Wydawca: Ridero Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 197 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas serca - Jolanta Wachowicz-Makowska

Nie zawsze były piękniejsze od innych. Nie zawsze były bardzo młode. I rzadko odznaczały się szczególnymi zaletami serca i umysłu. Mimo to zajęły ważne lub nawet bardzo ważne miejsce w historii. Czasem to właśnie one odgrywały w naszych dziejach większą rolę niż mężczyźni, którzy je kochali i którzy zaletami ducha i umysłu je przewyższali. I o tych kobietach, niekiedy mało znanych, a tak „ważących” dla losów swoich kochanków i mężów, a pośrednio i losów krajów i świata będą te opowiadania.

Opinie o ebooku Czas serca - Jolanta Wachowicz-Makowska

Fragment ebooka Czas serca - Jolanta Wachowicz-Makowska

Jolanta Wachowicz-Makowska

CZAS SERCA

Projektant okładkiJolanta Wachowicz-Makowska

© Jolanta Wachowicz-Makowska, 2017

© Jolanta Wachowicz-Makowska, projekt okładki, 2017

Nie zawsze były piękniejsze od innych. Nie zawsze były bardzo młode. I rzadko odznaczały się szczególnymi zaletami serca i umysłu. Mimo to zajęły ważne lub nawet bardzo ważne miejsce w historii. Czasem to właśnie one odgrywały w naszych dziejach większą rolę niż mężczyźni, którzy je kochali i którzy zaletami ducha i umysłu je przewyższali. I o tych kobietach, niekiedy mało znanych, a tak „ważących” dla losów swoich kochanków i mężów, a pośrednio i losów krajów i świata będą te opowiadania.

ISBN 978-83-8104-780-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Czas serca

Nie zawsze były piękniejsze od innych. Nie zawsze były bardzo młode. I rzadko odznaczały się szczególnymi zaletami duszy, serca i umysłu. Mimo to zajęły ważne lub nawet bardzo ważne miejsce w historii. Czasem, a może znacznie częściej niż czasem, to właśnie one odgrywały w naszych ludzkich dziejach większą rolę niż mężczyźni, którzy je kochali i którzy zaletami ducha i umysłu znacznie je przewyższali. I o tych kobietach, niekiedy mało znanych, a tak „ważących” dla losów swoich kochanków i mężów, a pośrednio także losach kraju, czy wielu krajów będą te opowiadania.

I będą też historie kochanych przez kobiety mężczyzn. O których wprawdzie wiemy bardzo dużo, jeśli chodzi o ich zasługi wojenne, polityczne czy artystyczne, ale stosunkowo niewiele o ich życiu uczuciowym. A zwłaszcza o miłości, jaką byli darzeni przez kobiety. Tym kobietom niekiedy zawdzięczali swoją wojenną, polityczną czy artystyczną sławę. Albo inaczej — bez których zapewne nigdy nie zostali by tym, kim zostali. Także w naszej wdzięcznej pamięci.

KOCHAM CIĘ BOLEJ NIŹLI KRÓLESTWO…czyliElżbieta Granowska i Władysław Jagiełło

W katedrze wawelskiej wśród wielu królewskich nagrobków wyróżnia się swoja niezwyczajną urodą sarkofag wykonany z białego marmuru. Alabastrowa rzeźba młodziutkiej kobiety przypomina bajkową Śpiącą Królewnę. U jej stóp zawsze leżą świeże kwiaty.

Pierwsze położono ponad siedemset lat temu, 19 lipca 1399 roku, w dniu pogrzebu królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Od tamtej pory składane są nieustannie. Nie tylko przez wiernych modlących się w krakowskiej katedrze. Nie tylko przez turystów zafascynowanych nieprzemijającym urokiem tej kobiety. Także przez możnych i wielkich tego świata. Wiązanki kładli u grobu Jadwigi monarchowie, prezydenci i premierzy niemal wszystkich krajów świata. Także Karol Wojtyła, najpierw jako biskup Krakowa, a później papież Jan Paweł II.

Niewielu było w historii świata władców, którzy cieszyliby się jednocześnie pochlebną opinią historyków, miłością poddanych, wierną i serdeczną pamięcią narodu, którym rządzili oraz najwyższym uznaniem Kościoła. Jadwidze dane były wszystkie te zaszczyty i dowody uznania. Już za życia jej osoba otaczana była legendą. Potem, przez kolejne wieki, trwał i umacniał się kult królowej, aby pod koniec XX wieku doprowadzić do jej beatyfikacji.

Zasłużyła sobie i na miłość ludzką, i na wyniesienie na ołtarze.

Nie tylko dlatego, że — cytując biskupa Stanisława ze Skarbimierza — była ozdobą Królestwa Polskiego, ostoją ładu państwowego, klejnotem niezwykłym, ukojeniem wdów, pocieszycielką nędzarzy, ucieczką pokrzywdzonych, wspomożeniem uciśnionych, świadectwem i osłoną prawa Bożego. Także dlatego, czy przede wszystkim dlatego, że dzięki niej miało miejsce wydarzenie najdonioślejsze, najbardziej przełomowe w dziejach Północy.

