Wydawca: Ridero Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spełnienie - Jolanta Wachowicz-Makowska

Trzecia część trylogii „Wschody i zachody”. Ci sami bohaterowie w innym czasie, innych sytuacjach, z innymi partnerami. Czas spełnienia to okres wolnej już Polski, z wszelkimi możliwościami swobodnego podróżowania, z możliwością bardziej swobodnego i wygodniejszego życia. Ale wybory emocjonalne, życie uczuciowe bohaterów pozostają nadal takie same. Bez względu na okoliczności, czas i miejsce zdarzeń.

Opinie o ebooku Spełnienie - Jolanta Wachowicz-Makowska

Fragment ebooka Spełnienie - Jolanta Wachowicz-Makowska

Jolanta Wachowicz-Makowska

SPEŁNIENIE

Wschody i zachody cz. 3

© Jolanta Wachowicz-Makowska, 2016

© Karol Makowski, projekt okładki, 2016

Trzecia część trylogii „Wschody i zachody”. Ci sami bohaterowie w innym czasie, innych sytuacjach, z innymi partnerami. Czas spełnienia to okres wolnej już Polski, z wszelkimi możliwościami swobodnego podróżowania, z możliwością bardziej swobodnego i wygodniejszego życia. Ale wybory emocjonalne, życie uczuciowe bohaterów pozostają nadal takie same. jak w poprzednich tomach, jak w życiu. Czyli są niejednoznaczne, trudne, skomplikowane bez względu na okoliczności, czas i miejsce zdarzeń.

ISBN 978-83-8104-364-9

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Joanna usłyszała szczekanie Marsa III. Pies ujadał w taki sposób, w jaki zwykle sygnalizował pojawienie się kogoś znajomego. Bała się nawet pomyśleć — Andrzeja. Wiedziała, że nie mógł to być Ryszard, bo po nocy spędzonej w „Malwinie” wyjechał już do pracy. Nie był to tata, bo uprzedził by ją telefonicznie o swoim przyjeździe. Zegarek Joanny wskazywał godzinę siódmą.

Nie miała ani ochoty ani siły, aby podnieść się z łóżka. Wiedziała, że Janisia jest już na nogach. Joanna liczyła więc, że teściowa otworzy drzwi temu komuś, kto z zagadkowych powodów nie był dla Marsa III kimś obcym. Choć przecież nie był też — bo nie mógł być — tym, kogo w taki sposób Mars III zwykł witać.

Usłyszała dzwonek. Potem drugi i trzeci. Pies nadal przyjaźnie poszczekiwał, ale Janisia nie podchodziła do drzwi. Najwidoczniej była w łazience. Joanna spuściła nogi na podłogę zastanawiając się, czy potrafi się na nich utrzymać. Lekko drżały, jak po obłożnej chorobie. Nałożyła szlafrok i wyszła z sypialni. Otworzyła drzwi w hallu i zobaczyła najpierw volkswagena Marka, a potem jego samego. Wyszła na nieodśnieżoną ścieżkę i opędzając się przed skaczącym na nią Marsem III dotarła do furtki. Nie czuła chłodu w bosych stopach ani ciele okrytym jedynie szlafrokiem i przez moment dziwiła się, dlaczego nie jest jej zimno. Otworzyła furtkę. Od szesnastu lat Marek witał ją i żegnał obejmując i całując w policzek. Teraz jedynie skinął jej głową.

— Zaziębisz się — powiedział.

Weszli do domu. Marek zdjął kożuszek, rzucił go na stojącą pod wieszakiem ławę.

— Jechałem przez dwadzieścia godzin bez przerwy. Droga była koszmarna. W każdym sensie tego pojęcia. Chcę się umyć, a ty przygotuj mi coś do jedzenia. I wódkę. Postaw całą butelkę. Muszę się porządnie napić.

Kiedyś by zaprotestowała. Teraz skinęła głową.

— Idź do łazienki na górze — powiedziała. — Chcesz jajecznicę? Jajka sadzone? Omlet?

— Wszystko jedno.

I poszedł schodami na piętro.

Joanna weszła do kuchni, wyjęła z lodówki jajka, masło i kiełbasę. Postawiła patelnię na kuchence. Rozbiła jajka i roztrzepała je drewnianą mątewką, posoliła, dodała odrobinę mleka, pokroiła w kostkę kiełbasę i dodała szczyptę majeranku. Robiła to wszystko mechanicznie, powtarzając ruchy, jakie wykonywała latami przygotowując jajecznicę dla Andrzeja.

Janisia wyszła z łazienki.

— Kto przyjechał? — zapytała.

Też była w szlafroku. Głowę miała owiniętą ręcznikiem.

— Marek.

— Prosto…

Głos Janisi się załamał.

— … stamtąd?

— Chyba tak. Powiedział, że jest strasznie zmęczony, bo jechał bez przerwy niemal dobę. Teraz jest w łazience na górze. Bierze prysznic. I jest głodny.

— Dałaś mu czysty ręcznik? — zatroskała się Janisia. — Ma ze sobą koszulę na zmianę?

— Pewnie tak, ale chyba zostawił bagaż w samochodzie. Nie miał niczego w ręku kiedy wchodził do domu.

— No to ja tam pójdę — powiedziała Janisia. — I zapytam czy mu czego nie trzeba. Bo przecież jego przybory do golenia i jego ręcznik są na dole.

Wychodząc zatrzymała się w drzwiach.

— Wezmę z bieliźniarki czystą piżamę Andrzeja. Bo kiedy wyjechali, piżamę Marka, jego szlafrok i całą bieliznę pościelową wrzuciłam do kosza z brudną bielizną. Miałam wyprać…

— Nie! — zawołała Joanna, burząc się na myśl, że piżama Andrzeja mogłaby być użyta przez kogokolwiek poza nim.

— A koszulę? Sweter?

Joanna rozpłakała się.

— Nie zwracaj na mnie uwagi, Janisiu. Weź z szafy wszystko, co potrzebne. Ale nie piżamę… Piżamy Andrzeja mu nie dawaj.

Janisia pogłaskała Joannę po twarzy.

— To przecież Marek — powiedziała łagodnie. — Joasiu, to przecież Marek.

Po kwadransie zszedł do kuchni i Joanna zobaczyła go już ogolonego, ubranego w oliwkową koszulę i moherowy sweter Andrzeja. Nie wyglądał jednak ani trochę lepiej niż wówczas, kiedy stał przy furtce. Oczy miał podkrążone i zaczerwienione, a w jego czarnych kędzierzawych włosach zobaczyła poszarzałe pasemka.

Usiadł przy stole, a Joanna podeszła do niego i pocałowała w tą, tak nagle posiwiałą skroń. Przycisnął ją do siebie. Czuła, jak drżał. Teraz dopiero uświadomiła sobie, co przeżył i jak bardzo silnie to przeżył. Pogładziła go po głowie. Postawiła na stole chleb, masło i pasztet. Usmażyła jajecznicę, przełożyła ją na talerz.

Marek spojrzał na nią i spróbował się uśmiechnąć.

— Jeszcze wódka — przypomniał. — Pozwól mi się napić.

— Dobrze — powiedziała. — Ale najpierw coś zjedz. Nie pij na pusty żołądek.

Wziął jej rękę i przyłożył do swojego policzka.

— Kto daje wam, kobietom, tę niezwykłą zdolność troszczenia się o innych w najstraszniejszej nawet sytuacji? Janisia pomyślała o koszuli, swetrze, a nawet o kapciach.

Joanna spojrzała na jego nogi. Wsunął je w szare, filcowe pantofle Andrzeja.

— A ty — ciągnął — martwisz się, czy można mi pozwolić, abym pił na pusty żołądek.

Przyniosła z barku butelkę czystej i butelkę winiaku.

— Nalej winiaku. Ale nie do kieliszka. Do szklanki.

Ponieważ się zawahała, wyjął szklankę z kredensu i napełnił ją alkoholem. Dopiero teraz zaprotestowała. Ale słabo. Raczej z przyzwyczajenia niż przekonania.

— Marek, tak nie można.

— Muszę się upić. Na sztywno.

Mogła zapytać, czemu nie pojechał do swojego domu, czemu tam się nie umył, nie przebrał, nie zjadł śniadania, nie upił, a potem nie przespał — do i dla wytrzeźwienia. Nie zapytała, a mimo to odpowiedział:

— To jest teraz mój jedyny dom, a wy jesteście moją jedyną rodziną. W Polsce.

I nagle się zainteresował:

— A gdzie są dzieci?

— U moich rodziców — odpowiedziała Joanna. — Piotr trzyma się nieźle, choć wciąż nic nie mówi. No, o tym co się stało. Za to z Anią jest bardzo kiepsko.

— Powinienem się z nimi zobaczyć?

Zawahała się.

— Może z Piotrem. Ale Ania jest zbyt zbuntowana, zbyt rozgniewana i zbyt rozżalona na wszystkich i cały świat. Najbardziej na Pana Boga. No i na mnie.

— Dlaczego na ciebie?

— No, bo jak miała stracić któregoś z rodziców to wolałaby pewnie stracić mnie niż Andrzeja.

— Jeśli tak, to pewnie największy żal ma do mnie. Myślisz, że kiedyś zechce mi wybaczyć, że to nie ja umarłem?

— W każdym razie jeszcze nie teraz.

Spojrzał na Joannę.

— A ty?

— Co ja?

— Będziesz umiała mi to wybaczyć? Nie od razu. Ale kiedykolwiek.

Usiadła obok niego. Przytuliła głowę do jego ramienia. A właściwie do mięciutkiego moherowego swetra pachnącego Andrzejem.

