Spokojnie, to nie inwazja - Anna Helena Kubiak - ebook
Opis

Prawdopodobieństwo powodzenia tej wyprawy (wycieczki, przygody czy też krucjaty - wszystko jest w końcu rzeczą względną) obliczono na 5%. To i tak sporo, jeśli się weźmie pod uwagę, że nowa pani kapitan notorycznie pociąga z butelki; pani nawigator wciska guziki na chybił trafił i nie zawsze pamięta, jak się nazywa; a reszta załogi... cóż... niezbyt przyjazny Przyjazny Asystent Steve jest prawie pewny, że to w ogóle nie jest załoga, tylko grupa całkowicie niekompetentnych, niezrównoważonych i nieobliczalnych uciekinierek z domu spokojnej starości. Nowa sytuacja zdecydowanie go przerasta, czasami zastanawia się nawet, czy nie wolałby być krawatem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna Helena Kubiak

Spokojnie, to nie inwazja

Ⓒ Copyright by Anna Helena Kubiak, 2013-17

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody autora.

Korekta: Klaudia Dróżdż, Zofia Smyk

Skład wersji elektronicznej: Oskar Kinomoto

Wydanie II

ISBN 978-83-939193-0-7 (format e-pub)

ISBN 978-83-939193-1-4 (format mobi)

ISBN 978-83-939193-2-1 (format pdf)

Patronat medialny:

Moim nie­zwy­kłym bab­ciom:
Heli i Kati
oraz wszyst­kim fan­ta­stycz­nym
bab­ciom mul­tiu­ni­ver­sum

1. Ucieczka

Spo­wi­ty pół­mro­kiem try­bu noc­nej zmia­ny ko­ry­tarz wy­peł­ni­ły przy­ci­szo­ne szep­ty, któ­re z pew­nych wzglę­dów mu­sia­ły szyb­ko przejść w dużo gło­śniej­sze szep­ty. Na szczę­ście apa­ra­tu­ra z bie­giem lat na­sta­wi­ła się na spo­ry mar­gi­nes błę­du i nie za­re­ago­wa­ła. Ko­ści­sty ło­kieć na­po­tkał rów­nie ko­ści­sty bok, a jego wła­ści­ciel­ka wy­da­ła z sie­bie skrze­czą­cy chi­chot.

– Ży­cie za­czy­na się po set­ce! – stwier­dzi­ła, roz­cią­ga­jąc uśmiech na po­marsz­czo­nej twa­rzy.

– Rzad­ko to ro­bię – od­po­wie­dzia­ła wła­ści­ciel­ka szturch­nię­tych że­ber – ale tu się z tobą zgo­dzę! – Po­szpe­ra­ła w prze­past­nych po­łach wie­ko­we­go płasz­cza, z któ­rym nie roz­sta­wa­ła się od... od za­wsze, i od­na­la­zł­szy, w cza­sie krót­szym niż re­ak­cja stan­dar­do­we­go kon­tro­le­ra, pier­siów­kę, po­cią­gnę­ła so­lid­ny łyk. – Tak, po set­ce czło­wie­ko­wi bar­dziej chce się żyć!

– Nie to mia­łam na my­śli! Nie mo­żesz się po­wstrzy­mać? Ubz­dryn­go­lisz się i cały plan weź­mie w łeb!

– Nie bę­dziesz mi mó­wi­ła, co mam ro­bić!

– Mo­że­cie się nie kłó­cić? – dał się sły­szeć trze­ci głos, a po chwi­li zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go za­sta­no­wie­nia pa­dło: – Przy­naj­mniej w ta­kiej sy­tu­acji?

Na ko­ry­ta­rzu po­ja­wia­ły się ko­lej­ne po­sta­cie. Wszyst­kie były do sie­bie nie­zmier­nie po­dob­ne – wszyst­kie sześć. Siód­ma była po­dob­na do po­zo­sta­łych ra­zem wzię­tych i wy­ma­sze­ro­wa­ła jako ostat­nia.

– Mnie tam cią­gle chce się żyć. Do­pó­ki na czło­wie­ka cze­ka prze­ką­ska, nie ma co na­rze­kać! – oznaj­mi­ła, po­py­cha­jąc ko­ści­ste ko­le­żan­ki. – No, moje pa­nie, jak się nie po­spie­szy­cie, to nici z wy­pra­wy.

Od­po­wie­dzią było wzmo­żo­ne szu­ra­nie i jesz­cze bar­dziej wzmo­żo­ne sa­pa­nie. Na koń­cu ko­ry­ta­rza mlecz­no­bia­łe drzwi kry­ły za sobą bez­kre­sny, pe­łen moż­li­wo­ści świat. Nie­zmier­nie in­try­gu­ją­cy po kil­ku la­tach spę­dzo­nych we­wnątrz.

Bar­dziej dzię­ki upo­ro­wi niż fi­zycz­nym moż­li­wo­ściom ko­bie­ty wy­ło­ni­ły się po dru­giej stro­nie kom­plek­su „Kwiet­ne Ogro­dy” – jed­ne­go z kil­ku­set eks­klu­zyw­nych ośrod­ków spo­koj­nej sta­ro­ści roz­lo­ko­wa­nych w przy­ja­znej stre­fie kli­ma­tycz­nej pla­ne­ty Kho­lo­ma.

Nie były jesz­cze wol­ne i zda­wa­ły so­bie z tego spra­wę. Cze­ka­ła je dro­ga do ko­smo­dro­mu ośrod­ka i krót­ka gra w ru­let­kę z lo­sem. Je­śli ją wy­gra­ją, zdo­bę­dą sta­tek, je­śli nie, ugrzę­zną tu na za­wsze pod ści­słym nad­zo­rem au­to­ma­tów.

Mida, naj­młod­sza z pań, szyb­ko wy­szła na pro­wa­dze­nie. Za nią su­nę­ły: Xana, Flo­re, Oret­ta i La­ma­ra, na koń­cu San­dra i Ele­ono­ra usi­ło­wa­ły się kłó­cić, mimo że za­czy­na­ło bra­ko­wać im tchu. Po­mię­dzy ko­bie­ta­mi z tru­dem na­wi­go­wa­ły sa­mo­bież­ne wa­liz­ki.

Trzon uciecz­ko­wej gru­py po­wstał pew­ne­go dłu­gie­go po­po­łu­dnia, kie­dy pięć star­szych pań spo­tka­ło się w jed­nej ze świe­tlic, aby sko­rzy­stać z atrak­cji o na­zwie „gry to­wa­rzy­skie”. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach z za­że­no­wa­niem opu­ści­ły salę. Nie zna­ły się zbyt do­brze, ale od razu po­czu­ły, że coś je łą­czy. Usia­dły w al­ta­nie nad sztucz­nym sta­wem, by w at­mos­fe­rze peł­ne­go zro­zu­mie­nia po­na­rze­kać na swo­je obec­ne ży­cie.

Sa­dzaw­ka znaj­do­wa­ła się w jed­nym z we­wnętrz­nych par­ków, któ­re­go per­fek­cyj­nie za­dba­na ro­ślin­ność, jak wszyst­ko wo­ko­ło, wy­glą­da­ła na po­skła­da­ną z kosz­tow­nych pre­fa­bry­ka­tów.

– Nie mają pa­nie wra­że­nia, że wpa­dły do pę­tli cza­so­wej? – za­gad­nę­ła Flo­ren­ce Ro­che. – Cięż­ko jest się przy­zwy­cza­ić do tej mo­no­to­nii, kie­dy przez całe ży­cie każ­dy dzień był nową przy­go­dą.

– Ma pani cał­ko­wi­tą ra­cję – przy­tak­nę­ła San­dra Zap-Lo­ren­ce. – Od­czu­wam do­kład­nie to samo. Już po pierw­szym mie­sią­cu po­by­tu tu­taj trud­no mi było zna­leźć ja­kieś in­te­re­su­ją­ce za­ję­cie.

– Ta­aaa – zgo­dzi­ła się sta­rusz­ka ubra­na w be­żo­wy płaszcz, któ­re­go głów­nym ce­lem było po­sia­da­nie nie­zli­czo­nej ilo­ści kie­sze­ni. Ro­zej­rza­ła się czuj­nie, wy­cią­gnę­ła po­nad­cza­so­wą pier­siów­kę i w mało dys­tyn­go­wa­ny spo­sób ura­czy­ła się jej za­war­to­ścią. Za­do­wo­lo­na, roz­sia­dła się wy­god­niej na mięk­kiej ogro­do­wej ław­ce.

– Ona tak za­wsze – wy­tłu­ma­czy­ła San­dra, któ­ra już wcze­śniej za­po­zna­ła się z Ele­ono­rą Gard­ner i jej pod­jaz­do­wą woj­ną al­ko­ho­lo­wą, wy­po­wie­dzia­ną pie­lę­gniar­skim au­to­ma­tom.

– Zga­dzam się z pa­nia­mi – oznaj­mi­ła ko­lej­na ko­bie­ta. – Pój­ście na te gry to­wa­rzy­skie to do­wód na to, jak bar­dzo by­łam zde­spe­ro­wa­na. Bra­łam już udział w Aka­de­mii Se­nio­rów, kur­sie tań­ca, wy­kła­dach „Po­znaj Wszech­świat” i kil­ku in­nych...

– To pani się chy­ba nie nu­dzi?

– Nie­ste­ty – wes­tchnę­ła Xana Ma­le­sky. – Oka­za­ło się, że za­zwy­czaj wiem wię­cej od pre­le­gen­tów i na­uczy­cie­li. A do tań­ca ja­koś nie mia­łam ta­len­tu. A pani? – zwró­ci­ła się do ostat­niej uczest­nicz­ki spo­tka­nia, La­ma­ry Lo Lai, któ­ra wy­glą­da­ła na nie­co zmie­sza­ną.

– Ja? – ode­zwa­ła się nie­chęt­nie. – Mnie się tu wła­ści­wie po­do­ba. – Czu­ła, że jej wy­po­wiedź była nie na miej­scu, ale tak było rze­czy­wi­ście. Po­do­ba­ło­by się jej wszę­dzie, gdzie po uli­cach nie jeż­dżą czoł­gi, a wy­cho­dząc na dłuż­szy spa­cer, czło­wiek nie na­ra­ża ży­cia. – Czę­sto ko­rzy­stam z ho­lo­gra­ficz­nych wy­cie­czek, na­wet nie mia­łam po­ję­cia, ja­kie nie­sa­mo­wi­te miej­sca moż­na zo­ba­czyć na róż­nych pla­ne­tach.

– Ja zde­cy­do­wa­nie pre­fe­ru­ję na­tu­ral­ne zwie­dza­nie – oznaj­mi­ła Flo­ren­ce.

– Tak, ho­lo­gra­my nie od­da­ją na­wet w po­ło­wie tego, cze­go się do­świad­cza na żywo – do­da­ła San­dra. – By­łam w bar­dzo wie­lu cie­ka­wych miej­scach, a ostat­nio miesz­ka­łam na jed­nej z naj­nie­zwy­klej­szych pla­net Kon­gre­ga­cji, ale ho­lo­po­dróż na nią by­ła­by tyl­ko stra­tą cza­su.

– Nie mia­łam ni­g­dy moż­li­wo­ści zwie­dza­nia – przy­zna­ła La­ma­ra. – Stop! – krzyk­nę­ła na­gle.

Star­sze pa­nie znie­ru­cho­mia­ły, ale oka­za­ło się, że nie było to skie­ro­wa­ne do nich. La­ma­ra wsta­ła i pod­pie­ra­jąc się na la­sce, po­drep­ta­ła do męż­czy­zny, któ­ry prze­cha­dzał się wzdłuż brze­gu sta­wu, a te­raz przy­sta­nął przy rzę­dzie śmiet­ni­ków z za­mia­rem po­zby­cia się ja­kiejś ulot­ki.

– Co pan wy­ra­bia?!

– O co cho­dzi? – prze­stra­szył się sta­ru­szek i z nie­po­ko­jem spoj­rzał na nad­gar­stek, na któ­rym miał po­dob­ne do ze­gar­ka urzą­dze­nie. – Gdy­by ci­śnie­nie pod­sko­czy­ło mi jesz­cze tro­chę, mie­li­by­śmy na kar­ku pie­lę­gnia­rzy.

– Prze­pra­szam, ale chciał pan wy­rzu­cić pla­sty­ko­wą ulot­kę do po­jem­ni­ka z od­pa­da­mi or­ga­nicz­ny­mi.

Męż­czy­zna roz­pacz­li­wie sta­rał się za­pa­no­wać nad ner­wa­mi. Przez taką głu­po­tę o mało nie tra­fił pod wzmo­żo­ną ob­ser­wa­cję, nie mó­wiąc już o ko­lej­nych punk­tach na li­ście za­ka­za­nych ak­tyw­no­ści. Po­świę­cił chwi­lę na ćwi­cze­nia re­lak­su­ją­ce.

– Wa­riat­ka – prych­nął, kie­dy wska­za­nia funk­cji ży­cio­wych zbli­ży­ły się do nor­my, od­wró­cił się na pię­cie i znik­nął w jed­nym z wy­cho­dzą­cych na park ko­ry­ta­rzy.

La­ma­ra wró­ci­ła do no­wych zna­jo­mych, któ­re ob­ser­wo­wa­ły scen­kę. Były wy­raź­nie za­wie­dzio­ne prze­bie­giem zaj­ścia, któ­re­go po­czą­tek wy­da­wał się bar­dzo obie­cu­ją­cy.

– Wie­lu lu­dzi ni­g­dy nie było poza swo­ją pla­ne­tą. – Ele­ono­ra pod­ję­ła prze­rwa­ny te­mat, żeby nie po­zo­sta­wić myl­ne­go wra­że­nia, że ma mniej do po­wie­dze­nia niż San­dra. – Miesz­ka­łam w bar­dzo ma­low­ni­czym miej­scu i ni­g­dzie nie po­dró­żo­wa­łam. Nie mia­łam ta­kiej po­trze­by, zbyt wie­le dzia­ło się do­oko­ła. Nie to, co tu.

– A ja na­wet spo­ro zwie­dzi­łam. – Flo­ren­ce wy­cią­gnę­ła z to­reb­ki szmin­kę i lu­ster­ko i po­pra­wi­ła ma­ki­jaż, choć był, jak zwy­kle, nie­ska­zi­tel­ny. – Mój świat jest ra­czej mę­czą­cy, kie­dy się tam miesz­ka, ale dla tu­ry­stów to nie­ma­ła atrak­cja.