Adam Mickiewicz w „Literaturze słowiańskiej” napisał: Przyjmując Wielkiego Księcia Jadwiga pozyskała ogromne kraje dla chrześcijaństwa, a ów mocarz, ostatni i najgroźniejszy władca pogański poddając się kościołowi pociągnął za sobą całą Północ, a Polska nie tylko rozszerzyła swe dzierżawy, ale mogła odzyskać tysiące swej młodzi uprowadzonej przez pogan i więzionej w nieprzebytych puszczach litewskich (…) Książęta litewscy, potężniejsi od kniaziów moskiewskich, pewnie by wywrócili ich władzę; wtenczas Polska stałaby się ich łupem, a nawet Europie groziłoby wielkie niebezpieczeństwo. A tak wpływ Polski wziął górę nad wpływem Moskwy. Cywilizacja polska, osłaniana przez książąt litewskich, ogarnęła cały wielki obszar oddzielający ziemię nadwiślańskie od naddnieprzańskich; na tym obszarze połączyły się dwa rozdzielone narody słowiańskie.

Aby możliwe było owo najdonioślejsze, najbardziej przełomowe w naszych dziejach wydarzenie, młodziutka Jadwiga musiała zadać gwałt swojemu sercu i powiedzieć tak mężczyźnie, którego nie kochała i nigdy nie zdołała pokochać.

Jagiełło był od niej starszy o lat dwadzieścia, nie był fizycznie pociągający i sięgał jej wzrostem co najwyżej do ramienia. Był też całkowicie jej obcy pod względem psychicznym.

Ona wychowała się w wyrafinowanej kulturze Zachodu. Była starannie wykształcona, lubiła intelektualne rozrywki: literaturę, muzykę, dyskusje o sztuce.

On wyrósł na potężnym i bogatym, ale wschodnioeuropejskim dworze. Był świetnie przygotowany do sprawowania władzy, ale nie zadbano o jego ogładę umysłową i intelektualną. Poza litewskim i ruskim nie znał żadnego języka, nawet „obowiązkowej” dla sfer wyższych łaciny. Gorzej — nie potrafił nawet czytać i pisać. Jego ulubioną i praktycznie jedyną rozrywką były polowania.

Miał niezwykły instynkt polityczny, potrafił sprawnie rządzić i był genialnym strategiem, ale w codziennym pożyciu atrakcyjny z pewnością nie był.

W każdym razie nie dlatej kobiety.

Jadwiga musiała pokonać naturalny w jej sytuacji strach oraz wstręt psychiczny i fizyczny. Jej matrymonialne fiatbyło na pewno większą i bardziej bolesną ofiarą niż składana na placu boju danina krwi.

Skupiając się na ofierze i poświęceniu Jadwigi zapomina się jednak niemal zupełnie o uczuciach Jagiełły, po chrześcijańsku zwanym Władysławem.

A jeśli się nawet pamięta, to pomija lub bagatelizuje jego wyrzeczenia i poświęcenia. Ukazuje się jedynie korzyści, jakie stały się jego udziałem po zaślubieniu Jadwigi.

To prawda, że wraz z polską koroną Władysław Jagiełło otrzymał przeogromną wprost władzą nad dwoma wielkimi krajami, zjednoczonymi sojuszem politycznym. To prawda, że otrzymał za żonę kobietę słynną na cały świat z urody, czaru i inteligencji. A w latach dojrzałych — także wielkiej mądrości. Prawda, że z czasem zyskał w Jadwidze najbardziej lojalnego i roztropnego doradcę przy podejmowaniu politycznych decyzji. A także bardzo zręcznego mediatora w konfliktach ze swym kapryśnym sojusznikiem, Wielkim Księciem Witoldem. Oraz największym i najgroźniejszym przeciwnikiem — Zakonem Krzyżackim.

Ale prawdą jest również, że ta śliczna kobieta przez kilka pierwszych lat małżeństwa odmawiała mu wstępu do swej sypialni, okazując mu na wszelkie sposoby niechęć i odrazę. Rzadko przywołuje się znamienną scenę, kiedy Jadwiga, zbesztana podczas spowiedzi za nie wywiązywanie się z małżeńskich obowiązków, zawrzała tak wielkim gniewem, że przewróciła konfesjonał wraz z siedzącym w nim kapłanem.

W rok po ślubie doszło do innego skandalicznego incydentu. Zamkowa plotka głosiła, że na jednej z uczt wydawanych przez Jadwigę, pojawił się jej ex-narzeczony, książę Wilhelm Habsburg. Książę wystąpił w przebraniu, tańcował z królową, a po kolacji miał się z nią spotkać. I to sam na sam!