— Ja? Ja dziękuję Bogu, że tam byłeś. Wtedy. I przy nim. I że jesteś teraz. Ze mną. Z Janisią. Z nami.

Nalał drugą szklankę wódki.

— Proszę cię… — zaprotestowała.

Przytrzymał butelkę, która chciała zabrać.

— Pojdę teraz spać — powiedział.

— Dobrze. Pościelę ci na twojej kanapie.

— Nie trzeba ścielić. Daj byle jaką poduszkę i koc. Wystarczy. Nie chce mi się nawet rozbierać.

Kiedy się położył raz jeszcze próbowała zabrać butelkę. Trzymał mocno.

— Wiesz, że upijam się nie pierwszy raz w życiu. I pewnie nie ostatni. Nawet na pewno nie ostatni.

Zaczęła płakać.

Przytulił ją. Nie wiedziała — chciał pocieszyć ją czy siebie?

— Nie bój się, kochanie — powtórzył. — Nic mi nie będzie. Po prostu się urżnę.  Tylko tyle mogę dla siebie zrobić.

— A dla mnie? — spytała.

Nie odpowiedział. Zasnął.

Joanna zabrała butelkę i mijając w hallu Janisię poprosiła, aby zawiadomiła Ryszarda o przyjeździe Marka. Potem weszła do sypialni, położyła się do łóżka i natychmiast zasnęła.

Obudziła ją Janisia.

— Wstań, Joasiu. Jest czwarta. Marek już nie śpi. Przyjechali Ryś i Marta.

Wstała. Po raz pierwszy od tygodnia podeszła do toaletki i spojrzała w lustro. Włosy miała matowe i potargane, cerę ziemistą, a oczy pozbawione nie tylko wyrazu, ale także — jak jej się wydało — barwy. Były po prostu i tylko ciemne.

— Nawet Krzyś nie umiałby określić ich koloru — pomyślała.

W łazience umyła się zimną wodą i przyczesała włosy. Przewiązała je czarną aksamitką. Ale nie zdobyła się na włożenie czarnej spódnicy, ani czarnego swetra.

Janisia nakryła stół w jadalni. Pachniało rosołem i grzybowym sosem. Joanna pomyślała, że to ulubione kuchenne zapachy Andrzeja. Janisia wciąż zachowywała się, jakby żył i jakby — jakimś cudem — miał się jednak pojawić w domu. Zjedli w milczeniu pierwsze i drugie danie.

— A teraz mów — powiedziała Janisia do Marka. — Jeśli możesz o tym mówić.

Marek żachnął się.

— Kasia nie opowiedziała?

— Tyle, że to był zawał. I że t o stało się w nocy. I że kiedy go znaleźliście już nie żył. Więcej nie wiedziała, albo nie chciała mówić. Tak, jak Piotrek — była w szoku.

— Ja też jestem. I nie sądzę, abym kiedykolwiek chciał i mógł o tym mówić. Ale wiem, że wy chcecie i musicie wiedzieć. I to właśnie ode mnie.

Nikt się nie odezwał.

— No więc przez cały dzień czuł się dobrze. I był w dobrym nastroju. Pojechaliśmy w góry. Ale na różne szlaki. Andrzej z Piotrkiem na ten ich ulubiony, ja z Kaśką na ten jej ulubiony. Spotkaliśmy się około trzeciej. Zjedliśmy obiad w schronisku. Wszystko było w najlepszym porządku. Ale robiło się już szarawo więc postanowiliśmy wracać do domu. Jędrek i Piotr zasiedli przed telewizorem i oglądali zawody w skokach narciarskich. A ja poszedłem z Kaśką do pokoju.

Zamilkł na chwilę.

— Spotkaliśmy się na kolacji. Było … No, miło było. Tak, jak zwykle. Andrzej proponował nawet roberka, ale Kaśka zaczęła narzekać, że ją łapią kurcze. Więc znowu zabrałem ją do naszego pokoju.

Joanna pomyślała, że w innej sytuacji roześmiałby się i zażartował, że w pokoju znalazł dobry sposób na te Kasine skurcze. Ale teraz się nie uśmiechnął. Policzek drgał mu w nerwowym tiku. Zdumiał i przeraził ją ten tik. Zaniepokoiła się, ale nie o niego. O siebie. Bała się, że roztrzęsiony, zszokowany Marek nie będzie stanowił dla niej tego oparcia, jakie chciała w nim znaleźć. I jakie się spodziewała w nim znaleźć.

— Była chyba druga w nocy — mówił. — Piotrek wpadł do naszego pokoju. Kaśka próbowała się z nim dogadać, ale on tylko bełkotał. Domyśliłem się, że coś niedobrego dzieje się z Andrzejem. Pognałem do ich pokoju, ale Jędrka w nim nie było. Więc zajrzałem do łazienki.

Przerwał. Wypił kieliszek wódki. Potem drugi.

— Od razu wiedziałem, że nie żyje. I to od jakiegoś czasu. Ale mimo to zacząłem robić masaż serca. Wierząc, że stanie się cud. Kaśka obudziła tatę. Przybiegł. Wezwaliśmy pogotowie. Przyjechali. Ale nie mili już nic do zrobienia.

— Ale dlaczego? — zapłakała Janisia. — Nigdy przecież nie chorował na serce.

— Nie wiem dlaczego — odpowiedział Marek. — To się stało wtedy, kiedy poszedł się umyć. Był rozebrany, widocznie chciał wziąć prysznic. Na podłodze leżała rozbita szklanka i szczoteczka do zębów z wyciśniętą pastą. Więc chyba czuł się dobrze skoro zachowywał się tak normalnie. Ale właśnie na tym polega nagła śmierć sercowa. To jest moment. Jak zgaszenie światła.

Joanna chciała zapytać, czy gdyby Marek był w tym momencieprzy Andrzeju, jej mąż miałby jakąś — i jaką? — szansę, aby światło nie zgasło. Ale takie pytanie było bezzasadne. Marek nie mógł towarzyszyć Andrzejowi w czasie jego wieczornej toalety.

— Czy cierpiał? — spytała.

— Nie. W takich przypadkach nie odczuwa się bólu typowego przy zawale, ani lęku charakterystycznego przy wszelkich atakach serca. To jest naprawdę mgnienie.

Marta zapłakała.

— Więc nie można było nic zrobić? Nie było dla niego żadnego ratunku?

— Raczej nie. Nawet wtedy, kiedy pomoc jest natychmiastowa i daje się przywrócić akcję serca to z reguły jedynie na kilka minut. Rzadziej — godzin. Bardzo rzadko — dni.

Po chwili dodał cicho, jakby się usprawiedliwiając:

— Od tamtego dnia przeczytałem chyba wszystko, co napisano na ten temat. Ja też myślałem — i nadal myślę — czy naprawdę nie było choćby cienia szansy. I czy ja…

Spojrzał błagalnie na Joannę.

— Proszę, przynieś drugą butelkę.

Nie ruszyła się z miejsca.

— Ja przyniosę — powiedziała Janisia.

Łzy ciekły jej po twarzy. Wróciła z butelką winiaku i pięcioma kieliszkami. Marek rozlał alkohol do kieliszków, a sobie i Ryśkowi do szklanek.

— Masz już chyba dosyć — zauważyła Joanna.

— Dosyć? Już nigdy nie będę miał dosyć.

Podeszła do niego. Ujął jej dłonie.

— Joasiu, daj mi choć jeden jedyny dzień na rozklejkę. Zrozum, nie jestem z tytanu.

Uklękła przy jego krześle, położyła mu głowę na kolanach. Pogładził ją po włosach. Od chwili, kiedy wszedł do jej domu chciała go o to zapytać. Ale zapytała dopiero teraz:

— Gdzie są…. Gdzie są jego rzeczy?

— W moim samochodzie. Nie wiedziałem tylko kiedy ci je dać.

Uśmiechnęła się smutnie.

— Bo nie wiedziałam kiedy cię o to zapytać.

— Mogę przynieść je później?

— Oczywiście.

Sięgnął do kieszeni spodni. Wyjął niewielkie pudełeczko.

— Ale to, co najważniejsze, miałem cały czas przy sobie.

W pudełeczku znajdowały się: obrączka Andrzeja, jego sygnet, zegarek i wieczne pióro — czarny waterman ze złotą stalówką. Kiedyś to pióro należało do jego ojca i Andrzej traktował je bardziej jak talizman niż narzędzie do pisania. Joanna musiała się zmienić na twarzy, bo Marek zapytał zaniepokojony:

— Źle się czujesz?

— Nie wiem. To znaczy — wiem. Tak, źle się czuje. Ale nie od teraz.

Marek ujął przegub jej dłoni i liczył uderzenia tętna.

— Dajcie mi klucz od furtki — powiedział. — Pójdę do samochodu po ciśnieniomierz.

— Od zmierzenia ciśnienia nie poczuję się lepiej.

— Ależ Asiu, ty jesteś na skraju zapaści.

Skrzywiła się.

— No to co?

— Masz dzieci, które straciły ojca. Są za małe, aby dać sobie radę bez twojej pomocy.

Potrzasnął nią.

— Może potraktujesz to, co powiem, jako wyraz arogancji, czy nawet okrucieństwa. Ale kiedy Jędrek umarł, tak właśnie pomyślałem — że dostał od życia szesnaście lat, jakich ja nigdy nie miałem i mieć nie będę. Poczułem się starym, zniszczonym lowelasem, który przegapił wszystko, co w życiu coś warte. To wszystko, dla czego warto je przeżyć. Choćby miało trwać krótko. A on nie przegapił.

— Tak — przyznała Joanna. — Powiedział coś takiego kilka miesięcy temu. Że czuje się spełniony. I że osiągnął wszystko o czym marzył.

