Stacja Jagodno. Tom VII. Uczucia zaklęte w kamieniu - Karolina Wilczyńska - ebook
Opis

Do Jagodna niespodziewanie trafia Lea, artystka specjalizująca się w wyrobie biżuterii artystycznej. Chce wykorzystać w swoich projektach krzemień pasiasty – największy dar natury z tutejszych gór, zwany też kamieniem optymizmu. Tymczasem awaria samochodu zatrzymuje ją na dłużej w urokliwej miejscowości, a nieco gburowaty mechanik, w którego ręce trafiło zepsute auto nowoprzybyłej, okazuje się bardzo intrygujący… Tylko czy ta znajomość nie skończy się awarią? I czy Lea rzeczywiście pojawiła się w okolicy przypadkiem?

Pozostałych, dobrze nam znanych bohaterów książek z cyklu „Stacja Jagodno”, również czekają niespodzianki. Marysia przeżyje letnie zauroczenie i nieodłącznie związane z nim chwile miłosnej niepewności. Jadwiga postanowi wreszcie odpocząć i wyjedzie na wczasy, zostawiając córkę pod opieką nieprzepadającego za dziećmi wójta. Natomiast Babcia Róża doceni, jak drogocenne jest dobre zdrowie...

W najnowszym tomie bestsellerowej sagi mieszkańcy urokliwego Jagodna odkryją, że nie każdy oszlifowany kamień jest cenny, a to, co wartościowe, nie zawsze się błyszczy.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Copyright © Karolina Wilczyńska, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Barbara Kaszubowska

Projekt typograficzny: Maciej Majchrzak

Skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki: Design Partners

(www.designpartners.pl)

Fotografie na okładce: Mizin Roman / shutterstock.com

linux1987 / depositphotos.com

Fotografia autorki: Studio Fot Molly Polly

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7976-953-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Posłuszna głosowi dobiegającemuz głośnika nawigacji, zjechałaz siódemki, kierując sięw stronę Bodzentyna. Zerknęła na ekran urządzenia, które prowadziło ją od kilku godzin,i stwierdziła, że do celu pozostało już niewiele ponad dwadzieścia kilometrów.

Poruszyła kilkakrotnie ramionami, pokręciła głowąi wyprostowała plecy. Samochodowy fotel, choć dosyć wygodny, teraz, po kilku godzinach nieprzerwanej jazdy, zamieniał się powoliw coś na kształt narzędzia tortur.

Powinnam się zatrzymaći rozprostować nogi – pomyślała. – Kawa też dobrze by mi zrobiła – westchnęła na wspomnienie mijanej niedawno stacji benzynowej.

Odpowiedzią na tę chwilę wahania było mocniejsze naciśnięcie pedału gazu.

– Dojedziesz, to odpoczniesz – powiedziała na głos, zerkając do lusterka.

Zobaczyław nim jasnobłękitne oczy otoczone wyraźną kreską eyelinera. Patrzyły zdecydowaniei w tym spojrzeniu nie było już ani śladu strachui żalu, które widziała, patrzącw szklaną taflę na drzwiach garderobyw swoim gdańskim mieszkaniu.

Pomyśleć, że pięć godzin temu wydawało mi się, że mój świat się kończy – stwierdziła w duchui sięgnęła po paczkę papierosów leżącą na siedzeniu dla pasażera. – Nie, żeby coś się od tamtej pory zmieniło, ale przynajmniej niczego już po mnie nie widać.

Jedną ręką, nie spuszczając wzrokuz drogi, wyłuskała papierosai wsadziła go do ust. Zapalniczkę wymacała bez problemu, zawsze kładła ją na półeczce pod licznikami. Zaciągnęła się głęboko dymemi wydmuchnęła gow kierunku uchylonego okna.

Kolejne kilometry drogi zostawaływ tyle, a Lea starała się skupić na prowadzeniu samochodu. Jednak natrętne myśli ciągle wracały. Nie mogła uwolnić się od poczucia, że po raz kolejny uciekła.

I tak miałam zamiar wyjechać – usprawiedliwiała sięw duchu. – Od dawna myślałamo tym projekcie, a teraz akurat znalazłam chwilę na oddech między kolejnymi zamówieniami, więc warto ją wykorzystać. Pogoda dopisuje, a w końcu nie mam żadnych zobowiązańi nikomu nic nie obiecywałam. Jestem panią własnego życia, nie muszę się tłumaczyć ze swoich decyzji.

Jakby chcąc nadać większego znaczenia swoim myślom, nieświadomie postukiwała palcemw kierownicę.

Lea bardzo ceniła swoją wolnośći nie zamierzałaz niej rezygnować. Tak deklarowałai uważała, że każdy, kto choć trochę ją zna, powinieno tym wiedzieć.

Wybrałam wolny zawód, abym mogła robić to, na co mam ochotę.I nikogo nie powinno dziwić, że wyjeżdżam. Tak chcęi tak robię. Konieci kropka. – Tym razem zupełnie świadomie uderzyła dłoniąw klakson.

Nie odniosło to jednak żadnego skutku. Może oprócz zdziwionego spojrzenia kierowcy opla, który właśnie ją minął.

