Śrubziemie czyli Totalnie zakręcony świat -  Chris Riddell; Paul Stewart - ebook

Śrubziemie czyli Totalnie zakręcony świat ebook

Chris Riddell; Paul Stewart

0,0

Opis

[PK]

Gdzie można znaleźć perfumowane bagno, pełne różowych cuchnących świnek i eksplodujących gazowych żab? Gdzie można spotkać latające szafy i przerażające pluszowe misie? Gdzie mieszka mag, który zna tylko jedno zaklęcie, z płaczliwym ogrem i złośliwą papugą?

Witajcie w Śrubziemiu - krainie, gdzie wszystko może się zdarzyć. I zwykle się zdarza!

Czarodziej Randalf zamierza wezwać do Śrubziemia wielkiego wojownika. Ale swym nieudolnym (jak on sam) zaklęciem sprowadza zwyczajnego chłopca ze zwyczajnej Ziemi. Tak więc Joe musi odegrać rolę bohatera i wziąć udział w wielkiej bitwie między siłami dobra, zła i mniej-więcej-w-porządku. I zdemaskować podstępnego doktora Pieszczocha, który ściąga na Śrubziemie okropne niebezpieczeństwo...

[opis okładkowy]

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 369

Rok wydania: 2003

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zopwsz^y wszystkich ^arzycielidoprzekroczenb

Sena WYOBRAŹNI dla m,odych czytelników

Troll zastanowił się.

Cofnęły się jeszcze o krok.

- Dwie szafy i stołek do fortepianu po lewej! - os

Kamerdyner zmarszczył brwi.

Paul Stewart i Chris Riddell

Zaczarowanym życiem, czyli światową klasyką

Diany Wynne Jones, wielkiej poprzedniczki i inspiratorki autorki Harry’ego Pottera, zainaugurowaliśmy nową serię WROTA WYOBRAŹNI. Seria ta przedstawia magię w wielu wymiarach, nie zawsze z udziałem czarodziejów, za to pełną tajemniczości, a nieraz nawet grozy.

Chcemy otworzyć wiele „wrót wyobraźni” - przed młodymi, trochę starszymi, a nawet dorosłymi marzycielami. Książki tej serii łączy nie tematyka, ale wspaniała nieposkromiona wyobraźnia autorów, ich niespotykany talent literacki i niepowtarzalny nastrój.

We WROTACH WYOBRAŹNI spotkamy czarodziejów i komputery, przerażające istoty i mordercze machiny, młodego agenta ś la James Bond i żyjące lalki. Słowem, różne odmienne i dziwne światy: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Zajrzymy tam, gdzie trafia tylko marzenie, sen i fantazja.

W świat wielkich przygód, walki dobra i zła, niezapomnianych bohaterów i niezwykłości.

Zopwsz^y wszystkich ^arzycielidoprzekroczenb

Sena WYOBRAŹNI dla m,odych czytelników

Troll zastanowił się.

Cofnęły się jeszcze o krok.

- Dwie szafy i stołek do fortepianu po lewej! - os

Kamerdyner zmarszczył brwi.

Paul Stewart i Chris Riddell

Zopwsz^y wszystkich ^arzycielidoprzekroczenb

WRÓT WYOBRAŹNI!

Śrubziemie to totalnie zakręcony świat nietoptaków, przytupiemiczków, fruwającego jeziora, trzech księżyców, słońca wschodzącego, kiedy chce... i czarów. To właśnie czary wiodą przypadkowego bohaterskiego wojownika przez Goblinowo (zatkaj nos!), Góry Stęchliste (jak wyżej), Trollowy Most (płacisz jednego maglowurcla), aż do złowrogiej Chichotliwej Polany, gdzie niegodziwy złośliwiec wykuwa swą straszliwą tajną broń...

Rarytasy literackie

Sena WYOBRAŹNI dla m,odych czytelników

Clive Barker ABARAT

Dębi Gliori

ABRAMAKABRA, CZYLI JAK ZAŁATWIĆ MAFIĘ Charlotte Haptie

OTTO I LATAJĄCE BLIŹNIACZKI

D.W. Jones Seria ŚWIATY CHRESTOMANCIEGO ZACZAROWANE ŻYCIE TYDZIEŃ CZARÓW

MAGOWIE Z CAPRONY

Erik L'Homme Seria KSIĘGA GWIAZD CZARNOKSIĘŻNIK KADEHAR PAN SHA

Philip Reeve ŻYWE MASZYNY

Paul Stewart, Chris Riddell ŚRUBZIEMIE, CZYLI TOTALNIE ZAKRĘCONY ŚWIAT Sylvia Waugh MENNYMSOWIE MENNYMSOWIE NA WYGNANIU Chris Wooding ZMORY ALAIZABEL

W przygotowaniu Dębi Gliori ABRAMAKABRA, CZYLI SKLONUJ SIĘ oraz seria Paula Stewarta i Chrisa Riddella KRONIKI KRESU

Paul Stewart i Chris Riddell

ŚRubZIEMIE

czyli totalnie zakręcony świat

Przekład Piotr W. Cholewa

AHBER

Tytuł oryginału MUDDLE EARTH

Redaktorzy serii MAŁGORZATA CEBO-FONIOK EWA TURCZYNSKA

Redakcja techniczna ANDRZEJ WITKOWSKI

Korekta

BARBARA CYWIŃSKA

MARIA RAWSKA

Ilustracje

CHRIS RIDDELL

Opracowanie graficzne okładki

'studio graficzne wydawnictwa amber

Skład WYDAWNICTWO AMBER

Wydawnictwo Amber zaprasza na stronę Internetu http://www.amber.sm.pl

Text and illustrations copyright © Paul Stewart and Chris Riddell 2003. Originally published by Macmillan Childreifs Books Ltd., under the title Muddle Earth. Ali rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2003 by wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

InilĘ: Joe Jefferson ZAWÓD: uczeń HOBBY: piłka nożna, TV, kłótnie z siostrą

ULUBIOHE POTRAWY: dowolne, których nie ugotował Norbert

. IMIĘ: Randalf Mądry, czołowy mag Śrubziemia ZAWÓD: no... czołowy mag Śrubziemia HOBBY: rzucanie czarów

(To chyba jakiś czar! - Weronika) UHJBIOHE POtRAWY: kijanki w cieście, specjalność Norberta

ImiĘ: Henry

ZAWÓD: pies Joego HOBBY: spacery, gonienie wiewiórek, obwąchiwanie siedzeń obcych ludzi UHJBIOHE POTRAWY: psia karma, oczywiście

IfflIĘ: Norbert Nie-Za-Wielki ZAWÓD: ogr HOBBY: ssanie kciuka, gotowanie, a zwłaszcza dekorowanie ciast ULUBIOnE POtKAWY: wszystkie

IMIĘ: Weronika ZAWÓD: papuga czołowego maga Randalfa Mądrego Hobby: złośliwości ULUBIOHE POTRAWY: dowolne, których nie ugotował Norbert

IlfflĘ: Rogaty Baron ZAWÓD: władca Śrubziemia i mąż Ingrid HOBBY: panowanie

i robienie tego, co każę mu Ingrid ULUBIODE POtRAWY: cuchowsianka

ImiĘ: doktor Pieszczoch (Pst! Nie wymawiajcie głośno tego imienia!) ZAWÓD: (Pst! Nikt nawet nie wie, że on istnieje) HOBBY: (Nie przeczytaliście poprzedniej linijki?) UUJBIOnE POTRAWY: przytupierniczki

Księga 1

GilberJ GiGAntYcznY

Noc zapadała nad Śrubziemiem. Słońce zaszło, niebo pociemniało, a dwa z trzech księżyców wzniosły się już ponad Górami Stęchlistymi. Jeden z nich był fioletowy niczym nietoptak, drugi żółty jak spodenki ogra w dzień prania. Oba świeciły jasno, w pełni. Wszędzie dały się słyszeć hałasy - to stworzenia dzienne (takie jak drzewne króliki, pagóryby i różowe cuchnące świnki) życzyły dobrej nocy stworzeniom nocnym (takim jak szczudłomyszy, le-niptaki i wybuchowe żaby gazowe), które właśnie wstawały. Wysoko nad ich głowami nietoptaki opuszczały swe grzędy i wzlatywały w niebo zabarwione w żółte i fioletowe pasy. Kiedy wpadały na siebie, przestrzeń wypełniała się ich charakterystycznym wołaniem: „Auć!”

W Elfiej Puszczy drzewa pochylały się i uginały, gdy chłodny wiatr szarpał ich gałęziami. W Perfumowanym Bagnie lepkie błoto bulgotało i pluskało. W dalekich Ogrowych Wzgórzach rozlegał się mlaszczący odgłos tysiąca ssanych kciuków i tysiąca sennych głosów mruczących „Mamo...”

Migotliwe światła błyszczały nad zatłoczonym Goblinowem. Gobliny szykowały wieczorny posiłek, a powietrze wypełniały zapachy cuchowsianki i smarkochleba - oraz wołania kucharek sześciu, albo i więcej.

- Naplułaś do tego?

-Nie.

- No to szybko, bo wkładam do piekarnika.

W przeciwieństwie do miasteczka, Trollowy Most stał pogrążony w zimnym, wilgotnym mroku. Żyjące tu trolle nie widziały nawet kapusty i rzepy zjadanej na kolację. Ich grube głosy rozbrzmiewały głucho z mieszkań pod mostem.

- Czy kto widział mojego maglowurcla?

- Tu jest!

- Au! To moja głowa!

Gdy fioletowe i żółte cienie opadły od Gromodruiny w dół, ku wielkiemu zamkowi Rogatego Barona, wysoki, przenikliwy głos rozległ się z okna najwyższej wieży. Ktoś jeszcze z mieszkańców Śrubziemia miał kłopoty z odróżnieniem warzywa od głowy.

