Stalowe skrzydła - Angelika Grajek - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Stalowe skrzydła ebook i audiobook

Angelika Grajek

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

On był niewolnikiem losu, ona – więźniem we własnym domu. Z pozoru nic ich nie łączyło, poza niewinnym marzeniem o wolności. Brakowało tylko skrzydeł, które by ich uniosły i zabrały daleko.

Karhu został wzięty do niewoli jako młody centaur i zabrany do otoczonej wieczną mgłą rezydencji w Ynys Grug. Przez lata zmuszony do służby rodzinie okrutnego hrabiego Valerisa, wbrew wszelkim przewidywaniom zdobył przyjaźń młodszej córki swojego dręczyciela. Nie spodziewał się tylko, że z biegiem czasu okaże się ona jego największą słabością.

Edlynne kiedyś pragnęła, by ją dostrzegli. Teraz marzy o tym, by stać się niewidzialna. Ścigana każdej nocy przez duchy przeszłości, zawsze była gotowa na najgorsze. W momencie, gdy ojciec obiecał jej rękę potworowi w ludzkiej skórze, los podarował jej szansę na ucieczkę ze swojej złotej klatki.

Tak zaczyna się niebezpieczna podróż Karhu i Edlynne. W świecie zdominowanym przez żelazo i parę, gdzie każdy przejaw magii jest karany, a mityczne istoty prześladowane, będą musieli zdecydować, komu zaufać, i zmierzyć się z własnymi demonami. Czy ich wspólna ucieczka ku wolności będzie mogła stać się początkiem czegoś nowego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 41 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Ryś

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Ponoć w przemierzających nieboskłon chmurach można dostrzec lustrzane odbicie przemijającego czasu. Zaginające się pod nieuchronną siłą przeznaczenia sekundy. To, jak wraz z najlżejszym podmuchem wiatru znika wszystko, co było znane, i nie istnieje droga powrotu. Trzeba iść naprzód, nie patrząc za siebie, nawet jeśli obrana ścieżka jest poznaczona ostrymi cierniami.

Tego ranka wiecznie zielona dolina Lār ginęła w gęstej, nieprzeniknionej mgle. W jej mętnych oparach zaniknął zarys wysokich drzew, które próbowały sięgnąć czubkami nieba. Nawet tak pospolite dźwięki jak ptasi świergot ku chwale nowego dnia nie potrafiły się przedrzeć przez szarobiałą mgławicę.

Cisza, choć często była błogosławieństwem, w takich momentach niosła ze sobą niepokój.

Karhu nigdy nie oddalał się od stada. Najmłodszy z rodu Daearów, należącego do południowej kolonii centaurów, zawsze trzymał się blisko rodziny, nawet jeśli jego wiecznie ciekawskie oczy z fascynacją śledziły unoszące się w powietrzu kształty skrzydlatych istot. Nieraz sądził, że byłby w stanie prześcignąć szybującego po niebie jastrzębia, jak gdyby nic go nie ograniczało. Żadne przyziemne prawa, siła grawitacji czy dwie pary lekko stąpających po ziemi kopyt. Mieszkańcy doliny Lār doskonale jednak znali swoje miejsce. Mieli w głowach wyrysowane mapy, określające granice ich ziem. Ich domu. Nigdy niespisane dekrety, których nie śmieli złamać.

Bo nawet najmniej przerażająca bestia, najbardziej potulna istota znajdowała swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym, który zgrzytając stalowymi ogniwami po ziemi, zapędzał swoje ofiary w ciemny zaułek.

Nie porywali się na kuszenie losu, by sprawdzić ograniczenia życia. Dla centaurów z rodu Daearów najważniejsze były rozciągnięte szeroko ramiona rzeczywistości i pędzące w miarowym rytmie sekundy. Znaczenie miał moment, w którym słońce składa czułe pocałunki na horyzoncie, jakby z radości, że nareszcie może ponownie dostrzec nieskalane piękno ich ziem. I po zmierzchu, gdy niczym za pociągnięciem dłoni wyłaniały się gwiazdy tak jasne, że sam księżyc niejednokrotnie zazdrościł im urody, a oni siadali wspólnie wśród wysokich traw i rozmawiali z tymi, którzy już odeszli, lecz z serca nigdy nie zniknęli.

Karhu galopował przez pokryte rosą łąki. Wyciągnął przed siebie dłonie, jakby chciał objąć bezmiar otaczającego go świata. Jego radosny śmiech wzbił się w powietrze. Czarna chustka, której dwa końce były splecione z tyłu głowy, skutecznie przysłaniała mu wzrok, wprowadzając chaos w najmniejszy ruch.

– Garru! Kian! – zawołał, próbując przekrzyczeć szumiący mu w uszach wiatr. – Znajdę was!

Chichot po prawej zwrócił uwagę Karhu. Wyruszył z otwartymi rękoma w ową stronę, próbując zlokalizować przyjaciół. Jego kopyta prześlizgiwały się po wilgotnej ziemi.

Nagłe zderzenie z bliżej nieokreślonym obiektem sprawiło, że napięstki się pod nim ugięły i tylko wyciągnięte ramiona powstrzymały go przed bolesnym upadkiem.

– Karhu! – Usłyszał nad głową twardy głos Darragha, przywódcy stada, potężnego centaura o włosach równie jasnych co promienie słońca, złotokremowej sierści i przenikliwych szmaragdowych oczach.

Młody centaur skłonił z szacunkiem głowę i zaczął się wycofywać, mamrocząc pod nosem słowa przeprosin. Chichot przyjaciół ponownie przyciągnął jego uwagę, więc Karhu z powrotem dał się porwać zabawie.

Zatrzymał się na chwilę. Wytężył wszystkie zmysły, przysłuchując się najlżejszym drganiom źdźbeł trawy i uderzeniom kopyt o ziemię. Smakował wiatr. Serce coraz głośniej biło mu w piersi. Szum krążącej w żyłach krwi roznosił się echem. Karhu przechylił lekko głowę i usłyszał słabe szepty Garru i Kiana. Przygarbił nieco ramiona, by rzucić się do biegu. Uśmiechnął się szeroko, gdy palcami otarł się o cudze ramię, lecz tak szybko, jak wyczuł ciało, ono znikło, a kolejny głos nawoływał go z oddali.

– Coraz bliżej! – Po lekko piskliwym tonie od razu rozpoznał, że należy do Kiana.

– Nie wołaj go! – mruknął Garru na tyle głośno, że Karhu zdołał określić ich położenie. Znajdowali się na wschód od niego. – Znowu wygra, a my będziemy musieli słuchać jego przechwałek przez kolejny tydzień!

Głosy umilkły. Karhu z ledwością powstrzymywał śmiech. Czuł ich obecność, lecz im głębiej zapędzali się w otchłań mgły, tym szybciej gubił ich trop.

Błądził po omacku, aż radosny dźwięk zabawy zaprowadził go, niczego nieświadomego, pod naturalne leśne wrota. W kłębowisku pnących się świerków temperatura była znacznie niższa. Centaur zwolnił w marszu. Hulający pomiędzy drzewami wiatr połaskotał jego rozpalone policzki, zatańczył w niesfornych kruczoczarnych puklach.

– Chłopaki? – zawołał niepewnie, wodząc rękoma na oślep.