Mąż królowej, wbrew porzekadłu, nie był ostatnim, który dowiedział się o zdradzie swej żony. Obecny na owej biesiadzie rycerz Gniewosz z Dalewic zawiadomił Władysława Jagiełłę, co dzieje się pod bokiem majestatu. A Władysław Jagiełło urządził Jadwidze iście karczemną awanturę, bulwersującą nie tylko Kraków, ale i kraj cały. Jednocześnie do Jadwigi zaczęły docierać wieści o mężowskiej niewierności.

Obopólny gniew sprawił, że — jak pisze Szajnocha — Jadwiga obracała się do męża ze wzgardą i unikała go.

Racja stanu wymagała jednak, aby położyć kres dąsom królewskiej pary. Królestwo potrzebowało następcy tronu. Unikanie się przekreślało szansę na utrwalenie dynastii.

Zdołano więc przekonać zwaśnionych małżonków o konieczności pogodzenia się.W imię nadrzędnych interesów.

Jadwiga zgodziła się publicznie, przed kościelnym ołtarzem i powołując na świętą Ewangelię przysiąc, że dochowała mężowi wierności. Potem pozwała Gniewosza przed sąd. Sąd oczyścił królową z zarzutów, a oszczercę z Dalewic skazał na wysoką grzywnę i „odszczekanie” pomówienia. „Odszczekanie” w sensie całkiem dosłownym. Rycerz musiał wejść pod stół i zaszczekać, mówiąc przy tym, że łgał jak pies.

Od Władysława albo nie wymagano, albo też król nie chciał lub nie mógł oczyścić się w taki sam sposób z zarzutów, jakie jemu stawiano. Ani niczego nie przysięgał, ani nikt niczego na temat jego zdrad nie odszczekiwał. Mimo to doszło do oficjalnego pojednania małżonków. Stosunki między Jadwigą i Jagiełłą nie stały się wprawdzie bardziej serdeczne, ale przynajmniej poprawne. Nie na tyle jednak, aby kraj mógł cieszyć Jagiełłowym potomstwem i upragnionym dziedzicem tronu.

Nie wiemy, czy Władysław rzeczywiście uwierzył w niewinność swej żony. Nie wiemy, czy on sam był jej wierny. W każdym razie w roku 1387 po raz pierwszy pojawia się wzmianka o jakiejś kobiecie w życiu monarchy. I na wiele lat pozostała jedyną informacją dotyczącą tego tematu.

W chwili poślubienia Jadwigi Andegaweńskiej Władysław Jagiełło miał około 35 lat. Był więc o przynajmniej dwadzieścia lat starszy od swej lat oblubienicy, ale nie był stary. Był mężczyzną w sile wieku, pełnym witalności, silnym, zdrowym, energicznym. Miał wielkie ambicje, dalekosiężne plany i kilka dziesiątków lat życia przed sobą na ich zrealizowanie.

Nie był Adonisem. Ale rycerz Zawisza Czerwony z Oleśnicy, wysłany przez Jadwigę w celu dyskretnych, ale możliwie dokładnych oględzin jej przyszłego małżonka raportował, że Jagiełło jest foremnie zbudowany iwyglądem nie różni się od innych chrześcijańskich rycerzy. Zawisza dobrze wiedział, a właściwie — dobrze widział, co mówi. Jagiełło, domyśliwszy się celu jego misji, zaprosił go bowiem do łaźni i wspólnej kąpieli.

Władysław, choć nie był przystojny, nie był jednak szpetny. No i miał rzadką w jego czasach zaletę — wielkie zamiłowanie do czystości. Codziennie korzystał z kąpieli.

Nie był też, czego Jadwiga bardzo się obawiała, prostakiem. Daleko mu było do jej wykształcenia, poziomu wiadomości i umiejętności, a także towarzyskiego obycia, ale potrafił zachować się dwornie, nie bywał ordynarny, ani brutalny. Nie miał zbyt błyskotliwego umysłu i nie brylował w rozmowach, ale miał za to zdolność rozumienia, co jest najważniejsze dla kraju, wybitne zdolności organizacyjne i przywódcze. Był bardzo skryty, nieufny, podejrzliwy, ale zarazem wytrwały w realizacji swych zamierzeń, stanowczy i zdolny do racjonalnego i skutecznego politycznego działania.

W Jadwidze te jego przymioty nie wzbudzały jednak cieplejszych uczuć. Tęskniła za urokliwym Wilhelmem, który w przeciwieństwie do jej małżonka, politykiem był żadnym, ale za to potrafił prawić wyszukane komplementy, grywał na lutni, deklamował wiersze i pięknie tańczył. No i zapewne był bardziej od Jagiełły wyrafinowanym zalotnikiem i kochankiem.

U innych kobiet Jagiełło miał całkiem spore wzięcie.