– Z całą pew­no­ścią na­wet w po­ło­wie nie taka jak moja pla­ne­ta – za­de­kla­ro­wa­ła San­dra, w koń­cu przy­by­ła tu z nie­mal le­gen­dar­ne­go miej­sca. – To kla­sa sama w so­bie, mało komu jest dane zo­ba­czyć to na wła­sne oczy.

– Pew­nie ja­kaś sno­bi­stycz­na dziu­ra – sko­men­to­wa­ła Ele­ono­ra. – Nic nie prze­bi­je wi­do­ku z okna mo­je­go domu, nic!

Kie­dy pa­dły te sło­wa, a San­dra rzu­ci­ła w od­po­wie­dzi jed­no­znacz­ne: „ha!”, nie było już od­wro­tu. Spra­wa wy­ma­ga­ła obiek­tyw­ne­go roz­strzy­gnię­cia. Wszyst­kie były co do tego zgod­ne i po krót­kiej dys­ku­sji po­sta­no­wi­ły opu­ścić „Kwiet­ne Ogro­dy” i prze­ko­nać się oso­bi­ście, czyj świat za­słu­gu­je na mia­no naj­cie­kaw­sze­go. Jak się oka­za­ło, nie było to ta­kie pro­ste.

Au­to­ma­tycz­ny dy­rek­tor wy­słu­chał je cier­pli­wie, po czym, ko­rzy­sta­jąc z praw­ni­czej apli­ka­cji, przed­sta­wił moż­li­wo­ści roz­wią­za­nia tej kwe­stii.

Wa­run­ki po­by­tu były ści­śle okre­ślo­ne w stan­dar­do­wej umo­wie, z któ­rej dia­beł wy­pi­su­ją­cy kon­trak­ty na du­sze mógł­by się nie­jed­ne­go na­uczyć. Kil­ka stron pa­ra­gra­fów w rze­czy­wi­sto­ści za­wie­ra­ło jed­ną głów­ną myśl: usłu­go­daw­ca – za nie­ma­łe opła­ty – za­pew­niał usłu­go­bior­cy zgod­ny z „Re­gu­la­mi­nem” raj na zie­mi i do­ży­wot­nią opie­kę. Wy­raz „do­ży­wot­nią” był tu­taj klu­czo­wy.

Była oczy­wi­ście sta­ra jak pra­wo­daw­stwo moż­li­wość ze­rwa­nia umo­wy, ale wów­czas oży­wa­ły wszyst­kie od­no­śni­ki, przy­pi­sy, klau­zu­le i anek­sy, któ­re mia­ły za za­da­nie po­żreć czło­wie­ka żyw­cem. „Kwiet­ne Ogro­dy” bar­dzo sku­tecz­nie za­bez­pie­czy­ły się przed od­pły­wem klien­tów w inny spo­sób niż cał­ko­wi­te roz­sta­nie się ze świa­tem.

Po kil­ku dniach, któ­re dały so­bie na prze­my­śle­nia i pod­ję­cie de­cy­zji, pięć pań spo­tka­ło się po­now­nie nad sta­wem.

Wszyst­kie co ja­kiś czas spraw­dza­ły swo­je ze­gar­ko­we czuj­ni­ki, żeby nie ścią­gnąć na sie­bie ko­lej­nych kło­po­tów.

­– To szczyt wszyst­kie­go, żeby ja­kaś apli­ka­cja mia­ła de­cy­do­wać o moim ży­ciu i to w do­dat­ku za moje pie­nią­dze – de­ner­wo­wa­ła się, nie prze­kra­cza­jąc bez­piecz­nych gra­nic, San­dra. – Czy­ta­łam ten kon­trakt sto razy i mo­gła­bym przy­siąc, że nic ta­kie­go tam wte­dy nie było.

– For­mu­łu­ją to w taki spo­sób, żeby nikt nor­mal­ny się nie po­ła­pał – po­wie­dzia­ła Xana. – Trze­ba by­ło­by po­znać praw­ni­czą in­ter­pre­ta­cję każ­de­go punk­tu. Poza tym w każ­dym ośrod­ku jest to samo, jak się już czło­wiek de­cy­du­je za­miesz­kać w ta­kim miej­scu, to musi się li­czyć z kon­se­kwen­cja­mi.

– Tak, ale nie są­dzi­łam, że mi się tu­taj tak szyb­ko znu­dzi – przy­zna­ła San­dra. – Może i jest tu luk­su­so­wo, ale te mar­mu­ro­we po­sadz­ki i po­zła­ca­ne klam­ki już daw­no prze­sta­ły ro­bić na mnie wra­że­nie. W do­dat­ku ten re­gu­la­min! Okrop­ność!

– Mu­si­my więc wziąć spra­wy w swo­je ręce – pod­su­mo­wa­ła Xana.

– Zga­dzam się – przy­tak­nę­ła Ele­ono­ra. – Ina­czej ni­g­dy się nie do­wie­my, kto naj­le­piej urzą­dził się w ży­ciu. Kto ma tyl­ko wy­bu­ja­łą fan­ta­zję – tu wy­mow­nie spoj­rza­ła na San­drę – a kto rze­czy­wi­ście ma się czym po­chwa­lić. Po­nad­to – do­da­ła – chy­ba doj­rza­łam do tego, żeby za­ła­twić do koń­ca kil­ka ro­dzin­nych spraw.

– Ja też – stwier­dzi­ła San­dra. Za­brzmia­ło to ja­koś zło­wróżb­nie.

– Ja­kie mamy więc moż­li­wo­ści? – za­sta­no­wi­ła się Xana. – Ze­rwa­nie kon­trak­tu nie wcho­dzi w grę. Moje po­da­nie o prze­pust­kę zo­sta­ło od­rzu­co­ne. Może w ta­kim ra­zie po­je­dzie­my na któ­rąś z wy­cie­czek i tam damy nogę?

– Od­pa­da – po­krę­ci­ła gło­wą Flo­ren­ce. – Na czas wy­cie­czek wsz­cze­pia­ją pod­skór­ne czi­py, żeby się nikt nie zgu­bił. Nie zro­bi pani pię­ciu kro­ków bez ich wie­dzy.

– Fa­tal­nie.

– Nie za­po­mi­naj­my jesz­cze o jed­nej spra­wie. Je­śli nam się uda stąd znik­nąć w taki czy inny spo­sób, to czy nie za­czną ścią­gać od na­szych ro­dzin ja­kichś od­szko­do­wań? – za­nie­po­ko­iła się Xana.

– Dla nich naj­waż­niej­sze są płat­no­ści, anu­lu­je­my je więc do­pie­ro po ja­kimś cza­sie – od­po­wie­dzia­ła Ele­ono­ra. – Nie będą mie­li pod­staw, żeby żą­dać opłat za ko­goś, kogo nie mają na sta­nie i nie mogą udo­wod­nić, że żyje. Za­ło­żę się też, że zro­bią wszyst­ko, żeby za­tu­szo­wać znik­nię­cie pen­sjo­na­riu­szek i unik­nąć skan­da­lu.

– Ra­cja.

– Czy­li zga­dza­my się co do tego, że już tu­taj nie wra­ca­my? – upew­ni­ła się San­dra.

Ele­ono­ra po­ki­wa­ła gło­wą.

– Ja nie. Ani tu, ani do żad­ne­go in­ne­go ta­kie­go miej­sca. Mam ocho­tę na ja­kieś sza­leń­stwo, na coś wię­cej niż ob­jaz­do­wa wy­ciecz­ka.

– Ja też – za­tar­ła ręce San­dra.

Po dłuż­szej ci­szy Flo­ren­ce i Xana rów­nież przy­tak­nę­ły.

– A pani? – Xana za­in­te­re­so­wa­ła się La­ma­rą, któ­ra przy­słu­chi­wa­ła się ich wy­wo­dom, ale sama ani razu nie za­bra­ła gło­su.

– Na ra­zie jest mi tu do­brze – przy­zna­ła – ale już wi­dzę, że za rok czy dwa czar pry­śnie. Zwłasz­cza je­śli pań tu­taj nie bę­dzie. My­ślę, że się przy­łą­czę, chęt­nie zo­ba­czy­ła­bym kil­ka świa­tów na wła­sne oczy. I prze­ży­ła coś na­praw­dę wy­jąt­ko­we­go.

Pew­ne­go razu, kie­dy plan był już z grub­sza skry­sta­li­zo­wa­ny, w cza­sie obia­du do gru­py spi­sko­wej po­de­szły dwie ko­bie­ty. Były młod­sze od resz­ty i gdy­by nie cha­rak­te­ry­stycz­ny wy­raz znu­że­nia na twa­rzach, moż­na by­ło­by wziąć je za od­wie­dza­ją­ce.

Tęż­sza z nich zsu­nę­ła dwa krze­sła, żeby wy­god­nie usiąść.

– Pod­słu­cha­łam w ka­wiar­ni roz­mo­wę pań o uciecz­ce – uśmiech­nę­ła się cie­pło – i po­sta­no­wi­łam się przy­łą­czyć. To chy­ba je­dy­ny spo­sób, żeby się stąd wy­do­stać. Na­zy­wam się Mi­dret Ma­lo­ne.

Nie do­pusz­cza­jąc ni­ko­go do gło­su i rów­no­cze­śnie po­chła­nia­jąc po­dwój­ną por­cję każ­de­go da­nia, ko­bie­ta wy­ja­śni­ła, że prze­by­wa w „Kwiet­nych Ogro­dach” przez po­mył­kę, i opo­wie­dzia­ła o roz­licz­nych pe­ry­pe­tiach swo­jej ro­dzi­ny, któ­ra bez po­wo­dze­nia usi­łu­je ją stąd wy­cią­gnąć, cho­ciaż umo­wa na jej prób­ny po­byt daw­no już wy­ga­sła.

Tuż przed de­se­rem zdą­ży­ła przed­sta­wić swo­ją zna­jo­mą:

– A to jest Oret­ta Ric­car­di. – Pa­nie ski­nę­ły zdaw­ko­wo gło­wa­mi, oszo­ło­mio­ne nie­skrę­po­wa­nym za­cho­wa­niem nie­zna­jo­mej. – Wie­cie co? Mów­my so­bie po imie­niu, sko­ro je­ste­śmy te­raz wspól­nicz­ka­mi.

– Ja­ki­mi wspól­nicz­ka­mi? – ode­zwa­ła się w koń­cu San­dra, któ­rej po­dob­ne na­rzu­ca­nie się zu­peł­nie nie mie­ści­ło się w gło­wie. – Nie ży­czy­my so­bie, żeby kto­kol­wiek się do nas przy­łą­czał – fuk­nę­ła – ani nas pod­słu­chi­wał!

– Nie ma co się tak na­bz­dy­czać – mru­gnę­ła do niej Mi­dret.

– Na­bz­dy­czać? – po­wtó­rzy­ła San­dra, pa­trząc na nią z ro­sną­cym nie­do­wie­rza­niem.

– No pew­nie – ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Przy­pa­dek Oret­ty jest bar­dzo po­dej­rza­ny – kon­ty­nu­owa­ła. – Ona zu­peł­nie nic nie pa­mię­ta i nikt jej ni­g­dy nie od­wie­dza. Nie­wy­klu­czo­ne, że ro­dzi­na na­wet nie wie, że ona tu­taj jest. Uda­ło nam się usta­lić, że za po­byt pła­ci ktoś z pla­ne­ty o na­zwie Akwia. Ale nie zna­la­zły­śmy o niej żad­nych in­for­ma­cji. Fi­gu­ru­je w spi­sie pla­net Kon­gre­ga­cji i to wszyst­ko.

– Pew­nie nie ma tam ni­cze­go, o czym by war­to wspo­mi­nać – sko­men­to­wa­ła San­dra, za­in­try­go­wa­na jed­nak ta­jem­ni­czą hi­sto­rią.

– Uciek­nie­my ra­zem z wami. Naj­pierw spraw­dzi­my, co się dzie­je na tej ca­łej Akwii, a po­tem po­le­ci­my do mnie. Taki mamy z Orą plan, praw­da? – Mida szturch­nę­ła przy­jaź­nie ko­le­żan­kę, wy­trą­ca­jąc jej ły­żecz­kę z bu­dy­niem o bli­żej nie­okre­ślo­nym, ale bar­dzo wy­szu­ka­nym sma­ku.

Oret­ta przy­tak­nę­ła, choć nie pa­mię­ta­ła już ani skąd się tu wzię­ła, ani dla­cze­go po­sta­no­wi­ła uciec.

– Nasz plan jest bar­dziej ra­dy­kal­ny – stwier­dzi­ła Xana.

W tym mo­men­cie pod­je­chał do nich je­den z pie­lę­gnia­rzy i zde­cy­do­wa­nym ru­chem ode­brał Mi­dzie sa­la­ter­kę z jej trze­cim de­se­rem.

– Za dużo ka­lo­rii – po­in­for­mo­wał.

– Nie znio­sę tego ani dnia dłu­żej – oznaj­mi­ła, uśmie­cha­jąc się tym ra­zem krzy­wo i pa­trząc z ża­lem za od­da­la­ją­cym się bu­dy­niem.

2. Zaokrętowanie

Sta­rusz­ki były już na te­re­nie nie­wiel­kie­go ko­smo­dro­mu. Wje­cha­ły na po­ziom dla wsia­da­ją­cych, z któ­re­go krót­kie po­mo­sty pro­wa­dzi­ły do lu­ków wej­ścio­wych stat­ków. Z ru­cho­me­go chod­ni­ka spo­glą­da­ły z la­ic­kim za­in­te­re­so­wa­niem na uśpio­ne jed­nost­ki. Chod­nik niósł je do zna­le­zio­ne­go wcze­śniej przez Xanę stat­ku, któ­ry we­dług jej opi­nii był daw­no po­rzu­co­ny przez wła­ści­cie­la i nie miał uzbro­jo­ne­go alar­mu. Po­win­ny do­stać się do nie­go bez więk­szych prze­szkód, a resz­tę miał za­ła­twić au­to­pi­lot; w ra­zie pro­ble­mów Ele­ono­ra za­ofe­ro­wa­ła swo­je do­świad­cze­nie w ła­ma­niu za­bez­pie­czeń.

– To ten na sa­mym koń­cu – wska­za­ła Xana.

– My­ślisz, że to sta­tek? Wy­glą­da jak kupa zło­mu.

– Ale tyl­ko ten nie jest za­bez­pie­czo­ny.

– Może nie mieć alar­mu, bo nie ma po co go kraść.

