Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 253 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spełnione życzenia - Karolina Wilczyńska

Czy wierzysz w magię wigilijnej nocy? Czy szept twojego życzenia przemienił się kiedyś w rzeczywistość?

Wyobraź sobie dziewczynkę, której ludzie ofiarowują swoje historie. Nie przypuszczają, że słowa wypowiadane na głos mogą wpływać na ich przyszłość. Historia jak z bajki? W święta to możliwe! Tylko że marzenia mogą żyć swoim życiem i nie zawsze spełniają się w taki sposób, jak to sobie zaplanowaliśmy. Czasami los zgotuje nam zupełnie inną historię...

Razem z bohaterami najnowszej książki Karoliny Wilczyńskiej poczuj siłę życzeń wypowiadanych u progu Bożego Narodzenia. A Ty, o czym dziś marzysz?

Opinie o ebooku Spełnione życzenia - Karolina Wilczyńska

Fragment ebooka Spełnione życzenia - Karolina Wilczyńska

Copyright © Karolina Wilczyńska, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Katarzyna Smardzewska / panbook.pl

Projekt typograficzny i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: Selora / Shutterstock.com

Fotografia autorki: Studio Manufaktura z Kielc

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-022-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Wigilijny poranek był jak zapowiedź prawdziwie bajkowych świąt. Poprzedniego wieczora zaczął prószyć śnieg, który ukrył pod białą kołdrą całą szarość miejskiej rzeczywistości. Nikt nie spodziewał się, że biel zostanie na dłużej, bo termometry wskazywały kilka stopni powyżej zera, a śnieżny puch znikał w zetknięciu z nawierzchnią chodników i pod kołami samochodów zamieniał się w bure błoto.

Musiała jednak zadziałać świąteczna magia, bo w nocy temperatura gwałtownie spadła i pierwsi przechodnie mogli podziwiać przepiękny widok. Z nieba nadal leciały duże białe płatki, chodniki i ulice pokrywała kilkucentymetrowa warstwa śniegu, jeszcze nierozdeptanego przez spieszących się ludzi. Wieczorne krople zamarzły na gałęziach drzew, które teraz wyglądały tak, jakby ktoś w nocy przystroił je tysiącami maleńkich światełek. Kryształki lodu na gałęziach lśniły w zimowym słońcu, a na trawnikach błyszczały zamarznięte drobinki.

Taki widok całkowicie rekompensował konieczność szczelniejszego otulenia się szalikiem i sprawiał, że marznące dłonie oraz stopy mniej dokuczały. Bo czy można mieć zły humor, gdy świat nagle zaczyna wyglądać jak świąteczna pocztówka?

Natura doskonale uzupełniła bożonarodzeniowe dekoracje przygotowane przez sklepy i służby miejskie. Wszechobecne choinki migocące światłem lampek, girlandy zdobiące wystawy, gwiazdy i bombki na ulicznych latarniach – to wszystko wraz z zimową scenerią tworzyło piękny obrazek. I nie znalazłby się chyba nikt, kto nie doceniłby jego uroku. Nawet gdyby uznać go za nieco kiczowaty, to czy nie właśnie tego potrzeba, by poczuć świąteczną atmosferę? Czy nie tak wyglądają wyobrażenia o pięknym Bożym Narodzeniu?

Miasto powoli budziło się ze snu, a jego mieszkańcy spoglądali w okna i nabierali pewności, że w tym roku przeżyją szczęśliwe i udane święta. I spełnią się wszystkie świąteczne życzenia. Tak, wigilijny poranek był piękny…

8:00

Daniel obudził się z poczuciem, że zaspał i na pewno nie dotrze na czas do pracy. Jednym ruchem odrzucił kołdrę i usiadł gwałtownie w łóżku. Wystarczył rzut oka na wyświetlacz zegarka, który znajdował się na dekoderze kablówki, żeby zrozumieć, że się nie mylił. Minęła ósma, więc powinien już siedzieć przy swoim biurku w kancelarii.

Rostocki mnie zabije – pomyślał w popłochu i potarł dłonią czoło. – Co ja wymyślę?

Jego przełożony, właściciel renomowanej kancelarii adwokackiej, był przyjacielem ojca, ale to nie ułatwiało sprawy. Przeciwnie. Daniel miał wrażenie, że właśnie z tego powodu wymaga od niego więcej niż od pozostałych pracowników. Zimny, konkretny, skoncentrowany na pracy i nieznoszący sprzeciwu prawnik był taki sam jak ojciec Daniela. Młody mężczyzna już dawno doszedł do wniosku, że chyba właśnie dlatego ich przyjaźń trwała tak długo. Jakoś znosił wojskowy dryl w kancelarii, może było mu łatwiej, bo przyzwyczaił się do podobnego traktowania. Od dziecka słyszał, jak ważna jest dyscyplina i odpowiedzialność. Wpojono mu, że prawdziwy mężczyzna nigdy się nie poddaje, a tym bardziej nie płacze. Nie płakał więc, jeśli natomiast nie był w stanie powstrzymać toczącej się po policzku łzy, ocierał ją ukradkiem, byleby tylko ojciec nie dostrzegł jego słabości. Opanował ukrywanie uczuć do perfekcji i aż do matury nawet nie przyszło mu do głowy, żeby sprzeciwić się rodzicom.

Po skończonych studiach prawniczych też nie protestował, kiedy usłyszał:

– Będziesz robił aplikację u Kazimierza. Wszystko załatwione.