— Sama więc widzisz…

— No, sama widzę. Ale nie masz racji jeśli chodzi o ciebie. Możesz mieć nie tylko szesnaście, ale dużo więcej szczęśliwych lat. I możesz mieć marzenia. No i masz Kasię. To najlepsza z dziewczyn, jaką kiedykolwiek miałeś.

Wszyscy spojrzeli na Marka.

— Nie chcę jej.

Powiedział to takim tonem, jakby Joanna ofiarowywała mu niechcianą zabawkę.

— Coś się stało?

— Tak. W każdym razie — dla mnie się stało. Kiedy pomyślę, że byłem z nią w łóżku, kiedy on…

Wzdrygnął się z żalu i gniewu. Nie wiedzieli — na Kaśkę czy siebie samego.

— A gdybyś był wtedy w łóżku sam? — spytała Marta. — To by coś zmieniło?

Uśmiechnął się cieniem swojego dawnego uśmiechu.

— Och, kobiety… Nawet siedząc na fotelu elektrycznym próbowałybyście wyswatać kata ze strażniczką więzienia.

Joanna też się uśmiechnęła. Poczuła się tak, jakby stojąc na ruinach swego domu i swojego życia nagle dostrzegła jakiś ocalony drobiazg przywracający — przynajmniej na moment — dawny, dobry czas.

Rozdział 2

Joanna leżała w łóżku. Nie miała pojęcia i nie chciała mieć pojęcia, która godzina. Ranek, południe, wieczór, noc były teraz i miały być — jak sądziła — już na zawsze jedynie abstrakcyjnymi określeniami części doby. Dla niej jednakowo smutnymi, pustymi i pozbawionymi sensu. Mogła spać w dzień i nie sypiać w nocy. Mogła chodzić, albo leżeć. Ponieważ Janisia zajmowała się domem, a jej rodzice dziećmi nie było powodu, aby ona robiła cokolwiek. Wiedziała — kiedyś będzie inaczej. Kiedyś będzie musiała wstać z łóżka, wyjść z pokoju, zająć się dziećmi, zająć się utrzymaniem domu. Kiedyś będzie musiała zacząć żyć. Albo raczej — zacząć udawać, że żyje. Naśladować czynności wykonywane przez żywych ludzi. Ale odkładała to kiedyś na możliwie jak najdalszą przyszłość. Teraz chciała jedynie leżeć w swoim pokoju, na swoim łóżku wyobrażając sobie, że w ten sposób przeczeka najgorszy czas. Ten czas, który dzielił ją od kiedyś. Obok niej leżała piżama Andrzeja. Joanna po każdym przebudzeniu dotykała jej w nadziei, że nie będzie to tylko kawałek materiału pachnący ciałem Andrzeja, ale on sam.

Wszyscy tłumaczyli jej, że reakcja niezgody na śmierć męża jest skutkiem szoku, jakiego doznała. Normalnego, ale i niebezpiecznego, jeśli zechce w nim trwać. Namawiano ją, aby się otrząsnęła, przestała pielęgnować swój ból. Żeby się czymś zajęła. I to od zaraz. Bo potem miało być — jakoby — jeszcze gorzej. Nie wiedziała, jak mogłoby być jeszcze gorzej. A jeśli miało być jeszcze gorzej, to tym bardziej należało to odwlec. Leżąc w łóżku. Jedynym miejscu, które dawało Joannie mizerne, ale jednak poczucie schronienia i pozornego bezpieczeństwa.

Weszła Janisia. Przysiadła na brzegu łóżka. Joanna zamknęła oczy, aby nie widzieć znękanej twarzy świekry, jej ściągniętych rysów, a przede wszystkim jej czarnej sukienki. Po prostu nie chciała widzieć Janisi.

— Marek i Ryszard — powiedziała Janisia — nie pozwolili mi o tym mówić, ale ja uznałam, że masz prawo wiedzieć. A co zrobisz — twoja sprawa. Dziś chłopcy mają odbierać…

Głos jej się załamał.

— …trumnę Jędrka.

Joanna usiadła.

— Kiedy?

— Nie wiem. Chyba przed południem. Umówili się na lotnisku.

— Marek jeszcze jest?

— Tak. Nie pozwolił cię budzić, ale chciałam, żebyś się z nim jednak zobaczyła.

Joanna wstała z łóżka tak pospiesznie, że zakręciło się jej w głowie.

— Załóż szlafrok — przypomniała Janisia.

Podniosła go z podłogi i narzuciła na ramiona synowej.

— Gdzie on jest? — spytała Joanna.

— W kuchni. Dopija kawę.

Joanna chwiejnie przeszła przez przedpokój. Wciąż wirowało jej w głowie.

— Jak mogłeś? — zawołała trzęsąc się ze złości. — To przecież mój mąż. Mam prawo…

Skinął głową.

— Masz prawo — powiedział zmęczonym głosem. — Ale nie masz tyle siły, aby to znieść.

— Skąd wiesz ile mam siły?

Przez moment widziała przestraszoną twarz Marka, słyszała — dobiegający jakby z bardzo daleka — jego głos, a potem już nic nie widziała i nic nie słyszała. Kiedy odzyskała świadomość, dostrzegła pochyloną nad nią Janisię.

— Gdzie jest Marek? — spytała zaniepokojona, że pojechał bez niej.

— Poszedł po apteczkę — odparła Janisia.

Wrócił z kieliszkiem napełnionym jakimś płynem.

— Wypij.

Wypiła. Lekarstwo było gorzkie. Skrzywiła się.

— Zmierzę ci ciśnienie — powiedział.

I bez mierzenia wiedziała, jaki będzie wynik. Będzie zły. Mimo to spytała:

— No i?

— No i — odrzekł — jest 70 na 50. Powinienem wezwać karetkę pogotowia. Jesteś wyniszczona i odwodniona. Należałoby cię położyć pod kroplówką.

— Na razie zrobię jej gorącej herbaty — rzekła Janisia.

— Dobrze. I dodaj sporo cukru, albo — lepiej — ze dwie łyżeczki miodu.

Wziął Joannę za rękę.

— Wiem Asiu co czujesz. Ale wiem też, jaki jest twój stan. Jest fatalny. Nie mogę ci pozwolić na tę traumę, jaką przeżyłabyś na lotnisku.

Widząc, że Joanna chce protestować, położył jej dłoń na ustach.

— Posłuchaj chwilkę. Twój tata przyjedzie po południu i zabierze ciebie i Janisię do kaplicy na Powązkach. Na lotnisku będą same — okropne zresztą — formalności. Przepraszam cię za to brutalne określenie, ale dla przewoźnika to jedynie przesyłka.

Joanna zapłakała.

— Janisiu — powiedział Marek. — Wlej w nią trochę bulionu, a jak nie będzie chciała jeść to niech przynajmniej pije osłodzoną herbatę, kompoty, soki, wodę z cytryną i miodem.

Pocałował Joannę w czoło.

— Adios, kochanie.

Uśmiechnęła się słabiutko na to „adios”.

— Dziękuję. I przepraszam.

Ojciec przyjechał po południu. Joanna nadal czuła się nienajlepiej, ale miała nadzieję, że zdoła dojechać na Powązki. Zemdlała ponownie, kiedy zeszła do podziemnej kaplicy i ujrzała stojące tam trumny. Ryszard i Marek wynieśli ją na zewnątrz. Zimne powietrze przywróciło jej świadomość.

— Czy mogłabym go zobaczyć? — spytała.

Mężczyźni spojrzeli po sobie.

— Asiu, to metalowa trumna — powiedział Marek. — Ze względu na transport lotniczy trzeba było ją specjalnie zaspawać. Jest nieotwieralna.

Litościwie nie wspomniał o upływie czasu i tym, co się przez ten czas stało ze zwłokami jej męża

— Więc jak mam się z nim pożegnać?

— Pożegnaliście się, Joasiu. Przed waszym domem. Byłem świadkiem waszego pożegnania. Pożegnania, jakie można sobie tylko wymarzyć lub wymodlić.

Spojrzała na niego nie bardzo rozumiejąc o czym mówi.

— Kazałem wam się pocałować. Jędrek cię pocałował, wsiadł do samochodu i powiedział: „Ta moja Aśka ma w sobie jakiś magnes. Dopiero co wylazłem z jej łóżka, a już chciałbym do niego wracać”. A wtedy Piotrek, z tą właściwą dla niego ścisłością sprecyzował: „Może mama ma w sobie elektromagnes nadprzewodnikowy?” Nikt z nas nie miał zielonego pojęcia o czym on mówi, ale przez całą drogę śmieliśmy się z twojego nadprzewodnikowego elektromagnesu. A kiedy ostatniego wieczora Andrzej szedł na górę wspomniał, że już za dwa dni będzie miał przy sobie swój nadprzewodnikowy elektromagnes.

Joanna ukryła twarz w dłoniach. Ból, jaki ścisnął jej serce wydał się niemożliwy do wytrzymania. Ale — paradoksalnie — to właśnie ten nieznośny ból pomógł jej podnieść się z ławki, na której leżała.

— Już dobrze — powiedziała. — Pozwólcie mi pójść tam samej. Tym razem dam radę.

Pan Ostrowski zadecydował.

— Niech idzie.

Poszła. Odnalazła trumnę męża. Położyła rękę na zimnym metalu. Ręka była zimna, ale z niepojętego powodu metal jakby od tej jej zimnej reki pocieplał. Joanna przyłożyła czoło do trumny. I nagle przypomniała sobie noc na ganku w dworku Wandy Sikorskiej. Andrzej powiedział wtedy o szczęśliwej gwieździe, z której przybył na świat i na którą ma nadzieję wrócić. Pomyślała, że od tej chwili każdego wieczora będzie patrzeć w niebo. I że może kiedyś zobaczy tę właśnie gwiazdę. Jego szczęśliwą gwiazdę.