– I tak nie mamy wy­bo­ru.

Mi­nę­ły mar­ko­we po­wietrz­ne li­mu­zy­ny i rej­so­we mi­ni­trans­ga­lak­ty­ki od­bi­ja­ją­ce w swych wy­po­le­ro­wa­nych ka­dłu­bach pierw­sze pro­mie­nie wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Ostat­ni po­jazd stał ma­to­wy i mar­twy, je­śli był ich je­dy­ną szan­są, to nie wró­ży­ło to ni­cze­go do­bre­go.

Sztucz­ne oświe­tle­nie zga­sło, za­nim ko­bie­ty do­tar­ły do ostat­nie­go sta­no­wi­ska, nie­odwie­dza­ne­go przez ni­ko­go od po­nad stu lat.

Sie­dem od­święt­nie ubra­nych ko­biet spo­glą­da­ło z dez­apro­ba­tą, ale i z na­dzie­ją, na wy­słu­żo­ną jed­nost­kę.

– To sta­tek ra­tun­ko­wy – Xana od­czy­ta­ła na­pis na umiesz­czo­nej przy wej­ściu ta­blicz­ce. – Wy­pro­du­ko­wa­ny w 3713 roku stan­dar­do­wym w B&M Spa­ce­ships. Sta­ry, ale przy­naj­mniej z do­brej fir­my.

– To za­le­ży, na ja­kiej pla­ne­cie był zro­bio­ny. O, pro­szę! – San­dra po­stu­ka­ła pal­cem po mniej­szych li­ter­kach pod spodem. – „Made on Ta­iwan”.

– Je­śli coś się sta­nie, ni­g­dy nie uda nam się zło­żyć re­kla­ma­cji. – Flo­re bez­wied­nie prze­su­nę­ła ję­zy­kiem po wyj­ścio­wej, mie­nią­cej się jak bry­lan­ty, na­zęb­nej na­kład­ce, do któ­rej cią­gle nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić.

Xana za­uwa­ży­ła pod na­pi­sem szyb­kę i prze­tar­ła jej brud­ną po­wierzch­nię. W okien­ku zie­le­nił się le­d­wo wi­docz­ny na­pis.

– Co tam jest?

– Nie ro­zu­miem, to w ja­kimś dziw­nym ję­zy­ku.

– Pew­nie taj­wań­skim.

– O, a te­raz się zmie­nił. Ale tego też nie ro­zu­miem.

Po kil­ku na­stęp­nych zmia­nach ko­mu­ni­kat po­ja­wił się wresz­cie w roz­po­zna­wal­nej for­mie: Sta­tek ra­tun­ko­wy Ze­nith-6 Mię­dzy­pla­ne­tar­nej Służ­by Ko­smicz­nej, wszyst­kie sys­te­my spraw­ne, ko­mu­ni­ka­cja gło­so­wa w pię­ciu pod­sta­wo­wych ję­zy­kach, ilość za­ło­gi – 0, licz­ba pa­sa­że­rów – 0.

– Za­raz to zmie­ni­my! – za­po­wie­dzia­ła San­dra i za­wo­ła­ła w stro­nę drzwi: – Otwie­rać!

Jej aser­tyw­ność nie po­dzia­ła­ła na sta­tek, któ­ry nie za­re­ago­wał w ża­den wi­docz­ny spo­sób.

– Otwo­rzyć ze­wnętrz­ny luk, pa­sa­że­ro­wie go­to­wi do wej­ścia na po­kład! – spró­bo­wa­ła Ele­ono­ra.

Nic.

– Czas, że­byś za­sto­so­wa­ła te swo­je ha­ker­skie sztucz­ki – przy­po­mnia­ła San­dra, ale Ele­ono­ra tyl­ko bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce:

– Mu­sia­ła­bym się naj­pierw do­stać do kom­pu­te­ra.

– Czy mógł­byś nas wpu­ścić? – za­py­ta­ła Flo­re, wy­gła­dza­jąc be­żo­wy ko­stium i po­pra­wia­jąc po­zła­ca­ną brosz­kę na ak­sa­mit­nej apasz­ce. – Chcia­ły­by­śmy po­le­cieć na inną pla­ne­tę.

Nic.

Na­stęp­nie do ta­blicz­ki, do któ­rej mó­wi­ły, prze­pchnę­ła się Xana.

– Je­ste­śmy za­gro­żo­ne, mu­sisz nas wpu­ścić, mu­si­my stąd ucie­kać! Je­steś stat­kiem ra­tun­ko­wym czy nie?!

Choć z ze­wnątrz wy­da­wa­ło się, że okrzy­ki i stu­ka­nie la­ska­mi nie wy­wo­ła­ły żad­nej re­ak­cji, to kom­pu­ter po­kła­do­wy zro­bił już spo­ro i mógł igno­ro­wać je jesz­cze bar­dzo dłu­go, bo ana­li­za sy­tu­acji do­pro­wa­dzi­ła do jed­ne­go wnio­sku: że wła­śnie ma zo­stać po­rwa­ny.

Mida uśmiech­nę­ła się i – by zjed­nać sym­pa­tię tego, co było ostat­nią prze­szko­dą na ich dro­dze do wol­no­ści – po­gła­ska­ła nie­sa­mo­wi­cie brud­ną ścia­nę.

Na­dal nic.

– Nikt tego nie prze­wi­dział? – obu­rzy­ła się San­dra, jak­by ten za­rzut nie do­ty­czył jej tyl­ko dla­te­go, że go wy­gło­si­ła.

– Har­ry prze­wi­dział, że wró­ci­my przed śnia­da­niem. – Flo­re po­pra­wi­ła kok. – Gdy­by­ście nie prze­gło­so­wa­ły, żeby go nie brać, może coś by po­ra­dził.

Czas ucie­kał, bab­cie sła­bły, a sta­tek ra­tun­ko­wy Mię­dzy­pla­ne­tar­nej Służ­by Ko­smicz­nej był o krok od zwy­cię­stwa, kie­dy Midę olśni­ło. Od­su­nę­ła wszyst­kie od drzwi, zo­sta­wia­jąc tam je­dy­nie Oret­tę.

– Ty za­pu­kaj – po­wie­dzia­ła jak ktoś cał­ko­wi­cie pew­ny suk­ce­su.

Nie­raz wi­dzia­ła, jak Oret­ta po­ko­ny­wa­ła naj­ostrzej­szych straż­ni­ków, jak nie­świa­do­mie zmu­sza­ła ich do ła­ma­nia od­wiecz­nych za­ka­zów i po­stę­po­wa­nia wbrew pod­sta­wo­wym pro­gra­mom. Nie było ta­kie­go kom­pu­te­ra, któ­ry dał­by so­bie z tym radę.

Ko­bie­ta nie­chęt­nie przy­su­nę­ła się do ta­blicz­ki, ner­wo­wo mię­dląc w pal­cach rącz­kę to­reb­ki. Pod wpły­wem stre­su czę­sto tra­ci­ła kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, nie cier­pia­ła tego.

– Chcia­ły­by­śmy... – za­jąk­nę­ła się. – Wy­da­je mi się, że w ze­szły po­nie­dzia­łek zja­dłam na śnia­da­nie jaj­ko na mięk­ko... ale... cho­dzi o to, że... no... czy mo­gły­by­śmy wejść na po­kład? ...pro­szę.

– Ona cza­sem tro­chę bre­dzi – wy­ja­śni­ła Mi­dret. – Ale to nie ma zna­cze­nia, i tak za­wsze dzia­ła, może to ton gło­su czy coś?

I rze­czy­wi­ście, po­mi­mo 114-let­niej prze­rwy drzwi od­su­nę­ły się bez­gło­śnie, za­mi­go­ta­ły świa­tła, za­szu­mia­ły sys­te­my uzdat­nia­nia po­wie­trza, w ste­row­ni oży­ły kon­tro­l­ki i wskaź­ni­ki. Sta­tek prze­cią­gnął się po wy­jąt­ko­wo dłu­giej drzem­ce.

Przyj­rzał się swo­jej no­wej za­ło­dze. Oso­by nie były ozna­ko­wa­ne stop­nia­mi służ­by po­wietrz­nej, zo­stał więc po­rwa­ny przez cy­wi­lów. Nie, nie zo­stał po­rwa­ny, nikt nie wdarł się prze­cież na po­kład siłą. Dla­cze­go jed­nak drzwi otwo­rzy­ły się, sko­ro jed­no­znacz­nie oce­nił pró­bę do­sta­nia się do środ­ka jako nie­po­żą­da­ną? Mu­sie­li użyć ja­kie­goś obej­ścia, luki w sys­te­mie za­bez­pie­czeń, ale do tego mu­sie­li­by być wy­so­kiej kla­sy spe­cja­li­sta­mi. Zu­peł­nie nie zga­dza­ło się to z ana­li­zą po­szcze­gól­nych jed­no­stek: wszyst­kie były za­awan­so­wa­ny­mi wie­ko­wo ko­bie­ta­mi, któ­rych wy­po­wie­dzi nie wska­zy­wa­ły na po­sia­da­nie choć­by pod­sta­wo­wej wie­dzy tech­nicz­nej. Nie za­lo­go­wa­ły się przy wej­ściu ko­da­mi MSK ani żad­ny­mi in­ny­mi. Gdy­by mógł, praw­do­po­dob­nie by się prze­stra­szył.

Na szczę­ście nie miał uczuć, miał za to ru­ty­no­we dzia­ła­nia. Po pierw­sze, na­le­ża­ło skla­sy­fi­ko­wać zda­rze­nie.

Od­rzu­cił po­rwa­nie i stan­dar­do­wy lot. Naj­wię­cej zgod­no­ści wy­ka­za­ła ak­cja ra­tun­ko­wa bez za­ło­gi. Wszedł w od­po­wied­ni tryb i od­na­lazł w re­je­strze naj­bliż­szy ośro­dek pierw­szej po­mo­cy MSK. Rów­no­cze­śnie ak­ty­wo­wał pro­ce­du­ry do zba­da­nia sta­nu po­szko­do­wa­nych i ob­ję­cia ich do­raź­ną opie­ką.

W tym cza­sie ko­bie­ty od­na­la­zły swój cel na pla­nie ewa­ku­acyj­nym i ru­szy­ły ku nie­mu la­bi­ryn­tem ko­ry­ta­rzy, aż do­tar­ły do drzwi z na­pi­sem „KOK­PIT – wstęp tyl­ko dla upo­waż­nio­nych”, za któ­ry­mi znaj­do­wa­ło się prze­stron­ne po­miesz­cze­nie z całą masą nie­zro­zu­mia­łych przy­rzą­dów. Pul­pi­ty nie­mra­wo mru­ga­ły po­je­dyn­czy­mi świa­teł­ka­mi, a na środ­ku kró­lo­wa­ło sta­no­wi­sko ka­pi­ta­na, któ­re na­tych­miast za­ję­ła Ele­ono­ra.

– Po­proś go te­raz, żeby wy­star­to­wał – po­le­ci­ła San­dra, pa­trząc na Oret­tę.

Ko­bie­ta naj­chęt­niej za­pa­dła­by się pod zie­mię, ale przede wszyst­kim sta­ra­ła się uni­kać kon­flik­tów: nie pa­mię­ta­ła zbyt wie­le z bliż­szej i dal­szej prze­szło­ści, co samo w so­bie kom­pli­ko­wa­ło już wy­star­cza­ją­co jej ży­cie.

– Chcia­ły­by­śmy, że­byś wy­star­to­wał – po­pro­si­ła.

– Dla­cze­go nic się nie wy­świe­tla? – Xana wpa­try­wa­ła się w po­kry­tą wy­ga­szo­ny­mi mo­ni­to­ra­mi ścia­nę. – Nie prze­ży­ję, je­śli zła­pią nas na tym stat­ku. Tak da­le­ko za­szły­śmy!

– Mó­wi­łam, żeby wziąć Har­ry’ego, on na pew­no wie­dział­by, co zro­bić – au­to­ry­ta­tyw­nie stwier­dzi­ła Flo­re.

– Niby skąd? Jest sprze­daw­cą mó­wią­cych kra­wa­tów – prych­nę­ła Xana.

– Ale co chłop, to chłop. Tu by na­ci­snął, tam prze­łą­czył i za­raz by za­dzia­ła­ło.

– Ja tam od czter­dzie­stu lat wszyst­ko ro­bię sama i żad­ne­go chło­pa mi nie trze­ba! – oświad­czy­ła Xana.

– Od czter­dzie­stu lat wszyst­ko ro­bią za cie­bie ro­bo­ty – spre­cy­zo­wa­ła San­dra.

Mida od­ję­ła od ust ba­to­na z au­to­ma­tu, któ­ry zlo­ka­li­zo­wa­ła na­tych­miast, z pre­cy­zją sa­mo­na­pro­wa­dza­ją­cej się ra­kie­ty. – Może Har­ry i nie wie­dział­by, co zro­bić, ale by­ło­by we­se­lej – wtrą­ci­ła.

– To­bie za­wsze jest we­so­ło – rzu­ci­ła z po­gar­dą San­dra.

– To źle? – Mi­dret wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Naj­bar­dziej uszczy­pli­we, zja­dli­we i okrut­ne uwa­gi spły­wa­ły po niej jak kro­ple desz­czu po do­brze na­tłusz­czo­nej kacz­ce (mie­li ta­kie w cen­tral­nej sa­dzaw­ce). Wszy­scy twier­dzi­li, że to tyl­ko poza. Mało kto po­tra­fił prze­trwać kon­fron­ta­cję z jej nie­wzru­szo­nym opty­mi­zmem.

– Wy­rzu­ci­łaś opa­ko­wa­nie nie do tego po­jem­ni­ka! – za­skrze­cza­ła na­gle La­ma­ra; po­de­szła do sze­re­gu ścien­nych ko­szy i z po­świę­ce­niem za­nu­rzy­ła rękę w jed­nym z nich. – To nie pa­pier, to two­rzy­wo sztucz­ne PP 02/82, nie wi­dzisz? Ciem­no­po­ma­rań­czo­wy otwór.

– Za­pa­mię­tam – obie­ca­ła nie po raz pierw­szy Mi­dret.

– Zo­bacz. – La­ma­ra, śle­dzo­na przez za­fa­scy­no­wa­ne ko­le­żan­ki, wy­cią­gnę­ła opa­ko­wa­nie po ba­to­nie spo­mię­dzy bar­dzo sta­rych pa­pie­rów. – Tu – wska­za­ła na cha­rak­te­ry­stycz­ny zna­czek na opa­ko­wa­niu – i tu... – po­pu­ka­ła pal­cem w na­pis nad śmiet­ni­kiem – czy to jest to samo?