Tak naprawdę nie miał powodów do narzekania, bo praca w najlepszej kancelarii w mieście była marzeniem wielu. Problem w tym, że Daniel wcale nie chciał zostać adwokatem. Zrozumiał ten fakt już dawno temu, ale nigdy nie znalazł w sobie dość odwagi, żeby to powiedzieć. I właśnie dlatego od pół roku prawie całe dnie spędzał przy biurku, nad dokumentami, które go nudziły, w otoczeniu, którego nie lubił. Na dodatek znowu przez całe dnie musiał znosić to, od czego tak bardzo chciał się uwolnić – konieczność wpasowania się w wymyśloną dla niego formę. A ta zupełnie mu nie odpowiadała.

Trudno było w takiej sytuacji wstawać z radością i cieszyć się na myśl o kolejnym dniu. Jeśli na dodatek towarzyszyła temu świadomość, że zacznie się on od ostrych uwag i nieprzyjemnej rozmowy, motywacja spadała do zera.

Nic dziwnego, że Daniel miał ochotę nakryć się kołdrą i udawać, że nie istnieje. Ale tego zrobić nie mógł. Z westchnieniem wstał i powlókł się do kuchni. Postawił kubek na metalowej kratce ekspresu, nacisnął przycisk z napisem „latte”, ziewnął i włączył stojące na parapecie radio. Odbiornik był jednym z jego ulubionych sprzętów. Dostał go w prezencie od Sylwka, kiedy zdecydował się na wyprowadzkę od rodziców i wynajęcie mieszkania. Teraz to stylizowane na lata pięćdziesiąte urządzenie budziło w nim dwa pozytywne skojarzenia – przypominało o najbliższej osobie i o kawałku wolności, który sobie wywalczył.

– Hej, śpiochy! – Z głośnika popłynął energiczny głos prowadzącego audycję. – Szkoda czasu, mamy wigilijny poranek. Pora na ostatnie zakupy! Jak tam u was? Prezenty kupione? Choinka ubrana? Wyjrzyjcie przez okno – co za cudowny dzień!

Daniel westchnął po raz drugi. Cudowny dzień? Na pewno nie dla niego. Powinien już wychodzić, a nawet jeszcze nie zdążył się ubrać. I tak jestem spóźniony – pomyślał. – Co za różnica, czy będzie to pół godziny, czy trzy kwadranse.

Chciał wziąć łyk kawy, ale była zbyt gorąca. Oblizał oparzone usta i zdecydował, że zacznie od prysznica.

Po kwadransie wrócił do kuchni ubrany w granatowy garnitur i białą koszulę. Pachniał dobrymi perfumami. Poprawił węzeł bordowego krawatu i zerknął w lustrzaną powierzchnię piekarnika, żeby sprawdzić, czy wygląda idealnie. Rostocki wymagał od pracowników perfekcyjnego wizerunku, ale akurat to Danielowi nie przeszkadzało. Lubił dobre ubrania i zawsze dbał o swój wygląd. Czasami miewał ochotę na przełamanie klasyki jakimś modnym dodatkiem, ale wiedział, że tego szef nie zaakceptuje, więc eksperymenty modowe zostawiał na prywatne wyjścia.

Teraz kilkoma szybkimi łykami opróżnił kubek i wstawił naczynie do zmywarki. Nie lubił bałaganu, ale nie przepadał też za sprzątaniem, więc starał się cały czas utrzymywać względny porządek.

– Jest wpół do dziewiątej. A teraz dla wszystkich, którzy właśnie wstali, wasz ulubiony świąteczny przebój! – obwieścił radośnie głos z odbiornika – Last Christmas!

Daniel wyłączył radio, zanim zabrzmiały pierwsze dźwięki piosenki. Poszedł do przedpokoju, włożył czarny wełniany płaszcz, sięgnął po stojącą na niewielkiej szafce skórzaną aktówkę i wyszedł z domu.

Słoneczne promienie odbijające się od śniegu były tak jasne, że w pierwszej chwili musiał zmrużyć oczy. Po omacku sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął okulary przeciwsłoneczne. Rzeczywiście, zrobiło się całkiem ładnie – pomyślał, gdy już mógł spokojnie rozejrzeć się wokół. – Zima prawie jak w tamtym teledysku – wspomniał zapowiadaną przez radiowego prezentera piosenkę. – Tylko chyba mróz jest spory.

Na szczęście mieszkał zaledwie pięć minut drogi od kancelarii. Dlatego właśnie zdecydował się na to mieszkanie. Nie miał jeszcze własnego samochodu, więc odległość do miejsca pracy miała dla niego znaczenie. Poza tym nie lubił porannego tłoku w autobusach, wolał spacer. No i wieczorem szybciej był w domu, co też uznawał za ważne, zwłaszcza gdy zdarzało mu się siedzieć nad papierami do późna.

Szybkim krokiem ruszył w kierunku biurowca, gdzie na piątym piętrze mieściła się kancelaria Rostockiego. Czuł, że żołądek ma ściśnięty i to nie przez brak śniadania. Po prostu wiedział, co go za chwilę czeka i na samą myśl o tym robiło mu się niedobrze. Czuł się jak mały chłopiec, który wie, że kara go nie ominie.

Dżizas, przecież to chore – pomyślał ze złością. – Mam dwadzieścia sześć lat, dlaczego się na to godzę?

To samo pytanie nieraz zadawał mu Sylwek. I nigdy nie otrzymywał odpowiedzi. Daniel doskonale wiedział, co powinien zrobić, ale też nie potrafił się na to zdobyć. Nie umiał znaleźć w sobie dość siły i ta świadomość wcale nie poprawiała mu samopoczucia. Teraz też dodatkowo go zdołowała.

Wibracja telefonu, którą poczuł w kieszeni płaszcza, przerwała te niewesołe rozmyślania. Nacisnął guzik słuchawki przy uchu.

– Pytlik, słucham – powiedział.

– Nie przeszkadzam? Możesz rozmawiać? – Usłyszał głos Sylwka.