– I co się tak gapisz?! – rzuciła ze złością, chociaż tamten nie mógł jej usłyszeć. – Każdy mężczyzna jest taki zdziwiony, kiedy widzi, że kobieta robi to, co chce – powiedziała głośnoi ze złością wyrzuciła na asfalt resztkę papierosa. – Jakby sposób na życie był jeden, a każde odstępstwo świadczyłoo problemach psychicznych.A nawet jeśli tak, to co? Nie wolno?!

Złościła się, wiedziałao tym, ale wcale nie miała zamiaru przestać. Przeciwnie, ta złość ja napędzała. To dzięki niej przez ostatnie godziny szybko pokonywała kolejne kilometryi nie zawróciła. Miała nadzieję, że tego uczucia wystarczy jeszcze na długo. Zwłaszczaw takich chwilach jak ta. Ekran telefonu rozświetlił sięi jedno spojrzenie wystarczyło, żeby zobaczyć zdjęcie tego,z którym rozmawiać nie chciała.

Po chwili dzwonek rozbrzmiał ponownie, więc zahamowała gwałtownie, zjechała na poboczei włączyła światła awaryjne. Ktoś mógłby uznać takie zachowanie za niezbyt rozsądne, na szczęścieo tak wczesnej porze nie było na drodze ruchu. Zresztą Lea lubiła, gdy uważano ją za nieprzewidywalną. Traktowała to jako część swojej artystycznej kreacji, a w rzeczywistości doskonale wiedziała, co robi,i kontrolowała sytuację. Teraz także przed wykonaniem widowiskowego manewru zerknęław lusterkoi widziała, że jest sama na drodze.A ostre hamowanie tym razem było raczej spowodowane chęcią rozładowania emocji.

Telefon nadal dzwonił. Odczekała, aż melodia umilknie,i powoli, jakby celebrując każdy ruch, odnalazław spisie kontaktów numer dzwoniącegoi zablokowała go. Przed naciśnięciem ostatniego polecenia zawahała się, ale zacisnęła zębyi pomalowanym na czerwono paznokciem wykonała ostateczny wyrok.

– Już dla mnie nie istniejesz – powiedziała cicho.

Nie miała zamiaru dla nikogo się poświęcać. Postanowiła to już dawno temu. Chciała żyć po swojemu, według własnych zasad. Dla siebie, nie dla kogoś.

Można się nabrać raz – pomyślała. – Ale od tego człowiek ma rozum, żeby nie popełniać tych samych błędów.

Założyła za ucho opadający kosmyk włosówi ruszyław dalszą drogę. Nie żałowała tego, co przed chwilą zrobiła. Zresztą tak naprawdę była to tylko kropka nad „i”. Decyzję podjęła już poprzedniego wieczora, teraz tylko realizowała przyjęty plan. Nie chciała dalej brnąćw związek, któryi tak był skazany na niepowodzenie.

A do tej pory wszystko szło tak dobrze – rozmyślała, obserwując mijane zabudowania. – Wydawało mi się, że podobnie patrzymy na świat.

Pokręciła głową na wspomnienie telefonu od koleżankii informacji, którą tamta jej przekazała.W pierwszej chwili nie mogła uwierzyć, ale kiedy upewniła się, że Iwona jest całkiem poważna, od razu wiedziała, że musi działać. Postanowiła nie czekać. Darowała sobie spotkanie, nie chciała słuchać tłumaczeńi wyjaśnień, nie miała ochoty na ckliwe chwilei namowy na jakieś próby. Przerabiała to już, a powtórka nie była jej do niczego potrzebna.

Posłuchała wewnętrznego głosu, spakowała kilka rzeczyi wyjechałao świcie, dziękując swojemu rozsądkowi, dzięki któremu nie dała się namówić na wspólne zamieszkanie. Mogła zatrzasnąć drzwii nie musiała się nikomu tłumaczyć. Teraz miała tylko nadzieję, że podczas jej nieobecności on zrozumie, że nie chce go już więcej widzieć,i znikniez jej życia raz na zawsze.

A przy okazji załatwię to, co już dawno powinnam zrobić – pomyślała. – Odkładałam ten pomysł zbyt długo. Tylko patrzeć, a ktoś by mnie wyprzedził. No, Lea, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Odetchnęła głębokoi poczuła, że powietrze ma zupełnie inny zapach. Czy to odzyskana wolność tak pachnie? – przyszło jej do głowy. –A może to tylko zapach jodłowych lasów, tak inny niż morskie powietrze, do którego jestem przyzwyczajona?

Tak czy inaczej, poczuła, że oddycha jakoś swobodnieji podobało jej się to. Nie miała jednak czasu na głębszą analizę swojego stanu, bo przed chwilą minęła zielona tabliczkęz napisem „Święta Katarzyna”, a teraz głosz nawigacji oznajmił:

– Za pięćset metrów miejsce docelowe będzie po lewej stronie.

– Może jeszcze się zastanowimy? – Jadwiga usiadła przy kuchennym stolei zaplotła palce na kubkuz herbatą. Obok, na talerzyku, leżały nietknięte kanapkiz żółtym seremi pomidorem.

Roman spojrzał uważnie na kobietęi z westchnieniem pokręcił głową.

– Jadziu, co tym razem?