— Dobranoc, kochany — szepnęła.

I wyszła na zewnątrz.

— Odwiozę ją do domu — zaofiarował się Marek. — Te dwa zemdlenia… I takie niepokojące niskie ciśnienie. Wolałbym ją mieć na oku.

— Nie śmiałem prosić — powiedział pan Ostrowski — ale będziemy z żoną o wiele spokojniejsi, jeśli Asia znajdzie się pod pańską opieką.

Joanna sprzeciwiła się.

— Dajcie mu wszyscy święty spokój. Założę się, że jest w gorszej kondycji niż ja. Pozwólcie Markowi pojechać wreszcie do własnego domu i odrobinę odpocząć.

— Nie Asiu — powiedział Marek. — To twój tata pojedzie do swojego domu. Tam czekają na niego twoje dzieci. I o nich musimy myśleć. A nie o tym kto z nas najgorzej się czuje. A ty pojedziesz ze mną. Koniec dyskusji.

Udała, że jest zbyt zmęczona, aby upierać się przy swoim zdaniu. Ale w głębi duszy była zadowolona, że Marek będzie przy niej tego wieczora i tej nocy. Nawet tak bardzo znużony nadal jednak stanowił opokę, na której mogła i chciała się wesprzeć.

Noc minęła w miarę spokojnie. Marek i Janisia zaglądali do sypialni, ale zaordynowane Joannie środki podziałały i nie obudziła się nawet wówczas, kiedy Marek brał ją za rękę badając tętno.

Przy śniadaniu Marka już nie było. Pojechał, jak wyjaśniła Janisia, najpierw do swojego szpitala, a potem do swojego domu. Przyjechała natomiast Marta.

— Oddelegowano mnie w sprawie twojej garderoby — powiedziała do Joanny. — Jestem wprawdzie ostatnią osobą, która się do takiej misji nadaje, ale ponieważ nie było innych kandydatur więc przeszłam przez aklamację. Masz co na siebie włożyć? Chodzi o pogrzeb?

— Boże! — powiedziała zirytowana Joanna. — To ostatnia rzecz, jaka mnie interesuje.

— Wiem — odparła Marta. — Ale musisz ładnie wyglądać. Nie chodzi nam o ciebie. Chodzi nam o Jędrka.

Joanna nie zrozumiała.

— Zawsze był taki dumny ze swojej pięknej i eleganckiej żony. Możemy więc domniemywać, że zależałoby mu abyś i w tym dniu wyglądała — jak to miał zwyczaj określać — awantażownie.

Joanna zadumała się.

— Musiałabym pójść do fryzjera…

— No to idź.

— A sukienka? Mam ciemny kostium. Mama może mi pożyczyć swoje karakuły. I toczek. To wystarczy? Będzie dostatecznie awantażownie?

— Pokaż ten kostium –zażądała Marta.

Joanna wyjęła ubranie z szafy. Przymierzyła. Marta obejrzała ją.

— Załóż bluzkę. No i kozaczki.

Joanna wykonała polecenie.

— No, może być — zaakceptowała Marta.

I w ten sposób Joanna uniknęła tego, czego od śmierci Andrzeja bała się najbardziej. Wychodzenia z domu. Dopiero teraz zrozumiała, że było coś, czego bała się jeszcze bardziej niż najbardziej. Było to spotkanie z dziećmi.

Telefonowała do nich codziennie, ale prowadziła rozmowy w taki sposób, aby nie dotknąć najboleśniejszego dla nich i dla niej tematu. Teraz jednak nie mogła dłużej zwlekać. Ubrana w ciemny kostium spytała Martę czy zawiezie ją do Warszawy.

— Wszystko dotychczas załatwialiście za mnie — powiedziała. — Ale tym razem muszę coś zrobić sama. Muszę porozmawiać z dziećmi.

— No tak. Czas najwyższy — powiedziała rzeczowo Marta.

Pojechały na Akacjową. Joanna wstępowała po schodach swego rodzinnego domu starając się iść jak najwolniej. Ale to było tylko pierwsze piętro. Żeby nie wiadomo jak zwlekała ze stąpaniem, dotarcie do drzwi nie mogło jej zająć więcej niż pięć minut. W dodatku dziwnie krótkich pięciu minut. Dzieci ucieszyły się widząc matkę, choć jej żałobne ubranie wywarło na nich przygnębiające wrażenie. Być może dopóki nie widziały materialnych oznak poniesionej straty, wydawała im się ona nieco abstrakcyjna, a może — tak jak Joannie — odwracalna. Usiedli w pokoju stołowym. Puste miejsce, które od lat zajmował Andrzej stało się jeszcze bardziej wymownym świadectwem jego nieobecności.

— Pogrzeb taty — powiedziała Joanna, starając się zapanować i nad głosem, i nad łzami — odbędzie się pojutrze.

Ania zaczęła płakać.

— Wiedzą o tym — powiedział pan Ostrowski i w charakterystyczny dla siebie spokojny i rzeczowy sposób zaczął informować córkę o — jak to w myślach określiła — procedurze obrzędu. Wprawdzie bywała na wielu pogrzebach, ale do tej pory niewiele obchodziły ją szczegóły. Uderzyło ją, że ojciec mówiąc o pogrzebie Andrzeja cały czas używał liczby mnogiej. „Uznaliśmy”, „postanowiliśmy”, „uzgodniliśmy”. Z kim „uznawał”, „uzgadniał” i „postanawiał”? Z Janisią? Markiem? Ryszardem? Z nimi wszystkimi? Wszystkimi — poza nią?

Nie poczuła się tym dotknięta. Poczuła się strasznie winna. Bo jeśli i w ogóle mogła coś jeszcze zrobić dla swego męża to właśnie pochować go. A ona pozwoliła pochować Andrzeja innym ludziom.

Ojciec zapytał córkę z czego ma być wykonany wieniec od niej. I od dzieci. I jaki chce napis na szarfie.

Joanna pokręciła głową.

— Nie będzie wieńca. I nie będzie szarfy z napisem: Od kochającej żony.

Rodzice milczeli.

— A ja? — spytała Ania. — Czy mogę dać tatusiowi nuty scherza, które dla niego napisałam?

— Scherza? — zdziwiła się Joanna. — Dlaczego akurat scherza?

— No, bo chciałam — zaszlochała Ania — żeby tatusiowi nie było smutno.

— Oczywiście, kochanie — powiedziała wzruszona Joanna. — Włóż swoją kompozycję do koperty. Położymy ją na trumnie, a potem pochowamy wraz z tatusiem. Niech już na zawsze towarzyszy mu twoje, na pewno bardzo piękne scherzo.

— Mogłabyś dać nuty organiście — zaproponował Piotr. — Żeby zagrał podczas mszy. Tata lubił twoją muzykę.

W dniu pogrzebu państwo Ostrowscy przywieźli Joannę na Powązki na tyle wcześnie, aby mogła uniknąć spotkań z przybywającymi do kościoła żałobnikami. Tych mieli witać w drzwiach świątyni Ryszard i Marek. Do nich należała też selekcja gości, których należało zaprosić do „Malwiny” na — Joanna nienawidziła tego słowa — stypę. Uzgadniając z Janisią oraz Rysiem i Markiem listę ewentualnych gości Joanna wymieniła Kasię. Marta zaczęła pisać imię Kasi na kartce leżącego przed nią papieru, ale Marek zatrzymał jej rękę.

— Proszę cię, Asiu, nie rób tego. Nie ze względu na mnie. Nie rób tego Kasi.

Wszyscy spojrzeli na niego. Jednakowo zdziwieni.

— Nie chcę — powiedział niechętnie — aby odżyły w niej jakieś nadzieje co do naszego ewentualnego dalszego związku. Nie chce sprawiać jej więcej bólu niż sprawiłem dotychczas.

Joanna nic wtedy nie powiedziała.

Mimo, że trwała jeszcze poprzednia msza, przed kościołem stały liczne grupki osób wyraźnie czekające na następną uroczystość.

— Tato — powiedziała zdenerwowana Joanna. — Wprowadź mnie do zakrystii. Nie jestem w stanie witać się i rozmawiać z kimkolwiek.

Ojciec zaparkował więc samochód za bramą świętej Honoraty i przez nią wprowadził żonę, Joannę i wnuki na teren cmentarza, a potem do zakrystii. Joanna zobaczyła księdza Leszka Pawlikowskiego. Wiedziała, że będzie celebransem, ale mimo to i jakby na nowo ucieszyła się z tego powodu.

— Dziękuję, że się zgodziłeś — powiedziała.

Uściskał Joannę.

— No, nie była to łatwa zgoda i łatwa decyzja.

Zwrócił się do Ani.

— Nasz pan organista przećwiczył twoje scherzo. Zagra je na zakończenie mszy, na tak zwane wyprowadzenie. I panu organiście, i wujkowi Markowi, i mnie bardzo się twój utwór spodobał. Myślę, że i twój tatuś będzie bardzo szczęśliwy.

Ani zadrżała bródka.

— Ja tylko chciałam, aby nie było mu smutno.

— Wszyscy się o to postaramy — powiedział ksiądz Leszek. — To twoje scherzo, Aniu, stało się dla mnie znakiem, w jaki sposób powinniśmy pożegnać twojego tatusia. Przewróciłem do góry nogami cały przygotowany wcześniej tekst swojej homilii. Wiem, że wujek Marek też zmienił koncepcję swojego wystąpienia. Bo to ty najlepiej wiedziałaś, jakie pożegnanie będzie najbardziej właściwe dla kogoś takiego jak twój tatuś.

Potem już nic nie mówili. Marek wszedł do zakrystii tuż przed rozpoczęciem mszy

— Już czas — powiedział.

Joanna zadrżała. Ania chwyciła ją za rękę.

— Boże! — pomyślała Joanna. — Jeśli cokolwiek obchodzi cię ten świat, jeśli cokolwiek obchodzą cię ludzie to daj nam siłę, abyśmy mogli znieść Twoją wolę. A przynajmniej — miej litość nad moimi dziećmi. Aby one były w stanie znieść Twoją wolę.

Kiedy Ania zobaczyła katafalk zaczęła spazmatycznie płakać. Joanna podeszła do trumny męża i złożyła na niej białą różę. Marek podniósł Anię, aby mogła położyć kopertę z nutowym zapisem swojego scherza. Dziewczynce trzęsły się ręce i koperta upadła na posadzkę. Piotr podniósł, podał Markowi.

Ryszard podszedł do Joanny i pomógł jej zająć miejsce. Marek posadził szlochającą Anię obok matki. Dziewczynka wtuliła głowę w czarne futro Joanny. Za Joanną i dziećmi siedziała, a właściwie wpółleżała Janisia, podtrzymywana przez Martę i Ryszarda. Bez tej podpory nie utrzymałaby równowagi. Trzymała się dzielnie przez wszystkie poprzednie dni, ale teraz była już tylko matką, która straciła swoje dziecko. Niepocieszoną i niepocieszalną.

Joanna nie była w stanie czynnie uczestniczyć w nabożeństwie. Nie mogła podnosić się we właściwych momentach, bo w jej ramionach spoczywała Ania, skulona i na wpół nieprzytomna w swoim żalu. Trumna Andrzeja zasłaniała jej ołtarz. Nie słyszała, bo nie słuchała tego, co mówił ksiądz Leszek. Dopiero po odczytaniu ewangelii, kiedy rozpoczął homilię, zaczął docierać do niej najpierw jego głos, a następnie — jego słowa. Ale tylko niektóre.

— Kiedy przyjaciele Andrzeja — mówił — poprosili mnie o odprawienie tej mszy świętej, chciałem odmówić. Wolałem wraz z wami stać po drugiej stronie ołtarza i zadawać sobie oraz Panu Bogu pytanie: dlaczego to się stało? Wiedziałem, że jeśli znajdę się po tej stronie ołtarza będę musiał przynajmniej spróbować na to pytanie odpowiedzieć. Wam i sobie. A ja nie wiem dlaczego Chrystus, który uzdrawiał i przywracał do życia swoich przyjaciół i przyjaciół swoich przyjaciół nie chciał zachować dla nas Andrzeja. Mojego przyjaciela. Waszego przyjaciela. Tak bardzo kochanego syna, męża, ojca, brata. Człowieka takiej niezwykłej witalności, tak inteligentnego, dowcipnego, eleganckiego zewnętrznie i wewnętrznie. Zazwyczaj uważa się, że to są zalety jedynie powierzchowne. A tym samym mniej ważne od innych lub nawet całkiem mało ważne. Ale to nieprawda. Czasem Bóg wybiera na swojego ziemskiego współpracownika właśnie taką osobę. Wiem coś o tym. Bo ja zawdzięczam temu naszemu królowi życia, naszemu arbiter elegantiarum swoje powołanie. To właśnie przez niego Bóg uczynił mnie kapłanem. Pamiętam pozornie drobniutkie i nieistotne wydarzenie. Były to lata pięćdziesiąte i do szkół przysyłano partyjnych aparatczyków, aby na apelach sączyli w nasze smarkate głowy materialistyczną propagandę. Przyszedł więc taki towarzysz i tłumaczył jak to jest z powstaniem życia na ziemi. „Jeśli — powiadał — rozbierze się zegarek na najdrobniejsze cząstki, włoży je do pudełka i będzie tym pudełkiem dostatecznie długo potrząsać to kiedyś te wszystkie części mogą ułożyć się w taki sposób, aby ponownie powstał zegarek”. Milczeliśmy, bo chcieliśmy, aby towarzysz skończył ględzić i sobie poszedł. Odezwał się tylko Jędrek Guttry. Zapytał ile czasu i ile razy trzeba by potrząsać owym pudełkiem, aby powstał Wolfgang Amadeusz Mozart. Albo choćby jedno z jego dzieł. Na przykład „Czarodziejski flet”. Towarzysz całkiem się zacukał. Ale nie tylko on. Wszyscyśmy oniemieli. Także i ja. Bo Jędrek pobudził mnie wówczas do rozważań nad tą wielką tajemnicą, którą później starałem się rozwikłać w seminarium duchownym i którą od tamtej pory próbuję rozwikłać każdego dnia. Każdego dnia mego życia i mojego kapłaństwa.

Jest dziś w tej świątyni człowiek, który poprosił mnie o chrzest, bo — jak mówił — chciał być podobny do Jędrka. Użył określenia — mieć jegoklasę. Żartował, że Bóg przemówił do niego za pośrednictwem stalowoszarego krawata i chusteczki w nienagannie skrojonej Andrzejowej marynarce. I zapytam, czy jest teraz w tym kościele ktoś, komu Jędrek nie uświadomił, przed kim nie odkrył, że to nasze bardzo zwyczajne życie w bardzo szaro-burych czasach i warunkach może być jednak barwne, ciekawe i przeżyte — na przekór owym szaro-burym okolicznościom — z ową prawdziwą klasą?

Joanna pochylona nad córką ocierała łzy, które mieszały się ze łzami Ani.

— I było jeszcze coś, co przyciągało nas i tak wiele innych osób do Andrzeja. Lub inaczej — było jeszcze coś poza urokliwością Andrzeja, co nas i innych ludzi pociągało i ujmowało. To dom Andrzeja. Historyk i socjolog, Zofia Jabłonowska jest autorką nadzwyczaj mądrej i przenikliwej diagnozy: ”Wróg nigdy nie zawładnął polską duszą, bo nigdy nie zdołał wedrzeć się w progi polskiego domu”. Może nieco przesadziła. Bo wiele progów w wielu polskich domach wrogom się nie oparło. Ale Andrzej był tym, który potrafił obronić próg swojej „Malwiny”. W „Malwinie” przez cały zły powojenny czas była Polska. Ta prawdziwa. Ta nasza. Ta wolna. W „Malwinie” nie tylko Jędrek był u siebie, ale i my czuliśmy, że jesteśmy u siebie. W małej, niedostępnej dla komunizmu, domowej twierdzy. Dodam dla sprawiedliwości — w tej swojej twierdzy miał Andrzej dwa dobre duchy. Atmosfera, nastrój, ciepło i urok „Malwiny” to zasługa jego niezwykłej matki i jego żony.

Joanna nie widziała Leszka, kiedy zwracał sie do niej.

— Joasiu, przed waszym ślubem Andrzej powiedział mi: „Znalazłem kobietę nie tylko na całe życie, ale na całą wieczność”. I ty najlepiej wiesz, że miłość, jaką cię darzył jest nieśmiertelna. Trwalsza i silniejsza niż śmierć.

— Słowa, słowa, słowa — pomyślała Joanna, zbyt rozżalona, aby cokolwiek przyjmować do wiadomości i wierzenia.

— Aniu, Piotrze — ciągnął Leszek. — Wasz tata żyje i będzie żył dzięki wam. I w was. I w waszych dzieciach. W waszych wnukach. To wy jesteście jego najcenniejszym dziedzictwem. I jego przyszłością.

— Nie chcę! — zbuntowała się Ania — Nie chcę, żeby tatuś żył we mnie. Ja chcę, żeby żył obok mnie. Jak przedtem.

Leszek zwracał się kolejno do Janisi, do Ryszarda i Marka. Starał się ich pocieszyć.

— Jakby jakakolwiek pociecha była możliwa — myślała z goryczą Joanna.

— I teraz to najtrudniejsze pytanie — mówił Leszek.- Dlaczego? Ja nie wiem. Wiem jedynie, że Bóg dał nam możliwość dalszego obcowania z sobą i naszymi zmarłymi poprzez sakrament Eucharystii. Odmówmy więc raz jeszcze spowiedź powszechną. A ja udzielę wam wszystkim rozgrzeszenia. Abyście nadal mogli być z Andrzejem. I żeby Andrzej nadal mógł być z nami. Amen.

Ania podniosła zapłakaną twarz.

— Mamo…

— Tak, kochanie?

— A ja? Co ze mną?

Ania nie była jeszcze u pierwszej komunii.

— Będziesz z tatusiem — obiecała.

Kiedy Leszek zaczął rozdawać komunię wzięła córeczkę za rękę i podeszła z nią do ołtarza. Ksiądz wykonał znak krzyża i podał opłatek córce Andrzeja.

Rozdział 3

Joanna jeździła do swojego Studia dwa lub nawet trzy razy w tygodniu i pracowała czasem nieco, a czasem znacznie więcej i znacznie dłużej niż przed śmiercią Andrzeja. Ale bez względu na to, jak długo pracowała, zawsze była jednakowo zmęczona. A może raczej znużona. I zawsze podczas godzin spędzanych przed monitorem i wsłuchiwania się w dialogi, a następnie ich przekładania na język polski marzyła, by wrócić do domu. Wszyscy uważali i mówili jej, że praca będzie dla niej najlepszym lekiem na jej zgryzotę, jej duchowe i fizyczne dolegliwości. Okazało się jednak, że wszyscy się mylą. I nie chodziło tylko o to, że wykonywana przez nią praca nigdy nie była pasją i celem jej życia. Chodziło o to, że podczas pracy ani na chwilę nie mogła zapomnieć o swojej stracie. O swojej sytuacji. O swojej rozpaczy. Pracowała, bo teraz musiała pracować. Aby zarabiać pieniądze. Aby wysłużyć emeryturę.

Na pytanie, jaka jest jej sytuacja finansowa, Joanna odpowiadała wielokrotnie i wielu osobom. Analizowała tę sprawę z Janisią, rodzicami, Rysiami i Markiem. Jej dzieci otrzymały rentę po ojcu. Janisia miała emeryturę po zmarłym mężu i kiedyś znaczące, teraz pomniejszone, ale wciąż liczące się dochody nazywane rentierskimi. Jej mąż, a dziadek Andrzeja miał bowiem jeszcze od przedwojnia ulokowane w banku szwajcarskim pewne kwoty, które przynosiły regularny i stały dochód. Dla Szwajcara byłby to dochód niewielki, ale dla Polaka — zwłaszcza po drugiej wojnie — był bardzo znaczący. Po śmierci Andrzeja Janisia scedowała te dochody na Joannę. Joanna otrzymywała też wynagrodzenie za swoją pracę w Studiu. Kiedyś były to pieniądze niewiele znaczące w domowym budżecie „Malwiny”, ale przy większym wysiłku z jej strony mogły i musiały takiego znaczenia nabrać. No i — przynajmniej doraźnie — Joanna mogła czerpać z oszczędności, jakie zdołała zgromadzić przez szesnaście lat małżeństwa. Andrzej dawał jej zawsze więcej pieniędzy niż wydawała i nigdy jej z tych pieniędzy nie rozliczał. Tak więc na razie bieda nie zaglądała jej w oczy, ale Joanna nie miała ani dobrego, ani żadnego pomysłu na zabezpieczenie swojej materialnej przyszłości. Mogła sprzedać „Malwinę” i zamieszkać z rodzicami, a Janisia z Rysiami, ale byłaby to ostatnia rzecz, jaką chciałaby zrobić. I sobie, i dzieciom, i Janisi. W chwilach swego nieistnienia wyzwalała się z takich myśli, ale nachodziły ją zawsze, kiedy z nieistnienia się wydobywała.

Tego dnia wróciła do Józefowa późnym popołudniem. Zgnębiona takimi właśnie rozmyślaniami. Otworzyła drzwi i podświadomie oczekiwała, że usłyszy pełne irytacji pytanie: „Gdzieś ty była?”. Wiele by dała, aby je usłyszeć. Ale nikt jej o to nie zapytał. Słyszała dochodzące z dolnego salonu dźwięki muzyki. Głosy Marka i Ani. Omawiali aranżację jakiegoś utworu. Joanna rozebrała się i weszła do pokoju.

— Mama! — powiedziała ucieszona Ania.

— Asia! — powiedział ucieszony Marek.

Joanna podeszła do pianina i pocałowała dwie głowy — córki i Marka.

— Mam dla ciebie niespodziankę — oznajmiła Ania. — Zostałam wytypowana do solówki na zakończenie roku szkolnego. Jako jedyna z młodszej klasy. Bo do solówek zawsze wybierani są tylko ci z ostatniej.

Ania aż się zachłystywała z dumy i przejęcia, a Marek miał taką minę, jakby to on został wybrany do solowego popisu na szkolnej akademii.

— Bardzo się cieszę — powiedziała Joanna.

Po minie córki i Marka poznała, że w jej tonie zabrakło oczekiwanego przez nich entuzjazmu. Starała się więc okazać żywsze zainteresowanie.

— I co zagrasz?

— Albo beethovenowską „Appasionatę” albo „Moonlight”.

— Na litość Boską! — zawołała Joanna. — Przecież to strasznie trudne utwory. Wyzwanie dla Polliniego albo i samego Rubinsteina. Nie możecie wybrać czegoś …

— Możemy — odpowiedział Marek. — Ale po co, skoro Ania doskonale da sobie radę z tymi — jak powiadasz — wyzwaniami.

— A który utwór byłby twoim zdaniem lepszy? — spytała Joanna.

Wciąż nie potrafiła ukryć sceptycyzmu.

— Ania optuje za „Appasionatą”. A mnie się bardziej podoba jej interpretacja „Światła księżyca”. Nie chcę przesadzać i być zbyt nieobiektywny, ale choć Anka wykonuje to technicznie oczywiście znacznie słabiej od Rubinsteina, ale za to znacznie bardziej nowocześnie. Gra to bardzo po swojemu. Czyli — wspaniale.

Ania i Joanna roześmiały się. Dla Marka każdy utwór w wykonaniu Ani zasługiwał na pierwsze miejsce w każdym pianistycznym konkursie.

— Naprawdę gra to wspaniale — powtórzył.

Ania, choć zadowolona z tak pochlebnego dla niej braku wujkowego obiektywizmu, odrobinę jednak posmutniała. Jakby przypomniała sobie innego wielbiciela jej talentu, który nie mógł już ani słuchać, ani podziwiać jej gry. Też całkiem subiektywnie.

— Zagram „Moonlight” — zdecydowała.

Joanna tylko pokręciła głową.

— Wujek obiecał — powiedziała Ania — że zostanie na noc w „Malwinie”. Będę więc mogła zagrać tę sonatę po kolacji. Oczywiście tylko tak, na próbę.

Joanna spojrzała na Marka. On spojrzał na nią. Nie mogła się zorientować czy chciałby, aby poparła prośbę Ani czy jakoś go od tej prośby uwolniła.

— Ależ córeczko — powiedziała. — Wujek powinien przynajmniej od czasu do czasu pomieszkać u siebie i mieć czas dla siebie. Nie możemy go całkowicie zaanektować.

— Ja go nie ane…

— …ktuję — podpowiedziała machinalnie Joanna.

— Właśnie. Tylko, że wujek powiedział, że ma zamiar wyjechać i długo go nie będzie. A ja tylko jemu ufam, jeśli chodzi o moje granie. On mnie najlepiej rozumie.

Joanna zagryzła wargi, aby Ania nie dostrzegła jak drżą. Dotychczas to jedynie oddzielny tatuś rozumiał najlepiej i we wszystkim swoją córeczkę. Ale teraz Marek najwyraźniej spróbował go zastąpić pod względem najlepszego rozumienia. I chyba z powodzeniem.

— Wyjeżdżasz? — spytała Marka i choć sama bardzo się temu dziwiła jej głos zadrżał tak samo, jak przed chwilą jej wargi.

— Jeszcze się nie zdecydowałem — odparł niechętnie. — Ania niepotrzebnie ci wypaplała. Zaproponowano mi sześciotygodniowy kontrakt w jednej z klinik w Szwajcarii. Ale zastanawiam się…

— A nad czym tu się zastanawiać? — powiedziała Joanna wbrew temu, co chciałaby naprawdę powiedzieć. — To przecież wspaniała propozycja. I niepowtarzalna szansa dla ciebie.

— Ale jak wujek tam pojedzie — nie ustępowała Ania — to nie będzie mógł być na mojej solówce.

— Przecież ci obiecałem, że będę. Nawet gdybym miał przyjechać nie ze Szwajcarii, ale Australii. Albo przylecieć z księżyca.

— Obiecaj jeszcze raz — napraszała się Ania.

Podniósł dwa palce do góry.

— Obiecuję.

Dziewczynka roześmiała się i objęła go za szyję.

— Kocham cię, wujku. Jak dorosnę to wyjdę za ciebie za mąż.

Marek roześmiał się.

— Bardzo kusząca propozycja, ale niestety nierealizowalna.

— Dlaczego? — zasmuciła się Ania. — Nie kochasz mnie?

— Kocham cię bezgranicznie — odparł — I nawet czterdziestoletnia różnica wieku między nami nie ma przy naszej wzajemnej bezgranicznej miłości najmniejszego znaczenia. Ale jest inny szkopuł. Jestem twoim ojcem chrzestnym i jako taki nie mogę się z tobą ożenić. Tak, jak prawdziwy ojciec nie może ożenić się z własną córką. Czyli nici z naszego ożenku. Ale oczywiście bardzo tego żałuję.

Zerknął na Joannę.

— Żałuję także ze względu na potencjalną teściową. Wprawdzie bywa jędzowata, ale za to bardzo dobrze gotuje.

— Boże! — zawołała Joanna. — Aniu, jesteś już zbyt duża, aby…

Ale nie wiedziała dokładnie na co jej córka jest zbyt duża.

Marek i Ania śmieli się teraz oboje. Z niej i jej zgorszonej miny.

— Och, dajcie mi spokój! — powiedziała Joanna i też się roześmiała. — Wasza mama i jędzowata teściowa idzie przygotować to co robi najlepiej. Kolację.

Po kolacji wysłuchała bardzo jeszcze niewprawnej próby wykonania przez córkę beethovenowskiej sonaty, utwierdzając się w przekonaniu, że Ania — mimo największych chęci i zdolności — nie da sobie rady z aż tak trudnym utworem. Marek był innego zdania.

— Poradzi sobie — twierdził.

Kiedy zostali sami, Joanna zapytała o jego wyjazd.

— Joasiu, ale ja naprawdę jeszcze nie wiem czy pojadę.

— Ale ja wiem, że pojedziesz. Nie wolno ci marnować tak niezwykłej szansy. A zresztą — w imię czego miałbyś ją marnować?

Przyglądał się swoim dłoniom.

— Obiecaj — nalegała Joanna — że pojedziesz.

— Nie obiecam. No chyba, że naprawdę i bardzo chcesz żebym pojechał.

Zamilkła, a on się uśmiechnął.

— Wiesz — powiedziała niepewnie — jaki mam uraz na punkcie wyjazdów bliskich mi osób. Chciałabym mieć was cały czas przy sobie. To moja obsesja. Nie musicie mi w niej towarzyszyć. Ani nawet nie powinniście.

Marek dość długo milczał. Potem powiedział cicho.

— Nie tylko ty, Asiu, cierpisz na tę obsesję.

— Mimo to — jedź. Ania powiedziała, że to długi wyjazd. Jak długi?

— Sześciotygodniowy. Dla mnie — bardzo długi.

— Dla mnie też — pomyślała Joanna, ale tego nie powiedziała.

— Kiedy byś wyjechał?

— Mam tam być od połowy maja do początku lipca. No, z tą dwudniową przerwą na koncert Ani.

— Ależ to szaleństwo — powiedziała Joanna. — Wiem, że Ania by chciała, abyś był na jej popisie, ale nie możesz podporządkować swojego życia kaprysom małej dziewczynki.

— Podporządkowywałem je dotychczas o wiele głupszym kaprysom dużych dziewczynek — odparł. — Pierwszy raz w życiu mógłbym postąpić racjonalnie w temacie kobiecych kaprysów.

— Nie — upierała się Joanna wbrew samej sobie i wbrew swoim pragnieniom. — Nie ma nic racjonalnego w przerywaniu pobytu na tak ważnym dla ciebie stypendium naukowym. I w dodatku na kilka dni przed jego zakończeniem.

— Ale Andrzej by je przerwał? — spytał.

Nie powiedziała „tak”, ale oboje wiedzieli, że by je przerwał. Chciała powiedzieć: „Ale nie jesteś ojcem Ani”. Na szczęście nie powiedziała.

— Byłam dziś w Studiu Nagrań — wyznała. — Szef zaproponował mi pełny etat. Nie będę wprawdzie o wiele więcej zarabiała, ale dostanę ubezpieczenie, no i zacznę wyrabiać emeryturę.

Nawet nie przypuszczała, że Marek aż tak gwałtownie zaprotestuje.

— Ubezpieczenie masz jako wdowa po Andrzeju. A jeszcze kilka miesięcy nie podejmowania etatowej pracy, której nie wykonywałaś przez tak wiele lat nie zaważy na twojej przyszłej emeryturze. Jesteś jeszcze zbyt słaba, aby codziennie jeździć do Warszawy i wracać do domu późnym popołudniem. Możemy o tym podyskutować, ale dopiero we wrześniu.

Nie chciała okazać, jaką przyjemność sprawiły jej słowa Marka. Miała ochotę — tak jak Ania — zarzucić mu ręce na szyję i ucałować go. Była mu wdzięczna nie tylko za to, że się o nią troszczył, ale że podjął za nią decyzję. Bo podejmowanie decyzji było wciąż jeszcze najtrudniejsze.

— No, jak na mojego ewentualnego przyszłego zięcia to nieco zbyt ostro sobie poczynasz — powiedziała.

I roześmiała się. On także.

— Jak już zostanę twoim zięciem — powiedział — odegrasz się z naddatkiem.

Jej niezidentyfikowana, ale uniemożliwiająca normalne życie choroba: łomotanie serca, arytmia, brak łaknienia i paniczny lęk przed wychodzeniem z domu powróciły jeszcze przed wyjazdem Marka do Szwajcarii. Z nasileniem każdego objawu. Ale ubłagała Janisię, aby mu o tym nie wspomniała. Bała się, że Marek zmieni decyzję i zostanie w kraju. Kiedy przyjeżdżał do „Malwiny” wstawała z łóżka i udawała, że wprawdzie nie wszystko jest z nią w całkowitym porządku, ale jakoś funkcjonuje. Podczas jego obiadów zawsze wymawiała się od jedzenia mówiąc, że już jadła, a jeżeli zostawał na kolacji markowała jedzenie, dziobiąc kawałki chleba lub pijąc bawarkę. A ponieważ Marek, przygotowując się do pobytu w zagranicznej klinice, miał bardzo wiele pracy i znacznie rzadziej niż poprzednio zjawiał się w Józefowie, nie dostrzegł u Joanny symptomów nadciągającej zdrowotnej katastrofy. Nastąpiła w tydzień po jego wyjeździe. Joanna dostała w nocy ataku migotania przedsionków. Pogotowie zabrało ją do szpitala. Przeleżała dwa dni pod kroplówką na oddziale intensywnej terapii, a potem jeszcze trzy na oddziale kardiologii, gdzie próbowano poprawić jej stan ogólny. Ale nie poprawiono.

Ona sama zastanawiała się nieraz, czy jej choroby nie są podświadomym wyrazem pragnienia ucieczki od życia. Ale nie było to pragnienie ucieczki w śmierć. Wyrzucała sobie, że tak bardzo chciała mieć dzieci, a teraz nie potrafi zawalczyć o ich normalny byt ani w sensie emocjonalnym, ani materialnym. Ale to nie wpływało w widoczny sposób na jej zachowanie i samopoczucie. A jeśli wpływało to — paradoksalnie — pogłębiając zaburzenia i dolegliwości.

Marek, zgodnie z daną Ani obietnicą, przyjechał na zakończenie roku szkolnego. Nie tylko na występ Ani, ale także na rozdanie dyplomów laureatom olimpiad przedmiotowych. Piotr zajął pierwsze miejsca w olimpiadach matematycznej i fizycznej, a drugie — biologicznej. W innych nie zdobył żadnego, ani zaszczytnego, ani niezaszczytnego miejsca ponieważ nie brał w nich udziału.

Ania, wbrew obawom matki, ale zgodnie z przewidywaniami Marka zagrała beethovenowską sonatę w sposób bardzo dojrzały. Jak powiedziała jej nauczycielka: „Z nieprawdopodobnym u takiego małego dziecka wyczuciem ducha epoki”. I — najprawdopodobniej — także i ducha samego twórcy dzieła. W każdym razie Ania stała się bohaterką i najjaśniejszą gwiazdą szkolnej akademii. Nikt nie miał wątpliwości — mała Guttry jest najbardziej utalentowaną uczennicą swojej szkoły, a może nawet wszystkich warszawskich szkół muzycznych.

Janisia, dla uczczenia sukcesów swoich wnuków, przygotowała uroczysty obiad. Marek obdarował dzieci bardzo atrakcyjnymi i niezwykle kosztownymi prezentami. I tak bardzo puszył się i cieszył z ich osiągnięć, że chyba nawet sam Andrzej nie byłby z nich bardziej dumny. Kiedy wreszcie Ania i Piotr, wypełnieni po dziurki w nosie słodkościami pochwał oraz tortowymi i lodowymi poszli spać, a państwo Ostrowscy pojechali do Warszawy, w salonie „Malwiny” zostali tylko Janisia, Joanna i Marek. Marek zmienił się wówczas nagle i całkowicie. Joanna jeszcze nigdy nie widziała u niego takiego wyrazu złości czy nawet — wściekłości.

— Janisiu — powiedział. — Tobie nic ci nie powiem, bo gdybym zaczął, powiedziałbym na pewno za dużo. A mam przed tobą dawny respekt. Ale za to na Ryśku użyję sobie na całego.

No i użył. Słyszały jak wymyślał mu przez telefon, całkiem nie licząc się ze słowami. Joanna nawet nie przypuszczała, że zna aż tak grube wyrazy i że użyje ich w rozmowie z przyjacielem.

— Kiedy Marta była w biedzie — wykrzykiwał do słuchawki — to Andrzej stawał na głowie, aby ją z tych bied wyciągnąć. Ja — nie wymawiając wam — również. Ale jak twoja bratowa potrzebuje pomocy to nawet żeś do mnie nie zatelefonował. Chociaż prosiłem… Chociaż obiecywałeś… I co? Jeszcze tydzień, dwa i przyjechałbym na drugi pogrzeb. Ty…

Janisia, słysząc określenia, jakimi scharakteryzował jej młodszego syna wzniosła oczy ku sufitowi.

— No — powiedziała — to wszystko odnosi się także i do mnie. I poniekąd słusznie. Marek będzie się bał naurągać mi aż do tego stopnia, ale żeby go nie kusić, lepiej sobie pójdę. Ty, Asiu, oberwiesz za swoje. Ale Bogiem a prawdą taki opieprz słusznie ci się należy.

Kiedy Marek wrócił do salonu twarz miał ściągniętą takim gniewem, że Joanna naprawdę się przeraziła. Stanął nad nią. Trząsł się z pasji.

— I co? Myślisz, że jak się wypacykowałaś to dam się nabrać i nie zobaczę, co się pod tą twoją maską z rozmaitych pudrów i mazideł kryje? Chodź ze mną do łazienki i wejdź na wagę. A przedtem otwórz usta i pokaż dziąsła.

Nie ruszyła się z kanapy i odruchowo zacisnęła wargi. Marek ujął ją za szczęki i ścisnął. Zabolało. Otworzyła usta.

— No tak! — powiedział.

Wiedziała, co zobaczył. Od dwóch tygodni dziąsła krwawiły i puchły.

— No to teraz na wagę.

— Pięćdziesiąt kilo — szepnęła.

— Kłamiesz.

Nic nie powiedziała. Usiadł obok niej.

— I jesteś usatysfakcjonowana? Tym, żeś mnie oszukała? Że ci uwierzyłem i wyjechałem? Cholernie musi cię cieszyć moja kariera. Chciałabyś sama zrobić własną za taką cenę?

Siedziała cichutko jak trusia.

— Nie bądź taka pokorniutka. Tym razem już mnie nie nabierzesz. Ale wiedz, że bardzo słono zapłacę za zerwanie umowy. Gdybym nie pojechał na to stypendium, nic by się nie stało. Ale jak je teraz zerwę to się stanie. Zadowolona?

Zaczęła płakać.

— No tak. Ogromnie wzruszające. Masz w zanadrzu jeszcze inne sztuczki?

— Marek… — błagała.

— Nie, Joasiu. Tym razem już się stad nie ruszę. Nie pozwolę, abyś się doprowadziła do samozagłady. Nie chodzi mi o ciebie, ale o twoje cudowne dzieci. Nie pozwolę ci ich zmarnować. A poza tym Jędrek łeb by mi urwał gdybym cię zostawił w takim stanie.

— Przysięgam ci na głowy Piotrka i Ani — powiedziała wciąż płacząc — że zrobię wszystko co mi każesz. Ale błagam, dokończ to stypendium. Nie udźwignę takiego poczucia winy. Proszę… Nie obciążaj mnie jeszcze i tym.

— Ale tobie jakoś nie przyszło do kudłatej głowy, że ja też mogę nie udźwignąć poczucia winy, gdyby tobie coś się stało. Sądziłaś, że to, co przeżyłem po śmierci Jędrka to za mało? Że i ty musisz mi dołożyć zgryzoty?

Pocałowała go w policzek. Oparła głowę na jego ramieniu.

— Jedź — powiedziała. — Zostały ci już tylko dwa tygodnie. A ja przysięgam, że zrobię wszystko, co każesz.

— Dlatego, że nie chcesz mieć obarczonego sumienia?

— Och, jest już dostatecznie obarczone. Zrobię to, bo chcę żyć. Nie tylko dla dzieci. Także dla siebie. I dla ciebie.

Spojrzał na nią. Ale już bez gniewu. Z jakimś spodziewaniem? Ale nie wiedziała czego się spodziewa. Od niej? Po niej?

Pocałował ją między ustami a brzegiem pucharu, a Joanna poczuła nagłe odprężenie i nieznaną od miesięcy błogość. Zasnęła na jego ramieniu. Obudziła się dobrze po północy. W pierwszej chwili nie miała pojęcia co się dzieje, ani gdzie jest. I dlaczego Marek śpi z twarzą wtuloną w jej włosy. Poznała swój salon. Musnęła Marka w policzek. Zamruczał sennie.

— Jest strasznie późno — powiedziała. — Zasnęliśmy na kanapie.

— Och! — westchnął. — Te twoje kudły. Są taką cudowną poduszką.

Pogładziła go po głowie.

— Zetnę je i wypełnię nimi powłoczkę. A potem ci podaruję.

Odprowadził ją do sypialni. Na progu zapytała:

— Ale pojedziesz do Szwajcarii?

Uśmiechnął się.

— Pojadę. Ale wrócę.

Rozdział 4

Państwo Ostrowscy liczyli, że wraz z wiosną, a potem latem nastrój Joanny także się choć odrobinę wypogodzi. Nic się jednak nie zmieniało. Joanna dwa lub trzy razy w tygodniu jeździła do Studia Nagrań, gdzie spędzała kilka godzin. Chodziła na zakupy, sprzątała, gotowała obiady, ale jeśli tylko miała wolną chwilę kładła się na łóżku i leżała zwinięta w kłębek. Jej bliscy myśleli, że wpatruje się bezmyślnie w jakiś punkt na ścianie czy suficie. Tak naprawdę w nic się nie wpatrywała i niczego nie widziała. Nie miała pojęcia jak mogłaby określić swój stan. Kiedyś na pytanie lekarza odpowiedziała: „Nieistnienie”. Zapytał ją wówczas czy odczuwa jakiś ból. Zdała sobie wówczas sprawę, że podczas nieistnienia nie ma ani dolegliwości fizycznych, ani psychicznych. I że właśnie dlatego nieistnienie to jedyny stan, w jakim chce się znajdować. Jak najdłużej. Może nawet na zawsze.

Środki antydepresyjne i leki uspokajające nie wyciszały jej wewnętrznego niepokoju, poczucia żalu i straty. Jak wciąż jej się wydawało — nieodwracalnych.

Nadszedł czerwiec. Państwo Ostrowscy zaproponowali, że zabiorą Piotra i Anię do Kadyn. Dzieci chętnie na to przystały. Nęciła je bliskość Zalewu Wiślanego, a przede wszystkim — stadnina. Joanna przyjęła projekt do akceptującej wiadomości, ale kiedy rodzice powiedzieli, że chcą, aby i ona także pojechała, stanowczo odmówiła.

— Asiku — perswadowała pani Mila. — Dzieci bardzo cię potrzebują. Poświęcałaś im ostatnio stanowczo zbyt mało czasu. Spróbuj więc przynajmniej w wakacje.

— Po co im moja obecność? — spytała z goryczą Joanna. — Czy nie lepiej dla nich, aby odpoczęły od wiecznie markotnej matki? Beze mnie i mojej psychicznej nieobecności szybciej wrócą do normalnego funkcjonowania.

Ale kiedy Ania i Piotr zaczęli ją błagać, aby z nimi pojechała, ustąpiła. Pierwszego lipca pojawili się w Kadynach. Nawet nie myślała, że najgorsza będzie dla niej konieczność dzielenia pokoju z dziećmi. Dotychczas miała swój sypialniany azyl. A w nim godziny nieistnienia. Teraz przez cały czas ktoś albo był, albo mógł się pojawić w pokoju. I z tego powodu odczuwała i ból fizyczny, i ból psychiczny.

Dziesiątego lipca przypadały urodziny Ani. Dwudziestego szóstego jej imieniny. Osiemnastego lipca — a więc między tymi dwoma datami — pojawił się w Kadynach Marek. Joanna była przekonana, że zgodnie z wcześniejszymi planami wyjechał do Steindorfu. Umawiał się bowiem ze swoim ojcem, że przez dwa tygodnie będzie go zastępował w klinice w Klagenfurcie i prywatnym gabinecie doktora Stefana Gillera. Giller-senior wybierał się bowiem na lodowiec Kaprun, obiecując sobie wspaniałą letnią, a mimo to narciarską przygodę. Joanna zdumiała się więc, kiedy Ania przybiegła do pokoju i oznajmiła, że przyjechał wujek Marek. Dziewczynka obwieściła nowinę i natychmiast pobiegła z powrotem. Pewnie chciała raz jeszcze przywitać się z Markiem, a jeszcze bardziej — zajrzeć do bagażnika jego samochodu, aby znaleźć i obejrzeć prezenty. Spodziewała się trzech — gościńca ze Szwajcarii i prezentów: urodzinowego i imieninowego.

Joanna wstała i spojrzała w lustro. Zobaczyła swoją wymizerowaną twarz i rozczochrane, zmatowiałe włosy. Umyła się zimną wodą, przeciągnęła szczotką po włosach, związała je czarną aksamitką. Zdjęła szlafrok. Nie chciała zakładać pełnej żałoby w dniu, który dla jej córki miał być z założenia miły i radosny. Nie mogła się jednak zdecydować na wyjście z pokoju. Po niecałym kwadransie Ania pojawiła się ponownie, tym razem w towarzystwie Marka. Joanna widziała jego wzrok. Najpierw był to wzrok lekarza, dopiero potem przyjaciela. Podszedł do niej i pocałował ją.

— Nie pojechałeś do rodziców? — spytała.

— Nie pojechałem.

— No to zmarnowałeś swemu tacie wspaniałą okazję do wspaniałego urlopu.

Nie odpowiedział. Ania położyła na łóżku trzy paczki.

— Patrz! — zawołała do matki. — Patrz co dostałam od wujka!

Zachłystywała się z zachwytu. Joanna spojrzała. W jednej z paczek były buty do konnej jazdy. Ania podskakiwała z uciechy.

— Najprawdziwsze, najprawdziwsze! — wołała i rzuciła się Markowi na szyję. — O takich całe życie marzyłam. I właśnie takie obiecał mi tatuś.

To była prawda, tyle że te najprawdziwsze buty miały być prezentem z okazji jej pierwszej komunii. A więc Ania dostałaby je dopiero za rok.

— No tak — pomyślała Joanna.- Ale ona już u pierwszej komunii była. Pół roku temu. I żadnego prezentu z tej okazji nie dostała.

Spojrzała na Marka z wdzięcznością, że on o tym pamiętał. On jeden. Uśmiechnął się.

— Skoro c a ł e życie o takich marzyła… I skoro tata jej obiecał…

— Ale przecież za rok z nich wyrośnie — zaprotestowała Joanna.

Ale był to bardzo słaby protest.

— Może nie. Zamówiłem o numer większe.

Ania próbowała je wciągnąć. Nie dawała rady.

— Nie tak, kotku — powiedział Marek. — Po pierwsze — nie na gołe nogi. Po drugie — do takich n a j p r a w d z i w s z y c h butów najlepiej mieć ordynansa. Załóż spodnie i długie skarpety. A potem usiądź. Pokażę ci, jak można dać sobie radę bez ordynansa.

Oglądając ceremoniał wciągania butów Joanna doszła do wniosku, że jest traktowany przez Anię też jako prezent. I to niemal taki sam w swojej wspaniałości jak n a j p r a w d z i w s z e buty.

— I przejedziesz się ze mną? — spytała.

— No, nie wiem — powiedział Marek. — Pewnie teraz jeździsz już dużo lepiej ode mnie. No i ja nie mam n a j p r a w d z i w s z y c h butów.

Dziewczynka zawisła mu na szyi.

— Wiem, że tylko tak sobie żartujesz.