Zniknęło echo głosów braci. Drzewa skrzypiały, wiły się i szeleściły. Nieprzyjazne kolce kłuły jego skórę. Pojedyncze gałązki pękały pod naporem kopyt. Wzdrygnął się, gdy zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.

– Wiecie… To już nie jest zabawne! – zawołał.

Skupił się na dźwiękach istniejących tylko w leśnej kniei. Jakiś ptak poderwał się z miejsca. Karhu słyszał łopot skrzydeł uderzających o powietrze, wznoszących się wysoko ponad czubki drzew moczących się w wielkiej kałuży chmur. Szelest sosen i świerków, krople rosy spływające po igłach i upadające na ściółkę. Gdzieś biegła wiewiórka. Tupot drobnych łapek oddalał się na północ.

Nabrał głęboko w płuca powietrza i wypuścił je powoli.

Nagle usłyszał głosy. Wpierw niewyraźne, nieostre, jakby wydobywające się spoza granicy rzeczywistości. Z niejasnego powodu go ciekawiły. Hipnotyzowały. Jak wszystko, czego nie znał. Musiał się dowiedzieć, co to takiego. Na dnie jego umysłu czaiły się wiecznie powtarzane przez matkę słowa: „Nigdy nie oddalaj się od stada”. Tyle że… on wciąż był zbyt młody, by brać sobie te upomnienia do serca.

Karhu się wyprostował, a uśmiech ponownie zalśnił na jego twarzy. Powoli zsunął opaskę z oczu i zamrugał kilkakrotnie. Otaczała go gęsta mgła. Zaczął coraz szybciej przebierać nogami. Uważał na każdy krok, by nie złamać najmniejszej gałązki, choć skradanie się nigdy nie było jego mocną stroną.

Tylko raz obejrzał się za siebie, w chwili, gdy wiatr przybrał na sile i rozwiał mu włosy na wszystkie strony. Zniecierpliwiony zdmuchnął pasma z czoła. Przyjrzał się wyostrzonym cieniom drzew, które niczym łuszcząca się farba opadały na ziemię, przekształcając obrazy otaczającego go świata w coś innego. Obcego. Niemal groźnego.

A mimo to wciąż szedł naprzód. Chciał tylko sprawdzić, co to za zwierzę robi tyle hałasu. Kilka miesięcy temu dostał pozwolenie od matki, by przyjrzeć się trwającemu Dzikiemu Łowowi organizowanemu przez wojowników fae. Nigdy nie widział tak pięknego widowiska. W jego opinii były to najwspanialsze istoty stąpające po tym świecie i kto wie, może to właśnie one kierowały się w stronę doliny Lār z taką zaciętością? Słyszał, że czasem prosiły o drobne przysługi ich przywódcę, który jako jedyny z centaurów władał surową magią.

Był coraz bliżej. Czuł nieznany mu dotąd zapach, jakby ktoś spryskał powietrze duszącą mieszanką o woni dymu, palonego ziela, ostrego i kłującego nos anyżu oraz kardamonu. Chrzęst gałęzi. Pewne siebie kroki. Zbyt ciężkie na fae. Zbyt ciężkie nawet na niedźwiedzie.

Przez głowę Karhu przemknęła myśl, że powinien uciekać, ostrzec klan przed zbliżającymi się istotami, lecz ciekawość kazała mu podejść bliżej. Zaszył się w gęstwinie pobliskich krzewów i przyjrzał twarzom nieznajomych. Tak rzadko miał szansę poznawać świat z bliska…

Wstrzymał oddech na dobrych kilka sekund, gdy usłyszał głosy tak blisko, że był w stanie rozpoznać skalę ich dźwięku: od wyrazistego tenoru po ciężki i nieprzyjemny dla ucha bas, który roznosił się w przestrzeni paraliżującym echem. Przykucnął na tyle, na ile pozwalały mu kończyny, i rozchylił lekko gałązki jałowca.

W pierwszej chwili nic nie rozumiał. Spoglądał z zaciekawioną miną na mężczyzn. Było ich dziesięciu, lecz skupiwszy się na dźwiękach, usłyszał idącą jeszcze dalej grupę. Pot perlił się na ich skroniach. Ziemista, blada cera nie pasowała do wiecznie aktywnych fae. Niektórzy z nich mieli ciężkie i zwaliste sylwetki, inni – bardziej atletyczne, o dwóch silnych nogach i niecierpliwych rękach, które co chwilę wędrowały w stronę kieszeni długich płaszczy.

Przyjrzał się mężczyźnie idącemu na przodzie. Miał wyłupiaste oczy, jasne włosy oprószone siwizną, orli nos, zaciśnięte w wąską kreskę usta. Karhu nie widział kopyt ani długiego ogona. Kompletny strój przykrywał każdy cal ciała obcego, skórzany płaszcz trzepotał na wietrze.

Nieznajomy zatrzymał się w pół kroku, rozglądając się dookoła z wyrazem twarzy, który sprawił, że centaur mimochodem cofnął się kilka kroków, a oddech mu się urwał. Mężczyzna wsunął rękę pod płaszcz. Między jego palcami zmaterializował się dziwnie wyglądający przedmiot, który lśnił srebrzystą poświatą nawet w oparach mgły, gdzie nie docierały promienie słońca.

Krzaczaste brwi przywódcy stada – jak Karhu zaczął go nazywać w myślach – ściągnęły się w wyrazie skupienia.

Wszystkie alarmy ostrzegawcze dzwoniły teraz we wnętrzu głowy centaura jak gong nawołujący młode źrebięta do wieczerzy. Musiał stąd uciec.

Zrobił kolejne dwa kroki w tył, uważając, by nie zdradził go nawet najcichszy szelest. Serce miał w gardle. Biło tak szybko, że zrobiło mu się niedobrze. Ledwie wycofał się poza zasięg wzroku nieznajomego, kiedy coś zacisnęło się wokół jego gardła, dławiąc wszelki krzyk szoku.

– No, kogo my tu mamy? – zawołał ktoś tuż nad nim i pociągnął go za sobą na linie.

Karhu walczył z szorstką pętlą. Oddech ugrzązł mu w płucach. W desperackiej próbie uwolnienia się wbił kopyta mocno w ziemię, próbując zatrzymać barczystą sylwetkę ciągnącego go mężczyzny.

Oczy niemal wyszły mu z czaszki, gdy ponownie pociągnięto za sznur. Palcami drapał szorstką linę. Próbował coś wycharczeć, lecz struny głosowe nie chciały z nim współpracować. Wreszcie rzucono go tuż pod nogi przywódcy stada.

– Znalazłem tę bestię szpiegującą nas zza krzewów – rzekł napastnik i na dowód pociągnął liną tak, że głowa Karhu odskoczyła do tyłu.

W oczach centaura pojawiły się wielkie łzy, a jego twarz pokryły czerwone plamy.

– P-p-proszę… – wykrztusił tak cicho, że nie był pewien, czy ten dźwięk rzeczywiście opuścił jego usta, czy utknął w myślach.

Stojący przed nim mężczyzna pochylił się tak, by ich oczy były na tym samym poziomie.

Karhu zacisnął zęby, żeby jeszcze mocniej się nie rozpłakać. Szorstki sznur sprawiał mu ból. Nie czuł już ciekawości względem nieznajomych. Chciał wrócić do stada. Do matki. Rzucić się jej w ramiona i przeprosić ją za to, że tak bardzo oddalił się od kolonii.