– Przez chwilę tak. Jestem w drodze do pracy.

– O tej porze?

– Zaspałem.

– To kiepsko – skwitował mężczyzna, jakby Daniel sam o tym nie wiedział.

– Coś się stało? – zapytał.

Sylwek starał się nie dzwonić do niego w godzinach pracy, bo wiedział, że Rostocki nie uznaje prywatnych rozmów w kancelarii, więc telefon o tej porze musiał być spowodowany czymś ważnym.

– Wiesz, jaki dzisiaj dzień?

– Środa?

– Nie o tym mówię. – W głosie mężczyzny wyczuł lekkie zniecierpliwienie. – Dzisiaj Wigilia, zapomniałeś?

– Oczywiście że nie zapomniałem. – Daniel wzruszył ramionami, choć przecież tamten nie mógł widzieć tego gestu.

– No i?

– Co? – Udawał, że nie wie, o co chodzi, ale doskonale zdawał sobie sprawę, do czego zmierza ta rozmowa. Chciał jednak jak najdłużej odwlec to, co nieuniknione, powstrzymać słowa, których wolałby nie usłyszeć.

– Przecież wiesz, o co pytam. – Głos w słuchawce był coraz bardziej zniecierpliwiony. – Umawialiśmy się, prawda? Chyba nie zapomniałeś?

– Nie zapomniałem – potwierdził niechętnie.

– Czyli rozmawiałeś z rodzicami?

– Nie było okazji – odpowiedział cicho, bo doskonale wiedział, jak marna to wymówka.

– Daniel, co ty gadasz? Jakiej okazji? Obiecałeś, że im powiesz. To nie jest wystarczająco dobry powód do rozmowy?

– Sylwek, naprawdę nie mam teraz czasu – przerwał mu szorstko. – Właśnie wchodzę do budynku. Zadzwonię do ciebie w wolnej chwili, dobrze?

– Do mnie? – Rozmówca nawet nie starał się ukryć urazy. – A po co?

– No nie obrażaj się, proszę…

– Ja się nie obrażam. Po prostu stwierdzam pewne fakty. Dzisiaj jest Wigilia i to ty miałeś zdecydować, jak chcesz ją spędzić. Zdecyduj więc, dobrze? Bo ja też, wyobraź sobie, mam jakieś plany i wolałbym je w końcu sprecyzować.

– Dobrze, załatwię to. – Westchnął zrezygnowany. – I dam ci znać.

– No ja myślę – skomentował z przekąsem Sylwek i rozłączył się.

Jeszcze tego mi dzisiaj było trzeba – pomyślał Daniel, naciskając guzik przywołujący windę. – Nie ma co, prawdziwie świąteczna atmosfera.

Krystyna szła ostrożnie, bo wiedziała, że pod warstwą nieodgarniętego jeszcze śniegu może kryć się niebezpieczna niespodzianka. Mróz ostro ścisnął, więc kałuże po wczorajszych roztopach z pewnością zamarzły i przysypane niewinnie wyglądającym białym puchem czyhały na nieostrożnych przechodniów. Wystarczył jeden niefortunny krok i upadek gotowy.

Wiedziała o tym doskonale, bo w ubiegłym roku w taki sposób złamała rękę. Na szczęście lewą i właściwie było to tylko pęknięcie, ale i tak spowodowało sporo problemów.

Ręka nie zrastała się tak szybko, jak powinna, a nawet, gdy już zdjęto jej gips, Krystyna jeszcze przez dwa miesiące z trudem wykonywała pewne czynności. Prawdę mówiąc, do tej pory od czasu do czasu dokuczał jej nadgarstek, zwłaszcza w wilgotne, deszczowe dni.

W moim wieku trzeba naprawdę uważać – pomyślała. – I tak powinnam dziękować Bogu, że nie skończyło się gorzej. A gdyby to była noga?

Przeżegnała się, chcąc odegnać tę straszną myśl.

Wiedziała, że musi być sprawna i nie może pozwolić sobie na chorobę. Starała się nie myśleć o bolącym kręgosłupie i o ucisku w mostku, który czasami bywał silniejszy niż dawniej. Na pewno pomogłyby lekarstwa zapisane przez lekarkę z rejonowej przychodni, ale skończyły się kilka tygodni temu i Krystyna na razie nie miała pieniędzy, żeby wykupić kolejną receptę. Może po Nowym Roku – obiecała sobie. – Bo teraz przecież trzeba dzieciom jakieś święta wyprawić, coś lepszego do zjedzenia kupić.

Od dwóch miesięcy starała się odkładać chociaż po kilkanaście złotych z każdej zapłaty, którą dostawała od pani Elwiry. Nie było łatwo, ale jakoś zdołała zebrać niewielką kwotę, którą chciała przeznaczyć na prezenty dla wnuków. Myślała o pluszowym kotku dla Kingi i samochodzie policyjnym dla Robusia.

Wystarczyło samo wspomnienie wnuków, by od razu zrobiło jej się cieplej na sercu. Kochała te dzieciaki i dla nich gotowa była nawet nie jeść, byle tylko zobaczyć radość na ich buziach.

Gdyby nie one, pewnie zrezygnowałaby z dodatkowej pracy. Sama jakoś wyżyłaby z niewielkiej emerytury, nie miała przecież dużych wymagań. A dość się w życiu napracowała. Wolałaby nawet żyć biedniej, ale już bez porannego wstawania i bolących wieczorem stawów. Cóż, skoro Bóg najwyraźniej miał wobec niej inne plany, nie pozostawało nic innego, jak się im podporządkować.

– Dzień dobry, pani Krystyno! – Usłyszała za plecami i przystanęła. Pani Otwinowska, właścicielka osiedlowego sklepu, szybko ją dogoniła. – Gdzie to pani w ten mróz się wybrała? I jeszcze z samego rana – zapytała, patrząc z sympatią na staruszkę.