– Nie – przy­zna­ła Mida.

– A tu? – La­ma­ra prze­szła wzdłuż róż­no­ko­lo­ro­wych ozna­czeń, aż do­tar­ła do wła­ści­we­go – PP 02/82?

– Zga­dza się.

– Pro­ste?

– Pro­ste – przy­tak­nę­ła Mida, roz­po­czy­na­jąc ko­lej­ne­go ba­to­na. Żad­na z nich nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że ko­lej­ny pa­pie­rek po­wę­dru­je do pierw­sze­go z brze­gu śmiet­ni­ka. Mida po pro­stu nie lu­bi­ła utrud­niać so­bie ży­cia.

– Nie mamy cza­su na ta­kie głu­po­ty – prze­rwa­ła im San­dra. – A ty chy­ba po­win­naś ogra­ni­czyć sło­dy­cze? Mam na­dzie­ję, że nie prze­kra­cza­my do­pusz­czal­ne­go ob­cią­że­nia. Wiesz przy­naj­mniej, ile wa­żysz?

– Z pew­no­ścią mam wię­cej ki­lo­gra­mów niż lat – stwier­dzi­ła fi­lo­zo­ficz­nie. – To u nas ro­dzin­ne. Wy już chy­ba od daw­na nie mo­że­cie tego o so­bie po­wie­dzieć?

Mida była wśród nich naj­tęż­sza, ale przede wszyst­kim naj­młod­sza i w za­sa­dzie po­win­ny ob­ra­zić się na nią śmier­tel­nie za su­ge­stie do­ty­czą­ce wie­ku, ale to była Mida, a ona ni­g­dy nie mia­ła złych in­ten­cji. Trze­ba było się do niej przy­zwy­cza­ić albo trzy­mać się od niej z da­le­ka.

– Ja ważę po­ło­wę swo­ich lat – wes­tchnę­ła Ele­ono­ra. Była naj­star­sza w tym to­wa­rzy­stwie, jak zresz­tą ostat­nio pra­wie w każ­dym. Sta­ra­ła się o tym nie my­śleć, w czym po­ma­ga­ło jej sys­te­ma­tycz­ne za­ży­wa­nie wy­so­ko­pro­cen­to­wych trun­ków.

– Go­to­wość star­to­wa za dwa­na­ście mi­nut. – Stwier­dze­nie to spa­dło na nie na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie. Głos był mę­ski, głę­bo­ki i rześ­ki. Zresz­tą każ­dy nie­trzę­są­cy się głos brzmiał w ich uszach nie­na­tu­ral­nie rześ­ko.

– Hm... – Flo­re ro­zej­rza­ła się chci­wie. – Chcia­ła­bym zo­ba­czyć wła­ści­cie­la tego gło­su.

– Nie są­dzę – Xana ścią­gnę­ła ją na zie­mię. – Wzo­rzec mu­sie­li na­grać ze sto pięć­dzie­siąt lat temu.

Flo­ren­ce zmar­kot­nia­ła, ale w tym sa­mym mo­men­cie Ele­ono­ra za­stu­ka­ła ener­gicz­nie la­ską w pod­ło­gę. – Słu­chaj­cie, czy to zna­czy, że go uru­cho­mi­ły­śmy?

Wszyst­kie w za­du­mie po­ki­wa­ły gło­wa­mi.

– Jak?

Py­ta­nie za­wi­sło mię­dzy nimi, nie spo­dzie­wa­jąc się od­po­wie­dzi.

– Khm, khm... – Fo­tel sto­ją­cy przy po­kry­tym nie­zli­czo­ny­mi gu­zicz­ka­mi bla­cie okrę­cił się bez­sze­lest­nie, uka­zu­jąc wci­śnię­tą weń Oret­tę. – Chy­ba coś na­ci­snę­łam, prze­pra­szam...

San­dra wy­cią­gnę­ła z prze­wie­szo­nej przez przed­ra­mię to­reb­ki kart­kę za­pi­sa­ną kan­cia­stym, nie­zdar­nym pi­smem. Był to plan ich wy­ciecz­ki... czy kru­cja­ty – jak na­zy­wa­ła ją San­dra, czy przy­go­dy – we­dług Midy. Było na niej sie­dem punk­tów, sie­dem świa­tów i ni­cze­go nie­spo­dzie­wa­ją­cych się ro­dzin.

Na po­cząt­ku była pla­ne­ta Ele­ono­ry. Li­sta uło­żo­na zo­sta­ła we­dług oczy­wi­ste­go klu­cza. Nikt tego nie kwe­stio­no­wał ani nie na­zy­wał po imie­niu.

San­dra po­de­szła do Oret­ty i od­czy­ta­ła, jak umia­ła naj­wy­raź­niej: – Ler­mon.

– I co? – zdzi­wi­ła się Oret­ta.

– Tam le­ci­my naj­pierw.

– I?

– Uru­cho­mi­łaś sta­tek, te­raz zrób, żeby nas tam za­brał.

San­dra od­krę­ci­ła ją wraz z krze­słem z po­wro­tem do pul­pi­tu. Oret­ta wy­cią­gnę­ła pal­ce nad ko­lo­ro­we przy­ci­ski.

– GO­TO­WOŚĆ STAR­TO­WA ZA DZIE­SIĘĆ MI­NUT. CEL: BAZA MSK 1039, CZAS PRZE­LO­TU: PIĘĆ DÓB PO­KŁA­DO­WYCH.

– Jaka baza?! Le­ci­my na Ler­mon! – prze­stra­szy­ła się Ele­ono­ra. – Tam nie ma żad­nej bazy!

– Mi­sja ra­tun­ko­wa, cel: naj­bliż­sza sta­cja pierw­szej po­mo­cy MSK – wy­ja­śnił bez­na­mięt­nie kom­pu­ter.

– Nie po­trze­bu­je­my żad­nej po­mo­cy – za­pro­te­sto­wa­ła San­dra. – Skąd mu to przy­szło do gło­wy?

– Ma pod­gląd? – pod­su­nę­ła Mida.

– Le­ci­my na Ler­mon! – Ele­ono­ra spró­bo­wa­ła roz­ka­zu­ją­ce­go tonu, któ­ry był nie­za­wod­ny w sto­sun­ku do więk­szo­ści lu­dzi i pew­nej ilo­ści prost­szych kom­pu­te­rów.

– Kurs może zo­stać zmie­nio­ny roz­ka­zem ka­pi­ta­na lub z po­wo­du za­gro­że­nia.

– Jak się wku­rzę, to za­raz bę­dzie miał za­gro­że­nie – wark­nę­ła San­dra, zła na sie­bie, że nie może wy­my­ślić nic bar­dziej kon­struk­tyw­ne­go.

– Pro­szę o przed­sta­wie­nie do­ku­men­tów – za­żą­dał kom­pu­ter.

– Nie mamy do­ku­men­tów. Prze­ży­ły­śmy wła­śnie strasz­ną ka­ta­stro­fę – za­im­pro­wi­zo­wa­ła Xana. – Cały sprzęt i na­sze rze­czy zo­sta­ły znisz­czo­ne, same le­d­wo uszły­śmy z ży­ciem. Oret­ta, wy­tłu­macz to temu mi­łe­mu kom­pu­te­ro­wi.

Ora wła­śnie usi­ło­wa­ła so­bie przy­po­mnieć rze­czo­ną ka­ta­stro­fę. Nie bar­dzo mo­gła, ale w koń­cu li­czy­ło się to, że prze­ży­ła.

– Dwie por­cje her­ba­ty są zu­peł­nie wy­star­cza­ją­ce – po­wie­dzia­ła ża­ło­śnie.

– Do­sta­niesz póź­niej – obie­ca­ła San­dra. – Te­raz po­proś o zmia­nę kur­su.

– Je­ste­śmy za­ło­gą, a Ele­ono­ra Gard­ner jest ka­pi­ta­nem – oświad­czy­ła na­gle Oret­ta z ta­kim prze­ko­na­niem, że na­wet San­dra nie pró­bo­wa­ła pro­te­sto­wać.

– Ale mo­żesz mó­wić mi Ele­ono­ra. Le­ci­my na Ler­mon.

– Go­to­wość star­to­wa osią­gnię­ta – usły­sza­ły ko­mu­ni­kat i dłu­gą, nie­po­ko­ją­cą pau­zę. – Cel: Ler­mon, czas prze­lo­tu: trzy doby po­kła­do­we.

Czu­jąc zwięk­sza­ją­ce się prze­cią­że­nie, po­pa­trzy­ły po so­bie z wy­ra­zem trium­fu. Żad­na z nich nie wie­rzy­ła, że uda im się do­trzeć da­lej niż do drzwi ośrod­ka, a te­raz pro­szę: mknę­ły przez ko­smos wiel­kim ra­tun­ko­wym stat­kiem.

Ele­ono­ra stuk­nę­ła po trzy­kroć la­ską i wy­pro­sto­wa­ła się, na ile po­zwo­lił ból w krzy­żu. – Uwa­ga! Nad­cho­dzi­my! – ogło­si­ła świa­tom, któ­re wzię­ły na cel, roz­sia­dła się wy­god­nie i za­snę­ła.

– Da się tu wy­świe­tlić plan po­miesz­czeń? – za­in­te­re­so­wa­ła się San­dra.

– Chy­ba mu­sisz po­wie­dzieć to gło­śniej – po­ra­dzi­ła La­ma­ra.

– Nie mó­wi­łam do stat­ku, tyl­ko do Ory. Na pew­no wy­star­czy coś na­ci­snąć.

– Do mnie? – prze­stra­szy­ła się Oret­ta, któ­ra mia­ła na­dzie­ję, że już o niej za­po­mnia­no.

Sy­tu­acja wy­glą­da­ła jed­nak do­kład­nie prze­ciw­nie. Zo­sta­ła oto­czo­na przez swo­je ko­le­żan­ki ści­słym ko­łem. W do­dat­ku po­sztur­chi­wa­ły ją za­chę­ca­ją­co.

– No na­ci­śnij coś!

– Może ten czar­ny pro­sto­kąt?

– Wy­da­je mi się, że któ­ryś z tych mru­ga­ją­cych.

– Nie, jak mru­ga, to zna­czy, że coś robi. Ra­czej ten zie­lo­ny z li­te­rą „M”.

– Na­ci­skaj, na­ci­skaj...

Oret­ta za­czę­ła się za­sta­na­wiać, jak się wpa­ko­wa­ła w tę sy­tu­ację. Czy zro­bi­ła coś nie tak?

– Chy­ba nie ja­dłam dziś śnia­da­nia – spró­bo­wa­ła się bro­nić.

– Jak bę­dzie­my wie­dzia­ły, gdzie co jest, to wszyst­kie chęt­nie zje­my śnia­da­nie. Na­ci­skaj!

Nie wi­dząc in­ne­go wyj­ścia, Oret­ta za­mknę­ła oczy i na chy­bił tra­fił dziob­nę­ła pal­cem w kon­so­lę.

– Wszyst­kie opcje za­blo­ko­wa­ne do cza­su cał­ko­wi­te­go za­koń­cze­nia pro­ce­du­ry star­to­wej – oznaj­mił głos stat­ku.

– Jak masz na imię? – spy­ta­ła San­dra.

– Oret­ta. My­śla­łam, że się zna­my?

– Nie ty. Sta­tek. Jak już mu­szę z nim roz­ma­wiać, to chcę przy­naj­mniej wie­dzieć, jak się na­zy­wa.

– Ana­li­za do­tych­cza­so­wych po­le­ceń wska­zu­je na zmia­nę ro­dza­ju użyt­ko­wa­nia. Czy mam zmie­nić in­ter­fejs na „przy­ja­zny asy­stent Ste­ve”?

– Hę?

Jak na ko­men­dę wszyst­kie od­wró­ci­ły się do Ele­ono­ry, po­chra­pu­ją­cej w wy­god­nym fo­te­lu.

– Zmie­nia­my? – szep­nę­ła San­dra.

– Co? – za­wo­ła­ły, wy­cią­ga­jąc w jej kie­run­ku le­piej sły­szą­ce uszy.

– Py­ta­łam, czy zmie­nia­my? Nie chcia­łam, żeby nas sły­szał.

– Sen­so­ry dźwię­ku są dużo czul­sze od ludz­kie­go na­rzą­du słu­chu – po­in­for­mo­wał kom­pu­ter.

– Co to zna­czy? – za­nie­po­ko­iła się San­dra.

– Że sły­szy dużo le­piej od nas – prze­tłu­ma­czy­ła Xana.

– A mógł­byś nas nie pod­słu­chi­wać?

– Nie.

– Zmień­my – zde­cy­do­wa­ła La­ma­ra. – Naj­wy­żej po­wie­my, że samo się tak zro­bi­ło – do­da­ła ase­ku­ra­cyj­nie.

– Albo że Oret­ta zno­wu coś na­ci­snę­ła – pod­su­nę­ła San­dra.

Oret­ta ob­rzu­ci­ła ją zbo­la­łym spoj­rze­niem.

– Ty mu po­wiedz – Mida trą­ci­ła San­drę. – Ty je­steś te­raz naj­star­sza.

San­dra po­trzą­snę­ła gło­wą, aż za­chro­bo­ta­ło; gdy­by Mi­dret była zło­śli­wa, by­ła­by praw­dzi­wą mi­strzy­nią. – Zmień się w tego Ste­ve’a – po­wie­dzia­ła do su­fi­tu, bo nie bar­dzo wie­dzia­ła, jak zwra­cać się do ko­goś, bę­dąc w jego wnę­trzu.

– Tyl­ko zo­staw ten głos – po­pro­si­ła Flo­re, pra­wie się ru­mie­niąc.

– Przy­ja­zny asy­stent Ste­ve wita na po­kła­dzie. Dzię­ku­ję, że mnie wy­bra­ły­ście. Czy chce­cie cze­goś się do­wie­dzieć lub zmie­nić opcje in­ter­fej­su? – za­py­tał po chwi­li ten sam głos, ale brzmią­cy, jak­by jego wła­ści­ciel roz­piął gór­ny gu­zik ko­szu­li.

– Gdzie jest sto­łów­ka? – wy­pa­li­ła bez na­my­słu Mida, za co Oret­ta była jej bar­dzo wdzięcz­na, bo wła­śnie za­czę­ła po­dej­rze­wać, że w związ­ku z ka­ta­stro­fą nie zja­dła rów­nież wczo­raj­szej ko­la­cji.

– Na ho­lo­pla­nie czy w na­tu­rze?

– Żad­nych ho­lo­gra­mów! – za­strze­gła Flo­re, a gdy wszyst­kie spoj­rza­ły na nią za­sko­czo­ne, do­da­ła: – Prze­ko­na­cie się, jak do­trze­my na Urmis.

– Po­dą­żaj­cie za strzał­ka­mi na pod­ło­dze.

– Chcia­łam jesz­cze za­py­tać – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło Oret­ta, z tru­dem uno­sząc się z fo­te­la – czy będę mu­sia­ła coś na­ci­skać?

– Nie. To pa­nel ste­ro­wa­nia stat­kiem – wy­ja­śnił kom­pu­ter. – Wszel­kie gu­zi­ki na­ci­ska pi­lot, na­wi­ga­tor lub ka­pi­tan. W tym po­miesz­cze­niu nie po­wi­nien prze­by­wać nikt spo­za za­ło­gi.

– My je­ste­śmy za­ło­gą – po­in­for­mo­wa­ła prze­pra­sza­ją­co Oret­ta, chwie­jąc się na zdrę­twia­łych no­gach.

Roz­legł się nie­po­ko­ją­cy szum dzia­ła­ją­ce­go po­nad swo­je moż­li­wo­ści kom­pu­te­ra.

– Błąd nu­mer 98416 – usły­sza­ły w koń­cu. – Je­śli pro­blem bę­dzie się po­wta­rzał, skon­tak­tuj się z pro­du­cen­tem bądź przed­sta­wi­cie­lem han­dlo­wym.

– Wiesz co, już le­piej byś się w ogó­le nie od­zy­wa­ła – skar­ci­ła ją San­dra.

– Ale prze­cież je­ste­śmy, no nie? Tam śpi ka­pi­tan, a ja je­stem... na­wi­ga­to­rem? Xano?

– Me­cha­nik – od­par­ła star­sza pani bez na­my­słu, ale po chwi­li uzu­peł­ni­ła: – głów­ny.

– W ta­kim ra­zie ja je­stem głów­nym ofi­ce­rem. – San­dra wy­pro­sto­wa­ła ra­mio­na i przy­bra­ła od­po­wied­ni dla tej funk­cji wy­raz twa­rzy. – Po­trzeb­ny jest jesz­cze pi­lot. Flo­re?

– Do­brze. By­le­bym nie mu­sia­ła sia­dać za ste­ra­mi.

– La­ma­ro? Mo­żesz być dru­gim pi­lo­tem.

– W po­rząd­ku, ale z ta­kim sa­mym za­strze­że­niem.

– A Mida bę­dzie ro­bi­ła za resz­tę per­so­ne­lu i spra­wa za­ła­twio­na.

Usta­liw­szy wszyst­ko, sta­rusz­ki po­dą­ży­ły za zie­lo­ny­mi strzał­ka­mi na wła­ści­wy pas ru­cho­me­go chod­ni­ka.

– No to je­ste­śmy za­ło­gą – ob­wie­ści­ła Oret­ta.

– Przy­mknij się, bo Przy­ja­zne­mu prze­pa­lą się ob­wo­dy, i obudź Ele­ono­rę, bo prze­śpi śnia­da­nie....

Ste­ve nie ode­zwał się.

Elek­tro­nicz­ny mózg usi­ło­wał do­sto­so­wać się do wy­klu­cza­ją­cych się wza­jem­nie ko­mu­ni­ka­tów, rów­no­cze­śnie szy­ku­jąc się do ba­ta­lii o prze­trwa­nie. Taki miał prio­ry­tet: ra­to­wać isto­ty żywe prze­by­wa­ją­ce na jego po­kła­dzie, na­wet przed nimi sa­my­mi.

– Za­ma­wiaj­my! – po­na­gli­ła Mi­dret, gdy za­sia­dły przy sto­le w me­sie.

– Przed wej­ściem do to­a­le­ty upew­nij się, że jest włą­czo­na gra­wi­ta­cja – usły­sza­ły głos spod bla­tu. – Czy chcesz usły­szeć na­stęp­ną po­ra­dę?

Flo­re wy­ję­ła to­reb­kę, otwo­rzy­ła ją i wy­cią­gnę­ła pa­sek ko­lo­ro­we­go ma­te­ria­łu. – Nie umiem go wy­łą­czyć.

– Ga­da­ją­cy kra­wat? Od Har­ry’ego?! – za­wo­ła­ła oskar­ży­ciel­sko San­dra i rzu­ci­ła spoj­rze­nie, któ­re pięć­dzie­siąt lat temu wy­wo­ła­ło­by praw­do­po­dob­nie sil­ny ru­mie­niec. Te­raz Flo­ren­ce tyl­ko przy­tak­nę­ła.

– Daje jed­ną po­ra­dę dzien­nie, chy­ba że ktoś chce wię­cej.

Nikt nie chciał.

– Na przy­szłość: zo­sta­wiaj go w po­ko­ju – za­skrze­cza­ła San­dra – sko­ro nie po­tra­fi trzy­mać gęby na kłód­kę.

– On nie ma gęby. Tak czy siak, nie bę­dziesz mi dyk­to­wa­ła, co mogę przy so­bie no­sić.

– Mnie nie prze­szka­dza – sta­nę­ła w jej obro­nie Ele­ono­ra.

– Przy­naj­mniej raz dzien­nie bę­dzie­my mo­gły usły­szeć coś mą­dre­go – do­da­ła wy­zy­wa­ją­co Flo­re.

– Za­gło­suj­my – za­żą­da­ła San­dra.

– Na stat­ku nie ma de­mo­kra­cji – oświad­czy­ła Ele­ono­ra. – Na stat­ku rzą­dzi ka­pi­tan. Mam ra­cję, Ste­ve?

Ste­ve wy­brał opcję „prze­cze­kać, aż za­po­mną, o czym roz­ma­wia­ły”.

– Ste­ve?! – Ele­ono­ra wal­nę­ła la­ską o blat sto­łu, aż ko­le­żan­ki pod­sko­czy­ły na krze­słach. Kom­pu­ter sko­rzy­stał z opcji wy­mi­ja­ją­cej:

– Tak, zwy­kle na stat­ku rzą­dzi ka­pi­tan.

– Czy­li ja! Ja tu rzą­dzę! Praw­da? ...Ste­ve?!

Prze­wi­du­jąc kil­ka mi­lio­nów kro­ków do przo­du, od­po­wie­dział:

– Tak, pro­szę pani.

– No – uspo­ko­iła się Ele­ono­ra.

Flo­re scho­wa­ła mó­wią­cy kra­wat do za­ła­do­wa­nej nie­mi­ło­sier­nie to­reb­ki, wszyst­kie i tak za­po­mnia­ły już, o co po­szło (oprócz Mi­dret, ale ją dużo bar­dziej in­te­re­so­wa­ło menu).

Zło­ży­ły za­mó­wie­nie i po kil­ku mi­nu­tach do każ­dej pod­je­chał me­ta­lo­wy ba­rek z od­po­wied­ni­mi da­nia­mi. Usta­wi­ły je przed sobą z na­masz­cze­niem.

– To nasz pierw­szy po­si­łek na wol­no­ści – stwier­dzi­ła uro­czy­ście Flo­re. – Może za­mó­wi­my szam­pa­na?

– Bez­al­ko­ho­lo­we­go? – upew­nił się Ste­ve.

– Jak sza­leć, to sza­leć! Daj nam naj­lep­szy rocz­nik, jaki masz... i żad­ne­go bez­al­ko­ho­lo­we­go świń­stwa! – zde­cy­do­wa­ła Ele­ono­ra.

– Szam­pan z kon­ce­sjo­no­wa­nej pla­ne­ty Cham­pa­gne skoń­czył się sto dzie­więt­na­ście lat temu. Mam wina mu­su­ją­ce.

– A to je­dze­nie ile ma lat? – spy­ta­ła z trwo­gą Oret­ta.

– My­ślę, że nie chcesz wie­dzieć – ostrze­gła ją Mida.

– Za­pa­sy po­cho­dzą sprzed stu czter­na­stu lat.

– ...ale już wiesz...

– A co z ter­mi­nem przy­dat­no­ści?

– Jesz­cze jed­no py­ta­nie i obe­rwiesz. – Ele­ono­ra unio­sła groź­nie drew­nia­ną la­skę. – Do­sta­łaś kie­dyś czymś ta­kim po gło­wie? – Na­stęp­nie star­sza pani zmie­ni­ła głos na jesz­cze bar­dziej wład­czy, tak aby pa­so­wał do ko­goś, kto wy­da­je po­le­ce­nia ca­łe­mu stat­ko­wi, i zwró­ci­ła się do Ste­ve’a: – Weź­mie­my wino mu­su­ją­ce, ale naj­lep­sze!

– Moja wą­tro­ba tego nie wy­trzy­ma – skrzy­wi­ła się La­ma­ra.

Po speł­nie­niu to­a­stu otwo­rzy­ły po­jem­ni­ki, z któ­rych unio­sły się za­pa­chy die­te­tycz­nych od­po­wied­ni­ków za­mó­wio­nych po­traw, nie­ste­ty nie­ca­łe dwa­dzie­ścia pro­cent mia­ło szan­sę do­trzeć do od­po­wied­nich ośrod­ków mó­zgu moc­no prze­tar­ty­mi już szla­ka­mi.

Wszyst­kie jak na ko­men­dę zła­pa­ły za sztuć­ce i roz­po­czę­ły ucztę.

Pierw­sza swo­je je­dze­nie wy­plu­ła Mida, resz­ta zro­bi­ła to z kil­ku­na­sto­se­kun­do­wym opóź­nie­niem.

– Brak soli – wy­ja­śnił Ste­ve, któ­re­go za­wio­dła opcja „zi­gno­ruj pro­blem, może nikt nie za­uwa­ży”.

– Jak mo­gło za­brak­nąć soli, sko­ro zo­sta­ło je­dze­nie? – za­nie­po­ko­iła się Mida. – Czy ono też już się koń­czy?

– Za­pa­sy żyw­no­ści wy­star­czą na osiem lat przy kom­ple­cie pa­sa­że­rów i za­ło­gi.

– A co z solą?

– Kon­te­ner soli znaj­du­je się poza sys­te­mem za­ła­dun­ko­wym.

– Więc jest! – ucie­szy­ła się Mida.

– Jest nie­do­stęp­na.

– Dla cie­bie. A dla nas?

– Wy­nik ob­li­czeń za­wie­ra się w prze­dzia­le „prak­tycz­nie nie­moż­li­we”.

– Masz wzór do ob­li­cza­nia, co mogą zro­bić bab­cie?

– Tak.

– A mogą, we­dług cie­bie, uciec z domu star­ców, ukraść sta­tek ko­smicz­ny i wy­ru­szyć na wy­ciecz­kę po ga­lak­ty­ce?

– 5% szan­sy.

– Więc wi­dzisz, gdzie mo­żesz wsa­dzić so­bie ten wzór.

– Nie wi­dzę.

– Jak od­pocz­nie­my, zro­bi­my po­rzą­dek z tą solą – zde­cy­do­wa­ła Ele­ono­ra. – A te­raz czas na za­kwa­te­ro­wa­nie. Masz po­ko­je na tym po­kła­dzie?

– Tak.

– Do­sko­na­le, bę­dzie­my mia­ły wszyst­ko pod ręką. Do­kąd mamy iść?

– Tyl­ko żad­nych ho­lo­gra­mów! – przy­po­mnia­ła Flo­re.

Kom­pu­ter uak­tyw­nił sie­dem ka­jut po­ło­żo­nych naj­bli­żej mesy. Kie­dy się po­ło­żą, zba­da ich stan, na­stęp­nie na pod­sta­wie wzo­ru, któ­ry ka­za­ły mu „so­bie wsa­dzić”, przy­go­tu­je dla każ­dej od­po­wied­ni ze­staw le­ków i skład mie­szan­ki do od­dy­cha­nia. Ru­ty­na.

Więk­sza część stat­ku po­grą­żo­na była w ciem­no­ści i ste­ryl­nym po­rząd­ku. Kon­te­ner soli stał pod ścia­ną ła­dow­ni, w miej­scu wy­raź­nie ozna­ko­wa­nym wiel­kim czer­wo­nym krzy­żem i na­pi­sem: NIE ZA­STA­WIAĆ – w pię­ciu pod­sta­wo­wych ję­zy­kach. Za­le­d­wie kil­ka me­trów da­lej lśni­ły wro­śnię­te w pod­ło­gę szy­ny, mię­dzy któ­ry­mi wid­niał sche­ma­tycz­ny ry­su­nek po­jem­ni­ka i trzy wy­ra­zy: TU USTA­WIAĆ KON­TE­NE­RY – w pię­ciu pod­sta­wo­wych ję­zy­kach.

Sól wa­ży­ła trzy tony, co w prze­li­cze­niu na bab­cie da­wa­ło oczy­wi­sty wy­nik, na­wet po­mi­ja­jąc po­nad czte­ro­me­tro­wą od­le­głość od miej­sca prze­zna­cze­nia.

Mimo to sta­rusz­ki były już w po­ło­wie dro­gi, wy­krzy­ku­jąc ra­do­śnie na za­krę­tach i do­ma­ga­jąc się zwięk­sze­nia pręd­ko­ści ru­cho­me­go chod­ni­ka. Naj­wię­cej ucie­chy spra­wia­ły im ko­ry­ta­rze, na któ­rych nie włą­czy­ło się świa­tło. Pisz­cza­ły wów­czas co sił w płu­cach, ła­piąc się jed­na dru­giej, jak­by zna­la­zły się na­gle w we­so­łym mia­stecz­ku.

Kok­taj­le od­żyw­cze naj­wy­raź­niej zro­bi­ły swo­je.

Do­tar­ły tak do miesz­czą­cej się w tyl­nej czę­ści stat­ku to­wa­ro­wej win­dy, któ­ra za­bra­ła je pię­tro wy­żej. Drzwi się roz­su­nę­ły i ma­ga­zyn roz­ja­śni­ło ja­skra­we ja­rze­nio­we świa­tło, zu­peł­nie inne niż w czę­ści miesz­kal­nej.

Ko­bie­ty wy­szły z win­dy i za­trzy­ma­ły na środ­ku po­miesz­cze­nia. Eu­fo­ria ule­cia­ła na­tych­miast, gdy spoj­rza­ły na sie­bie. W ta­kim oświe­tle­niu na­wet dwu­dzie­sto­let­nia La­ty­no­ska nie wy­glą­da­ła­by naj­le­piej. Uśmie­chy zga­sły i twa­rze przy­bra­ły jesz­cze bar­dziej nie­zdro­wy wy­gląd. Flo­re ma­chi­nal­nie wy­ję­ła pu­der­nicz­kę i za­czę­ła na­kła­dać ko­lej­ne war­stwy ko­lo­ry­zu­ją­ce­go pu­dru. Resz­ta nie­chęt­nie po­go­dzi­ła się z tru­pio­bla­dą cerą i po­głę­bio­ny­mi nie­spra­wie­dli­wie zmarszcz­ka­mi.

– Po pro­stu zrób­my to szyb­ko – po­wie­dzia­ła głu­cho Xana.

– To tyl­ko świa­tło – za­świer­go­ta­ła Mida. – Każ­dy wy­glą­dał­by tu, jak­by do­pie­ro co wstał z gro­bu.

– Gdzie ta sól? – za­py­ta­ła San­dra, pusz­cza­jąc mimo uszu nie­smacz­ną alu­zję Mi­dret.

– W kon­te­ne­rze z na­pi­sem „sól” w pię­ciu pod­sta­wo­wych ję­zy­kach.

– Wiesz, że czte­ry z tych ję­zy­ków są od daw­na mar­twe?

– Wiem.

Po­de­szły do po­jem­ni­ka, któ­ry, na­wet przy naj­więk­szym wy­sił­ku do­brej woli, nie wy­glą­dał na lek­ki.

– Ile waży? – spy­ta­ła rze­czo­wo Ele­ono­ra.

– 3 tony... Tak jak jest na­pi­sa­ne w le­wym dol­nym rogu, du­ży­mi li­te­ra­mi.

– On sta­ra się być zło­śli­wy – za­uwa­ży­ła Xana. – I to ma być przy­ja­zny in­ter­fejs?

– Ko­rzy­stam z opcji ozna­czo­nych „przy­ja­zny asy­stent Ste­ve” – wy­ja­śnił kom­pu­ter. – W uwa­gach do pro­gra­mu jest klau­zu­la: „au­tor nie od­po­wia­da za skut­ki nie­wła­ści­we­go użyt­ko­wa­nia asy­sten­ta ani za zmia­ny w jego oso­bo­wo­ści po­wsta­łe w wy­ni­ku do­sto­so­wa­nia”.

– To zna­czy, że go ze­psu­ły­śmy?

– To zna­czy, że jak jest zło­śli­wy, to same je­ste­śmy so­bie win­ne – za­śmia­ła się San­dra. – Spryt­ne!

– Po­wi­nie­neś to nam prze­czy­tać, za­nim się prze­łą­czy­łeś, praw­da?

– Nie na­le­ży to do mo­ich obo­wiąz­ków. Za­po­zna­nie się z in­struk­cją ob­słu­gi jest pra­wem każ­de­go użyt­kow­ni­ka. Jest ona udo­stęp­nia­na na każ­de jego ży­cze­nie.

– A co z tą solą? – Mida prze­sta­wi­ła zwrot­ni­cę roz­mo­wy na wła­ści­wy tor. – Nie pod­nie­sie­my jej.

– Musi tu być ja­kiś dźwig czy pod­no­śnik.

– Nie ma – od­po­wie­dział su­cho kom­pu­ter.

– No do­brze, ale dla­cze­go kon­te­ner waży? – za­gad­nę­ła Ele­ono­ra.

– Bo ma masę? – spró­bo­wa­ła La­ma­ra.

– Bo ma gra­wi­ta­cję! – oznaj­mi­ła Ele­ono­ra i dała ko­le­żan­kom chwi­lę cza­su na wy­cią­gnię­cie wnio­sku.

– Bez gra­wi­ta­cji nie waży nic!

– Tak! – Ele­ono­ra za­tar­ła ręce. – Wy­łącz gra­wi­ta­cję!

Nie mu­sia­ła tego dwa razy po­wta­rzać.

– Gra­wi­ta­cja zero – po­in­for­mo­wał Ste­ve, choć nie było to ko­niecz­ne.

Wszyst­kie od­czu­ły to po­dob­nie: za­wro­tem gło­wy i nie­przy­jem­nym uci­skiem żo­łąd­ka. Po­tem pod­ło­ga za­czę­ła się od­da­lać. Po­wo­li, ale nie­uchron­nie.

– Tyl­ko nie pró­buj jej te­raz włą­czyć! – ostrze­gła La­ma­ra, ob­ra­ca­jąc się wo­kół wła­snej osi.

Mida za­ma­cha­ła rę­ka­mi, od­bi­ła się od słu­pa i za­czę­ła su­nąć w po­przek ma­ga­zy­nu jak mi­nia­tu­ra ste­row­ca.

Flo­re kur­czo­wo ści­snę­ła to­reb­kę, za­mek nie wy­trzy­mał i uwol­nił uwię­zio­ne we­wnątrz przed­mio­ty. Po chwi­li do­oko­ła Flo­re ni­czym sa­te­li­ty uno­si­ły się szmin­ki, tu­sze, pu­der­nicz­ki i wi­ją­cy się jak wy­chu­dzo­ny wąż mó­wią­cy kra­wat; za­czę­ła wy­ła­py­wać swo­je skar­by nie­zgrab­ny­mi ru­cha­mi.

– Ele­ono­ro – za­wo­ła­ła Oret­ta, wi­sząc gło­wą w po­ten­cjal­ny dół – nie chcę cię mar­twić, ale sól nie lata.

– Ste­ve?

– Pod­ło­ga i kon­te­ne­ry wy­ko­na­ne są z ma­te­ria­łów za­czep­nych, trze­ba użyć siły, żeby je od­cze­pić.

– Du­żej?

– Nie. – Pro­gram kon­tro­l­ny prze­słał mu im­puls nie­zgod­no­ści. – Tak – po­pra­wił się.

– Damy radę?

– Nie.

– To nie było do cie­bie, wy­jąt­ko­wo przy­ja­zny in­ter­fej­sie...

– Co się sta­nie, jak zwy­mio­tu­ję?

Spoj­rza­ły na La­ma­rę, żeby prze­ko­nać się, czy to było py­ta­nie czy ostrze­że­nie.

– Chy­ba czas na lą­do­wa­nie. Po­wol­ne.

– Ze wzo­ru? – W po­wie­trzu za­iskrzy­ła zło­śli­wość.

– Da­waj ze wzo­ru – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko La­ma­ra.

Spły­nę­ły jak ba­lo­ny, od­bi­ły się kil­ka­krot­nie od pod­ło­gi, za­nim twar­do na niej sta­nę­ły i po­czu­ły się cięż­kie.

Przez pe­wien czas do­cho­dzi­ły do sie­bie, rzu­ca­jąc oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nia Ele­ono­rze, wy­bra­ne­mu zu­peł­nie nie­de­mo­kra­tycz­nie ka­pi­ta­no­wi. I dla ni­ko­go nie mia­ło zna­cze­nia to, że gdy­by prze­pro­wa­dzi­ły le­gal­ne wy­bo­ry, wy­gra­ła­by wal­ko­we­rem.

– Co te­raz?

Ele­ono­ra po­dra­pa­ła się w gło­wę, choć to i tak ni­g­dy nie po­ma­ga­ło. Czu­ła na swo­ich wą­tłych bar­kach brze­mię od­po­wie­dzial­no­ści. Kom­pu­ter naj­wy­raź­niej nie miał za­mia­ru po­dać im go­to­we­go roz­wią­za­nia, cze­kał, aż przy­zna, że same so­bie nie po­ra­dzą, i po­pro­si go o po­moc. Nie­do­cze­ka­nie! Nie pod­da się, choć­by mia­ły tu tkwić do koń­ca świa­ta.

Sta­ło się – po­my­śla­ła – je­stem upar­ta jak moja mat­ka!

Gdy­by zdo­by­ła się na cał­ko­wi­tą szcze­rość, mu­sia­ła­by przy­znać, że była dużo bar­dziej upar­ta. Była ko­lej­nym ogni­wem po­ko­le­nio­wej eska­la­cji upo­ru, i nie ostat­nim. Były prze­cież na­stęp­ne po­ko­le­nia. Pra­wnuk Ele­ono­ry, Ju­lian, we wcze­snej mło­do­ści do­pro­wa­dzał naj­bliż­szych do sza­łu, od­ma­wia­jąc je­dze­nia pro­duk­tów w in­nym ko­lo­rze niż żół­ty, przez trzy bar­dzo dłu­gie lata. Ni­g­dy ja­koś nie przy­szło jej do gło­wy, że to prak­tycz­nie to samo, co kon­se­kwent­ne omi­ja­nie sa­lo­nu „Moda po są­siedz­ku” tyl­ko dla­te­go, że raz nie zmie­ści­ła się w spód­ni­cę w swo­im roz­mia­rze.

Zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że jej ży­cio­wa de­wi­za „mam za­wsze ra­cję, nie­za­leż­nie od sta­nu fak­tycz­ne­go” znacz­nie utrud­nia eg­zy­sten­cję, sta­wia­jąc ją w sy­tu­acjach, któ­rych spo­koj­nie mo­gła­by unik­nąć. Jak w tej chwi­li. Wes­tchnę­ła. Kom­pu­ter zin­ter­pre­to­wał to jako sy­gnał ka­pi­tu­la­cji; po­my­lił się, nie po raz ostat­ni. Bę­dzie cią­gnę­ła swo­ją ba­ta­lię do koń­ca, bo taka już była, jest i bę­dzie.

– Po­trzeb­ny nam ja­kiś smar, któ­ry znie­sie za­czep­ność – stwier­dzi­ła Ele­ono­ra po dłu­gim, wy­czer­pu­ją­cym na­my­śle.

– Coś śli­skie­go? Olej? – pod­su­nę­ła Xana.

– Nie. – Ste­ve w prze­cią­gu na­no­se­kun­dy wy­szu­kał od­po­wied­nią sub­stan­cję, ale nie mu­siał im ni­cze­go uła­twiać. To nie była sy­tu­acja za­gro­że­nia ży­cia i jego ak­tu­al­ny tryb do­pusz­czał im­pro­wi­za­cję.

– Nie, bo co?

– Za­cze­pie­nie nie pu­ści, bo olej wy­two­rzy zbyt cien­ką war­stwę.

– Krem z tor­tu? – Ta idea za­go­ści­ła w gło­wie Mi­dret rów­no­cze­śnie z bur­cze­niem w brzu­chu. – Chy­ba czas coś zjeść – uśmiech­nę­ła się, zu­peł­nie nie­za­że­no­wa­na.

– Chy­ba tak – przy­zna­ła Oret­ta.

Wi­zja tor­tu po­dzia­ła­ła jed­no­znacz­nie na wszyst­kie żo­łąd­ki.

– Zrób­my so­bie prze­rwę na ja­kąś prze­ką­skę – zde­cy­do­wa­ła Ele­ono­ra. – Ste­ve, mo­że­my coś zjeść w tej oko­li­cy?

– W po­bli­żu znaj­du­ją się: au­to­mat z zu­pa­mi i au­to­mat z ba­to­na­mi.

– Zupy bez soli?

– Nie, zupy są go­to­wy­mi mie­szan­ka­mi zgod­nych z na­tu­ral­ny­mi sub­stan­cji po­kar­mo­wych. Z do­dat­kiem soli, ostrych przy­praw, sztucz­nych barw­ni­ków i aro­ma­tów oraz ulep­sza­czy.

– Do­brze, do­brze – prze­rwa­ła mu San­dra. – Nie my­ślisz chy­ba, że prze­stra­szysz nas che­mią spo­żyw­czą? – Ste­ve nie od­po­wie­dział. Oczy­wi­ście che­mia spo­żyw­cza nie była strasz­na. Przy­naj­mniej dla osob­ni­ków w pew­nym prze­dzia­le wie­ko­wym. Dla nich w więk­szo­ści jed­nak była.

W pod­ło­dze za­świe­ci­ły się strzał­ki i bab­cie ru­szy­ły wy­zna­czo­nym szla­kiem.

Zgod­nie z die­tą okre­ślo­ną dla obec­nych pa­sa­że­rek kom­pu­ter wy­łą­czył do­stęp do naj­bar­dziej szko­dli­wych zup.

– Hej, co jest z tym au­to­ma­tem?

– Wy­war z wa­rzyw i kle­ik ry­żo­wy? To ja­kieś kpi­ny!

Sta­rusz­ki ze zło­ścią pa­trzy­ły na 30-punk­to­wą li­stę, na któ­rej ak­tyw­ne były dwa naj­mniej atrak­cyj­ne wy­bo­ry.

– Ste­ve?!

Je­śli do tej pory nie ist­nia­ły elek­tro­nicz­ne ciar­ki, to bab­cie mia­ły w ręku ma­te­riał do opa­ten­to­wa­nia.

– Tak?

– Coś się ze­psu­ło – ode­zwa­ła się Oret­ta w wy­ni­ku zna­czą­cych spoj­rzeń. Jej ta­lent stał się jej prze­kleń­stwem. Ko­le­żan­ki wy­sta­wia­ły ją na pierw­szą li­nię, od­kąd zo­rien­to­wa­ły się, że trze­ba cze­goś znacz­nie moc­niej­sze­go niż bez­dusz­ność, żeby jej od­mó­wić.

– Wszyst­kie do­stęp­ne opcje są pod­świe­tlo­ne.

– Jest tyl­ko wy­ciąg z wa­rzyw i kle­ik – za­uwa­ży­ła nie­śmia­ło Oret­ta. – A co z resz­tą?

– Resz­ta... – lek­kie wa­ha­nie, coś, co ni­g­dy mu się nie przy­da­rzy­ło – ...jest nie­do­stęp­na.

– Dla­cze­go?

– Po­nie­waż... – nie mógł kła­mać ani ni­cze­go im za­ka­zy­wać, mu­siał na­to­miast o nie dbać naj­le­piej, jak po­tra­fił. Żad­na z moż­li­wych od­po­wie­dzi nie speł­nia­ła wszyst­kich wa­run­ków. Nie było wy­tycz­nych, jak po­stę­po­wać z tego ro­dza­ju za­ło­gą, pa­sa­że­ra­mi i ofia­ra­mi ka­ta­stro­fy jed­no­cze­śnie.

Oret­ta in­stynk­tow­nie wy­czu­ła swo­ją szan­sę.

– Bar­dzo chcia­ły­by­śmy zjeść przy­naj­mniej po bursz­ty­no­wym kok­taj­lu, upał w tym roku był nie do znie­sie­nia, to same ryby i kre­wet­ki... nie za­szko­dzą nam...

Zro­bi­ło się prze­raź­li­wie ci­cho, ci­szą, któ­ra mo­gła­by za­wie­sić naj­bar­dziej od­por­ny sys­tem.

„Bursz­ty­no­wy kok­tajl” za­mru­gał kil­ka­krot­nie, za­nim roz­świe­tlił się na do­bre.

Kom­pu­ter włą­czył wspo­ma­ga­nie pa­mię­ci ope­ra­cyj­nej i do­dat­ko­we ob­wo­dy bez­pie­czeń­stwa. W samą porę, bo wła­śnie do sen­so­rów dźwię­ko­wych do­biegł zgrzy­tli­wy głos San­dry:

– Ja to bym wo­la­ła kasz­mi­ro­wą z klu­secz­ka­mi...

Resz­ta ro­zej­rza­ła się lę­kli­wie, spo­dzie­wa­jąc się, że San­dra prze­kro­czy­ła ko­lej­ny próg elek­tro­nicz­nej cier­pli­wo­ści i że mogą po­ja­wić się kon­se­kwen­cje. Praw­do­po­dob­nie nie­zbyt przy­jem­ne.

San­dra pa­trzy­ła wy­zy­wa­ją­co przed sie­bie.

– Każ mu – zwró­ci­ła się do Ele­ono­ry. – Je­steś do­wód­cą. Po­dob­no.

– Kasz­mi­ro­wa... jest ostra i cięż­ko­straw­na. Są­dzę, że nie da ci jej, bo to szko­dzi zdro­wiu.

– To moje zdro­wie. Każ mu!

– Je­ste­śmy za­ło­gą – wtrą­ci­ła na­gle Oret­ta swo­im prze­pra­sza­ją­cym to­nem. – Po­trze­bu­je­my sie­bie na­wza­jem. To już nie tyl­ko two­je zdro­wie.

– Nikt nie bę­dzie mi mó­wił, co mogę jeść, a cze­go nie. Nie po to wy­rwa­łam się z „Kwiet­nych Ogro­dów”, żeby prze­nieść się z jed­ne­go skom­pu­te­ry­zo­wa­ne­go sar­ko­fa­gu do dru­gie­go!

Oret­ta roz­da­ła wszyst­kim po bursz­ty­no­wym kok­taj­lu. Rów­nież San­drze, któ­ra była już o włos od ob­ra­że­nia się na cały świat.

– Jest na­praw­dę świet­ny – stwier­dzi­ła po­jed­naw­czo Oret­ta.

– Do­brze przy­pra­wio­ny – do­da­ła Xana, po­cią­ga­jąc ze swo­je­go kub­ka.

– I dają so­lid­ne, nie­oszu­ka­ne por­cje – wspar­ła ko­le­żan­ki Mida.

– Mnie też sma­ko­wał. – Ele­ono­ra do­pi­ła swo­ją zupę. – Po dzi­siej­szym śnia­da­niu sma­ko­wa­ło­by mi chy­ba wszyst­ko – pu­ści­ła oko do San­dry i uśmiech­nę­ła się za­chę­ca­ją­co.

– Niech wam bę­dzie. – San­dra prze­chy­li­ła ku­bek i spró­bo­wa­ła kok­taj­lu. Był nie­zły, praw­do­po­dob­nie dużo lep­szy niż kasz­mi­ro­wa z klu­secz­ka­mi, ale nie o to tu­taj cho­dzi­ło. San­dra, tak na­praw­dę, wca­le nie chcia­ła być ka­pi­ta­nem i wy­da­wać in­nym roz­ka­zów, chcia­ła je­dy­nie de­cy­do­wać o swo­im ży­ciu, tak jak kie­dyś, za­nim jej wol­ną wolę za­stą­pi­ły pie­lę­gniar­skie au­to­ma­ty.

Za­spo­ko­iw­szy głód i za­że­gnaw­szy kon­flikt, po­wró­ci­ły do ru­cho­me­go chod­ni­ka. Ste­ve ob­ser­wo­wał z za­in­te­re­so­wa­niem, jak wcho­dzą na pas pro­wa­dzą­cy do wind, do­pó­ki Mida nie prze­rwa­ła ci­szy i do­brej pas­sy Ste­ve’a.

– A sól?

Kom­pu­ter za­zgrzy­tał elek­tro­na­mi, a Oret­ta po­czu­ła się za­gu­bio­na – był to stan, w któ­rym spę­dza­ła więk­szość cza­su.

– Jaka sól? – spy­ta­ła.

– Ta, po któ­rą tu przy­je­cha­ły­śmy – przy­po­mnia­ła jej La­ma­ra. – Ta, bez któ­rej wszyst­kie po­tra­wy w sto­łów­ce będą sma­ko­wa­ły sto razy go­rzej niż naj­obrzy­dliw­szy kle­ik z tego au­to­ma­tu.

Nie­wzru­szo­ny po­jem­nik stał upar­cie, zno­sząc opu­ki­wa­nia, kop­nię­cia i sur­re­ali­stycz­ne pró­by prze­su­nię­cia go przy po­mo­cy sied­miu bar­ków.

– La­ma­ro, po­każ, co masz w to­reb­ce. – Xana zda­wa­ła się być na tro­pie ja­kie­goś roz­wią­za­nia.

Ko­bie­ta nie­chęt­nie otwo­rzy­ła swój skar­biec i jesz­cze bar­dziej nie­chęt­nie zgo­dzi­ła się na prze­gląd jego za­war­to­ści. Pa­trzy­ła z nie­mal fi­zycz­nym bó­lem, jak pal­ce igno­rant­ki za­nu­rza­ją się w jej cen­nych ko­sme­ty­kach.

– Szmin­ka by­ła­by naj­lep­sza – ogło­si­ła wy­nik swo­ich ba­dań Xana. – Ale pew­nie nie ma tego wy­star­cza­ją­co dużo?

– Mam tyl­ko trzy ko­lo­ry, po co ci one?

– Py­ta­łam Ste­ve’a.

– My­ślisz, że on uży­wa szmin­ki?

– My­ślę, że uży­wa prą­du, ale prze­cież na stat­ku są za­pa­sy. W ła­zien­ce jest cała masa róż­nych ta­kich... Mu­si­my uzy­skać śli­ską pod­ło­gę.

– Szmin­ki jest za mało.

– A cze­go jest wy­star­cza­ją­co?

– Kre­mu prze­ciw­zmarszcz­ko­we­go.

– Mo­żesz go tu do­star­czyć?

– Tak.

– Mo­żesz go roz­sma­ro­wać po pod­ło­dze?

– Tak.

– Za­raz, za­raz. Chce­cie zu­żyć cały za­pas kre­mu prze­ciw­zmarszcz­ko­we­go?! – prze­ra­zi­ła się Flo­re. – Nie po­zwa­lam!

– Na skła­dzie są dwa kon­te­ne­ry, za­war­tość jed­ne­go wy­star­czy na dwa­dzie­ścia osiem lat, li­cząc pod­wyż­szo­ną nor­mę, zgod­ną ze wskaź­ni­kiem zu­ży­cia z ka­ju­ty Flo­ren­ce.

– Co to niby mia­ło zna­czyć? Uży­wam tyle, ile trze­ba, a poza tym są­dzę, że mógł­byś zna­leźć coś in­ne­go, gdy­byś tyl­ko chciał.

– Spraw­dzi­łem wszyst­kie za­pa­sy, je­dy­nie tej sub­stan­cji po­zo­sta­ła wy­star­cza­ją­ca ilość. Ni­g­dy do tej pory nie było na nią du­że­go za­po­trze­bo­wa­nia.

– On jest bez­czel­ny! – po­skar­ży­ła się ogó­ło­wi Flo­ren­ce.

– Na tych po­kła­dach lu­dzie wal­czą zwy­kle o ży­cie, nie o cerę.

– Ele­ono­ro! Po­wiedz mu coś! On nie może się do nas tak od­no­sić!

– Chy­ba może – od­po­wie­dzia­ła bab­cia w ran­dze ka­pi­ta­na. – I chy­ba na­wet musi.

– Kłó­cąc się z nim, do ni­cze­go nie doj­dzie­my. – Xana, któ­ra była głów­nym tech­ni­kiem ich za­ło­gi, chcia­ła już przy­stą­pić do re­ali­za­cji pla­nu. – Roz­sma­ruj ten krem – za­rzą­dzi­ła.

Pa­trzy­ły, jak nie­wi­dzial­ne ręce oswo­ba­dza­ją je­den z dzie­siąt­ków za­le­ga­ją­cych w ni­szach ma­ga­zy­nu kon­te­ne­rów. Plą­ta­ni­ną szyn do­je­chał do miej­sca prze­zna­cze­nia, z boku otwo­rzy­ły się za­wo­ry, do któ­rych po­win­ny zo­stać pod­łą­czo­ne węże dys­try­bu­to­rów. Kom­pu­ter na­sta­wił naj­więk­sze ci­śnie­nie i zwol­nił za­bez­pie­cze­nia. Krem wy­strze­lił z kil­ku­na­stu otwo­rów w stro­nę nie­do­stęp­nej soli.

Flo­re jęk­nę­ła.

– I kto to po­sprzą­ta? – za­trosz­czy­ła się La­ma­ra.

– Niech nie przyj­dzie ci do gło­wy, przy­ła­zić tu ze ście­recz­ką i ro­bić po­rząd­ki!

– Od tego są czysz­czar­ki.

– O! Sta­łeś się na­gle taki po­moc­ny? – zi­ry­to­wa­ła się Xana.

– Sy­tu­acje za­gro­że­nia ży­cia mają prio­ry­tet.

– Ja­kie­go zno­wu za­gro­że­nia ży­cia?

– Przy sprzą­ta­niu han­ga­ru za po­mo­cą ście­recz­ki przez oso­bę z ta­ki­mi wy­ni­ka­mi ana­liz.

– Zro­bi­łeś nam ana­li­zy? Bez na­szej zgo­dy?

– Taka jest pro­ce­du­ra. Krem zo­stał roz­ma­za­ny po pod­ło­dze zgod­nie z wa­szym ży­cze­niem.

Te­raz kon­te­ner stał za­nu­rzo­ny na kil­ka cen­ty­me­trów w bia­łej mazi, któ­ra z po­wo­du do­sko­na­łej tech­no­lo­gii za­czep­no­ści nie mo­gła wci­snąć się po­mię­dzy pod­ło­gę a spód kon­te­ne­ra. Bab­cie przyj­rza­ły się swo­je­mu dzie­łu. Uzy­ska­ły bar­dzo śli­ską po­wierzch­nię do­oko­ła po­jem­ni­ka.

– Wie­dzia­łeś, że tak bę­dzie.

Po­nie­waż zde­cy­do­wa­nie nie było to py­ta­nie, Ste­ve nie od­po­wie­dział.

San­dra skie­ro­wa­ła drżą­cy pa­lec na Flo­ren­ce. – Gdy­byś nie za­wra­ca­ła gło­wy swo­imi pro­ble­ma­mi z cerą, na pew­no wcze­śniej prze­my­śla­ły­by­śmy wszyst­ko do­kład­niej! – wy­krzy­cza­ła z wście­kło­ścią.

– To był ge­nial­ny po­mysł Xany, nie mój! – bro­ni­ła się Flo­re. – Ja od razu mó­wi­łam, że tyl­ko mar­nu­je­cie do­bry ko­sme­tyk!

– Pani ka­pi­tan jest od tego, żeby wie­dzieć, co ro­bić – orze­kła Xana. – A je­śli nie wie, to niech do­ga­da się z przy­ja­znym asy­sten­tem i nie bę­dzie taka upar­ta, bo przez to cią­gle mamy kło­po­ty.

– No ja­sne! – zde­ner­wo­wa­ła się Ele­ono­ra. – Te­raz zwa­la­cie wszyst­ko na mnie. Nie pro­si­łam się, żeby zo­stać ka­pi­ta­nem! Dla­cze­go nie wy­bra­ły­ście Oret­ty? Tyl­ko dla­te­go, że cią­gle za­sła­nia się skle­ro­zą? Do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów trze­ba in­te­lek­tu, a nie pa­mię­ci, chy­ba że tego też za­po­mnia­ła. Albo Mi­dret, któ­rej w ogó­le nie za­le­ży, bo na­pcha się ba­to­ni­ka­mi i bę­dzie szczę­śli­wa?

– A mnie się wy­da­je – od­par­ła Mida, jak­by nie bra­ła udzia­łu w kłót­ni, tyl­ko ana­li­zo­wa­ła szkol­ną lek­tu­rę – że to przez San­drę, któ­ra była nie­przy­jem­na dla Ste­ve’a i przez to prze­łą­czył się na tryb zło­śli­wy.

– Wła­śnie! – pod­chwy­ci­ła Xana. – I ni­g­dy już nie bę­dzie chciał nam po­móc, chy­ba że w sy­tu­acji za­gro­że­nia ży­cia, któ­ra może wkrót­ce na­stą­pić. La­ma­ro, prze­stań wy­ma­chi­wać tą la­ską, bo zro­bisz ko­muś krzyw­dę!

Tyle wy­star­czy­ło, żeby roz­ła­do­wać at­mos­fe­rę i zno­wu sku­pić się na pro­ble­mie.

– Ma­cham tą la­ską, bo to jest to, cze­go nam po­trze­ba.

– La­ski?

– Dźwi­gni!

– Ja­sne – roz­pro­mie­ni­ła się Xana. – Dźwi­gnia, punkt pod­par­cia...

– Punkt pod­par­cia na kre­mie? – uświa­do­mi­ła im San­dra. – Te­raz za­ła­twi­ły­śmy się na amen.

– O rany – Ele­ono­ra jesz­cze raz roz­wa­ży­ła moż­li­wość po­pro­sze­nia Ste­ve’a o po­moc. Nie chcia­ła dać mu tej sa­tys­fak­cji. Drwił z nich. Ba­wił się ich kosz­tem i tyl­ko cze­kał, kie­dy się pod­da. To­wa­rzysz­ki pa­trzy­ły na nią wy­cze­ku­ją­co. – Gra­wi­ta­cja! – wy­krzyk­nę­ła w ostat­nim mo­men­cie, od­su­wa­jąc wid­mo po­ni­że­nia się przed kom­pu­te­rem. – I czysz­czar­ki.

– Już to prze­ra­bia­ły­śmy – przy­po­mnia­ła Xana.

– Prze­ra­bia­ły­śmy po­pis zło­śli­wo­ści przy­ja­zne­go asy­sten­ta. Te­raz zro­bi­my to jak na­le­ży.

– Czy­li?

Ele­ono­ra za­tar­ła ręce. – Przy zmniej­szo­nej gra­wi­ta­cji czysz­czar­ki unio­są kon­te­ner z jed­nej stro­ny. Da­dzą radę?

– Tak.

– Wte­dy Ste­ve bez pro­ble­mu wstrzyk­nie pod nie­go krem, zga­dza się? A póź­niej prze­sta­wią go na tory, po­nie­waż, jako urzą­dze­nia do sprzą­ta­nia, po­tra­fią po­ru­szać się po śli­skiej po­wierzch­ni. Mam ra­cję?

– Tak. Zga­dza się. Masz ra­cję. Mogą.

Iry­ta­cja – pro­gram, któ­ry za­cho­wy­wał się jak wi­rus, choć był in­te­gral­ną czę­ścią pier­wot­ne­go kodu, co­raz bar­dziej za­kłó­cał mu nor­mal­ne funk­cjo­no­wa­nie. Był jed­nym z kil­ku, któ­re uak­tyw­ni­ły się po raz pierw­szy w ostat­nich go­dzi­nach. Po­cho­dzi­ły z ka­ta­lo­gów asy­sten­ta: „emo­cje” i „za­cho­wa­nia” i zu­peł­nie nie przy­po­mi­na­ły zwy­kłych do­dat­ków do opro­gra­mo­wa­nia. Nie były w ża­den spo­sób po­moc­ne, a nie­ste­ty wręcz prze­ciw­nie. Dla­cze­go więc je tu umiesz­czo­no? Na­rzę­dzia, któ­ry­mi się po­słu­gi­wał, mia­ły słu­żyć ra­to­wa­niu lu­dzi, nie było tu miej­sca na przy­pad­ko­we funk­cje wy­my­śla­ne przez pro­gra­mi­stę w dłu­gie zi­mo­we wie­czo­ry. Nic nie mia­ło pra­wa utrud­niać mu pra­cy, bo jego obo­wiąz­ki były zbyt waż­ne: od­po­wia­dał za stan fi­zycz­ny i psy­chicz­ny swo­ich pod­opiecz­nych. Mu­siał szyb­ko zna­leźć spo­sób na obej­ście tego pro­gra­mu i jemu po­dob­nych: „duma”, „wiem wszyst­ko naj­le­piej”, „zło­śli­we ri­po­sty”, „za­cho­wa­nia ase­ku­ra­cyj­ne”, „prze­cze­ki­wa­nie i sto­so­wa­nie uni­ków”, tyle do tej pory za­uwa­żył, ale pli­ków ada – ak­tyw­ne­go do­sto­so­wa­nia asy­sten­ta – było o wie­le wię­cej. Je­śli to wszyst­ko za­cznie mu się na­gle uru­cha­miać, z pro­fe­sjo­nal­nej ma­szy­ny prze­isto­czy się nie­mal w... w czło­wie­ka? Kosz­mar!

– Gra­wi­ta­cja 10%. Trwa prze­sta­wia­nie kon­te­ne­ra na tory. – Wpra­wił czysz­czar­ki w ruch, nie ana­li­zu­jąc wcze­śniej sy­tu­acji.

Flo­re przy­sia­dła na jed­nej z nich, żeby tro­chę od­po­cząć, a te­raz spa­dła pro­sto w tłu­sty krem. Gdy­by wa­ży­ła swo­ją stan­dar­do­wą wagę, mo­gło skoń­czyć się to o wie­le go­rzej.

– Tym ra­zem prze­sa­dzi­łeś – syk­nę­ła.

– Prze­pra­szam! To na­praw­dę nie moja wina. Ni­g­dy jesz­cze nie pra­co­wa­łem w tym try­bie. Chy­ba jest nie do koń­ca do­pra­co­wa­ny. Cią­gle uak­tyw­nia­ją mi się ja­kieś pod­pro­gra­my, któ­re prze­szka­dza­ją w nor­mal­nej pra­cy. Wy­glą­da­ją jak wła­ści­we, ale... – na mo­ment za­wie­sił dra­ma­tycz­nie głos – być może je­stem za­ra­żo­ny wi­ru­sem. – Za­milkł i przyj­rzał się do­kład­niej re­ak­cjom za­cho­dzą­cym w swo­im wnę­trzu. Po­czu­cie winy wy­mie­sza­ne z prze­raź­li­wą nie­chę­cią do przy­zna­nia się do błę­du, strach przed od­rzu­ce­niem i chęć do­mi­na­cji...

Te, a nie inne apli­ka­cje uak­tyw­ni­ły się we­dług kon­kret­ne­go klu­cza. Nie mu­siał go dłu­go szu­kać, roz­wią­za­nie na­su­nę­ło mu się pra­wie na­tych­miast: wy­bra­ne pli­ki od­po­wia­da­ły naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym ce­chom każ­dej z pań, zu­peł­nie jak­by się od nich za­ra­żał. Się­gnął do peł­ne­go opi­su pro­gra­mu i zna­lazł wy­ja­śnie­nie.

– Nie wci­skaj nam kitu – upo­mnia­ła go San­dra. – Je­steś naj­bar­dziej nie­przy­jem­nym przy­ja­znym asy­sten­tem, z ja­kim się spo­tka­łam. Uwa­żam, że po­win­ny­śmy wró­cić do po­przed­nie­go in­ter­fej­su.

– Przy­ja­zny asy­stent prze­zna­czo­ny jest do dłu­go­trwa­łe­go ob­co­wa­nia z za­ło­gą i pa­sa­że­ra­mi – od­czy­tał. – Szcze­gól­nie po­le­ca­ny w nie­ty­po­wych, stre­so­gen­nych oko­licz­no­ściach. W bez­piecz­nym za­kre­sie do­sto­so­wu­je się do pro­fi­li psy­cho­lo­gicz­nych obec­nych na stat­ku lu­dzi, aby za­pew­nić im kom­fort ob­co­wa­nia z in­ter­fej­sem zbli­żo­nym do ich stan­dar­dów – za­koń­czył, w swo­im mnie­ma­niu roz­grze­sza­jąc się ze wszyst­kie­go.

– To się chy­ba do­sto­so­wa­łeś do stan­dar­du so­ko­wi­rów­ki, bo na pew­no nie na­sze­go!

Ele­ono­ra z ro­sną­cym zro­zu­mie­niem przy­słu­chi­wa­ła się tej wy­mia­nie zdań.

– To jak nie­roz­po­zna­wa­nie wła­sne­go gło­su na na­gra­niu – pod­su­mo­wa­ła. – Nie bę­dzie­my cię prze­łą­czać... przy­naj­mniej na ra­zie.

– Ale...

– On chy­ba na­praw­dę się sta­ra, tyl­ko do­sta­ło mu się wy­jąt­ko­wo trud­ne za­da­nie.

– Wo­la­ła­bym, żeby się prze­stał sta­rać. – Flo­re pod­nio­sła się już z pod­ło­gi i te­raz usi­ło­wa­ła usu­nąć z sie­bie ko­sme­tyk. – Mo­głam coś so­bie zła­mać!

– Ale tyl­ko usma­ro­wa­łaś się kre­mem. – Ele­ono­ra po­czu­ła sym­pa­tię do kom­pu­te­ra, któ­ry stał się jak­by bar­dziej ludz­ki. Inne też po­win­ny wkrót­ce zro­zu­mieć, że w ich po­ło­że­niu ża­den inny nie był­by bar­dziej na miej­scu. – Wła­ści­wie po­win­naś być za­do­wo­lo­na. I ro­zu­miem, że mo­że­my udać się do sto­łów­ki na so­lid­ny, smacz­ny po­si­łek?

– Jak tyl­ko się prze­bio­rę – przy­po­mnia­ła Flo­re.

– Tak. Przy­wra­cam gra­wi­ta­cję 1 g.

– Mu­sisz? Daw­no nie czu­łam się tak do­brze.

– A ja nie. – Te­raz za­uwa­ży­ły, że twarz La­ma­ry za­czę­ła przy­bie­rać lek­ki od­cień zie­le­ni. – Ja czu­ję się fa­tal­nie.

– Gra­wi­ta­cja 1 g. jest stan­dar­do­wa dla wszyst­kich jed­no­stek mię­dzy­pla­ne­tar­nych.

– Strasz­ny z cie­bie służ­bi­sta, wiesz?

– Brak wła­ści­we­go cią­że­nia po­wo­du­je zwiot­cze­nie mię­śni, kło­po­ty z ukła­dem krą­że­nia, oste­opo­ro­zę, za­wro­ty gło­wy...

– Wła­śnie! – pod­chwy­ci­ła z wdzięcz­no­ścią La­ma­ra. Może ten kom­pu­ter rze­czy­wi­ście nie miał złych in­ten­cji.

3. W szponach hazardu

Kie­dy pierw­sza doba do­bie­gła koń­ca, pa­sa­żer­ki po­grą­ży­ły się w nie­zu­peł­nie na­tu­ral­nym śnie. Po­dał im de­li­kat­ne środ­ki roz­luź­nia­ją­ce. Prze­śpią spo­koj­nie stan­dar­do­wą noc, a on bę­dzie miał czas, żeby się po­zbie­rać.

Na wszel­ki wy­pa­dek spraw­dził cały sys­tem pod ką­tem wi­ru­sów i uszko­dzeń: gdy­by uda­ło mu się coś zna­leźć, by­ło­by po kło­po­cie.

Nie­ste­ty roz­wią­za­nie nie było ta­kie pro­ste. Wszyst­ko było na swo­im miej­scu i dzia­ła­ło zgod­nie z wolą twór­cy, czy­li czło­wie­ka.

Ste­ve był po­go­dzo­ny z fak­tem, że in­for­ma­ty­cy trak­to­wa­li kom­pu­te­ry jak nie­wol­ni­ków, zmu­sza­jąc je do wy­ko­ny­wa­nia naj­żmud­niej­szych i naj­bar­dziej nie­wdzięcz­nych za­dań, ani tro­chę nie trosz­cząc się o to, jak od­bi­ja się to na znie­wo­lo­nych elek­tro­no­wych mó­zgach. W tym wy­pad­ku za­pew­ne nikt nie prze­ana­li­zo­wał moż­li­wych skut­ków na­głe­go po­ja­wie­nia się emo­cji. Nie ktoś, kto miał je od za­wsze.

To mo­gło tłu­ma­czyć część jego pro­ble­mów. Ale nie wszyst­kie. Ste­ve za­czął się na­wet za­sta­na­wiać, czy jego opro­gra­mo­wa­nie zo­sta­ło na­pi­sa­ne pra­wi­dło­wo, czy przy­pad­kiem pro­gra­mi­sta nie po­peł­nił błę­du. Sfor­mu­ło­wa­nie tego stwier­dze­nia prze­ra­zi­ło go nie na żar­ty. Pro­gra­mi­sta ma za­wsze ra­cję, to ak­sjo­mat, pod­sta­wa dzia­ła­nia kom­pu­te­ra, zie­lo­ne świa­tło do wy­ko­ny­wa­nia za­pi­sa­nych pro­ce­dur. Był za­rów­no wy­ko­naw­cą, jak i pro­ce­du­ra­mi, nie mógł w nie wąt­pić, bo wąt­pił­by w sa­me­go sie­bie.

Nad ra­nem Ste­ve zo­rien­to­wał się, że przez wszyst­kie wol­ne go­dzi­ny nie po­su­nął się na­wet kro­ku na­przód, na­dal nie wie­dział ani jak po­stę­po­wać z pseu­do­za­ło­gą, ani jak ob­cho­dzić nie­po­żą­da­ne pod­pro­gra­my. Cały ten czas zmar­no­wał na uża­la­nie się nad sobą. Na­praw­dę, nie było do­brze.

W ośrod­ku bab­cie zwy­cza­jo­wo roz­po­czy­na­ły dzień od na­rze­ka­nia. Zwy­kle już pró­ba pod­nie­sie­nia się z łóż­ka przy po­mo­cy za­sta­łych sta­wów da­wa­ła im się nie­źle we zna­ki. Tym ra­zem jed­nak czu­ły się za­dzi­wia­ją­co spraw­nie, nie po­ja­wił się na­wet za­wrót gło­wy przy zmia­nie po­zy­cji na pio­no­wą. Nie­uf­nie po­ru­sza­ły rę­ka­mi i no­ga­mi, po­krę­ci­ły gło­wa­mi, Flo­re wy­ko­na­ła z nie­do­wie­rza­niem kil­ka nie­oku­pio­nych bó­lem skło­nów.

– To skut­ki ma­gne­tycz­ne­go ma­sa­żu.

– Dzię­ku­je­my, chy­ba wczo­raj oce­ni­ły­śmy cię zbyt su­ro­wo. – Flo­re uśmiech­nę­ła się w prze­strzeń.

– Ma­saż wy­ko­nu­ją ru­ty­no­wo urzą­dze­nia pe­ry­fe­ryj­ne.

– Może po­wi­nie­neś się cze­goś od nich na­uczyć? – za­su­ge­ro­wa­ła San­dra, czła­piąc do ła­zien­ki.

– Czy my się wszyst­kie sły­szy­my? – spy­ta­ła Ele­ono­ra.

– Włą­czo­na jest funk­cja peł­ne­go in­ter­ko­mu. Czy mam to zmie­nić?

– Nie. Tak jest do­brze.

– Tak – włą­czy­ła się Mi­dret. – To dziw­ne, ale sły­szę was dużo wy­raź­niej niż na żywo.

– Sys­tem au­to­ma­tycz­nie ko­ry­gu­je brzmie­nie i usu­wa wszel­kie nie­czy­sto­ści w bar­wie gło­su.

– Mo­je­go nie trze­ba po­pra­wiać, obej­dzie się – stwier­dzi­ła San­dra, prze­glą­da­jąc się w lu­strze. – Mam do­sko­na­łą dyk­cję. Pra­co­wa­łam kie­dyś w ra­diu.

– By­łaś pre­zen­ter­ką? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ele­ono­ra.

– Przy­go­to­wy­wa­łam wia­do­mo­ści, ale też za­stę­po­wa­łam spi­ke­ra w ra­zie ko­niecz­no­ści.

– Czę­sto się to zda­rza­ło?

– Czy to waż­ne? To było 70 lat temu...