– Co chcesz z nim zrobić, szefie? – zapytał napastnik.

– Tego zabieramy ze sobą – odparł przywódca donośnym głosem. – Może mi się przydać. A co do reszty… bez zmian.

Dopiero teraz do Karhu dotarło, że każda z obecnych tu istot trzyma w dłoniach ten dziwny rodzaj broni. Ich twarze, wykrzywione w nienawiści, zdobiły ostre i nieobliczalne uśmiechy.

Młody centaur zaczął się cofać. Ignorował zaciśnięty dookoła szyi sznur. Do jego umysłu dotarło bowiem znaczenie widzianego obrazu. Już wiedział, kim są ci obcy. Jego matka, Kataela, wielokrotnie karmiła go na dobranoc strasznymi historiami, przestrzegając, by nigdy, ale to nigdy nie zapuszczał się do osad poza gęstymi lasami Rhwng Bydoedd. „Ludzie są okrutni”, powiadała. „Nienawidzą nas. Ich zło nie zna granic, a podła natura nie pozwala pojąć, że nie są na tym świecie sami”. Teraz również słyszał słowa mamy, tak głośno, jakby mówiła mu je do ucha.

Ludzie.

Co robili w granicach Lār? To nie były ich ziemie. Każdy o tym wiedział. Te rejony należały do nich. Do centaurów. Do nikogo więcej.

Szarpnął się. Jeden raz. Drugi. Trzeci.

– Jak na takiego malca masz całkiem mocne stawy! – parsknął trzymający go mężczyzna.

Mimo wysiłków Karhu ucisk na jego szyi nie zelżał. Między bólem i szokiem zaczęły do niego docierać krzyki rozpaczy. Głośne nawoływanie bliskich. Tętent kopyt uciekających w pośpiechu centaurów. Aż przez gamę strachu przedarł się dźwięk pierwszych wystrzałów.

Jego serce zamarło, zupełnie jakby ciało postanowiło dać mu czas, by zrozumiał sens tych wydarzeń. Karhu przestał drapać sznur, niemal zapomniał o konieczności oddychania. Stał w miejscu i wielkimi oczami wpatrywał się w mleczną ścianę, która nie pozwalała mu dojrzeć rzeczy dziejących się poza leśnym obrębem.

Ale wciąż słyszał. Czuł. Ostry zapach krwi przenikał rzeczywistość niczym wilgoć i coraz mocniej go oblepiał.

– Nie… – wyszeptał stłumionym głosem.

– Coś mówiłeś, maleńki? – nabijał się z niego oprawca. – Może chcesz do mamusi? – wycedził mu do ucha.

Mama.

To jedno słowo podziałało niczym zaklęcie.

Karhu zaczął szaleć. Tylnymi nogami kopnął napastnika. Zerwał się z uwięzi i pognał naprzód. Do rodziny. Do matki. Musiał ją obronić. Zabrać stąd. Na pewno istniała jakaś droga ucieczki. Pamiętał, gdzie widział mamę po raz ostatni – gdy ze śmiechem na ustach mówiła mu, by nie dał się ograć Garru i Kianowi.

Centaur był tak pochłonięty dźwiękami dobiegającymi z doliny i swoją ucieczką, że ledwie zdał sobie sprawę, że oprawca go dogonił. Z jego gardła wydostał się stłamszony krzyk, gdy wokół prawego tylnego kopyta zaplątała się lina i posłała go z donośnym hukiem na ziemię. Przyciśnięto go do leśnej ściółki i złapano za powróz na szyi. Związano mu ręce na plecach, a do buzi wsadzono żeliwne wędzidło. Słuchał, co się dzieje. Głośne rżenie, nawoływanie o pomoc, wrzaski, panika, która niczym żywe zwierzę przemierzała kręte ścieżki.

Znajdował się na granicy lasu. Tak blisko wiecznie zielonej doliny Lār. Zaledwie kilka metrów od domu.

Nie powstrzymywał już łez, gdy ludzki barbarzyńca z bestialską siłą pociągnął go do góry, zmuszając do ruchu. Przymknął powieki, jak gdyby to mogło sprawić, że przestanie słyszeć krzyki najbliższych. Zdał sobie sprawę, że jest ich coraz mniej. Nie przygotowali się do walki. Nigdy nie mieli powodu. Nikt do tej pory nie śmiał przekroczyć granic ich domu z zamiarem innym niż chęć poproszenia o pomoc.

Mężczyzna prowadzący go na postronku coś mówił. Karhu nie zwracał najmniejszej uwagi na ten niewyraźny bełkot, bojąc się, że jeśli dopuści świat do swojej głowy, zda sobie sprawę, że nie pozostało już nic.

Oddalali się od doliny Lār. Oddalali się od lasów Rhwng Bydoedd.

Każdy kolejny krok ciągnął Karhu w stronę nieodwracalnych zmian. Szok i wrażenie nierzeczywistości pomału go opuszczały. W jego wnętrzu raz za razem coś pękało, kruszyło się, roztrzaskiwało. Wyobraźnia podsyłała okrutne, straszne obrazy, na których szkarłatna krew barwiła długie trawy Lār, gdzie po raz pierwszy ucichły wszelkie głosy. Ucichły śmiechy. Wesołe opowieści. Już nigdy nie miał usłyszeć historii, które znały tylko gwiazdy. Pieśni ptaków ku chwale nowego dnia. Kojących słów matki.

Karhu nawet nie śmiał marzyć, że ktokolwiek z jego bliskich zdołał przeżyć. Wciąż miał wrażenie, że wraz z wiatrem unoszą się ich jęki, krzyki, błagania. Im mocniej zamykał oczy, tym głośniejsze się stawały.

* * *

Nie wiedział, jak długo podróżowali. W pewnym momencie zaprzężono go w równej linii z dwoma końmi i kazano mu poruszać się w ich rytmie.

Nie słuchał ludzi. Nie chciał skupiać się na ich dumnych głosach, radości płynącej z udanego polowania. Nie dopuszczał do umysłu żadnych myśli. Żadnych obrazów. Obejmowała go cisza, wielka i głęboka, a pod jej powierzchnią nie kryło się nic prócz wszechogarniającej ciemności.

Dopiero gdy wiatr zaczął zrywać z drzew pierwsze jesienne liście, a wilgoć coraz mocniej przesączała się przez przemijające nocne wędrówki, towarzystwo przywódcy zaczęło się rozchodzić, aż pozostał on sam z dwoma innymi mężczyznami. Rozmawiali znacznie ciszej, z mniejszą energią, do Karhu ledwie docierało znaczenie ich słów.

Patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, szedł prosto w milczeniu, nie zwracając na nic uwagi. Niewyraźnie docierał do niego ból kończyn, które nie spoczęły na dłużej niż kilka minut w trakcie całej podróży. Nadgarstki, wciąż związane z tyłu pleców, paliły ogniem, lecz o dziwo to uczucie utwierdzało go w myśli, że wciąż żyje. Trzymał głowę dumnie uniesioną, choć żelastwo w ustach niejednokrotnie sprawiało, że zbierało mu się na mdłości. Czuł krew w kącikach ust. Skromne porcje wody i jadła, które dostawał, miały za zadanie tylko utrzymać go przy życiu.