– Do pracy, pani Lucynko – odpowiedziała Krystyna, poprawiając chustę zawiązaną pod szyją.

– W Wigilię?

– Tak się złożyło. – Pokiwała głową. – A pani to interesu dziś nie otwiera?

– Otwieram, otwieram. – Lucyna roześmiała się. – Zawsze parę groszy utargu wpadnie. Ale tylko do trzynastej – zastrzegła. – Potem do domu wracam, bo dzieci z rodzinami na wieczerzę przychodzą.

– No to będzie wielka radość. – Krystyna uśmiechnęła się.

– A będzie – potwierdziła kobieta. – Nic, idę, bo już powinno być otwarte, a ja rano jeszcze grzyby obgotowywałam i trochę za długo mi zeszło.

– Niech pani idzie, bo ja powolutku muszę…

– Trzeba uważać – przytaknęła. – A w drodze powrotnej proszę do mnie zajrzeć. Dobre promocje świąteczne mam, coś sobie pani wybierze.

– Jak zdążę przed trzynastą, to przyjdę – obiecała Krystyna.

Doskonale wiedziała, że te promocje, o których mówiła właścicielka sklepu, tak naprawdę są tylko dla niej. Nie od razu się zorientowała, ale w końcu zrozumiała, że kupuje niektóre rzeczy o wiele taniej niż inni. Nawet uniosła się honorem i zaczęła omijać osiedlowy sklepik. Nie chciała być traktowana jak jakaś żebraczka. Ale honor można mieć, jak się jest bogatym – pomyślała Krystyna. – Bo nim się nie najesz i dzieci nie nakarmisz.

Wróciła więc do sklepiku pani Lucyny. Obie wiedziały, jaka jest prawda, ale nadal trzymały się wersji z promocjami. I Krystyna była za to bardzo wdzięczna właścicielce sklepu, bo mogła udawać, że po prostu korzysta z okazji, ale jednak płaci za swoje zakupy. Co robić – myślała staruszka. – Czasami trzeba plecy zgiąć i być wdzięcznym, że ludzka dobroć jeszcze całkiem nie umarła.

Krystyna ruszyła w dalszą drogę. Miała jeszcze spory kawałek do przejścia, a musiała zdążyć, zanim pani Elwira wyjdzie do pracy. Zwykle wychodziła z domu trochę wcześniej i tego ranka widząc, jaka jest pogoda, chciała wybrać się jeszcze szybciej, ale nie dała rady.

Obudziła się po szóstej, jednak nie wstała od razu. Dawno minęły czasy, gdy mogła zrywać się z łóżka zaraz po przebudzeniu. Teraz potrzebowała czasu, by powoli rozruszać kości. Starość nie radość – myślała każdego poranka, rozmasowując najpierw palce dłoni, które sztywniały w nocy, a potem powoli siadając na brzegu wersalki. Musiała odczekać kilka minut, rozetrzeć krzyż i dopiero mogła wstać, wspierając się na oparciu ustawionego obok krzesła.

Początek był trudny, ale potem powoli udawało jej się rozruszać. I chociaż poranna toaleta zajmowała Krystynie więcej czasu niż kiedyś, to do kuchni wchodziła już nieco żwawiej.

Zawsze starała się coś zjeść, choćby kromkę chleba. Tak jej kazała lekarka.

– Musi pani uważać, bo jeśli cukier za bardzo spadnie, to trafi pani do szpitala – powiedziała.

Uważała więc, bo tego bała się jak ognia. Kto otoczyłby opieką jej wnuki, gdyby wylądowała na oddziale?

Krystyna usiadła przy nakrytym ceratą stole i powoli jadła, popijając małymi łykami gorącą herbatę.

– Babciu!

Krystyna westchnęła i odwróciła się w kierunku, z którego dobiegał cichutki głosik. W drzwiach niewielkiej kuchni stała najstarsza wnuczka – sześcioletnia Kinga.

A tak się starałam, żeby ich nie obudzić – pomyślała.

– Gdzie idziesz, babciu? – zapytała dziewczynka.

– Do pani Elwiry, dziecko. Wrócę za kilka godzin.

– A mama jest? – zapytała mała, patrząc w stronę pokoju.

– Jest, ale śpi. Jeżeli będziecie cichutko, to się nie obudzi. Późno wróciła. – Krystyna pogłaskała małą po potarganych włosach. – Zrobiłam wam śniadanie. Jest tutaj, pod talerzykiem. Przypilnujesz, żeby Robuś zjadł?

Dziewczynka pokiwała głową.

– I załóż trepeczki, bo się przeziębisz – poprosiła.

W mieszkaniu panował chłód, bo żeby nie dopłacać za ogrzewanie, przykręcały grzejniki. Stare okna też nie były szczelne i od parapetów wiało, zwłaszcza w mroźne dni.

Nie lubiła zostawiać ich samych, ale czasami nie znajdowała innego wyjścia. Na szczęście Kinga była bardzo odpowiedzialna. Wiedziała, że musi sobie poradzić i przypilnować młodszego o rok brata. Chociaż mieli dopiero po kilka lat, już zdążyli zrozumieć, że życie nie jest łatwe.

Krystynie pękało serce, gdy wnuki zostawały bez niej w domu. Cały czas myślała, czy nic złego się nie dzieje, ale nie mogła ich ze sobą zabierać. Modliła się więc, żeby wszystko było w porządku i żeby nikt nie dowiedział się o tej sytuacji. Wtedy jej starania poszłyby na marne.

A dziś bała się szczególnie. To miał być dla nich decydujący dzień. Po południu wszystko powinno się rozstrzygnąć. Przyjdą do nich z sądu, żeby sprawdzić, czy dzieciom zapewniono odpowiednie warunki, czy też należy je umieścić w domu dziecka. Wnuki nie zdawały sobie z niczego sprawy, ale ona wiedziała, że ta Wigilia jest szczególna. Zrobię wszystko najlepiej, jak potrafię, i musi być dobrze – pomyślała, ale doskonale wiedziała, że nie wszystko zależy od niej.

Pogrążona w swoich myślach i cichej modlitwie mijała przechodniów, nie patrząc na ich twarze. Zatrzymała się dopiero przed galerią handlową, gdzie stały metalowe konstrukcje w kształcie ogromnych bombek choinkowych, każda oświetlona setkami małych lampek – jedna fioletowymi, druga czerwonymi. Widok był niezwykły, nawet o poranku.

A jak to musi piękne wyglądać wieczorem – pomyślała Krystyna. – Może jutro przyprowadzę tu dzieci, będą miały atrakcję.

I wtedy zobaczyła małą dziewczynkę stojącą przy wejściu do centrum handlowego. Na pewno była starsza od Kingusi, ale też drobna i spokojna.

Co to dziecko tutaj robi? – pomyślała z troską Krystyna. – Taki mróz, a ona nawet czapki nie ma.

Podeszła bliżej i od razu dostrzegła dwie rzeczy – białą laskę opartą o ścianę i tekturowe pudełko stojące tuż przy stopach małej.

Na żebry ją wystawili. – Pokręciła głową z dezaprobatą. – Świat się kończy! Jak tak można! Co to jest, że dzieci muszą na chleb prosić. – Krystynie napłynęły do oczu łzy. – Dobrze, że moje tak nie wystają na mrozie, że jeszcze jestem i zarobić mogę.

Zbliżyła się do dziecka i popatrzyła na zaczerwienione dłonie dziewczynki. Żal ściskał jej serce, ale wiedziała, że nie może pozwolić sobie na wrzucenie do pudełeczka choćby złotówki.

Zaraz pewnie pojawi się ktoś z telefonem i to zgłosi. Zabiorą ją – pomyślała. – Dla niej to może lepiej, jeśli nawet na jedzenie nie ma i opieki odpowiedzialnej też nie. Ale z moimi jest inaczej – tłumaczyła sobie w myślach. – Mój Boże, nie chciałabym widzieć, jak mi wnuki z domu zabierają. Przecież ja bym życie oddała, żeby miały jak najlepiej.

Sięgnęła do siatki i wyjęła z niej niewielkie zawiniątko, które położyła w tekturowym pudełeczku.

– Zostawiam ci kanapkę – powiedziała do dziewczynki. – Zjedz, zanim zamarznie. Jest naprawdę dobra, z mielonką. Moja Kingusia bardzo lubi, to może i tobie posmakuje.

Dziewczynka nie odpowiedziała, więc Krystyna pokiwała tylko głową z żalu nad losem tego dziecka, westchnęła po raz kolejny i poszła. Nie chciała, żeby pani Elwira spóźniła się przez nią do pracy, więc nie widziała łzy, która powoli spłynęła po zmarzniętym policzku i spadła na szary materiał płaszczyka.

Długi poranny prysznic był częścią codziennego rytuału, bez dopełnienia którego chyba nie wyszedłby z domu. Ciepła woda zmywała zapach nocy, a żel nanosił na nią nowy – świeży i lekko cytrusowy. Mył się mocnymi ruchami, bo taki masaż pobudzał krążenie i rozgrzewał ciało. A kiedy już spłukał z siebie pianę, przychodził czas na zimny strumień, który dodawał energii, ujędrniał i hartował.

Tadeusz zakręcił kran i parskając, odgarnął do tyłu włosy. Przetarł twarz dłońmi i sięgnął po ręcznik wiszący obok kabiny prysznicowej. Jezu, jak można kupować różowe ręczniki? – pomyślał.

Powinien był już się do tego przyzwyczaić. Jego żona uwielbiała ten kolor i wszystkie dodatki w łazience były w odcieniach różu. Podobnie jak wiele urządzeń w kuchni, kolekcja filiżanek i jej bielizna. Szczególnie doskwierało mu to ostatnie. O ile dwadzieścia lat temu wyglądała w tym kolorze świeżo i niewinnie, o tyle teraz, wraz z przybywaniem lat i kilogramów, bardziej pasowałoby do niej coś poważniejszego, bo teraz często miał ochotę roześmiać się na jej widok. Oczywiście nigdy tego nie zrobił, ani nie powiedział o tym żonie. O nie, nie był jakimś prostym chamem, cenił dobre maniery, a poza tym nigdy nie obrażał kobiet. Ale co miał poradzić na to, że tak myślał?

Owinął się w pasie nieszczęsnym różowym ręcznikiem i stanął przed lustrem. Dramat! – pomyślał. – Dobrze, że nikt mnie nie widzi. Wyglądam jak jakiś gej! Nie, żeby Tadeusz miał coś do gejów. Skądże! Był tolerancyjny, szczególnie w sprawach wolności seksualnej. Uważał, że każdy ma prawo zaspokajać swoje potrzeby w sposób, jaki mu odpowiada. Oczywiście jeśli druga strona się na to zgadza. Miał na myśli raczej fakt, że uważał się za mężczyznę w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa, a jako taki nie powinien wyglądać jak słodka landrynka.

Lubił wzbudzać u kobiet pożądanie, a nie czułość czy instynkt opiekuńczy. Był samcem, czuł się nim i chciał, żeby płeć przeciwna też tak o nim myślała. Co oczywiście nie oznaczało, że miał o siebie nie dbać. Przeciwnie – prawdziwy mężczyzna powinien, zdaniem Tadeusza, być czysty, pachnący, mieć zadbany zarost, dobrą fryzurę i wygolone pachy. Tak, wygolone pachy. Bo zapach potu, obwisłe gacie i niedogolone policzki to atrybuty prostaka, a nie mężczyzny. A Tadeusz uważał się za człowieka na poziomie.

Zresztą doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego przekonania są słuszne. Dowodem na to były kobiece spojrzenia, zachęcające uśmiechy, miłe spotkania i kolacje kończące się dobrym seksem. Wiedział, że dobrym, ponieważ partnerki mówiły mu o tym. Zawsze o to pytał, bo uważał, że mężczyzna powinien zadbać o satysfakcję kobiety. Poza tym chciał się doskonalić, taki już miał charakter. Wszystko, co robił, musiał doprowadzać do perfekcji. I jeżeli gdzieś odpuszczał, to prędzej w pracy, ale na pewno nie w łóżku.

Ten aspekt życia był dla Tadeusza bardzo ważny. Może nawet najważniejszy. Nigdy nie ukrywał, że ma temperament i duże potrzeby. Lubił eksperymentować, urozmaicać życie seksualne. Nie chciał się nudzić, bo różnorodność i bogactwo możliwości były dla niego wyzwaniem.

Gośka oczywiście wiedziała, że jego męskość nie ogranicza się do wyglądu czy zachowania w codziennych sytuacjach. Odkąd zaczęli się spotykać i po dwóch randkach wylądowali w łóżku, zdawała sobie sprawę nie tylko z jego możliwości, ale i z potrzeb w tym zakresie. Wtedy jakoś jej to nie przeszkadzało – pomyślał Tadeusz i wycisnął pastę na szczoteczkę do zębów. – Twierdziła, że jest zadowolona i bądźmy szczerzy, nigdy nie odmawiała.

I wszystko szło dobrze, dopóki nie okazało się, że jest w ciąży. Trochę go to zaskoczyło, bo dotychczas jego dziewczyny dbały o zabezpieczenie. Był pewien, że Gośka również. No, ale mężczyzna powinien być odpowiedzialny, więc wzięli ślub. Na szczęście ojciec żony miał doskonale prosperującą firmę i zatrudnił zięcia, więc Tadeusz nie musiał szukać pracy. Nie miał z tego powodu kompleksów. Uważał, że jest dobrym menadżerem i przyczynił się do rozwoju przedsiębiorstwa. Umiał podejmować decyzje, zarządzać ludźmi, a kiedy trzeba – po męsku pogadać z pracownikami na budowie.

Niestety, w życiu prywatnym nie układało mu się tak dobrze jak w pracy. Gośka z dnia na dzień straciła ochotę na igraszki. Bo w ciąży nie, chociaż lekarz powiedział, że można, bo po porodzie nie, potem nie, bo karmi w nocy i jest zmęczona. Nie, nie, nie – przedrzeźniał w myślach głos żony.

Tadeusz chciał być w porządku, starał się zrozumieć, ale ileż można? Czasami miał wrażenie, że za chwilę coś go rozerwie od środka. Na początku radził sobie sam, no, wiadomo jak, ale to była tylko marna namiastka i dawała jedynie możliwość chwilowego rozładowania napięcia. A on potrzebował czegoś więcej – chciał czuć obok siebie kobietę, widzieć jej satysfakcję, kochać się na różne sposoby, o różnych porach i w różnych miejscach. Przecież każdy mężczyzna tego pragnie – myślał, wypluwając miętową pianę z ust.

Nie miał zamiaru się usprawiedliwiać, bo nie uważał się za winnego. Niby dlaczego potrzeby Gośki, a właściwie ich brak, miałyby być ważniejsze niż jego? W końcu sama bez przerwy powtarzała, że małżeństwo polega na partnerstwie i oboje powinni starać się nawzajem zrozumieć. A w praktyce on miał rozumieć ją, a odwrotnie to już niekoniecznie.

Owszem, usiłował z Gośką rozmawiać. Prosił, tłumaczył, przypominał, jak kiedyś było między nimi wspaniale. Starał się, kupował kwiaty, nawet raz próbował kolację przygotować. Dobra, na szefa kuchni to on się może nie nadaje, sam o tym wiedział, ale mogłaby docenić jego starania, prawda? Nic z tego.

Fakt, ze trzy razy udało mu się namówić żonę na seks, ale zachowywała się w łóżku tak, jakby robiła mu łaskę. I zobaczył, że chwilami patrzy na niego z obrzydzeniem. Wcale nie przesadzał, właśnie tak było. A przecież nie robił niczego innego niż to, na co kiedyś zgadzała się z ochotą.

Nigdy w życiu nie czuł się tak poniżony i upokorzony. Po trzeciej takiej próbie nie wytrzymał. Poszedł się napić. Nie jest może dumny z tego, co się wtedy stało, bo ogólnie to nie uznaje seksu po alkoholu, ale do końca życia nie zapomni tamtej dziewczyny. A konkretnie jej spojrzenia. Sprawiła, że znowu poczuł się mężczyzną.

– Podobasz mi się – powiedziała tak po prostu.

– Ty mnie też – odpowiedział.

– To może coś z tego będzie?

I było. Co prawda toaleta to niezbyt romantyczne miejsce, ale było niesamowicie. Krótko – bo wiadomo: jeśli mężczyzna zbyt długo żyje w napięciu, to potem nie ma co liczyć na subtelności i długą grę wstępną – ale za to intensywnie.

No, dobra, dość wspomnień – zdecydował, biorąc maszynkę do golenia. – Od tamtego czasu minęło już z osiemnaście lat. Ich córka zdążyła dorosnąć, a między nim a żoną właściwie nic się nie zmieniło.

Tadeusz znalazł sposób na odzyskanie męskiej godności, którą podeptała Gośka. Uznał, że nie będzie jej do niczego zmuszać. Jak nie ma ochoty, to nie. Natomiast on miał. I to dużą. Dlatego postanowił znaleźć rozwiązanie.

Rozwód nie wchodził w grę. Przede wszystkim ze względu na Julię. Córkę kochał i zabiłby każdego, kto zrobiłby jej krzywdę. Nawet siebie. Dlatego nie zamierzał odchodzić. Drugi powód był bardziej, jeśli tak można powiedzieć, praktyczny – nie chciał stracić pracy u teścia. Stanowisko i dobre zarobki pozwalały mu nie tylko na zaspokajanie potrzeb rodziny, ale i na finansowanie swoich przyjemności.

A trochę ich było. Dobra, przed sobą nie musi owijać w bawełnę – przez ostatnich piętnaście lat miał bodaj cztery kochanki, z którymi spotykał się dłuższy czas. Poza tym zdarzały mu się krótsze związki, czasami nawet na kilka nocy, parę razy na jedną. Bez problemu nawiązywał nowe znajomości, bo był świadom swojego wyglądu, a wypchany portfel dodatkowo podnosił jego atrakcyjność.

Nie przeszkadzało mu, że kobiety leciały na jego pieniądze. Zawsze też mówił wprost, że ma rodzinę i jej nie zostawi. Prosty, uczciwy układ – on nie żałował pieniędzy, one nie miały oczekiwań. I było im dobrze w łóżku.

Nie uważał, żeby był nieuczciwy wobec żony. Przecież sama dokonała wyboru, odrzuciła go i nie chciała jako mężczyzny. Dostawała więc od niego to, czego oczekiwała – pracującego na rodzinę męża, zajmującego się dzieckiem ojca. Skoro nie potrzebowała kochanka – nie narzucał się. Natomiast on potrzebował kochanki, więc znajdował ją poza domem. I tyle.

Tadeusz popatrzył w lustro. No, może być – stwierdził. – Muszę tylko odwiedzić mojego barbera, bo najwyższy czas trochę podciąć włosy. Ale ogólnie jest okej. Niejeden trzydziestolatek mógłby mi pozazdrościć. – Z zadowoleniem patrzył na odbicie w lustrze.

Rzeczywiście, nie wyglądał na czterdzieści pięć lat. Bo trzeba o siebie dbać. – Kiwnął głową z przekonaniem.

Zostawił ręcznik na grzejniku i wyszedł z łazienki.

– Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie łaził po domu nago. – Gośka właśnie przechodziła z sypialni do kuchni. – Nie jesteś w burdelu.

– A skąd ty wiesz, jak się w burdelu chodzi? Byłaś?

Prychnęła tylko i poszła sobie.

Tadeusz nie znosił tych jej aluzji. Poza tym zawsze przesadzała. Raptem cztery kroki z łazienki do sypialni, a ona robi raban, jakby wszystkie pokoje odwiedził po drodze. Zresztą obydwoje są dorośli i widzieli się już bez ubrań.

Oczywiście, kiedy córka jeszcze z nimi mieszkała, nigdy nie robił takich rzeczy, ale teraz, gdy wyjechała na studia, mógł chyba przejść kilka metrów bez ubrania?

Wyjął z komody bokserki i T-shirt, ubrał się i z westchnieniem ruszył w kierunku kuchni. Czekało go śniadanie w towarzystwie Gośki, a już zdążył zauważyć, że żona nie jest w humorze. Czyżby początki menopauzy? Jeśli tak, to czeka go trudny czas. Jakoś wytrzymam – westchnął w duchu.

Pocieszeniem było to, że dziś spotka się jeszcze z Wiolą. Samo wspomnienie o wspólnie spędzonej godzinie od razu poprawiło mu humor. Ta kobieta zawsze miała dobry nastrój i w ogóle nie przeszkadzało jej, że jest nagi. Przeciwnie, sama go rozbierała. Uśmiechnął się do własnych myśli.

Musiał się z nią spotkać. Dzięki tym przyjemnym chwilom może jakoś zdoła przetrwać święta w domu. Pod warunkiem, że Gośka nie będzie znowu zaczynać tych swoich poważnych rozmów. Naprawdę przesadzała z pretensjami. Pozostawało mu jedynie liczyć na to, że obecność córki, która ostatnio rzadko bywała w domu, powstrzyma żonę od prowokowania kolejnej awantury. Naprawdę nie mógł zrozumieć, o co jej chodzi.

– I co tam dzisiaj zjemy na śniadanko? – zapytał, wchodząc do kuchni. – Bo mam ochotę na jajecznicę.

– Mogę ci zrobić – odpowiedziała żona.

– Ale zjemy razem?

– Jeśli chcesz…

– Wiesz, że lubię te nasze wspólne śniadania.

Zobaczył, że Gośka spojrzała na niego łagodniej. Widać było, że te słowa sprawiły jej przyjemność.

Tadeusz nie kłamał. Wieczory mógł spędzać z różnymi kobietami, ale najlepsze śniadania robiła jego żona.

Natalia starała się opuszczać swój pokój dopiero, kiedy rodzice wyszli do pracy. W ogóle robiła wszystko, żeby jak najrzadziej spotykać się z nimi w kuchni lub w przedpokoju. Nie, nic z tych rzeczy. Kochała rodziców i wiedziała, że oni także ją kochają. Niestety, czasami bywa tak, że ci, którzy chcą naszego szczęścia, pojmują je zupełnie inaczej niż my sami. To był właśnie taki przypadek. Natalia wiedziała o tym dzięki rozmowie z terapeutką. Kobieta wyjaśniła jej, na czym polega problem w ich wzajemnych relacjach.