Nie jest ani możliwe, ani prawdopodobne, aby przed ślubem z Jadwigą nie miał przynajmniej jednej, zapewne wielu kobiet. Abu nie kochał i nie był kochany. Nie pozostawał w przelotnych i trwalszych miłosnych związkach

Żadne źródła nie podają informacji o litewskiej żonie lub kochance (kochankach) Jagiełły. Ale trudno sobie wyobrazić, aby człowiek pełniący najważniejszą rolę w Wielkim Księstwie był do trzydziestego piątego roku życia kawalerem. Być może więc wtedy, kiedy udawał się do Krakowa, pozostawiał w Wilnie kobietę, z którą dzielił wcześniej życie. Być może zostawiał w Wilnie także swoje serce.

Nikt go o to jednak nie pytał. A on sam nigdy o tym nie wspominał.

Przez pierwsze lata swego małżeństwa z Jadwigą musiał boleśnie odczuwać jej niechęć i afronty, których mu nie szczędziła. Jego męska ambicja musiała być wiele razy bardzo boleśnie zraniona. Być może to odtrącenie przez żonę powodowało, że rzadko przebywał na Wawelu. Bardzo rzadko też zabierał Jadwigę, udając się w podróż lub na polowania.

Właściwie — król i królowa prowadzili dwa całkowicie odrębne dwory i dwa całkowicie odrębne życia. Ich spotkania były i rzadkie krótkotrwałe. Skrupulatni kronikarze wyliczyli, że w niektórych latach małżonkowie spędzili ze sobą co najwyżej kilkadziesiąt dni w roku. A bywało, że przestawali z sobą jeszcze rzadziej.

Wspomnieliśmy, że Jagiełło niemal nieustannie podróżował. Były to w większości — nazwijmy je dzisiejszym określeniem — podróże służbowe. Ale bywały także podróże dla przyjemności. Król odwiedzał polskich i litewskich wielmożów. Bardzo często i bardzo długo — jak napomknęliśmy — polował.

Czy te samotne wyjazdy poza Wawel nie były zarazem próbą ucieczki z miejsca, w którym czuł się odtrącony przez kobietę? I od niej samej? Czy w czasie wielomiesięcznej rozłąki z niechętna mu żoną nie szukał pociechy w ramionach innej? Innych?

Po kilku latach małżeństwa stosunki w królewskim stadle najpierw trochę, a potem znacznie się polepszyły. Jadwiga wydoroślała i zaczęła doceniać wszystkie, a przynajmniej wszystkie polityczne talenty męża. I zaczęła go wspierać w jego poczynaniach, w jego imieniu podejmowała się trudnych mediacji. Najwyraźniej zrozumiała też znaczenie, jakie ma dla przetrwania polsko litewskiego sojuszu trwałość dynastii.

Po dwunastu latach małżeństwa zawiadomiła męża, że spodziewa się dziecka. Napisała do niego, że „Bóg zdjął z niej hańbę bezpotomności”. Ale nie było to zasługa jedynie Boga. Także zgody Jadwigi na intymne kontakty z mężem.

Jeżeli w związku tych dwojga, pod każdym względem niedobranych ludzi, istniał okres względnej harmonii, to były to miesiące, kiedy Jadwiga nosiła w łonie dziedzica tronu. A zarazem ostatnie miesiące jej życia.

Władysław, dowiedziawszy się, że zostanie ojcem, szalał ze szczęścia. Pragnął przychylić Jadwidze nieba. Obdarzał ją kosztownymi prezentami, chciał jej komnatę obić złotogłowiem, wszystkich monarchów Europy, a nawet samego papieża Bonifacego zawiadamiał o Wielkim Wydarzeniu i zapraszał na Wawel, gdzie miały odbyć się uroczystości związane z chrztem dziedzica tronu. Jadwiga przyjmowała objawy serdeczności męża z właściwą sobie rezerwą, ale na pewno znacznie łaskawiej i uprzejmiej niż niegdyś.

Śmierć maleńkiej królewny, Elżbiety Bonifacji, i to już w cztery dni po urodzeniu, i prawie jednoczesna śmierć jej matki zdawały się przekreślać sens poprzednich trzynastu lat oraz wzajemnych ofiar i wyrzeczeń. Królowa Jadwiga, jako prawnuczka Władysława Łokietka, legitymizowała prawo małżonka do polskiego tronu. W żyłach ich dzieci płynęłaby wszak piastowska krew. Owdowiały Jagiełło czuł się na polskim tronie o wiele mniej pewnie.

Przewidując to Jadwiga przed śmiercią i w jej przeczuciu wskazała osobę swojej następczyni przy boku Władysława. Nową królową Polski miała zostać inna prawnuczka Łokietka, a więc także Piastówna, Anna Cyllejska.

Dla dobiegającego już pięćdziesiątki Jagiełły małżeństwo to stało się polityczną koniecznością. W dodatku, zważywszy na potrzebę posiadania potomstwa, pilną koniecznością. Tymczasem król wyraźnie grymasił.

