Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Gdzie można znaleźć perfumowane bagno, pełne różowych cuchnących świnek i eksplodujących gazowych żab? Gdzie można spotkać latające szafy i przerażające pluszowe misie? Gdzie mieszka mag, który zna tylko jedno zaklęcie, z płaczliwym ogrem i złośliwą papugą?
Witajcie w Śrubziemiu - krainie, gdzie wszystko może się zdarzyć. I zwykle się zdarza!
Czarodziej Randalf zamierza wezwać do Śrubziemia wielkiego wojownika. Ale swym nieudolnym (jak on sam) zaklęciem sprowadza zwyczajnego chłopca ze zwyczajnej Ziemi. Tak więc Joe musi odegrać rolę bohatera i wziąć udział w wielkiej bitwie między siłami dobra, zła i mniej-więcej-w-porządku. I zdemaskować podstępnego doktora Pieszczocha, który ściąga na Śrubziemie okropne niebezpieczeństwo...
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 362
Rok wydania: 2003
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zaczarowanym życiem, czyli światową klasyką
Diany Wynne Jones, wielkiej poprzedniczki i inspiratorki autorki Harry’ego Pottera, zainaugurowaliśmy nową serię WROTA WYOBRAŹNI. Seria ta przedstawia magię w wielu wymiarach, nie zawsze z udziałem czarodziejów, za to pełną tajemniczości, a nieraz nawet grozy.
Chcemy otworzyć wiele „wrót wyobraźni” - przed młodymi, trochę starszymi, a nawet dorosłymi marzycielami. Książki tej serii łączy nie tematyka, ale wspaniała nieposkromiona wyobraźnia autorów, ich niespotykany talent literacki i niepowtarzalny nastrój.
We WROTACH WYOBRAŹNI spotkamy czarodziejów i komputery, przerażające istoty i mordercze machiny, młodego agenta à la James Bond i żyjące lalki. Słowem, różne odmienne i dziwne światy: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Zajrzymy tam, gdzie trafia tylko marzenie, sen i fantazja.
W świat wielkich przygód, walki dobra i zła, niezapomnianych bohaterów i niezwykłości.
Zapraszamy wszystkich marzycieli do przekroczenia
WRÓT WYOBRAŹNI!
Śrubziemie to totalnie zakręcony świat nietoptaków, przytupierniczków, fruwającego jeziora, trzech księżyców, słońca wschodzącego, kiedy chce... i czarów. To właśnie czary wiodą przypadkowego bohaterskiego wojownika przez Goblinowo (zatkaj nos!), Góry Stęchliste (jak wyżej), Trollowy Most (płacisz jednego maglowurcla), aż do złowrogiej Chichotliwej Polany, gdzie niegodziwy złośliwiec wykuwa swą straszliwą tajną broń...
Clive BarkerABARAT
Debi Gliori
ABRAMAKABRA, CZYLI JAK ZAŁATWIĆ MAFIĘ
Charlotte Haptie
OTTO I LATAJĄCE BLIŹNIACZKI
D.W. JonesSeria ŚWIATY CHRESTOMANCIEGOZACZAROWANE ŻYCIETYDZIEŃ CZARÓW
MAGOWIE Z CAPRONY
Erik L’HommeSeria KSIĘGA GWIAZDCZARNOKSIĘŻNIK KADEHARPAN SHA
Philip ReeveŻYWE MASZYNY
Paul Stewart, Chris RiddellŚRUBZIEMIE, CZYLI TOTALNIE ZAKRĘCONY ŚWIAT
Sylvia WaughMENNYMSOWIEMENNYMSOWIE NA WYGNANIU
Chris WoodingZMORY ALAIZABEL
W przygotowaniuDebi GlioriABRAMAKABRA, CZYLI SKLONUJ SIĘoraz seria Paula Stewarta i Chrisa RiddellaKRONIKI KRESU
Paul Stewart i Chris Riddell
ŚRubZIEMIE
czyli totalnie zakręcony świat
PrzekładPiotr W. Cholewa
Tytuł oryginałuMUDDLE EARTH
Redaktorzy seriiMAŁGORZATA CEBO-FONIOKEWA TURCZYŃSKA
Redakcja technicznaANDRZEJ WITKOWSKI
Korekta
BARBARA CYWIŃSKA
MARIA RAWSKA
Ilustracje
CHRIS RIDDELL
Opracowanie graficzne okładki
STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER
SkładWYDAWNICTWO AMBER
Wydawnictwo Amber zaprasza na stronę Internetuhttp://www.amber.sm.pl
Text and illustrations copyright © Paul Stewart and Chris Riddell 2003.Originally published by Macmillan Children’s Books Ltd., under the title Muddle Earth.All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2003 by wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 83-241-0347-3
Jackowi
GILBERT GIGANTYCZNY
Noc zapadała nad Śrubziemiem. Słońce zaszło, niebo pociemniało, a dwa z trzech księżyców wzniosły się już ponad Górami Stęchlistymi. Jeden z nich był fioletowy niczym nietoptak, drugi żółty jak spodenki ogra w dzień prania. Oba świeciły jasno, w pełni.
