Rok na Kwiatowej. Tom 4. Owoce miłości - Karolina Wilczyńska - ebook
Opis

Pierwszy wspólny rok na Kwiatowej dobiega końca… Zajrzyj do swoich ukochanych przyjaciółek i przekonaj się, jak potoczą się ich losy. Czwarty tom pełnej emocji serii o współczesnych kobietach, napisanej przez autorkę bestsellerowej „Stacji Jagodno”!

 

Wioletta jest pewna, że jej małżeństwo się rozpada. Mimo kryzysu i nadmiaru matczynych obowiązków, kobieta chce aktywnie spędzać czas. Tylko czy znajdzie go wystarczająco dużo, by realizować nową pasję? Co wyniknie z jej spontanicznego pomysłu?

Lato wypełnione jest przygotowaniami do ślubu Malwiny, lecz radosne oczekiwanie przysłania jej rodzinna intryga. Jaki sekret skrywa tajemnicza ciotka?

Róża również stara się przygotować do nowej roli. W trudnych chwilach wspiera ją przyjaciel. Może dzięki niemu Róża ponownie uwierzy, że jej też pisane jest szczęście?

Karolina Wilczyńska przekonuje nas, że miłość zwycięża wszelkie nieporozumienia, by wydać swoje owoce. Lecz piękny finał nie musi oznaczać końca bajki – czasami w życiu to dopiero nowy początek…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Copyright © Karolina Wilczyńska, 2018

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Barbara Kaszubowska

Projekt typograficzny: Maciej Majchrzak

Skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © innervision | Depositphotos.com

© sunnyfrog | Depositphotos.com

Fotografia autorki: Studio Fot Molly Polly

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-7976-782-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Wioletta

Wreszcie jesteś! Jak myśmy się długo nie widziały! Już myślałam, żeo mnie zapomniałaś. Dobra, najważniejsze, że przyszłaś. Siadaj, zaraz ci dam coś do picia, ale najpierw zajrzę do moich Robaczkówi sprawdzę, czy Oskar nadal rysuje na kartkach, czy może już na ścianie. Zdziwiona? Ja też byłam, kiedyw sypialni namalował piękny wóz strażacki. Picasso by się nie powstydził!A ja prawie padłam. Na szczęście Mariusz pomalował wszystkie pokoje zmywalną farbą, więc jakoś udało mi się tej wątpliwej ozdoby pozbyć. Ale łatwo nie było, zaręczam, więc powtórkiz rozrywki nie chcę.

Dobra, ogranicza się do kartek. Chyba Malwina go przekonała. Powiedziała, że ona maluje tylko na papierze,a wiesz, Oskar jestw nią wpatrzony jakw obrazek, odkąd narysowała mu kotkai samolot.A maluchy śpią, więc mamy chwilę spokoju. To co? Kawa? Okej, już robię.

Powiem ci, że ostatnio mam urwanie głowy. Najgorsze, że bliźniaki trochę chorują. Na co? Właśnie nie do końca wiem. Najpierw myślałamo zwykłym przeziębieniu. Katar lekki miały, nosy pozapychane, więcw nocy pobudka co chwila. Ale postanowiłam lekarzowi głowy nie zawracać, bo skoro gorączki brak, to samo przejdzie. Zresztą czytałam, że takie lekkie infekcje powinno się pozwolić zwalczać bez leków, żeby dzieci uodparniać.W przychodni to wiesz, jak jest – zaraz antybiotyk przepisują.A ja nie chcę tak od razuz grubej rury. Niestety, ten katar im nie przechodziłi zaczęłam się niepokoić.W sumie to miałam koncepcję, że ciągle się nawzajem zarażają,i nawet starałam się je trochę dalej od siebie trzymać, ale to też nie pomagało. Zresztą Oskar cały czas był zdrowy, więcw końcu mi się zapaliław głowie lampka ostrzegawcza.

Jasne, poszliśmy do lekarki. Za długo to trwało. Patrzyłam, jak je bada,i powiem ci, że byłamw strachu. Jakbym przez to moje czekanie coś zaniedbała, to naprawdę nie wiem…

– Osłuchowo wszystkow porządku – powiedziała lekarka.

Kamień miz serca spadł, ale zaraz znowu się zmartwiłam.

– W takim razie skąd ten ciągły katar? – zapytałam.

– Możliwe, że to jakaś alergia.

– Ale na co?

– Tego niestety nie da się stwierdzić ot tak. – Lekarka schowała stetoskopi wróciła za biurko. – Może je pani ubrać.

– W takim razie co ja mam robić?

– Będziemy badać pod tym kątemi zobaczymy. Na razie przepiszę coś na złagodzenie objawów.

Wyszłamz przychodniz receptamii głową pełną różnych myśli. Niby alergia to nie koniec świata, ale może mocno utrudnić życie. Noi że też akurat moim Robaczkom musiało się takie coś przytrafić! Od razu po powrocie zaczęłam czytaćw internecie artykuły na ten temat. Oczywiście niczego się nie dowiedziałam, bo tych alergii jest tyle, że szok! Nic nie zdziałam, dopóki nie poznam konkretów. Nawet zdziwiona jestem, bo okazuje się, że teraz wiele dzieciaków coś uczula. Aż uwierzyć trudno. Kiedy ja byłam mała, to pamiętam raptem jednego chłopakau nasw klasie, który miał katar sienny, oraz drugiego, co nie mógł jeść truskawek.I tyle. Kto tam słyszało alergii na mleko na przykład? Piliśmy takie prosto od krowy, tłuste jak nie wiem co, bez żadnej pasteryzacji,i było dobrze.A teraz?! Szok po prostu!

Jak widzisz, muszę obserwować moje Robaczkii czekać. Tylko mam nadzieję, że to będzie coś, co da się leczyć, odczulać znaczy. Cóż, pożyjemy – zobaczymy. Na razie ciągle wycieram im nosy,a w nocy odsysam po kilka razy.A co innego mogę zrobić? Tylko znowu niewyspana chodzęi czasami mam już dość.

Pewnie, od razu poinformowałam Mariusza. Miałam nadzieję, że go to ruszy, ale skutek był odwrotny od zamierzonego.

– Możew takim razie jednak porozmawiamz mamą? – zapytał,a mnie po prostu zatkało. – Ona tak kocha dzieciaki! Na pewno puści wszystkow niepamięći przyjedzie, żeby ci pomóc.

Wyobrażasz sobie!

– Jak to: puściw niepamięć? Że niby ma mi coś do wybaczania czy jak? – Nie zamierzałam ukrywać swojego wzburzenia. – Nie przypominam sobie, żebym jej coś zrobiła.

– Jak chcesz – orzekł potulnie. Od razu się wycofał, bo zna mnie na tyle, że woliw takich sytuacjach nie przekraczać pewnych granic.

– Tak właśnie chcę. Niech sobie kocha wnuki, alez daleka, dobrze?I żeby było jasne: nie mówiłam ci tego, bo chcę zamieszkaćz twoją mamą, ale dlatego, że liczyłam na twoją pomoc.

– Wiola, przecież wiesz. Nie mogę siedziećw domu. Pańskie oko konia tuczy, zrozum – tłumaczył się gęsto. – Jak nie doglądnę wszystkiego, to zawalę terminy,a dla nas teraz każdy grosz jest ważnyi nie mogę sobie pozwolić na kary.

– Dobrze, dobrze, znam twoje teksty na pamięć – mruknęłam. – Siedź na tych budowach,a ja sama będę sobie radzić.I tak wolę to niż…

– Obiecuję, żew weekend odpoczniesz – przerwał mi szybko, bo chyba nie chciał wracać do tematu swojej matki.

I dobrze. Szkoda tylko, że nie potrafił się powstrzymaći wygadał wszystko mamusi. Bo teraz codziennie muszę przez pół godziny wysłuchiwać jej komentarzyi porad, które do niczego się nie przydają,a tylko mnie irytują.

– Może spróbuj palić ptasie piórai niech dzieci ten dym wąchają – mówi na przykład. – Podobno to doskonale przetyka nos.

Albo wczoraj:

– Sąsiadka mi powiedziała, że na bazarku trzeba Rosjan znaleźći oni mają taką maśćz kotem na pudełeczku. Ale tylko od nich kupuj, bo inni sprzedają podróbki. Trzeba nakładać tę maść pod nosem. Podobno działa na wszystko – zapewniała.

– Tak,a najprędzej to im skóra zejdzie – odpowiedziałam zirytowana. – Przecież ta maść nawet dla dorosłego bywa zbyt ostra.

– Wszystko, co mówię, ci nie odpowiada. – Musisz wiedzieć, że urażony ton teściowej rozpoznaję bez pudła. –A to sprawdzone metody. Ludzie je stosują od lati zawsze pomagały. Tylko teraz młodzi mają gdzieś doświadczenie starszych, wolą chemię.

– Wolę wiedzieć, co dolega moim dzieciomi na to je leczyć – powiedziałam stanowczo. Przecież nie zamierzałam się poddać. –A nie stosować jakieś wynalazki. Zaraz mnie mama do znachora wyśle.

– A wcale by nie zaszkodziło! – Chyba nie zrozumiała mojej aluzji. – Dawniej się mądrych ludzi słuchałoi alergii nie było.A teraz lekarze tylko chemią pacjentów faszerują. Ja słyszałam, że nawet szczepionki…

– Mamo, nie mogę rozmawiać, bliźniaki się obudziły – przerwałam jej tyradę, bo doskonale wiem, że ona mogłaby tak jeszczez godzinę.A ja mam lepsze rzeczy do roboty niż wysłuchiwanie plotek spod sklepu, więc chyba mnie rozumiesz, co? Sama powiedz: wytrzymałabyś coś takiego? Właśnie!A ja muszę. Ze względu na Mariusza, bo mogę jej nie lubić, alew końcu to przecież jego matka. Wytrzymuję więc tyle, ile trzeba,i robię swoje.

I powiem ci, że jakoś sobie radzę. Lekko nie jest, bo przy trójce dzieci nie ma miejsca na nudę. Za toi radości dostarczają nam więcej.

Oskar? Jakz rodzeństwem? Nawet lepiej, niż się spodziewałam. Naczytałam sięo tych zazdrosnych pierworodnych takich historii, że na początku ciągle obserwowałam, czy przypadkiem jakiejś głupoty nie chce zrobić. Wiesz,o czym mówię? Niby te pierwsze dzieci są przyzwyczajone, że rodziców mają tylko dla siebie,a tu nagle przychodzi konkurencja. Trudno im to zaakceptowaći czasem nawet próbują się brata albo siostry pozbyć. Zgroza, nie? Mnie tam nikt nie pytał, czy ja chcę rodzeństwoi czy mi się to podoba. Mało tego – musiałam małe ogarnąći nie było, że nie. Jakby się matka zastanawiała, czy ja się nie czuję pokrzywdzona, tobyśmy nie mieli co do garnka włożyć. Nie mówię tego, żebyś mi współczuła czy coś. Absolutnie! Tylko to mam na myśli, że teraz rodzice inaczej na wszystko patrząi dzieci chyba też są inne. Ja nie wiem, czy wszędzie, alez tego, co czytam, to dużo jest takich przypadków.A jak się już człowieko czymś dowie, wtedy koniec. Musi zwracać uwagę, zapomnieć się przecież nie da,a jakby do nieszczęścia doszło, wtedy wyrzuty sumienia spać by do końca życia nie dały.

No to przyglądałam się Oskarowi, ale on chyba żadnej zazdrości nie czuje. Przeciwnie nawet – cały czas razem ze mną przy maluchach siedzi, bez przerwyo wszystko dopytujei chce pomagać. Aż chwilami już ja mam trochę dość, bo mi się pod nogami kręci. Ale nie wyganiam go, żeby czasem nie poczuł się odrzucony.W jakąś paranoję chyba wpadam, nie? Tylko co robić?O ten złoty środek wcale niełatwo.

W każdym razie, jak już mówiłam, radzę sobie jakoś. Dużo mi dają spacery, bo Robaczki przysypiają,a mały bawi sięz innymi dziećmii często wraca taki zmęczony, że ledwie ma siłę się wykąpać.A wszystko dzięki temu, że zyskał już chyba piątkę nowych kolegówi koleżanek.

Skąd?A widzisz! Bo ja cały czas na tę siłownię nad Silnicą chodzę.I właśnie tam poznaję coraz to nowe dziewczyny. Przychodząz dziećmi na plac zabawi zawsze parę słów zamienimy.A jak się już kogoś pozna, to potem można poprosić, żeby zerknął na dziecko. Zwykle nie maz tym problemówi trochę dzięki temuw spokoju poćwiczę. Może nieskromna jestem, ale pochwalę ci się, że coraz lepiej mi idzie. Po pierwsze, mogę już dłużej na różnych urządzeniach wytrzymać,a po drugie, mięśnie mnie na drugi dzień tak nie bolą jak na początku. Nie spodziewałam się, że to kiedyś nastąpi, ale jednak.

Jeszcze jedno ci powiem. Jak się tak zmęczę fizyczniei porządnie spocę, to jakoś tak mi lżej. Psychicznie znaczy. Zapominam na tej siłownio wszystkich zmartwieniach, nie myślęo chorobach, badaniach anio tym, że Mariusza ciągle nie ma. Odstresowują mnie te ćwiczenia, taka prawda.A jak jeszcze potem Oskar wcześniej zaśnie, to mam wieczór spokojnyi mogę jakiś film obejrzeć albo cośw sieci poczytać. Także same plusyz tych wyjść.I mam nadzieję, że pogoda nadal będzie dopisywać, bo jakby tak przez kilka dni padało, to nie wiem. Już się przyzwyczaiłam do naszego porządku dnia, dzieci też, więc lepiej, jak słońce świecii jest sucho.

Jedno mnie tylko trochę martwi. Bo pomyślałam, że jeśli maluchy mają alergię na jakieś pyłki czy trawę, może być kłopot ze spacerami po Dolinach. Widzisz, jak to jest – niby mówi się, że dzieci powinny chodzić tam, gdzie zieleńi od spalin daleko,a tu się może okazać, że im właśnie ta natura szkodzi. Masakra!I co ja wtedy zrobię?

Nawet pomyślałam, że moglibyśmy to sprawdzić. Rozumiesz, taka naturalna eliminacja.I wymyśliłam zmianę otoczenia. No, wyjazd po prostu. Gdzieś dalej, gdzie są inne rośliny. Przyszło mi do głowy morze albo góry. Zagadnęłam nawet Mariusza.

– Dobry pomysł! – powiedział. – Na weekend możemy gdzieś wyskoczyć. Nad Bałtyk to za daleko, ale góry – dlaczego nie! Myślałaśo Rabce? Kolega tam jeździ, bo jego córka ma astmę. Podobno doskonałe powietrzei przyjazny klimat, tak mówił.

– Na weekend? – Myślałam, że mi się przesłyszało.

– No tak, wyjazdw piątek po południu, powrótw niedzielę wieczorem. Dwie noce. Poszukać jakiegoś pensjonatu? – Moje zdziwienie wziął za dobrą monetę.

– Na dwa dni to można pojechać, żeby zobaczyć, czy nam się spodoba. Ale jeżeli mamy sprawdzić, czy dzieciom górski klimat posłuży, to co najmniej tydzień trzeba. – Starałam się zachować spokój, alew środku już czułam, jak mnie roznosi. – Czy ty sobie zdajesz sprawę, że potrzeba czasu, żeby organizm zareagował? Weź, trochę pomyśl czasem, co?

Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego mężczyźni mają problemyz kojarzeniem prostych faktów. Naprawdę tak trudno pewne rzeczy pojąć? No chyba to są oczywistości, prawda? Zresztą, po co nad tym rozmyślać?I tak nie ma szans na żadną zmianę. Jak nie zakomunikujesz konkretnie, czego oczekujesz, to sam nie wymyśli.I weź mi powiedz, jak on całą firmą zarządza? Nie wiem, serio.

A, prawda, miałam dokończyćo tym wyjeździe! Dobrze, że mi przypominasz, bo wiesz, że ja czasami tak lubię odejść od głównego tematu. Tylko co ja ci jeszcze mam powiedzieć?

– W takim razie ja odpadam – stwierdził. – Jak bardzo chcesz, to mogę was zawieźći potem za tydzień po was przyjechać.

– Że niby sama mamz trójką dzieciw pensjonacie siedzieć?

– W domu też przecież jesteśz nimi samai jakoś dajesz radę – stwierdził jak gdyby nigdy nic. –A tam nawet będzie łatwiej, bo wykupi się jedzeniei odpadną ci zakupy, gotowanie, zmywanie…

– Jasne! Bliźniaki będą jadły pomidorową,a Oskar na pewno rzuci się na wędlinęo poranku!

Serio, on pojęcia nie ma, co znaczy opiekować się naszymi dziećmi! Ręce mi opadły po prostu.

Ale to jeszcze nie koniec, nie myśl sobie. Następne, co chciał zaproponować… Tak, dobrze się domyślasz, wyjazdz jego matką!

– Mariusz, ja cię bardzo proszę, ty nie przeginaj. Bo jestem cierpliwa, ale wszystko ma jakieś granice. Nie zaprzyjaźnię sięz teściową, nawet jeśli bardzo tego chcesz.

– Ja ci się nie każę przyjaźnić. Mogłabyś po prostu skorzystaćz jej pomocyi tyle.

Onw ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że dla mnie to nie pomoc, ale dodatkowa udręka. Wolę sama obrabiać trójkę, niż słuchać mądrości teściowej. Nie pasujemy do siebiei nic tego nie zmieni. Szkoda czasu na kolejne próby.A Mariusz naprawdę mnie wkurza tymi ciągłymi propozycjami. Jeśli myśli, żew końcu zmięknę, to się grubo myli. Mam trochę doświadczeniaz całą gromadkąw różnym wieku, więc dla mnie akurat żadna nowość. Jak się zawezmę, to słowa skargi nikt ode mnie nie usłyszy. Tylko że mnie chodziłoo dzieci,o ich dobro.

I na czym stanęło?A na niczym. Nie pojechaliśmyi tyle. Żałuję, ale możew wakacje uda mi się go jakoś namówići weźmie chociaż tydzień wolnego. Bo prawda jest taka, że od podróży poślubnej to nigdzie razem nie byliśmy. Wszystko szło na mieszkanie, potem na Oskara,a teraz – sama wiesz. Przecież nie będziemy czekaćz następnym wyjazdem, aż dzieci studia skończą, nie? No nic, zobaczymy. Coś wymyślę. Możew końcu powiem, że lekarz kazał wyjechać? Dobra, wiem, nieładnie tak, ale jeśli inaczej się nie da, to co mam zrobić?

Wczoraj, kiedy wracałam ze spaceru, spotkałam Różę.Z daleka jej nie poznałam, bo miała okularyi prawdę mówiąc, to trochę przytyław tej ciąży. Nawet zerknęłam ukradkiem na jej stopy, czy aby nie są spuchnięte, ale na szczęście nic nie zauważyłam.

– I jak tam? – zagadnęłam.

– Sama nie wiem – odpowiedziała wymijająco.

Nie zamierzałam dać za wygraną, bo przecież wiem, że ona nie jest zbyt wylewna. Chciałam usłyszeć, jak się czuje.W końcu sama jest, prawda? Trzeba trzymać rękę na pulsie.

– U lekarza byłaś?

Pokiwała głową.

– I co powiedział?

– Że wszystkow porządku.

– To super!

A ona nic. Serio, czasem trudno sięz nią rozmawia. Patrzy tymi sarnimi oczamii wygląda jak siedem nieszczęść. Na dodatek ja chyba bardzo emocjonalna jestem, bo od razu mam poczucie winyi wtedy też mi się natychmiast zrobiło jej żal, więc ogólnie sytuacja trochę taka niezręczna. No ale nie mogłam ciężarnej,w dodatku przyjaciółki, samej zostawićw tym smutkui w ogóle…

– Widzę, że spacerujesz. To dobrze – starałam się mówić wesoło. – Bo my też. – Wskazałam głową na wózeki Oskara. – Może przejdziemy się razem?

Sądziłam, że zaprotestuje, aleo dziwo, wyglądało, jakby ją to ucieszyło. Chociaż szerokim uśmiechem bym tego nie nazwała, alew jej oczach dostrzegłam chyba radość. Oby tylko Oskar nie powiedział, że już dwie godziny jesteśmy poza domem – pomyślałam, ale na szczęście mały milczał. Nie ma jeszcze takiego poczucia czasu, to mi się udało.

– To dokąd? – zapytałam.

– Może nad zalew? – powiedziała po raz pierwszy coś konkretnego.

– Dobra myśl! Na molo,a potem na lody, co? – Mrugnęłam do Oskara.

– Na lody! Na lody! – podchwycił natychmiasti przynajmniej zyskałam pewność, że już nie powie nic głupiego, bo miało czym myśleć.

– Jak dzieci? – Róża zainteresowała się wózkiem.

Zajrzała pod budkęi na widok śpiących maluchów wreszcie rozciągnęła wargiw uśmiechu.

– Widzę, że instynkt macierzyński jużu ciebie działa – zażartowałam. –I to najważniejsze.A reszta sama się ułoży, zobaczysz.

– Właśnie nie jestem pewna…

– Możesz być, serio – zapewniłam ją. – Patrz, ja mam dwójkęw tej karocyi jedno przy nodze,a jakoś daję radę.

– Tylko że ty jesteś silna,a ja… – umilkła.

– Ty też jesteś. Przekonasz się.A że masz stracha, to akurat normalne. Każda się boi.

– Ty też tak miałaś?

– A nie? Ciągle się zastanawiałam, czy będę dobrą matką.

– Noi kiedy ci przeszło?

– Jak zobaczyłam buzię Oskara. Wszystko mi przeszło: strach, ból po porodzie, zmęczenie. Normalnie jakby mi ktoś dał jakieś dragi.

Widziałam, że nie jest do końca przekonana.

– Ty weź sobie wejdź na Facebooka, znajdź jakąś grupę dla przyszłych matek. Albo nie, bo tam za bardzo panikują. Lepiej dla takich, co już matkami są. Będziesz mogłao wszystko zapytać albo po prostu się wygadać.

– To raczej nie dla mnie. – Pokręciła głową. – Tak pisać obcym ludziomo swoich problemach.

– Jak tam sobie chcesz – skwitowałam. Nie zamierzałam jej przekonywać, bo pomyślałam, że może rzeczywiście to nie był najlepszy pomysł. Przecieżw grupach bywa różnie, czasem mogą cię tak zjechać, że aż ciw pięty pójdzie.I too byle co.A Róża mało odporna jest, więc mogłaby sobiez czymś takim nie poradzić. – No to chyba pozostaję ci tylko ja – powiedziałam, mrugając okiem. – Gdybyś chciałao coś zapytać, to przecież numer znasz. Zresztą możesz też wpaść. Jeśli nie ma mniew domu, na pewno błąkam się gdzieś tutaj. – Wskazałam alejki. –A spacery to akurat dla ciebie są wskazane, więc będzie jak znalazł.

– Dziękuję. – Popatrzyła na mniez taką wdzięcznością, jakbym jej życie uratowała.

Wiesz, ja myślę, że ona czuje się bardzo samotna. Trochę ją rozumiem, bo mnie też czasami dokucza brak Mariusza. Tyle że ja już mam co robić,a ona jeszcze nie.

– Nie ma za co. Zamierzam cię wykorzystać przy każdej wizycie.

– A to do czego?

– Na przykład do zmieniania pieluch. Wiesz, takie zajęcia praktyczno-przygotowująco-śmierdzące.

Parsknęła śmiechem. Udało mi się ją rozbawić, mogłam byćz siebie naprawdę dumna.

– Widzę, że jesteś zainteresowana – ciągnęłam dalej. – To może rozszerzymy program kursuo usypianiei spieranie jagodowych plam ze śliniaków.

– Śliniak? – Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. – Zupełnieo tym nie pomyślałam.

– A niby dlaczego miałabyś myśleć?

– Przecież powinnam się jakoś przygotować na przyjście dziecka. – Mimowolnie dotknęła ręką brzucha.

Może ona sama jeszczeo tym nie wiedziała, ale ja już miałam pewność, że będzie mamą jak się patrzy.

– Ale śliniak nie jest ci potrzebny zaraz po urodzeniu. – Uśmiechnęłam się. – Ani łyżeczkai talerzyk. Sama będziesz stołówką.

– No widzisz! – Róża znowu posmutniała. – Pojęciao tym nie mam. Nie wiem, co powinnam kupić, jak dużo, nie znam nawet nazw tych wszystkich rzeczy.A poza tym niezbyt dobrze się czuję. – Wbiła wzrokw chodniki widać było, że trudno jej przyszło to wyznanie. – Szczególniew sklepach. Boję się, że nie dam rady zrobić zakupów, że zemdleję albo coś…

– Dobra, spoko, rozumiem – przerwałam jej, bo po co miała się męczyć. – Tylko dlaczego od razuz tym do mnie nie przyszłaś? – Spojrzałam na Oskara, który właśnie zbliżał się do brzegu zalewu. – Oskar! Tam nie wolno! Wracaj! – Poczekałam, aż znowu będzie blisko mnie,i wróciłam do rozmowy. – Przecież ja ci bez problemu powiem coi jak.I nie musisz wcale chodzić do sklepów.W internecie znajdziesz wszystko, nawet większy wybór tam masz. Ja większość wyprawki dla bliźniaków kupiłamw sieci. Zamawiasz, robisz przelewi kurier przynosi paczkę. Ameryka, mówię ci!

Powiem ci szczerze, że byłam trochę zdziwiona. Bo przecież Róża jest nauczycielką, więc chyba powinna być bardziej ogarnięta informatycznie niż ja, prawda?A ona jakbyw jakimś innym świecie żyła, naprawdę!

– Ale za dużo też nie kupuj, bo nie warto. Na początku dzieciaki szybko rosnąi nawet nie zdążysz malucha we wszystko ubrać, bo będzie za małe – perorowałam.

Nie ma co ukrywać, chętnie dzieliłam się swoimi doświadczeniami. Przecież mi nie ubędzie,a jej widać trzeba wszystko wyjaśnić od podstaw. Słuchała uważnie.A już tak całkiem między nami mówiąc, to dobrze się czułamw tej roli. Bo fajnie tak widzieć, że się coś wie. Okazuje się, że nawet bycie tylko matką może się do czegoś przydaći komuś zaimponować. Jakie to życie jest niesamowite, nie?

Tak mi nie mogła wyjśćz głowy ta Róża, że aż cały wieczór zastanawiałam się, jak mogłabym jej pomóc. Wiesz, ja nie lubię robić nic na siłę, ale już zdążyłam ją trochę poznaći wiem, że nie jestz tych, co poprosząo pomoc. Nawet się obawiałam, czyw ogóle do mnie zajrzy, chociaż obiecała, że to zrobi. Zastanawiam się czasami, jak można być takim nieśmiałymw dzisiejszych czasach. Przecież jeśli nie zawalczyszo swoje, to nic nie osiągniesz, nie? Ale racja, nieo tym miałam mówić.

Wykąpałam dzieci, nakarmiłam, uśpiłam – normalny wieczór matki, rozumiesz?I przez cały czas się zastanawiałam, co zrobić, żeby na pewno do mnie przyszła. Noi wymyśliłam! Wiesz, że jak ja sobie coś postanowię, to nie ma mocnych.

– Cześć! Coś mi jeszcze przyszło do głowy – zaczęłam, kiedy tylko odebrała. –I sorki, że tak późno dzwonię, ale dopiero teraz dzieciaki spacyfikowałam.

– Nic nie szkodzi, jeszcze się nie położyłam.

– Źle się czujesz? – zapytałam odruchowo, bo nie widziałam innego powodu, który nie pozwoliłby jej się wylegiwać do woli.W końcu miała wakacje.

– Nie, nie jest najgorzej. Tylko muszę skończyć tłumaczenie.

– A, fucha! – Kamień spadł miz serca. – No to fajnie, bo dziecko jest skarbonką bez dna.

– Domyślam się – odpowiedziała krótko.

Zrozumiałam, że powinnam się streszczać.

– Okej, nie będę ci przeszkadzać. Chciałam tylko powiedzieć, że mam sporo ciuszków po Robaczkach. Mówiłam cio tym, pamiętasz? Wyrosły szybciej, niż się spodziewałam. Noi stwierdziłam, że przecież szkoda wyrzucać, skoro ty możesz skorzystać.

Milczałai zaczęłam się zastanawiać, czy jej nie uraziłam.

– Nie obrażaj się, co? To naprawdę fajne rzeczy, dużo nawet markowych,a większość ubrana ledwie kilka razy. Oczywiście jeśli nie chcesz, to ja nie namawiam. Tylko pomyślałam, że po co wyrzucać na darmo kasę,a i trochę stresu zakupowego miałabyśz głowy…

Nadal nic nie mówiłai nie wiedziałamw sumie, co robić.

– Jesteś tam? – zapytałam.

– Jestem.

– Przepraszam, nie miałam nic złego na myśli… – próbowałam tłumaczyć,a w myślach klęłam na własną głupotę. Powinnam się wcześniej zastanowić. Róża jest przecież taka delikatnai pewnie teraz ma problem, jak mi powiedzieć, że nie chce używanych rzeczy.

– Wiolu, ale ja nie wiem po prostu, co powiedzieć. Jestem zaskoczona. To takie miłez twojej strony – wykrztusiła na jednym oddechu. Głos jej drżałi pomyślałam, że za chwilę się rozpłacze.

– Hej, przecież to nic wielkiego. Zwyczajna rzecz między przyjaciółkami. Wiele osób tak robi, więc naprawdę nie zaproponowałam niczego specjalnego. Przyjdźi razem obejrzymy wszystko. Okej?

– Oczywiście,z chęcią.

– No to już ci nie truję, pracuj spokojnie,a ja idę wyprostować nogi, bo miw tyłek wchodzą. Buziaki!

– Dobranoc.

Widzisz, ona taka jest – wszyscy mówią „cześć”, „pa, pa, pa” albo „buziaki”,a ona powie „dobranoc”, jakby się żegnałaz dyrektorem. Powinna troszkę wyluzować, tak myślę.

Ja tam przestałam się przejmować konwenansami. Nie no, nie tak całkiem. Kulturę przecież trzeba zachować. Ale też bez przesady. Życie samow sobie ma za dużo trudności, żeby je sobie jeszcze bardziej utrudniać. Poza tym gdy się wrzuci na luz, toi uśmiechnąć się chce,a wszystko jakoś łatwiej idzie. Zresztą, jak tam kto woli.

A wiesz, jak jużo Róży mowa, to sobie jeszcze jedną rzecz przypomniałam. Pamiętasz, że ona mi tłumaczyła listy od tego gościaz Anglii? No, tegoz portalu. Wiesz? Dobra.

Tłumaczyła, ale potem to już niechętnie.I sama zaczęłam się uczyć angielskiego. A, mówiłam ci? No właśnie. To teraz dodam, że wcale nie przestałam. Cały czas odrabiam kolejne lekcjei utrwalam stare, żeby nie zapomnieć. Najczęściej wieczorem mam chwilę, żeby zrobić coś nowego, bo wtedy jest spokóji mogę się skupić.A materiał powtarzam podczas spacerów.

Nawet Oskaraw to zaangażowałam. Bo wymowę chciałam ćwiczyć.I wymyśliłam taką zabawę, że ja mówię słówko,a on powtarza. Czasem nie bardzo mu idzie, więc śmiechu mamy przy okazji sporoi mały bardzo to lubi.A żebyś widziała, jaki jest ciekawy. Zawsze chce wiedzieć, co dane słowo znaczy.I zauważyłam, że nawet sporo zapamiętuje, więc się cieszę, bo może coś muw głowie zostanie. Nawet kiedyś czytałam taki artykuł, że dzieci powinny zaczynać naukę języka obcego jak najwcześniej, nawet jeśli nic nie rozumieją, bo takie osłuchaniez językiem jest bardzo ważne. Słyszałaśo tym? Bo ja pierwszy raz.I prawdę mówiąc, to był tekst sponsorowany przez jakąś szkołę językową, więc pewnie trochę naciągany, wiadomo. Nie jestem taka głupia, żeby wierzyć we wszystko, ale jednak trochę nadziei można mieć, co? Przecież dziecko dosłownie chłonie nowinki. Dlaczegoz angielskimi słówkami miałoby być inaczej?

W każdym razie powtarzamy razem. Czasem dzięki Oskarowi uczę się dodatkowo, bo mały chce wiedzieć, jak się mówi po angielsku na różne rzeczy, więc muszę sprawdzaćw tłumaczu.I przy okazji sama się dowiaduję, więc oboje mamy pożytekz tej zabawy.

Nie wiem, czy mi się ten angielski do czegoś przyda, ale jak się coś zaczęło, to trzeba doprowadzić do końca. Taką mam zasadę. Noi dlatego niedługo skończę pierwszy poziom kursu. Wiesz, że niedawno wydawało mi się to niemożliwe? Byłam pewna, że nie dam rady się nauczyć, przy bliźniakach czasu nie znajdę,a tu taka niespodzianka! Nikomu jeszczeo tym nie mówiłam, tylko ty wiesz. Może będziesz się śmiała, ale chcę zacząć kolejny kurs. Jak ci się wydaje? To dobry pomysł? Bo przecieżi tak pewnie nie będę miała okazji mówić po angielsku. Wiesz,w Bodzentynie to nie jest najpopularniejszy sposób porozumiewania się.

Że będę mogła pisaćz tym Anglikiem? A nie, to już nieaktualne. Tylko nie myśl sobie, że mnie puścił kantem! Skąd, to ja przestałam odpisywać.W sumie sama nie wiem dlaczego, ale chyba zwyczajnie przestało mnie to kręcić. Przecież nie znam gościai nawet nie chciałabym poznać. Po co komu taki facet, co czatuje na portalach? Nie mówiąc jużo tym, żew zupełności wystarczy mi ten, którego mam.I problemyz nim związane. Ale nawet niew tym rzecz. Sama jestem zdziwiona, dużo się nad tym zastanawiałami nie chce być inaczej – okazało się, że znalazłam coś, co mnie bardziej interesuje niż flirtyw sieci. Zgadniesz, co to takiego? Dokładnie! Moje ćwiczeniai spacery. Czujesz to? Ja jako fanka siłowni! To jakby słoń nagle polubił chodzenie po linie. Możesz się śmiać, nie krępuj się. Jako tym myślę, też od razu zaczynam chichotać. No ale widocznie czasami na świecie zdarzają się takie anomaliai jestem jednymz nich. Jak babaz brodąw cyrku.W każdym raziez portalem skończyłam,a angielski został. Widocznie tak miało być.

Mówię ci, ledwie się ruszam! Ale kawę jeszcze zdołam zrobić. Tym bardziej że muszę ci coś opowiedzieć. Po prostu nie dam rady tego dusićw sobie. Jeśli komuśo tym nie powiem, to chyba wybuchnę. Czuję się jak wstrząśnięta butelka coli, serio!

Dobra, siadaji słuchaj. Cukier? Mleko? Wszystko masz?W porządku. No to zaczynam. Zaraz się dowiesz, co mi się wczoraj przytrafiło.

Poszłam oczywiście na Doliny. Oskar od razu poleciał do dzieciaków, bliźniaki chwilę pomarudziły, ale na to też już znalazłam sposób. Podprowadzam wózek do takiego urządzenia, na którym ćwiczę nogi.I ręką bujam wózek,a nogi pracują. Dobry pomysł, co? Czasu nie tracę,a dzieciw końcu zasypiają.