Minęły niecałe dwa tygodnie – chociaż dla Karhu ta podróż zdawała się trwać całą wieczność – gdy dostali się na wyżynne rejony bogato porośnięte fioletowo-różowym wrzosem. Mgła była równie gęsta jak tamtego dnia, gdy brutalnie zabrano go od stada, a wszystkich tych, którzy stanęli na drodze ludzi, zabito. Gęsta biel pokrywała skaliste wzniesienia, unosiła się nad ziemią długim welonem, a z jej głębi zdawały się rozchodzić szepty wabiące młodego centaura pieśnią przodków, którzy towarzyszyli mu w tej drodze.

– Twój nowy dom! – zawołał przywódca, jakby tym sposobem chciał przypieczętować los Karhu.

Dom. To słowo brzmiało w tej chwili dziwnie. Nienaturalnie. Przepalało się przez myśli centaura kwasem.

To nie był jego dom. I nigdy nie będzie. Choćby nie wiadomo co mu zrobili. Choćby nie wiadomo jak długo go tu trzymali.

To miejsce nigdy nie stanie się jego domem.

Jeszcze zanim dostrzegł morze, poczuł słony zapach bryzy, która przenikała przez każdą skałę, każdy kamyk na żwirowej drodze. Spomiędzy mglistych obłoków zaczęły się wyłaniać ściany budynku z szarego kamienia, którego południowo-wschodnie skrzydło niemal całkowicie pokrywał rdzawoczerwony bluszcz. Cztery wieżyczki wzbijały się w przestrzeń ponad brązowoszarymi dachówkami, a z pięciu kominów unosiły się kłęby ołowianego dymu.

Wzdrygnął się ledwo zauważalnie. Im bliżej się znajdowali, tym gorsze przeczucie go ogarniało. Nieświadomie zaparł się kopytami. Kręcił głową, próbując się uwolnić od krępujących go węzłów. Odpychał się coraz mocniej, nie chcąc iść do przodu. Wszędzie, tylko nie tam. Coś go powstrzymywało, coś kazało mu trzymać się z daleka od tej rezydencji, od tej ziemi.

Głośny świst przeciął powietrze i już po chwili wraz z dotykiem bata po nagich plecach Karhu przepłynęła wrząca lawa.

Centaur zaskomlał i spróbował zmusić kończyny do dalszej drogi.

– Coś ci się nie podoba?! – Przywódca stanął tuż przed nim, a jego policzki przybrały kolor purpury. Palce prawej dłoni zaciskał na drewnianym kiju, do którego zamocowano długi rzemień. Wolną ręką sięgnął do ucha Karhu i pociągnął za nie mocno. – Odpowiadaj, kiedy się do ciebie mówi!

– N-n-nie… – zdołał wyjąkać. Po tylu dniach ciszy jego głos zabrzmiał wręcz obco.

– „Proszę pana”! – poprawił go przywódca.

– Nie, p-proszę pana – powiedział szeptem przepełnionym trwogą.

Mężczyzna puścił jego ucho i odsunął się o kilka kroków. Z obrzydzeniem zmierzył centaura wzrokiem i kazał mu ruszyć do przodu.

Karhu nie śmiał ponownie się sprzeciwić. Każdy krok kosztował go ogromny wysiłek. Jego oddech był nierówny, oczy niepewnie wodziły po rezydencji. Przyglądał się wysokim, choć jakże rzadko usytuowanym oknom; w jednym z nich mignęło odbicie ducha. Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Skupił się mocniej, aż rysy się wyostrzyły i dostrzegł twarz dziewczynki. Może to przez mgliste opary, szok i przerażenie, lecz wydawała mu się uosobieniem smutku, żałości i strachu. Spoglądały w jego stronę oczy równie pochmurne jak otaczająca go mgła. Ich spojrzenia się spotkały i nieznajoma pospiesznie schowała się w ciemności domostwa.

Był pewien, że to zmora nawiedzająca ten przerażający budynek. Nie powinien się dziwić. Wszystkie jego włoski stanęły na baczność, gdy zbliżał się do głównego wejścia. Nie zdziwiłby się, gdyby kręcił się tu nie jeden, ale kilka duchów.

Zatrzymał się na rozkaz swojego nowego Pana. Nigdy więcej nie nazwał go w myślach przywódcą. Czekał zgodnie z jego wolą, aż ten wynurzy się w mrocznej głębi rezydencji. Nie śmiał się rozglądać za zabranymi do stajni końmi: mlecznobiałą klaczą i kasztanowym ogierem.

W końcu Pan ponownie wyszedł na zewnątrz. Tuż za nim wynurzyła się drobna kobieta o włosach czarnych jak skrzydła kruka, ustach czerwonych jak krew i cerze białej jak śnieg. Ręce trzymała złączone przed sobą, brwi miała ściągnięte, a jej twarz znaczył niepewny wyraz. Za nią pojawił się chłopiec niewiele starszy od Karhu. Coś w jego spojrzeniu sprawiło, że centaur poczuł przenikliwy smutek. Błękitne oczy były pozbawione jakiejkolwiek żywej iskry. Składał się z ostrych cieni i niewyraźnych rysów, jak środek lasu w przymglony poranek, i Karhu nawet przez chwilę nie wątpił, że widmo śmierci wisi tuż nad jego głową. Cały ten posępny powitalny szereg zwieńczyła zmora. Dziewczynka, którą dostrzegł w oknie drugiego piętra. Ciężkie, szare włosy spływały po jej wąskich ramionach. Wydawała się taka krucha, wręcz nierzeczywista.

– To prezent dla ciebie, synu! – odezwał się pogodnie Pan.

– To centaur – rzekła kobieta lekko drżącym tonem.

– Wszystko, co najlepsze, dla mojego syna.

– To dzikie zwierzę – podkreśliła czarnowłosa.

– Mam na to pewien sposób.

Karhu nie spodobał się błysk w oczach Pana. Poczuł dreszcz, gdy ten zaczął się do niego zbliżać, aż znalazł się niemal na wyciągnięcie ramion od centaura.

– Całe szczęście kupiłem niegdyś na targu pewien magiczny artefakt… Pomyślałem, że kiedyś się przyda. – Sięgnął do ukrytej w płaszczu kieszeni i wyciągnął z niej złotą obręcz o pogrubionych zakończeniach. – Torkwes sprawia, że ten, kto go nosi, jest zależny od tego, w czyich rękach znajdzie się Klucz. – Twarz Pana wykrzywił okrutny uśmiech, gdy rozluźniał węzły na szyi Karhu.

Młody centaur zaczerpnął głęboko powietrza, aż zakłuło go w nosie. Czerwone szramy zdobiły skórę, w którą wcześniej wbijał się sznur. Gdy poczuł na nich zimno metalu, z jego gardła wydobył się mimowolny jęk. Uciekł głową, kiedy pan próbował przymocować do obroży kłódkę, tym samym aktywując czar artefaktu.

– Jak śmiesz…! – Mężczyzna podniósł rękę, zamierzając się na Karhu, ale naprzód wybiegła dziewczynka i zawołała pełną piersią:

– Tato, to go boli!

Na kilka sekund zapadła cisza. Karhu zamrugał kilkakrotnie i spojrzał dziewczynce w oczy. Pospiesznie spuściła wzrok, a jej policzki oblała jaskrawa czerwień.