Kandydatka na nową żonę nie należała do piękności. Przeciwnie — była wyjątkowo szpetna. Tyle, że uroda nie miała żadnego znaczenia przy zawieraniu monarszych związków. Poza tym Jagiełło miał za sobą przykre doświadczenia z pożycia z piękną kobieta. Tak więc brak kobiecych wdzięków raczej nie stanowił głównej przyczyny jego oporów wobec poślubienia Anny. Przyczyną, ale to wyjaśniło się dopiero po piętnastu latach, była najprawdopodobniej miłość króla do innej kobiety.

Jej postać i imię przewijają się nieustannie od momentu pojawienia się Jagiełły na Wawelu. Żaden jednak z obserwatorów dworskiego życia przez ponad dwadzieścia lat jego panowania nie zanotował w kronikach jakichkolwiek oznak przywiązania i namiętności, jaka łączyła i połączyła tych dwoje ludzi.

W dniu 15 lutego 1386 roku., kiedy w Katedrze Wawelskiej polewano Wielkiego Księcia chrzcielną wodą święconą, nadając mu imię Władysława, najważniejszą asystentką ceremonii była Jadwiga z Melsztyńskich Pilecka. Tę najmożniejszą i najbardziej poważaną damę Królestwa wybrano bowiem na matkę chrzestną polskiego monarchy.

Jadwiga Pilecka miała córkę-jedynaczkę, Elżbietę. Elżbieta poprzez sakrament Jagiełłowego chrztu stawała się jego kanoniczną siostrą. Wchodziła więc niejako do całej jego — i to najbliższej — rodziny.

Pileccy byli ze wszech miar godni zaszczytu, jaki im przypadł w udziale. Otton z Pilczy był człowiekiem bajecznie bogatym i niezmiernie wpływowym. Przez wiele lat pełnił funkcję jednego z najbliższych i najbardziej zaufanych powierników i doradców króla Kazimierza Wielkiego. Z kolei brat jego żony, Jadwigi, sławny rycerz Spytko z Melsztyna, przyczynił się do osadzenia na polskim tronie Ludwika Węgierskiego, a następnie jego córki, Jadwigi. To on towarzyszył przyszłej królowej w jej podróży z Budy na Wawel.

Spytko z Melszytyna to także główny — używając współczesnego języka — architektpolsko-litewskiego sojuszu. Za swoje zasługi otrzymał od Ludwika Andegaweńskiego, a potem od królowej Jadwigi i króla Władysława Jagiełły najwyższe zaszczyty i stanowiska w państwie: starosty i wojewody krakowskiego, a także nadwornego marszałka dworu.

Już samo urodzenie w takiej rodzinie dawało niezmiernie wysoką i uprzywilejowaną pozycję a także dostęp do obydwojga monarchów w niemal nieograniczonym zakresie. Trudno sobie wyobrazić, by nie tylko Spytko, ale i Elżbieta Pilecka z tych możliwości nie korzystali.

Kroniki podają dwie różniące się aż o lat osiem daty jej przyjścia na świat: rok 1872 oraz 1380. Ta druga wersja wydaje się jednak mało prawdopodobna. Jeśli więc przyjąć za bardziej wiarygodną pierwszą z wymienionych dat, to wówczas Elżbieta Pilecka byłaby rówieśniczką królowej Jadwigi. Być może należała nawet do jej fraucymeru. A jeśli nie, to i tak musiała doskonale znać większość dworek otaczających młodziutką monarchinię. Pochodziły przecież, tak jak ona, z najmożniejszych rodów królestwa, powiązanych ze sobą najrozmaitszymi interesami i koligacjami. Na pewno zaś znała najbliższą Jadwidze dwórkę, Węgierkę Elżbietę Bebekównę.

Elżbieta Bebek przybyła do Polski wraz z orszakiem Jadwigi Andegaweńskiej. Młodziutka, urodziwa i pełna temperamentu Węgierka bardzo szybko zwróciła na siebie uwagę Spytka z Melsztyna. Polski rycerz cierpliwie odczekał, aż doszła do lat, a następnie ją poślubił. Ślub Spytka i panny Bebekówny odbył się w kilka tygodni po zaślubinach pary królewskiej. A swoją okazałością i wystawnością niemalże dorównywał tamtej ceremonii. Nic w tym dziwnego zważywszy na majętność pana młodego powiększoną dodatkowo o przebogate wiano jego wybranki.

Poślubiwszy Spytka, Elżbieta Bebekówna stała się wujenką swej rówieśnicy i imienniczki, Elżbiety Pileckiej.