Wszędzie dały się słyszeć hałasy - to stworzenia dzienne (takie jak drzewne króliki, pagóryby i różowe cuchnące świnki) życzyły dobrej nocy stworzeniom nocnym (takim jak szczudłomyszy, leniptaki i wybuchowe żaby gazowe), które właśnie wstawały. Wysoko nad ich głowami nietoptaki opuszczały swe grzędy i wzlatywały w niebo zabarwione w żółte i fioletowe pasy. Kiedy wpadały na siebie, przestrzeń wypełniała się ich charakterystycznym wołaniem: „Auć!”
W Elfiej Puszczy drzewa pochylały się i uginały, gdy chłodny wiatr szarpał ich gałęziami. W Perfumowanym Bagnie lepkie błoto bulgotało i pluskało. W dalekich Ogrowych Wzgórzach rozlegał się mlaszczący odgłos tysiąca ssanych kciuków i tysiąca sennych głosów mruczących „Mamo...”
Migotliwe światła błyszczały nad zatłoczonym Goblinowem. Gobliny szykowały wieczorny posiłek, a powietrze wypełniały zapachy cuchowsianki i smarkochleba - oraz wołania kucharek sześciu, albo i więcej.
- Nie.
W przeciwieństwie do miasteczka, Trollowy Most stał pogrążony w zimnym, wilgotnym mroku. Żyjące tu trolle nie widziały nawet kapusty i rzepy zjadanej na kolację. Ich grube głosy rozbrzmiewały głucho z mieszkań pod mostem.
Gdy fioletowe i żółte cienie opadły od Gromodruiny w dół, ku wielkiemu zamkowi Rogatego Barona, wysoki, przenikliwy głos rozległ się z okna najwyższej wieży. Ktoś jeszcze z mieszkańców Śrubziemia miał kłopoty z odróżnieniem warzywa od głowy.
Głos należał do Ingrid, żony Rogatego Barona. I nie był to głos pełen zadowolenia.
W chwilę później trzeci księżyc Śrubziemia - nieduża zielona kula, która pojawiała się chyba tylko wtedy, kiedy miała na to ochotę - wypłynął na niebo, by utworzyć idealny trójkąt równoboczny ze swym żółtym i fioletowym sąsiadem. Trzy księżyce oświetliły Zaczarowane Jezioro, zawieszone wysoko nad ziemią, i siedem wspaniałych barek mieszkalnych, kołyszących się na lśniących wodach.
Sześć z nich było ciemnych i opuszczonych, siódma stała zalana żółtym światłem lamp oliwnych. Niski, krępy osobnik o imieniu Randalf obserwował z górnego okna układ barwnych księżyców. Na jego łysej głowie siedziała papużka falista.
Weronika parsknęła.
Barka zakołysała się znowu - to wracał Norbert.
Randalf wcisnął go sobie na głowę.
Z fałd płaszcza ostrożnie wyjął arkusik papieru, rozwinął delikatnie i odchrząknął.
Randalf żałośnie patrzył na zaklęcie. Chociaż nie chciał tego przyznać, Weronika miała rację. Rzeczywiście musiał się skupić na końcowym fragmencie zaklęcia. Kłopot polegał na tym, że dolna część kartki została oderwana, a wraz z nią wszystkie słowa istotne dla przywołania bohaterskiego wojownika. Po raz kolejny będzie musiał improwizować.
Nabrał tchu.
Błysnęło zielone światło, coś trzasnęło, z kominka wzniósł się kłąb fioletowego, pomarańczowego i zielonego dymu. Randalf, Norbert i Weronika odwrócili się i z rozdziawionymi ustami (i dziobem) patrzyli na figurę, która pojawiła się w dymie.
Weronika zaskrzeczała z radości.
Joe ze złością odłożył pióro i zatkał uszy, by nie słyszeć potwornego hałasu.