– To bestia, Edlynne! – warknął Pan, skupiając uwagę na córce.

– Nie wygląda na potwora.

– Bo nie widziałaś podobnych mu istot! To zaraza, trucizna, która skazi ten świat! A ten jeden będzie przypominał, że nawet najgorsze bestie doczekają się swojego końca.

Szare oczy dziewczynki wypełniły się łzami. Nie powiedziała nic więcej. Odwróciła się na pięcie i uciekła do matki, po czym wtuliła się w fałdy sukni w kolorze burgunda. W tym samym czasie Pan dokończył zapinanie kłódki i dwa razy postukał dłonią w kieszonkę płaszcza z lisim uśmiechem na ustach, jakby oznajmiając, że Karhu nigdy nie stanie się właścicielem Klucza.

– Podoba ci się, synu, prawda? – zapytał chłopca o bladej twarzy i martwym wzroku. – Z nim nie musisz się obawiać, że ktokolwiek podważy twoje zdanie lub zwróci się przeciwko tobie. Będziesz odpowiedzialny za jego wychowanie. Ale pamiętaj, Cedricu, to nie jest piesek. Nie przywiązuj się do niego. Nigdy.

Syn Pana nie odezwał się ani słowem. Nawet nie spojrzał na centaura. Kiwnął głową na znak zgody i odszedł, by stopić się z ciemnością panującą wewnątrz domu.

W przyszłości Karhu nieraz będzie wracał we wspomnieniach do tej chwili. Do pierwszego spotkania. Do rodziny, która rodziną nigdy nie była. Do tego, co zobaczył i czego na początku nie zrozumiał.

Czuł zimno obręczy na szyi, lodowate igiełki wbijające się w skórę. Aczkolwiek gdy zamknął oczy, ujrzał lekko falujące, złocistozielone trawy doliny Lār. Słońce, które zawsze całowało powierzchnię ich ziemi, i gwiazdy, które późną nocą szeptały najróżniejsze opowieści.

Wtedy jeszcze nie wiedział, że długo nie będzie miał szansy ponownie poczuć ciepła promieni słonecznych na twarzy i ciele ani dostrzec gwiazd tak jasnych jak te lśniące nad rodzinnym niebem.

Zniknęło wszystko. Nie zostało już nic.

W tym momencie nawet nadzieja nie miała śmiałości obudzić się w jego sercu.

Rozdział 1

Gdyby ktoś miał możliwość choć raz spojrzeć na świat oczami Edlynne Addeline Valeris, nie dostrzegłby nic prócz odcieni szarości. Gęstego jak cukrowy syrop welonu utkanego ze smutku, strachu i samotności. W jej życiu nie było miejsca na radość. Niczym bluszcz otaczający stare mury rezydencji, niezezwalający słońcu ogrzać wiecznie zimnych kamieni, w którego wnętrzu zalęgało się wstrętne robactwo, oplatał ją silny zwój nieprzeniknionej ciemności, karmiony od najmłodszych lat lękiem i niemocą.

Dziewczyna stała z wysoko uniesionym podbródkiem i ręką obejmującą mechanicznego ptaszka na piersi. Służka pewnymi i zwinnymi ruchami radziła sobie z wiązaniem gorsetu, coraz mocniej zaciskała wokół Edlynne szczęki uległości. Ogień w kominku trzaskał, walcząc z przenikającą przez ściany sypialni wilgocią. Jego płomienie pomarańczową łuną zdobiły kształty mebli wypełniających pomieszczenie. Stojący na półce zegar wybijał miarowy rytm mijających minut. Wiatr dudnił w okna, szurał po szkle swoimi pazurami, jakby domagał się zaproszenia.

Z jakiegoś powodu serce panny Valeris biło niespokojnie.

Zerknęła przez okno na pogrążony w bladym zmierzchu dziedziniec. Światło lamp gazowych przypominało błędne ogniki na tle odcieni szarości i czerni. Na ułamek sekundy przed jej oczami pojawiła się postać Karhu, po czym rozpłynęła się w nicości.

Miała wrażenie, że wyjący za oknem wiatr niesie ze sobą odgłos pędzącego w stronę osamotnionej rezydencji pojazdu. Koła podskakiwały na wyboistej ścieżce, a drewniana konstrukcja trzeszczała, jakby zaraz miała ustąpić pod potęgą wichru.

Pukanie do drzwi głośnym echem rozbrzmiało wśród ścian. Edlynne nawet się nie poruszyła, kiedy do środka wkroczyła Eleonor Valeris. Osiemnastolatka obserwowała twarz matki w odbiciu lustra. Bladą cerę poznaczoną zmarszczkami, czarne włosy, w których tańczyły kosmyki siwizny, kąciki ust opuszczone w grymasie smutku i powagi. Jej eteryczna sylwetka ginęła w połaciach wiśniowego jedwabiu. Kobieta zatrzymała się przed wiszącą na drzwiach szafy suknią z malachitowego muślinu i przyjrzała się jej wzrokiem wiecznie niezadowolonej krawcowej.

– Caroline, przygotuj suknię z niebieskiej tafty. Tę na specjalne okazje. Znacznie lepiej podkreśla urodę mojej córki – rzekła, marszcząc brwi na widok skromnego stroju wieczorowego, i pomału odwróciła się w stronę Edlynne.

Zimny dreszcz przebiegł po plecach dziewczyny. Wciąż się nie poruszała, trzymając rękę mocno zaciśniętą na małym ptaku na srebrnym łańcuszku, jakby znajdowała w nim jedyne ukojenie.

Eleonor podeszła z wolna do córki i zaczęła poprawiać sznurowanie gorsetu, odcinając córce dopływ powietrza. Płuca Edlynne zaprotestowały, a gardło ścisnęła trwoga.

– Matko – wyjęczała, chcąc przypomnieć rodzicielce, że wciąż musi oddychać. Talia dziewczyny była w tym momencie tak wąska, że długie palce pianisty zdołałyby ją objąć.

– Będziemy mieli dziś na kolacji gościa – odpowiedziała zwięźle.

„Gościa”. Panna Valeris doskonale zdawała sobie sprawę, co kryje się za tym stwierdzeniem. Poruszyła się nerwowo. Serce biło jej coraz szybciej.

– Ojciec wymaga dzisiaj od ciebie całkowitego posłuszeństwa. Nie zawiedź go.

Edlynne zacisnęła powieki i odetchnęła przez usta. Wszystko w jej wnętrzu drżało w rytmie płynnie poruszających się myśli. Siłą woli starała się zachować kamienną twarz. Tyle lat była zmuszona ukrywać prawdziwe emocje – aż dziwne, że tych kilka zdań powiedzianych obojętnym tonem potrafiło jeszcze wpłynąć na jej równowagę.

– Jak sobie życzysz, matko – wyszeptała, lecz głos jej zadrżał.

Eleonor stanęła przed córką. Zgarnęła z jej czoła niesforny kosmyk mysich włosów i wetknęła go za ucho. Jej wzrok zatrzymał się na srebrnym łańcuszku, a spojrzenie błękitnych oczu stało się zimne jak sople lodu. Wydawało się, że nawet powietrze zmieniło konsystencję – przypominało oddech zimowej nocy, podczas której nawet wilgoć zamarza i opada ciężko na ziemię.

W ciszy, która nastała w komnacie, przesuwające się po zegarowej tarczy wskazówki dudniły wyjątkowo głośno.