W ciągu ostatniego tygodnia słyszał to zdanie co najmniej kilka razy. Najpierw się przejął. Nie wiedział, co się dzieje. Przecieżz pomocą dzieci udało mu się wreszcie ostatecznie przekonać Jadwigę do wyjazdu na wczasy. Mieli przez dziesięć dni być tylko we dwoje. Wydawało mu się, że rozwiał już jej wszystkie wątpliwości. Omówili każdy szczegół opieki nad dzieciakami, Jadzia przez kilka dni gotowała, smażyłai pakowała zapasy do słoikówi zamrażalnika.

– Czy ty nie przesadzasz? – Śmiał się, obserwując jej poczynania. – Przecież nawet gdyby jedli od rana do wieczora, to jeszcze im zostanie.

– Lepiej niech zostanie, niż mieliby być głodni – tłumaczyła muz taką miną, jakby chodziłoo przetrwanie jakiegoś kataklizmu.

Potem przyszedł etap pisania instrukcji. Tak to nazwał, chociaż Jadwiga oburzyła się, kiedy to usłyszała.

– To nie są żadne instrukcje. Po prostu piszę, żeby nie zapomnielio najważniejszych sprawach.

– Naprawdę uważasz, że nie znajdziemy skarpetek? – zdziwiła się Tereska, czytając jednąz karteczek matki. – Przecież od dawna umiemy się sami ubrać.

– No niby tak, córeńko. – Jadwiga pogłaskała dziewczynę po policzku. – Ale jakby co, to będzie. Nie zaszkodzi.

Igor nieco spokojniej obserwował poczynania matki. Jednak nawet onw końcu nie wytrzymałi kiedy po raz kolejny usłyszał przypomnienieo zamykaniu drzwi na noci uważaniu na młodsze rodzeństwo, rzuciłz irytacją:

– Od latz nimi zostajęi jakoś wszyscy żyją, więc możei teraz jakoś się uda.

Słysząc to, Jadwiga zamilkłai opuściła głowę.

– Przepraszam, mamo. – Chłopakowi zrobiło się głupio. – To dlatego że trochę przesadzasz. Naprawdę damy sobie radę.

– Wiem, wiem. – Machnęła ręką. – Ale nie mogę inaczej. Nigdy was na tak długo nie zostawiałam.A nawet kiedy wychodziłam, to tylko wtedy kiedy musiałam. Żeby zarobić.A teraz nie muszę przecież…

– Nie musisz, ale możesz – wtrącił Roman. – Masz prawo zrobić coś dla własnej przyjemności. Myślałem, że już to ustaliliśmy.

– Tak, tak – potwierdziła. – Tyle że ciągle jakoś trudno mi to zrozumieć.

Kiedy wreszcie zrobiła wszystko, co uznała za niezbędne, wydawało się, że wreszcie zapanuje spokój. Roman nie mógł się doczekać tego wyjazdu. Wspólnie wybrali Łebę. Może on wolałby spokojniejszą miejscowość, bez tłumów wczasowiczów, ale kiedy zapytał Jadwigę, jak chciałaby spędzić ten urlop, odparła:

– Wyobrażam sobie, że będzie wesoło. Popatrzę, jak żyją ludzie, może pójdziemy gdzieś na kolację, najlepiej, żeby grała tam muzyka. Bo wiesz, chciałabymz tobą zatańczyć. – Popatrzyła na niego tym spojrzeniem, które zawsze go rozczulało. – I… chciałabym popłynąć statkiem. Widziałamw telewizji, że są takie, które wożą turystów. Wiesz, ładne, kolorowe,z rzeźbami na przodzie. Trochę się boję, alez tobą to dałabym radę. Tak wypłynąć na morze… – Rozmarzyła się, ale zaraz szybko dodała: – Oczywiście jak to nie będzie drogie, bo jakby co, to się obejdę bez tego statku.

– Będziesz miała statek – zapewnił Roman. –I w takim razie pojedziemy do Łeby.

Wybrał kwateręw centrum, ale niedaleko głównego wejścia na plażę. Zadzwonił, wszystko ustaliłi wpłacił zaliczkę. Obiecał sobie, że Jadwiga będzie miała to, co sobie wymarzyła. Poza tym to było i jego marzenie – zabrać ukochaną kobietęw podróż.I liczył też na wieczorny spacer brzegiem morza. Bo Roman, chociażz pozoru rzeczowy mężczyzna,w głębi duszy był romantykiem.I robił, co mógł, żeby zadowolić swoją wybrankę.

A teraz to już naprawdę nie wiedział, jaką kolejną przeszkodę dostrzegła Jadwiga.

– No, powiesz, co tym razem? – powtórzył.

– Bo ja tak cały czas myślę, czy my dobrze robimy…

– A niby dlaczego nie?

– Czy to tak wypada? Na wczasy raczej młodzi jeżdżą. Jak cały rok pracują, to potem odpoczynek im się należy.

– A tobie się nie należy? Albo mnie? Nie pracujemy czy jak?A ze starością to też chyba przesadzasz, Jadziu.

– Nie wiem, Romku. – Pokręciła głową. – Jak sobie pomyślę, że tam, nad tym morzem, będą takie młode dziewczynyi kobiety, to… – Zawahała się, ale mówiła dalej: – Bo chodzi mio to, że ty pewnie będziesz chciał iść na plażę. No a ja… przy tych dziewczynach… – Wpatrywała sięw kubek, jakby bała się podnieść wzrok. – Onei młodsze,i pewnie bardziej zadbane… Gdzie mnie do nich… Jak pomyślę, że bym się miała tam rozebrać… Noi że ty sobie porównasz… – Zdradziecka łza spadła wprost do herbaty. – To ja nie wiem, co potem będzie! – zakończyłaz nutką desperacji.