– Rodzice chcą dla ciebie tego, co uważają za najlepsze – powiedziała. – Tego, czego sami chcieliby od życia.

– Ale ja chcę czegoś innego.

– Mówiłaś im o tym?

– Wiele razy. Ale oni są niesamowicie uparci. Aż ręce opadają. Nie wiem, jak mam im wytłumaczyć, że wiem, co robię.

– Być może nigdy ci się to nie uda. Oczywiście, przedstawiłam najmniej optymistyczny wariant, ale niestety prawdopodobny i trzeba się z nim liczyć.

– I co wtedy?

– To zależy od ciebie. Albo zgodzisz się na ich wizję twojego życia, albo pozostaniesz przy swojej.

– Na pewno nie zmienię decyzji! – zapewniła Natalia z przekonaniem.

– W takim razie znowu są dwa wyjścia: albo rodzice z czasem to zaakceptują, albo nie.

– A jeśli nie?

– Na to pytanie chyba znasz odpowiedź. – Terapeutka popatrzyła jej w oczy.

– To co ja mam robić?

– Sama zdecyduj. To twoje życie. I twoja odpowiedzialność.

Natalia wzięła więc tę swoją odpowiedzialność na barki i wyszła z gabinetu. Dwie noce zajęły jej przemyślenia, aż w końcu doszła do wniosku, że na razie zastosuje strategię przeczekania. Po prostu nie będzie wchodzić rodzicom w drogę, postara się, by nie było okazji do kolejnych rozmów na trudne tematy i jakoś wytrwa w takim układzie do skończenia studiów. Miała nadzieję, że obroni się na początku lipca i szybko znajdzie pracę. Wtedy stanie się niezależna oraz będzie mogła postawić wszystko na jedną kartę.

Miała świadomość, że to nieco asekuracyjne wyjście, ale innego na ten moment nie znalazła. Przecież ojciec przedstawił sprawę jasno. Jeżeli będzie się upierała, to nie może liczyć na ich pomoc. Matka chyba nie przejawiała aż takiej determinacji, ale i ona wszystkimi sposobami starała się skłonić córkę do zmiany planów.

Nic z tego. Natalia nie zamierzała poddawać się ich naciskom. Gdybym to zrobiła – myślała – nie mogłabym na siebie patrzeć. I niby co? Miałabym żyć i udawać, że nic się nie stało? Zapomnieć, wyprzeć się własnych uczuć? Za nic!

Pozostawało doczekać do dnia, w którym stanie się niezależna, i wtedy zrealizować swoje życiowe plany. Ale by to osiągnąć, musiała teraz leżeć w łóżku i starać się nie myśleć o tym, że bardzo, ale to bardzo potrzebuje skorzystać z toalety.

Nadsłuchiwała odgłosów porannej krzątaniny pozostałych domowników. Nie słyszała głosu młodszego brata, ale domyślała się, że jeszcze nie wstał. Korzystając ze świątecznej przerwy w szkole, do późna siedział przed komputerem. Teraz pewnie nadrabiał nocne godziny spędzone na zabijaniu złych kosmitów czy wyścigach po wirtualnym torze samochodowym.

– A ty czego? – zapytała na widok kociego pyszczka, który niespodziewanie pojawił się tuż przed jej twarzą. – Pewnie jesteś głodny?

Rudy kocur wbił w nią spojrzenie zielonych oczu i miauknął cicho.

– Poczekaj jeszcze chwilę, Cynamon. Zaraz wyjdziemy. Ciesz się, bo ty przynajmniej masz kuwetę do dyspozycji.

Może to mało oryginalne, ale małe rude kocię nazwała tak dziesięć lat temu, kiedy wreszcie udało jej się namówić rodziców na zwierzę w domu. Co prawda marzyła o psie, ale na to kategorycznie nie zgadzała się mama, w obawie, że właśnie na nią spadnie obowiązek wyprowadzania pupila.

– Ostatecznie może być kot – powiedziała.

– Pamiętaj, że to twoje zwierzę – powiedział tata, dając jej tekturowe pudełko, w którym piszczała mała ruda kuleczka. – Musisz się nim opiekować. Udowodnij, że jesteś odpowiedzialna, bo inaczej go oddamy.

Natalia udowodniła. Gorliwie zajmowała się małym futrzakiem, który z czasem wyrósł na dorodnego kocura. I chociaż czuł się panem całego domu, to noce spędzał zawsze w pokoju Natalii, a najczęściej sypiał na poduszce obok jej twarzy. Lubiła czuć ciepło kociego ciała, szczególnie kiedy niewesołe myśli przed zaśnięciem zmieniały się w koszmary. Wtedy ciche mruczenie pozwalało odegnać senne mary, oswoić ciemność i wrócić do równowagi. Tak, Cynamon był najlepszym lekiem na wszystkie lęki i obawy.

Pogłaskała rude futro i delikatnie, ale stanowczo odsunęła kota na bok. Siedem kilogramów na klatce piersiowej utrudniało nieco oddychanie.

– Chyba powinieneś trochę schudnąć – stwierdziła, ale Cynamon zupełnie zlekceważył ukrytą w tym zdaniu groźbę ograniczenia smakołyków. Zresztą Natalii wcale to nie zdziwiło. Wiedziała, że mama zawsze dorzuca coś specjalnego do kociej miski i chociaż stara się, żeby nikt tego nie widział, to i tak cała rodzina zna ten sekret.

Dziewczyna poczuła, że potrzeba pójścia do łazienki staje się coraz silniejsza. Dlaczego rodzice jeszcze nie wyszli? – zastanawiała się. – Przecież już po ósmej. Oboje powinni być w pracy.

Odrzuciła kołdrę. Brak