- To beznadziejne! - wrzasnął. - Beznadziejne!
Zgiełk dobiegał ze wszystkich stron - z góry, z dołu, z sąsiedniego pokoju... Czuł się, jakby ktoś go wetknął w gigantyczną kanapkę z hałasem.
Na blacie przed nim tytuł zadanego wypracowania – Moja zadziwiająca przygoda - tkwił samotnie na czystej kartce papieru. Był wczesny wieczór kończący słoneczną letnią niedzielę i jeśli Joe miał zamiar odrobić pracę domową i oddać ją w poniedziałek rano, musiał się wziąć do roboty. Ale jak tu myśleć w takim piekielnym gwarze?
Joe Jefferson mieszkał w małym domku z cegły, razem ze swoją mamą, tatą, starszą siostrą, młodszymi braćmi bliźniakami i psem Henrym. Przypadkowemu obserwatorowi Jeffersonowie wydawali się pewnie miłą, spokojną rodziną. Dopiero jednak kiedy ktoś przestąpił próg ich domu, pojmował, że tacy nie są na pewno.
Pani Jefferson pracowała w banku. Była wysoka, smukła, ciemnowłosa i fanatycznie wielbiła porządek. Pan Jefferson - akwizytor za dnia i entuzjasta majsterkowania wieczorami, w niedziele i święta oraz we wszystkich wolnych chwilach - był mężczyzną niskim, krępym i najszczęśliwszym, kiedy trzymał w rękach jakieś narzędzie.
Przez lata pan Jefferson zbudował garaż, przerobił strych, połączył pokoje, zawiesił półki i szafki, zbudował cieplarnię, urządził ogródek, a obecnie pracował nad poszerzeniem kuchni. Przynajmniej on tak twierdził. Według pani Jefferson, jej mężowi najlepiej wychodziło robienie bałaganu.
W tej chwili wiertarka elektryczna walczyła o pierwszeństwo z odkurzaczem, gdyż pani Jefferson podążała za mężem po kuchni - z rurą wzniesioną niczym miecz świetlny - i wsysała pył, zanim zdążył opaść.
Hałas wprawiał w drżenie podłogę pokoju chłopca. Joe pokręcił głową. W tym tempie nigdy nie skończy wypracowania, a wtedy będzie miał poważne kłopoty z panem Dixonem.
Zastanawiał się zniechęcony, czemu ojciec nie znalazł sobie jakiegoś miłego, spokojnego hobby, jak na przykład szachy albo haft artystyczny, i czy mama musi przejawiać taką obsesję na punkcie czystości. I dlaczego jego siostra Ella - zajmująca pokój przebudowany ze strychu - wszystko, co robi, od przeglądania magazynu po nakładanie makijażu - musi robić przy akompaniamencie głośnej, dudniącej muzyki. I dlaczego ulubioną zabawą bliźniaków jest bieganie z wrzaskiem tam i z powrotem po schodach?
Otworzył szufladę biurka, wyjął stopery i już miał je wcisnąć w uszy, kiedy Henry wydał z siebie mrożące krew w żyłach wycie i zaczął szczekać jak wściekły.
Szczekanie stało się głośniejsze. Dobiegało z łazienki, podobnie jak zachwycone wrzaski Marka i Matta.
Henry wybiegł na korytarz i z wywieszonym językiem stanął przed chłopcem. Merdał ogonem i sapał. Za nim pojawili się bliźniacy.
Joe zauważył krople kapiące z kudłatego pyska Henry’ego. Zaśmiał się.
Pies zaszczekał z zadowoleniem i podał łapę. Na górze Ella otworzyła drzwi i muzyka stała się jeszcze głośniejsza niż do tej pory.
Z dołu warkot wiertarki zastąpiło głośne stukanie młotka.
Odwrócił się i z Henrym przy nodze zbiegł po schodach do drzwi. Z wieszaka porwał smycz i już miał wyjść, kiedy zauważyła go mama.
Jednak chłopca już nie było.
Pobliski park był pusty. Joe chwycił patyk i rzucił jak najdalej, a Henry pogonił za nim, złapał i położył przed chłopcem na ziemi, czekając na następny rzut. Joe uśmiechnął się. Choćby życie wydawało się całkiem beznadziejne, zawsze mógł liczyć na Henry’ego, że go pocieszy. Podrapał psa za uszami, rzucił kij i poszedł za nim.
Biegli po trawie, obok kępy drzew i w dół ze wzgórza. Niedaleko strumyka Joe gwizdnął na Henry’ego i założył mu smycz. Gdyby pies znowu zaczął się chlapać w brudnej wodzie, mama by się wściekła.