– Jadziu, co tobie do głowy przychodzi! – Roman aż poderwał sięz krzesła. – Jak ty mogłaś coś takiego pomyśleć! – Obszedł stółi stanął za Jadwigą. – Jeśli tylkow tym tkwi problem, to ci mówięz ręką na sercu, że dla mnie jesteś najpiękniejszai ani miw głowie żadna inna! – Położył swoje wielkie dłonie na delikatnych ramionach kobiety.

Jadwiga podniosła głowęi popatrzyła na mężczyznę.

– Nie kłamiesz? – Uśmiechnęła się lekko.

– Ani trochę.I mam nadzieję, że to już ostatnia rzecz, jaka cię dręczy.

– Niby tak…

– Jadziu, ja cię proszę, ty już nic nie wymyślaj, bo odwołam ten wyjazd. – Pogroził jej żartobliwie palcem.

– Kiedy naprawdę jest jeszcze coś…

– Mów – westchnął zrezygnowany.

– No bo jak ty chcesz jednak ze mną na tę plażę chodzić… Bo chcesz, tak?

– Mówiłem przecież, że chcę.

– To ja powinnam przecież kostium kąpielowy mieć. Do tej pory mi nigdy nie był potrzebny, zresztą nawet pieniędzy nie miałam na takie rzeczy ani czasu, żebyo plażowaniu myśleć, to… – Zagryzła dolną wargę.

Wyglądała jak mała zawstydzona dziewczynka. Roman czasami myślało jej zmarłym mężui zastanawiał się, jak można było krzywdzić kogoś tak delikatnego jak Jadwiga.

– Takie problemy rozwiązuję od ręki. Zapraszam do samochodu. Jedziemy kupić kostium kąpielowy. Zanim dojedziemy do Kielc, akurat otworzą sklepy.I wybierzemy taki, że zostaniesz miss Plaży. – Roześmiał sięi chwycił ją za rękę. – No już! Wstawaji idziemy! Już nie mogę się doczekać tego przymierzania!

– No wiesz! – Jadwiga udała oburzenie, ale posłusznie dała się zaprowadzić do auta.

Nareszcie się uśmiechnęła – pomyślał Roman. Zrobiłbyo wiele więcej niż pojechaniez nią do galerii handlowej, żeby tylko zobaczyć ten uśmiech. Był przecieżw głębi duszy romantykiem.

Marysia postawiła na stole talerzz kanapkamii kubekz herbatą.

– A ty, babciu, naprawdę nie masz ochoty? – zapytała

– Jedz, dziecko, mną się nie przejmuj. – Babcia Róża wskazała dziewczynie krzesło. – Siadaj, siadaj. Ja już jadłam.

– Okej. – Dziewczyna zajęła miejsce przy stole.

– I jak ci tamw tej pracy? Podoba ci się?

– Ciężko tu mówićo podobaniu. – Wzruszyła ramionami. – Przecież ja cały dzień tylko parówkiw bułkę wkładam albo hamburgery robię.A w ramach odmiany sprzedaję soczki, chipsyi lody.

– I ludzie to kupują?

– Jeszcze jak! – Marysia ugryzła duży kęs kanapkiz białym serem. – Czasami nie mam nawet chwili odpoczynku.

– Kiedy ja byłam młoda, to jeździło się na wycieczkiz własnym jedzeniem. Pomidory, jajka na twardo, chleb, jakaś kiełbasa.A do picia kompot.

– Na szczęście teraz jest inaczej. – Marysia uśmiechnęła się.

– Jakie to szczęście? Na pewno nie dla żołądka.

– Ich żołądki, ich sprawa. – Dziewczyna mrugnęła okiem. –A szczęście dla mnie. Gdyby nie to, nie mogłabym zarabiać.

– Racja – zgodziła się babcia. – Tylko się martwię, czy za bardzo cię to nie męczy. Przecież powinnaś odpoczywać, masz wakacje…

– Babciu, nie masz się czym martwić. Daję radę – zapewniła Marysia.

Owszem, bywała zmęczona. Czasami pracowała cały dzieńi kiedy wracała, myślała tylkoo tym, żeby położyć sięi dać odpocząć nogom. Ale kolejne banknoty dokładane do szydełkowej sakiewki motywowały ją do dalszego wysiłku. Była dumnaz tych pierwszych samodzielnie zarobionych pieniędzy.A gdyby nie wsparcie babci Róży, nie miałaby na to szansy.

Kiedy dwa tygodnie temu powiedziałao swoich planach, mama nie była zachwycona.

Zresztą ostatniow ogóle trudno się byłoz nią dogadać. Reagowała na wszystko przesadnie, przynajmniej tak uważała Marysia. Dlatego próbowała przekonywać ją racjonalnymi argumentami, ale czuła, że nicz tego nie będzie. Dopiero interwencja babci pomogła.

– Tamarko, może niech spróbujei sama się przekona, że to nie dla niej – powiedziała. – Wiesz, jak toz dziećmi bywa. Im bardziej zabraniasz, tym bardziej chcą.A jak się martwisz, to idź tam, porozmawiaji zobacz, czy będzie bezpieczna.