– Powinnaś się tego wreszcie pozbyć.

Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak.

Serce Edlynne zaczęło bić w tym samym uporczywym rytmie. Każde uderzenie odpowiadało jednej sekundzie. Metalowe skrzydełko ptaszka wbijało się we wnętrze jej dłoni, pozostawiając po sobie czerwony ślad.

– Nie – oświadczyła tak cicho, że wiatr zdołał zagłuszyć jej słowa.

Eleonor zamrugała zaskoczona.

– Co powiedziałaś?

– Nie możesz mi go zabrać. – Przytuliła ptaszka do piersi i spojrzała matce błagalnie w oczy. – Proszę. – Przełknęła ślinę.

Dłonie dziewczyny, nawet pomimo jej skromnego odzienia, zaczęły się pocić, gdy czekała na dalsze słowa rodzicielki. Matka już otwierała usta, gdy nagle cichym i spokojnym głosem odezwała się Caroline:

– Suknia jest gotowa, milady. Mam dobrać do niej jakieś dodatki?

– Zostaw nas na chwilę same.

Służąca skłoniła się i opuściła komnatę.

Gdy ta niepokojąca cisza ponownie zaczęła dreptać wokół nich, spojrzenie Eleonor złagodniało. Dotknęła policzka córki i zajrzała jej głęboko w oczy. Ten przebłysk matczynej czułości był czymś nieprawdopodobnie rzadkim. Obie kobiety zdawały sobie sprawę z ulotności tej chwili. Wyraz twarzy Eleonor znowu się zmienił i w miejscu łagodności pojawiła się nostalgia. Cała jej postać w ciągu tych kilku sekund zestarzała się o co najmniej dwadzieścia lat. Zmarszczki się pogłębiły, spojrzenie stało się odległe, zamglone. Emanowało z niej zmęczenie, które mogła odczuwać tylko osoba o sporym bagażu życiowych tragedii.

Edlynne zawsze w takich momentach zastanawiała się, dokąd odpływają myśli Eleonor. Jak głęboko musiała się zanurzać w przeszłość, że natychmiast gasło w niej wszelkie światło? Nigdy nie odważyła się zapytać.

– Nie pozwól, by dostrzegł którąkolwiek z twoich słabości.

– Wiem – wyszeptała i zmusiła się do lekkiego kiwnięcia głową. Doskonale zdawała sobie sprawę, co jej wolno, a czego nie. Gdzie znajduje się granica, której nigdy, ale to absolutnie nigdy nie może przekroczyć.

Eleonor zmarszczyła brwi, przyglądając się córce.

– Powinnyśmy zakryć ci czymś głowę. Niewielu jest mężczyzn, którym podobają się szare włosy.

– Jak sobie życzysz, matko – odpowiedziała ze ściśniętym gardłem.

Gdy Edlynne ponownie stanęła przed lustrem, w gotowej kreacji, ciemność była jedynym bytem, do którego pragnęła zwrócić się o pomoc. Nawet połyskujący w świetle ognia materiał nie zdołał przywrócić życia na wyciosaną z kamienia twarzy panny Valeris. Czuła się niczym owca prowadzona do rzeźnika. Bez drogi ucieczki. Bez siły do walki. Bez czasu, który zdołałby ją uratować.

Czarna wstążka otaczała jej szyję gładkim jedwabiem, metalowy ptaszek był bezpieczny między piersiami. Zdecydowanie zbyt mocno wycięty dekolt sukni odsłaniał jakby wyciosane z alabastru ramiona, a udekorowane pnącymi się różyczkami krótkie rękawy wydawały się zbyt krzykliwe jak na spokojną kolację w gronie rodzinnym. Tuzin ciężkich warkoczy oplatał głowę Edlynne naturalną koroną. Spomiędzy wijących się pasm wystawały dwa pawie pióra, których zadaniem było dodać jej choć odrobinę koloru. Dziewczyna wolała pozostać niewidzialna. Być szarą plamą na tle złudnego przepychu. Duchem, którego losem nikt się nie interesuje. Wolała wszystko to od bycia widzialną.

Każdy jej krok wzdłuż ponurych korytarzy rezydencji był niczym marsz więźnia kierującego się na szubienicę. Wiedziała jednak, że ten dzień prędzej czy później nadejdzie. W tym przypadku nie była niewinną owcą. Znała problemy finansowe ojca. Zdawała sobie sprawę, że przegrał niemal wszystkie ich pieniądze, żywiąc większą miłość do hazardu niż do własnej rodziny. O ile w ogóle miał serce i był zdolny do miłości. Edlynne wielokrotnie w to wątpiła. A teraz pozostała mu ostatnia karta. Ostatnia szansa.

Była tylko kolejną przegraną w pokerowej rundzie.

Stanęła w progu jadalni. Jej pierś unosiła się i opadała w zbyt ciasno zawiązanym gorsecie. Dłonie otulone jedwabnymi rękawiczkami, kończącymi się wysoko ponad łokciem, drżały zaciśnięte na spódnicy sukni.

– Jest i ona! – zawołał ze swojego miejsca z pozoru radosnym tonem Aldrich Valeris. Nieliczni, którzy naprawdę dobrze go znali, wiedzieli, że to tylko fasada, pod którą czai się obecny w jego wnętrzu demon.

Edlynne się wzdrygnęła, ale dygnęła posłusznie i zerknęła spod wachlarza rzęs na bogato zastawiony stół, reprezentujący wszystko to, czego już nie posiadali. Kryształowe kieliszki, których ojciec nigdy nie pozwalał używać z czystego strachu, że któraś z niezdarnych służących je stłucze, teraz lśniły prowokująco. Sztućce zostały wypolerowane do tego stopnia, że można było się w nich przejrzeć. Pajęczyny usunięto, nawet myszy pochowały się w swoich ciemnych kątach. Po raz pierwszy od dawna wszystkie świece paliły się na rozłożystym żyrandolu i w kinkietach tkwiących po obydwu stronach wyłożonego boazerią pomieszczenia, ogrzewając salon złocistym blaskiem. Tlił się nawet ogień w wysokim, bogato zdobionym kominku, a wiszące nad nim lustro zostało odsłonięte i wyczyszczone. W jego odbiciu panna Valeris mogła dostrzec przerażone spojrzenie swoich szarych oczu.

– Największa chluba mojego domu! – Ojciec dziewczyny zarechotał.

– Przyznaję, że jej uroda jest zadziwiająca. Nic dziwnego, że ukrywałeś ją przed całym towarzystwem w tej odludnej wieży – powiedział z dozą niekłamanego zaskoczenia ich gość. Jego głos przypominał dźwięk tarcia papierem ściernym. – Młoda, zdrowa narzeczona! Czego chcieć więcej? Aż trudno uwierzyć, że tak mi się poszczęściło.

Dziewczyna ściskała szczęki tak mocno, że zadrżała jej broda. Nie ruszyła się z miejsca. Wpatrywała się ślepo w pustkę, czując uporczywy skurcz żołądka.

– Będzie idealną żoną. Takiej posłusznej nigdzie nie znajdziesz.

– No, no, Aldrichu, kto by się spodziewał, że choć raz nie skłamałeś.