Przyjaźnie poklepał psa po głowie.
Henry stał nieruchomo. Jeżył sierść na grzbiecie i marszczył nos.
Joe przyklęknął i podążył wzrokiem za skupionym spojrzeniem psa.
Henry napiął smycz i zaskomlał.
Nie mogąc się dłużej powstrzymać, Henry skoczył nagle przed siebie. Ze spuszczoną głową i z nosem przy ziemi ciągnął Joego za sobą prosto w wielki krzak rododendronu. Na szczęście biegł w stronę dziury w ciemnym listowiu. Na nieszczęście dziura miała tylko rozmiar psa.
Końcową część zdania stłumiły liście w ustach, gdy Joe zderzył się z krzakiem. Pochylił głowę i starał się wolną ręką osłaniać oczy. Henry wciągał go coraz dalej i dalej.
I nagle gałęzie i liście zatrzeszczały od srebrzystych linii ładunków elektrycznych, powietrze zamigotało, wypełniła je powolna, żałobna muzyka... i zapach przypalonej grzanki.
ŁUPS!
Nadal spadał, teraz jednak czuł, jak ściany tunelu ocierają mu łokcie i obijają kolana. Było ciemno - całkowicie. Krzycząc z przerażenia i bólu, chłopiec wypuścił smycz. Henry zniknął gdzieś pod nim. Po czasie, który wydawał się wiecznością, Joe wypadł z długiego, pionowego tunelu i ciężko uderzył o podłogę.
Otworzył oczy. Siedział na kafelkach, poobijany i oszołomiony, otoczony chmurą duszącego pyłu, nie mając pojęcia, co się właściwie stało.
Czyżby wpadł do jakiejś dziury pod krzakiem?
Czy uderzył głową o jakąś gałąź tak mocno, że teraz miał zwidy?
Chmura pyłu opadała z wolna. Joe zauważył, że siedzi w wygasłym kominku, za wielkim kotłem zawieszonym na łańcuchach. Wyjrzał na słabo oświetlone i wyjątkowo zagracone pomieszczenie.
Pod wszystkimi ścianami widział stoły zastawione słojami, papierami i jakimiś dziwacznymi przyrządami. Były też stołki, komody i szafki pełne leżących w stosach pudełek, butelek i książek. Każdy wolny kawałek ściany zajmowały półki i regały, mapy i plany, a także niezliczone haki, z których zwisały gałązki, korzonki, zasuszone rośliny, martwe zwierzęta i ptaki oraz lśniące przyrządy, których zastosowania nawet się nie domyślał. Co do podłogi, stały na niej pękate worki, gliniane naczynia i rozmaite kanciaste aparaty z drewna i metalu, ze sprężynami, tłokami i kołami zębatymi. Pośrodku zaś tego wszystkiego zobaczył dwóch osobników odwróconych do niego plecami.
Jeden był niski i grubiutki, miał rozczochraną grzywę siwych włosów i kapelusz, na którego rondzie siedziała papuga. Drugi był zwalisty, nieforemny i tak wysoki, że musiał się schylać, by nie zaczepić głową o ciężkie kandelabry pod sufitem.
Grubasek schylił się.
Joe wstał z trudem. To wszystko nie dzieje się naprawdę. Nie można przecież wyjść z psem na spacer, wpaść w krzaki i wylądować w czyjejś kuchni. Zacisnął powieki i potrząsnął głową. A w ogóle to gdzie się podział Henry?
W chwilę później pies szczeknął krótko i ostro.
Henry znów zaszczekał.
Szaleńczo machając ogonem, pies wynurzył się zza Norberta i podbiegł do kominka. Joe uścisnął go mocno. Przyjemnie jest zobaczyć znajomą twarz, nawet jeśli to pysk i w dodatku we śnie.
Joe podniósł wzrok. Dwaj osobnicy przyglądali mu się podejrzliwie. Ten niski miał krzaczastą siwą brodę. Ten wysoki miał troje oczu. Obaj stali nieruchomo, wlepiając w niego spojrzenia (wszystkich pięciorga oczu) i rozdziawiając usta. Pierwsza odezwała się papuga.
Papuga, która miała na łapkach małe, ale mocne sznurowane buciki, chrząknęła.
Henry zamerdał ogonem i przewrócił się na grzbiet.
Norbert pochylił się, aż cała kuchnia się zakołysała. Delikatnie pogłaskał Henry’ego po brzuchu wielkim paluchem.
Randalf próbował ją strącić.
Joe złapał za wielki kocioł, gdyż kuchnia przechyliła się wyraźnie.
Joe przyglądał się z otwartymi ustami, jak ogr, papuga i mag wymyślają sobie wzajemnie. To jakieś szaleństwo. Co to za jedni? Gdzie się znalazł? A co najważniejsze, jak stąd wróci do domu?
Cała trójka w pół słowa przerwała swoje narzekania, złośliwości i krytyki, by spojrzeć na niego z zaskoczeniem.
Weronika podskakiwała gorączkowo na głowie maga, strosząc pióra.
Auu! - krzyknął Joe, rozcierając ramię.
- Jeszcze raz, proszę pana? - zapytał pochylony nad nim ogr.
Nie ma nic lepszego od uszczypnięcia przez ogra, by przekonać człowieka, że nie śni. Joe był już tego całkiem pewien. Ale w takim razie gdzie właściwie się znalazł? I jak się tu dostał? Henry machał ogonem i lizał dłoń ogra.
Zanim chłopiec zdążył zadać choć jedno pytanie, zegar na ścianie nad kominkiem zabrzęczał nagle, rozległ się kaszel, chrząkanie, potem uderzenia pięści i stóp o małe drewniane drzwiczki, które otworzyły się z trzaskiem. Wyskoczył przez nie mały elf - ubrany w brudne spodenki i obwiązany długą gumką - i rzucił się w przestrzeń.
Drzwiczki otworzyły się po raz drugi i wysunęła się głowa elfa.
- Czy coś koło tego - oświadczył i zniknął ponownie.
- Cicho bądź, Weroniko.
- Cicho bądź, Weroniko! - powtórzyła oburzona papuga. - Na wszystko masz taką odpowiedź. Ale ja nie będę cicho! Ty nazywasz siebie magiem? Masz tylko jedno zaklęcie i nawet tego nie umiesz rzucić prawidłowo! - Machnęła skrzydłem w stronę Joego. - No, popatrz na niego - powiedziała. - Czy to tylko mnie się wydaje, czy też nasz tak zwany bohaterski wojownik jest odrobinę niski? A przy tym jakiś mizerny i ciężko myślący. A co do tego kudłatego giermka...
- Pst, Weroniko - poprosił Norbert. - Ranisz jego uczucia.
Henry zamerdał ogonem.
Poskoczył kilka razy z podniecenia. Pomieszczenie zakołysało się gwałtownie, a kolejne książki i narzędzia posypały się na podłogę.
Norbert przestał skakać i powlókł się w kąt pokoju.
- Ale...
Mag nie zwracał na nią uwagi.
Joe zdał sobie nagle sprawę, że słyszy ciche chlipanie. Obejrzał się. Trzy wielkie łzy spływały z przekrwionych oczu Norberta.
Ogr wytarł rękawem nos, ale wciąż nim pociągał.
- I nie prosiłem, żeby mnie ekwipował niemądry mag! Ani obrażała niemądra papuga! Ani szczypał niemądry ogr! - wściekał się Joe.
Norbert odskoczył, szeroko otwierając oczy ze zgrozy.
Podskoczył tak wysoko, jak tylko pozwalał sufit, a w chwilę później wylądował ciężko na obu stopach.
Podłoga przechyliła się gwałtownie. Randalf upadł, Weronika podfrunęła, a Joego wyrzuciło w powietrze.
- Jak śmiesz! - zaskrzeczała Weronika. - Ptasi móżdżek, też coś...
Mag westchnął tylko. Podłoga z wolna się uspokajała.
Ogr ruszył na pomoc chłopcu.
Joe tymczasem wstawał już całkiem samodzielnie. Kiedy jednak Norbert podszedł ciężkim krokiem, pokój znów się zakołysał, Joe zatoczył się w stronę okna...
Randalf wyminął ogra i położył chłopcu dłoń na ramieniu.
Joe ledwie potrafił uwierzyć w świadectwo własnych oczu. Przede wszystkim zamiast znajomego białego księżyca widział na niebie aż trzy: fioletowy, żółty i zielony. A pejzaż! Nie oglądał w życiu niczego takiego. Rozległe obszary jaskrawo zielonych lasów i lśniące kamieniste pustkowia. A daleko na horyzoncie dymiące góry.
Najciekawsze jednak było odkrycie, że wcale nie znajduje się pod ziemią, ale na czymś w rodzaju łodzi. Zauważył też inne, pięć... nie, sześć innych, kołyszących się na falach jeziora, które... Nie, to przecież nie ma sensu. Zacisnął mocno powieki, po czym otworzył je znowu.
Nie było wątpliwości. Jezioro wisiało w powietrzu, bez żadnych widocznych podpórek.
Obejrzał się na Randalfa.
Joe zmarszczył brwi.
Weronika prychnęła lekceważąco.
W tej właśnie chwili elf znowu wyskoczył z zegara.
Hej! Jupijup! Trutututu bumbumbum! - rozległ się piskliwy głos.
- To wasze zamawiane poranne budzenie!
Brzdęk!
Joe gwałtownie otworzył oczy i zdążył jeszcze zobaczyć elfa znikającego za drewnianymi drzwiczkami zegara. Rozejrzał się więc i jęknął. Wszystko wyglądało identycznie jak wtedy, kiedy zwinął się wczoraj wieczorem w hamaku. Zegar, pokój pełen gratów, jezioro w powietrzu... Co więcej, wciąż było ciemno.
- Niby która to godzina, według ciebie? - zapytał gniewnie Randalf, który pojawił się w drugim końcu pokoju.
Drzwiczki zegara otworzyły się...
- Wczesny ranek - burknął elf. - Czy coś koło tego!
...i zatrzasnęły.
- Co się tu dzieje? - skrzeknęła Weronika. - Ledwie wsunęłam dziób pod skrzydło!
Norbert wynurzył się z mroku, przeciągając się i ziewając.
- To już rano? - zapytał.
Randalf wyjrzał przez okno. Niewyraźny blask wstawał nad horyzontem na wschodzie. Wysoko na niebie hałaśliwe fioletowe nietoptaki szybowały z powrotem ku lasom, by resztę dnia spędzić, wisząc głową w dół z najwyższych dżub-dżub drzew.
Joe spojrzał na pełną mazi chochlę zawieszoną nad jego talerzem.
Norbert przygotował najdziwniejsze śniadanie, jakie Joe w życiu widział - grudkowata zielona owsianka, która smakowała jak agrest, małe ciastko posypane cukrowymi serduszkami i kubek parującego mleka szczudłomyszy.
Ogr westchnął.
Joe z ulgą zeskoczył z krzesła, złapał smycz Henry’ego i ruszył za magiem na dół. Norbert tupał za nimi.
Wyszedł. Joe ruszył za nim, wciąż nie wiedząc, o co właściwie chodzi. Zdawało mu się, że jest na dolnym pokładzie barki, choć trudno było mieć pewność.
Pod barką tłuste ryby pływały w kółko w krystalicznie czystej wodzie. Przypominały mu złote rybki w domowym akwarium i przez moment tylko miał wrażenie, że może świat nie jest tak całkiem zwariowany.
Wysoko nad nimi sunęły po niebie małe fioletowe obłoczki. Poniżej - uwiązana liną do barki - czekała łódka. Tak przynajmniej wydało się Joemu na początku. Dopiero kiedy zszedł do niej po sznurowej drabince, przekonał się, że to wcale nie łódka, tylko wanna.
A czego się spodziewałem? - zapytał sam siebie. Oczywiście, że to nie łódka. Nie w tym zakręconym Śrubziemiu.
Wanna zakołysała się mocno, kiedy do niej wsiadał. Henry wskoczył także.
Ogr zlazł do wanny, która zakołysała się niebezpiecznie. Przyklęknął i podniósł z dna dwa przedmioty; jednym była stara rakieta tenisowa, drugim patelnia. Pochylił się i zaczął wiosłować.
Wanna uniosła dziób w fontannie piany i wodnego pyłu, po czym pomknęła naprzód. Ręce Norberta pracowały jak tłoki: góra, dół, góra, dół, góra, dół... Brzeg jeziora zbliżał się szybko.
Joe syknął przestraszony.
Joe spojrzał przed siebie i odkrył, że zmierzają w stronę wodospadu.
Wodospad zbliżał się coraz bardziej, coraz głośniej huczał wściekły prąd wody spadającej za krawędź.
Norbert posłuchał. Przez moment wanna kołysała się na samej krawędzi jeziora. Joe wstrzymał oddech, gdy Śrubziemie otworzyło przed nim swą rozległą, szeroką panoramę.
Weronika zaskrzeczała, Henry zawył, Joe z całej siły zacisnął powieki. Tylko Norbert był wyraźnie uradowany.