Marysia podsłuchiwała tę rozmowęi aż wstrzymała oddech, czekając, czy mama złapie sięw pułapkę sprytnie zastawioną przez babcię.

– Możei racja – odpowiedziała Tamara. – Niech na własnej skórze poczuje, co to ciężka praca. Za kilka dni sama przyzna mi rację.

– Babciu! Dziękuję! – Marysia nie wytrzymałai z piskiem wbiegła do kuchni.

– Mamie podziękuj – powiedziała ze spokojem staruszka. – To ona zdecydowała.

– Dziękuję, mamo. – Posłusznie wykonała polecenie, alew głębi serca doskonale wiedziała, komu zawdzięcza tę szansę.

Dlatego teraz tak bardzo zależało jej na uspokojeniu babci Róży. Za nic nie chciała, żeby staruszka martwiła sięo nią. Zresztą naprawdę nie byłoo co. Zmęczenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

– A wiesz, że sakiewka jest coraz bardziej pękata. – Postanowiła skierować rozmowę na nieco inne tory.

– Widzęw twoich oczach, że bardzo cię to cieszy.

– A dziwisz się? Będę miała za co poszaleć nad morzem. – Upiła kilka łykówz porcelanowego kubka malowanegow małe błękitne kwiatuszki. – Nie patrz tak! – Roześmiała się. – Mam na myśli pyszne rybki, a nie alkoholi narkotyki.

– A wiesz, że nawet mi to do głowy nie przyszło – odpowiedziała spokojnie staruszka. – Przyglądam się, bo czekam na dalszy ciąg.

– Jaki dalszy ciąg?

– Sądziłam, że powiesz: będziemy mieli za co poszaleć nad morzem…

– A, chodzi cio Kamila?

– Mnie? Ja już za stara jestem… – zażartowała babcia Róża.

– Babciu! Wiesz przecież, co chciałam powiedzieć!

– Wiem, czego nie powiedziałaś. – Błękitne oczy spojrzały uważnie.

– Bo to przecież oczywiste, prawda?

Marysia szybko sięgnęła po kolejną kanapkę. Nie miała ochoty rozmawiaćo Kamilu. Nie, właściwie nic się nie zmieniło. Chłopak zaliczył sesjęi przyjechał na kilka dni do domu. Chodzili na spacery, było cudownie, Kronos szalał ze szczęścia, ona też.A potem Kamil wyjechał. Miał wrócić za trzy tygodniei wtedy zaplanowali wspólny wyjazd.

Tylko że Marysia była pełna złych przeczuć. Niby nie dawał jej powodu do niepokoju, bo dzwonił, przysyłał MMS-yi interesował się, cou niej słychać, ale coraz częściej wydawało jej się, że jest między nimi jakoś inaczej. Nikomuo tym nie mówiła, bo sama nie była do końca przekonana, czy czegoś nie wymyśliła. Jakiś głosw jej głowie podpowiadał, że dzieje się coś złego. Czy to była kobieca intuicja?A może znowu jej spokój mącił brak pewności siebie? Przecież niedługo pojadą razem nad morze, więc chyba Kamilowi nadal na niej zależy. To wszystko było takie zagmatwane…

– Może jednak zrobić ci herbatę? – Przełknęła ostatni kęsi szybko wstała od stołu.

– Nie chcę cię zatrzymywać, sama sobie zrobię za chwilę. – Uwadze babci Róży nie umknęło lekkie westchnienie ulgi, które usłyszała. – Tylko uważaj na siebie. Pełna sakiewka to nie najważniejsza rzecz na świecie. Pieniądze mogą dać chwilę przyjemności, ale nie zastąpią prawdziwego szczęścia.

Marysia nie odpowiedziała, ale babcia Róża wcale na to nie liczyła. Wiedziała, że jej słowa dotarły do uszu dziewczynyi tow zupełności wystarczyło.

Kiedy skrzypnięcie furtki zasygnalizowało, że nastolatka pobiegła zająć się swoimi obowiązkami, staruszka powoli podniosła sięz krzesłai przytrzymując się sprzętów, zrobiła kilka kroków, pokonując odległość dzielącą ją od kuchenki.Z widocznym wysiłkiem nasypała ziół do ulubionego kubkai zalała je wrzątkiem. Przykryła naczynie spodeczkiemi czekała, aż napar nabierze mocy. Miała nadzieję, że ta mieszanka pomoże jej poczuć się lepiej.

Tamara byław dworku już od godziny. Najpierw cicho, żeby nie obudzić gości, weszła na piętroi otworzyła drzwi do pokoju Łukasza. Wiedziała, że nie zamknął ich na klucz. To był znak, że na nią czeka.

Powoli, by nie zrobić hałasu, przymknęła drzwii stanęła przy łóżku. Patrzyła na śpiącego mężczyznę, na ostry zarys szczęki zmierzwioną ciemną czuprynę. Dostrzegła na skroniach kilka srebrnych nitek. Nieoczekiwanie zalała ją fala dziwnego wzruszeniai poczuła, że chce jej się płakać. Kocham go – pomyślała. – Naprawdę go kocham.

Szybko zrzuciła tenisówkii wsunęła się pod kołdrę. Przysunęła się do niego, żeby poczuć ciepło męskiego ciała. Niespodziewanie poczuła, jak ją obejmujei przyciąga do siebie.

– Udawałeś! – krzyknęłaz wyrzutem. – Wcale nie śpisz!