– Mam tylko nadzieję, że działa to w obie strony – odburknął Valeris niby żartobliwie, lecz spojrzenie, jakim jednocześnie sztyletował córkę, dość jasno mówiło, że dziewczyna pożałuje każdej, nawet najmniejszej formy nieposłuszeństwa.

– O interesach lepiej nie rozmawiać przy damach – orzekł tonem pewnego posiadacza przyjaciel ojca Edlynne.

Eleonor siedziała przy długim stole naprzeciw męża, wbijając wzrok w kieliszek wypełniony ratafią. W żaden sposób nie skomentowała ich słów. Przypominała bardziej ozdobny pomnik niżeli człowieka z krwi i kości.

„Interesy”. To słowo uparcie brzęczało w uszach Edlynne. Nie była zaskoczona. Spodziewała się tego. Ale nie mogła nic poradzić na ukłucie bólu w sercu. Przestrzeń zaczęła się zaciskać wokół niej. Ogień trzaskał coraz głośniej. Światło świec raziło w oczy. Powietrze smakowało ciężarem palonego drewna, wędzonych kiełbas i alkoholu. Brakło jej tchu. Pierś unosiła się coraz szybciej w pogoni za łapczywymi oddechami. Dusiła się.

Aldrich przywołał ją gestem ręki. „To tylko gra”, pomyślała Edlynne i zbliżyła się do ojca na dygoczących nogach. Nie odważyła się spojrzeć na mężczyznę stojącego po jego lewej stronie. Skupiała uwagę na człowieku, który odpowiadał za całą jej bezradność i niemoc. Źrenice jego ciemnozielonych oczu były nienaturalnie rozszerzone. Wokół niego unosił się gęsty tytoniowy zapach wymieszany z ciężką wonią brandy.

– Edlynne, poznaj, proszę, Imgarda Bolliga. Pan Bollig spędzi z nami kilka najbliższych dni, byście mieli szansę się lepiej poznać, zanim oficjalnie ogłosimy wasze zaręczyny.

– Panno Valeris.

Nie miała większego wyboru, więc przeniosła rozkojarzony wzrok na gościa. Przeszło jej przez myśl, czy gdyby nie utraciła zdolności do płaczu, to właśnie byłby ten moment, kiedy padłaby zrozpaczona na ziemię pod nogi ojca i błagała o łaskę. Prawdopodobnie byłaby gotowa to zrobić, gdyby już dawno nie oswoiła się z myślą, że nie czeka jej lepsza przyszłość niż ta, którą właśnie jej ofiarowywano.

Wiedziała, kim jest ten mężczyzna, stojący przed nią w dumnej pozie, jakby próbował sobie odjąć z trzydzieści lat, by móc choć trochę zbliżyć się do niej wiekiem. Charakteryzował go ten sam drapieżny błysk w oczach co Aldricha Valerisa, a już to świadczyło o tym, jakim jest typem człowieka. Ciężka, zwalista figura, przypominająca rozmiarami sylwetkę niedźwiedzia, górowała nad nią o dwie głowy. Miał krzywy nos – zapewne pamiątka po nieudanej bójce. Twarz poznaczona ostrymi bliznami wykrzywiła się w czymś, co prawdopodobnie miało przypominać miły uśmiech. Nic jednak w jego wyglądzie nie było ani miłe, ani piękne. Za tą dozą elegancji, którą starał się wykazać, kryła się plugawa bestia, wyglądająca pewnie zza kurtyny śmiałego spojrzenia.

Edlynne nie była nawet pewna, w którym momencie usiadła na swoim miejscu i ponownie znalazła się naprzeciwko pana Bolliga. Sięgnęła dłonią po kieliszek ratafii i zanurzyła w niej usta. Tylko kilka łyków, gdyż więcej jej nie pozwalano. Ojciec nie cierpiał tracić dobrego alkoholu na kobiety, nawet jeśli sam za ratafią nie przepadał i z dużo większą przyjemnością raczył się innymi trunkami.

– Ojciec tyle o tobie opowiadał, panno Valeris, że wydawałaś się wręcz mityczną istotą – odezwał się ponownie gość.

– Istnieją stworzenia, które lepiej trzymać w bezpiecznym miejscu, pod kluczem – odpowiedział mu Aldrich.

Edlynne mimowolnie zerknęła ku matce. Cisza spowijała ją tak głębokim całunem, że dziewczyna się zastanawiała, czy Eleonor w ogóle ich słucha.

– Tym większa wydaje się wartość otrzymanego skarbu. Jestem pewien, że podbije serca labelieńskiego towarzystwa i zagwarantuje mi stałe miejsce wśród socjety. Ty również powinieneś czasem wpaść do stolicy, przyjacielu. Zwłaszcza teraz, gdy wszystkie twoje długi nareszcie znikną.

– Niczego nie cierpię bardziej niż konieczności podlizywania się aroganckim rewolucjonistom, którzy nie mają bladego pojęcia o życiu. – Aldrich nadział na widelec kawałek mięsa i wsunął go do ust, cały czas obserwując swojego gościa z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Są niczym karaluchy, które zatruwają dawne ideały. Zalewają Labelie niczym plaga. Całe szczęście, że Serein wciąż znajduje się pod władzą kapitalistów, a Trevor Looverie jest najlepszym przykładem przywódcy, jakiego ten kraj potrzebuje. To, w jaki sposób owinął sobie króla wokół palca, jest godne podziwu.

Kącik ust Imgarda drgnął.

Słowa dwóch mężczyzn obmywały Edlynne wodami pogrążonego w sztormie morza; ona sama jawiła się sobie jako łódź niewinnego rybaka, który nie zdołał w porę odczytać znaków na niebie, by nie pchać się dziś na poszukiwanie szczęścia. Jak zrozumiała, mężczyzna, którego miała poślubić, nie posiadał nawet tytułu szlacheckiego. Całą fortunę zbił na inwestowaniu pieniędzy w zdobywające coraz większą popularność firmy przemysłowe, zwłaszcza w fabryki, które zdawały się otwierać magiczne wrota do przyszłości. Sam określał się mianem farciarza, choć coś w sposobie, w jaki mówił o pieniądzach, sprawiło, że Edlynne zastanawiała się, ile prawdy próbował przed nimi zataić.

Teraz zamierzał zainwestować w pannę młodą. Spłata długów ojca w zamian za jej rękę.

Minuty ciągnęły się pannie Valeris niczym wieczność nakrapiana ostrą goryczą. Przez niemal całą kolację wzrok trzymała twardo wbity w zmieniające się przed nią talerze, z których ledwo cokolwiek zjadła. Na każdą wzmiankę dotyczącą ślubu i długości okresu narzeczeństwa coś w niej umierało.

– Będzie piękną panną młodą – powiedział w pewnym momencie ojciec.

Edlynne zebrało się na mdłości.

– Mam nadzieję, że okaże się równie dobrą panią domu – odpowiedział pan Bollig, nie odrywając od niej spojrzenia. Spoglądał na nią jak myśliwy, który przygląda się zwierzynie łownej.

Edlynne uniosła wzrok i zawiesiła go na wiszącej nad drzwiami wypchanej głowie jelenia. Piękne, rozłożyste poroże wyróżniało się na tle ciemnej boazerii. Jedno z licznych trofeów ojca, które zdobiły ściany rezydencji. Kolejna niewinna istota, która stała się ofiarą niesprawiedliwej żądzy władzy.