Pęd powietrza był tak silny, że Joe ledwie mógł oddychać. Krew dudniła mu w głowie, żołądek podchodził do gardła, palce ześlizgiwały się z brzegów wanny...
CHLUP!
Wanna z potworną siłą uderzyła o powierzchnię stawu u stóp wodospadu.
Zanurzyła się.
Wypłynęła.
Podskakiwała na falach jak piłka, dopóki prąd nie pchnął jej kawałek dalej, na stosunkowo spokojną wodę rzeki. Joe otworzył oczy.
Weronika prychnęła tylko.
Norbert spojrzał na wodę przelewającą się po dnie wanny. Sięgnął po patelnię, ale zrezygnował.
Za późno. Ogr wyrwał już korek i uniósł go w górę.
W bulgotem i pluskiem wanna zniknęła nagle pod nimi. Joe odbił się nogami w stronę najbliższego brzegu; Henry płynął pieskiem tuż za nim. Obaj wygramolili się na suchy ląd. Weronika wołała raczej przelecieć, niż przepłynąć, i natychmiast zmoczyła ją ulewa kropel, kiedy Henry otrzepał się energicznie.
Joe milczał. Widok Zaczarowanego Jeziora zawieszonego w powietrzu wysoko, bardzo wysoko nad głową, odebrał mu mowę. Kiedy patrzył, tłusta srebrna ryba wyskoczyła z dna i spadła w dół, prosto w otwarty dziób któregoś z leniptaków, które całym stadem przysiadły na ziemi.
Randalf i Norbert wyszli na brzeg, ociekając wodą. Norbert otrząsnął się, po raz drugi zalewając deszczem kropli Weronikę.
Randalf popatrzył na słońce, które wyglądało już spoza odległych gór.
Norbert przyklęknął, podpierając się rękami.
Randalf z papugą na głowie wspiął się na jego wielkie, szerokie ramię. Skinął na Joego.
Joe ostrożnie wdrapał się na drugie ramię.
Norbert wyprostował się i wstał.
Norbert ruszył z wolna i pomaszerował, a Henry biegł obok.
Na rondzie kapelusza Weronika wsunęła głowę pod skrzydło.
Podążali ścieżką biegnącą równolegle do Zaczarowanej Rzeki. Ścieżka była wyraźnie rzadko używana i całkiem zarosła. Wysokie dżub-dżub drzewa stały po obu stronach, a ich gałęzie uginały się od śpiących nietoptaków. Norbert potrącał je w marszu.
Joe nie mógł uwierzyć, że na ramieniu ogra jedzie do Goblinowa. Mniej więcej o tej porze powinien wręczać nauczycielowi swoje wypracowanie. Schylił głowę, by nie zaczepić o dżub-dżub konar, a nietoptak z głuchym stukiem wylądował mu na kolanach. Ze wszystkich możliwych usprawiedliwień, dlaczego nie odrobił pracy domowej, „Przepraszam, proszę pana, ale byłem zajęty jazdą na ogrze i uchylaniem się przed nietoptakami” było chyba najdziwniejsze. Jak zdoła się wytłumaczyć przed panem Dixonem?
Kiedy rzeczywiście dotarli na gościniec - a raczej gościńce, gdyż zbiegały się tam aż trzy - Joe miał lekkie zawroty głowy i sam czuł pierwsze objawy choroby ogromocyjnej. Norbert zatrzymał się przy stojącym obok traktu drogowskazie.
Po prawej stronie, zgodnie z informacją wypisaną łuszczącymi się złotymi literami, leżał TROLLOWY MOST (NIEZBYT DALEKO). Po lewej mieli GÓRY STĘCHLISTE (KAWAŁ DROGI). Joe wyciągnął szyję, żeby sprawdzić, czy Goblinowo też jest oznaczone.
Było.
Norbert niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
Randalf odetchnął głęboko.
- No, to chyba bardzo męczące, być magiem - zgadywał Norbert. - Całe to czytanie zaklęć i w ogóle...
Z drugiego ramienia Norberta dobiegło ciche pochrapywanie.
- I po mnie, jako bohaterskim wojowniku, spodziewa się, że to wszystko rozwiążę?
W tej właśnie chwili głośne stukanie i trzaski rozległy się z góry, przerywając Weronice w pół słowa. Joe uniósł głowę i zobaczył sunące po niebie stado szafek machających drzwiczkami, jakby to były skrzydła.
Szeroko otworzył oczy i odkrył, że leży na ziemi.