– Jak będziesz tak głośno, toi goście za chwilę nie będą spać – upomniał ją, rozbawiony jak chłopiec, któremu udał się psikus.

– Okropny jesteś – zniżyła głos.

– Naprawdę?

Poczuła jego twardy zarost na swojej szyi, a zaraz potem usta Łukasza spotkały sięz jej ustami.

– No dobrze, wybaczam ci – stwierdziła, kiedy już obdarowali się poranną porcją czułości.

– To dobrze.W przeciwnym razie musiałbym przekonywać cię dalej.

Tamara bardzo lubiła te wspólne poranki. Codziennie wstawała wcześniej, żeby spędzićz nim chociaż pół godziny. Czasami planowali dzień, a czasami jedynie leżeli,w milczeniu wpatrując sięw drewniany sufit. Po prostu ze sobą byli.

Łukasz na początku próbował ją przekonywać, żebyu niego nocowała, ale Tamara nie zgodziła się na to.

– Jakaś mieszczańska pruderia przez ciebie przemawia – złościł się mężczyzna. – Mogę zrozumieć, że chałupka po dziadkach nie była dobrą scenerią do miłosnych igraszek, ale tutaj chyba warunki są odpowiednie.

– Nieo to mi chodzi. Zresztą do igraszek to chyba nie masz zastrzeżeń. – Udała, że jest urażona.

– Dobra, przecież wiesz, że nie to miałem na myśli. Chciałbym po prostu spędzićz tobą całą noc. Zasnąćz twoją głową na ramieniui obudzić się wtulonyw twoje włosy. To źle?

– To bardzo dobrze. Też bym tego chciała.

– W takim raziew czym problem? Zachowujemy się jak para nastolatków. Kryjemy się po kątach, a przecież wszyscy wiedzą, że jesteśmy razem. Zresztąi tak…

– Wiem – przerwała mu. – Ale poczekaj jeszcze chwilę. Wszystko po koleii w swoim czasie.

Kilkakrotnie próbował przekonywać ją do zmiany zdania, ale Tamara była nieugięta.W końcu uszanował jej wolęi nawet polubił ten poranny rytuał. Choć nadal nie podobało mu się, że wieczorem wychodziła, żeby wrócić do białego domku. Na razie jednak musiało mu wystarczyć to, co miał.

Teraz chętnie poleżałby jeszcze chwilę, ale Tamara podniosła głowęi spojrzała muw oczy. Wiedział, co to oznacza.

– Czas na nas – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Muszę pomóc pannie Zuzanniew przygotowaniu śniadania. Wiesz dobrze, że mamy siedem osóbi nie mogę zostawić jejz tym samej.

Chociaż hrabianka nigdy nie prosiłao pomoc, to przecież zdawali sobie sprawę, że kobieta ma swoje lata. Ponadto nie powinna pełnićw dworku roli pracownika, a rezydentki. To, że pomagała, było wyłącznie jej dobrą wolą. Poza tym nikt nie mógłby zabronić pannie Zuzannie robienia tego, na co miała ochotę. Tamarai Łukasz doskonaleo tym wiedzieli. Co nie znaczyło, że zamierzali zostawić ją samą sobie.

Mężczyzna włożył spodniei narzucił kraciastą koszulę.

– Skoro ty idziesz do kuchni, ja sprawdzę, co słychaćw altanie.A potem przejdę się do lasu, bo ten mały Staś chciał, żeby zrobić mu łuk. Pewnie będę musiał uczyć go strzelania – westchnął.

– Może zajmie się tym jego ojciec.

– Szczerze wątpię. Nie wygląda na takiego, który kiedykolwiek miałw ręku jakąkolwiek gałąź.

Tamara uśmiechnęła się pod nosem. Łukasz nie darzył sympatią głowy tej rodziny. Chyba dlatego, że pan Jerzy był typem nieco metroseksualnym. Dbało siebiei to było widać. Wklepywałw twarz kremz filtrem, a po lesie biegałw śnieżnobiałych butach. Poza tym okazał się sympatycznym człowiekiemz dużym poczuciem humorui Tamara nawet go polubiła. Za to Łukasz chyba nie mógł mu wybaczyć tego kremu do opalania. Cóż, mój mężczyzna jestz pewnością bardziej typem drwala – pomyślałaz rozbawieniem. – Dużo bardziej.

Poszli razem na dółi chociaż kobieta do kuchni weszła już sama, to panna Zuzanna zmierzyła ją od stóp do główi stwierdziłaz przekąsem:

– Co taka blada? Może niewyspana? Albo zmęczona tym jeżdżeniem po nocach?

– Panno Zuzanno…

– Co? Może nieprawdę mówię?

Nie odpowiedziała. Nie przychodziła jej do głowy żadna celna riposta. Poszła do samochodu, żeby przynieść pieczywo. Po drodze zajrzała do salonui zobaczyła, że panna Zuzanna zdążyła już nakryć stołyi rozstawić naczynia. Białe talerzei kubki ładnie prezentowały się na tle kraciastych obrusów. Letnie słońce rozświetlało pomieszczenie, a przez otwarte okna słychać było ćwierkanie ptaków. Śniadaniew takim miejscu musi smakować – pomyślała. – Goście powinni być zadowoleni.

– Jadalnia wygląda pięknie… – zaczęła, wchodząc do kuchni.

