. Ale najdziwniejsze jest to, że twarze Bertrama, Jarminy i Elodii, mimo zmarszczek, plam i obwisłej skóry, wyglądają podobnie. Miłosz czuje, jak między nimi a siedzącymi obok starymi ludźmi ponad nieufnością, niechęcią i przepaścią lat tka się właśnie delikatna, niewidzialna nić tajemniczego porozumienia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki