To będą piękne święta - Karolina Wilczyńska - ebook

73 osoby właśnie czytają

Opis

Zanurz się w lekturze i odkryj swoje miejsce na ziemi. Być może będzie nim właśnie Jagodno!

Jagodno to urokliwa miejscowość położona w Górach Świętokrzyskich, gdzie smaki życia odmieniają się przez wszystkie przypadki. Z jego mieszkankami doświadczamy na równi radości i smutku, miłości i nienawiści, namiętności i samotności. W nadchodzące święta splotą się losy wielu kobiet, bo wszystkim nam towarzyszą podobne uczucia i pragnienie szczęścia. Każdej z bohaterek poświęcony jest osobny rozdział. Poznamy je bliżej i będziemy mogły poczuć się jak jedna z nich!

Ta książka to nie tylko poruszający literacki prezent dla ciebie lub bliskiej osoby, zawiera także kolorowe zdjęcia i praktyczne porady! Razem z bohaterkami oraz czytelniczkami Stacji Jagodno przygotuj niepowtarzalne dekoracje według zawartych w każdym rozdziale instrukcji. Poznaj sekrety, dzięki którym stworzysz idealną broszkę na prezent, świąteczne ozdoby na stół czy piękne szydełkowe gwiazdki.

Spędź ten wyjątkowy czas z nami!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Copyright © Karolina Wilczyńska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Barbara Kaszubowska

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: zoomteam / depositphotos.com

Fotografia autorki: Studio Fot Molly Polly

Fotografia na skrzydełku: Natalia Golis

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN978-83-66431-15-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

TAMARA

– Tak, mamo, zaraz zejdę, tylko nakarmię Różyczkę – krzyknęła Tamara, odpowiadając na pytanie, które dobiegło z dołu.

Pochyliła się nad łóżeczkiem córki i spojrzała w błękitne oczy małej. Jaka ona delikatna i urocza – pomyślała.

Podniosła dziecko i usiadła z nim w drewnianym bujanym fotelu. Dostali go w prezencie od Sylwii, podobno w latach siedemdziesiątych był bardzo poszukiwanym meblem, a i teraz doskonale prezentował się w pokoju dziecięcym. Wyczyszczony i pomalowany matowym lakierem stał się dla Tamary idealnym meblem do karmienia i usypiania córeczki.

Przystawiła Różyczkę do piersi. Mała natychmiast zaczęła ssać, a jej rączka oparła się o brzeg matczynej bluzki.

Kobieta delikatnie gładziła plecki dziecka.

Osiemnaście lat temu robiłam dokładnie to samo – wspomnienie sprzed lat powróciło do niej. Było bardzo wyraźne.

Wigilijny poranek był słoneczny, ale mroźny. Na dźwięk otwieranych drzwi Tamara obudziła się i przetarła zaspane oczy. Musiała być czujna, żeby usłyszeć płacz córeczki, dlatego zrywał ją najmniejszy szelest czy odgłos zza ściany. Tym razem wiedziała, co się dzieje. Leszek wracał.

– Cześć! – Wszedł do pokoju z radosnym uśmiechem.

– Ciszej – przywołała go do porządku. – Obudzisz Marysię.

Mężczyzna podniósł dłoń w uspokajającym geście.

– Czy ty czasami trochę nie przesadzasz? – powiedział, siadając na jednym z dwóch krzeseł ustawionych przy niewielkim stoliku. – Przecież dziecko powinno się nauczyć funkcjonować w normalnym świecie. To nienormalne. Słowa nie można powiedzieć.

– Mówić można, ale nie krzyczeć – mruknęła Tamara.

– Ostatnio strasznie marudzisz. – Pokręcił głową i rozejrzał się po pomieszczeniu. – Jest coś do jedzenia?

– A kupiłeś? – zapytała złośliwie.

Nie czuła się dobrze. Oczy same zamykały się z niewyspania, bo Marysia budziła się w nocy chyba z sześć razy. Kobieta nie wiedziała dokładnie, ponieważ wszystkie pobudki zlewały się w jedno, chwilami już nie była pewna, czy śpi, czy czuwa.

Leszek nie odpowiedział. Ziewnął i podrapał się po nieogolonym policzku.

– Chyba muszę się położyć – stwierdził.

Tamara patrzyła, jak rozbiera się i idzie do łazienki. Chyba pod wpływem dobiegającego stamtąd szumu wody na moment przysnęła, bo kiedy znowu podniosła powieki, zobaczyła, że mąż właśnie siada obok niej.

– I co tam u ciebie, kochanie? – zapytał jak gdyby nigdy nic.

– Wszystko w porządku – odparła sarkastycznie. – Siedzę sobie z naszym dzieckiem w domu i doskonale się bawię.

– To świetnie. – Wziął jej słowa za dobrą monetę. Przesunął się pod ścianę i okrył kołdrą. – Nie masz pojęcia, jaki mróz był w nocy – powiedział. – Mało brakło, a odmroziłbym sobie palce – pożalił się. – A wiesz, że to moje narzędzie pracy.

Nie odpowiedziała.

– Jak dobrze być już w domu, w ciepłym łóżku. – Mężczyzna westchnął. – Jednak nie ma to jak rodzina – dodał.

I zasnął. Jak gdyby ktoś wyciągnął mu wtyczkę z gniazdka. Wystarczyło kilka sekund, a już posapywał, okryty kołdrą.

Tamara spojrzała na śpiącą córkę. Może jeszcze zdążę wziąć prysznic – pomyślała z nadzieją.

Szybko poszła do łazienki. Mycie zajęło jej dosłownie kilka minut, ale to wystarczyło, żeby poczuła się nieco lepiej. Nawet nie popatrzyła do lustra, bo nie chciała oglądać podkrążonych oczu i poszarzałej ze zmęczenia cery.

Wygląda na to, że jeszcze uda mi się coś zjeść – stwierdziła.

Wyjęła z chlebaka ostatnią bułkę, przekroiła ją i posmarowała dżemem truskawkowym. Masło skończyło się poprzedniego dnia. Zagotowała wodę i zrobiła sobie herbatę. Miała niesamowitą ochotę na kubek mocnej kawy, ale matka odradzała jej picie tego napoju w okresie karmienia, więc z westchnieniem odwróciła wzrok od pojemnika ze zmielonymi ziarnami.

Ledwie postawiła talerzyk i kubek na stole, już usłyszała niespokojne ruchy córeczki. Sekundę później rozległ się płacz dziecka.

Czy ona ma jakiś czujnik? – zastanawiała się Tamara. – Skąd wie, że zamierzam zjeść? Czy już nigdy nie napiję się ciepłej herbaty?

Podeszła do łóżeczka i pochyliła się nad dzieckiem. Spojrzała na wykrzywioną buzię i poczuła, że zalewa ją fala czułości.

– Maleństwo moje – powiedziała. – Mama już jest przy tobie. Co się dzieje? Pewnie trzeba zmienić pieluchę – domyśliła się.

Przeniosła córeczkę na łóżko i zaczęła rozpinać różowe body.

– Dlaczego ona tak płacze? – Usłyszała zza pleców głos Leszka. – Przecież ja chcę chociaż chwilę odpocząć…

– Zrobiła kupę – oznajmiła wprost Tamara. – Muszę ją przewinąć.

– A nie da się jakoś szybciej? – mruknął i nakrył głowę kołdrą.

Dziewczyna westchnęła i dokończyła przebieranie małej. Na szczęście dziecko, ukołysane w ramionach matki, jeszcze zasnęło i Tamara mogła wreszcie zjeść.

Potem postanowiła wyprasować dziecięce ubranka. To zajęcie akurat lubiła, bo rozczulały ją małe bluzeczki i śpioszki. Dotykała każdej sztuki z czułością, rozprasowywała dokładnie i składała tak, żeby nie było na nich żadnej fałdki.

Rozkładając deskę do prasowania między stołem a łóżeczkiem dziecka, zastanawiała się, jak zorganizują dzisiejszy wieczór. Matka zapraszała ich do siebie, ale Tamara odmówiła.

– Raczej nie przyjdziemy – powiedziała. – Zostaniemy w domu.

– Jak uważasz. – Chociaż głos matki był spokojny, to córka doskonale wiedziała, że odmowa ją uraziła. – Ale pamiętaj, w razie czego zawsze możesz przyjechać.

– Nie będzie takiej potrzeby – zapewniła.

Tamara doskonale wiedziała, że matka nie lubi Leszka. Co prawda odnosiła się do niego z chłodną obojętnością, ale dziewczyna zbyt dobrze ją znała, żeby nie wiedzieć, co się pod tym kryje. Dlatego nie wyobrażała sobie wspólnej wieczerzy. Wolała ją spędzić z mężem i dzieckiem.

– Czy naprawdę nie możesz jej czymś zająć? – W głosie Leszka pobrzmiewało zniecierpliwienie. – Chyba mi nie powiesz, że małe dzieci tak ciągle płaczą.

Usiadł na łóżku i przeczesał palcami włosy.

– Nie ciągle – odpowiedziała. – Trzy godziny była spokojna. A wcześniej spała.

– A teraz?

– Teraz chce jeść.

– To ją nakarm.

– Właśnie to robię.

Mężczyzna oparł głowę na dłoniach.

– Chyba zaraz rozsadzi mi czaszkę – mruknął.

A potem wstał, podszedł do zlewu, odkręcił wodę, pochylił się i zaczął pić prosto z kranu.

– Nie możesz sobie nalać do szklanki?

– Żebyś potem narzekała, że musisz zmywać? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Otarł usta i odetchnął głęboko. – Ufff, trochę mi lepiej.

– Skoro już wstałeś, może powiesz mi, gdzie byłeś przez całą noc? – Wiedziała, że Leszek nie lubi takich pytań, ale przecież jako żona miała chyba do nich prawo?

– Zarabiałem na chleb – powiedział.

– I zarobiłeś?

– Owszem. Nawet na coś do tego chleba też – oznajmił z dumą i popatrzył na futerał gitary stojący przy drzwiach. – Ona mnie nigdy nie zawiodła. Zawsze pomoże.

– Skoro tak, to może zostaniesz z Marysią, a ja pójdę na zakupy? – zaproponowała. – Niedługo zamkną sklepy, a niczego nie mamy.

– Spokojnie, zdążymy. – Machnął ręką. – Zresztą jeszcze nie dostałem tej kasy. Odbiorę ją dopiero po południu.

– Jak sobie to wyobrażasz?! – Tamara w tym momencie już naprawdę się zdenerwowała. – Zapomniałeś, że dzisiaj Wigilia? Nie mamy ani karpia, ani zupy grzybowej, ani pierogów… – wyliczała.

– Ani humoru – dodał złośliwie. – Że też ty musisz tak ciągle narzekać. – Pokręcił głową.

– Leszek, ja nie narzekam. Tylko czy ty naprawdę nie rozumiesz, jaki jest dzień?

– Wiesz, przedślubem twierdziłaś, że masz gdzieś tradycje i nie interesuje cię to, co robią wszyscy. O co więc teraz chodzi? Domagasz się siana pod obrusem i karpia w wannie? Bo tak trzeba? Dziewczyno, co się z tobą stało!

– Ale… myślałam, że… chciałam, żebyśmy usiedli razem… – Z trudem przełykała łzy. – Przecież to pierwsze święta Marysi.

– Myślałam, myślałam – przedrzeźniał ją mąż. – Pierwsze, ale nie ostatnie. – Popatrzył na córkę, która skończyła jeść i zajęła się oglądaniem własnej zaciśniętej piąstki. – Dobrze, chcesz święta, to będziesz je miała. Takie, jakich jeszcze nigdy nie przeżyłaś. – Zaczął wkładać spodnie. – Nie myśl sobie, że nie potrafię swojej rodzinie zorganizować wigilii. – Zapiął pasek i sięgnął po sweter. – Zrobię to, bo potem byś przez cały rok jęczała, że było inaczej niż w twoim mieszczańskim domu. Proszę bardzo, będzie wieczerza!

Tamara milczała. Patrzyła, jak mąż wkłada buty i sięga po wiszącą przy drzwiach kurtkę.

– Idę po kasę – rzucił, wychodząc.

Trzasnęły drzwi, a Marysia znowu zaniosła się płaczem.

Było zbyt zimno, żeby wychodzić z małą na dwór. Ponad piętnaście stopni mrozu dawało się we znaki dorosłym, a co dopiero półrocznemu dziecku. Kierując się jednak wskazówkami matki, Tamara ubrała Marysię w kombinezon, otuliła ciepłym kocem i wyszła z wózkiem na balkon.

– Dziesięć minut na powietrzu dobrze jej zrobi, nawet gdy jest mróz – tłumaczyła Ewa. – Zahartuje się trochę, a nie zdąży przemarznąć.

Wychodzenie przed blok nie miało w taki dzień sensu. Cała procedura znoszenia wózka, a potem wnoszenia jego i dziecka na drugie piętro zajęłaby więcej czasu niż krótki spacer. Dlatego w takich chwilach Tamara wykorzystywała balkon, na którym o tej porze było słonecznie i mróz aż tak nie dokuczał.

Ale przez to nic nie kupię – pomyślała. – Zresztą i tak nie mam pieniędzy.

Owszem, coś tam jeszcze znalazłaby w portfelu, bo starała się oszczędzać, ale z pewnością nie tyle, żeby zrobić większe zakupy.

Kołysząc małą w wózku, zastanawiała się, kiedy wróci Leszek.

Po ślubie zamieszkali w wynajętej kawalerce. Był to właściwie pokój z aneksem kuchennym i łazienką. Na niecałych trzydziestu metrach kwadratowych musieli pomieścić się razem z małym dzieckiem.

– To naprawdę głupi pomysł – oceniła matka. – U mnie są trzy wolne pokoje, ale skoro się upieracie…

Cóż, ona może byłaby skłonna zamieszkać z matką, ale Leszek stanowczo zaprotestował.

– Nie wyobrażam sobie życia z twoją matką pod jednym dachem – oświadczył stanowczo. – Więc jeśli chcesz tam być, to beze mnie.

Próbowała mu tłumaczyć, że takie rozwiązanie byłoby po prostu rozsądniejsze, ale żadne argumenty do niego nie trafiały.

– Skoro tak nalegasz na ślub i tak bardzo zależy ci na tym, żebyśmy byli formalnie rodziną, to żyjmy jak rodzina – powiedział. – Czyli ja, ty i dziecko. Z twoją matką ślubu nie biorę.

Znaleźli więc tę kawalerkę, a matka zgodziła się płacić czynsz. Przynajmniej dopóki Marysia trochę nie podrośnie i Tamara nie znajdzie pracy.

– Ale na życie musi zarobić twój mąż – powiedziała Ewa. – W końcu to on jest ojcem dziecka, więc niech poczuje, co to znaczy utrzymać rodzinę.

Leszek oczywiście nie widział w tym problemu. Jak zresztą w niczym innym. I owszem, zarabiał, ale nieregularnie i niezbyt wiele. Tamara szybko pojęła, że nigdy nie będzie wiedziała, kiedy może się spodziewać kolejnych pieniędzy, więc liczyła się z każdym groszem. Ale i tak bywało, że rezygnowała z jedzenia dla siebie, żeby kupić coś Marysi.

Mimo to była szczęśliwa. Kochała Leszka i starała się zrozumieć jego naturę. Wiedziała, że jest artystą, wolnym duchem i nie uznaje ograniczeń. Podzielała te poglądy, przynajmniej do czasu kiedy na świat przyszła ich córeczka. Okazało się bowiem, że Leszek nie zamierza niczego zmieniać.

– A po co? – mówił, gdy żona sugerowała, że powinien poszukać stałej pracy. – Przecież mamy co jeść. A sama mówiłaś, że dobra materialne nie mają dla ciebie znaczenia.

Tak mówiła i wcale nie kłamała. Nie zależało jej na wielkim domu ani drogim samochodzie. Jednak sądziła, że wózek dla dziecka czy schabowy na obiad to nie są żadne luksusy, a miło byłoby czasami iść do sklepu i po prostu kupić to, co potrzebne.

– Najważniejsze, że jesteśmy razem i się kochamy. Prawda? – mówił Leszek, kiedy zdarzało jej się rozpłakać. – Przetrwamy trudne chwile, bo miłość wszystko zwycięża.

Na to nie miała odpowiedzi. Tym bardziej że też wierzyła w te słowa. I starała się zrozumieć, że Leszek zarabia graniem, więc pracuje w nocy. Usprawiedliwiała późne powroty, udawała, że nie czuje od niego alkoholu, i cieszyła się, gdy z dumą wręczał jej sto czy dwieście złotych, mówiąc:

– Wszystko ci oddaję, bo jesteście z Marysią dla mnie najważniejsze.

Wtedy była naprawdę szczęśliwa. I jeszcze gdy Leszek zostawał wieczorem w domu. Kiedy miał dobry humor, potrafił być cudowny. Pielęgnowała wspomnienia tych chwil, kiedy wspólnie się śmiali albo dyskutowali do rana. A czasami po prostu leżeli w ciemnościach, ogrzewając córeczkę ciepłem swoich ciał.

– To właśnie jest szczęście – mawiał Leszek.

Zgadzała się z nim i czasami była zła na samą siebie, że nie jest wystarczająco cierpliwa i nie radzi sobie w gorszych chwilach. Nie wszyscy muszą żyć tak samo – rozmyślała. – A jeśli nie chce się zostać niewolnikiem systemu, to trzeba być gotowym na trudności.

Tamara nie chciała być częścią systemu, jednak doskwierał jej brak pieniędzy i dni spędzane samotnie, tylko z dzieckiem. Kochała córeczkę, lecz tęskniła za Leszkiem i trudno jej było się pogodzić z jego ciągłą nieobecnością. Nie wiedziała, dokąd i z kim chodzi, niechętnie mówił, co robi, a to budziło w Tamarze złość i zazdrość.

– Kochanie, nie wymyślaj – mówił, gdy zaczynała go wypytywać. – Przecież jestem twoim mężem, prawda? To chyba coś dla ciebie znaczy?

Dla niej znaczyło, ale czasami nie była pewna, czy dla niego także. Zwłaszcza w takie dni jak dzisiaj.

Jak mógł zostawić nas same? – zastanawiała się, patrząc na córeczkę. – Przecież to Wigilia, wszyscy chcą spędzać ten dzień z rodzinami. A on? Nawet nie powiedział, dokąd idzie i kiedy wróci.

Zanim jeszcze poznała Leszka, czasami wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało Boże Narodzenie, gdy kiedyś wyjdzie za mąż i założy rodzinę. Myślała o choince przystrojonej bombkami, o stole nakrytym białym obrusem, o opłatku, życzeniach i śpiewaniu kolęd. Miała nadzieję, że tak będzie, bo święta spędzała tylko z matką, więc tęskniła za obrazkami, które widywała w telewizji – liczną rodziną, śmiechami i tupotem małych nóżek.

A tymczasem wszystko wskazywało na to, że pierwsze małżeńskie święta spędzi, siedząc sama z córeczką, a zamiast wieczerzy będzie miała jajecznicę z trzech ostatnich jajek, które znalazła w lodówce.

Pomyślała, że skoro już nie ma choinki ani dwunastu potraw, to chociaż ubierze się odświętnie. Włożyła granatową sukienkę w białe kropeczki, a dla Marysi przygotowała tiulową białą spódniczkę i opaskę z kokardką. Mała wyglądała słodko.

– Zaraz będziemy szukać pierwszej gwiazdki – powiedziała do dziecka. – A potem mama zaśpiewa ci kolędę.

Wiedziała, że córka nie zapamięta tego Bożego Narodzenia, ale mimo wszystko czuła duży smutek. Dobrze, że mama tego nie widzi – pomyślała i zatęskniła za ich kameralnymi wieczerzami.

Naraz usłyszała zamieszanie na klatce schodowej. Ktoś głośno się śmiał, dwa inne głosy dyskutowały zawzięcie, ale nie potrafiła odróżnić słów. Dźwięki zbliżały się i po chwili usłyszała je tuż za drzwiami.

A potem rozległo się pukanie.

– Kto tam? – zapytała, podchodząc do drzwi z Marysią na rękach.

– Otwórz, to ja! – Głos Leszka usłyszeli chyba wszyscy sąsiedzi. – Mam zajęte ręce i nie mogę wyjąć kluczy.

Kiedy przekręciła zamek i nacisnęła klamkę, do domu wszedł mąż, a za nim dwóch innych mężczyzn i kobieta.

– Kochanie, pamiętasz ich? – Leszek wskazał na gości. – Poznaliśmy się kiedyś na koncercie. To Jacek i Radek z Julką.

Nie pamiętała, zresztą wcale nie była pewna, czy kiedykolwiek ich widziała.

– Wyobraź sobie, że zostali w akademiku, bo też mieli zamiar bojkotować święta – oznajmił radośnie. – Ale wytłumaczyłem im, że Marysia musi mieć wspaniałą wigilię, więc zgodzili się przyjść.

– Starzy przysłali nam co nieco, to zabraliśmy ze sobą – oświadczył Jacek i zdjął z ramion pokaźny plecak. – Mamy tu całą wieczerzę w słoikach – zażartował.

– A, jest jeszcze niespodzianka – przypomniał sobie Leszek. – Radek, można wnosić.

Wyszli na klatkę i wrócili z dwumetrową choinką ubraną w różnokolorowe bombki i łańcuchy.

– Portier z akademika zgodził się pożyczyć ją nam do jutra – wyjaśnił chłopak. – Tam i tak nikogo nie ma. A dziecko będzie miało radość.

Wcisnęli drzewko między łóżko a szafę i podłączyli lampki. Choinka rozjaśniła się migającymi światełkami, od których Marysia nie mogła oderwać wzroku.

– Daj mi małą – powiedział Leszek. – I rozpakujcie z Julką jedzenie.

W plecaku rzeczywiście było chyba wszystko – znalazł się nawet smażony karp i mak z bakaliami.

Dosunęli stół do łóżka, żeby każdy mógł usiąść.

– Opłatka nie mamy, ale chyba obejdziemy się jakoś bez niego – uznał Leszek. – Życzę ci, kochana moja, żebyśmy jakoś ze sobą wytrzymali i spędzali razem kolejne święta – powiedział. A potem pocałował Tamarę i dodał szeptem: – Obiecałem ci wigilię i dotrzymałem słowa.

Tamara była zaskoczona, ale musiała przyznać, że całkiem jej się ta spontaniczna wieczerza podobała. Jedli, rozmawiali, żartowali i przez chwilę naprawdę poczuła świąteczną atmosferę. Nawet Marysia uspokoiła się i obserwowała gości z uwagą.

– A teraz kolędy – zdecydował Leszek i sięgnął po gitarę.

Odśpiewali Przybieżeli do Betlejem i Cichą noc, a potem jeszcze kilka innych. Może nie było to specjalnie artystyczne wykonanie, ale Tamara śpiewała z przejęciem i zaangażowaniem.

Niestety, po dwudziestej sprawy zaczęły się komplikować.

– Powinnam wykąpać Marysię – wyszeptała do Leszka.

– Chyba nic się nie stanie, jak raz tego nie zrobisz, prawda? – odpowiedział. – Trzeba być elastycznym.

Uznała, że może ma rację. Nakarmiła córeczkę w łazience, bo wstydziła się robić to przy obcych ludziach. Goście zdawali się zadowoleni, zresztą kiedy na stole pojawiło się wino, a potem drugie, humory zaczęły wszystkim dopisywać.

Tamara była coraz bardziej zmęczona. Starała się cieszyć i śmiać z pozostałymi, ale nieprzespane noce dawały o sobie znać. Marysia też stawała się niespokojna. Nie przywykła do gwaru i hałasu, a o tej porze zwykle już spała.

– Dlaczego ona znowu płacze? – Leszka zirytowało zachowanie córki.

– Jest zmęczona – wyjaśniła Tamara. – Miała za dużo atrakcji naraz. Poza tym przywykła do zupełnie innego rytmu dnia.

– To może my już pójdziemy? – Julka spojrzała na Tamarę, a w jej oczach malowało się coś w rodzaju współczucia.

– Mowy nie ma! – zaprotestował Leszek. – Jesteście moimi gośćmi!

– Ale dziecko chyba musi iść spać – zauważyła dziewczyna. – No i Tamara…

– Tamara? – Spojrzał na żonę. – Ona jak nikt potrafi popsuć każdą zabawę. Ale ja na to nie pozwolę. Skoro nas tu nie chcą – oświadczył – to pójdziemy na pasterkę.

– Świetny pomysł – podchwycił Jacek.

– No to zbieramy się, mili państwo!

Wstali od stołu i włożyli kurtki. Leszek popatrzył na żonę i dziecko.

– Chyba nie masz pretensji? – zapytał. – Chciałaś wigilię, zrobiłem wigilię. Chcesz mieć spokój, proszę bardzo, idziemy. Jacek, bierz choinkę – zwrócił się do kolegi.

Zabrali drzewko i poszli.

Tamara uśpiła Marysię, po czym zaczęła sprzątać nakrycia i chować do lodówki jedzenie, które zostało po wieczerzy. Może nie wszystko wyszło tak, jak sobie wyobrażałam, ale przecież to nie była wcale zła wigilia – pomyślała. – Szkoda tylko, że nie mamy większego mieszkania, mogliby posiedzieć dłużej i nie byłoby problemu.

Tamara odstawiła Różyczkę od piersi i poczekała, aż dziecku się odbije.

Życzenia Leszka się nie spełniły – pomyślała.

Wytrzymali ze sobą jeszcze tylko kilka lat i od dawna nie spędzali razem wigilii. A Marysia była już dorosła.

– Tamara, długo jeszcze? – Usłyszała tym razem wołanie Łukasza.

– Już schodzimy – odpowiedziała. A potem zwróciła się do córeczki: – Tata się niepokoi. Pewnie babcia siedzi przy stole i nie może się nas doczekać.

Spojrzała w błękitne oczy Różyczki i pomyślała o wielkim stole w dworku, przy którym zasiądą wieczorem. Przyjedzie Marysia, będzie rodzina i przyjaciele.

To twoje pierwsze Boże Narodzenie – pomyślała, poprawiając córeczce kaftanik. – I podobnie jak Marysia, nie będziesz go pamiętać. Tamto sprzed lat było może niezbyt udane, ale dla mnie ważne, bo spędzone z małą córeczką. Tym razem spędzę je z dwiema.

Wzięła malutką na ręce i stanęła u szczytu schodów. Spojrzała w dół i napotkała wzrok Łukasza, który czekał na nie w salonie.

Tym razem jestem pewna, że to będą piękne święta – pomyślała i uśmiechnęła się do mężczyzny. – Dokładnie takie, o jakich marzyłam.

EWA

– Dlaczego tak mi się przyglądasz? – Adam sięgnął po koszulę wiszącą na oparciu krzesła. – Przecież sama powiedziałaś, że powinienem przystrzyc brodę. Nie podoba ci się teraz?

– Podoba, podoba. – Kobieta machnęła ręką.

– Gdy mówisz takim tonem, wcale nie mam pewności. – Uśmiechnął się. – Niestety, już nic na to nie poradzę. A ostrzegałem, że wydłużyć się potem nie da. Mogę ewentualnie ogolić całkiem, chociaż nie wiem, czy sam to zniosę. Noszę zarost od czterdziestu lat i chyba zdążyłem się do niego przyzwyczaić.

– Absolutnie nie zgadzam się na żadne golenie! – zaprotestowała stanowczo. – Nie wyobrażam sobie ciebie bez brody.

– Naprawdę? Jak to możliwe?

– Nie rozumiem? – Zdziwiła się. – Przecież miałeś ją, kiedy spotkaliśmy się u Róży.

– Owszem, ale chyba przez te wszystkie lata, gdy się nie widzieliśmy, musiałaś wspominać mnie bez zarostu. Przecież kiedy wyjeżdżałaś, miałem niecałe siedemnaście lat i nawet niezbyt często musiałem się golić…

Rzeczywiście, miał rację. Pamiętała to doskonale.

Stała przed lustrem i starała się odplątać kosmyk włosów z papierowego papilota.

– Poczekaj, pomogę. – Róża podeszła i uwolniła jasne włosy z niesfornego papierka.

– Jejku, nie tak to miało wyglądać! – Ewa zmarszczyła brwi. – Myślałam, że zakręci się w drugą stronę.

– Jest bardzoładnie – zapewniła kobieta. – Taki niesforny kosmyk opadający na czoło. Wygląda uroczo.

– Niesforny! – Ewa oburzyła się. – Nie chcę niczego takiego. Ma być elegancko.

Zgarnęła wszystkie włosy i zaczesała je gładko do tyłu, a potem spojrzała krytycznie na swoje odbicie.

– Teraz dobrze – stwierdziła z przekonaniem.

– Bardzo poważnie – odezwał się mężczyzna siedzący przy stole.

– I o to mi chodzi – zapewniła dziewczyna. – Chcę wyglądać dorośle.

– Nie masz się co tak spieszyć do tej dorosłości. – Róża westchnęła. – Wcale nie jest taka wesoła, jak by się mogło wydawać.

– Tak, wszyscy dorośli tak mówią. A ja już się nie mogę doczekać, żeby móc sama o sobie decydować.

– Doczekasz się, Ewuniu, doczekasz. I jeszcze nieraz potem pomyślisz, że wolałabyś, żeby ktoś ci powiedział, co masz zrobić. Dorosłość to odpowiedzialność, a ona bywa trudna.

– E, tam. Jak się wie, czego się chce, to chyba nie może być trudne. – Ewa wzruszyła ramionami. – Ciociu, a pożyczysz mi swoją chustkę? Tę w kwiaty.

– A po co ci ona? Masz przecież swoją.

– Moja jest niebieska, taka niepoważna. – Ewa wydęła wargi.

– W sam raz dla takiej panienki jak ty – wtrącił znowu mężczyzna.

– W sam raz to była może rok temu. Teraz jestem już starsza.

– Dobrze, pożyczę. – Róża uśmiechnęła się. – Tylko na kiedy ją chcesz?

– Na dzisiaj oczywiście. – Spojrzała ze zdziwieniem na kobietę.

– A dokąd to się, dziecko, wybierasz w Wigilię? – zainteresował się słowami dziewczyny mężczyzna. – Przecie w taki dzień to się w domu ze swoimi siedzi.

– A pasterka? – przypomniała Ewa.

– Na pasterkę tak się stroisz? A dla kogo to? – dopytywał gospodarz. – W kościele skromność się ceni, a nie próżność.

Dziewczyna spuściła wzrok.

– Oj, gdzie tam ona próżna. – Róża wzięła ją w obronę. – Wcale nas o nowe sukienki nie prosi. Jak jej sama nie kupię, to mogłaby w jednej chodzić. A że chustkę chce doroślejszą nosić, to nic dziwnego. Taka jest już kolej rzeczy. – Uśmiechnęła się do Ewy. – Weź sobie ją nawet na zawsze. Ja mogę w niebieskiej chodzić, bardzo lubię ten kolor i do oczu mi będzie pasował.

– Naprawdę? – Dziewczyna szczerze się ucieszyła. – Dziękuję, ciociu! – Pocałowała kobietę w policzek. – To wspaniały prezent! Będę miała piękne święta!

– Ot, baby jak sroki. – Mężczyzna pokręcił głową i podniósł się zza stołu. – A do zwierząt zajrzeć nie ma komu.

– Ja przecież od rana przy kuchni stoję – wyjaśniła Róża. – Wieczerzę przygotowuję. Idź ty, bardzo cię proszę.

– A co ja robię? – odpowiedział spokojnie. – Tylko nim wrócę, to żebyście już ustaliły, która w jakiej spódnicy na pasterkę pójdzie, bo mnie to wcale nie ciekawi. – Uśmiechnął się pod wąsem i wyszedł z domku.

– Ewuniu, a powiesz mi, dla którego ty chłopca chcesz tak dorośle wyglądać? – zapytała Róża, gdy za mężczyzną zamknęły się drzwi.

– Dla żadnego! – zaprzeczyła gwałtownie Ewa, ale poczuła, że się rumieni. – Tak po prostu – dodała, chociaż już mniej pewnym tonem.

– Przecież siłą z ciebie odpowiedzi nie wyduszę – powiedziała z uśmiechem Róża. – Ale swoje wiem.

– Ciociu, a czy ja mogę z koleżankami iść? Czy muszę z wami?

– Sama nie wiem… – Róża pokręciła głową. – Masz dopiero piętnaście lat, a to przecież noc ciemna…

– Proszę! – Dziewczyna złożyła ręce w błagalnym geście. – Przecież wszyscy będą szli, to co mi się może stać? Ja cioci w kuchni pomogę. Zaraz grzyby na farsz pokroję, a potem będę lepić pierogi. I mak mogę ucierać. Zrobię cokolwiek, co mi ciocia każe!

– O, widzisz ją! – Kobieta roześmiała się. – Jaka pomocnica się nagle znalazła. – Popatrzyła w oczy dziewczyny i poklepała ją po policzku. – Dobrze, Ewuniu, pójdziesz z koleżankami. Tylko musisz mi obiecać, że będziesz na siebie uważać i nic nierozsądnego nie zrobisz.

– A czy ja kiedyś byłam nierozsądna? – Ewa zrobiła urażoną minę.

– Nie byłaś, to ci trzeba przyznać – zgodziła się kobieta. – Ale jak człowiek młody, to czasami czyny są szybsze niż myśli. Dlatego cię przestrzegam.

– Dobrze, ciociu, będę pamiętała – odpowiedziała potulnie, w obawie, żeby Róża nie zmieniła zdania.

– W takim razie idź. Ale do pasterki jeszcze daleko, więc zdejmij na razie tę nową sukienkę i bierz fartuch. Wieczerza się sama nie przygotuje. Choć spędzamy święta tylko we troje, Boże Narodzenie trzeba godnie uczcić.

Wspólnie zabrały się do pracy. Ewa kroiła i ucierała, ale myślami była już zupełnie gdzie indziej. Nie mogła się doczekać wieczoru. I wiedziała, że przez okno nie zamierza wypatrywać pierwszej gwiazdki. Na to była już przecież zbyt dorosła.

Młody chłopak w kożuchu i wełnianej czapce wyszedł zza drzewa i podszedł do idącej drogą dziewczyny.

– Cześć! – przywitał się. – Co za spotkanie!

– Naprawdę jesteś zdziwiony? – Przystanęła i spojrzała mu w oczy.

Lekko się zmieszał.

– Tylko nie kłam. Nie lubię ludzi, którzy oszukują – powiedziała poważnie. – Przecież wiem, że na mnie czekałeś. Policzki masz czerwone od mrozu.

– No dobra, masz rację. Czekałem.

– Następnym razem zachowuj się normalnie. Po co takie udawanie? Sam zresztą pytałeś, czy na pasterkę idę z rodziną, czy już mnie samą puszczą. Domyśliłam się, że będziesz czekał.

– Czasami nie wiem, jak z tobą rozmawiać – przyznał chłopak. – Zachowujesz się, jakbyś miała ze trzydzieści lat.

– To nie było miłe. – Pokręciła głową.

– Przepraszam, ale sama chciałaś, żebym mówił prawdę.

– A to źle, że jestem poważna?

– Źle może nie. Tylko to mnie jakoś… wstrzymuje – starał się wyjaśnić.

– Przed czym? – zainteresowała się Ewa.

– Na przykład przed tym, żeby wziąć cię za rękę. – Uśmiechnął się nieśmiało.

Speszyła się i spuściła wzrok. Od razu stała się bardziej dziewczęca i delikatniejsza. Taką ją lubił.

– No, nie wstydź się – powiedział. – Naprawdę chciałbym tak zrobić. To co? Mogę?

Pokiwała głową, więc ujął jej dłoń schowaną w wełnianej rękawiczce.

– Masz gołe ręce – zauważyła.

– Tak, znowu zgubiłem rękawiczki. Ojciec powiedział, że kupi mi następne, ale dopiero po Nowym Roku.

– To może… – zawahała się. – Może wsadź rękę do mojej? – zaproponowała. – Chyba się zmieszczą.

Włożył dłoń do rękawiczki dziewczyny. Ich palce się splotły, ale zamiast spodziewanego chłodu Ewa poczuła gorący prąd, który przeszył ją całą.

Ruszyła więc naprzód, a chłopak za nią.

Szli drogą przez las. Było ciemno, ale przed sobą widzieli światła latarni, które nieśli ludzie idący w kierunku kościoła.

Las był cichy, tajemniczy i Ewa trochę zaczynała się bać. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż za dnia. Co prawda śnieg odbijał księżycowe światło i wokół nie panowały zupełne ciemności, ale zimny blask jeszcze potęgował atmosferę grozy. Sosny szumiały złowieszczo, a nagie gałęzie krzewów wyciągały się w ich stronę jak macki tajemniczych stworzeń.

Ewą wstrząsnął dreszcz.

– Zimno ci? – zapytał Adam.

– Trochę.

Wstydziła się przyznać do strachu. Jeszcze uznałby ją za dziecko. Chłopak był dwa lata starszy, za rok miał zdawać maturę, więc Ewa za wszelką cenę chciała mu udowodnić, że jest wystarczająco dorosła, aby być dla niego partnerką do rozmów i spotkań.

– W takim razie pobiegnijmy kawałek – zaproponował Adam. – Rozgrzejesz się.

Skinęła głową.

Nie było łatwo, bo nikt nie odśnieżał leśnej drogi, a przez ostatnie kilka dni śnieg padał prawie bez przerwy. Ścieżka wydeptana przez przechodzących wcześniej ludzi była zbyt wąska dla dwóch osób, a żadne z nich nie chciało puścić dłoni drugiego.

Udało im się przebiec kilkadziesiąt metrów, ale buty zapadały się w zaspy i wreszcie przystanęli, zdyszani.

– Nie mam siły – wysapała Ewa.

Oddychała głęboko, a z ust wylatywały jej obłoczki pary. Adam pociągnął ją za rękę w kierunku dużego drzewa.

– Chodź tutaj, oprzesz się o pień i odpoczniesz.

Stanęła przy dębie, a Adam znalazł się naprzeciwko niej. Delikatnie dotknął policzka dziewczyny.

– Jakie zimne – powiedział. – Poczekaj, zaraz je rozgrzeję.

I przyłożył dłonie do jej twarzy. Były tak gorące, że aż parzyły. Nie wiedziała, czy to różnica temperatur, czy też znowu zdradziecki rumieniec, którego tak nie znosiła, pali jej policzki.

– I jak? – zapytał. – Już cieplej?

– Nawet gorąco – odpowiedziała cicho.

Przez chwilę stali w milczeniu. Ewa zastanawiała się, czy powinna coś powiedzieć, jednak nic mądrego nie przychodziło jej do głowy.

– Pięknie wyglądasz. – Usłyszała głos Adama.

– Ciocia pożyczyła mi chustkę – powiedziała pierwsze, co przyszło jej do głowy, i zaraz tego pożałowała, bo uznała, że palnęła bzdurę.

– To nie chustka – zaprzeczył. – To twoje oczy. Nie masz pojęcia, jak pięknie błyszczą. Odbijają się w nich gwiazdy…

Nigdy nie słyszała nic równie pięknego. Czasami czytała w książkach o mężczyznach, którzy mówili podobne rzeczy kobietom, ale nie sądziła, że ktoś mógłby to powiedzieć jej.

Spojrzała na chłopaka. Spod wełnianej czapki widać było wpatrzone w nią brązowe oczy i kosmyk jasnych włosów na czole. Nos miał zaczerwieniony od mrozu, ale wcale nie ujmowało mu to urody. Pełne usta uśmiechały się do niej nieśmiało, jeden kącik unosił się nieco wyżej niż drugi.

– Dlaczego mówisz mi takie rzeczy? – zapytała cicho.

– Jakie?

– Takie miłe – odparła.

– Mówię to, co widzę. – Wzruszył ramionami. – Przecież nie okłamywałbym cię. Już mnie dzisiaj ostrzegłaś, żebym tego nie robił.

– Nie o to mi chodzi. – Pokręciła głową. – Chciałam wiedzieć, dlaczego to robisz. Przecież nie musisz…

– Ale chcę. Zresztą powinnaś wiedzieć dlaczego. – Popatrzył na nią poważnie. – No, kiedy chłopak mówi dziewczynie miłe rzeczy?

– Jak czegoś od niej chce? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Ja nie wiem, z kim miałaś do tej pory do czynienia i czego miałbym od ciebie chcieć. – Podniósł jej twarz w górę. – Mówię ci to dlatego, że mi się podobasz i…

– I? – Poczuła jakieś nieznane dotąd napięcie, jakąś niezwykle silną energię między nimi.

– I cię kocham – dokończył, patrząc jej głęboko w oczy.

– Ale ja jestem od ciebie dwa lata młodsza – wyjąkała, chociaż czuła, że znowu mówi nie to, co powinna.

– Nic mnie to nie obchodzi. Poczekam, ile będzie trzeba – odpowiedział poważnie. – Bo nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

Ich twarze zbliżyły się i Ewa poczuła jego usta na swoich. To był jej pierwszy w życiu pocałunek. Jego chyba też. Trochę niezręczny, ale niezapomniany.

Dotknęła jego policzka. Miał delikatny, miękki zarost. Wiedziała, czuła, że tej chwili nie zapomni do końca życia.

– Ewa, czy ty chcesz być ze mną? – zapytał.

Z daleka dobiegły ich śmiechy idących na pasterkę ludzi.

– Chodźmy, bo jeszcze nas ktoś zobaczy. – Wystraszyła się. – Jak się u mnie w domu dowiedzą, to dopiero będzie. Miałam iść z koleżankami.

Wyszli na drogę i ruszyli w kierunku kościoła. Ich dłonie, w jednej rękawiczce, splotły się mocno i wydawało się, że na zawsze.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że niewiele później poznam prawdę o mojej przeszłości. Nawet do głowy mi nie przyszło, jakie decyzje będę musiała podjąć i jak bardzo zmieni się moje życie – pomyślała Ewa. – Zostawiłam go bez słowa, bez żadnego wyjaśnienia. Na tyle lat…

– Pomożesz mi? – zapytał Adam, usiłując zapiąć guzik na rękawie koszuli. – Z lewym jeszcze jakoś daję sobie radę, ale prawy…

– Daj, oczywiście, że pomogę. – Uśmiechnęła się.

Zapięła niesforny guzik i dotknęła dłonią policzka mężczyzny. Zarost miał twardy i szorstki, ale ona i tak poczuła młodzieńczą miękkość, którą tak dobrze pamiętała.

– Wiesz, że gdybym przyszła wtedy, żeby powiedzieć o swojej decyzji, to nie znalazłabym w sobie dość siły, żeby wyjechać? – Spojrzała w brązowe oczy.

– Wiem, Ewuniu. – Pokiwał głową.

– A pamiętasz tamtą pasterkę? Wiesz, naszą pierwszą…

– Nigdy jej nie zapomniałem. Gwiazdy nie odbijały się potem tak cudownie już w niczyich oczach.

– Tak, to były piękne święta. – Ewa westchnęła.

– Te też będą wspaniałe – zapewnił ją. – Jesteśmy razem, mamy dzieci, wnuki, wspólny dom. Czy czegoś więcej potrzeba do szczęścia?

ZOFIA

Powoli usiadła na łóżku i pochyliła się, by rozetrzeć łydki. Rano potrzebowała trochę czasu, żeby się rozruszać. Stare kości dokuczały, a mięśnie już nie były tak elastyczne jak w młodości. Wiedziała, że nadwaga także nie ułatwia jej funkcjonowania, ale jakoś nie potrafiła zrzucić zbędnych kilogramów. Oglądała programy o dietach, nawet kilka razy przyrządziła obiad według przepisów podawanych w gazetach, ale nic z tego jej nie smakowało.

Gotowałam ponad pół wieku na swój sposób i chyba inaczej już nie potrafię – uznała w końcu i zaprzestała dalszych prób. Pogodziła się z tym porannym rytuałem i przyzwyczaiła do tego, że musi mieć co najmniej pół godziny, żeby wstać i ubrać się.

A czy mnie się gdzieś spieszy – myślała. – I tak budzę się na długo przed wszystkimi. Mam czas, żeby się wyszykować.

Odkąd znowu zamieszkała z Różą, starała się odwdzięczać za gościnę. Za swój obowiązek uznała poranne rozpalenie pieca. Robiła to, zanim gospodyni wstała. Na szczęście nie musiała przynosić drewna, bo o to dbał Łukasz, który co dwa dni uzupełniał zapas w kącie kuchni i w przedsionku.

– Jeszcze by tego brakowało, żeby pani musiała rano wychodzić na mróz – powiedział, kiedy próbowała mu podziękować. – Zresztą najwyższa pora, żeby pomyśleć o jakimś bardziej nowoczesnym ogrzewaniu. Podobno nawet dotację można dostać.

Zofia uznała wtedy, że taki gazowy albo elektryczny piec to byłaby duża wygoda. Miała taki w domu, Kasia ustawiała tylko temperaturę i samo grzało. U Róży jednak nadal trzeba było palić w piecu. Zimowe poranki bywały więc chłodne, bo chwilę zajmowało, zanim w białym domku zrobiło się ciepło.

Kobieta tak szybko, jak mogła, ubrała się i wsunęła stopy w ciepłe kapcie. Na plecy narzuciła chustkę, którą Róża zrobiła dla niej szydełkiem. Pogładziła granatową włóczkę i spojrzała z uznaniem na kwiatowy wzór.

Piękna jest – pomyślała. – Tylko kto teraz ceni rękodzieło. – Westchnęła. – Tyle wszystkiego w sklepach, to i nie trzeba samemu robić. Ale dawniej za taką chustkę dziewczyna by diabłu duszę oddała. – Uśmiechnęła się pod nosem. – Dla ładnej sukienki czy korali było się gotowym zrobić wiele.

Od razu przypomniała jej się historia sprzed lat…

To też było akurat w Wigilię – myślała, wchodząc do kuchni. – Takiej awantury nigdy wcześniej u nas nie widziałam.

W wigilijny poranek nie można było liczyć na dłuższy sen. Chociaż dzieci nie musiały iść do szkoły, bo zaczęły się ferie, to matka weszła do ich pokoju kilka minut po szóstej.

– Dosyć już tego leżenia – powiedziała. – Roboty huk, sama się nie zrobi.

– Ale, mamo! Jeszcze chwilę…

– Mowy nie ma. I żebym drugi raz nie musiała tu przychodzić! – Ton kobiety wyraźnie wskazywał, że żadne negocjacje nie wchodzą w grę.

Zofia zatem bez protestów odrzuciła puchową pierzynę i od razu sięgnęła po ubranie. Za to jej siostra odwróciła się na drugi bok i ani myślała wykonać polecenie matki.

– Wiesz, że i tak ci się nie uda. – Zofia podeszła do drugiego łóżka i potrząsnęła ramieniem dziewczyny. – Lepiej wstań, bo jak ojciec się dowie, to znowu będzie gadanie.

– Zośka, daj mi spokój! – dobiegło spod pierzyny. – W nocy długo nie mogłam zasnąć…

– Pewnie znowu wymyślałaś jakieś historie. – Zofia pokiwała głową i usiadła na drewnianym brzegu łóżka.

Trochę zazdrościła siostrze wyobraźni. Nie umiała równie ciekawie opowiadać, a potem jeszcze rysować bohaterów powstałych w fantazjach. Tyle że to wszystko przychodziło dziewczynie do głowy nocami, a potem kończyło się tak jak teraz.

Trochę żal jej było siostry. Krysia to właściwie jeszcze dziecko – pomyślała. – Jeszcze nie obchodziła piętnastych urodzin. Ale kiedy ja miałam tyle lat co ona, zajmowałam się nią jak matka.

– Wstawaj – powtórzyła. – Dzisiaj Wigilia. Nie chcę, żeby były awantury.

– A to moja wina, że się mnie ciągle czepiają? – pożaliła się siostra. – Zresztą ja nie wiem, dlaczego u nas taki rygor panuje. U Kselów mogą spać, ile chcą. I nikt dzieci tak do roboty nie goni.