W tym momencie poczuła zapach gotowanego mleka. Wszystko podeszło jej do gardłai z całych sił starała się powstrzymać mdłości. Musiała przytrzymać się szafki, bo myślała, że zemdleje.

– Muszę wyjść – wydusiła przez ściśnięte gardło. – Źle się poczułam.

I wybiegła, bo czuła, że jeżeli natychmiast nie zaczerpnie świeżego powietrza, to naprawdę zwymiotuje.

– Jakoś mnie to nie dziwi – mruknęła pod nosem panna Zuzannai zajęła się układaniem bułekw wiklinowych koszyczkach wyłożonych lnianymi serwetkami.

Lea zaparkowała przy niewielkim budynkui wysiadłaz samochodu. Rozejrzała się dookoła. Muzeum Minerałówi Skamieniałości miało siedzibę na skrzyżowaniu trzech dróg. Sąsiadowałoz zajazdem oferującym posiłkii lody. Naprzeciwko zobaczyła pobieloną kapliczkę, a za nią budynek wyglądający na szkołę. Święta Katarzyna na pierwszy rzut oka nie różniła się od innych niewielkich miejscowości, przez które zdarzało się jej przejeżdżać.

Dopiero kiedy spojrzała nieco dalej, za budynek muzeumi zajazdu, zobaczyła górę porośniętą drzewami. To było coś zupełnie innego niż krajobraz, do którego przywykła. Innegoi w jakiś sposób pociągającego.

Dlatego kiedy podeszła do drzwi muzeumi przeczytała, że ma jeszcze godzinę do otwarcia, stwierdziła, że spacer będzie dobrym pomysłem. Zabrałaz samochodu torebkęi ruszyła poboczem, szukając miejsca,w którym będzie mogła skręcić do lasu.

Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej natrafiła na kościół otoczony wysokim kamiennym murem. Sięgnęła po telefoni już po chwili wiedziała, że oto stoi przed klasztorem.Z ciekawością przeczytała jego historięi informacjęo działalności mieszkających tu sióstr bernardynek.

Przy okazji zerknęła na mapkęi bez trudu odnalazła początek drogi prowadzącej, według internetowych wskazówek, do źródełkai kapliczki św. Franciszka, a dalej na sam szczyt najwyższego wzniesienia Gór Świętokrzyskich – Łysicy.

Na wspinaczkę nie mam ochoty – pomyślała – ale tę kapliczkę chętnie zobaczę.

Spacer leśną drogą okazał się dobrym pomysłem. Po długiej jeździe dobrze było rozruszać mięśnie.A kiedy przekroczyła drewnianą bramę stanowiącą symboliczne wrota do Świętokrzyskiego Parku Narodowego, poczuła, jakby weszła do innego świata.O tej porze nie było jeszcze na szlaku żadnych turystów, więc Lea samotnie stawiła czoła potędze Puszczy Jodłowej. Szła po kamienisteji pełnej wystających korzeni dróżce, a wokół szumiały majestatyczne jodłyi słychać było szmer płynącego wzdłuż ścieżki strumyka.

Rozglądała się dokoła, podziwiając piękno prawdziwego lasu. Tutaj rządziła wyłącznie natura, ludzka ręka nie przeszkadzałai nie zmieniała odwiecznej kolei rzeczy. Powalone drzewa stawały się schronieniem dla zwierząti ptaków, spróchniałe pnie pozwalały rozwijać się mchom, porostomi użyźniały ziemię. Niewiele było podobnych miejsc,w których można poczuć się jak przed wiekami, gdy jeszcze ludzie nie ingerowaliw przyrodę, a życie toczyło się zgodniez prawami natury.

Było tu piękniei zarazem trochę strasznie. Czuło się, że człowiek nie ma żadnej władzy, że jest tylko małą częścią wielkiego systemu, przed którym powinien czuć respekt.A jednocześnie Lea zrozumiała, jak nigdy wcześniej, że jest blisko tej pierwotnej potęgii że dobrze sięz tym czuje. To było coś nowego. Bywaław wielu miejscach na świecie, tych dużo bardziej znanychi reklamowanych, ale nigdzie indziej nie doznała takiego związkuz przyrodą. Dopiero tutaj,u stóp Łysicy, przyszło coś na kształt objawienia, jakby wreszcie znalazła się na swoim miejscu.

Bez przesady – starała się jakoś zracjonalizować swoje odczucia. – Widziałam już większe góry. Po prostu od dawna nie wyjeżdżałamz miastai najwyraźniej brakowało mi kontaktuz naturą. Owszem, pięknie tutaj, ale chyba trochę mnie poniosło.

Doszła do źródełka, zajrzała przez zakratowane okienko do wnętrza kapliczkii ruszyław drogę powrotną. Wrażenia sprzed chwili gdzieś odpłynęły, a po minięciu szkolnej wycieczki poganianej przez dwie nauczycielkiw jaskrawych kurtkach zapomniałao nich zupełnie.

Spacer zaliczony, teraz trzeba trochę popracować – zdecydowała.

Zastanawiała się, co powiew muzeum. Nie chciała mówić, kim jest, wolała zachować anonimowość. Nie, żeby musiała coś ukrywać, ale nigdy nie zdradzała zbyt wiele nowo poznanym osobom. Ale szczęście jej sprzyjało, bo przed wejściem czekała kolejna wycieczka. Jak zdążyła się zorientowaćz rozmów prowadzonych przez energiczne kobiety, przyjechałyz okolic Lublinaw ramach letnich imprez organizowanych przez tamtejszy oddział PTTK.