Był jeszcze jeden związek łączący bardzo blisko Elżbietę Pilecką z dworem wawelskim i królem. Jej serdeczną przyjaciółką była rodzona siostra Jagiełły, Aleksandra, żona księcia Ziemowita Mazowieckiego. Panie niezmiernie często odwiedzały się w swoich dobrach i bardzo lubiły spędzać czas w swoim towarzystwie. Elżbieta musiała więc wiele razy spotykać Władysława podczas składanych Aleksandrze wizyt. Król był bowiem ogromnie przywiązany do siostry i podczas podróży po kraju niemal zawsze odwiedzał ją w jej zamkach. Spotykali się też w siedzibach wspólnych krewniaków i znajomych. A więc zapewne i w licznych (i wspaniałych) dworach należących do Elżbiety.

Gdyby nawet nie istniały te wszystkie rodzinne i towarzyskie koneksje pomiędzy królem i Elżbietą Pilecką, Jagiełło i tak nie jeden raz musiałby słyszeć o tej kobiecie. Bo z urzędu nader często przychodziło mu zajmować się i jej osobą, i jej sprawami.

Życie tej kobiety pełne było niesłychanych i sensacyjnych wydarzeń. Swoim współczesnym Elżbieta dostarczała przez dziesiątki lat nie lada materiału do snucia fantastycznych opowieści i najrozmaitszych domysłów i plotek.

Jako panna uchodziła za najlepszą partię w Polsce. O jej rękę ubiegały się tłumy konkurentów. I choć matka pilnowała tego skarbu jak oka w głowie, Elżbietę udało się jednak wykraść z rodzinnego zamku w Łańcucie. Raptu dokonał rycerz z Moraw, Wyszl Czambor. Pozostanie na zawsze tajemnicą, czy ów desperat dokonał rzeczywistego porwania, czy nastąpiło ono za cichym przyzwoleniem branki.

Czambor wywiózł Elżbietę poza granicę Polski i tam ją poślubił. To znaczy — twierdził, że ją poślubił. Nie ma żadnych dowodów na zawarcie tego małżeństwa. Jeśli jednak przyjąć, że jakiś duchowny rzeczywiście połączył stułą ręce tych dwojga, to ani polski kościół katolicki, ani polska władza świecka — ergo królewska — nie uznali ważności tego związku.

Elżbieta niedługo przebywała na Morawach. Wkrótce pojawił się w zamku Czambora inny jej wielbiciel, rycerz Jańczyk z Hińczy i odbił porwaną pannę (mężatkę?). Mimo pogoni zdołał ją dowieźć do Krakowa. I tam, tym razem oficjalnie, za wiedzą matki Elżbiety, jej wuja Spytka z Melsztyna oraz samego monarchy również wziął z nią ślub.

Czambor wciąż jednak nie rezygnował ze swojej cennej zdobyczy. Przybył do Krakowa, aby odebrać swoją własność. Hińczycki nie stanął z nim jednak w rycerskie szranki; nie wyzwał Czambora na Sąd Boży. Postąpił znacznie mniej honorowo, ale za to o wiele bardziej pragmatycznie. Zamordował rywala, gdy ten wychodził z krakowskiej łaźni.

Była to więc dosłownie gardłowa sprawa. I jako taka musiała trafić przed oblicze najwyższego sędziego, czyli króla Władysława Jagiełły.

Elżbieta była najważniejszym świadkiem podczas owego procesu. Nie wiemy jednak, w jaki sposób przedstawiła swoją wersję wydarzeń. Czy powiedziała prawdę i tylko prawdę? Czy mogła ją ujawnić nie narażając swojego dobrego imienia? Kogo broniła? Własnej reputacji? Czambora? Jańczyka? Zapewne tego ostatniego, ponieważ popełnione przez niego zabójstwo zostało usprawiedliwione wyższymi racjami, a on uwolniony od kary.

Nie wiadomo, czy związek Elżbiety i Jańczyka z Hińczy był szczęśliwy. Wiadomo, że był krótkotrwały. Drugi mąż Elżbiety z Pileckich- Czamborowej-Hińczyckiej zmarł w bardzo tajemniczych okolicznościach po kilku zaledwie latach pożycia z Elżbietą. Młodziutka, ale już dwukrotna wdowa stała się jeszcze bardziej łakomą partią niż w czasach swego panieństwa. Jańczyk pozostawił bowiem po sobie pokaźną schedę.

Elżbieta jako mężatka (i to dwukrotna) była już pod każdym względem panią swojej woli. Nikt jej nie mógł narzucać kolejnego męża. Mogła — jeśliby zechciała — pójść nawet za głosem serca. Aż dziw, że tego nie zrobiła. Decyzję o swoim dalszym losie pozostawiła w rekach wuja, Spytka z Melsztyna. Zapewne doskonale wiedziała, że nie dokona on wyboru jej nowego męża bez wiedzy i rady monarchy. Tak naprawdę zawierzyła Władysławowi Jagielle.