Wskazał okrągłą dziurę w gościńcu. Leżał w niej przewrócony garnek i rozlana cuchnąca owsianka.
Elf wzruszył tylko ramionami, wyjął garnek z dziury i odszedł gościńcem.
Ogr schylił się, podniósł Randalfa i zaczął go energicznie otrzepywać.
Randalf spojrzał przed siebie i skinął na Joego.
Kiedy zbliżyli się do wysokiego muru otaczającego Goblinowo, Norbert delikatnie postawił Joego i Randalfa na ziemi. Hałas dobiegający z miasteczka był coraz wyraźniejszy. Słyszeli krzyki, stukanie młotków, jęki, skowyty, piłowanie, śpiewy, dzwonienie, ryki, brzęczenie... wszystko zmieszane razem w jeden niebosiężny gwar. A zapachy!
Gorąca smoła, skwaśniałe mleko, mokra sierść, gnijące mięso - każdy walczący o wybicie się ponad drapiący w nos odór niemytych goblinów. Joe spróbował myśleć o miłych zapachach: czekolada, ciasto, lody truskawkowe...
Rzeczywiście, ogon Henry'ego merdał z podnieceniem, wilgotny nos z zapałem chłonął powietrze. Joe przypiął smycz do obroży.
Stali już na szczycie wysokich schodów, przed ciężkimi drewnianymi wrotami. Randalf ujął wielką kołatkę i zastukał mocno.
Dzyń, dzyń!
Mag obejrzał się na chłopca.
Wyczekująco popatrzył na wrota. Nic się nie działo. Przeszedł się tam i z powrotem, podrapał po głowie, pogładził brodę, przetarł oczy.
Zastukał jeszcze raz, mocniej.
Dzyń, dzyń! Dzyń, dzyń! Dzyń, dzyń!
Wrota otworzyły się gwałtownie.
Randalf uśmiechnął się z przymusem.
- I zapachy.
- I wyjątkową atmosferę.
Joe zmarszczył nos.
Joe rozejrzał się. Pomijając zapachy, Goblinowo było zadziwiające. Domy budowano tu na innych domach, piętro za piętrem, coraz wyżej i wyżej. Kipiące życiem budynki stały po obu stronach wąskich uliczek tworzących istny labirynt. Joe nerwowo zerkał w górę, gdyż konstrukcje chwiały się niebezpiecznie - wyglądały, jakby lada chwila miały się przewrócić. Co więcej, ponieważ domy tu były takie wysokie, światło słońca prawie nie docierało do ciasnych uliczek.
Co nie znaczy, że było całkiem ciemno. Ze ścian zwisały lampki oliwne, mdłym, żółtym blaskiem rozjaśniające gwarne ulice i wypełniające powietrze czarnym dymem. Ostra, gryząca woń łączyła się z innymi nieprzyjemnymi zapachami Goblinowa: paskudnym odorem piekącego się smarkochleba, nieświeżym fetorem niemytych ciał i smrodem sączącym się z kanałów.
Norbert westchnął tylko.
Randalf przytaknął.
I tak, skręcając to w prawo, to w lewo, szli w głąb miasta. Randalf prowadził, wysoko niosąc żółte spodenki. Za nim Norbert i Henry - który obwąchiwał każdy róg ulicy i szarpał smycz - a na końcu Joe. Gobliny tłoczyły się na ulicach, przepychały i potrącały, kłóciły i wrzeszczały - i zupełnie nie zwracały uwagi na idących przez miasto obcych.
Jakiś goblin wpadł na Randalfa. Drugi zerwał spodenki z czubka laski i zniknął w tłumie.
Odwrócili się wszyscy i za szybami niezwykle wysokiego rozklekotanego budynku zobaczyli stojące rzędem manekiny ubrane w ozdobne kostiumy bohaterskich wojowników.
Norbert wpatrywał się w złote litery na szyldzie zawieszonym nad wejściem.
Ku zdziwieniu chłopca, nie zostali długo w Wytwornym Wyposażeniu Winstona. Randalf przeprowadził ich środkiem wspaniałego sklepu - ignorując cmokania i gwizdy elegancko ubranych sprzedawców - na tyły. Tam wspięli się szerokimi schodami.
Dotarli w ten sposób nie na piętro sklepu, jak oczekiwał Joe, ale do całkiem innego. Jaskrawy szyld na ścianie głosił: ELEGANCKI EKWIPUNEK ELTRIPSA. Sprzedawcy, ubrani nieco zwyczajniej, przyglądali się im podejrzliwie.