Lea postanowiła skorzystaćz okazjii po prostu wmieszała sięw tłum. Dzięki temu uniknęła niewygodnych pytań, mogła zupełnie anonimowo słuchać przewodnikai oglądać eksponaty.

Musiała przyznać, że ekspozycja mile ją zaskoczyła. Nie spodziewała sięw takiej niewielkiej miejscowości tak ciekawego zbioru minerałówi skamieniałości. Na dodatek przewodnik, nie dość, że sympatycznyi pełen pozytywnej energii, to jeszcze niezwykle fachowo opowiadało każdym eksponacie. Widać było, że ma dużą wiedzęi lubi swoją pracę.

Lea słuchała wszystkiego, ale tak naprawdę najbardziej interesował ją tylko jeden kamień – krzemień pasiasty. To dla niego tu przyjechała. Chciała dowiedzieć się jak najwięcejo tym, gdzie można go znaleźć, jak kupići do czego wykorzystać. Nie zawiodła się, bo właściciel muzeum okazał się prawdziwym pasjonatem krzemienia pasiastego. Sam go obrabiałi wykonywałz niego zarówno biżuterię, jaki inne ozdobne przedmioty. Patrząc okiem fachowca, musiała przyznać uczciwie, że byłw tym bardzo dobry.W prezentowanych eksponatach widać było nie tylko doskonałe rzemiosło, alei to, co Lea nazywała artystyczną duszą, ten rodzaj intuicji, który podpowiada, jakz kamienia wydobyć jego piękno. Nie każdy to potrafi, nie da się tego wyuczyć. Albo się to ma, albo nie.W tym wypadku miała do czynieniaz artystą, bez żadnych wątpliwości.

Wysłuchała wykładui obejrzała krótką prezentację obróbki krzemienia pasiastego, która choć przeznaczona dla laików, toi tak dała jej kilka cennych wskazóweki tropów,z których zamierzała skorzystać. Dzięki ciekawości uczestniczek wycieczki nie musiała zadawać żadnych pytań, wszystkie informacje otrzymała podane na tacy. Oczywiścieo tym, że krzemień pasiasty występuje tylko na tym terenie, wiedziała już wcześniej, ale teraz była bogatszaw konkrety – jak szukać najpiękniejszych okazówi gdzie je kupić.

Ze szczególną uwagą przyjrzała się biżuterii. Była bardzo ładna, alez ulgą stwierdziła, że prezentuje zupełnie inny styl niż to, co sama tworzyła.W gablotach prezentowano wyroby klasyczne, eleganckiei prostew formie. Lea lubiła coś innego – bardziej awangardowe połączenia, dla odważnych kobiet, pragnących przyciągać uwagę, a nawet prowokować. Dlatego wśród jej klientek było wiele aktorek, artysteki projektantek. Właśnie dla nich miała zamiar przygotować teraz specjalną kolekcję, której bohaterem chciała uczynić unikatowy krzemień pasiasty zwany też kamieniem optymizmu.

Wyszłaz muzeumz poczuciem, że dowiedziała się tego, czego chciała. To był dopiero początek, ale bardzo zadowalający. Wsiadła do samochodui stwierdziła, że właściwie mogłaby wracać. Tyle że wcale nie miała na ten powrót ochoty.

– Pani Kasiu, bardzo proszę. – Klientka nie zamierzała odpuścić. – Mam wesele, muszę jakoś wyglądać. Niech mnie pani zrozumie.

– Rozumiem, ale naprawdę nie mam gdzie pani zapisać. – Patrzyła na kartkęw swoim granatowym kalendarzu, gdzie wpisywała umówione wizyty. – Wygląda na to, że nie pani jedna ma imprezęw tym terminie. Już od czwartku wszystko zajęte, a w piątek to chyba nie będę miała czasu nawet się po głowie podrapać.

– Ja się dostosuję, może być nawet piąta rano! – Kobieta nie rezygnowała. – Przecież do Kielc jechać to strata czasu. Kilka godzin zejdzie. Nie chce pani zarobić?

– Chcę. – Kasia pokiwała głową. – Ale dzień nie jestz gumy.A co pani powie na środę?

– To za wcześnie – jęknęła klientka. – Przez dwa dni może mi się coś zepsuć albo złamać…

– Jak Kasia zrobi, to się miesiąc utrzyma – wtrąciła się do rozmowy Dorotka.

– Niby tak, ale wolałabym na świeżo. Do pani na włosy jestem umówionaw sobotę ranoi tak jest najlepiej, bo prosto od fryzjera do kościoła pojadę. Pani Kasiu – pochyliła się nad biurkiem – niech pani coś wymyśli… To ślub chrześniaczki, trzeba się pokazać. Zapłacę nawet podwójnie, byle się udało mnie gdzieś wcisnąć.

Katarzyna westchnęłaz rezygnacją. Wyglądało na to, że klientka naprawdę jest zdesperowanai nie zrezygnuje.

– Dobrze, przyjdęw sobotęi zrobię pani te paznokcie. Tylko proszę pamiętać, że tow drodze wyjątku.

– Wiedziałam, że się