Zdawać by się mogło, że mając tak nieograniczone możliwości wyboru, marszałek królewskiego dworu i sam monarcha zdecydują się na kandydata godnego pozycji społecznej i majętności Elżbiety. Tymczasem stało się coś przedziwnego. Nowy pretendent do ręki Elżbiety, Wincenty Granowski był wprawdzie spowinowacony z Melsztyńskimi, ale należał raczej do ich ubogich krewnych. Nie piastował też żadnych wysokich stanowisk. Nie cieszył się względami swej przyszłej żony. Ani żadnymi szczególnymi przymiotami ciała, duszy i umysłu. Należałoby więc zapytać, dlaczego temu hołyszowi dostał się — i to za pośrednictwem najwyższych dostojników państwa — najlepiej oprawny klejnot Królestwa? Nasuwa się przypuszczenie, że pan Wincenty miał pełnić jedynie rolę alibi dla kogoś, kto naprawdę zawładnął (lub pragnął zawładnąć) sercem i osobą Elżbiety, ale poślubić jej nie mógł.

Elżbieta zapewne rozumiała złożoność własnej sytuacji. I pewnie dlatego powiedziała „tak” mężczyźnie, który nie wzbudzał w niej żadnych ciepłych uczuć. Natomiast król miał do tego człowieka dziwną i niczym nie uzasadnioną słabość. Albo może należało by rzec — miał wielką słabość do pani Granowskiej, a jej mąż jedynie potrafił wyzyskać królewskie uczucia do swojej małżonki.

Jak wspomnieliśmy Wincenty Granowski był życiową miernotą. Jeśli czymś się odznaczył, to jedynie niepospolitym pieniactwem i niebywałą rozrzutnością. Od początku małżeństwa darł koty ze swoją teściową i dwukrotnie napadał na jej dobra. Był to akt nie byle jakiej arogancji zważywszy, że Jadwiga Pilecka, jako matka chrzestna monarchy zajmowała na dworze wawelskim drugą po królowej Jadwidze pozycję wśród polskich dam. I była niejako „królowa matką”.

Granowskiemu nie dość było burd z teściową i sąsiadami, nie wystarczało mu trwonienie pieniędzy żony i zaciąganie horrendalnych długów. Wincenty Granowski pozwał przed sąd króla. Pretekstem był zamek w Śremie, do którego obaj panowie rościli sobie prawa. Granowski proces wygrał, ale — co zadziwia najbardziej — król nie chował do niego z tego powodu urazy.

Mimo braku jakichkolwiek zasług oraz kwalifikacji do pełnienia ważnych państwowych funkcji i misji, Granowski wciąż je otrzymywał. W 1410 roku Jagiełło wysłał go jako jednego z członków swojej delegacji (czyli „najwyższego szczebla”) do Pragi Czeskiej, gdzie król Wacław miał rozsądzić polsko-krzyżacki spór. Jagiełło mianował też męża Elżbiety kasztelanem nakielskim. A po bitwie pod Grunwaldem — dowódcą Torunia.

W tym miejscu należy Granowskiemu oddać sprawiedliwość. W czasie decydującej rozprawy z Zakonem, wsparł króla własną, dowodzoną przez siebie chorągwią. Także syn Elżbiety z jej poprzedniego małżeństwa, Janusz Hińczycki przywiódł na pole bitwy swój rycerski zastęp. Można domniemywać, że prywatne wojsko i męża, i syna opłacane było z kiesy ich żony i matki. Ale chrobrość, jaka się w walce odznaczyli, była wyłącznie ich zasługą.

Pobyt w Toruniu okazał się dla świeżo mianowanego dowódcy miasta, Wincentego Granowskiego, fatalny w skutkach. W nigdy niewyjaśnionych okolicznościach został otruty. I zmarł. A Elżbieta została wdową po raz trzeci. Tym razem jednak już nikt jej do zamążpójścia nie namawiał, a i ona sama się do tego nie kwapiła. Choć, obiektywnie, nic nie stało temu na przeszkodzie. W 1410 roku miała lat trzydzieści. Nie uchodziła za kobietę pierwszej młodości, ale z pewnością było bardzo wielu mężczyzn — i młodszych, i jej rówieśnych, i starszych — którzy pożądliwym okiem spoglądali zarówno na fertyczną wdówkę, jak i jej przeogromną fortunę.

Ale Elżbieta, niby Penelopa, odprawiała zalotników z kwitkiem. I dopiero w sześć lat później okazało się, kim był Odys, na którego postanowiła wiernie czekać.

Kiedy porywał ją Czambor, a potem odbijał Jańczyk Hińczycki, król był żonaty z Jadwigą. Jeżeli nawet interesował się wówczas bohaterką wielkiego miłosnego skandalu, nie mógł tego okazać. Królowa Jadwiga cieszyła się tak wielkim i tak powszechnym szacunkiem, otoczona była tak ogromną miłością i czcią swego ludu, że ten nie dopuściłby, aby ktokolwiek — choćby i sam król — uchybił ich uwielbianej i świętej pani.