- Walterze, ty rzepogłowie! WALTER! Gdzie jesteś?

Głos należał do Ingrid, żony Rogatego Barona. I nie był to głos pełen zadowolenia.

- Biegnę, mój skarbie! - odpowiedział baron, wspinając się po spiralnych schodach.

- Właśnie znalazłam w tym katalogu coś, co naprawdę bym chciała - mówiła dalej Ingrid. - Śpiewające kotary. Piszą tutaj: „Żadna szanująca się żona Rogatego Barona nie powinna mieszkać bez tych zaczarowanych kotar okiennych, które wieczorem zaśpiewają jej kołysankę do snu, a następnego ranka czule przebudzą piosenką”. Chcę słuchać kołysanek śpiewających kotar, Walterze. Chcę być budzona piosenką. Słyszysz?

- Głośno i wyraźnie, miłości mego życia! - zapewnił ze znużeniem Baron. - Aż nazbyt głośno i wyraźnie - dodał pod nosem.

W chwilę później trzeci księżyc Śrubziemia - nieduża zielona kula, która pojawiała się chyba tylko wtedy, kiedy miała na to ochotę - wypłynął na niebo, by utworzyć idealny trójkąt równoboczny ze swym żółtym i fioletowym sąsiadem. Trzy księżyce oświetliły Zaczarowane Jezioro, zawieszone wysoko nad ziemią, i siedem wspaniałych barek mieszkalnych, kołyszących się na lśniących wodach.

Sześć z nich było ciemnych i opuszczonych, siódma stała zalana żółtym światłem lamp oliwnych. Niski, krępy osobnik o imieniu Randalf obserwował z górnego okna układ barwnych księżyców. Na jego łysej głowie siedziała papużka falista.

- Norbercie - zwrócił się po chwili do swego asystenta. - Znaki astralne są pomyślne. Podaj mój spiczasty kapelusz, jeśli można. Czuję, że zbliża się zaklęcie.

- Natychmiast, proszę pana - odpowiedział Norbert głosem szorstkim, lecz pełnym dobrych chęci. Przeszedł przez kabinę do komody maga, a cała barka rozkołysała się i rozhuśtała. Norbert Nie-Za-Wielki był dość cherlawy jak na ogra, ale jednak był ogrem, a ogry - nawet cherlawe - są duże i ciężkie.

- Czujesz, że zbliża się zaklęcie? - ode zwała się papuga o imieniu Weronika. -Nie, nie mów! Czyżby przypadkiem zaklęcie pozwalające przywołać do Śrubziemia bohaterskiego wojownika?

- Możliwe - przyznał z wahaniem Randalf.

Weronika parsknęła.

- Ależ z ciebie mag! Znasz tylko to jedno!

- Tak, tak, nie musisz mi wypominać. Robię, co mogę. Skoro wszyscy inni magowie są... ehem... odeszli, to ja muszę bronić twierdzy!

- To jest barka, nie twierdza. A inni magowie nie odeszli, tylko...

- Cicho, Weroniko - przerwał jej ostro Randalf. - Obiecałaś nigdy już nie wspominać o tym strasznym incydencie.

Barka zakołysała się znowu - to wracał Norbert.

- Pański kapelusz - powiedział. Randalf wcisnął go sobie na głowę.

- Dziękuję ci, Norbercie - rzekł, starając się opanować zdenerwowanie. Strasznie jest przemądrzała ta Weronika. Dlaczego nie mógł mieć jakiegoś miłego i sympatycznego zwierzątka, na przykład wybuchowej żaby gazowej albo ośli-złego demona bagiennego? Owszem, może i pachniałyby trochę nieładnie, ale przynajmniej by bez przerwy nie dogadywały. Nie jak ta piekielna papuga. Niestety, był skazany na Weronikę, więc musiał robić to, co zwykle robił w takich sytuacjach - dobrą minę do złej gry.

Z fałd płaszcza ostrożnie wyjął arkusik papieru, rozwinął delikatnie i odchrząknął.

- No to się zaczyna - dobiegł stłumiony głos spod kapelusza. Randalf zaczął odczytywać z kartki inkantację.

- Witam was, potrójne księżyce Śrubziemia; świećcie na te słowa zaklęcia, które teraz wypowiem... ehem...

- Na razie wszystko w porządku i jak trzeba - oceniła Weronika. - Ale musisz się skupić na tym ostatnim fragmencie.

- Tyle wiem - burknął Randalf przez zaciśnięte zęby. - Bądź teraz cicho, bo właśnie usiłuję się skupić.

- Chyba po raz pierwszy - mruknęła papuga, wysuwając się spod ronda kapelusza.

Randalf żałośnie patrzył na zaklęcie. Chociaż nie chciał tego przyznać, Weronika miała rację. Rzeczywiście musiał się skupić na końcowym fragmencie zaklęcia. Kłopot polegał na tym, że dolna część kartki została oderwana, a wraz z nią wszystkie słowa istotne

dla przywołania bohaterskiego wojownika. Po raz kolejny będzie musiał improwizować.

- Sprawca Cudów, Mistrz Sztuk Zawiłych, Posiadacz Talentów Dech Zapierających... - zaczął.

- Tylko nie przesadzaj - ostrzegła Weronika. - To samo mówiłeś ostatnim razem, kiedy sprowadzałeś bohaterskiego wojownika. Chcesz tu ściągnąć jeszcze jednego Quentina Dekoratora Ciast?

- Nie. Masz rację. - Randalf w zadumie poskrobał się po brodzie. - No dobrze - zdecydował w końcu. - Co powiesz na to?

Nabrał tchu.

- Silny... i lojalny... i... - Rzucił papudze niechętne spojrzenie. - Kudłaty. O, potrójne księżyce, świećcie jasno z góry, niech bohaterski wojownik wypadnie tu z dziury!

Błysnęło zielone światło, coś trzasnęło, z kominka wzniósł się kłąb fioletowego, pomarańczowego i zielonego dymu. Randalf, Norbert i Weronika odwrócili się i z rozdziawionymi ustami (i dziobem) patrzyli na figurę, która pojawiła się w dymie.

- Co to jest? - spytał Norbert.

Weronika zaskrzeczała z radości.

- Powiem tylko jedno - rzekła. - Wracaj Quentinie Dekoratorze Ciast! Wszystko zostało ci wybaczone!

- Cicho bądź, Weroniko - burknął Randalf. -1 przestań się natrząsać. Będzie dobrze. Możesz mi wierzyć. Jestem magiem.

Joe ze złością odłożył pióro i zatkał uszy, by nie słyszeć potwor-/ nego hałasu.

- To beznadziejne! - wrzasnął. - Beznadziejne!

Zgiełk dobiegał ze wszystkich stron - z góry, z dołu, z sąsiedniego pokoju... Czuł się, jakby ktoś go wetknął w gigantyczną kanapkę z hałasem.

Na blacie przed nim tytuł zadanego wypracowania - v4toja, 20^ - tkwił samotnie na czystej kartce papieru. Był wczesny wieczór kończący słoneczną letnią niedzielę i jeśli Joe miał zamiar odrobić pracę domową i oddać ją w poniedziałek rano, mu-siał się wziąć do roboty. Ale jak tu myśleć w takim piekielnym gwarze?

Joe Jefferson mieszkał w małym domku z cegły, razem ze swoją mamą, tatą, starszą siostrą, młodszymi braćmi bliźniakami i psem Henrym. Przypadkowemu obserwatorowi Jeffersonowie wydawali się pewnie miłą, spokojną rodziną. Dopiero jednak kiedy ktoś przestąpił próg ich domu, pojmował, że tacy nie są na pewno.

Pani Jefferson pracowała w banku. Była wysoka, smukła, ciemnowłosa i fanatycznie wielbiła porządek. Pan Jefferson - akwizytor za dnia i entuzjasta majsterkowania wieczorami, w niedziele i święta oraz we wszystkich wolnych chwilach -był mężczyzną niskim, krępym i najszczęśliwszym, kiedy trzymał w rękach jakieś narzędzie.

Przez lata pan Jefferson zbudował garaż, przerobił strych, połączył pokoje, zawiesił półki i szafki, zbudował cieplarnię, urządził ogródek, a obecnie pracował nad poszerzeniem kuchni. Przynajmniej on tak twierdził. Według pani Jefferson, jej mężowi najlepiej wychodziło robienie bałaganu.

W tej chwili wiertarka elektryczna walczyła o pierwszeństwo z odkurzaczem, gdyż pani Jefferson podążała za mężem po kuchni - z rurą wzniesioną niczym miecz świetlny - i wsysała pył, zanim zdążył opaść.

Hałas wprawiał w drżenie podłogę pokoju chłopca. Joe pokręcił głową. W tym tempie nigdy nie skończy wypracowania, a wtedy będzie miał poważne kopoty z panem Dixonem.

Zastanawiał się zniechęcony, czemu ojciec nie znalazł sobie jakiegoś miłego, spokojnego hobby, jak na przykład szachy albo haft artystyczny, i czy mama musi przejawiać taką obsesję na punkcie czystości. I dlaczego jego siostra Ella - zajmująca pokój przebudowany ze strychu - wszystko, co robi, od przeglądania magazynu po nakładanie makijażu - musi robić przy akompaniamencie głośnej, dudniącej muzyki. I dlaczego ulubioną zabawą bliźniaków jest bieganie z wrzaskiem tam i ? powrotem po schodach?

Otworzył szufladę biurka, wyjął stopery i już miał je wcisnąć w uszy, kiedy Henry wydał z siebie mrożące krew w żyłach wycie i zaczął szczekać jak wściekły.

- Dość tego! - zawołał Joe, poderwał się i przemaszerował przez pokój. - Chodź tu, piesku.

Szczekanie stało się głośniejsze. Dobiegało z łazienki, podobnie jak zachwycone wrzaski Marka i Matta.

- On jest tutaj, Joe! - krzyknęli.

- Henry! - zawołał jeszcze raz Joe. - Do nogi!

Henry wybiegł na korytarz i z wywieszonym językiem stanął przed chłopcem. Merdał ogonem i sapał. Za nim pojawili się bliźniacy.

- Znowu pił z muszli! - tłumaczyli z podnieceniem. - No to spuściliśmy wodę!

Joe zauważył krople kapiące z kudłatego pyska Henry’ego. Zaśmiał się.

- Będziesz miał nauczkę - stwierdził.

Pies zaszczekał z zadowoleniem i podał łapę. Na górze Ella otworzyła drzwi i muzyka stała się jeszcze głośniejsza niż do tej pory.

- Uciszcie tego psa! - krzyknęła.

Z dołu warkot wiertarki zastąpiło głośne stukanie młotka.

- Chodź, piesku - rzeki Joe. - Uciekajmy z tego domu wariatów. Odwrócił się i z Henrym przy nodze zbiegł po schodach do drzwi.

Z wieszaka porwał smycz i już miał wyjść, kiedy zauważyła go mama.

- Gdzie się wybierasz?! - zawołała, przekrzykując szum odkurzacza i walenie młotka.

- Na dwór - odparł Joe. Otworzył drzwi.

- Ale gdzie?

Jednak chłopca już nie było.

Pobliski park był pusty. Joe chwycił patyk i rzucił jak najdalej, a Henry pogonił za nim, złapał i położył przed chłopcem na ziemi, czekając na następny rzut. Joe uśmiechnął się. Choćby życie wydawało się całkiem beznadziejne, zawsze mógł liczyć na Henry’ego, że go pocieszy. Podrapał psa za uszami, rzucił kij i poszedł za nim.

Biegli po trawie, obok kępy drzew i w dół ze wzgórza. Niedaleko strumyka Joe gwizdnął na Henry’ego i założył mu smycz. Gdyby pies znowu zaczął się chlapać w brudnej wodzie, mama by się wściekła.

Przyjaźnie poklepał psa po głowie.

- Chodź, piesku, musimy już wracać. Wypracowanie samo się nie napisze. - Odwrócił się. - „Moja zadziwiająca przygoda” -mruknął pod nosem. - Ależ głupi tytuł... Henry, co się dzieje?

Henry stał nieruchomo. Jeżył sierść na grzbiecie i marszczył nos.

- Co jest, piesku?

Joe przyklęknął i podążył wzrokiem za skupionym spojrzeniem psa. Henry napiął smycz i zaskomlał.

- Co ty tam zobaczyłeś? - zastanawiał się Joe. - Mam nadzieję, że nie wiewiórkę. Pamiętasz, jak się to skończyło ostatnim razem... Aaargh!

Nie mogąc się dłużej powstrzymać, Henry skoczył nagle przed siebie. Ze spuszczoną głową i z nosem przy ziemi ciągnął Joego za sobą prosto w wielki krzak rododendronu. Na szczęście biegł w stronę dziury w ciemnym listowiu. Na nieszczęście dziura miała tylko rozmiar psa.

- Stój, Henry! Stój! - wołał Joe i na próżno szarpał smycz. -Zatrzymaj się, ty głupi...

Końcową część zdania stłumiły liście w ustach, gdy Joe zderzył się z krzakiem. Pochylił głowę i starał się wolną ręką osłaniać oczy. Henry wciągał go coraz dalej i dalej.

I nagle gałęzie i liście zatrzeszczały od srebrzystych linii ładunków elektrycznych, powietrze zamigotało, wypełniła je powolna, żałobna muzyka... i zapach przypalonej grzanki.

- Co się.- wy sapał Joe, a w następnej chwili został wciągnięty w długi, błyszczący tunel. Muzyka zabrzmiała głośniej. Zapach spalenizny stawał się silniejszy, bardziej przenikliwy, aż...

ŁUPS!

- Aaa! - wrzasnął Joe.

Nadal spadał, teraz jednak czuł, jak ściany tunelu ocierają mu łokcie i obijają kolana. Było ciemno - całkowicie. Krzycząc z przerażenia i bólu, chłopiec wypuścił smycz. Henry zniknął gdzieś pod nim. Po czasie, który wydawał się wiecznością, Joe wypadł z długiego, pionowego tunelu i ciężko uderzył o podłogę.

Otworzył oczy. Siedział na kafelkach, poobijany i oszołomiony, otoczony chmurą duszącego pyłu, nie mając pojęcia, co się właściwie stało.

Czyżby wpadł do jakiejś dziury pod krzakiem?

Czy uderzył głową o jakąś gałąź tak mocno, że teraz miał zwidy?

Chmura pyłu opadała z wolna. Joe zauważył, że siedzi w wygasłym kominku, za wielkim kotłem zawieszonym na łańcuchach. Wyjrzał na słabo oświetlone i wyjątkowo zagracone pomieszczenie.

Pod wszystkimi ścianami widział stoły zastawione słojami, papierami i jakimiś dziwacznymi przyrządami. Były też stołki, komody i szafki pełne leżących w stosach pudełek, butelek i książek. Każdy wolny kawałek ściany zajmowały półki i regały, mapy i plany, a także niezliczone haki, z których zwisały gałązki, korzonki, zasuszone rośliny, martwe zwierzęta i ptaki oraz lśniące przyrządy, których zastosowania nawet się nie domyślał. Co do podłogi, stały na niej pękate worki, gliniane naczynia i rozmaite kanciaste aparaty z drewna i metalu, ze sprężynami, tłokami i kołami zębatymi. Pośrodku zaś tego wszystkiego zobaczył dwóch osobników odwróconych do niego plecami.

Jeden był niski i grubiutki, miał rozczochraną grzywę siwych włosów i kapelusz, na którego rondzie siedziała papuga. Drugi był zwalisty, nieforemny i tak wysoki, że musiał się schylać, by nie zaczepić głową o ciężkie kandelabry pod sufitem.

- Niewiele mówi, prawda? - odezwał się ten zwalisty i nieforemny.

- Najwyraźniej należy do tych twardych i milkliwych, Norbercie - odpowiedział grubasek.

- W przeciwieństwie do Quentina Dekoratora Ciast - wtrąciła papuga.

Grubasek schylił się.

- No, nie ma się czego wstydzić - rzekł. - Mam na imię Ran-dalf. A jak ty się nazywasz?

Joe wstał z trudem. To wszystko nie dzieje się naprawdę. Nie można przecież wyjść z psem na spacer, wpaść w krzaki i wylądować w czyjejś kuchni. Zacisnął powieki i potrząsnął głową. A w ogóle to gdzie się podział Henry?

W chwilę później pies szczeknął krótko i ostro.

- Chwat? - zdziwił się Norbert. - Czy on powiedział „Chwat”?

- Tak jest, Chwat - ucieszył się niski osobnik i radośnie pokiwał głową. - Oczywiście. To świetne imię dla bohaterskiego wojownika: krótkie i znaczące. - Pochylił się i dodał konspiracyjnym szeptem: - Chwat Mocarny? Chwat Zabójca? Chwat... Kudłaty?

Henry znów zaszczekał.

- Henry! - krzyknął Joe.

Szaleńczo machając ogonem, pies wynurzył się zza Norberta i podbiegł do kominka. Joe uścisnął go mocno. Przyjemnie jest zobaczyć znajomą twarz, nawet jeśli to pysk i w dodatku we śnie.

- Kim jesteś? - zabrzmiał surowy głos.

Joe podniósł wzrok. Dwaj osobnicy przyglądali mu się podejrzliwie. Ten niski miał krzaczastą siwą brodę. Ten wysoki miał troje oczu. Obaj stali nieruchomo, wlepiając w niego spojrzenia (wszystkich pięciorga oczu) i rozdziawiając usta. Pierwsza odezwała się papuga.

- Pytałam, kim jesteś - powtórzyła groźnie.

- Jestem... Jestem Joe - odparł niepewnie chłopiec.

- Nie widzisz, Weroniko?! - wykrzyknął Randalf. - To na pewno jego giermek. - Wskazał Joego palcem. - Wszyscy bohaterscy wojownicy mają giermków. Kwendigor Kłamliwy miał goblina Pie-kłomiota, Othar Ohydny miał Sworga Krwawego Pryszcza...

- Quentin Dekorator Ciast miał Mary, pudelka - mruknęła Weronika.

- Cicho bądź, Weroniko - burknął Randalf. - Musisz wybaczyć mojemu ptakowi - zwrócił się do Henry’ego. - Ostatnio robi się przemądrzała. - Spojrzał na chłopca. - Nie mylę się, prawda? Jesteś giermkiem Chwata Kudłatego? Nosicielem miecza, być może? Albo ostrzycielem topora?

- Właściwie to nie - odparł wciąż oszołomiony Joe. - A on ma na imię Henry, nie Chwat. Trzymałem smycz, kiedy...

- Więc jesteś jego nosicielem smyczy - przerwał mu Randalf. -Joe Nosiciel Smyczy. Niezwykłe, przyznaję, ale nie niespotykanie.

Papuga, która miała na łapkach małe, ale mocne sznurowane buciki, chrząknęła.

- Ja na przykład nigdy się z czymś takim nie spotkałam - oznajmiła.

- Cicho bądź, Weroniko - mruknął Randalf i strącił ptaka z ronda kapelusza. - Zapomnieliśmy o dobrych manierach - mówił dalej, zwracając się znów do Henry’ego. - Pozwolisz, że przedstawię się, jak wypada. Jestem Randalf Mądry, czołowy mag Śrubziemia.

- Raczej jedyny mag - wtrąciła Weronika, siadając mu na ramieniu.

- To zaś - mówił dalej Randalf, nie tracąc rytmu - jest mój asystent Norbert. Norbert Nie-Za-Wielki, żeby zaprezentować jego pełny tytuł.

- Nie za wielki? - zdumiał się Joe. - Przecież jest ogromny!

- Wyższy niż ty i ja, przyznaję. Ale jak na ogra, Norbert jest osobnikiem niedużym i dość szczupłym.

- Żałuj, że nie widziałeś mojego ojca. - Norbert pokiwał głową. - On to był ogromny...

- Ale wracajmy do rzeczy - podjął Randalf. - Wezwałem cię tutaj, Henry, bohaterski wojowniku, abyś...

- Bohaterski wojowniku? - przerwał mu Joe. - Henry nie jest żadnym wojownikiem! To mój pies!

Henry zamerdał ogonem i przewrócił się na grzbiet.

- Co on robi? - wystraszył się Norbert, szeroko otwierając troje oczu.

- Chce, żebyś podrapał go po brzuchu. - Joe miał nadzieję, że lada chwila obudzi się w szpitalu z obandażowaną głową i świat znów będzie normalny.

- No, Norbercie, podrap go po brzuchu - zachęcił Norberta Randalf.

- Ale proszę pana... - zaprotestował słabym głosem ogr.

- Podrap! - przerwał mu surowo Randalf. - To rozkaz.

Norbert pochylił się, aż cała kuchnia się zakołysała. Delikatnie pogłaskał Henry’ego po brzuchu wielkim paluchem.

- Jeszcze! - dodawał mu odwagi Randalf. - Nie ugryzie. - Uśmiechnął się do Joego. - Wydaje się, że nastąpiło pewne nieporozumienie - rzekł, gładząc brodę.

- Z tobą zawsze są nieporozumienia - pisnęła papuga.

- Cicho bądź, Weroniko. Odniosłem wrażenie, że Henry Kudłaty jest bohaterskim wojownikiem, którego zamawiałem, silnym, lojalnym i tego... no, kudłatym. Ale jeśli, jak stwierdziłeś, jest on w rzeczywistości psem, to ty musisz być bohaterskim wojownikiem...

- Nie wydaje się bardzo silny, ani nawet bardzo kudłaty, skoro już o tym mowa - zauważyła Weronika z lekceważeniem. - Jeśli on miałby być bohaterskim wojownikiem, to ja jestem doktor Pieszczoch z Chichotliwej Polany!

- Weroniko! - skarcił ją Randalf. - Już ci raz powiedziałem, że mówiłem chyba tysiąc razy, żebyś nigdy nie wymawiała imienia tej osoby w mojej obecności!

- Wracają wspomnienia, co? - zadrwiła Weronika i podfrunęła w górę.

Randalf próbował ją strącić.

- Au! Uważaj, jak latasz! - Norbert cofnął się, gdy papuga zaczepiła butem o jego ucho.

Joe złapał za wielki kocioł, gdyż kuchnia przechyliła się wyraźnie.

- Jeszcze ci dołożę, ty klocu! - krzyknęła papuga.

- Ty i jaka armia? - zapytał lekceważąco ogr.

Joe przyglądał się z otwartymi ustami, jak ogr, papuga i mag wymyślają sobie wzajemnie. To jakieś szaleństwo. Co to za jedni? Gdzie się znalazł? A co najważniejsze, jak stąd wróci do domu?

- Ja... Naprawdę miło mi było was poznać - zapewnił, przerywając spór. - Ale robi się późno, a nie odrobiłem jeszcze lekcji. Naprawdę muszę już iść...

Cała trójka w pół słowa przerwała swoje narzekania, złośliwości i krytyki, by spojrzeć na niego z zaskoczenem.

- Późno? - zdziwił się Randalf.

- Iść? - powtórzył Norbert.

Weronika podskakiwała gorączkowo na głowie maga, strosząc pióra.

- Nigdzie stąd nie pójdziesz - pisnęła.

Auu! - krzyknął Joe, rozcierając ramię.

- Jeszcze raz, proszę pana? - zapytał pochylony nad nim ogr.

- Nie, trzy zupełnie wystarczą - odparł ze smutkiem Joe.

Nie ma nic lepszego od uszczypnięcia przez ogra, by przekonać człowieka, że nie śni. Joe był już tego całkiem pewien. Ale w takim razie gdzie właściwie się znalazł? I jak się tu dostał? Henry machał ogonem i lizał dłoń ogra.

Zanim chłopiec zdążył zadać choć jedno pytanie, zegar na ścianie nad kominkiem zabrzęczał nagle, rozległ się kaszel, chrząka-nie, potem uderzenia pięści i stóp o małe drewniane drzwiczki, które otworzyły się z trzaskiem. Wyskoczył przez nie mały elf - ubrany w brudne spodenki i obwiązany długą gumką - i rzucił się w przestrzeń.

- Piąta godzina! - zaskrzeczał, gdy gumka się naciągnęła i szarpnęła go z powrotem. Pofrunął w tył i ze stłumionym trzaskiem zniknął wewnątrz zegara.

- Piąta? - powtórzył zniechęcony Randalf. - Przecież na dworze jest ciemno.

Drzwiczki otworzyły się po raz drugi i wysunęła się głowa elfa.

- Czy coś koło tego - oświadczył i zniknął ponownie.

- Przeklęty zegar znowu się spóźnia -mruczał Randalf. - Trzeba wyczyścić mechanizm.

- Też tak uważam - stwierdziła Weronika. - Widzieliście, w jakim stanie miał spodenki?

- Cicho bądź, Weroniko.

- Cicho bądź, Weroniko! - powtórzyła oburzona papuga. - Na wszystko masz taką odpowiedź. Ale ja nie będę cicho! Ty nazywasz siebie magiem? Masz tylko jedno zaklęcie i nawet tego nie umiesz rzucić prawidłowo! - Machnęła skrzydłem w stronę Joego. -No, popatrz na niego - powiedziała. - Czy to tylko mnie się wydaje, czy też nasz tak zwany bohaterski wojownik jest odrobinę niski? A przy tym jakiś mizerny i ciężko myślący. A co do tego kudłatego giermka...

- Pst, Weroniko - poprosił Norbert. - Ranisz jego uczucia.

Henry zamerdał ogonem.

- Och, patrzcie, pokiwał merdałką! - zawołał Norbert. - Czy chce, żeby go podrapać po brzuchu? Chce? Chce?

Poskoczył kilka razy z podniecenia. Pomieszczenie zakoły-sało się gwałtownie, a kolejne książki i narzędzia posypały się na podłogę.

- Norbercie! - rzucił surowo Randalf. - Zachowuj się. Pamiętasz chyba, co się zdarzyło z pudlem Mary? I nie chciałbyś, żeby to samo znów się powtórzyło. Prawda?

Norbert przestał skakać i powlókł się w kąt pokoju.

- Bardzo nerwowe zwierzaki, takie pudle - stwierdziła Weronika, siedząca na głowie maga. - Zabrudziła nam dywan.

- Cicho bądź, Weroniko! - zawołał Randalf. - Przestań stale wracać do Quentina. Mamy nowego bohaterskiego wojownika i na pewno świetnie da sobie radę. - Chwycił Joego za ramię. - Prawda, Joe? Idealnie się nada dla Rogatego Barona. Musimy go tylko wyekwipować...

- Wyekwipować? - powtórzył Joe. - Co to znaczy „wyekwipować”? Nie chcę być wyekwipowany. Chcę tylko wiedzieć, o co tu chodzi - dokończył gniewnie.

- Spokój, spokój! - zawołała Weronika.

- Porywczy temperament bohaterskiego wojownika - uznał Randalf. - Znakomicie.

- O czym wy mówicie? - Joe nadal nic nie zrozumiał. - Muszę wrócić do domu na podwieczorek. I mam napisać wypracowanie. Jeszcze nawet nie zacząłem...

- Podwieczorek? Wypracowanie? - Randalf uśmiechnął się. -Ach tak, wspaniałe czyny bohaterskiego wojownika: wielki turniej w porze podwieczorku i wypracowanie planu zabicia potwora. Oczywiście, musisz wrócić do tych zadań, ale gdybyś najpierw mógł nam pomóc z całkiem drobnymi problemami, jakie mamy tutaj...

- Nie mogę! - upierał się Joe. - Jutro muszę iść do szkoły. Muszę wrócić. Jeśli mnie tu sprowadziliście, to możecie mnie odesłać.

- Nie byłabym taka pewna - mruknęła Weronika.

- Wydaje mi się, że nie zdajesz sobie sprawy, jak trudne jest przywołanie bohaterskiego wojownika z innego świata - oświadczył z powagą Randalf. - Przecież bohaterowie nie rosną tak sobie na drzewach... No, poza Krainą Bohaterskich Drzew, ma się rozumieć. To długi, skomplikowany proces, mogę cię zapewnić. W żadnym razie nie tak prosty, jak chyba sądzisz.

- Ale... - zaczął Joe.

- Przede wszystkim trzy księżyce Śrubziemia muszę być idealnie ustawione względem siebie, a nie zdarza się to zbyt często. Gdybyśmy przeoczyli dzisiejszą trójkątną konfigurację, trudno powiedzieć, jak długo musielibyśmy czekać na następną.

-Ale...

- Co więcej - ciągnął Randalf - z powodu pewnej drobnej usterki technicznej w zaklęciu...

- To znaczy, że zgubił gdzieś połowę - wyjaśniła Weronika.

Mag nie zwracał na nią uwagi.