Tak właśnie zrobiłam.A kiedy odpłynęły, odstawiłam wózek pod drzewoi zabrałam się do wiosłowania. Wtedy właśnie do mnie podeszła.

– Dzień dobry. Pamięta mnie pani?

– Dzień dobry. Niestety, nie kojarzę – mówiłam prawdę, bo za nic nie mogłam jej sobie przypomnieć.

Skąd się znamy? – myślałam. – Ze sklepu? Może od fryzjerki?

– Kiedyś spotkałyśmy się tutaj – wyjaśniła blondynka. – Pani też ćwiczyła.

– Bardzo możliwe, przychodzę codziennie.

– Wiem, bo ja też. Tylko siadam trochę dalej, żeby hałasz placu zabaw nie obudził mi Amelki. – Wskazała głowąw kierunku drzewai dopiero wtedy zauważyłam, że obok mojego tandemu dla Robaczków stoi drugi wózek.

– Moje się przyzwyczaiłyi teraz jak powinny spać, to śpią. Nawet armaty by ich pewnie nie zbudziły. Nie miały wyjścia, musiały się dostosować. – Roześmiałam się.

– A myśli pani, że Amelka też mogłaby się przyzwyczaić? – zapytała nieznajoma.

Nie jestem może jakimś geniuszem, ale wydawało mi się, że to pytanie jest nie tylkoo tę jej córeczkę. Popatrzyłam na niąi wydawało mi się, że patrzy tak jakoś… jakbyz nadzieją.

– Pani też chce ćwiczyć? – zapytałam wprost. Po co jakieś ceregiele? Ja tam lubię jasne sytuacje.

– Nie wiem sama – zawahała się. – Chyba nie dam rady. Przyglądałam się pani, nie ukrywam, żez zazdrością. Tyle tych powtórzeńi żadnej przerwy. Mnie by pewnie mięśnie wysiadły po kilku minutach.

Podniosłam sięz siedziskai stanęłam przy niej.

– Myśli pani, że ja tak od początku zasuwam? No to chyba od niedawna pani prowadzi te obserwacje, bo jak zaczynałam, to po dziesięciu powtórzeniach byłam mokra jak koń po orce. Pot zalewał mi oczy,a ze dwa razy nawet nie mogłam wstać przez trzęsące się z wysiłku nogi.

– Naprawdę?

– A dlaczego miałabym panią oszukiwać?

– W sumie… – Zastanowiła się. – Bo wie pani, ja się trochę zaniedbałam. Ciąża, wiadomo.A potem to nie było czasui siły.

– Mnie to pani mówi? – Machnęłam ręką. – Przecież ja podwójnie się roztyłam. – Wskazałam na wózek. –A jeszcze trzeci tam biega, tenw czerwonej koszulcez żyrafą. – Pomachałam do Oskara, ale nawet nie zwrócił na mnie uwagi, zajęty uciekaniem przed Jasiemz sąsiedniego bloku.

– To jak pani daje radę? Skąd bierze siły? – Blondynka przyglądała mi się uważnie. – Bo ja na twarz padami bez gimnastyki.

– Powiem szczerze, że jak pani słucham, to jakbym swoje myśli sprzed kilku tygodni słyszała. Tak samo mi się wydawało.I wie pani co? Teraz mniej padam, jak to pani ujęła, na twarz. Też mnie ten fakt dziwi, ale taka jest prawda.

– I myśli pani, że dałabym radę?

– Na pewno. Wiem, co mówię, bo sama na własnej skórze sprawdziłam.A głównie to na tym – poklepałam się po pośladku –i na tym. – Wskazałam na brzuch. – Ale też na udachi ramionach. Teraz już przeszło, na szczęście, bo chodzić ledwie mogłam. To od razu ostrzegam, żeby nie było – powiedziałam szczerze.

– Trudno. – Blondynka wzruszyła ramionami. – Ale jak pani mówi, że przejdzie, to chyba mogę zaryzykować. – Popatrzyła na urządzenia do ćwiczeń. – Myślałamo takiej normalnej siłowni,w jakimś klubie, ale tam…

– Tak, wiem. – Pokiwałam głową. – Tam chodzą sami szczuplii wysportowani.I trochę obciach się przy nich pocić, prawda?

– Właśnie.

No po prostu była taka sama jak ja. Identyczna. Tylko kolor włosów inny. Za to myśli podobne.A to ważniejsze niż fryzura.

– Jestem Wiolka. – Wyciągnęłam do niej rękę.

– A ja Weronika – odpowiedziałai uścisnęła moją dłoń.

– To co? Od jutra razem ćwiczymy?

– Jeszcze pomyślę.

– Nie ma nad czym. Od myślenia się nie chudnie. Wiem cośo tym, bo myślałam kilka lat – wyznałam. –I okazało się, że dopiero gimnastyka coś zmienia.A przy okazji mniej się myśli. Szczególnieo swoich kilogramach.

Weronika wybuchnęła śmiechemi wyglądało na to, że jest trochę mniej spięta.

– Jaki ty masz fajny dystans do siebie – powiedziała.

– Teraz może trochę, ale wcześniej wolałam nie patrzećw lustro.

Pokiwała ze zrozumieniem głową.

– To co? Jutroo tej porze? – zapytałam jeszcze raz.

– A pokażesz mi, jak to robić? – Spojrzała na urządzenia.

– Nie jestem żadnym fachowcem, ale czym ruszać, to już rozpracowałam, więc nie widzę problemu.

– Jeśli Amelka mi nie zachoruje, to może przyjdę. Bo coś pokasływała rano – powiedziała Weronika, ale ja doskonale wiedziałam, że mówi tak specjalnie, żeby mieć usprawiedliwienie jakby co.

– Będę na ciebie czekała.

Powiem ci, że raczej stawiałam na to, że nie przyjdzie. Nawet nie wiesz, jak się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam Weronikę idąca alejkąw moją stronę.

Ćwiczyłyśmy razem. Ona co prawda tylko kwadrans, ale na początek przecież wystarczy. Tak samo zaczynałam. Potem już tylko siedziałai opowiadała mi trochęo sobie. Fajnie sięz nią gada, jest miłai jak się już wyluzowała, to nawet dowcipna.

– Chyba powinnam kupić sobie legginsy – stwierdziła. – Bow tym czerwonym dresie wyglądam jak utuczony bocian.

Uśmiałyśmy się jeszcze kilka razy.A jej Amelka przez cały czas ładnie spała. Bo wiesz, co mi się wydaje? Że dzieci doskonale czują, czego ich matce potrzeba,i w tym jej pomagają. Jak szuka wymówki, to nią będą,a jak chce coś zrobić, wtedy pomogą. Może tylko tak wymyślam, ale naprawdęw tę moją teorię wierzęi już.

Ale najlepsze zostawiłam na koniec. Czy ty wiesz, co Weronika powiedziała, kiedy odchodziła? Nigdy byś nie zgadła.

– Fajnie, że mogęz tobą ćwiczyć. Bo jesteś dla mnie inspiracją. Gdyby nie ty, na pewno bym nie zaczęła.

Słyszałaś? Jestem dla niej inspiracją. Inspiracją! Ja, Wiolkaz Bodzentyna, jestem dla kogoś inspiracją. Powtarzam to sobie bez przerwy.I pewnie powtórzę jeszcze tysiąc razy. Bo to najwspanialsza rzecz, jakąw życiu usłyszałam. Teraz rozumiesz, dlaczego jestem taka szczęśliwa?

Tak bardzo się ucieszyłamz tej znajomościz Weroniką, że przez kilka dni tylko tym żyłam.I od razu humor miałam lepszy, nawet Mariusz zauważył.

– Maluchy lepiej się mają? – zapytał najpierw.

– Nie jest najgorzej. To chyba będzie ta alergia, bo wydaje mi się, że coś przestaje pylići im przechodzi.

– To może mniejz nimi wychodź przez jakiś czas?

– No co ty! Mam dzieciw taką pogodęw domu trzymać? Zresztą jakbym musiała cały dzieńz nimi siedziećw czterech ścianach, to wszyscy byśmy zwariowali.

– A nie znudzi ci się tak łazić przez pół dnia?

– Przeciwnie. Mnie też świeże powietrze dobrze robi. – Pomyślałamo siłownii od razu się uśmiechnęłam.

– Właśnie słyszę. – Chyba wyczuł mój dobry humor.

I tak mi się wydaje, że usłyszałamw jego głosie jakiś niepokój. Czyżby był zazdrosny? Powiem ci, że nawet mnie to ucieszyło. Niech mao czym myśleć. Ja też każdego wieczora się zastanawiam, co robi, bo zapomnieć nie mogę tej laskiz kawiarni. Nie wróciliśmy do tego tematu nigdy, więcw sumie nadal nie wiem, kto to był. Ale jeśli Mariusz sądzi, że zapomniałam, to się grubo myli. Nic nie mówię, ale koszul wąchać nie przestałam. Noi obserwuję go uważnie, jak jestw domu. Wiesz, czy nie przychodzą SMS-y albo coś takiego. Na razie nic nie zauważyłam, ale pewności nie mam. Może tylko lepiej się ukrywa? Mówisz, że jestem przewrażliwiona? Sama nie wiem, ale wolę kontrolować, bo od czasu kiedy go nakryłamw tej kawiarni, to jakoś moje zaufanie do niego bardzo się zmniejszyło. Nic na to nie poradzę.

W każdym razie jego zazdrość wcale mnie nie interesuje. Może myśleć, co chce.A jak nawet poczuje się mniej pewnie, to lepiej. Niech więcej bywaw domu, wtedy będzie wiedział, co robię, prawda?

A wracając do mojej nowej koleżanki, muszę przyznać, że nieźle jej idzie. Mnie też raźniej, jakz kimś ćwiczę. Poza tym Weronika mnie motywuje. Patrzyz takim podziwem na moje wygibasy, więc staram się wypaść jak najlepiej, żeby jej pokazać, że można. Noi tylko czekam, aż efekty tej mordęgiw końcu będą widoczne.

– Mówiłam sąsiadce, że tutaj ćwiczę – powiedziała wczoraj Weronika. –I ona też się tym zainteresowała. Jak myślisz, mogłaby do nas dołączyć? To moja dobra znajoma, poznałyśmy się kilka lat temu. Wprowadziła się do mojej klatki.

– Nie widzę problemu – odpowiedziałam. – Niech przychodzi. Sama widzisz, żez kimś jest łatwieji milej.

Kiedy Weronika wspomniałao swojej sąsiadce, przypomniałam sobieo naszych dziewczynach. Przecież dawnoz nimi nie rozmawiałam. Aż wstyd! Tylkoz Różą się widziałam, ale to ci mówiłam. Lilianę razz daleka dostrzegłam, jak biegała. Malwina gdzieś znikła, pewnie ślub przygotowuje. Ja to wszystko rozumiem, bo przecież też mam swoje sprawy, ale co za dużo, to niezdrowo. Trzeba się spotkać, chociaż na chwilę – tak postanowiłam.U mnie od pomysłu do działania jest zawsze krótka droga, więc zaraz po powrocie wysłałam do wszystkich trzech wiadomość, że czekam następnego dnia wieczorem.A potem dopisałam jeszcze, żeby nie używały dzwonka, bo kto obudzi bliźniaki, ten będzie je potem nosił na rękach.I wyobraź sobie, wszystkie cichutko pukały! Nieźle, co?

– Czy ty jeszcze karmisz? – zapytała Malwina od progu. – Bo wino przyniosłam.

– Karmię, alez tego, co wiem, to wy nie. – Roześmiałam się. – Tylko Róża, jako inkubator, też nie może. Ale tyi Liliana – śmiało!

– Nie lubię, gdy w ten sposób określa się mój stan. – Róża ściągnęła usta.

– O, chyba ciążowe humory ci się włączają. – Malwina pokręciła głową. – Przecież Wiolka tylko żartuje. To jak mamy mówić? Stan błogosławiony? Albo że jesteś przy nadziei? No weź, trochę wyluzuj!

Chyba Róża wzięła sobie do serca te słowa, bo jakoś zeszłoz niejw końcu to napięciei nawet pochwaliła się prezentami od uczniów.

– Zawsze mnie zdumiewało obdarowywanie nauczycieli – skomentowała Liliana. – Przecież wykonują swoją pracęi dostają za to wynagrodzenie. Mnie nikt nie daje prezentów zawywiązywanie się z obowiązków.

– Spróbowałabyś radzić sobiez kilkunastoma licealistami albo gimnazjalistami na raz, to zrozumiałabyś… – Róża westchnęła.

– Radzę sobiez personelem wszystkich moich sklepówi z wieloma dostawcami, więc nie wiem, kto ma gorzej. – Liliana wzruszyła ramionami. –A gdybym była nauczycielką, to chyba krew płynęłaby korytarzami. – Pokręciła głową. – Ale porządek by panował.

Róża zerknęła na niąz lekkim przerażeniem. Postanowiłam interweniować.

– Dobra, dziewczyny, dosyć tych zawodowych tematów. Może lepiej przepytamy Malwinę ze ślubnych przygotowań. No, opowiadaj! – zwróciłam się do niej.

– Nawet nie chce mi się na ten temat gadać. – Machnęła ręką. – Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pomysły mojej mamy. Odnoszę wrażenie, że wymyśliła sobie wielką imprezę jakz jakiegoś kolorowego pisma,a ja mam zupełnie inny pogląd na tę sprawę.

– A pamiętacie, że podczas pierwszego spotkania oglądałyśmy właśnie ślubne sukienki? – przypomniałam.

– I nawet mi wtedy do głowy nie przyszło, że tak szybko będę ją wybierać naprawdę. – Malwina roześmiała się. – Chociaż mało brakowało,a zrobiłaby to moja mama.W ostatniej chwili uratowała mnie Liliana. Gdyby nie ona, wystąpiłabymw roli koronkowej królewnyz kiczowatej bajki. – Spojrzałaz wdzięcznością na naszą bizneswoman.

– Nie mao czym mówić. – Liliana podniosła dłonie. – Przyjacielska przysługai tyle.

– Dobrze mieć taką przyjaciółkę. – Malwina uśmiechnęła się. – Boz rodziną to różnie bywa.

Wszystkie spojrzałyśmy na niąz zaciekawieniem. Po chwili trochę wyjaśniła,o co chodzi. Wspomniałao tajemniczej ciotce,z którą jej matka nie utrzymuje kontaktu. Powiem ci, że to jest ciekawa sprawa. Ja bym na jej miejscu podrążyła temat, bo wygląda mi na rodzinny sekret jakz jakiegoś filmu. Liczę, że sama dojdzie do takich wnioskówi następnym razem opowie ciąg dalszy tej historii.

Potem Lilianę trochę rozmiękczyło wino od Malwinyi zwierzyła sięz nowinekw sprawie Agnieszki. Wiesz, że ta rozprawaw sądzie będzie już niedługo? Liliana wygląda na zestresowaną. No ja się wcale nie dziwię, bo łatwo raczej nie pójdzie.W końcu to potężny kaliber. Nic nie chciałam mówić, żeby jej jeszcze bardziej nie dołować, ale mam wrażenie, że czeka je ostre starcie. Na szczęście ona jest silna. Przecież młodą będzie musiała wspierać.

Zanim pokazało się dnow butelce, zdążyłam im jeszcze trochę opowiedziećo bliźniakachi nawet Liliana obiecała, że dowie sięo takiego najlepszegow mieście alergologa, więc trzymam ją za słowo. Dobrze by było, gdyby podała namiary na kogoś sprawdzonego.

Nie, nie powiedziałamo Weronicei o naszych wspólnych ćwiczeniach. Dlaczego? Sama nie wiem. Chyba jeszcze trochę się wstydzę.A zresztą najwyraźniej nie ma wielkich efektów, bo żadna nie wspomniała, że schudłam czy coś. Poczekam, aż same zauważą.

W każdym razie spotkanie było udane.A jak miałoby być inaczej?Z nami przecież tak zawsze – niby całkiem różne, ale jak się rozkręcimy, toi pogadać można,i zwierzyć się,i pośmiać. Zresztą sama wiesz.

Mariusz przyjechał jak zawsze,w piątek wieczorem.

– Co słychać?

– Po staremu – odpowiedziałam krótko.

Powiedz mi, proszę, bo może ja jakaś głupia jestem, ale jak on sobie wyobraża odpowiedź na takie pytanie? Przecież nie da sięw skrócie opowiedzieć całego tygodnia. Zresztą najważniejsze momenty są nie do opowiedzenia. Trzeba je widzieći tyle. Na przykład jak Oskar był szczęśliwy, bo strzelił gola Jasiowi, albo jak bliźniaki zasnęły przytulone do siebiei wyglądały tak słodko, że nie wiem. No jak ja mam mu to opowiedzieć? Nie da sięi już.

Nie wiem, czy Mariusz tego nie rozumie, czy też jakoś inaczej czuje pewne rzeczy, bo najwyraźniej wystarczyła mu taka odpowiedź. Fajnie ma, co? Słyszy, że po staremui sprawa załatwiona. Pięć dniw dwóch słowach.

– Jakie masz plany na weekend? – zagadnęłam niby niewinnie, ale zamierzałam strzelić lekkiego focha.

– Nie wiem, nie myślałemo niczym szczególnym. – Stanąłz kanapką przy szafcei popatrzył na mnie pytająco. –A ty coś zaplanowałaś?

– Tak, chciałabym iść na basen, potem na kolacjęi na koniec wybrać się do kina – wypaliłam bez zastanowienia,z nadzieją, że zrozumie ironię.

Niestety. Mężczyźni bywają bardzo oporni.

– Z tym kinem może być problem – powiedział po chwili zastanowienia. – Chyba że poprosisz tę kuzynkę Liliany, żeby zostałaz dziećmi. Za to kolacjai basen wydają się jak najbardziej realne. Może nie jednego dnia, ale…

Zadziwił mnie, słowo daję.I jak tak pomyślałam na spokojnie, to doszłam do wniosku, że może naprawdę udałoby się wszystko zorganizować.

– To co? – zauważył, że się zastanawiam. – Zadzwonisz do Liliany?

– Zadzwonię.

Niestety, nie odebrała. Pewnie miała jakieś spotkanie. Albo randkęz Januszem. Próbowałam bezpośrednio skontaktować sięz Agnieszką, ale też bez skutku. Cóż, bywa,w końcu ma wakacje, może i ona gdzieś baluje.

– Kino odpada – oznajmiłam, opadając na kanapę.

Mariusz objął mnie ramieniem.

– Nie przejmuj się. Zawsze możemy coś obejrzećw telewizji. Wyłączymy światło, zrobimy popcorni będzie prawie jakw kinie.

– Prawie…

– Wiola, ja wiem, że już się cieszyłaś, ale nic nie poradzimy. Nie ma sensu nad tym rozpaczać, lepiej się zastanowić, coz resztą planów.

– Wiesz, zawsze możemy zjeść kolacjęw domui będzie prawie jakw restauracji,a potem napuścić wody do wannyi będzie prawie jak basen – odpowiedziałam złośliwie.

– Możemy, ale sądziłem, że zechcesz zobaczyć basenw Strawczynie. Jest tam zjeżdżalnia, czyli coś dla Oskara, płytki basenik do chlapania tych naszych Robaczków…

– I myślisz, że ogarniemy całą trójkę?

– Ja ogarnę.A ty posiedziszw jacuzzi.

– Jakoś tego nie widzę.

Chciałam coś jeszcze złośliwie dodaćo trzech rękachi dwóch głowach potrzebnych do zapanowania nad całą trójką, ale spojrzałam na niegoi zrozumiałam, że naprawdę chciał mi zrobić przyjemność. Serio się starał. Noi muszę przyznać, cierpliwość to miał anielską. Głupio mi się zrobiło, wiesz? Przecież, co by nie mówić, on na nas wszystkich zarabiai z nieba mu te pieniądze nie lecą.

– Dobra, nie będziemy kombinować – zdecydowałam. – Prawda jest taka, że oboje najbardziej chcemy odpocząć. Tak czynie?

Pokiwał głową.

– W takim razie zrobimy jednak wersję najmniej skomplikowaną.

– Rozumiem, że już zdecydowałaś?

Jak on mnie dobrze znał!

– Będzie jednak wanna dla mnie. Alez pianą – powiedziałam. – To zamiast jacuzzi.A tyw tym czasie zajmiesz się dziećmi.

– A co oferujeszw zamian?

– W zamian będzie obiadi to taki, żew żadnej restauracji ci nie podadzą lepszego.

– Zrazy? – zapytał, patrząc prosząco.

– Zrazy – potwierdziłam. –A potem ja pójdęz dziećmi na spacer,a ty sobie poleniuchujesz.

– Wchodzęw to. – Pokiwał głowa. –I wieczorem kinow domu, co?

– Ale film romantyczny.I o miłości?

– Niech stracę. – Machnął ręką.

Całkiem dobrze nam ta sobota wyszła. Co prawda nie ćwiczyłam, alei tak było fajnie. Może nie wszystkow stu procentach dało się przeprowadzić zgodniez planem, bo Oskar tak długo męczył Mariusza, aż ten zgodził się zostaćz nimw domui budować miastoz klocków Lego. No ale nie ma się co dziwić – dziecko tęskni cały tydzień za ojcem, więc trudno go zbyć. Mariusz to akurat chyba rozumiał, bo nie robił problemu. Poza tym podejrzewam, że sam lubi te klocki. Wiesz, taki duży dzieciaki tyle.

Wieczorem