Z legendą, jaka otaczała Jadwigę już za jej życia nie mogła się mierzyć się żadna — choćby najpiękniejsza, choćby najbardziej pociągająca — niewiasta. Kiedy Jadwiga zmarła, od króla oczekiwano najpierw głębokiej żałoby, a następnie — ponownego i w dodatku szybkiego ożenku. Dla poddanych było wprawdzie oczywiste, że żadna kobieta na świecie nie może być taką doskonałością, jak zmarła królowa, ale zdawano też sobie sprawę, że względy polityczne i dynastyczne wymagają, aby król koniecznie miał legalne potomstwo. I to — zważywszy na jego wiek — możliwie szybko.

Ponieważ królowa Jadwiga w ostatniej woli wskazała swoją następczynię, wydawało się — nic prostszego niż wysłać dziewosłębów do Cylli. Nie było żadnej obawy, że Anna Cyllejska lub jej opiekunowie dadzą Władysławowi kosza. Przeciwnie — dla ubogiej i w dodatku brzydkiej księżniczki małżeństwo z jednym z najpotężniejszych monarchów Europy stanowiło niebotyczny wprost społeczny awans i niepowtarzalną życiową gratkę.

O ile panienka rwała się do tego małżeństwa, o tyle Jagiełło szukał wszelkich pretekstów, by go nie zawierać. A przynajmniej — odłożyć w czasie. W pewnym momencie zagroził nawet, że raczej zrezygnuje z polskiego tronu i wróci na Litwę niż ożeni się po raz wtóry. W każdym razie z Anną Cyllejską. A o innych kandydatkach nie było w ogóle mowy.

Gdyby rzeczywiście król abdykował, byłaby to decyzja o wręcz niewyobrażalnych następstwach.

Tragiczna dla Polski. Tragiczna dla Litwy. Mogąca mieć niekorzystny wpływ na losy całej Europy. Cieszyliby się z niej jedynie nieprzyjaciele Polski i Litwy, zainteresowani w zerwaniu sojuszu łączącego te kraje lub przynajmniej jego osłabieniu. Używano więc wszelkich możliwych argumentów, próśb i nacisków, aby Jagiełło pozostał na Wawelu.

Minął rok 1400. Jagiełło nie dawał wiążącej odpowiedzi. Nadszedł rok 1401. Władysław powiedział wreszcie „tak”.

Czy owo „tak” przedyskutował wcześniej z Elżbietą Granowską? Czy rozmowa z nią i jej zdanie miały dla króla znaczenie? Czy to Elżbieta zadecydowała wówczas o przyszłych losach Królestwa i Wielkiego Księstwa? W takim samym stopniu, jak piętnaście lat wcześniej, Jadwiga o utworzeniu polsko-litewskiego sojuszu?

Władysław Jagiełło powiedział swoje „fiat” i Anna Cyllejska wyruszyła w drogę do Polski. Przybyła do Krakowa 16 lipca 1401 roku. Król w otoczeniu dostojników wyszedł na jej spotkanie, ale nawet nie próbował udawać, że rad jest z jej przybycia.

Trudno mu się dziwić. Anna istotnie nie była powabna. Miała jednak zaletę o wiele dla przyszłej królowej istotniejszą. Pochodziła z piastowskiego rodu, a więc mogła uprawomocnić nie tylko Jagiełłowe panowanie, ale i dziedzictwo jego tronu. Poza tym wielkim jej przymiotem był młody wiek. Miała lat dwadzieścia, a więc mogła rodzić przez wiele lat wiele dzieci. A ponieważ była zdrowa, była szansa na silne i zdrowe potomstwo.

Łatwo i chętnie tłumaczono awersję króla do narzeczonej jego nieukojonym jeszcze bólem po stracie Jadwigi. Czy to jednak istotnie żałoba — i tylko żałoba — po pierwszej żonie i niewygasły do niej sentyment sprawiały, że nie był w stanie zaakceptować innej kobiety u swego boku? A może była już w jego życiu innakobieta i właśnie dlatego nie chciał ani nowego małżeństwa, ani nawet polskiego tronu.

W piętnaście lat później Władysław rozegra identyczną życiową sytuację w zupełnie inny sposób. Nie będzie już ukrywał istnienia owej innej kobiety. Zamanifestuje swoje prawdziwe uczucia wobec zdumionego otoczenia. Zdumionego nie tylko tym, kim jest jego ukochana, ale także faktem, że przez wiele lat (może nawet dziesiątków lat) nie dostrzegano jej roli w życiu Jagiełły. I że choć stale obecna przy i na królewskim dworze zdołała ukryć swój związek z królem. I ich wzajemne uczucie, które okazało się silniejsze od politycznego rozsądku, wszelkich racji stanu i przyszłości dwóch krajów i narodów.

Ale na razie na Wawelu przebywała Anna Cyllejska. Ciągle w charakterze narzeczonej. Niechcianej narzeczonej.

Biedaczka, pod