- Jesteś dopiero drugim bohaterem, jakiego udało mi się przywołać. Pierwszym był Quentin...

- Taki z pudlem i kilogramem cukru pudru - dokończyła Weronika.

Joe zdał sobie nagle sprawę, że słyszy ciche chlipanie. Obejrzał się. Trzy wielkie łzy spływały z przekrwionych oczu Norberta.

- Biedny, kochany Quentin - szlochał ogr.

- Płaksa - oceniła go Weronika.

- Przecież nie miał żadnych szans!

- Dajcie już spokój! - Randalf zirytował się wyraźnie.

- Przepraszam pana.

Ogr wytarł rękawem nos, ale wciąż nim pociągał.

- Jak już wspomniałem - podjął mag - pierwszy zjawił się Quentin, a teraz przywołałem ciebie.

- Precież nie miał pan prawa! - krzyknął Joe. - Nie prosiłem, żeby ktoś mnie przywoływał! Nie prosiłem, żeby ciągnąć mnie przez krzaki, a potem przez tunel do tej... graciarni!

- Ale bezczelny - dobiegł stłumiony głos z wnętrza zegara.

-1 nie prosiłem, żeby mnie ekwipował niemądry mag! Ani obrażała niemądra papuga! Ani szczypał niemądry ogr! - wściekał się Joe.

- Muszę zauważyć - wtrącił Norbert - że prosił pan o uszczypnięcie. Powiedział pan „Uszczypnij mnie, a jeśli to sen, to...”

- CICHO! - wrzasnął Joe. - CICHO!

Norbert odskoczył, szeroko otwierając oczy ze zgrozy.

- Ratunku! - huknął. - Na pomoc! Ratunku!

Podskoczył tak wysoko, jak tylko pozwalał sufit, a w chwilę później wylądował ciężko na obu stopach.

Podłoga przechyliła się gwałtownie. Randalf upadł, Weronika podfrunęła, a Joego wyrzuciło w powietrze.

- Aaa! - krzyczał, przelatując obok Randalfa i Weroniki, po czym uderzył o przeciwległą ścianę, minimalnie tylko chybiając otwartego okna. Oszołomiony i bez tchu, osunął się na podłogę. Pokój kołysał się ciągle, tam i z powrotem, tam i z powrotem...

- Norbert, ty ptasi móżdżku! - krzyknął Randalf.

-Jak śmiesz! - zaskrzeczała Weronika. - Ptasi móżdżek, też coś...

Mag westchnął tylko. Podłoga z wolna się uspokajała.

- Przeproś - rozkazał ogrowi.

- Bardzo pana przepraszam - powiedział żałośnie Norbert. -Bardzo, bardzo mi przykro...

- Nie mnie, Norbercie... - wyjaśnił Randalf. Ogr zmarszczył czoło w umysłowym wysiłku. - Naszego gościa, naszego bohaterskiego wojownika - tłumaczył Randalf. - Joego! - dodał zirytowany, wskazując palcem.

- Joe! - zawołał przerażony Norbert, widząc leżącego na podłodze chłopca. - Czy to ja zrobiłem? Ojej, strasznie przepraszam. Tak strasznie, że nie wiem co. - Łzy wezbrały mu w oczach. - Zawsze tak robię ze strachu, kiedy ktoś na mnie krzyknie. Jestem bardzo nerwowy. Właściwie to chcieli nawet mnie nazwać Norbert Mokre Portki, zamiast Norbert Nie-Za-Wielki, ponieważ...

- Tak, tak - przerwał mu szybko Randalf. - Podnieś go, Norbercie. I otrzep.

- Już się robi, proszę pana. Natychmiast.

Ogr ruszył na pomoc chłopcu.

Joe tymczasem wstawał już całkiem samodzielnie. Kiedy jednak Norbert podszedł ciężkim krokiem, pokój znów się zakołysał, Joe zatoczył się w stronę okna...

- Co to takiego? - wykrzyknął.

Randalf wyminął ogra i położył chłopcu dłoń na ramieniu.

- Powinienem wyjaśnić - rzekł. - Witaj w Śrubziemiu.

Joe ledwie potrafił uwierzyć w świadectwo własnych oczu. Przede wszystkim zamiast znajomego białego księżyca widział na niebie aż trzy: fioletowy, żółty i zielony. A pejzaż! Nie oglądał w życiu niczego takiego. Rozległe obszary jaskrawo zielonych lasów i lśniące kamieniste pustkowia. A daleko na horyzoncie dymiące góry.

Najciekawsze jednak było odkrycie, że wcale nie znajduje się pod ziemią, ale na czymś w rodzaju łodzi. Zauważył też inne, pięć... nie, sześć innych, kołyszących się na falach jeziora, które... Nie, to przecież nie ma sensu. Zacisnął mocno powieki, po czym otworzył je znowu.

Nie było wątpliwości. Jezioro wisiało w powietrzu, bez żadnych widocznych podpórek.

Obejrzał się na Randalfa.

- To jezioro... - wykrztusił. - Ono... ono... fruwa!

- Ależ oczywiście - przyznał uroczystym tonem Randalf. -Wiele księżyców temu Zaczarowane Jezioro zostało uniesione przez magów Śrubziemia, i to dla bardzo ważnych przyczyn... Tyle że nikt już nie pamięta, jakie one były. W każdym razie je podnieśli.

Joe zmarszczył brwi.

- Ale jak?

- Potężną magią.

- A to coś takiego, czego ostatnio nie widuje się często - zauważyła Weronika.

- Magią? - powtórzył cicho chłopiec. - Ale...

- Nie musisz się o to martwić, młody bohaterski wojowniku z dalekich krain. Wiele musisz się jeszcze nauczyć. Na szczęście jestem znakomitym nauczycielem.

- Tak, a ja jestem wybuchową żabą gazową! - parsknęła Weronika.

- Cicho bądź, Weroniko.

- Znowu zaczynasz - stwierdziła oburzona papuga i odwróciła się grzbietem.

- Jak właśnie mówiłem - podjął Randalf - nauczę cię wszystkiego, co musisz wiedzieć, by wykonać to proste zadanie, jakie na ciebie czeka. - Uśmiechnął się. - Tym razem wszystko ułoży się jak najlepiej. Czuję to w kościach. Ten oto Joe da nam powód do dumy.

Weronika prychnęła lekceważąco.

- Nadal uważam, że nie wygląda na bohaterskiego wojownika.

- Ale już wkrótce będzie wyglądał - obiecał mag. - Gdy tylko wstanie dzień, ruszamy do Goblinowa.

W tej właśnie chwili elf znowu wyskoczył z zegara.

- Wpół do dwudziestej siódmej, i to jest moje ostatnie słowo -zapiszczał.

Hej! Jupijup! Trutututu bumbumbum! - rozległ się piskliwy glos.

- To wasze zamawiane poranne budzenie!

Brzdęk!

Joe gwałtownie otworzył oczy i zdążył jeszcze zobaczyć elfa znikającego za drewnianymi drzwiczkami zegara. Rozejrzał się więc i jęknął. Wszystko wyglądało identycznie jak wtedy, kiedy zwinął się wczoraj wieczorem w hamaku. Zegar, pokój pełen gratów, jezioro w powietrzu... Co więcej, wciąż było ciemno.

- Niby która to godzina, według ciebie? - zapytał gniewnie Randalf, który pojawił się w drugim końcu pokoju.

Drzwiczki zegara otworzyły się...

- Wczesny ranek - burknął elf. - Czy coś koło tego!

...i zatrzasnęły.

- Co się tu dzieje? - skrzeknęła Weronika. - Ledwie wsunęłam dziób pod skrzydło!

Norbert wynurzył się z mroku, przeciągając się i ziewając.

- To już rano? - zapytał.

Randalf wyjrzał przez okno. Niewyraźny blask wstawał nad horyzontem na wschodzie. Wysoko na niebie hałaśliwe fioletowe nietoptaki szybowały z powrotem ku lasom, by resztę dnia spędzić, wisząc głową w dół z najwyższych dżub-dżub drzew.

- Już prawie - stwierdził.

- Głupi zegar - mruknęła Weronika.

- Słyszałem! - odpowiedział jej pełen urazy głos z zegara.

- Nie warto teraz się kłócić - uznał Randalf. - I tak się już obudziliśmy, więc możemy wcześniej wyruszyć. Wstawaj, Joe. Wyłaź z łóżka! Dziś będzie twój wielki dzień! - Obejrzał się na trójokiego ogra. - Przygotuj śniadanie, Norbercie - polecił.

- Nie dasz się namówić na jeszcze odrobinkę? - zapytał Randalf dziesięć minut później.

- Nie, dziękuję - odpowiedział grzecznie Joe.

- Musisz dbać o swoje siły.

- Jeśli w ogóle jakieś masz - mruknęła Weronika.

Joe spojrzał na pełną mazi chochlę zawieszoną nad jego talerzem.

- Nie zmieszczę już więcej - skłamał.

Norbert przygotował najdziwniejsze śniadanie, jakie Joe w życiu widział - grudkowata zielona owsianka, która smakowała jak agrest, małe ciastko posypane cukrowymi serduszkami i kubek parującego mleka szczudłomyszy.

- Nawet nie ruszyłeś przytupiemiczka - zauważył Norbert z urażoną miną.

- Schowam go na później. Ale wygląda smakowicie.

Ogr westchnął.

- Kochany Quentin nauczył mnie wszystkiego, co wiem. Był prawdziwym geniuszem, jeśli chodzi o cukier puder.

- No dobrze! - Randalf przerwał im, klaskając w ręce. Chwycił swoją laskę. - Zbierajmy się w drogę.

Joe z ulgą zeskoczył z krzesła, złapał smycz Henry’ego i ruszył za magiem na dół. Norbert tupał za nimi.

- Nie możesz się doczekać, co? - pochwalił chłopca Randalf. -To właśnie oznaka prawdziwego bohaterskiego wojownika. Tym razem przywołaliśmy takiego, jak trzeba, Weroniko.

- To samo mówiłeś o Quentinie - przypomniał mu ptak. -1 sam wiesz, co z tego wyszło.

- Nie należy oglądać się na przeszłość - oświadczył mag, otwierając drzwi. - Lecz patrzeć w przyszłość.

Wyszedł. Joe ruszył za nim, wciąż nie wiedząc, o co właściwie chodzi. Zdawało mu się, że jest na dolnym pokładzie barki, choć trudno było mieć pewność.

Pod barką tłuste ryby pływały w kółko w krystalicznie czystej wodzie. Przypominały mu złote rybki w domowym akwarium i przez moment tylko miał wrażenie, że może świat nie jest tak całkiem zwariowany.

Wysoko nad nimi sunęły po niebie małe fioletowe obłoczki. Poniżej - uwiązana liną do barki - czekała łódka. Tak przynajmniej wydało się Joemu na początku. Dopiero kiedy zszedł do niej po sznurowej drabince, przekonał się, że to wcale nie łódka, tylko wanna.

A czego się spodziewałem? - zapytał sam siebie. Oczywiście, że to nie łódka. Nie w tym zakręconym Śrubziemiu.

Wanna zakołysała się mocno, kiedy do niej wsiadał. Henry wskoczył także.

- Nie tutaj - zwróciła mu uwagę Weronika. - Ty siadasz z drugiej strony, tam gdzie krany.

- Posuńcie się - powiedział Randalf, wchodząc także. -1 uważaj, żebyś nie uderzył głową o prysznic, gdyby rejs okazał się, hm... niespokojny.

- Z Norbertem zawsze jest niespokojny - stwierdziła Weronika. - Zatopił już dwie łodzie, jedną szafę i dmuchany materac. Teraz płyniemy naszą ostatnią wanną. Następnym razem zostanie nam zlew kuchenny!

- Cicho bądź, Weroniko! - upomniał ją Randalf. - Chodź, Norbercie. Czekamy tylko na ciebie.

Ogr zlazł do wanny, która zakołysała się niebezpiecznie. Przyklęknął i podniósł z dna dwa przedmioty; jednym była stara rakieta tenisowa, drugim patelnia. Pochylił się i zaczął wiosłować.

Wanna uniosła dziób w fontannie piany i wodnego pyłu, po czym pomknęła naprzód. Ręce Norberta pracowały jak tłoki: góra, dół, góra, dół, góra, dół... Brzeg jeziora zbliżał się szybko.

Joe syknął przestraszony.

- Zaraz spadniemy! - zawołał.

- Nie spadniemy - uspokoił go Randalf. - Możesz mi wierzyć, jestem magiem. Trochę bardziej na lewo, Norbercie. Teraz dobrze.

Joe spojrzał przed siebie i odkrył, że zmierzają w stronę wodospadu.

- Trzymaj się mocno i uważaj na przysznic. - Ogr uśmiechnął się do niego i zaczął wiosłować jeszcze szybciej.

Wodospad zbliżał się coraz bardziej, coraz głośniej huczał wściekły prąd wody spadającej za krawędź.

- To szaleństwo! - wrzasnął Joe.

- Masz rację - zgodził się Randalf. - Ale to jedyna droga na dół. Możesz mi wierzyć, jestem...

- Wiem - mruknął Joe, chwytając się brzegów wanny, aż pobielały mu kostki palców. - Jest pan magiem.

- Jeszcze jedno pociągnięcie wioseł i wystarczy! - zawołał Randalf.

Norbert posłuchał. Przez moment wanna kołysała się na samej krawędzi jeziora. Joe wstrzymał oddech, gdy Śrubziemie otworzyło przed nim swą rozległą, szeroką panoramę.

- Trzymać się! - Głos Randalfa przebił się przez szum wodospadu, a wanna przechyliła się i spadła. - Lecimy-y-y!

Weronika zaskrzeczała, Henry zawył, Joe z całej siły zacisnął powieki. Tylko Norbert był wyraźnie uradowany.

- Juuhuuu! - krzyczał, gdy mała wanna z pięcioma pasażerami spadała z huczącą strugą spienionej wody.

Pęd powietrza był tak silny, że Joe ledwie mógł oddychać. Krew

dudniła mu w głowie, żołądek podchodził do gardła, palce ześlizgiwały się z brzegów wanny...

CHLUP!

Wanna z potworną siłą uderzyła o powierzchnię stawu u stóp wodospadu.

Zanurzyła się.

Wypłynęła.

Podskakiwała na falach jak piłka, dopóki prąd nie pchnął jej kawałek dalej, na stosunkowo spokojną wodę rzeki. Joe otworzył oczy.

- To było... straszne - wysapał.

Weronika prychnęła tylko.

- Zaczekaj, aż zobaczysz drogę powrotną - powiedziała.

- Nalało się do środka! - oznajmił Randalf. - Szybko, Norbercie, wybieraj!

Norbert spojrzał na wodę przelewającą się po dnie wanny. Sięgnął po patelnię, ale zrezygnował.

- Niech się pan nie martwi - rzekł, sięgając w dół. - Uratuję nas.

- Nie! Norbercie! - krzyknął rozpaczliwie mag. - Pamiętasz, jak było poprzednim razem?

Za późno. Ogr wyrwał już korek i uniósł go w górę.

- Zrobione - stwierdził z dumą. - Wypuściłem wodę. - Urwał, patrząc zdumiony na fontannę strzelającą w otworu. - Łoj! - Spojrzał na Randalfa. - Znowu to zrobiłem, prawda?

- Obawiam się, że tak.

- Opuścić wannę! - zawołał Norbert.

W bulgotem i pluskiem wanna zniknęła nagle pod nimi. Joe odbił się nogami w stronę najbliższego brzegu; Henry płynął pieskiem tuż za nim. Obaj wygramolili się na suchy ląd. Weronika wołała raczej przelecieć, niż przepłynąć, i natychmiast zmoczyła ją ulewa kropel, kiedy Henry otrzepał się energicznie.

- No cóż, to była nasza ostatnia wanna - stwierdziła. - Można by sądzić, że w końcu nauczy się czegoś o korkach.

Joe milczał. Widok Zaczarowanego Jeziora zawieszonego w powietrzu wysoko, bardzo wysoko nad głową, odebrał mu mowę. Kiedy patrzył, tłusta srebrna ryba wyskoczyła z dna i spadła w dół, prosto 1 w otwarty dziób któregoś z leniptaków, które całym stadem przysiadły na ziemi.

Randalf i Norbert wyszli na brzeg, ociekając O ~ wodą. Norbert otrząsnął się, po raz drugi zalewając deszczem kropli Weronikę.

- Dziękuję ci bardzo! - zawołała oburzona. - Teraz usiłujesz mnie utopić na suchym lądzie.

- Przepraszam - odpowiedział pokornie ogr.

Randalf popatrzył na słońce, które wyglądało już spoza odległych gór.

- Nic się nie stało - uznał. - Taka kąpiel była dość odświeżająca. A teraz ruszajmy. Szybkim krokiem, powinniśmy dotrzeć do Goblinowa koło południa. - Zwrócił się do ogra. - Czyń honory, mój drogi Norbercie.

- Tak, proszę pana.

Norbert przyklęknął, podpierając się rękami.

Randalf z papugą na głowie wspiął się na jego wielkie, szerokie ramię. Skinął na Joego.

- No, wsiadaj, chłopcze. Nie mamy całego dnia.

Joe ostrożnie wdrapał się na drugie ramię.

- Nie będzie ci za ciężko? - upewnił się.

- Ależ skąd - uspokoił go Norbert. - Jestem dwumiej-scowy. Na przykład moja kuzynka, Ethelberetha, była czte-romiejscowa, z dodatkową skrzynką pasażerską z przodu i na plecach...

- Tak, oczywiście - przerwał mu mag. - Jeśli jesteś gotów, ruszajmy.

Norbert wyprostował się i wstał.

- Naprzód! - rozkazał mag, stukając ogra w głowę swoją laską. Norbert ruszył z wolna i pomaszerował, a Henry biegł obok. Na rondzie kapelusza Weronika wsunęła głowę pod skrzydło.

- Zawsze w długiej podróży cierpię na chorobę ogromocyjną -wyjaśniła słabym głosem.

Podążali ścieżką biegnącą równolegle do Zaczarowanej Rzeki. Ścieżka była wyraźnie rzadko używana i całkiem zarosła. Wysokie dżub-dżub drzewa stały po obu stronach, a ich gałęzie uginały się od śpiących nietoptaków. Norbert potrącał je w marszu.

- Auć! Auć! Auć! - krzyczały.

Joe nie mógł uwierzyć, że na ramieniu ogra jedzie do Goblinowa. Mniej więcej o tej porze powinien wręczać nauczycielowi swoje wypracowanie. Schylił głowę, by nie zaczepić o dżub-dżub konar, a nietoptak z głuchym stukiem wylądował mu na kolanach. Ze wszystkich możliwych usprawiedliwień, dlaczego nie odrobił pracy domowej, „Przepraszam, proszę pana, ale byłem zajęty jazdą na ogrze i uchylaniem się przed nietoptakami” było chyba najdziwniejsze. Jak zdoła się wytłumaczyć przed panem Dixonem?

- Będzie łatwiej, kiedy dotrzemy na gościniec - oznajmił wesoło Randalf. - To już niedaleko.

- Kłamca - wymruczała niewyraźnie Weronika.

Kiedy rzeczywiście dotarli na gościniec - a raczej goś-

cińce, gdyż zbiegały się tam aż trzy - Joe miał lekkie zawroty głowy i sam czuł pierwsze objawy choroby ogromocyjnej. Norbert zatrzymał się przy stojącym obok traktu drogowskazie.

Po prawej stronie, zgodnie z informacją wypisaną łuszczącymi się złotymi literami, leżał TROLLOWY MOST (NIEZBYT DALEKO). Po lewej mieli GÓRY STĘCHLISTE (KAWAŁ DROGI). Joe wyciągnął szyję, żeby sprawdzić, czy Goblinowo też jest oznaczone.

Było.

- Urocze - stwierdził.

- No to chodźmy. - Randalf stuknął laską o głowę ogra. - W drogę-

Norbert niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

- A którędy tak właściwie, proszę pana? - zapytał.

- Do Goblinowa, oczywiście.

- To wiem, proszę pana. - Marszcząc brwi, Norbert wpatrywał się w drogowskaz. - Ale...

- Norbercie - rzekł Randalf. - Kiedy przyjmowałem cię do pracy jako oficjalnego Nosiciela Magów, zapewniłeś mnie, że umiesz czytać.

- Bo umiem. Przynajmniej krótkie słowa. - Skinął na drogowskaz. - A te tutaj są wszystkie bardzo długie.

Randalf odetchnął głęboko.

- Tędy, Norbercie - przeczytał. - Bardzo daleko stąd, więc przestań się gapić na drogowskaz i ruszaj, ty głuptasie.

- Niby kto jest głuptasem? - burknął urażony Norbert, ruszając. - Mój kuzyn Ogred Śliniak, ten to był głuptasem. - Norbert przyspieszył kroku. - Opowiadałem wam kiedyś, jak wsadził głowę w...

- Przytupiemik... - wymruczał sennie Randalf, a głowa opadła mu na ramię.

- Typowe - stwierdziła Weronika. - Znowu śpi jak niemowlę.

- Pan zawsze zasypia w podróży - wyjaśnił Norbert. -1 zwykle w samym środku moich najlepszych historii.

- Ciekawe czemu? - rzuciła kwaśnym tonem papuga.

-No, to chyba bardzo męczące, być magiem - zgadywał Norbert. - Całe to czytanie zaklęć i w ogóle...

- Myślę, że tak. - Joe wzruszył ramionami.

- Och, Randalf nie jest prawdziwym magiem - szepnęła mu do ucha Weronika.

Z drugiego ramienia Norberta dobiegło ciche pochrapywanie.

- Nie jest? - zdziwił się chłopiec. - Ale my-ślałem...

- Dopóki magowie... ale prawdziwi magowie, Wielcy Magowie... nie zniknęli, Randalf był zwykłym uczniem Rogera Pomarszczonego - tłumaczyła ściszonym głosem papuga. - Dopiero kiedy wszyscy gdzieś zginęli, zaczął udawać, że sam jest Wielkim Magiem. Udało mu się chyba oszukać Rogatego Barona, ale nikt inny nie uwierzył. Dlatego tak się stara. Wiesz, kto by chciał płacić za usługi kogoś tak bezużytecznego?

- Bezużytecznego? - zdziwił się Joe.

- Całkiem bezużytecznego! Zdziwiłbyś się, co mogłabym ci opowiedzieć. Niewidzialny atrament, który stale się pojawiał. Latający rower, który w powietrzu rozpadał się na części. Wszystkie te biedne gobliny, łyse jak kolano po wypróbowaniu jego magicznego kremu pamięci... Nie wspominając już o doktorze Pieszczochu.

- Doktor Pieszczoch? - powtórzył chłopec. - A kto to jest doktor Pieszczoch?

- To najgorszy, najzłośliwszy, najgroźniejszy złoczyńca. Nie spocznie, dopóki nie zostanie władcą całego Śrubziemia, a wtedy wszystkich będzie trzymał w ręku. Randalf jest w paskudnej sytuacji. Potrzebna mu pomoc.

-1 po mnie, jako bohaterskim wojowniku, spodziewa się, że to wszystko rozwiążę?

- Nie, wielkie nieba! - odparła Weronika. - Ty zjawiłeś się tutaj, żeby zarobić dla niego trochę pieniędzy. Chociaż na twoim miejscu...

W tej właśnie chwili głośne stukanie i trzaski rozległy się z góry, przerywając Weronice w pół słowa. Joe uniósł głowę i zobaczył sunące po niebie stado szafek machających drzwiczkami, jakby to były skrzydła.

- Co to takiego? - zdumiał się.

- Moim zdaniem wyglądają na szafki - odpowiedział Norbert.

- Czy normalnie szafy w Śrubziemiu latają? - Osłonił oczy przed oślepiającym blaskiem słońca. - Lecą w szyku... i chyba od strony lasu.

- Elfia Puszcza. - Weronika skinęła głową. - Wcale mnie to nie dziwi. Ostatnio wiele dziwnych rzeczy dzieje się w Elfiej Puszczy - dodała mrocznym tonem. - Jeśli o mnie chodzi, uważam, że wszystko to ma związek z dok...

- Aaaargh! - wrzasnął Norbert, gdyż ciągle patrząc w górę, nie

zauważył wielkiej dziury w gościńcu. Potknął się, zatoczył i upadł. Weronika, skrzecząc, wzleciała w powietrze, Joe wylądował przy Henrym, a Randalf potoczył się po drodze.

- Mój śliczny przytupiernik -mamrotał. - Zaraz...

Szeroko otworzył oczy i odkrył, że leży na ziemi.

- Co się dzieje?

- Bardzo przepraszam, proszę pana - mówił zawstydzony Norbert, wstając na nogi. - Potknąłem się o tę dziurę wielką jak garnek.

Wskazał okrągłą dziurę w gościńcu. Leżał w niej przewrócony garnek i rozlana cuchnąca owsianka.

- Zmarnowane - stwierdził mały elf, siedzący przy drodze. -Czemu nie uważasz, gdzie leziesz, ty niezdaro?

- A czemu ty nie uważasz, gdzie gotujesz?! - zawołała z góry Weronika.

- A gdzie garnek lepiej się zmieści niż w dziurze wielkiej jak garnek? - zapytał oburzony elf.

- Uspokójcie się wszyscy! - zawołał Randalf, znowu wciskając laskę pod pachę. - Nic się przecież nie stało.

Elf wzruszył tylko ramionami, wyjął garnek z dziury i odszedł gościńcem.

- Magowie... - burczał pogardliwie.

Ogr schylił się, podniósł Randalfa i zaczął go energicznie otrzepywać.

- Nie denerwuj się, Norbercie - powtarzał mag. - Wiesz, najpierw zostaję przemoczony, potem upuszczony, a teraz potłuczony. Nie nazwałbym tego podróżą pierwszej klasy.

- Istotnie, proszę pana. Bardzo mi przykro, proszę pana.

Randalf spojrzał przed siebie i skinął na Joego.

- O tam - powiedział. - Zaraz za wzgórzem widać wieże Gob-linowa. Dotarliśmy już prawie do celu. Wkótce będziemy wyekwipowani w najlepszy kostium bohaterskiego wojownika, jaki tylko można kupić.

- A raczej na jaki cię stać - mruknęła pod dziobem Weronika.

Kiedy zbliżyli się do wysokiego muru otaczającego Goblino-wo, Norbert delikatnie postawił Joego i Randalfa na ziemi. Hałas dobiegający z miasteczka był coraz wyraźniejszy. Słyszeli krzyki, stukanie młotków, jęki, skowyty, piłowanie, śpiewy, dzwonienie, ryki, brzęczenie... wszystko zmieszane razem w jeden niebosiężny gwar. A zapachy!

Gorąca smoła, skwaśniałe mleko, mokra sierść, gnijące mięso -każdy walczący o wybicie się ponad drapiący w nos odór niemytych goblinów. Joe spróbował myśleć o miłych zapachach: czekolada, ciasto, lody truskawkowe...

- A ja myślałam, że twoje skarpetki brzydko pachną - westchnęła Weronika.

- Cicho bądź, Weroniko - odparł Randalf. - Nie chcemy ranić ich uczuć. Gobliny są bardzo drażliwe.

- Akurat! Jeżeli o mnie chodzi, nikt, kto tak cuchnie, nie ma prawa do drażliwości.

- Wolno ci w to wierzyć. Ale pamiętaj, przybyliśmy tu w ważnej sprawie. A zatem zamknij dziób.

- Przepraszam, że oddycham - rzuciła z godnością Weronika.

- A przy okazji, mój młody i dzielny przyjacielu - mag zwrócił się do Joego - wydaje mi się, że dla naszego Henry’ego ta metropolia zapachów jest nazbyt ekscytująca. Może lepiej weź swego wiernego bojowego psa na smycz.

Rzeczywiście, ogon Henry'ego merdał z podnieceniem, wilgotny nos z zapałem chłonął powietrze. Joe przypiął smycz do obroży.

Stali już na szczycie wysokich schodów, przed ciężkimi drewnianymi wrotami. Randalf ujął wielką kołatkę i zastukał mocno.

Dzyń, dzyń!

Mag obejrzał się na chłopca.

- Gobliny lubią takie żarty - wyjaśnił.

- Aha - skrzeknęła Weronika. - Na przykład taki z niewpu-szczaniem nas do miasta.

- Cierpliwości, Weroniko - rzucił surowo Randalf.

Wyczekująco popatrzył na wrota. Nic się nie działo. Przeszedł się tam i z powrotem, podrapał po głowie, pogładził brodę, przetarł oczy.

- Ta słynna goblinia gościnność - stwierdził. - Znana w całym Śrubziemiu.

Zastukał jeszcze raz, mocniej.

Dzyń, dzyń! Dzyń, dzyń! Dzyń, dzyń!

Wrota otworzyły się gwałtownie.

- Słyszałem was za pierwszym razem! - krzyknęło niskie, brudne, zezowate indywiduum ze spiczastymi uszami i szparą między zębami. - Nie jestem głuchy!

- Tysięczne, nie, milionkrotne przeprosiny, mój goblini przyjacielu. - Randalf skłonił się nisko. - Jak najdalszy jestem od powątpiewania w czułość twego słuchu. My tylko...

- Czego chcecie? - przerwał mu goblin.

Randalf uśmiechnął się z przymusem.

- Chcielibyśmy skorzystać z usług waszego najlepszego magazynu ekwipunku - wyjaśnił - ze stanowczym zamiarem zakupienia najwyższej jakości...

- Niby co? - skrzywił się goblin.

- Chcemy kupić sprzęt bohaterskiego wojownika dla tego chłopca - oznajmiła Weronika, trzepocząc skrzydłami.

- Zostaw to mnie, We... - zaczął mag, ale goblin nie pozwolił mu dokończyć.

- Dlaczego od razu nie powiedzieliście? - zapytał i szeroko otworzył wrota, pozwalając im przejść.

- Zamknijcie te drzwi! - krzyknął jakiś głos. - Straszny przeciąg!

- Niech wszyscy nabiorą tchu - szepnął przez ramię mag.

- Wchodźcie, wchodźcie - zapraszał niecierpliwie goblin. Zatrzasnął za nimi wrota. - Witajcie w Goblinowie - rzekł ze znudzoną miną. - Mieście, które nigdy nie zasypia.

- Ani się nie myje - mruknęła Weronika.

- Podziwiajcie jego widoki i dźwięki...

-1 zapachy.

-1 wyjątkową atmosferę.

- A to akurat szczera prawda.

- Ostrzegałem cię, Weroniko! - zirytował się Randalf. - Będziesz ty wreszcie cicho?

- Miłego dnia - zakończył goblin i ziewnął.

Joe zmarszczył nos.

- Weronika ma trochę racji - przyznał szeptem. - Strasznie tu śmierdzi.

- Szybko się przyzwyczaisz - zapewnił go Randalf. Zwrócił się do goblina. - Dzięki, mój poczciwcze. Chcę tylko zaznaczyć, że to dla nas zaszczyt, a także przyjemność, odwiedzić...

- Wszystko jedno. - Goblin odwrócił się i odszedł.

Joe rozejrzał się. Pomijając zapachy, Goblinowo było zadziwiające. Domy budowano tu na innych domach, piętro za piętrem, coraz wyżej i wyżej. Kipiące życiem budynki stały po obu stronach wąskich uliczek tworzących istny labirynt. Joe nerwowo zerkał w górę, gdyż konstrukcje chwiały się niebezpiecznie - wyglądały, jakby lada chwila miały się przewrócić. Co więcej, ponieważ domy tu były takie wysokie, światło słońca prawie nie docierało do ciasnych uliczek.

Co nie znaczy, że było całkiem ciemno. Ze ścian zwisały lampki oliwne, mdłym, żółtym blaskiem rozjaśniające gwarne ulice i wypełniające powietrze czarnym dymem. Ostra, gryząca woń łączyła się z innymi nieprzyjemnymi zapachami Goblinowa: paskudnym odorem piekącego się smarkochleba, nieświeżym fetorem niemytych ciał i smrodem sączącym się z kanałów.

- Za mną! - rzekł Randalf. Wyjął spod szaty luźny, żółty element ubrania i uniósł go wysoko na lasce.

- Czy to jest to, co ja myślę, że jest? - spytała Weronika.

- Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać para ogrowych spodenek. - Mag ruszył przed siebie. - Obserwujcie je wszyscy, a na pewno się nie zgubicie.

Norbert westchnął tylko.

- Właśnie myślałem, gdzie się zapodziały.

- A ty, Joe, uważaj - mówił Randalf. - Goblinowo naprawdę jest ciekawe. Po prawej stronie - oznajmił - widzimy typowe mieszkanie goblina. Po lewej, Muzeum Umiarkowanych Osiągnięć. To natomiast... - wskazał wyjątkowo zniszczony budynek przed nimi - to świątynia Wielkiej Brodawki.

- Świątynia Wielkiej Brodawki? - zdumiał się Joe.

Randalf przytaknął.

- To miejsce, gdzie Wilfred Pływak, starożytny goblin podróżnik, położył pierwszy kamień pod to, co potem miało się stać Goblinowem. Legenda głosi, że przez siedem długich lat próbował znaleźć odpowiednie miejsce pod budowę, aż w końcu boląca wielka brodawka zmusiła go do zaprzestania poszukiwań. Uznał, że to znak. Reszta, jak mówią, jest historią...

- Daruj nam tę wycieczkę z przewodnikiem - pisnęła Weronika, lecąc mu nad głową.

I tak, skręcając to w prawo, to w lewo, szli w głąb miasta. Randalf prowadził, wysoko niosąc żółte spodenki. Za nim Norbert i Henry

- który obwąchiwał każdy róg ulicy i szarpał smycz - a na końcu Joe. Gobliny tłoczyły się na ulicach, przepychały i potrącały, kłóciły i wrzeszczały - i zupełnie nie zwracały uwagi na idących przez miasto obcych.

- Dlatego właśnie - zakończył Randalf, przystając, by pozostali mogli go dogonić - nazywamy Goblinowo przyjaznym miastem. Jest... Uff!

Jakiś goblin wpadł na Randalfa. Drugi zerwał spodenki z czubka laski i zniknął w tłumie.

- Bezczelność! - krzyknął mag.

- To moje spodenki! - jęknął Norbert.

- Daj spokój - poradziła Weronika. - Nie są już potrzebne. Jesteśmy na miejscu.

Odwrócili się wszyscy i za szybami niezwykle wysokiego rozklekotanego budynku zobaczyli stojące rzędem manekiny ubrane w ozdobne kostiumy bohaterskich wojowników.

Norbert wpatrywał się w złote litery na szyldzie zawieszonym nad wejściem.

- Wy... Wy... - powtarzał.

- Wytworne Wyposażenie Winstona - przeczytał mu mag. -Brawo za spostrzegawczość, Weroniko. Chodźmy, Joe. Zaraz cię wyekwipujemy.

Ku zdziwieniu chłopca, nie zostali długo w Wytwornym Wyposażeniu Winstona. Randalf przeprowadził ich środkiem wspaniałego sklepu - ignorując cmokania i gwizdy elegancko ubranych sprzedawców - na tyły. Tam wspięli się szerokimi schodami.

Dotarli w ten sposób nie na piętro sklepu, jak oczekiwał Joe, ale do całkiem innego. Jaskrawy szyld na ścianie głosił: ELEGANCKI EKWIPUNEK ELTRIPSA. Sprzedawcy, ubrani nieco zwyczajniej, przyglądali się im podejrzliwie.

- Szukamy... - zaczął Randalf.

- Tak? - Jeden ze sprzedawców uniósł lewą brew.

- Przejścia na górę.

Sprzedawca skinął głową w stronę okna. Joe zdziwiony zmarszczył czoło. Co niby będą tam robić? Randalf jednak zachował spokój.

- A tak - rzeki i ruszył dalej. Pozostali szli posłusznie za nim.

Przeszli przez cały sklep, potem przez okno i po rdzewiejących spiralnych stopniach przybitych do zewnętrznej powierzchni muru.

Na szczycie powitał ich trzeci szyld: SKŁAD SPRZĘTU SPLIN-KINA.

- Idźcie dalej. Jesteśmy już prawie na miejscu - rzucił Randalf i zaczął się wspinać po opartej o mur drabinie. - I uważajcie na ósmy szczebel! - zawołał. - Trochę się ru...

- Aaargh! - wrzasnął Norbert, gdy szczebel złamał się pod jego stopą. Ogr złapał się mocno bocznych drągów, zbyt przerażony, by iść dalej.

- Po namyśle stwierdzam, że będzie chyba lepiej, jeśli zejdziesz i poczekasz na dole - stwierdził mag. -1 pilnuj bojowego psa Joego.

Joe patrzył, jak drżący ogr powoli opuszcza się z powrotem na balkon. Potem, zadowolony, że nie będzie musiał dźwigać Hen-ry’ego po rozklekotanej drabinie, oddał Norbertowi smycz.

- Bądź grzeczny - nakazał Henry’emu. - Zgoda?

- Zgoda - odparł z pokorą Norbert.

Uważając na brakujący ósmy szczebel, Joe wspiął się na drabinę. Zbliżając się do szczytu, spojrzał w dół - i wstrzymał oddech.

Daleko, daleko pod sobą widział tłumy goblinów sunące tam i z powrotem wąskimi uliczkami. Weronika sfrunęła z góry i zawisła nad jego ramieniem.

- No chodź - zachęciła go. - Nie możemy pozwolić, żeby nasz wszechwiedzący przewodnik na nas czekał.

Z sercem podchodzącym do gardła Joe pokonał ostatnie szczeble. Randalf powitał go na szczycie.

- Brawo, mój chłopcze. I witaj w magazynie najlepszego ekwipunku w całym Śrubziemiu.

- Raczej najtańszego - mruknęła papuga.

Nad drzwiami wisiał wyblakły szyld.

- Gałgany Grubleya - odczytał gło

śno Joe, nie mogąc ukryć rozczarowania.

W tej właśnie chwili za nimi pojawił się chudy goblin w brudnym fartuchu z falbankami.

- Wejdźcie - powiedział.

- Dziękujemy, ee... Smród - Randalf zwrócił się do goblina imieniem wypisanym na znaczku w klapie.