Im dłużej wpatrywała się w martwe jelenie ślepia, tym mocniej rozmazywała się rzeczywistość wokół niej. Nie był to pierwszy raz, kiedy Edlynne odcinała się od wszystkiego, co ją otaczało, i zagłębiała w gładkim jeziorze ciemności. Jej umysł zanurzył się pod taflę lodowatej wody, nie przyjmując do wiadomości żadnych dźwięków, głosów i żądań. Zniknęły migoczące nad stołem świece, mieszanina woni składających się na półmiski jedzenia. Tylko ona i cisza. Para dobrych przyjaciół.

Dopiero potężny huk na prawo od niej przywrócił jej trzeźwość. Kilkakrotnie zamrugała powiekami i zerknęła w stronę ojca. Jego twarz pokrywał krwisty rumieniec złości, a zaciśnięta w pięść dłoń spoczywała na stole.

– Edlynne. – Wymówił to imię niczym przekleństwo. – Może z łaski swojej odpowiesz na pytanie pana Bolliga?

Dziewczyna zbladła. Przeniosła wzrok na siedzącego naprzeciw mężczyznę; spojrzenia, jakim ją obdarzył, pozazdrościłby mu sam czart. Była pewna, że wcześniej jego oczy były niebieskie. Chłodny, kalkulujący błękit. Teraz jednak stały się czarne jak węgle. Po plecach Edlynne przebiegły dreszcze.

– Proszę o wybaczenie – wyszeptała ze ściśniętym gardłem, skupiając się na niedojedzonych resztkach dziczyzny i pieczonych ziemniaków. – Rozbolała mnie głowa. Może lepiej będzie, jeśli już pójdę…

Nie czekając na reakcję ojca, podniosła się z miejsca. Konsekwencjami swojej impertynencji będzie się martwić później. Musiała stąd uciec.

– Siadaj.

Edlynne usiadła. Wpatrywała się w srogą twarz ojca. Drżące dłonie zacisnęła na udach.

– Aldrichu, nie bądź taki – rzekł z przekąsem pan Bollig, mierząc dziewczynę z wyrazem zwycięstwa na twarzy. – Jestem pewien, że twoja córka w ramach zadośćuczynienia zgodzi się wyruszyć ze mną jutro na wycieczkę po okolicy.

„Znowu to uczucie”, pomyślała Edlynne. Niepokój owijał się dookoła jej ramion jedwabnym szalem.

– To wyborny pomysł – rzekła cichym, drewnianym głosem.

Pan Bollig uśmiechnął się kącikiem ust, zadowolony z udzielonej odpowiedzi. Szukał posłusznej i milczącej żony i taka kandydatka właśnie przed nim siedziała.

– Poza tym słyszałem, Aldrichu, że w twoim posiadaniu znajduje się centaur. – Skierował swój uciążliwy wzrok na ojca dziewczyny. – Jestem niezwykle ciekaw tego wybryku natury. Jakże żałowałem, że wówczas nie mogłem wziąć udziału w waszym polowaniu. Cóż to musiały być za emocje!

Żółć zebrała się w gardle Edlynne. Dziewczyna przełknęła ostrożnie ślinę. Ptaszek na jej piersi nagle stał się wyjątkowo ciężki, choć była przyzwyczajona do jego stałej obecności.

Nie lubiła, gdy ktoś w taki sposób wypowiadał się o Karhu. Nie lubiła, gdy w ogóle go wspominano, gdyż to zawsze zwiastowało kłopoty. Mówili o nim tak, jakby był rzeczą, zwykłą zabawką, którą można wymienić, kiedy tworzące ją mechanizmy zardzewieją albo znudzi się swoim właścicielom. O wartości mniejszej niż bezpański pies. Edlynne była jednak pogodzona z myślą, że prawdopodobnie należy do niewielkiej grupy ludzi, która postrzega te stworzenia jako równe sobie.

– Oficjalnie należy do mojej córki. Nie martw się, przyjacielu. – Ostatnie słowo wymówił z dosadnym naciskiem. – Przypadnie ci on wraz z jej posagiem.

Mężczyźni wymienili spojrzenia, a krzywy uśmiech, jaki pojawił się na twarzy pana Bolliga, ani trochę nie spodobał się Edlynne.

– Twoja… życzliwość mnie zaskakuje. Z pewnością okaże się cennym nabytkiem dla mojego domu. Wracając jednak do tematu… Nie miałeś jeszcze syna?

Po drugiej stronie stołu rozległ się trzask. Edlynne gwałtownie odwróciła się w stronę matki, która trzymała między palcami potłuczone kawałki kieliszka. Kobieta drżała na całym ciele, a sine usta zaciskała w wąską kreskę. Krew z rany skapywała równomiernie na talerz. Mieszała się z czerwienią mięsa i rozlanej ratafii.

Trudno było opisać atmosferę, która zapanowała w tej samej chwili przy stole. Nikt się nie poruszył. Nawet pan Hitch – stojący w cieniu przy drzwiach lokaj o dość ponurym usposobieniu, z gęstymi, ciemnymi brwiami, które opadały mu ciężko na powieki – zamarł, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w panią Valeris. Żadna służąca nie przybiegła z pomocą, zapewne ze strachu, jak zachowa się pan domu.

Serce Edlynne biło nerwowo. Nie mogła odwrócić oczu od wsiąkającej w koronkę rękawiczki krwi. Obserwowała, jak czerwień zabarwia fiolet materiału na nieprzeniknioną czerń.

Odruchowo spuściła wzrok na swój talerz. Ile to już lat nikt nie wspominał jej brata przy rodzinnym stole?

– Tak – wycedził ostrożnie ojciec, nie odrywając wzroku od potłuczonych kawałków szkła. – Miałem.

Edlynne przełknęła niepokój i uniosła się lekko na krześle.

– Panowie wybaczą. – Skłoniła się z dystyngowaną pewnością i ostrożnie, jak sarna podchodząca do zranionego lisa, zbliżyła się do matki. Drżącymi dłońmi wyciągnęła kawałki kieliszka z jej ręki i podała chusteczkę. – Chodźmy już, zostawmy panów samych – wyszeptała.

Eleonor pozwoliła córce pokierować się w stronę wyjścia. Wspólnie dotarły do sypialni, gdzie Edlynne opatrzyła matce ranę. Dopiero kiedy pomogła jej przebrać się w koszulę nocną i opatuliła krochmaloną pościelą, na masce opanowania Eleonor Valeris pojawiła się drobna skaza. Łzy cichym strumykiem spływały po jej policzkach i wsiąkały w pachnącą lawendą pościel.

– Mój kochany synek… – szeptała bez przerwy. – Mój kochany synek…

W gardle Edlynne wzbierał płacz, lecz za nic w świecie nie mogła go z siebie wykrzesać. Po cichu zebrała w dłonie spódnicę sukni i na palcach powróciła do swojej sypialni.

Nie po raz pierwszy przekręciła zamek w drzwiach, ale tym razem dodatkowo cztery razy sprawdziła, czy aby na pewno zostały zamknięte.

Redakcja: Adrianna Hess

Korekta: Justyna Yiğitler, Magdalena Stonawska

 

Projekt okładki i stron tytułowych, ilustracje wykorzystane na okładce: Joanna Wasilewska

Mapa w książce: Angelika Grajek

 

Skład i łamanie: pagegraph.pl

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-17-5